GDY WIĘDNĄ KWIATY KRÓLEWSKIE
Opowieść o Teodorze, księżniczce Szlezwika-Holsztynu
1874 – 1910
─────────────────────────────────────────────
„Również w moim sercu płonie
gorąca udręka tęsknoty."
— F. Hugin (Teodora, księżniczka Szlezwika-Holsztynu), wiersz „Sokół"
WYDANIE DRUGIE, POPRAWIONE I ROZSZERZONE
**Projekt Sekrety Przemkowa**
© Eugeniusz Cipura, 2026
Marcinowi Jednorogowi —
człowiekowi, który pewnego dnia przyszedł do przemkowskiego parku i znalazł kamień.
Na kamieniu wyryte były dwa słowa: „Feodora Quelle". Źródło Teodory.
To on zapytał mnie kiedyś, dlaczego piszę „Teodora", skoro w źródłach jest „Feodora". Wytłumaczyłem mu wówczas, że Teodora to po prostu polskie imię tej samej księżnej — i że jedno i drugie znaczy to samo: dar Boga.
Marcin zrozumiał. I poszedł dalej szukać.
Założył Muzeum Ziemi Przemkowskiej, bo wiedział, że pamięć wymaga miejsca. Że nie wystarczy wiedzieć — trzeba też ocalić.
Tę książkę dedykuję Jemu — wielkiemu fanowi księżnej Teodory, strażnikowi przemkowskiej pamięci, przyjacielowi.
Eugeniusz Cipura Przemków, 2026
Słowo od Autora do Wydania Drugiego
Przemków jest moim miastem od urodzenia. Znam każdy jego zaułek. Wiem, gdzie stał zamek — bo sam pamiętam to miejsce, zanim stało się pustką. Dziś nie ma tam nic. Żadnej tablicy, żadnego znaku, żadnego śladu, który mówiłby przechodniowi: tu się coś zdarzyło, tu ktoś żył.
Pierwsze wydanie tej książki ukazało się wiosną 2026 roku. Była to opowieść krótka — może zbyt krótka jak na życie, które zasługiwało na więcej słów. Odkąd jednak praca ujrzała światło dzienne, dotarły do mnie kolejne źródła, które pozwoliły mi wejść głębiej w świat Teodory. Dwie z nich zmieniły wszystko.
Pierwsza to opracowanie profesora Dietera Leutholdra z Instytutu Historii Przedsiębiorstw przy Wyższej Szkole w Bremie — materiały biograficzne zlecone przez firmę FEODORA Chocolade z okazji stulecia marki. Leuthold dotarł do źródeł, do których ja nie miałem dostępu: do lokalnych gazet badeńskich, do dokumentów archiwalnych, do wspomnień córki proboszcza z Bornstedt. Dzięki niemu rozumiem teraz, jak naprawdę wyglądały ostatnie tygodnie życia Teodory, jak powstawała czekolada jej imienia i kim była kobieta, którą krótko, nazbyt krótko, nazywano tylko „siostrą cesarzowej".
Druga to przekrojowa literatura, na którą trafiłem niemal przez przypadek: wspomnienia Anny Wagemann, wychowawczyni księżniczki Teodory, wydane w 1932 roku pod tytułem Księżna Teodora. Wspomnienia z augustenburskiego i pruskiego dworu. Anna Wagemann była przy Teodorze od dziewiątego roku życia dziecka przez wiele lat. Widziała ją przy śniadaniu i przy lampie późno w nocy. Widziała, jak uczyła się mówić w języku psów i jak płakała za ojcem, którego portret ściskała w obu dłoniach. Widziała jej smutne oczy na fotografii, zanim jeszcze ją poznała, i to właśnie te oczy sprawiły, że powiedziała: „Jeżeli księżna mnie zechce, ja również będę chciała."
To Wydanie Drugie jest znacznie obszerniejsze od pierwszego. Dodałem rozdziały, których wcześniej brakowało — o dzieciństwie, o Gravenstein, o dziełach literackich Teodory, o czekoladzie, o ostatnich dniach w Obersasbach. Przytaczam też więcej wierszy, więcej relacji naocznych świadków. Starałem się zachować ten sam osobisty ton — bo ta książka jest wyznaniem Przemkowianina, nie tylko biografią księżniczki.
Teodora umarła 21 czerwca 1910 roku. Skończyłaby trzydzieści siedem lat dwa tygodnie później. Wcześniej powiedziała: „Tutaj cztery lata temu zachorowałam, tutaj też wyzdrowieję." Nie wyzdrowiała. Ale jest w tym coś ważnego — że chciała.
Ja nie zapomnę.
Eugeniusz Cipura
Przemków, 2026
I. Narodziny w cieniu wygnańczego zamku
Imię „Teodora" znaczy po grecku tyle, co „dar Boży". W języku rosyjskim brzmi ono „Fjodora" i tą właśnie formą posługiwano się na dworze Augustenburgów. Matka księżniczki, Adelajda z rodu Hohenlohe-Langenburg, nadała swojej najmłodszej córce to imię zapewne na cześć własnej matki — Teodory księżnej zu Leiningen (1807–1872), córki księcia Emicha Karola i księżniczki Wiktorii z Saksonii-Saalfeld-Koburg. Imię krążyło więc w rodzinie po żeńskiej linii, jak echo po wielopokoleniowym korytarzu.
Był wrzesień 1874 roku, gdy w komnatach zamku Przemków złociły się śląskie lasy. Dwa miesiące wcześniej, 3 lipca, za murami tej potężnej rezydencji rozległ się płacz nowo narodzonego dziecka. Przyszła na świat Teodora Adelajda Helena Luiza Karolina Gustawa Paulina Alicja Jenny — piąte i ostatnie dziecko księcia Szlezwika-Holsztynu Fryderyka oraz jego małżonki Adelajdy z rodu Hohenlohe-Langenburg. W metrykach figuruje siedem imion, ale dla rodziny była po prostu Feo.
Przemków na Dolnym Śląsku był dla rodu Augustenburgów miejscem wygnania, lecz zarazem schronieniem. Augustenburgowie — właściciele Szlezwika-Holsztynu — musieli już w 1851 roku, a ostatecznie w 1866 roku, opuścić swoją rodową siedzibę, wplątani w bezwzględną politykę Bismarcka, zmierzającą do stworzenia jednolitego państwa pruskiego. Ojciec Teodory, książę Fryderyk, miał być władcą Szlezwika-Holsztynu. Jego polityczny zamysł runął. Prusy wypłaciły mu odszkodowanie finansowe i zamknęły mu drogę do tronu, nie mogły mu jednak odebrać zamku na Śląsku — i nie odebrały go.
Dziadek Teodory, Krystian August, rezydował w Starym Zamku w Przemkowie aż do swojej śmierci w 1869 roku. Po nim zamek przejął ojciec — i tutaj właśnie, wśród szumu śląskich lasów i plusku przemkowskich stawów, przyszły na świat dzieci: Ernest Günther (1863), Karolina Matylda zwana Calmą (1860), Luiza Zofia zwana Jają (1866) i wreszcie, jako ostatnia, Teodora.
Chrzest małej księżniczki odbył się na zamku Przemków. Matką chrzestną była księżna Anglii Helena, małżonka księcia Szlezwika-Holsztynu Krystiana — związek z angielskim rodem królewskim wpisany był więc w przeznaczenie Teodory od pierwszych chwil jej życia. Los miał sprawić, że jej starsza siostra Augusta Wiktoria zostanie cesarzową Niemiec. Teodora przez całe swoje krótkie życie pozostanie „najmłodszą siostrą cesarzowej" — choć była kimś o wiele więcej.
Gdy Teodora miała zaledwie pięć i pół roku, 14 stycznia 1880 roku, w Wiesbaden zmarł jej ojciec, książę Fryderyk. Wyjechał tam na kurację, sam, z kamerdynerem. Zamiast rodziny przyszła żałobna wieść. Straty ojca Teodora nie zapomniała nigdy. Według wspomnień Anny Wagemann, dziecko skradało się potem do portretu ojca i próbowało z nim rozmawiać. Tylko mała niania wiedziała o łzach, które nocami płynęły do poduszki. Po tym, jak starsze siostry wyszły za mąż i opuściły rodzinny dom, matka i Teodora przeniosły się do Drezna — miasta muzyki i sztuki.
─────────────────────────────────────────────
II. Dzieciństwo z Anną Wagemann
Pewnej niedzielnej popołudniowej mszy w Dreźnie śpiewano pieśń „O weź me dłonie i prowadź mnie". Anna Wagemann, dwudziestosiedmioletnia nauczycielka w drezdeńskiej „Finishing School" Miss Glendining, czuła się dokładnie tak, jakby stała u punktu zwrotnego swojego życia. Gdy wróciła do domu, służący powiedział, że pytała o nią jakaś pani. Nazajutrz przyszedł list od radcy konsystorialnego Dibeliusa: matka przyszłej cesarzowej Niemiec, księżna Adelajda ze Szlezwika-Holsztynu, szuka wychowawczyni dla swojej dziewięcioletniej córki, księżniczki Teodory.
Wagemann nie chciała iść. „Nie jestem ambitna" — mówiła. „Nie lubię być traktowana z góry." Dibelius nalegał: „Zaproszenie od takiej damy jest rozkazem." I Wagemann poszła — niechętna, trochę skrępowana. Księżna Adelajda przyjęła ją w czarnej sukni z trenem, jakiej nie zdjęła od śmierci męża. „I gdy jej piękne, brązowe oczy tak przyjaźnie i serdecznie zatrzymały się na mnie, zrobiło mi się ciepło na sercu" — wspominała Wagemann. Księżna wcisnęła jej w rękę fotografię: z wąskiej, poważnej twarzyczki patrzyła para wielkich, smutnych, dziecięcych oczu. „Zawrzało we mnie: spowodować, ażeby radosne były te smukłe, małe policzki — jakże piękne musiało to być zadanie!" Tego samego wieczoru napisała do Dibeliusa: „Jeżeli księżna mnie zechce, ja również będę chciała."
Na Nowy Rok 1884 Anna Wagemann przyjechała do Przemkowa. Był posępny, wilgotny i zimny dzień. Na dworcu w Niegosławicach czekał na nią lokaj w liberii w żywych kolorach rodu Szlezwika-Holsztynu. Powóz ruszył przez ciemność, przez głęboki piasek i miękki śnieg. Nagle na niebie pojawiła się wielka, czerwona łuna — piece huty żelaza, należącej do przemkowskiego majątku. Potem znów ciemność i przez bramę zamkową wjechali na dziedziniec.
Następnego dnia Wagemann miała po raz pierwszy zobaczyć swoją uczennicę. Księżna Adelajda przyjęła ją w „różowym gabinecie". „Oddalona na sofie, otoczona mnóstwem dużych i małych lalek, siedziała delikatna, mała księżniczka. Wstała i podała mi rękę, przypatrując się mi badawczo." Teodora miała dziewięć lat, brązowe oczy i włosy, wąską twarz i — jak zauważyła Wagemann ze szczegółowością właściwą wychowawczyni — piękne, klasyczne stopy: „takie jak greckie posągi z najlepszych czasów, gdy drugi palec u nogi jest najdłuższy". Tę stopę Teodora miała przez całe życie za powód do dumy.
Tamtego ranka Wagemann poznała też rytm przemkowskiego zamku. Gong wzywał na drugie śniadanie — ale wcześniej inny gong przypominał, żeby się umyć. Wszyscy zbierali się w pięknej hali, rodzaju oranżerii z kwitnącymi kameliami i kominkiem, przy którym wesoło trzaskał ogień. W jadalni rozmowa była żywa i niewymuszona. Po śniadaniu z parku na taras przylatywały stado pawi — symbol Przemkowa, postrach ogrodników. Meldowały one przybycie gości: gdy powóz przekraczał parkowy most, trzepotały skrzydłami z głośnym wrzaskiem. Stara dama dworu, panna von Krogh, która służyła trzem generacjom państwa, powiedziała Wagemann jedno zdanie, które ta zapamiętała na całe życie: „Nie przychodź nigdy do swej księżniczki, gdy nie byłaś wzywana."
Dziecko w cieniu straty
Wagemann szybko zrozumiała, że problem z Teodorą nie leżał w zdrowiu fizycznym. Lekarze orzekali, że dziecko jest „całkowicie zdrowe". A jednak Feo — jak ją nazywała rodzina — była wyniszczona, blada, zamknięta w sobie. Jadła źle: uwielbiała homara w majonezie, nienawidziła warzyw. Nie miała rówieśników, bo rodzina zmieniała miejsce pobytu nawet trzynaście razy w roku. Nie umiała grać z innymi dziećmi, bo rzadko kiedy jakiekolwiek dzieci były w pobliżu.
Wagemann zawarła z nią układ: przy każdej potrawie Feo spojrzy na wychowawczynię i zje to, co ta skinięciem głowy oznaczy. Walka była prawdziwa. Księżna Adelajda protestowała: „Ależ to jest twoje ulubione danie, a ty jesz warzywa, których nigdy nie lubiłaś!" Wagemann trwała przy swoim: „Wasza Wysokość może każdego dnia dostać nową wychowawczynię. Ja nie chcę postępować wbrew mojemu przekonaniu." I Feo dotrzymała słowa — przez lata, może przez całe życie.
Prawdziwa przyczyna cierpień dziecka tkwiła gdzie indziej. „Dotknięta bladością myśli" — tak Wagemann opisywała stan Teodory. Dziecko za wiele myślało, za głęboko czuło. Przeżyło ciężkie zachorowanie ojca, jego wyjazd do Wiesbaden, a potem nagłą wieść o śmierci. Księżna Adelajda, wytrącona z równowagi, uczepiła się swojego najmłodszego dziecka — i mała Teodora godzinami siedziała z lalką przytuloną do ramienia, spoglądając na matkę bezradnymi oczami. „W tych nieskończenie długich godzinach księżna Feo głęboko chyba zrozumiała doczesny ból, który na zawsze jej pozostał" — pisała Wagemann.
Całą tę zakorzenioną melancholię widać w jej wierszach pisanych dwadzieścia i trzydzieści lat później. Wiersz „Sokół" jest jej własnym portretem: „I ja jestem twardo spętana / i spoglądam w górę z tęsknotą." Wiersz „Stań się" — tęsknotą za korzeniami: „Chciałabym chwycić się ziemi, / tej rdzennej pra-matczynej gleby." To nie były poetyckie frazy. To było dosłowne.
Zwierzęta, głosy i tajemnice
Szczególnym aspektem osobowości małej Teodory była jej relacja ze zwierzętami — wykraczała daleko poza normalne dziecięce przywiązanie. Jej pies Puszek, gruby, piaskowy pudel, był najważniejszą postacią w pokojach księżniczki. Gdy w sobotę był wykąpany i wdziewał niebieską kokardkę, obchodził cały zamek od księżnej aż po węglarza — każdemu się prezentował. Gdy wiosną strzyżono go jak lwa, wstydził się tak bardzo, że przez dni chował się pod sofą i nie chciał jeść.
W ogrodach i parkach Przemkowa Teodora rozpoznawała tropy zwierząt jak doświadczony leśniczy. „Ach, proszę!" — wołała nagle na spacerach, pochylając się ku ziemi. „Tutaj jest trop dużego kozła. A tutaj — rocznej samicy jelenia." Wagemann zaczęła rozumieć, że w tej wychowanicy coś wyjątkowego mieszka.
Najbardziej zadziwiającym darem było jednak to, co Teodora nazywała „językiem psów". W wieku dwunastu lat oświadczyła spokojnie: „Teraz mogę powiedzieć kilka zdań w języku psów. Co znaczy każdy dźwięk — nie wiem, ale musi to być bardzo smutna historia, bo każdy pies, który ją usłyszy, zaczyna wyć." Wagemann się zaśmiała — ale musiała sprawdzić. I rzeczywiście: pinczer, jamnik, wyżeł — każdy głośno użalał się, gdy Teodora szepnęła mu do ucha tajemne słowa. Podczas zwiedzania pewnego zamku pies kasztelanki dwa razy usiadł na środku sali i zawył — i zdenerwowana kasztelanka patrzyła z rosnącym niepokojem, nie rozumiejąc, co ten spokojny człowiek mówi jej psu.
W Berlinie i w Poczdamie
Gdy starsze siostry wychodziły za mąż, Teodora coraz częściej gościła na dworze Hohenzollernów. W Marmurowym Pałacu w Poczdamie mieszkała ze swoją wychowawczynią w skrzydle, gdzie rezydowali mali książęta: Wilhelm, Fritz, Adalbert — a potem małe niemowlę Auwi, czyli August Wilhelm, który łapał każdego za uszy i tak porządnie potrząsał, że roztrzepywał mu włosy.
Berlin był dla Teodory ciężarem. Wszędzie kłaniano się jej — przechodnie, żołnierze, dworzanie. Ona musiała odpowiadać na każdy ukłon. „Jestem taka zmęczona" — skarżyła się. „Od tego odpowiadania na ukłony bolą mnie plecy." Ale małym ulicznikom, którzy stawali na baczność z własnej woli, odpowiadała z osobliwą radością: „Inni myślą, że muszą się kłaniać — ci robią to, bo chcą." To zdanie doskonale streszcza Teodorę: umiała odróżnić ceremoniał od serca.
W Dreźnie natomiast toczyło się bogatsze życie. Mieszkano najpierw w apartamencie, potem w willi. Wagemann zarządzała „apanażem" księżniczki i zapraszała wybitnych uczonych na wykłady. Profesor Sophus Ruge, ówczesny przewodniczący Niemieckiego Towarzystwa Geofizycznego, wygłosił dla Teodory dwanaście wykładów z prahistorii, geologii, historii zamków i wynalazków. Teodora słuchała z zapałem. Uczyła się też języków — po niemiecku, po angielsku, po duńsku, po francusku. Ten ostatni był jej szczególnie bliski przez podróże z cioteczną babką księżniczką Amalią.
Rozstanie
Gdy edukacja księżniczki dobiegła końca, Wagemann sama poprosiła o zwolnienie. Wiedziała, że musi odejść, jeśli chcą pozostać naprawdę bliskie. „Musimy się rozdzielić, żeby pozostać wewnętrznie połączone" — powiedziała. Teodora czuła się, „jakby się ziemia pod nią zawaliła". Wagemann odebrała od niej dwa przyrzeczenia: nigdy nie skieruje broni przeciw żywej zwierzynie, i natychmiast zamknie złą książkę, gdy ją rozpozna. Obu przyrzeczeń Teodora, jak się wydaje, dotrzymała.
Przed odjazdem cesarzowa powiedziała, że cesarz osobiście porozmawiał z Teodorą i orzekł, że zdumiony jest tym, jak gruntownie i wszechstronnie była wykształcona jego szwagierka. Wagemann ucieszyła się szczerze — jej praca była łataniem: lekcje w pociągach, opisy podróżowanych krajobrazów zamiast podręczników, rozmaite języki podawane mimochodem. A jednak coś z tego zostało.
III. Zamek Gravenstein — duchowy dom
Wśród kilku majątków, które rodzina Augustenburgów odzyskała po ugodzie z Prusami, był zamek Gravenstein nad Zatoką Flensburską — i to właśnie on stał się miejscem, do którego Teodora wracała przez całe życie najchętniej. Nie Przemków, gdzie stała oficyna naprzeciwko Nowego Zamku. Nie Bornstedt koło Poczdamu, gdzie mieszkała przez ostatnie lata. Gravenstein — biały zamek nad wodą, otoczony lasami bukowymi, na duńskiej granicy świata.
Gdy rodzina po raz pierwszy wróciła do Gravenstein, ludność przywitała ich entuzjastycznie. „Ze wszystkich stron sypały się róże" — wspominała Wagemann. Zamek był przez lata zamknięty i trzeba go było od nowa urządzić. Prości ludzie mówili tu po duńsku — i to właśnie jest szczegół, który wiele mówi o tej rodzinie: wszyscy Augustenburgowie mówili po duńsku płynnie. Augusta Wiktoria, przyszła cesarzowa Niemiec, i jej rodzeństwo posługiwali się tym językiem jak kodem, gdy chcieli rozmawiać między sobą bez obawy, że ktoś ich zrozumie. Ten język łączył ich z ojcowizną, której nie mieli prawa odzyskać.
Dla Teodory Gravenstein był miejscem, gdzie wolność przybierała kształt konkretny: biały zamek nad wodą, łabędzie, mewy, buczyny. Opisała go w wierszu, który znaleziono w jej spuściźnie:
Śpiący zamek
Zamek oczy swe zamknął,
W oparach wspomnień tonie.
Milczy wiatr w przestworzach,
Gdzie obłok nieruchomy płonie.
Cisza spływa z nieba,
Zaczarowane liście na drzewie.
Spogląda w bezgłośnym spokoju
Biało lśniący kwiat w marzeniu.
A nad ciemną tonią wody
Głosy wspomnień płyną w cieniu,
Tak cicho z oddali lasu,
Jak ptaka wieczorna pieśń w ukojeniu.
O śpij — śpijże dalej,
Wspomnień twych wieczny druh,
Otulony swym lasem,
Biały, kochany zamek — duch.
W wierszu „Mój dom ojcowski" wzmacniała obraz zamku przez czterokrotne powtórzenie bieli — biały zamek, białe łabędzie, białe mewy, białe chmury:
Pomiędzy szepczącymi lasami bukowymi,
pomiędzy falującymi polami zbóż,
pomiędzy jeziorami, tymi skrytymi, czystymi. —
Dzikie kaczki mieszkają w szuwarach stadami, —
Leży on — ten biały zamek. —
Białe łabędzie przepływają obok.
Białe mewy latają nad nim.
Białe chmury rosną w błękicie,
głęboko w wodę chcą one patrzeć —
pozdrawiają stary zamek.
Białe jest tu nie tyle barwą, ile uczuciem: czystości, odległości, czegoś trudno dostępnego, co jednak można zobaczyć i zapamiętać. Gravenstein był dla Teodory tym, czym dla każdego człowieka jest wspomnienie domu, do którego nie można wrócić.
Do posiadłości rodziny należały też zamek Augustenburg i zamek Sonderburg na wyspie Alsen. Zamek Augustenburg — rodowa siedziba Augustenburgów — służył jako seminarium nauczycielskie i nie był zamieszkany. Ale do Gravenstein Teodora wracała zawsze, gdy tylko mogła — latem, na krótkie tygodnie, które napełniały ją siłą na resztę roku.
Podróż z księżniczką Amalią
Jednym z najbardziej formujących doświadczeń młodej Teodory była jedenastomiesięczna podróż z cioteczną babką, księżniczką Szlezwika-Holsztynu Amalią. Amalia, siostra ojca Teodory, żyła od lat u stóp Pirenejów w Pau w Bearnii — kobieta doświadczona, dużo podróżująca, znająca świat. Przez wiele lat przed śmiercią ojca Teodory opiekowała się dziećmi pod jego nieobecność.
Podróż prowadziła przez Szwajcarię, północne Włochy, Paryż (gdzie Teodora zobaczyła Wystawę Światową), Biarritz nad Zatoką Biskajską i wreszcie do Pau w południowej Francji. Jedenaście miesięcy nieustannej wędrówki. Wiele słońca, inne krajobrazy, inny rytm życia. I nagle, wśród tego wszystkiego, Teodora wyznała wychowawczyni: „Niebieskie, wiecznie pogodne niebo i wiecznie uśmiechnięte słońce już mi zbrzydły. Tęsknię za burzą i ciężkimi, ciemnymi chmurami."
To jedno zdanie mówi nam więcej o Teodorze niż niejeden rozdział historycznej biografii. Kobieta, która przez całe życie tęskniła za burzą — bo jej poetycka dusza żyła nie w jasności, lecz na krawędzi między światłem a ciemnością. Tęsknota za ojczyzną, za Szlezwikiem i Holsztynem, za Gravenstein — była rodzajem bólu, który ją napędzał.
IV. Buntowniczka w koronie
Teodora była przeciwieństwem swojej cesarskiej siostry. Podczas gdy Augusta Wiktoria ceniona była za przysłowiowe „trzy K" — Kirche, Kinder und Küche (kościół, dzieci i kuchnia) — Teodora szła własną drogą: była wykształcona, pisała powieści i opowiadania o tematyce społecznej, tworzyła poezje, grała na instrumentach, oddawała się malarstwu.
Proboszcz Simon z Bornstedt, który znał ją przez ostatnie lata jej życia, zostawił taki portret: „Była bardzo powściągliwa i początkowo niemal skryta; dopiero po trzech latach nieco sztywnych kontaktów otwierała się coraz bardziej, a potem niezmiennie zachowywała wierność, zupełnie niewzruszoną, niechby ludzie mówili, co chcieli. Etykieta dworska była jej gruntownie nienawistna, tylko niechętnie i pod przymusem brała udział w uroczystościach dworskich, które wydawały jej się kłamliwymi pozorami i tylko zabierały jej czas. Szło to tak daleko, że nie lubiła nawet parku Sanssouci, lecz najchętniej przechadzała się w Katharinenholz i w Nedlitz."
Tajny radca Max Lehrs, jeden z jej przyjaciół, scharakteryzował ją krótko: „Była księżniczką ducha i — co mówi jeszcze więcej — księżniczką serca." Księżna Wiktoria Luiza, córka ostatniej cesarzowej, wspominała ją jako swoją ulubioną ciotkę i dodawała: „Była naprawdę wyjątkowym człowiekiem, który całkowicie oddawał się pomaganiu innym i służeniu im radą."
Ciocia Feo — jak czule nazywano Teodorę — czuła się równie dobrze w skromnych chatkach, jak i w rodzinnym pałacu. Wraz ze swoimi siostrami odwiedzała biednych, chorych i potrzebujących, przynosząc im dary. W 1908 roku, gdy obdarowywano ubogą ludność Przemkowa, księżna Teodora osobiście poleciła obdarować dużą liczbę starszych ludzi i biednych dzieci. Honoraria za swoje książki przekazywała potrzebującym.
Plotki o ewentualnym zamążpójściu Teodory powracały raz po raz. Pewien młody książę miał z powodu nieszczęśliwej miłości do niej porzucić wojskowy mundur i zamierzał zostać duchownym. Opowiadano, że książę Bułgarii Ferdynand zabiegał o jej rękę — małżeństwo, które uczyniłoby go szwagrem cesarza Niemiec. W Dreźnie chodziły słuchy o możliwym związku z księciem Maksymilianem Saksońskim — aż tu okazało się, że różnice wyznań (on był katolikiem, ona ewangeliczką) czynią to niemożliwym.
Teodora jednak pozostała niezamężna do końca życia — jedyna spośród czterech sióstr. Wagemann, która znała ją najlepiej, twierdziła, że Feo miała „za zdrowe i dumne usposobienie" na nieszczęśliwą miłość i że sama z własnej woli nigdy nie zdecydowałaby się na małżeństwo nierówne stanowi — nie z dumy, lecz z obserwacji tego, jak takie związki kończą w przypadku arystokracji. Chciała być wolna. I była, na tyle, na ile księżniczka może być wolna.
W 1891 roku przeżyła jeden z ważniejszych momentów duchowych: konfirmację w Dreźnie w trzeci dzień świąt wielkanocnych. Dokonał jej wieloletni duszpasterz rodziny, dr Dibelius. Na uroczystości osobiście była obecna cesarzowa — siostra czuwała nad siostrą, jak zawsze.
V. Artystka serca — pędzel i malarstwo
Talent artystyczny Teodory ujawnił się wcześnie. Już jako małe dziecko ilustrowała wszystko, co przeczytała i wiele z tego, co przeżyła. Wagemann zauważyła, że wszystkie narysowane przez nią postacie są szczupłe i mają duże oczy — zupełnie jak ona sama. Malowała też pastele, akwarele, ozdobniki do książek.
W Dreźnie, dokąd przeniosła się z matką po śmierci ojca, zanurzyła się w nauce malarstwa z pełnym zapałem. Podróże do Włoch i letniska w szlezwicko-holsztyńskich zamkach przerywały drezdeńską edukację, ale to właśnie te wędrówki — przez włoskie słońce i zimne bałtyckie wiatry — kształtowały jej wrażliwość.
Przez pewien czas pozostawała pod wpływem malarza Heinricha Hofmanna. Ku jego zmartwieniu porzuciła jednak stopniowo jego idealny świat skończonej piękności i skierowała się ku realności, ku temu, co żywe i nieposkromione. Kulminacją jej artystycznej drogi była współpraca z Fritzem Mackensenem z Worpswede — malarzem, współzałożycielem słynnej kolonii artystycznej pod Bremą. To on stał się jej artystycznym mentorem. Jej pobyt w Worpswede w 1899 roku jest udokumentowany: zapisała się nawet w kronice tamtejszego Stowarzyszenia Strzeleckiego.
Pod wpływem Worpswede stworzyła jedno ze swoich najważniejszych płócien: głowę „Latającego Holendra" z przerytymi bólem rysami, zatytułowaną „Trwale utracone zdrowie". Gdy Wagemann pokazała fotografię tego obrazu pewnemu handlarzowi dziełami sztuki w Nowym Jorku, ten wykrzyknął: „To wykluczone, że kobieta, a przede wszystkim młoda dama mogła stworzyć coś tak pełnego energii."
Do kręgu przyjaciół z Worpswede należał Heinrich Vogeler — malarz o społeczno-demokratycznych poglądach, ilustrujący jej późniejsze utwory literackie. Z nim łączyła Teodorę głęboka przyjaźń artystyczna, oparta na wspólnym patrzeniu na świat: od dołu, oczyma prostego człowieka.
Muzyka i Bayreuth
Muzyka była dla Teodory równie ważna jak malarstwo. Wagemann odkryła jej talent głosowy niemal przez przypadek — śpiewała fałszywie, bo nikt jej dotąd nie uczył. Lekcje szybko ujawniły miękki, ujmujący alt, który — według Wagemann — „w połączeniu z głęboko przeżywaną recytacją wiele osób wzruszał".
Ten głos zawiódł ją do Bayreuth. Teodora nawiązała kontakty z Wagnerami — z Cosimą i Zygfrydem — i z Janem Wolzogenem. Przez pewien czas była pod silnym urokiem tego środowiska. Wagemann pisała, że „przez szereg lat była pod urokiem Bayreuth" i że to właśnie stamtąd pochodzi obraz „Latającego Holendra". Wagner i Worpswede — dwie siły, które kształtowały jej sztukę: dramatyczna i naturalistyczna zarazem.
Jej własna twórczość zarówno plastyczna, jak i literacka pozostawała w napięciu wobec gustów jej szwagra, cesarza Wilhelma II, który popierał sztukę akademicką i tradycyjną. Teodora szła w przeciwnym kierunku — w stronę naturalizmu, prostego człowieka, prawdziwego krajobrazu. Był to jej cichy bunt.
VI. Tajemnica pseudonimu F. Hugin
Teodora doskonale wiedziała, że jej cesarski szwagier Wilhelm II pewnie zabroniłby jej wydawania utworów krytycznie ukazujących stosunki społeczne — albo przynajmniej naraziłaby się na gniew dworu. Wybrała więc pseudonim: F. Hugin.
Hugin i Munin to kruki znane z germańskich sag — siedzą na ramieniu Odyna i mówią mu szczerą prawdę o ludziach. Samo słowo „Hugin" pochodzi ze staronordyckiego „hugi" — „myśl, sens". Skrót F. oznaczał Feodorę. Tak księżniczka stała się myślą, głosem prawdy, który leci przed oblicze boga i mówi mu, co widzi w świecie. Bez wątku, bez ozdóbki. Tak jak kruk.
Był jeszcze drugi powód pseudonimu: Teodora nie chciała od razu być zaklasyfikowana jako „księżniczka dyletantka". Pragnęła, by jej dzieła oceniano jako literaturę — nie jako ozdobnik rodowej biblioteki. Profesor Adolf Bartels, który jako jeden z pierwszych pisał o F. Hugin, przyznał jej to: „Dzięki swemu szczeremu stosunkowi do natury wyróżnia się dama pisząca pod pseudonimem F. Hugin, która urodziła się 3 lipca 1874 r. w Przemkowie na Śląsku."
W wydaniu jej pośmiertnych wierszy w 1910 roku pojawia się wzmianka, że jej siostrzeniec, książę August Wilhelm Pruski, miał duży udział w tej publikacji. To on jest autorem wstępu, z którego pochodzi jeden z najpiękniejszych opisów księżniczki: „Była zawsze delikatnym dzieckiem o południowej cerze i dużych, cudownie głębokich ciemnych oczach."
Gustav Frenssen — mentor i pośrednik
Decydującą rolę w karierze literackiej Teodory odegrał Gustav Frenssen — jeden z najpoczytniejszych pisarzy swojego czasu, autor bestsellerowej powieści Jörn Uhl. To on przeczytał rękopis „Hahn Berty" i zrecenzował go w korespondencji. To on pośredniczył w kontakcie z wydawcą G. Grote w Berlinie, który odtąd wydawał książki Teodory. Zachowały się trzy pocztówki, które Teodora wysyłała do Frenssena. Wiele mówią o jej sposobie pracy:
„Nie jestem niewdzięczna, drogi panie Frenssen, lecz wciąż czuję się marnie. Mam jednak nadzieję, że teraz idzie ku lepszemu i mogę wreszcie wysłać do Pana mój długi list."
„Najserdeczniejsze pozdrowienia! Wreszcie znów jestem w domu. Jeśli dołączone zmiany Panu się spodobają, proszę wysłać je bezpośrednio do Grotego. Chciałabym jednak, aby najpierw Pan do nich zajrzał, ponieważ wciąż nie jestem ich do końca pewna. Szczególnie samo zakończenie wydaje mi się zbyt konwencjonalne."
„Diederichs, po tym jak odbyłam z nim bardzo interesującą rozmowę wyjaśniającą, w końcu odesłał moje wiersze. Czy mam je wysłać bezpośrednio do Grotego? Jestem ciekawa, czy coś z tego wyjdzie..."
Te trzy kartki odsłaniają pisarkę przy robocie: niepewną, dociekliwą, rozmawiającą z wydawcami, szukającą zakończenia, które nie będzie „zbyt konwencjonalne". Nie księżniczkę rozdającą łaski. Pisarkę walczącą o swój tekst.
VII. Opowieść o pisarce — jej dzieła
Teodora późno doszła do własnych prac literackich — dopiero malarstwo, potem muzyka, a literatura była trzecia. Choroba przyśpieszyła ten zwrot: kiedy słabnące zdrowie uniemożliwiło jej stanie przy sztalugach, zwróciła się ku pisaniu, które można uprawiać siedząc, nawet leżąc. Ale piszący, który jest już malarzem, zostawia w prozie ślady — obraz po obrazie, detal po detalu, kolor powietrza i kształt milczenia.
„Las" — debiut (1904)
Pierwszy zbiór czterech opowiadań, Las (Wald), ukazał się w 1904 roku nakładem wydawnictwa Martin Warneck w Berlinie. Księżna sama zaprojektowała ozdobniki graficzne. Cztery części nosiły tytuły: Las jodłowy, Las bukowy, Las górski i Las sosnowy.
W Lesie jodłowym — zatytułowanym „Baśń" — Teodora sięga po motyw Śpiącej Królewny, lecz go przewraca. Śpiąca Królewna wychodzi nocą z białego zamku ojca do lasu i doświadcza natury. Może rozmawiać ze zwierzętami — ale one nie chcą pozwolić jej wrócić do zamku. Dopiero gdy zaśpiewa swoją małą bożonarodzeniową pieśń, ojciec ją odnajduje. Przesłanie jest jasne: kto nie kocha natury, ten nie wejdzie do świętej krainy. Można w tej baśni zobaczyć małą Teodorę w Przemkowie — dziecko, które w lesie czuło się lepiej niż w pałacowych komnatach.
Las bukowy to historia Asmusa Erichsena, trzynastoletniego chłopca z północnych Niemiec, którego ojciec zabiera do Berlina. Miasto jest wrogiem: „i znowu ludzie — rzesze ludzi — na czoło chłopca występuje pot gruby ze strachu." Asmus zdrowieje dopiero w wiejskiej chatce, w znajomym środowisku. To nie tylko sentymentalizm — to program artystyczny: natura uzdrawia, miasto niszczy.
Las sosnowy opowiada o Hermanie — „tym wiecznie brzydkim chłopaku, głupim chłopaku, bezużytecznym chłopaku" — synu biednego rolnika na Śląsku, wyśmiewanym przez wszystkich. Ratuje córkę sąsiada z płonącego domu i ginie w wyniku obrażeń. Piękno zrodzone z brzydoty, bohaterstwo z pogardy — to był śląski materiał, który Teodora znała z Przemkowa.
„Hahn Berta" — portret silnej kobiety (1907)
Najważniejszym opowiadaniem stała się Hahn Berta, wydana w 1907 roku. Akcja toczy się w śląskich lasach; bohaterowie mówią śląską gwarą. Wioska Fuchsgraben — a w niej Berta, córka zagrodnika Hahna.
„Było coś dzikiego w tej dziewczynie" — pisze Teodora. Berta jest silna, twarda, bezkompromisowa. Jej ojciec traci rozum po wielkim pożarze lasu; trafia do więzienia za kłusownictwo. Walter Stilke — uczciwy sąsiad — poślubia Bertę i pomaga jej. Ale Walter słabnie, pije, traci majątek. Berta pracuje jak zwierzę pociągowe: „Była człowiekiem bez wieczornego odpoczynku i niedzieli." Walter ginie w wypadku w lesie. I dopiero wtedy Berta zyskuje siłę, by wziąć życie na własne barki:
„Berta Hahn patrzyła prosto przed siebie. Nie chciała zerkać na boki i lękać się nędzy. Czarna nędza wciąż czaiła się przy drodze. Ale swoimi dwiema silnymi pięściami stała się jej panią... Ale nie została złamana."
Rodzina Hahn z kłusownikami w tle nie była wymysłem — była z Przemkowa. Wagemann wspominała, że w okolicach Przemkowa istniała wioska Studzianka, pierwotnie zwana „Armeebrunnen", zamieszkana przez potomków żołnierzy z Wojny Trzydziestoletniej. „W rodzinie Hahn wszyscy mężczyźni byli kłusownikami" — pisała — „i z tej rodziny księżna Feo wzięła bohaterkę do swojej książki «Hahn Berta»." To szczegół, którego nie ma w żadnym opracowaniu naukowym. Przemków jest wewnątrz tej książki, ukryty pod fałszywą nazwą wioski.
„Przez mgłę" — powieść rybacka (1908)
Powieść Durch den Nebel (Przez mgłę) ukazała się w 1908 roku z ilustracjami Heinricha Vogelera. Opatrzona jest dedykacją: „Pamięci mojego ojca" — księcia Fryderyka VIII, który umarł, gdy Teodora miała pięć lat.
Lars Asmussen dorasta nad zatoką holsztyńską. Jego ojciec umiera zbyt wcześnie; dziadek, stary rybak Klaas, uczy go morza. Lars próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie, który mu nie ułatwia — miasto go przeraża, praca w stoczni go wciąga, miłość go mija. Trina, jego żona, zapada na tyfus i wraca zmieniona. Kooperatywa rybacka, którą zakłada, bankrutuje. Lars ginie w zimowym połowie, wyśliznąwszy się na oblodzonych deskach.
Ale ostatnie słowa powieści są inne: „To nie było na próżno, wszystko, zupełnie wszystko, z całą pewnością." Tak kończy się opowieść o rybaku, który próbował i przegrał — ale nie na próżno. Teodora rozumiała, że praca i wysiłek mają wartość nawet wtedy, gdy efekt jest klęską. Nauczyła się tego od Przemkowa, od śląskich robotników, od kobiet bez niedzielnego odpoczynku.
„Wiersze" — pośmiertna spuścizna (1910)
W ostatnich latach życia Teodora nosiła się z zamiarem wydania tomu wierszy. Zbierała je latami — około dziewięćdziesięciu utworów w trzech księgach. Przedwczesna śmierć przeszkodziła. Tom ukazał się pośmiertnie w 1910 roku nakładem G. Grote w Berlinie. Profesor Adolf Bartels orzekł, że „wśród nich znajduje się szereg dzieł tak doskonałych, jakich niemiecka literatura w tym gatunku po raz drugi nie posiada." Porównał Teodorę do Annette von Droste-Hülshoff — największej poetki niemieckiej. Obie łączyły bliski stosunek do natury i buntowniczy pęd ku wyżynom i wolności.
VIII. Głos księżniczki — jej wiersze
Teodora była poetką rozległych, spowitych w półmroku horyzontów. Jej wiersze pełne są obrazów natury, w których światło i powietrze są równie ważne co otaczające je przedmioty. Wiersz „Poranek" przynosi krajobraz jej ukochanej szlezwicko-holsztyńskiej ojczyzny:
─────────────────────────────────────────────
Poranek (fragment)
Łagodnym, miękko rozmytym błękitem
otacza niebo dookoła świat,
jesiennie złoty świat.
Daleko, daleko w pachnącą ojczyzną krainę
wnika swobodnie mój wzrok.
A złote pole goni za polem.
Tylko z bardzo daleka słychać głosy żniwiarzy,
poza tym powietrze jest tak święcie ciche.
─────────────────────────────────────────────
Ale spośród wszystkich wierszy to właśnie Sokół jest najbardziej osobistym wyznaniem. Opisuje uwięzionego ptaka — ale każdy, kto zna historię Teodory, wie, że ten ptak to ona sama:
─────────────────────────────────────────────
Sokół
Zatrzymaj się, o sokole, zaczekaj!
Dałam ci wolność —
teraz użycz swych skrzydeł
choć ten jeden raz i mnie.
Również w moim sercu płonie
gorąca udręka tęsknoty.
O, użycz mi swych skrzydeł,
o, ten jeden, jedyny raz!
I ja jestem twardo spętana
i spoglądam w górę z tęsknotą,
o, pozwól mi choć raz poszybować
razem z tobą w swobodnym locie!
Lecz sokół poszybował wyżej
w pełnym majestatu spokoju.
W przestworzach widziałam, jak się unosi,
leciał ku słońcu.
─────────────────────────────────────────────
Dopełnieniem Sokoła jest wiersz Ptak drapieżny — ten, który dał tytuł pośmiertnej biografii prof. Leutholdra i który jest może najpełniejszym wyrazem jej duchowych pragnień:
─────────────────────────────────────────────
Ptak drapieżny
Skąpany w złocistych przestworzach,
nieopisanych błękitnych woniach —
kołysząc się i tuląc
do mamiących podmuchów.
Wznosząc się i prąc
w lśniące wyżyny.
Daleko ponad krainami,
mija chmury zwycięsko białe. —
Bez granic, wielka jak światy
żyje w sercu twym żądza.
Najwyższe szczęście:
Najdalsze wyżyny.
Nieś moje serce ku słońcu,
gdzie wieją twoje wiatry!
─────────────────────────────────────────────
Wiersz Stań się przynosi tęsknotę za wolnością i zakorzenieniem jednocześnie — paradoks, z którym Teodora żyła przez całe życie:
─────────────────────────────────────────────
Stań się
Chciałabym rozpostrzeć ramiona
w ten wielki błękit
i chciałabym unosić się i szybować
przez czysty, promienny blask.
Chciałabym chwycić się ziemi,
tej rdzennej pra-matczynej gleby,
i nigdy, przenigdy jej nie puszczać,
póki nie uzdrowi się moja najgłębsza istota.
I dzika jak krzyk mewy,
i wolna jak radosny wiatr,
i wielka jak słona toń, i samotna,
tak, Ojczyzno, ukształtuj swe dziecię!
─────────────────────────────────────────────
W późnych wierszach z Trzeciej księgi pojawiają się ciemniejsze barwy. Krzyk! to wiersz o uwięzieniu w chorobie i marzeniu o wolności:
─────────────────────────────────────────────
Krzyk!
Przytulona do ciepłego zbocza wrzosowiska,
kołysana przez wiatr w sosnach,
podsłuchiwałam szeptu słońca za pniem,
i szumu przelatującego głuszca.
Chciałabym jak lis mknąć przez gęstwinę leśną,
przed każdym ludzkim głosem uciekać w mrok
i nie być przykutą do jednolitości,
wolna jak myszołów szybować, radosna i wolna!
─────────────────────────────────────────────
A wiersz Po ciężkiej chorobie — jeden z ostatnich — kończy się obrazem motyla z ołowianymi skrzydłami, który przegapił swoje lato:
─────────────────────────────────────────────
Po ciężkiej chorobie (fragment)
Słońce jest blade, a wiatr tak mroźny,
Dni rozkoszy minęły już.
Leci tak marny motyl przez pola,
Lot jego żmudny, skrzydła jak głaz. —
Czy przegapiłeś letni swój dzień?
Ciągnie cię słońce wciąż w swoją sień?
Biedny motylu, nie odnajdziemy
naszego słońca straconego blask.
─────────────────────────────────────────────
Pisze się czasem, że wiersze Teodory są „przesadzone" i „nieaktualne". To nie jest fair ocena. Wiersze te są bezpośrednim zapisem chorego ciała i wolnej duszy — pisane przez kobietę przykutą do fotela na kółkach, która w słowach szybowała, bo inaczej nie mogła. Profesor Bartels widział to inaczej: znalazł w nich poezję ludową w najszlachetniejszym sensie — prostą, bolącą i prawdziwą.
Ballada Wdowa po rybaku, zaledwie sześć wersów, zrobiła na Bartelsie szczególne wrażenie:
─────────────────────────────────────────────
Wdowa po rybaku (fragment)
W górze leci mewa, jak leciała dawniej.
Zmęczone są ramiona, a morze wzbiera.
Jakże lekko przecież prowadził on wiosła
tymi spokojnymi dłońmi, którymi już nie poruszy.
Wiosła, wiosła, ciągnijcie, jak ciągnęły dawniej —
w górze leci mewa, jak leciała dawniej.
─────────────────────────────────────────────
„Brzmią jak najpotężniejsza poezja ludowa" — ocenił Bartels. Trudno się z nim nie zgodzić.
IX. Życie na cesarskim dworze i w cieniu siostry
Po śmierci matki, 25 stycznia 1900 roku, świat Teodory załamał się jak tafla lodu. Księżna Adelajda umierała długo i źle — choroba nerwów, stany lękowe, kilkakrotne zmiany miejsca zamieszkania w ciągu roku, mrok psychicznej niestabilności. Augusta Wiktoria i Karolina Matylda cierpliwie znosiły wszystkie kaprysy matki, uspokajały personel, trwały. Teodora była przy niej do końca.
Po pogrzebie — który odbył się w Przemkowie — cesarski szwagier Wilhelm II wyznaczył Teodorze nowe miejsce zamieszkania. Były dwie możliwości: zamek Przemków, gdzie mieszkał brat Ernest Günther z żoną Dorotą, lub dobra koronne Bornstedt koło Poczdamu. Współżycie z bratem i jego małżonką nie układało się najłatwiej. Cesarzowa Augusta Wiktoria, zawsze troskliwa siostra, namówiła cesarza, by oddał Teodorze dwór w Bornstedt — tuż obok Nowego Pałacu, gdzie mieszkała rodzina cesarska.
Tak więc Teodora zamieszkała w Bornstedt. Budynek — dawniej zamieszkany przez cesarza Fryderyka jako następcę tronu — przebudowano i urządzono pod jej kierunkiem. Wybierała wszystko sama, nawet do kuchni i spiżarni. Cesarzowa przysyłała codziennie kwiaty. Był to zachwycający dom w parku, a przez park szło się prosto do Nowego Pałacu.
Bornstedt stało się centrum jej późnego życia. Bywali tu siostrzeńcy i siostrzenice z rodziny cesarskiej — i Teodora w naturalny sposób stała się doradczynią i „wiernym towarzyszem" dla młodszego pokolenia. Bywali tu malarze i pisarze — Frenssen, Sohnrey, Bartels. Tu malowała, tu pisała, tu przyjmowała gości. Nie lubiła jednak parku Sanssouci — wolała spacerować w Katharinenholz i w Nedlitz, z dala od dworskich ostentacji.
Teodora bywała na dworze miarowo, ale niechętnie. Uczestniczyła w uroczystościach tylko gdy cesarzowa nalegała. „To jest zawsze to samo" — mówiła. W berlińskich kręgach dworskich mało ją znano; plotkowano, że jest bardzo chorowita, albo nieszczęśliwie zakochana. Żadne z tych wyjaśnień nie było chyba prawdziwe.
Wśród udokumentowanych wizyt: w 1894 roku — dłuższy pobyt na zamku Przemków; w 1902 roku — ona pierwsza witała cesarzową przybyłą z wizytą do Przemkowa; tego samego dnia w kościele ewangelickim odprawiono nabożeństwo wspominkowe za ojca, w którym uczestniczyli cesarzowa, Ernest Günther i Teodora. Była też podróż do Szkocji (1901), wyjazd na wesele do Koburga (1898), dwugodzinna przejażdżka powozem przez las bukowy przemkowski z całą cesarską rodziną (1902).
X. Gdy nogi odmówiły posłuszeństwa — lata choroby
Rok 1906 przyniósł przełom. Podczas pobytu na południu Niemiec księżna Teodora zachorowała ciężko na tyfus połączony z niebezpieczną zakrzepicą. Przez długi czas przebywała na rekonwalescencji w Hochfelden koło Achern w Badenii, w dobrach rodziny barona Röder von Diersburg — tych samych, których baronowa Ida Roeder von Diersburg była jej damą dworu przez całe dorosłe życie.
W październiku 1906 roku prasa doniosła z ulgą: „Jej Wysokość Teodora księżna Szlezwika-Holsztynu po całkowitym wyzdrowieniu przybyła na zamek Grünholz." Lecz wyzdrowienie okazało się złudne. Tyfus nigdy nie został wyleczony do końca. Choroba pozostawiła trwały ślad w układzie nerwowym.
Od tamtej chwili Teodora stopniowo traciła zdolność poruszania się. Od 1908 roku cierpiała na zapalenie nerwu kulszowego, które silnie ograniczyło jej sprawność. Już w styczniu 1909 roku, podczas wizyty siostrzenic z Glücksburga, z trudem poruszała lewą nogą i prawym ramieniem. Wiosną tego roku wyjechała na kurację do Montreux. Bez poprawy. We wrześniu — do Frankfurtu nad Menem.
Lekarz dr Lampe stwierdził silne niedożywienie, chorobę nerwu kulszowego i nerwów obwodowych, „które uniemożliwiały chodzenie, a nawet spokojne stanie". Terapia: ćwiczenia gimnastyczne, elektryczne kąpiele stóp, unikanie wzruszeń. Po tygodniach leczenia — mały postęp: „wspierana z obu stron, mogła przejść krótkie odcinki". Siostrzeniec August Wilhelm pisał do Ciotki Calmy z Frankfurtu: „Odwiedziłem wczoraj ciocię Feo, zastałem ją w znacznie lepszym stanie, lekarz bardzo z niej zadowolony."
Historyczka Johanna Lemke-Prediger sugerowała, że być może chodziło o cukrzycę — do przewlekłej choroby nóg dołączyła choroba serca. Ówczesna medycyna ledwo rozumiała te stany. Leczenie było niemal bezsilne.
Mimo to Teodora nigdy się nie poddała. Grała na instrumentach, komponowała, malowała i pisała wiersze, opowiadania i powieść. Na fotelu na kółkach przyjmowała gości i pisała listy do siostrzenic. Na wózku inwalidzkim pojechała w 1909 roku do Coburga, gdzie starsza siostrzenica Wiktoria Adelajda była żoną księcia Karola Edwarda. W jej ostatnim liście do Calmy widać pełne ciepło i empatię — nie narzekała na własne cierpienie, pytała o innych.
Były w jej twórczości dwa wiersze, które najlepiej pokazują, co choroba z nią zrobiła. Pierwszy — „Krzyk!" — pisała, gdy jeszcze pragnęła ruchu:
Chciałabym jak lis mknąć przez gęstwinę leśną, przed każdym ludzkim głosem uciekać w mrok i głęboko w istotę chłonąć wszerz i wzdłuż wokół siły i wspaniałość i nie być przykutą do jednolitości, wolna jak myszołów szybować, radosna i wolna!
A potem — „Po ciężkiej chorobie" — gdy śmierć była już blisko:
Słońce jest blade, a wiatr tak mroźny, Dni rozkoszy minęły już. Leci tak marny motyl przez pola, żmudny lot, skrzydła jak głaz! – Czy przegapiłeś letni swój dzień? Wciąż jeszcze do słońca tęsknie mkniesz? Biedny motylu, nie odnajdziemy naszego słońca straconego blask.
Pomiędzy tymi dwoma wierszami — kilka lat życia, które zabrała choroba.
XI. Ostatni wyjazd — ku Badenii
Był maj 1910 roku. Teodora — chora, ale w lepszym nastroju niż od lat — wyruszyła z Frankfurtu w kierunku Włoch w towarzystwie pary książęcej z Gothy, z którą łączyły ją więzi pokrewieństwa i przyjaźni. Wiosną przez całe dnie nie odczuwała bólu. Cesarzowa Augusta Wiktoria, jak zawsze troskliwa, zadbała o wagon salonowy, by siostra mogła podróżować wygodnie i bez dodatkowych kosztów.
Po powrocie z Włoch Teodora nie mogła się powstrzymać — musiała wstąpić do Schwarzwaldu. Pojechała do Obersasbach w Badenii, do willi „Villa Hochfeld", którą zamieszkiwała baronowa von Röder — ta sama, u której leżała chora przed czterema laty, ta sama, której dom był dla niej miejscem prawie domowym.
I tam, w Obersasbach, powiedziała słowa, które zapamiętano: „Tutaj cztery lata temu zachorowałam, tutaj też wyzdrowieję." Nie wyzdrowiała.
Pobyt zdawał się dobry. W poniedziałek 20 czerwca wieczorem przebywała kilkakrotnie w ogrodzie i parku willi. Rozmawiała z otoczeniem, spała bez szczególnych objawów. We wtorek 21 czerwca wstała o zwykłej porze. Po godzinie dziewiątej nagle poskarżyła się na złe samopoczucie. Straciła przytomność. Otoczenie sądziło, że to omdlenie. Wezwano telefonicznie dr. Schneidera z Achern. Przyjechał samochodem tuż przed dziesiątą.
Mógł jedynie stwierdzić zgon.
Wiadomość, która obiegła Europę
Lokalna gazeta „Acher- und Bühler Bote" relacjonowała wypadki dzień po dniu. Z jej kolumn wyłania się obraz żałoby rozległej i prawdziwej — nie dyplomatycznej, lecz ludzkiej:
W środę 22 czerwca o godzinie 4.35 rano na dworzec w Achern wjechał cesarski pociąg złożony z sześciu wagonów ciągniętych przez dwie lokomotywy. Cesarzowa Augusta Wiktoria zrezygnowała z corocznych regat w Kilonii. Przyjechała pożegnać siostrę. O siódmej rano — otwartym powozem przez miasto — pojechała do Obersasbach. W Willi Hochfeld ciało Teodory leżało pośród kwitnącego gaju kwiatów. „Rysy twarzy księżniczki są spokojne, wydaje się ona drzemać" — pisała gazeta.
W czwartek 23 czerwca do Achern przyjechał Wielki Książę Badenii Fryderyk. Karawan z czterema końmi okrytymi kirem wyruszył do kościoła w Sasbach, gdzie chór śpiewał pieśni żałobne. W kondukcie za trumną szedł pieszo brat Ernest Günther, a po jego bokach — Wielki Książę i książę August Wilhelm w mundurach.
W nocy z czwartku na piątek, o godzinie 2, pociąg specjalny wyruszył z Achern w kierunku Śląska. Przy trumnie jechał Ernest Günther. Zwłoki miały spocząć w Przemkowie — w miejscu urodzenia.
W piątek 25 czerwca wieczorem, przy dźwiękach dzwonów, trumna przybyła do Przemkowa i złożono ją w kaplicy dworskiej.
Pogrzeb w Przemkowie
Pogrzeb odbył się 27 czerwca 1910 roku. Otoczenie zamku i miasto przybrały żałobny wystrój. O godzinie 13.30 w kaplicy dworskiej odprawiono nabożeństwo żałobne. Cesarzowa, następczyni tronu i pozostałe damy pojechały powozami do kościoła ewangelickiego. Kondukt żałobny prowadzili hutnicy, urzędnicy książęcy, personel leśny i łowiecki oraz duchowieństwo.
Za trumną ozdobioną wieńcami szedł Ernest Günther, po jego prawej stronie książę Friedrich Leopold, po lewej Eitel Friedrich, następnie August Wilhelm, książę sasko-kobursko-gotski i wielu innych przedstawicieli panujących rodów. Superintendent Jensch wygłosił mowę żałobną. Potem żałobnicy odprowadzili ciało do krypty książęcej w kościele ewangelickim w Przemkowie.
Teodora spoczęła u boku swoich rodziców — tam, gdzie się urodziła.
Gdy w 1916 roku cesarzowa Augusta Wiktoria odwiedziła Przemków, weszła do krypty. Odwiedziła grób rodziców i grób siostry. Zostało to odnotowane w lokalnej prasie lakonicznie: „księżniczka Szlezwika-Holsztynu Teodora." Trzy słowa.
XII. Pamięć w kościele w Bornstedt
W kościele parafialnym w Bornstedt wisi obraz, który przez lata błędnie identyfikowano jako portret cesarzowej Augusty Wiktorii. W rzeczywistości jest to portret Teodory — wisi nad miejscem, gdzie regularnie siadała na kazaniach, w loży dworskiej, po stronie odwróconej od wiernych, nieco ukryty. Pochodzi ze spuścizny po cesarzowej i po wojnie trafił do dyspozycji parafii.
Wokół fotografii Teodory w centrum obrazu dokumentowane są najważniejsze miejsca jej życia: zamek Przemków, dwór Bornstedt i cmentarz w Przemkowie z datą śmierci 21 czerwca 1910 roku. Na wstędze ozdobionej białymi liliami wypisane są słowa:
Wciąż czuję jej bliskość, wciąż słyszę jej słowa.
I ach, w moim sercu jej miłość wciąż trwa.
Z nią radzę się co dzień w ciszy jak dawniej;
Jakże opłakiwać to, czego nigdy się nie straciło.
Proboszcz Simon, który duszpasterzował w Bornstedt w latach 1895–1910, pozostawił swojemu następcy charakterystykę Teodory z bezpośrednich obserwacji: „Była bardzo powściągliwa i początkowo niemal skryta; dopiero po trzech latach nieco sztywnych kontaktów otwierała się coraz bardziej... Etykieta dworska była jej gruntownie nienawistna. Miała bardzo subtelne zrozumienie dla natury, szczególnie dla lasu, jeziora, nieba i chmur, o czym świadczą jej bardzo piękne i doskonałe pod względem formy wiersze."
Simon od czasu do czasu towarzyszył Teodorze w podróżach — m. in. nad Jezioro Genewskie. Był jej bliski, bo był proboszczem bornstedzkiej parafii — a przez park od dworu do kościoła było zaledwie kilka minut spaceru. Przyszedł do niej na pożegnanie.
XIII. Nieśmiertelna księżniczka — historia czekolady FEODORA
Historia ta zaczyna się w Tangermünde — małym mieście nad Łabą w Altmarce — gdzie w 1825 roku Friedrich Theodor Meyer założył rafinerię cukru zatrudniającą sześciu robotników. Przez sto lat firma rosła. W 1904 roku wnukowie założyciela, Friedrich Theodor i Hermann Meyer, uruchomili przy cukrowni fabrykę czekolady. Rok 1910 — rok śmierci Teodory — był rokiem narodzin czekolady FEODORA.
Połączenie tych dat nie jest przypadkowe. Oto jak do tego doszło.
Proboszcz Johannes Simon z Bornstedt ożenił się z Elsbeth Meyer — córką właściciela fabryki Friedricha Hugo Meyera z Tangermünde. Księżna Teodora, regularnie słuchająca jego kazań, była mu bliska przez lata. Po jej śmierci — jak zapamiętała córka proboszcza — do domu Simonów przyjechał nagle brat jej matki, Hermann Meyer:
„Wkrótce po śmierci księżniczki Teodory pewnego dnia przyjechał do nas brat mojej matki, wujek Hermann z Tangermünde, który zarządzał fabryką czekolady, i oświadczył, że opracował zupełnie nową czekoladę, szczególnie wykwintną. Szukał dla niej dobrej nazwy i pytał, czy moi rodzice — proboszcz Simon i jego żona — dzięki swoim kontaktom z dworem mogliby uzyskać dla niego pozwolenie na nazwanie tej czekolady «Feodora». Mój ojciec napisał do gabinetu cesarzowej."
Cesarzowa Augusta Wiktoria wyraziła zgodę — pod warunkiem, że ona sama wybierze opakowanie. I wybrała osobiście: kolor (cesarska żółć), układ herbu Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga, skrzyżowane litery F. Córka proboszcza Simona wspomina: „Skrzyżowane litery F księżniczka miała na swoich sztućcach i na porcelanie. Podpis znajduje się pod jej fotografią, którą podarowała mojej matce. Na jarmarku bożonarodzeniowym w Poczdamie cesarzowa osobiście sprzedawała wówczas czekoladę FEODORA."
Tak reklama Teodory wyglądała przez pierwsze miesiące — w rękach jej siostrzenicy na jarmarku bożonarodzeniowym. Niedawno owdowiała cesarzowa sprzedawała czekoladę z podpisem siostry, którą straciła pół roku wcześniej. To nie był marketing. To była żałoba.
W 1927 roku siostrzeniec August Wilhelm Pruski — ten sam, który napisał wstęp do jej pośmiertnych wierszy — formalnie jeszcze raz zatwierdził prawo do używania imienia i herbu Teodory na opakowaniach.
Od 1949 roku czekoladę FEODORA produkuje firma FEODORA Chocolade GmbH & Co. KG w Bremie — i do dziś na każdym opakowaniu widnieje herb i podpis księżniczki. Na żółtym tle. Tak jak zarządziła cesarzowa.
W epoce zgiełku i reklamy przetrwał ten jeden ślad: podpis kobiety, która przed stu kilkudziesięciu laty nosiła w kieszeni wiersze i ukrywała je za pseudonimem, żeby ktoś je czytał — nie jako księżniczkę, lecz jako pisarkę. I teraz jest na czekoladowym sreberku. Jak cichy, słodki protest: jestem tu, jestem, nie zapomnijcie.
Epilog
Teodora umarła 21 czerwca 1910 roku. Miała trzydzieści sześć lat. Trzydzieści sześć — tyle, ile stron w niejednej krótkiej powieści. A jednak zdążyła.
Zdążyła urodzić się na wygnaniu i przeżyć to wygnanie z godnością. Zdążyła nauczyć się malować, śpiewać altem w Dreźnie, mówić w języku psów w Przemkowie. Zdążyła pojechać z księżniczką Amalią przez Szwajcarię i Włochy i Paryż, i wyznać wychowawczyni: „Tęsknię za burzą." Zdążyła ukryć swój głos za pseudonimem — kruk siedzący na ramieniu Odyna, mówiący mu szczerą prawdę — i napisać opowiadania o śląskich chłopakach, którzy ratują córki sąsiadów z ognia, i o rybackich wdowach, których ramiona są zmęczone, a mewy lecą dalej jak latały dawniej. Zdążyła napisać wiersze, które przetrwały ją o ponad sto lat i które brzmią zaskakująco żywo, zaskakująco blisko.
Pociąg cesarski przyjechał o 4.35 rano. Cesarzowa zrezygnowała z regat, żeby pożegnać siostrę. Pociąg miał sześć wagonów i dwie lokomotywy — jakby śmierć zasługiwała na większy splendor niż życie. A tymczasem Teodora całe swoje życie nosiła ten splendor cicho, w kieszeni, w zeszycie z wierszami, w liście do Frenssena, w którym pisała: „Chciałabym jednak, aby najpierw Pan do nich zajrzał, bo wciąż nie jestem ich do końca pewna."
Była księżniczką ducha i księżniczką serca. Przed śmiercią powiedziała: „Tutaj cztery lata temu zachorowałam, tutaj też wyzdrowieję." Wierzyła. To jest ważniejsze niż to, że się nie udało.
Na czekoladowych pudełkach wciąż widnieje jej herb i jej podpis. Tak niewielu z nas wie, czyj to podpis. Tak niewielu z nas wie, że kobieta, która go złożyła, przez lata jeździła na fotelu na kółkach i pisała wiersze o sokołach i tęsknocie — i że tego samego ranka, gdy umarła, ktoś spakował jej płótna, zamknął zeszyt z poezją i wywiózł wszystko do archiwum, gdzie czekało cierpliwie, aż ktoś zechce zapytać.
Pytam. I proszę, żebyś Ty też zapytał.
─────────────────────────────────────────────
„Również w moim sercu płonie / gorąca udręka tęsknoty."
— F. Hugin (Teodora, księżniczka Szlezwika-Holsztynu), wiersz „Sokół"
Wykaz źródeł i przypisów
[1] Gazeta „Illustrirte Zeitung", nr 1627, tom LXIII, z dnia 5 września 1874 roku.
[2] Johanna Lemke-Prediger, „Czekolada śląskiej księżniczki z Przemkowa", Zeszyty Eichendorffa, nr 54, 2016.
[3] Prof. Dieter Leuthold, „Księżniczka Feodora ze Szlezwiku-Holsztynu (1874–1910) — patronka czekolad FEODORA", Instytut Historii Przedsiębiorstw, Wyższa Szkoła w Bremie.
[4] Anna Wagemann, „Księżna Teodora. Wspomnienia z augustenburskiego i pruskiego dworu", wyd. Martin Warneck, Berlin 1932. Przekład: Eugeniusz Cipura.
[5] Prof. Adolf Bartels, „F. Hugin (Księżniczka Szlezwika-Holsztynu Teodora)", Miesięcznik „Die Heimat", Rocznik 22, Nr 1, styczeń 1912.
[6] Gazeta „Neuigkeits Welt Blatt", nr 141, z dnia 23 czerwca 1910 roku.
[7] Gazeta „Acher- und Bühler Bote", numery 138–142, 21–28 czerwca 1910 roku.
[8] Thomas Weiberg, „Księżniczka Teodora: Gonić za gwiazdami... Życie jako siostra niemieckiej cesarzowej", Wydawnictwo Berlin Story, 2008.
[9] Paul Lindenberg, „Książka cesarzowej Augusty Wiktorii". Przekład: Eugeniusz Cipura.
[10] Księżna Wiktoria Luiza, „Ein Leben als Tochter des Kaisers", Getynга 1965.
[11] Willi Hanke, „Bornstedt nahe bei Sanssouci. Geschichte der Evangelischen Kirchengemeinde Potsdam-Bornstedt", 2006.
[12] Gazeta „Schlesische Zeitung", rocznik 175, numery 818–819, z dnia 20 listopada 1916 roku.
[13] Thomas Weiberg j.w. — pobyt Teodory w Worpswede udokumentowany w Kronice Stowarzyszenia Strzeleckiego, 1899.
[14] Max Lehrs, „Gesammeltеs", Fryburg Bryzgowijski 1924 (w tym: „Prinzessin Feo", s. 120–130).
Opracowanie sporządzono na podstawie materiałów źródłowych: wycinków prasowych, artykułów historycznych, wspomnień i publikacji zgromadzonych w archiwum projektu Sekrety Przemkowa dotyczącym rodu książąt Szlezwika-Holsztynu i zamku Przemków oraz samego miasta Przemkowa.
