Konto K.
Tajemnicza sprawa dotycząca losu 325 000 marek, które Pommernbank oddał do dyspozycji byłemu ochmistrzowi dworu von Mirbachowi na budowę kościołów, a które następnie zniknęły w zagadkowych okolicznościach, była dziś ponownie rozpatrywana przed berlińskim sądem krajowym (Landgericht). Oskarżonym był redaktor Richard Löwe z „Berliner Zeitung”, zarzucano mu obrazę księcia Szlezwika-Holsztynu Ernesta Günthera, jako że w wymienionym piśmie powiązano osobę księcia ze zniknięciem środków z „Konta K”.
Konto K.
Tajemnicza sprawa dotycząca losu 325 000 marek, które Pommernbank oddał do dyspozycji byłemu ochmistrzowi dworu von Mirbachowi na budowę kościołów, a które następnie zniknęły w zagadkowych okolicznościach, była dziś ponownie rozpatrywana przed berlińskim sądem krajowym (Landgericht). Oskarżonym był redaktor Richard Löwe z „Berliner Zeitung”, zarzucano mu obrazę księcia Szlezwika-Holsztynu Ernesta Günthera, jako że w wymienionym piśmie powiązano osobę księcia ze zniknięciem środków z „Konta K”.
Przebieg procesu nie przyniósł żadnych nowych wątków. Były minister, radca stanu Budde, złożył takie samo wyjaśnienie sprawy, jakie przedstawił już wcześniej. Odnalazł on pokwitowanie wystawione przez Mirbacha na kwotę 327 358 marek. Zapytany o to pan von Mirbach oświadczył, że sumy tej nie otrzymał. Sprzeniewierzenie ze strony urzędników bankowych jest wykluczone. Nie jest natomiast wykluczone, że pieniądze podjął Schulz, jeden z dyrektorów banku. Na to, by książę Szlezwika-Holsztynu Ernest Günther miał otrzymać tę sumę – o czym pisała prasa – brakuje jakichkolwiek poszlak. Ernest Günther nigdy nie był klientem Pommernbanku, jego nazwisko nie pojawia się w księgach bankowych, na rachunkach itp.
Na pytanie obrońcy oskarżonego, czy nie jest uderzające, że ktoś kwituje odbiór 325 000 marek i ich nie otrzymuje, Budde oświadczył, że on sam z początku był zdania, iż baron von Mirbach te pieniądze odebrał. Skoro jednak ten złożył pod przysięgą oświadczenie przeciwne, sprawa była dla niego zamknięta. — Książę Ernest Günther zeznał pod przysięgą, że ani z dawnymi dyrektorami Pommernbanku – Schulzem i Romeickiem – ani z prowadzonymi przez nich przedsiębiorstwami nie utrzymywał żadnych bezpośrednich lub pośrednich kontaktów.
Świadek Mirbach zeznał, że wszystkie pieniądze, jakie otrzymał, zostały przez niego zwrócone. O losie 325 000 marek nic mu nie wiadomo. W dalszej części swoich zeznań świadek gorzko ubolewał nad nagonką wszczętą przeciwko niemu. „Wiem” – powiedział dosłownie – „że kto w dzisiejszych czasach służy Panu w niebiosach, ten spotyka się z nienawiścią i prześladowaniem. Nie dam się jednak przez to odwieść od mojej działalności”. Ludzie, którzy odważyli się powątpiewać w jego przysięgę, „nie mają pojęcia o znaczeniu chrześcijańskiej przysięgi”.
Tę osobliwą okoliczność, że wystawił pokwitowanie na sumę, której w ogóle nie otrzymał, wytłumaczył tym, iż obaj dyrektorzy oświadczyli mu, że skoro konto było otwarte na jego nazwisko, musi ono zostać zlikwidowane również poprzez jego pokwitowanie. Wobec tego wystawił pokwitowanie w obecności obu panów. Dano mu do zrozumienia, że z kupieckiego punktu widzenia był to właściwy sposób likwidacji rachunku.
Oskarżony Löwe stanowczo zaprotestował przeciwko ogólnym atakom pana von Mirbacha na prasę. Podkreślił, że to osobliwe, iż pan von Mirbach nie pozwał tych gazet, które podały w wątpliwość jego zeznania pod przysięgą, lecz zwrócił się przeciwko „Berliner Zeitung”, która takich wątpliwości nie wyrażała. Musi więc z całą stanowczością odrzucić ogólne oskarżenia wobec prasy.
Romeick, jeden z dawnych dyrektorów Pommernbanku, oświadczył ze swej strony, że nie chce wypowiadać się na temat losu 325 000 marek. Książę Ernest Günther nie miał jednak nigdy nic wspólnego z Pommernbankiem. Na sugestię obrońcy oskarżonego – pytającego, czy książę nie wycofałby pozwu, gdyby „Berliner Zeitung” uroczyście wycofała wszelkie aluzje pod jego adresem, jako że w świetle ustaleń przewodu sądowego ponad wszelką wątpliwość ustalono, iż książę nie miał żadnego związku ze sprawą Konta K – pełnomocnik księcia odparł, że widzi możliwość przystania na tę propozycję. Musi jednak najpierw skonsultować się z księciem. W związku z tym oświadczeniem rozprawę odroczono.
Również i ta rozprawa zakończyła się zatem całkowicie bezowocnie. Nie przyniosła żadnego wyjaśnienia co do tego, gdzie podziały się pieniądze; dowiodła jedynie po raz kolejny, jak nieostrożne ze strony barona von Mirbacha było przyjmowanie od banków środków do dyspozycji na cele budowy kościołów. Równie nieostrożne ze strony barona było wystawienie pokwitowania na sumę, której nie otrzymał. Jeśli pan von Mirbach uważa, że postępowanie w ten sposób jest w pełni zgodne ze zwyczajem kupieckim, to nadal tkwi w godnym ubolewania błędzie. Przy likwidacji rachunku nie wystarczy bowiem jedynie wystawić pokwitowania – konieczne jest jednoczesne przelanie środków na inne konto!
W każdym razie baron von Mirbach nie miał żadnego powodu, by tak bardzo oburzać się na prasę, która u człowieka skądinąd doskonale obeznanego ze sprawami finansowymi zakładała znajomość najbardziej elementarnych reguł handlowych. To, że w swej działalności na rzecz budowy świątyń nie chce dawać za wygraną mimo wszelkich ataków, jest jego prywatną sprawą; w przyszłości będzie jednak zapewne na tyle ostrożny, by za darowiznami od instytucji bankowych węszyć niebezpieczeństwo kompromitacji i woli pozyskiwać środki bezpośrednio od prywatnych ofiarodawców – niezależnie od tego, czy żydów, czy chrześcijan.
Źródło historyczne
Gazeta „Vorwärts” Rocznik 22, Nr 263 z dnia 9 listopada 1905 roku.