Ślady lokalnej historii kościoła w dawnych rachunkach parafialnych cz.1
Większość z nas, proboszczów mniejszych parafii, znajduje się w przymusowej sytuacji konieczności samodzielnego sporządzania rachunków kościelnych z powodu braku zdolnego rachmistrza ...
Ślady lokalnej historii kościoła w dawnych rachunkach parafialnych
(Studia archiwalne proboszcza Skobla w Przemkowie)
Większość z nas, proboszczów mniejszych parafii, znajduje się w przymusowej sytuacji konieczności samodzielnego sporządzania rachunków kościelnych z powodu braku zdolnego rachmistrza (rendanta), mimo artykułu 17 instrukcji dla katolickich zarządów kościelnych na Śląsku, który uznaje wyznaczanie proboszcza na prowadzącego rachunki za niedopuszczalne. Zazwyczaj proboszcz, cieszący się z ukończenia najnowszego rocznego rozliczenia, niechętnie spogląda wstecz na rachunki z lat minionych. A jednak interesujące i pouczające zarazem jest zagłębienie się w prowadzenie ksiąg z dawnych czasów; interesująca jest forma ich sporządzania, a szczególnie pouczająca treść starych ksiąg rachunkowych. Można rzec: tam, gdzie zachowały się stare rachunki kościelne, posiada się jedno z najbogatszych źródeł do historii parafii. Najważniejszym elementem rachunku jest liczba; a liczba jest zawsze rzeczą ważną i pouczającą, gdy wiąże się z ludźmi lub wspólnotą ludzką. Kto jako urzędnik, kupiec, rzemieślnik czy rolnik zmuszony jest prowadzić rachunki, wie, że liczby w jego rocznym bilansie pozwalają na wyciągnięcie wielu wniosków co do jego poziomu i sposobu życia. Zysk i strata, wzrost i spadek, siła i słabość, majątek i długi, prawa i obowiązki – wszystko to kryje się w małym, suchym obrazie liczby.
Moi czytelnicy mogą zatem mieć zaufanie, że wspólnie wyciągniemy ze starych rachunków kościelnych pouczające wnioski i odświeżymy przeszłość. Jest to tym łatwiejsze, że dwaj „ojcowie kościoła”, którzy dawniej na zmianę prowadzili rachunki, oraz nauczyciel czy pisarz kościelny, który na koniec roku przepisywał je „na czysto”, czuli się i działali bardziej jak kronikarze niż buchalterzy, w czym nie przeszkadzała im ówczesna biurokracja. Kładę teraz przed moimi czytelnikami dwa stare foliały; oba są zewnętrznie do siebie podobne, duże i grube, a jednak ich treść pod względem rozpiętości czasowej jest bardzo różna. Pierwszy tom sięga od roku 1686 do 1730, zawiera więc 44 roczne sprawozdania, podczas gdy w drugim tomie z lat 1731–1840 ujęte są przychody i wydatki z 109 lat. Oczywiście pierwszy tom zawiera rachunki z czasu dwukrotnej odbudowy spalonego kościoła; ogólnie znajduje się w nim dużo tekstu, tu i ówdzie czuła, często humorystyczna uwaga, podczas gdy w młodszym tomie widać coraz większą oszczędność słów, papieru i atramentu.
Otwieramy pierwszy tom: już na pierwszej stronie odzywa się kronikarz i opowiada:
„Ponieważ pożar w Przemkowie (który wydarzył się 25 sierpnia 1681 r.) strawił rachunki kościelne, a w pożarze na Wysokiej (który wydarzył się w 1686 r. na dzień przed Wszystkich Świętych) nie udało się uratować niczego, co było możliwe, przeto wedle możliwości założono następujące rachunki kościelne pod kierunkiem obecnego proboszcza Fryderyka Eustachiusza Lorenza¹⁾.”
Tutaj dowiadujemy się, dlaczego księga zaczyna się właśnie w roku 1686 i dlaczego księgi chrztów, ślubów i zgonów sięgają tylko do tego roku. Po pożarze w Przemkowie w 1681 r., którego ofiarą oprócz kościoła padły także plebania i szkoła, proboszcz przeniósł się do filii na Wysokiej i zabrał tam dokumenty kościelne. Właśnie ta zapobiegliwość okazała się zgubna: to, co uratowano z pożaru przemkowskiego, spłonęło w pożarze na Wysokiej. Pierwsze wpływy w nowej księdze posłużyły mocno uszkodzonemu przez ogień kościołowi. Najpierw „strażnicy miejscy przekazali to, co wielmożny Pan George Müller, urzędowy buchalter, przeznaczył dla spalonego kościoła, mianowicie 8 marek głogowskich lub 4 talary 8 srebrnych groszy”.
„Z pozostałości po Michaelu Urlandzie, również przez wspomnianych panów przypisanych kościołowi, zebrano łącznie 36 talarów 14 srebrnych groszy i 3 halerze”.
„Od stanów głogowskich tutejszym kościołom z powodu szkód pożarowych darowano w ramach pomocy 66 talarów 20 srebrnych groszy”.
Jeszcze hojniejszego wsparcia udzielono kościołowi w roku 1689:
„Wielmożne Książęta i Stany we Wrocławiu na usilne prośby spalonego kościoła przemkowskiego podarowały 100 talarów śląskich lub 80 talarów Rzeszy; tutejszy pisarz odliczył z tego jednak 27 srebrnych groszy i 9 halerzy opłaty” [pozostało 79 talarów].
Najważniejszym przychodem kasy kościelnej, który powtarzał się stale aż do roku 1717, było tzw. „Säckelgeld” (pieniądz do torebki), którego nie należy mylić z ofiarą z brzęczącej torebki (Klingelbeutel). Zapis o powstaniu tego funduszu uczy nas co następuje:
„Säckelgeld ma swój początek w roku 1686 dnia 20 lipca, zgodnie z umową, wedle której mieszczanin, rolnik i bogaty gospodarz (Großgärtner) mają dawać w każdą niedzielę 4,5 halerza, zagrodnik (Kleingärtner) – 3 halerze, a chałupnik (Heußler) – 3 halerze. W miasteczku pieniądze te ma zbierać pan burmistrz Quatemberlich, na wsiach zaś sołtysi, a następnie przekazywać je zbiorczo kościołowi za pokwitowaniem”.
Roczny dochód z „Säckelgeld” wynosił z niewielkimi wahaniami:
dla miasta Przemków: 36 talarów
dla gminy Młynowo: 13 talarów
dla gminy Krępa: 10,5 talara
dla gminy Łężce: 10,5 talara
dla gminy Szklarki: 6,5 talara
dla gminy Piotrowice: 19 talarów
dla młynarzy (wodnych i wiatracznych): 4,5 talara
Razem rocznie: 100 talarów rzeszy.
Należy zauważyć, że „Säckelgeld” pobierano nie tylko od katolików, ale również od protestantów na podstawie tzw. nexus parochialis (przymusu parafialnego). Protestanci podlegali jurysdykcji katolickiego proboszcza i byli zobowiązani do uiszczania mu opłat stuły (iura stolae), nawet jeśli czynności parafialne (chrzty, śluby, pogrzeby) zlecali swoim własnym duchownym. Można przypuszczać, że opłaty te nie były wnoszone chętnie, jednak żadna czynność parafialna nie mogła zostać zatajona przed urzędem parafialnym, gdyż tylko on rejestrował zmiany w stanie cywilnym. Dlatego w księgach tutejszej katolickiej parafii, tak długo jak Śląsk był austriacki, a także w pierwszych latach panowania pruskiego, odnotowane są protestanckie chrzty, śluby i pogrzeby z wymienieniem nazwisk protestanckich duchownych.
Podatek „Säckelgeld” wpływał zazwyczaj regularnie, bo ściągała go władza świecka; w przypadkach losowych odwoływano się jednak do miłosierdzia kościoła. Na przykład w 1691 r. czytamy:
„Ponieważ zmarły olejarz Jacob Linsky z powodu wysokiego wieku przez długi czas był niezdolny do pracy i nic nie zarabiał, a z powodu biedy zostawił zaległość w wysokości 7 kwartałów »Säckelgeld«, przeto na prośbę jego syna zaległość tę darowano”.
W 1692 r.: „Sołtysowi ze Szklarek, z powodu poniesionej wielkiej szkody pożarowej, darowano zaległe 3 kwartały opłaty”.
Mimo to niemal co roku znajdowali się tacy, którzy migali się od płacenia. Suma zaległości w niektórych latach sięgała 30 talarów. Nic dziwnego, skoro już w rachunku z 1686 r. czytamy:
„Pan Christoph Maschke i pan Martin Weinrich, obaj urzędnicy rady, z powodu niepotrzebnych gadek o tym podatku musieli zapłacić karę po 1 marce”.
Około 1710 roku wpływy z „Säckelgeld” zaczęły gwałtownie spadać, a w 1716 r. zaległości wynosiły nie mniej niż 447 talarów. Wówczas gmina, wskazując na swoją biedę – miasto spłonęło w 1681 r., a na kraj nałożono wysokie podatki państwowe – wystosowała błagalną prośbę do proboszcza i patrona, by „odstąpić od tego trudnego do wyegzekwowania podatku”. Na mocy tej prośby „Säckelgeld”, za zgodą patronatu i władzy duchownej, został zamieniony w następujący sposób: po wpłaceniu 47 talarów gotówką, pozostałe 400 talarów długu uznano za kapitał przynoszący 6% zysku (24 talary rocznie), a dodatkowo gmina zobowiązała się wpłacać corocznie 35 talarów na rzecz kościoła. Od tego czasu w rachunkach zamiast „Säckelgeld” pojawiają się odsetki w wysokości 24 talarów oraz dodatek 35 talarów. Kapitał 400 talarów został ostatecznie spłacony kościołowi w 1760 r. Inne świadczenia wygasły, gdy król Fryderyk II w 1758 roku zniósł przymus parafialny (nexus parochialis), zwalniając protestantów z wszelkich zobowiązań wobec katolików. Fryderyk II, znosząc ten przymus, zamknął źródło wielu kłótni i urazów, ale jednocześnie położył grunt pod stopniowe ubożenie katolickich kościołów i proboszczów. Władza biskupia została zmuszona do łączenia kilku parafii w jedną, gdyż był to jedyny sposób na uchronienie duchownych przed głodem. Tak powstało określenie mater adjuncta, czyli przyłączony kościół macierzysty (dawna samodzielna parafia, która straciła niezależność), w przeciwieństwie do filia (filia), która nigdy samodzielności nie posiadała.
Jednak w jednej kwestii protestanci z Przemkowa, nawet po wybudowaniu własnego kościoła w 1744 r., pozostali przez długi czas zależni od katolickiego kościoła parafialnego – mianowicie w kwestii dzwonienia, aż do roku 1871. Płacili oni tzw. „Pulsgroschen” za dzwonienie podczas swoich pogrzebów do katolickiej kasy kościelnej. Od czasu wybudowania ich pierwszego kościoła, który nie posiadał wieży, zwoływali wiernych na nabożeństwa za pomocą katolickich dzwonów, płacąc za to katolickiemu dzwonnikowi roczne odszkodowanie w wysokości 4 talarów. To tanie współużytkowanie katolickich dzwonów było powodem, dla którego protestanci, mimo zniesienia przymusu parafialnego, zostali na mocy królewskiego patentu z 11 kwietnia 1785 r. zobowiązani do pomocy w naprawie katolickiej wieży kościelnej w 1793 r. (poprzez pracę rąk i zaprzęgów).
(Ciąg dalszy nastąpi)
Przypisy:
¹Proboszcz Przemkowa w latach 1681–1694.
Źródło historyczne
Miesięcznik "Schlesisches Pastoralblatt" Rocznik 37, Nr 10 z dnia 1 października 1916 roku