Dom Augustenburga
Cztery tygodnie temu wspominaliśmy o znakomitym artykule w „Preuß. Jahrbücher” dotyczącym partii w Szlezwiku-Holsztynie. Majowy numer tego samego pisma przynosi również ciekawe doniesienia z Holsztynu na temat stosunków i osób w księstwach...
Dom Augustenburga.
Cztery tygodnie temu wspominaliśmy o znakomitym artykule w „Preuß. Jahrbücher” dotyczącym partii w Szlezwiku-Holsztynie. Majowy numer tego samego pisma przynosi również ciekawe doniesienia z Holsztynu na temat stosunków i osób w księstwach. Wyodrębniamy z niego następującą charakterystykę domu augustenburskiego:
Jeśli otworzymy księgę naszych wspomnień i zignorujemy wszelkie próby dawnych oraz nowych dworaków, by tuszować niewygodne fakty, okaże się, że Augustenburczycy to ród książęcy, po którym z pewnością nie możemy się spodziewać niczego radosnego, gdyby tylko dorwali się do władzy. Łaska losu zapewniła im bardzo korzystną pozycję w księstwach, gdy stało się jasne, że męska linia oldenburska chyli się ku upadkowi. Mimo to w 1848 roku, gdy zaczęło się powstanie, mieli w kraju zaledwie znikomo małą partię, do której, delikatnie mówiąc, nie należeli najlepsi obywatele.
Książę Krystian August nie był pozbawiony wykształcenia i rozumu. Chwalono towarzyskość jego kręgu rodzinnego i starania o zapewnienie księciu i księżniczkom dobrego wychowania. Księżna – znana z duńskiego pochodzenia, przez co językiem domowym rodziny jest do dziś duński – była czczona jako bardzo dobroczynna dama. Przeciwnie, nie podobała się postawa księcia w życiu publicznym, która zdecydowanie przypominała angielskich torysów, z którymi Jego Wysokość miał też wspólną pasję do wszystkiego, co nazywa się sportem; jego chłodna, sztywna, powściągliwa natura i sztywne trzymanie się tego, co uważał za swoje prawo, zwłaszcza jeśli chodziło o egzekwowanie jego praw łowieckich. Że propaganda duńska na wyspie Alsen i w Sundewitt robiła szybkie postępy, należy niemal wyłącznie przypisać niepopularności księcia. Ale również gdzie indziej w księstwach nie żywiono do niego zaufania. Obawiano się w nim sojusznika Ernsta Augusta z Hanoweru. Tak jak bezwzględnie egzekwował swoje prawa majątkowe, tak samo, mówiono sobie, będzie w przyszłości egzekwował swoje prawa książęce bez względu na interesy swoich poddanych. Do tego jego ciągłe działanie małymi środkami dla małych celów, adwokackie podejście do kwestii politycznych, zachowawcze, małostkowe postępowanie, które nigdzie nie odważyło się na wielki ruch, nigdy nie wykazało śmiałej odwagi, nigdy, zapominając o własnej osobie na rzecz sprawy, nie oddało się w pełni i całkowicie krajowi – jednym słowem, niezdolność księcia do uprawiania wielkiej polityki i jego samolubstwo sprawiły, że wszyscy patrioci strzegli się nawzajem, by nie wchodzić z nim w bliskie związki.
Podobny charakter ujawnił się u brata księcia, księcia von Noer, z tym że doszła tu jeszcze kapryśność i prostactwo, które zepsuły wszystko z całym światem, i że to prostactwo było bardziej otwarte i niekiedy zdradzało, co ci panowie w głębi duszy obaj myśleli. Że książę w sprawach wojskowych nie był człowiekiem, by zbierać laury, udowodniła wystarczająco smutna afera pod Bau.
Nie sprzeciw niemieckiej wobec duńskiej narodowości popchnął obu augustenburczyków na stronę opozycji; byli przecież pół-Duńczykami z języka i metody swojego działania. „Do uczuć narodowych nie rościłem żadnych pretensji”, wyznaje książę w swoich zapiskach, „i widzę w tym raczej ograniczenie niż kształcenie ludzkiego ducha”. Tylko „prawo” i wciąż na nowo „prawo” miało być wytyczną politycznego zachowania, a pod tym prawem rozumiano przede wszystkim prawo rodzinne domu augustenburskiego; prawo krajowe podkreślano tylko o tyle, o ile zgadzało się z tamtym. O dalszym rozwoju starego prawa krajowego augustenburska strona słuchała bardzo niechętnie. Raczej wszystko w ustawodawstwie i administracji miało być zachowane w miarę możliwości tak, jak zostało odziedziczone po ojcach. Książę umiał te poglądy w pewnym stopniu maskować, dostosowywać się do okoliczności; książę, który nie musiał tego robić, występował wyraźniej z tym, co wypełniało obu braci. W listopadzie 1830 roku książę sporządził memoriał do króla, w którym zwracał uwagę, jak niebezpieczny przykład „nieszczęśliwej katastrofy we Francji i jeszcze nieszczęśliwszej i smutniejszej w Belgii” (!) już zadziałał w Niemczech, a następnie kontynuował: „również w księstwach demagodzy w chwili obecnej szukają niekorzystnego nastroju, by go wykorzystać, chce się wymusić nadanie konstytucji, która według mniemania tych panów jest dla nich odpowiednia. Bardzo smutne jest niezrozumiałe zachowanie kilku urzędników, którzy popierają petycję w tym kierunku”. Książę poinformował króla o wszystkim, o czym wiedział z działań „demagogów”, tj. Uwe Jensa Lornsena i jego przyjaciół, sporządził opis indywidualności każdego z nich i zaklinał go, „by potraktował sprawę jak najbardziej poważnie i naciskająco”, co też ku zadowoleniu denuncjanta się stało. Lornsen, obecnie wielce sławiony patriota, trafił przez jednego z augustenburczyków do twierdzy. Sympatie braci von Augustenburg dla absolutyzmu nie zyskały im bynajmniej, jak można by sądzić, serc arystokracji szlezwicko-holsztyńskiej.
Nie darzono ich nigdzie sympatią, ponieważ wszędzie obawiano się ich pańskiej i roszczeniowej natury, ich samolubstwa i ich niegodziwości w kwestiach politycznych, i tak przy wybuchu kryzysu w 1848 roku byli, poza małym kręgiem zwolenników, który składał się głównie z opłacanych agentów o niewielkim poważaniu, niemal całkowicie odizolowani. Gdyby książę był w kraju lubiany i był człowiekiem śmiałego czynu, stałby się wiosną 1848 roku niechybnie regentem Szlezwika-Holsztynu, a Prusy nie miałyby teraz wobec nas innych perspektyw niż gdzie indziej w Niemczech. Pan chciał inaczej. Imię Pana niech będzie błogosławione!
Pominięto rolę, którą książę w czasie zawieszenia broni w Malmö we Frankfurcie grał, i sposób, w jaki napierał na posłów do parlamentu Rzeszy, aby udzielili zgody na ten traktat, który wydał jego własny kraj Duńczykom. Również o sprzedaży dóbr na Alsen i w Sundewitt oraz związanym z tym zrzeczeniu się praw dziedzicznych w księstwach powiedziano tylko, że był to dobry interes, który jednak tutaj w kraju mało pochwał zebrał, w odniesieniu do czego, zwłaszcza po tym, co od tego czasu się stało, można w zwykłych rozmowach w pewnym stopniu pokręcić głową, i który, gdyby syn przypominał ojca, mógłby niemal zaniepokoić miłośników naszej konstytucji. Twierdzenie, że książę nie sprzedał prawa dziedziczenia, że tylko obiecał nie robić nic wbrew nowemu porządkowi dziedziczenia, jest rabinistyczną sofistyką. Słusznie jednak, choć nie jest to niepodważalne, że nie mógł zrzec się tego bez zgody swoich wówczas już pełnoletnich synów, i tutaj nie wiem właściwie, jak mam to nazwać, kiedy ktoś rozdaje coś, a mianowicie rozdaje za żywą gotówkę, czym nie ma prawa rozporządzać.
Jak książę się od tego czasu zachowuje, jest wiadome. Że ze wszystkimi swoimi skłonnościami należy do najbardziej prawicowych w Prusach, całkiem przyłączył się do feudalnej agitacji, wszędzie występował za najbardziej sztywnym konserwatyzmem, np. w sprawach sztuki, i energicznie działał na rzecz wyborów w duchu partii „Kreuzzeitung”, nie mogą zaprzeczyć nawet jego czciciele. Kilka lat temu dotarła do nas plotka, która nazywała się wiarygodną, według której pan na Przemkowie miał mieć widoki na tron połączonej Mołdawii i Wołoszczyzny. Że Jego Wysokość przyjąłby to inne odszkodowanie, nie chciałbym wątpić. Może sprawa była tylko dowcipnym pomysłem jego zmarłego króla. Jak książę w odniesieniu do interesu narodowego teraz myśli, jak myśli o stosunku Prus do Szlezwika-Holsztynu, poucza nas „Hamburger Zeitung”, która przez niego nie tylko materialnie, ale także, jak zdają się wygadywać nieostrożni agenci, jest wspierana przez dziennikarskie owoce jego przemyśleń i które, oddychając w swoich szpaltach w odniesieniu do naszej sprawy niczym innym jak starą roszczeniową postawą, uznają potrzebę narodu tylko pozornie i każdą rzeczywistą ugodę między tym a treścią augustenburskich pergaminów z żelazną konsekwencją odrzucają, co w pełni nosi stempel jego ducha. Kilka zadziwiających próbek skłonności i niechęci tego ducha – który, jak donoszą gazety, chce nam teraz poprzez przeprowadzkę z Przemkowa do Nienstetten koło Blankenese zaszczycić swoją bezpośrednią obecnością, a który z pewnością w radzie pierwszego suwerena niezależnego Szlezwika-Holsztynu znalazłby posłuch – odłożyłem na inną okazję na bok. Na dzisiaj tylko trzy małe kwiatki z tego zielnika.
20 marca bieżącego roku artykuł wstępny, który argumenty przytoczone na rzecz żądań Prus uznał za »w istocie całkowicie śmieszne«, zakończył się następującym mocnym stwierdzeniem: »tylko próżność, wrodzona większości Prusaków, może znaleźć pewne zadowolenie w tym ściślejszym przyłączeniu, ponieważ schlebia to pruskiemu partykularyzmowi i pruskiej żądzy podbojów, by rozszerzać pruskie terytorium i wcielać nowe prowincje do państwa Fryderyka Wielkiego. Żaden rozsądny człowiek poza Prusami nie dopatrzy się jednak w tym korzyści dla Niemiec«.
4 marca w omówieniu sformułowanych pruskich roszczeń w organie prasowym księcia von Augustenburg można było przeczytać następujący patriotyczny wybuch: »Nie pozostaje żadna inna droga, jak ta, by Austria na czele Związku wystąpiła przeciwko Prusom w celu ratowania samodzielności nowego państwa«. – »W tej kwestii prawo stoi całkowicie po stronie Związku i Austrii, opinia publiczna i sympatia Niemiec również, a także mocarstwa europejskie nie mogą w żadnym wypadku pochwalić zamiaru Prus, by uczynić ze Szlezwika-Holsztynu państwo wasalne«. Pod koniec nazwano nas, narodowców, ludźmi, którzy bezprawnie przywłaszczyli sobie to miano, ponieważ rzekomo »wydajemy pruskiej narodowości szlezwicko-holsztyńską tożsamość, nie zwiedziemy jednak żadnego rozsądnego człowieka«. To zdanie to przypuszczalnie dzieło augustenburskiego posła na dworze szlezwicko-holsztyńskim, który zwykł przekładać subtelne wywody Samwera na prostacki, wiejski żargon, dostosowując go do poziomu gazety swojego zwierzchnika i chlebodawcy.
15 marca »Hamburger Zeitung« zaserwowała swoim czytelnikom artykuł pod tytułem »Flotowy szwindel«. Po poświęceniu około trzech kolumn tekstu na wypisywanie absolutnych nonsensów na temat artykułu z »Provinzial-Correspondenz« (który zapowiadał pruski plan budowy floty), gazeta doszła do iście »radosnego« wniosku: »Na papierze wygląda to wprawdzie całkiem ładnie, w rzeczywistości jednak sprawa wygląda zupełnie inaczej i nie da się ukryć, że w pruskich gazetach w związku z tą kwestią flotową uprawiany jest wielki szwindel«. (Ciąg dalszy nastąpi.)
Źródło historyczne
Gazeta "Breslauer Zeitung" Rocznik 46 Nr 213 z dnia 7 maja 1865 roku.