Sensacyjna historia damy dworu
Sensacyjna historia damy dworu doprowadziła do procesu cywilnego, który w czwartek pod sygnaturą Anna Milewski przeciwko księciu Ernestowi Güntherowi ze Szlezwika-Holsztynu zajął XIII Izbę Cywilną berlińskiego Sądu Krajowego I. Tło tego procesu brzmi niemal jak powieść, lecz jeśli twierdzenia powódki – byłej damy dworu księżniczki Amalii ze Szlezwika-Holsztynu – okażą się prawdziwe, sprawa pociągnie za sobą bez wątpienia poważne kroki dyplomatyczne i uderzy w szersze kręgi arystokracji.
Sensacyjna historia damy dworu
doprowadziła do procesu cywilnego, który w czwartek pod sygnaturą Anna Milewski przeciwko księciu Ernestowi Güntherowi ze Szlezwika-Holsztynu zajął XIII Izbę Cywilną berlińskiego Sądu Krajowego I. Tło tego procesu brzmi niemal jak powieść, lecz jeśli twierdzenia powódki – byłej damy dworu księżniczki Amalii ze Szlezwika-Holsztynu – okażą się prawdziwe, sprawa pociągnie za sobą bez wątpienia poważne kroki dyplomatyczne i uderzy w szersze kręgi arystokracji.
Według zapewnień pełnomocnika powódki, panna M. – o czym powszechnie wiedziano w kręgach dworskich – od lat była najbliższą powiernicą zmarłej księżniczki Amalii, ciotki naszej cesarzowej. Powódka, która dysponowała kwotą 80 000 marek z własnych środków, miała w pełnym zaufaniu powierzyć tę sumę księżniczce, której przysługiwały jedynie skromne apanaże w wysokości około 12 000 marek. Gdy panna M. towarzyszyła księżniczce w podróżach do Algieru i Kairu, z sumy tej częściowo pokrywano wspólne koszty podróży. Na Malcie do orszaku księżniczki dołączył nowy szambelan, pan Walker, który – jak twierdzi powódka – zapewne z nieznajomości jej ograniczonych zasobów skłaniał starszą panią do nadmiernych wydatków. Panna M., obawiając się, że w tych okolicznościach i tak mocno stopniała reszta jej oszczędności może być zagrożona, poprosiła księżniczkę o zwrot 20 000 franków i kwotę tę schowała w skórzanej torbie w swojej walizce.
Wtedy doszło do osobliwego incydentu. Krewni księżniczki przypuszczali najpewniej, że to powódka stoi za tak wielkimi wydatkami, a książę Ernest Günther, siostrzeniec/bratanek księżniczki, nalegał, by pannę M. za wszelką cenę usunąć z jej otoczenia. Zamiar ten rozbijał się jednak o stanowczą wolę samej księżniczki. Wreszcie udało się to w lutym bieżącego roku, kiedy księżniczka przebywała wraz ze swoją damą do towarzystwa w Kairze. Zgodnie z treścią pozwu, pewnego dnia, gdy panna M. szła do miasta, została nagle zatrzymana przez dwóch nieznanych mężczyzn – egipskich policjantów – wciągnięta siłą do powozu i przewieziona na francuski posterunek policji.
Tam zjawił się niejaki pan von Blumenthal (określony przez adwokata jako obecny gubernator wojskowy przy księciu Joachimie w Poczdamie) jako wysłannik księcia Ernesta Günthera, wspólnie z miejscowym niemieckim konsulem. Oświadczyli oni pannie M., że pod żadnym pozorem nie wolno jej już spotkać się z księżniczką i musi natychmiast opuścić miasto. Była tym wielce oburzona i zażądała, by – jeśli cokolwiek się jej zarzuca – doprowadzono do jej konfrontacji z księżniczką. Mimo protestów zatrzymano ją pod strażą, dokonując w międzyczasie przeszukania zajmowanej przez nią willi, podczas którego znaleziono torbę z 20 000 franków. Torbę tę wraz z pozostałymi torbami panny M. skonfiskowano, a ją samą przewieziono przymusowo do Port Saidu, gdzie znów trzymano ją pod kluczem, po czym odesłano statkiem do Neapolu.
Dopiero po przybyciu do Neapolu miała okazję skontaktować się telegraficznie z krewnymi, którzy sprowadzili ją do Berlina. Tutaj w wyniku przeżytego wzburzenia miała przez dłuższy czas ciężko chorować. Jeszcze w trakcie choroby zjawił się u niej adwokat hrabia Bredow jako pełnomocnik księcia, by spisać jej notarialne oświadczenie i poznać jej roszczenia. Dotychczas jednak powódka nie otrzymała ani zadośćuczynienia, ani żadnych informacji o swojej własności. Jak poinformował jej pełnomocnik, adwokat dr Lubszynski, podjął on już kroki w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w sprawie zamieszanych w to urzędników, podczas gdy przed sądem toczy się sprawa o jej roszczenia cywilnoprawne.
Powódka wnosi o zasądzenie od księcia Ernesta Günthera ze Szlezwika-Holsztynu kwoty 16 000 marek wraz z 4% odsetek od 9 lutego 1901 roku. Powódka wysuwa dwojakie roszczenia: żąda odszkodowania na podstawie § 823 BGB (kodeksu cywilnego) oraz wytacza powództwo posesoryjne o naruszenie posiadania na podstawie § 861 BGB. Adwokat dr Lubszynski zadeklarował gotowość przedstawienia na żądanie dowodów na to, że powódka rzeczywiście posiadała 80 000 marek, oraz przedłożenia całych plik kwitów poświadczających, iż powódka pokrywała liczne wydatki na rzecz księżniczki.
W imieniu pozwanego adwokat hrabia Bredow zaprzeczył istnieniu legitymacji biernej. Pan von Blumenthal rzeczywiście przebywał w Kairze, lecz nie miał ani zlecenia od księcia Ernesta Günthera na takie postępowanie, ani też nie zabrał wspomnianej torby. W rzeczywistości zabrał ją szambelan księżniczki, pan Walker, przekazał panu von Blumenthalowi, a ten z kolei niejakiemu panu von Mohl. Pan von Blumenthal został wysłany do Kairu wyłącznie w celu wyjaśnienia, jak w istocie wyglądają relacje powódki z księżniczką. Z wpływowych kręgów do rąk księcia i wysokich rangą krewnych trafiały całe pliki listów z informacjami, że powódka całkowicie tyranizuje 75-letnią księżniczkę i zachowuje się tak, jakby to ona sama była księżniczką. Władczy sposób bycia powódki już od dawna budził niesmak. Nawiasem mówiąc, nie była ona żadną damą dworu, lecz zwykłą garderobianą. Należy przyznać, że powódka została zatrzymana na ulicy przez egipską policję z inicjatywy pana von Blumenthala, który uznał za pożądane uwolnienie księżniczki od jej obecności. Jako garderobiana – co było w zwyczaju – opłacała ona rachunki księżniczki i przechowywała w swojej walizce elementy jej garderoby. Pod nieobecność pana von Blumenthala pan Walker (który bynajmniej nie jest szambelanem) wszedł do pokoju powódki, znalazł w jej walizce torbę z 20 000 franków oraz klucze do sejfu, w którym księżniczka trzymała kosztowności, i przekazał torbę panu von Blumenthalowi, który z kolei oddał ją panu von Mohl. Strona pozwana zaprzecza, jakoby powódka kiedykolwiek posiadała 80 000 marek i odebrała od księżniczki rzeczoną sumę dla bezpieczeństwa. Książę Ernest Günther nie wydał żadnego polecenia zaboru torby z pieniędzmi, nigdy nie wszedł w ich posiadanie ani nie odniósł z tego tytułu żadnej korzyści.
Na pytanie przewodniczącego, co właściwie stało się z tymi pieniędzmi, padła odpowiedź, że najpierw – podobnie jak wcześniej – opłacono z nich bieżące rachunki, a reszta została w całości zużyta na koszty choroby księżniczki, transportu zwłok po jej zgonie oraz pogrzebu. Ponadto w całym tym zajściu rzekomo pominięto niemieckiego konsula, czemu zaprzeczył adwokat dr Lubszynski. Pełnomocnik powódki dodał jeszcze: wkrótce po tym, jak adwokat hrabia Bredow spisał notarialny protokół z powódką, książę Ernest Günther pojechał do Kairu do swojej ciężko chorej ciotki. Obrońca domaga się odebrania od księcia przysięgi na okoliczność, że księżniczka Amalia powiadomiła go wówczas, iż powódka posiadała 80 000 marek, które oddała jej do dyspozycji, a z których na własną prośbę odebrała kwotę 25 000 marek, wobec czego znalezione 20 000 franków pochodziło właśnie z tej sumy.
Sąd postanowił przeprowadzić postępowanie dowodowe – w pierwszej kolejności przez właściwy sąd miejscowy ma zostać przesłuchany na okoliczność stanu faktycznego pan von Blumenthal, który mieszka poza jurysdykcją tutejszego sądu.
Źródło historyczne
Gazeta „Dortmunder Zeitung” Rocznik 74, Nr 284 z dnia 7 czerwca 1901 roku.