KOCIA MUZYKA
Bunt przemkowskich mieszczan w roku 1848
Primkenauer Katzenmusik
**Projekt Sekrety Przemkowa**
© Eugeniusz Cipura, Przemków 2026
Słowo od Autora
Przemków jest małym miastem. Przez lata takie miasta były traktowane przez historię jak tło — jako miejsce, gdzie nic szczególnego się nie dzieje, gdzie ludzie żyją po cichu i umierają zapomniani. Ta opowieść jest dowodem, że tak nie jest. Listopadowej nocy 1848 roku przemkowscy mieszczanie — rzemieślnicy, radni, strzelcy, zwykli obywatele — stanęli naprzeciwko uzbrojonej armii i powiedzieli: nie. Bez prasy, bez trybunału, bez pomocy z zewnątrz. Sami.
Natknąłem się na tę historię w archiwach, które przez lata zbierałem dla projektu Sekrety Przemkowa. Opis tamtej nocy — zawarty w kronice rektora Ewalda z 1923 roku, w relacji świadków spisanej przez Gońca Lokalnego i w kościelnym protokole wizytacyjnym z roku 1849 — był tak konkretny, tak pełen żywych szczegółów, że nie dało się go złożyć do teczki i zapomnieć. Fortepian rozbity siekierą. Pisarz Lamprecht ukryty w szafie, wyprowadzony, ale nietkniętym. Żołnierze śpiący pod gołym niebem na Rynku, bo miasto odmówiło kwater. Te obrazy od razu wiedziałem, że chcę zapisać i przekazać dalej.
To opracowanie nie jest pracą naukową. Jest próbą ożywienia historii, która przez prawie dwa wieki leżała w archiwach — czytana przez nielicznych, nikomu szerzej nieznana. Nazwiska, które tu znajdziesz, nosiły prawdziwe osoby. Miejsca, które opisuję, można dziś rozpoznać na mapie Przemkowa. A pytanie, które ta historia stawia — o granicę między posłuszeństwem a godnością — jest równie aktualne dzisiaj, co tamtej listopadowej nocy 1848 roku.
Eugeniusz Cipura, Przemków 2026
I. Europa w ogniu — rok 1848
Był marzec 1848 roku. W Berlinie trwały trzy dni walk ulicznych. Przy barykadach z bruków i mebli bronili się robotnicy, studenci i rzemieślnicy — ramię w ramię — przeciwko królewskim oddziałom. Osiemnastego marca król Fryderyk Wilhelm IV wybrał się nagle na balkon i ukłonem przywitał zbliżający się pochód. Kiedy się wyprostował, miał już łzy na policzkach. Berlin upadł przed rewolucją.
Wiadomość rozeszła się jak błyskawica. Rewolucja marcowa w Berlinie była częścią fali, która zmiotła w tym roku stary porządek w całej Europie. W lutym Paryż. W marcu Wiedeń, Budapeszt, Praga, Mediolan, Berlin. We Wrocławiu i Świdnicy także trwały zamieszki. Na ulicach płonęły latarnie, na placach rosły barykady, a w powietrzu unosił się jeden zapach — dym prochu i nadzieja.
Symbolem tamtej wiosny były trzy kolory: czarny, czerwony, złoty. To były barwy wolności, barwy Niemiec, które miały się zlewać w jedno państwo, rządzone przez parlament, a nie przez królów. W maju zebrało się we Frankfurcie Zgromadzenie Narodowe — pierwszy ogólnoniemiecki parlament. Liberalni profesorowie, prawnicy i intelektualiści debatowali nad konstytucją. A lud na ulicach królewskich miast po raz pierwszy w życiu poczuł się podmiotem historii, nie tylko jej ofiarą.
Ale rewolucja 1848 roku nie urodziła się w próżni. Rok wcześniej — w 1847 — przez całą Europę przeszła fala głodu. Złe zbiory, susza, choroba ziemniaka znana z Irlandii. Na Śląsku, jak na całym kontynencie, ubodzy mieszkańcy miast i wsi jedli byle co i nie zawsze jedli. Rok 1847 był rokiem poniżenia, w którym poczucie niesprawiedliwości narastało jak woda za tamą. Kiedy w marcu 1848 roku Berlin stanął w płomieniach, Śląsk miał już wystarczająco dużo powodów, żeby garnek wreszcie wykipiał.
⁂
II. Pan na Modłej — baron i jego urzędnicy
W roku 1848 Przemków należał do barona Hansa Benedikta von Block-Bibran z Modłej. Był on dziedzicem posiadłości od roku 1841, gdy przejął je po swojej żonie — córce poprzedniego właściciela, Friederike von Bibran. W historii Przemkowa von Block-Bibran zapisuje się ambiwalentnie: niektóre źródła odnotowują, że był hojny dla kościoła i gminy, fundował szkoły, popierał instytucje publiczne. Ale żadne z tych dobrodziejstw nie dotarło do tych, którzy w tamtej mrocznej nocy wyszli na Rynek z kieszeniami pełnymi kamieni.
Posiadłość ziemska była światłem, ale urzędnicy, którzy ją administrowali, rzucali długi cień. Podskarbi Schmidt — człowiek odpowiedzialny za finanse dworu — był według wszelkich świadectw postacią nielubianą. Surową. Bezwzględną. Inspektor Sannert — drugi na liście znienawidzonych — prawdopodobnie nadzorował prace na folwarku i rozliczał chłopów z powinności. Obaj reprezentowali system, który w roku 1848 ciągle jeszcze funkcjonował: system feudalnej zależności, w którym chłopi i biedniejsza część mieszczan była poddana woli ziemianina i jego służby.
Stosunki poddańcze nie były jeszcze w roku 1848 formalnie zniesione. Chłopi mieli prawa do zbiórki drewna i podściółki w dworskich lasach, prawo wypasu na błoniach i bagnach — ale te prawa były łaską pana, nie ich własnością. Urzędnicy dworu mogli je w każdej chwili ograniczyć lub odmówić. I tak też bywało. W Przemkowie miało się to zmienić dopiero po rewolucji — ale tego jeszcze nikt nie wiedział.
Warto wiedzieć, kim Schmidt i Sannert byli w oczach mieszczan. Nie byli królami ani baronami. Nie mieli szlacheckich tytułów. Byli urzędnikami — może nawet niskiego rodu — którzy swoją małą władzę brali z czyjegoś nadania i niestety używali jej chętnie. To jest najgorsza odmiana niesprawiedliwości: nie wielka tyrania, lecz mała, codzienna, w mundurze podskarbiego, który decyduje, czy dostałeś dość mąki.
⁂
III. Berliner Luft — syn rzemieślnika wraca do domu
Jedno z źródeł odnotowuje krótko i lakonicznie: rewolucyjne myśli do Przemkowa sprowadził syn rzemieślnika, który przeżył rewolucję w Berlinie. Nie wiemy, jak się nazywał. Nie wiemy, ile miał lat. Wiemy tylko, że wyjechał — może na terminowanie, może za pracą, może z ciekawości świata — do stołecznego Berlina. I był tam w te marcowe dni 1848 roku, gdy miasto stanęło do walki.
Widział. Barykady z kostek brukowych i dębowych mebli. Trupy na ulicach. Wołanie tysięcy ludzi — "Freiheit! Freiheit!" — Wolność! Króla na balkonie. Trzy barwy: czerń, czerwień, złoto. Widział to wszystko i wiele rzeczy, które widział przez całe życie w Przemkowie, nagle straciło swoją oczywistość. Że podskarbi może tak mówić. Że inspektor może tak robić. Że baron może tak decydować. Niekoniecznie. Niekoniecznie.
Wrócił do Przemkowa z żarem w oczach i słowami, których nikt tu wcześniej głośno nie wypowiadał. Rozmawiał — zapewne szeptem, zapewne w szynkach i przy bramach, może przy nocnym ognisku. A słowa, raz puszczone, rosną same. I nie trzeba wiele, żeby z szeptu zrobił się pochód.
⁂
IV. Plakaty z czarnym kotem
Bladym świtem niedzielnego poranka, gdy Przemków jeszcze spał, na murach pojawiły się plakaty. Był na nich wizerunek dużego, czarnego kota i zaproszenie: zbierzcie się o godzinie 8 wieczorem na Rynku, z kieszeniami pełnymi kamieni.
Policja natychmiast je zdarła. Ale było już za późno. Każdy, kto rano wyszedł z domu, już je czytał. I każdy wiedział, o co chodzi. Bo "kocia muzyka" — Katzenmusik — była tradycją znaną w całej Europie.
Ten rodzaj hałaśliwego, chaotycznego protestu — bicia w garnki, dęcia w rogi, wrzask i gwizdanie zbiorowe — był od stuleci nieoficjalną formą publicznego zawstydzenia kogoś, kto zachowywał się niestosownie. Pierwotnie używano jej przeciwko wdowcom, którzy zbyt szybko wstępowali w nowe związki. Później — przeciwko niegodziwym sędziom, wymuszonym lichwiarzom, znienawidzonym urzędnikom. Koty na plakatach nie były ozdobnikiem. Były zapowiedzią: tej nocy ktoś zostanie ogłoszony haniebnym. Ktoś usłyszy swój wyrok — bez sądu, bez ochrony, tylko w głosie tłumu.
W Przemkowie tamtego niedzielnego ranka panowała dziwna cisza. Ludzie czytali, myśleli, rozmawiali szeptem. Nikt nie wiedział na pewno, czy do czegoś dojdzie. Ale po roku głodu, po doniesieniach o walkach w Berlinie, po miesiącach szeptanej złości na Schmidta i Sannerta — kieszenie kamieni nie wydawały się pomysłem aż tak szalonym.
⁂
V. Noc listopadowa — godzina ósma wieczorem
Noc była mroczna i deszczowa. Taki listopad jak każdy inny na Śląsku: wilgotny, zimny, z wiatrem od Szprotawy. W wiosce Karpie odbywał się kiermasz — jarmark, który o tej porze roku co roku gromadził ludzi ze okolicy. Niektórzy przybyli z Książa: karczmarz Hans Flaschgold, rolnik Walter Rupp i dwaj pachołkowie jako ochrona. Wzięli kramik i żywili się sprzedażą. Nie wiedzieli, w co się pakują.
O godzinie 8.00 wieczorem wichrzyciele zaczęli zbierać się na Rynku, koło jatek — małych, murowanych sklepików mięsnych. Stali w ciemności. Jeden trzymał latarnię. Drugi uderzał w ziemię naczyniem na mleko — jednostajny, głuchy dźwięk, rytm protestu. I gromadziło się ich coraz więcej, ciągniętych hałasem mimo słabej pogody.
A potem do tłumu wstąpił człowiek z opaską na ręku. Czarno-czerwono-złotą. Barwami rewolucji, barwami Frankfurtu, barwami Niemiec, które miały się narodzić z woli ludu, nie z woli baronów. Ta opaska nie była ozdobnikiem. Była manifestem. Kto ją nosił, miał na sobie Berlin.
"Pod przewodnictwem pewnego mężczyzny z czarno-czerwono-złotą opaską na ręku pochód ruszył teraz do zamku."
Tak narodziła się Kocia Muzyka Przemkowa. Nie w salach posiedzeń. Nie w gazetach. W ciemności na Rynku, przy dźwięku naczynia na mleko uderzanego o ziemię, w deszczu, przy blasku jednej latarni.
⁂
VI. Schmidt! Sannert! — pochód na zamek
Pochodnia ruszyła przez bramę kutą ze stali z Rynku na podwórzec zamkowy, a stamtąd ku folwarkowi. Na szlaku znalazł się najpierw dom zarządcy sądowego Schrötera. Schorowanemu, starszemu człowiekowi serce podskoczyło do gardła na dźwięk nocnego hałasu i wystawił w oknie dwie świece, żeby zobaczyć, co się dzieje. Za swoją ciekawość dostał kamieniem – dwaj mężczyźni z ulicy cisnęli nim prosto w okno. Schröter odsunął się w głąb izby.
Ale cel był gdzie indziej. Budynek na folwarku, pierwsze piętro: tu mieszkał Schmidt. Podskarbi. Znienawidzony.
Kamieniami i oderwanymi z płotu sztachetami wybito okna. Drzwi spadły. Tłum wtargnął na pierwsze piętro. Schmidta nie było. Ktoś go ostrzegł w porę i zdążył uciec. Ale zostawił po sobie ślad: szafy, meble, teczki, finanse dworu. Dwór administracyjny został przekształcony w pole bitwy. Meble tłuczono, szafy otwierano. Pieniądze znaleziono — mało. Za to akta administracyjne — wszystkie te rejestry długów, wpłat, rejestrów powinności — zwleczono na dół do sieni.
I spalono.
To nie był akt barbarzyństwa. To był akt symboliczny. Płonące akta to płonący dowód feudalnych roszczeń. Każda karta, która obracała się w popiół, mogła być czyimś długiem, czyjąś powinnością, czyimś ciężarem noszonym od urodzenia. Dym, który unosił się z tej sieni, miał smak wolności.
Na pierwszym piętrze mieszkał również pisarz o nazwisku Lamprecht. Nie trafił na listę znienawidzonych. Ale i tak się bał. Schował się do szafy na ubrania i czekał w ciemności na swój los. Tłum go znalazł — wydobył trzęsącego się pisarza na światło. Spojrzenia. Cisza. A potem: nie zrobi się mu nic. "Był spokojnym człowiekiem." Pokwitowanie niewinności wystawione w półmroku przez tłum, który miał łopaty i kamienie i nie użył ich na kogoś, kto na to nie zasłużył.
Na dole mieszkał inspektor Sannert. Drugi na liście. Schował się za piecem.
"Rzucano w niego przez piec sztachetami. Wówczas pewnemu starszemu, rozsądnemu mężczyźnie udało się wyprowadzić inspektora z mieszkania i pod osłoną ciemności bezpiecznie odstawić go na Łężce."
Sannert przeżył. Także dzięki temu jednemu rozsądnemu mężczyźnie, który w tłumie zachował głowę. Historia nie zna jego nazwiska. Ale bez niego tę noc pamiętalibyśmy inaczej.
⁂
VII. Fortepian roztrzaskany siekierą
U Sannerta na dole, w rozbitym mieszkaniu, stał fortepian. Jeden z uczestników zajrzał pod klapę. Ktoś wziął siekierę i otworzył instrument — nie wiadomo, jak, może roztrzaskując wieko, może wyważając klawiaturę. I spróbował grać.
W kronice zapisano: "próbowano daremnie na nim grać". Daremnie — bo nikt z tego tłumu grać nie umiał. A może też dlatego, że struny były poprzerywane, albo że ręce nie chciały słuchać. Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że ta scena jest jednym z najpiękniejszych momentów całej nocy: buntownicy próbujący grać na instrumencie swojego pana. Jakby chcieli ukraść nie tylko wolność, ale i jego dźwięk.
Potem siekiera uderzyła ponownie. Fortepian został zniszczony.
Była godzina trzecia w nocy. Przetoczony przez miasto i zamek tłum skierował się ku domowi aktuariusza Jandera — urzędnika sądowego, który stał w miejscu dzisiejszego budynku ogrodniczego. Wybito okna. Ale Jander uciekł wcześniej. Powrócono pod zamek.
Kilku najbardziej rozpalonych chciało wtargnąć do środka. Ale zamku pilnował nadleśniczy Hopf — a tego nikt nie chciał krzywdzić, bo był prawym człowiekiem. Kilku rozsądnych mieszczan powstrzymało najbardziej rozpalonych. Ktoś chciał podpalić obory dla wołów. Także temu przeszkodzono.
O świcie buntownicy, jak pisze kronikarz, "zaprzestali swojego dzieła zniszczenia i każdy udał się rozczarowany do domu". Rozczarowany — bo Schmidt uciekł. Bo Sannert uciekł. Bo rewolucja nie odbyła się tak, jak myśleli. Poszli spać, zanim rozjaśniło się nad Rynkiem.
⁂
VIII. Mühlberg — miasto kontra armia
Wiadomość dotarła do barona von Block-Bibrana w Modłej. I do Głogowa, gdzie stacjonował garnizon. Kiedy po kilku dniach kolumna żołnierzy — siedemdziesiąt, może sto osób — zbliżała się do Przemkowa, wieść o ich przybyciu rozeszła się przez miasto błyskawicznie.
Mieszkańcy zebrali się na górze Mühlberg — Młyńskiej Górze — i obserwowali. Stali w ciszy i patrzyli, jak wchodzą. Dzieci, kobiety, mężczyźni. Miejska straż nie wpuszczała nikogo, bo całe miasto podejrzewano o wichrzycielstwo. Także goście z Książa — karczmarz Flaschgold i rolnik Rupp — nie mogli wyjeżdżać i musieli czekać, aż ich wypuszczą. Przez tydzień.
Pierwszy oddział wkroczył na Rynek z bronią gotową do ataku i nabitą ostrą amunicją. W ratuszu właśnie odbywało się posiedzenie rady miejskiej. Burmistrza Henniga wezwano na dół. Pertraktował z dowódcą. Nie doszło do porozumienia.
Dowódca rozkazał wszystkim żołnierzom załadować broń ostrą amunicją. Ta decyzja, jak notuje kronikarz, "niepotrzebnie surowe zachowanie dowódcy bardzo rozjątrzyło tych w gruncie rzeczy pokojowo usposobionych mieszkańców, którzy nie mieli nic wspólnego z zamieszkami tamtej listopadowej nocy."
Przemkowscy strzelcy — było ich niemało, miasto miało własne bractwo strzeleckie od roku 1702 — załadowali swoje strzelby i czekali w domach. Atmosfera była jak przed burzą. Każdy słyszał własny oddech.

Żołnierze pruscy z Głogowa rozlokowani na Rynku w Przemkowie. Zdjęcie wykreowane przez AI
Wtedy do dowódcy podszedł właściciel cegielni Siebel, jeden z miejskich radnych. I zapytał: czy weźmie pan odpowiedzialność, gdy padną strzały?
"To byłaby przecież drobnostka, wybić tych kilku żołnierzy."
Nikt nie strzelił. Do rozlewu krwi nie doszło. Ale Siebel swoimi słowami nakreślił tak wyraźnie linię, która nie mogła być przekroczona, że nawet arogancki dowódca odstąpił. Być może było to najważniejsze zdanie tamtego listopada.
Ale było jeszcze coś ważnego. Mieszczanie odmówili kwater dla żołnierzy. Pierwsza kompania musiała spędzić noc pod gołym niebem — na Rynku, w którym kilka dni wcześniej tłum trzymał kamienie. Na południowej stronie Rynku wykopali rów, sprowadzili słomę na legowiska, zapalili w rowie ognisko. Nabite strzelby ułożono w rzędy, tworząc piramidy. I tak stała armia pruska na przemkowskim Rynku, nocując w błocie, bo miasto powiedziało: nie.
Następnego dnia w pobliskim lesie odpalono broń i w ten sposób rozładowano. Po kilku dniach przyszło więcej wojska. To zostało przez mieszczan przyjęte na kwatery — jakby miasto rozróżniało między armią jako instytucją a konkretnym dowódcą, który wycelował w nich nabite pistolety. Pierwszy oddział odmaszerował do Głogowa. Później wszyscy odeszli. "Znowu miasto wyglądało pokojowo jak dawniej."
⁂
IX. Cena buntu
Powtórka nie doszła do skutku. Ale następstwa — doszły.
Przywódcy nocnych zamieszek zostali surowo ukarani. Wieloletnie więzienie. Twierdza głogowska. Kronikarz dodaje z rezerwą "niestety": "Wśród wielu, którzy otrzymali lżejsze kary, było także kilku niewinnych." Tak bywa w takich sytuacjach: kiedy władza się mści, nie zawsze trafia w odpowiedniego. Główny podżegacz — ów syn rzemieślnika, który wrócił z rewolucyjną opaską z Berlina — wymknął się. Uciekł. Jego imię nigdy nie trafiło do kroniki.
W protokole wizytacyjnym kościoła ewangelickiego z 1849 roku, rok po wydarzeniach, pojawił się zapis, który ujawnia zasięg tamtej nocy:
"W tych dniach dzikich niepokojów, których podżegacze oczekują kary, także miejscowy duchowny z rodziną był zagrożony napaścią i w trosce o swoich wiernych narażony na niebezpieczeństwo, kiedy zdeprawowani, którzy byli wybrani do niszczenia i znęcania się w tę straszną noc, także jego chcieli odwiedzić i w stosunku do niego dopuścić się zniewagi."
Pastor ocalił się. Nie wiadomo, jak. Ale zapis w protokole jest ważny: bunt dotknął całego miasta. Nie był to atak tylko na Schmidta i Sannerta. Był to wybuch napięcia, które gromadziło się przez lata.
Jednocześnie na kanwie marcowej rewolucji 1848 roku wprowadzono ogólnopruskie wybory do nowego Zgromadzenia Narodowego. I w tych wyborach, w okręgu Przemkowa, na posła wybrano: wolnego chałupnika Hermanna z Młynowa. Nie szlachcica. Nie urzędnika. Człowieka z ludu. Być może najspokojniejszy wynik tamtej rewolucyjnej nocy.
⁂
X. Co po Kociej Muzyce zostało
Rewolucja 1848 roku w Niemczech została zduszona. Frankfurckie Zgromadzenie Narodowe rozwiązało się bez rezultatu. Królowie powrócili do władzy. Armia pobiła liberalistów. Opaski czarno-czerwono-złote powędrowały do szuflad.
Ale nie wszystko wróciło do punktu wyjścia. W Prusach, jak w całej Europie Zachodniej, rewolucja zostawiła ślad. Stosunki poddańcze — ta cała struktura feudalnych zobowiązań, od których ciężko było się uwolnić — zaczęły być likwidowane po 1848 roku. Dekadę później, w układach wykupnych z dworem, przemkowscy mieszkańcy zrzekli się wprawdzie dawnych praw do lasu i pastwisk — ale w zamian dostali coś namacalnego: przeszło 31 mórg ziemi własnej. Nie pańskiej. Swojej.
Baron von Block-Bibran sprzedał posiadłość w roku 1853. Kupił ją książę Szlezwika-Holsztynu Krystian August — wygnaniec z Danii, szukający nowego gniazda. Schmidt i Sannert zniknęli ze sceny historii. Nie wiemy, co się z nimi stało. Może gdzieś znaleźli inne stanowisko. Może nie.
A "przemkowska kocia muzyka" weszła do miejscowego folkloru. Przez wiele lat po tych wydarzeniach ludzie opowiadali o niej przy ogniskach i w karczmach. Kronikarz Ewald, pisząc w roku 1923, jeszcze znał ludzi, którzy pamiętali: mistrz siodlarski Bürger, zmarły w 1912 roku. Mistrz stolarski Reckzeh, urodzony w 1837 roku — który w roku zamieszek miał jedenaście lat i widział może na własne oczy, jak żołnierze układali karabiny w piramidy na Rynku.
To są imiona pamięci. I dzięki nim ta noc nie zginęła całkowicie.
⁂
XI. Czego nas uczy Kocia Muzyka
Ta historia nie jest wielka w skali Europy. Berlin miał swoje barykady, Wiedeń swój parlament, Paryż swoją wiosnę. Przemków miał swoją noc — jeden tłum, jedną siekierę rozbijającą fortepian, jednego człowieka krzyczącego do dowódcy, że to byłaby drobnostka, wybić tych kilku żołnierzy.
Ale jest w tej historii coś, czego wielkim historiom brak: konkretność. Schmidt z imieniem i zawodem. Sannert za piecem. Lamprecht w szafie, wydobyty drżący, ale nietkniętym, bo, bo był spokojnym człowiekiem. Starszy, rozsądny mężczyzna, który z tłumu wyszedł i pod osłoną ciemności odprowadził inspektora do Łężc. Siebel z zapytaniem, czy dowódca weźmie odpowiedzialność. Każdy z tych ludzi działał tak, jak potrafił. Każdy zostawił kawałek siebie w tej historii.
I jest jeszcze ten jeden, bezimienny syn rzemieślnika, który uciekł i nie trafił do kroniki. Dzięki któremu ta noc się zaczęła. Który wyjechał, zobaczył, wrócił i nie zmienił rzeczywistości — ale nauczył miasto, że rzeczywistość można zmieniać. To jest właśnie rewolucja: nie zawsze słynna, nie zawsze zwycięska. Czasem po prostu pewna listopadowa noc, w której ludzie na chwilę powiedzieli głośno, co myśleli.
Kocia muzyka grała tej nocy długo. I niejedne uszy ją słyszały.
Opracowanie na podstawie archiwum cyfrowego Eugeniusza Cipury. Źródła: Ewald, "Historia Przemkowa" (Die Geschichte Primkenaus, 1923) — rozdział "Przemkowska Kocia Muzyka 1848 roku"; Schulz, "Kronika Miasta Przemkowa"; Goniec Lokalny (relacja naocznych świadków z Książa, 24.11.1848); Protokół wizytacyjny kościoła ewangelickiego w Przemkowie, 1849. Projekt Sekrety Przemkowa.
