List od Annelies Sellmeier
Transkrypcja
Sulzbach-Rosenberg, 29.01.1998
Szanowny Panie Cipura!
Pański list z dnia 22.01.98 otrzymałam z podziękowaniem i przeczytałam z zainteresowaniem, jak bardzo Pan i niektórzy inni panowie kierujący sprawami Przemkowa zajmujecie się założeniem fundacji na rzecz wspierania historii Przemkowa i okolic. Byłoby to dobre i ja również cieszyłabym się, gdyby ta naprawdę interesująca historia Przemkowa mogła zostać jakoś udokumentowana i nie zaginęła.
Również Pański zamiar, aby wykorzystać do tego celu budynek dawnej szkoły ewangelickiej w Przemkowie – gdzie i ja chodziłam do szkoły – uważam za dobry, choć potrafię sobie wyobrazić, że wcześniej konieczne byłyby tam pewne prace renowacyjne. Już podczas naszej ostatniej wizyty w Przemkowie w roku 1996 musieliśmy z przykrością stwierdzić, jak bardzo podupadły wyglądał nasz dawny budynek szkolny i jak chwasty zarosły dziedziniec szkolny, na którym niegdyś wesoło jedliśmy nasze drugie śniadanie. To wszystko będzie kosztować dużo pieniędzy i mogę Panu tylko życzyć, aby Pan oraz wolontariusze znaleźli na to sponsorów, podobnie jak na utworzenie zamierzonego koła wsparcia, co może nie być całkiem łatwe.
Zwłaszcza dlatego, że – jak pisze Pan dalej – fabryka obuwia w Przemkowie zgłosiła upadłość, przez co Pan i kolejne 250 osób traci pracę, co bardzo mnie martwi ze względu na Pana i Pańską rodzinę.
Jeśli zaś chodzi o Pańskie pytanie dotyczące miejsca pracy w Niemczech, naprawdę nie mogę udzielić Panu żadnych dobrych informacji, gdyż po pierwsze osobiście nie widzę żadnych możliwości, by Panu pomóc, a po drugie sytuacja na rynku pracy w Niemczech stała się ogólnie tak zła, że tutaj również jest prawie 5 milionów bezrobotnych, o czym z pewnością wie Pan z wiadomości o Niemczech. To smutne, jak rozwinęła się sytuacja na rynku pracy.
Zresztą, dzisiaj mija dokładnie 54 lata*, od kiedy musieliśmy opuścić naszą kochaną ojczyznę i do tej pory nie potrafię zapomnieć tego dnia, a myślenie o tym wciąż sprawia ból. 29 stycznia 1944 r.* wcześnie rano, około godziny 8:00, musieliśmy zostawić wszystko, co tak kochaliśmy, i z godziny na godzinę nie mieliśmy już domu, mieszkania, łóżka, egzystencji, a tym samym dochodu ani ojczyzny. Również wszystkie nasze liczne zwierzęta, w tym nasze dwa kochane pieski, musieliśmy tam zostawić. Było to wielkie, nieopisane cierpienie i jeszcze dziś słyszę, jak żona naszego stangreta powiedziała, gdy w wielkim mrozie i głębokim śniegu, biegnąc za naszym wozem uchodźczym, jeszcze raz się obejrzałam: „Nie oglądać się, nie oglądać się, to zbyt bardzo boli!”. Tak, a potem nastąpiło 6 strasznych tygodni pieszo na szosie, w trakcie których szliśmy ze Śląska aż do Bawarii, aż w końcu 13 marca 1944 r. dotarliśmy tutaj i zostaliśmy zakwaterowani bardzo nędznie u pewnej rodziny rolniczej na poddaszu, gdzie żyliśmy tak przez ponad pół roku, dopóki nie znaleźliśmy możliwości przesiedlenia się do Sulzbach-Rosenberg. Ale i tutaj nastąpiło jeszcze wiele ciężkich lat w biedzie i wyrzeczeniach, zanim powoli znów zbudowaliśmy sobie nowe życie, ale tak pięknie i bogato jak w domu w Adelaidenau** nie było już nigdy.
Dlatego też dobrze mi robi, niejako w ramach rozliczenia się z przeszłością, spisywanie wszystkich tych pięknych historii o ojczystym Adelaidenau z mojej tak pięknej i szczęśliwej młodości tam spędzonej, a kiedy już je wszystkie ukończę, chętnie prześlę je Panu do przeczytania, jeśli naprawdę będzie Pan tego chciał.
Na dzisiaj chcę zakończyć mój list. W międzyczasie nastał już 10 lutego, ponieważ ostatnio dużo chorowałam i leżałam w łóżku, przez co nie miałam ochoty ani siły do pisania, tak że list został ukończony dopiero dzisiaj.
Z życzeniem, aby mógł Pan jednak zachować swoją pracę lub wkrótce znalazł nową, pozdrawia serdecznie Pana i Pańską rodzinę,
Annelies Sellmeier
