OSTATNIA CESARZOWA Z RODU HOHENZOLLERNÓW
OSTATNIA CESARZOWA Z RODU HOHENZOLLERNÓW
Z „Daily Telegraph”, 12 kwietnia
Poza Berlinem poczynania niemieckiej cesarzowej rzadko były kronikowane; jej imię prawie nigdy nie było wymieniane. Prowadziła ciche, monotonne życie żony i matki, której sfera działania ograniczała się do obrębu domu jej męża, a której zainteresowania skupiały się całkowicie wokół ogniska domowego. Na swój sposób otrzymała nagrodę, choć nigdy nie wierzono, by ten sojusz był w jakikolwiek sposób związkiem bliźniaczych dusz. Cesarz Wilhelm publicznie obwieścił, że jest ona „cenną perłą; typem wszystkich cnót germańskich księżniczek. Jej zawdzięczam to, że jestem w stanie w pogodnym duchu podejmować się i wypełniać trudne obowiązki mojego stanowiska”.
Jeśli kiedykolwiek istniało na ziemi rozsądne i sprawne małżeństwo, lub takie, któremu świat plotek wróżył mniej szczęścia, to było to małżeństwo księcia Wilhelma i prawnuczki Jej Królewskiej Mości królowej Wiktorii. Mieli ze sobą mało lub nic wspólnego, a ich rodziny były, że tak powiem, na wojennej ścieżce. Panna młoda była nieśmiała, ufna, zasadniczo kobieca w najlepszym tego słowa znaczeniu, rozmiłowana w domu i niechętna pompie oraz ceremoniałom. Pan młody, przeciwnie, był już gorączkowo aktywny i nienasycenie ambitny; jego życie miało upłynąć w blasku świateł rampy, które rzadko gasły, i nigdy nie był usatysfakcjonowany, dopóki nie odgrywał głównej roli przed całym cywilizowanym światem jako publicznością.
To dziadek pana młodego, Wilhelm I, zdetronizował niefortunnego ojca panny młodej i doprowadził jego i jego ród do nędzy poprzez wcielenie księstw Szlezwika-Holsztynu do Królestwa Prus, a gorycz spowodowana tym arbitralnym aktem była tak intensywna, że sojusz małżeński między członkami tych dwóch domów wydawał się leżeć daleko poza zasięgiem romantycznej miłości czy praktycznej polityki. Kiedy przyszła niemiecka cesarzowa była jeszcze mieszkanką dziecinnego pokoju, imię Bismarcka było przywoływane przez jej nianię, aby przestraszyć ją i zmusić do posłuszeństwa. Ów mąż stanu był dla domu książęcego ucieleśnieniem wszystkiego, co okrutne, pozbawione skrupułów i straszne na ziemi i pod ziemią. Okrzyk „Bismarck kommt” (Bismarck idzie) wypełniał zatem duszę dziecka przerażeniem. A jednak żyła dość długo, by powitać straszydło swojego dzieciństwa w swoim pałacu cesarskim przy Unter den Linden, który stał się jej domem głównie dzięki jego pośrednictwu. Żyła również dość długo, by zobaczyć, jak jej mąż odprawia go z oschłą wulgarnością, właściwą tylko jemu, z pracy dla Imperium, które sam Bismarck zbudował. Ale nie były to największe zmiany losu, jakie dane jej było zobaczyć.
Księżniczka Augusta Wiktoria, najstarsza córka Fryderyka, księcia Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga, urodziła się w zamku Dłużek, w prowincji brandenburskiej, w wigilię bardzo niespokojnych czasów (22 października 1858 r.). Jej matka (księżna Adelajda von Hohenlohe-Langenburg) szczyciła się tym, że jest siostrzenicą królowej Wiktorii, której rad zawsze chętnie zasięgała i pospiesznie ich słuchała, i z którą utrzymywała przyjazne stosunki za pomocą czułych listów.
Kiedy dziecko było w szóstym roku życia, mroczny cień zebrał się nad domem jej przodków, których gwiazda zgasła na zawsze. Książę podjął energiczną i niemal udaną próbę wejścia w posiadanie swoich terytoriów, został obwołany przez swój lud, wspierany początkowo przez Austrię i cieszył się serdeczną sympatią następcy tronu Prus. Bismarck jednak rzucił swój ciężar na przeciwną szalę; wybuchła krótka, ostra wojna, a niefortunny książę, wydziedziczony i niemal bez grosza, wycofał się do zamku Dłużek, gdzie wraz ze swoimi bliskimi przeszedł przez długą i straszną próbę. Odczuli niedostatek w jego najbardziej dotkliwej formie, arystokratyczną biedę, która jest zmuszona płacić cieniom własną krwią życiową.
Gładko i bez wydarzeń płynęło życie księżniczki Augusty Wiktorii, dopóki ojciec księcia nie zmarł i nie zapisał mu majątku w Przemkowie, dokąd rodzina wkrótce potem się przeniosła, uwolniona odtąd od drobnych trosk i zmartwień. Tutaj młoda księżniczka prowadziła ciche wiejskie życie, z dala od kurzu i zgiełku wielkich miast. O polityce nie wiedziała nic poza przewodnim faktem, że Prusy są wrogiem jej ludu i jej domu, że Bismarck i jego rząd zasługują na całą nienawiść, jaką anektowane prowincje nadal im okazywały, i której żadne administracyjne środki nie mogły uśmierzyć. A jednak przeznaczone jej było odegrać niemałą rolę na tym właśnie tronie, który stał się dla niej synonimem nieszczęścia. Albowiem myśl ta podsunęła się ówczesnemu następcy tronu i księżnej Prus, że być może po związku serc między ich najstarszym synem, księciem Wilhelmem, a młodą księżniczką Augustą Wiktorią mogłoby nastąpić bardziej uprzejme porozumienie między tymi dwoma domami i narodami.
W odpowiednim czasie Wilhelm, będący wówczas w dwudziestym pierwszym roku życia i świeżo po studiach uniwersyteckich w Bonn, został zaproszony do posiadłości księcia w Przemkowie, aby cieszyć się kilkudniowym polowaniem. Romantyczna opowieść o ich pierwszym spotkaniu jest prawdopodobnie nieprawdziwa; ale w każdym razie sprawy potoczyły się tak dobrze, że zanim wizyta dobiegła końca, książę Fryderyk był gotów uznać najstarszego syna niemieckiego następcy tronu za możliwego zięcia, podczas gdy Wilhelm czuł, że ta córka upadłego wroga jest godna dzielić jego nadchodzącą wielkość. W styczniu 1880 roku, po nagłej śmierci księcia [ojca Augusty], para potajemnie przyrzekła sobie wierność w Gocie, a pięć miesięcy później — 2 czerwca 1880 roku — ogłosiła zaręczyny publicznie w Babelsbergu pod Poczdamem.
W sprawach miłości i małżeństwa książę Wilhelm miał bardzo sprecyzowane idee i działał zgodnie z nimi. Podobnie jak o wiele mniej wywyższona osoba, uważał, że mężczyzna powinien wybierać żonę tak, jak wybierałby suknię – ze względu na cechy, które będą się dobrze nosić. Siła intelektualna i błyskotliwość, a nawet wigor emocjonalny, nie należały do cech, których szukał u żony. Odpowiednia dama powinna znać swoje métier de femme (rzemiosło kobiety), tak jak rozumieli je Hohenzollernowie i większość narodu niemieckiego, i powinna poświęcić się wyłącznie temu.
Cnoty, gusta i ideały kobiety powinny być inne niż te właściwe płci brzydszej [mężczyznom], a do swoich pozytywnych uroków powinna dodać negatywny wdzięk słodkiej świadomej niższości i urzekającej bezradności, która wywołuje pełne miłości zaufanie. Dobroć, wielkość, prawdę mogłaby ona rzeczywiście czcić, ale powinna być gotowa czcić je ucieleśnione w męskiej postaci swojego męża. Romans nie był zatem kamieniem węgielnym szczęśliwego domu. Nie wierzył w upartą namiętność, która ożywia nawet najbardziej prozaiczne ciało. Dla niego święty ogień nie był jasnym i krótkotrwałym elementem, który oślepia i migocze, by zgasnąć, lecz stałym żarem. Dobra żona powinna być aniołem służącym dla swojego męża, wspierającym go w pracy, pocieszającym w chwilach przygnębienia i zaspokajającym jego potrzeby. Jej wola musi zlać się z jego wolą; ona jest butem, on stopą, a wraz ze stopą but musi się obracać i poruszać. Jednym słowem, jego żona musi poświęcić się trzem K — Kirche, Kinder, Küche (Kościół, Dzieci, Kuchnia); i tak też uczyniła.
Był tak samo chętny, by świat uwierzył, że on sam jest również gotowym męczennikiem na ołtarzu obowiązku, i wykorzystał okazję nadaną przez jego małżeństwo, by wystawić dwa dobrze zaplanowane „występy” w tym celu. W dniu przyjazdu księżniczki na ślub, pan młody, czy to przez przypadek, czy z premedytacją, był na służbie wojskowej. Zostałby zwolniony w każdej chwili, gdyby sobie tego życzył, ale wolał raczej wykorzystać okazję i dać armii poglądową lekcję o świętości obowiązku. Skorzystał zatem z krótkiej przerwy przeznaczonej na odpoczynek, pędząc przez kilka minut, pośpiesznie powitał swoją narzeczoną, a następnie pośpieszył z powrotem na swój posterunek jak każdy inny bohater dramatu.
W dniu ślubu, 27 lutego 1881 roku, książę posunął się bardzo daleko, by dać swoim oddziałom kolejną lekcję teatralnej postawy. Był to dżdżysty, mroczny poranek, ale młody książę, zamiast spać wygodnie tak długo, jak to możliwe, wstał ze swego ciepłego łóżka, zanim wybiła piąta, i pojechał pociągiem do Poczdamu, gdzie przybył około szóstej. Pośpieszył do tamtejszych koszar, wygłosił jedną ze swoich entuzjastycznych mów do żołnierzy i wręczył medal zasłużonemu sierżantowi sztabowemu. Oficerowie i żołnierze byli zdumieni, a ich zdziwienie było wypisane na ich twarzach.
„Tak, wiem, że nie spodziewaliście się zobaczyć mnie tutaj w dniu mojego ślubu” – wykrzyknął – „ale czułem, że mam obowiązek do spełnienia, a obowiązek idzie przed wszystkim innym. Ja wypełniłem swój; jestem pewien, że wy zawsze będziecie wypełniać wasz. Do widzenia!”; i wśród oklasków swojej publiczności młody człowiek pośpieszył z powrotem do Berlina i swojej panny młodej.
Po ceremonii zaślubin niektórzy goście zostali uhonorowani, zgodnie ze zwyczajem domu Hohenzollernów, podarunkiem z podwiązek panny młodej, których rozdano sporą liczbę. W rzeczywistości przedmioty te były raczej symboliczne niż będące realnymi elementami garderoby i składały się z pewnej liczby białych morowych wstążek, na których wyhaftowano inicjały panny młodej, zwieńczone koroną pruską oraz datę jej ślubu.
Na szczęście przez wiele lat po rozpoczęciu jej małżeńskiego życia księżna Wilhelmowa nie miała do odegrania żadnej ważnej roli, dzięki czemu w dużej mierze udawało jej się zachować swoje proste nawyki bez wywoływania nieprzyjaznych komentarzy. Mimo to, chłodna konwencjonalność pruskiego dworu mroziła i przerażała tę bezpretensjonalną młodą damę z jej nieśmiałym, wycofanym sposobem bycia i wiejskimi gustami. Nie miała żadnego doświadczenia z dworami i bardzo małe z miastami, ale miała pod ręką życzliwą pomoc. Serdeczna dobroć następcy tronu Fryderyka i jego małżonki wygładziła jej drogę w domu, podczas gdy cenna pomoc udzielona jej przez hrabiego Waldersee pozwoliła jej wkrótce opanować zawiłości etykiety dworskiej i odnaleźć drogę przez labirynt konwencjonalności. Do czasu, gdy założyła koronę cesarzowej, została wielokrotnie matką i miała poważniejsze sprawy zaprzątające jej uwagę niż te dotyczące ceremoniału dworskiego.
Jej pierwsze dziecko (urodzone 6 maja 1882 r.) to obecny były następca tronu Wilhelm, którego niezawodna nieudolność w każdym zadaniu wojskowym powierzonym mu podczas wojny oraz zakorzeniony nawyk okradania prywatnych domów we Francji nie mogą być sprawiedliwie przypisywane udziałowi jego matki w jego krwi. Nieco ponad rok po jego urodzeniu (7 lipca 1883 r.) podarowała mężowi kolejnego syna, księcia Eitela Fritza. Trzecie dziecko, które również było chłopcem (14 lipca 1884 r.), otrzymało imię Adalbert. Jego młodszy brat ujrzał światło świata kilka lat później (26 stycznia 1887 r.) i stał się znany jako August Wilhelm. Gdy w następnym roku pojawił się piąty chłopiec, plotkarze dworscy wyrazili obawę, że cesarska matka może nigdy nie poznać radości posiadania córki, która mogłaby ją wspierać, pomagać i pocieszać w wypełnianiu jej licznych obowiązków. Kiedy szóste męskie dziecko (Joachim), którego śmierć z własnej ręki w lipcu zeszłego roku była strasznym wstrząsem dla jego matki, zostało wprowadzone na świat (17 grudnia 1890 r.), obawy te wydawały się dobrze uzasadnione i nie zostały ostatecznie rozwiane aż do września 1892 r., kiedy urodziło się jej ostatnie dziecko, córka, która otrzymała na chrzcie imiona Wiktoria Luiza, a później została żoną księcia Brunszwiku.
Gdy tylko księżna Wilhelmowa została cesarzową Wilhelmową, obowiązki jej nowej i wysokiej pozycji zaciążyły na niej dotkliwie. Doświadczała wielkich trudności w znajdowaniu tematów do rozmowy z licznymi ludźmi, których była zmuszona podejmować. Początkowo całkowicie brakowało jej tej pewności siebie, która jest źródłem większości dowcipu, jakim zaprawiane są rozmowy przy stole. Nie tylko sama nie była rozmówcą, ale nigdy nie twierdziła, że posiada magnetyczny wpływ, który wydobywa konwersacyjne zdolności innych.
Gawęda towarzyska, zwłaszcza w kręgach dworskich, jest raczej nabytą umiejętnością niż wrodzonym darem; ale potrzeba sporo taktu, by uczynić rozmowę czymś więcej niż wymianą sztywnych banałów, a taktu cesarzowa nie posiadała. Podróże lądem i morzem, wspaniałości Wschodu, piękno natury, zależnie od różnych pór roku, przez długi czas należały do głównych tematów rozmów. Potem żony i dzieci różnych gości dawały kolejny owocny temat. Cesarzowa naprawdę kochała dzieci i zadawała wszelkiego rodzaju pytania dotyczące potomstwa swoich poddanych, których jej obowiązkiem lub przyjemnością było podejmować.
W murach pałacu cesarzowa sprawowała władzę absolutną. Rachunki, zamówienia, jedzenie, układanie jadłospisu, zasady życia dzieci – wszystko, słowem, co wchodzi w zakres wiedzy Hausfrau (pani domu) i matki, znajdowało się pod jej bezpośrednim nadzorem. I, jakby chcąc zrekompensować sobie całkowitą powściągliwość od interwencji w sprawy polityczne, korzystała ze swoich domowych praw i przywilejów do samego końca.
Pewnego dnia cesarz postanowił wysłać młodych książąt, by nauczyli się wiosłować w kajaku. Wspomniał o tym swojemu osobistemu przyjacielowi, który właśnie kupił najwdzięczniej zbudowaną jednostkę tego rodzaju, jaką najbardziej lubił. Ten dżentelmen rozmawiając z cesarzową na ten temat, rozwodził się kwieciście nad zachwytami pomykania przez fale. Jednak Jej Wysokość nie doceniła uroków wiosłowania, jeśli chodziło o jej własne dzieci, i powiedziała to bardzo wyraźnie, dodając, że żaden z młodych książąt nie otrzyma pozwolenia na podejmowanie takiego ryzyka. „Ale, Wasza Wysokość, cesarz wyraził już swoją zgodę”. „Może być tak, jak pan mówi”, odpowiedziała, uśmiechając się; „on jest cesarzem Niemiec, ale ja jestem cesarzem pokoju dziecinnego”.
Kuchnia stała się wzorcową instytucją w pałacu za panowania cesarzowej Wilhelmowej, choć najwyższe formy sztuki kulinarnej nigdy nie cieszyły się wielkim popytem. Godzina śniadania wahała się między 6 a 8 rano, ale bez względu na to, kiedy je podawano, oczekiwano, że Jej Wysokość będzie przewodniczyć przy stole, gdyż był to czas, kiedy zazwyczaj omawiano sprawy domowe. Cesarz lubił obfite angielskie śniadanie, obejmujące herbatę, chleb z masłem i mięso, które często składało się z resztek pieczeni podanej na obiad dzień wcześniej.
Na lunch, który zazwyczaj podawano o pierwszej, zapraszano około dziesięciu gości i stałą zasadą było, że rozmowa powinna być prowadzona cichym tonem głosu. Jadłospis na obiad, zwłaszcza na obiady galowe, był starannie rozważany, zanim został ostatecznie zatwierdzony przez parę cesarską — gdyż cesarz również miał głos w tych naradach. Kilka dań sugerował szef kuchni, który był Niemcem, i były one zatwierdzane przez urzędnika, pod którego rozkazami pracowała administracja kulinarna. Następnie cesarzowa sugerowała zmiany, tworzyła kombinacje i przedstawiała cesarzowi konkretne propozycje. Jego aprobata pieczętowała menu, które ją otrzymało.
Cesarzowa bacznie obserwowała nadwornych dostawców, kupców i służbę, i zadawała sobie nieskończenie wiele trudu, by dowiedzieć się, dlaczego cena danego artykułu była dziś wyższa niż tydzień wcześniej, i biada dostawcy, który nie potrafił podać satysfakcjonującego wyjaśnienia. Wydatki utrzymywano tak nisko w tym systemie, że koszt wyżywienia nie przekraczał 7 szylingów i 6 pensów na głowę dziennie, z wyjątkiem dni bankietowych, kiedy wzrastał do 20–30 szylingów. Niejeden berliński kupiec i szlachcic byłby zachwycony, gdyby mógł przekonać swoją partnerkę do wzięcia przykładu z cesarzowej i praktykowania podobnej domowej oszczędności.
W kwestii stroju dostojna dama była świetlanym przykładem, który światowe damy podziwiały i chwaliły z obowiązku, ale wzbraniały się przed naśladowaniem. „Wydatki muszą zostać ograniczone; zobacz, jak robi to Jej Wysokość!”, wykrzyknął pewien szlachcic, którego dochody spadały, do swojej rozrzutnej małżonki podczas dyskusji o rachunkach od krawców. „Ty nędzna istoto! Z pewnością nie chciałbyś, aby twoja żona ubierała się jak cesarzowa!”, brzmiała odpowiedź. Zostało to należycie zaraportowane cesarzowi, który powiedział, że ogromnie podobał mu się ten żart.
Wszystkie jej stroje do codziennego użytku były krojone i szyte w domu. Nigdy nie wysyłała pracy poza pałac, lecz robiła tak, jak zwykli czynić jej ukochani rodzice w ponurych dniach w Dłużku. Były one również robione tak, by wytrzymać więcej niż zwykłe zużycie, gdyż moda nigdy nie czyniła ich przestarzałymi. Dopóki materiał nie był uczciwie zużyty, fason był sprawą drugorzędną. Czasami cesarz żartował ze swojej żony z powodu jej nazbyt oszczędnych nawyków i sugerował, że nadszedł czas, by suknia, którą ma na sobie, została wykreślona z listy aktywnej jej garderoby. Ale tutaj czuła, że jest we własnym imperium i stawiała na swoim. Co najwyżej podejmowała się odświeżenia jej obszycia lub „zmodernizowania”, jak to określają Niemcy; ale odrzucenia na bok — nigdy, dopóki nie dawało się już wprowadzić żadnej zmiany. Wtedy jakaś biedna kobieta w potrzebie, zazwyczaj dama cierpiąca na arystokratyczną biedę, stawała się szczęśliwa dzięki dyskretnemu podarowaniu jej cesarskiego ubioru.
A to, co było dobre dla matki, wydawało jej się odpowiednie dla dzieci. Chłopcy rzadko potrzebowali tyle czasu co ona, by zniszczyć strukturę ubrania, ale zdarzało się niekiedy, że jeden z młodych książąt wyrastał z kostiumu, który rzadko zakładał. Cesarzowa dawała go wtedy jednemu z jego młodszych braci, a kiedy ten doprowadził go do najgorszego stanu, był on wręczany jakiemuś potrzebującemu i zasłużonemu chłopcu.
Oszczędność jest chwalebną cechą, ale nigdy nie sądzono, by jej specjalną sferą był dwór królewski lub cesarski. Osobliwe warunki jednak, w których ród Hohenzollernów był zmuszony wyrąbywać sobie drogę w górę świata, zwłaszcza w siedemnastym i osiemnastym wieku, czyniły go wyjątkiem od ogólnej reguły. Mimo to można powątpiewać, czy od czasów oszczędnego ojca Fryderyka Wielkiego, praktykowano oszczędność w pałacu z tak nieugiętą energią, jaka charakteryzowała metody domowe zmarłej cesarzowej, która cierpiała niewymownie i niemal fizycznie na widok marnotrawstwa jakiegokolwiek rodzaju, nawet u zupełnie obcych ludzi.
To właśnie ta pasja wykorzystywania wszystkiego zainspirowała Jej Wysokość do założenia dobroczynnego stowarzyszenia dam dworu, którego celem było wręczanie zmagającym się z losem i zasłużonym aktorkom kostiumów dworskich, których dalszego używania zabraniał etykieta. Stowarzyszenie to zostało ostatecznie założone i przyniosło pewne korzyści kilku wspomnianym damom, ale z wielu oczywistych powodów jego sukces był bardzo ograniczony.
Sztuka w swoich najwyższych formach nigdy nie wzbudzała entuzjazmu cesarzowej, której wczesne wychowanie przyzwyczaiło ją do dążenia do bardziej swojskich ideałów. Z muzyką była dość dobrze zaznajomiona, a jej występy na pianinie, które były częste i godne uznania, często zjednywały jej brawa jej cesarskiego małżonka. Ulubionymi utworami cesarza były „La Paloma” i kilka mniej znanych kompozycji holenderskich, choć czasami z przyjemnością słuchał sonaty Beethovena dla odmiany. On sam posiada głos barytonowy i kiedy towarzystwo było bardzo doborowe, zwykł śpiewać, ale tylko przy akompaniamencie cesarzowej lub swojego brata, księcia Henryka, tego od „żelaznej pięści”.
Malarstwo nie należało do ulubionych zajęć Jej Wysokości, ale do fotografii zabrała się z wielkim zapałem. Nigdy nie wybierała się w podróż bez swojego aparatu, a stosy albumów zostały wypełnione dziełami jej rąk. Każdy nowy pies, kucyk lub inny nabytek jej dzieci był należycie uwieczniany w różnych pozach, a wiele osobliwych widoków, które zachwyciły jej oko w Turcji, zostało sfotografowanych i stanowiło niewyczerpane źródło rozmów ku rozrywce gości jej męża.
W polityce, literaturze, nauce i sztuce nie brała udziału i wykazywała małe zainteresowanie, a najwięcej, co zrobiła w tym kierunku, to zachęcanie bogatych mieszkańców stolicy do wpłacania składek na kościół pamiątkowy (Gedächtniskirche) lub inne cele, które leżały jej mężowi na sercu. Darczyńców przyciągała obietnica, że ich nazwiska i ofiary zostaną wydrukowane na specjalnych listach, które zostaną przedłożone cesarzowej. Pewnego razu, na życzenie cesarza Wilhelma, poinstruowała najwyższego podległego jej urzędnika, aby napisał list wyrzucający władzom Berlina opieszałość we współpracy z planami Jego Wysokości. Konsekwencją było to, że podczas jej kolejnych urodzin radni miejscy powstrzymali się od złożenia Jej Wysokości zwyczajowego adresu gratulacyjnego.
Pewnego dnia, gdy ona i cesarz Wilhelm spacerowali Aleją Morwową w pobliżu Poczdamu, pewien socjaldemokrata, który widział ich nadchodzących, zajął widoczne miejsce na drodze i wpatrując się w cesarza, stał ze skrzyżowanymi ramionami i nakrytą głową, dopóki para nie przeszła. Wilhelm II, oburzony tą celową zniewagą, szedł dalej, aż kilkanaście jardów dzieliło go od jego źle wychowanego poddanego, a potem, zostawiając damę na chwilę, zawrócił, podszedł do socjalisty, zasalutował mu po żołniersku i powiedział: „Najmniej, co powinno się zrobić, to pozdrowić swoją cesarzową!”.
Nawet ogromna próba i wyzwanie wojny nie wydobyły z cesarzowej niczego więcej niż to, co okazywała wcześniej. Wydaje się jasne, że z darem przewidywania, którego odmówiono jej mężowi, bała się wojny i nienawidziła jej, i gdyby leżało w jej mocy powstrzymanie go, cesarz nigdy nie otrzymałby pozwolenia na narzucenie jej światu. Oczywiście zaakceptowała ją; pozwoliła, by jej imię było swobodnie używane w celach charytatywnych; odwiedzała szpitale i zwiększyła własną domową produkcję prostych przedmiotów pierwszej potrzeby, ale jej imię rzadko wspominano.
Jedną rzecz można powiedzieć. Cesarz należycie wysyłał publiczny telegram do swojej żony przy każdej okazji, którą przy jakimkolwiek nadmiarze zadowolenia mógł uznać za udany manewr lub starcie. Było to tak rutynowe, że brak takiego telegramu często dawał alianckim siłom upragnione potwierdzenie niemieckich trudności, nawet w dniach ich najbardziej ekstrawagancko wychwalanych zwycięstw. A teraz nadszedł koniec życia, które jej prostej naturze często musiało wydawać się jedynie pustym przedstawieniem.