Nasza Cesarzowa - szkic z okazji jej 40. urodzin.
Od czasów królowej Luizy żadna niemiecka księżna nie była prawdopodobnie tak popularna jak nasza cesarzowa. Wydaje się jednak, że naród niemiecki ma bardzo określony gust w odniesieniu do swoich władczyń...
Nasza Cesarzowa.
Szkic z okazji jej 40. urodzin, 22 października 1898.
Autorstwa E. v. H.
Od czasów królowej Luizy żadna niemiecka księżna nie była prawdopodobnie tak popularna jak nasza cesarzowa. Wydaje się jednak, że naród niemiecki ma bardzo określony gust w odniesieniu do swoich władczyń; i chciałbym postrzegać to jako znak jego zdrowego rozsądku, że najbardziej ceni w nich to, co jest właściwie mieszczańskie w najlepszym tego słowa znaczeniu. Błyskotliwe damy światowe, jak cesarzowa Eugenia, czy olśniewające postacie, jak nordycka Semiramida, byłyby u nas poniekąd nie na miejscu (malplacé). Lecz kochające matki, wierne żony, skromne, ciepłe serca, miłujące dobroczyńczynie – one zdobywają niemieckie serca w mgnieniu oka.
Nasza cesarzowa to postać na wskroś skromna. Nie ma w niej fałszu, nie ma pragnienia, by wydawać się kimś więcej, niż jest. Jej naturalność, oczywistość całego jej zachowania to cechy, które przede wszystkim i od razu do niej przekonują. Cechy te były niejako jej opiekunami, gdy wstąpiła na trudny teren niemieckiego dworu cesarskiego. Wówczas, przybywając z wiejskiej ciszy Przemkowa i ciasnych stosunków Gothy, z pewnością nie miała wielkiego doświadczenia dworskiego. A jednak (co już w 1884 roku zauważył pewien angielski obserwator!) jej zachowanie na dworze od początku było zawsze spokojne, pewne, przyjazne. Wszędzie znajdowała właściwe słowo i właściwy ton, i nigdy nie widziano jej zmieszanej. To sprawiło: była w całej swej prostocie charakterem; można niemal powiedzieć, że przyniosła ze sobą w dworskie powietrze coś z nienaruszonej naturalności wiejskiego dziecka. Gdyż jak swego rodzaju dziecko wiejskie dorastała w Przemkowie.
Tej prostocie całej jej natury odpowiada również jej gust. Kocha wszędzie to, co proste i harmonijne. Mało się pomylimy, jeśli założymy, że jej upodobania muzyczne nieznacznie odbiegają od upodobań jej małżonka. Człowiekiem cesarza jest patetyczny, pompatyczny, wspaniały Wagner; cesarzowa z wychowania i sympatii jest klasycystką. Beethovena można nazwać jej ulubionym kompozytorem, a wielką przyjemność znajduje w intymności muzykowania domowego. Chętnie widuje dzielne kobiety w zaciszu swoich ścian i słucha ich odczytów. Wtedy nie odbywa się to inaczej niż podczas wieczoru muzycznego w szlachetnym domu mieszczańskim, a cesarzowa jest tylko najuważniejszą słuchaczką, uprzejmą panią i gospodynią. Nie posiada całkiem tego samego gustu w sztukach pięknych; kto nie doświadczył tego, że ona, wchodząc na berlińską wystawę sztuki, cofnęła się przed ognistymi fantazjami barwnymi jakiegoś nowoczesnego [artysty] z instynktownym okrzykiem: „Okropne!”. Okres „burzy i naporu” (Sturm und Drang) po prostu nie pasuje do jej natury; kocha to, co harmonijne, dojrzałe, solidne. Także wybór osób z jej otoczenia, jak również jej sposób ubierania się, świadczą o tym. By zostać królową mody, nie ma do tego predyspozycji. Aby wypełniać swój czas wynajdywaniem nowych mód, aby zadziwiać świat nowymi ekstrawaganckimi pomysłami na toalety [stroje], jest na to zdecydowanie zbyt wielką niemiecką gospodynią domową.
Tak, jest niemiecką gospodynią domową na wskroś. „Mój mąż”, „moje dzieci” – to jej drugie słowa. Chętnie mówi o ich przyzwyczajeniach, a gdy przebywa w jakimś zakładzie dobroczynnym lub szkole wśród dzieci, jej serce łatwo przelewa się opowieściami o własnych dzieciach. Zajmuje się nimi niewiele mniej niż jakakolwiek dobra mieszczka. Najdokładniej nadzoruje ich wychowanie, ubiór, naukę. Chętnie, jeśli czas jej na to pozwala, asystuje przy lekcjach; jako oszczędna gospodyni nierzadko zarządza, aby strój starszego przerobić dla młodszego, i nigdy, gdy jest w domu, nie zaniedbuje wieczornej modlitwy ze swoimi dziećmi. Do mieszczańskiego stylu przyzwyczajona jest z domu ojcowskiego. W domu księcia Fryderyka od zawsze panowała wielka skromność i prostota, a młoda księżniczka była tak mało trzymana w arystokratycznej izolacji, że wręcz przeciwnie – zawsze poruszała się swobodnie i bez skrępowania wśród dzieci z majątku i wsi. Właśnie to być może zachowało ją tak rześką i naturalną.
Wiadomo, że jej relacje z mężem i dziećmi są wręcz doskonałe. Urocza historia, którą W. C. Bach opowiada w swojej właśnie wydanej u Hirta we Wrocławiu najmilszej biografii cesarzowej, może służyć za świadectwo czułej miłości dzieci cesarskich do matki. Podczas lekcji religii nauczyciel wyjaśniał, że wszyscy ludzie są grzesznikami. Następcy tronu nie mieściło się to w głowie i zapytał: „Papa chyba nie?”. Gdy nauczyciel wyłożył na to, że przed Bogiem żaden człowiek nie jest bez błędu, chmura przeszła po twarzy następcy tronu. Potem jednak jego oko rozbłysło i z pełnym przekonaniem serca oświadczył: „Ale to wiem: Mama na pewno nie grzeszy!”.
Mieszanie się do polityki zawsze było cesarzowej obce. Jednak częściej łagodziła surowość, przyjaźnie mediowała, leczyła rany, które zadała nieszczęsna polityka, niż wiadomo o tym publicznie. Również w tym jest kobietą, całkowicie i w najlepszym sensie tylko kobietą. Myśli sercem. Pamięta się, że przy poświęceniu zwłok księcia Bismarcka w Friedrichsruh to ona była tą, która cicho wypowiedzianymi słowami: „Wilhelmie, stara siostra księcia”, w niezwykle delikatnym odczuciu zwróciła uwagę swego małżonka na ową ulubienicę zmarłego – znak, że posiada ona ową prawdziwą „uprzejmość serca”, którą niestety tak rzadko się spotyka. A propos Bismarcka. Jej stosunek do wielkiego kanclerza rozwinął się na tyle osobliwie, by zasłużyć na kilka słów. W czasach jej młodości nazwisko Bismarck nie cieszyło się dobrą opinią w jej domu ojcowskim. To Bismarck był tym, którego polityka kosztowała księcia Fryderyka, jej ojca, tron. Mówi się, że francuska niania straszyła małą księżniczkę, by ją uciszyć, słowami: „Bismarck idzie”. Jeśli to nieprawda, to dobrze wymyślone (Se non è vero, è ben trovato). Bo w każdym razie postać kanclerza długo jawiła się jej duchowi jako coś groźnego, niesamowitego. Dorastając stopniowo, nauczyła się zapewne doceniać jego wielkość tym pewniej, że jej ojciec nigdy nie zaparł się swego dobrego niemieckiego usposobienia mimo poniesionej straty. Osobiście jednak zbliżyła się do księcia po raz pierwszy podczas swoich zaręczyn. To, co on, czołowy polityk, powie o pielęgnowanym w rodzinie planie zaręczyn przyszłego następcy tronu z księżniczką augustenburską, było jednak ważną kwestią. Wówczas Bismarck był pierwszym, który z całego serca zgodził się na ten „radosny akt końcowy pełnego konfliktów dramatu”, jak to ujął; ba, on, wielki wróg wszelkich uroczystości dworskich i ceremonii, pojawił się nawet na uroczystości zaręczynowej. Od tego czasu cesarzowa żywiła szczere przywiązanie do księcia i wyraziła je w delikatny i prawdziwie kobiecy sposób owego ponurego marcowego poranka 1890 roku, gdy Bismarck stawił się na ostatnie pożegnanie w zamku cesarskim. Wówczas nieoczekiwanie wyszła mu naprzeciw z książętami i włożyła w swoje pożegnanie ciepło, które płynęło prosto z jej serca. Ktoś bardzo ładnie powiedział, że wówczas nie „Bismarck idzie”, lecz „Bismarck odchodzi” było słowem, które ją przeraziło.
W domu [będąc] prawdziwą i wzorową niemiecką kobietą, która dba o męża, dzieci i gospodarstwo, wcześnie wstaje i oddaje się swemu małemu światu, nie brakuje jej jednak ani bogatych i wszechstronnych zainteresowań, ani daru godnej książęcej reprezentacji. Z czasów jej pobytu w Anglii (przed zaręczynami) pochodzi opis, który wyśmienicie ją charakteryzuje. „To, co w pierwszej chwili ujmuje w księżniczce” – czytamy tam – „to ten swojski niemiecki element, który wyraża się zarówno w jej wyglądzie zewnętrznym, jak i w jej istocie. Słusznego wzrostu, smukła, wysoka, pełna szlachetnej harmonii, o pięknie uformowanych dłoniach i stopach, potrafi w swej postawie, jak i w ruchach, łączyć godność z wdziękiem. Ta owalna twarz z delikatnymi błękitnymi oczami, uroczymi ustami z pięknymi zębami i obfitością blond włosów, urzeka i zyskuje przy dłuższym patrzeniu z minuty na minutę. Oczy spuszczone, wydają się często w zadumie podążać za sprawami wewnętrznymi, lecz tym wdzięczniejsze jest ich podniesienie, tym serdeczniejsze jej jasne, promienne spojrzenie”. Właśnie to właściwe jej połączenie gracji i naturalnej godności, zadumanego poważania i prawdziwej uprzejmości, podbiło serca dla tej skromnej kobiety wszędzie, gdzie się pojawiła. Gdy przybyła do Alzacji, zdumione i nieufne mieszkanki krainy Rzeszy mówiły: „Mais elle est charmante” [Lecz ona jest czarująca], a „ona jest urzekająca” – wykrzykiwały zgodnie entuzjastyczne damy ze Stuttgartu, gdy po raz pierwszy odwiedziła stolicę Szwabii. Dla jej naturalnego majestatu — majestatu, który wypływa z czystości duszy, dobrego wychowania i prostego poczucia własnej wartości — charakterystyczne jest również to, że w Pau, gdzie jako młoda księżniczka mieszkała przez dwa lata u swojej ciotki, księżniczki Szlezwika-Holsztynu Amalii, w towarzystwie zwyknięto nazywać ją „La petite Reine” [Małą Królową].
Praca charytatywna i pomoc społeczna, którą wyznacza jej powołanie, jest dla cesarzowej jednocześnie sprawą serca. Także w tym wiele zawdzięcza domowi rodzinnemu, w którym prawdziwa miłość bliźniego, odczuwanie i życie dla innych, były od zawsze zadomowione. Pomaganie w miarę sił w rzeczach małych i wielkich stało się wkrótce jej potrzebą, jej drugą naturą, a wiele ładnych, małych historyjek opowiada o tym, jak to tutaj odebrała staruszce na otwartej ulicy ciężki ciężar, tam przyznała biednej dziewczynie środki na wykształcenie i tym podobne. Wszyscy, którzy kiedykolwiek zetknęli się z cesarzową podczas jej wizyt w szkołach, szpitalach, instytucjach dobroczynnych itp., poczuli jej szczere współczucie, jej ciepło serca, jej naturalną miłość do ludzi i właśnie opinia, która płynęła o niej z tych kręgów, w niemałym stopniu przyczyniła się do uczynienia jej popularną. Cesarzowa, mimo dworu i tronu, pozostała prawdziwą kobietą i naturalnym człowiekiem; i to właśnie zwróciło ku niej serca ludzi.
Źródło historyczne
Gazeta "Danziger Neueste Nachrichten" Rocznik V Nr 247 z dnia 21 października 1898 roku.