Fragment książki „Der deutsche Kaiser und die Hofkamarilla”, były obrońca radcy ceremoniału von Kotze dr Fritz Friedmann, Zurych 1896
Sprawa Kotzego
I.
Tło sprawy
Siódmego czerwca 1894 roku przed wojskowym aresztem przy Lindenstraße w Berlinie, mieszczącym się w starym, poszarzałym od wieków budynku, zatrzymał się powóz dworski, z którego wysiadł niezwykle elegancko ubrany arystokrata w towarzystwie wysokiego rangą oficera. Aresztowanym był mistrz ceremonii na Królewskim Dworze Pruskim, Leberecht von Kotze, jego zaś towarzyszem — adiutant generalny cesarza, von Hahnke.
Godzinę później rozpoczęło się pierwsze przesłuchanie podejrzanego w tej niezwykłej sprawie. Przeprowadzał je tajny radca sprawiedliwości Brüggemann, starszy, życzliwy człowiek.
W tym samym czasie wiadomość o tym niezwykłym aresztowaniu obiegła berlińskie towarzystwo; telegraf rozesłał ją we wszystkich kierunkach róży wiatrów.
Jaka była przyczyna aresztowania? O co oskarżano tego dworzanina, któremu dotąd niezwykłe szczęście sprzyjało, a którego wieloletnia, niezachwiana łaska u jego cesarskiego pana stała się w kręgach dworskich wręcz przysłowiowa?
Opowiem o tym.
Od wiosny 1892 roku liczni członkowie dworu oraz arystokracji pruskiej otrzymywali anonimowe listy o niewiarygodnej wręcz treści.
Ich zawartość stanowiły znane lub domyślane intrygi miłosne, dworskie kabały, wypowiedzi osób trzecich na temat adresatów, ostrzeżenia przed grożącą niełaską króla lub członków rodziny królewskiej, zdrady ze strony przyjaciół, a także przepowiednie zmian na stanowiskach dworskich, w hierarchii wojskowej lub dworskiej — przepowiednie, które bez wyjątku okazywały się trafne.
Pomiędzy tym wszystkim pojawiały się niesłychane obsceniczności, zarówno w obrazach, jak i w słowach.
W początkowym okresie listy te, wraz z należącymi do nich kopertami, były najwyraźniej sporządzane za pomocą ręcznej maszyny do pisania — jednego z tych niezwykle prymitywnych instrumentów z pierwszych lat istnienia tego wynalazku. Później zaś wykonywano je małym łacińskim drukiem.
Z nielicznymi wyjątkami wszystkie były do siebie podobne jak dwie krople wody.
Adresy wykazywały pewne charakterystyczne cechy, podobnie jak same listy. Przy podawaniu nazw ulic i numerów domów przeważał nie-niemiecki sposób zapisu — numer umieszczano przed nazwą ulicy. Określenie „Pan” było niemal zawsze pomijane.
Znaczki pocztowe naklejano albo w lewym dolnym rogu, albo niedbale gdzieś indziej, lecz nigdy starannie w prawym górnym rogu, jak było w zwyczaju.
Nawyk autora do umieszczania znaczka w lewym dolnym rogu prowadził do pewnego osobliwego zjawiska. Czasami wydawało się, że piszący nakleił go w prawym górnym rogu. W rzeczywistości jednak, spiesząc się, trzymał kopertę odwróconą. Dowodziło tego dokładnie odwrotne położenie znaczka, z orłem stojącym na głowie, a także widoczną w ten sam sposób cyfrą.
Niezwykłe skróty nazwisk, tytułów i godności, błędy konstrukcyjne w stylu oraz szczególne zwroty dowodziły niewątpliwie kobiecego charakteru autora — lub twórcy, jeśli pamflety były dyktowane.
Wszystkie listy zostały nadane na poczcie w Berlinie, lecz w różnych urzędach pocztowych; do czerwca 1894 roku ich liczba była — o ile udało się ją ustalić — bardzo duża, przekraczała dwieście.
Na samego cesarza nie odważono się pisać, pisano natomiast do jego matki, cesarzowej Fryderykowej, oraz do jego siostry Małgorzaty, małżonki księcia heskiego.
(Listy te nie zostały przedstawione w toku śledztwa; podobno zostały zniszczone).
Kilka razy adresatem był brat aktualnie panującej cesarzowej, książę Szlezwika-Holsztynu Ernest Günther, jeden z najczęściej wymienianych kawalerów dworu, nieżonaty. W tak zwanych wtajemniczonych kręgach równie często opowiada się o jego wielkiej zażyłości z władcą, jak i o poważnych nieporozumieniach między nimi.
Główne grupy osób, do których listy były bezpośrednio kierowane lub których interesów, losów i spraw intymnych dotyczyły, przedstawiały się następująco:
Zrodzeni z krwi Hohenzollernów w małżeństwie morganatycznym, hrabiowie Wilhelm i Friedrich von Hohenau stanowili dwie wybitne postacie dworu berlińskiego; obaj byli wyższymi oficerami kawalerii i mieli żony wzbudzające powszechny podziw — pierwszy z nich, z domu księżniczkę von Hohenlohe, bratanicę księcia-kanclerza Rzeszy, „wuja Chlodwiga”, jak zwykł poufale nazywać go cesarz Wilhelm; drugi zaś — niezwykłej urody Charlotte von der Decken, którą listy nazywają „Lottchen von Preußen”, określeniem, w którym zawarta jest aluzja łatwa do rozpoznania po samym nazwisku.
Podczas gdy autor listów, w pismach kierowanych do jej męża, traktuje księżniczkę z domu von Hohenlohe z pełnym szacunkiem i nie może się nachwalić jej skromności, książęcego wdzięku oraz przyzwoitości, hrabina Fritz Hohenau jest przedmiotem jego śmiertelnej nienawiści, najbardziej haniebnych podejrzeń i najniższych oskarżeń.
Niezliczone listy kierowane do niej samej, do jej męża oraz do osób z jej najbliższego otoczenia stanowią kolejne wariacje na temat przewodni tej nienawiści.
Ta nieszczęsna, wysoko urodzona kobieta, która przez wiele lat prowadziła salon, podziwiana nie tylko przez środowisko dworskie, lecz także przez tę publiczność, która niestrudzenie tłoczy się na wyścigach konnych, w teatrze i podczas wielkich dworskich uroczystości, tworząc wokół niej krąg niczym wokół małej księżnej — zostaje w listach pozbawiana wszelkiego uroku fizycznego, obrzucana obelgami, oskarżana o wszelkie występki i bezwstydnie obnażana w opisach przeznaczonych dla niej samej lub innych adresatów.
Jej męża doprowadza się do zazdrości, przeciwko niej podburza się jej szwagierkę, szwagra, jej przyjaciółkę, księżniczkę Aribert von Anhalt, z domu księżniczkę von Schleswig, oraz jej małżonka, a także blisko z nią związaną żonę mistrza ceremonii von Schradera, a nawet jej kamerdynera.
Tak jak wśród dam dworu jest ona przedmiotem najgwałtowniejszych ataków, tak wśród kawalerów Anonim z największą niestrudzoną zawziętością prześladuje mistrza ceremonii, barona von Schradera.
Ten były wojskowy, żonaty z Belgijką z domu von Villiers, był w Berlinie jedną z najbardziej znanych postaci świata sportowego*.
Małżeństwo Schraderów, niemal zawsze w towarzystwie zaufanego przyjaciela domu, niedawno odwołanego austriackiego pełnomocnika wojskowego przy dworze pruskim, a właściwie niemieckim, generała majora barona von Steiningera, nie opuszczało żadnego wydarzenia sportowego.
Autor listów przedstawia barona Schradera jako wiernego sługę hrabiny Hohenau. Szydzi z niego z powodu tego oddania, porównuje ją — w sposób mający poniżyć hrabinę Hohenau — z jego tysiąckroć piękniejszą i szlachetniejszą żoną, ostrzega go, aby nie pozwalał sobie na zbyt wiele, i przepowiada mu rychły upadek, jeśli się nie opamięta.
* Nie uznałem za właściwe, po śmierci barona von Schradera, zmieniać sposobu pisania mojego opracowania, ustalonego już przez historię.
1.7.1896. Dr. Friedmann
Triumfuje, ponieważ z dokładnością przewidział rychłe przeniesienie Hohenauów, które wkrótce potem rzeczywiście nastąpiło (do Hanoweru), przysiągł hrabinie, że nie doczeka w Berlinie swoich trzydziestych pierwszych urodzin, a swoim pozostałym wrogom zapowiada rychły los ich poprzedników, jeśli nie przestaną „deptać po piętach ludziom stojącym wyżej od siebie”.
Obok barona Schradera, księcia Ariberta von Anhalt, obu hrabiów Hohenau, którym przede wszystkim zarzuca się pobłażliwość wobec głównej przeciwniczki oraz tolerowanie kontaktów ich żon z nią, cierniem w oku autora listów jest marszałek dworu cesarzowej Fryderykowej, baron von Reischach, młodszy przedstawiciel szlachty wirtemberskiej.
Dwór Wilhelma II, którego członkiem pamflecista otwarcie się przedstawia, jawi się w obrazie wyłaniającym się z całokształtu listów w jak najohydniejszym świetle.
Gospodarka niczym w seraju, najniższe i najbardziej małostkowe intrygi, wyniszczające występki oraz życie rozpustne najgorszego rodzaju — taki obraz wyłania się z jego przedstawienia.
Jakkolwiek zatruta może być przy tym jego własna wyobraźnia i jakkolwiek wiele może on, czy też ona, wymyślać obscenicznych obrazów i słów, to jednak w wielu miejscach nawiązuje do faktów, których prawdziwość oraz intymny charakter, znany tylko najbardziej wtajemniczonym, właśnie stały się źródłem podejrzeń skierowanych przeciwko panu von Kotze.
W maju 1892 roku osoby znieważane — hrabina Friedrich von Hohenau i mistrz ceremonii von Schrader — wsparte radą hrabiów von Hohenau, księcia Ariberta von Anhalt oraz barona von Reischacha, połączyły siły, aby wykryć autora haniebnego pamfletu.
Komendant berlińskiej policji chętnie przydzielił im jednego z najbardziej doświadczonych berlińskich funkcjonariuszy kryminalnych, właściwego kierownika policji politycznej, której nominalnym szefem był jednak zmarły niedawno radca policyjny von Mauderode — komisarza kryminalnego von Tauscha.
Dziś, gdy wymienieni członkowie dworu i pan von Tausch z powodów, które opowiem w dalszej części, stali się sobie śmiertelnymi wrogami, spierają się oni o to, kto pierwszy skierował podejrzenie na księcia Szlezwika-Holsztynu Ernesta Günthera.
Teraz nikt nie chce się do tego przyznać! A przecież w rzeczywistości przynajmniej wówczas widzieli w nim sprawcę!
Już wtedy pojawił się dość osobliwy sposób, za pomocą którego chciano przygwoździć domniemanego sprawcę. Także autorstwo tego pomysłu jedna ze stron przypisuje dziś drugiej.
Rozumowano podobno następująco: kto pisze listy, potrzebuje bibuły, a na bibułach podejrzanego z pewnością coś się znajdzie.
Pomyślano — spróbowano! Przybyła więc bibuła księcia!
Hrabia August von Bismarck, interesująca, charakterystyczna postać, wojskowy towarzysz księcia, niedługo wcześniej obiecał nieszczęsnej hrabinie, że w potrzebie i niebezpieczeństwie odda jej swoje rycerskie usługi, aby odnaleźć jej prześladowcę.
Teraz upomniała się o jego słowo i zażądała bibuły.
Szlachcic niechętnie spełnił ten kłopotliwy rozkaz, ale jednak go wykonał.
Rozpoczęło się teraz badanie tego czerwonego dowodu rzeczowego.
Jeden z bystrzejszych uczestników narady chciał pośród licznych zatartych śladów dostrzec literę „A”, w taki sposób, w jaki miał to robić anonimowy autor listów — lecz jego zdanie odrzucono.
Porzucono więc pomysł z księciem.
Należy zwrócić uwagę na datę!
Nigdy do końca nie wyjaśniono, kto nagle rzucił podczas dyskusji nazwisko Leberechta von Kotze.
Wszystko jednak przemawia za tym, że był to baron Schrader.
Albowiem natychmiast, już w maju 1892 roku, sporządził dla policji politycznej memorandum, które von Tausch starannie przepisał, dzięki czemu znamy dziś jego treść, chociaż przezorny mistrz ceremonii zażądał zwrotu oryginału.
Memorandum kończyło się już wówczas „stanowczym przekonaniem autora o sprawstwie jego kolegi urzędowego”.
Przyjrzyjmy się zatem, kim jest Leberecht von Kotze i w jaki sposób stał się podejrzanym?
Kiedy jeszcze siedział ze mną w jednej ławce w Gimnazjum im. Króla Wilhelma, ani jego, ani jego kuzyna, późniejszego barona von Troschke, którego nazwisko również często pojawiało się w toku śledztwa, nie uważano za geniuszy.
Byli to całkiem porządni chłopcy, nie bardziej dumni ze swego szlachectwa niż większość przedstawicieli ich sfery, ani też szczególnie bardziej leniwi, próżni czy nieznaczący.
Już wtedy był całkiem przystojny, dobrze zbudowany i wyraźnie przejawiał zamiłowanie do wszystkiego, co zewnętrzne, ze szczególnym wyczuciem dla męskiej i damskiej elegancji — krótko mówiąc, był eleganckim chłopakiem.
Potem przez dwa tuziny lat zniknął z pola mojego widzenia.
Przeciążony pracą adwokat rzadko kiedy spotykał się z pełnym werwy porucznikiem kawalerii, który ostatecznie, jako rotmistrz, opuścił czynną służbę wojskową, aby poświęcić się służbie dworskiej.
Ożenił się — z osławioną pięknością arystokratycznego pochodzenia, panną von Treskow.
Stara brandenburska rodzina szlachecka Treskowów z całych sił walczy słowem i pismem przeciwko twierdzeniu, jakoby w części obecnego pokolenia płynęła żydowska krew, swobodnie zmieszana z dawną błękitną krwią.
Jednak na widok pani von Kotze i jej brata, referendarza Sądu Kameralnego i porucznika rezerwy Siegmunda von Treskowa, każdy znawca typów ludzkich zawołałby:
„Cóż za piękna żydowska para!”
Leberecht von Kotze i jego małżonka byli przezorni w wyborze swoich rodziców.
Treskowie z Friedrichsfelde pod Berlinem mogą się szczycić tym, że w swojej posiadłości posiadają jeden z nielicznych w Marchii prawdziwie angielskich parków, a także wszelkie inne udogodnienia, o których pomniejsza szlachta ziemiańska nie ma nawet pojęcia.
Również major von Kotze, ojciec naszego mistrza ceremonii, z pewnością nie był niezadowolony z faktu, że ojcem jego wybranki był przypadkiem bankier dworski von Krause.
Młoda para spędzała czas — jeśli akurat nie odbywała wielkich podróży — w Friedrichsfelde, w przepięknie urządzonej willi przy Drakestraße 2, w najbardziej eleganckiej dzielnicy Berlina, albo w uroczym majątku ziemskim wdowy po von Kotzem pod Schreiberhau na Śląsku, w „Klitsche”, jak Leberecht lubił go nazywać.
Nasz bohater jest tym, kogo nazywa się rodowitym berlińczykiem, obdarzonym często raniącym, choć nigdy złośliwym dowcipem, miłośnikiem biesiadnych przyjemności i hucznych rozrywek, niechętnie stawiającym czoła sprawom poważnym.
Pozwala Bogu i dobrym ludziom żyć w spokoju, o ile tylko nikt nie przeszkadza mu w trawieniu albo w studiowaniu porządku przy stole.
Porządek przy stole lub w sali balowej, tytuły i wstęgi orderowe, genealogia i heraldyka — oto jego świętości, jego bożki.
Wilhelm II lubi ten rodzaj ludzi. Skłonność do berlińskiego dowcipu odziedziczył po swoim ojcu, którego dowcip — jakkolwiek niewinnie był zamierzony — wywołał wiele skrytych łez gniewu, ponieważ przecież nie wolno mu było na niego odpowiadać.
Usposobienie dworzanina i oficera, połączone w osobie Kotzego, niezwykle mu odpowiadało; jego bezgraniczny zachwyt i gorączkowe zainteresowanie przepychem oraz wszelkimi zewnętrznymi oznakami splendoru bawiły cesarza.
Jakże zachwycająco potrafiła rozmawiać i plotkować ciemnowłosa piękność, pani von Kotze.
Leberecht został mistrzem ceremonii, a z czasem jego dobrze wywatowana męska pierś zaczęła pokrywać się orderami i odznaczeniami.
Nie było uroczystości dworskiej, podczas której cesarz nie podawałby mu ostentacyjnie ręki, ani wesołego przedsięwzięcia, podczas którego Kotze nie czuwałby nad przestrzeganiem ceremoniału.
Przy stole władca wznosił za niego toast, serdecznie śmiał się z jego bezceremonialnych powiedzonek, a czasami z ust cesarza padało łaskawe „ty”.
Od czasu do czasu monarcha zapraszał się do niego na obiad, czyli — jak Leberecht ujmował to w swoim stylu — „Jego Cesarska Mość raczył rozkazać u mnie podać obiad”.
Ta łaska cesarza przeniosła się również na jego rodzinę.
U cesarzowej Fryderykowej mistrz ceremonii wkrótce stał się równie lubiany jak u młodego monarchy — ku wielkiemu niezadowoleniu jej marszałka dworu, barona von Reischacha.
Jeszcze bardziej zażyłe stały się wkrótce jego stosunki z małżeństwem następców tronu z Meiningen.
Wiadomo, że następca tronu księstwa Saksonii-Meiningen, Bernhard, od dziesięcioleci, jako oficer pruskich pułków gwardii, pozostawał w stałej bliskości berlińskiego dworu.
Odkąd jego ojciec, znany miłośnik teatru i twórca słynnego teatru meiningeńskiego, Georg II, poślubił 18 marca 1873 roku — w dwudziestą piątą rocznicę rewolucji berlińskiej — cywilną aktorkę Helenę Franz w małżeństwie morganatycznym, nadając jej tytuł baronowej von Heldburg, książę Bernhard rzadko bywał w Meiningen.
Pięć lat później poślubił starszą siostrę cesarza Wilhelma II, Charlottę, i założył w Berlinie dom — jednocześnie prosty i pełen wytworności, otwarty na wszelkie zainteresowania literackie i artystyczne.
Oczywiście spokojnie awansował przy tym w stopniach wojskowych i pełnił służbę żołnierską, jak każdy niemiecki książę po prostu musiał to robić.
Jakże uroczym domem była siedziba następcy tronu przy „Querallee”, na skraju Tiergarten, naprzeciwko zakładu Krolla, który obecnie jest drugą operą królewską — zanim książę został przeniesiony do Wrocławia jako dowódca korpusu.
Jakże piękny był widok wczesnym rankiem, kiedy cesarska księżniczka, następczyni tronu Meiningen, ze swym prostym, domowym sposobem bycia, odziedziczonym po matce i babce, władczyni Anglii i Indii, pojawiała się w oknie któregoś z pomieszczeń gospodarczych, lustrując wszystko swymi wielkimi, inteligentnymi oczami.
Albo kiedy mała księżniczka Feodora, jedyne dziecko, jakie urodziło się książęcej parze w 1879 roku, była sadzana na koniu i wraz ze swoim koniuszym wyruszała w poranny, pokryty rosą Tiergarten, a jej długie blond włosy powiewały na wietrze zgodnie z angielskim zwyczajem.
Jak często mogłem to wszystko oglądać, przez cztery lata będąc ich jedynym sąsiadem!
Jak prosto wyglądało to wszystko, gdy pani von Heldburg przyjeżdżała z wizytą i przez kilka dni dzieliła bez żadnej ostentacji ten książęcy dom ze swoimi bliskimi.
I jak dobrze musiał czuć się Wilhelm II, kiedy przybywał w ten odległy zakątek, gdzie stały tylko nasze dwa domy i gdzie nie był potrzebny żaden policjant, aby trzymać z dala pospólstwo.
Feodora von Meiningen i Ursula von Kotze, również jedyne dzieci swoich rodziców, były w tym samym wieku.
Dzieci bawiły się razem, a rodzice często się spotykali.
Bernhard von Meiningen, poważny uczony, chętnie pozwalał, aby z greckich studiów budził go donośny głos Leberechta.
Charlotte zaś nie była wcale niechętna złośliwym nieraz, lecz zawsze pełnym życiowej mądrości pogawędkom jego eleganckiej żony, podobnie jak żadna księżniczka nie gardziła towarzystwem plotkującej przyjaciółki*.
To również przysporzyło wrogów!
Rotmistrz von Berger, adiutant księcia, oraz pani von Berger, dama dworu księżniczki, nie byli zachwyceni, gdy zaczęto mówić:
„Kozowie jadą z nami na Wschód”.
A jednak tak właśnie było.
Niczym zupełnie zwyczajni śmiertelnicy — tylko nie w towarzystwie podróżniczym Stangena — Meiningeńczycy i Kozowie pojechali do Konstantynopola i bawili się znakomicie.
Biedny Leberecht!
Jakże potrzebne było nam alibi, które ta podróż nad „Złoty Róg” stworzyła w Twoim procesie!
Być może bez niego niewiele mógłbym Ci pomóc!
* Przed ośmioma dniami gazety podały wiadomość o wizycie pani von Kotze u następczyni tronu w Erdmannsdorf (1.7.1896).
Albowiem anonimowe listy nadal w najlepsze krążyły po Berlinie, także podczas tej podróży.
Kiedy pewnego razu księżniczka Charlotte pokazała mistrzowi ceremonii skierowany do niej list, opowiedział jej zgodnie z prawdą, że on również otrzymuje takie brudne pisma.
Później wiedzę o tym, że księżniczka otrzymywała takie listy, wykorzystano przeciwko niemu, kiedy zapewniał, że nic nie wie o zalewie dworu tymi pamfletami.
Przemilczano natomiast wygodnie fakt przemawiający na jego korzyść: przecież on sam również otrzymywał listy tego samego rodzaju i jeśli rzeczywiście był ich autorem, to musiałby je przecież z czystego wyrachowania pisać także do samego siebie.
Stopniowo mój przystojny szkolny kolega, ulubieniec cesarza i rodziny cesarskiej, stał się dla dworzan przedmiotem odrazy!
Pedantyczny w wykonywaniu swoich obowiązków, a przy tym zawsze beztroski i zuchwały szczęściarz! Tego nie można było znieść!
Zwłaszcza w resorcie urzędu ceremonii.
Naczelny szambelan cesarza, książę zu Stollberg, oraz naczelny mistrz ceremonii, hrabia zu Eulenburg, pierwszy przełożony mistrzów ceremonii, mieli wprawdzie zawsze pewną życzliwość dla nieszkodliwego i wesołego Leberechta, lecz dostojny i z powodów związanych z jego małżeństwem łatwo urażający się zastępca naczelnego mistrza ceremonii, hrabia von Kanitz, był już bardzo powściągliwy, a jeszcze bardziej jego bezpośredni koledzy, na czele z właściwym rywalem, baronem von Schraderem.
Opowiadam historię tego niezwykłego procesu całkowicie obiektywnie i dlatego chcę całkowicie przyjąć punkt widzenia, że baron von Schrader wierzył w winę pana von Kotzego albo też sam utwierdził się w tym przekonaniu i wmówił je sobie.
W przeciwnym razie jego późniejsze postępowanie byłoby tak diabelskie, że musiałyby nim kierować silniejsze motywy niż tylko niechęć do uprzywilejowanego rywala.
W każdym razie przez dwa lata zachowanie głównych zainteresowanych wobec swojej późniejszej ofiary było bardzo osobliwe.
Wprawdzie wiosną 1893 roku pan von Schrader wszczął z nim z błahych powodów spór, który bez ugodowego zachowania jego kolegi już wówczas doprowadziłby do konieczności pojedynku.
Wprawdzie hrabia Fritz Hohenau przez pewien czas tak demonstracyjnie go ignorował, że Leberecht za pośrednictwem swojego brata Wilhelma kazał mu się z tego wytłumaczyć, ale w obu przypadkach sprawę załatwiono całkowicie polubownie.
W każdym razie ani słowem nie zasugerowano wówczas, że pewna grupa osób na dworze uważa pana von Kotzego za autora nieustannie napływających listów.
Schraderowie i Kozowie jadali u siebie nawzajem obiady w ramach oficjalnego cyklu wizyt; a z natury chłodne i powierzchowne kontakty tych ostatnich z Hohenauami również nie ustały.
Tymczasem osoby znieważane zaczęły odkrywać, że określenia i wydarzenia, których używali lub doświadczali krótko wcześniej w absolutnie intymnym gronie, pojawiały się niemal natychmiast — często zaledwie po kilku godzinach — w anonimowych listach, i to w kręgu, do którego, co zadziwiające, regularnie należał właśnie mistrz ceremonii von Kotze.
Podczas koncertu dworskiego Leberecht miał powiedzieć baronowej von Schrader, że jej „klasyczna uroda” stoi przecież znacznie wyżej niż „głupia twarzyczka lalki” Hohenau.
Następnego ranka w anonimowym liście skierowanym do pani von Schrader użyto dokładnie tych samych słów i tego samego porównania.
Pedantyczny mistrz ceremonii miał podobno podczas balu dworskiego wyrażać dezaprobatę z powodu tego, że część dworskiego towarzystwa przechodziła przez tak zwane „Betkammern”* w zamku, zastrzeżone wyłącznie dla najwyższych dostojników.
Wkrótce potem kolejny list krytykował dokładnie ten sam fakt.
Podczas uroczystego przedstawienia operowego von Kotze miał zwrócić się do pięknej Hohenau określeniem „Lottchen von Preußen” (jak później wyjaśniał, ponieważ ten przydomek od lat był powszechnie używany w środowisku dworskim) — tymczasem właśnie tak stale określano tę damę w pamfletach.
* Betkammern — dosłownie „komnaty modlitewne”; chodziło o prywatne pomieszczenia modlitewne lub kaplice przeznaczone dla członków rodziny panującej i najwyższych dostojników. Autor zaznacza, że były one zastrzeżone dla osobistości książęcych.
Podczas przejażdżki saniami, zorganizowanej przez Meiningów, w której oprócz zupełnie obojętnych, niebudzących żadnych podejrzeń oficerów uczestniczyli jedynie Bergerowie, Schraderowie, Hohenauowie, Kotze oraz attaché ambasady rosyjskiej, baron Knorring, ten ostatni był kawalerem towarzyszącym hrabinie Hohenau. Paszkwilista uczcił go wierszykiem satyrycznym jako „Lottkim”, a hrabinę jako „Lolotkę” w blasku księżyca.
W listach zaczęto wyszukiwać i znajdowano najrozmaitsze związki z poczynaniami i czynami junkra Leberechta, a pod popiołem, niewidocznym dla niego i jego bliskich, tlił się niebezpieczny ogienek.
Złośliwe listy do Hohenauów z kwietnia 1894 roku, które — jak już opowiadano — przepowiadały przeniesienie ich męża, wywołały najwyższe rozdrażnienie. Cesarz Wilhelm nienawidzi, jak grzechu, przepowiadania jego decyzji. Cała radość z jakiegoś czynu zostaje mu odebrana, gdy ktoś inny wcześniej go przewidzi — twierdzi jeden z autorów. Impromptu jest jego światem, a strzał alarmowy — jego ulubioną emocją.
Hohenauów trzeba było jednak przenieść. Wielki krąg pięknej kobiety zaczynał się przecież stawać niewygodny. Szkoła jeździecka w Hanowerze nie jest przecież taka zła, a mimo wszystko pozostaje to mała rezydencja. Zdemaskowanie autora listów stało się absolutną koniecznością. A skoro miało się okazać, że listy pochodziły od Kotzego — albo przynajmniej miały od niego pochodzić — należało go o to przekonać dowodami.
Bystry komisarz kryminalny von Tausch już dawno się wycofał. Zbyt dobrze znał stare powiedzenie:
„Nigdy nie wkładaj ręki do gniazda os,
lecz jeśli już ją włożysz, chwytaj mocno!”
Ponieważ nie wolno mu było chwytać mocno, wolał w ogóle zrezygnować z chwytania. Historia z wymuszonym zdobyciem bibuły księcia Schleswig-Holstein już wcześniej bardzo mu się nie podobała. Oddał więc szanownym panom cały zgromadzony przez siebie materiał i poświęcił swój czas i siły ważniejszym sprawom — łapaniu anarchistów i szpiegów — oraz powoli przygotowywał się do przejęcia schedy po panu von Mauderode.
Lecz klika Hohenau–Schrader nie mogła uwolnić się od wzniosłego pomysłu z bibułą.
Bibuła księcia spłonęła — niech więc żyje bibuła mistrza ceremonii!
I oto zaczęły dziać się znaki i cuda, i to najgorszego, najbardziej odrażającego rodzaju.
Gdzież w Berlinie mistrz ceremonii i kawaler dworu może pisać pilne listy albo takie, które chce zachować w ukryciu?
W pokoju do pisania w „Kasynie” albo w gabinecie mistrza ceremonii!
Nie każdemu jednak taka odpowiedź wyda się przekonująca; można by przecież sądzić, że listy, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, najlepiej pisze się we własnych czterech ścianach, we własnym gabinecie, starannie zamykając za sobą drzwi.
Tam, gdzie wszyscy kawalerowie wielkiego towarzystwa wchodzą i wychodzą, gdzie sąsiad zagląda człowiekowi przez ramię, raczej nie pisze się mozolnie pamfletów drobnym drukiem.
Tam, w urzędzie ceremonii, pod okiem jednego z głównych adresatów listów, nie układa się przecież obscenicznych wierszy!
A jednak ci, którzy myśleli inaczej, mieli rację.
Właśnie w tych miejscach zaczęli szukać bibuły — i znaleźli ją.
I jakaż to była bibuła!
Ta znajdująca się w urzędzie ceremonii niewątpliwie należała do pedantycznego von Kotzego, gdyż w jej lewym górnym rogu, starannie, widniało jego nazwisko;
często bowiem tam pisał.
A w „Kasynie”... no cóż —
dajcie tu szkła powiększające, lustra i wszelkie diabelskie sztuczki chemii!
Jakież to piękne, jakie magnifique!
Widniały tam przecież nazwiska tak często pojawiające się w listach: „Lottchen von Preußen”, Aribert, Hohenau, Schrader; przezwiska, którymi zwykło się określać głównych adresatów listów, a także nazwy ulic, jak „In den Zelten 9a” — mieszkanie Schrad era!
I wszystko to było starannie nakreślone drukowanymi literami, tak jak w samych feralnych listach!
Heureka!
Dowód jest gotowy!
Wprawdzie dziwne jest, że ze wszystkich tych listów na zdradzieckiej bibule odbiły się akurat tylko nazwiska — te nazwiska, które w tak osobliwy sposób występują samotnie pośrodku bibuły — i nigdzie nie ma nawet najmniejszego śladu żadnego innego słowa.
Przecież zazwyczaj na bibułę, w miarę wyraźniej, odbijają się ostatnie zapisane wiersze listu lub dokumentu, który został na niej odciśnięty — zależnie od tego, ile czasu atrament miał na wyschnięcie.
Nikt nie wziął tej uwagi pod rozwagę — albo nie chciał jej brać.
Nikt nie dostrzegł w tych wytworach ich prawdziwego charakteru: sztucznie spreparowanych, przygotowanych ad hoc dowodów.
Na oczach drżącego starego radcy dworu Griebenowa, który w obliczu tak niesłychanego wydarzenia w tak dostojnym miejscu jak urząd ceremonii uważał, że nadchodzi jego ostatnia godzina, baron Schrader, w obecności hrabiów Eulenburga i Kanitza, skonfiskował materiały dowodowe mające obciążyć jego rywala.
Wreszcie — od czasu memorandum barona Schrad era, czyli od maja 1892 roku, a więc po dwóch latach — pierwszy protokół w tej wielkiej sprawie państwowej!
Jeszcze odrobinę stylizacji!
Tylko jako materiał dla księcia Stolberga do przedstawienia Jego Cesarskiej Mości: raport trzech panów z urzędu ceremonii, spisane na papierze poglądy i wnioski pana von Schrad era — półtorej tuzina krótkich stron!
Dla księcia było to nader kłopotliwe zadanie!
Musiał jednak chyba przyznać rację tej wymownej argumentacji mistrza ceremonii von Schrad era, a Eulenburg i Kanitz z powagą przytakiwali.
Ostrożność podpowiadała jednak staremu dyplomacie, aby zalecił cesarzowi postępowanie bez rozgłosu.
Należy łaskawie zwolnić książęcego biesiadnika przy cesarskim stole, tego surowego strażnika dworskiego ceremoniału, z jego zaszczytnego urzędu i pozwolić mu z dala od Madrytu rozmyślać nad anonimowymi listami i zdradziecką bibułą!
Jakże mało znał Stolberg pełną porywczości naturę swego pana!
Kto wysyła Lukana do niepożądanych ministrów, ten powinien chyba dwa razy się zastanowić, zanim wyśle Hahnkego do zwykłego mistrza ceremonii!
Podczas gdy to wszystko się dzieje, dobry Leberecht niewinnie przymierza w swej chałupie w Schreiberhau nowy mundur; wszak trzeba służyć nawet w samym środku lata, podczas uroczystości położenia kamienia węgielnego pod nową katedrę przy „Lustgarten” w Berlinie.
Kiedy jednak przybywa do Berlina, widzi wokół siebie tylko zaciśnięte, niechętne twarze i chłodne, odpychające spojrzenia.
Wreszcie usłyszał od hrabiego Eulenburga wyraźne słowo, aby nie brał udziału w uroczystości:
„Jego Cesarska Mość nie życzy sobie pana widzieć — resztę wkrótce pan zrozumie!”
Kotze jedzie do Hahnkego.
Ten oznajmia mu, że z rozkazu monarchy zostaje aresztowany — aresztowany jako oficer!
Otóż pół roku wcześniej, to, co uważał za wielką łaskę, sprawiło, że z „rotmistrza w stanie spoczynku” znów stał się „rotmistrzem pozostającym do dyspozycji”.
To małe „z. D.” poddawało go jurysdykcji wojskowej.
Złośliwi twierdzili później, że wrogowie przygotowali mu ten dar Danaosa.
A więc mistrz ceremonii został wreszcie szczęśliwie aresztowany.
Stary Brüggemann oskarża go o wielokrotne zniesławiające znieważanie licznych osób — o czyn godny największej pogardy, zagrożony karą kilkuletniego więzienia.
„Grüß Gott, panie kolego von Plüskow!
Chyba trudno było panu przypuszczać, że jeszcze kiedyś zostanie pan moim strażnikiem więziennym!”
I rozmawiają sobie, jak gdyby znajdowali się na balu dworskim.
II. Sąd wojskowy
Aresztowanie mistrza ceremonii było, nawet gdyby rzeczywiście był on winny, ciosem wymierzonym w oblicze sprawiedliwości. Zarzut ten nie dotyczy jednak władcy, który nakazał aresztowanie. Niech mi nikt tego nie przypisuje. Nikt przecież nie będzie wymagał od monarchy, aby znał na pamięć poszczególne formalne przepisy prawa karnego.
Ale przypuśćmy, że ani minister wojny, ani minister sprawiedliwości, ani generalny audytor armii nie zostali wcześniej wysłuchani. Audytor generalny gubernatorstwa, tajny radca sprawiedliwości Brüggemann, którego stanowisko — zwłaszcza w stolicy — było tak odpowiedzialne, musiał wiedzieć, że w świetle zaistniałej sytuacji był prawnie zobowiązany do natychmiastowego zwolnienia więźnia.
Znieważenie jest według niemieckiego kodeksu karnego, który pod tym względem przypomina kodeksy wszystkich cywilizowanych narodów, tak zwanym przestępstwem ściganym na wniosek pokrzywdzonego. Nie jest ono ani karalne, ani ścigane, jeśli rzekomo znieważony nie złożył wniosku o ściganie.
A ponieważ do 7 czerwca 1894 roku nikt nie złożył przed właściwym organem wymiaru sprawiedliwości takiego wniosku przeciwko panu von Kotze, do tego dnia w ogóle nie istniało żadne przestępstwo, o które można by było oskarżyć aresztowanego. Należało go natychmiast uwolnić.
Oczywiście dobry Leberecht nie miał najmniejszego pojęcia o swoim prawie ani o bezprawiu, którego już w ten sposób wobec niego się dopuszczono. Jego obrońca, którego rodzina ustanowiła w dniu następującym po jego aresztowaniu, po raz pierwszy zobaczył akta dopiero cztery miesiące później.
A Brüggemann!
Wydaje mi się, że w ogóle nie wiedział, co znajduje się w § 61 niemieckiego kodeksu karnego. Bo jeśli wiedział — jeśli w ogóle którakolwiek z osób, którym w ciągu pierwszych czternastu dni powierzono urzędowo tę sprawę, wiedziała o tym, a mimo to nie powiadomiła natychmiast cesarza albo generał-pułkownika von Pape, pierwszego „sędziego wojskowego”, dopóki sprawa pozostawała przed berlińskim sądem gubernatorstwa — wówczas urzędnik, który przemilczał swoją wiedzę o dokonanym bezprawiu, dopuścił się niesłychanej wprost przewrotności prawnej.
Z powodu takiej zbrodni starzy radcy berlińskiego Kammergerichtu musieliby przewracać się w grobach — ci, którzy przez stulecia, zaledwie kilka domów dalej od aresztu, przy tej samej Lindenstraße, wiedli swoje zakurzone życie.
Il y a des juges à Berlin!
(Są sędziowie w Berlinie!)
Ale dlaczego więc nikt nie złożył wniosku o ściganie?
Gdzie byli Hohenauowie, Schraderowie, książę Aribert, baron von Reischach, również znieważony hrabia Kanitz oraz kamerher cesarzowej Fryderyk, Edgar von Wedel, ów wielbiciel Wagnera? Gdzie był książę Holsztynu?
Wszyscy zostali w następnych dniach z tego powodu przesłuchani. Wszyscy, z nestorem von Schraderem na czele, udzielili tej samej ostrożnej odpowiedzi:
„Złożę wniosek o ściganie tylko wtedy, gdy Jego Cesarska Mość mi to nakaże!”
Stara niemiecka komedia: „Rozkaz króla?”
Biedni książęta, za których potężnymi plecami chowają się dworzanie! Od drgnięcia waszych brwi zależy taki drobny ludzki los, zależy wielki los całych narodów. Jeśli z nerwów drgniecie niewłaściwie, nieszczęście gotowe!
Akta nie wyjaśniają, czy Wilhelm II rzeczywiście wydał taki rozkaz. Jego nazwisko w ogóle nigdy nie pojawia się w nich w formie nakazującej.
Także przy aresztowaniu w marginalnej notatce znajduje się jedynie proste stwierdzenie:
„Z rozkazu Jego Cesarskiej Mości!”
Mimo to, począwszy od dziesiątego dnia śledztwa, zaczęły stopniowo napływać pisemne wnioski o ściganie składane przez adresatów listów, mniej więcej w kolejności, w jakiej wymieniłem ich wyżej.
Dziesiątkami napływały do starego pana Brüggemanna przysyłane przez nich listy.
Oczywiście nie zabrakło również słynnych bibuł — tych morderczych dowodów rzeczowych, na których podstawie „odnalezienia” dokonano aresztowania.
Ale audytor czytał również listy, które sam otrzymywał von Kotze.
I wydarzyło się coś jeszcze bardziej niezwykłego!
Pan von Kotze siedział w areszcie, przyjmował swoją żonę wyłącznie w obecności pana von Plüskowa, atrament i pióro były dla niego niedostępne — a jednak —
a jednak napływały nowe listy, całkowicie podobne do tych oskarżających i skonfiskowanych, pod każdym względem — zarówno pod względem treści, jak i sposobu pisania.
Takie listy docierały do księcia Günthera, generała von Hahnkego i innych osób.
Na miłość boską!
Ktoż więc teraz pisał te ohydne rzeczy?
Przecież człowiek, któremu rzekomo przypisywano wieloletnie sporządzanie tych paszkwili, siedział w więzieniu.
Tak, w pewnym niezwykle osobliwym piśmie, które trafiło w ręce sędziego śledczego, nadawca radził, aby łaskawie poszukano dalszej korespondencji w żelaznej kasecie hrabiny Fritz Hohenau, w której przechowywała swoje ważne dokumenty.
Anonimowy autor szydził z sądu, drwił z wnioskodawców. Nagle wskazał księcia jako pamflecistę; groził głupcom, którzy trzymali w więzieniu niewinnego człowieka, niełaską oszukanego monarchy.
Co za irytująca, przeklęta sprawa!
W tej sytuacji, kilka dni po aresztowaniu, pan Brüggemann wezwał zaprzysiężonego sądowego eksperta od pisma, znanego grafologa Langenbucha, i poprosił go o opinię w dwóch zasadniczych kwestiach:
„Czy pan von Kotze napisał anonimowe listy?”
„Czy nowo nadesłane listy, które niewątpliwie zostały napisane już po aresztowaniu, ponieważ odnoszą się właśnie do tego wydarzenia, zostały sporządzone tą samą ręką co listy będące przedmiotem oskarżenia?”
Odpowiedź na drugie pytanie była dla każdego, kto widział zarówno ostatnio nadesłane listy, jak i pierwsze, oczywista. Tak też odpowiedział ekspert — krótkim, bezpośrednim:
„Tak!”
Równie stanowczo zabrzmiało jego „Nie”, którym odrzucił możliwość, że więzień mógł być autorem anonimowych listów.
Doprawdy, również do tego „Nie” nie była potrzebna jego ekspercka wiedza!
Naprawdę! Na widok tego groteskowego podejrzenia musiał się roześmiać każdy, kto porównał drobiazgowe pismo pamflecisty z potężnymi, nieregularnie rzuconymi na papier literami dworzanina, który zgodnie z afektowaną arystokratyczną manierą potrafił kilkoma zaledwie wierszami wypełnić całą stronę listu.
Ale pan Langenbuch posunął się jeszcze dalej.
Puścił wodze swojej skłonności do odczytywania charakteru piszącego z jego pisma. Określił anonimowego autora jako człowieka o tym, co wcześniej nazwałem charakterem kobiecym: próżnego, małostkowego, z kobiecymi zwyczajami i skłonnościami.
Jego zdaniem z pewnością nie był to oficer taki jak oskarżony, który — mimo dworskich, wykwintnych manier — potrafił czasami, gdy ogarniał go gniew, być naprawdę brutalny i rzucać siarczystymi przekleństwami.
17 czerwca 1894 roku, dziesięć dni po tym niezwykłym aresztowaniu, opinia ta wpłynęła do tajnego radcy Brüggemanna.
Tego samego dnia stary, sękaty generał-pułkownik von Pape, następca „Papa Wrangla” w godności „dowódcy w Marchiach”, jeszcze jeden człowiek z epoki paladynów cesarza Wilhelma I, doniósł swojemu wnukowi, obecnemu władcy:
„Że w dniu dzisiejszym zwolnił rotmistrza w stanie spoczynku von Kotze z aresztu śledczego, ponieważ według dotychczasowych ustaleń nie wydaje się on dostatecznie podejrzany o popełnienie zarzucanych mu czynów!”
Ta depesza zawiera interesujące szczegóły, tak jak zachowała się w aktach w formie brulionu.
Von Pape bowiem w drugim zdaniu początkowo, między słowami „według” a „dotychczasowych ustaleń”, napisał:
„Według opinii biegłego”.
Jednak w trakcie pisania zmienił zdanie i ponownie przekreślił późniejsze słowa: „według dotychczasowych ustaleń”.
Mimo wszystko depesza, nawet w formie, w jakiej dotarła do cesarza, dowodzi, że stary wiarus uznał całe śledztwo za pozbawione podstaw, gdy tylko jednoznaczna opinia eksperta, zgodna z tym, co można było zobaczyć gołym okiem, wykazała, że Kotze nie mógł sporządzić tych listów.
Pomysł, że mógł mieć wpływ na ich treść, był zbyt osobliwy, aby przyszedł do głowy przenikliwemu rozumowi tego bystrego starca — zwłaszcza że zapewne wiedział o listach, które jeszcze po aresztowaniu rzekomego zleceniodawcy trafiały do różnych zainteresowanych osób.
Człowiekowi, który mimo wszystko nadal pozostawał w areszcie śledczym, nakazano zamieszkać w Berlinie lub w pobliżu stolicy aż do czasu zakończenia śledztwa. Jako miejsce zamieszkania zgłosił przed sądem „Friedrichsfelde”.
Kilka dni później zobaczyłem tam mojego starego kolegę szkolnego, pozornie w doskonałym humorze, stojącego przy bramie wspaniałej rezydencji i oczekującego na moje powitanie.
Cóż jednak potrafi zrobić dworskie powietrze i dworskie wychowanie!
Śmiał się i pełnił wobec mnie honory gospodarza domu, jak gdyby wszystko wokół niego i z nim samym było w najdoskonalszym porządku.
Mimo wszelkich dementi utrzymuje się pogląd, że nieoczekiwany upadek byłego ministra spraw wewnętrznych von Köllera, który nastąpił około miesiąca temu, miał być spowodowany tym, iż wbrew stanowisku cesarza nie zrezygnował ze swego sprzeciwu wobec reformy wojskowego postępowania karnego, proponowanej przez ministrów wojny i sprawiedliwości, z powodów reakcyjnych.
Tak, tak!
Jakże to mówili socjaldemokraci?
„Coraz weselej, panie von Köller!”
Kto sprzeciwia się tej — doprawdy niezbyt energicznej — reformie tego potwornego prawa, ten całkowicie bezsensownie płynie pod prąd czasu.
Boże, o Boże!
Ta straszliwa pruska wojskowa procedura karna!
Do każdego jej artykułu przyczepionych jest sto warkoczy!
Ta cała machina z audytorami. Są oni jednocześnie sędziami śledczymi i tajnymi oskarżycielami; to oni zadają pytania oficerom tworzącym sąd wojenny i redagują uzasadnienie wyroku.
O, te ciągnące się na całe strony raporty, zapytania, zarządzenia i elaboraty w aktach!
Te „przesłuchania artykułowane” i „nieartykułowane”, to końcowe przesłuchanie, ta pisemna obrona.
A potem wreszcie ta absurdalna lektura całej zawartości akt, aż do ostatniej kropki nad „i” i ostatniego przecinka!
Zgodnie z przepisami prawa denuncjator lub denuncjatorzy muszą być ściśle traktowani jako strona postępowania i dlatego, dla ochrony swoich praw, mają pod koniec śledztwa wstępnego prawo czytać akta.
Ustawa odbiera im natomiast status świadków, nakazując, aby pozostawali niepoprzysiężeni.
Ale to niczemu nie szkodzi.
Gorliwy audytor spokojnie odbiera od nich przysięgę, a mimo to pozwala im czytać akta.
W śledztwie przeciwko von Kotzemu pojęcia „denuncjator” i „wnioskodawca” są tożsame.
Wszyscy oni zostali zaprzysiężeni przez audytora Heinricha.
Czy jest to naruszenie prawa, czy nie, wy, strażnicy prawa w państwie pruskim?
Ale wyprzedzam wydarzenia!
Po zwolnieniu mistrza ceremonii dwa ważne czynniki wpłynęły na dalszy bieg śledztwa.
Po pierwsze, kierownictwo całej sprawy odebrano generał-pułkownikowi von Pape i staremu panu Brüggemannowi i przekazano sądowi korpusu III Korpusu Armijnego.
„Sędzią wojskowym” został w ten sposób dowódca tego korpusu, książę Friedrich von Hohenzollern.
Tego pełnego werwy generała kawalerii znało równie dobrze berlińskie towarzystwo, jak i arystokracja europejska; u jego boku stała jego pełna wdzięku małżonka, z domu księżniczka Louise von Thurn und Taxis.
Był on bratem króla Karola Rumunii i szwagrem hrabiego Flandrii.
Do dymisji księcia von Hohenzollerna powrócę pod koniec pierwszej części.
Kierownictwo samego śledztwa otrzymał człowiek, który ze swoim głębokim, od samego początku ugruntowanym przekonaniem o winie mistrza ceremonii von Kotzego ledwie się krył — radca prawny i audytor korpusu Heinrich.
Ale, na Boga, nad czym właściwie dalej tak gorliwie prowadzono dochodzenie?
Jedno przecież było już ustalone: nieszczęsny człowiek nie napisał tych listów!
Aha!
Mógł je dyktować albo w inny sposób wpływać na ich treść.
Mógł dostarczyć prawdziwemu autorowi materiału w złym zamiarze (dolo malo)!
Wprawdzie poszukiwanie sprawcy kierowniczego lub pomocnika przestępstwa, kiedy nie ma się samego sprawcy, jest prawniczym nonsensem.
Wprawdzie dla najprostszego prawniczego rozeznania było jasne jak słońce, że wnioski o ściganie, które zgodnie z prawem niemieckim należało złożyć w ciągu trzech miesięcy od chwili poznania czynu i domniemanego sprawcy, zostały tutaj przez wszystkich pokrzywdzonych — z wyjątkiem jednego, księcia Ernesta Günthera — złożone po terminie!
Ale pozostawmy to na boku, podobnie jak wszystkie jawne naruszenia prawa, których w tym śledztwie jest aż nadto!
Zapytajmy po prostu: jeśli Kotze miał być zleceniodawcą, to gdzie i w jaki sposób znaleziono właściwie związek między treścią listów a jego osobą?
Męczono się z tą sprawą od czerwca 1894 aż do wiosny 1895 roku!
To przewlekanie wiązało się z drugim, wspomnianym wcześniej czynnikiem.
Jedno było pewne:
Cesarz nie pozwalał się już wciągać w tę aferę.
Irytujące skutki pierwszych wydarzeń, które w znacznej mierze doprowadziły do dymisji księcia Stolberga, publiczne zainteresowanie, jakie wywołało pospieszne aresztowanie dostojnika — po ośmiu dniach uznane za bezpodstawne — sprawiły, że władca stał się nieosiągalny.
Panowie denuncjatorzy zostali więc zdani całkowicie na własne siły.
Schraderowie i Hohenauowie znaleźli wprawdzie w osobie starego generała, księcia Sachsen-Altenburg, życzliwego przyjaciela.
W jego domu przy Wilhelmstraße odbywały się poważne narady nad wielkim pytaniem:
„Co robić?”
Ale wszystkim wcale nie było z tym dobrze.
Nagle przypomniano sobie żywiej dawną łaskę cesarza dla Leberechta von Kotzego.
Obawiano się gniewu monarchy, którego wepchnięto w aferę, która teraz najwyraźniej zaczynała być wręcz groteskowa — ku wielkiemu utrapieniu jej autorów, którzy już i tak zdążyli zrazić sobie monarchę.
Poza tym „ludzie Kotzego”, przeciwnicy jego przeciwników, wcale nie byli godni lekceważenia.
Na czele stała przede wszystkim energiczna i rozumna pani von Kotze, żona obojętnego na wszystko dworzanina.
Obok niej jego kuzyn, również rotmistrz, tym razem już w stanie spoczynku, Dietrich von Kotze, oraz jego stronnictwo.
Biada!
Jakże ten rotmistrz Dietrich dał od tamtego czasu popalić tym panom!
Był arystokratą od stóp do głów, gorliwym, niestrudzonym, żyjącym w najskromniejszych warunkach z emerytury, niewiarygodnie porywczym, a przy tym inteligentnym i żelaznie konsekwentnym — mimo choroby serca, na którą, jak można by sądzić z jego opowieści, umierał co najmniej trzy razy dziennie od wielu lat.
To on zorganizował obronę, to on kierował poszukiwaniami prawdziwego sprawcy.
Krok po kroku walczył z przeciwnikami, przede wszystkim z mistrzem ceremonii von Schraderem.
Z komentarzem Solmsa do wojskowej procedury karnej w kieszeni albo na biurku występował przeciwko samowolnemu stosowaniu tego spróchniałego prawa przez audytora.
Aż przyjemnie było patrzeć na tego niespokojnego bojownika przy pracy.
Nie bez znaczenia był również fakt, że siostra Dietricha von Kotzego była żoną wieloletniego ministra dworu von Wedela, cieszącego się wysoką łaską cesarza, jakkolwiek ten ostrożny urzędnik bardzo powściągliwie wykorzystywał swój autorytet w sprawie spowinowaconego z nim mistrza ceremonii.
Wkrótce śledztwo przybrało właściwie formę pojedynku na pisma procesowe między panem von Schraderem a rotmistrzem von Kotzem, aż wreszcie obaj — wprawdzie bez przelewu krwi — stanęli naprzeciw siebie w prawdziwym, regulaminowym pojedynku na pistolety.
Tymczasem obaj, z różnych obozów, naciskali na księcia von Hohenzollerna i audytora Heinricha, który uparcie chciał znaleźć coś tam, gdzie przecież niczego nie było do znalezienia.
Jedna rzecz zdawała się jednak chwilowo skutecznie wspierać audytora, który raz na zawsze zaprzysiągł się na winę swego podejrzanego — i był to właśnie drugi cudowny moment tego fin de siècle'owego śledztwa przed sądem wojskowym: pełna pasji działalność barona von Schradera.
Wyrósł on daleko poza rolę denuncjatora i świadka, stając się właściwym reżyserem tego tragikomicznego przedstawienia sądowego. *)
Nulla dies sine linea!
Żaden dzień bez jednej z drobno zapisanych rozpraw pana Schrad era, bez kolejnej inspiracji dla prowadzącego śledztwo audytora i kolejnego impulsu do jego działań!
Jego wściekłość, by pogrążyć rywala, po tym jak sam raz na zawsze tak beznadziejnie skompromitował się w tej aferze, stała się punktem wyjścia dla późniejszego tragicznego rozwoju całej sprawy.
Audytor wzywał do swego mieszkania niezliczoną liczbę świadków; mieszkanie to było zarazem biurem audytoratu III Korpusu Armijnego.
*) Również tutaj jestem winien prawdzie historycznej to, aby nie zmieniać oceny postępowania Schrad era nawet w obliczu wyniku pojedynku z jego rywalem.
1.7.1896.
Cała arystokracja tłumnie się tam przewijała, panowie i panie.
W najbardziej uniżonych podaniach zwracał się on do członków rodziny królewskiej, jak również do naczelnych dostojników dworu i innych dworskich dygnitarzy, pytając o charakter i usposobienie oskarżonego. Odpowiedzi były bardzo przygnębiające dla tych, którzy już wierzyli, że Kotzego pogrążono.
Kotzego! Albowiem teraz wciągnięto w aferę również żonę dworzanina.
„Powiedz mi, z kim jesteś żonaty, a powiem ci, kim jesteś”.
Dlaczegoż miałoby się oszczędzać kobietę, niegdyś tak bardzo podziwianą, lecz również — z powodu znanych względów monarchy — tak wielu będącą przedmiotem zazdrości?!
Na kopertach listów adresowanych do księcia Ariberta i jego małżonki w nazwie ulicy „Tauenzienstraße” znajdowało się „T”, które miało wykazywać szczególnie obciążające podobieństwo do tego, jakiego często używała w swoim podpisie z domu von Treskow.
Oczywiście potrzebna była przecież także druga osoba! Któż bowiem miałby własnoręcznie pisać listy, które — jak teraz utrzymywano — Leberecht jedynie dyktował lub na które wywierał wpływ? Kto miałby sporządzać te, które powstały w czasie jego internowania?
Ale naczelna ochmistrzyni cesarzowej, nieskazitelna hrabina von Brockhoff, oficjalnie zapytana o swoje zdanie, scharakteryzowała żonę mistrza ceremonii jako kobietę o najszlachetniejszym usposobieniu, jako kobietę, której nie można było przypisać ani jednego z tych obscenicznych słów, ani jednej z tych brzydkich myśli.
A jakże przedstawiano samego mistrza ceremonii w opiniach osób, które zapytano o zdanie?
Bez ogródek przyznawano, że jest gadułą, berlińskim dowcipnisiem, próżnym dworzaninem.
Mimo to introduktor ambasadorów, pan von Usedom, książę zu Stolberg, hrabia zu Eulenburg, a także jego dawni dowódcy pułkowi, hrabia Schlieffen i baron von Zedlitz-Neukirch, oświadczyli, że nie można mu przypisać ani bezpośrednio, ani pośrednio autorstwa tej anonimowej korespondencji.
Nawet pan von Schrader ostrożnie rozróżniał:
„Żadnego z obscenicznych listów nie można uznać za napisany przez oskarżonego, natomiast można to powiedzieć o tych, w których wyraża się jedynie zazdrość i wrogość wobec członków środowiska dworskiego”.
Bardzo subtelne rozróżnienie, panie mistrzu ceremonii, ale absolutnie niemożliwe do przeprowadzenia! Obrona wykazała później, że każdy z czterdziestu ośmiu oskarżonych listów nie był pozbawiony najniższych obsceniczności.
Jakże zresztą, nawet pomijając to, można było dokonać takiego rozdziału? Wszystkie listy wykazywały przecież ten sam zniekształcony charakter pisma.
A do tego przeklęte alibi, które oskarżony w niezliczonych przypadkach mógł przedstawić właśnie na te dni, w których listy zostały napisane.
Jeżeli dziś na dworze wydarzyła się jakaś drobna scena, którą list przychodzący następnego dnia wykorzystywał, to jakże mógł on cokolwiek wiedzieć o tym liście, skoro w tym samym czasie znajdował się wiele mil od Berlina?
Zwłaszcza zaś wtedy, gdy — jak teraz już ustalono — nie miał go napisać osobiście, lecz jedynie wywrzeć na jego treść wpływ!
Jeden przykład spośród wielu!
Baron Schrader podarował hrabinie Fritz Hohenau z okazji jej dwudziestych dziewiątych urodzin kompozycję kwiatową, której strzegły gołębie.
Cztery dni później jakiś list szydził z tego wydarzenia w łatwych do odgadnięcia sprośnych dowcipach. W tym czasie Kotze wraz z Meiningerami studiowali uroki Skutari i Peri.
„Nic nie pomaga” — mówi Schrader — „mistrz ceremonii musi zostać pogrążony! Przecież to on umieścił ten zły dowcip w liście”.
A mianowicie w następujący sposób:
Załóżmy, że bezpośrednio po tym, jak Schrader wręczył prezent, jakaś gazeta opisała to ważne wydarzenie; załóżmy, że przyjaciel Kotzego natychmiast przesłał mu numer tej gazety do Konstantynopola; załóżmy, że Kotze od razu przeczytał list i zapoznał się z gazetą; załóżmy, że natychmiast potem przesłał jeden ze swoich złych dowcipów telegraficznie zaufanemu człowiekowi w Berlinie; załóżmy wreszcie, że ten szanowny pamflecista natychmiast posłał hrabinie list zawierający ów dowcip — wtedy, tak, wtedy pan von Kotze, pomimo swego pięknego alibi, wywarł wpływ na treść listu!
Brawo, bravissimo, panie mistrzu ceremonii von Schrader!
Ale gdzież jest ta gazeta? Gdzie jest telegram? Sędzia śledczy mógł przecież zdobyć jedno i drugie. Ale pan Heinrich ich nie zdobył!
Wspaniałym świadectwom nieskazitelnej opinii, wystawionym przez dostojników dworskich i dowódców pułkowych, należało przeciwstawić wygrzebywanie rzekomo złośliwych, anonimowych żartów z czasów kadetury oskarżonego.
Całe arkusze akt wypełniają poszukiwania, czy chłopiec Leberecht był tym, który przed ćwierćwieczem kazał obdarować trojaczkami — za pośrednictwem żony — nauczyciela szkoły kadetów, już wówczas obdarzonego pokaźną gromadką dzieci, poprzez zamieszczenie po raz kolejny fałszywego ogłoszenia.
Wszystko na próżno, próżne wysiłki, próżne poszukiwania!
To doprawdy doprowadza do rozpaczy!
Oczywiście niestrudzona walka barona Schradera wzbudzała gniew stronników Kotzego.
W tych kręgach wierzono w sztuczne fabrykowanie dowodów przeciwko oskarżonemu. Te śmieszne bibuły do osuszania pisma, będące nośnikami odcisków po aresztowaniu, na których sztucznie wypisano nazwiska adresatów, a które przecież wszystkie zostały znalezione właśnie przez barona Schradera, zdawały się mówić bardzo wymownie.
Gniew ten podsyciła następująca okoliczność:
Pewna pozornie nieistotna pocztówka dawała bowiem wiele do myślenia!
Nazajutrz po aresztowaniu mistrza ceremonii berlińskie gazety podały już wiadomość o aresztowaniu, wymieniając w pełni jego nazwisko. Jedynie „Kleine Journal”, z delikatności, ograniczył się na razie do podania samego faktu i pominął nazwisko aresztowanego.
To zszokowało jednego z przeciwników człowieka, który został strącony ze stanowiska, ponieważ właśnie za pośrednictwem tego szeroko rozpowszechnionego pisma, szczególnie chętnie czytanego w kręgach dworskich, chciał on rozpowszechnić jego nazwisko. Im bardziej oczywisty stawał się ten krok cesarza, tym bardziej niemożliwe — tak przynajmniej sądzili przeciwnicy — miało być jego cofnięcie.
I wtedy, kilka godzin po ukazaniu się tego aż nazbyt dyskretnego numeru, do redakcji „Kleine Journal” nadeszła następująca pocztówka:
„C'est en effet le comte de Kozze auprès de Sa. Majesté, qui était arrêté par le général Hahnker. Murat.”
Germanizmy i błędy zostały tutaj dokładnie odtworzone.
Za moim pośrednictwem dostała się ona w posiadanie energicznego rotmistrza Dietricha von Kotze. Myślał i myślał, gdzież mógł widzieć to pismo albo przynajmniej pismo bardzo do niego podobne, i zaczął przeszukiwać stare listy i dokumenty we Friedrichsfelde.
I oto! Dwie karty zaproszeniowe pana von Schradera skierowane do jego kolegi na stanowisku wydały mu się podejrzane. Ponownie wezwano na pomoc biegłego Langenbucha.
Jego opinia, która niemal bezwarunkowo dowodziła autorstwa pana von Schradera w przypadku tej pocztówki, została przedłożona audytorowi Heinrichowi jako dowód na to, że pan von Schrader musiał jednak nienawidzić swego kolegi bardzo gorąco i w stopniu większym, niż przystoi bezstronnemu świadkowi.
Heinrich włączył te materiały do akt, nie interesując się nimi w najmniejszym stopniu.
Ale, na Boga! Teraz dopiero rozpętała się walka!
Na pewien czas cała anonimowa korespondencja, którą usiłowano przypisać jednemu z mistrzów ceremonii, została zapomniana w obliczu pytania, czy przypadkiem spiritus rector śledztwa — drugi mistrz ceremonii — sam nie był złośliwym, pełnym nienawiści i żądzy zemsty anonimowym autorem.
Czyżby stare przysłowie miało znowu okazać się prawdziwe:
„Nikt nie szuka kogoś za płotem, jeśli sam za nim nie stał”?
Baron Schrader zwrócił się do najbardziej cenionego biegłego sądowego przeciwko znienawidzonemu Langenbuchowi — sekretarza sądu krajowego Altrichtera. Przedłożył mu dwie stare, rzekomo dokładnie naśladowane karty zaproszeniowe oraz kliszę owej podejrzanej pocztówki, która trafiła do „Kleine Journal”, i poprosił o opinię, czy to on (Schrader) mógł ją napisać.
Sumienny człowiek udał się do domu, pełen dobrej woli, aby przysłużyć się baronowi, wziął lupę i cyrkiel, po czym napisał zleceniodawcy, aby zwolnił go z obowiązku sporządzenia opinii.
Ten jednak obstawał przy swoim.
Wówczas na jaw wyszła rzecz przykra. Pan Altrichter napisał:
„Wiele przemawia za tym, że autorem pocztówki do »Kleine Journal« jest sam pan baron Schrader”.
Wezwany przed sąd i zaopatrzony tam w oryginały owych zaproszeń potwierdził swoją opinię, wzmacniając ją stwierdzeniem, „że istnieje najwyższe prawdopodobieństwo autorstwa pana von Schradera”.
Bitwa polowa stawała się coraz bardziej zaciekła!
Teraz sprowadzono od razu czterech biegłych. Wprawdzie żaden z nich — poza jednym — nie był właściwie specjalistą, a ten jeden był już osiemdziesięcioletnim mężczyzną, ogarniętym marazmem. Jednak wszyscy czterej zapewnili zagrożonego mistrza ceremonii von Schradera, że to on nie napisał tej brzemiennej w skutki pocztówki.
Uderzające było to, że do tego swojego apodyktycznego oświadczenia, choć przecież nic o sobie nawzajem nie wiedzieli, wszyscy dodali stale to samo zdanie:
„Tylko niekompetentny i poddany wpływom biegły mógłby twierdzić coś innego”.
Tak, tak — procesy mają swoje losy.
Sapienti sat!
Mógłbym opowiedzieć jeszcze wiele, i rzeczy jeszcze bardziej zdumiewających, o osobliwych manewrach, za pomocą których przez trzy czwarte roku usiłowano sprawić, aby na nieużyźnionym ściernisku wyrosły źdźbła, ale nie piszę aktu oskarżenia przeciwko przeciwnikom pana von Kotzego ani pisma obrończego na jego rzecz, lecz prawdziwy społeczno-polityczny obraz obyczajów na dworze Wilhelma II, aby na jego podstawie przedstawić moje poglądy na teraźniejszość i przyszłość.
Do tego, co zostało przedstawione, niech więc wystarczy.
Pozwólcie mi tylko wspomnieć o dwóch intermediach!
Wniosą one nieco humoru do tego poważnego przedstawienia.
Kiedyś, podczas narady wojennej we Friedrichsfelde, zgłosił się jakiś nędznie wyglądający elegant z rzekomo ważnymi wiadomościami. Oczywiście najpierw go wysłuchaliśmy, tak jak każdego, kto twierdził, że zna prawdziwego autora listów.
Przedstawił się jako von Schmidt, mówił z austriackim akcentem i opowiadał, że w „Höhn's Austernsalon”, znanym berlińskim miejscu spotkań świata sportu i wielkiego życia, wielokrotnie słyszał z sąsiedniego pokoju tajemnicze rozmowy, z których miało wynikać, że jeden z rozmówców był hrabią należącym do garnizonu poczdamskiego i bez wątpienia autorem listów, drugi zaś dżokejem, względnie komisantem hrabiego.
Podobno opracował plan: kiedy służący w najbliższych dniach ponownie będzie chciał wrzucić listy na poczcie, należało wcześniej za pośrednictwem kokoty zwabić go gdzieś i upić. Wtedy można by odebrać mu dowody.
Szpieg nie chciał żadnego wynagrodzenia, zanim nie dostarczyłby listów. Spośród nas wszystkich właściwie tylko gospodyni uwierzyła temu wygadanemu mężczyźnie.
Ale zaliczka na „poziomą” — czterysta marek — przy wielkich wydatkach, jakie w ogóle pochłaniały nasze poszukiwania, była tak nieznacząca, że ją zatwierdzono.
Jeden z moich przyjaciół śledził mężczyznę, który teraz odegrał znakomitą komedię. Poszedł do pewnego domu w Quartier Latin, a po pewnym czasie pozwolił, by rzekomy dżokej wyszedł stamtąd z bardzo ładną blondynką, pozornie pijany, uzbrojony w skórzaną torbę przewieszoną przez ramię.
Państwo ci, po ofiarach, które złożyli Wenus, najpierw pokrzepili się w różnych jednoznacznych lokalach, a następnie zniknęli, aby zażywać lipcowego wieczoru w Tiergarten.
Za nimi, w pełnej szacunku odległości, podążał pan von Schmidt, a w jeszcze bardziej pełnej szacunku odległości — mój powiernik.
Kiedy zawrócili, szpieg potrącił ich, wszczął kłótnię z pozornie kompletnie pijanym dżokejem i wyrwał mu skórzaną torbę, podczas gdy „Piękna Else” — jak pan von Schmidt ochrzcił ową damę półświatka — uciekła.
Kiedy otrzymaliśmy portfel i zabraliśmy się do studiowania jego zawartości, szpieg zniknął. Po prostu bezszelestnie się ulotnił, gdy tylko zobaczył nasze pierwsze, pełne przerażenia miny.
Oczywiście były to marne falsyfikaty; cała ta komedia nie była warta nawet godzin, które na nią poświęciliśmy, tym bardziej zaś czterystu marek, za które ta zacna trójka urządziła sobie dzień pełen rozrywki.
Pan von Schmidt i jego pomocnicy — dżokej, obaj bezrobotni kelnerzy, którzy usłyszeli aż nazbyt wiele o aferze Kotzego, aby oprzeć się pokusie wyrafinowanego planu oszustwa — otrzymali wyroki sześciu miesięcy i jednego roku więzienia, kiedy jakiś czas później ich dopadliśmy.
Blond Else pozostała zaginiona. Być może ona również była tylko wędrującym z miejsca na miejsce kelnerem!
Kto zainscenizował drugie oszustwo, tego nie wiem. Było ono jeszcze bardziej bezczelne i zdaje się, że zostało przygotowane przez stronę przeciwną, aby jednocześnie nas zmęczyć i ośmieszyć.
Ponownie do „Kleine Journal” skierowano list, w którym pseudonimowy autor listów, „Mr. Pierre”, obiecywał ujawnić tajemnicę autorstwa paszkwilu, jeśli w zamian zapłaci mu się sumę 100 000 franków — i to w Paryżu, ponieważ po dokonaniu zdrady nie mógłby pozostać w Niemczech bez narażenia własnej osoby.
Wówczas jeszcze w wielu głowach pokutował związek tych listów z osobą księcia Ernesta Günthera — wersja, która z czasem okazała się całkowicie bezpodstawna. Brano pod uwagę także inne wysoko postawione osoby.
Nie było więc całkowicie niemożliwe, że ta zapowiadana odkrywcza rewelacja właśnie w Paryżu nie okaże się farsą.
Uzbrojony w czek na Crédit Lyonnais, udałem się tutaj.
Paryż 2 lipca 1894 roku wciąż był poruszony wydarzeniami, które właśnie przebrzmiały.
Śmierć Sadi Carnota, wybór Casimira-Periera! — Jakże dawno to wszystko już minęło!
Trzeciego lipca 1894 roku miałem spotkać tajemniczego Mr. Pierre’a i jego zdradziecką rewelację. W samo południe, o dwunastej! Jako prawdziwy kronikarz muszę zdradzić adres tego rendez-vous — z ryzykiem, że zaspokoję niektóre niecne żądze i dam im ku temu sposobność.
Uroczyście oświadczam, że wcześniej nie znałem znaczenia tego adresu, dobrze znanego każdemu paryskiemu viveurowi.
Brzmiał on: Rue Feydeau nr 12, pierwsze piętro!
Byłem tam punktualnie i wraz z dwunastym uderzeniem zegara, z pedanterią prawdziwego Niemca, odsunąłem na bok nieco zaskoczony dziwnym wejściem stary orientalny dywan, który zasłaniał schody prowadzące na pierwsze piętro.
Tam również tylko dywan, żadnych drzwi!
Bardzo podejrzane.
A potem ta stara dama — niezwykle uprzejma, przesłodka.
Czy Mr. Pierre jest?
Nieco zdziwiona: „Nie, ale często przychodzi! Czy to on pana wezwał? W takim razie z pewnością przyjdzie! Proszę usiąść!”
Dziwny sposób przyjmowania obcego mężczyzny w sypialni. A przecież właściwie jest to sala. Czegoś takiego nie spotyka się przecież w oszczędnym pod względem przestrzeni Paryżu! Ale wielkiego łóżka w złoconej drewnianej ramie nie da się stąd usunąć!
Dlaczego ta stara dama zasłania w biały, letni dzień rolety i zapala gaz?
Aha! Mr. Pierre nie lubi światła dziennego przy swoich tajemniczych interesach.
Czy chcę napić się szampana?
Bardzo uprzejmie, bardzo gościnnie wobec obcego.
Tak, tak — przy zarobku w wysokości stu tysięcy franków można już fundować szampana.
Ale dziękuję, przed południem nie piję i muszę zachować jasność umysłu.
Pierre nie przychodzi. Jest wpół do pierwszej.
Stara dama zaczyna się niepokoić — ja również.
Czy może na razie chciałbym się zabawić?
Bardzo chętnie, ale obrazy na ścianach już przestudiowałem. Same damy w stroju naszej pramatki.
Dobra kobieta zatroszczy się o rozrywkę?
Znika.
Po kolejnych piętnastu minutach pojawia się znowu, ale nie towarzyszy jej Mr. Pierre, którego do dziś nie miałem zaszczytu poznać, lecz sześć dam po prawej i sześć dam po lewej.
Nie chciały zawstydzić obrazów i miały na sobie jeszcze mniej.
Ja natomiast, śmiejąc się, uciekłem z powrotem do „Grand Hotel”.
Tak oto śledztwo toczyło się dalej. Jego rozmaite szczegóły, które tutaj mógłbym opowiedzieć, nie zainteresowałyby czytelnika. Wciąż i wciąż zajmowało się ono wyłącznie pytaniem, czy Kotze jest winny, czy nie — a właściwie, mówiąc dokładniej i zgodniej z prawdą, poszukiwaniem dowodów jego winy.
Wszechmocny audytor stanowczo odrzucał podejmowane przez obronę, przy jej wsparciu, próby odnalezienia prawdziwego sprawcy, uznając je za wykraczające poza rzekomo powierzone mu zadanie.
Niech bezstronniejsi osądzą, czy jego stanowisko było uzasadnione. W każdym razie Generalaudytorat Armii, pod przewodnictwem Jego Ekscelencji pana von Ittenbacha, do którego za pośrednictwem skargi wielokrotnie zwracałem się o interwencję, zmusił go w najważniejszych przypadkach do uwzględnienia nowych wniosków dowodowych.
Przede wszystkim unikano zajęcia się intencjami pana von Tauscha. On, podobnie jak jego zmarły przełożony, prezydent policji von Richthofen, oraz radca policji von Mauderode, wyraźnie nie ufali dowodom w postaci bibuł do osuszania pisma ani całej metodzie walki Schradera i jednoznacznie dawali do zrozumienia, że rzeczywistego sprawcę można bez trudu ująć inną drogą i przy użyciu innych środków.
Wrócę jeszcze do tego.
Negatywny rezultat śledztwa prowadzonego przez Heinricha był już wyraźnie widoczny. Nastąpiło „zamknięcie akt”. Sąd wojskowy musiał się zebrać.
Wtedy podupadł poważnie na zdrowiu sędziwy audytor korpusu. Proces i nieustanne napięcia zaostrzyły jego stare, bolesne schorzenie kończyn. Zrezygnował z prowadzenia sprawy.
Jego następcą został audytor garnizonowy ze Spandau, radca sądowy Hundt, młodszy mężczyzna o jasnych oczach i pogodnym czole.
Sędzią wojskowym pozostał książę Friedrich von Hohenzollern.
Na 7 marca i następne dni zwołano sąd wojskowy do tego samego starego domu przy Lindenstraße, w którym dziewięć miesięcy wcześniej von Kotze przeżywał swój osobliwy tydzień uwięzienia.
Zgodnie z wojskową procedurą karną nie znano tu instytucji ustnej obrony prowadzonej przez osobę trzecią, lecz jedynie pisemną obronę, którą mógł sporządzić adwokat lub inny oficer. To pismo zostało przeze mnie złożone.
Ale wolno mi było również — o ile mi wiadomo, był to pierwszy taki przypadek — za zgodą wyznaczonego przewodniczącego sądu wojskowego, nowego audytora, a także na podstawie wyraźnego zezwolenia najwyższych władz, wykonywać prawa mojego klienta w tej formie, a właściwie pod maską jego zastępstwa.
Maska ta była dość przejrzysta. Mój klient pojawił się tylko w godzinach przedpołudniowych pierwszego dnia rozprawy; od tej chwili zająłem jego miejsce.
Niech nikt nie wyobraża sobie tego sądu wojskowego jako uroczystego Areopagu. Otoczenie zupełnie do tego nie pasowało.
Nigdy cię nie zapomnę, bez ozdób, surowy, mały pokoju, z dwoma ustawionymi pod kątem prostym stołami, na których leżało kilka kartek papieru, kałamarze, pióra i obsadki, a pomiędzy nimi ogromne akta.
Na chwiejnym stoliku obok stała zwyczajowa karafka z trzema szklankami wody. Dozwolonym i często spożywanym środkiem przyjemności podczas tych trzech dni były cukierki prawoślazowe; — był to wówczas nieprzyjemnie chłodny marzec! Zwłaszcza pułkownik miał ich przy sobie bardzo dużo i hojnie nas nimi częstował.
Drzwi były zamknięte. Nasza jedenastka wokół stołu stanowiła całkiem en petit comité.
Sądy wojskowe w armii pruskiej tworzy się w następujący sposób: zawsze uczestniczy w nich pięć klas rang, z których ostatnią wybiera się spośród tych stopni wojskowych, które stoją poniżej stopnia piastowanego przez oskarżonego; jedną — z tego samego stopnia co jego; a trzy pozostałe — kolejno z trzech stopni znajdujących się powyżej jego stopnia.
Z najwyższej rangi wybiera się tylko jednego oficera, który następnie przewodniczy sądowi wojskowemu, z czterech pozostałych zaś po dwóch członków.
W sumie jest więc dziewięciu sędziów. Ponieważ pan von Kotze był rotmistrzem, sąd wojskowy tworzyli: jeden pułkownik, dwóch podpułkowników, dwóch majorów, dwóch rotmistrzów i dwóch poruczników.
Przewodniczył pułkownik Taubert z pułku kolejowego — człowiek rozumny, energiczny i bezstronny, jak to się mówi: wspaniały człowiek, uosobienie starego pruskiego oficera pochodzenia mieszczańskiego.
Głosowanie nad przedstawionymi poszczególnymi pytaniami, które formułuje audytor — było ich tutaj ponad sto — odbywa się w ten sposób, że w każdej klasie rang każdy członek oddzielnie wyraża swoją opinię.
Jeżeli obaj głosują na korzyść oskarżonego albo jeżeli jeden głosuje przeciw niemu, a drugi na jego korzyść, uważa się, że dana klasa rang rozstrzygnęła sprawę na jego korzyść.
A więc tylko obustronne, jednomyślne „tak!” obciąża oskarżonego.
Następnie w poszczególnych klasach rang rozstrzyga większość.
Doprawdy, przepis prawa nader przychylny każdemu oskarżonemu!
Dwa dni trwało odczytywanie grubych tomów akt, przerywane bardzo krótkimi przerwami na odpoczynek.
Pod koniec głos audytora odmówił mu posłuszeństwa, tak że musiał go zastąpić najmłodszy porucznik.
Przewodniczący w najbardziej delikatny sposób pozostawiał możliwość zgłaszania uwag na marginesie, zadawania pytań, spokojnego badania słynnych bibuł do osuszania pisma, listów i fotografii oraz bardzo krótkiej, nieprzesądzającej wymiany poglądów.
Tu i ówdzie można było usłyszeć ostrzegawczy głos audytora, przypominający o konieczności przestrzegania form prawnych.
Doprawdy, materiał był tak obszerny, tak osobliwy i tak emocjonujący, że niejeden z młodszych oficerów mógłby cichym słowem wyrazić swoje zdumienie z powodu tego prześladowania, które przez trzy czwarte roku dręczyło jednego z ich kolegów tak tępymi strzałami.
9 marca 1895 roku udzielono mi głosu na mowę końcową. Ani przewodniczący, ani audytor nie ograniczali mnie w jej trakcie. Wolno mi było przez cztery godziny otwarcie i swobodnie przedstawiać swoje zdanie — i przedstawiłem je, rzecz jasna bez żadnych dodatków politycznych czy etycznych.
Ściśle na temat!
Mimo to mam nadzieję, że tego dnia przyczyniłem się do zburzenia ostatnich spróchniałych filarów tego straszliwego prawa.
Potem drzwi zamknęły się za mną. Wyszedłem w czyste, wiosenne powietrze i pozostawiłem tych zacnych oficerów z ich setką pytań i ich rozgniewanymi sercami.
Wiadomo, że bez większych ceregieli uniewinnili swego kolegę, rozpoznając ten absurdalny zarzut takim, jakim był — w najlepszym razie płodem rozgorączkowanej wyobraźni barona Schradera, która koniecznie chciała znaleźć w jego rywalu tak gorliwie poszukiwanego pamflecistę.
Jak oficerowie i audytor Hundt, spadkobierca tych przedziwnych akt Heinricha, poradzili sobie z pogrzebanymi w nich, rażącymi naruszeniami prawa, z tym bezprawnym aresztowaniem, przedawnionymi wnioskami o ściganie, z „komnatami modlitewnymi” i „przejażdżką Lolotki na sankach” — tego nie wiem i nie chcę również wiedzieć.
9 kwietnia 1895 roku cesarz, po zażądaniu akt i na podstawie sprawozdania generała-audytora Hundta, zatwierdził wyrok uniewinniający.
W Niedzielę Wielkanocną posłał Leberechtowi von Kotze kompozycję kwiatową w kształcie pisanki.
Uniewinniony nigdy więcej nie został powołany do służby jako mistrz ceremonii.
Dlaczego sześć miesięcy później poddano tego doświadczonego przez los człowieka postępowaniu przed sądem honorowym, opowiem za chwilę.
Ale najpierw odpowiedź na oczywiste pytanie czytelnika:
„Czy znasz sprawcę, skoro nie jest nim Leberecht von Kotze?”
Myślę, że tak! Wierzę, że znam kobietę i mężczyznę z berlińskich kręgów dworskich, którzy jednakowo rozgrywali i rozgrywają swoją grę z cesarzem i dworem, z sądem wojskowym i audytorami, z dyplomatami i prasą.
Nie działają oni wyłącznie z lekkomyślności i złośliwej przyjemności czerpanej z cudzych niepokojów, ani też wyłącznie w celu zastraszania i udaremniania cesarskich planów, choć i to wszystko odgrywa pewną rolę w ich poczynaniach — lecz działają przede wszystkim z silnych motywów i dla silnych celów rewolucyjnych.
Nie są osamotnieni, nie są jedynie przywódcami dworskiej kamaryli!
Z ich machinacjami wiążą się także działania, które nie są odległe od anonimowej informacji przekazanej haute finance, według której kanclerz Rzeszy, książę Hohenlohe, otrzymał od cesarza z funduszu dyspozycyjnego odszkodowanie w wysokości jednorazowo stu tysięcy marek za utracone dochody z namiestnictwa w Reichslandzie — prawdziwy fakt, znany tylko w najściślejszym kręgu.
Z nimi wiążą się również coraz bardziej sensacyjne rewelacje socjaldemokratycznego organu partyjnego „Vorwärts”.
Później przedstawię, dlaczego dla tego rodzaju dążeń stworzony został grunt na dworze i w państwie cesarza Wilhelma II, czego można oczekiwać po takiej „kreciej robocie” i — czego, jak się obawiam, można oczekiwać z widokiem na powodzenie.
Mimo to nie ujawniam tutaj swoich podejrzeń ani nazwisk osób, które mam na myśli.
Nie piszę dla zaspokojenia ciekawości, nie jestem ani denuncjatorem, ani człowiekiem pokrzywdzonym!
Chcę jednak zrobić coś innego — coś, czego pan Heinrich właśnie nie chciał uczynić, a co w tym przypadku wskazuje każdemu mężowi stanu, ba, każdemu funkcjonariuszowi policji, pewną drogę do wykrycia winnych.
W tym przypadku!
Bo w innym być może trzeba będzie zachować większą ostrożność.
Anonimowy autor miał już rację, kiedy w jednym z listów, które nadeszły po aresztowaniu Kotzego, oświadczył, że Komitetowi nie odebrano broni ani przez aresztowanie tego niewinnego człowieka, ani nawet przez uwięzienie jednego z jego własnych ludzi.
Także tutaj mamy do czynienia z fanatykami.
Tylko pozornie zajmują się dziecinnymi sprawami; ich zewnętrznie dziecinne zachowanie oczekuje i wymaga większych celów i skutków, które przyniesie nadchodzący czas.
Chętnie wierzę, że wielu osobom byłoby na rękę, gdyby kozioł ofiarny Leberecht ze swoim małym „ja” zdołał położyć kres tej irytującej sprawie.
Wystarczyłoby im bowiem, z powodu ich zaślepienia, zadowolić się tym pozorem. Nie sięgali w swoich rozważaniach tak daleko, by zrozumieć, że gdyby listy nadal się ukazywały, nawet gdyby ich rzeczywisty autor siedział za murami twierdzy lub więzienia, dowodziłoby to nie tylko dokonanego na nim morderstwa sądowego, lecz przede wszystkim tego, że najgroźniejsi wrogowie księcia i monarchii mogli nadal bez przeszkód prowadzić swoją działalność.
Pan von Tausch zaprzestał swoich działań, ponieważ nabrał przekonania, że nie zamierzano energicznie sięgnąć do tego gniazda os.
Lecz jemu, doświadczonemu kryminologowi, gdy przeczyta te słowa, natychmiast stanie się jasne, że drogą, którą proponuję, prawda musi w ciągu kilku dni wyjść na jaw.
Przez kilka tygodni zajmowałem się tą sprawą służbowo. Wszyscy o tym wiedzieli, mimo że starałem się to ukryć, a nawet dementowałem doniesienia prasowe, które o tym informowały, aby móc pracować spokojniej.
Wszędzie przeprowadzano ze mną wywiady w związku z palącym pytaniem: „Czy on jest winny, czy nie?”.
Jeśli wśród towarzystwa, które mnie tym pytaniem dręczyło, udało mi się przynajmniej znaleźć kogoś, kto był na tyle obeznany w sprawie, by podczas pozornie niewinnych pogawędek wychwycić coś dla mnie ważnego, podejmowałem temat — na tyle, na ile mogłem, nie narażając wyższych celów.
Działo się tak szczególnie wtedy, gdy w kameralnym gronie znajdowała się jedna lub kilka z owych kobiet, które wiedzą więcej niż kobiety należące do wielkiego świata, ponieważ podczas schadzek miłosnych rozmawia się swobodniej niż przy five o’clock tea.
W takim właśnie towarzystwie siedzieliśmy kiedyś znowu razem, a pewna kobieta, posiwiała z miłości — pardon! — która z czasem stała się rudo-blondynką, nagadała się mnóstwo tajemniczych rzeczy, poruszając się w swoich opowieściach od całych pułków aż po stajnie wyścigowe.
Wkrótce mieliśmy dość jej mądrości i około północy odprowadziliśmy ją z komplementami do powozu. Następnie usiedliśmy bliżej siebie, już tylko we trzech — trzech panów.
Jednym z nich był znany młody powieściopisarz Theodor Wolff, były redaktor działu felietonowego „Berliner Tageblatt”, mieszkający obecnie w Paryżu.
Nagle zaczął opowiadać mi bardzo dziwną historię:
„W okresie karnawału dwa lata temu na dworze wystawiono żywe obrazy, które opisałem dla swojej gazety. Wspomniałem przy tym z należytym podziwem o pięknej hrabinie Fritzi Hohenau. Następnego dnia otrzymałem anonimowy list od pewnej damy, w którym w imieniu hrabiny wyrażono serdeczne podziękowanie za moje pochwały, a także dołączono prośbę, abym zamieścił w swoim piśmie notatkę, że cesarz zamierza w najbliższym czasie wynieść Hohenau do stanu książęcego.
Za taką notatkę miał mi później przypaść również osobisty wyraz wdzięczności pięknej hrabiny.
Ta sprawa nie wydawała mi się całkiem w porządku — ciągnął młody poeta. — Znam cesarza zbyt dobrze, by nie wiedzieć, jak bardzo taka zapowiedź jego przyszłych, swobodnych decyzji dotyczących własnej woli mogłaby go zirytować i zniechęcić do ich podjęcia.
Właściwie trudno mi było uwierzyć, że ów osobliwy list skierowała do mnie prawdziwa przyjaciółka Hohenau. Dlatego zamieściłem jedynie zupełnie obojętną notatkę.
Mimo to już następnego dnia otrzymałem ponownie podobne pismo, pełne podziękowań, a także informację, że powóz hrabiny Hohenau zatrzymał się już przed moim domem, ponieważ chciała mi osobiście podziękować — jednak widok pewnej znanej jej osoby, która dokładnie w tej samej chwili wchodziła do domu, powstrzymał ją przed tym.
Od tego czasu nie otrzymałem już żadnych podobnych listów. Te dwa jednak powinienem jeszcze mieć”.
Tyle pan Wolff!
Stanąłem jak w ogniu. Przez dwa dni w jego mieszkaniu przeszukiwano góry starych dokumentów. W końcu miałem w ręku oba listy — wprawdzie zdobyte okrężną drogą, której opis zabrałby tutaj zbyt wiele miejsca i nie miałby większego celu.
Niewiarygodnie interesujące!
Oba zostały napisane drobnym, delikatnym kobiecym pismem, a pod względem stylu i tendencji były bezspornie blisko spokrewnione z anonimowymi, zamaskowanymi listami, które dostarczyły nam tak wiele pracy.
Należy przy tym zwrócić uwagę, że w tych listach złośliwa tendencja występowała w sposób zawoalowany, a Wolff znajdował się całkowicie poza kręgami dworskimi. Tym samym autorowi listów nie groziło, że z powodu ich wysłania zostanie w jakikolwiek sposób powiązany z autorami pamfletów.
Kiedy przez kolejne tygodnie zastanawiałem się jeszcze nad tym, jakie znaczenie może mieć dla nas to odkrycie, wpadł mi w ręce jeszcze znacznie ważniejszy list.
Opowiadałem już, że Anonim między innymi nękał księcia Ariberta von Anhalt i jego małżonkę, księżniczkę ze Schleswig-Holstein, córkę byłej królewskiej księżniczki Heleny Wielkiej Brytanii, ostrzeżeniami przed hrabiną Hohenau.
Swoje napomnienia opierał między innymi na fakcie, że obie damy po wielkiej rewii wojskowej na polu Tempelhofer Feld, jadąc z placu defilad, przejeżdżały przez miasto tym samym powozem. Uważał taką zażyłość z Hohenau za hańbę dla księżniczki Aribert, wywodzącej się z tak znakomitego rodu.
Wówczas odkryłem list napisany zniekształconym w żaden sposób, naturalnym charakterem pisma, pochodzący z roku 1892 i skierowany do damy dworu tej księżniczki, panny von Caprivi.
Autorka listu twierdziła, że jest damą zobowiązaną wdzięcznością wobec matki księżniczki i dlatego nie może tolerować jej haniebnych stosunków z hrabiną Hohenau.
Anonimowa autorka ostrzegała młodą arystokratkę, aby nie pozostawała dłużej na stanowisku damy dworu przy księżniczce von Anhalt, jeśli ta nie zerwie zażyłych stosunków ze znienawidzoną Hohenau.
Pomyślmy tylko — Caprivi! W tamtym czasie jej kuzyn, hrabia Caprivi, był jeszcze kanclerzem Rzeszy Niemieckiej.
A więc to był ten sam autor pamfletów — ten, który pisał do księżniczki Aribert, który swoimi ohydnymi ostrzeżeniami nie oszczędził nawet kamerdynera, autor naszych listów sporządzonych zamaskowanym charakterem pisma, twórca drobnego pisma drukowanego!
Gdyby pozostał choć cień wątpliwości, rozwiewały go adresy listów do księżniczki Aribert i panny von Caprivi na kopertach: dokładnie te same wielkie litery — tutaj naturalne, tam zniekształcone; ta sama cyfra przed nazwą ulicy; znaczek pocztowy naklejony w lewym dolnym rogu; ten sam urząd pocztowy, w którym listy zostały nadane.
I dalej: autorka tego listu do panny von Caprivi była autorką obu listów skierowanych do Theodora Wolffa.
Aby to rozpoznać, nie potrzeba było żadnego Langenbucha ani żadnego Altrichtera w charakterze eksperta!
Nawet czterej eksperci barona Schradera nie odważyliby się zaprzeczyć temu podobieństwu. Oba całkowicie naturalne, niezamaskowane charaktery pisma były identyczne co do najdrobniejszego szczegółu.
A więc kobieta!
Kobieta z kręgów dworskich, doskonale obeznana z genealogią i wszystkimi intymnymi sprawami tych kręgów, śmiertelna nieprzyjaciółka Hohenau!
Albo też uległe narzędzie silniejszej woli, która później kazała jej wykazać się lekkomyślnością w postaci pozostawienia naturalnego charakteru pisma, najpierw wcisnęła jej do ręki prymitywną maszynę do pisania, a później nauczyła ją kreślić drobne litery drukowane i płynnie się nimi posługiwać.
A teraz!
Mężowie stanu, prokuratorzy, audytorzy i policja!
Mając w posiadaniu trzy listy napisane naturalnym, niezamaskowanym charakterem pisma, nie potraficie ustalić autora, jeśli naprawdę chcecie?!
Czy nie ma klisz dla gazet i publicznych tablic ogłoszeniowych?
Czy nie można wyznaczyć wysokiej nagrody dla tego, kto wskaże autora tych tak łatwo rozpoznawalnych, tak charakterystycznych listów?
Czy nie można bezustannie pokazywać ich wszystkim osobom z dworu i jego służby?
Czy nie można zdobyć próbek pisma znanych w mieście dam półświatka, którym nie bez powodu przypisuje się znajomość z wysoko postawionymi panami?
Tak — jeśli się chce!
A może nie chce się chcieć?
Olbrzym, którego potężna ręka tak długo spoczywała nad Berlinem, baron von Richthofen, na tę aluzję tak osobliwie wzruszył ramionami.
Znał dwór Wilhelma II jak nikt inny i wiedział, kiedy należy milczeć.
Tak — jeśli się nie chce!
Ale czy cesarz wie o tym wszystkim?
Niemożliwe!
Jego żywy umysł nie pozostałby wobec tego obojętny!
Trzeba tylko chcieć!
Bo tutaj nie chodzi wyłącznie o skandal dworski!
Nie chodzi tylko o to, czy jesteśmy winni prześladowania tak długo dręczonego mistrza ceremonii von Koze za to, że nie podążamy śladem, który leży przecież otwarcie przed naszymi oczami, ani o to, czy wolno nam dłużej ukrywać go przed opinią publiczną!
W grę wchodzą tutaj wyższe cele, wyższe racje!
Czyż historia naszyjnika królowej, mająca zaledwie sto lat, została już całkowicie zapomniana — owo „Mene, tekel” wielkiej rewolucji?
Jest bowiem napisane:
Szukajcie, a znajdziecie!
III.
Sąd honorowy
„Teraz trzeba będzie strzelać! Nie pozostaje nic innego!” — takie było zdanie energicznego strażnika honoru rodziny Kotzego, rotmistrza Dietricha.
Rzeczywiście! Zgodnie z niepisanym kodeksem tych panów arystokratów początkowo rzeczywiście nie pozostawało nic innego. Mistrz ceremonii został wprawdzie uniewinniony, ale poza tym wszystko pozostało złowieszczo ciche. Nie było żadnej rehabilitacji na wielką, a nawet na średnią skalę! Wszyscy ci, którzy w czasie trwania śledztwa otwarcie, a wcześniej skrycie nazywali go oszczercą, anonimowym oszczercą pozbawiającym innych honoru, musieli odwołać swoje słowa — albo stanąć przed pistoletem!
Niech mi będzie darowane, na potrzeby tego przedstawienia, przytaczanie protokołów i wyliczanie nazwisk tych, którzy z otwartą lub udawaną skruchą składali swoje wizytówki u mistrza ceremonii. Można też spokojnie zrezygnować z uzasadniania mojego poglądu na temat pojedynków w ogóle, a w szczególności w tej sprawie.
Dość powiedzieć, że wielu spośród dawnych przeciwników podjeżdżało pod dom przy ulicy Drakestraße 2 i pozostawiało swoje wizytówki jako znak uznania, że również w ich oczach mistrz ceremonii von Kotze został zrehabilitowany oraz że żałują swoich lekkomyślnie wypowiedzianych słów.
W czasie tej generalnej rewokacji, poza wspomnianym już bezkrwawym pojedynkiem pomiędzy baronem von Schraderem a rotmistrzem Dietrichem von Kotze, doszło początkowo tylko do pojedynku Leberechta z marszałkiem dworu, baronem von Reischachem. Ten ostatni pozostał nietknięty; rana Kotzego przykuła go na kilka tygodni do całkiem znośnego łoża boleści.
Między głównymi przeciwnikami sprawy wyglądały jednak zasadniczo inaczej. Baron Schrader okazał w postępowaniu przeciwko swojemu koledze tak wielką niechęć, a opinie stronnictwa oskarżonego na temat jego postępowania były tak surowe i pełne tak ciężkich zarzutów, że po naszej stronie nie uważano, aby w tym przypadku sprawa mogła zostać zakończona zwykłą wymianą kul.
Pomyślmy: sąd wojskowy, który uniewinnił Kotzego, obradował za zamkniętymi drzwiami, a jego akta pozostały zapieczętowane dla osób z zewnątrz! Zabrakło wyraźnego, publicznego zadośćuczynienia ze strony najwyższych władz. Trzeba więc było przypuszczać, że na tarczy rodu Kotzych pozostała jeszcze jakaś resztka podejrzenia — resztka pozostała po tamtym szaleńczym podżeganiu, którego przywódcą był baron Schrader.
Należało spróbować uleczyć to bronią publicznego postępowania sądowego tam, gdzie żelazo pistoletu nie byłoby w stanie tego dokonać.
Nadarzyła się ku temu naturalna, przez nas wcześniej przewidziana sposobność.
Baron Schrader nie był już oficerem i nie podlegał już sądowi wojskowemu. Skierowane przeciwko niemu oskarżenie musiało więc trafić przed sądy cywilne, przed których trybunałem, jak wiadomo, postępowanie odbywa się publicznie tak długo, dopóki interes państwa lub zagrożenie obyczajności nie nakaże zamknąć drzwi sali rozpraw.
Mistrz ceremonii von Kotze złożył u pierwszego prokuratora przy Sądzie Krajowym I w Berlinie zawiadomienie o zniesławieniu przeciwko swojemu koledze.
Jako świadków wskazał wszystkich arystokratów przesłuchiwanych podczas śledztwa wojskowego, przede wszystkim tych, którzy zgromadzili się wówczas pod sztandarem Schradera — choć większość z nich stopniowo opuściła jego szeregi, gdy początkowo tak groźny szum kampanii powoli ucichł i w końcu zapadła zupełna cisza.
Tym razem, tak zamierzaliśmy, nikt z tego kręgu nie powinien móc uchylić się od złożenia pod przysięgą publicznego zeznania na temat tego całego niesłychanego skandalu dworskiego i jego prawdziwego tła, a także na temat tego, co ewentualnie wiedział o właściwym autorze listów — ani brat cesarzowej, ani najmłodszy, słodko pochlebiający kamerdyner dworu.
Naczelny prokurator Drescher, szef berlińskiej prokuratury, odrzucił zawiadomienie. Odmówił wszczęcia postępowania przeciwko panu von Schraderowi.
W naszym obozie nie wywołało to zdziwienia. Stanowisko tego urzędnika w tej sprawie ujawniło się już wcześniej.
Kiedy pan von Schrader złożył u niego zawiadomienie, w którym oskarżył mojego towarzysza walki, energicznego rotmistrza Dietricha von Kotzego, z powodu jego opowiedzenia się po stronie kuzyna o sprzyjanie rzekomemu przestępstwu, którego ten miał się wcześniej dopuścić, pan Drescher uznał za stosowne przesłuchiwać rotmistrza przez wiele godzin i spisywać jego zeznania do protokołu!
Ja sam nigdy nie cieszyłem się jego przychylnością. Kiedy dwukrotnie broniłem Maximiliana Hardena, wydawcy „Zukunft”, oskarżonego o rzekomą obrazę majestatu i obrazę Capriviego, za każdym razem — wbrew wszelkiemu zwyczajowi — naczelny prokurator Drescher osobiście występował przeciwko mnie, choć poza tym nigdy nie pojawiał się na rozprawach.
W obu przypadkach jego stanowisko nie zostało przyjęte. Swoją niechęć do mnie okazywał mi zawsze bardzo wyraźnie!
Drescher, pomimo wyroku sądu wojskowego, który uniewinnił pana von Kotzego, nie porzucił wiary w winę mistrza ceremonii — podobnie jak audytor Heinrich, z którego poglądami pierwszy prokurator Berlina już wcześniej ostentacyjnie wyrażał zgodę.
Odrzucenie przez niego obecnego zawiadomienia przeciwko panu von Schraderowi nie obyło się bez wielostronicowego uzasadnienia. Był to jeden wielki hymn pochwalny na cześć obiektywizmu pana von Schradera!
Nikt nie może odpowiadać za swoje poglądy! Pruski prokurator najmniej ze wszystkich musi się przejmować własnymi poglądami, ponieważ posiada monopol zarówno na nie, jak i na ich słuszność.
Pozostawała jeszcze Leberechtowi ostatnia droga — tak zwane „oskarżenie prywatne”.
W przypadku zniesławienia niemieckie prawo pozwala obyć się bez prokuratora. Poszkodowany może sam dochodzić swoich praw w ciągu trzech miesięcy, licząc od dnia, w którym dowiedział się o czynie i o przypuszczalnym jego sprawcy. Termin ten zostaje zachowany poprzez wcześniejsze złożenie zawiadomienia o przestępstwie w prokuraturze.
Można więc było przyjąć następujący sposób obliczania terminu:
Siedemnastego czerwca 1894 roku, w dniu zwolnienia z aresztu, mistrz ceremonii von Kotze miał dowiedzieć się o tym, co uważał za ohydną, niczym nieuzasadnioną obrazę i oszczerstwo wyrządzone mu przez jego kolegów.
Według takiego sposobu liczenia termin na złożenie zawiadomienia, a więc również termin wniesienia oskarżenia prywatnego do sądu, upływał 16 września 1894 roku.
Uwzględniając tę okoliczność, w czasie gdy wciąż mieliśmy nadzieję, że uda nam się przeforsować w prokuraturze zawiadomienie przeciwko baronowi Schraderowi, przezornie przekazałem już 14 września 1894 roku mojemu klientowi wniosek o ukaranie, aby mógł go podpisać.
Gorzka ironia losu!
On, który nie znał litery prawa kodeksowego, beztrosko pozostawił dokument do siedemnastego września.
Dopiero wtedy wniosek został złożony w prokuraturze.
Młody asesor, przed którym trzy czwarte roku później znalazło się oskarżenie prywatne po odrzuceniu wniosku przez prokuratora, z pewnością nie działał ze złej woli, kiedy odkrył jednodniowe przekroczenie terminu i jednym pociągnięciem pióra mógł pogrzebać możliwość ponownego rozpatrzenia całej tej irytującej sprawy.
W każdym razie miał jaśniejsze i lepsze oczy niż jego starsi koledzy z wojskowego wymiaru sprawiedliwości, którzy nie zauważyli — albo nie chcieli uwzględnić — przekroczenia terminów liczonych w latach i miesiącach przy wnioskach o ściganie składanych przez osoby, które wówczas rzekomo zostały pokrzywdzone przez pana von Kotzego.
Odrzucony ze wszystkich stron!
Tak więc również wobec barona von Schradera nie pozostawało nic innego jak strzelanie!
Ale i na to zdawał się już minąć odpowiedni czas!
Baron von Schrader bowiem już w maju 1895 roku, po prawomocnym uniewinnieniu pana von Kotzego, kiedy ten nigdzie nie krył się ze swoją opinią na temat postępowania swoich kolegów urzędników, sam wyzwał poczciwego Leberechta na pojedynek.
Sekundanci wprawdzie uznali pojedynek za dopuszczalny w przyszłości, ale uzgodnili, że powinien on zostać odroczony do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia postępowania karnego wszczętego przez jednego mistrza ceremonii przeciwko drugiemu.
Teraz zaczęto się spierać, czy moment, do którego pojedynek miał być odroczony, nastąpił już w dniu odrzucenia zawiadomienia przez prokuratora — takie było stanowisko panów stojących po stronie barona Schradera — czy też należy go odroczyć aż do zakończenia postępowania z oskarżenia prywatnego.
Takie było stanowisko ludzi skupionych „wokół Kotzego”.
Krótko mówiąc, po stronie pana von Kotzego zaczęto uważać zwlekanie z rozstrzygnięciem już trwającego sporu honorowego za niegodne oficera przeciąganie sprawy.
Baron Schrader zażądał rozstrzygnięcia przez sąd honorowy.
Była to również dogodna okazja dla jego przeciwnika, aby postawić przed tym samym trybunałem również jego za całokształt postępowania i w ten sposób podjąć ostatnią próbę uzyskania satysfakcji — nie tylko za pomocą pistoletu!
Pułkownik von Bockelberg z huzarów z Rathenow, przewodniczący sądu honorowego, oraz jego koledzy są niezwykle energicznymi oficerami kawalerii. Mają własne poglądy na temat tego, jak należy postępować, kiedy chce się przywrócić honor, który — można powiedzieć bez przesady — został haniebnie zniszczony na oczach całej Europy.
Dla nich istnieje wtedy po prostu tylko jedno rozwiązanie: pojedynek!
Panowie ci uznali zachowanie barona Schradera za nienaganne, natomiast uznali, że mistrz ceremonii von Kotze nie jest już godny nosić „królewskiego munduru”.
Decyzja cesarza aż do chwili, gdy to piszę, mimo wszystkich informacji prasowych, wciąż nie zapadła.
„Münchener Neueste Nachrichten” twierdzą, że ze względu na ciężko doświadczonego Kotzego cesarz uchyli tę decyzję i pozwoli mu zachować mundur. Ani on, ani pan von Schrader nie mieliby jednak ponownie pełnić służby na dworze.
A więc obaj zostaliby wygnani z atmosfery, która była dla nich wszystkim.
Kto wie, czy Wilhelm II zastosuje się do tej łaskawej rady „Münchener Nachrichten”!
Jakkolwiek zapadnie jego decyzja w drodze łaski, nigdy nie będzie już mogła odpokutować za niesłychane bezprawie, którego przez półtora roku doświadczył ten niewinny człowiek — jeden z najbardziej nieskazitelnych pruskich junkrów!
Co się ze mną dzieje? Czyż nie słyszałem z ust Leberechta tego osobliwego słowa:
„To można by się już stać socjaldemokratą!”
A może powiedział to ten człowiek z żelaza, Dietrich?
Albo któryś z ich przyjaciół?
Już nie wiem!
A więc żadnych więcej zaproszeń na wspaniałym papierze urzędu ceremonii dworskich!
Żadnych więcej głębokich rozważań nad tym, czy damę dworu tej księżnej należy posadzić jako czwartą czy piątą!
Żadnego sumiennego studiowania najnowszych angielskich czy norweskich kombinacji ponczowych?!
Ależ to wielka szkoda!
Jest to jednak ohydny obraz tego całego „skakania przez ostrze miecza”!
Tak zakończyła się po półtora roku „sprawa Kotzego”. *
* Minęło już sześć miesięcy od dnia, w którym ukończyłem swoją książkę, i w tym czasie należy odnotować w sprawie Kotzego następujące wydarzenia:
Decyzja sądu honorowego huzarów z Rathenow została odrzucona przez cesarza, a następnie wyznaczono nowy sąd honorowy, złożony z oficerów hanowerskiego pułku ułanów (X Korpusu Armijnego).
Oficerowie pierwszego sądu honorowego uznali to za degradację i zarówno oni, jak i dowódca odpowiedniego korpusu armijnego, książę Friedrich von Hohenzollern, natychmiast złożyli dymisję.
Nowy sąd honorowy, po gruntownym rozważeniu sprawy, ograniczył się do udzielenia panu von Kotzemu „ostrzeżenia”. Cesarz jednak zmodyfikował tę decyzję w taki sposób, że pozostawił mu prawo do dalszego noszenia munduru.
Właściwy cel całej tej gry został osiągnięty i pojedynek odbył się w kwietniu na niezwykle surowych warunkach.
Już przy pierwszej wymianie strzałów pan von Schrader został ciężko ranny — kula trafiła go w brzuch — i zmarł wskutek odniesionych obrażeń następnego dnia po pojedynku.
II.
Dwór i towarzystwo
Na te słowa — jak można by sądzić — powinny się z nimi naturalnie i od razu łączyć odpowiednie pojęcia.
Tak, gdyby rzeczywiście było to takie proste!
W rozumieniu mistrza ceremonii do dworu należą być może najwyżsi dostojnicy dworscy i urzędnicy dworu, księżniczki i książęta domu królewskiego, mieszkający w Berlinie członkowie innych panujących, a zapewne także zmediatyzowanych rodzin książęcych, ministrowie i radcy pierwszej klasy, dowodzący generałowie i feldmarszałkowie oraz najwyżsi rangą przedstawiciele określonych władz państwowych.
Bardzo słusznie!
Nie jest to jednak znaczenie słowa, o które tutaj chodzi. Dwór w sensie społeczno-politycznym tworzą nie ci, których trzeba zapraszać na uroczystości państwowe i wielkie uroczystości dworskie, lecz ci, w których towarzystwie władca lubi swobodnie przebywać.
Jest na przykład człowiek, którego znam jeszcze od czasów szkolnej ławy, który nie piastuje żadnego urzędu dworskiego, a mimo to należy do pruskiego dworu bardziej niż niejeden minister i dziedziczny podczasz.
Emil, hrabia i pan von Schlitz, zwany von Goerk, pan von Wegfurt i Rechberg, kawaler prawa Zakonu Joannitów, dyrektor Wielkoksiążęcej Akademii Sztuk Pięknych w Weimarze — brzmi to całkiem prosto i skromnie, zwłaszcza ten ostatni tytuł, zupełnie odpowiadający naturze tego człowieka.
A jednak godzina rozmowy, którą władca poświęca temu niezwykle utalentowanemu, wykształconemu i dojrzałemu mężczyźnie w zamku hrabiego w Hesji lub, gdy zaprosi go do Berlina, w hotelu Monopol, często znaczy więcej niż dziesięć wykładów wygłoszonych przez ministrów odpowiedzialnych za poszczególne dziedziny. *
Być może bardziej dla przyszłości niż dla teraźniejszości warto przyjrzeć się temu człowiekowi nieco dokładniej.
Hrabia von Goerk, właściciel bardzo rozległej posiadłości w Hesji, syn Jego Ekscelencji zmarłego posła hrabiego Carla von Goerka oraz księżniczki Sayn-Wittgenstein-Berleburg, ma czterdzieści cztery lata.
Ojciec i syn urodzili się 15 lutego. 15 lutego 1876 roku poślubił, jako dwudziestopięcioletni mężczyzna, a więc będąc niewiele starszym niż jego królewski przyjaciel — który, jak wiadomo, już w wieku dwudziestu dwóch lat sprowadził do domu swoją obecną cesarzową — dziedziczną hrabinę Sophie von Villeneuve, córkę nadzwyczajnego posła i pełnomocnego ministra Brazylii w Belgii oraz hrabiny Cavalcanti-d'Albuquerque.
Również pod względem liczby dzieci państwo von Goerk niewiele ustępowali parze cesarskiej.
Właśnie teraz hrabia von Goerk ponownie towarzyszy cesarzowi w podróży po krajach północy. (1.07.1896, dr F.)
Z tego małżeństwa urodziło się sześcioro dzieci — cztery dziewczynki i dwóch chłopców.
Hrabina Sophie jest jedną z najpiękniejszych kobiet pojawiających się na dworze, o egzotycznej urodzie, jaką rzadko spotyka się w naszej poczciwej ojczyźnie, a przy tym równie pełna ducha i szlachetna jak jej mąż.
Często zauważano, że gdy pilne sprawy państwowe lub żałobne zawiadomienia zmuszały cesarza do dokonywania zmian w planach podróży lub uroczystości, inne podróże mogły zostać odwołane, ale jeśli raz zaplanowano podróż do zamku Schlik, ta zawsze dochodziła do skutku.
Czy dyrektor Akademii Sztuk Pięknych w Weimarze jest człowiekiem przyszłości w sensie politycznym?
Raczej nie!
Sądzę, że ten skromny człowiek, żyjący w świetnych i szczęśliwych warunkach, nadal będzie odmawiał występowania na scenie politycznej czy obejmowania stanowiska na dworze.
Nikt nie posiada u cesarza tego, co można by rzeczywiście nazwać „wpływem”.
Kiedy książę Leopold von Dessau, przy okazji wstąpienia Fryderyka II na tron, poprosił go, aby pozostawił mu jego dawny wpływ, młody król odpowiedział:
„U mnie nikt nie ma wpływu!”
Jednak choć ta fryderycjańska maksyma również dzisiaj w pełni obowiązuje, Emil von Goerk niewątpliwie zachował znaczenie ważnego doradcy, jakie posiadał już wobec swojego młodzieńczego przyjaciela, gdy ten był jeszcze księciem Wilhelmem.
Z pewnością znaczy on więcej niż obecny tajny radca i profesor dr Hinzpeter, były nauczyciel książąt Wilhelma i Henryka.
Często się tego nie dostrzega.
Wdzięczny szacunek nie oznacza jeszcze uznania słuszności cudzych myśli i poglądów.
W większym stopniu niż dawni kanclerze Rzeszy do dworu w naszym rozumieniu należy sędziwy książę Chlodwig von Hohenlohe-Schillingsfürst, choćby ze względu na jego pokrewieństwo z domem Hohenzollernów.
—
Po potężnej przeszłości, reprezentowanej przez postać księcia Bismarcka, po teraźniejszości w osobie Capriviego, chętnie podążającego z nurtem czasu, przyszłość nadeszła w postaci siedemdziesięcioletniego dworzanina i dyplomaty bez żadnego własnego motta.
Jeżeli starego kanclerza Rzeszy, głęboko zakorzenionego w ziemi Marchii i Prus, można było porównać do dębu, a generalnego kanclerza Rzeszy, uczciwego człowieka o sztywnej postawie, do jodły, to drobna, delikatna postać obecnego kanclerza książęcego ma w sobie coś z powoju —
zawsze giętka i elastyczna, uprzejma i usłużna.
Jest to figura dyplomaty taka, jaką stary aktor Friedrich Haase tak mistrzowsko przedstawiał, a który właśnie składa swoją pożegnalną wizytę w berlińskim teatrze.
Hohenlohowie tworzą obecnie w Niemczech niemal własną dynastię.
Obok wuja Chlodwiga najbardziej wyraziście reprezentuje ich jego następca na odpowiedzialnym stanowisku namiestnika Alzacji-Lotaryngii, jego kuzyn książę Hermann von Hohenlohe-Langenburg, który jednak z oczywistych względów rzadko przybywa do stolicy.
Najbardziej trwałą dynastią jest jednak dynastia hrabiów Eulenburg.
Ten nienależący do wyższej arystokracji ród wydał całą rzeszę ministrów, najwyższych dostojników dworskich, prezydentów prowincji i generałów, którzy wszyscy w pierwszym rzędzie są dowcipni i elastyczni — krótko mówiąc, są dworzanami odpowiadającymi upodobaniom swoich panów.
Ogólnie rzecz biorąc, ciągłość obsady urzędów dworskich, jaka istniała niegdyś za Wilhelma I, zanikła w takim samym stopniu jak ciągłość w ministerstwach.
Z dawnych czasów Perponcherów, Pourtalèsów i Nedernów pozostała tylko jedna wyróżniająca się kolumna — generalny intendent Królewskich Teatrów, hrabia Hochberg, który równie długo utrzymuje się na swoim stanowisku, jak jego poprzednik, osiadły na nim pan von Hülsen.
A przecież śląski grandseigneur wcale nie musi tego robić — twórca i kierownik słynnych na cały świat festiwali muzycznych.
Stollbergowie i Fürstenbergowie, dwie z najpotężniejszych rodzin wyższej arystokracji, są mocno odsunięci od łask.
Nie mogą ich zastąpić nowi arystokraci z kręgu cesarskich przyjaciół: hrabia Douglas i baron von Stumm, „król żelaza”.
Jednego z tego ostatniego kręgu, hrabiego Radolińskiego, wyniesionego w ciągu stu dni panowania Fryderyka III do godności księcia Radolina, wysłano na ambasadorskie wygnanie.
Nie mamy przy tym, prawdę mówiąc, nadmiaru wielkich, bogatych i poważanych rodzin ani wyższej, ani niższej szlachty.
Nawet we Francji tego rodzaju rody o potężnych historycznych nazwiskach przetrwały trzy rewolucje.
Włochy, Austria, Rosja, a przede wszystkim Anglia znają ten potężny filar władzy książęcej.
W Niemczech natomiast całkowicie schodzi on na dalszy plan.
Bentheimowie, Erbachowie, Salmowie i Isenburgowie, czy jakkolwiek inaczej mogą się nazywać, nie mogą się równać z Lichtensteinami, Colloredami, Festeticsami czy Trauttmansdorffami, ani z Richelieu, Rohanami i Mortemartami, z Ruspoli i Piombino, z Rutlandami, Richmondami i St. Albans, ani z Jusupowami czy Szałowskimi.
W Londynie, Petersburgu, Wiedniu, Paryżu i Rzymie każde uliczne dziecko zna kawalerów i damy należące do starych rodów książęcych i hrabiowskich.
Widać ich w Hyde Parku, na Newskim Prospekcie, w Lasku Bulońskim, na Corso, w Praterze, na wyścigach, w teatrze oraz podczas przejazdu na pierwszy dworski bal młodych arystokratek.
Każda z nakazanych przez gracious queen kreacji dworskich przyszłych piękności sezonu jest przedmiotem zainteresowania setek osób!
Zapytajcie jednak w trzeźwym Berlinie kogoś spoza kręgu krawców i kwiaciarzy, kamerdynerów i pokojówek o kolor włosów księżnej Putbus albo Ples, albo o herb książąt Blücher von Wahlstatt — uzna was za wariata.
W Niemczech nie zna się wyższej arystokracji.
Powiedziałbym niemal: ona sama siebie nie zna!
Nie jest scentralizowana, jej członkowie mają między sobą zupełnie odmienne interesy.
Nie tworzy ani owego szeroko opisywanego muru wokół dziedzicznego tronu,
ani też — dla równowagi — nie jest kosmopolityczna.
Tutaj jest się wprawdzie księciem, hrabią itd., ale bez historycznego, politycznego czy społecznego kręgosłupa.
Samo wyliczanie przodków aż do czasów wojny trzydziestoletniej, a nawet jeszcze dalej, również nie wystarcza.
Cesarz Wilhelm II. ma silne poczucie tego braku, tego niedostatecznego oparcia, jakie powinno znajdować się poniżej tronu. Nie jest ono jednak w nim na tyle silne, by powstrzymać jego naturę przed tym, aby nadal ich drażnił albo od czasu do czasu zaniedbywał. Nie przeszkadza mu to. Kiedy miejscowi wielcy panowie są w złym humorze, poluje po prostu w bezkresnych lasach pewnego szkockiego księcia.
To zrozumienie skłania go jednak w każdym razie do tego, by — wbrew poczuciu jedności Niemców, wbrew przyszłemu, z konieczności nieuchronnemu zjednoczeniu całych Niemiec pod jednolitą formą państwową — wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, wzmacniać panujące domy książęce i w razie wymarcia panującej linii tworzyć dla nich nowe dynastie.
Ze strony pruskiej nie wsunięto Brunszwiku do kieszeni, choć byłoby to nieskończenie łatwe i choć książęta związkowi z największą gotowością by się na to zgodzili. Pod regencją księcia Albrechta Pruskiego jest on pieczołowicie zachowywany dla nowego księcia — być może dla Cumberlandczyka.
Spór o sukcesję w Lippe prowadzony jest z niebywałą uroczystością, jak gdyby to miniaturowe państewko o powierzchni 1215 km² i 134 000 mieszkańców nie mogło o wiele praktyczniej po prostu zniknąć, zamiast zostać oddane Biesterfelderowi.
Stary książę Woldemar nie ma potomków, a jego jedyny brat jest chory umysłowo. Linia ta wygaśnie więc wraz z nim.
Od ponad sześciu lat gorliwie dyskutuje się kwestię, czy nowym następcą tronu zostanie książę Schaumburg-Lippe, czy hrabia Lippe-Biesterfeld.
Jak gdyby nie było prościej po prostu pozwolić temu lilipuciemu państewku zniknąć!
Krótko mówiąc, przykład dobrowolnego zrzeczenia się władzy przez któregoś z małych panujących książąt — choćby w stylu przekazania swego czasu Liechtensteinu-Waduz koronie habsburskiej — nie spotkałby się ze strony cesarza z najmniejszą zachętą do naśladowania tego w Niemczech.
No, gdyby chodziło o jedno z wolnych miast, Hamburg, Lubekę czy Bremę, które można by w ten sposób zyskać!
Sądzę, że nawet Alzacja-Lotaryngia, gdyby zależało to od woli Wilhelma II., zachowałaby swego samodzielnego księcia. Wydaje mu się przyjemniej i pożyteczniej panować jako cesarz nad wieloma panującymi książętami niż okazywać szacunek i troskę wysokiej arystokracji własnego kraju.
Małżeństwa trzech cesarskich sióstr z książętami Saksonii-Meiningen, Hesji i Schaumburg-Lippe, małżeństwo księcia Henryka z księżniczką heską oraz księcia Fryderyka Leopolda z księżniczką Szlezwiku są — zgodnie ze starą książęcą zasadą, według której o małżeństwach rozstrzyga polityka — wyraźnymi znakami zamierzonego wzmocnienia panujących niemieckich domów książęcych.
Czy mają one rzeczywiste, wewnętrznopolityczne znaczenie?
Wątpię!
—
Kręgi zwykłej szlachty, wojskowych i urzędników wyższej rangi są zupełnie bezbarwne.
Niezmiernie mało jest wśród nich bogactwa; tu i ówdzie znajdzie się ktoś przyzwoicie zamożny — szeroka masa żyje w lśniącej nędzy. Za każdy brak wygody życiowej, za każdą zazdrość wzbudzoną przez plutokrację jako jedyny ekwiwalent musi wystarczyć słówko „von”, tytuł, epoleta. Niekiedy taki herb, wysoka posada urzędnicza, bardzo często patent oficerski zostaje pozłocony drogą małżeństwa. Ale obok tego — wiele katastrof! Pensje pozostają niewystarczające i przy przeciążeniu budżetu przez armię i flotę takie pozostać muszą. Rządowe dawki uspokajające są zbyt homeopatyczne; niezadowolenie bynajmniej nie maleje, lecz wzrasta w naturalnej proporcji do zawiedzionych nadziei.
Złota młodzież tych kręgów — od książąt tkwiących w pułkach kawalerii gwardii aż po ziemskiego junkra i synka radcy rządowego — jest nieskończenie nieciekawa. Z wyjątkiem bardzo nielicznych jej członków, którzy nabyli nieco kosmopolitycznego szlifu w Londynie czy Paryżu, jest niezgrabna, obsceniczna, pozbawiona choćby cienia dowcipu.
Dając się oszukiwać przez swe kochanki, prawie zawsze pochodzące z najniższych sfer, przyzwyczajona wszystko i wszystko opłacać gotówką — nawet jeśli na razie jest ona pożyczona u lichwiarza — i niezdolna, wobec olbrzymiego deficytu inteligencji i wdzięku, zawdzięczać czegokolwiek własnemu rozumowi czy uprzejmości, od półtorej dekady upodobała sobie, jako posłuszna uczennica Treitschkego i Stöckera, obok odwiecznych zabaw i sportów, antysemickie docinki oraz pozorną pogardę dla tak gorąco przecież zabieganego kapitału.
Młodsi spadkobiercy tego samego kapitału, Bleichröder i Schwabach oraz cały ich okazały orszak, publicznie hołdują tej młodej arystokracji i naśladują ją, ile tylko mogą, drwią z niej i potajemnie jej nienawidzą.
Także tutaj każdy przeciw każdemu.
Odkąd wielkich berlińskich lichwiarzy, którzy przez dziesięciolecia panowali na tym rynku — Treuherza, Lubenowa, Labaschina itd. — oskarżono i wsadzono za kratki, najgorszego z najgorszych, Parisera, odsunięto na bok, a nawet władcę „Sal Kwiatowych” — rzekomo niezwykle eleganckiej świątyni Venus vulgivaga, w rzeczywistości zaś serdecznie nudnej kryjówki kokot — uległego Richarda Meyera wyrzucono z jego królestwa, niezwykle trudno stało się młodemu światu zabawy i ambicji zdobyć pieniądze.
Aby nie pozwolić, by gra i miłość zasnęły, a przez to samemu całkowicie nie zasnąć, potrzeba — jak na wojnie trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy! Tę tabliczkę mnożenia panowie znają!
„Ci z zakrzywionym nosem” mogą być w ostateczności, pod wspólnym hasłem „lekkoduch”, zaliczeni do grona ludzi ich stanu — i są nawet bardzo użyteczni! W ten sposób społeczeństwo to, ów bastion przyszłości, powoli samo się rujnuje, bez pomocy socjaldemokratów.
Bezmiar zazdrości, ogrom rozgoryczenia i przesytu życiem, nienawiść do posiadających, tkwią w subalternym aparacie urzędniczym stolicy i wielkich miast prowincjonalnych. Antysemicka nagonka apostoła Ahlwardta, której nieuświadomionym celem ataku jest przecież nie tylko kapitał znajdujący się w rękach Żydów, lecz kapitał w ogóle, oraz głupia pobłażliwość, z jaką rząd traktował zachcianki tych panów, pozwoliły nagromadzić się tutaj straszliwemu materiałowi wybuchowemu.
Sztuka i nauka kryją się nieśmiało po kątach.
Owszem, mężczyźni tacy jak Menzel i Begas, Wildenbruch i Barnay są fetowani w służalczym naśladowaniu cesarskich dowodów łaski.
Brakuje jednak wolnego, żyznego gruntu, na którym mogłyby wyrastać ich dzieła upiększające i uduchowiające życie. Naturalizm nigdzie nie występuje bardziej niezgrabnie i bezcelowo niż w jednodniowych tworach zrodzonych przez berlińską atmosferę — samozadowolonych, z szerokim, tępym, na wpół idiotycznym uśmiechem.
Dokąd uciekły niemieckie ideały poetyckie?
Widowiska festiwalowe wyciągnięte z rupieciarni tradycji brandenbursko-elektorskich, niemieckie marsze wykorzystane przez jakiegoś głupiego Scribifara jako materiał baletowy, wiecznie te same motywy realistycznych czy symbolistycznych malarzy z tego zakątka tradycji — nie stanowią świetnego zakończenia dla wieku, który zainaugurowały „Faust” i „Tell”, heineowskie i börneowskie błyski myśli, a który Kant i Fichte włożyli do kołyski z naukami o ludzkiej roztropności i ludzkiej godności.
Im bardziej opanowany i zwalczany, tym wszechwładniej panuje kapitał, procent.
Rozsiada się więc szeroko na premierach, na których nie pojawia się żaden mąż stanu, żaden uczony, chciałoby się powiedzieć: żadna przyzwoita mieszczańska kobieta; obok podrzędnej jakości recenzentów prasowych i małych aktorek skorych do miłości wypełnia loże i rzędy.
Mieszka w dzielnicy Tiergarten, gdzie pan James Saloschin zbudował willę Prozzi, i tłoczy się na mocno podupadłych balach subskrypcyjnych na dworze.
Na niezręcznie urządzanych kolacjach karmi śpiewaków pieśni biesiadnych i wrzeszczących histrionów, słucha wymęczonych wykładów zawodowych objaśniaczy kart do tarota z wymuszoną cierpliwością i zupełnym brakiem zrozumienia dla nielicznych dobrych pomysłów, a następnie łapczywie węszy wysuniętymi nosami między obnażonymi piersiami tancerek.
A jeśli córka domu mówi jeszcze tak kiepsko po francusku, śpiewa lub piszczy zeszłoroczne piosenki z „Concert des Ambassadeurs” i pokazuje marne obuwie spod importowanych halek.
Jeśli trudno odróżnić panów od usługujących kelnerów, to podobieństwo tych królowych „balów prasowych” i smutnego majowego korowodu w Westendzie do innych „dam”, właśnie opuszczonych przez swoich kawalerów, jest jeszcze większe.
Zresztą owe „damy” są zwykle nawet obecne podczas uroczystości:
„Wielkiego ducha to nie krępuje!” — zwykło się mówić w Berlinie.
Słynne „Listy Juniusa” w Anglii przedstawiały swej epoce zwierciadło, zawierając wyraźnie sformułowane myśli polityczne i plany mężów stanu. Od początku były przeznaczone dla opinii publicznej, do której się zwracały.
Pisma poszukiwanego w Berlinie anonimowego autora, w swej tendencji rozkładającej i rozszczepiającej społeczeństwo, musiały kiedyś stać się znane. Autor listów zdawał sobie z tego sprawę. W przeciwnym razie nie kierowałby ich w nieustającej serii do dziesiątków osób.
Dlatego też ich charakter jest świadomie jednolity.
Autor zna opisane przeze mnie przed chwilą społeczeństwo jak własną kieszeń. Jakkolwiek wysoko stoi najwyraźniej spiritus rector tych listów —
— sama autorka, mimo swego niezwykłego wyrafinowania, bezprzykładnej złośliwości i mimo że równie dobrze jak jej informator orientuje się w tych kręgach, jest jednak zawsze tylko podrzędnym narzędziem, tak że jej nazwisko jest zupełnie obojętne —
on zna środowisko berlińskich obyczajów dworskich od cesarza po kamerdynera, od ambasadora po dostawcę artykułów de Paris, od pałacu po najbardziej odległe miejsce schadzek.
Kiedy — nie sposób sprawdzić, czy w poszczególnym przypadku mówi prawdę, czy kłamie — mówi adresatom prosto w twarz o ich obyczajach i sposobie życia albo ostrzega osoby trzecie przed zgubnym wpływem wpływowych roués i dyskretnych metres, jest świadom, że dla własnego kręgu nie przynosi niczego nowego, lecz tym, którzy wcześniej czy później muszą poznać te listy — już tak.
Na tym polega ich destrukcyjna tendencja, ale także znaczenie zapowiadające nadchodzący upadek.
Autor nie jest pozbawiony humoru!
Czasami wprawdzie taki długi list ostrzegawczy czyta się jak rozdział z przygód junkra Simpliciusa Simplicissimusa z czasów wojny trzydziestoletniej, w którym wędrowny jeździec opowiada, jak w ramionach markiz w Welschlandzie nabawił się tajemniczej choroby miłosnej.
Czasami jednak przez drobne literki jego długich szeregów przebiega również powiew boccacciowskiej swawoli.
Przypomina się wtedy scena bednarza w wielkiej beczce.
A propos, dla zainteresowania pokażę wam kiedyś faksymile tego zniekształconego pisma.
Nasz przyjaciel opowiada w dość miernym poemacie o kuligu, który para następców tronu Saksonii-Meiningen odbyła z częścią dworskiego towarzystwa, i drwi z hrabiny Fritzi Hohenau, która ponieważ cesarz i książęta Hohenzollernów nie byli obecni, musiała zadowolić się małym baronem Knorringiem z ambasady rosyjskiej jako swym kawalerem,
„w blasku księżyca, tak zupełnie sama!”
Ale tylko na zastępstwo, en faute de mieux!
Kiedy zaś znów zabłysną pruskie mundury:
Jeśli Lottki zechce ją jeszcze, rozpalony miłością,
przyciągnąć do swego bijącego serduszka,
wtedy Lottka nie zna już Lottkiego,
wtedy jest Lottchen von Preußen.
Nieprawdaż, żmudna to praca? Dorysowywać literę za literą. Ale wyraźnie widać, że to pismo wywodzi się z pierwotnego używania małej maszyny do pisania.
Czyż ta przezorna kobieta, która nie oddaje żadnej pokojówki ani damy do towarzystwa do innej służby, aby nie mogły niczego wygadać, lecz zatrzymuje je tak długo, aż wyjdą za mąż, wierzyła, że u sprzedawców owych maszyn do pisania — których na rynek trafiło zaledwie około stu, ponieważ wkrótce zastąpiono je lepszymi modelami — można będzie znaleźć jej nazwisko?
Że my sami posiadamy łudząco podobny duplikat tego egzemplarza, który ona ukrywa w kącie starej szafy?
Spojrzała na swego powiernika tak wściekle, kiedy ten, odpowiadając na niewinnie brzmiące pytanie mojego detektywa, opowiedział, że u nich również znajduje się jeszcze takie stare urządzenie. Oczywiście nasza rozmowa dotyczyła wyłącznie maszyn do pisania marki Remington, a nie listów do Lottchen von Preußen! Można mu więc wybaczyć tę gadatliwość!
Naturalnie możemy odtworzyć obraz obyczajów berlińskiego dworu i jego towarzystwa takim, jakim widzi go nasz Anonim, tylko na podstawie tych listów, które znalazły się w aktach śledztwa i zostały przedłożone prowadzącemu dochodzenie audytorowi.
Z najściślejszego kręgu otaczającego cesarza nie powierzono mu niczego. Jeśli rzeczywiście dysponował środkami pozwalającymi zażądać również tych pism, to w każdym razie z nich nie skorzystał.
W konkretnym przypadku, jak choćby w sprawie siostry cesarza, księżniczki Charlotte von Meiningen, otrzymał bezpośrednio odpowiedź za pośrednictwem rotmistrza von Bergera, adiutanta następcy tronu:
„Jej Królewska Wysokość kazała natychmiast zniszczyć listy ze względu na ich obsceniczną treść”.
Również w znanych nam listach autor omija samego cesarza i jego rodzinę, ostrożnie jak kot omija gorącą kaszę.
Wprawdzie napomyka o zakorzeniających się tam powoli obyczajach serajowych i bawi się stosowaniem przezwisk księżniczek, ale wyraźnie widać, że informator nie chce kalać własnego gniazda, że mieszka bardzo blisko miejsca, do którego w tym przypadku dotarłyby bomby wypełnione cuchnącą substancją.
Tylko raz gniew bierze nad nim górę.
Dzieje się to po aresztowaniu Kotzego, w liście do generała von Hahnke. Tajemniczy komitet pisze tam z pełnym oburzeniem:
„Jesteście śmieszni, zamykając niewinnego człowieka w areszcie. To książę Ernest Günther von Schl. H. napisał wszystkie listy”.
(W miejscach, w których stosuję skróty, również w oryginale znajdują się skróty).
Biedny mistrz ceremonii!
Ta serdecznie głupia próba wciągnięcia w aferę pełnego fantazji towarzysza Wilhelma II. przyniosła ci jedyny w porę złożony wniosek o ukaranie!
Nie! Holsztyńczyk jest prawdziwym Lebemannem, człowiekiem światowym, jak należy, ale nie autorem anonimowych listów!
Poza tym jednym atakiem na księcia holsztyńskiego autor przepełniony jest uznaniem dla rodów książęcych Hohenzollernów, angielskich i szlezwickich, a także dla spokrewnionych z nimi Hohenlohów.
Dlatego tym bardziej namiętnie ostrzega przed zarażeniem się przykładem niektórych przedstawicieli młodej arystokracji, którzy sądzili, że zdali egzamin z wielkiego świata, kiedy zebrali doświadczenia junkra Simplicissimusa, albo że stali się naprawdę całkiem „chic”, gdy przywykli składać swe ofiary potężnej damie z Lesbos.
Jaśniejące wzory hohenzollernowskiego szczęścia rodzinnego — Fryderyk Wilhelm III i Luiza, Wilhelm I i Augusta, Fryderyk III i Wiktoria — nigdy nie zostaną zapomniane przez dumnego ze swych przodków wnuka, który sam posiada tak wielkie szczęście domowe!
Precz od niego, wy, żądne zdobyczy kobiety!
Wychowana przez królową Wiktorię Angielską, która poświęciła księciu-małżonkowi Albertowi posągi i książki, królewska księżniczka Wiktoria dorastała w ten sposób, że swemu małżonkowi urodziła książąt Wilhelma i Henryka oraz urocze córki: Charlotte, Wiktorię, Zofię i Małgorzatę, i wychowała je surowo obyczajowo, zgodnie z tradycjami Welfów i Hohenzollernów.
Jej siostra Helena poślubiła owego brytyjskiego generała, któremu książęca teściowa nadała tytuł „Królewskiej Wysokości” — Krystiana von Schleswig-Holstein, wuja obecnej cesarzowej Augusty Wiktorii i księcia Ernesta Günthera; jego córką jest księżniczka Aribert von Anhalt, do której — jak twierdzi autor listów — zbliża się niebezpieczna przyjaźń hrabiny Fritz Hohenau.
Matka cesarzowej, szwagierka owego Christiana, księżniczka Adelheid, wdowa po Fryderyku von Holstein, jest córką księcia Ernsta von Hohenlohe-Langenburg ze starego, potężnego, mediatyzowanego rodu książęcego, do którego licznych, rozgałęzionych linii należy wuj Chlodwig, a z którego pochodzi również małżonka hrabiego Wilhelma von Hohenau.
I hrabina Frik, z domu von der Decken, o usposobieniu takim, jak przedstawia ją autor listów, miałaby się ośmielać stawiać ponad nimi?
Miałaby podejmować próbę nie tylko podporządkowania własnego męża, lecz także mężów innych kobiet, wciągając ich w swoje zgubne szeregi!
Vade retro, satanas!
Gdyby tylko można było tak naprawdę uwierzyć temu złośliwemu skrybie w jego moralne oburzenie!
W tę namiętną walkę o ochronę nieskażonej krwi Hohenzollernów i Holsztyńczyków!
A przecież zbyt wielką przyjemność sprawia mu tarzanie się w brudzie.
Do wielu listów — w których zresztą adresaci, zanim przekazali je audytorowi, zamazali atramentem długie fragmenty, według ich własnych słów z powodu nadmiernej niemoralności treści — dołączono fotografie przedstawiające mężczyzn i kobiety w najbardziej śmiałych pozach, takie obrazki, jakie można wszędzie potajemnie kupić.
Na fotografiach głowy opatrzone są nazwiskami.
Dawniej tylko uliczna prostytutka obdarowywała swą koleżankę po fachu albo opłacanego protektora podobnymi żartami na Nowy Rok, ale inne czasy, inne obyczaje!
A propos fotografii!
Muszę tutaj wydobyć z zapomnienia pewną zabawną historyjkę, jako dowód na to, w jaki sposób pan von Schrader próbował przyłapać swego kolegę na rzekomym przestępstwie.
W „Passage”, przejściu łączącym ulicę Unter den Linden z Behrenstraße, mieszka sobie pewien poczciwy człowieczek imieniem Albert, który handluje wyrobami jubilerskimi, eleganckimi przyborami do pisania i tym podobnymi rzeczami, a zapewne w najdalszym kącie swojej szafy przechowuje również całkiem pikantne fotografie dla potrzebujących podniecenia starszych panów.
Do niego właśnie przychodzi mistrz ceremonii von Schrader, pyta o takie obrazki i opowiada sprzedawcy, że jego przyjaciel von Kotze kupował je u niego.
Mężczyzna nie wyciąga fotografii, być może akurat żadnych nie ma na składzie —
cieszy się jednak oczywiście z poufałości arystokraty i z czysto handlowego wyrachowania, na chybił trafił wspomina, że niewykluczone, iż jakiś pan von Kobe zamawiał kiedyś u niego wizytówki.
Jak pan von Schrader relacjonuje tę śmieszną drobnostkę sędziemu śledczemu?
„Oskarżony zakupił brudne fotografie, które dołączył do swoich listów, u handlarza obrazkami Alberta w Passage!”
Następnie poczciwy pan jeszcze kilka razy robi u tego człowieka zakupy.
Pewnego razu przyłącza się ambitny adwokat, który ma przysłuchiwać się wyjaśnieniom Alberta — niewinnym odpowiedziom na zręcznie zadawane pytania!
I dowód jest gotowy!
Bardzo wytwornie, prawda?
To również fragment historii obyczajów: jak pruski mistrz ceremonii próbuje obalić drugiego i jak ugniata się woskowy nos bogini Temidy!
A wszystko to działo się wśród najbardziej zielonego lasu, bezkarnie!
Jak wielki szacunek musi obywatel żywić dla tej dworskiej arystokracji!
Jak posłusznie wykonuje grubiański rozkaz policjanta, który każe mu czekać na swojej drodze, gdy dworska kareta z człowiekiem pędzącym do tego rodzaju zajęć przelatuje obok niego i opryskuje mu twarz błotem!
Jakże głupi jesteście, wy zarozumiali półbogowie, i za jakich głupców macie lud, skoro sądzicie, że nie zauważy on wszystkich tych przejawów pogardy i bezwstydu, nie odczuje ich i nigdy nie zażąda za nie odwetu!
Choć autor listów z tak namiętną nienawiścią prześladuje właśnie hrabinę Fritz Hohenau, jest ona dla niego najwyraźniej tylko typem.
Wściekłe oszczerstwa pod jej adresem niczego w tym poglądzie nie zmieniają.
W nich wyładowuje się jedynie małostkowa nienawiść i zazdrość postarzałej, już niezauważanej metresy — tej kobiety, która tylko kreśli litery, a następnie polewa sosem otrzymane informacje.
Nawiasem mówiąc: ten sos pochodzi z kuchni francuskiej, nie jest to pospolita polewka niemieckiej kucharki.
Również w samym języku nieustannie pojawiają się galicyzmy: co trzeczy czasownik zapożyczony z francuskiego: „ridikulisieren”, „echaussieren”, „intriguieren”, „medisieren”, „choquieren”, „haranguieren” itd.
Istna antologia plugastwa!
Żadna przekupka, żadna żołnierska ladacznica nie posiada bogatszego słownika obelg pod adresem kobiety!
A jednak — powiadam — najbardziej atakowana w tym liście kobieta pozostaje tylko typem.
Autor właśnie charakteryzuje przeciwieństwo tej wytwornej kobiety: awanturnicę na młodym dworze Wilhelma II., która w opozycji do drobnomieszczańskiego, purytańskiego dworu i gospodarstwa domowego księżniczek holsztyńskich — (również najbogatszy z książąt Hohenzollernów, Fryderyk Leopold, sprowadził do pałacu przy Wilhelmplatz szlezwicką kobietę, siostrę cesarzowej) — próbuje świecić i fascynować niczym drugie słońce.
Wywodzi się ona z tej znienawidzonej przez autora niższej szlachty, z nieokrzesanego, odrażającego i brutalnie zmysłowego junkierstwa.
Autor nie dostrzega w jej działalności zwykłej rozrywki wynikającej z codziennego popędu kobiety będącej jednocześnie kokietką i kokotą, lecz świadomą pracę nad zarażeniem i zdziczeniem otoczenia — z nienawiści do Hohenzollernów i ich dumy.
Na czym zatem polega istotne znaczenie tego opisu?
Nie przedstawia on podchwyconych przez lokajów sekretów buduarów i tylnych pokojów, które jakaś pospolita wyobraźnia wymyśla sobie według znanych wzorców.
Rejestruje się spojrzenia, którymi podczas dworskiego stołu cesarz usiłuje fascynować, wilgotne od wina wargi, które uwodzicielsko się wydymają, wysunięte do przodu piersi, kołysanie bioder, westchnienia i tęsknotę!
Obok cesarza autor przede wszystkim napada na księcia Ernesta Günthera, któremu w końcu, z czystej złośliwości i żądzy zemsty, przypisuje autorstwo listów.
A wokół obu nich – nadęta młoda arystokracja:
pozbawiony przodków marszałek dworu von Reischach, sztywny hrabia Kanik i te typy pokroju marszałka dworu von Kalba, Edgara von Wedela, Izenplika, Schradera, tego Fritza von Hohenau.
Od czasu do czasu pełen nienawiści autor przechodzi również do realizacji swoich gróźb. Dwa lata temu szeptano sobie wiele niezwykłych rzeczy, gdy podczas próby karuzelu [jazdy konnej] piękna Hohenau, najwyraźniej wskutek złośliwego spłoszenia jej konia, w obecności oburzonego cesarza runęła na piasek maneżu. Wówczas sprawę zatuszowano.
Nabiera ona zupełnie innego, doprawdy bardzo niepokojącego znaczenia, kiedy czyta się list, w którym hrabinie grozi się, że jeśli jeszcze raz będzie tak kłaniać się przed cesarzem, spadając z konia, połamie sobie znienawidzone członki.
Wściekłość popycha Anonima do podburzania podwładnych i służby przeciwko temu znienawidzonemu towarzystwu. Jest to już jedno z najgorszych stadiów obsesji prześladowczej, kiedy lokajowi, człowiekowi z ludu, wyjaśnia się, że powinien się wstydzić pomagać w wynoszeniu brudów tego domu, a damie dworu, pochodzącej z trzeźwego, uczciwego, purytańskiego domu Caprivich, wpaja się, że nie może służyć pani, która nazywa się przyjaciółką hrabiny Hohenau.
Właśnie w tych listach, z ich odwołaniami do tradycji angielskich i holsztyńskich rodzin książęcych, autor zdradza się najbardziej.
Wreszcie dzieło zostało dokonane! Cesarz zesłał Hohenau do Hanoweru. Lecz Anonim już wypatruje następczyń.
W piśmie całkowicie podobnym do pozostałych, które sam mi przesłał, pojawia się nazwisko hrabiny Dohna.
Autor bowiem nienawidzi jednej, ale nie mniej również drugiej.
To on jest „Komitetem” i zazwyczaj już dzień wcześniej wie, co się planuje i czego się chce.
W tej fikcji „Komitetu” kiełkuje zalążek tendencji rewolucyjnych, nihilistycznych. W przewidywaniu tego, co zamierza cesarz, kryje się złośliwe, drwiące poczucie, że właśnie w ten sposób można go od tego powstrzymać, ponieważ zna się jego osobliwości; wymownym przykładem jest tutaj zapowiedź podniesienia Hohenau do rangi książęcej.
Rzeczywiście miało ono zostać dokonane przez cesarza, który w ten sposób chciał jednocześnie uhonorować spokrewnionych z nim Hohenlohe.
Jednak wskutek sprowokowanej publikacji agencji Wolffa w najbardziej znienawidzonej przez cesarza „Berliner Tageblatt”, która bezskutecznie próbuje wkraść się w łaski dworu poprzez najniższe pochlebstwa, do tego nie doszło. Hohenau przez dającą się przewidzieć przyszłość nie trafią do właściwego „Gotha”!
„Gdyby pan wiedział, jak wygląda za kulisami, nie byłby pan tak spragniony, by tam zajrzeć!” Jak często słyszy się to z ust wtajemniczonego!
Kiedy człowiek wie, jak często w tak gorąco upragnionym świecie dworu pachnie naprawdę brzydkimi perfumami, niejeden nie wsadzałby tam nosa z taką ciekawością!
Ale dobrze jest, a dla poznania przyszłości jest to ważna nauka, posłuchać, jak ktoś wtajemniczony o tym opowiada, nawet jeśli mówi o tym jedynie z nienawiści i żądzy wzniecania niezgody.
Historyk kultury nie będzie już mógł ignorować anonimowych listów.