Wspomnienia o Cesarzowej w Przemkowie
Gdy w 1883 roku obejmowałem swój urząd w Przemkowie, wszystko było jeszcze świeże w pamięci o czczonej księżniczce Auguście Wiktorii, która wychowywała się tutaj...
Wspomnienia o Cesarzowej w Przemkowie (autorstwa emerytowanego superintendenta Jentscha)
Gdy w 1883 roku obejmowałem swój urząd w Przemkowie, wszystko było jeszcze świeże w pamięci o czczonej księżniczce Auguście Wiktorii, która wychowywała się tutaj od 10. roku życia i czuła się tu jak w domu aż do swego zamążpójścia. Każdemu odwiedzającemu miasteczko pokazywano urokliwą idyllę w parku zamkowym: schludny „Domek Szwajcarski” pod potężnymi jodłami, z jego kuchnią, stajenką, ogródkiem kwiatowym i przyrządami gimnastycznymi, gdzie księżniczka po lekcjach oddawała się radosnym zabawom z rodzeństwem.
Z wdzięcznością wspominano, jak jako dorastająca dziewczyna, wzorując się na swojej matce, wraz z siostrami niosła pomoc biednym i chorym. Często nie starczało jej na to kieszonkowego, ani dochodów z warzyw wyhodowanych we własnym ogródku, które sprzedawała do kuchni książęcej; czasami musiała prosić ojca o wsparcie, którego ten chętnie na takie cele udzielał. Ze swoim doświadczonym, pobożnym ojcem była szczególnie silnie związana; bardzo często widywano ich spacerujących razem.
Krótko przed czasem jej zaręczyn nastąpiła śmierć ojca, 14 stycznia 1880 r. O tym, jak głęboko poruszyła ją ta strata, świadczy pismo, które skierowała w tamtych dniach z okazji swoich zaręczyn do dawnego duszpasterza, a które kończy się słowami: „Zrozumiecie, jak bardzo właśnie w tak radosnej chwili brakuje mi mojego wspaniałego, niezapomnianego ojca. On, który dzielił z nami najmniejszą radość, jakże dzieliłby moje szczęście! Ale on wiedział, jak bardzo się kochamy, i to jest dla mnie wielką pociechą. Życie mojego ojca zawsze będzie mi przyświecać jako świetlany przykład. Gdybym tylko w części mogła stać się do niego podobna”.
Po zamążpójściu księżniczka często odwiedzała swoje dawne strony. Ja sam mogłem ją powitać po raz pierwszy wkrótce po objęciu urzędu w 1883 r. i doświadczyć, jak bardzo interesowała się pracą nowego pastora. Gdy przyjeżdżała do Przemkowa, były to zawsze dni radości dla młodzieży, gdyż kochała dzieci. Gdy jesienią 1888 roku przy przyjeździe zobaczyła wielki tłum witających, zabrakło jej dzieci, dlatego w następną niedzielę ponad 1000 chłopców i dziewcząt z całej parafii zaproszono do niej do parku zamkowego. Z wielką radością odwiedzała też zawsze ochronkę (przedszkole). Siadała wtedy chętnie pośród dzieci, brała jedno z najmniejszych na kolana, inne trzymały się jej sukni; wszystkie lgnęły do niej ufnie jak do matki. O tym, jak szczęśliwa czuła się cesarzowa wśród maluchów, powiedziała kiedyś opuszczając dom dziecka: „To była piękna godzina”.
Gdy para cesarska przyjeżdżała do Przemkowa, wszystko miało pozostać skromne i proste, tym serdeczniejsze było za każdym razem powitanie. Cesarzowa chętnie odwiedzała starych znajomych: staruszkę, u której niegdyś uczyła się prząść, czy sędziwą damę dworu w ciasnym pokoiku. Wzruszająca była jej wdzięczność wobec wszystkich, którzy niegdyś wiernie służyli w jej domu rodzinnym. Jeśli pobyt w Przemkowie wypadał w niedzielę, regularnie – nawet przy burzowej pogodzie – uczestniczyła w nabożeństwie, mówiąc: „Moi kochani Przemkowianie czekają na mnie”. Przy wyjściu z kościoła cesarzowa chętnie wypatrywała naszego starego kościelnego. On o tym wiedział i zawsze był w gotowości, by mogła podać mu rękę, podobnie jak wielu innym wiernym. Chętnie chodziła wczesnym rankiem sama drogami i ścieżkami wokół miasteczka. Swobodnie widywano ją w ciągu dnia idącą przez miasto, często zagadującą napotkane osoby; a gdy jakaś staruszka zwracała się do niej „Pani Cesarzowo”, było to dla niej w porządku. Jeśli wieczorem miasto było iluminowane na jej cześć, dziękowała za to, przejeżdżając przez wszystkie ulice, także przez wąskie zaułki, by uszanować każde światełko.
Musiała być bardzo przywiązana do swojej ojczyzny. Pokazywała to wielokrotnie jeszcze w ostatnich latach. Gdy podczas swoich podróży napotykała transporty rannych, często pytała, czy jest wśród nich ktoś z Przemkowa. A gdy przy takich pytaniach w Lesznie znalazła na ulicy Przemkowianina, z radości wcisnęła mu w dłoń swój bukiet kwiatów; ten posłał go swojej młodej żonie do domu i pocieszał ją kwiatami od cesarzowej. Przy wszelkich możliwych okazjach kazała pozdrawiać „kochanych, dobrych ludzi” z Przemkowa. A tam, gdzie była potrzeba, chętnie pomagała. Pomogła założyć w Przemkowie dom dla niemowląt; a gdy cała wioska Pogorzele padła ofiarą pożaru lasu, kazała zbudować baraki mieszkalne dla bezdomnych. Przeforsowała także odnowienie starego XIV-wiecznego kościoła w Rückersdorf.
Utrzymywała kontakt z pastorem rodzinnej parafii. Byłem często pytany o informacje i służyłem jako pośrednik. Przenosiła przy tym swoją życzliwą postawę, którą zachowała dla dawnego duszpasterza, na jego następcę. Poruszyło mnie do głębi, gdy na moje 70. urodziny otrzymałem od niej depeszę z życzeniami jeszcze z Amerongen (miejsce wygnania w Holandii). W swoim własnym najgłębszym cierpieniu ta dobra kobieta potrafiła jeszcze radować innych. W rozmowie chętnie przechodziła na tematy osobiste, mówiła o swoich dzieciach. Wciąż widzę blask w jej oczach, gdy w 1913 roku podczas dłuższej rozmowy mówiła o szczęściu swojej córki, młodej księżnej Brunszwiku, a ja zaświadczałem, jak bardzo się z nimi cieszymy.
Po raz ostatni widzieliśmy cesarzową w jej rodzinnym mieście w listopadzie 1916 roku, z tą samą serdecznością i zainteresowaniem co zawsze. Jej nieoczekiwany przyjazd wynikał najwyraźniej z potrzeby zaczerpnięcia sił z rodzinnych stron w tym trudnym, długim czasie wojny.
W Bad Altheide, w podarowanej przez nią biblii kościelnej, znalazłem jeden z jej ostatnich wpisów, który głęboko mnie wzruszył. Wpisała tam wersety z Ewangelii wg św. Jana 6, 68-69:
„Ugięta dusza
wykrzykuje radośnie w swej grocie;
Gdyż Ty ją napoiłeś
jak strumieniem,
czynisz ją silną i pobożną.”
W jednym z moich pism przypomniałem tej cichej cierpiętniczce te pocieszające słowa. Są to tylko pojedyncze rysy, które zostały nakreślone, tak jak wspomnienie o niej rozbłysło w duszy, ale mają one pomóc w nakreśleniu obrazu niemieckiej kobiecości, najgłębszej macierzyńskości, najczystszej pobożności i służebnej miłości. To, co Pan powiedział o owej Marii jako najwyższą pochwałę dla kobiety, niech będzie także podpisem pod jej wizerunkiem:
„Uczyniła, co mogła”.
Źródło historyczne
Gazeta "Schlesische Zeitung" Rocznik 180, nr 183 z dnia 13 kwietnia 1921 roku.