ZŁOTO W CIENIU ZAMKU
Skarby odkryte i nieodkryte
Przemkowa i okolic
— Przewodnik dla poszukiwaczy historii —
Opracowanie: Eugeniusz Cipura
Historyk amator i pasjonat dziejów Przemkowa
Projekt Sekrety Przemkowa
© Eugeniusz Cipura, 2026
Wszystkim tym, którzy wpatrują się w ziemię i słyszą jej oddech —
tym, którzy wiedzą, że każda grudka gliny może kryć opowieść.
Słowo wstępne: Ziemia pamięta
Istnieją miejsca, o których historia wydaje się milczeć. Małe, zapomniane miasteczka, przez które czas przetacza się jak wody rzeki — spokojnie, bez wielkich dramatów. Przemków przez wieki był właśnie takim miejscem. Leżący w sercu Borów Dolnośląskich, otoczony szeleszczącymi sosnami i podmokłymi łąkami, przez długi czas żył własnym rytmem, w cieniu bogatszych sąsiadów — Szprotawy, Głogowa, Bolesławca.
A jednak ziemia pod tym miasteczkiem pamięta. Pamięta złote dukaty ukryte w glinianym garncu w przededniu straszliwej Wojny Trzydziestoletniej. Pamięta podkowy i ostrogi żołnierzy szwedzkich, którzy przez te ziemie przemknęli jak burzowe chmury. Pamięta dzwony kościelne zakopane w ziemi, gdy zaraza zbierała swoje żniwo wśród przerażonych mieszkańców. Pamięta tajny tunel prowadzący ku ruinom zamku pierwszego władcy tego miejsca — księcia Przemka.
Pamięta też coś jeszcze: lata świetności, gdy na przemkowskim zamku bawiła cesarzowa Niemiec — Augusta Wiktoria, kiedy po parku spacerowały dzieci, którym przeznaczono korony Europy i gdy koła eleganckich powozów toczyły się przez brukowany rynek. I pamięta rok 1945 — ogień, ucieczki, gruzowisko.
Ta książka jest zaproszeniem. Zaproszeniem do odkrywania — nie tylko łopatą i wykrywaczem metali, lecz przede wszystkim wyobraźnią i szacunkiem dla przeszłości. Każdy artefakt to nie tylko kawałek metalu czy gliny — to urwany wątek opowieści, których koniec możemy sami dopisać.
Niniejsze opracowanie powstało wyłącznie na podstawie źródeł zebranych w moim Archiwum Historii Przemkowa: materiałów prasowych z XIX i XX wieku, historycznych artykułów, dokumentów kościelnych i administracyjnych, wspomnień byłych mieszkańców oraz pamiętników. Każdy fakt potwierdzony jest przypisem — nie ma tu ani jednego zdania opartego na domysłach. Natomiast wnioski dotyczące tego, co może jeszcze leżeć w ziemi, zostały wyprowadzone z uważnej lektury tych samych źródeł.
Chodźcie. Ziemia czeka.
Eugeniusz Cipura, Przemków 2026
Rozdział I: Miasto, które zbudował książę
Siedem wieków historii w pigułce
Gdybyś cofnął się w czasie do roku 1280 i stanął na skraju sosnowego boru, który rozciągał się między rzeką Szprotawą a podmokłymi łąkami — zobaczyłbyś zaledwie kilka drewnianych chat i plac wykarczowanego lasu. Ale widziałbyś też człowieka, który patrzył na ten krajobraz z innym niż ty wzrokiem. Widziałby tam miasto.
Był nim książę Przemko — Primislaus — syn Konrada II z Głogowa, pan na Szprotawie, Żaganiu i Ścinawie. Człowiek, którego imię przetrwało siedem stuleci w nazwie tego miejsca. To on wyznaczył lokację, wytyczył rynek, nadał przywileje. Miasteczko, które założył gdzieś między rokiem 1280 a 1290, nosiło najpierw łacińską nazwę Primislavia — i tak, na pamiątkę swojego fundatora, zostało na długie wieki Primkenau, Prymkenowem, wreszcie Przemkowem.
Niewielu zna tę historię. Jeszcze mniej wie, że książę Przemko nie dożył starości — zginął 26 lutego 1290 roku w bitwie pod Siewierzem, walcząc po stronie Henryka IV Wrocławskiego przeciwko Władysławowi Łokietkowi. Od miecza Łokietka zginął jeden z pierwszych budowniczych Śląska. Jego ciało przewieziono do klasztoru w Lubiążu. Tam, wpuszczona w posadzkę kościoła, spoczywa do dziś kamienna płyta z brązową figurą książęcia w zbroi — milczący pomnik człowieka, który dał nam to miasto.[1]
* * *
Przez kolejne trzy wieki miasteczko żyło w cieniu wielkich rodów. Rechenbergowie, którzy władali nim przez 280 lat, dbali o jego spokojny rozwój. W 1387 roku książę Henryk „Wróbel" nadał Przemkowowi przywileje miejskie, w tym prawo mili — fundamentalny dokument dla każdego szanującego się miasteczka.
Ale historia rzadko jest łaskawa dla małych miast. Przyszła Reformacja, przyszły lata religijnych sporów. Przyszła Wojna Trzydziestoletnia.
W roku 1637 do Przemkowa wtargnął cesarski pułkownik Leon Cropello de Medici — człowiek o enigmatycznym rodowodzie, który rzekomo wywiódł się z florenckiej rodziny patrycjuszy. Pewniejsze jest to, że był zagorzałym katolikiem i zdecydowanym człowiekiem czynu. Przepędził ewangelickiego pastora Abrahama Crusiusa i osadził w kościele księdza katolickiego. A gdy w 1640 roku umarł, zapisał mocno zadłużony majątek jezuitom.
W 1642 roku Szwedzi spalili Przemków doszczętnie — z wyjątkiem czterech domostw. Ogień pochłonął kościoły, domy mieszczańskie, archiwa, wszelki dorobek kolejnych pokoleń. Dzwony kościelne, jak głosi przekaz, zaginęły w tajemniczych okolicznościach.[2]
Trzydzieści dziewięć lat później, w nocy z 23 na 24 sierpnia 1681 roku, historia powtórzyła się. Wielki pożar strawił miasto niemal doszczętnie — ocalały zaledwie cztery domy. I znowu — z popiołów, wolno, ale nieustępliwie — wyrósł nowy Przemków.
W 1804 roku miasteczko zapłonęło po raz trzeci. Tym razem ogień wybuchł około godziny pierwszej w nocy na głogowskim przedmieściu i przy silnym południowo-wschodnim wietrze w ciągu kilku godzin pochłonął 94 budynki mieszczańskie, wieżę kościelną, browar, ratusz i zabudowania folwarczne. I znowu — odbudowa, nowe życie.
A potem — w 1853 roku — przyszła zmiana, która odmieniła oblicze Przemkowa na zawsze.
* * *
Kiedy Krystian August, książę Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga kupił w 1853 roku majątek przemkowski za 900 000 talarów Rzeszy, w miasteczku były obory i trzęsące się płoty. Gęsi biegały przez plac zamkowy, a w bajorku tarzały się świnie. Podupadły zamek przypominał bardziej wiejską rezydencję niż siedzibę szlachetnego rodu.
Ale Krystian August przybył z wizją. Zburzył stary budynek, wzniósł piękny zamek w stylu neogotyckim, założył park angielski z egzotycznymi drzewami, przekształcił tysiące mórg podmokłych łąk w żyzne grunty rolne, wybudował Hutę Henryki — potężny zakład przemysłowy, który dał pracę setkom robotników. "Perłą Przemkowa" nazwał osuszone bagna. Trafne określenie.[3]
Po nim przyszedł syn Fryderyk, który wychowywał swe dzieci w duchu skromności i pobożności, budował wieżę kościelną, gasił pożary lasów i wreszcie zawarł pokój z Prusami, które skonfiskowały jego przodkom Szlezwik. A kiedy Fryderyk nieoczekiwanie umarł w 1880 roku — w wieku zaledwie pięćdziesięciu lat — na zamku w Przemkowie odczuto to jak koniec epoki.
Jednak wielkie chwile miały dopiero nadejść. Jego córka Augusta Wiktoria wyszła za mąż za następcę tronu pruskiego. Mieszkańcy Przemkowa patrzyli na to z niedowierzaniem: na ich małe, spokojne miasteczko nagle padł blask cesarskiego dworu. Sam cesarz Wilhelm II wielokrotnie odwiedzał te strony, polował w tutejszych lasach, mieszkał w specjalnie dla niego urządzonym apartamencie w zamku.
Syn Fryderyka, Ernest Günther, wzniósł na przełomie XIX i XX wieku nowy, wspaniały zamek — według projektu berlińskiego architekta von Ihne, pokryty bluszczem i winoroślą, z perskimi dywanami, indyjskimi zasłonami z pereł i orientalnymi lampami. Jeden z ówczesnych opisów nazywał go "wspaniale ukrytym między zielonymi łąkami i pachnącym żywicą lasem, baśniowym zamkiem".[4]
I wtedy przyszedł rok 1945. Zamek spłonął. To, co ocalało, rozebrano na przełomie lat 1960/70. Fundament i piwnice skryła ziemia.
Ale ziemia pamięta.
Rozdział II: Złoty garnek na Placu Kościelnym
Skarb sprzed Wojny Trzydziestoletniej
Wyobraź sobie taką scenę: wczesna jesień 2002 roku. Na Placu Kościelnym w Przemkowie — zaledwie sto pięćdziesiąt metrów od budynku urzędu miejskiego — robotnicy remontują kanalizację. Kopią. Łopata uderza w coś twardego. Coś, co po chwili rozlega się głuchym stukiem, a potem — posypuje się złoto.
Nie jest to metafora.
Garnek rozpadł się od uderzenia łopaty. I posypało się złoto — tak opisuje to naoczny świadek zdarzenia, którego udało się odnaleźć dziennikarzowi relacjonującemu sprawę. Szacuje się, że w garnku mogło być pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt złotych monet. Robotnicy — bezrobotni z Przemkowa, zatrudnieni do drobnych prac remontowych przez Przedsiębiorstwo Budownictwa Specjalistycznego i Melioracji z Legnicy — nie zawiadomili ani władz, ani policji.[5]
Plotka rozeszła się po mieście. Ktoś się pochwalił. Ktoś inny komuś powiedział. W październiku 2002 roku informacja o skarbie krążyła już po Przemkowie — ale policja dowiedziała się dopiero w sobotę przed przyjazdem telewizji, wiele tygodni po zdarzeniu. Gdy funkcjonariusze w końcu działali, większość monet była już rozkradziona, sprzedana lub wywieziona — część podobno do Niemiec.
Rewizja u jednego ze znalazców przyniosła efekty. Do policyjnego sejfu trafiło to, co udało się odzyskać:
Pięć złotych dukatów niderlandzkich z początku XVII wieku, jeden złoty gulden bity na Węgrzech z 1583 roku i jeden srebrny talar saksoński z 1586 roku.
Srebrny talar był trzy razy większy od złotych dukatów i znacznie grubszy. Muzealnik Jerzy Dymytryszyn z Muzeum Historyczno-Archeologicznego w Głogowie ocenił, że najcenniejsza jest moneta węgierska z roku 1583 — jej wartość oszacowano na 1250 złotych. Resztę wyceniono na 500-400 złotych od sztuki.[6]
Kim był właściciel złota?
Najnowsza z odzyskanych monet pochodzi z 1613 roku. To istotna wskazówka. Muzealnik z Głogowa postawił hipotezę, którą trudno odrzucić: skarb ukryto, zabezpieczając majątek przed zbliżającą się Wojną Trzydziestoletnią.
Wyobraźmy sobie przemkowskiego mieszczanina — kupca, rzemieślnika, może kogoś z licznej grupy posiadaczy prawa do warzenia piwa, których w Przemkowie było sześćdziesięciu trzech. Rok 1618. Do miasteczka docierają coraz bardziej niepokojące wieści — o powstaniu w Czechach, o wojskach szwedzkich, o pożogach. Majątek zgromadzony przez lata — złote dukaty holenderskie, ciężki węgierski gulden, srebrny talar saski — wszystko to można stracić w jednej chwili.
Człowiek wychodzi nocą. Albo może w biały dzień, rozglądając się ostrożnie. Ma ze sobą garnek gliniany. Zakopuje go w pobliżu kościoła — w miejscu, które wydaje mu się bezpieczne. Myśli, że po wojnie wróci. Że odbierze swoje złoto.
Nigdy nie wrócił.
Być może zabrała go zaraza, która w 1633 roku wybiła znaczną część mieszczan Przemkowa. Być może zginął podczas jednego z najazdów. Być może uciekł i nie odnalazł drogi powrotnej. Jego imię i historia pozostają dla nas na zawsze ukryte — tak samo jak większość jego skarbu.
Co stało się z resztą monet?
Lokalny informator, który nie chciał się ujawnić, powiedział dziennikarzowi wprost: "Wiem, kto w Przemkowie ma jeszcze ze trzydzieści złotych monet. Kilka wyjechało do Niemiec. Parę sprzedano. Po tysiąc, dwa tysiące złotych."[7]
Policja umorzyła dochodzenie lub nie pociągnęła sprawców do odpowiedzialności. Historyczny skarb został rozproszony. Z oryginalnych prawdopodobnie pięćdziesięciu-sześćdziesięciu monet ocalało oficjalnie zaledwie siedem.
Dla porównania: w 1987 roku na działkach w Głogowie odkryto skarb ponad 20 000 srebrnych monet z XI-XIII wieku. Sprawa wyszła na jaw, gdy zaczęto handlować zabytkowymi monetami nieznanego pochodzenia. Skarb w końcu trafił do Muzeum Historyczno-Archeologicznego w Głogowie, gdzie do dziś jest stałą ekspozycją. W Przemkowie tak się nie stało.
Co to oznacza dla poszukiwaczy?
Po pierwsze, fakt odkrycia takiego skarbu w centrum Przemkowa dowodzi, że miasto w XVII wieku było zamożniejsze, niż nam się wydaje. Złote dukaty holenderskie były wtedy walutą handlu europejskiego — ich obecność wskazuje, że przemkowski mieszczanin prowadził lub uczestniczył w ponadlokalnej wymianie. Było o co walczyć, było co chować.
Po drugie, skarb był zakopany nie w piwnicy prywatnego domu, lecz przy samym kościele — na Placu Kościelnym, w miejscu publicznym, gdzie gleba wielokrotnie była poruszana przez budowle, remonty, pochówki. To miejsce zostało przebadane wyrywkowo, nie systematycznie. Czy to jedyny garnek, który ktoś zakopał w tej okolicy?
Plac Kościelny w Przemkowie to miejsce, w którym historia siedmiu stuleci dosłownie leży pod stopami. Kościół katolicki stoi tu od XIII wieku — kościół, przy którym chowano zwłoki, kopano fundamenty, przeprowadzano remonty. Każda warstwa gleby to potencjalnie inny wiek, inna opowieść.
Historia ze złotym garnkiem to nie legenda. To udokumentowany fakt. I doskonały argument za tym, że ziemia przemkowska kryje jeszcze niejedną niespodziankę.
Rozdział III: Tajemniczy tunel pod zamkiem
Podziemna droga do początków Przemkowa
Jest rok mniej więcej 1855. Na terenie przemkowskiego parku trwają intensywne prace budowlane — książę Krystian August kazał zbudować nowy zamek w stylu neogotyckim, a jego prace wymagają solidnych fundamentów. Robotnicy wbijają łopaty w ziemię parku i natrafiają na coś nieoczekiwanego.
Nie gleba. Nie kamień. Pusto.
Podziemny korytarz. Tunel. Ciemny, częściowo zawalony, wiodący w głąb ziemi w kierunku zachodnim — ku najodleglejszemu skrajowi parku, gdzie na bagnistych łąkach wznosi się odosobniony, zaokrąglony pagórek, od niepamiętnych czasów zwany przez miejscowych "Burgbergiem" — Górą Zamkową.[8]
Odkryto wejście do tunelu. Ostrożnie odkopano. Przejście okazało się częściowo zawalone, ale zachowane. I wtedy podjęto decyzję, która przez poszukiwaczy historii będzie przeklinana do dziś: natychmiast zamurowano wejście. Dla bezpieczeństwa. Żeby nikt nie ryzykował życia.
Prace budowlane postępowały. Zamek stanął. Tunel — zamurowany — leżał pod nim przez następne sto lat.
Dokąd prowadził tunel?
Odpowiedź na to pytanie kryje się w topografii i legendzie. Na zachodnim krańcu parku — a właściwie za jego granicą, wśród podmokłych łąk pokrytych leszczynowymi krzakami — wznosi się ten właśnie pagórek: Burgberg. Jest zaokrąglony, nieregularny, od strony południowo-zachodniej porośnięty sosnami, od północy i wschodu pokryty krzakami liściastymi. Niegdyś z jego powierzchni sterczały kamienie.
Lokalna tradycja — a może coś więcej niż tradycja — głosi, że to tutaj znajdowała się pierwotna siedziba pierwszych mieszkańców ziemi przemkowskiej. Że tutaj, na bezpiecznym wzgórzu otoczonym bagnami, miał swoją warownię sam książę Przemko I — założyciel miasta, który zginął pod Siewierzem w 1290 roku. Legenda powiada też, że jeszcze "w zeszłym wieku" — czyli w XIX wieku — żaden miejscowy nie odważył się zbliżyć nocą do tego miejsca, bo "dziki myśliwy, który w tym miejscu przebywał budził zgrozę".[9]
Naturalnie takie legendy budzą uśmiech. Ale mają też praktyczne znaczenie: miejsca otoczone tabu są przez wieki nienaruszane. To, co przerażało lokalnych mieszkańców, było przez to chronione.
Tunel prowadził od zamku ku Burgbergowi. Od nowej siedziby ku starej. Czy to było tylko schronienie awaryjne? Magazyn? Skrytka? A może po prostu droga ucieczki — bo każdy zamek musiał mieć wyjście awaryjne?
Stan obecny i szanse na odkrycie
W roku 2000 dziennikarz piszący o historii przemkowskiego zamku odnotował coś znamiennego. Powołał się na plany odsłonięcia piwnic zamkowych, które zostały zasypane po rozbiórce ruin w 1960 roku. Padło zdanie:
"To będzie świadek historii, którego każdy będzie mógł zobaczyć. Na razie fundamenty i zamkowe piwnice skrywa ziemia. Może w tym roku to odkopiemy."
Od 2000 roku minęło już ponad ćwierć wieku. Piwnice wciąż są zakopane.[10]
Gdzie dokładnie były fundamenty zamku? To można ustalić na podstawie archiwalnych map i zdjęć — kilka z nich zachowało się w zbiorach prywatnych i instytucjonalnych. Zamek stał w parku, od strony ulicy Zamkowej. Piwnice, w których niegdyś mieściła się kuchnia, spiżarnie i być może inne pomieszczenia gospodarcze — leżą pod warstwą ziemi.
Tunel, jeśli przetrwał i nie zawalił się po roku 1945, musiałby biec na zachód od miejsca, gdzie stał zamek. Jego kierunek powinien wskazywać na Burgberg. To obszar między parkiem a łąkami za nim — teren dostępny, choć podmokły.
Żadna systematyczna eksploracja tego korytarza nigdy nie została przeprowadzona. Historia czeka.
Rozdział IV: Trzy Wały — szwedzki szaniec czy tysiącletni wał?
Wyjdź z Piotrowic i wejdź w las
Idź z Piotrowic na południe. Wejdź w las. Po kilku minutach marszu ziemia wokół ciebie zaczyna się zmieniać. Zauważysz je stopniowo — długie, równoległe zagłębienia biegnące przez bór jak ślad gigantycznej brony. Trzy równoległe rowy, a między nimi ziemia usypana w wały. Ciągną się przez cały przemkowski las — dobrą niemiecką milę, niemal prosto z północy na południe, z niewielkimi odchyleniami. Ziemia wybrana z rowów leży po stronie zachodniej. Odległość między rowami jest tak duża, że dwie furmanki mogą się w nich swobodnie minąć. Na dnie i na usypanych wałach mocno zapuściły korzenie stuletnie dęby i sosny.
Pierwsza relacja pisana pochodzi z 1861 roku. Głogowski kronikarz Gustaw Fritz opisał te umocnienia z autopsji — widział je na własne oczy i rozmawiał z ludźmi, którzy je pamiętali. Napisał: [11]
"Na południe od Piotrowic, na skraju lasu, gdzie małe pagórki piaszczyste przeplatają się z gruntem bagnistym, oko widza ujrzy wystające z przemkowskiego lasu, wprawdzie trochę nieregularne Trzy Wały. Śledząc od tego miejsca w kierunku południowym bieg tych regularnych rowów po upływie pół godziny dojdziemy do wyraźnych śladów pewnego regularnego okopu. Tutaj te wykopane rowy podnoszą się na wysokość prawie do 10 stóp. Ciąg tych rowów przebiega równolegle przez las przemkowski... Na tej wykopanej ziemi i na dnie największych zagłębień mocno zapuściły korzenie stuletnie dęby i sosny."
Tyle Fritz. Ale kto i kiedy te umocnienia wzniósł — na to pytanie kronikarz nie znał odpowiedzi. Nie znają jej do dziś. I właśnie to czyni Trzy Wały jedną z najbardziej intrygujących zagadek przemkowskich lasów.
Teoria pierwsza: armia szwedzka
Lokalny przekaz, przekazywany z pokolenia na pokolenie, mówił jedno: te rowy wykopali Szwedzi. I jest w tym logika. Armia szwedzka przez całą Wojnę Trzydziestoletnią (1618–1648) i przez wojnę północną (1700–1721) wielokrotnie przemierzała Śląsk. Przemków znali dobrze — spalili go doszczętnie w roku 1642, kiedy to z płomieni ocalały zaledwie cztery domy.
Armie ówczesne nie tylko maszerowały. Zatrzymywały się, rozkładały obozy, okopywały się, budowały pozycje obronne lub zaczepne. Trzy równoległe rowy biegnące przez las, z ziemią usuwaną na zachód — to klasyczny schemat polowego umocnienia skierowanego przeciwko wrogowi nadchodzącemu z zachodu. Dokładnie tam, skąd nadchodziły wojska cesarskie i brandenburskie.
A dowód materialny? W połowie XIX wieku pewien starszy człowiek z okolic Pogorzeli opowiedział Fritzowi, jak przed kilkudziesięciu laty orał ze swoim ojcem pola przylegające do szańców. W ziemi znaleźli wówczas mocno zardzewiałe podkowy i ostrogi. [12]Żołnierski ekwipunek z XVII lub początku XVIII wieku, porzucony lub zgubiony przy rowach. To nie jest legenda — to świadectwo z pierwszej ręki.
Teoria druga: tysiącletnie Wały Śląskie
Jest jednak druga teoria, znacznie starsza i znacznie bardziej rozległa. W 1999 roku dziennikarz Antoni Bok opublikował w legnickim miesięczniku artykuł, w którym opisywał ten sam fragment lasu przemkowskiego — i cytował tego samego Fritza. Ale stawiał zupełnie inne pytanie: a co jeśli Trzy Wały to nie dzieło szwedzkiego żołnierza z XVII wieku, lecz ślad po jednym z najpotężniejszych systemów obronnych wczesnośredniowiecznej Polski? [13]
Wały Śląskie — zwane też Wałami Chrobrego, a w niemieckiej historiografii Dreigraben, czyli "Trójwał" — to ciąg równoległych potrójnych nasypów ziemnych ciągnący się na długości około 100 kilometrów przez zachodnie rubieże Śląska. Od pagórków w okolicach Przemkowskiego Parku Krajobrazowego aż po Krosno Odrzańskie na północy. Ich kubatura, według wyliczeń Pawła Jasienicy, wynosi około 750 tysięcy metrów sześciennych ziemi — tyle, ile wypełniłoby 7500 przejazdów dziesięciu wielkich wywrotek.
Zbudowane prawdopodobnie w X wieku, przez słowiańskie plemiona dolnośląskie — Dziadoszan, Ślężan, Trzebowian lub Bobrzan — służyły jako granica obronna przed najazdami ze strony Łużyczan, Czechów i rosnącego Cesarstwa Niemieckiego. Ich budowniczowie musieli być zorganizowani politycznie na poziomie, który badacze ostrożnie nazywają "quasi-państwem" — bo tylko taka zbiorowa siła mogła wznieść umocnienia tej skali.
Najlepiej zachowany odcinek tych Wałów — dziewięciokilometrowy, według badaczy najdłuższy i najpotężniejszy z zachowanych — leży dokładnie w środku Przemkowskiego Parku Krajobrazowego, między wzgórkami w pobliżu tzw. Góry Polskiej (po niemiecku Polackenberg) a bagniskami przed Piotrowicami. Czyli dokładnie tam, gdzie Trzy Wały. [14]
Do 1992 roku ten odcinek był niedostępny dla polskich archeologów — od 1945 roku zajmowały go radzieckie wojska, które urządziły tu poligon artyleryjski i rakietowy. Profesor Ryszard Kiersnowski, pierwszy polski archeolog, który podjął badania terenowe wałów zaraz po wojnie, mógł napisać tylko tyle, że nie dotarł do odcinka południowego, gdyż był wciąż zaminowany. Dopiero po rozminowaniu i wycofaniu wojsk polska nauka uzyskała dostęp do tego miejsca.
Co mówi kronika — bitwa pod Studzianką
Jest jeszcze jeden argument za teorią wczesnośredniowieczną — i jest to argument bardzo konkretny.
Kronikarz Thietmar, niemiecki biskup żyjący w XI wieku, opisał w swojej kronice bitwę z 1015 roku. Wojska cesarza Henryka II, wracające z wyprawy na Polskę, zostały sromotnie pobite kilka kilometrów na zachód od przemkowskiego odcinka wałów — w okolicach wsi, która nosiła później nazwę Studzianka. Zginął kwiat rycerstwa niemieckiego, na czele z margrabią Geronem II. Kronikarz pisze o straszliwej rzezi: "Jak z poległych zdzierano zbroje... Biskup ujrzawszy ślady żałosnego pogromu, zaniósł się płaczem i modlił na kolanach." [15]
Jeśli w 1015 roku przy tych umocnieniach wojska Bolesława Chrobrego biły Niemców — to wały istniały co najmniej pół tysiąclecia przed przybyciem pierwszego szwedzkiego żołnierza na Śląsk. Co oczywiście nie wyklucza, że Szwedzi z tych gotowych umocnień korzystali. Wały były. Stały. Można było do nich dołożyć nowe rowy, przebudować, zaadaptować.
Zagadka bez rozstrzygnięcia
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Trzy Wały mogą być jednym i drugim jednocześnie — albo kolejno: najpierw jednym, potem drugim.
Wały Śląskie mają potrójną strukturę równoległych nasypów i rowów. Trzy Rowy mają dokładnie taką samą strukturę. Długość, kierunek, położenie — wszystko się zgadza. Może Szwedzi, wkraczając w te lasy w XVII wieku, znaleźli gotowe umocnienia i po prostu je wykorzystali — wyczyścili zarośnięte rowy, usypali wyżej nasypy, rozłożyli obozy. Zostawiając przy tym podkowy i ostrogi, które cztery wieki później znalazł stary gospodarz z Pogorzeli.
Archeolodzy do dziś nie ustalili jednoznacznie chronologii wałów w tym odcinku. Profesor Kiersnowski, profesor Łowmiański, profesor Labuda — każdy ma inną hipotezę. Badania terenowe odcinka przemkowskiego są wciąż czymś, co dopiero czeka na wykonanie. Bo przez pięćdziesiąt lat leżał tu teren wojskowy, zaminowany, zakazany — i zanim archeolodzy zdążyli go zbadać systematycznie, przemknęły kolejne dekady.
Jedno jest pewne: Trzy Rowy to nie jest przypadkowy wykop po zbłąkanym plutonie. To budowla na miarę wieków — niezależnie od tego, który wiek ją stworzył. I być może na jednej i tej samej ziemi złożone są warstwy dwóch epok: słowiańskiego "quasi-państwa" z X wieku i szwedzkiego obozu z XVII. Ziemia pamięta więcej niż jeden sekret.
Co znaleziono — i co może czekać
Podkowy i ostrogi znalezione przy oraniu — to jedyne potwierdzone znaleziska z okolic szańców. [16]Ale myśl o tym, co mogło zostać w samych rowach, pod warstwami stuletnich liści i nanosów piaszczystej gleby, jest kusząca. Szańce przez dziesiątki lat były miejscem obozowania, walki, ruchu wojsk. Cokolwiek żołnierz zgubił, porzucił lub ukrył — leży tam do dziś.
Trzeba jednak pamiętać, że teren ten do 1992 roku był poligonem radzieckim. Tysiące ton niewypałów, odłamki rakiet i pocisków artyleryjskich wywieziono stąd polskimi saperami przez kilka lat. Ziemia nie jest tu bezpieczna bez profesjonalnego sprzętu. Żaden poszukiwacz nie powinien kopać tu samowolnie — i to nie tylko ze względu na prawo, ale przede wszystkim ze względu na własne życie.
Szańce leżą dziś w granicach Przemkowskiego Parku Krajobrazowego. Są zabytkiem. Czekają na polskiego archeologa, który w końcu powie nam, z czym naprawdę mamy do czynienia. Do tego czasu — stoją dwie teorie. Obie poważne. Obie poparte argumentami. I żadna nie jest jeszcze udowodniona.
Rozdział V: Dzwony Wojny Trzydziestoletniej
Kiedy zamilkły dzwony przemkowskie
Jest coś niesamowitego w tej historii. Kiedy słyszysz dzwony kościelne — tak, te zwykłe, niedzielne dzwony — pomyśl, że przez wieki ludzie zakopywali dzwony w ziemi, żeby je ocalić. I że niekiedy o miejscu zakopania zapominali, albo umierali zanim mogli po nie wrócić.
W czasie Wojny Trzydziestoletniej — mówi lokalna relacja — w zagadkowy sposób zaginęły dzwony z przemkowskich kościołów. Według jednej z wersji tej historii zostały gdzieś zakopane, aby powstrzymać panującą wówczas w mieście zarazę.[17]
Ta ostatnia część zdania jest szczególnie interesująca z historycznego punktu widzenia. W XVI i XVII wieku wierzono, że bicie dzwonów — gwałtowne uderzenia metalu o metal — mogło odganiać zarazy i złe duchy. To było wierzenie powszechne w całej Europie. A skoro dzwony mogły zarazy zwabiać albo odstraszać — to zakopanie ich, "zamknięcie głosu" — mogło być rozumiane jako ochrona przed zarazą. Nie wiemy, czy ta interpretacja jest trafna. Ale rozumiem logikę przerażonych, uciekających, ginących z zarazy ludzi roku 1633.
Rok 1633 był rokiem dżumy. Kronika miasteczka odnotowuje: zaraza wybiła znaczną część mieszkańców Przemkowa. Ilu dokładnie — nie wiemy. Ale na całe miasto padła śmierć.
Legenda o dziku ze Szklarek
Zupełnie niezależną historię o zaginionych dzwonach przechowuje wieś Szklarki, leżąca około pół godziny drogi od Przemkowa. Tutaj też stał niegdyś kościół — i tutaj też dotarła zaraza. Legenda mówi, że zaraza wyludniła całą wieś. Kiedy przyszła, ludzie uciekli lub poumierali. Kościół zawalił się, wszystko zaginęło.
Ale potem przyszedł dzik. Rył w zagłębieniu, gdzie stał kościół. I wyrył dzwon — dzwon, który podobno do dziś wisi na wieży kościoła katolickiego w sąsiedztwie Przemkowa.[18]
Legenda jest legendą. Ale każda legenda ma rdzeń prawdy. Zagłębienie przy drodze do Szprotawy w Szklarkach — opisane przez Fritza jako "cmentarz, prawdopodobnie dla chrześcijan" i jako dawne miejsce kościelne — jest realne. Kości nadal podobno pojawiają się w tej glebie. Miejsce to czeka na systematyczne badanie.
Co wiemy o dzwonach z wizytacji kościelnej 1687 roku
Z dokumentów wizytacyjnych kościoła w Przemkowie z 1687-88 roku — przeprowadzonej przez biskupa wrocławskiego — wiemy, że w owym czasie kościół miał trzy dzwony. Jeden z nich był pęknięty. Dzwony nie były poświęcone.
Co ciekawe, wizytacja z 1670 roku wspomina o trzech dzwonach w wieży kościelnej — zaś wizytacja z 1679 roku znowu o trzech dzwonach "z zegarem". Skoro kościół w 1642 roku spłonął i był odbudowywany — skąd się wzięły dzwony? Odlane na nowo. Ale stare, te z przed 1642 roku? Zaginęły w trakcie pożaru lub były wcześniej zakopane.[19]
Dokument z 1804 roku (po kolejnym pożarze) mówi wprost, że trzy nowe dzwony "odlane zostały w tutejszej dworskiej hucie". Dawne dzwony nie wróciły — bo nie było po co wracać. Leżą gdzieś w ziemi.
Gdzie szukać?
Stare dzwony kościelne mają charakterystyczną formę — są grube, masywne, zrobione ze stopu miedzi i cyny (brązu dzwonowego). Dobrze zachowują się w glebie. Wykrywacz metali reaguje na nie bardzo silnie, bo mamy do czynienia z dużą masą metalu.
Miejsca, gdzie mogły zostać zakopane dzwony przemkowskie, to obszary w pobliżu dawnych kościołów: teren wokół kościoła katolickiego przy rynku (wieża z XIII w.), okolice dawnego kościoła ewangelickiego (cmentarz przy nim — dziś prawosławna cerkiew), a także teren wsi Szklarki — okolice dawnego zagłębienia opisanego przez Fritza. Każde z tych miejsc wymaga jednak formalnych badań archeologicznych.
Rozdział VI: Kapsuła czasu w wieży kościelnej
Dokumenty i monety ukryte przez stulecia
Zdarza się to niespodziewanie — zresztą nieważna jest data. Ważna jest procedura. Kiedy budowniczowie lub konserwatorzy pracują przy wieży starego kościoła i zdejmują metalową kulę ze szczytu — to jest moment, który może otworzyć przeszłość.
W Przemkowie stało się tak wielokrotnie. Przemkowska wieża kościoła katolickiego kryła w swojej główce — metalowej kuli na samym szczycie — coś, czego nikt się tam nie spodziewał: pisane od ręki dokumenty i monety.
Rok 1793. Przy remoncie wieży ktoś włożył do miedzianej puszki list z opisem stanu miasteczka i kilka monet. Puszka trafiła do kulki na szczycie. I leżała tam przez jedenaście lat.[20]
W 1804 roku przyszedł wielki pożar. Wieża kościelna stanęła w płomieniach. Kulka spadła. Ocalała. W środku — opis i monety, wśród nich dukat od łaskawego dziedzica, barona von Bibrana. Dukat stopił się od gorąca. Pozostałe monety ocalały.
Nowa główka wieży, 21 sierpnia (rok nie podany wprost, ale po 1804): Do kulki trafiają z powrotem stare dokumenty, stare monety — wraz ze stopionym dukatem, zawiniętym w osobny papier — i nowy dokument opisujący stan miasteczka po pożarze. Leżą tam przez kolejne dziesięciolecia.
W pewnym momencie — prawdopodobnie w 1880 roku, kiedy prowadzono kolejny remont wieży — kulkę zdjęto ponownie. Znaleziono dokumenty z 1804 roku. Dołożono kolejny dokument. I zamknięto.
W 1911 roku znowu remont wieży. I znowu otwarcie kulki. I znowu dokumenty — teraz trzy: z 1804, z roku następnego (opis odbudowy) i zapewne z 1880. Do nich dodano kolejny dokument z 1911 roku, opisujący stan kościoła i miasteczka.
Co znajdowało się w kapsule czasu
Dzięki temu, że dokumenty te zostały skopiowane i przechowane, wiemy, co było w kulce w 1911 roku:[21]
Dokument z 1793/1804 roku opisuje pożar szczegółowo: podaje liczbę spalonych domów (94 budynki mieszczańskie plus stodoły i zabudowania), wymienia ofiary po nazwisku, opisuje sytuację społeczną i ekonomiczną Przemkowa. Wymienia zarząd miejski. Opisuje odbudowę.
Dokument z 1880 roku to kolejna kapsuła czasu — opis miasteczka po ponad siedemdziesięciu latach. Wymienia nowych właścicieli majątku — Augustenburgów. Opisuje nową epokę w historii Przemkowa.
Dokument z 1911 roku, dołączony do starych — opis kościoła, parafii, głównych wydarzeń. I modlitwa: "Niech Pan Bóg raczy z swej łaski utrzymać nasze dzieło, aby go potomkowie nasi używali jak najdłużej na chwałę Bożą."
Lekcja dla poszukiwaczy
W kulturze europejskiej istnieje długa tradycja umieszczania dokumentów i monet w fundamentach budynków lub w ich szczytowych elementach. Kościoły, ratusze, zamki — wszystkie one miały swoje "capsule temporum". Nie był to zwyczaj wyjątkowy dla Przemkowa — był powszechny.
Monety lokowane w budowlach były z reguły monetami "symbolicznymi" — wartościowymi, ale nie skarbami. Dawanymi jako votum — dar dla przyszłości. Ważne jest jednak coś innego: skoro w wieży kościoła w Przemkowie systematycznie umieszczano takie depozyty — co może leżeć w fundamentach zamku? W fundamentach ratusza, który kilkakrotnie odbudowywano? W fundamentach kościoła ewangelickiego z 1744 roku, kiedy kładziono kamień węgielny?
Kamień węgielny — to właśnie przy nim zawsze umieszczano monety, dokumenty, symbole. Kościół ewangelicki w Przemkowie stanął 13 kwietnia 1744 roku, na gruncie, który ufundował hrabia Reder. Fundamenty z tamtego czasu mogą kryć bardzo interesujące znaleziska.
Rozdział VII: Burgberg — Wzgórze Zamkowe koło Szklarek
Najstarszy ślad osadnictwa w okolicach Przemkowa
Kilometr od wsi Szklarki, na zachodnim skraju parku przemkowskiego, wznosi się zaokrąglony pagórek. Nie jest wysoki — wyrasta z podmokłych łąk jak zielona kopuła, na której od południa rosną sosny, od północy i wschodu krzaki leszczyny. Kamienie, które niegdyś sterczały z jego powierzchni, zniknęły — może wbudowane w płoty, może schowane głębiej.
To Burgberg. Góra Zamkowa.
Lokalna tradycja, zachowana przez kronikarza Gustawa Fritza, mówi wprost: to jest to miejsce, gdzie pierwsi mieszkańcy obecnego Przemkowa mieli swoją siedzibę, gdzie bezpiecznie i pewnie mieszkali. Jeszcze w XIX wieku, gdy Fritz pisał, miejscowi mówili o "dzikim myśliwym przebywającym w tym miejscu", który budził zgrozę — dlatego nikt nocą nie odważył się tu zbliżyć.[22]
Miejsca, wokół których narosła aura tabu i lęku, są niezwykle cenne dla archeologii. Ludzie unikali ich przez wieki — co oznacza, że nie były orane, nie były zabudowywane, nie były niszczone. Wszystko, co tam leży — leży nienaruszone.
Co mówi topografia
Pagórek otoczony bagnami — to klasyczne położenie grodu wczesnośredniowiecznego. W IX, X, XI wieku Słowianie budowali swoje grody właśnie tak: na wyniesieniu otoczonym podmokłym terenem. Naturalna obrona lepsza niż jakikolwiek mur. Teren bagien wokół Burgbergu odpowiada temu opisowi idealnie.
Tunel łączący zamek Augustenburgów z Burgbergiem — opisany w poprzednim rozdziale — byłby fizycznym połączeniem między nową siedzibą szlachecką a miejscem, z którego ona wyrosła. Augustenburgowie, budując swój zamek, mogli natrafiać na ślady dużo starszego osadnictwa — i zachowywać pamięć o nim.
Zagłębienie ze Szklarek — cmentarzysko i kościółek
Przy Szklarkach Fritz opisuje jeszcze jedno tajemnicze miejsce: zagłębienie przy drodze do Szprotawy. Teren ten "wznosi się wokół do wysokości drogi do Szprotawy" — jest więc wyraźną depresją w terenie. Był to, jak powiada tradycja, cmentarz chrześcijański i miejsce, gdzie stał kościół. Legenda mówi, że zaraza wyludniła wieś i kościół zawalił się.[23]
Fritz zaznacza, że mimo braku pisemnych świadectw, "bezsprzecznie pozostanie tylko to, że było to miejsce pochówku i miejsce czczenia Boga dla pierwszych chrześcijan". I że mieszkańcy "zeznają... o pojawiających się kościach z wcześniejszego miejsca przeznaczenia tego placu".
Kości — to poważny wskaźnik. Cmentarzysko, niezależnie od epoki, jest miejscem, w którym ludzie grzebali swoje dobra doczesne razem z ciałami. W średniowieczu: pierścionki, fibule, noże, monety. Miejsce, które jeszcze w XIX wieku "zeznawało o kościach" — to miejsce niezbadane.
Rozdział VIII: Żelazo w ziemi — przemysłowa archeologia Przemkowa
Pięć miejsc z żużlem żelaznym
Jeśli coś wyróżnia ziemię przemkowską wśród innych śląskich okolic, to właśnie żelazo. Nie złoto, nie srebro — żelazo. Ruda darniowa, występująca tutaj obficie w wiekach dawnych, skusiła kolejnych właścicieli majątku do zakładania hut i pieców.
Artykuł z 1861 roku podaje niezwykłą informację: wioski Łężce, Młynowo i Karpie wykazują w pięciu miejscach nagromadzenie złogów żużla żelaznego. Pagórki usypanego żużla wskazują na ponad stuletnią eksploatację. A więc gdzieś w tych trzech wsiach, w pięciu konkretnych miejscach, stały przez ponad sto lat piece hutnicze.[24]
Gdzie dokładnie? Tego Fritz nie precyzuje. Ale każdy pagórek żużla to też potencjalny magazyn artefaktów z epoki: narzędzi, odpadów produkcyjnych, przedmiotów codziennego użytku. Piece hutnicze były otoczone przez pracowników, którzy żyli, jedli, gubili rzeczy, umierali.
Huta "Großenschmede" lub "Schmelzgrube" — "dół odlewniczy" — to nie były wielkie zakłady. To były małe, rodzinne kuźnie, które od pokolenia do pokolenia przetwarzały rudy żelaza na użyteczne przedmioty. Miejsca po nich to miejsca pracy, a miejsca pracy to miejsca życia.
Georgenmühle i "Wielki Piec"
W 1707 roku hrabia Georg Christoph von Proskau sprzedał młyn "Georgenmühle" — wkrótce zamieniony na kuźnicę. W 1790 roku baron von Bibran kazał zburzyć młyn i wybudował nową hutę z wielkim piecem. Osada, która wyrosła wokół tego pieca, liczyła osiem domów i zwała się "Am Hohen Ofen" — "Przy Wielkim Piecu". Dziś to Huta, dzielnica Przemkowa.
Przemysłowa archeologia jest dziedziną, która rozwinęła się w ciągu ostatnich dekad. Dawne piece hutnicze, mielerze, kopalnie rudy — to miejsca, które mogą kryć nie tylko narzędzia pracy, lecz również dokumenty, pieczęcie, monety używane w rozliczeniach. Każda kuźnia miała swojego mistrza, każdy mistrz miał swoje narzędzia.
Rozdział IX: Kamienie z przeszłości i list w butelce
Odkrycie Dolnośląskiej Grupy Eksploracyjnej w 2017 roku
Czerwiec 2017 roku. Dolnośląska Grupa Eksploracyjna "Legion" wybrała się w Przemkowski Park Krajobrazowy na zaproszenie wicedyrektora Dolnośląskiego Zespołu Parków Krajobrazowych, Marka Cieślaka. Miała sprawdzić informację o stercie głazów z napisami, którą Marek Cieślak odkrył podczas czyszczenia grobów rodziny książęcej.
To, co znaleźli, było niezwykłe. Osiem dużych głazów — od pół do półtorej tony każdy — leżało w jednym miejscu. Gdy eksploratorzy zaczęli je obracać, odkryli na większości z nich napisy: nazwy i numery. Były to nazwy obozów — prawdopodobnie obozów pracy lub obozów szkolenia młodzieżowego z okresu III Rzeszy, działających w okolicach Przemkowa.[25]
Zdjęcia archiwalne potwierdziły, że podobne kamienie widać na przedwojennych fotografiach. W okolicach Przemkowa działało prawdopodobnie jedenaście takich obozów — dla młodych ludzi w wieku osiemnastu do dwudziestu pięciu lat, którzy pracowali dla okolicznych gospodarstw, regulowali koryta rzek, prowadzili prace melioracyjne i układali tory.
Ale najcenniejszym odkryciem był nie kamień — lecz butelka.
List w butelce
Pod jednym z głazów eksploratorzy znaleźli butelkę. Zachowana w dobrym stanie. Zamknięta. W środku — skrawek papieru. List.
Nie wiemy, co zawiera list. Eksploratorzy nie otwierali butelki — przekazali ją burmistrzowi Przemkowa, a stamtąd miała trafić do konserwatora zabytków. Marcin Jednoróg z grupy "Legion" skomentował to tak:
"Nie wiemy, co jest w butelce. Liczymy na to, że dowiemy się, co zawiera. Może będzie to historia tego, skąd wzięły się te kamienie."
Czy list został zbadany? Czy jego treść jest znana? Na podstawie dostępnych mi źródeł nie mam informacji o wynikach. To kolejna niezbadana tajemnica ziemi przemkowskiej.[26]
Wniosek: historia obozów jako niezbadana warstwa
Jedenaście obozów pracy. Każdy miał swoją nazwę, swój kamień. Gdzie dokładnie były? W jakich budynkach mieszkali ich uczestnicy? Czy po 1945 roku cokolwiek po nich zostało?
Obozy pracy z lat 30. XX wieku były miejscami, gdzie przez kilka lat pracowały i mieszkały setki, może tysiące młodych ludzi. Po sobie zostawiły fundamenty baraków, narzędzia, osobiste przedmioty. Żaden z tych obiektów nie był, według moich źródeł, systematycznie przebadany archeologicznie.
Rozdział X: Bramy, których nie było — a może były?
Zagadka murowanej budowli na litografii Germara
Wyobraź sobie, że stoisz na wzgórzu na południe od Przemkowa. Jest rok 1880. Przed tobą roztacza się panorama małego, spokojnego miasteczka — czerwone dachy, wieża kościoła, a po lewej stronie zarys neogotyckiego zamku książęcego. I jeszcze jedno: pośrodku tej sielskiej sceny, przy drodze wyjazdowej ku Szprotawie, stoi murowana brama. Solidna, poważna budowla z kamienia — z wieżyczkami zakończonymi krenelażem, niczym z ilustracji do średniowiecznej kroniki.
Ktoś tę bramę narysował. Ktoś uznał, że jest warta utrwalenia.
Ale czy naprawdę istniała?
To jedno z najbardziej intrygujących pytań, jakie zadaje nam przemkowska ikonografia. I pytanie, na które nauka — przynajmniej dotychczas — nie dała jednoznacznej odpowiedzi.[27]
Miasto bez murów
Zacznijmy od rzeczy pewnej. Przemków — inaczej niż Szprotawa czy Głogów — nigdy nie miał murów miejskich. Przez całe swoje siedmiosetletnie istnienie pozostawał, jak to określa jedna ze starych kronik, „otwartym miastem prowincjonalnym". Był to fakt prawnie i administracyjnie doniosły: właśnie brak murów sprawił, że Przemków nigdy nie uzyskał sądu ziemskiego i zawsze stał w hierarchii miast śląskich o szczebel niżej od swoich zamurowanych sąsiadów.[28]
Ale brak murów nie znaczył — jak się okazuje — brak bram.
Jest to pozorny paradoks, który w rzeczywistości ma całkowicie logiczne wyjaśnienie. Na Śląsku znane są liczne przypadki miast, które nie posiadały fortyfikacji, a mimo to wznosiły bramy. Nie służyły one obronie — służyły pieniądzom. Przy bramie pobierano bowiem akcyzę: podatek konsumpcyjny od wszystkich towarów wwożonych do miasta.[29]
W 1756 roku Przemków podniesiony został do rangi miasta, w którym oficjalnie pobiera się akcyzę, i władze zorganizowały tu urząd podatkowy i celny. Od tego momentu każdy wóz z towarem, każdy kupiec wjeżdżający do miasteczka, musiał się zatrzymać — i zapłacić. Akcyzę zniesiono dopiero w 1820 roku, gdy wprowadzono nowy system podatkowy.[30]
Przez ponad sześćdziesiąt lat bramy Przemkowa były więc nie strażnicami militarnymi, lecz kasami miejskiego skarbu.
Cztery bramy, cztery kierunki
Kiedy w połowie XIX wieku mieszkańcy Przemkowa jeszcze pamiętali stary układ miasta — zanim ostatecznie zatarły go kolejne pożary i przebudowy — kronikarz zapisał ich nazwy. Rektor Ewald wymienia cztery bramy przemkowskie z ich dokładnymi lokalizacjami.[31]
Kirchpforte — Furta Kościelna — znajdowała się gdzieś na przedmieściu, na tyłach kościoła katolickiego. Skromna w nazwie, jak można przypuszczać, i skromna w randze — nie przy głównym trakcie, lecz na jego zapleczu.
Bader- albo Lauterbacher Tor — Brama Cyrulików, zwana też Bramą Młyńską — strzegła wyjazdu z miasta w kierunku wsi Młynowo, dziś pochłoniętej przez przemkowską dzielnicę przemysłową. Jej przydomek — „cyrulicza" — wskazuje, że w tej okolicy prosperowali niegdyś balwierze, wówczas łączący funkcje fryzjera, chirurga i dentysty.
Sprottauer- albo Brenner Tor — Brama Szprotawska, zwana też Bramą Gorzelników — stała przy wyjeździe w kierunku Szprotawy, w pobliżu stawu miejskiego. I to właśnie ta brama pojawia się na litografii z 1880 roku.
Glogauer Tor — Brama Głogowska — pilnowała drogi ku Głogowowi, najważniejszemu miastu regionu.
Cztery bramy. Cztery kierunki. Cztery oblicza małego miasta, które mimo że pozbawione murów — wiedziało, kto wchodzi, kto wychodzi i ile za to winien jest zapłacić.[32]
Zagadka Wernera
Tu jednak zaczyna się problem.
Istnieją osiemnastowieczne rysunki Wernera przedstawiające Przemków. Są precyzyjne, szczegółowe, wykonane przez kogoś, kto miasto widział na własne oczy. I na żadnym z tych rysunków — żadnym — bram nie widać.[33]
Jak to możliwe? Jeżeli bramy istniały już wcześniej, powinny być na rysunkach. Jeżeli ich nie ma na rysunkach, to albo artysta je pominął — co wydaje się mało prawdopodobne przy tak drobiazgowym twórcy — albo bramy zostały wzniesione dopiero po sporządzeniu tych widoków, w końcu XVIII lub na początku XIX wieku, właśnie w związku z wprowadzeniem akcyzy w 1756 roku.
To druga możliwość jest historycznie kusząca. Akcyza wymagała fizycznego punktu kontroli. Może więc bramy przemkowskie — przynajmniej w tej formie, którą znamy z nazwy — nie były starożytne, lecz całkiem nowe: skromne drewniane lub murowane rogatki, postawione przez administrację pruską, by mieć gdzie pobierać podatek?
Historyk Szczęsny Skibiński podaje co prawda, że miasto posiadało trzy bramy już w okresie średniowiecznym — Młyńską, Głogowską i Szprotawską. Ale tę informację zaczerpnął z Deutsches Städtebuch z 1939 roku, a nie z dokumentów pierwotnych.[34] Łańcuch źródeł jest tu zatem niepewny.
Zagadka Wernera pozostaje otwarta.
Litografia, która zmienia wszystko
I właśnie tutaj wkracza litografia.
Wśród ikonografii przemkowskiej zachował się widok panoramy miasta od południa, sporządzony około 1880 roku — a według informacji posiadanych przez autora tego opracowania, jego twórcą był Friedrich Heinrich Germar, ksiądz nadworny związany z zamkiem Augustenborg. Na pierwszym planie tej kompozycji, przy drodze wyjazdowej ku Szprotawie, widoczna jest murowana brama miejska o wyraźnie średniowiecznych formach architektonicznych: z wieżyczkami zakończonymi krenelażem, solidna, kamienna, rzucająca się w oczy.
W tle — neogotycki zamek książęcy. To pozwala z dużym prawdopodobieństwem zidentyfikować obiekt: skoro widok jest od południa, a za bramą stoi zamek — mamy przed sobą Bramę Szprotawską.
Gdyby ta brama naprawdę wyglądała tak, jak ją narysował Germar — byłaby budowlą imponującą jak na możliwości małego prowincjonalnego miasteczka. Krenelowane wieżyczki to architektura zamkowa, obronna, średniowieczna w charakterze. Zupełnie niepasująca do obrazu skromnej rogatki podatkowej.
Artysta czy świadek? Pytanie, które czeka na odpowiedź
I tu właśnie leży serce zagadki.
Litografowie epoki romantyzmu — a mamy do czynienia z latami osiemdziesiątymi XIX wieku, apogeum romantycznego spojrzenia na historię — bywali skłonni do idealizowania i archaizowania tego, co rysowali. Ruiny podwyższano, mury dokładano, baszty wyrastały tam, gdzie ich nigdy nie było. Germar, jako człowiek dworu, mógł chcieć nadać panoramie swego patrona — zamku Augustenborg — bardziej historyczną, bardziej monumentalną oprawę. Brama z krenelażem pięknie wpisywała się w estetykę epoki.
Z drugiej strony — kronika miejska wyraźnie mówi o bramach w Przemkowie na początku XIX wieku. Akcyza pobierana od 1756 roku fizycznie wymagała punktu kontrolnego. Cztery bramy mają nazwy, kierunki, lokalizacje. Ktoś je widział. Ktoś pamiętał.
Czy Germar narysował to, co zobaczył — czy to, co chciał zobaczyć?
Na to pytanie historia przemkowska nie odpowiedziała dotychczas. By je rozstrzygnąć, potrzeba byłoby albo innych źródeł ikonograficznych z tego samego okresu, albo badań archeologicznych przy dawnym wyjeździe z miasta ku Szprotawie — przy starym stawie miejskim — gdzie, według kroniki, Brama Szprotawska stała.
Może w ziemi zostały fundamenty. Może kamień węgielny. Może tylko cień w układzie dawnych działek.
Ale jeśli brama naprawdę istniała — to byłby to dowód, że Przemków, choć mały i pozbawiony murów, potrafił wznieść budowlę wartą zapamiętania. Budowlę, którą ktoś uznał za godną utrwalenia na litografii.
I to by wiele mówiło o dumie tego miasta.
Rozdział XI: Piwnice zamkowe i ruiny rezydencji
Co kryje ziemia pod dawnym parkiem
Kiedy w 1945 roku zamek spłonął, a jego ruiny rozebrano na przełomie lat 1960/70 — nikt się specjalnie nie spieszył. Cegły rozebrały okoliczne wioski, bloki cennego piaskowca wywieziono, drewno zabrał ogień. Ale fundamenty, piwnice, podziemne instalacje — zostały. Zasypano je ziemią, posadzono trawę. Park stoi nad nimi do dziś.
Z relacji kobiety, która tuż po wojnie jako nauczycielka odwiedziła zamek, wiemy, że wewnątrz "na piętrze ostały się piękne wiszące lampy". To były lampy z cesarskiej sali — perskie i tureckie dywany, indyjskie zasłony z pereł, które opisywał prof. Sugg jeszcze w latach dwudziestych XX wieku. Spłonęły? Zostały wywiezione wcześniej?[35]
Wdowa po Erneście Güntherze, księżna Dorota, sprzedała cenny inwentarz zamku, zanim uciekła w 1945 roku. Co sprzedała, co zdążyła zabrać, co zostało — tego nie wiemy. Zamek stał przez kilka lat w rękach sowieckich żołnierzy, potem administracji polskiej. Kto i co wyniósł — nie sposób ustalić.
Co może leżeć w piwnicach
Piwnica zamkowa — jak podaje jeden z opisów — mieściła kuchnię. Kuchnia to nie tylko garnki i patelnie, ale też srebra kuchenne, zastawy, które nie poszły do salonów. To zapasy — beczki, skrzynie. To odpady, w których archeolodzy odnajdują kości zwierząt, resztki pożywienia, potłuczone naczynia.
Ale w piwnicach zamkowych bywało też coś cenniejszego. Zamek Przemków był bogaty. Ernest Günther przywoził z każdej podróży wagony pamiątek — meble barokowe, broń myśliwską, egzotyczne trofea. Część tego mogła zostać ukryta w chwili zagrożenia.
Wiadomo też, że zamek miał windę — to był budynek z nowoczesną infrastrukturą przełomu XIX i XX wieku. Szyby wind, kanały, podziemne przejścia między budynkami — to wszystko może być zachowane pod ziemią. Odkopanie piwnic zamkowych dałoby obraz życia codziennego rezydencji na poziomie, jakiego żadne archiwalne zdjęcie nie zastąpi.
Pałac Książęcy
Obok zamku stał Pałac Książęcy — budynek, do którego po śmierci Ernesta Günthera przeniosła się wdowa Dorota. Tu sprzedała "cenny inwentarz z zamku". W pałacu w latach 30. mieszkał książę Albert — ostatni Augustenburczyk. To tutaj też bywali "bogaci przemysłowcy", którzy po 1921 roku przyjeżdżali na polowania.[36]
Pałac Książęcy nie przetrwał. Został zburzony — podzielił los zamku i całego dawnego układu rezydencjonalnego Augustenburgów. Dziś w miejscu, gdzie stał pałac z charakterystycznymi dwiema wieżami, wznosi się budynek Urzędu Miasta. Taki jest finał tej historii: tam gdzie niegdyś mieszkali książęta, urzędnicy Rzeczypospolitej rozpatrują wnioski o meldunek.
Rozdział XII: Grobowiec Augustenburgów
Cmentarz przy lesie — kto tu naprawdę spoczywa
Na skraju przemkowskiego parku, przy lesie, leży mały cmentarz. To tu Ernest Günther kazał wybudować rodowy grobowiec — i to tu w lutym 1921 roku, po nagłej śmierci, złożono go do ziemi przy licznym udziale ludności i dostojnych gości żałobnych. Ale nie był on pierwszym Augustenburczykiem pochowanym w Przemkowie. Był ostatnim, który wybrał dla rodu nowe miejsce spoczynku.
Bo zanim powstał cmentarz na Fuchsbergu, przez siedemdziesiąt lat Augustenburgowie spoczywali w zupełnie innym miejscu.
Krypta pod kościołem
W roku 1853, gdy książę Krystian August przybył do Przemkowa jako nowy właściciel dóbr, ewangelicki kościół miejski stał się miejscem szczególnie bliskim rodzinie książęcej. To tu chrzcili dzieci, tu słuchali kazań, tu śpiewali hymny. I tu, w krypcie po prawej stronie za ołtarzem, obok zakrystii, zaczęli grzebać swoich bliskich.
Jako pierwsi trafili tu mali chłopcy — dwaj bracia przyszłej cesarzowej, którzy żyli zaledwie po roku. Krystian August, wnuk pierwszego właściciela, w 1858 roku. Wiktor — w 1862 roku. Obaj zniknęli, zanim zdążyli poznać świat.[39]
W 1867 roku spoczęła tu księżna Luiza Zofia, żona pierwszego władcy Przemkowa, babka cesarzowej. W 1869 roku — sam książę Krystian August, w wieku siedemdziesięciu lat. W 1880 roku jego syn, książę Fryderyk, ojciec cesarzowej — który umarł w Wiesbaden, dokąd pojechał po kuracje, i który nigdy już nie wrócił żywy.
Jego żona, księżna Adelajda z domu Hohenlohe-Langenburg, przeżyła go o dwadzieścia lat. Jako wdowa zamieszkała w Dreźnie i tam zmarła 25 stycznia 1900 roku. Jej pogrzeb w Przemkowie był wielkim wydarzeniem — w kondukcie żałobnym szedł sam cesarz Wilhelm II, zaś na trumnie złożono wieńce od cara Mikołaja II i cesarza Franciszka Józefa.
W roku 1910 odbyło się w krypcie ostatnie znane nam pogrzebanie. Księżna Teodora, niezamężna siostra cesarzowej, poetka pisząca pod pseudonimem F. Hugin, zmarła 21 czerwca 1910 roku w Obersasbach, mając niespełna 36 lat. Na uroczystości pogrzebowej w Przemkowie śpiewał Berliński Chór Katedralny — a nowy kantor Hans Ewald, który właśnie przybył do miasta z Wrocławia, grał na organach po raz pierwszy w życiu, właśnie podczas tej mszy żałobnej.
Cesarzowa Augusta Wiktoria, podczas swojej ostatniej wizyty w Przemkowie w czasie I wojny światowej, przyszła pewnego popołudnia do kościoła i przeszła środkową nawą ku krypcie — by odwiedzić groby swoich dziadków, rodziców i rodzeństwa. Dzieci, które były w budynku szkolnym obok kościoła, przyciśnięte do szyb, patrzyły na tę cichą wizytę.[40]
Nocna procesja z pochodniami
22 lutego 1921 roku, w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat, niespodziewanie zmarł Ernest Günther. Chciał być pochowany w parku, na wzniesieniu Fuchsberg — i chciał, by powstało tam nowe, rodowe miejsce pochówku.
Natychmiast po śmierci wzięto się do pracy. Dzień i noc pracowano na zachodnim krańcu parku, przygotowując dotąd nienaruszony las pod nowy cmentarz i kaplicę. Kaplicę zbudowano w całości z drewna — a drewno pochodziło z drzew ściętych na samym wzniesieniu Fuchsberg, zgodnie z wolą zmarłego.
Pogrzeb odbył się z wielką powagą, tydzień po śmierci. Przez kolejne pół roku trwały dalsze prace. A potem nadszedł wieczór, który mieszkańcy Przemkowa zapamiętali na długo.
Późną nocą, przy świetle pochodni, zorganizowano wielki kondukt. Wszystkie trumny z kościelnej krypty — Krystiana Augusta, Fryderyka, Adelajdy, Teodory i pochowanych wcześniej małych książąt — zostały przeniesione na Fuchsberg i złożone w przygotowanych grobowcach.[41] Z wieżyczki kalenicowej nowej kaplicy dobywał się dźwięk małego dzwonu.
Dzwon z Gravestein
Ten dzwon — to nie był przypadkowy przedmiot. Przyniesiono go z zamku. Mówiono, że pochodzi z zamku Gravestein w północnym Szlezwiku, jednej z historycznych posiadłości rodu, które właśnie utracono: na mocy traktatu wersalskiego z 1919 roku tereny te przeszły z Niemiec do Danii.[42]
Gdy więc dzwon bił nad grobami Augustenburgów na przemkowskim Fuchsbergu, nie bił tylko za umarłych. Bił za coś, czego już nie ma — za ojczyznę, za zamek, za kraj przodków, który przepadł. W kaplicy wisiały na ścianach wieńce z wstęgami z dawnych pogrzebów rodziny — niektóre cenne, podarowane przez koronowane głowy Niemiec i Europy. I był dzwon. I był spokój.
Trzy płyty, które jeszcze można odczytać
Cmentarz przetrwał do dziś — choć z trudem. W 1980 roku ktoś, kto odwiedził zarosły Fuchsberg, zdołał jeszcze rozszyfrować trzy napisy nagrobne:
Krystian August, wnuk pierwszego właściciela, urodzony 3 sierpnia 1857 roku w Przemkowie, zmarły 29 października 1858 roku w Dłużku. Na płycie cytat z Ewangelii Mateusza: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.”
Adelajda, księżna Szlezwika-Holsztynu, urodzona 20 lipca 1835 roku, zmarła 25 stycznia 1900 roku w Dreźnie. Na płycie słowa z Jeremiasza: „Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też przyciągnąłem cię do siebie.”
Teodora, księżniczka Szlezwika-Holsztynu, urodzona 3 lipca 1874 roku w Przemkowie, zmarła 21 czerwca 1910 roku w Obersasbach. Na płycie słowa z Ewangelii Jana: „Daję im życie wieczne; i nie zginą na wieki, i nikt nie wyrwie ich z ręki mojej.”[43]
Albert — który wybrał inaczej
Wbrew temu, co można by sądzić, ostatni Augustenburczyk — książę Albert — nie spoczywa na Fuchsbergu. Wybrał inaczej. Gdy w 1931 roku zmarł w berlińskim szpitalu, jego wolą było zostać pochowanym na starym cmentarzu ewangelickim w Przemkowie — pośród mieszczan, nie w grobowcu dynastycznym.[44]
Ta decyzja mówi coś ważnego o Albercie. Wiedział, że jest ostatnim. Kazał wyryć na płycie: „ostatni ze swojego rodu.” Może dlatego nie chciał leżeć wśród dynastycznych grobów — bo dynastia się skończyła. Chciał leżeć w mieście, które znał.
Splądrowany grobowiec
To, co stało się z cmentarzem rodowym na Fuchsbergu po 1945 roku, jest historią dewastacji i bezkarności. Groby Augustenburgów zostały splądrowane. Ktoś — a może wielu kolejnych — przekopał, przewrócił, zniszczył. Szukał kosztowności, orderów, pamiątek. Ernest Günther był kawalerem kilkunastu orderów europejskich. Teodora — córka i siostra cesarskich rodów — spoczęła z tym, co do niej należało.
Cmentarz „kompletnie zdziczał” — to słowa z artykułu opublikowanego po 1989 roku. Przez dziesięciolecia nikt się nim nie opiekował. Dopiero po roku 1989 podjęto próbę rekonstrukcji. Postawiono skromny drewniany krzyż z napisem w dwóch językach: „Przechodniu, pomyśl o zmarłych, którzy tu spoczywali.” Obok stanęła tablica z historycznymi fotografiami.
A kaplica? Spłonęła lub rozebrano ją po 1945 roku, drewno skradziono. Po dzwonie z Gravestein nie ma śladu. Gdzie jest dziś ten dzwon? Czy trafił w prywatne ręce? Czy przetopiono go? Czy leży gdzieś w ziemi, zakopany przez kogoś, kto nigdy po niego nie wrócił? Nie wiadomo. Ale jest pytanie — i jest szansa, że ktoś kiedyś znajdzie odpowiedź.
Co tu dziś zostało
Miejsce istnieje. Można tu przyjść, stanąć i pomyśleć o ludziach, którzy przez siedemdziesiąt osiem lat rządzili tym miastem — zmieniali je, budowali, sadzili drzewa w parku, meliorowali bagna i sprowadzali cesarzy na polowania.[45]
Ich zamek zniknął. Pałac zburzony. Huta zdewastowana. Park zarasta. Ale cmentarz stoi — i można przy nim stanąć, i myśleć. To jedyne miejsce w Przemkowie, gdzie historia Augustenburgów jest wciąż fizycznie obecna. Nie jako muzeum, nie jako tablica na ścianie — ale jako ziemia, pod którą leżą być może jeszcze doczesne szczątki tych ludzi.
Zasługują na opiekę. Zasługują na to, żeby to miejsce było zadbane, ogrodzone, oznaczone. Żeby stanął prawdziwy, solidny krzyż, który tak szybko nie spróchnieje. Żeby kapliczka — choćby odbudowana — stała tu znowu. I żeby dzwon z Gravestein kiedyś się znalazł.
Rozdział XIII: Przez Przemków szły armie
Żołnierskie ślady w ziemi od Napoleona do roku 1945
Przez Przemków szły armie.
Maszerowały z zachodu na wschód i z powrotem. Przychodziły z Francji, z Włoch, z Wirtembergii, z Bawarii, z Rosji, z Prus. Kwaterowały w domach mieszczan, śmierdząc końskim potem i prochem. Jadły ostatnie zapasy, wyrywały płoty na opał, deptały zasiewy. Zostawiały po sobie trupy, tyfus i — nieodmiennie — przedmioty, które zginęły pod ziemią.
Ale zostawiały też coś, czego same nie wiedziały, że zostawiają: ślad materialny, który przetrwał. Guziki od mundurów w glebie łężeckich pól. Podkowy w rowach przy Trzech Wałach. Monety, które wypadły z kieszeni żołnierskich przy górze Kollenberg. Kule armatnie w okolicach drogi chocianowskiej.
Przemków leżał na szlaku. I każda armia, która nim szła, coś po sobie zostawiła.
Fryderyk Wielki i bawarska wojna sukcesyjna
Zanim nadszedł Napoleon — przez Przemków przeszedł sam król pruski. W dniu 10 października 1760 roku Fryderyk II Wielki, wracający z obozu pod Świdnicą, przekroczył miasto i połączył się tutaj z korpusem generała von der Goltz, po czym pomaszerował dalej przez Szprotawę i Żagań ku Brandenburgii.[46]
Droga, którą szedł jego regiment, zostawiła ślad w nazwie — stara Königstraße, Droga Królewska, wiodła ze Szprotawy przez Szklarki na południe od miasta. Tędy mogły maszerować kolumny z drobiem, bagażowymi wozami, artyleria. Każdy obóz zostawia ślady.
Osiemnaście lat później, w 1778 roku, kronika Przemkowa odnotowuje kolejne przemarsze — tym razem podczas bawarskiej wojny sukcesyjnej. Wojska pruskie przechodziły przez miasto wielokrotnie. Nie ma szczegółów, ale sam fakt jest udokumentowany.[47]
Rok 1806: dwadzieścia jeden tysięcy żołnierzy
I wtedy przyszedł Napoleon.
Po klęsce Prus pod Jeną w październiku 1806 roku pruska twierdza w Głogowie znalazła się w oblężeniu. Przez Przemków przebiegał główny trakt wojskowy. To zdecydowało o losie miasta na dwa lata.
W listopadzie 1806 roku dotarł tu pierwszy patrol rekwizycyjny, który systematycznie plądrował okolicę. Potem przyszli żołnierze. Nie kilkuset — dwadzieścia jeden tysięcy. Tyle, według kroniki, zakwaterowano w mieście i okolicach od listopada 1806 do października 1808 roku. Koszt utrzymania tej armii wyniósł czternaście tysięcy talarów, a nadzwyczajne świadczenia wojenne — kolejne siedem tysięcy.[48]
Dwa lata nieprzerwanego wojskowego kwaterunku. Dwa lata, przez które przez przemkowskie domy, stajnie, stodoły i szkolne izby przewijały się bawarskie regimenty oblężnicze. Dwa lata — i z pewnością tysiące małych, codziennych przedmiotów, które zginęły w ziemi.
1812: bawarska dywizja przez szesnaście dni
Wiosną 1812 roku Napoleon ruszył na Moskwę. Przez Przemków przeciągały wojska przez wiele tygodni — Francuzi, Bawarczycy, Włosi. I jeden z tych oddziałów nie tylko przemaszerował, lecz zatrzymał się na dłużej.
Bawarska dywizja generała Wrede — siedemnaście tysięcy czterystu osiemdziesięciu żołnierzy — pozostawała w Przemkowie przez szesnaście dni. Szesnaście dni, które dla mieszkańców oznaczały koszmar. Kronikarz nie szczędzi słów:[49]
„Obcy wyżerali wszystko jak szarańcza; ludzie i konie zjadali te skąpe zapasy, jakie Ślązacy odłożyli na później w czasie ostatnich żniw. Nawet nie zostawiali rolnikowi ziarna siewnego. Oficerowie i szeregowcy rabowali i plądrowali co tylko mogli, źle obchodzili się z mieszkańcami, gdy nie byli całkowicie zaspokojeni i nie mieli także żadnego względu dla kobiet i dziewcząt."
Nawet pomieszczenia szkolne zajęto na kwatery. Miasto pękało w szwach.
A potem przyszedł odwrót. Z końcem 1812 roku przez Przemków wracała rozbita armia napoleońska — wygłodzone, obdarte widma bez broni i oporządzenia. Mieszkańcy, mimo że mieli wszystkie powody do nienawiści, otwierali przed nimi drzwi i dawali jedzenie. Żołnierze odwdzięczyli się tyfusem plamistym, który zebrał wiele ofiar wśród mieszczan.[50]
1813: rok największego nasilenia
Rok 1813 przyniósł Przemkowowi to, czego żaden kronikarz nie zdołał w pełni opisać: permanentny chaos armii, które raz były wrogami, raz sprzymierzeńcami, i za każdym razem — okupantami.
W maju 1813 roku, po przegranej przez Francuzów bitwie pod Budziszynem, przez okolice Szprotawy ruszyło północne skrzydło armii marszałka Victora — dwadzieścia pięć tysięcy, może czterdzieści pięć tysięcy żołnierzy. Victor stanął w Przemkowie obozem przez dwa dni. Strzelcy w ciemnozielonych mundurach i wysokich niedźwiedzich czapach, dragoni, piechota liniowa. Marszałek kwaterował w zamku. Zajęto wszystkie magazyny żywności i paszę dla koni.[51]
Ledwo Francuzi odeszli rankiem 30 maja, gdy z Wilkocina przygnało pędem tysiąc dwustu kozaków. Rozbili obóz przed miastem. Dookoła na polach zakłuli szablami zalegających maruderów. I zażądali wyżywienia — od mieszkańców, których Francuzi dopiero co ograbili.
Cztery dni później wróciły wojska napoleońskie — tym razem korpus marszałka Bertranda, trzydzieści osiem tysięcy żołnierzy. Dwudniowy postój. Potem odjechali.
I wtedy nadeszło to, co mieszkańcy Przemkowa zapamiętali najdłużej.
Dziewięć tygodni Wirtemberczyków: pola, okopy i szubienica
Siódmego czerwca 1813 roku do Przemkowa wkroczyła wirtemberska dywizja generała Franquemonta z korpusu Bertranda. I nie odeszła przez dziewięć tygodni.
Dziewięć tygodni. To nie był przemarsz. To było zamieszkanie.
Wirtemberczycy rozkwaterowali się w mieście i okolicach. Swój plac ćwiczeń i przeglądów wojskowych urządzili na polach Łężc — na wschód od miasta. Na górze Kollenberg (zwanej też Schinderberg) artyleria kopała okopy i pozycje obronne. Ślady tych robót ziemnych były widoczne jeszcze przez cały XIX wiek.[52]
Dziesiątego sierpnia odbyły się obchody urodzin Napoleona. Mieszczanie musieli pięknie oświetlić swoje domy. Oficerowie dywizji świętowali w ratuszu. Przed każdym z nich postawiono butelkę wina. Nie pytano ich o zdanie.
Trzynastego sierpnia, tuż przed wymarszem, nastąpiło to, o czym kronikarz pisze najkrócej: wyrok sądu polowego. Na górze Schießberg rozstrzelano jednego żołnierza. Drugi — powieszony na szubienicy przy górze Galgenberg — skończył swój żywot obok drogi. Obaj zostali pochowani w tamtejszej okolicy.[53]
Łączne koszty wojenne tamtego czasu wyniosły trzydzieści pięć tysięcy talarów. I jeszcze ta cena, której żaden talar nie wyrazi: śmierć burmistrza, który nie dożył końca tego koszmaru.
Był jednak jeden świadek, który patrzył na to wszystko z perspektywy innej niż Przemkowianin. Wśród oficerów wirtemberskich, kwaterujących w Przemkowie przez cały czas zawieszenia broni, był pewien podporucznik z Meklemburgii, który pozostawił swoje wspomnienia. Pisał o przemkowskiej kawiarni na wielkim placu, o codziennej musztrze, o kolegach oficerach. Pisał też o atmosferze małego śląskiego miasteczka, które próbowało żyć normalnie, gdy przez jego ulice chodziły obce armie.[54]
I Wojna Światowa: szpital w pałacu i Rosjanie w hucie
Pierwsza Wojna Światowa nie dotarła do Przemkowa jako front bojowy. Ale dotarła inaczej.
W pałacu książęcym para Augustenburgów urządziła szpital wojskowy. Pod koniec listopada 1914 roku specjalny pociąg przywiózł pierwszych rannych — w dwóch wagonach. Leczył ich tutejszy lekarz doktor Schneider, pomagały mu sanitariuszki oraz siedemdziesiąt dwie kobiety i dziewczęta z okolicy, które na specjalnym kursie nauczyły się pielęgnacji rannych.[55]
Ale w przemkowskich hutach — na Młynowie i na Dużej Hucie — pracował przez dłuższy czas ktoś znacznie bardziej niezwykły: sto sześćdziesiąt rosyjskich jeńców wojennych. W całej okolicy Szprotawy, gdzie w obozie jenieckim przetrzymywano około dwudziestu tysięcy Rosjan, kilkuset z nich skierowano do pracy w przemkowskim przemyśle hutniczym. Pracowali przy żelazie, mieszkali wśród tutejszych robotników, żyli tygodniami w obcym im śląskim miasteczku.[56]
Co po sobie zostawili? Tego nie wiemy. Ale robotnik — czy wolny, czy jeniec — traci rzeczy, gubi przedmioty, chowa małe skarby. Tereny dawnych hut na Młynowie i Dużej Hucie to nie tylko archeologia przemysłowa. To też potencjalny ślad pierwszowojennych jeńców.
Styczeń–luty 1945: ostatnia bitwa
W nocy z dwudziestego piątego na dwudziestego szóstego stycznia 1945 roku Przemków znalazł się w centrum działań wojennych.
Pułk pancerny dywizji Hermann Göring, który przebijał się z okrążenia od strony Łodzi, dotarł w rejon Pogorzeli i Przemkowa. Skończyło się paliwo. Wiedziano, że w Przemkowie jest magazyn benzyny — na terenie zamku, który już zajęli Rosjanie. Podjęto decyzję o nocnym ataku.[57]
Atak na Przemków przeprowadzono w ciemnościach. Zamek i przylegające dzielnice stanęły w ogniu. Magazyn benzyny spłonął. Pułk ruszył przez wrzosowiska w kierunku Szprotawy, eskortowany przez eskadry myśliwców ME 109, które odnalazły okrążone kolumny i towarzyszyły im przez cały następny dzień.
Kilkanaście dni później, jedenaście lutego 1945 roku, przez tereny na południe od Przemkowa przechodził 500. Pancerny Batalion Saperów z dywizji Großdeutschland. Maszerował wzdłuż drogi Chocianów–Przemków. Kuchnia polowa ugrzęzła w bagnie koło Łąkocin. Nieprzyjaciel uderzył wzdłuż drogi. Batalion przekraczał skraj Lasu Przemkowskiego pod ostrzałem. Adiutant z patrolem rozpoznawczym, odcięty od oddziału, przeleżał ze swoimi ludźmi na skraju lasu pod gałęziami jodły cały dzień, czekając na zmrok. Przed nimi rozciągało się pole szerokie na siedemset metrów. Trzy niemieckie ciężarówki, które próbowały przebić się przez drogę, zniszczyły rosyjskie działa przeciwpancerne.[58]
Droga Chocianów–Przemków, las przemkowski, okolice Łąkocin, Wysokiej i Pogorzeli --- to tereny, na których przez kilka tygodni zimą 1945 roku toczyły się regularne walki. Wszystko, co żołnierz zgubił, porzucił lub co przepadło w ziemi podczas tych działań, leży tam do dziś.
Co może czekać — mapa militarnych miejsc
Góra Kollenberg / Schinderberg (okolice Łężc) — przez dziewięć tygodni kopała tu artyleria wirtemberska. Ślady okopów widoczne jeszcze w XIX wieku. Możliwe: łuski, guziki, ekwipunek wojskowy, monety z 1813 roku.
Góra Galgenberg — miejsce egzekucji przez powieszenie (sierpień 1813). Dwóch żołnierzy pochowanych w okolicy. Możliwe: szczątki, przedmioty osobiste, elementy mundurów.
Góra Schießberg — miejsce egzekucji przez rozstrzelanie (sierpień 1813). Miejsce pochówku w okolicy. Możliwe: łuski, szczątki.
Pola Łężc — plac ćwiczeń i przeglądów wojsk wirtemberskich (1813). Przez kilkanaście tygodni intensywne użytkowanie przez kilka tysięcy żołnierzy. Możliwe: monety, guziki, ekwipunek.
Tereny hut na Młynowie i Dużej Hucie — miejsce pracy 160 rosyjskich jeńców wojennych (1914–1918). Możliwe: przedmioty osobiste jeńców.
Droga Chocianów–Przemków i las przemkowski — walki zimą 1945 roku. Dywizja Hermann Göring, batalion Großdeutschland. Możliwe: militaria z II wojny światowej. Uwaga: możliwość niewybuchów — eksploracja wyłącznie z właściwym zezwoleniem i odpowiednim sprzętem.
Pogorzele i okolice zamku — nocny atak pancerny 25/26 stycznia 1945 roku, pożar zamku. Możliwe: fragmenty pancerzy, łuski, militaria.
Każde z tych miejsc nosi warstwę materialną po ludziach, którzy przyszli tu nie z własnej woli i zostawili za sobą więcej, niż zamierzali.
Rozdział XIV: Dwie leśniczówki
Miejsca, których już nie ma
Były dwa miejsca w okolicach Przemkowa, które — bardziej niż zamek, bardziej niż huta — mówiły coś o tym, jak Augustenburgowie rozumieli ziemię, na której osiedli. Nie rezydencje, nie kościoły, nie pomniki. Dwie leśniczówki. Jedna tuż przy mieście, na wzgórzu wśród lip. Druga na bagnach, o świcie, gdzie kończyła się cywilizacja i zaczynała dzikość. Dziś nie ma po nich śladu.
* * *
Pierwsza z nich — zwana Jägerhof, Dworkiem Myśliwskim — stała na wzniesieniu zwanym Lerchenberg, Wzgórzu Skowronków, niedaleko parku zamkowego. Miejsce było wybrane z rozmysłem: dość blisko, by dojść pieszo z zamku, dość wysoko, by widzieć stąd pola i lasy, które ciągnęły się aż po horyzont.
Przez dziesięciolecia Jägerhof służył jako serce rozrywkowego życia miasteczka. Wokół niego w 1935 roku urządzono kąpielisko parkowe z wyspą — dwudziestomorgowy staw, zjeżdżalnie, łódki, letnie upały stłamszone w wodzie — nowa atrakcja, z której Przemków był dumny w całym powiecie.[59] W upalną niedzielę 22 sierpnia 1938 roku właśnie tu zaplanowano wielki festyn ludowy „Kraft durch Freude”. Teren był przystrojony, orkiestra pułku piechoty z Kożuchowa zaczęła grać — festyn rozszedł się, zanim na dobre się zaczął, bo deszcz był silniejszy niż entuzjazm.[60]
Gdy Ernest Günther świętował pięćdziesiąte urodziny, po nabożeństwie i paradzie stowarzyszeń wojskowych przed zamkiem — całe towarzystwo ruszyło na popołudniowy festyn z bankietem i balem. „Około godziny 14:00” — donosił kronikarz — „nastąpił wymarsz w tamtym kierunku”. Dworki myśliwski przyjął ich wszystkich: muzykę, toasty, tańce do późnej nocy.[61]
Były też zwykłe dni. Leśniczy rewirowy Gladikau z Szklarek jechał tam rowerem, żeby strzelać do królików. W drodze powrotnej, prowadząc rower pieszo, potknął się — broń wypaliła, cały ładunek śrutu wbił mu się w przedramię. Odwieziono go automobilem do szpitala w Szprotawie.[62] Taki był Jägerhof: miejsce celebracji i miejsce wypadków przy pracy, zamkowe święto i powszedni dzień leśnika.
Gdzieś między 1925 a 1930 rokiem, gdy książę Albert wyprzedawał resztki majątku, dworek myśliwski odkupiła rodzina Kühne. Od 1936 roku posiadała go ciotka Irena — i właśnie ta prywatna, ciepła leśniczówka spłonęła pod koniec II wojny światowej lub tuż po niej. Potwierdzili to świadkowie tamtych czasów. Nie wiadomo kiedy dokładnie. Nie wiadomo, z czyjej ręki.[63]
* * *
Drugą leśniczówkę zbudował Krystian August — jako pierwszy z Augustenburgów — gdzieś w głębi bagien szprotawskich, na terenie przekształconym przez niego z nieprzebytego torfowiska w użyteczne łąki i pola. Nadał jej imię, które trwało długo po nim: Adelaidenau — od imienia księżniczki Adelajdy, swojej synowej, której pamięć w ten sposób uwiecznił.[64]
Miejsce było zupełnie inne niż Jägerhof. Nie wzgórze, nie widok na miasto. Bagna, trzciny, staw, rzeka Szprota cicha w swym biegu, niebu bliski las — i cztery budynki pośrodku tego wszystkiego: leśniczówka z salą myśliwską, dwie stodoły ze stajniami, dom robotnika leśnego. Tyle wystarczyło, żeby powstało tu osobne, samotne miejsce na ziemi.[65]
Gdy w lipcu 1863 roku do Przemkowa przybyło Śląskie Towarzystwo Leśne, Krystian August wybrał Adelaidenau na punkt spotkania. Zaprosił ekspertów na śniadanie, opowiadał o melioracji bagien, pokazywał kanały i urządzenia nawadniające. Goście wrócili do Szprotawy pełni wrażeń.[66] Pięć lat później angielska dama dworu uczestniczyła w zawodach strzeleckich w „jednym z gospodarstw, zwanym Adelaidenau, gdzie zbudowano w tym celu mały pokój”.[67]
Za Ernesta Günthera Adelaidenau stała się prawdziwą legendą. Sam cesarz Wilhelm II wstawał tu o trzeciej w nocy, żeby zdążyć na toki cietrzewi. Przy przygotowanej osłonie, w ciemności przed świtem, czekał na pierwsze tokowanie — i strzelał. Pokot liczony w tysiącach sztuk — 2580 bażantów, 943 króliki, dwadzieścia jeden zajęcy — to był jeden dzień.[68] Po wielkich nagonkach śniadanie podawano właśnie tutaj, w sali myśliwskiej Adelaidenau — cesarz i książę przy jednym stole, z widokiem na staw.[69]
Grom uderzył w budynki stajenne pewnego czerwcowego dnia 1913 roku. Duży budynek stajenny spłonął doszczętnie wraz z maszynami rolniczymi. Dwór pozostał nienaruszony.[70] Leśniczówka przeżyła tę burzę. Przeżyła Ernesta Günthera i Alberta, ostatniego z Augustenburgów — i działała jeszcze w 1938 roku jako siedziba administracji leśnej następcy tronu Wilhelma Pruskiego.[71] A potem przyszła zima 1945 roku.
* * *
Annelies Sellmeier — córka leśniczego z Adelaidenau — urodziła się w tej leśniczówce. Uciekła z niej 29 stycznia 1945 roku. W 1994 roku, po prawie pięćdziesięciu latach, wróciła po raz pierwszy. W 1996 roku wróciła po raz drugi — i napisała wiersz. Był to wiersz-epitafium dla miejsca, którego nie można już było odnaleźć.
Opisała leśniczówkę, jaką pamiętała: stała przepięknie, pośród starych, grubych drzew; miała małą salę myśliwską, „w której siedzieli nawet książę i cesarz niemiecki, gdy po wielkich polowaniach podawano dobre jedzenie”. Wokół panował przepych urządzony na wzór parku — biały żwir, zielone łąki, kwitnące krzewy, stare dęby wielkie jak olbrzymy. Blisko leśniczówki połyskiwał duży staw Adelaidenau, na którym odbywały się wesołe przejażdżki łódką. Annelies Sellmeier narysowała nawet odręczną mapę tego miejsca.
I za leśniczówką, na łące, stał pomnik. Annelies napisała o nim wprost:
a za leśniczówką można było zobaczyć / pomnik stojący na łące, / z którego spoglądał książę, / który niegdyś zbudował tam leśniczówkę. / Christian August von Schleswig-Holstein / tak się nazywał, / do niego należała dawniej cała ta ziemia / i po księżniczce Adelajdzie została nazwana / moja ojczyzna.[72]
Zagadka, który to był książę — Krystian czy Fryderyk — ma zatem odpowiedź z pierwszej ręki: był to Krystian August, fundator całego Adelaidenau. Stał na łące za domem, który zbudował. Patrzył w stronę stawu, który kazał wykopać. Gdzie zginął i kiedy — nie wiadomo. Najprawdopodobniej po wojnie, jak wszystkie inne ślady Augustenburgów na tej ziemi.
W 1996 roku, gdy Annelies wróciła po raz drugi, z czterech budynków Adelaidenau nie zostało nic. Nie było leśniczówki. Nie było stodoły. Nie było domu robotnika leśnego. Nie było starych dębów ani kasztanowców, nie było lip. Nie było pomnika. Był tylko jeden stary wiąz — który brat Annelies rozpoznał po kształcie gałęzi. Dopiero on wskazał miejsce, gdzie stała leśniczówka. Pod krzakami i nowymi drzewami odnaleźli kilka kamieni z dawnego fundamentu. Pralnię rozpoznali po dwóch stopniach prowadzących w dół. Znaleźli kawałek studni. Sama studnia była zasypana.[73]
* * *
Dwie leśniczówki. Jedna na wzgórzu, przy mieście — spłonęła pod koniec lub tuż po wojnie, nie wiadomo kiedy ani z czyjej ręki. Druga na bagnach, w sercu rezerwatu — rozebrana lub zniszczona, fundament zasypany ziemią, studnia zamknięta.
Jägerhof i Adelaidenau. Miejsca, których już nie ma. Zostały tylko staw, rzeka Szprota i jeden stary wiąz, który brat Annelies rozpoznał po kształcie gałęzi. I wiersz, który kobieta napisała po powrocie do domu — do Bawarii, daleko stąd.
Rozdział XV: Pierwszy września 1015 roku
Bitwa, której jeszcze nie znaleźliśmy
Był świt. Bagna leżały nieruchome w przedrannej mgle, a las — gęsty, dziewiczy, nieprzenikniony — milczał. Dwustu najlepszych rycerzy cesarza Henryka II stało na skraju torfowisk, wsłuchując się w ciszę, która była zbyt głęboka, zbyt gęsta. Wiedzieli, że coś się czai. Nie wiedzieli, że to koniec.
O tym, co wydarzyło się tamtego ranka, wiemy niemal wszystko z jedynego źródła, które przetrwało: kroniki biskupa Thietmara z Merseburga. Relację tę zachował i przytoczył szprotawski dziejopis Matuszkiewicz — człowiek, który znał te ziemie jak własne podwórko i wiedział, co kryje się za każdym zakrętem Szprotawy.
* * *
Wszystko zaczęło się od ambicji i terytorialnych sporów, które były odwieczną melodią pogranicza. W roku 1015 cesarz Henryk II wyruszył na wschód, bo Bolesław Chrobry zagarnął mu Łużyce. Kampania była brutalna. Niemcy sprzymierzyli się z Czechami, przeszli przez górne Łużyce, spustoszyli wszystko wzdłuż drogi, wywalczyli przeprawę przez Odrę pod Krosnem Odrzańskim i ruszyli dalej, paląc i grabiąc. Cesarz był pewny swojej siły.
Ale potem przyszedł odwrót. I to właśnie wtedy zaczęły się kłopoty. Wracając na zachód, wojska cesarskie skierowały się na południe — inną drogą niż przyszły — i weszły w gęsty, dziewiczy las „Gaues Diadesisi”, w kraj Dziadoszyców: w całkowicie niezamieszkane obszary, w bagna, przez które nie przeciął się żaden trakt. Jedyny człowiek, którego spotkali, był pszczelarzem. Zabili go. I szli dalej — ku bagnom przemkowskim, nie wiedząc, że Bolesław kroczy ich śladem.[74]
Gdy cesarz zorientował się w sytuacji, Bolesław wysłał do niego szpiega pod pozorem negocjatora pokojowego — opata o imieniu Tuni. Lecz Henryk przejrzał grę, zatrzymał opata przy sobie i pod osłoną nocy kazał zbudować prowizoryczne mosty na bagnach. Z większością wojska przeszedł na drugą stronę, kierując się ku rzece Bóbr. Jako tylną straż — „dwustu najprzedniejszych rycerzy” — zostawił margrabiego Gero, arcybiskupa Gero z Magdeburga i palatyna Burcharda. Mieli osłonić odwrót. Nie wrócił po nich nikt.
* * *
Zaledwie opat Tuni powrócił do polskiego obozu, gdy nagle o świcie — pierwszego września 1015 roku — bagna i lasy rozerwał trzykrotny, straszliwy okrzyk. Polacy ruszyli do ataku.
Pierwszy szturm Niemcy odparli. I drugi. Doborowi rycerze cesarza walczyli zaciekle, świadomi, że nie ma dokąd uciekać. Bagna za plecami. Las po bokach. Wróg z przodu. Ale trzeci atak był inny. Polacy rozsypali się, otoczyli grupę rycerzy i zasypali ich strzałami z łuków — strzałami, których nie sposób było sparować tarczą, bo leciały zewsząd.
Margrabia Gero poległ. Większość doborowej straży legła razem z nim. Uciekł tylko arcybiskup i ciężko ranny palatyn Burchard — to oni przekazali cesarzowi ponurą wiadomość. Cesarz chciał wrócić i pogrzebać poległych. Posłał biskupa Eidona z Miśni do Bolesława z prośbą o zgodę. Zgodę otrzymał. Ciała rycerzy pogrzebano na miejscu. Zwłoki margrabiego Gero i jego towarzysza Widreta przewieziono uroczyście do Miśni.[75]
I wtedy las znów spowijała cisza. Las i bagna. Jakby nic się nie stało.
* * *
Gdzie dokładnie to było? Tu zaczyna się zagadka, która nie daje spokoju kolejnym pokoleniom historyków. Stara, poniemiecka historiografia — w tym Matuszkiewicz — nie miała wątpliwości: bagna przemkowskie. Nazwa „Gaues Diadesisi” wskazuje na ziemie między Szprotawą a Bobrem, a opis terenu — gęsty las, rozległe torfowiska, zupełna bezludność — idealnie odpowiada Borom Dolnośląskim epoki wczesnopiastowskiej.
Polscy historycy — szczególnie w okolicach tysięcznej rocznicy bitwy — zaczęli jednak kwestionować tę lokalizację. I nagle bitwa na bagnach przemkowskich przemieniła się w „bitwę w lesie Dziadoszan” — z adresem, który każdy mógł dopasować do własnego regionu. Bez badań terenowych. Bez wykopalisk. Na mocy samej tylko ambicji historycznej. Tymczasem ziemia milczy i trzyma w sobie to, co wie.
* * *
Od kilku lat na bagnach przemkowskich pojawiają się ludzie z detektorami metali, GPS-ami i dronami. To Dolnośląska Grupa Eksploracyjna „Legion”: stowarzyszenie pasjonatów historii, które postanowiło nie spekulować, lecz sprawdzić. Systematycznie, metodycznie, pod nadzorem archeologów, przemierzają teren, który przed tysiącem lat być może słyszał okrzyki polskich łuczników.[76]
„Wracamy do pierwotnej nazwy bitwy” — przekonują przedstawiciele stowarzyszenia. — „Bitwa na bagnach przemkowskich” to nazwa, której używali niemieccy historycy przed wojną. Tylko prawdziwe badania mogą wskazać, gdzie ona się odbyła.”
Czwarta edycja poszukiwań odbyła się w dniach 12 i 13 kwietnia 2025 roku. Ponad stu pięćdziesięciu uczestników z całej Polski przez dwa dni eksplorowało teren przy wiosennym słońcu. Każdy znaleziony przedmiot — fragment metalu, grot strzały, sprzączka — jest dokumentowany, opisywany i przekazywany do dalszych badań. Żadnego skarbu dla siebie. Żadnego kopania bez pozwolenia. Tylko systematyczna, spokojna praca — bo tylko taka ma sens.[77]
* * *
Wyobraź sobie, że trzymasz w ręku kawałek zardzewiałego żelaza. Mały, zimny, niepozorny. Może to fragment grotu strzały wystrzelonego pierwszego września 1015 roku. Może sprzączka od pasa, którą zgubił uciekający w panice rycerz. Może nic więcej niż kawałek starego żelastwa z XIX-wiecznej kuźni.
A może — klucz do jednej z najważniejszych bitew polskiego średniowiecza.
Bagna przemkowskie milczą. Ale milczenie nie jest odpowiedzią. Jest zaproszeniem.
Rozdział XVI: Ogród Różany
Tajemnica leśnej kaplicy między Przemkowem a Biernatowem
Jest w przemkowskim lesie miejsce, które od prawie czterech stuleci nosi nazwę wywołującą uśmiech.
Rosengarten. Ogród Różany.
Wyobraź sobie las między Przemkowem a Biernatowem, gdzieś w połowie XVII wieku. Nie ma tu żadnych róż. Jest gęsty, ciernisty młodnik sosnowy, ciemny i prawie nieprzebyty, z połamanym podszyciem i mokrym mchem pod stopami. I jest grupka przerażonych ludzi, która wdziera się w tę gęstwinę w zimowy ranek. Cicho. Nie śmieją rozmawiać. Za nimi, w miasteczku, odbywa się właśnie konfiskata ich kościoła.
A jednak ktoś z nich, gdy dotarli na głębię lasu i stanęli wśród drzew, odetchnął i powiedział — podobno właśnie to powiedział, choć nie znamy jego imienia ani twarzy:
„Tutaj jest jak w jakimś ogrodzie różanym."
I ta nazwa została. Przetrwała Wojnę Trzydziestoletnią, kontrreformację, pożary Przemkowa, wojska napoleońskie, dwie wojny światowe i zmianę granic. Gdy w 1997 roku pewien Niemiec z Saarbrücken pisał do przemkowskiego historyka amatora z prośbą o mapę leśnego rewiru — wciąż pytał o Rosengarten.[78]
Skąd wziął się Ogród Różany
Historia zaczyna się w roku 1637, gdy nowy właściciel przemkowskiego majątku — cesarski pułkownik Leon Cropello de Medici — wypędził ewangelickiego pastora Abrahama Crusiusa z kościoła. Przemków był od ponad stu lat miastem głęboko ewangelickim; reformacja zawitała tu niemal natychmiast po wystąpieniu Lutra. Teraz gorliwy katolik z włoskim rodowodem wyrywał z niego tę tradycję siłą.
Początkowo Szwedzi, którzy wkroczyli na Śląsk w 1639 roku, dali ewangelikom pewną osłonę. Pastor Jan Schupelius odprawiał nabożeństwa w stodole, potem w kościele. Ale sytuacja była chwiejna. Gdy w 1642 roku Szwedzi spalili miasto, a jezuici przejęli posiadłości Przemkowa — ochrona skończyła się. Nadeszła komisja redukcyjna.
Dnia 9 lutego 1654 roku, po południu o godzinie 15, cesarska komisja wjechała do Przemkowa. Mieszkańcy wyszli na ulice. Wiedzieli, co to znaczy.[79]
Ostatnim aktem urzędowym pastora Mühlmanna w kościele był chrzest małej dziewczynki — odprawiany właśnie wtedy, gdy komisarze wjeżdżali do miasta. Za osiemdziesiąt siedem lat, gdy odzyskano kościół, ten sam człowiek — stara już kobieta — był pierwszą osobą, którą pochował nowy, ewangelicki pastor. Przemków pamiętał.
Pozbawieni świątyni, bez pastora, bez szkoły, pod stałą presją nawracania — przemkowscy ewangelicy musieli znaleźć inne miejsce. Znaleźli las.
W gęstwinie przy drodze do Biernatowa
Kronikarz zapisał to z wyraźnym wzruszeniem: w czasie pierwszego ucisku ze strony katolickich władców ewangelicy z Przemkowa znajdowali schronienie w tak zwanym Rosengarten. W gęstej leśnej kryjówce, w młodniku przy drodze do Biernatowa, pod gołym niebem odprawiali oni nabożeństwa. Wystawiano straże. Biada złapanemu — i biada pastorowi, który do takich leśnych zebrań się zapuszczał.
Inne, starsze źródło objaśnia tę nazwę inaczej — i to objaśnienie jest równie piękne, choć mniej optymistyczne. Pastor Schirmer, który przez całe lata wojennych zamieszek musiał uciekać z wiernymi do pobliskich lasów, odprawiał nabożeństwa w podmokłych wrzosowiskach, które w ówczesnym języku nazywano właśnie Rosengarten — od gęstego, trudno przebytego chrustu, który ochraniał uciekających jak cierniste zarośla. Ogród Różany nie z piękna, ale z ostrości. Nie z rozkwitu, ale z ochrony.[80]
Obie wersje mogą być prawdziwe. Miejsce chroniło jak kolczaste różane pnącze — i ktoś, kto tam dotarł i odetchnął, ujrzał w tej ochronie coś pięknego. Paradoks ukryty w nazwie: raj w gęstwinie, bezpieczeństwo w ciernistości.
Przez dziesiątki lat, może przez pokolenia, ta leśna kaplica pod gołym niebem była jedynym kościołem ewangelickiego Przemkowa. Nie miała ścian. Nie miała dachu. Miała tylko drzewa i niebo, i ludzi stojących w milczeniu, ze strachem.
Co znaleziono w 1911 roku
W roku 1911, podczas rutynowych prac leśnych gdzieś w tamtej okolicy, robotnicy natrafili na coś w ziemi.
Małe, srebrne cyborium — naczynie liturgiczne do przechowywania hostii. I szczątki szat liturgicznych, całkowicie przegniłe, rozpadające się przy dotyku na strzępy.
Ukryte tam ponad dwa i pół wieku wcześniej. Zapewne przez jednego z tych leśnych duszpasterzy, którzy chcieli mieć naczynia święte zawsze pod ręką na kolejne nabożeństwo — i zakopali je w ziemi, żeby komisja nie mogła ich skonfiskować. Człowiek, który je tam zakopał, nie wrócił po nie. Może go aresztowano. Może uciekł na stałe. Może umarł.
Znalezione przedmioty trafiły do zamku przemkowskiego.[81] Co stało się z nimi po 1945 roku — nie wiadomo. Nie wiadomo też, czy ziemia oddała wszystko, co kryła. Cyborium i szaty były ukryte razem — ale czy tylko razem?
Ślad z końca XX wieku
W październiku 1997 roku do Eugeniusza Cipury dotarł list z Saarbrücken. Nadawcą był Paul Günther — człowiek urodzony w Biernatowie, który po prawie pięćdziesięciu latach od wypędzenia wciąż szukał śladów swojej małej ojczyzny.
W liście — między podziękowaniami za kopie map i wspomnieniami o rodzinnym domu numer 13 — padła prośba, która sama w sobie jest historycznym dokumentem:
„Chciałbym Pana prosić: jest to wycinek mapy z pewnej mapy rewiru leśnego miejscowości o nazwie »Rosengarten« (Ogród Różany), położonej w lesie między Przemkowem a Biernatowem. Byłbym Panu bardzo wdzięczny, gdyby mógł Pan załatwić tę prośbę w Waszym nadleśnictwie, obojętne ile to kosztuje."
Paul Günther wiedział o tym miejscu. Szukał go na mapach leśnych, prosił o pomoc nadleśnictwa. Odpowiedź, którą miesiąc później potwierdził drugi list, była rozczarowująca: mapy przesłano, ale rewiru o nazwie Rosengarten na nich nie widać.
Jakby wstydliwa nazwa zniknęła z urzędowej kartografii. Jakby ktoś — albo czas — zamazał różany ogród z map, zostawiając go tylko w pamięci.[82]
Co może jeszcze leżeć w leśnej ziemi
Pomyśl przez chwilę, co oznacza znalezisko z 1911 roku z perspektywy poszukiwacza historii.
Przez dziesiątki lat — mniej więcej od 1637 do połowy XVIII wieku, gdy ewangelicy odzyskali prawa — do tego miejsca w lesie przychodziły dziesiątki, może setki ludzi. Przynosili ze sobą to, co było im potrzebne do nabożeństwa: naczynia liturgiczne, śpiewniki, Biblie. Wystawiali straże. Chowali, zakopywali, ukrywali to, czego komisja nie mogła znaleźć.
Jedno cyborium znalazło się przypadkowo w 1911 roku — podczas zwykłych robót leśnych. Czy zakopano tylko jedno? Czy ziemia oddała wszystko, co jej powierzono?
Historia protestanckich skrytek liturgicznych z okresu kontrreformacji na Śląsku jest dobrze znana. Gminy ukrywały srebrne kielichy, cynowe lichtarze, mosiężne świeczniki i drukowane Biblie — zakopując je w ogrodach, pod progami, w leśnych kryjówkach. Znaleziska takie trafiały do muzealnych gablot z całego regionu. Przemkowski Rosengarten jest pod tym względem miejscem o wyjątkowym potencjale: nie tylko wiemy o nim z kronik, ale mamy potwierdzenie, że w ziemi rzeczywiście coś było — i że coś tam znaleziono.
Lokalizacja jest wciąż określana. Las między Przemkowem a Biernatowem, przy dawnej drodze — teren, który od siedemnastego wieku nie był intensywnie eksploatowany gospodarczo. Stuletnie drzewa na głębokiej, piaszczystej glebie. Miejsce, które miało swoją nazwę jeszcze pod koniec XX wieku.
To wystarczy, żeby wiedzieć, gdzie zapytać. Żeby wiedzieć, gdzie poprosić o pozwolenie. Żeby wiedzieć, że warto.
Nazwa, która przetrwała wszystko
Ogród Różany nie jest wyjątkiem na Śląsku. W całym regionie, gdzie kontrreformacja starła się z głęboko zakorzenionym protestantyzmem, podobne leśne kaplice powstawały spontanicznie i spontanicznie zanikały wraz z poprawą sytuacji. Większość nie zostawiła po sobie nic — ani nazwy, ani znalezisk, ani nawet wyraźnego miejsca w kronice.
Przemkowski Rosengarten jest wyjątkiem podwójnym. Ma nazwę, która przetrwała cztery wieki. I ma potwierdzone znalezisko archeologiczne.
Ta nazwa jest najstarszą warstwą zbiorowej pamięci Przemkowa, która dotrwała do naszych czasów — starsza niż jakikolwiek budynek w mieście, starsza niż kościół w jego obecnej formie, starsza niż zamek Augustenburgów. Wymawiano ją po raz pierwszy, gdy ktoś stał w ciemnościach lasu z bijącym sercem i kazał sobie myśleć o różach.
Jest coś wzruszającego w tym, że nazwa przetrwała, choć mapa ją zapomniała. I coś zobowiązującego.
Rozdział XVII: Czternaście czaszek z Rudzin
Stare miejsce pochówku przy linii kolejowej
Jest letni poranek, rok 1890. Robotnicy pracują przy linii kolejowej między Niegosławicami a Przemkowem, gdzieś na terenie wsi Rudziny. Łopaty idą w ziemię głęboko — taka praca wymaga fundamentów, wykopów, wycinania korzeni. Praca jak każda inna.
I wtedy łopata trafia na coś twardego. Nie kamień. Nie korzeń.
Kość.
Potem kolejna. I kolejna. I czaszka.
Robotnicy stają. Patrzą na siebie. A potem zaczynają kopać ostrożniej.
Co wydobyto z ziemi
Gdy wreszcie doliczono się wszystkiego, wynik był zdumiewający: czternaście czaszek, oraz ogromna liczba kości ramion, nóg, bioder i klatki piersiowej. Szczątki leżały na głębokości ponad metra, w pewnych regularnych odstępach od siebie — ułożone starannie, nie rzucone przypadkowo. I bez żadnego śladu trumien.[83]
Ale jeden szczegół przykuł uwagę każdego, kto się temu przyglądał.
Stopy skierowane na wschód.
To nie przypadek. To nie wypadek przy pracy. To nie mogiła zbiorowa po rzezi czy zarazie, do której wrzucano ciała byle jak. Ktoś, kto tu chował tych ludzi, wiedział, co robi — i robił to z pełną powagą. W tradycji chrześcijańskiej pochówek ze stopami ku wschodowi miał głęboki sens: ciało miało zmartwychwstać twarzą zwrócone ku wschodzącej jutrzence, ku Jerozolimie, ku światłu. Ktokolwiek leżał w tej ziemi, leżał tam pochowany po chrześcijańsku, celowo, z szacunkiem — choć z dala od kościoła i cmentarza.
Dlaczego tutaj? Dlaczego w lesie?
To pytanie postawiła sobie gazeta opisująca odkrycie: skoro Rudziny miały przez całe stulecia swój cmentarz przykościelny, dlaczego ci ludzie spoczywają na zalesionym wzgórzu, z dala od wsi?
Odpowiedź tkwiła w chronologii. Rudziny posiadały własny cmentarz od zaledwie stu lat — to znaczy, że przed rokiem mniej więcej 1790 miejscowi chowali swoich zmarłych gdzie indziej, prawdopodobnie w pobliskim Niegosławicach. Tymczasem, lasem porastającym wzgórze, pod którym odkryto szczątki, był starodrzew liczący sobie już za życia reportera około stu pięćdziesięciu lat — drzewa zasadzone gdzieś przed rokiem 1740. Pochówki musiały więc poprzedzać nawet ten las.[84]
Stoimy zatem przed miejscem pochówku, które mogło powstać w XVI, XVII lub najdalej na początku XVIII wieku. Miejscem, w którym kogoś chowano celowo poza obrębem wsi — z jakiegoś konkretnego powodu.
Pierwsza hipoteza: zaraza
Najbardziej naturalne wyjaśnienie przyszło samo: zaraza. Przez całe wieki morowe powietrze, dżuma, ospa i inne epidemie nawiedzały Śląsk regularnie. Wiadomo, że w 1633 roku dżuma wybiła znaczną część mieszkańców Przemkowa. Chorych na zaraźliwe choroby grzebano z dala od wsi — bo tak nakazywał strach i zdrowy rozsądek. Nie wolno ich było wieźć do kościoła w Niegosławicach, nie wolno kłaść obok innych zmarłych. Szło się z ciałem do lasu, na wzgórze, daleko od studni i domów. I tam chowano, ze stopami ku wschodowi, bo nie wiedziało się przecież, że trzeba ich pochować inaczej niż po chrześcijańsku.
Ta hipoteza jest prawdopodobna, logiczna i dobrze osadzona w historii regionu.
Ale jest też druga.
Druga hipoteza: dwustu polskich rycerzy
W kronikach dotyczących okolic Przemkowa od wieków pojawia się wzmianka, która nie daje spokoju historykom. Mówi ona o dwustu polskich rycerzach, którzy zginęli — zgubili się, pomarli z głodu lub zostali pobici — w bagnistych lasach przemkowskich.
To może być echo tej samej historii, którą kronikarz Thietmar opisał w związku z bitwą z 1015 roku: wojska Bolesława Chrobrego, które rozbiły tylną straż cesarza Henryka II właśnie na tych bagnach. Albo może zupełnie inna historia, wcześniejsza lub późniejsza, niezapisana nigdzie poza tą jedną, mglistą wzmianką.
Gdy w lipcu 1890 roku robotnicy stanęli nad odkrytym dołem w Rudzinach, jeden z miejscowych — albo jeden z dziennikarzy — przypomniał tę kronikę. Gazeta odnotowała to wprost:[85]
„Można przypuszczać, że działka leśna od 150 lat była porośnięta drzewami, a osoby te albo zmarły na chorobę zakaźną i nie wolno było ich sprowadzić do Niegosławic, albo należały do 200 polskich rycerzy lub ich świty, którzy według kroniki zginęli w bagnistych lasach Przemkowa."
Trzy lata później inna gazeta wróciła do tematu, opisując dokładniej ułożenie szczątków. Tym razem hipoteza kronikarska wybrzmiała jeszcze wyraźniej — jako równoważna wobec hipotezy o zarazie.
Co mówi ułożenie ciał
Jest jeden szczegół, który komplikuje obie teorie.
Gdyby to była zbiorowa mogiła ofiar zarazy — pospiesznie chowane ciała, nocna akcja przestraszonej wsi, byle zaryć i uciec — trudno byłoby oczekiwać tak starannego ułożenia. Stopy ku wschodowi, w regularnych odstępach, głęboko pod ziemią. To wymaga czasu. To wymaga tego, żeby ktoś przy pochówku stał, patrzył i pilnował.
Z drugiej strony — gdyby to byli wojownicy pobici w bagnach — skąd ten porządek? Polegli w bitwie grzebano często tam, gdzie padli, niekoniecznie z taką troską. Chyba że ktoś po nim przyszedł. Ktoś, kto zebrał ciała i uczynił im godny pogrzeb.
Oba scenariusze są możliwe. Żaden nie jest pewny. Czternaście czaszek nie mówi nam, kim byli ich właściciele — mówi nam tylko, że ktoś uznał ich za godnych pochowania.
Co stało się z odkryciem
Prasa odnotowała znalezisko dwukrotnie — w 1890 i w 1893 roku. Na tym ślad w źródłach się urywa. Nie wiemy, czy szczątki zostały przez kogoś zbadane, czy opisane naukowo, czy po prostu zasypano je z powrotem i zapomniano.
Wzgórze w Rudzinach, pod którym leżą, istnieje do dziś. Linia kolejowa przebiega tamtędy do dziś. Czy zachowały się tam jeszcze inne pochówki, których nie tknęły łopaty robotników z 1890 roku? Czy ktokolwiek po tamtym odkryciu wrócił w to miejsce z narzędziami archeologa?
Jeśli tak — nie pozostawił po tym śladu w znanych nam źródłach.
Jeśli nie — czternaście czaszek czeka.
Dla poszukiwacza historii
Wzgórze leśne przy dawnej linii kolejowej w Rudzinach to miejsce, które pod wieloma względami spełnia kryteria tej książki: fizyczne znalezisko potwierdzone w źródłach, precyzyjna lokalizacja, datowanie możliwe do zawężenia, i otwarte pytanie historyczne, na które nie odpowiedziano.
Gdyby ktoś chciał podjąć systematyczne badania tego miejsca — ma do dyspozycji dwa artykuły prasowe z lat 1890–1893 jako punkt wyjścia, kronikę o dwustu polskich rycerzach jako tło historyczne, i wzgórze, które od stu pięćdziesięciu lat śpi pod lasem.
To nie jest legenda. To jest nierozwiązana zagadka z datą i adresem.
Rozdział XVIII: Urna z Buczyny
Osiem wieków pod torfem
Jest lato 1934 roku. W pobliżu Kanału Północnego, koło Buczyny w powiecie głogowskim, pracują oddziały Niemieckiej Służby Pracy. Ich zadanie jest proste i ciężkie zarazem: karczowanie terenu w ramach wielkiej melioracji Bagien Szprotawskich. Łopaty idą w głąb torfowiska, korzenie się rwą, ziemia pachnie bagnem i próchnicą.
I wtedy ktoś trafia na coś, czego nie powinno tu być.
Naczynie. Glina. Całe — prawie.
Co wydobyto z torfowiska
Urna była w dobrym stanie, biorąc pod uwagę, ile wieków przeleżała w mokrym torfie. Brakuje jedynie dna naczynia — reszta zachowała się w całości. Nie była zakopana głęboko, nie była ukryta pod kamieniami. Leżała tam, gdzie ją kiedyś pozostawiono, na obszarze torfowiska, gdzie w zielone Świątki wybuchł pożar torfu.[86]
Państwowy Urząd Ochrony Zabytków został natychmiast poinformowany. Do Buczyny przyjechał doktor Böge z Wrocławia.
Wykopaliska — sześćdziesiąt metrów kwadratowych
Przez kilka dni pracy naukowej, przy wydatnej pomocy samej Służby Pracy, odsłonięto około sześćdziesięciu metrów kwadratowych torfowiska. Efekt przeszedł oczekiwania: znaleziono dużą ilość odłamków, które doktor Böge zidentyfikował jako szczątki urn. Analiza kształtu i stylu ceramiki dała jednoznaczny wynik.
Okres: XI wiek.
Nie jest to epoka prehistoryczna — XI wiek to czasy Bolesława Śmiałego, pierwszych Piastów, budowy kościołów na Śląsku. Ktoś żył na tych bagnach przed dziewięciuset laty.
Drugie odkrycie — ważniejsze niż urny
Doktor Böge kontynuował wykopaliska. I natrafił na coś, co natychmiast zdominowało całe znalezisko.
Pnie dębowe. Niezliczone, ułożone w rzędy i szpalery, pozbawione gałęzi i konarów. Leżały w torfowisku tak regularnie, tak celowo, że nie mogło być mowy o przypadku. Ktoś je tu przyniósł. Ktoś je tu ułożył — jeden na drugim, w sztucznie skonstruowaną całość.
Hipoteza badacza była jasna: to ścieżki. Ówcześni mieszkańcy bagien układali dębowe kłody jako solidne podłoże — pomost nad grząskim torfem — by móc poruszać się po terenie, który bez takiego zabezpieczenia pochłaniałby ludzi i zwierzęta.
To nie był ślad przejazdu, nie był wypadkowy nawis obalonych drzew. To była infrastruktura. Zaplanowana, wykonana ludzkimi rękami, służąca określonemu celowi.[87]
Osadnicy na bagnach
Oba odkrycia razem — urny z XI wieku i konstrukcja ścieżek z dębowych pni — kazały doktorowi Böge wyciągnąć daleko idący wniosek:
„Jest to drugie poważne odkrycie, które raczej sugeruje, że Bagna rzeki Szprotawy były zamieszkane już ponad 800 lat temu. To powinno mieć ogromne znaczenie dla nauki."
Osiemset lat. To cofa nas do roku około 1134 — czasy, gdy Przemków jako miasto jeszcze nie istnieje, gdy okolica jest dziką puszczą i bagniskiem, gdy cała ta ziemia to tylko bezimienna część księstwa głogowskiego.
A jednak ktoś tu żył. Ktoś stawiał naczynia z prochami swoich bliskich w torfowisko. Ktoś budował ścieżki, żeby po tych bagnach chodzić.
Co zostało — a czego nie wiemy
Doktor Böge zabrał ze sobą próbki gleby z głębokich wykopów, których analiza miała ujawnić dalsze fakty. Co z nich wynikło — źródła milczą. Nie wiadomo, czy wykopaliska były kontynuowane po 1934 roku. Nie wiadomo, gdzie trafiły wydobyte urny i odłamki ceramiki.
Jedno jest pewne: przebadano zaledwie sześćdziesiąt metrów kwadratowych bagien rozciągających się na dziesiątki tysięcy morgów. Ścieżki dębowe ciągną się — mogą ciągnąć się — na długości wielu dziesiątek metrów, może setek. Urny mogą być jednym z wielu pochówków rozproszonych po całym torfowisku.
Bagno chroniło je przez dziewięćset lat. Torf konserwuje drewno, ceramikę, kości — lepiej niż sucha ziemia. Wszystko, co było w 1934 roku, jest tam zapewne do dziś — nienaruszone, czekające.
Dla historyka i dla poszukiwacza
Znalezisko z Buczyny nie jest legendą ani domysłem. Jest udokumentowanym odkryciem naukowym — z datą, z nazwiskiem badacza, z opublikowaną relacją prasową. Torfowisko przy Kanale Północnym koło Buczyny to jedno z niewielu miejsc w okolicach Przemkowa, gdzie w 1934 roku czynny naukowiec z Wrocławia potwierdził obecność materialnych śladów osadnictwa z XI wieku.
Pytanie o ciągłość między tymi anonimowymi mieszkańcami bagien a późniejszymi lokatorami ziemi przemkowskiej pozostaje otwarte. Czy to byli przodkowie ludności, wśród której książę Przemko zakładał swoje miasto? Czy ich kultura przetrwała, czy wymarła przed przybyciem kolonistów? Archeologia bagien szprotawskich mogłaby na to odpowiedzieć — gdyby ktoś zechciał wrócić w tamto miejsce z nowoczesnym sprzętem i zadać te pytania na nowo.
Rozdział XIX: Co jeszcze czeka na odkrycie
Mapa możliwości
Na podstawie wszystkich zebranych w tej książce informacji — opartych wyłącznie na źródłach historycznych — można zarysować mapę miejsc, w których z uzasadnionych przyczyn możemy spodziewać się znalezisk historycznych.
Przypomnijmy to, co już znaleziono:
Złote i srebrne monety z początku XVII wieku — Plac Kościelny, Przemków, 2002 rok.
Zardzewiałe podkowy i ostrogi — okolice szwedzkich szańców "Trzy Wały", XIX wiek.
Monety i dokumenty — kapsuła czasu w wieży kościoła katolickiego, wielokrotnie.
Monety poniemieckie (z okresu 1871-1945) — ruiny zamku, po 1945 roku.
Kamienie z inskrypcjami i butelka z listem — Przemkowski Park Krajobrazowy, 2017 rok.
Dwadzieścia srebrnych talarów saskich (lata 1557–1637) — ogród w Wysokiej, 1888 rok.
Co może jeszcze leżeć w ziemi
1. Kontynuacja skarbu monet XVII-wiecznych
Siedem monet z 2002 roku to ułamek tego, co zawierał garnek. Część monet trafiła w nieznane ręce. Ale czy garnek był jeden? W okolicach kościoła — centrum życia miejskiego przez siedem wieków — można spodziewać się innych podobnych depozytów. Zaraza z 1633 roku, pożar z 1642 roku — każdy dramatyczny moment był bodźcem do zakopywania majątku.
2. Dzwony z Wojny Trzydziestoletniej
Zakopane "żeby powstrzymać zarazę" — gdzieś w Przemkowie lub Szklarkach. Duże masy brązu łatwe do wykrycia wykrywaczem metalu. Miejsce trudne do zlokalizowania bez systematycznych poszukiwań.
3. Tajemniczy tunel i Burgberg
Tunel zamurowany w XIX wieku. Burgberg niezbadany. Oba miejsca czekają na profesjonalne badania archeologiczne. Mogą dostarczyć znalezisk od wczesnego średniowiecza (grodzisko) po XIX wiek (fragmenty tunelu i jego wyposażenia).
4. Szwedzkie szańce "Trzy Wały"
Teren leśny, nieorany. Znaleziska podków i ostróg potwierdzone przez XIX-wiecznego kronikarza. Dalsze artefakty militarne z XVII-XVIII wieku: broni palnej, elementów uprzęży, monet żołnierskich.
5. Fundamenty i piwnice zamkowe
Zasypane od 1960/70 roku. Możliwość znalezisk z okresu 1853-1945: przedmiotów codziennego użytku, narzędzi, ceramiki, elementów wyposażenia. Badania wymagają oficjalnego pozwolenia i nadzoru konserwatora.
6. Tereny po hutach — Łężce, Młynowo, Karpie
Pięć znanych miejsc koncentracji żużla żelaznego. Możliwe znaleziska: narzędzia hutnicze, monety z różnych epok, ceramika, elementy uprzęży.
7. Cmentarzysko przy Szklarkach
Zagłębienie opisane przez Fritza. Kości pojawiają się w glebie. Możliwe znaleziska wczesnochrześcijańskie lub średniowieczne.
8. Plac budowy kościoła ewangelickiego (1744)
Kamień węgielny z 1744 roku — tu prawie na pewno umieszczono jakieś dokumenty i monety. Fundamenty kościoła ewangelickiego (dziś prawosławna cerkiew) to potencjalne miejsce kapsuły czasu z XVIII wieku.
9. Tereny byłych obozów — 11 obiektów w okolicy
Z okresu lat 30. XX wieku. Historia obozów niebadana. Możliwe ślady bytowania: osobiste przedmioty uczestników, narzędzia, dokumenty.
10. Miejsce bitwy z 1945 roku
500. Batalion Saperów Pancernych "Wielkie Niemcy" walczył w lutym 1945 roku w okolicach Przemkowa. Droga Chocianów-Przemków, las przemkowski, okolice Wysokiej — tereny walk. Możliwe militaria z II Wojny Światowej.
11. Ogrody i pola okolicznych wsi — potwierdzony wzorzec
W 1888 roku pewien właściciel posesji w Wysokiej, przekopując ziemię w ogrodzie na głębokości zaledwie dwóch stóp, wydobył dwadzieścia srebrnych talarów saskich wybitych w latach 1557–1637 — monety w doskonale zachowanym stanie, z wizerunkami książąt saskich. Po procesie sądowym przyznającym mu prawo własności sprzedał je Ernestowi Güntherowi do zamku w Przemkowie.
To znalezisko jest kluczowe z jednego powodu: pokazuje, że nie tylko centrum Przemkowa, ale cały obszar okolicznych wsi kryje depozyty z epoki Wojny Trzydziestoletniej. Właściciel z Wysokiej zakopał talary dokładnie w tym samym czasie co nieznany mieszczanin, który ukrył złote dukaty pod kościołem na Placu Kościelnym w Przemkowie. Te same obawy, ta sama epoka, ten sam odruch — schować majątek przed nadchodzącą burzą. Jeśli jeden garnek znaleziono przy kościele, a jedna kiesa talarów wyłoniła się z ogrodu w Wysokiej — to pytanie nie brzmi, czy leży tam coś jeszcze. Pytanie brzmi, gdzie dokładnie.
Wsie przemkowskiego majątku — Wysoka, Szklarki, Piotrowice, Kępa, Łężce — były zamieszkane przez wiele pokoleń przed Wojną Trzydziestoletnią i przetrwały ją z trudem. Każda z nich miała swoich zamieszkanych mieszczan, rzemieślników, gospodarzy, którzy w obliczu szwedzkiego spustoszenia 1642 roku mogli postąpić tak samo jak mieszkaniec Wysokiej — i po cichu zakopać to, co mieli najcenniejsze.
źródło: Gazeta „Hallesches Tageblatt”, nr 129, rocznik 89, z 5 czerwca 1888 r.
12. Jeziorko Egelsee i średniowieczny piec garncarski
Latem 1934 roku robotnicy podczas kopania dołów do sadzenia drzew w nadleśnictwie Szklarek, w pobliżu malowniczego jeziorka Egelsee, natrafili na głębokości około 35 cm na szereg odłamków naczyń glinianych. Fragmenty wysłano do Instytutu Badań Archeologicznych we Wrocławiu, który potwierdził ich średniowieczne pochodzenie i wyraził chęć kontynuowania wykopalisk. Przyniosły one owoc: wydobyto dwa żłobkowane naczynia gliniane o wysokości 12–15 cm, bez uchwytów, a także podstawki i liczne odłamki z naczyń wypalanych częściowo z gliny. Dalsze prace odkryły kamienny mur wypełniony kawałkami wypalonej gliny i iłu — pozostałość prawdopodobnie pieca lub miejsca wypalania ceramiki.
Związek z Przemkowem jest bezpośredni. Jedna z ulic miasta nosiła przez stulecia nazwę Garncarską (Töpferstraße), a w 1665 roku powstał tu silny cech garncarzy. Cechą warsztatu garncarza jest dostęp do surowca — gliny — i do materiału opałowego. Okolica jeziorka Egelsee dostarczała obu. Odosobnione leśne miejsce, z dala od centrum, miało również tą zaletę, że ogień w piecu nie zagrażał zabudowaniom miasta.
Jeziorko Egelsee, w którego bezpośrednim sąsiedztwie prowadzono wykopaliska, leży w nadleśnictwie Szklarek, należącym wówczas do lasów miejskich Bolesławca. Czy prace 1934 roku były kontynuowane — nie wiadomo. Kamienny mur pieca, naczynia wydobyte w 1934 roku i niezbadany jeszcze teren wokół jeziorka pozostają otwartym pytaniem.
źródło: Gazeta „Primkenauer Wochenblatt”, nr 105, rocznik 78, z dnia 30 sierpnia 1934 roku.
13. Judentempelweg — Droga Żydowskiej Świątyni
Jest w okolicach Przemkowa droga leśna, która od co najmniej stu pięćdziesięciu lat nosi nazwę, która nie daje spokoju.
Judentempelweg. Droga Żydowskiej Świątyni.
Natknąłem się na nią przypadkowo, przeglądając stare ogłoszenia w „Primkenauer Wochenblatt". W numerze 21 z dnia 23 maja 1858 roku, na ostatniej stronie, wśród komunikatów urzędowych, nadleśniczy A. Behrens ogłasza sprzedaż odpadów z ogrodzenia leśnego — i podaje lokalizację: Judentempelweg, linia 5. Nazwa pojawia się mimochodem, bez komentarza, jakby była czymś zupełnie oczywistym. Zwykła droga leśna. Każdy wie, gdzie to jest.
I rzeczywiście wiedziano — przez dziesięciolecia. Pruska mapa topograficzna z około 1930 roku, dokładna i skrupulatna jak każda pruska kartografia wojskowa, zaznacza tę samą drogę w lesie na południe od Przemkowa i opatruje ją tą samą nazwą. Dwa źródła, siedemdziesiąt dwa lata różnicy — i ta sama nazwa, niezmieniona.
* * *
Kto zna historię śląskich toponimiów, ten wie, że nazwy tego rodzaju nie brały się znikąd.
Na całym Śląsku, od Wrocławia po Szprotawę, dawne ulice i drogi nosiły nazwy, które były po prostu opisem rzeczywistości: Judengasse — ulica, przy której mieszkali Żydzi, Rabbinergässel — zaułek rabina, Judenteich — staw przy żydowskiej osadzie. We Wrocławiu nazwy te przetrwały do XIX wieku jako milcząca pamiątka po żydowskich kwartałach, które zniknęły. W Jeleniej Górze, w Poznaniu, w Lesznie — wszędzie tam, gdzie istniała historyczna obecność żydowska, pozostawała ona zakodowana w topografii, gdy po ludziach nie było już żadnego innego śladu.
Judentempelweg jest nazwą wyjątkowo precyzyjną. Nie mówi o żydowskiej ulicy ani o żydowskim stawie. Mówi o żydowskiej świątyni — Tempel. I o drodze, która do niej prowadziła lub od niej wychodziła.
* * *
Jaka była historia żydowskiej obecności w okolicach Przemkowa?
Szprotawa, miasto odległe zaledwie o kilkanaście kilometrów, miała udokumentowaną gminę żydowską sięgającą XIV wieku. Jeszcze w 1933 roku mieszkało tam 37 Żydów, skupionych wokół domu modlitwy przy ówczesnej Jüdenstrasse. Co ciekawe — w wykazach tej gminy pojawia się wzmianka o pojedynczym Żydzie zamieszkałym w samym Przemkowie, formalnie afiliowanym przy szprotawskiej gminie. Oznacza to, że jeszcze w XX wieku, choć bardzo skromna, obecność żydowska w Przemkowie istniała.
Ale droga leśna na południe od miasta nosi nazwę odnoszącą się nie do domu, nie do ulicy, lecz do świątyni. A świątynia to budowla wspólnotowa — nie stawia się jej dla jednej osoby.
* * *
Co więc mogło stać przy tej leśnej drodze?
Odpowiedzi może być kilka — i żadna z nich nie jest pewna. Mogła to być bożnica — niekoniecznie okazały budynek, bo wiejskie domy modlitwy bywały skromne, drewniane, nierzucające się w oczy. Mógł to być dom nauki, bet midrasz, łączący funkcje szkoły i miejsca modlitwy. Mogła wreszcie kryć się za tą nazwą odleglejsza historia — ślad po żydowskiej obecności w tym miejscu jeszcze sprzed epoki wielkich wypędzeń, które przetoczyły się przez śląskie miasta w XV wieku.
Jedna rzecz jest pewna: w polskiej, śląskiej i niemieckiej tradycji toponimiów nazwy tego rodzaju nie były nadawane przypadkowo. Ulica Akacjowa bierze swą nazwę od akacji. Plac Targowy — od targu. Droga Żydowskiej Świątyni musiała mieć swój powód.
* * *
Teren, przez który biegnie Judentempelweg, leży w lesie na południe od Przemkowa — obszar, który przez stulecia był terenem leśnym, rzadko zabudowanym, wielokrotnie zmienianym przez melioracje i gospodarkę leśną. To, co kiedyś stało przy tej drodze, mogło zniknąć bez śladu w drewnie i ogniu — albo mogło zostać pochłonięte przez ziemię.
Jeśli przy tej drodze stała kiedyś bożnica lub dom modlitwy, to po takim obiekcie można spodziewać się fundamentów, śladów ceramiki, a być może — depozytów rytualnych przedmiotów, jakie znajdowano przy innych śląskich miejscach kultu żydowskiego.
To zadanie dla archiwistów i archeologów.
Droga istnieje. Nazwa istnieje. Pytanie czeka na odpowiedź.
Źródło: Pierwsza wzmianka o nazwie Judentempelweg: „Primkenauer Wochenblatt" nr 21, wydanie 2 z dnia 23 maja 1858 roku — ogłoszenie nadleśniczego A. Behrensa. Potwierdzenie nazwy na mapie topograficznej: pruska mapa topograficzna okolic Przemkowa, ok. 1930 r.
Ważna uwaga prawna
Poszukiwania skarbów wymagają pozwolenia!
Polskie prawo — Ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami — zabrania prowadzenia poszukiwań zabytków bez zezwolenia Konserwatora Zabytków. Znaleziska archeologiczne są własnością Skarbu Państwa. Niszczenie stanowisk archeologicznych jest przestępstwem.
Ale prawo umożliwia też legalną współpracę. Poszukiwacz, który uzyska odpowiednie zezwolenie, może legalnie prowadzić poszukiwania i ma prawo do nagrody za znalezisko. Co ważniejsze — jego znalezisko trafi do muzeum i będzie badane, opisane i zachowane dla przyszłych pokoleń.
Zachęcam: jeśli interesujesz się historią Przemkowa i chcesz aktywnie uczestniczyć w jej odkrywaniu — skontaktuj się z lokalnym muzeum, z Dolnośląskim Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków lub z organizacją skupiającą legalnych poszukiwaczy. Możliwości współpracy są realne.
Epilog: Dla poszukiwacza skarbów
Stoisz teraz — wyobraźnią — na rynku małego miasteczka. Przemków. Wokół ciebie siedem stuleci historii. Kościół, w którego wieży przez stulecia leżały listy i monety. Plac, pod którym ktoś zakopał złoto przed Wojną Trzydziestoletnią. Las za miastem, gdzie Szwedzi kopali szańce. Park, pod którym leżą piwnice zamku, w którym bawiła cesarzowa.
Poszukiwanie skarbów to nie tylko kopanie. To umiejętność czytania historii. To cierpliwość. To szacunek dla ziemi i dla tych, którzy leżą w niej od wieków. Najcenniejszy skarb to ten, który trafi do muzeum — bo wtedy służy wszystkim. Skarb rozkradziony, jak te złote dukaty z 2002 roku, znika — i historia traci fragment siebie.
Przemków czeka na swoich odkrywców. Czeka na kogoś, kto będzie miał dość cierpliwości, żeby usiąść w archiwum i czytać stare dokumenty — tak jak czytałem je ja, przygotowując tę książkę. Czeka na kogoś, kto będzie miał dość wyobraźni, żeby zobaczyć za każdym zagłębieniem w terenie coś więcej niż pagórek. Czeka na kogoś, kto będzie miał dość uczciwości, żeby to, co znajdzie, przekazać w odpowiednie ręce.
Złoto w cieniu zamku czeka. Ale czeka przede wszystkim na tego, który zasługuje, żeby je znaleźć.
Eugeniusz Cipura
Przemków, 2026
Źródła i bibliografia
Niniejsza książka powstała wyłącznie na podstawie następujących źródeł, zebranych w Archiwum Historii Przemkowa:
Źródła archiwalne (pliki projektu):
książki min. „Sechs Monate Indien" Woldmara Friedricha (przekład E. Cipury) z fragmentami wspomnień o zamku Przemków oraz pamiętniki damy dworskiej o życiu na dworze przemkowskim.
Artykuły historyczne, min.: „Cesarzowa Augusta Wiktoria" (Zur guten Stunde, 1889); „Osobliwości z Przemkowa i okolic" (Gustaw Fritz, Głogów 1861); „Wspomnienia przemkowskie" (http://www.primkenau.de/); „Czekolada śląskiej księżniczki z Przemkowa" (Zeszyty Eichendorffa, 2016); „Ostatni Augustenburczyk" (Die Heimat, 1932).
Zbiór dokumentów, m.in.: „Skarb monet" (artykuł prasowy, styczeń 2003); „Kamienie z inskrypcjami" (artykuł prasowy, czerwiec 2017); Wizytacja kościołów przemkowskich z lat 1670, 1679, 1687/88; „Powiat Szprotawy w latach 1786/87" (Georg Steller); „Stary powiat Szprotawy w roku 1840" (Georg Steller).
Dokumenty, min.: Kopie dokumentów znalezionych w główce wieży kościoła katolickiego (1793, 1804, 1880, 1911); Opisy cmentarzy; Wycinek prasowy (Gazeta Polkowicka, 7 lipca 2000, Robert Biały); Listy byłych mieszkańców Przemkowa.
Baza ponad 1900 wiadomości prasowych z lat 1889-1945, z gazety „Primkenauer Wochenblatt" i innych tytułów.
Cytowane periodyki i źródła:
„Primkenauer Wochenblatt" — tygodnik przemkowski, różne roczniki.
„Die Heimat" — miesięcznik krajoznawczy, roczniki 10 (1900), 22 (1912), 42 (1932).
„Zur guten Stunde" — rocznik 2, tom III, 1889.
„Das Buch für alle" — zeszyt 24, 1889.
„Zeszyty Eichendorffa" — nr 54, 2016.
„Biographisches Jahrbuch und Deutscher Nekrolog" — tom V, Berlin 1903.
„Allgemeine Deutsche Biographie" — tom 4, Komisja Historyczna Bawarskiej Akademii Nauk.
„Miesięcznik Die Heimat" — rocznik 10, nr 7-8/1900 (lipiec-sierpień).
Gazeta Polkowicka, nr 5 — artykuł Roberta Białego z 7 lipca 2000 roku.
Artykuł prasowy z 14 stycznia 2003 — relacja ze znaleziska złotych monet w Przemkowie.
Artykuł z Interia.pl z 7 czerwca 2017 — relacja z odkrycia kamieni przez Dolnośląską Grupę Eksploracyjną "Legion".
Gustaw Fritz: „Osobliwości, opowiadania i legendy z Wielkiego Głogowa i okolic" — Głogów 1861.
Przypisy
[1] Opis bitwy pod Siewierzem według relacji Jana Długosza 150 lat po fakcie — Płyta nagrobna Przemka w Lubiążu tamże opisana.
[2] Informacja o pożarze Przemkowa przez Szwedów w 1642 r.: Gustaw Fritz: „Osobliwości, opowiadania i legendy z Wielkiego Głogowa i okolic”, Głogów 1861 rok.
[3] O zakupie i transformacji Przemkowa: http://www.primkenau.de/Memoiren/ChristianAugustKauftPrimkenau1.htm: „Za 900 000 talarów Rzeszy majątek ziemski Przemkowa przeszedł w posiadanie księcia". O „Perle Przemkowa": tamże.
[4] Opis zamku: Wycinek prasowy z 7 lipca 2000 r., Robert Biały: „Gazeta Polkowicka" — Franz Mielert opisał zamek jako „wspaniale ukryty między zielonymi łąkami i pachnącym żywicą lasem, baśniowy zamek".
[5] Opis odkrycia: https://wroclaw.naszemiasto.pl/garnek-dukatow/ar/c1-5679957 — artykuł z 14 stycznia 2003 roku: relacja z pierwszej ręki naocznego świadka oraz wypowiedź burmistrza Przemkowa Czesława Sawy.
[6] Ibidem.
[7] Ibidem.
[8] Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura.
[9] O Burgbergu i legendach: — Gustaw Fritz, „Osobliwości, opowiadania i legendy z Wielkiego Głogowa i okolic", Głogów 1861: „Pagórek, aż do dnia dzisiejszego zwany był »Burgberg« (góra zamkowa)". O grozie przed tym miejscem nocą: tamże.
[10] O planach odkopania piwnic: Wycinek prasowy z Gazety Polkowickiej Nr 5 z dnia 7 lipca 2000 r.
[11] Gustaw Fritz, Osobliwości, opowiadania i legendy z Wielkiego Głogowa i okolic, Głogów 1861.
[12] Podkowy i ostrogi znalezione przy Trzech Wałach: tamże — relacja z pierwszej ręki, zapisana przez Fritza.
[13] Antoni Bok, Polski Chiński Mur, miesięcznik legnicki "wersja" 6/8, czerwiec/sierpień 1999; Włodzimierz Kowalski, Wały Śląskie, "Poznaj swój kraj" 3/1999.
[14] Lokalizacja odcinka południowego Wałów Śląskich: Kowalski, tamże — "najlepiej zachowany 9 km odcinek... w Przemkowskim Parku Krajobrazowym".
[15] Bitwa pod Studzianką 1015 r.: Kowalski za Thietmarem — kronika biskupa Thietmara z Merseburga, XI w.; cytat za Kowalski, tamże.
[16] O podkowach i ostrogach przy szańcach: Fritz, op. cit.; za Bok, tamże.
[17] O zaginionych dzwonach: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura: „W czasie Wojny Trzydziestoletniej w zagadkowy sposób zaginęły dzwony z przemkowskich kościołów."
[18] Legenda o dziku i dzwonie: Gustaw Fritz: „Osobliwości, opowiadania i legendy z Wielkiego Głogowa i okolic”, Głogów 1861 rok: „Jakiś dzik musiał ryć później w tym zagłębieniu, gdzie stał kościół i wyrył dzwon, który dzisiaj jeszcze powinien być na wieży kościoła katolickiego w sąsiedztwie Przemkowa."
[19] J. Jungnitz "Visitationsberichte der Diözese Breslau: Archidiakonat Glogau. T. 1", Wrocław, 1907 (tłumaczenie z łaciny).
[20] O dokumentach w wieży: — Kopia Dokumentu nr 1, nr 2 i nr 3 znalezionych w główce wieży kościoła katolickiego.
[21] Zawartość kapsuły czasu: — Kopia Dokumentu nr 2 (Opis pożaru miasta w 1804 roku) i Dokument nr 3 (późniejszy, z opisem stanu parafii).
[22] O Burgbergu: Gustaw Fritz: „Osobliwości, opowiadania i legendy z Wielkiego Głogowa i okolic”, Głogów 1861 rok: pełny opis wzgórza, jego otoczenia, nazwy i miejscowej tradycji.
[23] O zagłębieniu przy Szklarkach i kościele: tamże — opis cmentarza i kościółka, wzmianka o kościach w glebie, legenda o dzwonie.
[24] O hucie i żużlu: Gustaw Fritz: „Osobliwości, opowiadania i legendy z Wielkiego Głogowa i okolic”, Głogów 1861 rok: „Wioski: Łężce, Młynowo i Karpie wykazują w pięciu miejscach nagromadzenie złogów żużla żelaznego." Opis całej historii Huty Henryki tamże.
[25] O odkryciu kamieni: https://geekweek.interia.pl/historia/news-tajemnicze-odkrycie-kolo-przemkowa-na-dolnym-slasku,nId,2403219 — artykuł z 7 czerwca 2017 roku, relacja z odkrycia Dolnośląskiej Grupy Eksploracyjnej "Legion", z wypowiedziami Marcina Jednoróga.
[26] O butelce z listem: tamże — cytat dosłowny z relacji eksploratorów.
[27] Opis bramy na litografii z 1880 r.: Zbigniew Fras i Wiesława Staniszewska „Przemków szkice z dziejów miasta” — rozdział o mieście nowożytnym: „murowana brama (miejska?) o średniowiecznej w formie architekturze (z wieżyczkami zakończonymi krenelażem) widnieje na litografii z 1880 roku przedstawiającej panoramę miasta od południa."
[28] Przemków jako miasto bez murów: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura — tamże: „Przemków nie posiadał żadnych murów miejskich i zawsze był otwartym miastem prowincjonalnym."
[29] Bramy w miastach bez murów i ich funkcja fiskalna: Zbigniew Fras i Wiesława Staniszewska „Przemków szkice z dziejów miasta”: „Przypadki istnienia bram w miastach nie posiadających murów znane są z terenów Śląska; należy pamiętać, iż prócz funkcji obronnej, którą mogły pełnić, związane były również z polityką fiskalną miast."
[30] Akcyza od 1756 roku i jej zniesienie: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura: „W roku 1756 Przemków podniesiono do rangi takiego miasta w którym się pobiera akcyzę i zorganizowano tutaj urząd podatkowy i celny (w roku 1820 akcyzę zniesiono po wprowadzeniu podatku klasowego i nowego podatku przemysłowego)."
[31] Cztery bramy z nazwami i lokalizacjami: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura.
[32] Ibidem.
[33] Brak bram na rysunkach Wernera: Zbigniew Fras i Wiesława Staniszewska „Przemków szkice z dziejów miasta”— tamże: „Brak owych bram na rysunkach Wernera przedstawiających miasto nowożytne pozostaje zagadką, trudno bowiem przyjąć, iż wzniesiono je od podstaw w okresie późniejszym."
[34] Szczęsny Skibiński, Przemków, [w:] Studia nad początkami i rozplanowaniem miast nad środkową Odrą i dolną Wartą, t. 2, Zielona Góra 1970, s. 341; tam informacja za: Deutsches Städtebuch, wyd. E. Keyser, t. 1, Stuttgart/Berlin 1939, s. 892.
[35] O lampach w zamku po wojnie: Gazeta Polkowicka Nr 5 z dnia 7 lipca 2000 r. — relacja Janiny Rybskiej, pierwszej powojennej nauczycielki w Przemkowie: „co ciekawe, na piętrze ostały się piękne wiszące lampy". Opis wyposażenia sali cesarskiej według prof. Sugga: tamże.
[36] O sprzedaży inwentarza zamkowego przez księżnę Dorotę: http://www.primkenau.de/Memoiren/ChristianAugustKauftPrimkenau1.htm — Wspomnienia przemkowskie. Przed 150 laty: „Świadkiem tego upadku była książęca wdowa Dorota Maria, która sprzedała cenny inwentarz z zamku i wprowadziła się do pałacu książęcego."
[39] Krypta w kościele ewangelickim, pochówki 1858–1910: Gazeta „Sagan-Sprottauer Heimatbriefe” nr 2, s. 37–38: „W 1858 r. w wieku nieco ponad roku zmarł na polio książę Krystian August. W 1862 roku pochowano tutaj księcia Wiktora, który również zmarł w wieku jednego roku.”
[40] Cesarzowa przy grobach w kościele: jw., s. 38: „pewnego popołudnia odwiedziła także groby swoich dziadków, rodziców i rodzeństwa. My, dzieci, które mieszkały w budynku szkolnym obok kościoła [...] przez szyby obserwowaliśmy, jak cesarzowa i jej świta przechodzą środkową nawą kościoła do krypty.”
[41] Nocna procesja z pochodniami, przeniesienie trumien z krypty na Fuchsberg: jw., s. 38: „Późnym wieczorem, w kondukcie z pochodniami, wszystkie trumny zostały przeniesione z krypty książęcej w kościele na wzniesienie Fuchsberg i tam ponownie pochowane w przygotowanych grobowcach.”
[42] Dzwon z zamku Gravestein: jw., s. 38: „Mówiono, że pochodzi on z zamku Gravenstein, jednej z północno-szlezwickich posiadłości, które właśnie utracił ówczesny ród książęcy, gdyż na mocy traktatu wersalskiego tereny te przeszły z Niemiec do Danii.”
[43] Trzy inskrypcje nagrobne odczytane w 1980 r.: jw., s. 38.
[44] Albert pochowany na cmentarzu ewangelickim: Miesięcznik „Die Heimat”, rocznik 42, nr 7, lipiec 1932 (dr C. Boysen, „Ostatni Augustenburczyk”): „Na własne życzenie nie spoczył w książęcym grobowcu, lecz na starym cmentarzu w Przemkowie znalazł swoje miejsce wiecznego spoczynku.”
[45] Cmentarz zdewastowany, rekonstrukcja po 1989: „Zeszyty Eichendorffa” nr 54, 2016 (Johanna Lemke-Prediger).
[46] Przejście Fryderyka Wielkiego przez Przemków 10 października 1760 r.: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura — kronika miasta: „W dniu 10 października 1760 roku połączył się z korpusem generała von der Goltz i następnie pomaszerował dalej przez Szprotawę, Żagań i Dłużek". O drodze Königstraße jako możliwej trasie przemarszu: tamże.
[47] Przemarsze wojsk w 1778 r.: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura — kronika miasta, zapis pod rokiem 1778: „W czasie bawarskiej wojny sukcesyjnej wiele przemarszów wojsk przez miasto."
[48] Kwaterunek wojsk napoleońskich 1806–1808, liczba żołnierzy i koszty: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura — kronika miasta: „W Przemkowie i okolicznych wioskach od listopada 1806 roku, aż do wymarszu wrogich wojsk w październiku 1808 roku kwaterowało prawie 21 000 żołnierzy, których wyżywienie pochłonęło około 14 000 talarów."
[49] Włoska dywizja Wrede — liczba żołnierzy i zachowanie: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura — kronika miasta (dłuższy cytat opisujący grabieże i złe traktowanie mieszkańców).
[50] Tyfus pozostawiony przez wycofującą się armię napoleońską: August Jentsch „Geschichte der Stadt und Evangelischen Kirchgemeinde Primkenau”, tłum. E. Cipura — kronika miasta: „Pozostawili oni tutaj wielu zmarłych, a mieszkańcy naszej gminy tyfusową gorączkę, od której wielu zmarło."
[51] Korpus marszałka Victora w Przemkowie, maj 1813 r.: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura.
[52] Wirtemberska dywizja Franquemonta — dziewięć tygodni kwaterunku, pola Łężc, okopy na Kollenbergu: August Jentsch „Geschichte der Stadt und Evangelischen Kirchgemeinde Primkenau”, tłum. E. Cipura — kronika miasta: „Swój plac przeglądu wojska miała ta dywizja na polach Łężc, gdzie na górze Kollenberg pozostawili po sobie wykopane okopy."
[53] Egzekucje przed wymarszem Wirtemberczyków: August Jentsch „Geschichte der Stadt und Evangelischen Kirchgemeinde Primkenau”, tłum. E. Cipura — kronika miasta: „na krótko przed ich wymarszem na dwóch ich ludziach w pobliżu strzelnicy [egzekucja]. Po tym nastąpiło jeszcze wiele innych przemarszów wojsk." Oraz tamże: egzekucja przy Górze Schießberg (rozstrzelanie) i Górze Galgenberg (powieszenie), pochówek w okolicy.
[54] Wspomnienia oficera wirtemberskiego z kwaterunku w Przemkowie: Publikacja „Hausblätter”, tom II, Stuttgart 1863 rok, Wydawnictwo Adolfa Krabbe — Fragment pamiętnika K. v. Suckow (tłumaczenie E. Cipury): opis pobytu w Przemkowie podczas zawieszenia broni w 1813 r., kawiarnia na placu, musztra, ćwiczenia.
[55] Szpital wojskowy w pałacu książęcym, I WŚ: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura — kronika: „Przez kilka miesięcy w Przemkowie znajdował się szpital wojskowy urządzony przez parę książęcą. Pod koniec listopada 1914 roku specjalny pociąg przywiózł tutaj transport rannych." O kursie pielęgniarskim dla 72 kobiet: tamże.
[56] Rosyjscy jeńcy wojenni w hutach przemkowskich: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura — kronika: „W książęcych zakładach hutniczych na Młynowie i Dużej Hucie np. pracowało przez dłuższy czas około 160 Rosjan." O obozie jenieckim koło Szprotawy (ok. 20 000 jeńców): tamże.
[57] Nocny atak na Przemków, 25/26 stycznia 1945 r., dywizja Hermann Göring: — list od Paula Lindnera z 16.02.2001: relacja kolegi z pułku pancernego HG, atak na magazyn benzyny na zamku, pożar zamku i dzielnicy.
[58] Walki 500. Pancernego Batalionu Saperów i dywizji Großdeutschland, 11 lutego 1945 r.: http://www.lexikon-der-wehrmacht.de/Gliederungen/PzPionierBat/PzPiBat500-R.htm (tłumaczenie historii 500. Batalionu Pancernych Saperów): „Bez oporu wroga batalion około południa 11 lutego 1945 roku osiągnął tereny na południe od Przemkowa" — opis walk wzdłuż drogi Chocianów–Przemków, lasu przemkowskiego, okolic Łąkocin i Wysokiej.
[59] Kąpielisko parkowe przy Jägerhof: "Einwohnerburch für Stadt und Kreis Glogau sowie die Nachbarstädte Primkenau, Neustädtel, Schlichtingsheim, Raudten", Głogów 1936 (przewodnik po Przemkowie, ok. 1935 r.): „Szczególną atrakcją dla przyjezdnych jest [...] kąpielisko parkowe [...] położone na dużym stawie wyspowym w okolicy leśniczówki Jägerhof”.
[60] Festyn „Kraft durch Freude” przy Jägerhof, sierpień 1938: Gazeta „Primkenauer Wochenblatt” Rocznik 82, nr 100 z dnia 19 sierpnia 1938 roku.
[61] Festyn urodzinowy Ernesta Günthera przy Jägerhof: Gazeta "Schlesische Zeitung" Rocznik 172, Nr 559 z dnia 12 sierpnia 1913 roku: „Po południu święto kontynuowano w leśniczówce Jägerhof. Około godziny 14:00 nastąpił wymarsz w tamtym kierunku [...] Około godziny 16:00 rozpoczął się koncert świąteczny. Święto zakończyło się balem.”
[62] Wypadek leśniczego Gladikaua przy Jägerhof: Gazeta "Brockauer Zeitung" Rocznik 24, Nr 130 z dnia 4 listopada 1924 roku.
[63] Historia własności i pożar Jägerhof: Hubert Stempell "Von Kunzendorf nach Gittelde. Erinnerungen an meine schlesische Kindheit": „W którym roku dziadek Kühne nabył ten dworek myśliwski [...] musiało to być gdzieś pomiędzy 1925 a 1930 rokiem [...] Od 1936 roku dworek myśliwski posiadała ciotka Irena, który potem jednak pod koniec II Wojny Światowej lub po niej został całkowicie zniszczony przez pożar. Potwierdzili nam to już przy naszych pierwszych odwiedzinach w Polsce tutejsi świadkowie tamtych czasów.”
[64] Nazwa Adelaidenau od księżniczki Adelajdy: Załącznik do listu Annelies Sellmeier z dnia 17 maja 1996 roku (wiersz Annelies Sellmeier, 1996): „i po księżniczce Adelajdzie została nazwana moja ojczyzna”.
[65] Opis zabudowań: List Annelies Sellmeier z dnia 17 maja 1996 roku: „były tam tylko cztery budynki, dwie stodoły ze stajniami, leśniczówka i dom robotnika leśnego, te 4 budynki tworzyły całe Adelaidenau”.
[66] Wizyta Towarzystwa Leśnego w Adelaidenau, 1863: „Verhandlungen des Schlesischen Forst-Vereins”, Wrocław 1863.
[67] Zawody strzeleckie w Adelaidenau, 1868: Louisa Mary Knightley „The Journals of Lady Knightley of Fawsley”, London 1915 rok”
[68] Polowania cesarskie w Adelaidenau: Gazety: „Sport & Salon", nr 27, 5 lipca 1902 r.”, „Sport & Salon", rocznik 14, nr 51, 16 grudnia 1911 r., „Wiener Salonblatt", nr 50, rocznik 42, 16 grudnia 1911 r., „Der oberschlesischer Wanderer", nr 96, rocznik 75, 26 kwietnia 1902 r., „Erzgebirgischer Volksfreund", nr 277, rocznik 66, 29 listopada 1913 r., np. „Już o godzinie 3.00 nad ranem monarcha w towarzystwie księcia pojechał na toki cietrzewia do leśniczówki Adelaidenau”.
[69] Śniadanie w Adelaidenau: Gazeta „Schlesische Zeitung", rocznik 172, nr 834, 27 listopada 1913 r.: „śniadanie, które zostało spożyte w Adelaidenau”; Gazeta „Sport & Salon", rocznik 14, nr 51, 16 grudnia 1911 r.: „Śniadanie odbyło się z damami w Adelaidenau”.
[70] Pożar stajni w Adelaidenau: Gazeta „Schlesische Zeitung", rocznik 172, nr 390, 6 czerwca 1913 r.: „Dziś rano na skutek uderzenia pioruna doszczętnie spłonął duży budynek stajenny należący do książęcej leśniczówki Adelaidenau [...] Sąsiedni dom pański pozostał nienaruszony.”
[71] Adelaidenau w 1938 roku: Gazeta „Primkenauer Wochenblatt", rocznik 82, nr 26, 2 marca 1938 r.: „szef biura leśnictwa w administracji księcia następcy tronu Alhard Beckmann w Adelaidenau [...] w 1927 roku przeniósł się do Adelaidenau”.
[72] Pomnik Krystiana Augusta przed leśniczówką: List Annelies Sellmeier z dnia 17 maja 1996 roku (wiersz Annelies Sellmeier, 17 maja 1996 r.): „a za leśniczówką można było zobaczyć / pomnik stojący na łące, / z którego spoglądał książę, / który niegdyś zbudował tam leśniczówkę. / Christian August von Schleswig-Holstein / tak się nazywał.”
[73] Powrót do Adelaidenau i odkrycie fundamentów: List Annelies Sellmeier z dnia 17 maja 1996 roku: „odkryliśmy pod krzakami i drzewami głęboko w ziemi ukryte kilka kamieni z dawnego fundamentu leśniczówki [...] te stopnie, choć z trudem, odnaleźliśmy i dopiero dzięki temu wiedzieliśmy, gdzie stała niegdyś nasza piękna leśniczówka.”
[74] Wyprawa Henryka II, odwrót przez bagna, zabójstwo pszczelarza, szpieg Bolesława: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura: „W odwrocie tym Niemcy dostali się w całkowicie nieznane obszary, w gęsty dziewiczy las Gaues Diadesisi, aż do Bagien Przemkowskich. W tej całkowicie niezamieszkanej okolicy spotkali tylko pszczelarza, którego zamordowali”.
[75] Przebieg bitwy, śmierć margrabiego Gero, ocalenie arcybiskupa i palatyna, pochówek poległych: jw.: „Wszyscy pozostali rycerze zostali zabici lub wzięci do niewoli. [...] Eidon taką zgodę otrzymał, pozabijanych rycerzy pogrzebał i sprowadził zwłoki margrabiego Gero [...] w uroczystym orszaku do Miśni”.
[76] Dolnośląska Grupa Eksploracyjna „Legion” i jej poszukiwania na bagnach przemkowskich — informacje spoza plików Archiwum Historii Przemkowa; źródło: strony internetowe stowarzyszenia i portale lokalne.
[77] Czwarta edycja poszukiwań (12–13 kwietnia 2025 r.), ponad 150 uczestników, metodologia badań: jw. — źródła internetowe.
[78] Prośba o mapę rewiru leśnego Rosengarten i potwierdzenie żywotności nazwy w końcu XX wieku: list od Paula Günthera z Saarbrücken do Eugeniusza Cipury, 15 października 1997 r. Odpowiedź — brak Rosengarten na mapach: — list Paula Günthera z 13 listopada 1997 r.: „szczególne podziękowania za kopie map, na których jednak niestety nie widać rewiru leśnego »Rosengarten«".
[79] Przejęcie kościoła przez komisję cesarską 9 lutego 1654 r., opis wjazdu komisarzy, historia ostatniego chrztu pastora Mühlmanna: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura — kronika gminy ewangelickiej w Przemkowie (rozdział o kontrreformacji); J. Jungnitz "Visitationsberichte der Diözese Breslau : Archidiakonat Glogau. T. 1", Wrocław, 1907— Historia kościołów przemkowskich, kronika wizytacyjna.
[80] Dwie wersje genezy nazwy Rosengarten. Wersja pierwsza (okrzyk podczas pierwszej mszy): August Jentsch „Geschichte der Stadt und Evangelischen Kirchgemeinde Primkenau”, tłum. E. Cipura — kronika gminy ewangelickiej: „Tutaj jest jak w jakimś ogrodzie różanym, miał ktoś zawołać podczas pierwszej mszy świętej w lesie i ta piękna bogata we wspomnienia nazwa utrzymała się aż do dnia dzisiejszego." Wersja druga (nazwa od gęstego chrustu ochronnego): Siegismund Justus Ehrhardt „Presbyterologie des Evangelischen Schlesiens” (Prezbiterologia ewangelickiego Śląska), 1783 rok, strona 388 – 396, tłum. E. Cipura — Historia kościołów przemkowskich, o pastorze Schirmerze: „musiał on z powodu ówczesnych zamieszek wojennych, uciekać często z wiernymi do, w pobliżu położonych, podmokłych wrzosowisk, w których jeszcze w dzisiejszych czasach, część z nich nazywana jest »Rosengarten«, ponieważ składała się z bardzo gęstego lasu do wyrębu."
[81] Znalezisko cyborium i szczątków szat liturgicznych w 1911 roku: Rektor Ewald „Die Geschichte Primkenaus”, Przemków 1923, tłum. E. Cipura — kronika gminy ewangelickiej: „W roku 1911 w tamtej okolicy przy uprawie leśnej znaleziono mały kielich ołtarzowy, cyborium ze srebra i całkowicie podarte na strzępy ubranie zakładane przez pastora do mszy, które to rzeczy w każdym razie były tam ukrywane podczas Wojny Trzydziestoletniej, ażeby mieć je zawsze szybko pod ręką w czasie odprawianych leśnych mszy świętych; znalezione przedmioty przechowywane były następnie w zamku przemkowskim." Dopisek autora kroniki: strona katolicka uważała znalezione naczynia za katolickie — 2 dzbanuszki mszalne i łódeczka kadzidłowa.
[82] Wyjście z Rosengarten, status miejsc schronienia ewangelików po odzyskaniu kościoła: August Jentsch „Geschichte der Stadt und Evangelischen Kirchgemeinde Primkenau”, tłum. E. Cipura — kronika gminy ewangelickiej: „Nasi przodkowie pozbawieni swoich świątyń musieli teraz znów wyszukać swoje ogrody różane lub inne kryjówki i samemu podnosić się na duchu." Lokalizacja przy drodze do Biernatowa: — tamże.
[83] Odkrycie szczątków w Rudzinach w 1890 r.: — Gazeta „Grottkauer Zeitung", nr 58, rocznik 10 z dnia 19 lipca 1890 r.: „Przemków, 16 lipca. Wczoraj przy linii kolejowej Niegosławice–Przemków na terenie Rudzin robotnicy odkryli na działce leśnej miejsce pochówku ludzi. Do tej pory odkopali 14 czaszek wraz z kośćmi rąk, nóg itp. Te ludzkie szczątki leżą na głębokości ponad 1 metra, brak śladów trumien."
[84] Ułożenie pochówku (stopy ku wschodowi, odstępy między ciałami, brak trumien) oraz datowanie pośrednie przez wiek drzewostanu: — Gazeta „Der oberschlesischer Wanderer", nr 229, rocznik 66 z dnia 4 października 1893 r.: „Ludzkie szczątki leżały w pewnych odstępach obok siebie ze stopami skierowanymi na wschód, bez śladu trumien. [...] parcela leśna od 150 lat była porośnięta drzewami." Wiek drzewostanu (ok. 150 lat) sugeruje pochówki nie późniejsze niż 1. poł. XVIII w. Rudziny posiadały własny cmentarz od ok. 100 lat (ok. 1790 r.) — przedtem miejscowi grzebani byli w Niegosławicach.
[85] Hipotezy: zaraza lub 200 polskich rycerzy: — jw. Wzmianka kronikarska o 200 polskich rycerzach poległych w bagnistych lasach Przemkowa przywoływana w obu artykułach jako alternatywne wyjaśnienie pochówku.
[86] Odkrycie urny i wykopaliska dr. Böge: Primkenauer Wochenblatt, nr 90, rocznik 78, z dnia 26 lipca 1934 r.: „[…] członkowie Służby Pracy znaleźli tam teraz dobrze zachowaną urnę, którą można było odzyskać w nienaruszonym stanie, z wyjątkiem brakującego dna naczynia. […] Pod naukowym kierownictwem doktora Böge z Wrocławia w ciągu kilku dni pracy odsłonięto około 60 metrów kwadratowych przedmiotowego torfowiska i znaleziono dużą ilość odłamków, które badacz starożytności uznał za szczątki urn."
[87] Pnie dębowe jako ścieżki osadnicze: jw.: „[…] natknął się na niezliczone pnie dębowe spiętrzone w rzędy i szpalery, które pozbawione były jakichkolwiek gałązek i gałęzi, a więc świadczyły o tym, że kiedyś zostały tu przywiezione i ustawione na sobie przez ludzkie ręce, tworząc sztuczną konstrukcję. […] Badacz zakłada, że pnie dębów na podmokłym torfowisku były wykorzystywane przez mieszkańców ówczesnych osad jako solidne podłoże do budowy ścieżek."
