Grudzień 1945
prolog nowego Przemkowa
Na podstawie wspomnień Hansa Dietera Schulza, wnuka przemkowskiego poety Roberta Müllera,
opublikowanych w „Schlesische Nachrichten" nr 24/2008
Projekt Sekrety Przemkowa
© Eugeniusz Cipura, Przemków 2026
* * *
I. Interregnum
Są takie chwile w historii miast, które nie mają nazwy. Nie są ani końcem, ani początkiem — są czymś pomiędzy, mglistą strefą niczyją, gdzie jedno życie już się skończyło, a drugie jeszcze nie zdążyło się zacząć. Przemków w grudniu 1945 roku był właśnie takim miejscem.
Niemcy właśnie opuścili swoje miasto. Albo zostawali — ci, którzy jeszcze nie dostali rozkazu wyjazdu lub nie mieli dokąd uciec. Polacy dopiero napływali — repatrianci z Kresów, przesiedleńcy z centralnej Polski, ludzie bez miejsca szukający miejsca. Rosjanie koczowali w opuszczonych domach i patrzyli na ten śląski majątek z mieszaniną zdumienia i apetytu. Na Dolny Śląsk miało przybyć do końca 1947 roku blisko siedemset tysięcy nowych mieszkańców. Na razie, w grudniu 1945, byli nieliczni i nieufni.
Przemków miał wtedy może kilkuset stałych mieszkańców. Większość domów stała pusta. Zamek, który przez niemal piećdziesiąt lat był sercem tego miasta — siedzibą książąt Szlezwika-Holsztynu, centrum towarzyskiego i gospodarczego życia Przemkowa — spłonął w ostatnich miesiącach wojny. Zostały tylko mury. Zostały lasy i stawy. I zostali ci, którzy z różnych powodów nie zdążyli, nie mogli lub nie chcieli wyjechać.
Wśród nich — pewna kobieta z matką i małym synem, mieszkające w mieszkaniu dziadków, przy warsztacie stolarskim na jednej z przemkowskich ulic. Syn — Hans Dieter. Dziadek — Robert Müller. Był poetą.
II. Warsztat jako twierdza
Kiedy świat się wali, szukasz czegokolwiek, co daje poczucie bezpieczeństwa. Dla rodziny Müllerów tym czymś był widok przez okno.
Przed domem stał warsztat stolarski dziadka. Niemieccy stolarze pracowali w nim na polskie zlecenia — widać ich było przez uliczne okna przez cały dzień. Mocni mężczyźni przy robocie. Deski, strugi, zapach trocin. Nic dramatycznego. I właśnie o to chodziło: normalność jako tarcza. Dopóki jest praca, dopóki ktoś robi coś zwyczajnego, dopóty nie dzieje się nic złego.
Drzwi do domu były nie do zamknięcia. Klucze gdzieś się zgubiły w zawierusze — może ktoś je zabrał, może po prostu zniknęły, jak tyle innych rzeczy tamtego roku. Zamiast klucza: deska podkładana pod klamkę. Prymitywne, absurdalne i jedyne dostępne rozwiązanie. Hans Dieter Schulz opisze to pół wieku później bez żalu, niemal z humorem — ale ta deska mówi nam wszystko o tym, czym był Przemków w grudniu 1945: miastem, w którym zasady zamknięcia i otwarcia straciły swój sens.
Dom był pod pewną ochroną polskich władz. Noce mijały bez zakłóceń. Ale słowo „ochrona" brzmi tu zbyt poważnie — to była raczej tolerancja, przymknięte oko, niepisana umowa, że ten dom jest potrzebny i lepiej go nie ruszać. Jutro mogło być inaczej.
III. Dom towarowy
Radzieccy żołnierze, obchodząc domy w Przemkowie, mieli o tym mieście pewien pogląd. Wyrażali go zwięźle i z absolutnym przekonaniem: „W Niemczech każdy dom jest domem towarowym".
Ta opinia — zdumiewająca i brutalnie trafna zarazem — wiele tłumaczy. Dla żołnierzy przybywających z kraju, gdzie mieszkanie urządzano przez całe lata i nadal miało mało, widok śląskiego domu mieszczańskiego — z meblami, porcelaną, narzędziami, ubraniami, książkami — musiał wyglądać jak sen. Albo jak niesprawiedliwość czekająca na naprawienie.
Puste domy Przemkowa były systematycznie przetrząsane przez szabrowników. Ci niemieccy właściciele, którzy wyjechali w pośpiechu — bo na ucieczkę ze Śląska w lutym 1945 roku było tylko kilka godzin, a potem znów kilka godzin na zachodzie — zostawili to, czego nie można było zabrać. Meble, garnki, narzędzia, obrazy na ścianach. A przede wszystkim: biblioteki.
Małego Hansa Dietera interesowały głównie książki. W porze obiadowej taszczył ich wielkie ilości. Na podłodze z desek w stolarni stało wiele pustych skrzyń — wypełniał je po brzegi. Nie szukał dobrej literatury. Zbierał leksykony, fantastykę naukową, encyklopedie, wszystko, co wydawało mu się warte zabrania. Babka komentowała niekiedy, gdy podawał jej miejsce znalezienia, że nie uwierzyłaby, że dawny właściciel posiadał taką literaturę.
Pytam siebie: co to znaczy zbierać książki, gdy cały świat się wali? Może po prostu — że ma się dziesięć lat i jest się ciekawym. Ale może też coś więcej: że w chaosie człowiek instynktownie szuka rzeczy trwałych, rzeczy, które mają słowa. Skrzynie pełne książek w stolarni ojca, poety. Coś tu jest, jakaś logika rozpaczy.
Tych skrzyń nigdy nie odzyska. Podczas późniejszych wizyt w Przemkowie nie mógł się do nich dostać. Nie wiadomo, co się z nimi stało.
IV. Elektryczny cud
W październiku 1945 roku w Przemkowie podstawiony został parowóz.
Zdanie to brzmi jak metafora, ale jest prostym faktem. Dla pierwszych zdecydowanych na pobyt mieszkańców — polskich urzędników, pionierów nowego życia — miasto potrzebowało prądu. Rozwiązanie: parowóz jako generator. Praktyczne, tymczasowe, lekko surrealistyczne.
Rodzinie Müllerów pomógł znajomy — Niemiec, elektryk, który dostał zlecenie podłączenia. Zadbał, żeby prywatne pomieszczenia domu miały oświetlenie. Był to dobry znajomy, jak zaznacza Schulz, z podkreśleniem, które coś mówi o tamtym czasie: ludzka życzliwość między Niemcami a Polakami, w tle strachu i niepewności, musiała być wymieniana jako coś rzadkiego i wartego odnotowania.
Ale światło musiało być ukryte. Żaden promień nie mógł przedostawać się na zewnątrz. Zaciemnione okna, ukradkowa żarówka. Piszę to i myślę o wszystkich żarówkach w historii, które musiały się ukrywać — podczas wojen, podczas okupacji, podczas wszystkich tych momentów, gdy normalność stała się zakazana. Tutaj był rok 1945 i koniec wszystkiego, a jednak ta żarówka świeciła. Deska pod klamką, żarówka za zasłoną. To był nowy Przemków w budowie.
V. Piec kaflowy
W dużym pokoju dziadków stał piec kaflowy. Przepiękny, wielobarwny, sięgający aż do sufitu. Solidne, śląskie dzieło zduna.
Hans Dieter chciał, żeby na Boże Narodzenie rozpalono w tym piecu. Babka była gotowa — pod warunkiem, że przyniesie opał. Więc podczas swoich rekonesansów w sąsiedztwie odkrył resztki zapasów pewnego handlarza węglem, wśród nich brykiet z węgla kamiennego. Przytaszczył tyle, że babka w końcu machnęła ręką.
I Boże Narodzenie przyszło. Siedzieli w przytulnym pokoju — on, matka, babka, kot, który pomimo całego zamętu pozostał wiernie w domu. Choinkę znaleźli szybko w bogatych lasach Przemkowa. Kilka prezentów wytargano z opuszczonych domów — tymczasowe posiadanie, jak zaznacza Schulz, bo wszystko to musiało zostać zostawione w lipcu 1946 roku, gdy nadszedł czas wyjazdu. On sam dostał od babki posrebrzaną głowę sarny przytwierdzoną do płaskiej drewnianej deseczki.
Pomyślcie: posrebrzana głowa sarny. Prezent ze świata, który właśnie znikał, dany przez kobietę, która zadbała też, żeby na stole pojawiło się coś niespodziewanego — „Plaatz", placki ziemniaczane z jej zielonogórskich stron. Skąd wzięła na nie olej — nie pamiętał do końca życia. Tajemnica małego dobra.
Przez całe tygodnie jedli tylko kartofle w mundurkach z solą bydlęcą. Matka zapobiegliwie zmagazynowała na polach około 1800 kilogramów ziemniaków. Na pytanie, co będą jedli, gdy się skończą — nie było odpowiedzi.
VI. Otwarte drzwi u sąsiadów
Schulz zastrzega — nie chce wzbudzać wrażenia, jakoby żyli w sielance.
Pewnego razu, po powrocie z mszy w zakrystii kościoła ewangelickiego, zobaczyli otwarte drzwi w sąsiednim domu. Za drzwiami, przy wiadrze do zmywania, które chciała opróżnić — skulona, zastrzelona sąsiadka.
Tyle. Jedno zdanie. Schulz napisał to po sześćdziesięciu latach tak samo, jak musi to wyglądać w pamięci: nagle, bez przygotowania, niezaproszony obraz grozy pośrodku opisu spokojnego życia. Tak działa trauma — nie przychodzi krokiem, przychodzi skokiem.
Msze odbywały się w zakrystii, bo tak nakazywała ostrożność. Ewangelicki proboszcz z rodziną mieszkał w Przemkowie do lipca 1946 roku — jeden z nielicznych, którzy nie musieli wychodzić natychmiast. Regularnie sprawował nabożeństwa dla tych, którzy zostali. Ze względów bezpieczeństwa nie wszyscy mogli iść jednocześnie. Zawsze ktoś musiał zostać w domu — przy desce bezpieczeństwa pod klamką.
Taka była ta sielanka.
VII. Pasterka o głosach słabych jak echo
W Wigilię 1945 roku Hans Dieter poszedł z matką na pasterkę.
Na pewno śpiewano znane kolędy — pisze. Ale głosy brzmiały słabo. „Każdy z uczestników mszy świętej znosił swój własny los po stracie kogoś bliskiego."
Dziadek Robert Müller umarł w październiku. Ojciec zaginął w maju 1945 roku — żadnych wiadomości. Mała gmina zbierająca się potajemnie w zakrystii, z głosami, które brzmiały jak echo — to jest obraz pewnej epoki końca. Nie dramatyczny, nie w stylu heroicznym. Po prostu słaby. Po prostu cichy.
Schulz nie pyta, dlaczego Bóg na to pozwolił. Nie szuka winnych. Opisuje to, co widział: słabe głosy śpiewające znane kolędy w zakrystii małego ewangelickiego kościoła w Przemkowie, w grudniu 1945 roku. Wydaje mi się, że to jest jedno z najtrafniejszych zdań, jakie czytałem o tamtym czasie na Śląsku.
VIII. Cisza na drogach
W pierwszy dzień Bożego Narodzenia, po obiedzie, Hans Dieter ubrał się — kurtka przeciwdeszczowa dziadka, letnie buty dziadka, na lewym przedramieniu biała opaska dla Niemców — i wyszedł na spacer.
Szedł wzdłuż stawów na Młynowo i na Hutę Henryki.
I stało się coś niezwykłego: nie spotkał nikogo. Ani jednego Niemca, Polaka, Rosjanina. Cisza, spokój, delikatne, ale wyraźnie dostrzegalne stopniowo powracające światło. Żadnych strachów, żadnego nagabywania.
„Jakby Rosjanie, Polacy i Niemcy tęsknili za pokojem" — napisze sześćdziesiąt lat później — „a ja odczułem tchnienie tego wspólnego życzenia." To wrażenie zostało mu po ponad sześćdziesięciu latach.
Zastanawiam się, co to znaczy: cisza jako dar. Na tej samej drodze wzdłuż stawów, przy Hucie Henryki — gdzie jeszcze kilka lat wcześniej tłumy ze Święta Leśnego Miasteczka maszerowały przy muzyce, gdzie Bractwo Kurkowe świętowało jubileusze, gdzie chłopcy z Hitlerjugend maszerowali z flagami — teraz jeden chłopiec, w butach dziadka, ze słabą opaską na ramieniu, szedł sam przez białą ciszę. I był wolny.
Może właśnie o to chodzi w prologach: nie o wielkie gesty, ale o tę chwilę, gdy ludzie po obu stronach — i ci, którzy tracą, i ci, którzy przychodzą — jednakowo tęsknią za spokojem. Zanim znowu zacznę ich dzielić na właściwą i złą stronę historii.
IX. Dzwony, które nie zadzwoniły
W noc sylwestrową — cisza.
Żadnych strzałów, żadnych fajerwerków, żadnych sztucznych ogni. I żadnych dzwonów. Dzwony przemkowskich kościołów padły ofiarą wojennej zbiórki metali. Wisiały na swoich miejscach przez wieki, biły co rok na Nowy Rok — teraz ich nie było.
Dziadek Robert Müller pisał o dzwonach na Nowy Rok 1938:
„Gdy dla małej ojczyzny dźwięczą dzwony / Dźwięcznie i czysto o północy / Przez wszystkie serca przenika / Nowy Roku, jesteś obudzony"
Pisał to siedem lat przed tym przełomem. W tamtym wierszu był jeszcze porządek świata — dzwony, serca, wiara we własne siły, miłość, która pojedna świat. Pisał to człowiek, który kochał Przemków bez warunków i całym sercem, i który nigdy nie doczekał końca. Umarł w październiku 1945 roku — parę tygodni za wcześnie, żeby zobaczyć Boże Narodzenie, albo parę tygodni za późno, żeby umrzeć w normalnym świecie.
„Nowy Rok 1946 zażądał od tej małej śląskiej gminy rzeczywiście wszystkich sił" — napisze wnuk. — „Innym razem chcę o tym donieść."
Ale tego „innym razem" w tekście nigdy nie ma. Zostaje tylko to zdanie — i cisza po dzwonach.
X. Jedna książka
W lipcu 1946 roku Hans Dieter Schulz musiał opuścić Przemków — jak wszyscy Niemcy, którzy jeszcze pozostali. Mógł wziąć ze sobą jedną książkę.
Jedną. Spośród tych skrzyń pełnych leksykonów i fantastyki naukowej, spośród całej biblioteki, którą skrzętnie zbierał przez te miesiące — jedną.
Nie pisze, którą wybrał. Nie mówi, co to była za książka. I ja nie pytam. Niektóre wybory są zbyt prywatne, żeby je komentować. Wyobrażam sobie tylko ten moment: stoisz przy skrzyniach pełnych książek, masz dziesięć lat i walizeczkę, i musisz wybrać jedną. Co bierzesz? Co jest tą jedną rzeczą, która idzie z tobą w nowe życie?
Cały majątek dziadka Roberta Müllera, poety Przemkowa — jego biurko z wierszami, jego dom, jego piec kaflowy, jego stolarnia — zostawał. „Mogliśmy wziąć ze sobą tylko kilka z jego wierszy" — pisze wnuk o wierszach dziadka. Kilka. Na Zachód poszło kilka wierszy o leśnym miasteczku, o kwitnących wrzosowiskach, o dzwonach i nowych latach. Reszta — nie wiadomo co się z nią stało.
XI. Dom z farbami
Kilkadziesiąt lat później Hans Dieter Schulz wrócił do Przemkowa. Wszedł do domu dziadków.
Mieszkało w nim młode polskie małżeństwo, które założyło mały sklepik z artykułami malarskimi. Obecny tam klient umiał trochę po niemiecku. Dzięki temu młodzi ludzie mogli pojąć, kto stoi przed nimi. I zadali mu pierwsze pytanie:
„Czy dziadek jeszcze żyje?"
Schulz milcząco wskazał na sąsiedni cmentarz ewangelicki: Tam.
Pozwolono mu oglądnąć dom. Wszystkie wewnętrzne ściany zostały wyburzone. Pieca kaflowego nie było. Lśniący jastrych pokrywał ziemię. Poza skromną ofertą farb — dom był pusty.
„Byłem pod wrażeniem móc stać na tym miejscu, w którym została urodzona własna matka" — napisze.
I zostawi nas z pytaniem, które sam sobie zadaje: czy dziadkowi Robertowi podobałoby się, że jego dom teraz sprzedaje farby i lakiery? Że przyczynia się do tego, by na nowo nadawać kolory jego ukochanemu leśnemu miasteczku?
To jest dobre pytanie. Nie mam na nie odpowiedzi. Mam wrażenie, że Schulz też jej nie miał — i że właśnie dlatego je zadaje.
Lata 1952–1953. Wyładunek dobytku osiedleńców z województwa kieleckiego na stacji kolejowej w Przemkowie. Nowy świat wchodził powoli, z całym dobytkiem na ciężarówkach.
XII. Prawo powrotu
Czytam wspomnienia Hansa Dietera Schulza i nie mogę oprzeć się pytaniu, które pewnie zadaje sobie każdy, kto sięga po takie świadectwa: jak bardzo współczuć?
Bo współczucie przychodzi naturalnie. Dziesięcioletni chłopiec w butach dziadka, deska pod klamką zamiast klucza, słabe głosy śpiewające kolędy — to obrazy, które działają niezależnie od kontekstu. Ludzkie cierpienie jest ludzkie. I byłoby czymś niepokojącym, gdybyśmy byli na nie zupełnie obojętni.
Ale kontekst istnieje. I milczenie o nim byłoby fałszem.
Przemków był miastem niemieckim na ziemi, którą Niemcy uważali za swoją z prawa silniejszego. Ta sama Rzesza, która w 1939 roku napadła na Polskę, która mordowała i grabiła, i przesuwała granice siłą — teraz, sześć lat później, zbierała plon tego, co zasiała. Rodziny traciły domy, które wcześniej inne rodziny — polskie, żydowskie — traciły z tych samych powodów: bo ktoś uznał, że ma prawo więcej.
Historia nie jest ślepa. Jest tylko cierpliwa.
To, co Hans Dieter opisuje jako dramat — utratę, tymczasowość, jeden bagaż, jedna książka — jest dokładnie tym, czego doświadczyły miliony ludzi pod niemiecką okupacją. Tylko że tamtym często nie dawano nawet jednej książki. Tamtym często nie dawano niczego.
Nie piszę tego, żeby odbierać Schulzowi jego ból. Piszę to, bo ten esej — gdyby był tylko opowieścią o cierpieniu — byłby niepełny. Dopiero gdy widzimy go w tej szerszej ramie, staje się czymś więcej niż wspomnieniem. Staje się przestrogą.
Prawa natury nie znają wyjątków i nie przyjmują odwołań. To, co wyrządzamy innym — jednostkom, narodom, wszystkiemu, co żyje — wraca. Nie zawsze natychmiast. Nie zawsze w tej samej formie. Ale wraca, z ciężarem odsetek.
I tu dochodzimy do rzeczy, o której najłatwiej zapomnieć: że zło rzadko zaczyna się od napaści na kraj. Zaczyna się wcześniej. Dużo wcześniej. Zaczyna się w myśli.
Ile razy dziennie — zupełnie zwyczajnie, bez żadnej wojny w tle — myślimy o kimś źle? Ile razy mówimy coś, co rani, bo akurat możemy? Ile razy postępujemy niesprawiedliwie, bo nam to wychodzi i nikt nie patrzy? Byle nam było dobrze. Byle nasz kawałek był większy. To nie są wielkie zbrodnie — to są małe, ciche decyzje, podejmowane w głowie, zanim jeszcze staną się słowem, a słowo czynem.
Ale one się kumulują. Gdzieś, na niewidocznych kartach, które prowadzi coś większego od nas — nazwijmy to sumieniem, karmą, prawem przyczyny i skutku, jak kto woli — wszystko jest zapisane. I wszystko wraca. Nie zawsze do nas bezpośrednio. Czasem do tych, których kochamy. Czasem do tego, co po sobie zostawiamy.
Rzesza nie zaczęła się od Auschwitz. Zaczęła się od pogardy, od języka wyższości, od przekonania, że jedni są więcej warci od innych. Od myśli, które nikt głośno nie zakwestionował, bo były wygodne.
Dlatego przesłaniem tego eseju nie jest potępienie. Jest coś prostszego i trudniejszego zarazem: wezwanie do czystości. Czystości myśli, zanim staną się słowem. Słowa, zanim stanie się czynem. Bo dobro — prawdziwe, trwałe dobro — nie jest tylko brakiem zbrodni. Jest codziennym wyborem, żeby nie zaczynać tej ciemnej drogi nawet w myślach.
Chłopiec w butach dziadka szedł sam drogą wzdłuż stawów i odczuł — jak napisze po sześćdziesięciu latach — wspólne ludzkie pragnienie spokoju. To pragnienie jest w każdym z nas. Pytanie tylko, czy pozwalamy mu kierować nie tylko naszymi Bożymi Narodzeniami, ale i zwykłymi wtorkami. Zwykłymi myślami. Zwykłymi wyborami, których nikt nie widzi.
Historia i doświadczenie są najlepszym nauczycielem. Ale tylko wtedy, gdy słuchamy.
Epilog: Dwa światy, jeden próg
Przemków w grudniu 1945 roku był miastem-progiem. Stary świat właśnie wychodził — w walizkach, z jedną książką, z posrebrzaną głową sarny i kilkoma wierszami. Nowy świat dopiero wchodził — z Kresów, z Kielecczyzny, z Małopolski, z ewakuacji, z wojennej tułaczki. Do końca 1947 roku miało ich przybyć prawie milion siedemset tysięcy.
Między tymi dwoma strumieniami była chwila ciszy. Jeden chłopiec w butach dziadka szedł sam drogą wzdłuż stawów i nie spotkał nikogo. I odczuł — w to Boże Narodzenie 1945 — wspólne ludzkie pragnienie spokoju. To wrażenie zostało mu przez całe życie.
Warto się przy nim zatrzymać. Nie dlatego, że było wyjątkowe. Właśnie dlatego, że było tak zwyczajne — i tak kruche. Ten spokój nie wziął się znikąd. Był możliwy tylko dlatego, że przez chwilę nikt nie robił nic złego. Nikt nikogo nie napastował, nie zabierał, nie krzywdził. Cisza była po prostu brakiem zła. I wystarczyła, żeby chłopiec poczuł się wolny.
To jest miara tego, jak wiele kosztuje nas zło — i jak niewiele potrzeba, żeby jego brak był już odczuwalny jako dar.
Przemków był progiem między dwoma światami. Ale każdy dzień jest progiem między tym, kim jesteśmy, a tym, kim możemy być. Historia tego miasta — z jej ciężarem przyczyn i skutków, win i kar, strat i nowych początków — jest tylko większym odbiciem tego, co rozgrywa się w każdym z nas, w małej skali, bez kamer i kronik.
Ta cisza. Ten chłopiec. Te słabe głosy w zakrystii. Ta deska pod klamką zamiast klucza. Ten piec kaflowy, którego już nie ma.
I te farby, którymi teraz maluje się dom.
* * *
Źródła
Hans Dieter Schulz, „Grudzień 1945 rok w Przemkowie — obraz nastrojów", Schlesische Nachrichten, nr 24/2008, str. 10–11. Autor był wnukiem Roberta Müllera, przemkowskiego poety, i mieszkał w Przemkowie z matką i babką od jesieni 1945 do lipca 1946 roku.
Dane o Dolnym Śląsku po 1945 roku: kronika Przemkowa (Book.txt) — „po wysiedleniu ludności niemieckiej na tereny te przybyło do końca 1947 roku 900 tys. tzw. przesiedleńców z ziem centralnych i około 800 tys. tzw. repatriantów z ziem wschodnich".
Zamek książęcy: SilvaRerum, fragment biografii księżniczki Teodory — „nowy zamek [...] spłonął pod koniec wojny w 1945 roku".
Opracował: Eugeniusz Cipura, w ramach serii „Sekrety Przemkowa", maj 2026.
