Czekolada śląskiej księżniczki z Przemkowa
Johanna Lemke-Prediger
Czekolada śląskiej księżniczki z Przemkowa
Teodora Adelajda Helena Luiza Karolina Alicja Jenny księżniczka Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga urodziła się 3 lipca 1874 na zamku w Przemkowie, w obecnym powiecie szprotawskim, na Dolnym Śląsku. Właściwie na wygnaniu, gdyż kraj jej przodków znajdował się „między morzami” w Szlezwiku-Holsztynie. Była młodszą siostrą ostatniej niemieckiej cesarzowej i pruskiej królowej Augusty Wiktorii – i jej przeciwieństwem. Podczas gdy cesarzowa ceniła tylko przysłowiowe „trzy K” – Kirche, Kinder und Küche, czyli kościół, dzieci i kuchnię, Teodora była buntowniczką. Była wykształcona, pisała powieści i opowiadania o tematyce społecznej, tworzyła również poezje, grała na instrumentach, oddawała się malarstwu i była serdecznie zaprzyjaźniona z Heinrichem Vogelerem, malarzem o socjalno-demokratycznych poglądach należącym do kolonii artystów w Worpswede koło Bremy, który ilustrował jej utwory.
Do dziś pewna wysokogatunkowa czekolada nosi jej imię.
Od 1910 roku, w dwa miesiące po swojej śmierci, księżniczka Teodora stała się pierwszą kobiecą postacią w Niemczech reklamującą czekoladę. I jest nią do dziś. Na „rozkaz” jej cesarskiej siostry jako materiału opakunkowego wolno używać tylko papieru koloru żółtego, tzw. „cesarskiej” żółci. Herb księżniczki i jej podpis także w 2016 r. zdobią opakowanie słodkiej pokusy. W ten sposób ów cesarski „rozkaz” rodu Hohenzollernów jest jedynym do dziś skrupulatnie przestrzeganym! Księżniczka Teodora zasłużyła sobie na to, aby być znaną nie tylko dzięki czekoladzie, cenić ją należy za jej artystyczną twórczość. Jej krótkie życie znaczone było ciężką chorobą (prawdopodobnie była to cukrzyca). Zawsze „dążyła do duchowej niezależności z głębokim respektem wobec życia i pracy biednych ludzi”. Zachorowawszy w 1906 r. na tyfus, doznała tak poważnego osłabienia, że zmuszona była przebywać dłuższy czas w szpitalu i w kurortach. Często przez wiele miesięcy nie mogła opuścić łóżka, nigdy się jednak nie poddała. Grała na instrumentach, komponowała, malowała i pisała wiersze, opowiadania i jedną powieść. Księżniczka Teodora nie chce być znana jako siostra cesarzowej, a jej cesarski szwagier pewnie by jej zabronił wydawania utworów, w których poddaje krytyce stosunki społeczne. Dlatego wydaje je pod pseudonimem Hugin oraz Munin. Są to kruki znane z germańskich sag; całkowicie odpowiadają jej gustowi. Siedzą bowiem na ramieniu Wotana, ojca bogów i mówią mu uczciwie prawdę o ludziach i ich życiu w jego królestwie. Dzięki temu ojciec bogów jest związany ze swoim ludem i może podejmować mądre decyzje i rządzić. Kłamcy i pochlebcy nie mają żadnych szans.
Jej najważniejszym opowiadaniem jest Hahn Berta. Także dziś warto je przeczytać. Postawiła nim pomnik swojej dolnośląskiej ojczyźnie. Opisuje pożar lasu z 1904 r., a także wspólną pracę wszystkich mieszkańców przy jego gaszeniu, solidarną pomoc dla pokrzywdzonych i odbudowę spalonych domów. Dzień powszedni Berty Hahn, chłopki, jest typowy dla małorolnych gospodarzy: to pracowitość kobiety i jej dzieci, jadłospis składający się głównie ze śledzia i ziemniaków w mundurku, kłusownictwo i opilstwo gospodarza, który ostatecznie popełnia samobójstwo. W tym momencie następuje zwrot w życiu Berty. Z udręczonej i uciskanej kobiety staje się osobą pewną siebie. Wzmocniona wiarą w Boga, nabiera sił i wiary w siebie, przejmuje odpowiedzialność za gospodarstwo i dzieci. Nagle odczuwa pustkę, którą pozostawił jej zmarły mąż, chociaż go nie ceniła. Rankiem izba jest zimna, brakuje drewna na opał, wody, a zwierzęta głośno domagają się pokarmu. Wtedy zrozumiała, że w życiu jest również miejsce na słabości, że należy im poświęcać więcej uwagi i dać im trochę własnej siły, być ich podporą.
Skąd księżniczka pochodząca z bogatej rodziny czerpała taką mądrość? Otóż posiadała ją, gdyż czuła się równie dobrze w skromnych chatkach jak i w rodzinnym pałacu. Wraz ze swoimi siostrami odwiedzała biednych, chorych i potrzebujących, przynosząc im dary.
„Augustenburgowie” lub jej droga z Szlezwika-Holsztynu na Śląsk.
Rodzicami Teodory był Fryderyk VIII, książę Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga, oraz księżna Adelajda, z domu księżniczka Hohenlohe - Langenburg. Rodzina była na wygnaniu, nie posiadała księstwa, gdyż Augustenburgowie musieli już w 1851 r. po raz pierwszy, a w 1866 r. ostatecznie opuścić swoją rodową siedzibę. Znaleźli się wówczas w wirze krwawej i bezwzględnej polityki Bismarcka, służącej utworzeniu jednorodnego państwa. Nabyli wówczas posiadłość w Przemkowie na Dolnym Śląsku i tam się osiedlili. Było to wielkim szczęściem dla tej okolicy, biednej, zacofanej, o ziemi jałowej, pokrytej wrzosowiskami. Ich przybycie przyczyniło się bowiem do podniesienia poziomu życia tamtejszej ludności, poprawy rolnictwa i industrializacji. Teodora wzrasta na dworze wraz z czworgiem rodzeństwa, księciem Ernestem Güntherem i trzema siostrami. Wiodą sielskie życie. Teodora jest ulubienicą ojca, jest dzieckiem natury. Z psem Flockiem przemierza pola i łąki, lasy otaczające Przemków, nierzadko odwiedza zwykłych, prostych ludzi. Księżniczka zna dolnośląski dialekt swojej ojczyzny, w opowiadaniu Hahn Berta staje się on językiem literatury, zanim Gerhart Hauptmann rozwinie go i nada mu formę doskonałości. Śmierć ojca ciężko dotknęła sześcioletnią dziewczynkę. Także dla niej zaczyna się okres cierpień: cukrzyca, choroba wówczas jeszcze mało zbadana, jedynym wówczas dostępnym lekarstwem była aspiryna. Dzięki swojej damie do towarzystwa Annie Wagemann łatwiej znosi cierpienia i dłużej żyje, gdyż ta dostrzega związek między pożywieniem i symptomami choroby i opracowuje plan diety dla swojej podopiecznej. 21 czerwca 1910 r. niemieckie, angielskie i amerykańskie gazety podały informację o śmierci ślicznej księżniczki, która miała wtedy zaledwie 36 lat. Stała się legendą, która nigdy nie utraci aktualności. Jej ostatnia droga prowadzi ze Schwarzwaldu, gdzie na majątku Hochfeld spędziła ostatnie chwile, do rodzinnego Przemkowa. Pochowano ją najpierw w kaplicy zamkowej. W pogrzebie uczestniczyli liczni członkowie europejskiej arystokracji oraz śląska ludność. Po przebudowie zamku kaplica znika, a na małym cmentarzu przy lesie powstaje miejscu pochówku Augustenburgów. W 1945 r. zamek spłonął, w 1960 r. usunięto jego ruiny, a cmentarz pod lasem kompletnie zdziczał. Po 1989 r. zrekonstruowano go i postawiono skromny drewniany krzyż z napisem w dwóch językach: „Przechodniu, pomyśl o zmarłych, którzy tu spoczywają”. Krzyż postawiło podobno Towarzystwo Wspierania Historii Przemkowa i Okolicy działające w latach od 1998-2009. Obok znajduje się tablica z historycznymi fotografiami oraz polski tekst na temat cmentarza i dawnej kaplicy.
Czekolada z Saksonii
Już w dwa miesiące po swojej śmierci Teodora doznała „zmartwychwstania” jako śląska „księżniczka czekolady”, i jako taką można ją podziwiać do dziś, a przede wszystkim delektować się jej smakiem. Zawdzięczamy to sprytnemu fabrykantowi słodyczy Hermannowi Meyerowi z Tangermünde (wówczas była to pruska prowincja Saksonia, obecnie Kraj Związkowy Sachsen-Anhalt). Wraz z sześcioma pracownikami produkował cukier i syrop. Surowcem był cukier trzcinowy z Kuby. Jakiż on był drogi! Tymczasem na Śląsku wynaleziono produkt, który zrewolucjonizował cały rynek cukierniczy. Karl Achard z Konar w powiecie wołowskim opracował metodę pozyskiwania cukru z buraków cukrowych. Z tego wynalazku skorzystała także firma Meyera i poszerzyła swój asortyment o cukierki, czekoladę i praliny. Przedsiębiorca nabył w Szwajcarii przepis na produkcję czekolady, a to pomogło mu stworzyć „nową czekoladę”, o „wykwintnym, eleganckim i ekskluzywnym” smaku. Potrzebna była jedynie odpowiednia nazwa. Miała to być „Feodora”. Sprawę ułatwił szwagier przedsiębiorcy, proboszcz w Bornstedt. Tutaj, w pobliżu Poczdamu, znajdował się cesarski majątek koronny, na którym księżniczka Teodora spędziła kilka lat, gdyż z żoną brata w Przemkowie nie miała zbyt dobrych układów. Poprzez swoje rodzinne powiązania Hermann Meyer zdobył osobiste zezwolenie cesarzowej na oznaczenie towaru. Oczywiście, nie za darmo, bo cesarzowa zażądała procentu od obrotu. Na Boże Narodzenie 1910 r. po raz pierwszy na poczdamskim bazarze pojawiła się czekolada nazwana imieniem Teodory, wzbudzając zachwyt smakoszy.
Czasy zmieniają się, a czekolada Feodora zostaje
Czekolada przeżyła dwie wojny światowe i kilka zmian ustrojowych. Gdy po 1945 roku właściciele fabryki w Tagermünde zostali wywłaszczeni, mimo represji, nie oddali przepisu na jej produkcję i do dziś pozostaje on tajemnicą firmy. Produkcję czekolady podjęto później w Bremie, a dzisiaj produkują ją przedsiębiorstwa Hasso Gnauk i Wolf Kropp-Büttner pod nazwą firmową „Hanseatische Chokolade GmbH”. Tak samo jak w roku 1910, tak i dzisiaj wielką wagę przywiązuje się do jej najwyższej jakości. „Zamiast masy - klasa” - głosi filozofia firmy. Obu przedsiębiorcom zawdzięcza się i to, że „logo firmy”, księżniczka Teodora i jej artystyczne osiągnięcia nie uległy zapomnieniu, gdyż dzięki nim profesor Dieter Leuthold z Institut für Unternehmensgeschichte der Hochschule Bremen (Instytut Historii Przedsiębiorstw Wyższej Szkoły w Bremie) zbadał i udokumentował życie i dzieło księżniczki Teodory.
Kto dzisiaj chciałby ją odwiedzić, powinien udać się do Przemkowa, gdzie znajdzie jej ślady. Dzięki zaangażowaniu burmistrza i licznych mieszkańców może prześledzić życie i działalność Augustenburgów w tej okolicy – idąc historyczną ścieżką edukacyjną wytyczoną tablicami – zapisanymi niestety tylko w języku polskim. Wraz z dawnymi mieszkańcami Przemkowa odnowiono miejsce pochówku zniszczone w 1945 r.; miejsce to należy jednakże lepiej pielęgnować. Po 1945 r. osiedliła się tu ludność pochodząca przeważnie z dawnych polskich kresów wschodnich. Dlatego też dawna świątynia ewangelicka jest dzisiaj kościołem rosyjsko-ortodoksyjnej gminy. Na cmentarzu w Przemkowie znajduje się również grób ostatniego przedstawiciela rodu Augustenburgów, zmarłego w 1931 r. księcia (księcia tytularnego) Alberta, kuzyna Teodory. Ponieważ umarł bezpotomnie, ród Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga wygasł wraz z nim. Drogą dziedziczenia, posiadłość stała się własnością ówczesnego niemieckiego i pruskiego następcy tronu Wilhelma mieszkającego na zamku w Oleśnicy. Idąc z otwartymi oczyma przez Przemków, można w mieście, w parku i lesie znaleźć niejedną pamiątkę dawnych czasów, mimo zniszczeń z roku 1945 i z lat późniejszych. Trzeba tylko poszukać! Istnieją jeszcze dzisiaj domy kawalerskie, jezioro z wyspą róż i głazy narzutowe będące niegdyś ławką, sprezentowane cesarskiej parze jako podarunek z okazji srebrnych godów. Istnieje jeszcze ewangelicki cmentarz, jest zabezpieczony. Lecz jednej rzeczy nie można tu znaleźć – czekolady Feodora. To może się jeszcze zmienić.
Książęcy ród Szlezwika-Holsztyny-Sonderburga-Augustenburga powstał w 1627 r. po śmierci księcia Alexandra jako boczna linia domu Szlezwik-Holsztyn-Sonderburg. Książęta Augustenburgowie nigdy nie panowali i jedynie nosili ten tytuł. Kilkakrotnie członkowie tego rodu próbowali osiąść na tronie jednego księstwa, czy też obu, przede wszystkim w roku 1848 lub 1863. Nigdy im się to nie udało. Po niemieckiej wojnie w 1866 r. mającej na celu zjednoczenie Niemiec, w czasie której Prusy i Austria walczyły o Szlezwik-Holsztyn i samodzielne jeszcze wówczas księstwo Launenberg (dzisiaj Szlezwik-Holsztyn), książę Fryderyk VIII musiał kraj opuścić i wraz z rodziną osiadł na swoich śląskich włościach, nabytych już w 1853 r. Składniki ich nazwiska tworzą nazwy zamków Sonderburg i Augustenburg, które wraz z zamkiem Gravenstein (dzisiaj jest to letnia rezydencja duńskiej rodziny królewskiej i nazwa pewnej odmiany jabłka) należały do nich. Wszystkie trzy zamki znajdują się na terenie Północnego Szlezwiku należącego od 1920 r., po plebiscycie, do Danii. Około 8-10% ludności stanowi mniejszość niemiecka, posiadająca wzorcowe prawa mniejszościowe, tak samo jak mniejszość duńska w Niemczech.