LATA DZIEWCZĘCE CESARZOWEJ NIEMIECKIEJ.
AUTORSTWA: SARAH M. S. PEREIRA.
LATA DZIEWCZĘCE CESARZOWEJ NIEMIECKIEJ.
AUTORSTWA: SARAH M. S. PEREIRA.
Jakiś czas temu przedstawiony został skromny szkic szlachetnej niewiasty, której losem było towarzyszyć w pielgrzymce jednej z najznakomitszych postaci i największych mężów stanu, jakich widziało to stulecie. Portret księżnej Bismarck musi z konieczności być poważny w tonie i nieco surowy w zarysie, pozostawiając w umyśle ogólne wrażenie mrocznej powagi oraz sugerując szorstką rzeczywistość i pełne niepokoju koleje losu długiej i burzliwej wojny politycznej. Jaśniejszy obraz oferuje się teraz czytelnikowi, obraz promieniejący młodością i nadzieją, bogaty w pełną wdzięku obietnicę na przyszłość.
Żelazny Kanclerz nie odgrywa już głównej roli w europejskim dramacie, a wszystkie oczy zwrócone są na żarliwego, obdarzonego silną wolą młodego monarchę, który odważył się obejść bez rad człowieka, który był głównym narzędziem w odbudowie Cesarstwa Niemieckiego. Lecz o małżonce tego monarchy, o matce przyszłych suwerenów Niemiec, słyszy się niewiele, a to z ważnych powodów państwowych. Prawo salickie jest drogie sercu Niemca, a narodowa zazdrość o wszelkie kobiece wpływy w rządzie ojczyzny jest proporcjonalna do tego silnego przywiązania. Stąd też, studiując kroniki panującego Domu Hohenzollernów, przekonamy się, że te spośród nosicielek matrymonialnej korony, które posiadały najwnikliwszy wgląd i najsubtelniejszy takt w sprawach publicznych, były w większości tymi, które we wszelkich kwestiach dotyczących polityki najbardziej całkowicie usuwały się w cień.
Jednakże, nie wspominając o tych wciąż żyjących, gdy rozważymy wszystko, co Niemcy zawdzięczają, zarówno pod względem moralnym, jak i materialnym, przykładowi i trudom takich kobiet jak Augusta — tej, która tak heroicznie pokonała swe własne, trwające całe życie cierpienie, aby tym skuteczniej służyć potrzebom i łagodzić bóle biednych, chorych i strapionych — czy Elżbieta Bawarska, „matka niemieckich diakonis” — nie będzie pozbawione zainteresowania zapytanie, jakie perspektywy równie jasnych kart rysują się w przyszłej historii cesarskiej rodziny Niemiec. Spojrzenie na dzieciństwo i młodość obecnej cesarzowej pomoże w udzieleniu satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie. Być może najwyższym hołdem, choć krótkim, dla jej charakteru i usposobienia, był ten, który padł z ust cesarza Wilhelma I, gdy powiedział: „Ona przypomina mi moją świętą matkę”.
Augusta Wiktoria*, księżniczka Szlezwika-Holsztynu, urodziła się w 1858 roku w Dłużku na Dolnych Łużycach, w posiadłości należącej do najstarszego syna księcia Krystiana, księcia Fryderyka. Gdy wojna austriacko-pruska z 1866 roku ostatecznie pozbawiła dynastię holsztyńską ich dziedzictwa, domniemany następca tronu wycofał się do Dłużka i uczynił go swym stałym miejscem zamieszkania. Tutaj poświęcił się edukacji i wychowaniu swoich starszych dzieci oraz obowiązkom wiejskiego dżentelmena, podczas gdy jego żona, księżna Adelajda, znalazła obfite zajęcie w nadzorowaniu swego skromnego gospodarstwa domowego oraz w opiece nad młodszymi członkami rodziny. Wiele fantazyjnych tradycji i pełnych wdzięku romansów otacza idylliczne wiejskie życie, którym cieszono się w Dłużku, lecz rzeczywistość wydaje się być wystarczająco przyjemna, nie potrzebując żadnych dotknięć fikcyjnych barw, aby uwydatnić swój urok. Sceneria tej części Łużyc posiada wiele cech pokrewnych krajobrazowi holsztyńskiemu; a gdy książę Fryderyk wędrował ze swymi jasnowłosymi, niebieskookimi córkami przez lasy i łąki, opowiadał im o swej rodowej ziemi i o swej tęsknocie za starymi, znajomymi miejscami, aż lesista, smagana falami kraina, którą utracił, została spowita nimbem słodkich i uświęconych wspomnień.
Lecz Dłużek, choć oferował akceptowalne schronienie przed konfliktami i rozczarowaniem, nie zdołał zapewnić wymaganych ułatwień edukacyjnych. Stało się konieczne poszukanie nowego domu i Gotha została wybrana w tym celu, gdyż książę i księżna tego państwa byli już złączeni bliskimi więzami przyjaźni z wygnaną rodziną. Ogólny entuzjazm, który powitał przybycie Holsztyńczyków, był nadzwyczajny, sięgając w istocie takich wyżyn wśród młodych mężczyzn z populacji, iż wielu młodzieńczych pretendentów do chwały wojskowej chętnie oddałoby swe miecze do dyspozycji księcia Fryderyka i ruszyłoby, by odzyskać zrabowane księstwo. Po ochłonięciu pierwszego podniecenia publiczność Gothy wkrótce przyzwyczaiła się do obecności nowo przybyłych, którzy wykazywali szczere, sąsiedzkie zainteresowanie wszystkim, co działo się wokół nich, a których styl życia w mieście był niemal tak samo skromny, jak pośród leśnych scenerii Dłużka. Książę i księżna kontynuowali nauczanie swoich dzieci, choć teraz z pomocą korepetytorów i guwernantek, dla których rzadkim przywilejem była możliwość obcowania z domem, w którym cieszyli się stopniem życzliwego i uprzejmego poważania, zbyt często brakującym w podobnych relacjach między rodzicami o znacznie mniej wygórowanych ambicjach a tymi, którzy muszą podjąć żmudne zadanie nauczycieli. Formacja religijna i nauczanie biblijne były wciąż, jak dotychczas, udzielane przez samych ojca i matkę.
Księżniczka Wiktoria odznaczała się zapałem, z jakim oddawała się rozmaitym studiom i szybko rozwinęła zdecydowany talent do malarstwa i muzyki, przy czym smak i zdolności do tej ostatniej sztuki odziedziczyła po matce. Historia również należała do jej ulubionych przedmiotów, lecz jej ojciec bardzo dbał o to, by chronić jej umysł przed uprzedzonym i niedojrzałym osądem dotyczącym jakiejkolwiek narodowości. Jeśli przeczucie przyszłego przeznaczenia jego córki było już obecne w jego umyśle, nie mógł on obrać mądrzejszego kursu.
Pośród wszystkich tych starań o kulturę umysłową, wychowanie fizyczne bynajmniej nie było zaniedbane. Wczesne wstawanie i systematyczne ćwiczenia cielesne stanowiły część codziennych obowiązków; sztywno unikano wszelkiego rodzaju folgowania sobie, a książę miał w zwyczaju odbywać długie spacery w każdą pogodę ze swymi córkami, które były prawdziwymi wzorami rozkwitającego, posągowego młodego dziewczęctwa. Luksus posiadania prywatnego powozu nie był uwzględniony w ustaleniach domowych, a gdy przejażdżka stawała się koniecznością, korzystano ze zwykłego wynajętego ekwipażu.
W 1869 roku zmarł książę Krystian, zapisując swemu synowi, Fryderykowi, majątek Przemków na Śląsku. Dłużek został, ku wielkiemu żalowi dzierżawców, sprzedany, a nowa posiadłość stała się odtąd wiejską siedzibą i głównym domem księcia Fryderyka i jego rodziny. Gdy księżniczka Wiktoria udała się, by pożegnać się ze swoją starą nianią, zastała tę poczciwą kobietę w stanie wielkiego podekscytowania, wywołanego snem z poprzedniej nocy, w którym widziała swą dawną wychowankę siedzącą jako królowa na złotym tronie. „Jako królowa Przemkowa, bez wątpienia” – roześmiała się księżniczka; lecz gdy niemal dwanaście lat później była w przededniu ślubu z księciem Wilhelmem Niemieckim, zaprosiła nianię wraz z jej mężem i córką do Berlina, aby mogli zobaczyć nowy dom swej dawnej podopiecznej i przyszłą cesarzową. Ta wspaniałomyślna myśl o starych przyjaciołach i sługach była znamienną cechą usposobienia Wiktorii, co zostało dodatkowo zobrazowane w związku z tą samą wielką okazją, gdy posłała po dobrego pastora z Przemkowa, który udzielał jej konfirmacji, aby był obecny na ceremonii ślubnej. Staruszek cieszył się dodatkowym zaszczytem zostania udekorowanym przez samego sędziwego cesarza. Te wyróżnienia okazały się koronną satysfakcją życia pastora, gdyż nie przeżył on długo swej pełnej wydarzeń podróży do stolicy, umierając jeszcze w tym samym roku.
Przemków to wspaniała, malownicza posiadłość, wiele zawdzięczająca dobremu smakowi i wiedzy z zakresu leśnictwa, jaką posiadali książę Krystian i jego spadkobierca. Lecz kiedy ten ostatni wszedł w posiadanie, okolica znajdowała się w smutnym stanie ubóstwa, nędzy i braku zatrudnienia dla ludzi. Nowy właściciel postawił sobie za cel zaradzenie temu złu wszelkimi dostępnymi mu środkami i to z godnym podziwu sukcesem. Zaprowadzono systematyczne odwiedzanie ubogich, zapewniono pracę tym, którzy jej pragnęli, a obfite fundusze przekazano w ręce pastora dla niesienia ulgi potrzebującym. Obecnie w Przemkowie przebywają dwie diakonisy, lecz w owych wczesnych dniach reformy to same księżniczki pełniły funkcje prawdziwych sióstr miłosierdzia. Obładowane darami żywnościowymi i domowymi udogodnieniami, odbywały długie piesze wyprawy do domostw chorych i strapionych, osobiście udzielając własnej i rodziców szczodrobliwości, oraz niosąc pomoc i opiekę cierpiącym. Księżniczka Wiktoria, choć podobnie jak jej brat i siostry, jedynie skromnie zaopatrywana w kieszonkowe, często potrafiła, poprzez surowe i metodyczne wyrzeczenia, przekazać pastorowi w czasie Bożego Narodzenia pokaźną sumę oprócz swych zwyczajnych składek.
Opowiada się wiele anegdot o pełnych wdzięku aktach dobroci księżniczki Wiktorii wobec jej skromnych sąsiadów. Oto słyszymy, jak kiedyś napotkała przy drodze dziecko gorzko płaczące, ponieważ okrutny cierń wbił się w małą, nieosłoniętą stópkę. Księżniczka uklękła na ziemi, zbadała ranę, wydobyła cierń zręczną i czułą wprawą i zaprowadziła dziecko – uspokojone, pocieszone i radosne gwarzące – do domu, do którego, gdyby nie jej pomoc w porę, ledwie zdołałoby dotrzeć. Ponownie czytamy o siostrach, Wiktorii i Karolinie, spotykających starą i słabą kobietę, która czyniła daremne wysiłki, by pchać ciężki ładunek w stronę swej małej chatki. Z całą prostotą i doprawdy dobrą wolą, księżniczki podały pomocną dłoń, koła potoczyły się żwawo do przodu i podróż, która groziła przytłoczeniem słabych sił starej istoty, została szybko i radośnie dokonana. Inna historia opowiada, jak Wiktoria uratowała życie wiejskiego dziecka z narażeniem własnego, rzucając się na ratunek, by zapobiec przejechaniu go przez powóz, który, zupełnie niedostrzeżony przez nieświadomego małego brzdąca, nadjeżdżał z pełną prędkością.
Kiedy przyszła cesarzowa niemal ukończyła siedemnasty rok życia, i po długim oraz starannym przygotowaniu, przyjęła obrzęd konfirmacji zgodnie z ceremoniałem luterańskim, a tekst wybrany na tę okazję pochodził z Księgi Objawienia: „Bądź wierna aż do śmierci, a dam ci koronę żywota”. W Niemczech zwyczajem jest, by konfirmacja stanowiła końcowy akt edukacyjnej drogi młodej osoby. Jest to portal, przez który młodzież przechodzi do spraw lub profesji wyznaczonej dla niej, a panna wychodzi ze szkoły i sali lekcyjnej, by zadebiutować w towarzystwie. Lecz studia księżniczki Wiktorii nie zostały odłożone na bok, gdy w ten sposób złożyła publiczne wyznanie wiary. Przedłużone wizyty w Anglii i Francji – do którego to ostatniego kraju udała się, by odzyskać siły fizyczne, których pozbawił jej szybki wzrost – były środkiem do doskonalenia znajomości odpowiednich języków tych krajów, a także posłużyły jej w studiach muzycznych.
Ważna epoka w życiu młodej księżniczki przybliżała się teraz, a jako że teutońska wyobraźnia i sentyment utkały liczne i cudowne baśniowe legendy wokół okoliczności towarzyszących zaręczynom przyszłej cesarzowej, być może najlepiej będzie przyjąć prosty fakt, wspominając jedynie, że od lat trwała i serdeczna przyjaźń między ówczesnym następcą tronu, znanym obecnie jako nieszczęsny cesarz Fryderyk, a księciem Fryderykiem, który z rzadką wspaniałomyślnością, dzielnie i lojalnie walczył po stronie pruskiej, owszem, pod własnym sztandarem następcy tronu, w wielkich zmaganiach lat 1870–71. Pokrewieństwo krwi istniało także między księżną koronną a księżną Adelajdą, a dzieci obu rodzin często się spotykały, a niekiedy nawet wspólnie dzieliły studia i rekreacje.
W 1879 roku najstarszy syn następcy tronu złożył wizytę księciu Fryderykowi w Przemkowie, rzekomo by dołączyć do polowania, lecz wydaje się bardziej niż prawdopodobne, że ważne powody państwowe leżały u podstaw propozycji i przyjęcia zaproszenia. W czerwcu następnego roku cesarz Wilhelm nakazał publicznie ogłosić zaręczyny swego wnuka i holsztyńskiej księżniczki.
Lecz w międzyczasie ciężka chmura spadła na wybrankę i jej rodzinę. Radości z poprzedniego Bożego Narodzenia – który to święty czas zawsze jednoczył wielkich i małych, wysokich i niskich w Przemkowie w jednym radosnym festiwalu – ledwie się zakończyły, gdy na początku roku książę Fryderyk nieoczekiwanie zmarł; nie jednak bez satysfakcji z wiedzy o planowanym przymierzu między jego ukochaną córką a domniemanym następcą tej korony, która wchłonęła i wygasiła jego własną małą suwerenność. Głęboki i szczery był smutek księżnej i jej dzieci; ta pierwsza doprawdy nigdy w pełni nie otrząsnęła się z szoku, podczas gdy o żalu księżniczki Wiktorii, której szlachetny charakter tak wiele zawdzięcza naukom i przykładowi czule kochanego ojca, można wnioskować z jej listów z tego okresu. Ceremonia zaręczyn odbyła się cicho w Gocie i została ratyfikowana w Berlinie; wielki kanclerz okrzyknął ten związek „szczęśliwym zakończenia dramatu bogatego w konflikty” oraz zadośćuczynieniem za rok 1866.
Ślub wyznaczono na koniec lutego 1881 roku, a czułe serce panny młodej zasmuciło niejedno pożegnanie, zanim opuściła swój ukochany dom dla splendorów niemieckiego dworu. Gdy nadszedł dzień odjazdu, wszyscy podwładni i urzędnicy majątku zostali zaproszeni na wielki bankiet na zamku, a goście prześcigali się nawzajem w darach ślubnych. Lecz to nie pośród radosnych dźwięków ucztowania księżniczka postanowiła dokonać ostatecznego pożegnania. Raz jeszcze goście się zgromadzili, lecz tym razem to dzwony wiejskiego kościoła wysłały zaproszenie. Po raz ostatni w swym panieńskim życiu Wiktoria uklękła pośród tych, z którymi ona i jej rodzice modlili się niedziela po niedzieli, w dni świąteczne i w uroczyste posty, a teraz zatrzymała się na progu swego nowego i olśniewającego życia, by odmówić z nimi wspólną modlitwę. Hymn pożegnalny był jej własnego wyboru: „Jesu, geh voran” („Jezu, prowadź nas”), nie pominęła też zwrotki, która mówi o kamienistych ścieżkach i prosi o pomoc, by stać mocniej; „gdyż wiem”, powiedziała, „że ścieżka, którą muszę kroczyć, nie będzie usłana wyłącznie różami”.
Przyjęcie panny młodej w Berlinie było jednym nieprzerwanym triumfem, a gdy siedziała obok naszej angielskiej księżniczki, swej przyszłej teściowej, w staroświeckiej złoconej karocy, która była rydwanem ślubnym uwielbianej królowej Luizy, jej piękna i pełna zadumy twarz oraz królewska postawa szybko podbiły serca szczerych Berlińczyków.
27 lutego 1881 roku wymieniono przysięgi małżeńskie, a główny kapelan nadworny wygłosił napomnienie ślubne. Za tekst przyjął słowa: „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość, te trzy; z nich zaś największa jest miłość”. Przemowa była wybitnie praktyczna, a kaznodzieja nie wzbraniał się przypomnieć nowożeńcom o ich obowiązkach i odpowiedzialności, nie tylko względem siebie nawzajem, lecz z uwzględnieniem całego świata, widząc, że ich dom i gospodarstwo będą „jak miasto położone na górze”. Minęła już dekada, odkąd te wierne słowa zostały wypowiedziane, i jeśli mamy przyjąć za autentyczne relacje stale powtarzane z ust do ust pośród ludu o szczęśliwym życiu domowym, o jedności serc, o szlachetnie wypełnianych obowiązkach domowych, możemy śmiało uznać, że napomnienia pastora nadwornego nie padły na niewdzięczną glebę. Nie ma tytułu świętszego ani bardziej zaszczytnego niż ten, którym niemieckie kobiety każdego stanu z radością obdarzają swą cesarzową – tytuł dobrej, prawdziwej żony oraz czułej, oddanej matki.
Przez kilka lat po ślubie książę i księżna Wilhelm żyli w relatywnym odosobnieniu, latem w Pałacu Marmurowym niedaleko Poczdamu; zimą zaś przenosili się do nieco ponuro wyglądającej siedziby królewskiej w samym starym mieście, gdzie mieli zwyczaj spacerować, robić zakupy w sklepach i zachowywać się jak osoby prywatne.
„Hurra! Czterej cesarze!” – był to charakterystyczny wykrzyknik uradowanego dziadka, gdy książę Wilhelm przyniósł mu radosną nowinę o narodzinach pierwszego z tych sześciu dzielnych chłopców, w których pokładane są przyszłe nadzieje Hohenzollernów.
Między sędziwym cesarzem a młodzieńczą małżonką jego ulubionego wnuka więź uczucia była najbliższa i najczulsza, od momentu, gdy dzielny stary wojownik przyjął pełną wdzięku pannę młodą do swego kręgu rodzinnego, aż do tej smutnej i fatalnej godziny, gdy dopuszczona po długich błaganiach do komnaty śmierci starca, płacząca księżniczka rzuciła się obok historycznego łóżka polowego i czule obejmując słabą postać, załkała: „Dziadziusiu, dziadziusiu, oni nie chcieli pozwolić mi przyjść do Ciebie!”. W dniach żałoby, a potem ponownej podwójnej żałoby, to właśnie Wiktoria, najpierw jako księżna koronna, potem cesarzowa, była wraz ze swym mężem najskuteczniejszą pocieszycielką cesarzowej-wdowy Augusty.
Lecz to nie z życiem dworskim młodej cesarzowej mamy tutaj do czynienia. Przed zakończeniem tego krótkiego szkicu znamienitych i wzorowych lat dziewczęcych, rzućmy jeszcze jedno spojrzenie na Przemków. Komnata, którą Wiktoria zajmowała tam jako księżniczka, pozostaje niezmieniona; i gdy jesienią 1888 roku powróciła do starego domu, apartament ten został, zgodnie z jej własnym życzeniem, raz jeszcze oddany do jej dyspozycji. Wizyta ta wywołała najbardziej żywiołowe przejawy powitania. Książę Ernest Günther nie szczędził trudów w przygotowaniach do przyjęcia swej cesarskiej siostry; lecz to przygotowania poczynione przez samych dzierżawców i chłopów najgłębiej dotknęły serca tej, na której cześć zostały zaplanowane. Nawet najbiedniejsi zdołali przywdziać odświętne stroje, a dwanaście dni jej wizyty było jednym długim, radosnym świętem. Lecz pośród całego podniecenia i radości pierwszym aktem cesarzowej był akt synowskiej pobożności. Odwracając się od całej wesołości i zgiełku, cicho skierowała swe kroki do kościoła, by pomodlić się przy grobie ojca; a gdy ze łzami w oczach ponownie przemierzała cmentarną ścieżkę, zatrzymała się przy niejednym dobrze zapamiętanym grobie i poprosiła pastora, następcę swego starego przyjaciela, by wskazał jej miejsce spoczynku jego młodej żony, która niedawno została mu odebrana.
Mieszkańcy Przemkowa wkrótce mieli powód, by triumfalnie poczuć, że ich cesarzowa nie została zepsuta przez swe wyniesienie na pierwszy tron kontynentu europejskiego. Z zachwytem widzieli ją spacerującą ze swymi trzema najstarszymi synami po starych, znajomych drogach, zatrzymującą się, by uprzejmie pozdrowić niejednego starego znajomego, odwiedzającą szkoły, wizytującą zakład diakonis, „a podziw wciąż rósł”, jak cesarzowa może ubierać się tak skromnie i kłaniać się z tak ujmującą, serdeczną gracją. Lecz było wielu ludzi chorych i niedołężnych, którzy nie mogli wyjść, by spojrzeć na ukochaną twarz; i ci, mimo krótkości cesarskiej wizyty, zostali odszukani i pokrzepieni przyjaznymi słowami oraz przemyślanymi podarunkami. Gdy wspaniała iluminacja rozświetliła miasto, cesarzowa dbała o to, by przejechać przez najskromniejsze i najwęższe uliczki, jak i przez te bardziej pretensjonalne trakty, „aby skromna świeca najbiedniejszych została należycie uhonorowana”.
Takie są cechy czułego poważania uczuć innych, czystej i wzniosłej bezinteresowności, które zjednują tę dostojną damę sercom poddanych jej męża i które tak dobitnie przypominają Prusakom o ich z nabożnością wspominanej królowej Luizie. Niechaj jej los będzie szczęśliwszy niż los matki Wilhelma I o złamanym sercu.
Zamkniemy ten szkic tak, jak go zaczęliśmy, kilkoma słowami dotyczącymi rodowego domu cesarzowej. Lud holsztyński to ród krzepki, niezależny, nieco gburowaty, trudny do zdobycia, lecz raz pozyskany – stały i wierny aż do śmierci. Gdy niższe klasy po raz pierwszy dowiedziały się, że „ich księżniczka” ma zostać żoną następcy niemieckiego tronu, były podzielone między poczuciem dumy z jej wzniosłego przeznaczenia a obawą, że „ci ludzie tam w Berlinie nie pozwolą jej tu wrócić”. W 1883 roku jednak księżna Wilhelmowa ponownie odwiedziła księstwo, a jej ścieżka była dosłownie usłana kwiatami. Ludzie nie wiedzieli, jak powitać ją z wystarczającą serdecznością, a niejedno surowe oko zwilżyło się niecodzienną łzą, gdy okrzyk wzniósł się w entuzjastyczny wiwat: „Oto nasza księżniczka!”.
A ta wizyta uczyniła znacznie więcej niż tylko zaspokojenie tęsknot lojalnego, wiernego ludu. Stała się okazją do wielkiego i trwałego pojednania. Mężczyźni i kobiety Holsztynu ujrzeli w córce swego ograbionego księcia szczęśliwą, szanowaną żonę i matkę przyszłego suwerena Niemiec. Słyszeli o niej jako o kochanej, pielęgnowanej i czczonej przez ten naród, o którym trudno im było uwierzyć w jakąkolwiek dobrą rzecz; i uraza lat została stłumiona, głęboka rana uleczona, a więź między Holsztynem a Prusakami stała się od tego dnia bliższa, łagodniejsza i bardziej serdeczna. — Good Words.
* W kwestii faktów zawartych w tym artykule autorka jest głównie wdzięczna urokliwemu tomowi autorstwa F. Borchardta, niedawno opublikowanemu w Berlinie, zawierającemu szkice biograficzne opracowane z najlepszych źródeł, dotyczące małżonek Hohenzollernów.