Oficer Napoleona w Przemkowie
Pamiętnik z kampanii 1813 roku
„Przemków, nader mi przyjemno donieść W. Panu, że w tej chwili nadeszło czoło przedniej straży z 900-1000 ludzi Austriacko-Rosyjskiego wojska. Woyska przybywają przez Przemków z Saksonii. Ważny od dawna upragniony alians z Austryą zbyt pocieszać musi wszystkich serca."
— Gazeta Poznańska, 9 czerwca 1813
Projekt Sekrety Przemkowa
© Eugeniusz Cipura, Przemków 2026
* * *
W 1863 roku, pół wieku po kampanii napoleońskiej, pewien stary pułkownik w Stuttgarcie siadł przy biurku i zaczął pisać wspomnienia. Nazywał się Karl Ludwig Emil von Suckow. Był Württemberczykiem, oficerem, weteranem bitew pod Austerlitz, Wagram i kilkunastu innych starć, o których historia pamięta lub nie. W swoim pamiętniku poświęcił jeden rozdział miejscu, które pewnie niewielu z jego czytelników potrafiło odnaleźć na mapie: małemu śląskiemu miasteczku Przemków.
Ten rozdział jest wyjątkowy. Nie opisuje bitwy ani szturmu. Opisuje nudę — dziewięć tygodni letniego rozejmu w 1813 roku, gdy dywizja wirtemberska kwaterowała w Przemkowie i okolicach, czekając na wznowienie działań. Opisuje biednego cieślę, u którego Suckow nocował pierwszej nocy — „który nie miał nic poza wiórami". Opisuje burmistrza, który przepraszał za brak mięsa na obiad i musiał pożyczyć talara. Opisuje teatr w owczarni i aktorkę z garbem. Opisuje Przemków z zewnątrz — oczyma obcego żołnierza, który przypatrywał się miastu bez uprzedzeń i bez złudzeń.
Ten esej splata jego relację z przekazami kroniki miejskiej, archiwaliami i doniesieniami prasy z epoki. Razem tworzą portret Przemkowa w roku 1813 — roku, który miasto zapamiętało na pokolenia.
I. Siedem lat przed Suckowem — 1806–1812
Żeby zrozumieć, w co trafił von Suckow latem 1813 roku, trzeba cofnąć się o siedem lat. Do wieczoru 12 listopada 1806 roku, gdy do Przemkowa wjechał pierwszy patrol rekwizycyjny: jedenastu Bawarczyków, sojuszników Napoleona, którzy zażądali paszy dla koni, żywności i wina. Był to skromny początek siedmiu lat nieszczęścia.
Po upadku twierdzy głogowskiej Francuzi wytyczyli przez Przemków drogi wojskowe na zachód. Miasto stało się węzłem na mapie przemarszu. Od listopada 1806 do października 1808 roku przez Przemków i okoliczne wsie przewinęło się prawie dwadzieścia jeden tysięcy żołnierzy. Ich wyżywienie pochłonęło około czternastu tysięcy talarów z kasy miejskiej — do tego doszło jeszcze siedem tysięcy w nadzwyczajnych obciążeniach wojennych. Na Boże Narodzenie 1806 roku samo miasto zostało opodatkowane na ponad dwa tysiące talarów. Zaraz po upadku Głogowa Przemkowianom nakazano dostarczyć dla załogi twierdzy osiemset par butów wartości tysiąca dwustu talarów.
Kronika notuje: „Nędza w czasie tych okoliczności sięgnęła szczytów tak, że spisy urzędów mówiące, które dziko rosnące rośliny mogłyby służyć dla ludzi w razie potrzeby jako pożywienie, krążyły z rąk do rąk." Gdy z końcem 1808 roku wojska francuskie opuściły Śląsk, a przez miasto przejechali pierwsi pruscy huzarzy — witano ich ze łzami radości.
Spokój nie trwał długo. Rok 1812 przyniósł nową falę. Wielka Armia szła na Rosję. Przez Przemków w marcu i kolejnych miesiącach przechodziły wojska bawarskie, włoskie, wszystkie narody sprzymierzone z Napoleonem. W końcu stanęła tu włoska dywizja generała Wrede — siedemnaście tysięcy czterystu osiemdziesięciu żołnierzy — i pozostała na szesnaście dni. U mieszczan kwaterowało po dziewięć, dwanaście, szesnaście osób. Nawet sale szkolne musiały pomieścić żołnierzy. Kronika notuje bez ogródek: „Obcy wyżerali wszystko jak szarańcza; ludzie i konie zjadali te skąpe zapasy, jakie Ślązacy odłożyli na później. Nawet nie zostawiali rolnikowi ziarna siewnego. Oficerowie i szeregowcy rabowali i plądrowali co tylko mogli, źle obchodzili się z mieszkańcami i nie mieli żadnego względu dla kobiet i dziewcząt."
W pobliżu Przemkowa urządzono wielki magazyn paszy dla koni: ponad trzy tysiące miar owsa, około dwóch tysięcy cetnarów siana i sto siedemdziesiąt kop słomy. Żywił on wojska z trzech powiatów.
II. Armia duchów i czarne krzyże — zima 1812/1813
Potem przyszedł odwrót. Wielka Armia, która w czerwcu 1812 roku parła triumfalnie na wschód, wracała z Rosji jako przerażające widmo. Przez Przemków w pierwszych miesiącach 1813 roku przeciągały żałosne postacie — bez armat i broni, wygłodniałe, ranne. Miasteczko przygotowało dla nich szpital. Wielu umierało już podczas pierwszej nocy.
Mieszczanie, choć mieli wszelkie powody do złości, otwierali domy. Częstowali nieszczęśników jedzeniem i piciem, pielęgnowali rannych. Żołnierze odwdzięczyli się tyfusem. Epidemia rozeszła się błyskawicznie. Na domach z chorymi wywieszano czarne tablice z białym krzyżem — znak ostrzegawczy, który miał hamować zarażenie. Nie zawsze pomagał.
Siedemnastego marca 1813 roku król pruski wydał wezwanie do walki o wolność. W Przemkowie znalazło ono entuzjastyczny oddźwięk. Pieszo i konno, uzbrojeni przez siebie samych, ruszali ochotnicy. Z Przemkowa i okolicy przyłączyło się do nich wielu mężczyzn i młodzieńców. Z punktu zbornego w Szprotawie, dwudziestego piątego marca, wymaszerowało do Wrocławia siedemdziesięciu oficerów i ponad cztery tysiące czterystu ludzi.
III. Bitwa pod Szprotawą i pierwsza krew pod Przemkowem — maj 1813
Wiosną 1813 roku Napoleon zebrał nową armię i uderzył. Pod Lützen i Budziszynem pobił wojska pruskie i rosyjskie. Front zbliżał się do Śląska. Lewe skrzydło armii francuskiej — korpus marszałka Victora w sile dwudziestu pięciu do czterdziestu pięciu tysięcy żołnierzy — posuwał się od Zgorzelca przez Przewóz ku Szprotawie.
Ale zanim Victor dotarł do Szprotawy, pod Przemkowem rozegrała się mniejsza, a zapomniana potyczka. Kuryer Litewski donosił w czerwcu 1813 roku: rosyjsko-niemiecki korpus ochotników, który piątego maja przybył do Nowego Miasteczka na Śląsku, napadł na oddział francuski pod Przemkowem i wziął pięciuset nieprzyjaciół do niewoli. Wśród jeńców byli Hiszpanie, Portugalczycy i Niemcy — ci ostatni natychmiast zaciągnęli się do ochotniczego korpusu i odesłani zostali do Świętoszowa, aby tam ich umundurować i uzbroić.
„Rossyisko-Niemiecki korpus ochotników, który na dniu 5 Maja do Neustaedel (w Szląsku) przybył, napadł na oddział Francuzki pod Przemkowem, i zabrał 500 nieprzyjaciół w niewolą."
— Kuryer Litewski, nr 49, 18 czerwca 1813
Dwudziestego siódmego maja nadeszła kolej na Szprotawę. W dzień Wniebowstąpienia wojska Victora po walce z odciętą rosyjską baterią — czternastoma działami i pięciuset żołnierzami — wdarły się do miasta. W czasie tej walki koło Szprotawki wybuchł pożar lasu. Upamiętnia go kamień pamiątkowy przy szosie Szprotawa–Przemków, między słupkami kilometrowymi 7,1 i 7,2.
Dwudziestego ósmego maja, wczesnym rankiem, wojska ruszyły dalej — na Przemków. Miasteczko widziało właśnie — dzień wcześniej — pochód francuskich jeńców wojennych wziętych pod Szprotawą. Teraz, około południa, mieszkańcy ze strachem i zdziwieniem zobaczyli nadciągającą od ulicy Szprotawskiej wielką masę wojska marszałka Victora: strzelców w ciemnozielonych mundurach i wysokich czapkach ze skóry niedźwiedziej, dragonów i inne oddziały. Stanęli obozem wokół miasta na dwa dni. Marszałek ze sztabem ulokował się w mieście i zamku.
Duże magazyny z żywnością i paszą dla koni, zgromadzone dla wojsk rosyjsko-pruskich, zostały natychmiast zajęte i opróżnione. Sklepy i stodoły — też. Mieszkańcy, kupcy, oberżyści byli grabieni i źle traktowani. Na polach i ogrodach tratowano uprawy. Ogrodzenia szły na opał. Ostrożniejsi mieszczanie szukali schronienia w lesie i na bagnach — jak kiedyś w czasie Wojny Trzydziestoletniej.
Trzydziestego maja wrogowie odeszli ku Głogowowi. Ledwo za miasto, gdy z Wilkocina nadpędziło tysiąc dwustu Kozaków. Na polach wokół Przemkowa dopadli i zakłuli maruderów z oddziałów Victora. Rozbili obóz przed miastem, przenocowali i — już dopiero co ograbionym mieszkańcom — kazali się nakarmić.
IV. Rozejm i nowa nędza — czerwiec 1813
Czwartego czerwca 1813 roku podpisano zawieszenie broni. Gazeta Poznańska dziewiątego czerwca doniosła z radością o nadciągających wojskach austriacko-rosyjskich zmierzających przez Przemków z Saksonii: „Ważny od dawna upragniony alians z Austryą zbyt pocieszać musi wszystkich serca, iżbyśmy niemieli zaraz o tem donieść naszym drogim sąsiadom."
Ale dla Przemkowa rozejm nie oznaczał spokoju — oznaczał kolejne kwaterunki, tym razem przez wiele tygodni. Napoleon wydał rozkaz: „Generał Bertrand wymaszeruje rano i uda się do Szprotawy, gdzie będzie jego kwatera główna. Powiat Szprotawy stoi do jego dyspozycji." Czwarty Korpus marszałka Bertranda — trzydzieści osiem tysięcy żołnierzy, głównie Niemcy Południowi i Włosi — przybył najpierw do Przemkowa i pozostał dwa dni. Dziewiątego czerwca Bertrand z tysiącem czterystu żołnierzami przeniósł się do Szprotawy. Reszta korpusu rozdzieliła się po powiecie.
Władze wojskowe nałożyły na powiat kontrybucję w wysokości trzydziestu pięciu tysięcy talarów. Na Przemków przypadło tysiąc talarów. Gdy przy powszechnej nędzy nie można było zebrać pieniędzy wystarczająco szybko, Francuzi posadzili w areszcie szprotawskiego sądu miejskiego starostę von Knobelsdorffa i innych poważnych urzędników — i trzymali ich do czasu, aż suma została zapłacona gotówką.
V. Suckow przybywa do Przemkowa — lipiec 1813
Karl von Suckow dotarł do Przemkowa jako rekonwalescent. Ranny wcześniej w walkach w okolicach Gross-Rosen, leczył się w Budziszynie — mieście szpitalnym, gdzie spędził tygodnie w łóżku. Gdy wyzdrowiał, dołączył do batalionu marszowego złożonego z innych powracających do zdrowia żołnierzy i po kilku dniach marszów znalazł się w przydzielonych kwaterach — w Przemkowie.
Zanim zdążył się rozejrzeć, poprzedni komendant bazy przekazał mu urząd. Suckow został Platzkommandantem — wojskowym komendantem miasta. Pierwsza kwatera, którą mu przydzielono, była u cieśli. Suckow opisuje ją bez złości, ale z humorem: gospodarz „nie miał nic poza wiórami".
Komendant bazy potrzebował czegoś godniejszego. Udał się do ratusza — ten, jak zanotował, w owych dniach odpowiadał mu lakonicznym „nie", bo miasto było w połowie we władaniu Francuzów. Kasjer ratuszowy podsunął jednak pomysł: dom burmistrza. Dwóch oficerów wyprowadzono stamtąd kilka dni temu, mieszkanie stoi puste. Suckow nie zwlekał. Zaprosił jeszcze kapitana von Deschlera ze swojego pułku, starego towarzysza niedoli z Budziszyna, i wieczorem obaj przeprowadzili się do wspólnej kwatery.
Lokale budziły zadowolenie: dwa, nawet wytapetowane pokoje wychodzące na duży, przyjazny plac. „Czego to chcieć więcej!" — zapisał Suckow. Ale stare powiedzenie o niewychwalaniu dnia przed zachodem słońca sprawdziło się już następnego ranka: kawa okazała się tak kiepska, że obaj oficerowie zaczęli utrzymywać własny zapas mokki, którą kucharka pobierała co wieczór ze stereotypowym tekstem: „Muszę prosić o kilka łutów kawy!"
Południowy posiłek przyniósł kolejne rozczarowanie. Burmistrz wyrecytował z namaszczeniem: „Muszę prosić panów, aby na dzisiejszym obiedzie zadowolili się tylko potrawą postną, ponieważ nie miałem w ogóle funduszy; ale jutro dostanę pożyczonego talara i potem dostarczę mięsa." Suckow komentuje, że ten incydent, tak prawdziwy jak niezrozumiały, najlepiej świadczy o ówczesnym braku pieniędzy w miasteczku. Burmistrz był człowiekiem honoru — przez całe tygodnie udowadniał to codziennie. Ale Przemków był po prostu ruiną finansową.
VI. Dziewięć tygodni — życie garnizonu
Siódmego czerwca 1813 roku dywizja wirtemberska generała Franquemonta zajęła Przemków i okolice jako kwaterę zaopatrzeniową na okres rozejmu. Sztab generalny zamieszkał w mieście. W domach mieszczan kwaterowano do dziesięciu żołnierzy. Urządzono dwa szpitale wojskowe — codziennie potrzeba było ponad dwustu porcji żywności dla chorych, nie licząc cukru, kawy, wina i tytoniu. Urządzono magazyn paszy dla koni. Zboże koszono, gdy było jeszcze zielone. Łąki — wypasano.
Von Suckow opisuje miasto takim, jakim je widział: okolica przyjazna, choć trochę piaszczysta. Domy — przyjazne, ludzie w nich — życzliwi. Ale biedni. Bardzo biedni. „Częściowo ze względu na lokalne warunki" — pisał — „ale częściowo również ze względu na ciągłe przemarsze wojsk tam i z powrotem". Tę diagnozę potwierdzał artykuł napisany przez nauczyciela seminarium Wehnera kilka dekad później: dolnośląski chłop, który przeżył tamten okres, opowiadał, że „zarówno Rosjanie, jak i Wirtemberczycy, po wszystkim co lud wie, musieli obchodzić się ze Śląskiem z przerażającą surowością."
Codzienność garnizonu wypełniały musztra i ćwiczenia na polach koło Łężc. Artyleria kopała okopy na wzgórzu Kollenberg i pobliskim Schinderbergu. Szańce powstawały rów po rowie, wał po wale. Jeszcze kilkadziesiąt lat później ślady fortyfikacji były wyraźnie widoczne w terenie.
Aby oficerowie i żołnierze mogli zjeść coś lepszego niż to, co oferowały wyczerpane domy mieszczan, jeden z markietanów urządził na głównym placu miasta barak-restaurację. Menu — skromne do bólu: bulion z chudego mięsa krowiego, ziemniaki, kiełbasa, trochę sera i szklanka śląskiego cienkiego piwa. I to było absolutnie wszystko. Suckow notuje z rozbrojeniem: „szczęśliwy przelatywałeś przez skromną kolumnę całego menu".
Dowództwo korpusu zadbało, by zmniejszyć ciężar kwaterunku na ludność. Wydano surowy rozkaz: nikt, od generała w dół, nie może żądać wina od osoby udzielającej kwatery. Wyjątek stanowili chorzy z zaświadczeniem lekarskim — i tylko oni, po okazaniu dokumentu poświadczonego przez komendanta bazy, mogli otrzymać przepisaną ilość od władz miejskich. Suckow przestrzegał tego rozkazu konsekwentnie, nawet gdy znajomi oficerowie naciskali: „niestety zawsze, jeśli dotyczył nawet mojego najlepszego kompana, byłem zmuszony oddalić spragnionego bez zaopatrzenia w wino."
VII. Misja głogowska — teatr w owczarni
Głównym problemem dywizji nie była bieda ani brudne okopy. Był nim czas. Żołnierze mieli wolnych godzin zbyt wiele. Musztra i służba wartownicza wypełniały część dnia — ale reszta ziała pustką. Nuda rodzi kłopoty. Generał von Spitzemberg, dowódca garnizonu, wezwał Suckowa i powierzył mu misję w duchu starożytnej zasady: panem et circenses — chleba i igrzysk. Barak markietana był. Brakło drugiego elementu. Suckow miał pojechać do Głogowa i zwerbować trupę teatralną.
Zadanie było karkołomne. Głogów leżał na terytorium wroga. Polscy i niemieccy aktorzy musieliby grać dla wojsk nieprzyjacielskich i po wyjeździe tych wojsk liczyć się z zemstą patriotycznych rodaków. Kto w takim czasie ryzykowałby artystyczną karierę — i życie — dla przyjemności wojska z Württembergii?
Suckow pojechał mimo to, ufając własnej „dobrej gwieździe". W Głogowie zamieszkał w pierwszym hotelu, zapytał właściciela o dostępne siły dramatyczne. Otrzymał odpowiedź: w mieście przebywa trupa pod kierownictwem niejakiego pana Wagnera. Przez wojenne czasy od miesięcy nie mają prawie żadnych dochodów i są utrzymywani przez miasto, żeby się nie zagłodzili. Karczmarz przywołał dyrektora.
Stanął przed Suckowem mały, kiepsko ubrany człowiek — twarz rozjaśniona radością na widok potencjalnego mecenasa. Pan Wagner miał bardzo słaby wzrok: niemal nic nie widział. Zadeklarował się jako specjalista od ról czułych ojców. Zaproponował, że przedstawi pierwszą kochankę i jej kochanka — i uczynił to, wprowadzając przed Suckowa tę parę luminarzy.
Primadonna — Madame Schimmel — była drobną, ładną figurą. Ale jej plecy, jak zanotował Suckow z dyplomacją, „nie do końca odpowiadały zasadom symetrii", to znaczy — miała garb. Jej partner, Monsieur, był wcieleniem Długiego Piotra z Itzehoe: chudy, szczupły, a dwie nogi miał nierównej długości — co odbierało mu zaszczyt służby w pruskiej Landwehrze. Suckow przez chwilę się wahał. Ale przypomniał sobie cel misji: nie chodziło o sztukę. Chodziło o to, żeby się śmiać. I trudno było znaleźć bardziej odpowiedni zespół do tego drugiego celu.
Dyrektor Wagner dostał zaliczkę na transport. W Przemkowie Suckow szukał sali — w miasteczku pełnym parterowych domków, stodół i zagród dla owiec. W końcu padło na owczarnię należącą do miejscowego właściciela ziemskiego, chwilowo nieużywaną, bo jej wełniani mieszkańcy byli na pastwisku. Burmistrz — ten sam, który nie miał pieniędzy na mięso — okazał się wzorowo uprzejmy i pomógł w przygotowaniach. Owczarnia została oczyszczona, żołnierze zbili scenę, a kilka dni później na czterech wozach przybyła cała trupa: na pierwszych dwóch — aktorzy, na następnych — greckie świątynie, cieniste lasy i chłodzące wodospady, czyli komplet dekoracji teatru polowego.
Spektakle cieszyły się popularnością. Markietan rozłożył przed świątynią sztuki jedzenie i napoje wszelkiego rodzaju, które publiczność pilnie pochłaniała. Fajki tytoniowe paliły się jedna za drugą. Starszy oficer, zagorzały palacz, wyczerpał podczas jednego przedstawienia zapas ognia w latarce. Gdy na scenie pojawił się aktor grający nocnego stróża z płonącą latarnią, oficer nie czekał: zawołał głośno ze swojego fotela: „O, nocny stróżu, daj mi trochę ognia!" Wezwany aktor wyszedł na proscenium, otworzył latarnię i podał petentowi, co chciał. Wiwatujące oklaski nagrodziły przytomność umysłu nocnego stróża.
Suckow miał z trupą nieustanne kłopoty. Uznali go za swego protektora i rzecznika. Pewnego ranka Madame Schimmel przyszła do jego domu z gitarą ozdobioną niebieską wstążką — instrument dla pana komendanta na czas ich obecności, bo słyszała, że grywa. Suckow odmówił z podziękowaniem. Suckow zanotował sucho, że Madame Schimmel nie kryła setek. Sedno sprawy okazało się natychmiast: „Czy mogłabym prosić pana komendanta o zażądanie od władz miasta kilku funtów ziaren kawy dla naszej trupy?" Suckow odmówił — z kilku powodów, ale przede wszystkim, jak napisał, z powodu braku patriotyzmu u tej pani, chcącej napić się kawy kosztem swoich rodaków i przy pomocy ich wrogów.
VIII. Urodziny cesarza — 10 sierpnia 1813
Prawdziwe urodziny Napoleona przypadały piętnastego sierpnia. Ale wiadomo było, że rozejm lada dzień wygaśnie i działania wojenne zostaną wznowione. Postanowiono więc obchodzić uroczystości wcześniej — dziesiątego.
Komendant wojskowy wydał rozkaz dla mieszkańców Przemkowa: wszystkie domy mają być wieczorem oświetlone, w oknach — lampy, na ulicach — pochodnie. Przemkowianom, którym od tygodni brakowało pieniędzy na mięso, kazano iluminować miasto na cześć zwycięstw cesarza. Nikt nie miał wyjścia. Oświetlono okna, wystawiono świece, zawieszono latarnie.
W ratuszu odbyła się uroczysta kolacja dla oficerów. Nakryto stoły. Przed każdym z gości musiała stanąć butelka wina — bo i na to był rozkaz. Orkiestra wojskowa grała na placu. Generał Franquemont wzniósł toast za cesarza. Była to piękna uroczystość — dla tych, którzy ją urządzali, za cudze pieniądze.
IX. Wyrok, wymarsz i ucieczka dyrektora — 11–13 sierpnia 1813
Jedenastego sierpnia, dzień po urodzinach cesarza, zebrał się sąd wojenny. Przy wzgórzu Schießberg odczytano wyroki na dwóch żołnierzy wirtemberskich. Jeden z nich został rozstrzelany. Drugi — powieszony przy Galgenberg, wzgórzu szubienicznym z miejską szubienicą. Obaj zostali pochowani w tamtejszej okolicy. Dywizja stała w karnym szeregu. Miasto patrzyło z daleka.
Trzynastego sierpnia przyszedł rozkaz wymarszu. Zawieszenie broni wygasło. Napoleon zdecydował się na wznowienie kampanii. Wojska wirtemberskie zwijały namioty, pakowały wozy, brały z miasta ostatnie porcje chleba i mięsa.
Dyrektor Wagner przybiegł do Suckowa załamując ręce. Co ma teraz zrobić ze swoją trupą? Zostać w Przemkowie po odejściu wojsk — to narażać się na odwet patriotycznych współobywateli. Zapłacono mu przecież za umilanie czasu wrogom ojczyzny.
Suckow zaproponował proste wyjście: trupa jedzie z nimi. Przełożeni wyrazili zgodę. W dniu wymarszu za królewsko-wirtemberskimi wozami z amunicją i chlebem ciągnęły cztery wozy z greckim świątyniami, cieniami lasów i chłodzącymi wodospadami, i z Madame Schimmel na koźle. Suckow zanotował: nie pamięta, gdzie ci nieszczęśnicy w końcu go opuścili i co się z nimi stało. Tamtejsze wydarzenia już go pochłonęły — inna scena wzywała. Krwawsza niż owczarnia w Przemkowie.
X. Pamiętnik nauczyciela Gottlieba — przez linię demarkacyjną
Wśród ludzi, których zawieszenie broni uwięziło w Przemkowie po złej stronie frontu, był nauczyciel znany nam tylko z inicjału lub przezwiska Gottlieb. Wynajmował izbę w domu kantora. Gdy dywizja Franquemonta zaczęła zajmować miasto, jego mała izdebka — jak napisał — „również została zabrana" przez jednego z żołnierzy.
Gottlieb miał dom na wschodzie — po drugiej stronie linii demarkacyjnej, tam gdzie stały wojska rosyjskie. Żeby wrócić, potrzebował paszportu wojskowego. Pojechał do Szprotawy, do kwatery głównej Bertranda. Biurokratyczny labirynt armii w zawieszeniu broni pochłonął go na kilka dni — urząd za urzędem, oficer za oficerem — ale w końcu wrócił z dokumentem opatrzonym pieczęcią.
Przy linii demarkacyjnej stał rosyjski wartownik. Gottlieb pokazał przepustkę. Wartownik obejrzał dokument, wzruszył ramionami. Może nie umiał czytać po francusku. Może po prostu nie miał ochoty przepuszczać obcego bez dodatkowej zachęty. Gottlieb dobył tytoń i butelkę wódki. Wartownik schował je za pasem. Szlaban się uniósł.
Kilka godzin później Gottlieb był w domu — w Tschöplowitz, po właściwej stronie frontu. Napisał potem, że gdy przekraczał linię demarkacyjną, poczuł coś trudnego do nazwania: ulgę, że żyje; wstyd, że przekupił strażnika; i dziwną tęsknotę za tą izbą w domu kantora, którą zabrał mu żołnierz w ciemnozielonym mundurze.
XI. Rachunek końcowy i wdzięczność — jesień 1813
Szesnastego października 1813 roku pod Lipskiem rozegrała się Bitwa Narodów. Napoleon przegrał. Wielka Armia przestała istnieć jako siła bojowa. Wirtemberczycy, którzy przez lato kwaterowali w Przemkowie, bili się teraz w polach pod Lipskiem.
Do Przemkowa przybyła armia marszałka Blüchera — Śląska Armia Pruska — i potrzebowała zaopatrzenia. Tym razem miasto dawało z własnej woli. Przemków zebrał i dostarczył: trzysta par butów, sześćdziesiąt sześć par spodni, sto sześćdziesiąt sześć par wełnianych skarpet, osiemnaście par skórzanych rękawic, pięćdziesiąt cztery pasy wojskowe, sześć cetnarów papieru do naboi i pięć i pół sztuki płótna na koszule. Kobiety i dziewczęta przemkowskie z przysłanych dwóch tysięcy dwustu pięćdziesięciu łokci płótna uszyły ochotniczo pięćset koszul i wysłały je żołnierzom razem z trzema parami butów i pięcioma parami wełnianych skarpet. Zebrano też ponad osiemnaście talarów gotówką.
Gdy po wszystkim podliczono straty wojenne za lata 1806–1813, suma wyniosła prawie trzydzieści pięć tysięcy talarów. Z Przemkowa służyło w wojnie wyzwoleńczej dziesięciu mężczyzn w wojskach liniowych i sześćdziesięciu w obronie krajowej — siedemdziesięciu łącznie. Dwunastu poległo lub zmarło z odniesionych ran. Tablice pamiątkowe w kościołach wymieniają pięćdziesiąt dziewięć poległych z całej parafii Przemkowa — pięćdziesiąt sześć ewangelików i trzech katolików. Jeden z Przemkowian — syn mistrza piekarskiego Rüdigera — za waleczność na polu bitwy otrzymał Krzyż Żelazny. Z Anglii, ze specjalnego funduszu dla sierot wojennych, na Przemków przypadło ponad dwieście dziewięćdziesiąt trzy talary.
Dziesiątego kwietnia 1814 roku upadła twierdza głogowska. Śląsk został ostatecznie uwolniony od wojsk napoleońskich. Ósmego stycznia 1816 roku — po dziewięcioletnim okresie wojen — w kościołach Przemkowa uroczyście obchodzono święto pokoju. Rosyjskie wojska przechodziły jeszcze przez okolicę aż do marca 1819 roku. Potem wrócił — nareszcie — całkowity spokój.
Epilog
Karl von Suckow wrócił do Württembergii, doczekał się emerytury w stopniu pułkownika i w spokojnej starości opisał swoje wspomnienia. W rozdziale o Przemkowie nie ma ani słowa gniewu. Jest nostalgia i coś w rodzaju sympatii dla małego, biednego miasteczka, które przyjęło go z godnym podziwu spokojem — dając mu tyle, ile miało, i nie dając nic ponadto.
Owczarnia, w której grał teatr Wagnera, dawno przestała istnieć. Szańce wirtemberskie na Kollenbergu były jeszcze widoczne kilkadziesiąt lat po wojnie; potem i one zniknęły. Kamień pamiątkowy przy słupkach 7,1–7,2 na drodze Szprotawa–Przemków stał jeszcze w XX wieku jako świadek bitwy z 27 maja 1813 roku.
Burmistrz, który pożyczył talara na mięso, umarł po czternastu dniach obecności wojsk wirtemberskich — ze zmartwień, jak zanotowała kronika. Madame Schimmel gdzieś zaginęła w wojennej zawierusze razem z dyrektorem Wagnerem. Nauczyciel Gottlieb wrócił do domu z tytoniem i wódką w kieszeni — i nie napisał więcej ani słowa.
Pozostały tylko szańce, które zrosły się z wzgórzem, i liczba: dwunastu poległych Przemkowian, których imion nikt nie zapamiętał. Kronika zapisała tylko cyfrę.
* * *
Źródła
1. Karl Ludwig Emil von Suckow — „Moja kampania w 1813 roku"
Rozdział IV: Radość zawieszenia broni. Pierwotnie opublikowane w: „Hausblätter", tom II, Stuttgart 1863, Wydawnictwo Adolfa Krabbe. Autor był wirtemberskim pułkownikiem i pisarzem. Tłumaczenie polskie: Eugeniusz Cipura.
2. Kronika Przemkowa — „Przemków w czasach francuskich 1806–1813"
Główne źródło faktograficzne dotyczące kosztów kwaterunków, przebiegu kampanii, działań Victora i Franquemonta oraz strat wojennych Przemkowa. Zawiera dane liczbowe z archiwów miejskich i kościelnych.
3. Gottlieb — wspomnienia z okresu rozejmu 1813
Pierwszoosobowa relacja mieszkańca Przemkowa o utracie kwatery, staraniach o paszport w Szprotawie i przekroczeniu linii demarkacyjnej. Zachowana w zbiorze SilvaRerum.
4. Kuryer Litewski, nr 49, 18 czerwca 1813
Doniesienie o ataku rosyjsko-niemieckiego korpusu ochotników na oddział francuski pod Przemkowem (5 maja 1813) i wzięciu 500 jeńców.
5. Gazeta Poznańska, nr 46, 9 czerwca 1813
Relacja z Nowego Miasteczka (31 maja 1813) o austriacko-rosyjskim korpusie zmierzającym przez Przemków z Saksonii i o zawarciu sojuszu austriackiego.
6. Nauczyciel seminarium Wehner, „Miasto i Majątek ziemski Przemków" — szkic geograficzno-historyczny
Artykuł pisany kilkadziesiąt lat po wojnie. Potwierdza widoczność szańców wirtemberskich w okolicach Przemkowa i przytacza ludową pamięć o surowości obu armii.
© Sekrety Przemkowa · Eugeniusz Cipura · 2026
