WYSPA, KTÓREJ JUŻ NIE MA
Opowieść o przemkowskim kąpielisku parkowym

Brama wejściowa Inselparkbadu w Primkenau (Przemkowie), lata 30. XX wieku
Projekt Sekrety Przemkowa
© Eugeniusz Cipura, Przemków 2026
I. Marzenie z początku wieku — narodziny pomysłu
Jeśli dziś pójdziesz na skraj parku miejskiego w Przemkowie i spojrzysz na zbiornik wodny leżący za drzewami, trudno uwierzyć, że patrzysz na miejsce, które przez pokolenia było sercem letniego życia całego miasta. Nie ma tu nic. Żadnych pomostów, żadnych przebieralni, żadnego śmiechu, żadnego pluskania. Jest tylko woda — ciemna, stojąca, zarośnięta przy brzegach trzciną i mchem — i cisza, jakiej nie powinno być w miejscu, gdzie niegdyś bawiły się dziesiątki dorosłych i dzieci.
To bajoro. Można by tak powiedzieć i odejść. Ale byłoby to zdanie niesprawiedliwe i nieprawdziwe. Bo to nie jest zwykłe bajoro. To jest cmentarz radości.
Żeby zrozumieć, skąd wzięło się przemkowskie kąpielisko, trzeba cofnąć się w czasie o ponad sto lat — do początku dwudziestego stulecia, gdy miasto nosiło jeszcze nazwę Primkenau i należało do Rzeszy Niemieckiej. Wówczas właścicielem zamku i ogromnych borów otaczających miasto był przemkowski książę Szlezwika-Holsztynu Ernest Günther — szwagier cesarza Wilhelma II, człowiek, który Przemków traktował jak ukochane gniazdo rodzinne.
To właśnie z inicjatywy miejscowego Komitetu Opieki nad Młodzieżą narodził się pomysł budowy publicznego kąpieliska. Komitet zebrał się na posiedzeniu i podjął decyzję: Przemków potrzebuje łaźni ludowej. Koszt — dwa tysiące marek. Część już zebrano. Brakujące środki się znajdą. A co najważniejsze: ziemię pod budowę, o powierzchni ponad jednej morgi, bezpłatnie ofiarował sam książę Ernest Günther. Teren leżał w bezpośrednim sąsiedztwie miasta i pobliskiego Młynowa. Obiekt miał zostać otoczony nasadzeniami drzew i krzewów.
Trochę później — gdy pomysł rozrósł się do większych rozmiarów — pojawiły się plany jeszcze ambitniejsze. Lokalny Komitet Opieki nad Młodzieżą pochylił się szczegółowo nad kwestią budowy publicznego basenu kąpielowego. Kwestię lokalizacji rozwiązano: książę ofiarował kolejną działkę w pobliżu parku książęcego. Woda mogła być doprowadzana z licznych źródeł znajdujących się w parku. Planowany basen miał mieć aż sześćdziesiąt metrów długości i pięćdziesiąt metrów szerokości. Ambitne jak na śląskie leśne miasteczko. Bardzo ambitne.
Nie wiemy dokładnie, w jakim kształcie i kiedy ta pierwsza łaźnia ludowa ostatecznie stanęła nad jeziorkiem parkowym. Wiemy natomiast, że w 1926 roku w Przemkowie zarejestrował się klub pływacki — Schwimmclub. To nie jest przypadek: skoro klub pływacki mógł powstać, gdzieś musiało być gdzie pływać. Przez dwanaście lat klub wychował kolejne pokolenia miłośników wody, organizował zawody i dbał o kulturę sportowego pływania w mieście. Aż do wiosny 1938 roku, gdy — o czym za chwilę — połączył się z klubem gimnastycznym, a w zamian Przemkowianie otrzymali coś znacznie wspanialszego: kąpielisko z wyspą.
II. Legiony na mokradłach — 106. Brygada Służb Pracy dla Rzeszy
Historia przemkowskiego kąpieliska jest nierozerwalnie związana z inną historią — historią bezprecedensowego projektu, który w latach trzydziestych XX wieku zmienił Przemków i całą okolicę nie do poznania. Mowa o Służbach Pracy dla Rzeszy — Reichsarbeitsdienst, w skrócie RAD.
Było to latem 1933 roku. Adolf Hitler objął władzę w Niemczech zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Jednym z pierwszych wielkich przedsięwzięć nowego rządu było zorganizowanie Służby Pracy — armii ochotników, którzy mieli zagospodarować nieużytki, budować drogi i osuszać bagna, dając jednocześnie pracę setkom tysięcy bezrobotnych Niemców. Na Dolnym Śląsku, między Przemkowem a Gaworzycami, rozciągał się obszar idealny do takiego celu: dwadzieścia osiem tysięcy mórg mokradeł i bagien rzeki Szprotawy, przez stulecia niemal zupełnie bezużytecznych.
We wrześniu 1933 roku do zamku książęcego w Przemkowie wkroczyła 106. Brygada Służb Pracy dla Rzeszy. Kilkaset mężczyzn zajęło salony i komnaty, w których niegdyś biesiadowała pruska arystokracja i gdzie jako dziecko bawiła się przyszła cesarzowa Augusta Wiktoria. Zamek stał się sztabem. I tak przez pięć lat — aż do lata 1938 roku — centrum ogromnego projektu melioracyjnego biło sercem właśnie tutaj, w centrum Przemkowa.
Oficjalną inaugurację wielkich prac odbyto w marcu 1934 roku. Uroczysta ceremonia zebrała miejscowych notable i dowódców Służby Pracy. Powiedziano wtedy, co czeka tych ludzi: „Od wieków nieurodzajny, niemal w stanie pierwotnym. Tylko nowej epoce zarezerwowane jest podjęcie tutaj pionierskich działań, aby w przyszłości na setkach gospodarstw mogli osiedlić się młodzi Niemcy." Kilkaset łopat uderzyło w ziemię. Machina ruszyła.
W październiku 1934 roku na bagna rzeki Szprotawy przybył sam Konstanty Hierl — Reichsarbeitsführer, twórca i naczelny dowódca Służb Pracy dla Rzeszy w całych Niemczech. Odwiedził obozy pracy w Pogorzelach i Buczynie. Jadł z żołnierzami. Oglądał prawie ukończoną drogę biegnącą przez bagna. Był pod wrażeniem.
W lutym 1935 roku Przemków przeżył wydarzenie bez precedensu. Z okazji drugiej rocznicy dojścia Hitlera do władzy przez miasto przemaszerowało tysiąc ośmiuset mężczyzn — cała 106. Brygada Służb Pracy, uformowana w kolumny, z flagami, przy muzyce. Dowódca okręgu Roch poświęcił sztandary brygad ze Zgorzelca, Zielonej Góry, Legnicy, Jeleniej Góry, Przemkowa i Żagania. I ogłosił, że sam Hierl nadał 106. Brygadzie zaszczytną nazwę honorową: „Bagna rzeki Szprotawy". Tysiąc osiemset par oczu patrzyło na przemkowskie niebo. Po południu wszyscy wyruszyli obejrzeć efekty swojej pracy na bagnach.
W listopadzie 1935 roku Przemków odwiedził Gauleiter i Nadprezydent Prowincji Śląskiej Josef Wagner. W zamku — siedzibie 106. Grupy Pracy — powitał go z honorem dowódca okręgu Roch. Obejrzeli ukończone domy nowej osady, które czekały już na pierwszych osadników — przesiedleńców z Hesji, Turyngii i Śląska. Odwiedzili obóz Amalienthal, gdzie Wagner z żwawym zainteresowaniem obserwował szkolenia sportowe mężczyzn ze Służb Pracy.
W marcu 1937 roku śląska prasa rozpisywała się o „2000 mężczyzn walczących o nowe terytorium". Opis prac na bagnach rzeki Szprotawy zajął całe szpalty. Komentator pisał: „Kiedy po raz pierwszy jechaliśmy na Bagna rzeki Szprotawy, wiosennego dnia 1934 roku powiedziano nam w Berlinie o ogromnym projekcie, jakiego młodzież niemiecka podejmuje się na tym śląskim pustkowiu. Na mapie pokazano nam, o jak wielki bezużyteczny obszar chodzi. Rzeczywistość okazała się dużo gorsza. A jednak — patrząc na to, co udało się dokonać — serce rośnie."
Kulminacją tej historii był 15 sierpnia 1937 roku — dzień, który Przemków zapamiętał na długo. Na bagnach rzeki Szprotawy, w miejscu wykarczowanym i osuszonym rękami tysięcy ochotników, powstała nowa wioska rolnicza. Dwadzieścia tysięcy ludzi przybyło na uroczystość jej poświęcenia — sam Hierl, Gauleiter Wagner, generał von Kleist i delegacje z całego Śląska. Wiosce nadano nazwę Hierlshagen — po polsku Ostaszów, czyli dosłownie: wieś Hierla. Było to imię-podziękowanie, żywy pomnik w hołdzie człowiekowi, który tę ideę powołał do życia.
Przez wszystkie te lata — od 1933 do lata 1938 roku — zamek przemkowski tętnił życiem. W grudniu 1937 roku zatwierdzono budowę wielkiej hali sportowej dla 106. Grupy: czterdzieści trzy metry długości, czternaście metrów szerokości, ponad siedem metrów wysokości. Miała stanąć na skraju bagien, koło obozów w Ostaszowie. W sierpniu 1938 roku — gdy hala już stała — sztab 106. Grupy opuścił zamek po pięciu latach i przeniósł się do Szprotawki. Nie wiadomo, czy ktoś się oglądał.
Dlaczego ta historia jest ważna dla kąpieliska? Bo właśnie w maju 1938 roku, gdy RAD finalizował swoje prace i kończył halę sportową dla grupy, lokalna gazeta doniosła w tym samym artykule o wznowieniu przerwanych prac przy budowie kąpieliska parkowego z wyspą. Oba projekty — RAD i kąpielisko — żyły obok siebie, przenikały się, korzystały z tych samych rąk. Przez pięć lat w Przemkowie kwaterowało dwa tysiące zdrowych, silnych, przyuczanych do sportu mężczyzn. Kultura ciała, sportu i wody — tak akcentowana w ideologii RAD — musiała zostawić ślad.
III. Rok 1935 — kąpielisko rodzi się w świetle stron ojczystych

Widok na wyspę — drewniany pomost prowadzący na wyspę, pawilon wyspowy i ogródek, lata 30. XX w.
Kąpielisko parkowe w Przemkowie po raz pierwszy otworzyło swoje podwoje wiosną 1935 roku. Stało się to przy okazji wyjątkowej, trzydniowej uroczystości — „Święta stron ojczystych" — które miało dać „żywy przegląd sześćsetletniej historii miasta", ze wspaniałym widowiskiem historycznym w niedzielę i defiladą w sobotni wieczór. Poniedziałek zarezerwowano specjalnie na otwarcie nowej atrakcji: kąpieliska w parku, „pięknie położonego pomiędzy lasem liściastym i iglastym", opisywanego jako prawdziwa atrakcja turystyczna.
Pierwsze kąpielisko było jeszcze skromniejsze od tego, które znamy ze zdjęć. Naturalna wyspa pośrodku stawu istniała od stuleci — była częścią historycznych stawów rybnych, które swoje powstanie zawdzięczają samemu księciu Ernestowi Güntherowi. Na razie jednak nie było tu jeszcze pomostów na palach, wieży do skoków ani parkowego pawilonu. Był zbiornik wodny w parku, były przebieralnie, był powiew wakacyjnej swobody. I — co najważniejsze — było miejsce, o które warto dbać.
Kąpielisko wypełniło pustkę po klubie pływackim, który działał w Przemkowie od 1926 roku. Przez dwanaście lat zrzeszał entuzjastów pływania, wychowywał mistrzów, organizował zawody. Jednak wiosną 1938 roku, gdy nowe kąpielisko z wyspą wchodziło w swoją złotą erę, klub pływacki — osłabiony i mało liczny — połączył się z klubem gimnastycznym. Prasa odnotowała, że swój cel — szlachetną dyscyplinę sportu — spełnił przez ponad dekadę.
IV. Wyspa — budowa, praca i otwarcie
Wyspa na jeziorku parkowym w Przemkowie nie była tworem ludzkich rąk. Istniała od wieków jako naturalne wyniesienie pośrodku stawów rybnych, które jeszcze w czasach księcia Ernesta Günthera służyły za łowiska. Źródła z tamtych lat mówią o tym miejscu wprost: współcześni Niemcy określali przemkowskie kąpielisko mianem „najpiękniejszego naturalnego kąpieliska północnego Śląska”. I podkreślali bez ogródek: „jest tam prawdziwa wyspa” — nie usypana, nie sztuczna, lecz prawdziwa, naturalna, istniejąca tu od zawsze. Staw zawdzięcza swoje piękno samej naturze — jak głosi jedno z ówczesnych opisów — a jego szczególna wartość wynikała właśnie z tego, że ludzka praca harmonijnie współdziałała z tym, co natura już stworzyła. Prace komunalne z roku 1938 były zatem nie budową wyspy od zera, lecz jej rozbudową i umocnieniem: poszerzeniem naturalnego wyniesienia o trzymetrowy nasyp betonowy, który nadał wyspie kształt znany ze zdjęć.
Pomysł zagospodarowania wyspy musiał dojrzewać przez kilka lat. Wiemy, że prace były prowadzone, przerywane i wznawianie — to język archiwów, który mówi wiele: wielki projekt, skromne środki, wola ludzi. W lutym 1938 roku lokalna gazeta opublikowała apel, który dziś czyta się jak manifest miłości do miejsca:
"Podobnie jak w poprzednich latach, również w tym roku trwają prace nad rozbudową i upiększeniem kąpieliska z wyspą poprzez prace społeczne. Prace rozpoczęły się w ostatnią sobotę i niedzielę i będą kontynuowane w nadchodzące weekendy. Obecnie wyspa jest w trakcie powiększania; wokół wyspy budowany jest nasyp o szerokości około 3 metrów, który jest otoczony betonowym murem. Każdy, kto chce wziąć udział, powinien przybyć."
Przemkowianie przynosili łopaty i taczki w mroźne lutowe weekendy, aby wiosną ich wyspa była piękniejsza, większa, lepsza. Pracowali bez nakazu i bez wynagrodzenia — po prostu dlatego, że wiedzieli, iż to ich miejsce. To był akt miłości do wspólnego dobra w najprostszej możliwej formie.
Trzy miesiące później, 5 maja 1938 roku, lokalna gazeta ogłosiła, że zostały wznowione przerwane prace przy budowie kąpieliska parkowego z wyspą. Prace wykonywane są — jak zanotował dziennikarz — „najczęściej jako prace komunalne". W tym samym numerze znajdował się komunikat o ukończeniu w stanie surowym hali sportowej dla 106. Grupy Służb Pracy w Ostaszowie. Dwa projekty, jeden czas, jeden Przemków.
Kilka dni później, 13 maja 1938 roku, gazeta ogłosiła krótko i radośnie: „Niedziela: otwarcie kąpieliska w parku z wyspą. Kąpielisko w parku z wyspą otwiera swoje podwoje w niedzielę." Nie było tu długich opisów ani ceremonii. Wystarczyło jedno zdanie. Każdy wiedział, o co chodzi.

Przemkowianie w ogródku na wyspie z pawilonem — kąpielisko było centrum letniej wspólnoty miejskiej, lata 30. XX w.
Towarzyszący otwarciu editorial mógłby — bez zmiany słowa — ukazać się dziś w każdej polskiej gazecie:
"Nauczyliśmy się kochać wodę. Jest w naszych czasach tęsknota za przyrodą, która ze swoimi uzdrawiającymi mocami słońca, powietrza i wody jest źródłem zdrowia dla naszych ludzi. Coraz więcej ludzi uważa za swój obowiązek utrzymywanie swojego ciała przez sport w stanie sprawności. Nasze kąpielisko powinno być miejscem zabaw dla młodych i starych, miejscem radości życia, gdzie wszyscy są młodzi lub będą znowu młodzi, ponieważ powietrze, światło i woda sprawiają, że jesteśmy piękni."
Piękne słowa. I prorocze — bo prawda w nich zawarta jest ponadczasowa.
V. Puls lata — temperatura wody w gazecie
Jest jeden szczegół archiwalny, który lepiej niż cokolwiek innego pokazuje, czym kąpielisko było dla Przemkowa. Każdy numer lokalnej gazety w sezonie letnim 1938 roku zaczynał rubrykę miejską od tej samej, niezmiennej linijki:
"Kąpielisko z wyspą w parku. Dzisiejsza temperatura wody: 22 stopnie, powietrza: 30 stopni."
Tak jak dziś podaje się kursy walut lub prognozy giełdowe, tak lato roku 1938 mierzono temperaturą wody w przemkowskim jeziorku parkowym. To była informacja, na którą czekał cały Przemków. Wiedziano: jeśli woda ma 22 stopnie, można iść. Jeśli 18 — może jutro. A gdy w upalnym sierpniu słupki zbliżały się do 25 — na kąpielisko szło całe miasto.
Pełne nazwy obiektu — Inselparkbad Primkenau albo Insel-Park-Schwimm- und Strand-Bad — brzmiały z rozmachem godnym nadmorskiego kurortu. Dla mieszkańców małego śląskiego miasteczka to nie była tylko atrakcja — to była duma. Jeziorko parkowe z zadrzewioną wyspą pośrodku, do której prowadziły drewniane kładki i pomosty opierające się na palach wbitych w wodę. Na brzegu rzeźbione słupki ozdobione donicami z agawami — egzotyczny, niemal śródziemnomorski szczegół wśród śląskich sosen. Wydzielony liną pływacką basen, wieża do skoków i zjeżdżalnia, której pochylnia wchodziła prosto do wody. Na wyspie: drewniany pawilon-restauracja z werandą, przy której rozstawione były stoliczki ogrodowe. W cieniu brzóz, przy kawce lub lemoninadzie, można było patrzeć na bawiących się w wodzie.
Wstęp do sezonu ogłaszano uroczyście. Karta stałego bywalca — różowa, drukowana tektura — otwierała bramy na cały sezon. Nazywała się Stammkarte, a na jej odwrocie odciśnięto słowa, które mogłyby wisieć nad każdą przebieralnią na świecie:
W sierpniu 1938 roku kąpielisko przeżyło swój wielki sezon. Przemkowski oddział organizacji „Kraft durch Freude" — Siła przez Radość — zorganizował tu wielki festyn ludowy pod hasłem: „Radujcie się życiem!". Tłumy bawiły się na pomoście i przy stolikach wyspowego pawilonu. Była muzyka, były zabawy, były wyścigi w wodzie. „Nasze pięknie położone kąpielisko z wyspą w parku" — pisała gazeta — „miało być miejscem spotkań wszystkich kreatywnych Niemców". Temperatura wody: 20 stopni. Temperatura powietrza: 16. I tak, mimo chłodniejszego dnia, lato 1938 roku w Przemkowie było gorące.
VI. Cisza po wojnie — rok 1945 i lata następne
Potem przyszła wojna. I wiosna 1945 roku. I nowi mieszkańcy — polscy osadnicy, którzy przybywali do Przemkowa z Kresów, ze Lwowa, z Wołynia, niosąc ze sobą jeden dobytek: pamięć innego domu i pragnienie, by ten nowy stał się prawdziwym. Dla nich Przemków był pusty i obcy — zamek zburzony, ulice z niemieckimi napisami, park bez ludzi.
Kąpielisko milczało. Drewniany pomost gnił. Pawilon wyspowy stał pusty. Wyspa, którą w lutowe weekendy 1938 roku obmurowano betonowym nasypem, zarastała chwastami. Nikt nie wiedział, co to za brzeg ani po co ten kanał między wzgórkami.
W 1957 roku — zaledwie dwanaście lat po wojnie — lokalny artykuł prasowy pisał o Przemkowie jako o miasteczku „nie w pełni jeszcze zagospodarowanym". Wśród braków wymieniano sklep elektrotechniczny, pralnię chemiczną, warsztat ślusarski — i, niemal mimochodem, dorzucano:
"W miasteczku jest też nieczynne kąpielisko, które chętnie oddano by komuś w dzierżawę."
Nieczynne. Do dzierżawy. Rok 1957. Piękna wyspa wyspiarskiego kąpieliska, którą przed wojną budowali mieszkańcy własnymi rękoma w lutowe niedziele, wystawiona na licytację za kilka groszy czynszu.
Ale potem stał się mały cud.
VII. Powrót — polskie kąpielisko
Kąpielisko wróciło do życia. Przebieralnie czynne, prysznice, które działały naprawdę — i to była prawdziwa luksusowa osobliwość w małym śląskim miasteczku lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Kajaki cumujące przy brzegu sąsiedniego stawu, gotowe na wypożyczenie. I wyspa — już bez dawnych drewnianych pomostów na palach, ale dostępna inaczej: przez grobl, usypane solidnie przez ludzkie ręce, po których można było przejść suchą nogą i stanąć między brzozami, oglądając wodę ze wszystkich stron naraz.
To miejsce znały całe pokolenia przemkowskich dzieci. Wiedziały, kiedy otwierają kasę. Wiedziały, który prysznic leje wodę. Wiedziały, z której strony wyspy można skoczyć i gdzie jest płycizna. Ojcowie przyprowadzali tu synów, matki — córki. W upalne wakacyjne południe kąpielisko było centrum wszechświata — jedynym miejscem w okolicy, gdzie można się było ochłodzić i przez chwilę zapomnieć o wszystkim. Nie było nic piękniejszego niż ruch ciała w zimnej wodzie po długim, gorącym dniu.
Taka jest natura tych miejsc: nie są tylko infrastrukturą. Są tkanką społeczną. Są przestrzenią, w której miasto oddycha. Każde miasto ma swój park, swój rynek, swoją ławkę przy kościele — ale kąpielisko jest czymś innym. To jest miejsce, gdzie można być razem bez powodu. Gdzie hierarchia przestaje działać, bo w wodzie wszyscy są równi.

Kajakarz na jeziorku parkowym w Przemkowie, na pierwszym planie ogródek pawilonu na wyspie. Cisza, której nikt wtedy nie mógł przeczuć.
VIII. Śmierć przez zaniedbanie
Nie wiadomo dokładnie, który rok był ostatnim. Takie rzeczy nie mają dramatycznych dat — nie płoną, nie eksplodują, nie ogłaszają swojego końca na pierwszych stronach gazet. Po prostu pewnego lata nie otwarto kasy. Potem zniknęły łódki. Potem prysznice przestały działać. Potem trzcina podeszła bliżej brzegu. Potem zamknięto przebieralnie. Potem odpadła tabliczka z nazwą. Potem nikt już nie przychodził.
I tak piękne miejsce, które przeżyło wojnę, zmianę granic, zmianę języka i zmianę ustroju, nie przeżyło zwykłego, banalnego, administracyjnego zaniedbania. Nie potrzeba bomby, żeby zabić coś, co kochają ludzie. Wystarczy obojętność.
Dziś zbiornik wygląda jak zarośnięty rów melioracyjny. Woda jest ciemna i stojąca. Wyspa — ta sama wyspa, którą budowali mieszkańcy własnymi rękoma w 1938 roku, na którą chadzano groblą przez całe dekady — jest dostępna, ale zaniedbana i zarośnięta. Pawilonu już nie ma. Kiedyś wystarczyło kilkanaście kroków przez kładkę nad wodą albo kajak, żeby na niej stanąć. Ale nie ma kajaka. Jest tylko trzcina i cisza.
Przez niemal sto lat — od pierwszych propozycji Komitetu Opieki nad Młodzieżą i hojności księcia Ernesta Günthera, przez cegły kładzione przez RAD-owców i łopaty mieszkańców w lutowe niedziele, przez Stammkarte z hasłem o zdrowiu, przez polskie kajaki i letnie prysznice — to miejsce służyło ludziom. Sto lat to więcej niż cztery pokolenia. Cztery pokolenia zasługują na to, żeby ich miejsce nie umierało.
IX. Pytanie bez odpowiedzi
Przemków ma dziś blisko sześć tysięcy mieszkańców. Ma park. Ma staw z wyspą. Ma historię miejsca, które przez pokolenia było symbolem letniego szczęścia.
Inne miasta odbudowują kąpieliska ze środków unijnych, z budżetów obywatelskich, z lokalnych inicjatyw. Remonty takich miejsc nie są niemożliwe — są trudne, wymagają woli i pieniędzy, ale dzieje się to wszędzie. W małych miastach Dolnego Śląska, w Wielkopolsce, na Mazowszu — tam, gdzie ktoś postanowił powiedzieć: to miejsce jest warte ocalenia.
Przemkowskie kąpielisko parkowe na to zasługuje. Zasługują na nie dzieci, które dziś nie mają gdzie pływać w upalny sierpniowy dzień. Zasługują na nie rodziny, które musiałyby znowu mieć powód, żeby nie wyjeżdżać w wakacje gdzieś dalej, tylko zostać tu, we własnym mieście, i cieszyć się tym, co swoje. Zasługują na nie wszyscy, którym tamto kąpielisko dało coś, czego nie kupuje się za pieniądze: chwilę dzieciństwa, smak wolności, radość tak prostą, że aż trudno uwierzyć, że można ją zabrać i nie oddać.
Historia tego miejsca jest piękna i bogata. Zaczyna się od dobroczynności ostatnich śląskich książąt i wizji lokalnych działaczy z początku XX wieku. Prowadzi przez gigantyczne przedsięwzięcie RAD, który przebudował krajobraz całego regionu. Biegnie przez sezon letni 1938 roku, gdy w gazecie codziennie drukowano temperaturę wody, i przez polskie lato z kajakami i prysznicami. I zatrzymuje się tu — przy zarośniętym stawie, w bezruchu i ciszy.
Ta historia powinna mieć ciąg dalszy. Dlatego pytanie jest jedno i brzmi głośno:
Kiedy wreszcie władze Przemkowa zrobią z tym porządek?
Nie pyta o to tylko ta opowieść. Pytają o to zdjęcia, na których śmieją się dzieci stojące na drewnianym pomoście. Pytają o to różowe kartoniki Stammkarte z hasłem „Kąp się zdrowo w kąpielisku parkowym". Pytają o to lutowe niedziele 1938 roku, gdy mieszkańcy z łopatami w rękach budowali coś dla siebie i dla swoich dzieci — bo wierzyli, że wspólna praca ma sens. Pytają wszyscy ci, którzy pamiętają.
A staw milczy. I czeka.
Opracowanie na podstawie archiwum cyfrowego Eugeniusza Cipury. Źródła: — kronika prasowa Przemkowa 1813–2026; — historyczne opisy miejsca, m. in. o naturalnym charakterze kąpieliska i wyspy (cytat: „najpiękniejsze naturalne kąpielisko północnego Śląska”, „jest tam prawdziwa wyspa”); fotograficzna dokumentacja kąpieliska parkowego (zbiory E. Cipury). Kluczowe zapiski archiwalne: wiadomości z 5.05.1938, 13.05.1938, 16.05.1938, 1.08.1938; relacje z działalności 106. Grupy Służb Pracy dla Rzeszy „Bagna rzeki Szprotawy" (1933–1938).
