Fragmenty książki
IV. Moje życie zawodowe w Przemkowie.
Motto: Praktyczny, ambitny nauczyciel uważa się za ucznia swoich uczniów, od których uczy się praw nauczania i kształcenia. Im uważniej, pilniej i gorliwiej — od początku życia zawodowego — obserwuje on swoich uczniów, tym szybciej rozwija się w nim stan nauczycielski, który po osiągnięciu dojrzałości prowadzi go na stopień mądrości nauczycielskiej. Sch.
Podróż się rozpoczęła. Dyliżans (Journaliere) zabrał mnie z Brzegu do Wrocławia. Stamtąd musiałem wędrować „na koniu szewca” (pieszo), od wioski do wioski, od miasta do miasta, i byłem niezmiernie szczęśliwy, gdy doganiał mnie jakiś wóz, którego woźnica był na tyle uprzejmy, by użyczyć strudzonemu młodemu pielgrzymowi skromnego miejsca na koźle. Najbardziej interesowało mnie miejsce bitwy pod Lutynią, a kościół naszpikowany kulami przyciągnął moją całą uwagę. Środa Śląska zrobiła na mnie dobre wrażenie swoją przyjazną stroną zewnętrzną, ale nie widziałem ani tym bardziej nie skosztowałem żadnej próbki jej słynnych sucharów. Miasteczko Parchwitz, położone nad Kaczawą, nie oferowało mi nic godnego uwagi, podobnie jak Lubin, dokąd droga była straszliwie nudna, bo piaszczysta. Lübener Haide, dość długi las, cieszył się już wtedy złą sławą, że mieszkają w nim zuchwałe kruki (rozbójnicy) czyhające na cudzą własność.
Mój podróżny tobołek, skrywający pustą sakiewkę, nie zaspokoiłby chciwych wyrostków. Pospiesznym krokiem zbliżałem się do miasteczka Polkowice, o którym słyszałem już tyle komicznych historyjek i byłem nie mało ciekaw, czy nie wydarzy się coś wartego zapamiętania, jakaś tzw. „polkowicka anegdota” (Polkwitzer Stückel), podczas obecności wędrownego pomocnika nauczyciela. Tu mój poprzednik pełnił funkcję kantora. Rozumie się samo przez się, że wstąpiłem do niego i poprosiłem o instrukcję dotyczącą mojego stanowiska. Pan Kantor, nazywający się Jungnickel, przyjął mnie bardzo uprzejmie, opisał mi osobistości, z którymi w Przemkowie przyjdzie mi najpierw mieć do czynienia, z jak najlepszej, a jak się później dowiedziałem, z najtrafniejszej strony; nie tając przede mną również cieni czekających mnie warunków. Mówił o wymaganiach, jakie stawia się tam pomocnikowi nauczyciela, które nie stały w żadnej relacji do ogromnie niskiego dochodu wynoszącego rocznie dwadzieścia pięć talarów, wolnego mieszkania w izdebce oraz wiktu i prania. Wychwalał przy tym wielki szacunek, jaki okazywano mu ze wszystkich stron podczas jego ponad czteroletniej pracy. Opis był słodki jak miód i bardzo mi smakował. Słuchałem wymownych ust ze współczuciem i myślałem sobie: „Gdybym tak jak Mojżesz miał Aarona!”, którego będę bardzo potrzebował, by zastąpić tego poprzednika. Myśl o tym, że w każdej sytuacji życiowej trudno jest zastąpić lubianego poprzednika, który miał czas i okazję, by zaskarbić sobie serca młodych i starych, nie dręczyła mnie wtedy przy moim braku doświadczenia. Tylko „doświadczenie czyni ludzi mądrymi”, a „na błędach człowiek się uczy”.
Do tej szkoły doświadczenia zostałem teraz powołany. Piaszczystą, długą na dwie mile drogę z Polkowic do Przemkowa przebyłem z wieloma westchnieniami. Gdy się do niego zbliżałem, przyjaźnie kiwały do mnie czerwone dachy — Przemków bowiem parę lat wcześniej padł ofiarą pożaru, który obrócił całe miasteczko w popiół. Udałem się najpierw do gospody przy ratuszu, aby doprowadzić się do porządku, by móc wyglądać przyzwoicie. Wkrótce rozpoznano we mnie nowego pomocnika nauczyciela — i przyglądano się nowicjuszowi ze wszystkich stron i ze wszystkich okien.
Zanim zdam relację z powitania, chcę jeszcze przekazać kilka informacji o samej miejscowości. Przemków to tylko miasteczko, które obecnie liczy ponad 1200 dusz. Należy do powiatu szprotawskiego, leży 2,5 mili od swojego miasta powiatowego i 3,5 mili od Głogowa. Od czasu wielkiego pożaru, podczas którego kościół ewangelicki i szkoła ocalały, miasto zostało regularnie odbudowane; jednak mieszczanie, którzy w większości posiadają również role, zmagają się z ubóstwem. Gleba, przeważnie piaszczysta, daje mizerne plony, jedynie gryka, czyli wrzos, rośnie wyśmienicie i daje pokarm pszczołom. Miasto było wówczas własnością barona von Bibran z Modłej, rycerza joannity. Do parafii ewangelickiej, której kościół nie posiada wieży, przypisanych jest od 12 do 14 wsi.
Dlatego też jedyny duchowny ewangelicki ma tu ogromne pole do pracy duszpasterskiej. Gmina katolicka jest mała, posiada jednak kościół z kuratusem. Okolice Przemkowa są jednostajne, szczególnie w kierunku wschodnim; na zachodzie natomiast zaczynają się rozległe Bory Szprotawskie (Sprottauer Haide), piękny las ze sztucznie urządzonymi, zacienionymi miejscami ku rozrywce szprotawian. Za moich czasów nie było śladu po takich miejscach wypoczynku. Inspektor leśny mieszkał w starym zamku, który obecnie już nie istnieje, lecz został zastąpiony innym budynkiem. Kościół i szkoła znajdują się w północno-wschodnim rogu miasta. Szkoła składała się wówczas z dwóch oddzielnych klas. Pierwsza klasa liczyła ponad 80 uczniów i uczennic, druga klasa, za którą byłem lub miałem zostać odpowiedzialny jako nauczyciel, obejmowała około 120 chłopców i dziewcząt w wieku od 5 do 10 lat. Izby lekcyjne były dość przestronne. Kantor był głównym nauczycielem — człowiek średniego wzrostu, o bladej cerze, sprawiający wrażenie cierpiącego, który ujął mnie swoim niezwykle przyjaznym i uprzejmym obejściem; jego młoda żona, która niegdyś była jego uczennicą, okazywała wielką nieśmiałość. Pastor Engwitz był osobą niskiego wzrostu, lecz bardzo żwawą w ruchach, a w mowie krótką i zdecydowaną.
Serdeczność, z jaką traktował mnie kantor, koiła moje strwożone serce. Jego żona, która zapewne miała pewne obawy co do nowego współbiesiadnika, bardzo szybko poznała, że nie jestem wybredny przy stole... a ja — ja wznosiłem wdzięczne dłonie do Boga, że zawiódł mnie w położenie, które zwalniało mnie z konieczności troszczenia się każdego dnia 2 lub 3 razy o nasycenie mojego skromnego żołądka. Wyżywienie przewyższało wszystko, czym do tej pory się cieszyłem. Kto, tak jak ja, musiał przez lata zadowalać się strawą, która nie wystarczyłaby robotnikowi dniówkowemu, i kto, tak jak ja, musiał sam dbać o ten nędzny posiłek, ten zrozumie poczucie szczęścia, jakie wypełniało mnie w mojej nowej sytuacji.
Następnego dnia udałem się do klasy kantora i asystowałem tam przez kilka godzin w lekcjach. Zaskoczyło mnie, że tak młody człowiek, przygotowujący się do seminarium, z taką zręcznością prowadził katechezę opartą na wersecie biblijnym, która trwała pewnie ponad pół godziny; dziwiła mnie też biegłość dzieci w rachunkach. Następnie zaprowadzono mnie do drugiej klasy, gdzie ten sam młody człowiek, uczeń-nauczyciel (preparand) nazwiskiem Jäkel1, zajmował się dziećmi.
W następną niedzielę miałem okazję dać próbkę mojej gry na organach. Przedłożono mi księgę chorałową, w której chorały były rozpisane w rozproszonej harmonii czterogłosowej według reguł czystej kompozycji. Do tej pory grałem chorały tylko według basu cyfrowanego. Grałem z zakłopotaniem, lecz Bogu dzięki nie zaciąłem się i byłem nie mało uradowany, gdy kantor przekazał mi, że pastor był zadowolony z gry; jedynie przygrywki (interludia) wydały mu się zbyt nowoczesne (tzn. zbyt w stylu Bernera).
Moje wprowadzenie na urząd odbyło się w następny poniedziałek. Zgromadzili się w tym celu w klasie kantora: pastor, inspektor leśny i burmistrz. Już wcześniej powiedziano mi, że po odśpiewaniu chorału będę musiał odmówić modlitwę i wygłosić katechezę nad wersetem tygodnia. Do obu tych rzeczy starałem się przygotować najlepiej jak potrafiłem, lecz byłem w takim strachu, że noc z niedzieli na poniedziałek spędziłem bezsennie. A gdy nadeszła ta feralna godzina i stanąłem przed tak szacownym zgromadzeniem, mając przemawiać, czułem się tak, jakby stał na szafocie. Było to zapewne wybaczalne, że podczas modlitwy tak dziwnie podzieliłem „Ojcze nasz”: „Ojcze nasz, któryś jest —— w niebie święć się imię Twoje”. Poczułem błąd już w trakcie modlitwy i chciałem ze wstydu zapaść się pod ziemię. Szanowni panowie musieli poczuć współczucie dla mojego stanu, gdyż podali mi rękę i po tym, jak jeszcze chwilę pokatechizowałem i porachowałem, życzyli mi szczęścia i błogosławieństwa w mojej pracy. Pastor zaś klepnął mnie w ramię i powiedział: „Każdy początek jest trudny, kochany Scholz”.
Lecz w jaki nastrój wprawił mnie ten występ! Jakby uderzony w głowę, zdruzgotany i rozdarty wewnętrznie udałem się do swojej izdebki, rzuciłem się na łóżko, a strumień łez wypłynął z moich oczu na poduszkę. Głód i pragnienie zniknęły; odmówiłem zaproszenia do stołu, czym kantor był wielce zdziwiony. Dopiero gdy opowiedział mi, że jemu przy pierwszym wystąpieniu nie poszło ani trochę lepiej, to niszczące mnie uczucie zaczęło słabnąć. Był to pierwszy wstrząs w moim urzędzie — bóle porodowe mojego nauczycielskiego zmysłu. Nastały lepsze czasy, gdy w mojej szkole mogłem i wolno mi było samodzielnie rządzić i działać wśród moich dzieci. Ten piękny czas zaczął się następnego dnia. Umysł stał się spokojniejszy, myślenie bardziej rozważne. Dzieci już znałem, a one mnie. Moja troska była teraz z całą powagą skierowana na to, by we wszystkich przedmiotach nauczania przyswoić sobie dobrą metodę. Nauczenie się nauczania, karmienie zmysłu nauczycielskiego, który właśnie ujrzał światło dzienne, było zadaniem, które sobie postawiłem i do którego czułem niezwykle silny wewnętrzny popęd. Ponieważ zupełnie brakowało mi wzorców, gdyż kantora nigdy nie słyszałem ani nie widziałem nauczającego — tak samo jak on mnie — musiałem szukać innych dróg, aby zaspokoić potrzebę nauki. Choć moje ówczesne warunki rzadko pozwalały na to, by zdobyć jakąś książkę, choćby nawet podręcznik szkolny, by go przeczytać, to jednak byłem już wówczas przesiąknięty tym pedagogicznym powiewem, który przenikał częściowo z Nekahn, a częściowo z Ifferten na kochany Śląsk. Wykład Bog’a o metodzie fonetycznej (głoskowania) przywołał mi na myśl nazwisko Stephani, a biblioteka mojego ojca zaznajomiła mnie wcześniej z jego pismami i pismami Rochowa. Szeroko rozpowszechniony wówczas „Podręcznik wychowania i nauczania” Niemeiera nabyłem już jako gimnazjalista w Brzegu na aukcji książek prof. Kurz’a, nie przypuszczając, jaki skarb pedagogicznych zasad zawiera to pismo; nazwiska Dinter, Pestalozzi, Zerrenner pojawiały się przed moimi oczami w każdej chwili, szczególnie od czasu, gdy co miesiąc wpadało mi w ręce „Schlesisches Provinzialblatt” (Śląski List Prowincjonalny), wydawany przez radcę rejencyjnego Streita, później przez wyższego radcę rejencyjnego Sohra. Dawało ono świadectwo panującemu w Niemczech i budzącemu się na Śląsku życiu pedagogicznemu, w którym także pewien duchowny, pastor Holenz (późniejszy superintendent w Ciepielowie / Tschöplowitz), dawał upust swemu pedagogicznemu pióru poprzez wydawanie czasopisma pedagogicznego w nieregularnych zeszytach. Ileż zawdzięczam temu „Śląskiemu Listowi Prowincjonalnemu”, tak bogatemu w artykuły o szkole i kościele, w którym omawiano reorganizację wrocławskiego seminarium oraz budowę bolesławieckiego sierocińca. — Pastor Engwitz zapytał mnie, czy znam metodę fonetyczną Stephaniego?
„Pana poprzednik” — powiedział — „stosował przy nauce czytania metodę literowania; byłoby mi miło, gdyby zapoznał się pan nieco z metodą fonetyczną”. Mojego opowiadania o wykładzie Bog’a słuchał z zainteresowaniem; odpowiedział: „Nie potrzebujemy maszyny do literowania Bog’a, wystarczą »Tablice ścienne do nauki czytania« Stephaniego, które zamówię panu na koszt kasy szkolnej. »Instrukcję« ich obsługi znajdzie pan w piśmie tego samego autora, które musi pan sobie nabyć”. Pomyślane, zrobione! Instrukcja była w moich rękach wcześniej niż tablice ścienne. Engwitz zdawał się poprzestać na tej sugestii; nie nalegał na natychmiastowe wprowadzenie metody fonetycznej, lecz aprobował to, że pozostałem przy metodzie literowania z uczniami, którzy już zostali na nią wprowadzeni. Czyniłem to stosując różnorodne modyfikacje i wariacje, które tchnęły więcej życia w monotonne literowanie, z czego cieszył się nawet rewizor. Gdy w międzyczasie przydzielono mi małych rekrutów, przeszedłem do stosowania metody fonetycznej. Wśród małych nowicjuszy był pewien bardzo żwawy, bystry chłopiec, syn miejscowego mieszczanina nazwiskiem Eckert, którego starałem się pozyskać, by z nim i na nim samym wypróbować metodę fonetyczną. Po rozmowie z rodzicami wolno mi było zatrzymywać chłopca po szkole. Szło wyśmienicie — chłopiec po sześciu tygodniach był dalej niż tamci „literujący” po rocznej nauce literowania. Inni uczniowie oczywiście zostawali w tyle, lecz po zaledwie półrocznym głoskowaniu miałem dzieci już na tym samym poziomie, co rocznych uczniów uczących się metodą literowania. Mały uczeń stał się dzięki swoim szybkim postępom tematem rozmów w mieście, a ta okoliczność zjednała mi zaufanie rodziców. Sam pastor był tym tak uradowany, że zwrócił się do mnie słowami: „Niech pan uczy mojego małego Juliusza, którego panu przyprowadzę, również metodą fonetyczną!”. Ów Julius Engwitz był późniejszym rektorem nowej połączonej szkoły miejskiej w Legnicy. Engwitz poszedł jeszcze dalej. Zorganizował konferencję z nauczycielami swojej parafii, podczas której miałem zaprezentować metodę fonetyczną. Engwitz chciał, by nauczyciele zapoznali się z tą metodą i wprowadzili ją w swoich szkołach. Tak się stało. Niestety nie cieszyłem się owocami mojej pierwszej pracy długo. —
Drugim przedmiotem, któremu poświęciłem szczególne studia, była nauka rachunków. Rozejrzałem się za praktycznym przewodnikiem i znalazłem go u bawarskiego pedagoga Pöhlmanna, którego kurs przeprowadzony metodą katechetyczną dla takich początkujących nauczycieli, którzy chcieli nauczyć się nauczać, ukazał się właśnie w druku. Mój zmysł nauczycielski znalazł w tej książce zdrową karmicielkę. Choć dla niejednego z moich kolegów po fachu czytanie tak katechetycznie rozbudowanej książki mogłoby być nudne, dla mojego spragnionego ducha stanowiła ona satysfakcjonujący pokarm. Książkę tę nie tylko czytałem — lecz przemyślałem ją moim jeszcze mało rozwiniętym i niewprawnym zmysłem nauczycielskim i czyniłem to, czego nie mogłem zaniechać: stosowałem wyuczone treści sumiennie; a ponieważ sukces nagradzał pracę, wraz z wiedzą rosła też dojrzałość nauczycielska. Moim małym uczniom nauka rachunków zdawała się podobać, gdyż wykazywali przy tym więcej ożywienia, niż można było sobie życzyć. Także pastor E. [Engwitz] chętnie przebywał na lekcjach rachunków. Muszę jednak przyznać się do pewnego błędu, który polegał na tym, że kilkakrotnie odczytywałem pytania dosłownie z podręcznika i pozwalałem uczniom na nie odpowiadać. Czułem nienaturalność, przymus i niestosowność takiego nauczania i szybko wyzwoliłem się z tych więzów. Nie pozostało to jednak bez pożytku dla rozwoju mojego zmysłu nauczycielskiego. Doszedłszy do tego przekonania, nigdy więcej nie dopuściłem się takiego nadużycia wobec książki. Tych „prowadnic” nie potrzebowałem już później wcale. U moich małych uczniów nie straciłem przez to na szacunku, miłości i zaufaniu, nawet u dorosłych; nauczyciel bez książki uchodził bowiem wtedy za rzadkość – znacznie rzadziej niż dzisiaj, kiedy to skłonni jesteśmy drwić z nauczyciela z książką przed uczniami. Sam należę do tych, którzy nie tolerują, by wykładać z książki, by traktować ją jako wyłączną wytyczną – tak, przeciwko temu nic nie można zarzucić; nauczyciel musi być komentarzem do wytycznych. Do nauczania z podręcznikiem można się tak łatwo przyzwyczaić, jak duchowny, który bez rękopisu swojego kazania nie wchodzi na ambonę. A jednak prowadzi to do przyzwyczajenia, które może wprawić nauczyciela i kaznodzieję w największe zakłopotanie, gdyż zdarzają się przypadki, gdy użycie książki jest niestosowne i niemożliwe. Wspomnę tu tylko przypadek egzaminów publicznych; nie da się ukryć, że robi to odpychające wrażenie, gdy nauczyciel odczytuje zadania rachunkowe z kartki. Wymaga się wtedy od dzieci tego, czego sam nauczyciel nie potrafi dokonać: pojęcia i zapamiętania zadań. Jak wiele nauczyciel traci na powadze u rodziców i przełożonych, a także u dzieci, zdaje się, że owi mężowie nawet nie przeczuwają. — To tak na marginesie.
Główny przedmiot w szkole w Przemkowie stanowiły specjalne „ćwiczenia umysłowe” (Verstandesübungen), którym nadawano wielką wagę. W istocie, przemkowskie dzieci potrzebowały tych ćwiczeń, gdyż pod względem inteligencji nie stały zauważalnie wyżej od dzieci ze szkół wiejskich tej parafii. Ćwiczenia te należały zresztą do niezbędnych. To, w jaki sposób należy je najskuteczniej prowadzić, było dla mnie, młodego i niedoświadczonego początkującego nauczyciela, problemem. Rozejrzałem się w pismach Niemeiera i znalazłem tam polecenie szeregu dzieł. Instrukcję wywodzącą się ze szkoły Rochowa do obsługi „Przyjaciela Dzieci”, pisma Funka oraz „Katechetyczną instrukcję do pierwszych ćwiczeń umysłowych młodzieży” M. Dolza z Lipska starałem się zdobyć i uczyniłem je moimi nauczycielami i przewodnikami tak długo, aż poznałem inne środki dydaktyczne.
Wielkim poważaniem cieszyła się wówczas sztuka katechizacji (Katechisir-Kunst). Być i stać się dobrym katechetą – to był cel, do którego musiał dążyć każdy nauczyciel. Kto w tym względzie okazywał się słaby, nie znaczył wiele, choćby nawet wykazywał się wieloma innymi umiejętnościami i biegłościami. Ponieważ do opanowania tej sztuki, jak każdej innej, dochodzi się przez liczne ćwiczenia, a mi brakowało okazji do jakichkolwiek ćwiczeń, uważałem się w tym względzie za początkującego i za nic więcej. Z największą uwagą i chęcią nauki przysłuchiwałem się kościelnym katechezom pastora, z najbardziej upartą pilnością studiowałem dostępne mi dzieła o katechetyce i całymi nocami czytałem praktyczne pisma tego rodzaju, jak np. podręcznik Beyera, w którym katechizm potraktowany jest katechetycznie; także „Nową katechezę o przedmiotach religijnych” M. Dolza nabyłem dzięki usilnym rekomendacjom, lecz stwierdziłem, że dzieło to przewyższa ówczesny stopień rozwoju mojego zmysłu nauczycielskiego. Później pismo to przyniosło mi wiele nauki i wsparło moje dążenia katechetyczne. Małe pismo Dintera: „Zasady katechezy” nie pozostało mi nieznane; lecz same reguły nie pomagają w sztuce katechizacji. Wynika z tego, że każdą godzinę musiałem wykorzystywać jak najstaranniej i do dziś mogę sobie wystawić świadectwo, że nie zmarnowałem ani jednej godziny, nie przeżywszy jej pracowicie. —
Nawet na polu muzyki nie pozostawałem bezczynny. Kantor Geisler dawał swoim uczniom prywatne lekcje gry na fortepianie i basu cyfrowanego (Generalbaß). Dla tej dziedziny przyjął za podstawę podręcznik Türka, najlepszą ówczesną gramatykę basu cyfrowanego. Prace pisemne, które młodzi ludzie, a wśród nich szczególnie wspomniany wyżej Jäkel, syn kowala i płatnerza, musieli przygotowywać, utwierdziły mnie w przekonaniu, że muszę się jeszcze bardzo wiele nauczyć. Kantor wyszedł naprzeciw mojemu życzeniu i zaoferował, że przerobi ze mną kurs basu cyfrowanego. Lecz z jakim skutkiem! Jest to niemal niewiarygodne – ale prawdziwe, co muszę wyznać: oduczyłem się grać na organach. Dawna pewność siebie zniknęła, a w jej miejsce pojawiło się lękliwe błądzenie po klawiaturze organów, co nie podobało się nawet kantorowi. Zjawisko to opierało się na pedanterii kantora, który z przerażającą skrupulatnością starał się unikać każdego najmniejszego wykroczenia przeciwko gramatyce Türka. Najmniejszy błędny postęp [w prowadzeniu głosów], nawet ukryte kwinty i oktawy wprawiały go w zły humor; a jeśli ich nie słyszał, to widział je [w zapisie]. Przez całe kwadranse siedział nad korektą prac muzycznych, wyszukując ukryte i jawne grzechy przeciwko swojemu bałwochwalczo czczonemu Türkowi. Ta sama drobiazgowość przechodziła na poszczególnych uczniów. Wykształcił on sprawnych pianistów i gruntownie przygotowanych organistów. Wspomnę tu tylko mojego szwagra, kantora Jäkela w Górze, który należy do najzręczniejszych organistów, a w ogóle do najbardziej inteligentnych, obeznanych z literaturą i praktycznie najzdolniejszych pedagogów, władających nawet językiem francuskim.
Geislera można by, według mojej dzisiejszej oceny, porównać do owych uczonych filologów, którzy przy najmniejszym wyrażeniu swoich myśli najpierw sprawdzają w pamięciowej gramatyce, czy każde słówko stoi na właściwym miejscu. Z tej lękliwej natury przed owymi lekcjami nie było u mnie ani śladu, tak że sam kantor przyznał, iż dawniej z większą pewnością siebie, a mimo to poprawnie, grywałem zadany chorał.
Tak jak wielu ludzi naturalne wyczucie prowadzi ku temu, co prawdziwe, słuszne, dobre i piękne, bez uświadamiania sobie przyczyny tego stanu; tak też z pewnością musi istnieć w dziedzinie sztuki dźwięku wyczucie muzyczne, które uczy wykonawcę wyczuwać i odnajdywać to, co właściwe, niejako instynktownie.
Okoliczności ułożyły się jednak tak, że nauka musiała zostać przerwana.
V. Krótki okres przejściowy w moim życiu zawodowym.
Motto: Często pożyteczne jest dla człowieka, gdy spotykają go rzeczy przykre, gdyż one zwykle sprowadzają go do samego siebie, tak że zagląda do swego serca. — Tomasz à Kempis.
O wydarzeniach roku 1812 nie muszę wiele opowiadać. Przemków nie pozostał wolny od przemarszów wojsk ciągnących na Rosję. Miasto było tak obciążone kwaterunkiem, że trzeba było na ten cel oddać izby szkolne. Wydarzenia w Rosji, klęska Francuzów, odwrót niedobitków oddziałów wojsk, żałosne postacie powracających Francuzów i Włochów, którzy pozostawili w miasteczku tyfus plamisty, zbierający obfite żniwo ofiar – wszystko to miało fatalny wpływ na stosunki szkolne. Do tego doszły poruszenia wewnątrz narodu pruskiego, którym impuls dał czyn generała v. Yorka w Rosji; „Odezwa” głęboko dotkniętego króla Prus: „Do mojego ludu” (14 marca 1813), zbrojenia do „niemieckiej wojny wyzwoleńczej” w roku 1813, bitwa pod Budziszynem 20 maja, której huk armat czuli mieszkańcy Przemkowa, gdy przyłożyli ucho do ziemi, zbliżanie się obcych wojsk – to nie były czasy sprzyjające szkole. Po zawarciu rozejmu (5 czerwca 1813) Przemków otrzymał jeszcze większy kwaterunek, niż miasto mogło pomieścić; zajęto także moją izdebkę. Widziałem i czułem, jak uciążliwa dla żony kantora była moja obecność w jej pokoju mieszkalnym, i po naradzie z panem kantorem oraz pastorem zdecydowałem się udać w podróż do moich stron rodzinnych, gdyż o pełnieniu urzędu przez najbliższe miesiące nie było co marzyć.
Lecz bez paszportu nie mogłem przedsięwziąć drogi powrotnej. Musiałem go wyjednać w Szprotawie, gdzie stacjonował sztab Francuzów. Posyłany „od Annasza do Kajfasza”, otrzymałem w końcu paszport i wkrótce potem wyruszyłem w tę niefortunną drogę, najpierw przez Legnicę do Wrocławia, a stąd do Brzegu i Tschöplowitz. Drogi prowadziły mnie przez lasy i pola, gdzie wszędzie napotykałem wojska. Jeśli ktoś wymagałby ode mnie opisu moich uczuć, które drżały we mnie podczas tej pieszej wędrówki, zwłaszcza gdy dochodziłem do wart wystawionych na liniach demarkacyjnych, aby się wylegitymować, to wymagałby zbyt wiele; nie potrafię ich oddać. Na szczęście nigdzie nie wzięto mnie za szpiega, lecz pozwolono wędrować przez Legnicę i Środę Śląską.
Przybywszy do Wrocławia, musiałem wykupić nowy paszport, aby móc przekroczyć linię demarkacyjną w stronę Brzegu, która była strzeżona przez Rosjan. W biurze policji wyrażono zdziwienie, że udało mi się dotrzeć do Wrocławia, i wręczono mi kartę, którą należało okazać warcie. Według relacji innych, u Rosjan taka karta nie wystarczała – tytoń i wódka musiały zrobić swoje. Ostatnie dziesięć fenigów, jakie jeszcze posiadałem, poświęciłem na zakup paczki tytoniu i flaszeczki wódki. Rosjanin pokazał swoją srogą twarz i odmówił mi dalszej drogi. Dopiero drugi paszport okazał się ważny. Towarzyszem podróży był pewien uprzejmy chłop z wioski pod Oławą, który zaoferował mi nocleg. Kamień spadł mi z serca! Im bliżej stron ojczystych, tym lżejsze bicie tętna. Zobaczyłem znów mój kochany Brzeg, znalazłem tu przyjazne przyjęcie u dawnych znajomych i kontynuowałem podróż do Tschöplowitz, gdzie ojciec, matka i rodzeństwo, zmartwieni o mnie, cieszyli się, wiedząc, że ich Gottlieb jest już w bezpiecznej przystani.
W bezpiecznej przystani? W tym przymusowym położeniu, które odsunęło mnie od urzędu nauczycielskiego na niepewny czas, spotkało mnie niejedno niepowodzenie. Do nich nie zaliczam jednak znajomości, którą miałem okazję zawrzeć z królewskim superintendentem, panem pastorem Holenzem w Tschöplowitz. Człowiek ten wywarł znaczący wpływ na mnie, młodego, początkującego nauczyciela. Sam czynny w pedagogice, znany zwłaszcza z wydawania pisma szkolnego w nieregularnych zeszytach, ujął mnie swoim niezwykle ludzkim obejściem, a dzięki pouczającym rozmowom zyskał moją całą miłość i pełne zaufanie. Zdarzyło się wówczas, że w jego superintendenturze, w Królewskim Domu Ubogich w Kreuzburg, zwolniło się stanowisko nauczyciela i wychowawcy tamtejszej młodzieży, które Królewski Rząd miał obsadzić. Holenz zwrócił mi na nie uwagę i oznajmił, że przedstawi moją kandydaturę, jeśli będę do tego skłonny. To, co przekazał mi o obowiązkach na tym urzędzie, mogło mnie zachwycić i zrealizować skrycie pielęgnowane marzenie.
Zjawisko przyrody — wielka powódź na Odrze w roku 1813 — oraz wydarzenia na arenie politycznej — przygotowania do nowej walki — przeszkodziły w szybszym obsadzeniu owego urzędu. Powódź na Odrze naraziła moje życie na niebezpieczeństwo. W latach dzieciństwa nie raz byłem świadkiem powodzi, w których Tschöplowitz zawsze mocno uczestniczył; ale takiej powodzi, jaką przyniósł rok 1813, jeszcze nie widziałem i nie przeżyłem. Cała wieś — dom szkolny został tak zalany wodą, że musiałem ratować się ucieczką na strych; jedynie wyżej położony cmentarz pozostał miejscem ratunku. Przerażające było wołanie o pomoc z poszczególnych domów we wsi, których kominy już się zawaliły. Przez trzy dni woda utrzymywała się na swoim najwyższym poziomie. Łodzie z Brzegu pojawiły się w Tschöplowitz; jedna z nich uwolniła mnie z mojego wodnego wygnania i zabrała do Brzegu. Wciąż żywe jest we mnie wspomnienie widoku nieskończonej tafli wody. A gdy Odra wróciła już w swoje koryto, pojawiły się zjadliwe choroby, których jednak zostałem oszczędzony.
1 mój późniejszy szwagier