Przemkowska kocia muzyka
24.11.1848
W niedzielę miał się odbyć w Primkenau (Przemków) festyn ludowy. Na tak odległy festyn udali się z Książa konnym zaprzęgiem ze swoim kramem karczmarz Hans Flaschgold, rolnik Walter Rupp i dwóch pachołków jako ochrona przed zbójami. „Goniec” dotarł do ich opisu ekspedycji, a byli świadkami gorszących zajść i – jak napisali w sprawozdaniu złożonym na ręce sołtysa, a ten przekazał je właścicielowi wsi) – „ledwom co uszli ze życiem”. Książanie mieli zwyczajowe zaproszenia, które karczmarz otrzymał stamtąd od swojej rodziny. Na miejscu festynu pojawiły się też plakaty z rysunkiem czarnego kota i propozycją by uczestnicy mieli kieszenie pełne kamieni. Narastał bowiem sprzeciw wobec zachowań urzędników majętności tamtejszego barona Hansa Benedikta von Block-Bibrana, który był tolerowany przez możnych z Głogowa, bo ci mieli zagwarantowane możliwości polowań na terenach barona, ciągnących się aż do Przemkowa. Szczególnie znienawidzony był podskarbi Schmidt i inspektor Sannert. Wieczorem około godziny 20.00 rozpoczęły się na rynku przemkowskim rozruchy. Później określono je mianem ”Przemkowskiej kociej muzyki” („Primkenauer Katzenmusik”). Właśnie od tego kota z plakatów. Na wezwanie arystokraty, którego domenie niezidentyfikowani wichrzyciele przysporzyli strat (jego kramy na festynie zostały splądrowane i zniszczone) oraz „dobrego imienia”, do Przemkowa z garnizonu głogowskiego wymaszerowała kompania wojska. Tak to opisali Książanie: „Gdy tylko baron von Block - Bibran z Modlau (wieś Modły) dowiedział się o zamieszkach, wyprosił w Głogowie wojskową pomoc, która nadeszła po kilku dniach w postaci 70 - 100 żołnierzy. Chociaż ich przybycie nie było zapowiedziane, rozeszła się wiadomość o zbliżaniu się wojska i wielu Przemkowian zgromadziło się na górze Mhlberg i obserwowało stamtąd wkraczanie żołnierzy do miasta. Myśmy tam też byli, bo miejska straż nie puszczała z miasta nikogo, bo należeliśmy ponoć do wichrzycieli. Z naładowaną ostrą amunicją i opuszczoną jak do ataku bronią, pierwszy oddział wkroczył do miasta na rynek przed ratusz, w którym właśnie odbywało się posiedzenie rady miejskiej. Burmistrz Hennig, został sprowadzony na dół przez delegację i pertraktował z dowódcą nie dochodząc jednak do zgody. Wówczas dowódca także pozostałym żołnierzom rozkazał załadować broń ostrymi nabojami. To niepotrzebnie surowe zachowanie się dowódcy bardzo rozjątrzyło tych w gruncie rzeczy pokojowo usposobionych mieszkańców, którzy nie mieli nic do czynienia z zamieszkami tamtej listopadowej nocy. Przemkowscy strzelcy także załadowali swoje strzelby i czekali w swoich domach na to co się wydarzy. Właściciel cegielni Siebel, który był jednym z radnych miasta, podszedł do dowódcy wojskowego oddziału i spytał się go, czy weźmie on odpowiedzialność za to, gdy padną strzały. To byłaby przecież drobnostka, wybić tych kilku żołnierzy. Do rozlewu krwi nie doszło, ale mieszczanie odmówili przyjęcia żołnierzy na kwatery i dlatego musieli oni obozować pod gołym niebem na Rynku. Na południowej stronie Rynku poprowadzili oni rów, przywlekli słomę na legowiska i zapalili w rowie ognisko. Załadowaną broń ułożono w rzędach w piramidy. Następnego dnia w pobliskim lesie odpalono broń i w ten sposób rozładowano. Po kilku dniach przyszło jeszcze więcej wojska. Wojsko to zostało przez mieszczan przyjęte na kwatery, podczas gdy żołnierze, którzy przybyli najpierw, odmaszerowali z powrotem do Głogowa. Później także pozostali odeszli i znów miasto wyglądało pokojowo jak dawniej. Przywódcy nocnych zamieszek zostali surowo ukarani i otrzymali oni kary wieloletniego więzienia względnie osadzenia w twierdzy głogowskiej. Jak to bywa w takich sytuacjach, według ocen świadków, wśród ukaranych znaleźli się przypadkowi ludzie, a z kolei główny winowajca uniknął kary ratując się ucieczką. Gdy wreszcie mogliśmy opuścić miasto po tygodniu, opowiadano tu o przemkowskiej rewolucji”.