Fragment publikacji
Moja kampania w 1813 roku.
K. v. Suckow.
IV.
Radość zawieszenia broni.
Kiedy nasze oddziały brały udział w kilku chwalebnych bitwach po moim zranieniu, pod Gross-Rosen, jak wiadomo w dniu 6 czerwca zawarty został rozejm, w wyniku czego wojska Wirtembergii miały przenieść się do przydzielonych miejsc zakwaterowania w Przemkowie kilka mil od Głogowa. We wszystkich korpusach ten długi rozejm posłużył do uzupełnienia materiału, który został mocno dotknięty tyloma bitwami, oraz uzupełnienia oddziałów bojowych, które w ciągu kilku tygodni poniosły bardzo duże straty ze strony wroga. Nie trwało to też długo, gdy do Budziszyna dotarł rozkaz utworzenia tak zwanego batalionu marszowego z tych, którzy zostali już uzdrowieni, i jak najszybszego wymarszu i rozmieszczenia wojska na kwaterach w Przemkowie. Cieszyłem się, że zaliczam się do tych, którzy zostali już wyleczeni, że dołączyłem do wspomnianego wyżej batalionu marszowego (właściwie to tylko dwie kompanie), a tym samym mogłem pożegnać się ze szpitalnym miastem Budziszyn. Po kilkudniowych marszach dotarliśmy do naszych kwater. Tutaj zastaliśmy wszystko w idealnym porządku jak w czasach pokoju. Codzienna musztra i inne ćwiczenia odbywały się w pobliżu miasteczka; okolica przyjazna, choć trochę piaszczysta; przyjazne domy i przyjaźni w nich ludzie; ale ci ostatni niestety bardzo ubodzy, częściowo ze względu na lokalne warunki, ale częściowo również ze względu na ciągłe przemarsze wojsk tam i z powrotem. Aby zarówno oficerowie, jak i żołnierze mogli cieszyć się bardziej odpowiednim pokarmem dla ciała, postanowiono, że jeden nasz markietan (handlarz wędrowny ciągnący za wojskiem, sprzedający żołnierzom żywność, napoje i drobne przedmioty codziennego użytku – przyp. tłumacza) urządzi na dużym placu miasta barak, w którym jako restaurator będzie mógł formalnie zaopatrywać w żywność à la carte (potrawy z jadłospisu, do wyboru – przyp. tłumacza). Trzeba przyznać, że to menu nie oferowało oczywiście dużego wyboru. Bulion - z chudego mięsa krowiego - ziemniaki, kiełbasa, trochę sera i szklanka śląskiego cienkiego piwa - i szczęśliwy przelatywałeś przez skromną kolumnę całego menu. U biednych mieszkańców, a nawet u tak zwanych dygnitarzy, wspomniane proste składniki na posiłek były często tylko skąpe, często w ogóle ich nie było, o czym niestety szybko musiałem się przekonać.
Kilka dni po moim przybyciu zostałem wezwany do mojego poprzedniego pułkownika von Spitzemberga, gdyż opuszczał nas po jego awansie na generała i musieliśmy go widzieć, a który po odniesieniu ran przez trzech generałów był teraz drugim najstarszym dowódcą. Od niego otrzymałem polecenie przejęcia dowództwa bazy miasteczka, nie wiem po którym poprzedniku. - Po tym, jak zgodnie ze służbowymi instrukcjami wprowadziłem się w urząd wysokiego trybunału Przemkowa, rozejrzałem się przede wszystkim za mieszkaniem, które bardziej pasowałoby do mojej wysokiej funkcji niż to, które zostało mi przydzielone w chacie biednego jak mysz kościelna stolarza, który nie miał nic poza wiórami, kiedy przyjechałem kilka dni temu. Dlatego udałem się do ratusza, który, jak już wspomniałem, powiedział mi wówczas, - „nie”, żeby zasięgać odpowiednie informacje, bo niestety byliśmy w połowie Francuzami. Jeden kasjer z ratusza zasugerował dom burmistrza jako moją przyszłą rezydencję z uwagą, że dwóch oficerów zostało stamtąd dopiero kilka dni temu wykwaterowanych i dlatego mieszkanie jest nadal puste. Zrozumiałe, że nie zwlekałem natychmiast zająć go dla siebie, a potem odwiedziłem mojego przyjaciela i towarzysza niedoli z Budziszyna, kapitana von Deschlera z mojego pułku, który również gorzko narzekał na swoje mieszkanie, aby mu zaproponować zadowolić się mieszkaniem ze mną u burmistrza. Deschler chętnie przyjął moją propozycję, więc późnym wieczorem przeprowadziliśmy się do naszego wspólnego, nowego mieszkania. Jego lokale nie pozostawiały nic do życzenia: dwa, nawet wytapetowane pokoje od strony dużego, przyjaznego placu - czego to chcieć więcej! Istnieje jednak stare, dobrze znane powiedzenie: „Nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca”, która to prawda niestety również nam się sprawdziła. Już wczesnym rankiem następnego dnia pojawiły się symptomy, że wyżywienie u burmistrza nie okaże się zbyt dobre; jednym słowem, podana nam kawa była tak kiepska, że z chęcią z niej zrezygnowaliśmy, pozyskując ziarna mokki do jej przygotowania nadal od naszego kwatermistrza, woląc raczej zainwestować w prywatny magazyn ziaren kawy, z którego kucharka domu co wieczór pobierała niezbędną ilość na następny ranek ze stereotypowym powiedzeniem: „Muszę poprosić o kilka łutów (dawna jednostka masy – przyp. tłumacza) kawy!”
Kolejne rozczarowanie czekało nas przy południowym posiłku, który burmistrz rozpoczął z dobrze dobraną przemową: „Muszę prosić panów, aby na dzisiejszym obiedzie zadowolili się tylko postną potrawą, ponieważ nie miałem w ogóle funduszy; ale jutro dostanę pożyczonego talara, i potem też dostarczę mięsa.” Ten incydent, tak prawdziwy jak i niezrozumiały, może najlepiej świadczyć o ówczesnym braku pieniędzy w miasteczku, chyba że było inaczej, i nasz burmistrz, który zresztą, podczas naszej kilkutygodniowej obecności w jego domu, zawsze pokazywał się jako człowiek honoru, mówił nieprawdę. Dobroduszni ludzie, którzy niestety nadal musieli uważać nas za wrogów, wycierpieli w ostatnim czasie wiele nieszczęścia, a mimo to dali nam, wszystko, co mogli. Zresztą ze strony dowództwa naszego korpusu zadbano o to, by jak najbardziej zmniejszyć dla nich ciężar kwaterunku. Nikt, od generała w dół, nie mógł żądać wina od osoby udzielającej mu kwaterunku; z wyjątkiem chorych, którym przepisano spożycie tego płynu i którzy przedstawili zaświadczenie lekarskie poświadczone przeze mnie, byli upoważnieni do uzyskania przepisanej ilości od władz miasta. Jeśli zdarzało się od czasu do czasu, że spragnione dusze sądziły, że mogą odebrać ten sprowadzany z ojczyzny napój, nawet bez mojej sygnatury, i jeśli taki spór trafił na moje forum, to niestety zawsze, jeśli dotyczył nawet mojego najlepszego kompana, byłem zmuszony oddalić spragnionego bez zaopatrzenia w wino. Jak wiadomo, po ponad sześciu latach tyranii napoleońskiej, opór wojsk rosyjsko-pruskich na początku 1813 roku uwolnił od niej małe księstwa północnych Niemiec, a właściwie, w wyniku ich położenia geograficznego, najpierw moją bliższą ojczyznę, Księstwo Meklemburgii - Szwerinu. Przez lata - od bitwy pod Lubeką pod dowództwem generała Blüchera (listopad 1806 roku) - ten godny pożałowania, mały kraik był nieustannie zagarniany nie tylko przez wojska francuskie i ich drogich sojuszników wszystkich narodów, którzy oczywiście żyli jego kosztem i mieli się tam dobrze, ale dyktator pozbawił też rządów naszego równie humanitarnego jak i lubianego księcia Fryderyka Franciszka, które to rządy zostały mu zwrócone dopiero po Pokoju Tylżyckim, po czym, co zrozumiałe, musiał wstąpić do Konfederacji Reńskiej.
Stało się to, jak przynajmniej twierdzono, pod pretekstem tego, że w 1805 roku pozwolił on Rosjanom wysadzić wojska w swoich dwóch portach bałtyckich, Rostocku i Wismarze, celem marszu na bitwę pod Austerlitz. A temu powinien był zapobiec książę Fryderyk Franciszek z Meklemburgii-Schwerinu! - W tym okresie kraj był formalnie administrowany przez Francuzów. Generalny gubernator, monsieur Laval, i generalny namiestnik, monsieur Brémont, pojawili się jak grzyby po deszczu w mieście - rezydencji Szwerin i rządzili tam i w całym księstwie według własnego uznania. Wraz z przystąpieniem tych książąt do Konfederacji Reńskiej, zmuszeni oni byli do zwiększenia swoich sił zbrojnych, w związku z tym potrzebowali dalszych oficerów, których jednak nie mogli pozyskać we własnym kraju, dlatego też zmuszeni byli do zaciągnięcia wszystkich swoich miejscowych, którzy służyli w różnych armiach niemieckich, w tym również nas w Wirtembergii. Dlatego król Fryderyk zostawił nam więc swobodę odpowiedzi na żądania naszej ojczyzny. W rezultacie ze służby odeszło tylko kilku moich rodaków, a wśród nich przeważnie ci, którzy, powiązani więzami rodzinnymi w miejscowej armii, woleli w niej służyć. I tak szczególnie dwóch panów von Blücher, krewnych tego słynnego feldmarszałka, naszego rodaka.
Jednak do dokonanego przeze mnie wyboru wrócę dopiero później, a teraz wrócę do Przemkowa. W czasie tego krótkiego rozejmu ludzie żyli tu jak w czasie pokoju, w który prawie wszyscy na pewno chcieli wierzyć i go przewidywali. Nawet takie małe zakłady były dokonywane wśród nas z kilkoma niedowiarkami. Ale ponieważ nasze liczne godziny wolnego czasu nie były w żaden sposób wypełnione musztrą, paradą i służbą wartowniczą, nie pozostało nam nic innego, jak odwiedzić naszą zaimprowizowaną kawiarnię na dużym placu. Gdyby nasi wyżsi przełożeni dowiedzieli się teraz o tym naszym biadoleniu na nadmiar wolnego czasu, a może sami męczyli się z tego powodu, - wystarczy, że zostałem wezwany do generała von Spitzemberga, dowódcy tego miejsca, który zlecił mi, abym możliwie wyeliminował tę epidemię nudy, udał się do oddalonego o kilka mil miasta Głogowa i ewentualnie zrekrutował trupę aktorską do naszej głównej kwatery w Przemkowie - zgodnie z rzymską zasadą „panem et circenses” („chleba i igrzysk” – przyp. tłumacza) – buda markietana i zespół komików! - Jak zrozumiałe jest, przysporzyło mi to trudnego zadania do rozwiązania! Wyobraźcie sobie nas na terytorium wroga, gdzie nie mieliśmy zbyt wielu wielbicieli i gdzie uczniowie Talii (w mitologii greckiej muza komedii – przyp. tłumacza), jeśli w ogóle byli dostępni, musieli bardzo uważać umilając czas wrogom swojego kraju, aby po naszym wyjeździe nie zostać dotkliwie ukaranymi przez swoich patriotycznych rodaków, pomijając fakt, że takie przedsięwzięcie byłoby bardzo ryzykowne dla dyrektora teatru. Bo kto wiedział, w jakim znaczeniu - jako wróg czy przyjaciel - weźmie w tym udział publiczność Przemkowa! - Ale podjąłem się tej wątpliwej misji głogowskiej z ufnością w moją dobrą gwiazdę i, jak usłyszymy, nie bezpodstawnie. Kiedy przybyłem do miasta, zamieszkałem w pierwszym hotelu - mam na myśli "w niemieckim domu" - aby stąd szukać, najpierw u właściciela tegoż hotelu, dostępnych sił dramatycznych w jego mieście, i otrzymałem od niego na tyle pochlebne uwagi, że mogłem uważać się za zwolnionego z wszelkich dalszych poszukiwań w tym zakresie.
Według relacji, przebywała tu trupa aktorów pod kierownictwem pana Wagnera, którzy z powodu wojennych czasów od miesięcy nie mieli prawie żadnych dochodów, przez co cierpieli z powodu nędzy do tego stopnia, że utrzymywani byli prawie w całości przez miasto, aby się nie zagłodzić. W związku z tym pożądane było, aby gdzie indziej można było znaleźć dla nich źródło wyżywienia. Uprzejmy karczmarz wezwał dyrektora, który mi się bez zwłoki przedstawił. Podszedł do mnie mały, kiepsko ubrany mężczyzna, a jego twarz rozpromieniała radością, gdy powiedziałem mu, że chcę skorzystać z jego i jego towarzystwa sztuki dramatycznej. Pan Wagner, który, jak mi się zdawało, a co niestety zbyt szybko się potwierdziło, miał bardzo słaby wzrok, to znaczy nie widział prawie nic, zadeklarował mi się jako przedstawiciel ról czułych ojców, a także zaproponował, że przedstawi mi pierwszą kochankę i jej kochanka, co przyjąłem z największą wdzięcznością i ciekawością, a następnie kazał mi przedstawić tę parę luminarzy z trupy aktorskiej. Nawet dziś mimowolny uśmiech pojawia się na mej twarzy, gdy myślę o wrażeniu, jakie te postacie na mnie wywarły. Primadonna, Madame Schimmel, drobna, ładna figura, ale której plecy nie do końca odpowiadały zasadom symetrii, to znaczy miała garb; - a teraz on, Monsieur, był uosobieniem długiego Piotra von Itzehoe, chudego, szczupłego chłopaka, któremu tylko nierówna długość jego dwóch długich nóg odebrała zaszczyt bycia dopuszczonym do walki za Króla i Ojczyznę w pruskiej Landwehrze, jako że młodzieniec znacznie utykał. Gdyby czytelnik miał uzasadnione wątpliwości co do tego drastycznego opisu mojego personelu teatru - wręcz to zakładam - mogę mu jedynie przeciwstawić fakt, że żyje jeszcze wielu towarzyszy z tamtych czasów, których spokojnie mogę pozostawić jako reprezentantów prawdy tego obrazu. Po obejrzeniu tych osobistości przez chwilę wahałem się, czy przedstawić je w mojej kwaterze głównej w Przemkowie, bo o ile ich dorobek artystyczny współgrał, jak można się było spodziewać, z wyglądem osobistym, to po tym pierwszym niewiele można było się spodziewać.
Ale nie proszono o bohaterów ani o poruszające sceny; chciano tylko odpędzić nudę i, jak przypuszczałem, śmiać się serdecznie, a jak można było znaleźć bardziej odpowiedni zespół do tego drugiego celu niż pan Wagner i spółka! To też skłoniło mnie do namówienia dyrektora, aby w którymś z następnych dni przeniósł się ze swoim oddziałem do Przemkowa, co bardzo chętnie uczynił. Prosił jedynie o niewielką zaliczkę na pokrycie kosztów transportu, garderoby teatralnej i dekoracji z Głogowa do naszej głównej kwatery, której udzieliłem tym łaskawiej, że bardzo skromna suma została mi wymieniona jako wystarczająca na ten cel. Kiedy wróciłem do Przemkowa, moim pierwszym zmartwieniem było znalezienie miejsca godnego świątyni muz. To nie było wcale błahą sprawą w tym miasteczku, w którym były tylko małe parterowe domki, stodoły i zagrody dla owiec. Jedna z owczarni, własność miejscowego książęcego lub hrabiowskiego właściciela ziemskiego, tymczasowo nieużywana, ponieważ jej wcześniejsi wełniani mieszkańcy byli na pastwisku lub gdzie indziej, wydała mi się w końcu najbardziej odpowiednia do tego celu i dlatego została wyczyszczona dzięki pośrednictwu naszego burmistrza, który, choć nie podał żadnego mięsa w dniu naszego przybycia, zawsze okazywał się bardzo uprzejmy, aby wymazać, na ile to możliwe, pamięć o jej dawnych mieszkańcach. Wszystko było więc gotowe na przybycie oczekiwanej trupy aktorskiej, która przybyła punktualnie w wyznaczonym dniu na czterech wozach; na dwóch pierwszych osoby, na dwóch następnych doryckie świątynie, cieniste lasy i chłodzące wodospady - słowem, dekoracje zespołu teatralnego. Teraz, pod kierownictwem dyrektora i z pomocą naszych stolarzy, zbudowano scenę, która, nawet gdyby została szybko ukończona, nie cieszyłaby się aplauzem Mühldörfera, tego słynnego maszynisty z Mannheim, i rozpoczęły się przedstawienia, na które wszyscy czekali z niecierpliwością. Byliśmy bowiem młodzi, a więc podatni na kaprysy i błazeństwa. Nie muszę przy tym mówić, że te przedstawienia były bardzo nieskrępowane, w końcu był to teatr polowy, a w terenie ludzie mają tendencję do przestrzegania form etykiety nieco mniej rygorystycznie niż w garnizonie. Nasz markietan rozgościł się przed świątynią sztuki z jedzeniem wszelkiego rodzaju, stałym i płynnym, które pilnie pochłaniała publiczność obecna na przedstawieniach, a zwłaszcza płyny.
Było więc rzeczą oczywistą, że paliły się wszystkie jednorazowe fajki tytoniowe, ponieważ w tamtym czasie ani miasto Mannheim w Wielkim Księstwie Badenii, ani wyspa Kuba w Ameryce nie uszczęśliwiały nas swoim zwiniętym ziołem, zwanym cygarami, pod prawdziwymi lub fałszywymi, pompatycznymi nazwami. Należy chyba usprawiedliwić to, że w tych okolicznościach i przy tej publiczności podczas występów na scenie, nawet tu na parterze, ludzie często się włączali i to często z większym humorem niż w tym smutnym towarzystwie tam na scenie. Pamiętam więc między innymi zachwycającą scenę, która wywołała gromki śmiech z całej widowni. Starszemu oficerowi, zapalonemu palaczowi tytoniu, podczas przedstawienia skończyła się fajka i chciałby jeszcze raz rozpalić swój wielki piec, ale czym, skoro nie umiał posługiwać się zapalniczką - Wykorzystał więc moment ze "Straży nocnej" Theodora Körnera, gdy pojawia się stróż z płonącą latarnią i głośno go woła: "O, nocny strażniku, daj mi trochę ognia!" - Wówczas wezwany bezstronnie wystąpił na proscenium, otworzył latarnię i zgodnie z życzeniem podał petentowi, który był uzbrojony w długi fidybus (kawałek kartki papieru złożony wielokrotnie wzdłuż, służący do zapalania fajki – przyp. tłumacza). Wiwatujące oklaski nagrodziły gotowość i przytomność umysłu nocnego stróża. Zresztą, skłaniając trupę teatralną do przeniesienia się tutaj, sprawiłem sobie trochę niespodziewanego zmartwienia. Wszyscy uważali mnie za swojego reprezentanta i obrońcę par excellence (w całym tego słowa znaczeniu, w najwyższym stopniu – przyp. tłumacza). Miałem rozstrzygać i likwidować ich drobne kłótnie i kłopoty, wśród których główną rolę odgrywał nadmiar braku pieniędzy, jaki często wśród nich panował. Pamiętam więc, że pewnego ranka wspomniana Prima Donna, Madame Schimmel, której kiedyś zwierzyłem się, że grałem na gitarze i tak bardzo ubolewałem nad jej utratą podczas jednego z odwrotów przez niegościnne królestwo rosyjskiego imperium carskiego, weszła do mojego domu, trzymając w ręku gitarę ozdobioną błękitną wstążką i z uprzejmymi słowami oddała mi ją do dyspozycji na czas naszej obecności tutaj.
Gdy teraz podziękowałem odmawiając przyjęcia gitary, mówiąc, że nie mam czasu na naukę muzyki, nastąpiło sedno sprawy w następującej prośbie: "Czy mógłbym prosić pana komendanta o zażądanie od władz miasta kilku funtów ziaren kawy dla ich trupy aktorskiej?", którą to prośbę odrzuciłem z kilku powodów, ale przede wszystkim także z powodu braku patriotyzmu, jaki okazała ta pani, chcąc napić się wybornej kawy kosztem swoich rodaków i przy pomocy ich wrogów! - Często musiałem wysłuchiwać żartów moich towarzyszy na temat moich relacji z tą rodziną artystów. Dlatego nazwali mnie „Herr Theater - Intendant!” (pan dyrektor teatru – przyp. tłumacza) i twierdzili, że dyrektor teatralny Wagner otrzymał ode mnie instrukcję: nie pozwalać na rozpoczęcie spektakli wcześniej, niż przed moim wejściem do świątyni sztuki - owczarni. - Ale nasze teatralne radości szybko się skończyły, równie niespodziewanie, co niemile widziane. Zawieszenie broni wygasło bez odnowienia i bez tego, co generalnie miało przynieść pokój. Mieliśmy już bowiem dość wiecznego zabijania i wiecznych bitew, czego doświadczaliśmy przez prawie dwa lata na okrągło, tak, myślę, że mogę śmiało powiedzieć, od marszałka aż po tamburmajora (dowódca doboszów lub orkiestry wojskowej – przyp. tłumacza)! A więc nowy rynsztunek tu i po drugiej stronie, by walczyć o to, czego nie przyniósł rozejm - o ostateczny pokój! W pierwszych dniach sierpnia nasza dywizja otrzymała rozkaz utrzymania gotowości do wymarszu, a 13-tego wymaszerowaliśmy z Przemkowa ku wielkiemu przerażeniu dyrektora teatru. Przyszedł do mnie, załamując ręce, aby zasięgnąć rady, co ma teraz zrobić, gdyż nie mógł już dłużej pozostać tu ze swoją kompanią po naszym wyjeździe, przewidując, że będzie narażony na różne niesnaski, może nawet najbardziej gwałtowne, w podzięce za to, że miło spędził czas z wrogami ojczyzny. Poradziłem mu, aby ten niebezpieczny Przemków opuścił w naszym towarzystwie, na co, jak sądziłem, wydadzą niewątpliwą zgodę moi przełożeni.
Przestraszony człowiek chętnie przystał na moją propozycję i tak w dniu wyjazdu ujrzeliśmy tego wodza karawany Tespijczyków obładowanej wspomnianymi greckimi świątyniami, wdzięcznymi lasami, chłodzącymi wodospadami i spokojnymi chłopskimi chatami ciągnącego w ślad za królewskimi wirtemberskimi wozami z amunicją i chlebem. Mimo dobrej pamięci nie pamiętam już, gdzie ci nieszczęśni uchodźcy nas opuścili i co się z nimi stało. Jednak to zapomnienie można usprawiedliwić w momencie, gdy znów chodziło nam o to, by pojawić się na innej scenie niż ta w owczarni w Przemkowie - tej z najkrwawszych bitew!