F. Hugin (Księżniczka Szlezwika-Holsztynu Teodora)
F. Hugin
(Księżniczka Szlezwika-Holsztynu Teodora).
Napisał prof. Adolf Bartels z Weimaru.
21 czerwca 1910 roku zmarła w Ober-Sasbach w Badenii najmłodsza siostra niemieckiej cesarzowej, księżniczka Szlezwika-Holsztynu Teodora, urodzona 3 lipca 1874 roku w Przemkowie na Śląsku. Wkrótce potem niemieckie gazety donosiły, że zmarła wydawała książki pod pseudonimem F. Hugin, a znane czasopismo o sztuce w krótkim nekrologu wyraziło uznanie dla faktu, że pseudonim ten nie został wcześniej ujawniony, mimo że jego zdemaskowanie z pewnością przyniosłoby ogromny sukces. Jeśli przy tym [czasopismo] określiło talent pisarki jako nie mniejszy niż u niejednego autora odnoszącego sukcesy, to udowodniło tym samym właściwie tylko, że nigdy nie zapoznało się z jej twórczością.
O życiu księżniczki można powiedzieć niewiele. Lata dziecięce spędziła w Przemkowie. Jej ojciec, książę Fryderyk Krystian August z dynastii Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga, zmarł 14 stycznia 1880 roku w Wiesbaden, gdy miała zaledwie pięć lat. Po tym, jak jej siostry dorosły i wyszły za mąż, matka, z domu Hohenlohe-Langenburg, przeprowadziła się z nią do Drezna, gdzie z zapałem poświęciła się nauce malarstwa. Podróż do Włoch oraz częste letniska w szlezwicko-holsztyńskich zamkach przerywały jej pobyt w Dreźnie. Po śmierci matki, 25 stycznia 1900 roku, księżniczka początkowo ponownie zamieszkała w Przemkowie, po czym jej cesarski szwagier wyznaczył jej na miejsce zamieszkania majątek Bornstedt koło Poczdamu, aby mogła być blisko swoich sióstr. Jej studia malarskie, prowadzone pod kierunkiem Fritza Mackensena z Worpswede, nabrały wielkiego rozmachu i zaowocowały znaczącymi osiągnięciami; zostały one jednak przerwane przez chorobę i wówczas księżniczka zwróciła się ku pisarstwu, do którego zresztą już wcześnie przejawiała talent. Niestety, w ostatnich latach życia nigdy już nie powróciła do pełni zdrowia, często musiała przebywać w sanatoriach i wyjeżdżać na rekonwalescencję do Włoch. Wracając z Włoch, zmarła w domu zaprzyjaźnionej osoby w Badenii.

Za życia F. Hugin opublikowała zaledwie trzy, niezbyt obszerne książki, jednakże ukazują one wysoce oryginalną osobowość literacką i stosunkowo znaczny rozwój [warsztatu]. Najpierw, w 1904 roku w Berlinie nakładem wydawnictwa Martin Warneck, ukazały się cztery opowiadania zatytułowane „Las” („Wald”), z ozdobnikami graficznymi stworzonymi przez samą autorkę. Tytuły tych czterech opowiadań to: „Las jodłowy. Baśń” („Tannenwald. Ein Märchen”), „Las bukowy” („Buchenwald”), „Las górski” („Bergwald”), „Las sosnowy” („Kiefernwald”). Baśń „Las jodłowy” nawiązuje do baśni o Śpiącej Królewnie i, ze względu na swoje przesłanie dotyczące ochrony zwierząt i przyrody, jest prawdopodobnie jedną z najwcześniejszych prac księżniczki, ukazuje jednak obok cech konwencjonalnych już wiele własnych, przede wszystkim stosunkowo niezależne pojmowanie życia natury. F. Hugin posiada to, co chciałbym nazwać „wyobraźnią wglądu” („Hineinschau-Phantasie”), w przeciwieństwie do [wyobraźni] wydobywającej, przekształcającej i łączącej; spogląda ona w głąb rzeczy, nie zmieniając ich w ich istocie ani nie wyrywając ich z całości. Temu pełnemu wyobraźni spojrzeniu odpowiada oczywiście niezwykle subtelne, bogate i głębokie poczucie natury o bardzo osobistym charakterze, co w przedstawieniu poetyckim zdradza się szczególnie w zestrajaniu ze sobą zjawisk przyrody. — W całkowitym przeciwieństwie do „Lasu jodłowego”, drugie opowiadanie, „Las bukowy” („Buchenwald”), mimo silnego nasycenia nastrojami przyrody, jest realistycznym obrazem życia. Przenosi ono czytelnika do szlezwicko-holsztyńskiej ojczyzny poetki, a zarazem w głąb charakteru tamtejszych ludzi. Bohaterem, Asmusem Erichsenem, jest trzynastoletni chłopiec, który z racji swojej umiejętności obchodzenia się z końmi zostaje zabrany z pewnego szlacheckiego majątku w Szlezwiku do wielkiego miasta. Tam jednak, z powodu tęsknoty za domem i złośliwości swoich towarzyszy, marnieje i popada w obłęd. Powrót w rodzinne strony przywraca mu potem zdrowie. — Trzecie opowiadanie, „Las górski” („Bergwald”), to z kolei znów baśń, i to czysta baśń przyrodnicza, w której nie występuje żaden człowiek. Tutaj konwencjonalność, jaką można jeszcze odnaleźć w historii o Śpiącej Królewnie, została całkowicie przezwyciężona; poetka starała się, a zarazem zadowoliła tym, by ożywić naturę samą w sobie, nadać jej zjawiskom czystą formę – i to jej się z powodzeniem udało. Wprawdzie baśń ta niesie ze sobą pewną ideę, ideę nieśmiertelności: za lękiem małych śnieżnych elfów i lodowych dzieci przed tym, że wraz z nadejściem wiosny całkowicie znikną, oraz za ich późniejszym, błogim rozczarowaniem, kryją się oczywiście ludzkie uczucia. Można w nich dostrzec ludzki lęk, tęsknotę, nadzieję. Wielkie poczucie jedności z wszechświatem (das große Allgefühl), tęsknota poetki ku wyższym sferom ujawnia się tutaj po raz pierwszy z potężną mocą. W szczegółach całe to przedstawienie jest na wskroś poetyckie, a zwłaszcza opisy przyrody są dopracowane w najdrobniejszych detalach. — Wreszcie czwarte opowiadanie, „Las sosnowy” („Kiefernwald”), rozgrywa się na Dolnym Śląsku, gdzie przecież księżniczka się urodziła i wychowała. Stanowi ono dopełnienie drugiego utworu, a więc znów jest to realistyczny obraz życia. Obok chłopca ze Szlezwika-Holsztynu pojawia się tutaj chłopiec śląski, który, dorastając w zupełnie innym środowisku, nie z powodu pobytu na obczyźnie, lecz w swoim ojczystym otoczeniu staje w obliczu wewnętrznego upadku; w nim jednak zwycięża dobro. Czytelnik jest zaskoczony tym, jak jasno poetka dostrzega różnice między lokalnymi społecznościami (szczepami). Nastrój lasu w „Lesie sosnowym” jest szczególnie intensywny, równie znakomicie oddano stan duszy rudowłosego chłopca, który podczas pożaru lasu ratuje dziewczynkę, która go nie lubi, po czym sam ginie. Podobnie jak „Las bukowy” jest swoistym studium przygotowawczym do późniejszej szlezwicko-holsztyńskiej powieści „Przez mgłę” („Durch den Nebel”), tak „Las sosnowy” stanowi preludium do „Koguciej Berty” („Hahn-Bertha”), obszernej dolnośląskiej opowieści z nurtu Heimatliteratur, która ukazała się rok po „Lesie” i która po raz pierwszy zwróciła szerszą uwagę na pisarkę, posługującą się imieniem zaczerpniętym od jednego z kruków Odyna. „Kogucia Berta” („Hahn-Bertha”), opowiadanie autorstwa F. Hugin, ukazało się w Berlinie w 1905 roku nakładem G. Grote'sche Verlagsbuchhandlung. Dzieło to bez wątpienia pozostaje pod wpływem naturalizmu. Naturalistyczne dramaty Karla (nie Gerharta) Hauptmanna, chłopska powieść Wilhelma von Polenza „Büttnerbauer”, a w dalszej perspektywie być może również jego powieść kobieca „Thekla Lüdekind”, najprawdopodobniej wywarły wpływ na „Kogucią Bertę”. Niemniej jednak jest to dzieło w pełni samodzielne, jedno z najcenniejszych, jakie przyniósł nam naturalizm – by była jasność: naturalizm nie w wydaniu szkolnym, lecz ten swobodny, poetycki, ten, który już u Jeremiasza Gotthelfa, a także w najlepszych książkach Polenza. Znam niewiele innych, tak prostych, a zarazem tak potężnych, spójnych i wewnętrznie zamkniętych współczesnych dzieł, jak owa „Kogucia Berta” („Hahn-Bertha”). To historia dolnośląskiej chłopskiej córki, będącej połączeniem silnej i nieustępliwej siły natury z prostym, uczciwym usposobieniem, która – ciężko doświadczona zbrodnią popełnioną przez ojca (z którym łączyło ją podobieństwo pod względem uporu i siły) – trafia na niewłaściwego mężczyznę o radosnej, lecz chwiejnej naturze, i która pośród okrutnych zrządzeń losu dorasta do bycia prawdziwą kobietą.
Z pewnością księżniczka obdarzyła wiejską dziewczynę wieloma cechami własnej natury: żywym wyczuciem przyrody, które u Koguciej Berty wprawdzie słusznie pozostaje w ogólnym zarysie „nieuświadomione” („dumpf”), niemniej jednak jako głębokie współodczuwanie z naturą uwidacznia się silnie i naturalnie; przemożnym pędem do życia, który tak często spotyka się z rozczarowaniem, by znów zostać okiełznanym przez powagę egzystencji; oraz dzikim uporem, który stopniowo przeobraża się w niezłomną wolę. Również powolny rozwój religijny bohaterki – od tego, co mgliste i konwencjonalne, ku temu, co sprecyzowane i osobiste, od chrześcijaństwa słów do chrześcijaństwa czynów – był zapewne odzwierciedleniem drogi samej autorki.
Jednakże F. Hugin zawsze trzymała się w granicach, jakie wyznaczyło jej środowisko i chłopska natura jej bohaterki; księżniczka nigdy nie wychyla się zza postaci wiejskiej dziewczyny, nawet tam, gdzie poruszane są kwestie społeczne i kwestia kobieca — bohaterka po prostu staje bezradna wobec zagadki, dlaczego ona, która przecież pracuje równie ciężko, a nawet ciężej niż mężczyzna, nie może być z ramienia państwa zatrudniana i wynagradzana tak jak on. Posiadając „Kogucią Bertę”, mamy do czynienia z prawdziwym dziełem sztuki właśnie dlatego, że jest to autentyczne dzieło życia. Jakże pewnie nakreślono cały rozwój bohaterki: od silnej, pełnej świeżej surowości, a zarazem spragnionej uczuć młodej dziewczyny, przez twardą żonę, aż po matkę i filantropkę, która już tylko pracuje i niesie pomoc; jakże w dwudziestu pięciu krótkich rozdziałach każdy naturalny nastrój życiowy dochodzi w pełni do głosu w precyzyjnie zarysowanej sytuacji!
F. Hugin nie stosuje typowej dla „szkolnego” naturalizmu techniki szerokiego odwzorowywania rzeczywistości, tym bardziej nie posługuje się analizą psychologiczną; jest impresjonistką, która buduje obraz za pomocą zaledwie kilku charakterystycznych, choć samych w sobie naturalistycznych rysów — zawsze jednak osiąga pełną bezpośredniość życia, a wszystkie przedstawione pojedyncze momenty składają się ostatecznie na kompletny portret charakterologiczny, współgrają ze sobą, przenikają się i dopełniają. Ta Kogucia Berta naprawdę żyje. Przy tym wszystko rozgrywa się w środowisku o wyrazistej ostrości, czujemy się dosłownie przeniesieni do tej małej wioski pośród bezkresnych lasów sosnowych; a całe to otaczające ją życie natury, które w detalach zostało ukazane z mistrzowską wirtuozerią, szumi także w naszych duszach. Nie chcę się tu wdawać w szczegółowe opisy, muszę jednak wspomnieć o wielkim pożarze lasu, a następnie o wędrówce bohaterki przez martwy las: stają one na równi z arcydziełami [Adalberta] Stiftera, są wręcz klasyczne.
Książka ta wykracza daleko poza sztukę czysto rozrywkową, jest sztuką ojczystą (Heimatkunst) w najwyższym i najlepszym tego słowa znaczeniu, tym, co miałem na myśli ja, który stworzyłem to pojęcie: głębokie zakorzenienie w ojczystej ziemi i jednoczesne wyrastanie ku wyżynom człowieczeństwa. Obok „Büttnerbauera” Polenza, którego akcja toczy się na sąsiednich ziemiach, to właśnie „Kogucia Berta” F. Hugin mogłaby najbardziej przyczynić się do tego, by tak często wyszydzana sztuka Heimatkunst stała się bliska i cenna narodowi niemieckiemu, oraz by na stałe zachowała swoją pozycję w historii literatury jako najbardziej charakterystyczny i najczystszy przejaw tego gatunku.
Takiej prognozy nie odważę się jednak sformułować wobec powieści „Przez mgłę” („Durch den Nebel”), wydanej w Berlinie w 1908 roku (jako 94. tom „Kolekcji dzieł współczesnych pisarzy” wydawnictwa Grote), chociaż pod wieloma względami z pewnością oznacza postęp w stosunku do „Koguciej Berty”. Ale jest ona mniej samodzielna niż „Kogucia Berta”, widać w niej wpływy Gustava Frenssena. W 1901 roku pisarz ten wydał swojego „Jörna Uhla”, a w 1906 roku „Hilligenlei”, i oba te dzieła najwyraźniej oddziałały na powieść „Przez mgłę” F. Hugin. Jednakże – i tego nie da się wystarczająco mocno podkreślić – „Przez mgłę” w żadnym razie nie jest naśladownictwem „Jörna Uhla” i „Hilligenlei”. W swej istocie jest dziełem całkowicie samodzielnym, a stało się takim dlatego, że F. Hugin była wybitniejszą twórczynią postaci ludzkich niż Frenssen; mogła zostać wprowadzona w błąd przez jego zwodniczą manierę, ale nie uległa zmianie w swojej najgłębszej istocie. Tej zupełnie wyjątkowej oryginalności i siły, jaką miała „Kogucia Berta”, powieść „Przez mgłę” nie posiada; czytelnik zresztą zawsze, i to im dłużej czyta, tym bardziej będzie odczuwał ten „frenssenowski” styl jako przeszkadzający. Mimo to nie można i tutaj przeoczyć ogromnego talentu księżniczki, a trzeba wręcz przyznać, że nastąpił postęp wykraczający poza to, co zaprezentowała w „Koguciej Bercie”: nowa książka jest bardziej swobodna, obszerniejsza, ma w sobie więcej dynamiki, co częściowo wynika już z zawartego w niej powiewu morskiej bryzy. Obiecuje ona wielki rozwój literacki, który niestety został przerwany przez śmierć autorki.
Akcja powieści „Przez mgłę” toczy się nad Morzem Bałtyckim, mniej więcej w Apenrade [dzis. Aabenraa] i okolicach, lub na wyspie Alsen [dzis. Als] koło Sonderburga [dzis. Sønderborg], a zatem w szlezwicko-holsztyńskiej ojczyźnie księżniczki (zamek Augustenburg, jak wiadomo, również leży na wyspie Alsen). Miasto gimnazjalne, o którym często się tam wspomina, to najprawdopodobniej Flensburg. Bohater książki jest, podobnie jak Jörn Uhl, synem chłopskim, nazywa się Lars Asmussen, ale w przeciwieństwie do Jörna Uhla bohater ten – choć w jego zewnętrznych losach można czasem dostrzec punkty styczne – posiada wyrazisty charakter, który jest konsekwentnie utrzymany przez całe dzieło. W ten sposób udało się tu szczęśliwie uniknąć głównego błędu dzieła Frenssena – polegającego na tym, że bohater w niemal każdym rozdziale jest kimś innym, że to nie charakter determinuje bieg wydarzeń, lecz zewnętrzne wypadki, a dokładniej mówiąc: to powieściowa wyobraźnia autora kształtuje charakter bohatera, tworząc z niego niemożliwy konglomerat.
Ojciec bohatera, pijak, wcześnie umiera, gospodarstwo przepada, a chłopiec dorasta początkowo u swojego dziadka, proniemieckiego rybaka Klaasa Klaaßena. Trwa to dopóki brat jego ojca, produński kupiec z najbliższego miasteczka, Gust Asmussen, nie bierze go pod swoją opiekę i nie posyła do gimnazjum. W domu wuja, który znajduje się pod surowymi rządami swojej żony, ale rekompensuje to sobie potajemnie ze służącymi (te sprawy są zasygnalizowane z najwyższą dyskrecją), Lars nigdy nie czuje się w pełni dobrze, pomimo że dorasta wraz z nim urocza kuzynka, Miete. W szkole jednak zdobywa dobrych przyjaciół i radzi sobie całkiem nieźle, ponieważ, choć jest „powolny i ślamazarny” (rozmarzony), wykazuje zdolności. Chciałby poświęcić się naukom technicznym, ale wuj i ciotka żądają, aby podjął pracę w redakcji miejscowej duńskiej gazety. Ponieważ Lars to odrzuca – w imię przebudzonego już i podsycane przez dziadka poczucia niemieckości – krewni odwracają się od niego.
Próby zdobycia wyższego zawodu kończą się niepowodzeniem, więc Lars zostaje, tak jak dziadek, rybakiem. Wciąż jednak tkwi w nim dążenie do czegoś wyższego, a jego talent przejawia się w tym, że samodzielnie buduje łódź dla siebie i swojego przyjaciela Petera Lassena. Czas służby wojskowej raz jeszcze ukazuje mu możliwość społecznego awansu; myśli o tym, by zatrudnić się jako pracownik stoczniowy, ale wolność stała się już dla niego zbyt cenna. Powróciwszy w rodzinne strony, wpada w sieci dorosłej już tymczasem kuzynki Miete, przez co groźba wciągnięcia go w orbitę duńskich wpływów powraca. Ale i tym razem Lars tego unika, ponieważ Miete nawet w snach nie myśli o tym, by zostać żoną rybaka. Niestety Lars, który kochał Miete, daje się teraz namówić – tylko po to, by zaznać świętego spokoju – na ślub z siostrą swego przyjaciela, Triną Lassen, chociaż młoda dziewczyna imieniem Karen, mieszkająca u jego dawnego szkolnego kolegi Jakoba Linda (obecnie nauczyciela), kocha go i byłaby dla niego o wiele odpowiedniejszą żoną. Lars dostrzega to zbyt późno, a świadomość ta w połączeniu z przykrymi warunkami domowymi – jego żona na skutek gorączki nerwowej zapada na chorobę umysłową, a teściowa wprowadza do jego domu nieznośną atmosferę – sprawiają, że na pewien czas wpada w nałóg pijaństwa. Jednak gdy sytuacja staje się krytyczna, bierze się w garść i nie tylko porządkuje swoje własne sprawy, lecz także zakłada stowarzyszenie rybackie, które przynosi okolicy wielkie korzyści, choć później niestety upada z braku ducha wspólnoty. W międzyczasie jednak Lars stał się mężczyzną, a co więcej – człowiekiem w pełni tego słowa znaczeniu, i wywalczył sobie odrobinę domowego szczęścia. Ostatecznie tonie podczas zimowego połowu. — Niewątpliwie mamy tu, podobnie jak w „Koguciej Bercie”, do czynienia z konsekwentnym rozwojem charakteru. Lars Asmussen to męski, nordycki odpowiednik Dolnoślązaczki; podobnie jak ona jest uosobieniem siły, lecz zgodnie ze szlezwicko-holsztyńską naturą jest to siła o poważnym, skłonnym do rozmyślań charakterze, przez co jego moc jest „zbyt ociężała do rześkiego, zdecydowanego czynu”. Niemniej jednak ta siła trzyma go w pionie, i chociaż jego droga wiedzie przez mgłę, a w jego życiu jest wiele marzeń i czekania, to na koniec okazuje się, jak podsumowuje to Karen: „nie na próżno, z całą pewnością nie”. Wprawdzie Lars jest tylko rybakiem, ale owa „pewna siebie, szlachetna godność, mocno zakorzeniona w najgłębszej istocie jego ludu”, jest obecna również w nim, a my nigdy nie tracimy wiary ani sympatii do tego bohatera, który tak swobodnie i z podniesioną głową kroczy przez życie. Pod tym względem F. Hugin o wiele lepiej ukazała istotę szlezwicko-holsztyńskiego charakteru niż Gustav Frenssen w swoich książkach – on wciąż tylko o nim rozprawia, ale nie potrafi go należycie ukazać. Podobnie jak w „Koguciej Bercie”, życie przyrody odgrywa w powieści „Przez mgłę” potężną rolę, a przynajmniej Lars jest w nie absolutnie mocno wrośnięty; każdy nastrój przyrody w pełni w nim rezonuje, człowiek i natura stanowią jedność. Pod tym względem dzieło to jest wręcz niezrównane. Wątpię, by światło, powietrze, morze i ląd w swoich najbardziej intymnych relacjach wobec siebie zostały kiedykolwiek wcześniej ukazane tak wyczerpująco, a zarazem trafnie. Najcenniejszą poetycką spuścizną księżniczki są jednak – pomimo świetności „Koguciej Berty” – jej „Wiersze” („Gedichte”). W ostatnich latach życia nosiła się z zamiarem ich wydania i tylko jej przedwczesne odejście przeszkodziło w ukazaniu się tomu (zawierającego około 90 utworów, wyd. G. Grote, Berlin) pod jej własną redakcją. Kto choćby pobieżnie go przejrzy, od razu dostrzeże wysoce oryginalny charakter tej poezji. Niestety, brakuje nam dat powstania poszczególnych utworów, nie możemy więc prześledzić rozwoju tej liryczki, nie potrafimy ukazać, jak wspinała się na wyżyny prawdziwego artyzmu. To jednak, że ten artyzm osiągnęła, nie ulega żadnej wątpliwości: wśród jej wierszy znajduje się szereg dzieł tak doskonałych, jakich niemiecka literatura w tym gatunku po raz drugi nie posiada, a ogólny charakter tego zbioru odróżnia go od wszystkich innych. Obcych wpływów można by upatrywać co najwyżej u Nietzschego, a być może jeszcze u Walta Whitmana, jednak zostały one całkowicie zasymilowane i są ledwie zauważalne. Pewne pokrewieństwo łączy ją jeszcze z poezją Karla Spittelera, i byłbym skłonny połączyć Nietzschego, Spittelera oraz F. Hugin w swoisty liryczny trójliść (triumwirat) i przypisać im twórczość najważniejszej „Poezji Wszechbytu” („All-poesie”) naszych czasów. Nie muszę chyba dodawać, że w owym trójliściu kobieta nie zajmuje pierwszego miejsca, niemniej jednak w żadnym razie nie niknie w cieniu dwóch pozostałych; być może z całej trójki ma ona najbardziej intymny stosunek do natury, najgłębiej ujmuje jej tajemne życie i działanie, i potrafi je najdelikatniej przedstawić. Z drugiej strony nie brakuje jej jednak siły. — „Poezja wszechbytu” (Allpoesie) oznacza tu oczywiście: poezję, w której ludzka dusza rozpływa się w nastroju wielkiego wszechświata, lub też odwrotnie, w której nastroje wszechświata znajdują wyraz poprzez ludzką duszę. Jest rzeczą jasną, że taka poezja wszechbytu była możliwa tylko dzięki bardzo bliskiemu, pełnemu oddania życiu z naturą i w naturze; a najbardziej autentyczny i wszechstronny nastrój przyrody jest też – jak pokazała nam już analiza opowiadań – główną cechą całej poezji Hugin. I ten nastrój, jak już wspomniano, opiera się z reguły na naocznej obserwacji; F. Hugin patrzy, patrzy plastycznie, a z kolei dzięki temu, że posiada ową prawdziwą „wyobraźnię wglądu” („Hineinschau-Phantasie”), niezwykle mocno różnicuje formy i barwy, a wręcz potrafi przekładać dźwięki na formy i kolory. Niech zilustruje to kilka przykładów. Oto jak brzmi to w wierszu „Poranek” („Morgen”):
„Łagodnym, miękko rozmytym błękitem
otacza niebo dookoła świat,
jesiennie złoty świat.
Daleko, daleko w pachnącą ojczyzną krainę
wnika swobodnie mój wzrok.
A złote pole goni za polem.
I niebieskawo ciągnie się żywopłot za żywopłotem
wskroś tego [krajobrazu].
Tylko z bardzo daleka [słychać] głosy żniwiarzy,
poza tym powietrze jest tak święcie ciche.”
To bardzo wyraźnie krajobraz Szlezwika-Holsztynu — ale odczucie poetki od razu go też ogarnia: „pachnący ojczyzną”, „święcie cichy”. Jej sztukę operowania barwą ukazuje na przykład wiersz „Mój dom ojcowski” („Mein Vaterhaus”). Jakże wzmacnia ona wrażenie „białego zamku” poprzez następujące wersy:
„Białe łabędzie przepływają,
białe mewy przelatują,
białe chmury rosną w błękicie,
głęboko w wodę chcą wejrzeć!”
Artystyczne wykorzystanie dźwięków ukazują następujące wersy z „Pieśni jesiennej II” („Herbstlied” II):
„Z trzaskiem łamią się małe gałązki —
przez zmrok widzę, jak ciągnie [to]
wielkie i ciemne w głąb.
I świecą białe brzozy.
Bażant krzyczy u mego boku.
Jakże to zabrzmiało przenikliwie w tej ciszy!
Ciche opadanie zwiędłych liści.
Potem szelest wokoło na ziemi
i pełzanie, i podskakiwanie:
to czas dla żaby i ropuchy.”
F. Hugin potrafiła przedstawić nie tylko rodzime krajobrazy Szlezwika-Holsztynu i Dolnego Śląska, ale także krajobraz Alp i Włoch, a kilkakrotnie, jak w [wierszach] „Aria Bacha” („Air von Bach”) i „Do muzyki” („Zur Musik”), próbowała nawet oddać wrażenia muzyczne za pomocą motywów krajobrazowych. Typowy niemiecki wiersz liryczny, który dąży do skrystalizowania uczucia związanego z jednolitym obrazem w kilku rymowanych strofach, należy u niej do rzadkości, choć nie brakuje go całkowicie.
Często sama natura w sobie nie wystarcza już poetce do ucieleśnienia jej nastroju; podobnie jak w swoich baśniach [z cyklu] „Las”, wprowadza do swych wierszy baśniowe istoty, elfy, leśne duchy (Waldschrate), czarownice itd. Broń Boże nie należy jednak myśleć tu o czymś, co odpowiadałoby współczesnemu kultowi krasnoludków; F. Hugin miała, jak już wykazano, ową prawdziwą wyobraźnię wglądu, prawdziwą baśniową duszę, dlatego jej utwory z tego nurtu są zazwyczaj bardzo delikatne, subtelne i sprawiają wrażenie niezwykle naturalnych. Tu i ówdzie przebija z nich uroczy humor.
Od poezji baśniowej łatwo przejść do ballad, których F. Hugin napisała niewielką liczbę. W „Szkockiej legendzie” („Schottischen Sage”) o Thomasie the Rhymer z Ercildoune przetwarza na swój sposób motyw [znany z] „Zatopionego dzwonu” („Versunkene Glocke”) Hauptmanna. „Tümmeldink” to holsztyńska legenda chłopska, ujęta z humorem w stylu [Augusta] Kopischa, „Król Skeaf” („König Skeaf”) jest z kolei pochodzenia nordyckiego. Dwukrotnie poetka poruszyła temat cierpienia wdowy po marynarzu [rybaku], raz wręcz genialnie w następujących sześciu wersach:
„W górze leci mewa, jak leciała dawniej.
Zmęczone są ramiona, a morze wzbiera.
Jakże lekko przecież prowadził on wiosła
tymi spokojnymi dłońmi, którymi już nie poruszy.
Wiosła, wiosła, ciągnijcie, jak ciągnęły dawniej —
w górze leci mewa, jak leciała dawniej.”
Brzmi to jak najpotężniejsza poezja ludowa.
Nie należy jednak sądzić, jakoby w jej poezji przyrodniczej nie dochodziło do głosu życie osobiste poetki, jakoby przeważało to, co dawniej nazywano opisywaniem, a dziś trafniej określa się jako oddawanie nastroju. Znaczna część wierszy F. Hugin nosi wyraźnie osobisty charakter, wszechstronnie ukazując ludzkie zmagania księżniczki. Głęboko odczuwała ona trudności swojego położenia i ciężar życia, a do samego końca zachowała buntownicze poczucie wolności. Bardzo charakterystyczny pod tym względem jest wiersz „Sokół” („Der Falke”), w którym najpierw opisuje uwięzionego ptaka. Po jego uwolnieniu czytamy:
„Zatrzymaj się, o sokole, zaczekaj!
Dałam ci wolność —
teraz użycz swych skrzydeł
choć ten jeden raz i mnie.
Również w moim sercu płonie
gorąca udręka tęsknoty.
O, użycz mi swych skrzydeł,
o, ten jeden, jedyny raz!
I ja jestem twardo spętana
i spoglądam w górę z tęsknotą,
o, pozwól mi choć raz poszybować
razem z tobą w swobodnym locie!
Lecz sokół poszybował wyżej
w pełnym majestatu spokoju.
W przestworzach widziałam, jak się unosi,
leciał ku słońcu.”
Poetka częściej uderzała w ten sam ton. Warto przytoczyć jeszcze wiersz „Stań się” („Werde”):
„Chciałabym rozpostrzeć ramiona
w ten wielki błękit
i chciałabym unosić się i szybować
przez czysty, promienny blask.
Chciałabym chwycić się ziemi,
tej rdzennej pra-matczynej gleby,
i nigdy, przenigdy jej nie puszczać,
póki nie uzdrowi się moja najgłębsza istota.
I dzika jak krzyk mewy,
i wolna jak radosny wiatr,
i wielka jak słona toń, i samotna,
tak, Ojczyzno, ukształtuj swe dziecię!”
Jej tęsknota, jak można z tego wywnioskować, bynajmniej nie ulatuje w próżnię. Często znajduje ona również — zobacz wiersz „Górski poranek” („Bergmorgen”) — ukojenie poprzez żarliwe oddanie się Bogu:
„Błogosławione serce, ponad burzami,
jako cząstka twego Boga, podążasz i ty.”
Poza tym jest ona, co zresztą widzieliśmy już w jej opowiadaniach, człowiekiem na wskroś nowoczesnym: posiada nowoczesne poczucie społeczne; opiewała w pieśniach Nietzschego (widząc w nim być może kogoś większego, niż był w rzeczywistości), potrafi odnaleźć wielką Matkę Naturę nawet w obliczu najnowocześniejszego postępu (wiersz „Sterowiec” - „Das Luftschiff”) i zawsze, mimo całej swej religijności, daje świadectwo niezachwianej miłości do ziemi. Czasami wznosiła się także poprzez ironię i humor ponad prozę ziemskiego życia, ogólnie rzecz biorąc jest jednak naturą poważną, silną, samotną, która chciałaby ukryć swój ból przed ludźmi i uciec z nim, niby jeleń, w najgęstszą leśną gęstwinę.
Forma jej utworów poetyckich, czemu nie da się zaprzeczyć, nie zawsze stoi na najwyższym poziomie. Przyszedłszy do poezji stosunkowo późno, księżniczka, jak sama zresztą przyznawała, nie potrafiła już opanować doskonałej techniki warsztatowej. Dlatego preferuje wiersze białe, wolne rytmy, w których zresztą ujawnia niekiedy wielki kunszt, jako urodzona poetka, którą niewątpliwie jest. Zastanawiające wydaje się to, jak z wolnych rytmów często wpada w wersy rymowane — z reguły można dostrzec, że pewna wewnętrzna konieczność. Wiersze rymowane pod względem formalnym zazwyczaj nie są bez zarzutu, lecz mimo to często cechują się bardzo udanym brzmieniem i płynnością. Poetka z dużą zręcznością posługuje się efektami onomatopeicznymi: „Dźwięcz, dźwięcz, dźwięcz dzwoneczku” („Klinge, linge, linge Schelle”), „Przez las kusztyk, stuk, nadchodzi stara [kobieta] ciężko oparta na kiju” („Durch den Wald her humpe tapp kommt die Alte schwer am Stab”) itd. W ogóle ów impresjonizm jest tu często bardzo udanie przeprowadzony również pod względem formalnym. Wewnętrzną formę posiadają niemal wszystkie wiersze F. Hugin, a nawet te nieudane mają jeszcze coś do zaoferowania.
Chcąc ukazać pełne znaczenie F. Hugin, trzeba zapewne odwołać się do największej niemieckiej poetki, Annette von Droste-Hülshoff. Westfalska baronówna i szlezwicko-holsztyńska, a właściwie oldenburska księżniczka są sobie oczywiście bardzo bliskie pod względem urodzenia (krwi), i nie należy się dziwić, że z tego powodu wykazują pokrewieństwo również w swojej poezji. Z pewnością wspólną cechą obu jest bliski stosunek do natury oraz buntowniczy pęd ku wyżynom i wolności. Annette von Droste to natura silniejsza i bardziej namiętna, z kolei Teodora ze Szlezwiku-Holsztynu, choć bynajmniej nie słabowita, to natura łagodniejsza, bardziej rozmiłowana w pięknie. Podobnie też poezja Westfalki jest mocniejsza i bardziej „ziemista” (surowa), podczas gdy poezja księżniczki szlezwicko-holsztyńskiej jest bardziej intymna, rozmyta, eteryczna, co nie znaczy jednak, że przez to konwencjonalna.
Obie poetki dopełniają się w poezji przyrodniczej: Annette, swym ostrym – mimo krótkowzroczności – wzrokiem, znakomicie dostrzega to, co bliskie, i ukazuje to w sposób ostro impresjonistyczny, ale też monumentalny; F. Hugin to poetka rozległych, spowitych w półmroku horyzontów, gdzie w obrazach natury światło i powietrze są równie ważne co otaczające je przedmioty, a nawet w opisie mikrokosmosu (drobnego życia) na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim gra świateł. W sferze uczuć Droste jest bardziej zdecydowana i energiczna, księżniczka zaś subtelniejsza, delikatniejsza, poszukująca, przeczuwająca. U obu równie silna jest miłość do ojczyzny, a poza wszelką wątpliwością pozostaje u nich niezachwiane, moralne, na wskroś kobiece usposobienie. Bardziej wyraźną arystokratką jest być może Westfalka, z pewnością zaś [widać to] w jej poglądach.
Jako prozatorka młodsza poetka [Hugin] zaszła niemal dalej niż starsza; „Kogucia Berta” jest pod względem artystycznym, rzec by można, intensywniejsza i głębiej porusza w wymiarze ludzkim niż „Żydowski buk” (Judenbuche [autorstwa A. von Droste-Hülshoff]), a z kolei „Przez mgłę” nie ma wprawdzie tak dystyngowanej postawy, za to posiada szersze perspektywy i więcej prostej poezji niż [nowela Droste] „U nas w kraju na wsi” (Bei uns zu Lande auf dem Lande). Dzięki swojemu wyraźnemu zmysłowi społecznemu F. Hugin zbliża się także do drugiej wielkiej niemieckiej pisarki, Marie von Ebner-Eschenbach — jak daleko mogłaby jej dorównać w miarę dalszego rozwoju, trudno oczywiście dziś wyrokować.
Jej dorobek życia jawi się jako niedokończone dzieło (tors); droga ta prowadziłaby z pewnością dalej, poza powieść „Przez mgłę”, niemniej jednak „Kogucia Berta” i spora część jej wierszy stanowią dzieła same w sobie skończone, które na zawsze zapiszą imię tej „Augustenburczynki” w historii literatury niemieckiej, tuż obok nazwiska jej przodka, który niósł pomoc Schillerowi.
(Fragment eseju z czasopisma „Eckart”.)