Archiwum Prasowe30 kwietnia 1991
Wiadomość z dnia 30.04.1991
Chcieli kupić kombajn, więc wycięli na sprzedaż stuletnie dęby Chłopski rozum WANDA DYBALSKA Na chłopski rozum plan wydawał się prosty. Trzeba kupić kombajn - p...
Chcieli kupić kombajn, więc wycięli na sprzedaż stuletnie dęby Chłopski rozum WANDA DYBALSKA Na chłopski rozum plan wydawał się prosty. Trzeba kupić kombajn - pomyśleli w Ostaszowie. Do żniw coraz bliżej, a tu na bankrutujące kółko nie ma co liczyć. Trzeba wyremontować świetlicę, podreperować drogi i ostaszowskie boisko, bo sołecka drużyna kopie bez zarzutu. Tyle potrzeb, a w kasie pusto - zakłopotała się Rada Sołecka. Chociaż w Ostaszowie jest 50 kominów, gospodarzy pełną gębą może z ośmiu. Wieś pracowita, mimo to biedna jak ta mysz kościelna. - Zeszliśmy się któregoś dnia i rada w radę wyliczyliśmy, że gdyby tak ściąć kilka dębów przy radzieckim poligonie, starczyłoby pieniędzy na wszystko - tłumaczy Jan Kulik, sołtys z Ostaszowa. Pojechali do burmistrza. Formalności w Urzędzie Miasta i Gminy Przemków załatwili w pokazowym tempie. W tym samym dniu złożyli podanie, uzyskali zezwolenie na wycinkę, a nawet zorganizowali na miejscu wizję lokalną w której uczestniczyli osobiście burmistrz Mieczysław Błażków i leśnik rejonowy Stanisław Kozieł. Burmistrz napisał: zgoda. Leśnik powiedział: ciąć. Komisja na odwrocie podania wydala opinię: „drzewa stare, spróchniałe, zagrażają bezpieczeństwu ludzi i zwierząt, utrudniają przejazd, przyciągają dziki żerujące na polach”. Same straty. Rosły i przeszkadzały. Takie zawalidrogi. Burmistrz Błażków spieszył się z decyzją. Dla chłopów czas to też pieniądz. Zakasali rękawy. - Zgodziłem się na wycięcie drzew uszkodzonych, wypalonych, wiatrołomów. Gdybym wiedział, że pod piły pójdą zdrowe dęby, nie poszedłbym na żaden kompromis. Pojechałem do Ostaszowa po dwóch tygodniach. Przeżyłem szok - mówi burmistrz. - Ja tam się nie znam. Nie wiem, czy drzewo nadaje się do wycięcia, czy nie. Fachowcy powiedzieli: kwalifikują się. Teraz jak się okaże, że nasza wina, pójdziemy tam... - sołtys Kulik krzyżuje palce w kształcie krat. Wieści z Ostaszowa dotarły do sąsiedniej Krępy. Dębowa droga biegnie w kierunku Koźlic i Radwanic ale przez terytorium Ostaszowa i Krępy. Skoro w Ostaszowie będą mieli z dębiny taki pożytek, to i my nie gorsi - pomyśleli w Krepie i też pojechali z podaniem do burmistrza. Rzecz wyłożyli skrupulatnie: chodzi o 70 drzew, 40 pójdzie na deski, reszta na opał dla mieszkańców wsi. Wszystko zostanie komisyjnie zmierzone i sprzedane, a pieniądze wpłacone na konto Rady Sołeckiej w Krepie. Burmistrz Błażków wydał drugie zezwolenie. Teraz wzięli się za dęby z dwóch stron. Piły warczały, a jęk stulatków niósł się do wsi. Niektórych coś ścisnęło w dołku. Wychowali się przecież pod dębami. Skończyli wycinkę w Ostaszowie, w Krepie zabierali się za drugą dziesiątkę, gdy na ogołoconej z drzew drodze pojawili się jacyś obcy. Mierzyli, liczyli, przepytywali ludzi. Wkrótce we wsiach gruchnęło, że dęby to sprawa dla prokuratora. W Krępie zatrzymali robotę w połowie. Kto doniósł - do dzisiaj nie wiadomo. Mówią że jakiś wróg burmistrza. Anonimowy telefon postawił na nogi najpierw Urząd Rejonowy w Głogowie, potem Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody, Sejmik Samorządowy Województwa Legnickiego, Prokuraturę Rejonową w Głogowie, nie mówiąc o burmistrzu. Ale mądry Polak po szkodzie. Przy drodze sterczały już tylko kikuty. - Poleciało ok. 140 drzew, jakieś 300 kubików. Rzeczoznawcy wyceniają drewno na 550 milionów, policja leśna na 350 milionów... - liczy Błażków. Wartość tartaczna to pestka w porównaniu z „wartością ekologiczną". Gdyby gminie przyszło uregulować opłaty za gospodarcze „skorzystanie” ze środowiska, zbankrutowałyby zaraz na drugi dzień po wyroku, a na dodatek skazałaby się na wiele lat dziadowskiego życia. Tegoroczny budżet miasta i gminy Przemków wynosi 8 miliardów, zaś opłaty (według wstępnych wyliczeń) za wykarczowane dęby sięgną... 70 miliardów! Burmistrz Błażków tylko macha ręką. Droga - nazwana kiedyś nie bez powodu dębową aleją - przypomina dzisiaj pobojowisko: powalone na poboczach kłody, sterczące pnie, posiekane siekierami gałęzie. Krajobraz jak po bitwie. Ciągnie się przez trzy, może cztery kilometry. Leopold Sobolewski jest nadleśniczym w Nadleśnictwie Przemków. Nie przekonują go żadne argumenty przemawiające za decyzją o wycięciu dębów. Pokazuje pień po pniu - co drugie drzewo z użytkowego punktu widzenia nie nadawało się na nic - ani na meble, ani nawet na podłogową klepkę. Pod względem ekologicznym były jednak bezcenne - miały przed sobą długie, dębowe życie, mogły się zielenić, owocować, oddychać. Jedno drzewo to średnio dwa hektary powierzchni asymilacyjnej - tłumaczy nadleśniczy. Kilka kilometrów w bok rośnie tysiącletni dąb „Chrobry" - poplombowany betonem, spróchniały na wylot, ale wciąż żywy. Tej wiosny znów się zazieleni. Słowa nadleśniczego znajdują potwierdzenie w ekspertyzie dr. Cezarego Pacyniaka, dendrologa z Akademii Rolniczej w Poznaniu, którego prokurator Jerzy Mudryk zatrudnił jako biegłego. Zdaniem dr. Pacyniaka wycięto 144 drzewa: dęby czerwone, szypułkowe, błotne, a nawet dwa rzadkie okazy jesionu pensylwańskiego. W sumie ponad 560 metrów sześciennych dębiny, której wartość biegły szacuje na ok. 192 milionów. Przyrodnicze straty nie sprowadzają się jednak tylko do zagłady żywych drzew. Dębowa aleja była naturalną osłoną chroniącą pola przed silnymi wiatrami i wysuszeniem. Rozłożyste konary zatrzymywały duże ilości tzw. opadów poziomych (mgłę, szadź, szron), były domem dla pożytecznego ptactwa - dzięcioła, muchołówki, wilgi, zięby isikory. Nic dziwnego - droga zaczyna przecież swój bieg w rezerwacie ornitologicznym „Stawy Przemkowskie". Drzewa nie zagrażały bezpieczeństwu ludzi i zwierząt. Jeżeli przeszkadzały, to w ostateczności można było wyciąć dęby z jednej strony. Najgrubszy dąb mierzył w pasie 310 cm. Jeżeli Wojewódzki Konserwator Przyrody uznałby sugestie niektórych dendrologów, mógłby ścięte drzewa zakwalifikować do tzw. Pomników przyrody – twierdzi dr Pacyniak. - Cały problem w cenie – uważa Leopold Sobolewski. – Dla chłopów to próchno, dla przyrody dobro bezcenne. Mówiłem im latem: widły na sztorc i zająć Kółka. Mieliby maszyny. Bo po co taka rzeź? Na kombajn wystarczyłyby ze dwa, trzy zdrowe okazy, jeżeli w ogóle prawo dopuszcza podobne praktyki. Sprawa zaczęła się w styczniu. Jest kwiecień. Dęby nadal leżą przy drodze, a ilość pni już nie zgadza się z ilością kłód. Że przyrodzie stała się krzywda, widać gołym okiem. Ale kto i czy w ogóle za krzywdę zapłaci? Wielki znak zapytania. Teraz dębowym skandalem zajmą się Naczelny Sąd Administracyjny i prokurator Jerzy Mudryk z Prokuratury Rejonowej w Głogowie. Do NSA odwołały się obie Rady Soleckie, zaskarżając decyzje kolegium odwoławczego przy Sejmiku. Kolegium pod przewodnictwem Jerzego Antoniaka, powołując się na kpa unieważniło zezwolenie burmistrza. Powód: bo gmina jako strona zainteresowana sprawą powinna być z niej wyłączona. Chłopi nie rozumieją takiej sprawiedliwości. Piszą w skargach do NSA: „Skoro nie wolno o niczym decydować burmistrzowi ani też radzie sołeckiej, to nasuwa się pytanie: po co ustawodawca powołał do życia takie instancje? (...) Nie możemy zgodzić się, że w czasach gdy powołane organy (burmistrz, rady soleckie, sołtysi) są gospodarzami na swoim terenie i z zewnątrz nie mogą liczyć na pomoc gospodarczą, zabrania się im decydować a wręcz zniechęca się do dalszego działania”. Kto ma rację rozstrzygnie sąd. Znacznie twardszy orzech do zgryzienia ma prokurator Mudryk. Wprawdzie wokół aż roi się od ekologicznych przestępstw, ale w sądach rzadko zapadają wyroki dolegliwe dla sprawców. Prokurator musi odpowiedzieć na wiele zasadniczych pytań: Czy burmistrz miał prawo wydać zezwolenie na wycinkę? Czy powinien naliczyć opłaty? Na czym polega szkoda? Kto poniósł największe straty? I pytanie najważniejsze - Kto powinien za szkodę zapłacić? Burmistrz czy rady soleckie? Wbrew pozorom odpowiedzi nie są proste. Sytuację komplikuje istniejący stan prawny, np. ustawa o tzw. komunalizacji. Tak naprawdę burmistrz nie wie, czy gospodarzy na swoim. Wprawdzie z mocy ustawy niektóre składniki majątku przeszły na własność gminy, ale ostateczna decyzja należy do wojewody. Wojewoda rozstrzygnie: co gminne, a co państwowe. - Ja też nie rozumiem takiej samorządności - mówi nadleśniczy Sobolewski. - Jeżeli prawo usankcjonuje ten przypadek, to któregoś dnia chłopi znów się zejdą i uradzą: trzeba sprzedać szkołę, bo we wsi potrzebny kombajn. Tak ma być?
📜
Źródło historyczne
Gazeta „Magazyn Dziennik Dolnośląski” nr 135 z dnia 30 kwietnia 1991 roku.