Fragmenty z książki
V. Dni róż
Było to jeszcze w czasie jego studiów, wiosną 1879 roku, kiedy książę Wilhelm przyjął zaproszenie księcia Fryderyka ze Szlezwika-Holsztynu do zamku w Przemkowie na Dolnych Łużycach na polowanie na głuszce. Tam poznał córkę księcia, Augustę Wiktorię, a o tym, jak mu się tam powiodło, opowiada nam pięknie śląski poeta w wierszu:
Na tokowisku głuszców
W książęcym lesie w Przemkowie
Robi się głośno ze wszystkich stron,
Głuszec tokuje, słychać go dokładnie,
Tu nie pomoże żadne chytre ukrycie.
A leśniczy pisze wprost do Berlina:
'Panie Książę, niech Pan przybywa czym prędzej;
To najlepszy czas na tokowisko,
Może Pan śmiało strzelać.'
Ostrożnie skradali się obaj,
Ludzie jeszcze spali,
Książę wystrzelił i wspaniały ptak,
Jego pierwszy, spadł z drzewa.
I jak to bywa przy końcu polowania,
Dumni z rzadkiej zdobyczy,
'Panie Książę', rzekł tamten, 'Szczęść Boże,
Mój najszczęśliwszy dzień jest dzisiaj!'
Lecz otwierają się drzwi i kto wchodzi?
Najpiękniejsza księżniczka.
Jak oczarowany stoi książę przy niej,
Jakby o całym świecie zapomniał.
Wita ją milcząco i całuje w dłoń,
I jego los się dopełnił.
Niech żyje Szlezwik-Holsztyn i Prusy!
Całe Niemcy są uradowane.
Po powrocie do Berlina książę Wilhelm wyjawił swoje uczucie rodzicom, którzy wyrazili zgodę na jego wybór.
Nie tylko wielka polityka, lecz szczere porywy serca kazały synowi wybrać narzeczoną, tak jak niegdyś ojcu. Jednak nawet względy polityczne nie mogłyby wskazać księciu lepszego wyboru. Jego wybranka była przecież córką owego 'Augustenburczyka', który w 1849 roku walczył w szeregach armii pruskiej o wyzwolenie swej ojczyzny spod duńskiego jarzma, ale po niefortunnej walce musiał opuścić Szlezwik jako wygnaniec, po tym jak jego dobra zostały skonfiskowane przez rząd duński, i przeprowadził się do Dłużka na Dolnych Łużycach; który później, w 1863 roku, został uznany przez Niemcy za przedstawiciela niezależnego od Danii, samodzielnego i niepodzielnego Szlezwika-Holsztynu, gdy po śmierci króla Danii Fryderyka VII, w swej proklamacji z Gothy z 16 listopada 1863 roku, zgłosił swe roszczenia do tych ziem.
Była ona przecież córką tego samego człowieka, który po wojnie duńskiej musiał ustąpić, ponieważ nie chciał podporządkować się dalekosiężnym nakazom polityki pruskiej, lecz który później zawarł pokój z Prusami, pogodził się z wcieleniem Szlezwika-Holsztynu do Prus i uczestniczył w wojnie francusko-pruskiej w sztabie następcy tronu. Dlatego w szerokich kręgach narodu postrzegano związek księcia Wilhelma z córką księcia Fryderyka jako pojednanie osobistych interesów naruszonych twardymi prawami polityki i witano teraz tym radośniej połączenie Szlezwika-Holsztynu z Prusami jako takie, dla którego zawsze aktualne pozostaną słowa: 'na wieki nierozdzielne' (up ewig ungedeelt).”
O pochodzeniu, dacie urodzenia i chrzcie księżniczki daje nam ciekawe wyjaśnienie oryginalny wpis w księdze kościelnej w Dłużku (Dolzig). Brzmi on następująco:
'Nr 1856. Dnia 22 października 1858 r., rano o godz. 7:30.
Nomen (Imię): Augusta Wiktoria Fryderyka Ludwika Teodora Jenny, dziecko z prawego łoża.
Ojciec: Jego Książęca Mość Pan Fryderyk Krystian August, książę dziedziczny Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga, patron kościoła, pan dziedziczny i lenny na Dłużku.
Matka: Jej Książęca Mość Pani Adelajda Wiktoria Amalia Ludwika Maria Konstancja, księżna dziedziczna Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga, z domu księżniczka Hohenlohe-Langenburg.
Dnia 30 listopada ochrzczona. Rodzice chrzestni:
1. Jego Królewska Wysokość Książę Regent Prus.
2. Jej Królewska Wysokość Księżna Prus.
3. Jego Królewska Wysokość Książę Fryderyk Wilhelm Pruski.
4. Jej Królewska Wysokość Księżna Fryderykowa Wilhelmowa (Wiktoria) Pruska.
5. Jej Książęca Mość Księżna Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga.
6. Jej Książęca Mość owdowiała pani hrabina Erbach-Schönburg, z domu księżniczka Hohenlohe-Langenburg.
Wszyscy nieobecni'.
Z powyższego wpisu wynika jednocześnie, że już wówczas istniały bliskie relacje między pruskim domem królewskim a rodziną książęcą. Księżna (matka) była siostrzenicą królowej Wiktorii w Anglii.
Pierwsze lata młodości księżniczka spędziła w Dłużku nieopodal Lubska na Łużycach. Jej pierwszą wychowawczynią była dama z francuskiej części Szwajcarii, którą jednak już po kilku latach zastąpiła Angielka, panna Walker. Gdy 11 marca 1869 roku zmarł dziadek księżniczki, książę Krystian August, ojciec przeniósł się z rodziną do Przemkowa na Śląsku, gdyż odziedziczył tamtejsze dobra. Tutaj księżniczka dorastała wraz ze swoją młodszą siostrą Karoliną Matyldą i bratem Ernestem Güntherem, niczym uroczy kwiat, przyciągając uwagę swą miłą postacią, a jeszcze bardziej szlachetnością serca i duszy. Wraz z wiekiem dzieci do grona pedagogicznego dołączył kandydat teologii jako domowy nauczyciel, który prowadził lekcje religii dla dzieci oraz studia łacińskie księcia Ernesta Günthera.
Już w wieku czternastu lat księżniczka Augusta Wiktoria biegle mówiła po angielsku i francusku, a przy okazji nauczyła się także języka duńskiego, gdyż jej pokojówka była Dunką. Do Przemkowa powoływano wybitnych nauczycieli, aby udzielali lekcji muzyki i malarstwa. Jako dar na całe życie Bóg dał naszej cesarzowej nieprzeciętne uzdolnienia muzyczne, które ona wiernie pielęgnuje. Książę Fryderyk z serdecznym zaangażowaniem nadzorował naukę swoich dzieci. Godziny lekcyjne były uporządkowane według ścisłego planu i musiały być przestrzegane z najwyższą punktualnością.
Życie rodzinne w domu książęcym było wspaniałe, a zarazem na wskroś proste; w latach młodości księżniczki rzadko zdarzały się wielkie rozrywki. Jej najmilszym wspomnieniem z tego czasu pozostanie zapewne podróż do ciotki, księżniczki Amalii ze Szlezwika-Holsztynu, która zimą zawsze przebywała w Pau w południowej Francji, gdzie na prośbę ciotki obie młode księżniczki mogły spędzić całą zimę. Później księżniczka często przebywała wraz z siostrą w Anglii u swego wuja, który mieszkał w skromnym pałacyku Cumberland Lodge w ogromnym parku w Windsorze i spędzał tam większą część roku. Na miejsce zimowego pobytu książęca para rodziców wybierała zazwyczaj Gothę, rezydencję księcia Ernsta, z którym oświecony ojciec był nie tylko spokrewniony, ale i najserdeczniej zaprzyjaźniony.
Najuroczystszym dniem jej młodości był 22 maja 1875 roku, kiedy to wraz z siostrą została konfirmowana przez pastora Meißnera w Przemkowie. Przed zgromadzoną gminą księżniczka złożyła wyznanie wiary. Po duchownym ojciec pobłogosławił swoje dzieci dewizą swojego domu:
„Bez Bożej łaski, wszelki trud próżny”.
Od tej pory księżniczka brała żywy udział w życiu religijnym i nabożeństwach gminy. Potrzebą serca było dla niej, aby ze środków, które książę przeznaczał na jej drobne wydatki po konfirmacji — przed konfirmacją księżniczka otrzymywała jedynie niewielkie kieszonkowe — oszczędzić coś dla miejscowych ubogich. Nierzadko dopytywała się u miejscowego duchownego, czy tu lub tam nie ma ukrytej biedy, którą należałoby złagodzić. Księżniczka chętnie odwiedzała ubogich i chorych; nie wzbraniała się wejść nawet do najnędzniejszej chaty, by nieść pociechę i pomocną dłoń w miłosiernej miłości. (Według czasopisma Schorers Familienblatt).
Pewien człowiek blisko związany z rodziną książęcą tak wówczas opisywał księżniczkę: „To, co w pierwszej chwili ujmuje w księżniczce, to ten pogodny, niemiecki pierwiastek, który wyraża się zarówno w jej wyglądzie zewnętrznym, jak i w jej naturze. Postaci słusznej, smukła, wysoka, o szlachetnych proporcjach, pięknie uformowanych dłoniach i stopach, potrafi w swej postawie i ruchach łączyć godność z wdziękiem. Choć nie można powiedzieć, by rysy jej twarzy należały do tego rodzaju, który uderza widza od pierwszego wejrzenia, to jednak z czasem zauważy się, że ta owalna twarz z delikatnymi niebieskimi oczami, urokliwymi ustami z pięknymi zębami i obfitością blond włosów, przy dłuższym patrzeniu z minuty na minutę zyskuje i fascynuje. Oczy, spuszczone pokornie, wydają się zamyślone nad sprawami wewnętrznymi, przez co ich spojrzenie, gdy już się podniosą, jest tym radośniejsze, jaśniejsze i promienne. Z jej natury bije przekonująca serdeczność, która wypływa jedynie ze źródła czystego umysłu. Wraz z kształtowaniem serca, które opierało się na fundamentach religijnych, kształtował się także jej duch. Księżniczka mówi bardzo dobrze, wie bardzo wiele i potrafi dać od siebie nie tylko to, czego się wyuczyła, ale własne przemyślenia — świadczy o tym urok, jaki bije z rozmowy z nią. Z niemieckiego szczepu wyrosła, niemiecki jest jej wygląd, niemiecka jej natura”.
Taka właśnie była natura księżniczki, którą książę Wilhelm wybrał sobie na małżonkę.
Już miały odbyć się zaręczyny, gdy nagle młode szczęście zostało zmącone przez śmierć księcia (ojca Augusty Wiktorii), który zmarł 14 stycznia 1880 roku w Wiesbaden na atak serca. Jego wdowa udała się następnie wraz z córkami na dwór księcia Ernsta do Gothy.
Tutaj książę Wilhelm Pruski pojawił się ponownie z krótką wizytą i 14 lutego 1880 roku zaręczył się z księżniczką z zachowaniem wszelkich form. Oficjalne uroczystości zaręczynowe, ze względu na żałobę w rodzinie panny młodej, odbyły się dopiero 2 czerwca 1880 roku na zamku Babelsberg. Zaproszono na nie pięćdziesięciu czterech gości, którym minister domu królewskiego, hrabia von Schleinitz, ogłosił zaręczyny następującymi słowami:
„Z polecenia Jego Majestatu Cesarza i Króla mam zaszczyt obwieścić zebranym, że za zgodą Jego Majestatu Cesarza, przy aprobacie Ich Cesarskich i Królewskich Mości Następcy Tronu i Małżonki Następcy Tronu Niemieckiej Rzeszy i Prus, właśnie odbyły się w obecności członków Królewskiej Rodziny Pruskiej oraz Domu Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga zaręczyny Jego Królewskiej Wysokości Księcia Wilhelma z Jej Wysokością Księżniczką Augustą Wiktorią ze Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga”.
Po tej proklamacji pojawiła się panna młoda pod ramię z cesarzem, który przedstawił ją zgromadzonym. Następnie cesarz przywołał swego wnuka i przekazał mu pannę młodą, po czym młoda para otworzyła pochód do sali jadalnej, gdzie odbyła się uroczysta uczta.
Ślub wyznaczono na 27 lutego 1881 roku. 25 lutego księżniczka opuściła zamek w Przemkowie, aby w Niegosławicach wsiąść do pociągu specjalnego wysłanego po nią przez cesarza. Gdy pociąg wjechał na odświętnie udekorowany Dworzec Poczdamski w Berlinie, następca tronu i książę Wilhelm pośpieszyli do wagonu narzeczonej-księżniczki, do którego weszli. Można było zobaczyć, jak następca tronu wręcza swej synowej ogromny bukiet i przy tym serdecznie ją przytula. Pełne uczucia było powitanie, w którym blady z emocji książę Wilhelm przywitał swą narzeczoną. Po opuszczeniu wagonu dostojni państwo przejechali otwartym powozem do pałacu Bellevue, gdzie zgromadziła się już cała rodzina królewska, by powitać przybywającą pannę młodą.
Z pałacu Bellevue 26 lutego odbyło się uroczyste wprowadzenie panny młodej według starego pruskiego zwyczaju królewskiego.
„W blasku promiennego słońca nastał dzień uroczystego wjazdu; zdawało się, jakby ziemię chciał ucałować powiew nadchodzącej wiosny, tak łagodna była zimowa rześkość.
Przedpołudnie upłynęło na ostatnich przygotowaniach. W południe w Bellevue pojawiła się dostojna teściowa, następczyni tronu, by odebrać pannę młodą. Odjazd wyznaczono na godzinę drugą. Zaraz potem przybyła wojskowa asysta i wspaniały, złoty wóz koronacyjny, w którym księżniczka miała przebyć drogę.
Gdy dostojna panna młoda, pełna wdzięku i świeżości, w jasnoniebieskiej atłasowej sukni z trenem, z białym okryciem i różą we włosach wyszła z zamku, pośpieszyły ku niej małe dziewczynki, by usłać jej drogę kwiatami – był to uroczy widok, który widocznie bardzo uradował księżniczkę.
Złoty powóz, do którego wsiadła, odznaczał się bajecznym przepychem. Na górze spoczywała złota korona, jego narożniki zdobiły wysokie strusie pióra, a nawet szprychy kół były w całości pokryte złotymi liśćmi. Ten wspaniały pojazd ciągnęło osiem kolosalnych karych koni. Ich uprząż miała niemal sto lat i świadczyła o ogromnym bogactwie. Obok narzeczonej-księżniczki miejsce zajęła pani następczyni tronu, na tylnym siedzeniu usiadła ochmistrzyni wielka, hrabina Brockdorff. Na stopniach powozu stali bogato odziani paziowie.
Przy dźwiękach muzyki lśniący pochód ruszył. Na jego czele jechał oddział dragonów gwardii. Następnie jechał zaprzężony w sześć koni powóz z hrabią von Seckendorffem i baronem von Ende, kolejny sześciokonny powóz z hrabią von Lüttichau i baronem von Heinze, następny z hrabią von Perponcherem i baronem von Liliencronem, pełnomocnikiem rodziny książęcej, dalej kompania Garde du Corps z trębaczami na czele, a po niej wóz weselny, po którego prawej stronie jechał konno koniuszy wielki hrabia von Pückler, a po lewej dowódca Garde du Corps. Bezpośrednio przed wozem jechało dwóch królewskich masztalerzy. Za nim podążała kompania Garde du Corps, dwa sześciokonne powozy z damami narzeczonej-księżniczki i Jej Cesarskiej Wysokości Następczyni Tronu, a na końcu oddział 2. Pułku Ułanów Gwardii.
Tak oto lśniąca procesja zmierzała prosto w kierunku Bramy Brandenburskiej.
Przy „Małej Gwieździe” (Kleiner Stern) na czele orszaku ustawiło się czterdziestu pocztylionów, prowadzonych przez naddyrektora poczty tajnego radcę Vahla i sześciu wyższych sekretarzy poczty. Jednocześnie z nimi, zgodnie ze starym przywilejem, pojawili się na wspaniałych koniach przedstawiciele cechu rzeźników.
Przy dźwiękach trąbek pocztowych dotarto do bramy. Przed nią wóz weselny powitali: gubernator Berlina, słynny generał von Fransecky, komendant generał-major von Berk oraz prezydent policji von Madai; pierwszy z nich dołączył do powozu po prawej stronie, ostatni po lewej.
Wtedy nagle zagrzmiały siedemdziesiąt dwa wystrzały armatnie, a wszystkie dzwony radosnym biciem ogłosiły, że księżniczka wjeżdża do miasta. Potężny wiwat wstrząsnął powietrzem; mury Berlina przyjęły młodą władczynię – były to żywe mury wiernego ludu, który jak żaden inny trwa w wierności swojemu domowi panującemu.
„Teraz jest nasza!” – niosło się ze wszystkich stron, a radosne słowa uznania dla uroczego wyglądu panny młodej, która tak wdzięcznie pozdrawiała tłumy, rozbrzmiewały wzdłuż wielokrotnych szeregów gapiów.
Po przejeździe przez Bramę Brandenburską powóz został powitany przez nadburmistrza miasta, pana von Forckenbecka, który skierował do książęcej narzeczonej następujące powitalne przemówienie:
„Najdostojniejsza Księżniczko! Podczas uroczystego wjazdu Waszej Wysokości do stolicy Rzeszy i kraju, władze miejskie oraz mieszkańcy Berlina składają Tobie z najwyższym szacunkiem najserdeczniejsze pozdrowienia oraz najszczersze życzenia szczęścia i błogosławieństwa.
Wiwat, który w odświętnej oprawie stolicy rozbrzmiewa ku Waszej Wysokości z ust tysięcy i dziesiątek tysięcy gęsto zgromadzonych mieszkańców, płynie z głębi serc. Zrodzony z niezłomnej wierności i przywiązania, które łączą nas w radości i smutku z naszym wzniosłym domem panującym, ten wiwat jest prawdziwym wyrazem szczerej radości ludu z powodu świętego związku małżeńskiego, który Wasza Wysokość, córka starego niemieckiego rodu książęcego, zamierza zawrzeć. Jest on prawdziwym i żywym wyrazem niezachwianej, radosnej nadziei, że ten związek serc przyniesie trwałe szczęście i pomyślność dostojnemu narzeczonemu, ukochanemu domowi panującemu, całemu narodowi niemieckiemu oraz naszemu miastu, które zawsze z głęboką wdzięcznością odczuwało dobroczynne i humanitarne działanie dostojnych kobiet domu panującego.
Bądź błogosławiona wchodząc do naszego miasta – tak wołam do Waszej Wysokości w imieniu władz miejskich i wszystkich mieszkańców”.
Z urokliwym uśmiechem pokłoniła się książęca panna młoda, podczas gdy z oczu następczyni tronu popłynęły łzy, i odpowiedziała na powitanie mniej więcej tymi słowami:
„Dziękuję Państwu z całego serca za przyjęcie, jakiego doznałam; jestem głęboko poruszona wspaniałymi przygotowaniami, jakie mieszkańcy poczynili na mój przyjazd. Będę pamiętać o dzisiejszym dniu i starać się ze swej strony odwzajemnić miłość, którą tak hojnie mnie obdarzono, aby móc w pełni czuć się jedną z mieszkańców Berlina”.
Jak urzeczona spoglądała dostojna panna młoda na Plac Paryski (Pariser Platz), zamieniony w ogromny ogród kwiatowy, na którym witali ją przedstawiciele milionowej metropolii. Droga była tu tak gęsto usłana różami, że przypominała kwietny kobierzec.
Lecz zaskoczenie księżniczki miało jeszcze wzrosnąć, gdy przejeżdżała przez środkową aleję pod lipami (Unter den Linden) pod wspaniałymi łukami triumfalnymi. Nie mniej niż 45 000 osób utworzyło tu szpaler: było to 10 000 weteranów, 10 000 członków cechów, a pozostałe 25 000 stanowili studenci szkół wyższych i artystycznych, członkowie bractw strzeleckich, gimnastycy i budowniczowie maszyn. Uczestnicy, którzy nie byli w mundurach, mieli zatknięte za kapelusze i w butonierkach odświętnych strojów gałązki jodły, obok barw Szlezwika-Holsztynu: niebiesko-biało-czerwonych.
Wśród niezmierzonych okrzyków radości orszak powoli dotarł do Zamku Królewskiego. Tutaj stała kompania, którą jako kapitan dowodził książę Wilhelm. Miała ona na głowach wysokie czapki grenadierskie, które wprowadził król Fryderyk Wilhelm I. O wpół do pierwszej książę odebrał ją z Dworca Poczdamskiego i osobiście poprowadził przez Bramę Brandenburską. Jasnym i mocnym głosem wydał teraz komendę do sprezentowania broni przed ukochaną narzeczoną, podczas gdy sam, promieniejąc ze szczęścia, opuścił szpadę. Następnie w zamku odbyło się wielkie przyjęcie”. (B. Garlepp.)
Zwieńczeniem dnia uroczystego wjazdu była iluminacja, która rozciągała się od centrum miasta aż po dalekie przedmieścia. Punktualnie o godzinie siódmej na wieży ratuszowej zapłonęły ognie bengalskie, oblewając szczyt potężnej wieży barwnym blaskiem. W mgnieniu oka rzędy świateł przeciągnęły się od domu do domu, od okna do okna; tu lśniły kunsztowne figury ze szkła, tam płonęły w górę pochodnie, trzeszczały płonące misy z paką i w krótkim czasie większa część berlińskich ulic rozbłysła jasnością dnia. Wtedy tłumy ponownie ruszyły; na ulicach panował radosny gwar, a im bliżej było trasy wjazdu, tym trudniej było o przejście. W różnych miejscach można było przeczytać okolicznościowe wiersze, a wśród nich taką zwrotkę:
„Gdy cesarz niegdyś brał swej żony dłoń,
Augustę dla nas wybrał on,
Następca Tronu, zwycięzca w boju,
Wiktorię przywiódł nam w pokoju.
Książę Wilhelm pomyślał zaś sobie:
Co tamci dwaj, to i ja zrobię!
Wybrał więc szybko i patrzcie, o oto:
Augusta z Wiktorią – jego złoto!”
(Uwaga od tłumacza: Wiersz nawiązuje do imion babki, matki i samej panny młodej: Augusta + Wiktoria).
27 lutego w zamku odbyły się zaślubiny. Cywilne zawarcie związku małżeńskiego dostojnej pary odbyło się w najwęższym gronie przed ministrem domu królewskiego, panem von Schleinitzem, pełniącym funkcję urzędnika stanu cywilnego. Wieczorem w przeddzień ślubu dostojna panna młoda została przez cesarzową Augustę przyozdobiona koroną, w której lśniło ponad sto drogich kamieni, „od wielkości ziarnka grochu po orzech laskowy”. Biały atłas, ozdobiony gałązkami róż i kwiatowymi girlandami ze srebra, otulał jej smukłą postać. Tren był obszyty mirtem, a welon przyozdobiony mirtem i kwiatami pomarańczy. Tak oto panna młoda stanęła przed ołtarzem u boku prawnuka Luizy, który miał na sobie mundur kapitański i białe wstęgi Orderu Podwiązki przewieszone przez epolety.
Kościelne błogosławieństwo zostało udzielone przez nadwornego kaznodzieję dr. Kögla. Mowa ślubna była bogata w nawiązania do przeszłości, do której to miejsce dawało wiele okazji. Przypomniał on pobłogosławione tutaj śluby minionych lat, złote gody cesarza, konfirmację księcia Henryka i brata, który właśnie tutaj brał ślub. Jako tekst przewodni swojej mowy dr Kögel przyjął słowa z niedzielnego listu apostolskiego: „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy; z nich zaś największa jest miłość”, którą zakończył ważnym wezwaniem do ufności oraz wytrwania w wierze i miłości. Gdy nastąpiła wymiana obrączek i wypowiedziano sakramentalne „tak”, z zewnątrz dobiegły pierwsze wystrzały armatnie, ogłaszając miastu, że związek młodej pary otrzymał kościelne błogosławieństwo.
Również w tej chwili niezwykły gest podkreślił szlachetność serca książęcej panny młodej. Wyraziła ona życzenie, aby w kościele podczas modlitwy wstawienniczej za ich małżeństwo zaśpiewano pieśń: „Jezu, prowadź nas drogą życia” (niem. Jesu, geh’ voran auf der Lebensbahn).
Zwrócono księżniczce uwagę, czy podczas śpiewu nie należałoby pominąć drugiej zwrotki: „Gdy nadejdą dni trudne”, ponieważ brzmi ona zbyt poważnie i przypomina o ludzkim cierpieniu.
Na co księżniczka odparła: „Nie, właśnie ta zwrotka powinna zostać zaśpiewana, gdyż wcale nie wierzę, że w moim nowym stanie będę zawsze kroczyć po różach. Mam jednak tę pociechę, że książę Wilhelm myśli tak samo jak ja, a ja tak jak on. Postanowiliśmy wszystko znosić wspólnie, a dzięki temu to, co trudne, stanie się dla nas lżejsze”.
Jakże wolne od wszelkiej pychy, jak skromne i pokorne były to słowa! Wiedziała przy tym, że jej dostojny narzeczony myśli równie poważnie i wiernie. Nic dziwnego, że cały kraj wiwatował na jej cześć z takim entuzjazmem.
Z tej okazji poznano także inne piękne fakty. Księżniczka sprowadziła z Dłużka do Berlina swoją mamkę, panią Paulinę Kruschwitz, wraz z mężem i córką (mleczną siostrą księżniczki), aby mogli oni, zgodnie ze swoim wielkim pragnieniem, uczestniczyć w dniu chwały swojej pani.
Ponadto przed rozpoczęciem podróży ślubnej księżniczka udała się do starszej damy, siostry zmarłego wyższego urzędnika dworu książęcego, która z powodu choroby była przykuta do fotela i wyrażała tęskne pragnienie, by móc pożegnać narzeczoną-księżniczkę. Ledwie księżniczka o tym usłyszała, natychmiast pojawiła się u staruszki i ze wzruszeniem się z nią pożegnała.
W podobny sposób odwiedziła starego, wiernego, na wpół ociemniałego urzędnika, aby się z nim pożegnać.
Opowiadano sobie również inną uroczą historię. Pewnego razu księżniczka spacerowała w Przemkowie i znalazła przy drodze płaczące dziecko, które z bólem patrzyło na swoją najwyraźniej zranioną stopę...
Pełna litości księżniczka pochyliła się nad dzieckiem i zapytała, co mu dolega. Dziewczynka wbiła sobie cierń w stopę i nie mogła go usunąć. Księżniczka szybko uklękła obok dziecka, wyjęła igłę i uwolniła stopę od bolesnego ciernia.
Również kolejna historia była wówczas często opowiadana.
Było to po południu 24 grudnia 1873 roku, kiedy młoda księżniczka Augusta Wiktoria i jej siostra Matylda, pod opieką jednej z dam dworu, weszły do lazaretu pięknej szkoły kadetów położonej w Holsztynie, aby odwiedzić chorego kadeta – brata ich towarzyszek zabaw, którym towarzyszyły. Wiktoria, starsza siostra, była wówczas „rozkwitającym pąkiem” w wieku piętnastu lat, podczas gdy młodsza o rok Matylda zapowiadała się nie mniej uroczo. „Młody wojownik”, będący już na drodze do wyzdrowienia, uronił łzy radości na widok tej szlachetnej grupy dziewcząt i był nieskończenie szczęśliwy. Lecz w swej radości nie zapomniał o przyjacielu i opowiedział swoim gościom, że jeden z jego towarzyszy, Alfred, musi dziś, w wigilijny wieczór, cierpieć w surowym areszcie o chlebie i wodzie. Znał on dobre serce księżniczki, a ta obiecała chętnie pomóc. „Areszt w dzisiejszy wieczór; na Boga, to okrutne! Jeśli sądzisz, Alfredzie, że rozmowa z surowym panem majorem na coś się przyda, to uczynię to z całego serca. – Mario, Olgo i Jenny, chodźcie ze mną! Żegnaj, do widzenia!” Z tymi słowami księżniczka opuściła pokój, aby u komendanta wyjednać uwolnienie więźnia.
Uwięziony kadet był hardym chłopcem, który miał w głowie tylko psoty i w pełni zasłużył na swoją karę; mimo to księżniczce Wiktorii nie było trudno doprowadzić do uwolnienia więźnia. „Sam zaniosę mu tę radosną nowinę” – powiedział komendant i natychmiast udał się do aresztu. Cztery młode dziewczęta podążyły za nim niepostrzeżenie w ciemnościach, mając nadzieję, że staną się świadkami szczęśliwej sceny. Pęk kluczy zagrzechotał i podoficer z gorliwością otworzył majorowi celę, lecz ten zatrzymał się na progu jak wryty. Odwrócony plecami do drzwi, mając obok siebie na wpół opróżnioną butelkę wina, pierniki, jabłka i orzechy – same pyszności, które podrzucił mu litościwy kolega – kadet siedział na stole i gwizdał wniebogłosy marsza: „Tak się żyje!”, wybijając przy tym obcasami rytm o nogi stołu. W końcu zauważył obecność przełożonego i wyprężył się jak struna w służbowej postawie przed „surowym panem”. Major zagrzmiał: „Co to za dyscyplina? Skąd to się wzięło w celi? Odpowiedź!” — „Nie wiem, panie starszy wachmistrzu” — brzmiała krótka i zuchwała odpowiedź. — „Czekaj no, bratku, to się znajdzie; porządnie ci zepsuję to święto; jesteś przecież jednym z tych...!” W tym momencie stary zegar zamkowy wybił drżąco szóstą godzinę. Wtedy na zewnątrz bożonarodzeniowy anioł poruszył serce dzwonu na pobliskiej wieży kościelnej w miasteczku; dźwięk szybko poleciał do innych dzwonów, by i te wprawić w ruch.
Uroczyście zabrzmiało to w zimowej nocy i wewnątrz celi aresztu. Rozpoczęła się święta noc Bożego Narodzenia. — „Mój drogi kadecie, czy nie chcecie się wcale poprawić?” — podjął major po dłuższej pauzie, lecz już znacznie łagodniejszym tonem. — „Czy tak szanujecie pamięć waszego starego ojca, który przed trzema laty zginął śmiercią bohatera na polu bitwy?” — Wokół zuchwałych ust małego aresztanta przemknął bolesny skurcz, a z jego oczu wypłynęły dwie wielkie łzy. — „Na prośbę łaskawej księżniczki Wiktorii przychodzę właśnie, aby darować wam areszt, lecz w tych okolicznościach, co sami musicie przyznać, nie mogę tego uczynić!” — „Cicha noc, święta noc!” — zabrzmiało nagle przed drzwiami celi na ciemnym korytarzu — cicho, łagodnie niczym głosy aniołów. Ten równie pobożny, co wierny służbie stary oficer zamilkł i słuchał w skupieniu. Hardość kadeta została złamana — teraz płakał już tak szczerze, po dziecięcemu, a łza za łzą toczyła się po jego mundurze. Uroczysta cisza panowała w tym ciasnym pomieszczeniu. „Mój drogi kadecie, weźcie swoje rzeczy i przygotujcie się do wigilii” — powiedział major łagodnym tonem. Na progu celi stała zaś postać dziewczęca o złociście lśniących włosach, z różowymi policzkami i łagodnym spojrzeniem. Była to księżniczka Wiktoria, a za nią trzy pozostałe dziewczęta; wszystkie promieniały ze szczęścia i radości z powodu efektu, jaki wywarł ich śpiew. Stary major ucałował wzruszony dłoń księżniczki, podczas gdy kadet, szlochając, padł na kolana i chwycił jej drugą rękę.
Choć zdarzenia te same w sobie mogą wydawać się błahe, rzucały one jednak piękne światło na ducha i charakter dostojnej panny młodej; lud potrafił to docenić i tym radośniej obchodził dni świąteczne.
Po ślubie w Sali Białej odbył się Defiliercour (uroczyste złożenie pokłonu) przed nowożeńcami, a w Sali Rycerskiej uczta ceremonialna, podczas której cesarz Wilhelm wzniósł toast za zdrowie dostojnej pary. Oficjalne uroczystości zakończyły się tradycyjnym tańcem z pochodniami (Fackeltanz) oraz rozdaniem kawałków podwiązki (Strumpfbandverteilung).
28 lutego nowożeńcy oraz Najjaśniejsi i Dostojni Państwo udali się na nabożeństwo do kaplicy zamkowej.
Do nowożeńców napłynęło mnóstwo prezentów, których wręczenie odbyło się 1 marca. Zdecydowanie najcenniejszym i najbardziej znaczącym pod względem artystycznym był dar miast monarchii – srebrny serwis stołowy (Tafelaussatz), ukończony dopiero w 1883 roku. Przy wręczaniu jego modelu pan von Forckenbeck wygłosił następujące przemówienie:
„Najdostojniejszy Książę, najłaskawszy Książę i Panie!
Najdostojniejsza Księżniczko, najłaskawsza Księżniczko i Pani!
Aby powitać Wasze Królewskie Wysokości na początku wspólnej drogi przez fale życia najserdeczniejszymi życzeniami szczęścia i błogosławieństwa, zjednoczyły się pruskie miasta ze wszystkich zakątków kraju, od skał aż po morze.
Poprzez wspólnotę swoich życzeń chcą one ze swej strony złożyć świadectwo niepodzielnej radości, jaka napełniła cały kraj z powodu pomyślnych zaślubin Waszych Królewskich Wysokości – chcą oświadczyć, że obywatele pruskich miast, niezłomnie i wiernie trwający przy wzniosłym domu panującym Hohenzollernów niczym członkowie jednej wielkiej rodziny, biorą najserdeczniejszy i najszczerszy udział w wydarzeniach tak pełnych nadziei dla dynastii i kraju.
Wasze Królewskie Wysokości prosimy z głębokim szacunkiem o łaskawe przyjęcie szczerych życzeń miast oraz o zechcenie przyznania miejsca w Waszym domowym inwentarzu dowodowi kunsztu niemieckiego rzemiosła artystycznego, pielęgnowanego w ich murach, jako pamiątce na dłuższy czas.
Gdy przed Waszymi Królewskimi Wysokościami w szczęśliwych godzinach uniosą się te radosne formy z wieńca miejskich tarcz herbowych, niechaj zawsze na nowo ukazują się one jako przyjazny symbol wiernych życzeń złożonych Waszym Królewskim Wysokościom w naszej uroczystej godzinie”.
W ciepłych słowach odpowiedział książę Wilhelm:
„Sprawia to Mojej Małżonce i Mnie szczególną radość, że możemy dziś publicznie wyrazić serdeczne podziękowanie za niezliczone dowody wiernego udziału, które napłynęły do Nas z okazji Naszych zaślubin ze wszystkich części Naszej drogiej Ojczyzny.
Prowincje i miasta prześcigały się wzajemnie, by poprzez cenne zewnętrzne znaki zaświadczyć Nam, jak mocno cała Ojczyzna czuje się związana z losami swojego domu książęcego.
Wspaniałe przyjęcie, jakie stolica zgotowała Mojej Małżonce, szczere życzenia, które właśnie wyrazili Nam przedstawiciele narodu niemieckiego, prowincji i miast monarchii, uniwersytetów i tak wielu innych korporacji, pozostaną dla Nas niezapomniane i na zawsze będą należeć do najpiękniejszych wspomnień Naszego życia.
Jesteśmy w pełni świadomi, że wszystkie te hołdy nie są skierowane do Nas, lecz do Naszego Domu, oraz że na tak liczne dowody wiernej miłości musimy dopiero zasłużyć poprzez poważne wypełnianie naszych obowiązków.
Świetlane cnoty Naszych przodków, szlachetny wzór, jaki dają Nam ich Majestaty oraz Para Następców Tronu, Nasi najukochańsi Dziadkowie i Rodzice, mają być Naszą gwiazdą przewodnią na całe życie.
Prosimy Was, powołanych przedstawicieli Naszej dalszej i bliższej Ojczyzny, abyście przyjęli od Nas to słabe podziękowanie za tak liczne dowody wiernej miłości i przywiązania oraz obwieścili całemu krajowi, że całe Nasze życie ma być poświęcone wypełnianiu Naszych obowiązków”.
Dzień zakończył się radosnym balem ostatkowym, który został otwarty przez niezwykle interesujący pokaz musztry „Gwardii Olbrzymów” (Riesengarde) z czasów króla Fryderyka Wilhelma I. „Sześćdziesięciu chłopów mierzących ponad 6 stóp” (tzw. Lange Kerls), składających się z oficerów wszystkich rodzajów broni i korpusów, już od tygodni ćwiczyło według regulaminu dawnej Gwardii Olbrzymów, przy czym cesarz Wilhelm I, wspominając lata swojej młodości, mógł jeszcze osobiście uczyć oficerów posługiwania się dawnym spontonem (rodzaj broni drzewcowej).
W świetle tysiąca płomieni lśniła Sala Biała, cesarz siedział w czerwonym mundurze galowym Garde du Corps pod baldachimem tronu, po jego prawej i lewej stronie liczni książęcy goście wraz ze swoją świtą. Wtedy bębny zagrały marsz „Starego Dessauera” i powoli, z powagą, dziarskim krokiem wkroczyła do sali Gwardia Olbrzymów (Riesengarde). Jakże wspaniale maszerowali, jak precyzyjnie oficerowie wykonywali chwyty spontonem i kapeluszem! Nie mogło to dziać się lepiej za czasów króla Fryderyka Wilhelma I.
Wśród czterech małych muzykantów, którzy nosili szerokie białe galony, książę Leopold, syn księcia Fryderyka Karola, grał na flecie. Kapitanem był pan von Hülsen, generalny intendent Teatrów Królewskich. Wydał komendę: „Stój, front!”, i w szerokim rozstawieniu, z karabinami wysoko pod pachą, stanęli „długie chłopaki” (lange Kerls). Następnie wykonywano chwyty bronią, przy czym skrzydłowy musiał zawsze zaczynać pierwszy. Wzbudziło to duże zainteresowanie. Później „olbrzymy” wzięły udział w tańcach. (B. Garlepp.)
Tego samego dnia cesarscy dziadkowie skierowali do władz miejskich podziękowanie o następującej treści:
„Mieszkańcy Naszej wiernej stolicy i rezydencji, Berlina, dzięki długoletniemu doświadczeniu przyzwyczaili Nas do tego, że każde wydarzenie dotyczące Naszego Domu znajduje u nich odpowiedni i za każdym razem miły dla Nas oddźwięk. Choć mogliśmy zatem żyć w ufności, że zaślubinom Naszego ukochanego wnuka, Jego Królewskiej Wysokości księcia Wilhelma, z Jej Wysokością księżniczką Augustą Wiktorią ze Szlezwika-Holsztynu towarzyszyć będą ich życzenia błogosławieństwa, to jednak wspaniałość, z jaką te uczucia zostały wyrażone w czynie, radośnie Nas zaskoczyła. Niezwykłe dekoracje, które miasto przybrało na powitanie tego doniosłego dla całej ojczyzny związku, uroczysty udział wszystkich cechów przy wjeździe książęcej narzeczonej, wielotysięczny okrzyk, którym księżniczka została radośnie przyjęta i powitana jako współobywatelka — te i wiele innych dowodów najwierniejszego przywiązania, których potwierdzenie znajdujemy wielokrotnie w piśmie Magistratu i Rady Miejskiej z 27 lutego, głęboko poruszyły Nasze dziadkowskie serca. Dziękujemy wszystkim najcieplej! Życzenia świąteczne, które mieszczaństwo potwierdziło swoim ożywionym udziałem, któremu towarzyszył wzorowy porządek, organy miasta wyczytały z Naszego serca i wypowiedziały. Niech Wszechmogący sprawi, by wszystkie nadzieje wiązane z zaślubinami Naszego wnuka doczekały się najobfitszego spełnienia!”
2 marca odbył się uroczysty wjazd dostojnej pary do Poczdamu. Również tutaj zostali oni powitani w sposób niezwykle uroczysty i radosny.
Teraz minęły dni blasku i przepychu, ale także trudów i wysiłków, i z westchnieniem ulgi nowożeńcy mogli wreszcie należeć do siebie — we własnym domu!
„To błogi, rozkoszny czas,
To są dni róż”.