KONIEC HOHENZOLLERNÓW
Dawna rodzina panująca ostatecznie odsunięta od władzy w Niemczech. Nawet gdyby kraj powrócił do ustroju monarchicznego, żaden członek rodziny byłego cesarza nie byłby brany pod uwagę jako władca. Dni parad minęły bezpowrotnie.
KONIEC HOHENZOLLERNÓW
Dawna rodzina panująca ostatecznie odsunięta od władzy w Niemczech. Nawet gdyby kraj powrócił do ustroju monarchicznego, żaden członek rodziny byłego cesarza nie byłby brany pod uwagę jako władca. Dni parad minęły bezpowrotnie.
Pawia duma arystokracji w dzisiejszych Niemczech stanowi pierwszorzędne studium usuwania się w cień. Trzeba pamiętać, że oni wszyscy wciąż tu są – ci wszyscy książęta, hrabiowie i baronowie, których nazwiskami przed wojną gęsto usiane były szpalty gazet w wielu stolicach. W dawnych czasach przyjmowano ich wszędzie z otwartymi ramionami. Panie domu zabiegały o ich obecność. Byli dystyngowani, elokwentni i stanowili idealną ozdobę każdego wykwintnego obiadu. Ponadto ich nazwiska zawsze świetnie wyglądały w kronikach towarzyskich.
A teraz, gdy nie pojawia się o nich nawet wzmianka – nawet we własnej ojczyźnie – naturalną rzeczą jest zastanawiać się, co się z nimi stało i jak odnajdują się w realiach życia pod rządami demokracji. Pewnego dnia na początku 1920 roku wstąpiłem z przyjacielem do restauracji Pelzera przy Neue Wilhelmstrasse, gdzie bez przeszkód można raczyć się trunkami o dowolnej porze. Obok mnie przy barze – pisze Gordon Stiles na łamach „New York Tribune” – stał wysoki, wyglądający na nieco zgorzkniałego mężczyzna, który wyraźnie przysłuchiwał się naszej rozmowie prowadzonej po angielsku. Z powierzchowności do złudzenia przypominał Anglika. Nosił opadające ku dołowi wąsy w kształcie podkowy, typowe dla Brytyjczyka, i brakowało mu owego pyzatego, różowego oblicza, którego z Niemca nie jest w stanie wybić nawet najcięższy głód.
A jednak było w nim coś niezaprzeczalnie germańskiego. Mówił językiem niemieckiego arystokraty, a gdy odrywał się od kontuaru baru, jego postawa i chód stawały się na wskroś pruskie. Zaproponowałem mu wspólnego drinka, a on chętnie ofertę przyjął.
Powinowaty cesarza
– Wie pan, co to za jeden? – zapytał barman, gdy mój niedawny kompan opuścił lokal.
– Nie – odparłem. – A kto?
– To książę Albert ze Szlezwika-Holsztynu. Siostrzeniec cesarza po kądzieli. Nie ma już ani grosza, wszystko stracił na wojnie.
– Z czego w takim razie żyje?
– O, tacy ludzie zawsze sobie jakoś radzą. Ma wuja, który jest księciem – księcia Szlezwika-Holsztynu. To szwagier cesarza i ma mnóstwo pieniędzy. Myślę, że od czasu do czasu coś tam księciu Albertowi odpali.
Ernst Günther, książę Szlezwika-Holsztynu i brat zmarłej niedawno cesarzowej, jest synem księcia Fryderyka. Mimo utraty swych północnych dóbr, wciąż pozostaje człowiekiem majętnym. Mieszka w swoim wspaniałym zamku na Śląsku i opuszcza go tylko wtedy, gdy interesy wymagają jego obecności w Berlinie.
Książę jest mężczyzną średniego wzrostu, krępej budowy i nienagannej, wyprostowanej sylwetki. Siwe włosy i broda – w połączeniu ze złotymi binoklami na łańcuszku – nadają mu dystyngowany i dostojny wygląd. Swoich okularów używa głównie jako rekwizytu przy gestykulacji, trzymając je w prawej dłoni.
Cóż, jak wspomniałem wyżej, książę był pełen zgryzot, kiedy widziałem go po raz pierwszy. Czuł się ofiarą bezwzględnego potraktowania w sprawie swoich posiadłości w Szlezwiku-Holsztynie. Zgodnie z warunkami plebiscytu (z 1920 r.) wszelkie majątki należące do panujących dynastii lub osób posiadających prawa do tronu podlegały konfiskacie. Książę czuł się nie tylko skrzywdzony przez mocarstwa sprzymierzone, lecz głośno deklarował, że został oszukany przez rząd duński. Utrzymywał, że jego włości podpadają pod kategorię majątku prywatnego należącego do osoby fizycznej, a skoro zapewniano, że własność prywatna będzie respektowana, stanowczo protestował przeciwko grożącej mu konfiskacie.
Za dawnych czasów książę zwykł podróżować z całą armią służby, a w najbardziej luksusowych hotelach wielu stolic rezerwowano dla niego z wielkim wyprzedzeniem całe piętra. Dziś musi zadowolić się jednym sekretarzem, a jego podróże odbywają się bez najmniejszego rozgłosu.
Synom cesarza nałożono kaganiec
Choć może wydać się to dziwne, o trzech synach cesarza, którzy pozostali w Niemczech, słyszy się i widzi znacznie mniej niż o innych przedstawicielach dawnych rodów panujących. Sądzę, że poznałem tego przyczynę podczas moich długotrwałych starań o wywiad z księciem Eitelem Fryderykiem. Wyjaśniono mi, że choć sam książę zapewne nie miałby oporów przed wyrażeniem swych poglądów na sprawy bieżące, to socjalistyczny rząd w zasadzie nakazał mu trzymać język za zębami.
Ostrzeżono go, że dopóki będzie milczał, nikt nie będzie go niepokoił; jeśli jednak zacznie publicznie rozgłaszać swoje opinie na łamach prasy, zostanie natychmiast objęty stałym nadzorem policyjnym. Prawdę mówiąc, nie sądzę zresztą, by opinie Eitela miały jakąkolwiek szczególną wartość. Na tłustym, zwiotczałym ciele spoczywa czerwona, nalana twarz, mająca w sobie mniej więcej tyle samo wyrazu, co deska z kasztanowca. O ile zdołałem się zorientować, cały jego życiowy repertuar ogranicza się do jedzenia, spania, picia i chodzenia w niedziele do kościoła.
Adalbert i Oskar również mieszkają w Poczdamie, lecz rzadko widuje się ich poza wąskim gronem zaufanych przyjaciół. Od czasu do czasu któryś z nich wymknie się na jeden dzień do Berlina, czyni to jednak po cichu, bez fanfar i bez zdradzania swoich zamiarów komunistycznym przywódcom. Postępują nader mądrze, unikając proletariatu tak dalece, jak to możliwe, dynastia Hohenzollernów została bowiem definitywnie wyeliminowana z rządzenia Niemcami. Nawet gdyby w kraju przywrócono monarchię, wybór władcy z całą pewnością nie padłby na żadnego członka niedawno panującego rodu. Można śmiało założyć, że poza samymi Prusami 85 procent ludności nie chce mieć już nic wspólnego z królami i cesarzami. Obraz cesarza czmychającego przez holenderską granicę, pozostawiającego własną armię na pastwę losu i unikającego w ten sposób późniejszych cierpień, jakich zaznały Niemcy – podczas gdy on sam pławi się w wygodach – jest wciąż świeży w pamięci zwykłego Niemca.
Na nastroje mas dawni władcy spoglądają z góry, z wyniosłym i nieco rozbawionym wyrazem twarzy. Przeciwności losu nie odebrały książętom umiejętności patrzenia na swych rzekomo niższych stanem rodaków w sposób chłodny, miażdżący i pełen pogardy. To spojrzenie zdaje się mówić:
„Biedni głupcy! Czy nie rozumiecie, że my po prostu czekamy na właściwy moment?”.
Drwią sobie z wysiłków socjalistów próbujących zarządzać krajem i sprawiają wrażenie głęboko przekonanych, że ustrój znacznie bardziej odpowiadający ich gustom z czasem z pewnością powróci.
Źródło historyczne
Gazeta „Pinedale roundup” (Pinedale, Wyo.) Tom 16, Nr 36 z dnia 1 września 1921 roku