Afera Kotzego
Szeroko komentowana „afera Kotzego” zdaje się ostatecznie dobiegać końca. Stało się tak za sprawą cesarza, który położył kres kolejnym pojedynkom i nakazał, by „uczynić zadość tej okrutnej grze”.
San Antonio, 25 maja 1895 r.
Rozważania niedzielne.
Szeroko komentowana „afera Kotzego” zdaje się ostatecznie dobiegać końca. Stało się tak za sprawą cesarza, który położył kres kolejnym pojedynkom i nakazał, by „uczynić zadość tej okrutnej grze”. Ponadto zmusił obu głównych awanturników, którzy rzucili podejrzenia na pana von Kotze – a mianowicie swojego własnego szwagra, księcia Szlezwika-Holsztynu Ernesta Günthera, oraz hrabiego Wilhelma von Hohenau – do złożenia wizyty panu von Kotze i zrehabilitowania go poprzez te pośrednie przeprosiny.
Choć owa głośna „afera” została w ten sposób załatwiona, stała się ona po raz kolejny powodem do bardzo wnikliwej i powszechnej krytyki instytucji pojedynku – zwyczaju, który jedni potępiają jako przeżytek najmroczniejszego średniowiecza czy wręcz barbarzyństwo, podczas gdy inni uważają go za bezwzględnie konieczny w imię podtrzymania „rycerskiego honoru”.
Cokolwiek by sądzić o zasadności bądź naganności pojedynków – a mocnych argumentów nie brakuje po obu stronach – to dwulicowe stanowisko, jakie wobec tej kwestii zajmują zarówno Kościół, jak i rząd w Niemczech, jest bezsprzecznie naganne i godne potępienia. Jeśli chodzi w szczególności o Kościół, to katolicki jest w tej mierze o wiele bardziej konsekwentny niż protestancki Kościół krajowy. Niczego nie zmienia fakt, że owa podwójna moralność nie jest niczym nowym, lecz Kościół i państwo trwają w niej tak długo, jak długo same istnieją. Dawne germańskie „ordalia” zachowano przecież jako „sądy boże” i „wyroki boskie” także po wprowadzeniu chrześcijaństwa, mimo że z nauką Chrystusa nie miały one absolutnie nic wspólnego, stojąc z nią w jaskrawej sprzeczności. Fakt, że ktoś jest zwinniejszy, zręczniejszy i pewniej strzela, tnie szablą czy pchnie szpadą, nie jest przecież żadnym dowodem na to, że ma rację, ani tym bardziej na to, że jest lepszym człowiekiem od swego przeciwnika.
Mimo to Kościół chrześcijański wprawdzie ponawiał próby ograniczenia pojedynków – i do pewnego stopnia mu się to udało – lecz nigdy ich całkowicie nie wykorzenił, a prawdę mówiąc, nie poczynił ku temu naprawdę poważnych starań. Ograniczenie pojedynków udało się Kościołowi – oraz państwu – o tyle, że przywilej staczania pojedynków zawężono do przedstawicieli „wyższych sfer”, to znaczy oficerów i ludzi z wyższym wykształceniem (w przypadku innych: co najwyżej wtedy, gdy dosłużyli się stopnia oficera rezerwy!). Tymczasem pojedynek między przedstawicielami innych klas uważa się po prostu za morderstwo lub zabójstwo.
Jest to dokładnie takie samo zróżnicowanie ocen, jak w owym często cytowanym powiedzeniu o panu poruczniku i jego ordynansie, gdy obaj przesadzą z alkoholem. O tym pierwszym powiada się wówczas: „Pan porucznik jest w szampańskim humorze!”, o tym drugim zaś: „Świnia się upiła!”. Jako ów „przywilej wyższych sfer” pojedynek jest po dziś dzień przez władze nie tylko milcząco tolerowany, lecz wręcz protegowany, a w pewnych okolicznościach – w bezpośredniej sprzeczności z prawem – kategorycznie wymagany. W razie odmowy następuje najsurowsza kara, jaka może spotkać człowieka z poczuciem godności i honoru: infamia, ostracyzm towarzyski i niewypowiedziane, lecz przez to nie mniej skuteczne wyrzucenie poza nawias „dżentelmenów”.
Kryje się w tym nieprzezwyciężalna sprzeczność ze wszystkimi tradycyjnymi frazesami o „państwie chrześcijańskim” i „poszanowaniu prawa”.
„Afera Kotzego” bynajmniej nie stanowi najbardziej jaskrawego przykładu tego kontrastu, w jakim pojedynek stoi wobec nowoczesnego, chrześcijańskiego państwa prawa. Bez wątpienia najstraszniejszym ze wszystkich tego typu przypadków był pojedynek z 1856 roku, w którym zginął ówczesny prezydent policji w Berlinie, pan von Hinckeldey. Był to niezwykle zasłużony, wierny obowiązkowi urzędnik, który za cel postawił sobie walkę z grami hazardowymi. W swej godnej pochwały bezstronności posunął się nawet do zamknięcia arystokratycznego, elitarnego „Jockey Clubu”, będącego w rzeczywistości zakonspirowaną jaskinią hazardu. W odpowiedzi wszyscy jego członkowie wyzwali go na pistolety.
Choć spełnił jedynie swój urzędowy obowiązek i choć był tak krótkowzroczny, że z odległości 10 kroków nie odróżniłby wrót stodoły, „honor” wymagał, by ten sumienny urzędnik stanął jako tarcza strzelecka przed paniczykami z wyższych sfer, którzy mieli mnóstwo czasu na ćwiczenia strzeleckie. W efekcie został zastrzelony przez Hansa von Rochowa. Było to nic innego jak zalegalizowane morderstwo, a mimo to Hans von Rochow doszedł później do godności wiceprezydenta pruskiej Izby Panów!
Sensacyjny był również przypadek dwóch oficerów bońskich huzarów, synów starego, arcykatolickiego rodu hrabiowskiego z Nadrenii. W czasach, gdy Kulturkampf trwał w najlepsze, podczas tradycyjnego bankietu oficerskiego koledzy zapytali ich pół żartem, jak zachowaliby się w razie wyzwania na pojedynek i czy nakaz honoru nie stoi u nich wyżej niż zakaz Kościoła. Zamiast odpowiedzieć wymijająco, obaj młodzi ludzie oświadczyli, że pójdą za nakazem Kościoła i bić się nie będą. Obaj dopiero co wrócili z wojny, gdzie za męstwo odznaczono ich Krzyżami Żelaznymi – mimo to za wypowiedzenie tych słów uznano ich za niegodnych przynależności do stanu oficerskiego i wyrzucono z wojska z hańbą i sromotą.
Powszechnie pamięta się jeszcze sprawę liberalnego posła do Reichstagu Hinze, który był majorem w stanie spoczynku i również służył z odznaczeniem w dwóch wojnach. Gdy podczas debaty parlamentarnej rzeczowo odparł wywody konserwatywnego junkra, ten wyzwał go na pojedynek. Hinze oświadczył jednak, że jako poseł nie może się na to zgodzić i zapytał, dokąd by to doprowadziło, gdyby w parlamencie zamiast argumentów rozstrzygać miała broń. Dowiódł tym samym większej odwagi, zwalczając z pełną konsekwencją stare przesądy, niż gdyby stanął naprzeciw pistoletu rywala.
Sąd honorowy korpusu oficerskiego ocenił to jednak inaczej: jego postawę uznano za tchórzostwo i odebrano mu prawo do noszenia stopnia majora. Nie jest już zatem „majorem w st. spocz. Hinze”, a jedynie „byłym majorem, panem Hinze”.
A przecież oficjalnie pojedynki są zakazane, a pojedynkujący się podlegają karze twierdzy! Tyle że jest to fikcja. W rzeczywistości taki pobyt w twierdzy przypomina raczej wczasy niż karę, a w większości przypadków tuż po jej rozpoczęciu następuje rychłe ułaskawienie przez monarchę. Do jakiego jednak zamętu pojęciowego – zwłaszcza w młodych umysłach – musi prowadzić ów rozłam między religią, prawem a honorem przy pojmowaniu pojedynku, widać najlepiej z katechizmu używanego w niemieckich szkołach kadetów i parafiach wojskowych jako podręcznik do konfirmacji. Jego autorem jest dr Richter, naczelny kapelan wojskowy (Feldpropst) armii Rzeszy. W owym katechizmie kadetów czytamy dosłownie:
„Również wszelkie okaleczanie oraz zuchwałe narażanie ciała i życia na niebezpieczeństwo jest grzechem przeciwko V przykazaniu [»Nie zabijaj«]. Zły obyczaj pojedynku to przeżytek prawa pięści, fałszywa obrona własnego honoru – którego wszak nikt inny odebrać nie może, a jedynie własny grzech i hańba – oraz zuchwałe stawanie przed bramami wieczności. Odwagi nie dowodzi się nigdy przez łamanie boskiego przykazania, lecz jedynie przez dochowanie mu wierności wbrew potędze przesądów”.
Oto jakie – nader rozsądne – poglądy wpaja się młodym ludziom, mającym w przyszłości zostać oficerami, i to z polecenia ministra wojny za pośrednictwem naczelnego kapelana! Niechaj zestawi się to z dzisiejszą praktyką pojedynkową oraz z usprawiedliwieniami i wykrętami, jakie przedstawiciele rządu wygłaszali niedawno w Reichstagu podczas interpelacji w sprawie „afery Kotzego”. Jak wytłumaczyć tę dwoistość?
Jedno jest pewne: w Niemczech z pojedynkiem nie wyprawia się przynajmniej takich bezbożnych błazeństw jak we Francji. Kiedy u nas uważa się starcie za konieczne, stacza się je w sposób surowy, poważny i godny – czego o pojedynkach francuskich bynajmniej nie zawsze da się powiedzieć, gdyż w nich, stosownie do francuskiego charakteru narodowego, teatralna oprawa gra ogromną, jeśli nie główną rolę.
Lecz nawet przyznawszy, że pojedynek ma pewne uzasadnienie – będąc przynajmniej najbardziej przyzwoitą formą, w jakiej dwaj mężczyźni niechcący uciekać się do chuligańskiego prawa pięści mogą rozstrzygnąć poważny spór – nie zmienia to w niczym sprzeczności polegającej na tym, że państwo szczycące się swym chrześcijaństwem samo staje się jego obrońcą. Pojedynek jest bowiem i pozostaje obyczajem staropogańskim, stojącym w bezpośredniej sprzeczności z naukami Chrystusa. Przykład ten dowodzi po raz kolejny, że owe chrześcijańskie nauki daje się w razie potrzeby rozciągać niczym z gumy i interpretować tak, jak komu w danej chwili pasuje – zależnie od tego, co pragnie się nimi udowodnić, zamaskować lub upiększyć.
Zgodnie z kodeksem „honoru oficerskiego” ciężko znieważony pan von Kotze musiał jeszcze dać przestrzelić sobie ciało kulą, a gdyby cesarz (w sposób zgoła niezwykły!) nie użył swego autorytetu i nie rzekł stanowczego słowa, Kotze podzieliłby ostatecznie los Hinckeldeya! Taka jest bowiem natura owych „sądów bożych”, że bardzo często – jeśli nie najczęściej – triumfuje w nich winowajca.
I coś takiego nazywa się potem „wyrokiem boskim”! Zaprawdę, jest to bluźnierstwo bardziej jaskrawe, niż byłby w stanie wymyślić jakikolwiek radykalny wolnomyśliciel.
Źródło historyczne
Gazeta „Freie Presse für Texas” (San Antonio, Tex.) Rocznik 30, Nr 4021 z dnia 25 maja 1895 roku.