Ostatni „Augustenburczyk”
Dr C. Boysen / Ostatni „Augustenburczyk”
27 kwietnia ubiegłego roku zmarł w berlińskim szpitalu książę Albert ze Szlezwika-Holsztynu, ostatni „Augustenburczyk”. Na własne życzenie nie spoczął w książęcym grobowcu, lecz na starym cmentarzu w Przemkowie znalazł swoje miejsce wiecznego spoczynku. Żaden mieszkaniec Szlezwika-Holsztynu nie oddał mu ostatniej posługi. Również prasa szlezwicko-holsztyńska poświęciła niewiele uwagi temu wydarzeniu, wymarciu tego rodu książęcego. W gruncie rzeczy nie mogło być inaczej. Książę Albert był bowiem dla Szlezwika-Holsztynu obcym człowiekiem, tak jak Szlezwik-Holsztyn był obcy dla niego, chociaż jeszcze jego ojciec, książę Krystian, w latach 1848–51 walczył na froncie jako oficer dragonów w obronie tych księstw. Do jego bliższych znajomych nie zaliczało się nawet tuzina mieszkańców Szlezwika-Holsztynu, a kraj, którego imię nosił, odwiedził zaledwie kilka razy, zazwyczaj w czasie Tygodnia Kilońskiego, w którym to okresie Szlezwik-Holsztyn nie znajdował się raczej w centrum zainteresowania.

Urodzony w Windsorze 26 lutego 1869 roku – ze strony ojca wnuk księcia Krystiana Augusta, urodzony na kilka dni przed jego śmiercią; ze strony matki wnuk królowej Anglii Wiktorii, przez co był blisko spokrewniony z wielkimi europejskimi domami panującymi – spędził swoją młodość w przeważającej części w Anglii. W przeciwieństwie do swojego starszego brata Jerzego Wiktora – który zmarł na chorobę w 1900 roku jako angielski oficer podczas wojny burskiej w Afryce Południowej – on miał później wstąpić na służbę niemiecką. W ten sposób książę Albert został studentem w Bonn, darmstadzkim dragonem i poczdamskim huzarem. Jeszcze przed wojną światową odszedł ze służby, ale pozostał w Poczdamie, mieszkając w bardzo skromnym lokum.
Po wybuchu wojny bez wahania oddał się do dyspozycji niemieckiego dowództwa armii, jednak z całkowicie zrozumiałym życzeniem, by nie musieć walczyć przeciwko Anglikom. W końcu jego rodzice i siostry pozostali w Cumberland Lodge. Jego kuzyn, król Anglii Jerzy V, pozbawił go w związku z tym angielskich orderów – restrykcja ta nie dotknęła księcia Alberta zbyt boleśnie. Po wojnie pozostał w swoim dawnym mieszkaniu w Poczdamie, aż do lutego 1921 roku, kiedy to po śmierci swojego kuzyna, księcia Ernesta Günthera, odziedziczył godność głowy rodu (tytuł Herzoga). Przez dziesięć lat mógł tytułować się Księciem Szlezwika-Holsztynu [jako główny przedstawiciel dynastii], ale miał z tego niewiele radości. W niemałym stopniu przyczyniły się do tego częste, długotrwałe choroby, trudna sytuacja materialna, spory rodzinne i liczne procesy o jego spadek. Długo wyczekiwał dnia, w którym zostanie panem na zamku w Przemkowie; kiedy jednak ten dzień nadszedł, nawet to się nie spełniło; musiał zadowolić się innym, lichym lokum w Przemkowie. Z pomocą pewnego przyjaciela ze Szlezwika-Holsztynu zdołał na rok przed śmiercią uratować chociaż część swojej renty od Prus; poza tym bieda zmuszała go do wyprzedawania wielu przedmiotów ze starych dóbr rodowych; musiał sprzedać nawet jelenie ze swojego rewiru łowieckiego. Był zmuszony żyć naprawdę bardzo skromnie, co nie uległo zmianie nawet po pojednaniu z angielskimi krewnymi. Znosił to ze stoickim spokojem.
W swoim wyglądzie zewnętrznym książę Albert nie miał w sobie nic z postawnej, reprezentacyjnej aparycji swojego ojca. Średniego wzrostu, z lekką skłonnością do tuszy, wykazywał mało wojskową postawę. Kto go widział, łatwo mógł go wziąć za Anglika, podobnie jak w mowie nie wypierał się swojego angielskiego urodzenia. Pozostając nieżonatym i z dala od rodziny, przez całe życie był samotnikiem; ale nie takim, który przepełniony byłby niedostępną książęcą dumą; przeciwnie: w kontaktach przyjazny, miły i uprzejmy, szanowany przez swoich podwładnych, a do tego zupełnie wyjątkowy przyjaciel przemkowskich dzieci. W swoim usposobieniu miał pewne dziwactwa, pod wieloma względami był prawdziwym oryginałem, o którym krążyło wiele anegdot. Dowcipny i mądry – znacznie mądrzejszy, niż mogłoby się wydawać i niż on sam sprawiał wrażenie – podzielał upodobania wielkiego pana, zwłaszcza jeśli chodziło o polowania i konie, zawsze jednak w ramach swoich ograniczonych środków. Okazywał duże zainteresowanie wielką polityką, w której nigdy nie wypierał się niemieckiego stanowiska i zawsze przyjmował swobodną, niezależną postawę. W okresie przedwojennym wielokrotnie zabiegał w Anglii i w angielskiej prasie o porozumienie niemiecko-angielskie.
W wieku 62 lat książę Albert odszedł jako stary, zmęczony, schorowany człowiek, jako ostatni „Augustenburczyk”, który wiedział, że od życia może oczekiwać już tylko wyrzeczeń, goryczy i rozczarowań.
Przed swoją śmiercią jednakże, za wstawiennictwem jednego ze swoich szlezwicko-holsztyńskich przyjaciół, powołał do życia na mocy testamentu Fundację im. Księcia Alberta (Herzog-Albert-Stiftung), oddając tym samym nam, mieszkańcom Szlezwika-Holsztynu, niezwykłą przysługę. Zapisał w spadku książęce archiwum rodowe – które niegdyś dostarczyło oręża trzem książętom w walce przeciwko Danii – na własność Bibliotece Krajowej na zamku w Kilonii. Choć zgodnie z postanowieniami testamentu nie może być ono od razu wykorzystane, to jednak pewnego dnia pomoże odnieść zwycięstwo prawdzie historycznej w kwestii szlezwicko-holsztyńskiej.