DWÓR BERLIŃSKI W 1888 ROKU
Spędziliśmy w Przemkowie 5 dni, było uroczo. Okolica jest piękna, książę niezwykle uprzejmy; odbywaliśmy zachwycające spacery i prowadziliśmy wielce interesujące rozmowy o dziejach Szlezwika-Holsztynu, o małżeństwach księżniczki Wiktorii i księżniczki Kalmy*, o koligacjach rodzinnych oraz o pałacowych duchach.
DWÓR BERLIŃSKI W 1888 ROKU
DZIENNIK PEWNEJ ROSYJSKIEJ DAMY
Przemków¹.
Spędziliśmy w Przemkowie 5 dni, było uroczo. Okolica jest piękna, książę niezwykle uprzejmy; odbywaliśmy zachwycające spacery i prowadziliśmy wielce interesujące rozmowy o dziejach Szlezwika-Holsztynu, o małżeństwach księżniczki Wiktorii i księżniczki Kalmy*, o koligacjach rodzinnych oraz o pałacowych duchach. Oprócz panien Cerrini i sąsiadów z sąsiednich majątków poznaliśmy także niejakiego pana de Marshall [Marschall], oficera pułku Gardes du Corps – człowieka wojowniczego i antyrosyjskiego: z wielką pewnością siebie perorował o wojnie, o tym, jak w trzy miesiące rozprawią się z Francją, a potem pomogą Austriakom rozprawić się z nami [Rosjanami]; jak zajmą gubernie bałtyckie i w tym czasie zrujnują nas doszczętnie. Wszystko to miało nastąpić z zawrotną szybkością. Przy stole, siedząc obok mnie, snuł te niedorzeczne plany, których jego druga sąsiadka słuchała bez sprzeciwu, sam zaś rozpaczał na myśl, że po urokach pobytu we Francji przyjdzie mu okupować ten „okropny kraj”, Rosję! Zamek jest malowniczy, lecz niezbyt duży; mieszkaliśmy w oficynie przeznaczonej dla gości, a książę pokazał nam lektykę, mającą zaoszczędzić zaproszonym damom niedogodności niepogody: dwóch służących nosiło panie, które nie chciały wystawiać swych strojów na deszcz. W Dreźnie w latach 60. używano jeszcze takich staroświeckich lektyk na balach dworskich. W Przemkowie obiad jadano wcześnie, a mimo to do obiadu należało przebrać się w wyjściową toaletę; po posiłku odbywał się dworski cercle [krąg towarzyski], po czym wracano do pokojów, by zmienić strój na przejażdżkę powozami po lasach otaczających rezydencję. Lasy były przecudne i z zachwytem patrzyło się na łosie i łanie, które spotykaliśmy w obfitości. Podobno w Przemkowie bywają wspaniałe polowania. Po powrocie z przejażdżki trzeba było znów przebrać się do kolacji – co dawało łącznie cztery nieodzowne zmiany stroju dziennie. Posiłki miały dość ceremonialny charakter.
Pewnego ranka odwiedziliśmy mały kościół w Przemkowie, w którym księżniczki dorastały w tak bezwzględnym pietyzmie, że księżniczka Kalma odrzuciła rękę czarującego księcia, byle tylko nie mieć dzieci innego wyznania niż protestanckie. Kiedy księżniczki po raz pierwszy wyjechały do Francji, ich opiekun, książę Szlezwika-Holsztynu Krystian, wymógł na nich obietnicę, że nawet na chwilę nie postawią stopy w kościele katolickim. Pamiętam, jak podczas wycieczki w okolicach Pau księżniczka Luiza² stała na zewnątrz, podczas gdy my weszłyśmy do kościoła – za nic na świecie nie dało się jej nakłonić do wejścia. „Przecież jeśli nie zwiedzi pani kościołów we Włoszech – mówiłyśmy jej – pozbawi się pani możliwości zobaczenia najwspanialszych dzieł sztuki, posągów Michała Anioła, najpiękniejszych obrazów!”. Pozostała niewzruszona, odpowiadając, że stryj jej tego surowo zabronił. Babka księcia Ernesta Günthera nie była krwi królewskiej, zdaje się hrabina Danebrook [w rzeczywistości: Danneskiold-Samsøe]** – stąd też datuje się pokrewieństwo z hrabią Stolck Winterfeld [Holck-Winterfeldt], którego poznaliśmy w Pau.
Przypisy:
¹) Zamek księcia Szlezwika-Holsztynu Ernesta, brata Cesarzowej.
²) Trzecia siostra Cesarzowej, poślubiona księciu Fryderykowi Leopoldowi Pruskiemu.
*„Princesse Kalma” – domowy przydomek księżniczki Karoliny Matyldy (1860–1932), siostry cesarzowej – przyp. tłumacza.
**Autorka pamiętnika zniekształciła z pamięci duńskie nazwiska: babką była hrabina Louise Sophie Danneskiold-Samsøe (przekręcona na „Danebrook”), a wspomniany krewny to hrabia z rodu Holck-Winterfeldt (zapisany jako „Stolck Winterfeld”) – przyp. tłumacza.
Źródło historyczne
Gazeta “Revue Contemporaine” z dnia 20 czerwca 1910 roku