Archiwum Prasowe24 czerwca 1955
Wiadomość z dnia 24.06.1955
Alarm z Przemkowa i wnioski LAS W PŁOMIENIACH Dymy zasłoniły lasy nadleśnictwa Przemków. Swąd spalenizny rozchodził się na kilkadziesiąt kilometrów. Pożar, któr...
Alarm z Przemkowa i wnioski LAS W PŁOMIENIACH Dymy zasłoniły lasy nadleśnictwa Przemków. Swąd spalenizny rozchodził się na kilkadziesiąt kilometrów. Pożar, który początkowo objął wrzosowiska halizn, zwały gęstego i wyschniętego trzcinnika oraz listowie, przerzucił się z łatwością na młode lasy sosnowe i wierzchołkami, z trzaskiem i hukiem, posuwał się podsycany silnym wiatrem w kierunku północno-wschodnim . Wystraszona zwierzyna sarny, jelenie, dziki uciekała pospiesznie z zagrożonego ogniem terenu, a ptactwo dzięcioły, sikorki, sójki trwożnie krążyło nad chmurami dymów. Od czasu do czasu slupy ognia spowodowane wybuchami gazów, i powstałych z palącej się żywicy i olejków eterycznych, wzbijały się na dziesiątki metrów w górę. Stumetrowe jęzory płomieni pożerały las. Grozę sytuacji wzmagały jeszcze wybuchy amunicji, leżącej tu od czasów wojny. Wieża obserwacyjna sąsiedniego Nadleśnictwa Wierzbowa Śląska pierwsza zaalarmowała okoliczne straże pożarne i administrację leśną, która z kolei zawiadomiła wszystkie ośrodki, skąd można się było spodziewać pomocy. Zjawiły się samoloty wojskowe, by ustalić dokładnie miejsce pożaru. Bezsilni. Lasy przemkowskie położone są na odludziu ok. 40 km od Bolesławca. Utrudniło to poważnie akcję ratowniczą. Stopniowo poczęły nadjeżdżać straże pożarne, nadciągali robotnicy z nadleśnictw Przemków, Wierzbowa, Krzyżowa, z fabryk w Gromadce i Przemkowie, okoliczna ludność, przedstawiciele władz z Bolesławca, Zielonej Góry, Szprotawy. Ludzie starali się otoczyć rozpętane żywioły ognia i nie dopuścić do ich rozszerzania się. Udawało się to tylko po bokach. Na czele ogień posuwał się z nieprzepartą siłą. Cóż mogły zdziałać przeciw niemu zaimprowizowane z gałęzi tłumice lub łopaty, zwłaszcza gdy pożoga objęła korony drzew. Przeciwognia nie zastosowano, gdyż nie znalazł się nikt, kto by wziął na siebie ryzyko tego skutecznego środka. Wyciąć pas lasu i utworzyć gra nicę, na której by się pożar zatrzymał, nie było można brakło mechanicznych pił. Znajdujące się w pobliżu zbiorniki wody nie nadawały się do użytku. Nawet wojsko nie dało rady. Wyrąbało ono pas około 300 metrów o szerokości 810 metrów młodego lasu, ale to było za mało. Pożar posuwał się dalej, napotkał starsze drzewostany (znacznie wyższe), których nie objął. Wtedy ludzie zatrzymali pożar przyziemny. Straty sięgnęły milionów. Pożar strawił ok. 400 ha lasów w tym najwięcej 20 40-letnich (blisko 200 ha), a stuletnich ponad 23 ha. Pogorzelisko długości ok. 5 km, a szerokości 1 km robi ponure wrażenie. Czarne słupy z żółtymi koronami. Żadnego tu podszycia. Żadna zwierzyna tutaj nie przebywa. Żaden ptak nie siada na gałęziach. Na tym obszarze martwoty pozostały zaledwie trzy zielone oazy, których kapryśny pożar nie tknął. Iskry z ciągnika. Kto podpalił ten las? zapyta niecierpliwie czytelnik. Przyczyna jest już znana. Aby przygotować glebę pod zalesienia, użyto do orki ciągnika „Ursus", wynajętego z pobliskiego POM-u. Ciągnik ten iskrzył. Wyschnięte runo leśne zapalało się dwukrotnie i dwukrotnie ogień gaszono. Nie bacząc jednak na to ostrzeżenie, ciągnik orał dalej. Gdy pożar powstał po raz trzeci, już nie udało się go zlokalizować, mimo że postępujący za pługiem w odległości 150 metrów dozorca zauważył go i wraz z obsługą ciągnika próbował ugasić. Na pomoc przybiegło ok. 50 dziewcząt, które pracowały w pobliżu przy zalesianiu, ale i one nie mogły już nic poradzić. Pożar rozszerzał się przy silnym wietrze z wielką szybkością. Ktoś wpadł na pomysł, aby odciąć mu drogę przez przeoranie pasa halizn prostopadle do kierunku posuwania się ognia. Wkrótce okazało się, że był to fatalny błąd, bo ciągnik „Ursus", użyty w pośpiechu, iskrzył jeszcze bardziej i spowodował nowy pożar w miejscu orki, zanim poprzedni do tego miejsca doszedł. A może to wina nie tylko traktorzysty, ale leśniczego lub nadleśniczego, którzy nie skontrolowali, czy orka odbywa się w bezpiecznych warunkach. A może i dyrektora rejonu Lasów Państwowych w Bolesławcu, który na zarzut, że nie zasięgnął opinii rzeczoznawców czy orka ciągnikiem „Ursus" nie spowoduje po żaru, odpowiada, że musiał pośpiesznie wykonywać plany zalesień; jak gdyby ta okoliczność zwalniała od obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa. Pogwałcono tu niewątpliwie zarządzenie Ministra Leśnictwa z dnia 28.1.54 r., które nakazuje sprawę zaopatrzenia ciągników w iskrochrony i kontroli oczyszczania rur wydechowych traktować bardzo poważnie i surowo, a w razie niewykonania poleceń odesłać bezzwłocznie ciągnik i do właściwych władz skierować w niosek o ukaranie winnych. Skoro ciągnik iskrzył, to znaczy, że coś nie było w porządku i orkę należało natychmiast przerwać; Zapoznana ustawa. Czyż liczba ok. 1700 pożarów lasu (średnich i małych) w roku ubiegłym nie jest dostatecznym ostrzeżeniem, że w zakresie ochrony przeciwpożarowej lasów nie jest u nas dobrze? Są to przecież dziesiątki tysięcy ha spalonego lasu. Wszystko to dzieje się, mimo że ustawa z dnia 4 lutego 1950 r. przewiduje ostre sankcje, bo aż do 10 lat więzienia za zaniedbanie obowiązków ochrony przeciwpożarowej. Niestety, wydane na jej podstawie rozporządzenie Ministra Gospodarki Komunalnej z 14 lipca 1952 r. w sprawie zapobiegania pożarom lasów, łąk, torfowisk i wrzosowisk jest mało znane. Katastrofa przemkowska ujawniła poważne braki organizacyjne w akcji ratowniczej, niemal bezradność organizacyjną i niedostatek sprzętu ratowniczego. Brakowało ośrodka, który potrafiłby szybko skoncentrować wszystkie siły, znajdujące się w powiecie, do akcji ratowniczej. Wydaje się, iż uzasadnione są głosy pożarników, którzy domagają się tworzenia specjalnych komitetów przeciwpożarowych, podobnie jak się organizuje komitety przeciwpowodziowe, gdyż klęski pożarów lasów są równie groźne, jak klęski powodzi. Stąd wynika również konieczność systematycznego pouczania społeczeństwa z pomocą broszur, plakatów, prasy, radia i filmu nie tylko o sposobach zapobiegania pożarom lasów, ale i o podstawowych zasadach akcji ratowniczej w lesie, która różni się zasadniczo od ratowania budynków. Na udzielanie wyczerpujących wskazówek w czasie akcji jest zwykle już za późno. Jeśli chodzi o nieszczęsne ciągniki, potrzebne są takie urządzenia zabezpieczające, które całkowicie zapobiegną iskrzeniu. Dopóki to nie nastąpi, należałoby się zastanowić, czy nie zaprzestać używania ciągników w lasach w okresach największego za grożenia pożarami. Pożar w Przemkowie wykazał też jak bardzo ważną rzeczą jest dostarczenie ratującym ludziom wody do picia. Już po trzech godzinach walki z pożarem byli oni tak zmęczeni i spragnieni, że schodzili z posterunku. Tymczasem rozporządzenie mówi o dostarczeniu wody i żywności dopiero po ośmiu godzinach trwania pożaru. Dlatego wyposażenie drużyn ratowniczych samochodów pogotowia w naczynia i czerpaki na wodę jest rzeczą nieodzowną. Narada na pogorzelisku. Aby wyciągnąć wszystkie konsekwencje z przemkowskiej katastrofy i z innych wielkich pożarów lasu ostatnich lat, Ministerstwo Leśnictwa zwołało specjalną naradę przedstawicieli władz zainteresowanych zagadnieniem bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Obrady, które toczyły się w dniach 10 i 11 bm., w Bolesławcu, połączone były ze zwiedzeniem pogorzeliska w Przemkowie. Przyszłość pokaże, czy za teoretycznymi rozważaniami pójdą praktyczne wnioski, ich wykonanie i kontrola wykonania, i czy ilość pożarów zmniejszy się. Rzucone przez Min. Leśnictwa hasło: pożar podobny do przemkowskiego nie może się więcej powtórzyć jest ambitne i obowiązujące. LEON LENAR
📜
Źródło historyczne
gazeta „Życie Warszawy”, Rok XII, nr 149(3632), z dnia 24 czerwca 1955 roku.