Za kulisami pruskiego dworu
Luiza Zofia
ZA KULISAMI
PRUSKIEGO DWORU
Frontyspis
autorstwa
JEJ KRÓLEWSKIEJ WYSOKOŚCI KSIĘŻNEJ PRUS, ŻONY KSIĘCIA FRYDERYKA LEOPOLDA KSIĘŻNEJ SZLEZWIKA-HOLSZTYNU
Redakcja, wstęp i notatki opracowane przez
MAJORA DESMONDA CHAPMANA-HUSTONA
LONDYN
JOHN MURRAY, ALBEMARLE STREET, W.
Wydanie pierwsze . . 1939
Wyprodukowano i wydrukowano w Wielkiej Brytanii przez Butler & Tanner Ltd., Frome and Londyn
DEDYKACJA
Dedykuję te strony ku pamięci mojego ukochanego męża i mojego ukochanego najmłodszego syna, których życie było szczególnie smutne z powodu prześladowań. Niestety, mój mąż nigdy nie napisał swoich Pamiętników; gdyby to zrobił, byłyby one bardzo interesujące, ponieważ brał udział w wielu historycznych wydarzeniach.
Ponieważ nie prowadziłam regularnego dziennika po 1902 roku, nie zawsze mogę uporządkować moje wspomnienia dokładnie według dat, a jedynie relacjonować wydarzenia zgodnie z prawdą. Starałam się dać uczciwy obraz lat między 1866 a 1918 rokiem, a także wielkich smutków wyrządzonych mojej rodzinie przez autokrację cesarza Wilhelma II.
Często byłam wściekła na oszczerstwa, którymi atakowano mojego drogiego męża i moje ukochane dzieci; ale kiedy myślałam o odpowiedzi lub obaleniu ich, przedstawiono mi, że trzeba być ponad takimi atakami, które z samej swojej natury nie zasługują na odpowiedź. Jednak wiele z tych kłamstw pozostało w pamięci ludzi, którzy lubią wierzyć w takie historie i dlatego mają całkowicie fałszywy obraz tych, którzy są najbliżsi mojemu sercu.
Być może te strony posłużą do skorygowania takich zniekształconych obrazów. Przynajmniej wyjaśnią, jak niemożliwe było dla nas pokochanie głównego autora wszystkich naszych nieszczęść.
Ponieważ pragnę pisać przede wszystkim o moich radościach i smutkach jako pruskiej księżniczki (tak jak margrabina Bayreuth pisała o swoich), nie będę, mam nadzieję, rozwodzić się zbyt długo nad moim dzieciństwem i młodością, co jest błędem, w który popadli niektórzy inni.
Naszej przyjaciółce, pani M. Mordecai, jestem winna najserdeczniejsze podziękowania za jej wielką uprzejmość w tłumaczeniu moich niemieckich tekstów na angielski w sposób, w jaki mógł to zrobić tylko prawdziwy pisarz, którym ona jest. Zdaję sobie sprawę, jak trudne i żmudne było to zadanie. Kiedy choroba uniemożliwiła jej kontynuowanie pracy do samego końca, baronowa von Mumm poświęciła wiele swojego cennego czasu, aby mi pomóc, i zawsze będę o tym z wdzięcznością pamiętać.
Jestem również bardzo wdzięczna majorowi Desmondowi Chapmanowi-Hustonowi, który był na tyle uprzejmy, że zadał sobie trud zredagowania i ułożenia moich wspomnień; jestem mu szczególnie wdzięczna, ponieważ chociaż jestem całkiem niedoświadczoną autorką, pozostawił mój rękopis w takim stanie, w jakim go napisałam.
Chcę, aby ta książka została przekazana światu, dopóki cesarz Wilhelm II i ja wciąż żyjemy, aby nikt nie mógł powiedzieć, że zaatakowałam go po jego śmierci lub że ja, już martwa, a zatem niedostępna, uderzyłam w niego zza grobu.
Mam nadzieję, że żaden z moich czytelników nie spodziewa się opisów wielkich wydarzeń politycznych, ponieważ piszę tylko o szczęśliwym i nieszczęśliwym życiu osobistym pruskiej księżnej.
LUIZA ZOFIA,
Księżna, żona księcia Prus Fryderyka Leopolda,
księżna Szlezwika-Holsztynu.
Glienecke.
21 listopada 1937 roku.
PRZEDMOWA REDAKTORA
KSIĘŻNA Szlezwika-Holsztynu LUIZA ZOFIA przyszła na świat w niedzielę i, jak głosi stara szkocka sentencja:
The bairn that is bom on the Sabbath day
Is blythe and bonny and good and gay.
(Dziecko, które przychodzi na świat w dzień sobotni,
Jest radosne, urocze, dobre i wesołe.)
Jest to z pewnością prawdą w odniesieniu do autorki tych wspomnień. Pomimo życia pełnego wielkich perypetii, jej wrodzone szczęście i wesołość pozostały nienaruszone, a dwadzieścia pięć lat ucisku spędzonych na pruskim dworze nie przyćmiło jej wrodzonej życzliwości. Tak jak zawsze, nadal uwielbia dobry śmiech, dobry żart, dobrą historię i chwali się drobnymi niekonwencjonalnymi rozwiązaniami.
Od czasu niemieckiej rewolucji w 1918 roku opublikowano wiele książek opisujących pruski dwór z punktu widzenia urzędników lub innych mniej lub bardziej uprzywilejowanych obserwatorów; o ile mi wiadomo, księżna, żona księcia Fryderyka Leopolda jest pierwszą, która zrobiła to całkiem szczerze od wewnątrz. Co więcej, jest w stanie osiągnąć znaczną dozę obiektywizmu, ponieważ chociaż znajdowała się na dworze, nigdy duchem do niego nie należała. W Pamiętnikach cesarz Wilhelm II nieświadomie rzuca pewne nieprzyjemne światło na swoje otoczenie; ale to księżnej, żonie księcia Fryderyka Leopolda pozostawiono obnażenie bezwzględności drobnej tyranii, pod którą żył każdy członek rodu Hohenzollernów.
Dla angielskich czytelników księżna będzie szczególnie bliska ze względu na jej miłość do Anglii i liczne angielskie koneksje. Ze strony matki jest prawnuczką księżnej Kentu, a ze strony ojca siostrzenicą księcia Szlezwika-Holsztynu Krystiana, który poślubił trzecią córkę królowej Wiktorii, księżną Helenę;
córka jej ukochanej siostry Calmy poślubiła ostatniego księcia Albany. Edward VII oraz jego bracia i siostry byli pierwszymi kuzynami jej matki. Nie możemy również zapominać, że jej praprababka Karolina Matylda, małżonka Chrystiana VII z Danii, nieszczęśliwa "Królowa Łez", była siostrą Jerzego III.
Podczas wszystkich swoich wizyt w Anglii księżna cieszyła się życiem nieskrępowanej wolności, która, mamy nadzieję, jest niezbywalnym dziedzictwem każdego gościa lądującego na naszych wybrzeżach. Kolejną cechą, która zjedna autorce angielskich i amerykańskich czytelników, jest jej zamiłowanie do wszystkich prostych sportów na świeżym powietrzu, takich jak spacery, tenis, jazda na łyżwach, jazda konna, polo i wyścigi. Pomimo nakazu dworu, by tego nie robiła, zaczęła jeździć na rowerze około 1893 lub 1894 roku, będąc jedną z pierwszych niemieckich kobiet, a na pewno pierwszą niemiecką księżną, która to zrobiła. O tym, że jej mąż, książę Fryderyk Leopold, w pełni akceptował entuzjazm swojej żony dla nowej rozrywki, świadczy fakt, że na Boże Narodzenie 1895 roku podarował jej rower w prezencie. Do dziś regularnie podróżuje na długich dystansach na tym, co nazywa swoim przyjaznym kołem. Znamienne jest, że z wyjątkiem jazdy konnej i gry w polo, które z konieczności są zarezerwowane dla mniej lub bardziej zamożnych, wszystkie sporty szczególnie preferowane przez księżną były tanie i demokratyczne. Rzeczywiście jest prawdziwą demokratką, gdyż style i tytuły, które odziedziczyła lub zdobyła, są w jej oczach nieistotne w porównaniu z faktem, że osobiście zasłużyła na to, aby jej synowie nazywali ją „sportową matką”, a ich dzieci mogły z kolei postrzegać ją jako „sportową babcię”.
Autorka zakazała sobie wszelkich odniesień do polityki, ale było to całkowicie niemożliwe dla jakiejkolwiek księżnej z Szlezwika-Holsztynu urodzonej w czasie aneksji jej kraju przez Prusy, aby uniknąć bardziej gwałtownych konsekwencji, zwłaszcza jeśli mieszkała na pruskim dworze podczas panowania Wilhelma II. Ten narzucony sobie zakaz polityczny uniemożliwia księżnej wyjaśnienie pierwotnej przyczyny intensywnej niechęci i zazdrości Wilhelma II do jej męża, siebie i ich rodziny. W żadnym z opublikowanych tomów Wilhelm II nie wspomina nawet o swojej szwagierce, jej mężu księciu Fryderyku Leopoldzie (który był jego drugim kuzynem) ani o żadnym z ich dzieci.
To, że księżna nigdy nie była w stanie wybaczyć aneksji jej kraju przez Prusy w 1864 roku, jest całkowicie jasne. Znaczące jest, że pierwsze i ostatnie zdania jej książki odnoszą się do jej narodowości Szlezwika-Holsztynu. To, co nie jest jasne z jej stron, to jak cesarz postrzegał tę kwestię: w Moich przodkach[1] mówi, że:
Krótka kampania 1864 roku poprowadziła pruskie i austriackie pułki do walki ramię w ramię przeciwko Duńczykom, aby raz na zawsze położyć kres uciskowi Szlezwika-Holsztynu i rodu Augustenburgów.
Wydaje się, że nawet w sześćdziesiątym roku życia cesarski autor nie pojął dziwnego faktu, że wolni ludzie niekoniecznie lubią zamieniać jeden ucisk na inny.
Książę koronny Fryderyk, ojciec Wilhelma II, był, jak powszechnie wiadomo, delikatny przez całe życie i mówi się, że książę Fryderyk Karol[2], który był podwójnie jego pierwszym kuzynem, nie tylko pragnął zobaczyć go wykluczonego z sukcesji z powodu złego stanu zdrowia, ale zdecydowanie intrygował w tym celu! Osobisty pogląd Wilhelma II na kampanię w Szlezwiku-Holsztynie został rozwinięty w następujący sposób:
Mój ojciec nie otrzymał żadnego dowództwa armii. Nominacje otrzymali Wrangel i książę Fryderyk Karol[3] [Friedrich Karl]. Ta decyzja sprawiła mu wielki ból, ale chociaż bardzo cierpiał w duszy, nigdy, na swój arystokratyczny sposób, nie pozwolił, by to się ujawniło. Jego młody, bystry i energiczny kuzyn miał wielu wielbicieli, którzy sądzili, że odkryli w nim wielki geniusz wojskowy, i próbowali popchnąć go do śmierci kosztem mojego ojca. Było to dla nich tym łatwiejsze, że przez pewien czas w młodości mój ojciec był bardzo delikatny i musiał spędzić zimę we Włoszech. Wydaje się, że czas ten został wykorzystany przez księcia Karola [Kari] Pruskiego - brata króla - do propagowania kandydatury jego syna, księcia Fryderyka Karola [Friedrich Karl], na tron, w miejsce "słabego" spadkobiercy. Tworzyły się partie — nawet oficerowie armii zajmowali stanowiska — jedni broniąc nietykalności praw następcy tronu, podczas gdy drudzy opowiadali się za dziedzicem, który byłby "zdrowy i zdolny do pracy". Z tego powodu nigdy nie mogło być zaufania i otwartej przyjaźni między dwoma kuzynami, a niestety jej miejsce zajął pewien dystans i nieufność.
Wilhelm II zdaje się nie doceniać ważnych powodów politycznych i wojskowych, które zadecydowały o tym, że jego trzydziestotrzyletni ojciec nie otrzymał niezależnego dowództwa w wojnie duńskiej w 1864 roku. Marszałek polny hrabia von Wrangel był głównodowodzącym zjednoczonych armii austriackiej i pruskiej. Niezwykle ważnym zadaniem księcia koronnego Fryderyka było działanie jako rozjemca między dowódcami wojskowymi, łagodzenie zazdrości i rywalizacji oraz łagodzenie tarć, które notorycznie istniały między dwiema armiami i ich dowódcami - zadanie, do którego był szczególnie przystosowany i w którym odniósł wspaniały sukces.
Krytyka cesarza dotycząca zdolności wojskowych księcia Fryderyka Karola jest nieuzasadniona. Czerwony Książę był, jeśli nie geniuszem wojskowym pierwszej rangi, to przynajmniej odważnym i niezwykle zdolnym żołnierzem zarówno w polu, jak i w radzie. Drei Linden, prosty mały wiejski dom w formie szwajcarskiej chatki w pobliżu Wann See, był siedzibą Drei Linden Society, słynnej grupy wojskowej zebranej wokół niego przez księcia Fryderyka Karola w celu omówienia strategii i taktyki. Współczesna armia pruska, a w szczególności kawaleria, wiele zawdzięcza tym nieoficjalnym i nieformalnym konferencjom i debatom. Nie było wątpliwości co do osobistej odwagi księcia w polu. Jego przyjaciele nazywali go Prinz alltiet vorup.
Trudniej powiedzieć, jakie są rzeczywiste podstawy zarzutów postawionych księciu Fryderykowi Karolowi przez Wilhelma II. To, że nie są one zbyt istotne, można bezpiecznie wywnioskować z faktu, że kwestia ta nigdy nie ingerowała w głębię, szczerość i serdeczność relacji między księciem następcą tronu Fryderykiem a jego pierwszym kuzynem: od początku do końca życia byli bliskimi przyjaciółmi. Każdy z nich dowodził armią w kampanii francusko-pruskiej w 1870 roku, a w nagrodę za swoje zasługi tego samego dnia otrzymali w Wersalu pałasze marszałkowskie.
Co więcej, między księciem następcą tronu Fryderykiem a dziadkiem i ojcem autorki nie było nic poza przyjaźnią. Książę następca tronu i książę Augustenburg byli razem w Bonn, służyli jako bracia oficerowie w Pierwszym Pułku Gwardii Pieszej i pozostali przyjaciółmi na całe życie. Jak wskazuje księżna, żona księcia Fryderyka Leopolda, żadna zazdrość, dynastyczna czy inna, nie powstrzymała Fryderyka Szlachetnego przed wspieraniem w całym sporze o Szlezwik-Holsztyn tego, co uważał za uzasadnione prawa księcia Augustenburga i jego syna.
Nie sposób odgadnąć, z jakiego źródła Wilhelm II czerpał tę chorobliwą niechęć i zazdrość wobec księcia Fryderyka Karola, jego jedynego syna księcia Fryderyka Leopolda i całej rodziny; z pewnością nie od cesarza ani cesarzowej Fryderyki: Czy sam fakt, że byli bliskimi przyjaciółmi jego rodziców, sprawił, że Wilhelm II był wobec nich nieufny i niechętny? Mówi się, że jego własna uschnięta ręka została przedstawiona przez tych, którzy intrygowali w imieniu księcia Fryderyka Karola, jako powód do odsunięcia syna i ojca. Jeśli tak, trudno będzie mu wybaczyć zniewagę w jego najczulszym punkcie.
*
Ta odziedziczona dynastyczna i polityczna niechęć między Wilhelmem II a księciem Fryderykiem Leopoldem została wzmocniona przez przyczyny, głównie osobiste i temperamentalne.
Cesarzowa Augusta Wiktoria miała znacznie bardziej uległą naturę niż jej młodsza siostra księżna Ludwika Zofia. Kiedy poślubiła pretendenta do pruskiego tronu, z intuicyjną mądrością, której czasami odmawia się mądrzejszym osobom, postanowiła spróbować zapomnieć tak całkowicie, jak tylko mogła, że urodziła się jako księżniczka Szlezwika-Holsztynu. Takie poświęcenia są często wymagane od rodziny królewskiej, i dobrze, gdy są dokonywane z wdziękiem i pełnym zaangażowaniem. Siostry nie zawsze mają takie same poglądy, a gdy jedna jest nie tylko starsza, ale również małżonką monarchy, naturalne różnice temperamentu mogą czasami przybrać odcień goryczy. Niewątpliwie cesarzowa wielokrotnie interweniowała na rzecz swojej siostry i szwagra oraz ich dzieci, ale ponieważ wyniki były niezmiennie negatywne, jej chęć pomocy mogła z łatwością przynieść więcej szkody niż pożytku! Co więcej, opowieść księżnej, która nosi znamiona prawdy, jasno pokazuje, że Wilhelm II nie znosił dystansu, dystyngowanej prezencji i osobistej popularności księcia Fryderyka Leopolda, którego nie zawsze mógł uniknąć mianowania swoim przedstawicielem przy oficjalnych okazjach. Próżność i niepokój cesarza sprawiły, że mu się to nie podobało, a w konsekwencji sprawił, że książę i księżna, żona księcia Fryderyka Leopolda i ich dzieci cierpieli na wiele sposobów.
Nieuniknionym rezultatem tego wszystkiego było to, że książę i księżna, żona księcia Fryderyka Leopolda całkiem naturalnie czuli się urażeni koniecznością wypełniania obowiązków reprezentacyjnych, które zostały im powierzone niechętnie, w duchu zazdrości i nieufności.
Angielscy i amerykańscy czytelnicy mogliby mieć duże trudności z uwierzytelnieniem relacji Autorki o niewiarygodnym sposobie, w jaki Wilhelm II ingerował w prywatne sprawy członków swojego rodu, gdyby nie było to potwierdzone wieloma oficjalnymi dokumentami, które leżą przede mną w chwili pisania, a jeden z charakterystycznych przykładów jest podany w dodatkach.
*
Podczas gdy prawie każda ludzka historia opowiedziana zgodnie z prawdą zawiera ludzkie zainteresowanie, księżna, żona księcia Prus Fryderyka Leopolda - a przynajmniej tak mi się wydaje - ma zdecydowaną wartość historyczną. Jest typowo niemiecka i wydaje się dowodzić, że Niemcy, a raczej Prusy, nie zmieniły się ani o jotę. Wilhelm II był w stanie całkowicie skrywać swoje uczucia jako człowieka i krewnego w tym, co uważał za swój obowiązek jako suwerena i wodza swojego rodu. Chociaż osobiście był bogatym człowiekiem i miał wyłączną kontrolę nad ogromnym bogactwem rodu Hohenzollernów, mógł spokojnie siedzieć w Doom, zaniedbując swój oczywisty prawny i moralny obowiązek zapewnienia odpowiedniego zabezpieczenia na starość wszystkim członkom swojego rodu. Są to zasadniczo pruskie idiosynkrazje i wydają się być niezdolne do jakiejkolwiek modyfikacji. Prusak wydaje się dziś tak samo gotowy, jak zawsze był gotów karać z najwyższą surowością, nie tylko swoich najbliższych, ale każdego, nie dla dobra ich duszy - co może być błędnie szlachetnym motywem - ale za naruszenie prawa domowego, przyjętej konwencji, duchowej, kulturowej lub rasowej ideologii, a nawet odziedziczonej niepełnosprawności psychicznej. To właśnie ta godna pożałowania średniowieczna wiara w słuszność inkwizycyjnych spaleń i tortur dzieli współczesne Niemcy od nowoczesnej Europy i Ameryki.
Jednak w oczach autorki najbardziej niegodziwym i niewybaczalnym grzechem cesarza było to, co nazywa okradaniem swoich synów. W tym miejscu Wilhelm II mógł nauczyć się przydatnej lekcji od swojej żony. Jej natura była w pełni tak czuła i kochająca dom jak natura autorki, cesarzowa, gdy zaproponowano jej odebranie jej trzech starszych synów w młodym wieku i zapewnienie im całkowicie wojskowej edukacji, była prawie pozbawiona zmysłów. Szczególną niechęć wzbudziła w niej rozłąka z najmłodszym synem, księciem Joachimem, który był bardzo słaby; w końcu jednak musiała ustąpić i dlatego była bezsilna, gdy podobne barbarzyństwo zastosowano wobec jej siostry. Może się wydawać, że Cesarzowa była niezbyt zaangażowana w udzielanie siostrzanej pomocy; jednak fakty pokazują, że ogólnie rzecz biorąc, była niemal bezradna w tym zakresie.
*
Autorka tych stron jest odporna, nieustraszona, niekonwencjonalna; oprócz tego, że jest prawdziwą demokratką, jest prawdziwą arystokratką, ponieważ domaga się wolności dla siebie i swobodnie przyznaje ją innym. Cicha odwaga i zwykła duma, z jaką zaakceptowała osobiste i rodzinne katastrofy oraz wszystkie straty narzucone jej przez niemieckie rewolucje, są poruszające. Jej urodzenie w Szlezwiku-Holsztynie, silna osobowość, pełne ducha umiłowanie niezależności i wolności sprawiły, że księżna z natury była buntowniczką, podczas gdy jej nieustraszoność i niewyczerpane zasoby uczyniły ją niewątpliwym przeciwnikiem, nawet dla Wilhelma II i jego świty. To, że lubił i wymagał służalczości, zostało w pełni udowodnione przez wielu niezależnych obserwatorów. Dostał ją, ale nieuniknionym rezultatem jego panowania było to, że - z wyjątkiem Bismarcka - nigdy nie miał przy sobie ludzi pierwszej klasy, a kiedy nadszedł dzień próby, wszyscy go zawiedli. Kuzynki Autorki, który ze względu na swoje rodzinne więzi mógł być bardziej skłonny do wykazywania sympatii niż niechęci, mówi o pruskim dworze:
Tutaj był to przypadek kłaniania się i stukania obcasami, sztywnej i "poprawnej" postawy, sztucznej atmosfery nasyconej zazdrosnym i podejrzliwym dworem, nominalnie i zewnętrznie adorującym i posłusznym cesarzowi we wszystkim, ale wewnętrznie masą intrygujących, kąsających dworzan. Każdy z nich walczył o pozycję kosztem swojego sąsiada i, z kilkoma honorowymi wyjątkami, nie przywiązywał zbytniej wagi do historii, które szeptali do ucha Najwyższego (kiedy mogli się do niego dostać), ani do tych, które opowiadali o Jego Królewskiej Mości innym ludziom[4].
Należy jedynie podkreślić fakt, że najstarszy syn cesarza, były książę Wilhelm, nie podzielał niechęci ojca do autorki i jej rodziny. Na stronie 214 cytowany jest bardzo przyjazny list, który napisał do księcia Fryderyka Leopolda. Był w najlepszych stosunkach z dwoma starszymi synami Autorki, księciem Fritzem i księciem Fritzem Karlem, z których obaj należeli do jego regimentu, słynnych Huzarów Głowy Śmierci. Zachował się z taktem i rozwagą przy okazji pogrzebu księcia Fritza Karla, a w swoich Pamiętnikach, mówiąc o niemieckich zmarłych śpiących na obcej ziemi, powiedział: "Wśród nich leży mój kuzyn, książę Prus Friedrich Karl, szczególnie niezłomny jeździec i żołnierz".
Kochająca wolność natura autorki instynktownie nie znosiła pruskiej atmosfery koszarowej, która panowała na pruskim dworze. Śmieszne zamieszanie, jakie wywołała jej jazda na rowerze. To prawda, robiła to niekonwencjonalnie i była pionierką, a w żadnej z tych funkcji kobieta nie była mile widziana w ówczesnych Niemczech. Wilhelm II nakazał pannie Lascelles, córce ambasadora Jego Brytyjskiej Mości, nie jeździć na rowerze w Berlinie! Można się zastanawiać, jak oparł się pokusie ocenzurowania królowej Holandii za taką jazdę!
*
Lord Palmerston podobno oświadczył, że tylko jeden człowiek w Europie dokładnie rozumie kwestię Szlezwika-Holsztynu - i był on szaleńcem! Na szczęście dość łatwo jest cieszyć się lekturą tej książki bez posiadania dużej wiedzy na temat tej skomplikowanej i złożonej zagadki historycznej; niemniej jednak pewien niewielki szkic wydaje się pożądany, ponieważ rozwiązanie tej kwestii wymuszone przez Prusy w 1864 roku wpłynęło na całe życie i perspektywy Autorki oraz wielu jej bliskich krewnych. Na długo przed jej narodzinami Kilonia była winnicą Nabota pożądaną przez Danię, Austrię i Prusy. Walczyły ze sobą po kolei i... Prusy wygrały. Każdy z tych krajów przewidział, że Kilonia może łatwo stać się wielką bazą morską, którą jest dzisiaj, i każdy był zdeterminowany, aby dzięki niej kontrolować Bałtyk.
Istnieje wiarygodna legenda głosząca, że hrabiowie Oldenburga wywodzą się od Wittekinda, wielkiego germańskiego lidera Sasów, który dzielnie walczył przeciwko i został pokonany przez Karola Wielkiego. W połowie XV wieku Thierry Szczęśliwy, hrabia Oldenburga, nabył hrabstwo Holsztynu i księstwo Szlezwika przez małżeństwo, a w 1448 roku jego syn Krystian I został kolejno królem Danii, Norwegii i Szwecji. Thierry był niemieckim księciem, a jego hrabstwo Holsztyn było niemieckie, podczas gdy Szlezwik był duński. To, oraz fakt, że prawo salickie, które panowało w całych Niemczech, zostało uchylone w Danii, doprowadziło do niekończących się historycznych komplikacji i trudności.
Patrząc wstecz, łatwo jest teraz dostrzec, że było tylko kwestią czasu, aż Prusy, pokojowo lub inaczej, połkną nie tylko niemiecki Holsztyn, ale także Szlezwik z jego głównie duńską populacją. Stało się to jesienią 1864 roku.
Ci, którzy uważają, że kwestia Szlezwika-Holsztynu została ostatecznie rozstrzygnięta w niemieckich oczach w czasie plebiscytu po traktacie wersalskim, są w błędzie. Plebiscyt, w którym można powiedzieć "nie", nie jest uznawany w Niemczech. W chwili, gdy powstają te słowa, Herr Hitler, połknąwszy Austrię i Czecho-Słowację, kieruje pożądliwe oczy w stronę duńskiego Szlezwika, przepojony silnym pragnieniem odzyskania tego pięknego kraju, którego mieszkańcy byli tak szczęśliwi, mogąc ponownie stać się Duńczykami po tym, jak przez ponad pięćdziesiąt lat byli poddani Niemcom.
D. C.-H.
Ferring-by-Sea, Sussex.
21 października 1938.
CHRONOLOGIA
KSIĘCIA PRUS FRYDERYKA LEOPOLDA
JEDYNEGO SYNA
KSIĘCIA PRUS FRYDERYKA KAROLA (CZERWONEGO KSIĘCIA)
I KSIĘŻNEJ ANHALT MARII ANNY,
I WIELKIEGO BRATANKA
CESARZA WILHELMA I.
1865. Urodził się w Berlinie 14 listopada
1875. Wstąpił do Pierwszej Gwardii Pieszej (E.G.R.) i otrzymał Order Czarnego Orła.
1879. Ślub najmłodszej siostry Luise Margarethe z księciem Connaught 13 marca w Windsorze.
1885. Śmierć ojca 15 czerwca.
1885-6. Studiuje nauki polityczne (Staatswissenschaft) na Uniwersytecie w Bonn.
1886-7. Odbywa długą podróż do Indii i na Wschód.
1888. Kapitan kawalerii (Rittmeister) i dowódca szwadronu ratunkowego (Leibeskadron) Gardes du Corps.
1889. Ślub z księżną Szlezwika-Holsztynu-Augustenburga Luizą Zofią w Berlinie 24 czerwca.
" Kapitan (Hauptmann) w Pierwszej Gwardii Pieszej.
1890. Awansowany na majora.
" Narodziny 17 kwietnia jedynej córki, księżniczki Victorii Margarethe (Agra).
1891. Narodziny 17 grudnia najstarszego syna księcia Friedricha Sigismunda (Fritza).
1892. Awans na podpułkownika za długodystansową podróż Berlin-Wiedeń.
1893. Narodziny 6 kwietnia drugiego syna, księcia Friedricha Karla (Fritz Karl).
" Pułkownik i dowódca Gardes du Corps.
1894. Oficer generalny dowodzący Czwartą Brygadą Piechoty.
1895. Narodziny 27 sierpnia najmłodszego syna, księcia Friedricha Leopolda.
1897. Oficer generalny dowodzący Czwartą Brygadą Kawalerii.
1898. Oficer generalny dowodzący Jedenastą Dywizją w Cassel.
1899. Odznaczony przez królową Wiktorię Krzyżem Wielkim (Honorowym) Królewskiego Orderu Wiktorii w Balmoral 29 września.
1900. Inspektor Czwartej Dywizji Kawalerii.
1901. Dowódca B. Dywizji Kawalerii XVII Korpusu Armijnego (zm. 12 lutego).
1902. Generał kawalerii i szef kuchni 15. Dywizji Ułanów (Szlezwik-Holsztyn) oraz a la suite Leibhusaren (znanej jako Todtenkopfhusaren) (Huzarzy Śmierci).
1903. Książę Friedrich Sigismund (Fritz) i książę Friedrich Karl (Fritz Karl) wstępują do Kadet Akademie w Naumburg-on-Saale.
1905. Obserwator (Beobachter) dołączony do armii rosyjskiej podczas wojny rosyjsko-japońskiej.
1907. Generalny inspektor 1 Inspektoratu Armii (8 stycznia).
1910. Awansowany na generała pułkownika.
1913. Rezygnacja ze stanowiska Generalnego Inspektora 1 Inspektoratu Armii przyjęta z dniem 31 stycznia.
" Ślub jedynej córki (Agra) z księciem Reuss Heinrichem XXXIII w Poczdamie 17 maja.
1914. Srebrna rocznica ślubu 24 czerwca.
" Przydzielony do II Echelonu, Cesarskiej Kwatery Głównej na Zachodzie, 1 sierpnia.
1915. Narodziny 9 stycznia w Cassel pierwszej wnuczki, księżniczki Reuss Marii Luizy (Marlisy).
1916. Ślub najstarszego syna księcia Friedricha Sigismunda (Fritza) z księżną Schaumburg-Lippe Marią Luizą 27 kwietnia w Glienecke.
" Narodziny drugiego wnuka 24 listopada w Cassel księcia Reuss Heinrich II.
1917. Śmierć 6 kwietnia drugiego syna księcia Friedricha Karla (Fritza Karla) w brytyjskim szpitalu niedaleko Rouen w wyniku odniesionych ran.
" Narodziny 23 sierpnia w Glienecke trzeciej wnuczki, księżniczki Prus Marii Luizy.
1919. Narodziny 13 marca w Glienecke czwartego wnuka, księcia Prus Friedricha Karla.
1923. Śmierć 9 września jedynej córki Victorii Margarethe (Agra), księżnej Reuss, żony księcia Heinricha XXXIII.
1927. Śmierć najstarszego syna księcia Friedricha Sigismunda (Fritza) w wypadku podczas wyścigu w Lucernie.
1931. Zmarł w swojej wiejskiej posiadłości Flatow, 13 września.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Dom i dzieciństwo. 1866 - 1872.
"Na zawsze niepodzielny" to stare zawołanie bojowe drogiej nadmorskiej krainy Szlezwika-Holsztynu, której synowie przelewali krew walcząc z długotrwałymi i ciągłymi atakami Danii, by oderwać Szlezwik od Holsztynu.
Podczas kulminacji tej walki przyszłam na świat[5] w Düsternbrook niedaleko Kilonii, która siedemdziesiąt lat temu była raczej brzydkim małym miasteczkiem, ocalonym od nieistotności dzięki swojemu położeniu z widokiem na piękne południowo-wschodnie ramię Bałtyku znane jako Zatoka Kilońska. Nasza rodzina składała się z jednego brata i czterech sióstr, a ponieważ byłam jedyną z pięciorga urodzonych w naszej ojczyźnie, próbowałam denerwować innych, mówiąc, że jestem jedyną prawdziwą Szlezwik-Holsztynianką.
Starożytny królewski ród Oldenburgów, którego gałęzią jest nasz ród, został założony w XV wieku przez Krystiana I, króla Danii, Szwecji i Norwegii, księcia Szlezwika i hrabiego Holsztynu. Potomkowie Krystiana I panowali w Szwecji od 1750 roku aż do przyjęcia Bernadotte jako księcia następcę tronu w 1810 roku. Gałąź naszego rodu panowała w Rosji aż do rewolucji 1917 roku, a inne gałęzie panują w Danii, Norwegii i Grecji do dziś.
Jak to zwykle bywa w rodzinach panujących, kilka gałęzi naszego rodu w tym czy innym czasie, z powodów dynastycznych lub innych, zróżnicowało swoje pierwotne oznaczenie terytorialne, co wyjaśnia gałęzie Sonderburg, Augustenburg, Glücksburg i Gottorp (rosyjska). Historyczne i rodzinne komplikacje znane nam z naszych kołysek są oczywiście nieco mylące dla angielskich i amerykańskich czytelników, dlatego na początku wspomnę o kilku istotnych kwestiach. Należymy do gałęzi Sonderburg-Augustenburg, która jest następna w starszeństwie starej duńskiej linii królewskiej, która zakończyła się wraz z Fryderykiem VII w 1863 roku.
Mój dziadek, Krystian August[6], miał bezpośrednie roszczenia zarówno do królewskiego tronu Danii, jak i do książęcego tronu Szlezwika-Holsztynu. W rzeczywistości zaoferowano mu tron duński, ale odmówił, ponieważ przyjęcie go wiązałoby się z porzuceniem obywatelstwa Szlezwika-Holsztynu. Później, woląc zostać osobą prywatną, zrzekł się praw do księstwa na rzecz swojego najstarszego syna, mojego ojca, który wstąpił na tron książęcy jako Fryderyk VIII. Odtąd mój dziadek postanowił być znany po prostu jako książę Augustenburga[7].
Mieszkańcy Szlezwika-Holsztynu byli szczęśliwi, ponieważ nie tylko zachowali na czele księcia z własnego suwerennego rodu, prawdziwego Szlezwika-Holsztyńczyka, ale wydawało się, że zniknęło wszelkie niebezpieczeństwo, że Dania spróbuje ich wchłonąć. W zjednoczonych księstwach panowała gorączka entuzjazmu i radości, a słowa pięknej pieśni narodowej Schleswig-Holstein meerumschlungen (Szlezwik-Holsztyn otoczony morzem) rozbrzmiewały wszędzie. Ludzie wyrazili szczery podziw dla swojego młodego władcy, którego angielski pisarz tamtych czasów opisał jako mającego "oczy błękitne jak morze, które otacza jego ojczystą ziemię".
Tak się złożyło, że ich radość ostatecznie zamieniła się w smutek, a to, co stało się znane w historii jako kwestia Szlezwika-Holsztynu, wzburzało Europę przez ponad pięćdziesiąt lat.
Jednym ze skutków odmowy przyjęcia duńskiej korony przez mojego dziadka było to, że została ona zaoferowana i przyjęta przez jego krewnego Krystiana ze Szlezwika-Holsztynu-Glücksburga[8], którego najstarsza córka została później uroczą królową Aleksandrą. Wydaje się, że Krystian nie miał zbyt mądrych doradców, a niemal pierwszą rzeczą, do której nakłonili go po jego akcesji, było potwierdzenie dekretu jego bezpośredniego poprzednika, który ogłosił, że legislatura Szlezwika-Holsztynu ma być podporządkowana duńskiemu monarsze i parlamentowi, a język duński stał się obowiązkowy dla niemieckich dzieci.
Kiedy ten nieuzasadniony dekret został wydany, mój ojciec, wówczas w wieku trzydziestu czterech lat, stanął w obronie praw swoich rodaków, słusznie uważając, że umowa, którą mój dziadek zawarł z Danią około dziesięciu lat wcześniej, stała się w ten sposób nieważna, ponieważ jednym z jej podstawowych warunków było to, że integralność i niezależność księstw powinna być zawsze szanowana, a król Danii i książę Szlezwika-Holsztynu nigdy nie powinni być tą samą osobą. Dania, ignorując to wszystko, próbowała narzucić swoją wolę siłą. Cieszę się, że pamiętam, że nie tylko królowa Wiktoria i książę małżonek sympatyzowali z moim ojcem w jego słusznym oporze wobec duńskiej agresji, ale że Gladstone, Disraeli, lord Derby i wielu innych wybitnych angielskich mężów stanu również to zrobiło.
W 1848 roku Szlezwik-Holsztyn odważnie rzucił wyzwanie Danii, ale chociaż nasze siły walczyły dzielnie, ponosząc straszliwe straty wśród entuzjastycznych młodych Szlezwików-Holsztyńczyków - zwłaszcza pod Idstedt - mały kraj nie był w stanie utrzymać się sam.
Ostatecznie Austria i Prusy przyszły jej z pomocą - oczywiście nie bezinteresownie; oba kraje miały na celu zdobycie księstw dla siebie.
*
Przez ponad dwa lata przed moimi narodzinami mój szlachetny ojciec walczył o uratowanie swojego kraju z paszczy Bismarcka. Dlatego też wpływy przedurodzeniowe mogą wyjaśniać, dlaczego przyszłam na świat z nienawiścią do "bohatera krwi i żelaza", a nawet mogą być częściowo powodem, dla którego nigdy nie mogłam wybaczyć aneksji mojego kraju przez Prusy. Jednym ze skutków tego wszystkiego było to, że kiedy się urodziłam, pruscy wartownicy stali przed bramą naszego domu w Düsternbrook, ponieważ Austriacy w tym czasie okupowali Holsztyn, a Prusacy Szlezwik. Na krótko przed moim przyjściem na ten świat moja matka, stojąc pewnej nocy przy otwartym oknie, podczas gdy wartownicy byli zmieniani, usłyszała, jak oficer dyżurny wydał następujący rozkaz: "Jeśli spróbuje uciec, strzelaj". "On", o którym tak brutalnie mówiono, był moim ojcem, dobrym Niemcem, lojalnym i patriotycznym księciem, bezinteresownie oddanym temu, co uważał za najlepszy interes swoich rodaków. Uważał, że jeśli zostanie do tego zmuszony wbrew swoim naturalnym skłonnościom, musi jako książę Szlezwika-Holsztynu przeciwstawić się pruskiej agresji, tak jak przeciwstawił się duńskiej.
Wkrótce Austria i Prusy pokłóciły się o swoje nieuczciwie zdobyte zyski i w 1866 roku, po austriackiej klęsce pod Sadową, Szlezwik-Holsztyn został w całości wchłonięty przez Prusy[9]. Jak wszystkie przymusowe osadnictwo, było to niekorzystne dla obu stron.
Jako że jestem kobietą, moje powody do nienawiści wobec okrutnej i nierozsądnej polityki Bismarcka mogą być w pewnym stopniu oparte na sentymentach. Niemniej jednak głęboko czułam, że zło rodzi zło. I miałam rację.
Zawsze mocno sympatyzowałam z rodziną królewską Welfów, której członkowie znaleźli się w podobnej sytuacji jak my, gdy Hanower, ponieważ poparł Austrię w kwestii Szlezwika-Holsztynu, został również zaanektowany przez Prusy w 1866 roku. Nie wiem, czy mój szwagier, cesarz Wilhelm II, kiedykolwiek słyszał, że kiedy byłam dziewczynką, zawsze brałam gazetę Welfów, Der Mecklenburger, i w konsekwencji znałam datę urodzin księcia Cumberland (króla Jerzego V. z Hanoweru) i wysłałam mu bez wskazania jego pochodzenia bukiet przewiązany żółtymi i białymi wstążkami - kolorami Hanoweru. Zostałam za to zbesztana przez mojego jedynego brata, Ernesta Günthera, który uważał, że to straszna zbrodnia zwracać się anonimowo do kogokolwiek.
Stary król Prus Wilhelm I nigdy nie był tak naprawdę imperialistą. Dobry przyjaciel zarówno mojego ojca, jak i dziadka, był przeciwny pruskiej aneksji Szlezwika-Holsztynu w 1866 roku, podobnie jak później był przeciwny aneksji Alzacji-Lotaryngii, przewidział w imperializmie Bismarcka ruinę Prus i początki upadku rodu Hohenzollernów, i uparcie miał za złe, że został ogłoszony pierwszym cesarzem Niemiec w Wersalu w 1871 roku. Moja ciotka Malio[10], która była odważna, sprytna i, jak cała nasza rodzina, szczera, była szczególną powiernicą mojego ojca. W związku z tym król Wilhelm poradził jej, aby osobiście porozmawiała z Bismarckiem o kwestii Szlezwika-Holsztynu. Kiedy nadarzyła się odpowiednia okazja, zrobiła to i po długiej kłótni Bismarck oświadczył:
"Dla mnie nic nie jest ważne poza mottem na moim hełmie: 'Z Bogiem za Króla i Ojczyznę'".
Na co ciotka natychmiast odpowiedziała:
"A co z innym, równie ważnym mottem na twoim hełmie: Suum cuique?[11]"
Tą błyskotliwą ripostą ten przebiegły mężczyzna, zawsze gotowy na przekroczenie wszelkich granic, został pokonany przez kobietę. Ale na co zdała się błyskotliwość werbalna mojej cioci?
Niemcy naprawdę zawdzięczają Kanał Kiloński mojemu ojcu, który jako pierwszy zainicjował ideę drogi wodnej przez Szlezwik-Holsztyn, łączącej Bałtyk z Morzem Północnym, i jako pierwszy rozmawiał o tym z Bismarckiem. Rzeczywiście, aby uratować swój kraj przed aneksją, poszedł na wszelkie możliwe ustępstwa wobec Bismarcka, podpisał konwencję wojskową, a nawet zgodził się, aby Kilonia została wykorzystana jako pruska baza morska. Pomimo tego wszystkiego, kiedy Bismarck w końcu ogłosił swoje plany dotyczące Szlezwika-Holsztynu, złożył kłamliwe oświadczenie, że jednym z powodów aneksji było to, że mój ojciec nie pójdzie na żadne ustępstwa wobec Prus. Bismarck zrobił to, aby zdobyć dla swojego projektu poparcie wielu innych państw niemieckich, które były bardzo przychylne Szlezwikowi-Holsztynowi i jego walce o zachowanie niepodległości. Podobnie jak jego ojciec Wilhelm I, książę następca tronu Fryderyk, który był bratem-oficerem mojego ojca w Pierwszej Gwardii Pieszej, wspierał słuszne prawa Szlezwika-Holsztynu, a on i księżna następczyni tronu (najstarsza córka królowej Wiktorii) zawsze pozostawali naszymi prawdziwymi i wiernymi przyjaciółmi.
Niemniej jednak, pomimo nadmiernego oszustwa Bismarcka i jego haniebnego traktowania naszego kraju i naszej rodziny, mój ojciec zawsze pozostawał dobrym Niemcem i, daleki od wąskiego patriotyzmu, jako generał armii bawarskiej[12] walczył za Ojczyznę w wojnie francusko-pruskiej w 1870 roku.
Oczywiście nie pamiętam mojego dziadka ze strony ojca, Krystiana Augusta, księcia Augustenburga, który zmarł trzy lata przed moimi narodzinami, ale musiał być bardzo sympatycznym grand seigneur (wielkim panem), najwyraźniej nieco podobnym do angielskiego arystokraty z tamtego okresu w swoich manierach i sposobie życia. Teraz jest dla mnie jasne, że nie zależało mu na polityce ani życiu publicznym - stąd jego rezygnacja z praw na rzecz mojego ojca i późniejsze oddanie się wiejskiemu życiu i spokojnym zajęciom. Nie pamiętam też jego żony, mojej duńskiej babci, po której zostałam nazwana; zawsze opisywano mi ją jako anioła dobroci i wiele razy musiałam znosić, gdy mówiono mi, że to wielka szkoda, że nie poszłam w jej ślady. Zarówno ze strony ojca, jak i matki łączą mnie bliskie więzi z Anglią i zawsze bardzo lubiłam i często odwiedzałam ten piękny i interesujący kraj.
Młodszy brat mojego ojca, Krystian, służył przez pewien czas w 3 Pułku Lansjerów Gwardii Pruskiej (Żółtych Ułanów), do którego później wstąpił mój brat Ernest Günther; w 1866 roku przeszedł na emeryturę po ślubie z trzecią córką królowej Wiktorii, Heleną, i przyjął obywatelstwo angielskie. Wszyscy bardzo lubiliśmy ich oboje i czwórkę ich dzieci, naszych angielskich kuzynów[13]. Wujek Krystian był naprawdę bardzo dobroduszny, ale tak bardzo lubił dokuczać, że dziecku nie zawsze było łatwo go zrozumieć. W Przemkowie panował zwyczaj, że po obiedzie i kolacji rodzina pozostawała przez jakiś czas razem w holu pałacu. Podczas tych spotkań my, dzieci, musieliśmy siedzieć cicho i w milczeniu przyglądać się, jak nasi starsi się bawią. Powiedziano mi, że moja babcia często cytowała francuskie powiedzenie: "My, osoby pochodzenia królewskiego, musimy nauczyć się nudzić z godnością".
Mój wujek lubił chodzić w górę i w dół korytarza i dawał nam z kolei niedoceniany zaszczyt towarzyszenia mu podczas wykładów.
A teraz, powiedziawszy wystarczająco dużo o rodzinie mojego ojca, muszę przejść do rodziny mojej matki. Ród Hohenlohe-Langenburg[14] był przez wieki panującym rodem książęcym w Niemczech, a jego kilka gałęzi było ściśle powiązanych z europejskimi rodami cesarskimi i królewskimi. Mój dziadek ze strony matki, Ernest książę Hohenlohe-Langenburg[15], ożenił się z Teodorą z Leiningen, która, jako córka księżnej Kentu po swoim pierwszym mężu, była oczywiście przyrodnią siostrą królowej Wiktorii i siostrzenicą Leopolda I z Belgii. Księżna Kentu była zatem moją prababką; moja matka była przyrodnią siostrzenicą królowej Wiktorii, pierwszą kuzynką po usunięciu księcia małżonka i pierwszą kuzynką cesarzowej Fryderyki, Edwarda VII, księcia Connaught oraz ich braci i sióstr.
Następujący list[16] od mojej babki do jej przyrodniej siostry rzuca urocze światło na osobowości obu pań. Pussy to przezwisko najstarszej córki królowej Wiktorii, księżniczki Royal, a Bertie to oczywiście książę, który miał panować w Anglii jako Edward VII. Ponieważ Pussy miała zaledwie trzy lata, Bertie dwa, a moja matka osiem i pół roku w czasie napisania listu, zmartwienie dotyczące dokładnej pozycji, w jakiej się modlili, wydaje się być lekko przesadzone:
Langenburg, 10 grudnia 1843 rok.
Moja najdroższa Wiktorio. . . Pytasz w swoim liście o sposób, w jaki moje dzieci odmawiają modlitwy? Odmawiają je w swoich łóżkach, ale nie klęcząc; jak absurdalne jest uważanie tego za konieczne, tak jakby mogło to mieć cokolwiek wspólnego z uczynieniem naszych modlitw bardziej akceptowalnymi dla Wszechmogącego lub bardziej świętymi. Nie rozumiem, jak naprawdę mądrzy ludzie mogą mieć takie poglądy. Przykro mi, że tak jest tam, gdzie jest tyle dobra i, jestem pewna, prawdziwej pobożności. Droga Pussy uczy się liter, chciałabym to zobaczyć i usłyszeć; jestem pewna, że nauczy się ich bardzo szybko. Czy Bertie nie nauczył się więcej słów i zdań podczas twojej nieobecności? . . . Twoja przywiązana i oddana siostra,
Teodora.
Kiedy moja matka miała osiemnaście lat, złożyła wizyty zarówno księżnej Kentu, jak i królowej Wiktorii, która zawsze pozostawała jej dobrą przyjaciółką. Jako dziewczynka moja matka musiała być wspaniała; portret Winterhaltera i ten namalowany przez Laucherta dowodzą tego; miała niezwykłe podobieństwo do cesarzowej Eugenii i, podobnie jak cesarzowa, zachowała swój dobry wygląd aż do późnych lat. To, że wyglądała tak podobnie do Eugenii, ma znaczenie historyczne, ponieważ Napoleon III chciał się z nią ożenić, ale ponieważ była protestantką, mój dziadek nie chciał o tym słyszeć. Intelektualnie i fizycznie matka była bardzo czujna i żywa, miała najcieplejsze serce i zwykła brać udział w naszych zabawach i żartach z taką werwą i duchem, że rzadko pamiętaliśmy, że jest starsza od nas. Bardzo muzykalna, z cudownym wyczuciem i nieomylnym uchem, potrafiła powtórzyć każdy utwór muzyczny po jednym przesłuchaniu; jak zwykła nas zachwycać po powrocie z opery, siadając do fortepianu i grając całe sceny. Jej kontraltowy głos był pełen duszy, a jeśli piosenka była zbyt wysoka, transponowała ją dla siebie lub dla nas; przez całe życie była przyzwyczajona do improwizowania na fortepianie dla naszej przyjemności.
Zawsze wydawało mi się, że większość talentów naszej rodziny wywodzi się z naszego dziedzictwa Hohenlohe. Nasza pasja do piękna, miłość do pięknych kwiatów i krajobrazów, a przede wszystkim nasza miłość do naturalnych, prostych rzeczy, przyszła do nas przez naszą matkę. Nie tylko tak, ale szczęśliwie te bezcenne dary pojawiły się ponownie u moich dzieci i chociaż częściowo było to dziedzictwo po moim mężu, zawsze czułam, że talent muzyczny mojej jedynej córki przyszedł do niej bezpośrednio od mojej matki. I jeszcze jednym pięknym darem, który jej zawdzięczamy, jest nasza intensywna przyjemność ze spotkań rodzinnych, z bycia razem, z trzymania się razem pomimo wszelkich nieporozumień i trudności. Krótka historia pokaże lepiej niż jakikolwiek opis, jaka była moja matka. Miała tak namiętną miłość do pięknego śpiewu słowika, że była znana z tego, że siedziała całą noc na balkonie, słuchając ich głosów. Jak często w dzisiejszych czasach młoda dziewczyna zapomina o śnie, ponieważ jest zachwycona magią śpiewu słowika?
Najstarszy brat mojej matki, Hermann[17], przystojny i wybitnie inteligentny mężczyzna o silnym charakterze i urokliwej prezencji, był kiedyś gubernatorem Alzacji-Lotaryngii. Często wypowiadał się z podziwem o "lekkości, z jaką Hohenlohe podążali ścieżką życia", widząc w tym szczęśliwy złoty środek między francuską frivolity a tą twardą powagą, do której skłania się wielu dobrych Niemców. Nie należy go mylić z kuzynem mojej matki, Chlodwigiem z Hohenlohe-Schillingsfürst[18], który był kolejno premierem Bawarii, niemieckim ambasadorem w Paryżu i kanclerzem Cesarstwa Niemieckiego, a także przez kilka lat gubernatorem Alzacji-Lotaryngii.
Trzeci brat mojej matki, książę Wiktor[19] z Hohenlohe-Langenburg, który na prośbę królowej Wiktorii wyjechał do Anglii w młodym wieku, został admirałem brytyjskiej marynarki wojennej i poślubił Laurę Seymour, która była związana z tak wielkimi angielskimi rodzinami jak Hertfordowie, Berkeleyowie i Waldegravesowie; ich najstarszy syn, lord Edward Gleichen[20], wielki dżentelmen i zdolny żołnierz, zawsze był moim przyjacielem. Wszystkie dzieci wuja Wiktora łączyły urok Hohenlohe z przyjemnymi manierami Anglików. Po udanej karierze w brytyjskiej marynarce wojennej przeszedł na emeryturę z powodu złego stanu zdrowia, został wybitnym rzeźbiarzem i zaprojektował wiele pięknych pomników w Anglii, a także pomnik na grobie mojej babci w Baden-Baden. Jego córka Teodora[21], która poszła w jego ślady, również stała się sławna, zwłaszcza dzięki pięknemu pomnikowi Florence Nightingale, który charakterystycznie przedstawia tę wielką kobietę z małą lampką w dłoni, szukającą rannych na polu bitwy. Helena osiągnęła sławę jako malarka, podczas gdy Valda[22], która miała piękny głos i często śpiewała na koncertach charytatywnych, wyszła za mąż i nie wykorzystywała już publicznie swoich talentów.
W moim przekonaniu samo istnienie bliskich relacji w innym kraju ma bezcenny efekt poszerzający horyzonty. Nie można patrzeć na kraj z niechęcią, do którego należą członkowie naszej rodziny i w którym mieszkają. Nie mogłam oczywiście przewidzieć, że bliskie ojcowskie i matczyne angielskie więzi, którymi się cieszyłam, pewnego dnia zostaną niezmiernie wzmocnione przez moje małżeństwo z księciem, którego siostra była księżną Connaught, i że w rezultacie ich dwa rody, Bagshot Park w Surrey i Clarence House w Londynie, staną się ciepło kojarzone w moim umyśle ze szczęśliwymi wspomnieniami z Frogmore, Windsor i Balmoral.
*
Po opuszczeniu Kilonii wiedliśmy bardzo proste, szczęśliwe życie rodzinne w Przemkowie na Śląsku, około sześćdziesięciu mil na północny zachód od Wrocławia. Mój ojciec odziedziczył po dziadku wielkie przywiązanie do tej dużej posiadłości rolnej z rozległymi lasami i dobrze prosperującą hutą żelaza.
Chociaż moja matka miała swój pełny udział w smutkach, nigdy nie pozwoliła, aby wypaczyły jej pogodną duszę lub przyćmiły jej radosnego ducha. Dwóch jej synów zmarło przed moimi narodzinami, więc zamiast siedmiorga dzieci było nas tylko pięcioro. Moja najstarsza siostra, Augusta Wiktoria, znana w kręgu rodzinnym jako Wiktoria lub Dona, była osiem lat starsza ode mnie, Karolina Matylda, którą nazywaliśmy Calma, sześć lat, Ernest Günther, trzy lata; byłam następna i obawiam się, że byłam rozczarowaniem dla mojej matki, która gorąco pragnęła kolejnego syna. Osiem lat po moim urodzeniu przyszła na świat moja najmłodsza siostra, Teodora — jedyna z nas urodzona w Przemkowie. Jej narodziny przyniosły największe szczęście moim rodzicom i mnie. Chętnie przynosiłam jej moje lalki i uwielbiałam jej wielkie ciemne oczy. Była pełna talentu, miała wrodzone zamiłowanie do nauk przyrodniczych, do tego stopnia, że mój ojciec zwykł oświadczać, że wyrośnie z niej prawdziwa studentka. Jako Nesthäckchen (najmłodsza córeczka w rodzinie), jak to mówimy w Niemczech, mogła zostać rozpieszczona, ale uratowało ją od tego nieszczęścia jej przenikliwe poczucie humoru i wielkie ciepłe serce. Ze swoimi ciemnymi włosami, bladą cerą i ciemnymi oczami odziedziczonymi po matce, Teodora była wielkim kontrastem dla reszty z nas, ponieważ wszyscy mieliśmy blond włosy.
Moi rodzice wierzyli, że ich dzieci mogą prowadzić własne życie. Taka wolność była wówczas czymś niezwykłym i miała daleko idące konsekwencje w przyszłości każdego z nas. W parku mieliśmy własny mały domek (Kinderhäuchen) z własnym ogrodem, w którym ciężko pracowałam, szczególnie po tym, jak Wiktoria i Calma dorosły. Sprzątałam dom, gotowałam i zabawiałam rodziców, brata i siostry czekoladą i ciastami upieczonymi przeze mnie.
Muszę podziękować moim rodzicom i Wibke Tams, mojej bardzo solidnej pielęgniarce ze Szlezwika-Holsztynu, za doskonałe zdrowie. Nawet teraz ledwo znam znaczenie zmęczenia. Jestem również głęboko wdzięczna naszej wspaniałej angielskiej niani, pani Stuart, za to, że zahartowała nas, gdy byliśmy jeszcze mali. Z rozkazu ojca wychodziliśmy dwa razy dziennie o każdej porze roku i przy każdej pogodzie, co często wściekle mnie nudziło. Oddanie mojego ojca wszelkim zajęciom i sportom na świeżym powietrzu zaraziło nas wszystkich jego entuzjazmem. Jazda konna w siodle nie była jeszcze wtedy modna wśród kobiet i ojciec zabronił nam uczyć się jej przed ukończeniem szesnastego roku życia, uważając, że używanie siodła bocznego, zanim nasze kości się ukształtują, sprawi, że będziemy krzywe. Moje uczucie zazdrości na widok Wiktorii, Calmy i Ernesta Günthera na koniu jeszcze nie przygasło!
Ernest Günther i ja byliśmy sobie najbliżsi wiekiem, ale na moje nieszczęście został wysłany, gdy był jeszcze całkiem młody, do Vitzthumsche Gymnasium w Dreźnie. Chociaż zawsze byliśmy dobrymi przyjaciółmi i wszystko robiliśmy razem, jak wszystkie dzieci o silnym temperamencie, czasami potrafiliśmy się ostro kłócić, a on potrafił tak podciąć mi nogi, że siadałam gwałtownie na pupie, co nie sprawiało mi bólu, ale sprawiało, że śmiał się bez umiaru. Pani Stuart nie pochwalała tego zachowania i zwykła wołać: "To biedne dziecko z pewnością będzie idiotą przez całe życie".
Moim pierwszym wielkim smutkiem było odejście Pani Stuart, kiedy miałam dziewięć lat. Nigdy nie będę w stanie wyrazić, ile jej zawdzięczam. Na jej miejsce przyszła moja pierwsza guwernantka, Fräulein Jahns z Hanoweru. Patrząc teraz wstecz, muszę podziwiać jej zrozumienie dla mojej kapryśnej osobowości i umiejętność prowadzenia bardzo gwałtownego, upartego i wybuchowego dziecka. Bardzo szybko staliśmy się jednym sercem i duszą. Poświęciła się całkowicie dla mnie, zawsze łącząc surowość z uczuciem. Nie ze zwykłego poczucia obowiązku, ale serdecznie i z miłością brała udział we wszystkich moich zabawach, zajęciach w moim małym ogrodzie lub w Kinderhäuschen. Nigdy nie była tylko surową nauczycielką, ale zawsze prawdziwą przyjaciółką. Dopóki nie dorosłam, stała obok mnie; tak, a nawet po tym, jak wyszłam za mąż; prawdę mówiąc, zachowaliśmy wierność aż do jej śmierci. Była tak nieomylnie taktowna, że muszę powiedzieć coś o jej metodach. Jeśli nie uważałam - zwłaszcza podczas okropnych lekcji gramatyki francuskiej - po upomnieniu w końcu zamykała książkę, mówiąc: "W takim razie nie mogę kontynuować lekcji". Po czym po cichu wychodziła z pokoju. Francuski zawsze powodował nasze najzacieklejsze bitwy, ponieważ do dziś nie lubię mówić w tym języku, znacznie bardziej preferując angielski.
Można by pomyśleć, że moja kochająca wolność natura cieszyłaby się, gdyby Fräulein Jahns znikała przy takich okazjach. Ale nie. Jesteśmy znani jako uparta rodzina i często musiałam walczyć z niechęcią do pójścia do niej i błagania o przebaczenie. Jednak w końcu zawsze to robiłam, a ona zawsze była wspaniałomyślna. Jak często i jak żarliwie, w ramach narzuconej sobie pokuty, czytałam krótki esej o długim tytule, który kiedyś mi dała: Dobrymi chęciami wybrukowana jest droga do piekła.
Pomimo nieuniknionego ścierania się naszych woli, co pociągało za sobą wiele nagan, Fräulein Jahns była zawsze bardzo pogodna i sprawiedliwa. Była to dodatkowa więź, ponieważ z natury jestem wesołą osobą. Najbardziej lubiłam jej lekcje geografii; często, gdy otrzymywała błędne odpowiedzi lub zauważała po moich oczach, że błądzę myślami, wykrzykiwała: "W jakim kraju teraz jesteś?". I rzeczywiście, zbyt często zajmowałam się tym, co wydawało mi się wówczas sprawą wielkiej wagi: pisałam książkę zatytułowaną Z życia Mary.
Było to moje pierwsze dzieło literackie, a teraz, gdy mam prawie siedemdziesiąt lat, zaczynam drugie - zapis życia być może nie tak spokojnego jak życie Mary.
ROZDZIAŁ DRUGI
Wiek dziewczęcy. 1873-1880
Muszę teraz powiedzieć coś o podróżach z mojego dzieciństwa, ponieważ, choć same w sobie nieistotne, wywarły one niezatarte wrażenie. Kiedy miałam od siedmiu do ośmiu lat, spędziliśmy całą zimę w Karlsruhe w Badenii: wielki książę Badenii Fryderyk I[23] był drogim przyjacielem mojego ojca, a on i wielka księżna Luiza byli dla nas bardzo mili. Dzieci myślą obrazami i bardzo dobrze pamiętam, jak od czasu do czasu byłam obecna przy toalecie mojej matki i jak pięknie wyglądała z granatami w jej obfitych brązowych włosach; pewnego razu, gdy ubrała się w pośpiechu, gdy Wielki Książę miał ją zabrać na obiad, ku swojemu zdumieniu odkryła, że zamiast szalika ma na ramieniu ręcznik. My, dzieci, byliśmy zapraszani do pałacu w każdą niedzielę, moje starsze siostry jako towarzyszki dla księżniczki Wiktorii, przyszłej królowej Szwecji, a mój brat dla księcia Ludwika, który jako młody oficer zmarł przedwcześnie na zapalenie płuc. Często graliśmy w szarady, a wśród małych gości z zewnątrz, którzy czasami brali w nich udział, były wnuczki Bettiny von Arnim[24], z których starsza bardzo mnie obraziła, pytając: "Zaliczasz się do dużych czy do małych?". Te dwoje dzieci, "Didiwip" i "Mummedei", były uważane za Wunderkinder (cudowne dzieci) tylko dlatego, że Bettina von Arnim była ich babcią! Pojawiały się skąpo odziane na przyjęciach swojej matki, kiedy podawano kawę i kazano im recytować wiersze.
Wkrótce po naszym zimowym pobycie w Karlsruhe odbyliśmy podróż do Szwecji, gdzie mój ojciec miał posiadłość o nazwie Grävsnäs. Zatrzymaliśmy się najpierw w Stralsundzie i tam pewien więzień robił do mnie tak okropne grymasy przez zakratowane okno, gdy mijaliśmy więzienie, że pozostawiło to niezatarte wrażenie w moim umyśle. Dusze dzieci są tak wrażliwe, że - choć stało się to jakiś czas później - chciałbym opowiedzieć tutaj o innym incydencie, który wywarł na mnie nieco podobny wpływ. Zdarzyło się to w Gotha, gdzie zarówno mój ojciec, jak i moje ciotki mieli rezydencje. Pewnego dnia czarujący szambelan mojej matki, Herr von Rumohr, który był bardzo muzykalny i zawsze bardzo miły dla mnie, nagle oszalał. Nie wiem, czy rzeczywiście wyskoczył z okna do rzeki, czy tylko mi się wydawało, że to zrobił, ale faktem jest, że pewnego dnia, gdy był ze swoim opiekunem - chyba w Lipsku - tajemniczo zniknął. Przez wiele lat później, ilekroć przechodziłam przez ciemny korytarz, prześladowało mnie uczucie, że Herr von Rumohr ukrywa się za jakimś meblem.
Na szwedzkiej wyspie Särö - wtedy tak spokojnej, a teraz tak zatłoczonej - żyliśmy bardzo dla siebie, co było szczególną przyjemnością dla moich starszych sióstr, ponieważ spożywaliśmy posiłki w Kurhausie, a podczas jedzenia mogliśmy oglądać taniec z galerii. Niezapomnianym wydarzeniem był piknik, który, o dziwo, zorganizowaliśmy z niektórymi innymi gośćmi w pięknym lesie, aby szukać orlego gniazda; potem szwedzkie damy usiadły na skałach i śpiewały, co nas wszystkich oczarowało - i musiały śpiewać dobrze, bo byliśmy wszyscy bardzo muzyczni i mieliśmy wyostrzony i krytyczny słuch. Nie tylko śpiewały, ale także tańczyły, a mój ojciec uradował Victorii i Calmę, pozwalając im wziąć w tym udział.
Często chodziliśmy zobaczyć przypływające statki, które przywoziły innych gości z kontynentu, a mój ojciec mówił, że moje siostry patrzyły, czy przywiozą nowe tańczące stopy! Pamiętam, że pewnego razu podróżowaliśmy bryczkami przez piękne krajobrazy, aby spędzić czas w Grävsnäs[25], gdzie mieszkaliśmy w gospodarstwie i spaliśmy na materacach, które pachniały sianem. Codziennie udawaliśmy się do zamku, w którym niestety nie mogliśmy mieszkać, ponieważ został on zniszczony w wyniku niefortunnego pożaru jakiś czas wcześniej, przy okazji ślubu w szwedzkiej rodzinie królewskiej. Z moich wspomnień wynika, że musiał przypominać zamki Chillon i Glücksburg, ponieważ był zbudowany do połowy w wodzie i miał cztery okrągłe wieże. Wierzę, że mój brat później sprzedał posiadłość, ponieważ była zbyt daleko od Przemkowa, aby zarządzanie nią było praktyczne.
*
Moja najstarsza siostra Wiktoria była bardzo dobra i matczyna dla nas, młodszych dzieci, ale najlepsza ze wszystkich była moja druga siostra Calma, która przedkładała swoją religię ponad wszystko inne i oczarowała wszystkich swoją życzliwością, urokiem i dobrym sercem. Niezwykle utalentowana, malowała, modelowała, rzeźbiła, miała uroczy kontraltowy głos i bardzo dobrze grała na pianinie; jej bezinteresowność była taka, że kiedy grały w duecie, powstrzymywała się, aby nie wydawać się lepszą od Wiktorii. Na początku Wiktoria i Calma miały francusko-szwajcarską guwernantkę, Mademoiselle Bost, a później bardzo miłą i ładną Angielkę, pannę Walker. Pierwszymi nauczycielami mojego brata byli dwaj teolodzy, a w końcu uroczy i dowcipny Hofrat Bomberg, który był filologiem. Kiedyś bawiliśmy się w "Waxworks" (Muzeum figur woskowych), co Herr Bomberg zorganizował bardzo zabawnie, a jego wyjaśnienia do publiczności były tak pełne humoru, że dla figurek woskowych było bardzo trudno się nie śmiać. Ubrany dokładnie tak jak ona, mój brat stał pod naturalnej wielkości portretem Graffa przedstawiającym moją prababkę[26], którą nazywaliśmy "die alte Hoheit" (starą Wysokością), i o której będę miała wiele do powiedzenia później; ja stałam pod portretem mojego prapradziadka Krystiana VII, na wpół szalonego duńskiego króla, męża "Królowej Łez"; byłam ubrana jak on i ktoś skomplementował mnie pochlebną uwagą, że bardzo go przypominam! Podczas tych przedstawień i szarad moja ciocia Malio była zawsze najbardziej aktywna; miała wielką sympatię dla młodzieży i uwielbiała wymyślać dla nas kostiumy i pomagać nam we wszystkim. Wszyscy uwielbialiśmy siedzieć wokół niej w półmrocznym pokoju, gdy opowiadała nam historie o duchach. Bardzo interesowała się nami wszystkimi, ale później, kiedy sama byłam mężatka, czasami myślałam, że moja matka nie miała tak łatwo, kiedy moje niezamężne ciotki Malio i Luiza regularnie przyjeżdżały ze swojego domu w Pau, aby składać nam długie wizyty w Przemkowie.
Myślę, że to właśnie w 1875 roku Wiktoria i Calma, po długim instruktażu udzielonym przez Herr Meissenera, naszego starego pastora w Przemkowie, zostały bierzmowane. Dobrze pamiętam urocze zdjęcie moich sióstr w ich białych sukienkach konfirmacyjnych w wypełnionym kwiatami kościele w Przemkowie, Calma wyglądała szczególnie pięknie. Myślę, że moi rodzice podarowali ołtarz, który nadal wisi w kościele, jako pamiątkę tej okazji, która w Niemczech jest bardzo ważna i uroczysta.
Nigdy nie mogliśmy wystarczająco podziękować naszym rodzicom za wychowanie nas w ich silnej wierze, której trzymali się przez wszystkie swoje smutki i nieszczęścia, i która podtrzymywała nas przez wszystkie nasze własne. Ale o naszej religii nie chciałabym pisać zbyt wiele, bo dla nas jest zbyt święta. Moja matka rzadko opuszczała wieczór, w którym nie modliła się z nami, kiedy przychodziła do naszego pokoju, aby powiedzieć nam dobranoc; często czytała i wyjaśniała nam Biblię, zazwyczaj w parku - godziny pobożności, które bardzo lubiłam. Moi rodzice byli pobożnymi luteranami i dbali o to, by wszyscy nasi wychowawcy i guwernantki pouczali nas w wierze. Pamiętam, że w myślach porównywałem małego doktora Wolfa, który często składał nam wizyty w celach edukacyjnych, z małym Zacheuszem, który wspiął się na drzewo, aby zobaczyć naszego Pana - i tego porównania nigdy nie zapomniałam.
Zimą, zwykle przed Bożym Narodzeniem, kiedy moi rodzice byli w Przemkowie, organizowaliśmy polowania, na które przyjeżdżało wielu dżentelmenów i zostawało na kilka dni; czasami podczas ich pobytu pozwalano nam być obecnym na obiedzie, a potem tańczyliśmy. Pewnego razu był tam bardzo miły hrabia Dohna z Chocianowa, który zwracał na mnie szczególną uwagę i często ze mną tańczył. Oczywiście dokuczano mi z tego powodu i nazywano go moim flirciarzem. Ale to mnie nie martwiło. Kiedy dorosłam, pozostał bardzo oddany i zawsze z wdzięcznością wspominałam tę prawdziwą przyjaźń, która zaczęła się w moim dzieciństwie. Odwiedzaliśmy się rzadko, ponieważ sąsiednie zamki znajdowały się daleko od siebie, a odległości wydawały się ogromne (nie wynaleziono jeszcze automobili); ale ponieważ moja matka miała towarzyską naturę, za każdym razem, gdy decydowała się na wizytę (zwłaszcza w zamku Chocianów), sprawiało mi to wielką radość.
Święta Bożego Narodzenia w 1879 roku były, jak zawsze, obchodzone spokojnie w Przemkowie i spędziliśmy cudowny, szczęśliwy czas. W styczniu mój ojciec wyjechał sam do Wiesbaden, i pamiętam, że przy pożegnaniu moja biedna matka, być może przytłoczona złym przeczuciem, zalała się łzami, na co ciotka Malio powiedziała raczej niemiło: "Ale, Ada, przecież on już nie raz szedł na wojnę". W Frankfurt am Main, w trakcie podróży, doznał tak silnego ataku rwy kulszowej, że ledwo mógł chodzić.
Wydaje mi się, że w noc jego przybycia do Wiesbaden jego lokaj usłyszał głębokie westchnienie, a kiedy wszedł do sypialni, stwierdził, że mój drogi ojciec nie żyje. Stało się to 14 stycznia 1880 roku; miał zaledwie pięćdziesiąt cztery lata (moja biedna matka miała czterdzieści pięć). Było to dla nas podwójnie smutne, ponieważ zmarł samotnie. Pamiętam, że jedynym sposobem, w jaki mogliśmy pocieszyć moją matkę, było przyprowadzenie do niej naszej małej siostry Feo, która nie miała jeszcze pięciu lat.
Ciało mojego ojca zostało przywiezione do domu; jego własny leśniczy zawiózł trumnę na miejsce spoczynku, a nasz dobry przyjaciel dr Dibellius wygłosił mowę pogrzebową. Żałobnicy przybyli na pogrzeb z bliska i daleka, wśród nich było kilku posłów ze Szlezwika-Holsztynu, gdzie we wszystkich gazetach pojawiły się pełne uznania artykuły. Niemiecki książę następca tronu, późniejszy cesarz Fryderyk III, przybył na pogrzeb, a także książę Waldeck i książę Reuss, z których wszyscy trzej byli przyjaciółmi mojego ojca od czasów studenckich w Bonn.
Mój wujek Krystian, brat ojca, został naszym opiekunem, podczas gdy mój ulubiony wujek, Hermann Hohenlohe-Langenburg, pełnił rolę swoistego dodatkowego i bliskiego opiekuna - był ogromnym wsparciem dla mojej matki.
Pod koniec życia mojego ojca w Przemkowie przebywał z nami książę Wilhelm[27], najstarszy syn księcia następcy tronu i księżnej następczyni tronu Fryderyki oraz pretendent do tronu. W lutym (1880 roku) moja matka, w towarzystwie Calmy i wuja Krystiana, pojechała do Gothy na nieoficjalne zaręczyny Wiktorii z księciem, które odbyły się w dniu Świętego Walentego; z powodu naszej żałoby oficjalna ceremonia - w Niemczech bardzo uroczysta i poważna funkcja - mogła odbyć się dopiero później.
Ernest[28], starszy brat księcia małżonka Anglii, panujący książę Saksonii-Koburga-Gothy, stary przyjaciel mojego ojca, zagorzały obrońca jego roszczeń do Szlezwika-Holsztynu i krewny mojej matki, poprowadził księcia Wilhelma do naszego domu w Gotha na ceremonię. Ani Teodora, ani ja nie byłyśmy obecne, ponieważ zostałyśmy pozostawieni w Przemkowie.
Oficjalne zaręczyny w obecności starego cesarza i cesarzowej, księcia następcy tronu i księżnej następczyni tronu Fryderyki, mojej matki, wuja Krystiana, Ernesta Günthera, Calmy i wszystkich członków pruskiej rodziny królewskiej odbyły się w czerwcu na zamku Babelsberg[29] w pobliżu Poczdamu.
Po oficjalnych zaręczynach Wiktoria i Calma złożyły wizytę w Anglii[30], gdzie zatrzymały się u mojego wuja Krystiana i cioci Heleny w Cumberland Lodge w Windsor Great Park.
W kwietniu, pomiędzy nieoficjalnymi a oficjalnymi zaręczynami, moja matka udała się do Baden-Baden w towarzystwie swojej starej damy dworu, Fräulein von Krogh, Teodory, mnie i Fräulein Jahns. Moja babka Teodora, wdowa po Erneście, księciu Hohenlohe-Langenburg, mieszkała tam w willi podarowanej jej przez królową Wiktorię, a tak się złożyło, że królowa składała wizytę swojej przyrodniej siostrze; moja matka zabrała moją młodszą siostrę i mnie na spotkanie z królową, a pięcioletnia Teodora z powagą poinformowała Jej Wysokość, że ma całkiem nowe buty. Zachowałam Baden-Baden z tamtych dni w najbardziej czarującym wspomnieniu, zwłaszcza piękny park ze wspaniałymi kwitnącymi magnoliami, die Lichtenthal Allee i wspaniałe przejażdżki po Schwarzwaldzie. Do tej pory miałam bardzo niewiele okazji do słuchania koncertów, uczęszczania na wykłady czy odwiedzania teatrów. Dlatego nasz pobyt w Baden-Baden został wykorzystany tak bardzo, jak to możliwe, aby zapewnić mi wszystkie te korzyści. Szczególnie podobały mi się koncerty i zawsze cieszę się, że słyszałam i widziałam Liszta.
W listopadzie tego samego roku podjęto kolejny wysiłek, aby pielęgnować mój umysł; przybrało to formę mojej pierwszej wizyty u cioci Malio w Pau. Mojej biednej matce w jej samotności musiało być ciężko nie tylko z powodu rozłąki z moimi dwiema starszymi siostrami, Wiktorią i Calmą - które pozostały w Anglii[31] przez długi czas - ale także z powodu rozstania ze mną i z Fräulein Jahns, która była jej bardzo przychylna i która była wielką pomocą i pocieszeniem po śmierci mojego ojca. Została jednak przekonana przez mojego wuja i ciocię Malio i pocieszała się myślą, że tak będzie dla nas najlepiej. Jej wielką radością i pociechą w pustym domu było jej "dziecko", moja mała siostra Teodora, z którą była jednym sercem, jedną duszą!
Willa mojej ciotki w Pau była urocza i miała wspaniały widok. Ogród, w którym dziko rosły bzy i wiele innych kwitnących drzew, rozciągał się w dół do rzeki Gave de Pau, a za nim znajdowały się Côteaux, łańcuch wzgórz, które wiosną były czerwone od dzikich zawilców, a za nimi i nad nimi rozciągał się wspaniały widok na ośnieżone Pireneje. Miałam ten wspaniały widok z mojej cudownie wygodnej sypialni. Pewnej nocy moja wierna Fräulein Jahns miała przeczucie, że coś jest ze mną nie tak; wstała i przyszła do mojego pokoju, aby zobaczyć, że jest on wypełniony gazem węglowym, który ulatniał się z komina, a ja spokojnie spałem w środku.
Kuchnia w południowo-zachodniej Francji jest najlepsza na świecie. Bardzo smakowały mi nasze posiłki - zwłaszcza pasztety i dania z kasztanów; w rezultacie podczas wizyty zyskałam więcej na ciele niż na umyśle. Bardzo doceniłam też (prawie po raz pierwszy) towarzystwo dziewcząt w moim wieku, z których większość była Angielkami. Każdego wieczoru, kiedy ciotka nie była zaproszona, odwiedzała Mademoiselle de Castlebajac, swoją przyjaciółkę, która mieszkała obok. Bardzo przystojna i dystyngowana starsza pani była zagorzałą rojalistką i katoliczką, a jako wyraz swojego oddania zwykła wysyłać domowe pasztety z foie gras francuskiemu pretendentowi do legitymizmu, komturowi de Chambord, mojemu ojcu (pretendentowi Szlezwika-Holsztynu), hiszpańskiemu pretendentowi Don Carlosowi i papieżowi - którego z pewnością nie mogła uważać za pretendenta! W niedziele zwykle zapraszano mnie tam na obiad. Do jedzenia była ogromna ilość - wszystkie specjalności de la maison, a do tego wszystkiego droga pani ze staroświecką uprzejmością sama nam pomagała. Chociaż była niezwykle pobożna, codziennie chodziła kilka razy do kościoła i gościła w swoim domu wygnanych ojców jezuitów, Mademoiselle de Castlebajac była bardzo zabawna i opowiadała wiele dobrych historii, z których niektóre nie były odpowiednie dla uszu młodej dziewczyny. Po kolacji byłam zwykle raczej znudzona, ponieważ wszyscy pozostali grali w wista; zostałam posadzona na kanapie za stołem i musiałam patrzeć na książkę ze zdjęciami z Lourdes, dopóki nie zasnęłam. Starsza pani, która dożyła dziewięćdziesiątki, nigdy nie porzuciła nadziei, że moja ciotka (która nigdy nie myślała o takiej rzeczy) zostanie katoliczką; dwóch ojców jezuitów często odwiedzało ją w tym celu. Ale najbardziej zręcznie wybranym przez staruszkę specjalnym ambasadorem był przystojny dominikanin, który był całkowicie zaznajomiony z historią Szlezwika-Holsztynu - coś bardzo niezwykłego we Francji, a właściwie gdziekolwiek indziej. Moja ciotka zawsze zabierała nas do angielskiego (niskiego) kościoła, którego kapelanem był stary duchowny, pan Tait, którego ciotka bardzo lubiła; muzyka i dekoracje na Boże Narodzenie i Wielkanoc bardzo mi się podobały; ale surowa forma nabożeństwa stała się dla mnie bardziej sympatyczna w późniejszych latach.
Czas spędzony w Pau wywarł na mnie wspaniałe i trwałe wrażenie - przede wszystkim magia południowej wiosny z jej promiennymi kwiatami brzoskwini i masami wistarii, róż Banksia i wspaniałych rododendronów. Uwielbiałam też piękny targ kwiatowy, który często odwiedzałyśmy. Ciotka otaczała mnie troską i życzliwością, a poza lekcjami miałam wiele przyjemności; i choć nie byłam jeszcze "na wolności", poznałam wielu interesujących ludzi. Lekcje tańca dzieliłam z bardzo ładną szesnastoletnią Mademoiselle Guillemin, z którą zawsze rozmawiałam po angielsku. Jej wielka uroda tkwiła w jej dużych ciemnych oczach i wdzięcznej figurze, którą teraz, jako babcia, nadal zachowała. Nasza ciepła, prawdziwa przyjaźń, która rozpoczęła się w dzieciństwie, przetrwała nienaruszona, nawet pomimo wojny światowej. Później poślubiła pana Hope Vere'a, który nie okazał się dobrym mężem, ale nie można krytykować jej postępowania jako mężatki. Wszystko znosiła w milczeniu i rozwiodła się z nim dopiero, gdy jej dzieci dorosły. Król Anglii Edward VII, z taktem, z którego był znany, zaprosił ją na bal dworski natychmiast po rozwodzie, aby publicznie wskazać, że nie przypisano jej żadnej winy w tej sprawie.
Latem 1937 roku, kiedy piszę te słowa, ze smutkiem dowiaduję się, że Marie odeszła.
ROZDZIAŁ TRZECI
Życie w Dreźnie. 1881-1887.
27 lutego 1881 roku w Berlinie odbył się ślub mojej najstarszej siostry z księciem Prus Wilhelmem, następcą tronu pruskiego. Byłam smutna, że nie mogłam wziąć udziału w tym pierwszym ślubie w naszym najbliższym kręgu rodzinnym i z niechęcią przyjąłam werdykt moich krewnych, że moja obecność byłaby nieodpowiednia w okresie poprzedzającym moje bierzmowanie, które miało się odbyć ostatniego dnia lipca następnego roku. Tym niemniej prawdziwe przygotowania do mojego bierzmowania rozpoczęły się dopiero wtedy, gdy Fräulein Jahns i ja udałyśmy się wiosną do Langenburga na północy Wirtembergii. Zamek, który należał do mojego wuja, Hermanna Hohenlohe-Langenburga, był mi szczególnie bliski jako wczesny dom mojej ukochanej matki. Wysoki, zbudowany w całości w stylu renesansowym z pięknym dziedzińcem, wieloma galeriami i wieżami z pięknym widokiem na małą rzekę Jagst i okoliczne piękne wioski. Moja ciotka Leopoldine, żona wuja Hermanna (urodzona jako księżna Badenii), była bardzo czarująca i wesoła, i brała udział w życiu moich kuzynów[32] i mnie, jakby była naszą rówieśniczką. Moje kuzynki, które były mniej więcej w tym samym wieku, stały mi się bardzo bliskie i stworzyłyśmy zespół, który nazwałyśmy Elfsisters, ELF to anagram utworzony z inicjałów mojej najstarszej kuzynki Elli, Luizy (mnie) i Feodory (Teodory), mojej najmłodszej kuzynki.
Nasze bierzmowanie odbyło się w lipcu w uroczym starym kościele w Langenburgu; stoi on w pobliżu zamku i słynie z posiadania pięknego starożytnego krucyfiksu. Dobrze pamiętam, jak w poranek ceremonii mój drogi wujek Hermann podszedł do mnie i uroczyście udzielił mi błogosławieństwa w imieniu mojego ojca, którego już nie było. W Langenburgu, podobnie jak w Przemkowie, traktowaliśmy religię bardzo poważnie, ale bez cienia hipokryzji; we wszystkich innych sprawach byliśmy naturalnie weseli i pogodni. Zgodnie z angielskim zwyczajem na terenie zamku zasadzono trzy drzewa na pamiątkę tej okazji, a wiele lat później wujek Hermann dokuczał mi, ponieważ moje drzewo obumarło - mówiąc, że nie wie, czy jest to dowód duchowego upadku, ponieważ mój stan fizyczny był doskonały. Niestety, mój wujek, Wiktor Hohenlohe, nie mógł przyjechać, podobnie jak jego syn Eddy (Gleichen)[33], ponieważ zdawał egzamin w Sandhurst.
Powróciliśmy do Gothy, gdzie byłam częściej z moją drogą siostrą Calmą, która została osamotniona przez ślub Wiktorii; byłam bardzo szczęśliwa w tym bliskim towarzystwie, które z dnia na dzień stawało się dla mnie coraz cenniejsze.
Jakiś czas po tym wszystkim moja matka na stałe wyjechała z Przemkowa do Gothy, a nasza rezydencja stała się jej posiadłością; szczególnie lubiła to miasto, ponieważ mieszkała tam jej kuzynka, księżna Hohenlohe-Schillingsfürst Amalia (Mali) (siostra kanclerza i kardynała oraz wdowa po malarzu Lauchercie)[34].
Bardzo lubiłam tę ciotkę, której dystynkcję można było od razu poznać po prostocie jej sposobu bycia. Bardzo religijna i anioł dobroci, musiała stracić swojego przystojnego męża po krótkim życiu małżeńskim, a przy jej skromnych środkach nie było łatwo utrzymać siebie i pięcioro dzieci; dwoje z nich zmarło wcześnie na dyfteryt, a Meinrad, który został oficerem artylerii w Poczdamie, stracił życie podczas wojny światowej.
Kardynał Hohenlohe[35], który jako biskup Albano miał za swój pałac biskupi piękną Villa d'Este i prowadził tam bardzo luksusowe życie, dopóki jego majątek nie podupadł, czasami odwiedzał swoją siostrę w Gotha. Był również bardzo muzykalny i miał piękny głos. To, co szczególnie mnie w nim zainteresowało, to fakt, że podobno byliśmy do siebie bardzo podobni. Pewnego razu, kiedy próbowałam pływać w Gravenstein, moja najmłodsza siostra zawołała do mnie:
"Wyglądasz zupełnie jak kardynał".
Ku mojemu wielkiemu żalowi moja droga Fräulein Jahns, która była z nami przez sześć lat, opuściła mnie wkrótce po moim bierzmowaniu, aby poślubić doktora Gilberta, który był miłością jej młodości, a który później został Tajnym Radcą[36]. Byłam obecna na ich ślubie, a potem często ich odwiedzałam, zatrzymując się w jej domu, gdzie wszystko było bardzo przytulne i miłe. Małżeństwo było szczęśliwe przez osiemnaście lat, kiedy to, nie mając dzieci, zabrali do siebie młodą dziewczynę, w której zakochał się Tajny Radca, wówczas sześćdziesięcioletni. Dziewczyna zachęcała go na wszelkie sposoby, a stary głupiec nie mógł zrobić nic innego, jak wziąć rozwód i uczynić ją swoją żoną; żona Tajnego Radcy, która mimo wszystko nadal go kochała, przeszła przez bardzo nieszczęśliwy czas, ostatecznie zgadzając się na rozwód pod warunkiem, że dziewczyna naprawdę za niego wyjdzie.
Muszę opowiedzieć, jak mniej więcej w tym czasie otrzymałam dziwną propozycję małżeństwa. Starszy, rozwiedziony książę, Landgraf Alexis z Hesji-Barchfeld, miał przydomek der Bummelzug der überall anhält - dosłownie, powolny pociąg, który zatrzymuje się wszędzie. Landgraf, jak sądzę, oświadczał się kolejno moim siostrom Wiktorii i Calmie oraz prawdopodobnie kilku innym młodym księżniczkom, zanim nadeszła moja kolej. Chociaż mógł być moim ojcem, etykieta wymagała od mojej matki napisania poważnego listu z podziękowaniami za pochlebną propozycję. Oczywiście bardzo mi dokuczano z powodu tego starożytnego przystojniaka, a Fräulein von Roeder - dama dworu mojej matki, którą wszyscy znaliśmy jako świętą - zauważyła z rozbawieniem, jak bardzo praktyczne byłoby takie małżeństwo dla landgrafa, ponieważ prawdopodobnie miał wiele rzeczy należących do jego pierwszej żony (księżnej Prus Luizy) oznaczonych inicjałem L., które całkiem dobrze by się dla mnie nadawały.
Teraz muszę wspomnieć o mojej pierwszej wizycie u Leiningenów. Zostałam przyjęta z otwartymi ramionami przez mojego wuja, księcia Ernesta[37], i jego żonę, piękną i czarującą księżną Marię, która zarówno z wyglądu, jak i charakteru przypominała swojego brata, wielkiego księcia Badenii Fryderyka I. Była zawsze elegancko ubrana, delikatna i elegancka we wszystkim, moje wspomnienia o niej są nierozerwalnie związane z zapachem jej ulubionych perfum z owoców pigwy. Książę Ernest, który był raczej niski, miał spokojne usposobienie, ale był przyjazny i wesoły. Codziennie po obiedzie, bez względu na pogodę, wychodził do ogrodu, by zapalić fajkę. Po powrocie do salonu kładł się na sofie z angielską powieścią, a kilka minut później zadowolone chrapanie oznajmiało, że szybko zasnął.
Moja piękna kuzynka, Alberta Leiningen, była bardzo podobna do swojej pierwszej kuzynki, wielkiej księżnej Meklemburgii-Schwerin Anastazji[38]; ale była bardzo delikatna i w wyniku szkarlatyny straciła wzrok na jedno oko, co znosiła z anielską cierpliwością. Emich, jej brat, który później poślubił moją drogą kuzynkę Teodorę z Hohenlohe-Langenburg, nie był w tym czasie w domu, ponieważ kwaterował w Poczdamie ze swoim batalionem Jegrów. Tak się złożyło, że zarówno Alberta, jak i Emich urodzili się w Osborne na wyspie Wight, podczas gdy ich matka odwiedzała swoją przyrodnią siostrę królową Wiktorię.
Położenie Waldleiningen, letniego zamku rodziny, głęboko w lesie Odenwald, wydawało się mojemu dziewczęcemu umysłowi nieco samotne i ciche. Jelenie wałęsały się po okolicy i podchodziły wieczorem całkiem blisko murów, a cała atmosfera posiadłości przypominała mi zaczarowany zamek z bajki. Posiłki były zawsze pyszne i wykwintnie podane. Ale wszyscy moi krewni jedli tak mało, że byłam dość zawstydzona moim dobrym apetytem i rzadko czułam, że mam dość.
Pewnego razu, gdy tam byłam, do Waldleiningen przyjechał siostrzeniec mojej ciotki, przystojny, mądry i sympatyczny książę Badenii Max[39]. W młodości bardzo przypominał swojego pradziadka ze strony matki, cara Mikołaja I, który był niezwykle przystojnym mężczyzną. Uważam za haniebne, że w późniejszych latach był tak oczerniany i fałszywie przedstawiany, gdy poświęcił się, przyjmując stanowisko kanclerza na krótko przed rewolucją niemiecką w 1918 roku i, szlachetny i prawdziwy, zrobił wszystko, co w jego mocy, aby uratować dynastię Hohenzollernów. A jak został nagrodzony?
*
A teraz, cofając się nieco wstecz, muszę powiedzieć coś o moich najwcześniejszych wrażeniach z Berlina.
Po moim bierzmowaniu jesienią 1881 roku złożyłam pierwszą wizytę mojej najstarszej siostrze, która jako księżna, żona księcia Wilhelma mieszkała wówczas w Marmurowym Pałacu, uroczo położonym na skraju małego Heilige See, jednego z wielu pięknych jezior w okolicach Poczdamu. Jak zawsze, Wiktoria była bardzo miła i czarująca. Zorganizowano bal na cześć urodzin jej teścia, księcia następcy tronu Fryderyka, na którym księżna następczyni tronu zdecydowała, że Vicky[40], ich druga córka, ma "po raz pierwszy pojawić się publicznie na balu". Ponieważ byłyśmy w tym samym wieku, ja również mogłam być obecna i oczywiście nie miałam długiej sukni; dlatego moja siostra pożyczyła mi ładną białą suknię. Byłam bardzo dumna, ponieważ moje włosy zostały upięte na tę okazję i świetnie się bawiłam na moim pierwszym prawdziwym balu.
Później często jeździłam do Poczdamu w odwiedziny do Wiktorii, czasem z Calmą, czasem sama. Przy takich okazjach brałam udział w "małych balach", na których obecnych było wielu członków okolicznej szlachty i oficerów Pierwszej Gwardii Pieszej[41]. Pułk ten cieszył się wieloma przywilejami, co zazwyczaj było mu zarzucane jako zarozumiałość; każdy pruski książę zakładał jego mundur w chwili wstąpienia do armii w wieku dziesięciu lat i przez wczesne lata pełnił uroczystą służbę w jego szeregach - ich małe nóżki usilnie starały się nadążyć za krokami grenadierów. Choć pułk walczył wspaniale w wojnie 1870 roku i w wojnie światowej, nie spotkałam się z sympatią jego oficerów w czasie pokoju. Ich pułkowe bale wydawały mi się raczej sztywne i nudne, i chociaż zawsze jestem wdzięczna za życzliwość i uwagi, które mi okazywali, to wojskowe towarzystwo w Dreźnie było dla mnie o wiele bardziej przyjemne i interesujące.
Kiedy Wiktoria nie ulegała woli swego autokratycznego męża, była łagodna i pobłażliwa, ale była bardzo zakochana, i stopniowo żelazo pruskiej dyscypliny wkradało się w jej nawyki umysłowe, jeśli nie do samej jej duszy. Co więcej, podzielała, tak jak ja nigdy bym nie potrafiła, zamiłowanie Wilhelma II do ceremoniału. Pewnego razu, gdy byłam gościem mojej siostry, postanowiono, ku mojej radości, że pójdziemy do teatru w Berlinie. Ale cóż to było za przedsięwzięcie! Sztuką był, jak sądzę, Rozbity dzban[42], komedia Kleista, a po niej inna krótsza sztuka. Wyjechaliśmy z zamku miejskiego w Poczdamie w dwóch powozach z woźnicami i lokajami, co najmniej jedną damą dworu, jednym szambelanem, a jeden kurier dworski został z pewnością wysłany z wyprzedzeniem, aby poczynić niezbędne przygotowania do kolacji, która miała być podana w prywatnym foyer połączonym z lożą królewską. Jedzenie w restauracjach było absolutnie zabronione, a dla pruskiej rodziny królewskiej spożywanie posiłków w miejscach publicznych byłoby w tamtych czasach zupełnie niemożliwe. Wreszcie dotarliśmy do stacji Poczdam, a ja byłam o krok bliżej zobaczenia mojej sztuki. W Berlinie spotkał nas podobny orszak, i całe zamieszanie się powtórzyło — powozy, woźnice i lokaje. Ostatecznie, po kolejnych opóźnieniach, zasiedliśmy w teatrze, ale biada! biada! Mój szwagier Wilhelm zasugerował, że pierwsza sztuka jest niestosowna i zupełnie nieodpowiednia dla moich dziewiczych uszu. Wróciliśmy do przedpokoju przylegającego do królewskiej loży i zasiedliśmy w samotności, podczas gdy niecierpliwie udawałam, że czytam Kreuzzeitung, raczej nudną gazetę dworską i społeczną, którą mi dano, przypuszczam, aby zabezpieczyć się przed przypadkowym podsłuchaniem choć jednego słowa sztuki przez zamknięte drzwi.
W końcu jednak nadeszła chwila, kiedy mieliśmy pójść zobaczyć drugą sztukę. W tym momencie moja siostra niefortunnie zajrzała do programu i, o zgrozo! odkryła, że to właśnie druga sztuka była tą tak zwaną niewłaściwą. Ogólne zamieszanie. Zgodnie z życzeniem szwagra moja siostra postanowiła, że wrócimy do domu bez oglądania czegokolwiek. Potem żmudny powrót z teatru na dworzec kolejowy w Berlinie i z dworca w Poczdamie do zamku miejskiego - dwa powozy, cztery konie, dwóch woźniców, jedna posłuszna zamężna pruska księżna, jedna dama dworu, robiąca wszystko, co w jej mocy, by otrząsnąć się z ryzyka, jakie nieświadomie poniosła, będąc w strasznym szoku, jeden znudzony szambelan i jedna bardzo zła i rozczarowana księżna Szlezwika-Holsztynu!
Wiele ograniczeń na pruskim dworze było tak absurdalnych, że aż niewiarygodnych.
Pewnego razu, zanim zostałam zaręczona, podczas mojego pobytu w Pałacu Marmurowym, Ernest Gunther złamał obojczyk w wypadku podczas jazdy konnej i nie miałam pełnej swobody, aby się z nim zobaczyć! Generalnie Fräulein von Roeder musiała mi towarzyszyć i chodzić w górę i w dół przed małym domkiem, który mój brat, który w tym czasie był w Żółtych Ułanach (3. Garde Ulanen), wynajął w pobliżu koszar w Poczdamie. Rzeczywiście pozwolono mi raz pójść na małą kolację, którą wydał, ale ogólnie rzecz biorąc, wszelkiego rodzaju przeszkody stanęły nam na drodze do bycia razem - co było równie trudne dla niego, jak i dla mnie. Innego dnia, gdy chciał zabrać mnie na przejażdżkę, cesarzowa dowiedziała się o tym projekcie i ku mojemu wielkiemu oburzeniu powiedziała: "Musimy najpierw zapytać o zdanie hrabinę Brockdorff[43]" - hrabina była bardzo apodyktyczną Wielką Ochmistrzynią domu mojej siostry. Byłam zdumiona, że może istnieć jakakolwiek kwestia niestosowności mojego wyjścia z własnym bratem; a on, który był tak niezależny jak ja, oczywiście nie poddałby się takiej ingerencji i przyszedł i zabrał mnie, nie czekając na konsultację z wyrocznią Brockdorff.
Pamiętam, że mniej więcej w tym czasie płakałam z wściekłości, ponieważ moja siostra zmusiła mnie do spotkania i uprzejmości wobec starego cesarza Wilhelma I. Dla milionów Niemców był on pierwszym niemieckim cesarzem, zdobywcą odwiecznego wroga Francji, zjednoczycielem i ojcem narodu niemieckiego. Obawiam się, że w moich młodych i niedoświadczonych oczach był jedynie narzędziem pozbawionego skrupułów Bismarcka, który na rozkaz tego potwora niechętnie zgodził się na aneksję mojego bezbronnego kraju. Zaprotestowałam, że ponieważ byłam jedynie niezamężnym gościem w domu mojej siostry, a nie pruską księżną, moja obecność była zupełnie niepotrzebna. Nic to nie pomogło. Zostałam zaciągnięta na to nieszczęsne przyjęcie w złym humorze i jedwabnej sukni. Jedwabna suknia o siódmej rano, na przybycie starego cesarza na stację Neubabelsberg, całkiem na wsi!
Drugim przypadkiem, kiedy niechętnie spotkałam Wilhelma I., był podczas przeglądu wojskowego. Przyjechał w powozie à la Daumont. Jedynym czasem, kiedy nie lubiłam być na koniu, było, gdy dano mi, jak w tym przypadku, ogromnego wierzchowca oficerskiego, którego ledwo mogłam trzymać. Moja rola w ceremonii obejmowała podjechanie do starzejącego się monarchy, aby go oficjalnie powitać. Dobrze pamiętam, że nic nie było w stanie skłonić mojego konia, pięknego kasztana, do zbliżenia się do cesarskiego powozu. Czyżby, jak to często zdarza się między koniem a jeźdźcem, przekazałam kasztanowi moją własną upartą irytację, i że podporządkował się moim wewnętrznym skłonnościom zamiast moim zewnętrznym poleceniom? Nie potrafię tego stwierdzić, ale wiem, że konie często odczuwają to, co czuje lub myśli ich jeździec. To jeden z powodów, dlaczego konie nerwowych jeźdźców tak często uciekają.
Co ciekawe, przegląd, na który poszłam z tak mieszanymi uczuciami, miał dla mnie wieczne konsekwencje. To tam po raz pierwszy zobaczyłam księcia Fryderyka Leopolda. Zaledwie pięć miesięcy starszy ode mnie, wyglądał niezwykle przystojnie, ponieważ z racji swojej pozycji oficera w Gardes du Corps[44], prowadził orszak starego cesarza. Nie był jeszcze kapitanem.
Chociaż widziałam go na przeglądzie przed starym cesarzem, po raz pierwszy rozmawiałam z księciem Fryderykiem Leopoldem podczas obchodów srebrnego wesela[45] księcia następcy tronu i księżnej następczyni tronu Fryderyki.
W naszym dość monotonnym życiu w Przemkowie szczególnie ekscytującym wydarzeniem było to, że moja matka zabrała moją siostrę Calmę i mnie do Berlina, aby wziąć udział w tej ważnej rocznicy. Z tej okazji odbyło się wiele uroczystości, między innymi bal kostiumowy, który obejmował kilka procesji, w których uczestniczyłyśmy z Wiktorią.
Ponieważ do tej pory nie brałam udziału w wielu oficjalnych imprezach towarzyskich, moje nowe sukienki, a zwłaszcza kostium, który miałam na sobie w orszaku Królowej Miłości, bardzo mnie zainteresowały. Wiktoria, jako Królowa Miłości, była niesiona na tarczy (co nie było dla niej zbyt przyjemnym wyróżnieniem, ponieważ chorowała na koklusz i spodziewała się już drugiego dziecka). Ale na pruskim dworze takie względy nigdy nie mogły przeważyć. Chociaż byłam młoda, moja niechęć do ceremoniału sprawiała, że liczba i długość tych uroczystości wydawała się raczej męcząca, ale moja matka, która była niezwykle silna, nigdy nie zrozumie, że młodzi ludzie mogą być zmęczeni.
To właśnie podczas festiwali w Berlinie z okazji srebrnego wesela księcia następcy tronu i księżnej następczyni tronu Fryderyki w styczniu 1883 roku po raz pierwszy spotkałam księżniczki Hesji-Darmstadt.
Księżna Wiktoria[46], najstarsza, była już zakochana w swoim przystojnym kuzynie, księciu Battenberga Ludwiku, którego później poślubiła, i mówiono, że popierała morganatyczne małżeństwo swojego ojca - tego samego dnia, co jej własne - z Madame de Kolonina. Stara królowa Wiktoria, która wraz z wieloma innymi ważnymi osobistościami była obecna na ceremonii, była tak wściekła, że Wielki Książę Hesji (którego pierwszą żoną była jej piękna i utalentowana córka księżna Alicja) zawarł to nierówne drugie małżeństwo, że nakazała mu natychmiast uzyskać rozwód i, co dziwne, Wielki Książę posłuchał rozkazu Jej Brytyjskiej Mości. Drugą córką była piękna księżna Elżbieta, którą po latach świetności spotkał tak tragiczny los. Należy pamiętać, że poślubiła ona wielkiego księcia rosyjskiego Sergiusza. Po zamordowaniu męża przez nihilistów (godnych poprzedników bolszewików) podjęła życie zakonne i założyła zakon mniszek, którego członkinie poświęciły się opiece nad chorymi i biednymi[47]. Mówiono nawet, że po zamordowaniu męża odwiedziła mordercę i wybaczyła mu. Po różnych prześladowaniach jej święte życie zostało przerwane przez bolszewików, którzy z najbardziej nieludzkim okrucieństwem wrzucili ją i kilka innych osób do szybu kopalni węgla, gdzie te z nich, które nie zostały zabite przez upadek, zginęły z zimna i głodu. Trudno zrozumieć, jak od czasu wojny niektórym cywilizowanym narodom świata udało się zmusić do sojuszu z rządem, który dopuścił się tak niewyobrażalnych okrucieństw. Trzecia siostra, Irena, poślubiła księcia Prus Henryka, jedynego brata Wilhelma II; urocza, zamyślona Alix została tragiczną żoną cara Mikołaja II.
Kiedy opuściliśmy Berlin po uroczystości Srebrnego Wesela, wszyscy byliśmy zarażeni krztuścem złapanym od mojej najstarszej siostry - a raczej tak zwanym kaszlem współczującym. Dla zmiany powietrza i łagodniejszego klimatu moja matka zabrała Feo, jej guwernantkę i mnie do Cannstadt w Wirtembergii, a Calma została w Poczdamie z Wiktorią. Cannstadt ze swoimi pięknymi ogrodami i alejami łączącymi je ze Stuttgartem bardzo mi się podobało.
Pewnego dnia w drodze na lekcję muzyki w Stuttgarcie spotkałam mężczyznę z psem rasy bolończyk i kilkoma szczeniakami. Zawsze chciałam mieć małego białego pieska, a moja matka dała mi pozwolenie (i pieniądze), więc pojechałem do Stuttgartu i kupiłam go, spełniając w ten sposób jedno z marzeń mojego wczesnego życia. Nazwałam mojego małego pupila Stutto i towarzyszył mi w Glienecke podczas mojego ślubu.
Królowa Olga z Wirtembergii, która urodziła się jako rosyjska wielka księżna, przyjęła nas w Villa Berg. Ona i król[48] nie mieli dzieci, ale adoptowali małą rosyjską Wielką Księżną, która okazała się tak trudna w wychowaniu, że musieli zaangażować podoficera do pomocy w jej edukacji. Rezultatem szkolenia małej księżniczki przez żołnierza było to, że stała się bardzo męska i wojskowo nastawiona, i nosiła krótkie włosy jak chłopiec, tak że jej kapelusze i tiary musiały być wiązane gumką. Nigdy nie miałam zamiłowania do spraw wojskowych i kiedy po ślubie od czasu do czasu dostawałam jedną z tych wojennych, umundurowanych dam jako towarzyszkę na paradach i przeglądach, bardzo trudno było mi reagować na ich nastrój i prawie niemożliwe było odpowiadanie na wszystkie ich pytania.
Przy jednej z takich okazji eskortowałam na paradzie w Berlinie zupełnie inny typ kobiety - księżną następczynię tronu Saksonii (nieszczęsną Ludwikę Toskańską). Była bardzo łaskawa i miała wyjątkowo czarujący sposób witania ludzi. Ten przegląd odbył się w Lustgarten[49] w Berlinie na cześć szacha Persji. Jego Wschodnia Wysokość siedział w pałacu z cesarzową i księżnymi, obserwując paradę z okien. Miał na sobie astrachański fez (którego oczywiście nigdy nie zdjął) ozdobiony dużym diamentowym aigrette, w środku którego znajdował się wspaniały szmaragd. Saksońska księżna następczyni tronu zapytała go, czy może przyjrzeć się klejnotowi z bliska. Powiedziała mi później, że zrobiła to w nadziei, że zdejmie fez, ponieważ chciała zobaczyć, jak wygląda bez niego. Nie przypuszczała, jak straszne naruszenie orientalnej etykiety popełniła - ale szach pozostał niewzruszony.
Ale wracając do Cannstadt. Królowa Olga z Wirtembergii miała bardzo silny charakter, podczas gdy król, jej mąż, był nieśmiały i słaby. Opowiadano o nim, że pewnego razu podczas parady podjął niezwykłą decyzję, nakazując kawalerii zsiąść z koni i przejść pieszo! Polecenie to naturalnie wywołało najwyższe oburzenie, ale Karol I upierał się, ponieważ był zbyt zdenerwowany, aby pozostać na koniu podczas przeglądu i wybrał ten dziwny sposób wyjścia z dylematu.
W listopadzie 1884 roku Calma została zaręczona z naszym kuzynem, księciem Fryderykiem Ferdynandem, przyszłym księciem Szlezwika-Holsztynu-Glücksburga. Chociaż cieszyłam się szczęściem mojej siostry, bałam się naszego rozstania.
Ślub odbył się wkrótce potem i oczywiście wszyscy nasi sąsiedzi z Przemkowa zostali zaproszeni. Niektórzy z tych, których pamiętam jako zaledwie na wpół dorosłych, są teraz dziadkami. Elli i Heino Reuss byli tam i nie mogli powstrzymać się od żartowania z dobrego, ale raczej głupiego starego Juliusa von Glücksburga, wuja mojego przyszłego szwagra; kościół w Przemkowie był bardzo zimny i nie można go było ogrzać, więc dla gości przygotowano termofory z gorącą wodą, a Heino uznał za zabawne, że książę Julius stał na jednym z nich przez całą ceremonię. Moja siostra wyglądała bardzo pięknie w swojej sukni ślubnej, ale choć była to radosna okazja, czułam się bardziej samotna, niż mogę powiedzieć po jej odejściu.
W następnym lecie odwiedziłam Calmę po raz pierwszy jako zamężną kobietę w jej nowym domu w Grünholz. Pozostałam długo z młodą parą i byłam bardzo szczęśliwa, zwłaszcza dlatego, że była to moja pierwsza wizyta w Szlezwiku-Holsztynie od czasów wczesnego dzieciństwa.
*
Teraz muszę opowiedzieć o mojej niezapomnianej pierwszej wizycie w Anglii latem 1885 roku. Moja matka, Ernest Günther i ja spędziliśmy większość czasu w Folkestone i rozchorowałam się przez zbyt długie przebywanie w wodzie. Bardzo uderzyło mnie podobieństwo krajobrazu do Szlezwika-Holsztynu i lubiłam sobie przypominać, że kiedy Anglia została podbita i otrzymała swoją nazwę przez Anglików, przybyli tam z mojego rodzinnego Szlezwiku. Co więcej, istnieje uderzające podobieństwo między naszą sztuką, manierami i zwyczajami a tymi w Anglii. Zawsze lubiłam przebywać w Anglii i z Anglikami, a później, kiedy ja i moja rodzina cierpieliśmy zbytnio z powodu tyranii cesarza Wilhelma II, zawsze czułam, że wyjazd tam oznacza swobodne oddychanie i ucieczkę od niewoli. Później odwiedziłam inne angielskie kurorty nadmorskie i podobały mi się one bardziej niż Folkestone. Niemniej jednak nasz pobyt tam był bardzo przyjemny i odbyliśmy piękne wycieczki po okolicy.
W pobliżu znajdował się obóz wojskowy i wywarło na mnie głębokie wrażenie, że kiedy żonaci żołnierze wychodzili na spacer z rodzinami w niedziele, pchali wózki dziecięce lub pomagali nieść dzieci, okazując w ten sposób szacunek dla swoich żon, które musiały opiekować się dziećmi przez cały tydzień i mogły odpoczywać tylko w niedziele. Najbardziej godny podziwu jest szacunek okazywany wszystkim kobietom w Anglii, zarówno damom wysokiego stopnia, jak i prostym kobietom z ludu. My w Niemczech, z naszym surowym militaryzmem, czasami mówiliśmy z pogardą o angielskiej armii, ponieważ poświęcali tak dużo czasu na sport; na przykład, będąc przyzwyczajonym do widoku żołnierzy w butach Blücher, byłem kiedyś przerażona, gdy widziałem kaprala ćwiczącego swoich ludzi, z których wszyscy mieli na sobie coś, co wyglądało mi na kapcie do sypialni. Ale jak wspaniale angielscy żołnierze wyróżnili się w Wielkiej Wojnie.
Mój wuj, Wiktor Hohenlohe, Mój wujek, Victor Hohenlohe, któremu królowa Wiktoria przydzieliła urocze mieszkanie w Pałacu St. James, przyjechał do Folkestone, aby zobaczyć moją matkę. Później wszyscy udaliśmy się na kilka dni do wuja Christiana i cioci Heleny w Cumberland Lodge, oboje potrafili być bardzo uprzejmi, kiedy sobie tego życzyli. Nie uważałem na przykład za zbyt przyjazne ze strony wujka, który często do nas przyjeżdżał i spędzał z nami tygodnie, czasem z rodziną, aby podkreślać przed moją matką, ile ręczników zużywa. Królowa Wiktoria zaprosiła nas z wujkiem i ciocią na obiad do zamku Windsor, którego wujek Wiktor był gubernatorem aż do swojej śmierci w 1891 roku. Było tam bardzo uroczyście i spokojnie. Ale świeża i żywa księżna Louise, księżna Argyll, wniosła trochę ulgi do rozmowy, opowiadając w bardzo zabawny sposób historię mężczyzny, który popełnił samobójstwo, ponieważ nie chciał codziennie brać kąpieli.
Ciocia Helena zabrała nas również do Frogmore, gdzie moja mama przywołała wspomnienia swojej babci, księżnej Kentu, która mieszkała tam aż do śmierci w 1861 roku. Odwiedziliśmy Mauzoleum, gdzie stoi imponujący pomnik księżnej Alice z Wielkiej Brytanii, wielkiej księżnej Hesji-Darmstadt, która zaraziła się błonicą, całując swoją małą córeczkę, gdy dziecko umierało na tę straszną chorobę. Pomnik przedstawia ją trzymającą dziecko w ramionach.
Przejdę teraz do naszej migracji z Gothy do Drezna, która miała miejsce w listopadzie, wkrótce po naszym powrocie z Anglii. Tam znaleźliśmy duże, piękne mieszkanie na ulicy Mosczinsky Strasse, gdzie wszyscy wygodnie się osiedliliśmy - moja matka, jej dama dworu, Fräulein von Roeder, moja młodsza siostra Feo, Fräulein Wagemann i spora liczba służby.
Drezno było wtedy jakby stworzone dla młodej dziewczyny z wieloma zainteresowaniami i pragnieniem cieszenia się życiem i czerpania z niego jak najwięcej. Niemal każdego wieczoru, gdy nie mieliśmy czasu, chodziliśmy do wspaniałej opery; do pewnej godziny zawsze rezerwowano dla nas lożę naprzeciwko loży mojej przyszłej szwagierki[50], której pierwszy mąż, książę Holandii Henryk, zmarł nagle w ciągu pięciu miesięcy od ich ślubu. Kilka lat później poślubiła księcia Saksonii-Altenburga Alberta i zamieszkali w Albrechtsbergu - nazywanym tak, ponieważ został zbudowany przez (starszego) księcia Prus Albrechta - przyjemnym domu nad Łabą, tuż za Dreznem. Słyszeliśmy nie tylko Wagnera, ale wszystkie współczesne opery. Schuch, który dyrygował z cudownym ogniem, miał ze sobą całą orkiestrę; głównymi śpiewakami byli Perron, Scheidemantel, Wittich, Chevanne i tenor Gudehus, o którym ludzie mówili, że w Lohengrinie - zamiast "Dziękuję ci, mój łagodny łabędziu" - powinien zaśpiewać "Dziękuję ci, mój łagodny bocianie", ponieważ jego żona co roku rodziła dziecko.
Nie pamiętam dokładnie, o której porze roku rozpoczynały się drezdeńskie bale dworskie, ale zawsze bardzo mi się podobały i, jak śmiesznie zauważył dobry król Albert[51], mój program taneczny był zawsze "niebieski", ponieważ prawie wszyscy moi partnerzy nosili piękne niebieskie mundury Garde Reiter (Gwardii Konnej), elitarny regiment Saksonii, i wszyscy tańczyli wspaniale, podobnie jak oficerowie saskich ułanów i huzarów.
Dwoma szczególnie dobrymi tancerzami byli hrabia Pfeil, który jednak służył w piechocie, oraz hrabia Hoyos w średnim wieku. Ponieważ słowa te brzmiały podobnie, małe dzieci Hoyosów nazywano w szkole Heuochsen (woły do siana). Mieszkańcy Drezna rzeczywiście lubili nadawać sobie dziecięce przezwiska; pewna dama była znana jako hieny bufetowa, ponieważ grabiła bufety na balach, a inna jako polerka parkietu, ponieważ nie czyniła, zgodnie z etykietą i nie stała w miejscu, gdy Jego Królewska Mość przechodziła dookoła (cercle machend), lecz śmigała wzdłuż i wszerz po sali balowej, rozmawiając ze wszystkimi i każdym. W tamtych odległych, szczęśliwych dniach tańczyliśmy piękny walc, polkę i w galopie mknęliśmy przez salę jak wiatr. Zawsze uwielbiałam tę rozrywkę i mniej zwracałam uwagę na to, kim byli moi partnerzy, niż na sposób, w jaki tańczyli. To, co mi się nie podobało, to fakt, że my, księżne, musiałyśmy prosić panów, by z nami zatańczyli; oczywiście zaproszenie było przekazywane przez szambelana, ale ponieważ odmowa była niemożliwa, zawsze uważałam tę praktykę za arogancką i obawiałam się, że musiała często drażnić nie tylko tych, którzy już byli zaangażowani, ale także ich porzucone partnerki. Jednak taka była nieugięta etykieta. Na lansjerów i kwadrygantów zawsze wybierałyśmy starszych partnerów, którzy byli zadowoleni z uwagi. Bale dzieliły się na dworskie i kameralne. Większość ludzi lubiła te drugie, ponieważ odbywała się tam siedząca kolacja, ale ja osobiście wolałem bale dworskie, ponieważ na nich jedna z moich największych przyjaciółek, księżna Saksonii Matylda[52], i ja nieformalnie chodziłyśmy razem do bufetu, gdzie jadłyśmy tyle ostryg, ile nam się podobało - będąc też, jak sądzę, w pewnym sensie hienami bufetowymi. Na balach kameralnych niezmiennie byłyśmy uroczyście sadzane przy stole ze starymi ekscelencjami, ministrami i generałami, których musiałyśmy zabawiać. Wiele lat później, kiedy moja córka i siostrzenica Wiktoria Luiza (jedyna córka Wilhelma II) pojawiły się w Berlinie, ustalono, że młodzi książęta i księżne jedzą razem z innymi młodymi ludźmi, co było o wiele bardziej rozsądne i zabawne niż wcześniejsza praktyka.
W czasach mojego dzieciństwa noworoczne przyjęcia na dworze w Dreźnie wciąż zachowywały coś z etykiety XVIII wieku. Nie tylko król i królowa, ale każdy saksoński książę i księżna zapraszali do swoich stolików specjalnie uprzywilejowane osoby, z którymi grali w wista. Pewnego razu zostałam posadzona przy stole księcia Georga, ale ponieważ nie rozumiałem gry w wista, mój szambelan, baron Cerrini (wujek mojej przyjaciółki, baronowej Marietty Cerrini), który został "przywiązany" do mnie na ten sezon przez króla, musiał zagrać za mnie, co zrobił stojąc za moim krzesłem. Podczas gry w karty reszta towarzystwa przechadzała się obok stołów, kłaniając się i dygając przed członkami rodziny królewskiej. Jak saksońscy książęta i księżnie mogli grać w karty i jednocześnie przyjmować te wszystkie pozdrowienia, pozostawało dla mnie tajemnicą. Co więcej, cały ten układ nigdy nie wydawał mi się zbyt uprzejmy. Siedząc naprzeciwko księcia Georga, musiałam na przykład trzymać się plecami do całego towarzystwa.
Żałoba dworska była obowiązkiem, który często był bardzo irytujący, ponieważ członkowie rodziny królewskiej umierali znacznie częściej niż inni ludzie. Pamiętam, jak pewnego razu, podczas krótkiej wizyty w Dreźnie, zostaliśmy zaproszeni do Pillnitz i, o nieszczęście, karta z czarnym obramowaniem przypominała nam, że dwór jest w żałobie. Moja matka prawie zawsze nosiła czerń po śmierci ojca, ale nie miała sukienki, która dokładnie odpowiadałaby wymogom dworu, podczas gdy ja nie miałam żadnej czarnej sukienki. Ale zrobiliśmy, co w naszej mocy, a kiedy się usprawiedliwiliśmy, dobra królowa Karola roześmiała się w swój uroczy sposób i powiedziała: "Tutaj w kraju nie przestrzegamy żałoby dworskiej". Królowa, która była ostatnią z Wazów, a zatem wywodziła się z linii Gottorp-Szlezwik-Holsztyn naszego rodu, była samą dobrocią. Na balach dworskich zobowiązała się do przyzwoitki dla mnie i było to zachwycające, gdy dobry król Albert i jego najłaskawsza królowa zabierali mnie po zakończeniu balu do swojego prywatnego salonu, gdzie piliśmy herbatę, król palił długie cygaro, a królowa przywoływała swojego szpica i bawiła się z nim. Niezwykle atrakcyjni i sympatyczni byli ci dobrzy władcy, tak ludzcy i tak całkowicie zasługujący na miłość poddanych. Latem przebywali zwykle w Pillnitz, które stoi na prawym brzegu Łaby, około dziesięciu mil od stolicy i jest otoczone pięknymi alejami wielkich starych drzew; mieli także willę w Strehlen, którą uważali za szczególnie przyjazną, być może ze względu na jej małe pokoje, które stanowiły przytulny kontrast z rozległymi salonami saskich pałaców.
Zaproszenie na obiad z królem i królową w Pillnitz o czwartej lub wpół do czwartej wydało się nam, którzy podążaliśmy za ówczesnym nowoczesnym zwyczajem spożywania popołudniowej herbaty między piątą a siódmą oraz późnych obiadów i kolacji, bardzo dziwne. Ale na wsi Ich Saksońskie Wysokości przestrzegały prostych, staromodnych wiejskich manier; król pojawiał się na kolacji w szarym surducie, a damy w strojach pół wieczorowych. Jakże często w późniejszych latach myślałam, że dwór pruski również porzucił zwyczaje przestrzegania żałoby dworskiej i noszenia miejskich toalet na wsi.
Kochałam to piękne miasto nad Łabą tak bardzo, że tęskniłam za nim nawet wtedy, gdy odwiedzałam księżną Matyldę w willi w Hosterwitz, niedaleko Pillnitz, należącej do jej ojca księcia Georga, który później został królem. Książę miał reputację bardzo surowego, ale zawsze był bardzo miły dla mnie i dla swojej córki. Miała dwie damy dworu, z których jedna, Fräulein von Gärtner, była jej guwernantką.
Ta dama nie była ani sympatyczna, ani przystojna; niemniej jednak mówiono, że rządziła całą rodziną księcia Georga. Drugą była hrabina Vitzthum, która była urocza i atrakcyjnie wyglądała, ale była delikatna i dlatego nie mogła towarzyszyć księżnej w długich spacerach, które bardzo lubiła; ponieważ byłam przyzwyczajona do dużej ilości ruchu, księżna Matylda była bardzo zadowolona, kiedy mogłyśmy razem wyjść. Kąpałyśmy się także w Łabie, ale nie sprawiało mi to wielkiej przyjemności, ponieważ nigdy nie byłam dobrym pływakiem.
W Dreźnie spędziłam jedne z najszczęśliwszych lat mojego dziewczęcego życia.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Zaloty i małżeństwo. 1888-1889
1888
Pod koniec tego roku Wiktoria życzyła sobie, byśmy spędzili z nią Boże Narodzenie; woleliśmy jednak pozostać na nasze rodzinne święta w domu i przybyliśmy do Berlina tuż przed Nowym Rokiem. Podczas naszej pierwszej wizyty u naszej siostry i szwagra jako cesarza[53] i cesarzowej w Schloss (jak nazywa się berliński Pałac Władców) nie wydawało nam się to całkiem gemütlich (komfortowe); w rzeczywistości różniło się to od naszych wizyt w Pałacu Marmurowym, kiedy byli tylko księciem i księżną. Byliśmy nawet trochę rozbawieni cesarskimi koronami nad drzwiami pokoi, które zajmowaliśmy, które znajdowały się, o ile pamiętam, w jednym ze starszych skrzydeł ogromnego kwadratowego budynku z widokiem na maleńką rzekę Szprewę. Feo i ja uznałyśmy, że cesarskie jedzenie nie jest satysfakcjonujące, więc wzmocniłyśmy się, jedząc jak najwięcej świątecznych pierników, aby mieć przynajmniej przyjemne uczucie w żołądkach.
Chociaż na dworze wciąż panowała żałoba po zmarłym cesarzu Fryderyku, na czas obchodów Nowego Roku zmieniono ją na półżałobę. Wiktoria, z największą przezornością, zamówiła dla mnie jedwabną suknię, którą miałam założyć na zwyczajową ceremonię kościelną w noworoczny poranek. Niestety, kolor był twardym odcieniem bzu, który zupełnie do mnie nie pasował. Kiedy pojawiłam się w niej o dziewiątej rano, zaspana, na wpół zmarznięta i sina na twarzy, miałam wrażenie, że wyglądam na idealnego faceta, a dla kobiety takie podejrzenie podkopuje pewność siebie i niszczy urok.
Moje zdumienie było tym większe, gdy później dowiedziałam się, że tego pamiętnego poranka, pomimo mojej sinej twarzy i niestosownego stroju, wzbudziłam podziw mojego przyszłego męża - co z pewnością zdawało się dowodzić prawdziwości starego przekonania, że miłość jest ślepa. Jednak wieczorem, podczas Gratulierungs-Cour, kiedy Korpus Dyplomatyczny i wszystkie ważniejsze osobistości dworskie i oficjalne przyszły życzyć cesarzowi szczęśliwego Nowego Roku, mogłam ubrać się bardziej zgodnie z własnym gustem w kremową suknię obszytą ciemnymi piórami i długie czarne rękawiczki.
Kilka dni później, po kolacji w pałacu, książę Fryderyk Leopold, obecnie kapitan, w swoim mundurze Gwardii Konnej, zapytał mojego szwagra, czy może z nim porozmawiać; Jego Wysokość odpowiedział żartobliwie, że ma nadzieję, że nikt nie zostanie powieszony, co oznacza, że oficer dowodzący oddziałem Bodyguard na służbie ma władzę nad życiem i śmiercią. Następnie poprosił Cesarzową i mnie o wyjście z pokoju.
Następnego ranka moja siostra powiedziała mi z pewnym wahaniem, że książę Fryderyk Leopold poprosił cesarza o moją rękę.
Odpowiedziałam, że muszę odmówić. Powodem było to, że nie mogłam zapomnieć o aneksji Szlezwika-Holsztynu przez Prusy i dlatego nie chciałam poślubić pruskiego księcia. Instynktownie czułam, że będąc nieskruszoną Szlezwik-Holsztynianką, mój charakter był zbyt dumny, niezależny i uparty, by nie cierpieć nieznośnie pod autokratycznym reżimem i średniowiecznymi uprzedzeniami dworu króla pruskiego, któremu musiałabym się podporządkować po ślubie. Nie. Nigdy nie mogłabym być pruską księżną. Powiedziałam więc do mojej siostry:
"Up ewig ungedeelt: Będę należeć do mojego ojczystego kraju aż do godziny mojej śmierci".
*
Tak się złożyło, że od dawna interesowałam się księciem Fryderykiem Leopoldem, ponieważ będąc jeszcze młodą dziewczyną, na długo zanim go dobrze poznałam, opowiedziano mi o jego nieszczęśliwym dzieciństwie. Zrobiło to niezapomniane wrażenie i aby to zrozumieć, muszę najpierw powiedzieć coś o jego ojcu.
W pruskim rodzie królewskim istniała bardzo silna tradycja hartu ducha i żelaznego poczucia obowiązku, z którą nie mogłam się kłócić. We wszystkich krajach, ze względu na swoją pozycję, przywileje, którymi się cieszą i obowiązki, które dziedziczą, książęta muszą dawać przykład samozaparcia, prostoty i odwagi. Znałam jednak moją niemiecką historię i wiedziałam, jak całe życie Fryderyka Wielkiego i wielu pomniejszych książąt pruskich zostało okaleczone i zepsute przez nieszczęśliwą młodość.
Podczas chrztu księcia Wilhelma[54], najstarszego syna mojej siostry, przypadkowo usłyszałam, jak ojciec Fryderyka Leopolda, książę Fryderyk Karol - ze względu na swoją rudą brodę i czerwoną husarską tunikę nazywany czasem Czerwonym Księciem - zganił oficera przydzielonego przy tej okazji mojemu bratu za nieodpowiedni strój. Nie sądziłam wtedy, że pewnego dnia poślubię syna tego srogiego szlachcica.
Pozwolę sobie teraz przybliżyć dzieciństwo księcia Fryderyka Leopolda. Cały jego dzień wypełniony był nauką, nie było czasu na zabawę czy rozrywkę. Tylko noc pozostawała na odpoczynek, a nawet on, choć był delikatnej budowy, był barbarzyńsko skracany. Jako że wszyscy książęta pruscy musieli nauczyć się jakiegoś rzemiosła, wybrał ślusarstwo i stał się w nim tak biegły, że zdumiewające było, jak dzięki swoim delikatnym dłoniom mógł wykonać tak trudną pracę! Książę Fryderyk Karol, zamiast zapewnić swojemu jedynemu synowi edukację przez korepetytorów w domu i bezpośrednio pod własnym nadzorem, mianował niejakiego von Geisslera swoim guwernerem i, zgodnie ze złą tradycją, przekazał go tej osobie w wieku dziesięciu lat, aby zdobył doświadczenie - jak to nazywano - w życiu rodzinnym. Geissler był bardzo niefortunnym wyborem; wydaje się, że miał charakter i maniery typowego pruskiego podoficera i traktował małego księcia z szorstkością graniczącą z brutalnością. Człowiek o pospolitym umyśle, podrzędnym charakterze, chciwy awansu i wytrwały łowca pomniejszych orderów i odznaczeń, jego nadrzędną ideą było osiągnięcie jak największego zysku finansowego ze swojego stanowiska. Frau von Geissler, zamiast być dobrą matką domu, była nieatrakcyjną ladacznicą, której brak dobrego wychowania i dobrego smaku wywarł bolesne wrażenie na małym chłopcu. Krótko mówiąc, nie wdając się w zbyt wiele wstrząsających szczegółów, "życie rodzinne", którego biedny chłopiec tam doświadczył, przypomina, przynajmniej pod pewnymi względami, nieszczęśliwego małego Delfina (Ludwika XVII) w okropnym domu szewca Szymona.
Frau von Geissler przychodziła na śniadanie w zabrudzonym szlafroku, najwyraźniej nieumyta, ze zmierzwionymi włosami; nie jestem w stanie opisać, co chłopiec często widział, gdy ta dama otwierała rano okna swojej sypialni. Dom, zbudowany podobnie jak kilka innych w parku Glienecke przez księcia Karola w stylu szwajcarskiej chatki, miał wiele balkonów i niewiele prywatności. Jeśli Frau von Geissler była niesmaczna o poranku, to nie była lepsza, gdy pojawiała się na wieczornym przyjęciu. W tamtych czasach w Niemczech panował zwyczaj obdarowywania dam bukietami kwiatów z frędzlami z okropnej imitacji białej koronki wykonanej z papieru, łodygami umieszczonymi w sztucznym uchwycie lub obwiązanymi równie okropnym srebrnym papierem. Papierowe koronki Frau von Geissler starannie przechowywała, a gdy skromność zdawała się tego wymagać, przystrajała wnętrze dekoltu tym dziwnym i z pewnością bardzo niewygodnym dodatkiem. Ze wszystkich dziwnych rzeczy, które chłopiec widział i poznał w rodzinie von Geisslerów, ta wydała mu się jedną z najdziwniejszych.
Dzieci takiej pary trudno byłoby uznać za atrakcyjne.
Chłopcy byli w większości starsi od Fryderyka Leopolda i byli brutalni, chciwi i zastraszający. Dla gruboziarnistych natur jest coś niewymownie rozkosznego w zastraszaniu i obrażaniu wszystkiego, co delikatne i wrażliwe. Tacy chłopcy chodzą po pachnącej wiejskiej ścieżce, strącając kijem główki kwiatów, torturując motyle, ptaki i zwierzęta. Fryderyk Leopold, co było całkiem słuszne i stosowne, podarował złoty zegarek największemu chłopcu von Geisslerów w prezencie urodzinowym i często dawał prezenty pozostałym. Niemniej jednak największy chłopiec - jak mówili mi różni ludzie – znęcał się nad młodym księciem.
Naprawdę, kiedy usłyszałam te historie, poczułam wściekłość na tych okrutnych ludzi, którzy w tak haniebny sposób zepsuli i zasmucili dzieciństwo biednego chłopca. W końcu jednak książę został uwolniony od Geisslerów i oddany pod opiekę generała von Müncha, który był bardzo dobry i uprzejmy, podobnie jak jego instruktor cywilny, Hopf. Największą przyjemnością jego dzieciństwa było to, że mógł biegać lub jeździć na swoim małym kucyku w pięknym starym parku Glienecke; cieszył się również towarzystwem dwóch synów pastora garnizonowego Rogge, którzy na szczęście byli w szczególnej łasce u jego ojca, księcia Fryderyka Karola.
Tak się złożyło, że nie mogłem zapomnieć drogich, pięknych, melancholijnych oczu Fryderyka Leopolda i całego jego uroku, a ponadto bardzo pociągało mnie wszystko, co powiedziano mi o jego dzieciństwie i młodości. Duży wpływ miał na mnie również fakt, że Ernest Günther, jako szef naszego rodu, wyraził dezaprobatę dla mojej nieco gwałtownej odmowy.
1889
Dziesiątego stycznia, powiedziawszy w międzyczasie "tak", zostałam formalnie zaręczona z moim księciem w salonie mojej siostry cesarzowej i oboje byliśmy bardzo szczęśliwi. Mój narzeczony - który najwyraźniej nie marnował czasu - zamówił Wernera z Berlina, aby wykonał dwa złote pierścienie zaręczynowe z kamieniami w kolorach Szlezwika i Holsztynu: niebieskim i żółtym dla Szlezwika oraz czerwonym i białym dla Holsztynu; są one reprezentowane przez szafiry i złoto oraz rubiny i diamenty. Hojność była jedną z najbardziej charakterystycznych cech Fryderyka Leopolda i prawie za każdym razem, gdy przyjeżdżał, wyjmował z kieszeni piękną bransoletkę lub inną elegancką niespodziankę. Ernest Günther, zawsze znający sposób na lekkie żarty, dokuczał mi z powodu dość nagłej zmiany zdania, drwiąc, że szybko nauczyłam się przymykać oko na pruskiego księcia jako romantycznego kochanka.
W dzisiejszych czasach młodzi zaręczeni ludzie mają bardzo łatwo i mogą być ze sobą tyle, ile chcą. Za moich czasów tak nie było. Jak już wspomniałam, mieszkałam w tym czasie z siostrą w berlińskim zamku, a mój drogi książę - jak od tamtej pory aż do teraz zawsze go nazywałam - zajmował apartament w zamku miejskim w Poczdamie. Nigdy nie zapomnę naszego jedynego spaceru jako świeżo zaręczonej pary. Odbył się on w bardzo zimny dzień w parku Charlottenburg. Jak dwie owce prowadzone przez pasterza i jego psa, zostaliśmy wysłani przodem, a za nami Cesarz i jego adiutant. Jak to się czasem zdarza młodym ludziom podczas silnego mrozu, zaczęłam krwawić z nosa i, nie będąc zauważoną przez pasterza i jego psa, mój drogi książę potajemnie pożyczył mi swoją chusteczkę - prawdopodobnie była to najbardziej naganna i nieprzyzwoita rzecz do zrobienia! Moje własne odczucie było takie, że było to intymne i pocieszające. Mój nieszczęsny nos zawsze wydawał się przeszkadzać. Kiedy mój drogi książę zobaczył mnie po raz pierwszy w kaplicy zamkowej, był purpurowy jak bratek - a teraz, przy okazji naszego pierwszego wspólnego spaceru, upierał się, by krwawić.
Kiedy się jest zakochanym, telefon jest w najlepszym razie wątpliwym błogosławieństwem. Jeśli ukochany dzwoni, serce wam w gardle; jeśli nie dzwoni, serce wam w butach. W tamtych czasach system był daleki od doskonałości, co skutkowało częstymi nieporozumieniami między Berlinem a Poczdamem. Pewnego wieczoru czekałam i czekałam na obiecaną wizytę mojego księcia, ponieważ głupi lokaj źle zadzwonił, mówiąc, że się go nie spodziewam.
Mogłabym z łatwością zabić tego lokaja; w rzeczywistości podczas moich zaręczyn (i czasami później) chętnie zabiłabym lub wygnała ich wszystkich. Kiedy siedzieliśmy w salonie lub pokoju do pisania cesarzowej, głupi służący zawsze wchodził i wychodził, aby doglądać ognia, a kiedy nas zobaczył, z wahaniem odkładał swój kosz na drewno przy drzwiach i patrzył na nas, jakbyśmy byli ósmym cudem świata. Bez wątpienia dramatyczna i całkowicie fałszywa wersja tego wydarzenia była starannie rozpowszechniana w miejscach, do których królewscy służący schodzą, gdy nie są na służbie. Czasami, przypuszczalnie po to, byśmy mogli być sami, wysyłano nas do biblioteki. To było jeszcze gorsze. W berlińskim zamku, podobnie jak w prawie wszystkich pałacach, jest niewiele korytarzy, w związku z czym, ku naszej wielkiej irytacji, przez pokój nieustannie przechodziły damy dworu, szambelani i lokaje.
*
Nie pamiętam dokładnie, kiedy moja młodsza siostra Feo i ja wróciłyśmy z Berlina do Drezna. Nie mieszkałyśmy już na Mosczinsky Strasse, ale w przestronnej nowej willi wyżej, a z balkonu mojego pokoju mogłam zobaczyć prawie całe piękne Drezno, tak cudownie podzielone przez rzekę Łabę. Bardzo przytulna i atrakcyjna była ta willa, a w naszych salonach dużo muzykowaliśmy i urządzaliśmy wieczory muzyczne, na które moja matka zapraszała wielu artystów i muzyków; zawsze lubiłam towarzystwo ludzi sztuki i intelektualistów, a później, w Glienecke, wieczory, kiedy bawiłyśmy tak utalentowane osoby, należały do najprzyjemniejszych. Dodatkową przyjemnością było to, że nasi drezdeńscy goście zdawali się bawić równie dobrze jak my; a po cesarskich pałacach w Berlinie i Poczdamie nasze proste salony i biblioteka wydawały się przyjazne i domowe, wypełnione śmiechem. Rzeczywiście, jak moi czytelnicy już odkryli, śmiech czasami w niewłaściwym czasie i miejscu był jedną z moich nieuleczalnych skłonności.
Pamiętam, jak w reprezentacyjnej willi Wahnfrieda w Bayreuth, gdy słuchaliśmy poważnej muzyki, nie mogłam powstrzymać się od śmiechu z niektórych ciekawie wyglądających ludzi, a Evechen[55], później pani Chamberlain, spojrzała na mnie z dezaprobatą. Nawet podczas słuchania najbardziej uroczystej muzyki nie mogę zapomnieć, że wesołe serce idzie na całość.
Podczas tych pierwszych sześciu miesięcy 1889 roku moją największą radością był balkon mojego pokoju w Dreźnie z jego pięknym widokiem; tam mogłam siedzieć samotnie, marząc o moim Księciu i czytając jego drogie listy, w których zawsze bezinteresownie zachęcał mnie do pełni radości i korzystania z ostatnich dni mojego dziewczęcego życia . Na balkonie lub w samym pokoju pielęgnowałam jak w skarbcu jasnoróżowe róże, które codziennie przychodziły od mojego Księcia. Obowiązki wojskowe zatrzymały go oczywiście w Berlinie, więc byłam oczarowana, kiedy przyjechał do Drezna na moje dwudzieste trzecie urodziny w kwietniu; ponieważ urodził się w listopadzie, był tylko pięć miesięcy starszy ode mnie. Przywiózł ze sobą swojego sympatycznego adiutanta, pana von Berga, który później dowodził Pierwszą Gwardią Pieszą. Mój Książę i on byli przyjaciółmi, a ja miałam tylko jedno zastrzeżenie do niego. Kiedy pokazywałam mojemu Księciu mój urodzinowy stół przygotowany na przyjęcie w naszej bibliotece, von Berg poszedł z nami i nie chciał nas zostawić samych. Bez wątpienia pruska etykieta.
Zarówno książę, jak i ja chcieliśmy, aby nasze małżeństwo odbyło się tak szybko, jak to możliwe, ale dwór w Berlinie odkładał datę; w rzeczywistości pewnego razu chcieli odłożyć to do sierpnia. W końcu jednak udało nam się ustalić datę na dwudziestego czwartego czerwca, a miesiąc róż stał się początkiem naszego wspólnego szczęścia - choć w miarę upływu czasu nie brakowało chmur. Ale jak mówi angielskie przysłowie: To słońce rzuca cienie.
*
Pożegnanie z Dreznem. Wszystkie pożegnania są smutne. Od ich drogich Saksońskich Majestatów po moich przypadkowych partnerów do tańca, wszyscy byli bardzo mili. Król i królowa dali mi piękny prezent ślubny; księżna Matylda bransoletkę, w której osadzono saksońską perłę, taką jak ta znaleziona w rzece Elster, a uroczy pomysł jej użycia był tak miłym wspomnieniem szczęśliwych dni razem. Moi znajomi dali mi swoje zdjęcia zamontowane na panelach parawanu; ten mebel byłby teraz uważany za dość okropny, ale był w stylu bardzo popularnym i podziwianym.
W odpowiednim czasie Ernest Günther przybył, aby eskortować mnie do Berlina w prywatnym powozie pełnym kwiatów - pożegnalnych prezentów od moich drezdeńskich przyjaciół. Strój podróżny nie był odpowiedni na tę okazję, więc założyłam jedwabną suknię w kolorze zielonej mignonette. Myślę, że to właśnie w Falkenbergu na granicy sasko-pruskiej stanęła gwardia honorowa, i tam zostałam przyjęta przez moją nową świtę. Składała się ona z mojej nowej damy dworu do spraw strojów, hrabiny Christian Bernstorff[56], którą już znałam, dwóch dam dworu - spośród których znałam tylko hrabinę Aleksandrę Eulenburg - i mojego szambelana, pana Ulricha von Trotha. Po nieśmiałej inspekcji gwardii honorowej do mojego salonu weszło kilku pruskich urzędników i musiałam jakoś zaimprowizować odpowiednie powitanie dla każdego z nich. Na granicy powinien przyjąć mnie Ober-Präsident von Achenbach, ale ponieważ jego żona była chora, reprezentował go bardzo energiczny kawaler, Herr von Brandenstein; Cesarz miał nadzieję, że - nie wiedząc, że jest dublerem - zapytam tego dżentelmena o jego chorą żonę; ale cesarzowa nie pozwoliła mi wpaść w tę pułapkę i poinformowała mnie o zmianie w odpowiednim czasie - więc cesarzowi nie udał się jego mały żart. Nie pamiętam, jacy dżentelmeni byli z nami w salonie między Falkenbergiem a Jüterbogiem, ale mam żywe wspomnienia ich oburzenia faktem, że wiadra z lodem umieszczone w salonie, aby go schłodzić, nie zawierały żadnych butelek szampana.
Moim celem był Pałac Bellevue w Berlinie. Na dworcu Bellevue spotkaliśmy się z kilkoma urzędnikami, a na zdumiewające oświadczenie hrabiny Bernstorff, że tylko ona będzie mi towarzyszyć w drodze do Pałacu Bellevue, powiedziałam, być może nierozważnie: "Naturalnie myślałam, że mój brat usiądzie obok mnie!". Ponieważ Ernest Günther przyjechał specjalnie do Drezna, aby eskortować mnie do Berlina, a jako szef naszego domu to on, jak mówią Anglicy, miał mnie wydać, oczywiście uważałam, że nie powinien być teraz odsuwany na bok dla damy dworu. Nie wydawało mi się też stosowne, że podczas pierwszego przyjęcia mnie jako wybranki męża przez rodzinę mojego męża , nie towarzyszył mi żaden męski członek mojej rodziny.
Mój książę i ja rozmawialiśmy tak długo, gdy zostaliśmy sami po sztywnym przyjęciu w Bellevue, że miałam bardzo mało czasu na ubranie się na moje oficjalne wejście do Berlina. Piękny diadem był jednym z jego prezentów; miał doskonały gust i sprawił, że został skopiowany z diademu należącego do wykwintnej cesarzowej Eugenii, a zatem stanowił atrakcyjny kontrast dla panującej wówczas ciężkiej mody. Moje włosy zostały ułożone przez starego fryzjera mojej teściowej i to on po raz pierwszy założył mój piękny diadem. Ubrana w jasnoniebieską i srebrną suknię z dekoltem wsiadłam do złotego galowego powozu, który kołysał się na resorach niczym statek na morzu. Nigdy nie byłam w stanie oddać się dziecinnej rozrywce huśtania się na huśtawce, ponieważ gdy to robiłam, coś zdawało się wypadać z mojego wnętrza. Moje obawy nie zmniejszyły się, gdy moja teściowa zauważyła zachęcająco: "Większość ludzi dostaje choroby morskiej w tym strasznym pojeździe".
Najgorsze było to, że musiałam wygłosić przemówienie przy Bramie Brandenburskiej w odpowiedzi na przemówienie powitalne złożone przez burmistrza Berlina, a oczekiwanie na to potroiło mój dyskomfort. Nigdy nie zapomnę tej nieszczęsnej przemowy! Spędziłam wieczność, ucząc się jej, i, dla praktyki, korzystałam z każdej możliwej okazji, wygodnej lub nie, by ją przedstawiać moim cierpliwym krewnym w Dreźnie. Jednak później powiedzieli mi, że wszystko - w tym ta straszna próba - poszło całkiem dobrze.
Przy takich okazjach, nawet do dziś, biorę się w garść i mówię: "A teraz do dzieła".
Przy wielkim wejściu do berlińskiego pałacu cesarz czekał, by mnie powitać, ale obecność mojego narzeczonego u jego boku była takim pocieszeniem i błogosławieństwem, że byłam całkiem spokojna, gdy drzwi galowego powozu nie chciały się otworzyć. Udało nam się jednak jakoś wysiąść i zaprowadzono mnie na górę, do sali tronowej, gdzie czekała cesarzowa w otoczeniu książąt i księżnych. Siostrzane oczy Calmy powitały mnie z miłością, ale jakiś instynkt ostrzegł mnie, że - chociaż była moją własną siostrą - z okazji mojego formalnego wejścia do pruskiej rodziny królewskiej muszę wykonać zwyczajowe głębokie dworskie ukłony cesarzowej, gdy wchodziłam i przechodziłam przez pokój. Z jej twarzy od razu wyczytałam, że postąpiłam słusznie.
Następnie odbyła się uroczysta kolacja i, jak sądzę, następnego wieczoru uroczysty występ w operze. Mój drogi książę i ja siedzieliśmy pośrodku loży królewskiej, ale ostrożni urzędnicy dworscy ustawili nasze ciężkie krzesła tak daleko od siebie, że ledwo słyszeliśmy się nawzajem, gdy rozmawialiśmy! Jako panna młoda-elekt musiałam oczywiście starać się wyglądać jak najlepiej, więc przy tej okazji uzbroiłam się przeciwko kobiecej krytyce w suknię z mojego ulubionego jasnozielonego i białego brokatu.
Następny dzień rozpoczął się od ceremonii cywilnej, podczas której odczytano i podpisano umowy małżeńskie. Nie przywiązywałam zbytniej wagi do tej sprawy w tamtym czasie; wiedziałam, że Wilhelm Drugi, jako król Prus, zagwarantował mi znaczny dochód, gdybym przeżyła męża, ale do dziś (1937), kiedy spisuję tę część moich wspomnień, nigdy nie otrzymałam ani grosza z kontraktów małżeńskich, a ta deprywacja doprowadziła mnie do bardzo nieprzyjemnej sytuacji.
Przed rozpoczęciem ceremonii cywilnej korona księżnej jest wnoszona do przedsionka przez oficera i eskortę Straży Przybocznej w ich pięknych, pełnych mundurach. Pozornie panna młoda jest koronowana przez cesarzową, która jednak zwykle pozostawia faktyczne zamocowanie korony fryzjerowi - w przeciwnym razie może nie pozostać na miejscu! (Jest to mała korona z diamentów, nigdy nie używana do niczego poza królewskimi ślubami.) Byłam zadowolona, że oficerem, który nosił koronę, był miły Herr von Leipziger, który był wielkim przyjacielem zarówno mojego księcia, jak i mojego brata, Ernesta Günthera, i z którym często tańczyłam w Przemkowie. Mój drogi książę, ze swoją wspaniałą sylwetką, wyglądał bardzo przystojnie i elegancko w białej tunice Straży Przybocznej oraz karmazynowym aksamitnym płaszczu i pomarańczowej wstędze Orderu Czarnego Orła. Moja biała suknia ślubna była przystrojona kwiatami pomarańczy i mirtem; dworski srebrny tren był niesiony przez moją drogą przyjaciółkę, baronową Mariettę Cerrini, hrabinę Wiktorię Eulenburg, córkę cesarskiego Lorda Wysokiego Szambelana, oraz moje własne dwie damy dworu, hrabinę Aleksandrę Eulenburg (później hrabinę Arnim Boitzenburg) i hrabinę Elisabeth Finckenstein (później Frau von Schmeling). Oprócz korony miałam na sobie wieniec z mirtu i długi koronkowy welon, który opadał na mój tren. Idąc ramię w ramię z moim narzeczonym, byłam wspierana przez moją Mistrzynię ds. Strojów; procesja była prowadzona przez starego hrabiego Dönhoffa, który służył mojemu teściowi; był nazywany "truflegrave", ponieważ nigdy nie zawiódł, gdy podawano te przysmaki na jego przyjęciach. U boku Dönhoffa kroczyli kontroler mojego narzeczonego, hrabia Kanitz, mój dworzanin, pan von Trotha, oraz dwaj adiutanci mojego narzeczonego. Ceremonii dokonał znany nadworny kapelan, Kögel, który przy tej samej okazji bierzmował zarówno mojego narzeczonego, jak i Vicky, drugą córkę cesarzowej Fryderyki. Nie muszę dodawać, że nie słyszałam zbyt wiele z pięknego śpiewu hymnu przez słynny chór katedry berlińskiej.
Potem nastąpił bardzo ciekawy zwyczaj - die Zeremonientafel (ceremoniał). Goście otrzymują wszystko zimne, ponieważ wszyscy komturowie, szambelani, adiutanci i inni urzędnicy stoją za krzesłem swojego księcia lub księżnej i podają im dania, które najpierw otrzymali od lokajów - jedzenie przebyło już pół mili z kuchni w jakiejś odległej części zamku. Miało się szczęście, jeśli nie czekał na nas jakiś stary, chwiejny szlachcic, który mógł rozlać zupę lub sos na suknię lub, co gorsza, na gołe ramiona. Zdobycie czegoś do jedzenia było w takich okolicznościach jedynie kwestią szczęścia; zdobycie czegoś gorącego nie wchodziło w rachubę. Po podaniu kilku dań zwyczaj nakazywał, abyśmy podziękowali tym honorowym i czcigodnym sługom, kłaniając się; i bez wątpienia byli oni tak samo zadowoleni, że poszli zjeść do innego pokoju, jak my, że się ich pozbyliśmy. Po ich zwolnieniu nasze własne strony przejęły obsługę.
Po uroczystej kolacji odbyła się uroczystość dworska, na której wszyscy składali gratulacje młodej parze. Potem nastąpiła najpiękniejsza ze wszystkich funkcji - taniec z pochodniami, starożytny zwyczaj na pruskim dworze. Zaczyna się od tego, że panna młoda i pan młody opuszczają swoje miejsca w królewskim kręgu, składając głębokie pokłony cesarzowi i cesarzowej, a następnie, trzymając się za ręce, poprzedzani przez lokajów niosących pochodnie, tworzą krąg sali tronowej, a gdy to robią, przyjmują i potwierdzają pozdrowienia zgromadzenia. Następnie powtarza się to z tą różnicą, że panna młoda jest prowadzona wokół sali tronowej przez cesarza, a cesarzowa przez pana młodego. Następnie panna młoda ponownie wykonuje rundę eskortowaną przez dwóch książąt, a pan młody eskortuje dwie księżne - ta ceremonia powtarza się, aż wszyscy uczestnicy królewskiego grona wezmą w niej udział. Ponieważ panna młoda kłania się każdemu z książąt, których zaprasza - zarówno na początku, jak i na końcu obwodu - i za każdym razem, gdy mija tron, jest to całkiem dobre ćwiczenie, jeśli ktoś jest przyzwyczajony do uprawiania sportu. Byłam bardzo zadowolona, że ubrana w długi szlafrok wytrwale ćwiczyłam dworskie ukłony przed lustrem w mojej sypialni w Dreźnie. W końcu nastąpiło rozdanie "podwiązek", które zawsze wywołuje wiele radości i podekscytowania, ponieważ każdy chce mieć na pamiątkę jedną z tak zwanych podwiązek. Są to wstążki, głównie z białego jedwabiu, haftowane złotem z monogramem panny młodej i datą ślubu.
Byliśmy szczęśliwi, że inny dziwny zwyczaj, obserwowany do czasu ślubu cesarzowej Fryderyki w 1858 roku - która naturalnie mocno mu się sprzeciwiała - został zniesiony. W tamtych czasach po zakończeniu ceremonii ślubnej młoda para udawała się do swojego pokoju i kładła się na wielkim łożu, podczas gdy wszyscy członkowie rodziny i książęcy goście maszerowali obok, zatrzymując się, by złożyć gratulacje i życzenia!
Przypomina mi to zabawną historię opowiedzianą mi przez moją teściową, która, podobnie jak mój mąż, potrafiła być bardzo dowcipna pomimo pozorów wielkiej powściągliwości. Podczas ślubu Alexisa Landgrave of Hesse-Philippsthal-Barchfeld i Luise, starszej córki księcia Prus Karola, w 1854 roku, przestrzegano tego starożytnego zwyczaju. Następnego ranka, gdy stary cesarz Wilhelm I rozmawiał z panną młodą, ta poskarżyła się, że w nocy orzeł, który zdobił baldachim nad łóżkiem, spadł na plecy pana młodego, na co cesarz wykrzyknął:
"Dobry Boże! Czy Alexis zawsze śpi na brzuchu?".
Podczas rozdawania "podwiązek" pożegnaliśmy się, poszliśmy się przebrać, a potem odjechaliśmy - wreszcie sami. Samotnie, ale tylko przez około piętnaście minut, ponieważ na stacji kolejowej Potsdamer czekali na nas wszyscy członkowie naszego nowego gospodarstwa domowego. Oczywiście towarzyszyli nam w naszym powozie salonowym do stacji Neubabelsberg, skąd pojechaliśmy otwartym powozem do starego zamku Glienecke. Mnóstwo ludzi, z których niektórzy nieśli latarnie i świece, ustawiło się wzdłuż drogi, a jeden, Werner, nadworny jubiler, który miał willę w sąsiedztwie, był tak przepełniony ciekawością, że błysnął nam lampą w twarz, gdy przechodziliśmy!
Nie potrafię opisać letniego piękna parku Glienecke. Dziedziniec i taras zamku były ozdobione liliami i drzewami pomarańczowymi pełnymi pachnących kwiatów. Te piękne kwiaty i muzyka fontanny są nierozerwalnie związane z moimi wspomnieniami z pierwszego powrotu do ukochanego Glienecke.
*
Ponieważ mój mąż uzyskał oczywiście specjalny urlop na swój ślub, mieliśmy wolny i szczęśliwy czas podczas naszego miesiąca miodowego. Jeździliśmy - powozem i czterema końmi z jeźdźcami, jak to było wówczas w zwyczaju - po całej okolicy i to pod okiem mojego pana młodego naprawdę poznałam Poczdam i jego piękne okolice. Miałam nową angielską suknię podczas serwowania herbaty, z której byłam bardzo dumna i którą lubiłam nosić wieczorem. Za każdym razem, gdy to robiłam, mój książę drażnił się ze mną, proponując, abym po kolacji przebrała się ponownie w suknię wierzchnią na spacer. Nasze wieczory spędzaliśmy zazwyczaj przy muzyce, którą oboje gorąco kochaliśmy. Ja grałam na pięknym fortepianie Bechstein, który mi podarował, on dyrygował jak zawodowy kapelmistrz z wielkim darem ekspresji. Czasami zapraszał lokaja, który był utalentowanym wykonawcą na cytrze, aby dla nas grał.
Jedyną przerwą w naszym miesiącu miodowym była wizyta u starej cesarzowej Augusty[57] (prababci mojego męża), która wkrótce po naszym ślubie przyjechała zatrzymać się w sąsiednim zamku Babelsberg. Jej Wysokość została wniesiona do salonu na krześle na kółkach przez swoich francuskich i angielskich lokajów i nie zauważyła, że zostawili otwarte drzwi i stali za nimi. Jak wiele głupich legend powstaje z plotek służących! Słyszą część rozmowy, nawet nie rozumieją wszystkiego, a potem opowiadają fantastyczne historie. Thackeray miał rację, mówiąc: „Kto go osądził? Słudzy!”. W tym przypadku stara cesarzowa była bardzo uprzejma. Czy to dlatego, że byłam teraz zamężna, znalazłam w jej oczach łaskę, którą wcześniej się nie cieszyłam? To był chyba ostatni raz, kiedy ją widziałam. Sześć miesięcy później zmarła.
Nasza wizyta naturalnie doprowadziła do rozmowy o cesarzowej między mną a moim mężem, który powiedział mi, że jako student w Bonn często odwiedzał ją w jej ulubionej rezydencji w Koblencji. Zawsze uważał ją za naturalną, uprzejmą i przyjazną - w rzeczywistości zupełnie inną osobę niż sztywna cesarzowa, którą stała się w Berlinie. Przy jednej z tych okazji wyraziła życzenie obejrzenia przedstawienia reńskiego teatru marionetek, w którym mówi się wyłącznie dialektem Nadrenii - który, tak się złożyło, mój mąż potrafił bardzo dobrze naśladować. Właściciel teatru marionetek został zatem zaangażowany do przybycia do pałacu, a ponieważ dwór z niecierpliwością czekał na występ, rozpoczął "pokaz" w zwykły sposób: "Jesteście wszyscy? Ach! To dlatego tak śmierdzi".
Cesarzowa była bardzo miła i sympatyczna dla oficerów swojego własnego pułku[58], który stacjonował w Koblencji, i była przez nich naprawdę kochana, a także przez katolicką szlachtę Nadrenii. Wydaje się dziwne, że pomimo wielu dobroczynności stara cesarzowa, która urodziła się jako księżna Saksonii-Weimaru, była tak mało kochana w Prusach. Naprawdę można o niej powiedzieć: C'est le ton qui fait la musique (To tonacja czyni muzykę).
Jakże inaczej było z moją siostrą Wiktorią. Była powszechnie kochana, ponieważ każdy, komu pomagała, czuł, że jej współczucie jest ciepłe i prawdziwe. Nie chodziło tylko o zmęczenie, które kiedyś - podczas Wielkiej Wojny - doprowadziło ją do upadku w szpitalu, ale o jej prawdziwe utożsamianie własnych uczuć z cierpieniami rannych.
Sztywność cesarzowej Augusty jest pokazana w opowieści o tym, co przydarzyło się księżniczce Fryderyce Hohenzollern[59], kiedy przybyła do Berlina jako panna młoda. Zawsze bardzo dobrze ubrana, cieszyła się z tego powodu sporą renomą. Pewnego razu, zakładając jedną ze swoich sukienek, ku swojemu zdumieniu i irytacji zauważyła, że dekolt został zmieniony. Pytając służącą swojej damy, w końcu wyciągnęła od niej informację, że cesarzowa Augusta wysłała jedną ze służących Jej Królewskiej Mości z wiadomością do pokojówki księżnej, nakazując jej przerobienie sukni! Była na tyle głupia, że zrobiła to bez poinformowania swojej pani. W rezultacie energiczna młoda księżna nie tylko przywróciła suknię do pierwotnego stanu, ale powiedziała cesarzowej, że przymierzyła wszystkie swoje suknie przed matką, a ponieważ uznała je za poprawne, uznała, że to wystarczy. Na ten argument stara cesarzowa nie miała oczywiście odpowiedzi.
Stary Zamek Glienecke, do którego przyjechałam jako panna młoda, był dziełem mojego teścia księcia Karola[60], który go zbudował i założył ogrody oraz Stary Park.
Był człowiekiem o wielkiej kulturze, miał gust artystyczny, i z licznych podróży do Włoch przywiózł bogatą kolekcję marmurowych i porfirowych posągów oraz płaskorzeźb, którymi ozdabiał zamkniętą (lub prywatną) część parku, która rozciągała się od bram wejściowych przy drodze Berlin-Poczdam wzdłuż rzeki Havel. Z wysokiej tarasy, na którym stoi, północna strona Starego Zamku rozciąga się nad pięknym Jeziorem Jungfern. W 1905 roku, gdy drogę dzielącą Jagdschloss Glienicke od Starego Zamku Glienicke przeniesiono i podniesiono, zbudowano tunel z żelaznymi bramami, dzięki czemu można było przechodzić z jednego na drugie bez wychodzenia na główną drogę. Jagd Schloss jest pięknie położony z widokiem na jezioro Glienecke, które tak naprawdę jest odnogą rzeki Havel. Pierwotnie był to pałacyk myśliwski Wielkiego Elektora[61], księcia Karola (dziadka mojego męża), który został przebudowany dla rodziców mojego męża jako ich letnia rezydencja; zimą zajmowali apartament w Royal Schloss w Berlinie. Książę i księżna Karl mieszkali oczywiście latem w Old Schloss Glienecke, a zimą w swoim własnym berlińskim pałacu na Wilhelmsplatz (obecnie Ministerstwo Propagandy).
W listopadzie zrobiło się bardzo zimno w Starym Zamku, który, jak już wspomniałam, został zbudowany jako letnia rezydencja i którego ogrzewanie składało się głównie z małych otwartych kominków. W jadalni, która miała kamienną podłogę i kilka szklanych drzwi otwierających się na tarasy, było szczególnie chłodno. Mieszkaliśmy tam do krótko przed Bożym Narodzeniem, kiedy to, ponieważ Jagd Schloss nie był jeszcze gotowy do naszego zamieszkania, otrzymaliśmy tymczasowe mieszkanie w Stadt Schloss[62] w Poczdamie. Miało to różne wady, ale był tam bardzo przytulny mały pokój do pisania, który mój mąż urządził własnymi meblami.
Następnie przeżyliśmy najbardziej niekomfortowe święta Bożego Narodzenia, jakie kiedykolwiek miałam. Inne młode pary spędzają Boże Narodzenie we własnych domach lub z rodzicami, ale my spędziliśmy Wigilię praktycznie na ulicy. Po niezwykle wczesnym obiedzie mój mąż musiał być obecny przy choince swojego pułku w koszarach. O drugiej zasunęłam zasłony w naszym salonie i zapaliłam naszą własną choinkę, po czym wymieniliśmy się prezentami; potem mój biedny książę musiał udać się na inną uroczystość wojskową.
Po ich akcesji mój szwagier i siostra przenieśli się oczywiście z Pałacu Marmurowego do Nowego Pałacu, który jako największy i najwspanialszy z wielu poczdamskich pałaców był zazwyczaj rezydencją władcy. O szóstej oboje musieliśmy być tam w pełnym stroju wieczorowym, gdzie czekaliśmy przez jakiś czas w przedsionku, ponieważ Ich Wysokości wciąż jedli kolację. Następnie przez kilka minut byliśmy obecni w Muschel Saal (sali muszlowej), gdzie znajdowały się stoły cesarza, cesarzowej, ich rodziny oraz członków dworu i ich żon. Moja matka i moja najmłodsza siostra Feo, które spędzały Boże Narodzenie w Nowym Pałacu, były tam, ale nie zamieniłam z nimi ani słowa, ponieważ musieliśmy się spieszyć, aby złapać pociąg do Berlina, aby być obecnym na przyjęciu bożonarodzeniowym mojej teściowej. Tam miało miejsce kolejne rozdanie prezentów, a następnie miła kolacja, w połowie której musieliśmy się oderwać, aby złapać nasz pociąg powrotny do Poczdamu!
Nigdy nie zapomnę pierwszego Bożego Narodzenia w moim życiu małżeńskim.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Wczesne lata na pruskim dworze i wizyta we Włoszech. 1890-1891
1890
Ponieważ Nowy Rok był początkiem sezonu berlińskiego, uczestniczyłam w większości uroczystości dworskich, a te męczące oficjalne ceremonie były czymś więcej niż większość kobiet w moim stanie by się podjęła; ale dzięki Bogu - i nigdy nie mogę tego powtarzać wystarczająco często - zostałam pobłogosławiona doskonałym zdrowiem. Co więcej, ponieważ obowiązek zmusił mojego męża do wzięcia w nich udziału, cierpiałabym znacznie bardziej, gdybym zamiast mu towarzyszyć, została w domu. Tak się złożyło, że w styczniu byłam bardzo samotna, ponieważ on miał nie tylko swoje obowiązki wojskowe, ale także musiał uczestniczyć we wszystkich ceremoniach żałobnych cesarzowej Augusty; ja sama poszłam tylko na nabożeństwo żałobne w kaplicy zamkowej w Berlinie.
Kiedy byłam sama, dużo grałam na pianinie i muszę przyznać, że czasami kładłam na nim głowę i płakałam z powodu niezrozumiałej samotności. Wtedy, aby się pocieszyć, szłam i patrzyłam na piękną wyprawkę, którą podarował mi mój mąż i którą moja siostra Wiktoria zamówiła dla mnie w Anglii. Słodkie, małe szlafroczki, pierwsze malutkie koszule i piękne koronkowe sukienki były moją rozkoszą. Angielska wyprawka ma w sobie magiczny urok, zwłaszcza gdy ożywia ją słodkie, piękne dziecko, jakim szczęśliwie okazało się nasze.
Ale ten samotny okres minął i pomimo zajęć mojego męża w armii, spędziliśmy razem wiele szczęśliwych godzin. Ze względu na niewygodny układ pokoi w Stadt Schloss, w połowie kwietnia zostałam przeniesiona na drugie piętro, podczas gdy mój mąż pozostał piętro niżej. Zrobiono to w ramach przygotowań do narodzin mojego dziecka i choć w tamtym czasie wydawało się to wygnaniem, z pewnością było to najlepsze zarówno dla dziecka, jak i dla mnie. Ale dla młodej żony, której największym szczęściem jest bycie ze swoim mężem, wydawało się to bardzo trudne.
Mój drogi mąż był najbardziej wzruszający w swoim oddaniu w moich złych godzinach i nie okazał rozczarowania, gdy zamiast syna urodziła się córka. Od samego początku była piękna. Na początku wyglądała jak jej ojciec, ale później nabrała podobieństwa do mojej drogiej matki z jej delikatnymi rysami Hohenlohe. Niektórzy ludzie uważali, że przypominała dziecięce obrazy królowej Wiktorii; ale jeśli tak, to nie dostrzegłam tego podobieństwa. W każdym razie była bardzo dobrym i słodkim dzieckiem i sprawiała bardzo mało kłopotów comiesięcznej pielęgniarce, pani Paterson (która zawsze była angażowana w tym charakterze przez moje dwie zamężne siostry, Wiktorię i Calmę, oraz przeze mnie); pielęgniarką była pani Bancroft, którą sprowadziłem z Anglii ze względu na nasze wspomnienia o naszej pielęgniarce, pani Stuart, i o naszym szczęśliwym przedszkolu; jako opiekunkę sprowadziłem z mojego ukochanego Szlezwika-Holsztynu bardzo ładną szesnastoletnią dziewczynę, Bertę Neffke, która jako Frau Harder nadal trzyma się nas z prawdziwą szlezwicko-holsztyńską wiernością i interesuje się wszystkimi naszymi rodzinnymi sprawami.
Cesarzowa okazywała najczulsze zainteresowanie wszystkim, co wiązało się z narodzinami mojego dziecka. Rankiem 17 kwietnia przybyła z Nowego Pałacu do Stadt Schloss, aby być ze mną i pozostała do późnego popołudnia, kiedy moje dziecko po raz pierwszy ujrzało światło dzienne. Otrzymałam słuszną naganę od naszego starego chirurga generalnego Ernestiego, gdy dowiedziawszy się, że moje dziecko jest córką, wykrzyknęłam:
"Cierpiałam to wszystko dla dziewczynki!".
On, który, jak sądzę, stracił dziecko, odpowiedział:
"Wasza Królewska Mość, dla dziecka!".
Miał rację.
Ponieważ nie byłam przyzwyczajona do choroby i leżenia w łóżku, wkrótce nalegałam, by zaniesiono mnie na dół. Ale Zamek Miejski w Poczdamie nie miał ogrodu, więc zabrano mnie na plac defilad, gdzie piechota odbywała swoje codzienne ćwiczenia, i umieszczono pod grupą drzew. Pewnego dnia popełniłam poważne przestępstwo przeciwko etykiecie pruskiego dworu, witając się z księciem Reuss Henrykiem XIX[63], który był bardzo miły i ożenił się z moją daleką kuzynką. Stało się to przed chrztem mojego dziecka i musiałam się nauczyć, że do sześciu tygodni po urodzeniu dziecka pruska księżna musi (z wyjątkiem swojego apartamentu) pozostać niewidoczna dla świata. Reguła ta wydawała się szczególnie surowa, ponieważ choć czułam się zupełnie dobrze, chrzest nie mógł się odbyć, dopóki cesarz nie wyznaczył daty, a jego królewską przyjemnością było wyznaczenie 4 czerwca.
Ponieważ cesarzowa Fryderyka była zawsze naszą dobrą i życzliwą przyjaciółką, było rzeczą naturalną, że poprosiliśmy ją, aby została matką chrzestną naszej córeczki; list do mojego męża, w którym przyjęła tę odpowiedzialność, jest tak charakterystyczny i rzuca tak prawdziwe światło na jej osobowość i otoczenie, że cytuję go w całości. Został napisany (w języku niemieckim) tuż przed drugą rocznicą tragicznej i przedwczesnej śmierci cesarza Fryderyka i w okresie, gdy pogrążona w żałobie wdowa po nim poświęcała wiele czasu i energii na kierowanie i nadzorowanie budowy zamku Friedrichshof, jej nowego domu w pobliżu Homburga:
Homburg vor der Höhe, 25 maja 1890 rok.
Drogi Fritzu Leopoldzie!
Z wielką radością zostanę matką chrzestną Twojej córeczki. Bardzo żałuję, że nie mogę być obecna na chrzcie i poznać drogiego dziecka; ale moje myśli będą z tobą, a wszystkie moje najlepsze i najprawdziwsze życzenia dla twojego szczęścia i dobrobytu.
Jak będzie miało na imię to maleństwo? Niedyskretne pytanie, nieprawdaż? Ale ciotka na pewno może zapytać? Pomyślałam o Marie po twojej babci i po biednej, drogiej Mii.
Wiktoria, Elżbieta i Ludwika - istnieją już w rodzinie. Sybille to urocze imię, które dawniej było w rodzinie, a także Ulrike-Eleonore-Adelheid i Marianne - z pewnością będą brane pod uwagę! Czy Glienecke - magiczny zamek, który zaskoczy wszystkich - jest już ukończony? Często myślę o tym, jak piękny będzie widok na ogród i wodę. Mój dom też się buduje - choć bardzo daleko w tyle za waszym. Ogród również rozwija się powoli, ale wciąż jest strasznie dużo do zrobienia, przemyślenia i zaplanowania - jest to dla mnie drogie zajęcie i rozrywka, chociaż tylko na chwilę odwraca mnie od cierpienia i nieszczęścia, które wypełniają całą moją istotę i przytłaczają moje życie!
Ponieważ miejsce naszego ostatniego spoczynku[64] nie będzie ukończone do 15 czerwca, nie sądzę, żebym była w Poczdamie tego strasznego dnia. Obawiam się burzy, jaką by to wywołało w mojej zranionej duszy: wrażenia, które są łatwe dla innych do zniesienia, byłyby dla mnie zbyt gorzkie i przytłaczające, gdybym musiała nad nimi rozmyślać tak samotnie! W spokojnej, niezakłóconej żałobie mogę spędzić ten dzień, a potem później, z Berlina, mogę codziennie odwiedzać moje ukochane miejsce pochówku i pozostać tam niezauważoną! Trzeba było cierpieć – jak niestety musiałam cierpieć – aby zrozumieć te uczucia. Może za rok będę może bardziej spokojna – i odważę się być z innymi w ten straszny rocznicowy dzień.
Nie mogłabym wziąć udziału w nabożeństwie w die Friedenskirche (Kościele Pokoju) - które zawsze musi mieć oficjalny i konwencjonalny charakter - a także nie mogłabym znieść wszystkich przygotowań. W przyszłym roku będzie zupełnie inaczej w małym mauzoleum, gdzie wszyscy będą mogli zgromadzić się wokół świętego miejsca!
Poinformuj o tym swoją ukochaną mamę - na pewno to zrozumie.
Kuzynki[65] przesyłają tysiąc pozdrowień! Są bardzo ciekawi, jak im pójdzie kwadryl - i mają nadzieję, że niczego nie zapomniały! Od osiemnastego znów będą mogli brać udział w próbach.
Żegnaj, drogi Fritzi, twoja wierna, kochająca ciocia
Wiktoria.
Serdeczne pozdrowienia dla żony. Mam nadzieję, że wyzdrowiała i nadal jest bardzo ostrożna.
Podczas chrztu moja córka otrzymała jako główne imiona Wiktoria, dla swojej matki chrzestnej i dla mojej siostry cesarzowej, Margarethe dla siostry mojego męża księżnej Connaught oraz, oprócz Adelheid dla mojej matki, stare niemieckie imię Ulrika. (W kręgu rodzinnym była znana jako Agra.) Nadworny kapelan Kögel (który nas poślubił) przeprowadził ceremonię, a dziecko było bardzo dobre. Pruskie dziecko królewskie musiało wcześnie zacząć przyzwyczajać się do dworskiej etykiety. Leży na białej satynowej poduszce i nosi rodzinną szatę do chrztu z białej satyny obszytej starą koronką, która jest przekazywana z pokolenia na pokolenie; do poduszki przymocowany jest dworski tren ze srebrnego materiału, który jest niesiony przez damy dworu matki, które noszą suknie dworskie z dekoltem; Mistrzyni Strojów podąża za nią, a lokaje zamykają procesję. Moja córka wyglądała bardzo słodko i najwyraźniej podobała jej się ceremonia. Na obiedzie z okazji chrztu było mnóstwo ciemnoczerwonych róż w srebrnych wazonach - pomysł mojego męża, który miał bardzo dobry gust - i efekt był wspaniały.
Podczas gdy Ich Królewskie Mości, z liczną świtą, i wszyscy inni goście mogli cieszyć się bardzo dobrym obiadem, biedna matka dziecka została niestety wykluczona z uczty i pozwolono jej jedynie na przyjęcie swojej porcji w prywatnym salonie - choć uznano ją za wystarczająco zdrową, by później usiąść przy kołysce i odebrać gratulacje od zgromadzonego towarzystwa, podczas gdy dumny ojciec stał obok niej.
Wkrótce po chrzcie odbyła się wielka jubileuszowa uroczystość Gwardii Przybocznej - jak się wydaje, sto pięćdziesiąta rocznica utworzenia pułku[66]. Wśród innych ceremonii, oficerowie i damy pułku wzięli udział w pokazach na koniach, a dowódca, pułkownik von Bissing[67], znany jako "Dziki Moritz", również na koniu, wyrecytował prolog. Podczas próby miał jeden ze swoich wybuchów złego humoru, ponieważ uważał, że hrabina Hohenau[68], siostra księżnej Reuss, śmiała się z niego podczas recytacji. Hrabina miała tak zwaną otwartą twarz z wydatnymi przednimi zębami, dlatego zawsze wyglądała, jakby się śmiała. Jednak następnego dnia von Bissing przeprosił ją. Uroczystość trwała kilka dni, podczas których pułkownik zdołał wszcząć kolejną kłótnię, tym razem z emerytowanymi oficerami, którzy przyszli popatrzeć. Mój książę był jednym z niewielu, z którymi zawsze był w dobrym humorze. Pewnego razu zaprosił nas na kolację i z rozbawieniem zauważyłam, że poczucie obowiązku mojego męża było tak silne, że zjadł słodkie potrawy, których zazwyczaj odmawiał. Być może był to mądry środek ostrożności, ponieważ w przeciwnym razie "Dziki Moritz" mógłby dostać jednego ze swoich ataków złego humoru.
W lipcu w końcu przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu - Jagd Schloss Glienecke. Został on całkowicie przebudowany i zmodernizowany przez mojego męża i urządzony z wszelkimi możliwymi wygodami, bardzo w stylu angielskim, który oboje bardzo lubiliśmy.
Nasze drugie Boże Narodzenie było o wiele lepsze niż pierwsze. Nasze ośmiomiesięczne dziecko zdawało się cieszyć świeczkami na swojej pierwszej choince; a w tym roku moja teściowa zapoczątkowała swój zwyczaj spędzania świąt Bożego Narodzenia zawsze z nami. Towarzyszył jej dżentelmen w obstawie, Herr von Wangenheim, i jej dama w obstawie, hrabina Clementine Pückler. Odniosłam wrażenie, że moja teściowa była być może nieco zawiedziona wszystkimi klejnotami podarowanymi mi przez mojego księcia, ponieważ jej mąż podarował jej bardzo niewiele. Jako dziewczynka w domu była bardzo rozpieszczana, więc mogłam całkiem zrozumieć i współczuć jej uczuciom, gdy w wieku siedemnastu lat została żoną mężczyzny, którego zewnętrzna surowość skrywała ciepłe, prawdziwe serce - mężczyzny, który potrafił zrezygnować z długo oczekiwanych wakacji, aby pomóc przyjacielowi w potrzebie, oddając na to pieniądze, jakie byłyby na nie przeznaczone. Księżna, żona księcia Fryderyka Karola od kilku lat była całkiem głucha i pamiętam, jak kiedyś, zanim dowiedziałam się o jej cierpieniu lub kiedykolwiek pomyślałam o zostaniu jej synową, byłam zdumiona sposobem, w jaki krzyczała.
Na szczęście w tym roku nie musieliśmy iść do Nowego Pałacu aż do dnia Bożego Narodzenia, kiedy to zostaliśmy zaproszeni na obiad. Następnie wszyscy udaliśmy się do Muschel Saal, gdzie, jak zawsze, choinki dla Ich Królewskich Mości, ich dzieci i ich świty były rozmieszczone wokół imponującego pomieszczenia. Dla mnie, jak się okazało, było to typowe dworskie Boże Narodzenie. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego mój szwagier i siostra nie obchodzili tego święta ze swoimi dziećmi, zamiast sprowadzać wszystkich dworskich urzędników i ich żony. Ale z pewnością była to zasługa cesarza, który lubił przy każdej okazji być otoczony tłumem. W naszym własnym domu zawsze ustawialiśmy nasze drzewka i prezenty w pokoju Basler Zimmer[69], który stanowił przedsionek do salonu i jadalni, a zgodnie ze zwyczajem przestrzeganym przez Ich Wysokości, uczestniczyły w tym moje damy dworu, niezamężni szambelanowie i świta mojej teściowej. Zorganizowanie zabawek było nie lada przedsięwzięciem, w miarę jak nasza rodzina się powiększała, a w późniejszych latach, gdy zdrowie mojej teściowej uniemożliwiło jej przyjazd do nas, daliśmy naszym domownikom osobne drzewko i obchodziliśmy to święte rodzinne święto sami z naszymi dziećmi - tak jak zawsze chciałam.
W pruskim domu królewskim panował zwyczaj, że książęta służyli przez pewien czas zarówno w piechocie, jak i w kawalerii. Mój mąż był sercem i duszą oficerem kawalerii i kiedy został przeniesiony z Gwardii Przybocznej do Pierwszej Gwardii Pieszej, chociaż nigdy nie narzekał, nie był zadowolony. Wkrótce wokół nas zebrało się wielu bardzo miłych oficerów pułku; dowódca, pułkownik von Natzmer, był szczególnie miły i miał ciepłe, życzliwe serce oraz wiele sympatii i zrozumienia dla mojego męża. Jakże byłam i zawsze będę mu wdzięczna za to współczujące zrozumienie.
1891
Pewnego razu, gdy mój mąż wracał do zdrowia po ciężkim przeziębieniu, zawdzięczał pułkownikowi von Natzmerowi, że uzyskał pozwolenie na wyjazd do Włoch w celu rekonwalescencji. Sprawiło mi to wielką przyjemność, ponieważ mogliśmy pojechać razem; oczywiście chciałam zabrać ze sobą moje ukochane dziecko, na co mój mąż wyraził zgodę.
W tym czasie nie zdawałam sobie sprawy, że jeden z rówieśników mojego męża, hrabia Klinckowström, działał przeciwko mnie. Jednak moje podejrzenia zostały instynktownie rozbudzone, gdy Cesarzowa zapytała mnie pewnego dnia, czy mogę mu zaufać; zostały one wzmocnione, gdy mój szambelan, Herr von Trotha, zasugerował, że powinnam uzyskać pozwolenie z "góry[70]" na usunięcie Klinckowströma.
Chociaż już w pełni ufałam von Trothcie i wiedziałam, że nigdy nie zaproponowałby czegoś takiego z powodu intrygi lub we własnym interesie, powiedziałam, że nie mogę nic zrobić za plecami księcia. Było dla mnie jasne, że mój mąż nie zdymisjonuje Klinckowströma, ponieważ jak dotąd nie miałam żadnych konkretnych podstaw do moich podejrzeń. Dopiero później dowiedziałam się, że Klinckowström bardzo chciał, abym nie brała udziału we włoskiej podróży - zapewne dlatego, że obiecywał sobie więcej rozrywki, jeśli nie było by dam w grupie. Ale zdradził swoje zamiary, próbując na wszelkie sposoby powstrzymać nas przed zabraniem naszego dziecka, posuwając się nawet do stwierdzenia, że podróż zagrozi jego zdrowiu! Wszystko to miało mieć swój ciąg dalszy.
Nikt w Poczdamie ani Berlinie nie wydawał się stosować zasady: Zajmij się swoimi sprawami. Nigdy nie zrozumiałam tej obsesyjnej troski o sprawy innych ludzi, zawsze miałam wystarczająco dużo własnych obowiązków do załatwienia. Jednak ogromne zainteresowanie, a właściwie ciekawość, skupiało się wokół naszej włoskiej podróży. Pewnego razu podróżowaliśmy pociągiem do Poczdamu z Berlina po dworskim święcie razem z księciem i księżną Hohenzollern-Sigmaringen, nasza świta i ich świta oczywiście podróżowały w innym przedziale. Nieżonaty szambelan księcia okazał wielkie zaniepokojenie tym, jak nasze dziecko będzie miało dostęp do mleka podczas włoskiej podróży. Mój dowcipny i zawsze wierny szambelan, pan von Trotha, z przyjemnością naśmiewał się z niego, mówiąc mu, że zabieramy krowę ze sobą i że już umieściliśmy ją w jednej z szklarni w Glienicke, aby przyzwyczaić ją do cieplejszego klimatu Włoch — a ten wykwintny dżentelmen w to uwierzył.
W naszym apartamencie podczas podróży był bardzo miły lekarz wojskowy, Amende. Był dość zaniepokojony tym, że zabieramy dziecko, ale gdy zobaczył małą Wiktorię Małgorzatę, tak zdrową i świeżą, śpiącą w swoim kołyszącym się łóżeczku wyściełanym różowym jedwabiem, obszytym koronką, całkowicie się uspokoił. Kiedy dotarliśmy do Włoch, blondwłose i różowe dziecko w swoim wózeczku, zawsze pięknie ubrane, ze swoją angielską pielęgniarką w bieli, ładną nianią, Bertą Neffke, w bieli i błękicie, oraz lokajem w swojej podróżnej liberii, wszędzie wzbudzało zainteresowanie i podziw.
Mój mąż pojechał bezpośrednio do Rzymu, podczas gdy ja z dzieckiem zatrzymałam się w Monachium. Nie wiem, dlaczego musiałam być obecna na kolacji w pruskim poselstwie, ale poznałam na niej pruskiego ministra i jego żonę, hrabiego i hrabinę Rantzau i pomimo mojego uprzedzenia do jej ojca, księcia Bismarcka, uznałam hrabinę za czarującą. Następnego dnia kontynuowałem podróż do Rzymu.
W tym miejscu chciałabym powiedzieć, że od samego początku miałam duże trudności z utrzymaniem się w granicach mojego apanażu, który musiał pokrywać nie tylko moje toalety i wydatki osobiste, ale także koszty moich podróży i duże wydatki mojego apartamentu wraz z ich służbą, mężczyznami i kobietami, kiedy podróżowałam bez księcia.
Do Włoch towarzyszyli nam (na szczęście nie musiałam za to płacić) nasz kontroler, hrabia Kanitz, dwaj Szambelanowie mojego męża, hrabina Alexandra Eulenburg, moja dama dworu, pani Bancroft - pielęgniarka, niania i lokaj z przedszkola, moja służąca osobista oraz wszyscy lokaje i służące z naszej grupy. Nie trzeba dodawać, że podróżowanie z tak liczną grupą było absurdalnie kosztowne. Gdy teraz myślę o tym, ile to kosztowało, wypełnia mnie żalem. Gdybyśmy teraz mieli wszystkie pieniądze wydane na ten niechciany stan, narzucony nam "z góry", moglibyśmy żyć w spokoju i komforcie.
Kiedy byliśmy w domu, trzeba było zapewnić powozy i lokajów dla dam dworu i członków dworu, zawsze do ich dyspozycji, co znacznie zwiększało wydatki na stajniach w Glienecke i w Berlinie; oczywiście apartamenty każdego członka grupy musiały być utrzymane w dobrym stanie. I to wszystko, aby zadowolić Jego Królewską Mość. Logicznie rzecz biorąc, to on powinien był płacić za ten stan, na który nalegał; ale na takie cele nie pojawił się ani grosz; a majątek koronny, do którego każdy książę pruski miał prawo, został zredukowany, ponieważ trzeba było utrzymywać licznych synów cesarza — a być może pojawią się kolejne. Ponadto mój książę miał przyjemny obowiązek płacenia wysokich emerytur swoim byłym kontrolerom; na szczęście, płacenie emerytur dla dam dworu i szambelanów nie było zwyczajem.
W Rzymie widziałam wiele interesujących zabytków z czasów starożytnych i średniowiecznych. Forum, ruiny świątyń, które pozostały, kościoły, łączące stary świat z nowym, z ich zmieniającą się architekturą przez czternaście stuleci, łaźnie Karakalli i katakumby Dioklecjana, dające słabe wyobrażenie o luksusie przeszłości, Watykan z jego bezcennymi zbiorami, pałacami i muzeami. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie Koloseum, poświęcone męczennikom, którzy niegdyś skąpali jego posadzki swoją krwią. Rzym cesarski i papieski. Cały spektakl historii! Mój mąż, który z wielką przyjemnością pokazywał mi te cuda, widział je wszystkie wcześniej; ponadto mieliśmy tę zaletę, że czasami towarzyszył nam archeolog. Profesor Helbig. Profesor przy takich okazjach pozostawał z nami na obiedzie i często dołączała do niego jego żona, Rosjanka, która była znakomitą pianistką. Swoim ogromnym obwodem i zwiewnymi spódnicami robiła niezwykłe wrażenie i, niestety, przestraszyła Agrę, kiedy, jak zwykle, została przyprowadzona po obiedzie przez swoją pielęgniarkę. Frau Helbig wzięła dziecko w ramiona i objęła je tak mocno, że przypominało mi to śmierć człowieka z "Arabskich nocy", którego pochłonęła góra. Agra, pozbawiona doświadczenia społecznego, rozpłakała się żarliwie.
Przypominam sobie jeszcze jeden lub dwa zabawne epizody. Pewnego razu jechaliśmy gdzieś na wycieczkę i kiedy powóz podjechał pod drzwi hotelu Londra, w którym się zatrzymaliśmy, wsiadłam, a hrabia Kanitz, w przypływie roztargnienia, podążył za mną i zajął miejsce obok mnie, zostawiając księcia na tylnym siedzeniu; potem, nagle przypominając sobie, był przerażony swoim faux pas, podczas gdy książę tylko się śmiał i był bardzo rozbawiony. Innym razem pojechaliśmy do willi d'Este, która, jak należy pamiętać, była zajmowana przez kuzyna mojej matki, kardynała Hohenlohe. Był z nami Kanitz, a także Herr von Engelbrecht z ambasady niemieckiej. Kardynał wysłał profesora Hesekiela, aby spotkał się z nami i pokazał nam pałac i ogrody, a kiedy wszystko zobaczyliśmy, Kanitz poszedł zamówić nasz powóz; jakież było moje zdumienie, gdy profesor odwrócił się do mnie i powiedział: "Książę poszedł zamówić powóz". Wziął starego kontrolera za mojego męża!
Podczas naszego pobytu w Rzymie padał śnieg, a woźnica nie wiedział, jak poradzić sobie z tym nieznanym żywiołem. Tego samego popołudnia wybraliśmy się w towarzystwie mojej damy dworu i hrabiego Klinckowströma z osobistą wizytą do kardynała Hohenlohe[71], który podczas pobytu w Rzymie mieszkał w pobliżu kościoła Santa Maria Maggiore, którego był arcykapłanem. Jego apartament składał się z bardzo małych pokoi (moda, która była modna we Włoszech w XVII wieku). Powiedziałam mojej świcie o moim rzekomym podobieństwie do Jego Eminencji, a Klinckowström uznał to za bardzo uderzające. Pochlebiało mi to, ponieważ kardynał był bardzo przystojny, miał jasne włosy, błękitne oczy i regularne rysy twarzy. Wróciliśmy do hotelu pieszo z Santa Maria Maggiore, ponieważ nasz woźnica zaakceptował nasz argument, że nie wie, jak prowadzić konie przez śnieg. Jeszcze gorszy był efekt śniegu, gdy jechaliśmy tego wieczoru do Kwirynału, gdzie włoscy władcy zaprosili nas na kolację. Ku przerażeniu niemieckiego ambasadora, hrabiego Solmsa[72], przybyliśmy spóźnieni. Ale król Umberto I i królowa Margherita byli uosobieniem taktu i uprzejmości i przyjęli nas z największą życzliwością. Innego wieczoru byliśmy obecni na kolacji w niemieckiej ambasadzie wydanej na naszą cześć. Hrabia Solms, który lubił malować, powiedział nam, że kiedy cesarzowa Fryderyka była w Rzymie i jadła z nim obiad, podjął środki ostrożności, malując draperie na kilku swoich obrazach przedstawiających raczej skąpo odziane kobiety. Jak wielu kawalerów, miał doskonałą kuchnię, a Herr von Kendel, który był wśród gości, pięknie grał na pianinie po kolacji. Podczas wieczoru rozmowa zeszła na temat kawalerskiego stanu Solmsa, który wyjaśnił, że w czasach reżimu Bismarcka ambasadorom i ministrom nie wolno było żenić się z cudzoziemkami. (Najwyraźniej żelazny kanclerz bardzo obawiał się kobiecych wpływów). Według Solmsa kolejną trudnością było to, że dyplomaci nigdy nie przebywali w Berlinie w sezonie, w którym młode dziewczęta debiutowały w społeczeństwie. Ponadto prawo domowe - a przynajmniej tak twierdził - zabraniało Solmsowi poślubienia Hatzfeldt, ponieważ damy z tej rodziny miały mieć dziedziczną skłonność do ucieczek! Poczułam się bardzo nieswojo, ponieważ tuż za mną stał hrabia Kanitz, którego zbiegła żona była Hatzfeldtką. Według plotek Solms w młodości, przystojny blondyn i enfant gâté, odegrał romantyczną rolę na dworze sławnej królowej Hiszpanii i znalazł tam względy pięknej infantki. Solms nie był już młody, gdy spotkaliśmy go w Rzymie, ale najwyraźniej nadal uważał się za un bel homme. Do dziś pamiętam, jak Solms podarował mi sadzonkę żółtych róż z czerwonymi plamkami, co było wówczas dość niezwykłą kombinacją kolorów. Wiele lat później zobaczyłam go ponownie w Berlinie. Był wtedy tylko wrakiem dawnego siebie i sprawiał smutne wrażenie osoby, która nie mogąc zapomnieć, postanowiła żyć nie teraźniejszością, ale przeszłością.
Z Rzymu udaliśmy się do Neapolu, który swoim słońcem i wspaniałą scenerią zachwycił moje serce. Zatrzymaliśmy się w hotelu położonym wysoko na wzgórzu i odbyliśmy wspaniałe wycieczki do Pompejów, Wezuwiusza, źródeł siarkowych, Posilippo i klasztoru San Martino, do którego jednak nie mogą wchodzić kobiety. Ale niestety, okrucieństwo Neapolitańczyków wobec zwierząt zasmuciło mnie i przygnębiło. Pies, który jest prowadzony przed odwiedzającymi do źródeł siarki i który zawsze dostaje skurczu od oparów; sposób, w jaki kierowcy szturchają osły w otwartą ranę; zwyczaj kamienowania lub strzelania do śpiewających ptaków. W tamtych czasach wszystko to było akceptowane jako rzecz oczywista i mogę mieć tylko nadzieję, że teraz, w czasach Mussoliniego[73], jest lepiej. Wszystkie skarby sztuki w muzeach podziwiałam i cieszyłam się nimi, zwłaszcza posągami z brązu - zwłaszcza małą Psyche, której kopię podarował mi mój mąż i która do dziś stoi na moim stoliku do pisania w Haus Glienecke.
W Palermo zatrzymaliśmy się w dość prymitywnym wówczas hotelu Trinakia. Nie było tam łazienek, więc całe szczęście, że przywieźliśmy ze sobą naszą gumową wannę; ale cierpieliśmy z powodu zimna, ponieważ pogoda była często burzowa, a małe kominki, w których palono patyki z drewna pomarańczowego, dawały bardzo mało ciepła. Często chodziliśmy do pięknego Monreale z jego wspaniałym bizantyjskim kościołem i krużgankami; także do innego klasztoru, którego nazwy zapomniałam, gdzie zmarli byli tak dobrze zabalsamowani, że stoją w krypcie wciąż ubrani en grande toilette. Robią niesamowite wrażenie, które jednak było dla nas raczej zabawne ze względu na sposób, w jaki Kanitz szedł przed nami wąską ścieżką między nimi, dokładnie tak, jakby prowadził drogę w cercle de la Cour lub innej funkcji dworskiej.
Potem, jak grom z jasnego nieba, Klinckowström został odwołany do Berlina bez konsultacji z moim księciem. Zaraz potem nadeszły rozkazy z "góry", że hrabina Bernstorff i Herr von Trotha mają dołączyć do nas w Palermo. Kiedy hrabina przybyła, wymówiłam się od spotkania z nią, a dr Amende, który czuł się w obowiązku chronić mnie przed wszelkimi nieprzyjemnymi emocjami, zabronił jej wchodzić do mojego pokoju. Herr von Trotha, który czuł się całkowicie w pułapce, zauważył, że jest tylko Ziervogel - wesołym małym śpiewającym ptaszkiem. Oczywiście mój książę musiał pokryć wszystkie koszty tego niepotrzebnego dodatku do naszeji tak już dużej świty. Gdyby cesarzowa przysłała mi dobrze wyszkoloną pielęgniarkę, która opiekowała się nami obojgiem, gdy byliśmy chorzy, byłabym bardzo wdzięczna; ale hrabina Bernstorff, która, jak już wyznałam, zawsze źle na mnie wpływała, była zupełnie nie na miejscu. Później poznałam powód. Zachorowałam na lekką chorobę i Klinckowström doniósł o tym Gabinetowi Wojskowemu!
17 kwietnia, w pierwszą rocznicę narodzin naszego drogocennego dziecka, wróciliśmy do Neapolu i nastały cudowne dni pięknej południowej wiosny. Neapol natchnął mnie zachwytem i wydał mi się ideałem wszystkiego, co słoneczne, radosne i jasne! Conny Hochberg[74], który był w Gardes du Corps, przyjechał niespodziewanie i jadł z nami posiłki. Potem wszyscy tańczyliśmy. Jakże wszyscy byliśmy wtedy weseli - i teraz - mojego drogiego męża już nie ma, a Conny Hochberg od lat jest beznadziejnym inwalidą.
Z Neapolu odwiedziliśmy piękne Sorrento i ponownie udaliśmy się do Pompejów i Herkulanum. Wszędzie nosiłam ze sobą aparat fotograficzny, a hrabina Bernstorff była równie nierozłączna ze swoim szkicownikiem, co było raczej uciążliwe, ponieważ siadała wśród ruin, które zdarzyło jej się zobaczyć i kazała całej grupie czekać, podczas gdy ona szkicowała. Pewnego razu w okolicach Rzymu hrabia Kanitz - któremu często kazała czekać - został zapytany przez kogoś, co hrabina rysuje, na co odpowiedział krótko: "Rzym".
Młody, bardzo przystojny dr Amende nie znosił hrabiny, i pewnego czasu później opowiedział nam tę historię. Hrabina wezwała go pewnej nocy o dziewiątej i przyjęła go leżąc w łóżku. Kiedy dowiedział się, że nie jest chora, a jedynie chce zapytać (w jej wścibski sposób), co książę zamierza zrobić następnego ranka, wycofał się z pokoju, dodając, kiedy opowiadał nam tę historię, że nie może się zmusić do uwierzenia, że miała zamiary à la żona Potifara. Roześmiałam się i powiedziałam, że nie zdawałam sobie sprawy, że powinienem mieć się na baczności z powodu wrażliwości mojej Mistrzyni Strojów.
Wieczorami mój mąż zapraszał ulubionych piosenkarzy z kawiarni i popularnych muzyków do naszego hotelu, aby śpiewali i grali dla nas. Kiedy po wielu latach ponownie odwiedziłam Neapol w drodze do Egiptu, wydawał się zmieniony i wyblakły, i byłam strasznie rozczarowana. Być może dlatego, że od kilku lat mieszkaliśmy w Lugano, które moim zdaniem całkowicie przyćmiewa Neapol.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Wenecji, gdzie byłam oczarowana pięknem tego wyjątkowego miasta, delikatnym pluskiem wody i cichym ślizganiem się gondoli po kanałach w piękne letnie noce! Instrumenty smyczkowe i łagodny, melancholijny śpiew, który słyszało się jeszcze w łóżku, na wpół śpiąc, wydawały się być muzyką ze snu. Nasze dziecko było bardzo dobrym podróżnikiem, słodkim, zadowolonym i rozbudzonym; opuściła Wenecję z nami w nocy w naszej podróży powrotnej do Glienecke, którą odbyliśmy bez zatrzymywania się. Tam rozstaliśmy się z naszym dobrym doktorem Amende, który zaraził się malarią w Rzymie i który, choć cierpiał z powodu jej skutków, nigdy nie zapomniał o swoich obowiązkach i trosce o nas.
Jakże byłam szczęśliwa, wracając w czerwcu do Glienecke, naszego ukochanego domu, po tak długiej nieobecności - i tak się złożyło, że w drugą rocznicę naszego ślubu. Lato tam, ze wspaniałymi starymi drzewami parku, ogrodem różanym i wszystkimi innymi urokami, było bardzo piękne; a każdego roku sadziliśmy coraz więcej kwiatów.
Rutyna życia i służby wojskowej zaczęła się na nowo. Kiedy jesienią nadeszły manewry, pojechałam z moją małą córeczką do Drezna, gdzie moja droga matka, choć sama tam nie była, oddała swój dom do mojej dyspozycji. Nadal kochałam stolicę Saksonii tak bardzo, jak zawsze i byłam szczęśliwa, że znów mogę być z moją drogą przyjaciółką, Mariettą Cerrini, która zawsze wszystko mi ułatwiała. Akompaniowała mojemu śpiewowi i spędzała ze mną wieczory w operze. Rzeczywiście, często muzykowaliśmy do późna w nocy i obawiam się tylko, że Herr von Trotha, który miał jako swój salon bibliotekę, znajdujący się obok salonu, nie cieszył się tym tak samo, jak my. Z Drezna, oczywiście w towarzystwie hrabiny Bernstorff, udaliśmy się z jednodniową wizytą do Bayreuth, gdzie po raz pierwszy usłyszałam wspaniałego Parsifala. Ponieważ chcieliśmy uniknąć nocowania, planowanie wszystkiego z wyprzedzeniem było dość skomplikowane; wyruszyliśmy o piątej rano, przyjechaliśmy około pierwszej, poszliśmy do Hohenlohów - którzy zawsze byli tam na festiwalach - zjedliśmy śniadanie i ubraliśmy się na cały dzień. Jakie wrażenie robi pierwsza wizyta w Bayreuth! Wrażenie w żaden sposób nie osłabione przez kolejne doświadczenia. Urok preludium z motywami z "Parsifala" i jego sugestiami wiecznej chwały i radości, która nadejdzie! Zawsze byłam podekscytowana, zawsze spieszyłam się, aby zająć moje miejsce, bo biada tym, którzy przychodzą za późno; w pierwszym akcie, zgodnie z prawem, zostaną wykluczeni. A potem zaczęły dawać o sobie znać konsekwencje tak oszczędnej wyprawy. Właśnie wtedy, gdy powinnam najbardziej cieszyć się muzyką, zmęczenie ciała, w połączeniu z wielkim upałem jesiennej pogody, prawie mnie pokonało; musiałam nawet trochę walczyć ze snem. Ale każdy, kto kocha Wagnera tak jak ja, musi dać się porwać cudownemu, mistycznemu, dzwoniącemu rytmowi muzyki; lament Amfortasa, muzyka Wielkiego Piątku, nabożeństwa chóralne ze wspaniałą muzyką kościoła katolickiego i nieziemskie piękno gongu dzwonów. W Bayreuth jest zawsze tak samo: czuje się, że powinno się słuchać muzyki na kolanach. Odczuwa się, że to przekracza ludzkie doświadczenie.
Wkrótce po kolacji u Hohenlohów pociąg odjechał. To była bardzo gorąca noc z burzami i wróciliśmy do Drezna dopiero o piątej rano. Przed moim ślubem Marietta Cerrini często grała mi fragmenty Parsifala, ponieważ byłam oczarowana muzyką Wagnera już w dawnych czasach w Przemkowie; a po tym, moim pierwszym doświadczeniu, ona i ja jeździłyśmy razem do Bayreuth każdego roku.
Na dworze panowała zasada, że przed udaniem się w jakąkolwiek podróż należy uzyskać pozwolenie cesarzowej; ponieważ nie zrobiłam tego przed naszą jednodniową wycieczką do Bayreuth, otrzymałam reprymendę. Później rozmawiałam o tym z księżną Prus, żoną księcia Henryka[75] (ponieważ wydawało mi się to bardzo uciążliwą zasadą) i powiedziała mi, że poradziła sobie z tym, pisząc do cesarzowej i wspominając, że myśli o odbyciu takiej a takiej podróży. Poszłam za jej przykładem, ale jeśli ktoś chciał udać się do obcego kraju, to nie wystarczyło. Do tego potrzebne było formalne pozwolenie cesarza, które nie zawsze było łatwe do uzyskania.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Dwa przyjazdy i retrospektywa. 1892-1893
1892
Nasze drugie dziecko było oczekiwane w styczniu, ale przygotowania do Bożego Narodzenia najwyraźniej przyspieszyły jego przyjście na świat, a nasz najstarszy syn urodził się bardzo niespodziewanie 17 grudnia 1891 roku, ku naszej wielkiej radości i dziękczynieniu Bogu! Radość mojego drogiego męża z narodzin jego dziedzica uczyniła mnie nieopisanie szczęśliwą. To rzeczywiście korona matczynej radości oglądać radość i dumę ukochanego męża, oprócz matczynego szczęścia, że z Bożą pomocą sprowadził na świat drogie i krzepkie dziecko. Tego samego wieczoru mój książę zapiął na mojej ręce piękną szafirową bransoletkę - i jak piękne i doskonałe było trzecie Boże Narodzenie, które spędziliśmy razem jako mąż i żona.
Ze względu na narodziny nasza choinka była tak ustawiona, że mogłam ją zobaczyć z mojego łóżka i obserwowałam radość naszej małej córeczki, gdy jej ojciec prowadził ją do stołu, na którym sam ułożył prezenty; ale nasz najlepszy prezent świąteczny był w moich ramionach. Wśród prezentów Agry był ciemnobrązowy koń na biegunach, osiodłany i uzbrojony dokładnie tak, jak konie Gwardii Przybocznej. Zwierzę to żyło długo i odgrywało ważną rolę w naszym pokoju dziecinnym.
Na urodziny cesarza, 27 stycznia, przybyło tak wielu królewskich gości, że na szczęście dla mnie czas ustalony przez etykietę na chrzciny był kilka dni później, w przeciwnym razie my również musielibyśmy ich wszystkich zabawiać.
Gdy nadszedł wielki dzień, naszego najstarszego syna ochrzciła cesarzowa, nadając mu imiona (oprócz wielu innych) Fryderyk Zygmunt, ale zawsze znany w rodzinie jako Fritz. Nie był tak uroczy niemowlęciem jak jego siostra, ale stał się bardzo przystojnym chłopcem i mężczyzną; jego piękne, dość melancholijne oczy, odziedziczył po ojcu, podobnie jak jego mała buzia i słodki, wesoły uśmiech. A teraz pozwólcie, że powiem, że sama karmiłam wszystkie nasze dzieci. Wtedy nasz drogi przyjaciel Anton von Krosigk z Żółtych Ułanów (3. Garde Ulanen) był jednym z szambelanów księcia; dzielił wszystkie nasze radości i smutki, jak żaden inny członek naszego otoczenia. Jego żona, z którą był bardzo szczęśliwy, często przychodziła do mnie; jego cztery córki były towarzyszkami zabaw mojej córki, a ich przyjaźń trwała po tym, jak wszystkie dorosły.
Zawsze, gdy przyjeżdżała do Berlina lub Poczdamu, Calma zawsze zatrzymywała się u Cesarzowej, więc niestety widywałam ją rzadko, chyba że odwiedzałam ją w jej domach w Grünholz lub Glücksburg. Ile razy otwierałam jej swoje serce z wszystkimi problemami, jakie mi naprzykrzały się "z góry", i jak często była przerażona moim gniewem i urazą – chociaż rzeczywiście darzyła mnie najcieplejszym współczuciem i zawsze starała się pomagać, przedstawiając rzeczy Cesarzowej w ich prawdziwych proporcjach. Jej czułe serce skłaniało ją do działania jako mojej opiekunki i przedstawiania mojej sprawy Jej Cesarskiej Mości. Rzeczywiście nie miała łatwego czasu wśród nas wszystkich. Chcąc pomóc każdemu, jak większość rozjemców, często otrzymywała niewiele wdzięczności.
Jesienią Oldenburgowie często przyjeżdżali do nas do Glienicke; kochałam tę szwagierkę[76], która była taka piękna, słodka i niestety! tak delikatna. Pomimo swoich cichych sposobów i smutnych oczu potrafiła być bardzo błyskotliwa, tak jak mój drogi mąż.
Jej mąż, panujący wielki książę, był bardzo zabawny, ale zdarzało mu się mówić najbardziej niestosowne rzeczy, i często byłam przerażona, gdy opowiadał naprawdę niewłaściwe historie przed dwunastoletnią córką Lottą.
Moja najmłodsza szwagierka, Luiza, która poślubiła księcia Connaught w 1879 roku, była ulubioną siostrą mojego męża, a ona i książę złożyli nam wizytę w Glienecke - chyba latem 1890 roku - kiedy musiałam bronić swojej pozycji jako żony przed naszym kontrolerem. Mój mąż wyjechał na misję wojskową i Kanitz (być może bez zastanowienia) zapytał moją szwagierkę, kogo chciałaby zaprosić na kolację; od razu dostrzegła niezręczność jego pytania i spojrzała na mnie z zakłopotaniem. Oczywiście poparłam ten pomysł, ale później posłałam po Kanitza i powiedziałam mu, że kiedy książę jest nieobecny, to ja powinnam zadawać takie pytania moim królewskim gościom. Przy tej okazji poczułam, że z Kanitzem było "teraz albo nigdy"; powinnam też stać się une quantité négligeable w moim własnym domu. Później często dochodziło do kłótni między naszymi kontrolerami a mną, ponieważ wiedzieli i nie zawsze im się to podobało, że mój mąż konsultował się ze mną we wszystkich sprawach biznesowych - oczywiście z wyjątkiem spraw wojskowych, ponieważ żona żołnierza nie ma prawa uczestniczyć w sprawach zawodowych.
Wydaje mi się, że wspomniałam już, że w czasie, gdy się pobraliśmy, mój brat stacjonował w Poczdamie, początkowo w Żółtych Ułanach[77], do których zawsze żywił szczególną sympatię, a później w Leib Garde Husaren, który nie był tak dobrze postrzegany. W rzeczywistości żaden z oficerów innych pułków gwardii nie był tak sympatyczny jak ci z die Garder du Corps; Cesarz wolał Leib Garde Husaren z ich szkarłatnymi tunikami, których był dowódcą, i zawsze starał się to pokazać podczas przeglądów i przy innych okazjach. Pewnego razu, podczas ćwiczeń wojskowych zorganizowanych przez Gardes du Corps i Hussars na Bornstedter Feld, ja i damy z regimentów byłyśmy obecne w powozach, przyglądając się temu.
Gardes du Corps pojawili się jako pierwsi w programie i wykonali swoje skoki z łatwością i godnością; następnie pojawiła się husaria; ich pierwsze konie, pędząc po swoich skokach, wzbiły tyle kurzu, że ci, którzy podążali za nimi, nie mogli zobaczyć, dokąd zmierzają, w wyniku czego kilka koni odmówiło i zrzuciło swoich jeźdźców, a wydarzenie zakończyło się ogólnym débâcle. Oczywiście damy z Gardes du Corps nie mogły całkowicie ukryć zadowolenia z kompromitacji swoich rywali. Pułkownik von Mossner, który w tym czasie dowodził huzarami, miał jako jednego ze swoich oficerów księcia Meklemburgii-Schwerin Johanna Albrechta; pani von Mossner rozpłakała się, a księżna, towarzysząca jej, próbowała pocieszyć ją, karmiąc kanapkami. Plotka głosiła, że jeden z oficerów koniuszych cesarza, który był obecny, miał w kieszeni awiżetkę osobistego adiutanta cesarza, którą von Mossner miał otrzymać za oczekiwany wspaniały występ swojego pułku; w wyniku fiaska awiżetka pozostała tam, gdzie była[78]. O tym, co myślano w Poczdamie o pułku, świadczy pewien bon mot: W huzarach są poganie, Turcy i Żydzi. Poganinem (Haide) był Herr von Hayden, Turkiem naprawdę był Turek, a Żydem był dowódca von Mossner, który ze względu na podejrzewane żydowskie pochodzenie nosił przydomek Mojżesz.
W październiku wielkie emocje wzbudził projekt przejazdu długodystansowego Berlin-Wiedeń i Wiedeń-Berlin. Pewna liczba pruskich oficerów kawalerii, używających tego samego konia przez cały czas, miała przejechać z Berlina do Wiednia, a taka sama liczba austriackich kawalerzystów miała przejechać z Wiednia do Berlina.
Idea wspierania poczucia braterstwa między niemiecką i austriacką armią była najsilniejszym motywem stojącym za tym projektem, a aspekt sportowy był dopiero na drugim miejscu. Mój mąż, który był wówczas majorem w Gardes du Corps, natychmiast wyraził chęć wzięcia udziału w rajdzie. Jednym z warunków ustanowionych przez komitet było to, że wszyscy jeźdźcy muszą przywieźć swoje konie w dobrym stanie, tak dobrym, że w razie potrzeby powinni być w stanie kontynuować swoją pracę wojskową jak zwykle. Mój mąż miał bardzo dobrego pruskiego rudego ogiera o imieniu Taurus, którego zdecydował się dosiadać i zadeklarował, że przejedzie czterysta pięćdziesiąt mil w cztery dni, podczas gdy Schmidt-Pauli, wielki dżokej amator, i inni liczyli na pięć dni.
Ponieważ rajd odbywał się pod koniec roku, mój mąż miał bardzo mało czasu na trening. Pierwszego października o szóstej rano on i Herr von Osten z Gardes du Corps wyruszyli z punktu startowego w Berlinie; biedny Krosigk, który zamierzał im towarzyszyć, nie mógł tego zrobić, ponieważ jego koń Czibuk nagle okulał, co bardzo go rozczarowało. Przed końcem pierwszego etapu - chyba w pobliżu Höyos Werde – von Osten miał poważny upadek, a ponieważ sam nie był w stanie tego zrobić, książę poprowadził oba konie do małego miasteczka; tam, zanim udał się do swojego kwatery, umieścił je w stajni i upewnił się, że mają wszystko, czego potrzebują. W ciągu dnia Taurus został napojony wiadrami wody zmieszanej z Land Wein (wiejskim winem). Następnego ranka koń von Ostena nie mógł już dalej iść, a Książę kontynuował podróż sam; niedługo po starcie dogonił oficera Szwadronu Dragonów Śląskich o imieniu porucznik Heyl, którego koń, jak się okazało, świetnie radził sobie z Taurusem. Ten bardzo sympatyczny oficer nie tylko dokończył rajd razem z moim mężem, ale stał się prawdziwym i oddanym przyjacielem. Ernest Günther, zapalony oficer kawalerii, również wziął udział w rajdzie. Kiedy w końcu otrzymałam wiadomość, że mój mąż jako pierwszy minął cel we Floresdorfie, moja radość i duma były nie do opisania.
Hrabia Wilhelm Starhemberg[79] był austriackim oficerem, który wygrał wyścig w odwrotnym kierunku. W trakcie trasy, oprócz wszystkich innych męczących doświadczeń, został tak hojnie ugoszczony przez niemiecki korpus oficerski, że ledwie mógł się oprzeć senności i przypalił sobie rękę papierosem, aby się nie zasnąć. Po stronie austriackiej jazda była postrzegana jako rodzaj wyścigu, podczas gdy niemiecka koncepcja zakładała, że był to test mistrzostwa koni oraz wytrzymałości koni i jeźdźców. Rezultat austriackiego punktu widzenia był być może przyjemny dla jeźdźców, ale okrutny i destrukcyjny dla koni. Zdarzyło mi się widzieć niektóre z ich zwierząt, gdy przybyły do Berlina i rzeczywiście były żałosnym widokiem; jeden koń dosłownie kuśtykał na trzech nogach. Po przybyciu do stolicy Austrii mój mąż został powitany powozem i honorową eskortą[80], która eskortowała go do Hofburga; dobry Krosigk, który dotarł do Wiednia przed nim pociągiem, podążał innym powozem i powiedział mi, że w swoim podekscytowaniu dumie płakał łzami radości!
Cesarz austriacki, który w tym czasie przebywał w Gödöllö na Węgrzech, był jak zawsze bardzo łaskawy i zatelegrafował:
Serdecznie witam Waszą Królewską Wysokość w Wiedniu i gratuluję wspaniałego i niezwykłego występu. Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy.
Franciszek Józef.
Później mój mąż został uprzejmie przyjęty przez cesarza, który mianował go honorowym pułkownikiem huzarów.
W domu cesarz Wilhelm II okazał prawdziwą radość i satysfakcję z sukcesu mojego księcia. Niespodziewanie przybył wczesnym rankiem do Glienecke, aby mi pogratulować; będąc w jednej ze swoich zwykłych podróży, wysiadł z pociągu w Neubabelsbergu w drodze do domu. Byłam jeszcze w swojej sypialni, czytając artykuły prasowe o tym wielkim wydarzeniu i nie mogłam go przyjąć; ale wstałam z łóżka i rozmawialiśmy ze sobą przez drzwi. Powiedział mi, że zamierza awansować mojego męża na podpułkownika, a ta przysługa, biorąc pod uwagę wszystkie względy, była prawdziwą satysfakcją. Cesarz, który uwielbiał gesty, ogłosił awans mojego męża telegramem w następujący sposób:
Serdeczne gratulacje podpułkowniku. Udowodniłeś, że jesteś godny swojego ojca i naszego rodu.
Wilhelm.
Mój książę opowiedział między innymi, że hrabia Hartenau, były książę Bułgarii Aleksander[81], był jednym z pierwszych, którzy powitali go we Floresdorfie, i powiedział mu, jak bardzo jest szczęśliwy - który sam był w Gardes du Corps - że mój książę odniósł sukces, niosąc barwy pułku.
*
A teraz muszę się trochę cofnąć.
Jeszcze przed naszym ślubem uzgodniliśmy, że jeśli można tego uniknąć, mój mąż nie będzie miał Kontrolera Gospodarstwa Domowego, a ja Mistrzyni Strojów, a uczucie to zostało wzmocnione radą udzieloną nam przez cesarzową Fryderykę, która osobiście miała wiele nieprzyjemnych doświadczeń z takimi urzędnikami. Jednak nigdy nie byliśmy w stanie zrezygnować z tych obciążeń, ponieważ zgoda cesarza Wilhelma była zawsze wstrzymywana.
Chociaż mieliśmy prawo nominować damy i dżentelmenów na stanowiska przy naszym dworze[82], i chociaż otrzymywali swoje pensje od Księcia, to jednak często to cesarz i cesarzowa (działający jako król i królowa Prus) faktycznie ich mianowali i odwoływali według własnego uznania lub zgodnie z radami członków swojego otoczenia. Jeśli dama lub dżentelmen nie byli Prusakami, nie mogliśmy ich mieć; wysuwano wszelkiego rodzaju trywialne wymówki, takie jak to, że byli zbyt młodzi, podczas gdy prawdziwa prawda była taka, że nigdy nie pozwolono nam podążać za naszymi upodobaniami.
Hrabia Kanitz, pierwszy kontroler księcia, był kamerdynerem jego ojca, po którego śmierci moja teściowa i jej córki chciały się pozbyć jego usług, ale niestety mój mąż zdecydował się go zatrudnić. Chociaż Kanitz był bardziej dżentelmenem niż niektórzy jego następcy, był zimnym i przebiegłym dworzaninem. Pewien incydent, sam w sobie dość trywialny, pokaże, jakim był człowiekiem. Kiedy książę Fryderyk Karol doznał pierwszego udaru, mój książę został odwołany ze studiów w Bonn do Glienecke, gdzie ustalenia poczynione dla niego przez Kanitza były szczególnie nieprzyjemne. Nie zamieszkał, jak powinien, w zamku, choć było tam dużo miejsca, ale w kasynie[83], które znajdowało się daleko, w samotnym miejscu z widokiem na drogę na Pawią Wyspę, i które było najbardziej staromodnym i niewygodnym mieszkaniem, jakie można sobie wyobrazić. I to dla syna i spadkobiercy! Jedną rzeczą, której nie mogę mu wybaczyć, było to, że wkrótce po śmierci mojego teścia powiedział mojemu przyszłemu mężowi, że książę Fryderyk Karol zamierzał podnieść jego pensję i emeryturę. Nie można było znaleźć na to żadnego udokumentowanego dowodu, ale mój drogi książę, zawsze wielki seigneur, przyjął jego słowo i dał mu żądaną podwyżkę. Hrabia Kanitz został później wicemistrzem ceremonii na dworze cesarskim, ale aż do śmierci, za swoją dziesięcioletnią służbę jako kontroler i za zarządzanie naszymi posiadłościami we Flatow i Krojanke[84], otrzymywał roczną emeryturę w wysokości dwudziestu tysięcy marek (pięćset funtów).
Wiele opowieści wymyślono na temat częstych zmian naszych kontrolerów i dam dworu, oraz tego, co miałam rzekomo powiedzieć Cesarzowej w związku z niekończącymi się kłopotami i prześladowaniami, które truły nasze życie. Prawda jest taka, że (z kilkoma wyjątkami) członkowie naszego dworu, gdy coś im nie odpowiadało, nie spełnialiśmy wszystkich ich życzeń lub odbiegaliśmy od ich wąskiego przekonania o etykiecie dworskiej, natychmiast skarżyli się hrabinie Brockdorff lub Wielkiemu Mistrzowi Dworu Cesarskiego, Ministrowi Dworu Królewskiego lub nawet Szefowi Gabinetu Wojskowego. Doskonale zdawali sobie sprawę, że wszelkie skargi były mile widziane, i mieli nadzieję, podobnie jak Kanitz, na uzyskanie pozycji na Dworze Cesarza jako nagrody za starania w ich przedstawianiu. Ten zgubny system oczywiście podkopywał naszą władzę wśród członków naszego dworu, którzy, jeśli nie posiadali silnych charakterów, byli przekonywani złym przykładem do stawania się zdrajcami. Jakie kłopoty sprawiały nam te kobiety, wszystkie wdowy, które, napełnione pragnieniem odegrania roli, stawały się wścibskie i uciążliwe, bo nie miały nic lepszego do roboty. Ponadto, jako że dobrze zdawaliśmy sobie sprawę z donosicielstwa, sytuacja stawała się nie do zniesienia. Wydaje mi się, że w historii zawsze było zadaniem Głównej Damy Dworu sprawianie nieszczęścia. Gdy Król, jej mąż, wszedł do garderoby mojej praprababki, Karoliny Matyldy Danii, i złożył pocałunek na jej nagim ramieniu, Główna Dama Dworu uznała tę akcję za nieodpowiednią i doniosła o tym do macochy Króla, Królowej Juliany[85], która była tak złą macochą, jaką tylko można sobie wyobrazić z baśni.
Krótko po Wyścigu na Długim Dystansie nasze relacje z hrabiną Bernstorff stały się bardzo napięte. Ta dama, nieco ekscentryczna, zawsze biegała do hrabiny Brockdorff z opowieściami o nas - wszystkie z kolei hrabina Brockdorff powtarzała Cesarzowej, a ta Cesarzowi. Chcieliśmy się jej pozbyć, ale nie uzyskaliśmy zgody z "góry", a ona działała, jakby poświęcała się, pozostając. Jej brak taktu i arogancję pokazuje poniższy incydent. Mój mąż od dawna pragnął objąć dowództwo nad pułkiem kawalerii, ale uprzedzenia Cesarza przeciwko nam i chęć wysłuchiwania wszystkiego, co mu przynosili członkowie naszego dworu, sprawiły, że było to mało prawdopodobne. Powiedziano mi, że hrabina publicznie oznajmiła, że załatwi, aby Książę dostał pułk kawalerii! Nasze uczucia można sobie wyobrazić, gdy usłyszeliśmy, że Moja Dama Dworu "załatwi" awans dla Księcia!
Zawsze potrzebowałam dużo ruchu i nie mogłam obejść się bez niego nawet przed narodzinami moich dzieci. Przed narodzinami mojego drugiego syna dużo jeździłam na łyżwach, a nawet, aby uniknąć komentarzy, tańczyłam na balach dworskich, chociaż mój mąż próbował mnie od tego odwieść. To doprowadziło do nieprzyjemnej sceny z hrabiną Bernstorff, i z "góry" nakazano mi, abym nie tańczyła na balach dworskich w takich okolicznościach; moją odpowiedzią na to było całkowite zaprzestanie tańczenia na balach dworskich, gdzie w rezultacie strasznie się nudziłam. Pewnego razu hrabina Bernstorff poprosiła o audiencję u Księcia. Obawiając się, że może być trudno ją wyprowadzić z jego gabinetu, wysłał wiadomość, że sam przyjdzie, aby ją odwiedzić w Cavalier Haus, gdzie mieszkali członkowie dworu. Znalazł ją bardzo podnieconą i, tracąc wszelką samokontrolę, rzuciła w jego kierunku wachlarz; po tym niesłychanym incydencie Książę oddał jej ukłon i opuścił pokój. To było jej ostatnie spotkanie z nim.
*
Teraz chcę coś wtrącić na temat strony sportowej naszego życia.
Chyba w 1892 roku mój Książę postawił przeszkody do skakania w Parku Glienecke. Pewnego dnia przyglądał się ich budowie, siedząc w lekkim wózku zaprzęgniętym w dużego kasztanowego konia, kiedy zwierzę dostało skurczu i kopnęło w kantówkę, rozbijając ją na dwa kawałki. Dzięki Bogu, mały woźnica rzucił się do głowy konia i był w stanie go zatrzymać, podczas gdy mój mąż wyskoczył. Oficerowie Gwardii Przybocznej mieli stałe zaproszenie, aby przychodzić i trenować skakanie; hrabia Schulenburg[86], wówczas adiutant pułkowy, często to robił. W późniejszych latach osiągnął wysoką pozycję wojskową podczas Wielkiej Wojny. Mój mąż bardzo go lubił i bardzo cenił jego wiedzę z zakresu spraw wojskowych, zawsze byłam zadowolona, gdy wpadał do nas na nieformalny lunch. Bardzo lubił nasze dzieci i dokuczał im tak samo jak mnie. Kiedy ubrudziły sobie ręce, mówił:
"Czym jesteś?"
"Brudną świnią."
"Kim chcesz być, gdy dorosniesz?"
"Gar-cor" (Gwardią Przyboczną).
Oficerowie często psuli przeszkody, co niezbyt podobało się mojemu mężowi. Żaden z nich nie skakał tak dobrze i z taką gracją jak mój książę, i zrobiłam wiele jego fotografii podczas tej, jego ulubionej aktywności. Jego miły szambelan, kapitan von Heuduck, bardzo się starał poprawić swoje umiejętności skakania, ale jego konie - książę nazywał je Heuochsen (osły do wożenia siana) - rzadko były w stanie sprostać stawianym przed nimi wymaganiom. Nasze dzieci od najmłodszych lat obserwowały te skoki z wózka, małego powozu lub pieszo. Później mój mąż zaaranżował dla nich ogród za przeszkodami, gdzie przechowywano ich sprzęt gimnastyczny, dzięki czemu duża część naszego czasu upływała w tym zakątku parku. Konie, którymi mój mąż jeździł najczęściej, to Taurus, piękna Fides (angielski pełnej krwi), Connie i Conti, a najpiękniejsze z nich to brat i siostra o imionach Konsul i Psyche; inne ulubione to Magnat, Melhoff i Nitetes.
1893
W nocy z 5 na 6 kwietnia przyszedł na świat nasz drugi syn i trzecie dziecko. Dzięki Bogu, był dużym, pięknym, całkowicie normalnym dzieckiem, które nadal rozwijało się wspaniale pod względem wdzięku, zdrowia i siły - ku mojemu wielkiemu zadowoleniu, zwłaszcza że spotkały mnie liczne zarzuty związane z jazdą na łyżwach i tańcem. Marzyłam o dziecku przypominającym mojego drogiego ojca, dlatego też trzymałam zawsze przy sobie bardzo dobrą fotografię Hanfstängla, przedstawiającą go; i to naprawdę niezwykłe, jak bardzo ten drogi przystojny syn był podobny do swojego dziadka ze strony matki zarówno pod względem budowy ciała, jak i charakteru; kiedy dorósł do wieku męskiego, posiadał doskonałe proporcje zarówno twarzy, jak i sylwetki; doskonałość, która miała swój odpowiednik w jego cechach umysłu i serca. Był typem silnego, przystojnego młodzieńca ze Szlezwika-Holsztynu, blondynem pełnym wigoru i życia, nie bojącym się niczego, a jednak nie lekkomyślnym, entuzjastycznie oddanym wszystkim sportom i mistrzem we wszystkich z nich.
20 maja odbył się chrzest w Zamku Miejskim w Poczdamie, kiedy to na specjalne życzenie mojego męża dziecko otrzymało między innymi stare hohenzollernowskie imię Tassilo; jego główne imiona brzmiały Fryderyk Karol; chciałam nazwać go Fryderyk Leopold po moim mężu, który jednak wolał, aby chłopiec nosił imię swojego dziadka; między nami zawsze był znany jako Fritz Karl (aby odróżnić go od jego starszego brata, którego nazywaliśmy Fritz).
Na krótko przed tym wydarzeniem kwestia pozyskania przez mojego męża pułku kawalerii stanęła na głowie. Naturalnym pragnieniem jego serca było otrzymanie dowództwa Gwardii Przybocznej, w którym to pułku służył tak długo, ale wydawało się to niemożliwe z powodu złej woli Cesarza i jego zazdrości o idealną sylwetkę mojego męża, która sprawiała, że wyglądał znacznie lepiej w srebrnym kirysie i pozłacanym hełmie z orłem w koronie niż Jego Królewska Mość, którego tęgość podkreślał do perfekcji. Jednak rankiem w dniu chrztu cesarz miał dokonać inspekcji Gwardii Przybocznej, a kiedy przybyłam do Zamku Miejskiego na ceremonię, powitała mnie radosna wiadomość, że mojemu mężowi powierzono dowództwo pułku - pierwszego pruskiego księcia, któremu kiedykolwiek przyznano ten zaszczyt. Ja również byłam bardzo przywiązana do tego wspaniałego pułku, cieszyłam się, jak już podkreśliłam, prawdziwą przyjaźnią z kilkoma żonami oficerów i lubiłam samych oficerów, którzy często bywali w naszym domu. Cały duch pułku był godny podziwu i zawsze dobrze się bawiłam, gdy zapraszano mnie na uroczystości pułkowe.
Gdy tylko usłyszałam tę wiadomość, pobiegłam do pokoju, w którym mój mąż przebierał się do chrztu, aby mu pogratulować. Podczas ceremonii nasz mały Täufling (nowo ochrzczone dziecko) wyglądał słodko, ale bardzo głośno płakał. Niemal natychmiast mój mąż otrzymał za pośrednictwem Gabinetu Wojskowego następujący oficjalny komunikat:
W tym dniu, w którym dokonałem inspekcji mojego pułku Gwardii Przybocznej, który zastałem w doskonałym stanie, awansowałem Waszą Królewską Wysokość na jego dowódcę i ze szczególną przyjemnością przesyłam Waszej Królewskiej Wysokości niniejszą wiadomość.
Wilhelm R.
Do
Podpułkownik Książę Prus Fryderyk Leopold, Królewska Wysokość, Dowódca mojego pułku Gwardii Przybocznej i a la suite mojego 1 pułku Gwardii Pieszej.
Gdy tylko mój mąż przyjął swoje nowe obowiązki, zaczęłam jeździć na Pfingstberg i Ruinenberg[87], aby obserwować ćwiczenia i manewry pułku. Często spędzałam poranki lub popołudnia z damami pułku, wśród których były Frau von Trotha, Frau von Wallenberg, Frau von Hirschfeldt, hrabina Seherr, Anni hrabina Lynar i jej dwie siostry - jedna z nich została później Wielką Księżną Hesji[88], a druga księżną Dohna-Schlobitten.
Wkrótce po chrzcinach Fritza Karla nastąpiło niecierpliwie oczekiwane rozstanie z hrabiną Bernstorff. Jej odejście nie było oczywiście zbyt przyjemne, ponieważ dobrze wiedziała, że od dawna chciałam się jej pozbyć i że ostatnio doświadczyliśmy z tego powodu wielu kłopotów z "góry".
Prawdopodobnie na początku miała dobre intencje, ale tak naprawdę nie nadawała się na stanowisko Mistrzyni Strojów. Gdyby taki czysto reprezentacyjny urzędnik był naprawdę niezbędny, powinna być wielką damą, która pojawia się tylko przy państwowych okazjach, jak pozłacana kareta.
*
We wrześniu wyruszyłam na moje jesiennie wakacje, tym razem do Gravenstein, który ojciec lub dziadek zakupili kilka lat po jego konfiskacie przez Prusy w 1864 roku; mój brat odnowił część starego zamku; on, moja matka, moja siostra Teodora i moja ciotka Malio byli tam, gdy przyjechałam. Teodora bardzo przywiązana była do naszego rodu w Szlezwiku-Holsztynie; melancholijna atmosfera kraju bardzo do niej przemawiała, a szczególnie kochała Gravenstein. Wszystko to inspirowało ją do pisania wierszy[89], z których jeden, "Biały Zamek Gravenstein", opatrzyłam muzyką. Podczas pisania swojej powieści „Durch Nebel” ("Przez Mgłę") zamieszkała przez pewien czas w chacie rybaka, aby z bliska poznać naszych dumnych, silnych ludzi w ich domu. Książką uzupełniającą "Durch Nebel" jest "Hahn Bertha", której akcja rozgrywa się na Śląsku, gdzie wszyscy dorastaliśmy. Feodora malowała również niezwykle dobrze, i to—tak mi się wydawało—było jednym z powodów, dla których jej opisy krajobrazów były tak piękne. Podczas duńskiej inwazji na Szlezwik-Holsztyn w 1864 roku zarówno Gravenstein, jak i Augustenburg ucierpiały; później, gdy przyszli Prusacy, nie tylko anektowali Księstwo, ale skonfiskowali cały nasz majątek prywatny, w tym Augustenburg, Gravenstein i Sonderburg.
To było pierwszy raz, kiedy zobaczyłam nasze zamki i bardzo bolesne było dla mnie uświadomienie sobie, do jakich celów zostały one wykorzystane. Sonderburg był pruskimi koszarami, a Augustenburg, pałac mojej prababki Luizy Augusty Duńskiej, "Starej Wysokości", stał się seminarium dla nauczycieli. Nie chciałam wchodzić do jej małego pałacu, ale spacerowałam po ogrodzie i parku i dużo myślałam o tej dziwnej starej księżnej, która po trzydziestym roku życia nie chciała już być widziana publicznie w swojej duńskiej ojczyźnie Przypomniałem sobie, jak była młoda i piękna, organizowała tu przyjęcia pod tymi drzewami, tańczyła i cieszyła się życiem, chociaż jej mąż (przyjaciel Schillera) był zbyt uczony, aby być z nią zgodnym towarzyszem. Jako stara kobieta każdego popołudnia wyjeżdżała powozem zaprzężonym w sześć koni i jeźdźców. Czasami myślę, jak bardzo byłaby przerażona, gdyby wiedziała, że ja, jej siedemdziesięciojednoletnia prawnuczka, nadal jeżdżę na rowerze. Jednak mimo wszystko wydaje się, że nie mogła być niewolnikiem etykiety, jak kiedyś powiedziała: "Jeśli istnieje specjalne niebo dla arystokracji, nie chcę tam iść". A może po prostu, jak wielu ludzi, nie lubiła swoich współczesnych? Tak czy inaczej, wiedząc, że to go zirytuje, przyjęła Napoleona I z jakobińskim kapeluszem na głowie. Miała zamiłowanie do małp i zawsze trzymała jedną na kolanach podczas gdy jej włosy były układane.
Z rozmyślań o mojej prababci w jej własnych ogrodach, moje myśli powróciły do tajemnicy związanej z jej narodzinami i uwięzieniem jej matki.
Luiza Augusta była drugim dzieckiem i jedyną córką Karoliny Matyldy, córki Fryderyka księcia Walii i siostry Jerzego III, króla Wielkiej Brytanii i Irlandii; została małżonką Krtystiana VII z Danii i matką Fryderyka VI. W ciągu zaledwie dwudziestu czterech lat swojego krótkiego życia Karolina Matylda doświadczyła wszystkich zmienności ziemskiego blasku, ziemskiego opuszczenia i ziemskiego cierpienia. Żyła tak intensywnie, że choć jej lata były krótkie, nie było niczego w życiu, czego by nie znała. Nie tylko to, ale ma swoje bezpieczne i romantyczne miejsce w historii jako "Królowa Łez". Myślę, że słuszne jest powiedzenie czegoś o niej tutaj, ponieważ raz po raz jej cechy pojawiały się w naszej rodzinie. Będąc pośmiertnym dzieckiem, była przykładem skandynawskiego przesądu, że dzieci przychodzące na świat po śmierci ojca rodzą się na nieszczęście. W dzisiejszych czasach król Hiszpanii Alfons XIII może być kolejnym przykładem.
Karolina Matylda urodziła się w Leicester House w Londynie, który w tamtych czasach stał po północno-wschodniej stronie Leicester Square, a większość swojej młodości spędziła w Carlton House lub w skromnym małym domu w Kew Gardens, znanym wówczas jako Kew Palace. Była zdecydowanie najładniejszą i najbardziej urokliwą spośród licznych braci i sióstr Jerzego III. Do swojego czarującego, pełnego życia i sympatycznego charakteru dołączyła hojna natura oraz ciepłe i głęboko uczuciowe serce. W wieku piętnastu lat wyszła za mąż za Krystiana VII z Danii, siedemnastolatka. Krystian miał kilka sympatycznych cech, ale jego charakter nie był wystarczająco silny, by oprzeć się podstępnym wpływom towarzyszącym przedwczesnemu zdobyciu absolutnej władzy oraz samolubnemu uleganiu pochlebcom, rozpustnikom i egoistom. Wkrótce jego ekscesy osłabiły jego niezbyt silny intelekt. On i jego młoda małżonka oddalili się już od siebie, gdy Struensee, hamburski lekarz o niezwykłych zdolnościach, wszedł do służby króla i niemal natychmiast uzyskał niezwykły wpływ na Krystiana. Schlebiając Karolinie Matyldzie, mówiąc jej, że uczyni ją kolejną Katarzyną Wielką Rosji, namówił ją, aby namówiła króla do powierzenia mu niemal wszystkich królewskich prerogatyw. Karolina Matylda wierzyła w bezinteresowne oddanie Struensee; dla niej był idealnym władcą i wielkim reformatorem, który, podobnie jak ona, bezinteresownie poświęcił się dobrobytowi biednych i uciskanych. Mimo że, jako polityk, Struensee w wielu kwestiach wyprzedzał swoją epokę, w rzeczywistości nie troszczył się o nikogo i nic poza osiągnięciem pozycji i władzy. W ten czy inny sposób obraził każdą część duńskiego społeczeństwa, a po kilku latach niemal absolutnej autokracji jego wrogowie zatriumfowali i doprowadzili do jego upadku.
Kiedy Karolina Matylda, panna młoda, przybyła do Danii, jej młodość, piękno, żałosna samotność oraz wdzięk i urok jej osoby podbiły każde serce. Przez pewien czas była niezwykle popularna; potem, wraz z pogarszającym się zdrowiem jej męża i rosnącym wpływem Struensee, nadszedł jej krótki okres jako drugiej osobistości politycznej w Danii. Niektórzy historycy twierdzą, że Struensee użył jej jedynie dla własnych celów, i może tak właśnie było. Tak czy inaczej, kiedy Struensee upadł, Karolina Matylda musiała nie tylko ponieść ciężar jego niepopularności, ale pociągnął ją za sobą do absolutnej ruiny.
Jedna osoba w Danii nigdy nie powitała ani nie polubiła Karoliny Matyldy, a była nią królowa Juliana, macocha Krystiana VII. Miała własnego syna i gdyby Karolina Matylda i jej dzieci zniknęły, syn Juliany ponownie zostałby następcą tronu. Juliane stała na czele wrogów Karoliny Matyldy i Struensee, a kiedy nadszedł nieuchronny koniec, była niewątpliwie, przynajmniej w pewnym stopniu, odpowiedzialna za sugerowanie, że Karolina Matylda była niewierna swojemu mężowi, a jej syn i córka byli nieślubni. Jeśli chodzi o księcia następcę tronu, było to niemożliwe, ponieważ urodził się przed pojawieniem się Struensee na scenie; co więcej, specjalny sąd powołany do osądzenia Karoliny Matyldy orzekł, że jej mała córka, Luiza Augusta, moja prababka, była bez wątpienia prawowita. Niemniej jednak "Królowa Łez" i sześciomiesięczna Luiza Augusta zostały wygnane do ponurego zamku Kronborg, uwiecznionego przez Szekspira jako Zamek Elsynoru.
W różnych momentach ja i moje siostry, a później moje dzieci, odwiedzaliśmy Kronborg i przebywaliśmy myślami z Karoliną Matyldą w jej samotności a nawet dzieliliśmy się jej łzami, czytając żałosne słowa, które wydrapała na szybie pokoju, w którym była więziona: "Jestem niewinna". Całkiem niedawno mój najmłodszy syn Fryderyk Leopold odbył pielgrzymkę do Celle koło Hanoweru, gdzie zmarła, i złożył kwiaty na jej grobie.
Prawdą jest, że Krystian VII początkowo nie kochał młodej dziewczyny, która z powodów politycznych została wysłana z Anglii, aby zostać królową Danii, ani ona nigdy go nie kochała. Jednak w 1768 roku, kiedy Krystian miał dziewiętnaście lat, a Karolina Matylda siedemnaście, król opuścił Kopenhagę na długą podróż, której część spędził w Anglii jako niemile widziany gość swojego szwagra Jerzego II. Kiedy opuścił Danię, Karolina Matylda, choć była już matką księcia następcy tronu, była tylko niedojrzałym dzieckiem; gdy wrócił, zauważył, że, jak to często bywa, macierzyństwo i osiem miesięcy spędzone spokojnie w samotności z synem uczyniły ją dojrzałą i urokliwą kobietą. Jak podają ówcześni kronikarze, Krystian zakochał się wtedy w swojej osiemnastoletniej żonie - co było zrozumiałe, ponieważ, jak dowodzą jej portrety, była uroczą istotą. Z tego okresu pochodzi początek panowania młodej królowej nad jej mężem, i nie ma rzeczywistego powodu, dla którego córka, urodzona około dwóch i pół roku później, nie mogłaby być jego dzieckiem. Bez wątpienia Luiza Augusta wyglądała jak prawdziwa członkini rodu Oldenburg. Odziedziczyła po matce dowcip, urok i angielską niezależność charakteru, ale pod względem rysów upodobniła się do rodziny ojca. W jednym z duńskich pałaców królewskich - zapomniałam, w którym - znajduje się wspaniały portret Luizy Augusty. Miała szeroko rozstawione niebieskie oczy, dobrze zaznaczone brwi, pyszne usta, szlachetny nos i zaokrąglony podbródek. Jej włosy, które podobnie jak włosy jej matki można by teraz opisać jako platynowy blond, są zaczesane do tyłu z jej drobnego czoła; loki miękko opadają na ramiona, a wysokie, zwiewne nakrycie głowy wdzięcznie opada na plecy.
Mój ojciec zawsze wierzył w niewinność Karoliny Matyldy, nauczył nas wszystkich czcić jej romantyczną i nieszczęśliwą pamięć, i aby wyrazić to przekonanie, nazwał moją siostrę Calma po niej.
Nasz rodzinny grobowiec znajduje się w Sonderburgu i odwiedziłam go z rodziną. Zrobił smutne i zaniedbane wrażenie. Mój brat, jako głowa linii Augustenburg, i mój szwagier, jako głowa linii Glücksburg, mieli zamiar wspólnie go odrestaurować, ale nie wiem, czy projekt ten został kiedykolwiek zrealizowany.
Chociaż mój ojciec nigdy więcej nie postawił stopy w swoim ukochanym księstwie po jego aneksji i chociaż nikt z nas nigdy wcześniej nie odwiedził naszych starych zamków, było to smutne, ale zachęcające doświadczenie dla nas wszystkich, aby odkryć ciągłe przywiązanie i oddanie ludzi do ich starożytnego rodu panującego. Dopingowali nas, wrzucali bukiety kwiatów do naszego powozu i na wiele sposobów okazywali radość z tego, że znów jesteśmy w naszym kraju.
Pewnego razu pojechaliśmy do Düppeler Schanzen, które mój brat specjalnie chciał mi pokazać ze względu na ojca mojego męża, księcia Fryderyka Karola[90]. Kiedy nasz powóz się zatrzymał, podszedł mężczyzna i wskazując na moją matkę i brata powiedział po duńsku:
" Dat is de Hartog un dat is de Hartogin" (To jest książę, a to księżna).
Ernest Günther wyjaśnił sytuację, a następnie, wskazując na mnie, powiedział:
"Ta pani jest synową księcia Fryderyka Karola".
Na co starzec odpowiedział:
"Dat is schade" (To szkoda).
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Cesarz Wilhelm II. Zostajemy aresztowani. 1894-1895
1894
W styczniu 1894 roku musieliśmy być w Berlinie na zwyczajowych dworskich uroczystościach noworocznych, zwłaszcza podczas uroczystości związanych z urodzinami cesarza, które przypadają 27 stycznia; było to szczególnie uciążliwe dla mojego męża, ponieważ został wybrany do spotkania i odprowadzenia książęcych i królewskich gości, którzy przybyli na "wielkie wydarzenie" i którzy często nieuchronnie przybywali w najbardziej niemożliwych godzinach. Między innymi przybył Wielki Książę Włodzimierz; jego pociąg przyjechał o szóstej rano, a kiedy zobaczył mojego męża w pełnym stroju czekającego na niego na stacji, wykrzyknął:
"Oh, ce malheureux Prince". („Ach, ten nieszczęsny książę”)
W lutym i na początku marca, mimo niekończących się wieczornych uroczystości, rzadko nocowaliśmy w naszym pałacu, woląc wracać do Glienecke, które było znacznie przytulniejsze, ponieważ mój mąż i ja jedliśmy wtedy urocze małe kolacje tylko we dwoje. Lubiliśmy podejmować decyzje raczej nagle. Mój szambelan, von Trotha, powiedział kiedyś, gdy dla zabawy poradziłam mu, by poszedł za przykładem pewnych starych dżentelmenów, którzy przed opuszczeniem pałacu zakładali na cienkie pończochy i bryczesy coś w rodzaju wełnianych kombinezonów: "Nigdy nie miałbym na to czasu". Moje garderobiane i lokaje mojego męża musieli być bardzo sprytni, a tylko dwie z nich, Elise Walde (Frau Buchholz) i Grete Griesbach (Frau Kruger), zawsze były w stanie sprostać nieoczekiwanym sytuacjom, które w ten sposób często się pojawiały. Kiedy wyjeżdżaliśmy z naszego pałacu w Berlinie na uroczystości dworskie, nigdy nie wiedzieliśmy, czy wrócimy tam na noc, czy też wrócić do domu do Glienecke; nasza decyzja była przekazywana telefonicznie z zamku, a następnie nasi ludzie musieli spakować się w gorącym pośpiechu, wsiąść do pierwszego pociągu do Neubabelsberg i czekać na nasz powrót w domu.
W trakcie sezonu musieliśmy chodzić na tak zwane Poniedziałki Teatralne, zwyczaj ustanowiony przez Cesarza za sugestią Intendenta, hrabiego Hochberga[91]. My, jak również towarzystwo dworskie, byliśmy praktycznie zmuszeni do pojawiania się na tych przedstawieniach. Kiedy dawano dobre opery, było bardzo miło, ale o ile pamiętam, częściej były to nużące sztuki, takie jak Freischütz ("Strzelec wyborowy"), Undine lub Freund Fritz ("Przyjaciel Fritz",) Webera, czy też Zar und Zimmermann ("Car i cieśla") Lortzinga.
W dniu pierwszych urodzin naszego drugiego syna, Fritza Karla, jeden z jego ojców chrzestnych, stary generał von Meerscheidt-Hüllessem, przywiózł dla niego mały miecz; on i minister Wirtembergii zjedli z nami obiad, a minister przywiózł ze sobą prezent od drugiego ojca chrzestnego, króla Wilhelma II z Wirtembergii. Chociaż sfotografowałam generała z małym Fritzem Karlem podczas urodzinowego obiadu, stary człowiek skupiał swoją uwagę głównie na naszej uroczej Wiktorii Małgorzacie - "małym krabie", jak ją nazywał - ale Agra wcale nie była zadowolona z tego imienia.
Wydaje mi się, że nie mówiłam jeszcze o tym, co można by nazwać "prawami stroju", przez które byłam uciskana. Mój mąż powiedział mi, że w Indiach angielskie damy często nosiły kostiumy do tenisa w kolorach swoich pułków, więc uszyłam jeden z czerwonego i białego jedwabiu i - być może nieco oryginalną - czapkę dżokejkę w tych samych kolorach. Pewnego razu, gdy Ich Królewskie Mości przebywały w Marmurowym Pałacu, miałam zaszczyt zostać zaproszona na przyjęcie tenisowe. Niestety poszłam w tej sukience. Kiedy cesarz zobaczył mnie z daleka, stanął nieruchomo i dał upust swojemu zwyczajowi wydawania bardzo niegrzecznych okrzyków zaskoczenia; następnego dnia otrzymałam list od cesarzowej z prośbą, abym więcej nie występowała w tym stroju. Chciałam wysłać odpowiedź wyrażającą moje oburzone uczucia, ale umierający dobry Krosigk przekonał mnie, bym się powstrzymała. Innym razem, na balu dworskim, cesarz zachował się w podobny sposób. Miałam na sobie piękną suknię z kremowego atłasu, na której moja przyjaciółka Marietta Cerrini (która była artystką) namalowała cieniowane czerwone maki. Jego Wysokość niegrzecznie wykrzyknął: "Co! Idealny ogród kwiatowy". Następnego dnia ponownie otrzymałam list zabraniający mi pokazywania się w tak efektownych sukniach. Z moim mężem i synami było tak samo: czasem ich spodnie były za szerokie, czasem za ciasne, kołnierzyki za wysokie lub za niskie, buty za sztywne i tak dalej. Z reguły nigdy nie nosiliśmy naszych najlepszych ubrań na dworze, ponieważ jeśli mieliśmy na sobie coś nowego - do widoku czego hrabina Brockdorff nie była jeszcze przyzwyczajona - nie dawała cesarzowej spokoju na ten temat, aż w końcu Jej Wysokość była zmuszana do napisania nieprzyjemnych listów do własnej siostry, do której żywiła tak wiele uczuć. Listy te naturalnie rozgniewały mnie i oburzyły. Moja siostra była rzeczywiście zbyt całkowicie żoną autokraty i zbyt absolutnie pod jego wpływem, a także pod wpływem jej własnej świty. Podaję tutaj - choć napisany wcześniej – przykład tych wylewności napisanych przez cesarzową przy tej okazji do mojego męża:
ZAMEK BERLIN, 18 listopada 1890 roku.
DROGI FRITZ,
Ponieważ nie miałam okazji porozmawiać z Tobą dziś wieczorem, przesyłam Ci tę małą notatkę.
Proszę wybacz mi, że to powiem, ale wygląda to tak zauważalnie, że twoja żona nosi tak mało biżuterii przy ważnych okazjach. Oczywiście, z domu przywiozła ze sobą niewiele, ale gdy się wychodzi za mąż, w każdej rodzinie zazwyczaj są rodzinne klejnoty; wiem, że byłeś tak uprzejmy, że zostawiłeś je swojej matce, ale z pewnością twoja żona ma prawo używać przynajmniej części z nich przy naprawdę ważnych okazjach. W czasie mojego ślubu teściowa dała mi całą taką biżuterię bez pytania. Z Courschleppem (długim trenem dworskim) biżuteria jest naprawdę niezbędna dla zamężnej księżnej. Proszę wybacz mi to pismo. Nie lubię ingerować w sprawy innych, ale musiałam to napisać, ponieważ nie tylko ja to zauważyłam. Proszę, nie odpowiadaj na te wiadomości przed jutrem.
Być może Jaja[92] da mi znać o swojej niańce z powodu zbliżającego się pojawienia się mojego maleństwa.
Czule i szczerze,
WIKTORIA.
W maju lub czerwcu odbyły się pierwsze wyścigi na nowym torze wyścigowym w Karlshorst[93], który powstał dzięki wspólnym wysiłkom mojego męża i Schmidta-Pauliego. Mój mąż sam zaprojektował przeszkody wraz z konstruktorami toru; a jeden z wyścigów był znany jako Prinz Friedrich Leopold Jagd Rennen, na który przekazał nagrodę, piękny srebrny puchar skopiowany ze starego pucharu Kurfürstlichen Pokal. Pierwszy wyścig wygrał kapitan von Köller z Żółtych Ułanów, który był wielkim przyjacielem mojego brata. Później często jeździliśmy do Karlshorst, co zawsze mi się podobało i było bardzo interesujące.
Tej jesieni dużo jeździłam konno z mężem w Glienecke, co bardzo mnie cieszyło; moja Pussta świetnie radziła sobie przez las, więc mogłam dotrzymać mu kroku. Nauczyła się także skakać i pokonywać przeszkody, nawet tę z wodą. Raz pokonałam tzw. Sperlingslust, mój największy sukces. Kiedy moje dzieci były obecne, wołały: "Pokonaj to, mamo, pokonaj". Nawet mały Fritz Karl przyłączył się do tego krzyku.
W początkach października mąż pojechał na polowanie do Mariazell w Styrii, a ja zatrzymałam się u brata w Przemkowie, gdzie, jak zawsze, miło i wesoło spędziłam czas.
Spotkałam tam mojego wuja Krystiana z jego córką Marią Luizą, która poślubiła księcia Anhalt Ariberta, bratanka mojej teściowej, z którym następnie się rozwiodła.
Dwudziestą dziewiątą rocznicę urodzin mojego męża w listopadzie zepsuła nam wiadomość, że po krótkich dwunastu miesiącach na stanowisku dowódcy musiał zrezygnować z Gwardii Przybocznej, gdy został mianowany generałem dowodzącym Czwartą Brygadą Piechoty; to całkowicie odsunęło go od jego własnego korpusu, kawalerii; i, jak się okazało, nie przyznano mu nawet zwyczajowego przywileju zachowania munduru. Wyglądało na to, że Cesarz po prostu nie mógł pozwolić, by mój mąż jeździł obok niego w mundurze Gwardii Przybocznej. Niemniej jednak, był to awans, a Gazeta ogłosiła, że książę otrzymał dowództwo jako nagrodę za wspaniałe zarządzanie pułkiem; jednak po Gwardii Przybocznej brygada piechoty nie była prawdziwą satysfakcją. Uważałam, że mundur generała jest bardzo brzydki i tęskniłem za białą tuniką i złotym hełmem.
W nowej brygadzie mojego męża była Druga Gwardia Grenadierów im. Franciszka i Czwarta im. Augusty, co przypomina mi zabawną historię. Tańczyłam sporo na balu wojskowym i dla zabawy powiedziałam jednemu z moich partnerów, młodemu porucznikowi Franker:
"Ja, jako stara Generałowa, naprawdę nie powinnam tańczyć." (Miałam wtedy dopiero dwadzieścia osiem lat, więc nie do końca zgadzała się moja sugestia.) Porucznik był bardzo zakłopotany i nie wiedząc dokładnie, co odpowiedzieć, zdołał tylko wydukać:
"Nie ważne, ile ma lat, dla porucznika to wielki zaszczyt tańczyć z dowódczynią, a tym bardziej z dowódczynią swojej Brygady."
Nowy rozkaz nie był powodem do śmiechu, ponieważ obawialiśmy się, że będziemy musieli zamieszkać w Berlinie. Jak się dowiedzieliśmy, było to rzeczywiście pożądane "z góry". Pojawiła się nawet sugestia, aby książę zamieszkał sam w Berlinie, a ja w Glienecke, ale oświadczyłam, że nie mogę rozważać takiego pomysłu. Mój mąż poradził mi, abym udała się do cesarzowej i przedstawiła jej całą sprawę; była bardzo miła i współczująca i pomogła mi w każdy możliwy sposób. W końcu byliśmy zmuszeni przenieść się do Berlina i po długim namyśle zdecydowaliśmy się zabrać ze sobą dzieci.
1895
W maju wróciliśmy znowu do Glienecke i byłam przeszczęśliwa, że mogłam znów jeździć z mężem konno; pomimo że spodziewałam się czwartego dziecka, uległ mojej prośbie, aby mogłam kontynuować jazdę, ponieważ czułam, że ćwiczenia bardzo mi pomagają. Jednak moja radość była krótka; ktoś doniósł Jej Cesarskiej Mości. Jazda konna została zakazana! Cesarzowa osobiście rozmawiała z moim mężem i błagała go, aby nie pozwalał mi więcej jeździć. Niemniej jednak, w podobnych okolicznościach sama założyła mundur swojego regimentu i przyjęła defiladę. Mąż robił wszystko, co mógł, aby mnie pocieszyć, jeździł ze mną na przejażdżki po południach i kupował mi wiele pięknych ozdób; jednakże moja radość z letnich rozrywek przeminęła.
Podczas gdy mój mąż był na otwarciu Kanału Kilońskiego[94], udałam się do Drezna, gdzie spędziłam szczęśliwy tydzień z moją drogą matką i siostrą Teodorą. W tym czasie ludzie mówili o mojej dobrej figurze, a nasza nowa niania, pani Maestre, była zdania, że dziecko nie przyjdzie na świat przed świętami Bożego Narodzenia. Bardzo nieprzyjemnym zwyczajem dla nas, księżnych, były modlitwy, które były składane za nas w kościołach. Cieszy się człowiek, gdy ci, których kocha, modlą się za niego, ale być obiektem modlitw na cały kraj sześć tygodni przed narodzeniem dziecka jest bardzo niezręczne dla przyszłej matki. Najbardziej zakorzenione w tej średniowiecznej tradycji były oczywiście Główne Damy Dworu, a ponieważ Jej Cesarska Mość musiała sama wielokrotnie poddać się temu doświadczeniu, rozumiała moje uczucia. Lubiłam wyznaczać datę tych modlitw jak najpóźniej, aby skrócić okres, w którym w kościele byłam obiektem pustej ciekawości.
Mój mąż miał w planach udanie się na manewry pod koniec sierpnia; miałam nadzieję, że moje dziecko pośpieszy się i przyjdzie na świat przed jego wyjazdem, ale tak się nie stało. W połowie miesiąca trójka dzieci wyjechała do Sassnitz, i byłem zadowolona, że mogłam wysłać z nimi moją nową Mistrzynię Strojów, hrabinę Königsmarck[95], ponieważ zaczęła być nietaktowna, chociaż w gruncie rzeczy miała dobre intencje. Tuż przed wyjazdem mojego męża na manewry otrzymał on następujący telegram od Jej Cesarskiej Mości:
Mistrzyni Strojów musi wrócić z Sassnitz, ponieważ powinna być na swoim posterunku podczas porodu pruskiej księżnej.
Im dłużej przebywałam na dworze pruskim, tym bardziej stało się dla mnie jasne, że pruska księżna była jednym z najbardziej dręczonych stworzeń na tej ziemi. Miała wiele nieprzyjemnych obowiązków do spełnienia i była jej zabroniona radość z wielu normalnych przyjemności - uprawiania sportu, spotkań ze znajomymi, wizyt w niektórych teatrach czy restauracjach, a także takich niewinnych rozrywek jak łyżwiarstwo, jazda na rowerze czy nawet jazda konna. Brak wolności i ingerencja w najbardziej prywatne sprawy doprowadzały mnie do szału. Szlezwik-Holsztynianka nie mogła być trzymana na krótkiej smyczy, lecz musiała podążać własną drogą dumna i wolna.
Kiedy hrabina Königsmarck wróciła zgodnie z oczekiwaniami z Sassnitz, napisałam do niej notatkę, informując, że na razie jej nie przyjmę; w odpowiedzi napisała mi bardzo miły list, po którym poczułam, że mogę z nią zacząć od nowa.
Mając najpierw nadzieję, że moje dziecko przyjdzie na świat przed wyjazdem mojego męża, teraz miałam nadzieję, że poczeka na jego powrót. Jednak nie uczyniło ani jednego, ani drugiego. O świcie, 27 sierpnia, pojawił się chłopiec o wielkich ciemnoniebieskich oczach, malutkim ustach i nosie, oraz bujnych ciemnych włosach, doskonale ukształtowanym ciele, pięknych rękach i stopach; był naszym najpiękniejszym dzieckiem i, jak mi powiedziano, dokładnie taki jak jego ojciec w tym wieku; w rzeczywistości dokładnie taki, jak na fotografii, którą widziałam zaledwie dzień wcześniej u pani von Trotha. Marzyłam o kolejnej córce, ale jakże jestem teraz wdzięczna Bogu za to, że nie wysłuchał tej modlitwy.
Bardzo zależało mi, aby inni ludzie, a zwłaszcza dwór cesarski, nie dowiedzieli się o narodzinach mojego dziecka, dopóki mój mąż nie otrzyma pierwszej wiadomości. W tym celu napisałam list z wyprzedzeniem, pozostawiając jedynie miejsce na słowo syn czy córka; wysłałam go za pośrednictwem służącego, który błyskawicznie dojechał rowerem do mego męża, który był wraz ze swoją brygadą niedaleko, oraz wysłałam mu telegram. Tego ranka podczas manewrów odniósł zwycięstwo nad Moritzem von Bissingiem, co sprawiło ogromną radość młodym oficerom. Zdobyli oni wzgórze o nazwie Windelberg (Góra pieluszek), twierdząc, że stało się to, ponieważ pieluszki były potrzebne dla noworodka. Kiedy przekazano jej tę wiadomość, Agra powiedziała do mojej byłej guwernantki, Tajnej Radczyni Gilbert (która poszła do moich dzieci, aby zastąpić hrabinę Königsmarck w Sassnitz):
"Myślałam że będzie więcej dziewczynek, ale nie mów mamie, bo się zmartwi i spróbuje mi jedną dać!"
Dwa dni później mój mąż wrócił. Razem cieszyliśmy się z naszego szczęścia, kiedy niestety otrzymaliśmy smutną wiadomość o nagłej śmierci mojej szwagierki, Elżbiety Oldenburg[96]. Zawsze była delikatna i często chorowała, ale na szczęście jej śmierć nie była długa. Ze względu na naszą żałobę mogliśmy zorganizować chrzciny w Glienecke całkiem spokojnie. Ceremonia została przeprowadzona przez dr Dryandera w moim pokoju do pisania, a obecni byli tylko członkowie naszej rodziny, stary dobry feldmarszałek von Blumenthal, który był przyjacielem zarówno mojego ojca, jak i teścia; generał von Loe, reprezentujący ojca chrzestnego cesarza Franciszka Józefa, trzymał dziecko przy chrzcielnicy.
Ta prosta, szczęśliwa ceremonia była możliwa tylko dzięki nieobecności Jego i Jej Cesarskich Mości z Berlina, którzy, gdy wrócili, pokazali, że są trochę zdenerwowani, że nie poczekaliśmy na ich obecność.
*
Boże Narodzenie było bardzo szczęśliwym czasem, spędzonym z czwórką naszych drogich dzieci i moją kochaną teściową. 27 grudnia mój mąż, który był Wielkim Mistrzem Masonów, był w Berlinie na jednym z ich festiwali; mój brat zjadł ze mną obiad i poszliśmy do opery; Cesarz był tam i był niezwykle miły i zabrał mnie do domu do Glienecke swoim specjalnym pociągiem.
Następnego ranka zapytałam, czy lód na jeziorze Griebnitz See, malowniczym jeziorze tuż przy wiosce Glienecke, jest wystarczająco mocny, aby jeździć na łyżwach; rolnik, który zazwyczaj doradzał nam, nie był dostępny, ale ktoś spróbował i przesłał informację, że wytrzyma. W związku z tym wybrałam się na jezioro tylko w towarzystwie Fräulein von Colmar, ponieważ pan von Trotha wybrał się do Skopau, swojej posiadłości wiejskiej. Założyłyśmy łyżwy i ruszyłyśmy z zamiarem przejechania na drugi koniec jeziora i z powrotem. Powiedziałam pannie von Colmar, że jak fajnie jest, że jezioro jest tak blisko Glienecke, więc nie potrzebujemy żadnego dworzanina. Nagle pod jedną z moich nóg załamał się lód, i niemal natychmiast potem pod drugą!
Mała Colmar, która była teraz przede mną, zatrzymała się, podała mi rękę i w jednej chwili znalazła się w wodzie po szyję. Próbowałyśmy brodzić do brzegu, ale lód zawsze pękał, gdy chwytałyśmy go rękami. Nikogo nie było w zasięgu wzroku, i nagle zdałam sobie sprawę, że jeśli ktoś nie nadejdzie, możemy utonąć i w tamtej chwili zrozumiałam, jak bardzo kocham życie.
Tam, bez żadnej ludzkiej pomocy w zasięgu wzroku, patrząc śmierci w twarz, modliłam się do Boga, aby nas ocalił: On wysłuchał i odpowiedział; w ten sposób, gdy jest się samotnym i opuszczonym przez ludzi, człowiek zdaje sobie sprawę, że Bóg jest blisko!
Na początku powiedziałam pannie von Colmar, aby przestała wołać o pomoc, ponieważ nienawidzę zamieszania wokół moich prywatnych spraw, ale wkrótce zobaczyłam, że nie ma innego wyjścia i dołączyłam do niej, krzycząc tak głośno, jak tylko mogłyśmy. Na szczęście zobaczyłyśmy kilku mężczyzn nadchodzących z drugiej strony jeziora, ale minęły wieki, zanim przybyli. Potem, po uspokajających gestach, wszyscy pobiegli po drabinę! Powiedziałam pannie von Colmar, że musimy teraz siedzieć cicho i nie marnować sił na szamotaninę. Kiedy mężczyźni wrócili z drabiną, doszło do walki między mną a panią von Colmar o to, która z nich powinna zostać uratowana jako pierwsza. Niestety, nasza rycerskość była przedwczesna: drabina była za krótka.
Wszyscy mężczyźni chcieli wrócić i wziąć dłuższą, ale błagałem ich, by nie zostawiali nas same, więc starszy mężczyzna o imieniu Haukwitz został. Wczołgał się na lód i próbował podać nam rękę, ale lód się załamał i on również zanurzył się w wodzie. Otwór w lodzie stał się znacznie większy, a Colmar, jako mała, zapadła się znacznie głębiej. Podłożyłam jedno ramię pod jej głowę i wszyscy troje trzymaliśmy się połamanych krawędzi lodu. W końcu pozostali mężczyźni wrócili z dłuższą drabiną i linami. Już wcześniej zdecydowałam, że ten, kto jest najbliżej drabiny, musi wydostać się pierwszy, więc nie było dalszych sporów. W ten sposób uratowano staruszka, potem Colmar, a następnie mnie.
Kiedy pozbyłyśmy się łyżew, byłyśmy tak zesztywniałe, że ledwo mogłyśmy chodzić; nie mogłam złapać tchu, a nasi ratownicy musieli nas ciągnąć. Postawa tych odważnych mężczyzn, którzy ryzykowali swoje życie dla nas, była godna najwyższego uznania; zdjęli płaszcze i owinęli nas nimi, a kupiec Kiekebusch, który był właścicielem willi w pobliżu, rzucił się przez lód, zdjął futro i owinął mnie nim. To ciekawe, jak instynkt służy nam w takich sytuacjach. Z trudem łapiąc oddech, ja, która tak rzadko sięga po alkohol, wykrztusiłam: "Czy ktoś ma Schnapsa?" (bardzo zwyczajny rodzaj koniaku). Pewien mężczyzna dał mi swoją butelkę i to prawdopodobnie uratowało mi życie.
Następnie rolnik zabrał nas saniami w kierunku domu, aż spotkaliśmy jeden z naszych powozów, który został pospiesznie wezwany. Nawet w powozie ledwo mogłam oddychać, a Colmar, która myślała, że umieram, próbowała sztucznego oddychania. Kiedy w końcu dotarliśmy do zamku, major-domo i lokaj zanieśli mnie na górę, a w moim własnym pokoju Buchholtz i pani Maestre położyli mnie do łóżka, wlali gorące napoje do gardła i natarli alkoholem. Chociaż nigdy nie straciłam całkowicie przytomności, byłam nieco otępiała i bez opieki tych dwóch oddanych kobiet ledwo bym przeżyła. Wszyscy nasi ludzie zachowywali się znakomicie. Major-domo, gdy tylko dowiedział się o wypadku, wysłał chłopca na rowerze, aby zatrzymał pierwszy powóz lekarski, który spotka na drodze. Wysłano powóz po naszego lekarza, chirurga generalnego Ernestiego. Stary doktor Nusse przybył pierwszy, a kiedy Ernesti dotarł do zamku nieco później, u Colmar, choć na początku zemdlała, wyraźnie poprawił się jej stan, podczas gdy ja wciąż nie miałam pulsu i odczuwałam straszne bóle.
To, co fizycznie przeżyłam, było w rzeczywistości mniejsze niż moje psychiczne cierpienia, gdyż doskonale zdawałam sobie sprawę, jakie zamieszanie wywoła ta niefortunna przygoda.
Kiedy trochę doszłam do siebie i leżałam owinięta kocami, otrzymałam wiadomość telefoniczną, że cesarzowa przyjeżdża złożyć mi wizytę. W stanie, w jakim się wtedy znajdowałam, czułam, że nie mogę się z nikim spotkać, a już na pewno nie z moją najstarszą siostrą, z którą ostatnio miałam różne nieporozumienia. Z tego powodu zadzwoniono z odpowiedzią, że mam przeziębienie (zawsze była nerwowa w kwestii przeziębień z powodu obawy Cesarza przed zakażeniem). Niemniej jednak, trochę później powiedziano mi, że Jej Cesarska Mość podjeżdża pod zamek. Zaskoczona i w złym stanie, niezdolna do przemyślenia konsekwencji, wysłałam wiadomość, że proszę, aby Jej Cesarska Mość wybaczyła mi, ale mam tak duże przeziębienie, że leżę w łóżku.
Niestety von Nikisch, nasz kontroler, bez konsultacji ze mną, przekazał telefonicznie szczegóły wypadku mojemu mężowi w Berlinie. Rzeczywiście, we wczesnych wydaniach wieczornych gazet pojawiła się relacja z całego zajścia.
Po południu napisałam do mojej siostry, opisałam całą sprawę i błagałam, aby nie gniewała się na mnie za to, że się z nią nie spotkałam, ponieważ po tak bliskim doświadczeniu śmierci czułam potrzebę bycia samemu.
Kiedy mój mąż wrócił, mimo że Ernesti odradzał mi to, aby uspokoić jego niepokój, wstałam, ubrałam się i zeszłam na dół, aby się z nim spotkać. Moje ręce i nogi były pokryte plamami, a na jednej nodze miałam mały guzek, ale poza tym nie czułam się zbyt źle; dopiero następnego dnia okazało się, że mam poważne zapalenie żył. Wieczór spędziłam na dole z mężem i opowiedziałam mu o wszystkim. Kazał mi pić poncz i siedzieć przy ogniu i wierzę, że gdyby okoliczności pozostały spokojne, o wiele szybciej uporałabym się z całym kłopotem; ale chociaż otrzymałam telegram od Wiktorii, który brzmiał całkiem przyjaźnie, posłano po von Nikischa, a po jego powrocie przyniósł on z Nowego Pałacu bardzo niepokojące wieści. Cesarz był oburzony całym incydentem, a Cesarzowa była tak zraniona odmową przyjęcia i oszustwem w tak krytycznej sytuacji, że po poznaniu prawdy płakała się.
Wczesnym rankiem następnego dnia, gdy wciąż leżałam w łóżku, cesarzowa przybyła i niezapowiedzianie weszła do mojego pokoju. Podeszła do mojego łóżka, pocałowała mnie i mruknęła coś o moim strasznym doświadczeniu. Powiedziałam, że potrzebuję całkowitego odpoczynku. Następnie zapytała moich służących o moją dietę i poszła poszukać mojego męża, który był zmuszony przyjąć ją w piżamie w swojej garderobie, ponieważ był w trakcie golenia.
Następnego dnia mój mąż został wezwany do Nowego Pałacu, gdzie, choć było bardzo zimno, musiał przez długi czas chodzić w górę i w dół na zewnątrz z cesarzem. Spodziewając się, że zostanie przyjęty w domu, poszedł raczej lekko ubrany, podczas gdy cesarz był otulony futrem; w rezultacie mój mąż wrócił do domu na wpół zamarznięty. Naturalnie zapytałam, co się stało, ale powiedział niewiele, poza tym, że przypuszczał, iż otrzymamy pisemną wiadomość. Otrzymaliśmy. Moja siostra napisała do mnie w następujący sposób:
29 grudnia, 1895.
DROGA PUSSE,
Cieszę się, że jak dotąd czujesz się znacznie lepiej i mam nadzieję, że kąpiel nie będzie miała złych konsekwencji. Nie mam nic do dodania do rozmowy Wilhelma z Twoim mężem. To wszystko twoja wina. Od jakiegoś czasu jest mi bardzo przykro z powodu sposobu, w jaki się wobec nas zachowujesz.
Chcę tylko powiedzieć, że słyszałam, że dostałaś rower na Boże Narodzenie. Ani cesarz[97], ani ja nigdy nie zaakceptujemy pruskiej księżnej jeżdżącej na rowerze, czy to w ogrodzie, czy gdziekolwiek indziej. Chciałam to tylko powiedzieć, zanim zaczniesz. Oczywiście nie postąpisz wbrew temu bezpośredniemu rozkazowi.
Z poważaniem,
W.
Równie dobrze mogę dodać, że moja nowa Mistrzyni Strojów, hrabina Königsmarck, między Wigilią a datą tego listu zrobiła wszystko, co w jej mocy, by narobić kłopotów, informując cesarzową o rowerze, który przecież był prezentem od mojego męża!
I wtedy stała się rzecz niewiarygodna.
Krew mi się gotuje, gdy teraz o tym piszę. Generał Scholl, osobisty adiutant i bliski przyjaciel cesarza, oraz generał Adolf von Bülow, komendant Poczdamu, przyszli do naszego dobrego szambelana, Krosigka, i poinformowali go, że otrzymali rozkaz od cesarza, aby ogłosić księciu, że zarówno on, jak i ja zostaniemy umieszczeni w areszcie domowym na czternaście dni.
Mój mąż, który podczas całej swojej służby wojskowej nigdy nie otrzymał najmniejszej nagany, został teraz ukarany w ten upokarzający sposób z mojego powodu. Odebrano mu szablę! Moje uczucia oburzenia i urazy można sobie lepiej wyobrazić niż opisać. List, który otrzymaliśmy od cesarza, potwierdzający to, został najwyraźniej napisany w wielkim zdenerwowaniu i był bardzo zagmatwany w formie i wyrazie. Ponieważ jest to charakterystyczna ekspresja, zamieszczam go tutaj:
POCZDAM, 29.XII.1895
DROGI FRITZU!
Wydarzenia, które miały miejsce na twoim dworze w ciągu ostatniego roku i które zostały przeze mnie poruszone w naszej rozmowie, znalazły dość dramatyczny punkt kulminacyjny w wydarzeniu z przedwczoraj.
Prawo domowe i tradycje rodzinne obowiązujące u nas w Prusach były ciągle łamane lub omijane.
Ponieważ członkowie twojego dworu są zobowiązani do całkowitej dyskrecji wobec nas we wszystkim i o wszystkim, ograniczam się do informacji z gazet i innych nieoficjalnych komunikatów
Pomimo częstych napomnień nie miałeś wystarczająco dużo szczęścia, aby poprowadzić i utrzymać swoją żonę w koncepcji życia właściwej pruskiej księżnej, którą ma zaszczyt być. Dlatego jestem zmuszony użyć surowych środków, abyście oboje zrozumieli, że na mocy mojego urzędu Naczelnika i Głowy Rodziny mam prawo nalegać na przestrzeganie praw tradycji, przyzwoitości i zwyczajów.
Dwór będzie odizolowany od wszelkiej komunikacji ze światem zewnętrznym przez czternaście dni. Masz uważać się za aresztowanego i przekazać swoją szablę mojemu adiutantowi. Oficer będzie patrolował Glienecke. Wolno ci poruszać się tylko w obrębie ogrodu domu lub w zamkniętej części parku starego Glienecke. Od tej pory twojej żonie nie wolno opuszczać ogrodu bez dworzanina i damy dworu, Mistrzyni Strojów ma być codziennie przyjmowana przez nią na krótki czas i, jak należy, traktowana jak dama. Również jazda konna bez damy dworu jest zabroniona!
Areszt dotyczy zarówno twojej żony, jak i ciebie samego.
Myślę, że czternaście dni spokojnego zastanowienia pozwoli jej zrozumieć, że lepiej dostosować się do istniejących statutów.
WILHELM R.
Wokół domu rozmieszczono wartowników z naładowanymi karabinami, którzy pełnili straż dzień i noc, a oficerem straży był major von Lancken. Później zaczęliśmy patrzeć na to wszystko z żartobliwej strony i traktować to raczej jako żart. Mój mąż powiedział:
"Co by Lancken zrobił, gdybyśmy próbowali uciec w różnych kierunkach? Obawiam się, że aby nas oboje obserwować, musiałby wdrapać się na drzewo!"
Wieczorem zgasiliśmy światła w salonie i obserwowaliśmy wartowników z ciemnego wnętrza, a z tego incydentu zrodziła się plotka, że kazano nam być w łóżku przed ósmą. Königsmarck i Colmar zachowywali się w bardzo nietaktowny sposób, w rzeczy samej Königsmarck był nie do zniesienia podczas naszych codziennych, wymuszonych rozmów; ale Krosigk, Heuduck i Trotha byli wspaniali, stanowiąc wielkie źródło wsparcia i pocieszenia dla nas.
Muszę przyznać, że pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po areszcie, było wspięcie się na krzesło, zdjęcie jedynego portretu Cesarza, jaki mieliśmy, podarcie go na kawałki i wrzucenie do ognia. Po tym poczułam się zdecydowanie lepiej!
To było naprawdę smutne czternaście dni, które minęły nam w poczuciu niesprawiedliwości, za którą nie było zadośćuczynienia, dni, których ani mój mąż, ani ja nigdy nie zapomnimy. Rano po aresztowaniu byłam cała żółta; opiekowałam się Fryderykiem Leopoldem, który miał zaledwie pięć miesięcy, i obawiałam się, że jestem narażona na zachorowanie na żółtaczkę i mogę go zakazić; w rzeczywistości uważam, że tylko moja determinacja, by nie poddawać się taktyce zastraszania ze strony Nowego Pałacu, pomogła mi uniknąć ataku tej choroby. Ponadto zapalenie żył w moich ramionach i nogach było już naprawdę niebezpieczne. Byłam tak osłabiona, że większość czasu spędzałam na leżance w moim gabinecie, a mój mąż tak to wszystko zaaranżował, że mogłam spożywać tam posiłki. W nocy często nie mogłam spać, i z całym moim cierpieniem psychicznym i fizycznym to cud, że nie oszalałam.
Najgorsze w rodzinnych kłótniach jest to, że zupełnie niewinni ludzie są w nie wciągani. Moja siostra, Cesarzowa, uznała za konieczne napisanie następującego listu do mojej teściowej:
NOWY PAŁAC, 30 grudnia 1895 r.
DROGA CIOCIU!
Ponieważ myślę, że plotki, które krążą po Berlinie na temat twojego syna, dotrą również do twoich uszu, pozwól mi, proszę, napisać ci szczere i otwarcie. Niestety, jak być może wiesz, przez długi czas utrzymywanie kontaktu z twoim synem było raczej trudne, ponieważ w domu Glienecke zawsze robiono trudności ze wszystkim, co było pożądane, a nawet zamawiane stąd. Wilhelm był pobłażliwy tak długo, jak to możliwe, ale w końcu musiał się wtrącić - jedną z ostatnich spraw była sprawa dam dworu. A teraz nadszedł wypadek mojej siostry, który dzięki miłosierdziu Bożemu zakończył się dobrze - naprawdę jak cud. Wszystko było ukrywane przed nami w Nowym Pałacu aż do momentu, gdy wszystko pojawiło się w gazetach, a nawet powiedziano mi kłamstwo, kiedy niespodziewanie pojechałem do siostry po południu. Nie wpuszczono mnie do pokoju, chociaż moja siostra była dosłownie na granicy śmierci, a służący przy drzwiach skłamał, mówiąc, że Luiza była przeziębiona i lekarz nie pozwolił nikomu do niej wejść.
Wilhelm posłał po Fritza wczoraj rano i po poważnej rozmowie, podczas której Fryderyk Leopold zawsze obwiniał Luizę, co naprawdę nie było w porządku z jego strony. Wilhelm nałożył kary wojskowe i umieścił go w areszcie na czternaście dni i zabronił komukolwiek odwiedzać jego lub ją.
To trudne. Ale mam nadzieję, że oboje nauczą się tego, czego zdają się nie wiedzieć, a mianowicie, że jako królewski książę lub księżna trzeba nauczyć się posłuszeństwa i że należy przestrzegać tradycji. Przykro mi, że tak się stało, ale oboje sami o to się prosili. Mam nadzieję, że nie będziesz się tym zbytnio smucić, ale dla mnie ta sprawa jest również niewiarygodnie trudna.
Zawsze z miłością,
WIKTORIA.
Oczywiście mój mąż nie obwiniał mnie. Powiedział tylko, że ponieważ był w Berlinie w czasie wypadku, nic o nim nie wiedział, a w każdym razie, nawet aby chronić żonę, nie mógł udawać przed cesarzem, że to on prawie utonął!
Około połowy stycznia zostałam wezwana do cesarzowej do Berlina; dr Ernesti był w stanie zwolnić mnie z obowiązku przyjazdu, ale nie zrobił tego na czas i mimo, że nadal byłam daleka od zdrowia i mogłam chodzić tylko o lasce, byłam zmuszona przyjechać. Telegram, w którym napisałam, że jestem jeszcze zbyt chora, by to zrobić, został odebrany przez Jej Królewską Mość zbyt późno. Rozmowa była dla mnie straszna i tylko dlatego, że mój mąż błagał mnie, abym opanowała nerwy dla jego dobra, byłam w stanie kontrolować swój gniew i urazę. A było to podwójnie trudne, ponieważ cesarzowa, choć teraz całkowicie pod wpływem swojego bezwzględnego męża, wciąż była moją własną siostrą. Podczas naszej rozmowy powiedziała, że (należycie dbając o to, abym nie stała zbyt długo) mam wziąć udział w Ordensfest (uroczysty ceremoniał związany z nadawaniem orderów i odznaczeń państwowych – przyp. tłumacza), chociaż wymagano ode mnie jedynie obecności przy faktycznym nadaniu orderów i nie musiałam uczestniczyć w zwyczajowych uroczystościach po nim. Zaprotestowałam, gdy cesarzowa wysunęła tę sugestię, mówiąc jej, że ze względu na stan zapalny żył może mi to trwale zaszkodzić, oraz, że nie chcę, aby mój mąż miał niepełnosprawną żonę, ale jeśli będę musiała, będę obecna dla jego dobra.
Moja teściowa kiedyś powiedziała, że na dworze pruskim nie istnieje stan pośredni między doskonałym zdrowiem a śmiercią!
Jakiś czas później sprawa miała dość zabawny finał. Ze względu na incydent z alkoholem, plotkarscy ludzie zaczęli oskarżać mnie o picie. Moja zamężna pokojówka, mająca błyskotliwy berliński język, na pytanie, czy to prawda, krzyknęła:
"Tak, pije - pije - pije - wodę!"
ROZDZIAŁ ÓSMY
Wrocław-Poczdam-Berlin-Anglia. 1896-1898
1896
W styczniu książę Battenbergu Henryk, mąż najmłodszej córki królowej Wiktorii, księżnej Beatrycze, zmarł w drodze powrotnej z czynnej służby podczas ekspedycji do Aszanti. Był to wielki cios dla sędziwej królowej, do której natychmiast napisałam list z wyrazami współczucia. Nie pamiętam, czy Jej Wysokość słyszała o tym, że zostaliśmy poddani upokorzeniu aresztu domowego. Poniższy telegram zdaje się sugerować, że tak było:
Do KSIĘŻNEJ FRYDERYKA LEOPOLDA, BERLIN.
OSBORNE, 23 stycznia 1896 rok.
Moje serdeczne podziękowania. Jestem głęboko poruszona. Pozdrowienia dla Fritza Leopolda. Ostatnio dużo o tobie myślałam.
Każdego lata w Poczdamie odbywała się impreza znana jako Adlerschiessen (Strzelanie do Orła), organizowana przez oficerów Pierwszej Gwardii Pieszej. Zbierano się w ogrodzie i strzelano do dużego drewnianego pruskiego orła, który był przybity do drzewa. Było to popularne wydarzenie; stary cesarz Wilhelm I zawsze starał się być obecny, a w naszych czasach oboje ich Cesarskie Mości uczestniczyli w towarzystwie tłumu książąt i księżnych. Po strzelaniu odbyła się kolacja i tańce w namiocie. Podczas strzelania w sierpniu 1896 roku skorzystałam z okazji, by poprosić cesarza o pozwolenie na podróż poza Niemcy - i pozwolenie otrzymałam.
Chciałam odwiedzić Holandię, w której nigdy nie byłam i jak zwykle planowałam być za granicą, gdy mój mąż był obecny na manewrach. Kaiser Manöver (Manewry Cesarskie) miały odbyć się w tym roku we Wrocławiu, a car Mikołaj II i jego małżonka mieli być na nich obecni.
Ponieważ cesarzowa zaznaczyła, że nie powinnam brać w nich udziału, spakowałam się, a mój bagaż był już w drodze do Scheveningen, kiedy otrzymałam list od Jej Królewskiej Mości z informacją, że mimo wszystko muszę towarzyszyć mojemu mężowi. Byłam rozczarowana przełożeniem mojej podróży, ale pogodziłam się z faktem, że mój książę i ja mogliśmy być razem. W oficjalną podróż do Wrocławia musieliśmy zabrać prawie całe nasze dworskie otoczenie, hrabinę Königsmarck, piękną i mądrą damę dworu, Fräulein von Wurmb, którą bardzo lubiłam i która rozumiała mnie tak dobrze, że wystarczyło na nią spojrzeć, a wiedziała, o co mi chodzi; mojego szambelana, Herr von Trotha, kontrolera mojego męża i jednego z jego kawalerów dworu.
Jak zwykle przy takich okazjach, dni we Wrocławiu były wypełnione różnego rodzaju uroczystościami na cześć cesarskich gości. Biedna caryca była nieśmiała i zakłopotana, ale wyglądała bardzo pięknie. Wprawiłam w zakłopotanie inne niemieckie księżne, sugerując, że prawdopodobnie wszystkie wylecimy w powietrze, ale na szczęście obyło się bez morderczych prób i, dzięki Bogu, wszystko poszło dobrze. Odbywały się parady i bankiety, ale ponieważ byłam dwukrotnie obecna na cesarskich manewrach we Wrocławiu, nie mogę całkowicie oddzielić moich wspomnień ani być całkiem pewną, które z nich były które. Pamiętam jednak, że przy jednej z tych okazji bawarscy książęta wyrazili gorącą wdzięczność za sposób, w jaki mój mąż się nimi opiekował: codziennie podróżowali z nim tym samym specjalnym pociągiem, a on sam padał z nóg, czyniąc honory i sprawiając, że czuli się komfortowo. Przypomina mi to dwie pouczające anegdoty, które książę zwykł opowiadać. Podróżował na manewry z, jak sądzę, bratem wielkiej księżnej Anastazji, który nie wiedząc, że mój mąż rozumie rosyjski, zwrócił się do rosyjskiego attaché wojskowego lub do jednego z jego otoczenia i, odchylając krzesło, powiedział, że "zanudził się na śmierć". Innym razem wielki książę Borys, gdy spotkał się z moim mężem w Petersburgu, powiedział mu o wojnie rosyjsko-japońskiej: "Wojna, wojna, wojna i jeszcze raz wojna - takie nudne życie".
My, Niemcy, mieliśmy inną koncepcję wojny.
Po moim powrocie do domu pojawił się sprzeciw wobec hrabiny Marii Eriki zu Dohna-Schlodien, osiemnastoletniej siostrzenicy Frau von Trotha, którą chciałam wziąć za damę dworu, a która została uznana za zbyt młodą. Hrabina Königsmarck zrobiła kilka scen w tej sprawie i tylko Herr von Trotha i Fräulein von Wurmb, którzy powiedzieli jej, że nie jestem wystarczająco zdrowa, aby znosić więcej irytacji, powstrzymali ją przed pójściem na skargę do cesarza i cesarzowej. W końcu, za radą mojego męża, sama udałam się do cesarzowej i podczas naszej rozmowy moje nerwy puściły i upadłam. Wtedy Wiktoria była naprawdę bardzo siostrzana i wzruszająca, wzięła mnie w ramiona i była bardzo miła! Powiedziała, że nie powinnam być wobec niej taką bryłą lodu; że po obu stronach doszło do nieporozumień; że cesarz uważał, że ona, jako królowa Prus, powinna kontrolować księżne, i oczywiście zawsze byli wokół nich ludzie, którzy próbowali sprawiać kłopoty między nami. W takich chwilach ciepłe serce Wiktorii przełamywało wszelkie bariery, a ja z kolei wyznawałam swoje winy i błagałam ją o przebaczenie. Nie mogła zrozumieć, że kiedy jest się zamężną i ma się własną rodzinę, lubi się, wbrew pruskiej etykiecie, mieć pewną dozę niezależności i nie lubi się częstego wtrącania w swoje najbardziej prywatne sprawy. Przyznaję jednak, że w wielu sprawach również się myliłam.
Königsmarck, w swoim rozgoryczeniu, chciała zrezygnować, ale Cesarz nie pozwolił na to i chociaż często była nieprzyjemna, ostatecznie byłam zadowolona z tej decyzji. Myślę, że z czasem zdała sobie sprawę z moich trudności, a także w pewnym stopniu wpłynęły na nią moje dwie miłe damy dworu, Fräulein von Wurmb i Fräulein von Oertzen; ta ostatnia, którą bardzo lubiłam, została później hrabiną Hardenberg i nazwała swoje pierwsze dziecko moim imieniem.
Mówiłam o obowiązkach, których musiałam się podjąć, takich jak otwieranie kuchni dla ubogich, przewodniczenie komitetom Czerwonego Krzyża, położenie kamieni węgielnych i spotykanie się z zasłużonymi gośćmi na stacjach kolejowych. Jej Wysokość zaaranżowała, że gdy tylko było to możliwe, miałam być zwolniona z tych reprezentacyjnych wystąpień; wiele z nich było oczywiście nieuniknionych i nikt, kto nie spędził całego życia na ich wykonywaniu, nie jest w stanie zrozumieć, jak bardzo są one męczące. W takich sprawach moja siostra zawsze była tak wyrozumiała, jak tylko pozwalały na to okoliczności, i prosiła mnie ustnie lub wysyłała mi notatkę podobną do poniższej:
3 czerwca 1896.
DROGA JAJA,
Słyszałam, że Wilhelm nakazał Twojemu mężowi reprezentować go podczas konsekracji Kościoła Garnizonowego w Hanowerze; dlatego chciałabym Cię prosić, abyś mnie reprezentowała. Pomyślałam, że raczej chciałabyś pojechać z Fritzem w tę podróż. Przy tej okazji Twoja Mistrzyni Strojów i Twoje Damy będą musiały Ci towarzyszyć. Ponieważ nie wiem, czy zobaczę Cię w Sperlingslust, postanowiłam napisać.
Z poważaniem,
W.
Moją największą udręką było reprezentowanie cesarzowej na dworze, a zwłaszcza na balach dworskich, kiedy cesarz prowadził mnie do Białej Sali[98]. Szczęśliwym trafem już we wczesnych latach zauważyłam, że kiedy moja teściowa wchodziła do Białej Sali na ramieniu Cesarza, a cały dwór kłaniał się, ona odpowiadała głębokim ukłonem. Próbowałam ją naśladować, ale niestety nie miałam jej uroku. Potem, pod koniec balu, podczas nowo wprowadzonego Reigena (tańca okrągłego), przy pewnych figurach wszyscy tancerze podchodzili kłaniając się lub dygając przed podestem, na którym stałam i z którego odpowiadałam na ich pozdrowienia również dygając. Moje kolana drżały ze zdenerwowania, chociaż po sześciogodzinnej wyprawie na łyżwach z Poczdamu do Brandenburgii lub długiej wycieczce rowerowej nie drżały wcale. Mistrz ceremonii, von Roeder, opowiedział mi kiedyś zabawną historię o złym francuskim pewnego dworzanina, który zwrócił się do francuskiego ambasadora i powiedział:
„Apresang wieng lavielle Fransese“.
Chodziło mu o stary tradycyjny taniec, który nazywaliśmy Starym Francuskim. Na co obrażony Ambasador odpowiedział:
„Nous n’avons pas de vielle française à l'Ambassade!” ("Nie mamy starego Francuza w Ambasadzie!" – przyp. tłumacza)
Niektóre ceremonie, w których trzeba było uczestniczyć, były oczywiście interesujące; na przykład poświęcenie pomnika cesarzowej Augusty w Koblencji. Książę przyjechał bezpośrednio ze swojej polowania w Styrii i spotkaliśmy się w Moguncji. Nadrenia była dla mnie prawie nieznana, a mój mąż (który znał ją dobrze z czasów studenckich w Bonn) pokazał mi i wyjaśnił wszystko. Po poświęceniu pomnika z całym ceremoniałem odbyła się wspaniała kolacja w cywilnym kasynie lub klubie, która była bardzo zabawna. Dowódca generalny oczywiście mnie przyjął. Wydawało się, że bardzo smakowało mu reńskie wino, a jego żona, która siedziała naprzeciwko, ciągle zwracała mu uwagę na zalety różnych potraw. Wino rzeczywiście było tak dobre, że przypadło do gustu wszystkim panom z naszego przyjęcia. Mój mąż i ja uciekliśmy wcześnie i pojechaliśmy sami na dworzec. Na peronie leżał zwinięty czerwony dywan, który rozłożono dla nas od kolejowego coupé do królewskiej poczekalni. Pierwszy urzędnik, który miał nas odprowadzić, przybył - najwyraźniej zdenerwowany tym, że się spóźnił - i w pośpiechu potknął się o dywan; inni poszli w jego ślady, a ponieważ wszyscy delektowali się dobrym winem, większość z nich również się potknęła. Nawet nasz dobry Trotha była bardzo podekscytowany. Zamierzał wysiąść na jakiejś stacji pośredniej w Rossleben w drodze powrotnej, aby wziąć tam udział w bierzmowaniu jednego ze swoich synów który był w Rossleben College, ale zasnął i przegapił swoją stację.
Pomimo żelaznej pruskiej dyscypliny i etykiety, przy uroczystych okazjach zdarzały się czasem zabawne wpadki. Pewnego razu, ku mojemu przerażeniu i rozbawieniu, na Tempelhofer Feld (w Berlinie, gdzie zawsze odbywały się jesienne parady) straż przyboczna cesarzowej zajęła miejsce wokół mojego powozu, myląc mnie z Jej Wysokością. Jeszcze poważniejsza była pomyłka, do której doszło na spotkaniu Czerwonego Krzyża. Cesarzowa, będąc spóźnioną, powiedziała nam, księżnym, abyśmy ją poprzedzały. Ledwo zajęłyśmy miejsca w loży królewskiej, gdy przewodniczący rozpoczął przemówienie z pozdrowieniami dla Jej Królewskiej Mości, które skierował do mnie. Musiałam to przemilczeć i wyjaśnić cesarzowej, kiedy przybyła, że przemówienie powitalne zostało już wygłoszone - co było bardzo niefortunne zarówno dla przewodniczącego, jak i dla mnie.
1897
Myślę, że około połowy stycznia przybyliśmy do Berlina, a na początku marca wysłałam dzieci (z ciężkim sercem z powodu naszej rozłąki) z powrotem do Glienecke, gdzie powietrze o wiele bardziej im odpowiadało. Ze względu na niezdrowe warunki w pałacu i faktu, że mieliśmy tak mało ruchu w Berlinie, czuliśmy się jak warzywa. Moja teściowa zwykła oświadczać, że powietrze w przewiewnym pałacu na Wilhelmsplatz było złe już za czasów jej teściowej - to znaczy siedemdziesiąt lat wcześniej! Co więcej, skandaliczne historie, które opowiadała o przygodach starego księcia Karola, które miały tam miejsce, nie sprawiły, że polubiłam to miejsce.
Wkrótce potem poczułam, że wydarzy się coś, co przyniesie księciu przyjemną zmianę. Po przemarszu Czwartej Brygady Piechoty podczas ćwiczeń zobaczyłam, jak mój mąż, który był z Cesarzem, złożył Jego Królewskiej Mości głęboki ukłon, a ja, wiedziona intuicją, natychmiast poczułam, że szykuje się coś bardzo przyjemnego. Impulsywnie pozwalając sobie na dyskrecję, bezskutecznie wypytywałam von Trotha. Dowiedziałam się wtedy od Herr von Grollmana, adiutanta naszej brygady, że mojemu mężowi powierzono dowództwo Czwartej Brygady Kawalerii, w skład której wchodziła Gwardia Przyboczna Huzarów w Poczdamie i 2 Pułk Ułanów Gwardii w Berlinie. Bardzo się ucieszyłam, że jego pragnienie powrotu do kawalerii w końcu się spełniło.
Przed objęciem nowego dowództwa mój mąż, zgodnie ze zwyczajem, udał się do swojej Brygady Piechoty i zawołał do oficerów: "Teraz się was pozbyłem" (Ich bin Euch los). Nie brzmi to zbyt pochlebnie po angielsku, ale była to formuła używana przy takiej okazji. Następnie pogalopował do swojej nowej brygady i poprowadził ją obok cesarza w swój zwykły spokojny i dostojny sposób, dosiadając swojego pięknego konia pełnej krwi Eidesa (który, jak się wydawało, był równie szczęśliwy z powrotu do kawalerii). Podczas późniejszej kolacji, na której siedziałam obok cesarza, starałam się być tak miła, jak to tylko możliwe. Jego Wysokość zrobił to samo, a kiedy wyraziłam radość z awansu mojego męża, odpowiedział:
"Gdybyś dowodziła kawalerią, zaprosiłabyś wszystkie konie a żadnego z oficerów".
We wrześniu mój mąż pojechał jak zwykle na manewry, a ja z panem i panią von Trotha oraz Fräulein von Wurmb do Anglii. W Ventnor na wyspie Wight z jej bogatą i piękną roślinnością spędziliśmy najbardziej rozkoszny i harmonijny czas. Jazda na rowerze cieszyła mnie w Anglii do syta. Można było odbyć najpiękniejsze wycieczki po wyspie, wypić gdzieś herbatę i wrócić o zmierzchu; co więcej, cieszyliśmy się najpełniejszym incognito. Trotha rozbawił nas wszystkich swoją niezwykłą angielszczyzną. Mówił wesoło i z chęcią pomocy, ale rezultat był czasami bardzo dziwny. Powiedział do kierownika hotelu: "Jutro idziemy na życie". Jego żona, która była z nim, poprawiła to na "leave" („wyjazd”); kiedy dotarliśmy do Brighton, zapytał:
"W którym kwiatku są nasze pokoje?".
W Londynie zrobiliśmy duże zakupy na Boże Narodzenie i kupiłam zimowe kostiumy i suknie wieczorowe, i cieszyliśmy się wspaniałymi teatrami.
Mój mąż pojechał do Szwecji na jubileusz króla Oskara[99], a stamtąd na duże polowanie, które wynajął na Węgrzech. Pozostał tam jakiś czas, ale było ono rozczarowujące. Należało ono do księcia Odescalchi, który, jak sądzę, chciał uzyskać wynajem jego na wyposażenie swojego syna do wojska. Nasz ówczesny kontroler, generał von Nikisch-Rosenegk, obejrzał je i polecił, ale okazało się bardzo drogie i mało sportowe. To dobry przykład kłopotów, jakie mieliśmy z naszymi kontrolerami. Generał Nikisch, który w młodości był gubernatorem wojskowym mojego męża, nie zadowalając się przekazywaniem Cesarzowi opowieści o nas, pozwalał sobie na niewiarygodne wręcz swobody. Kilka miesięcy wcześniej mój mąż spotkał w publicznej części parku Glienecke stajennego jadącego na jednym ze swoich koni; zatrzymał się i wypytał mężczyznę, który powiedział mu, że generał Nikisch kazał mu przyprowadzić go do swojego domu. Ponieważ nikt oprócz niego nie mógł jeździć na koniach książąt, był naturalnie bardzo zły na swojego kontrolera za to, że ośmielił się zrobić coś takiego bez jego wiedzy i zgody[100].
1898
Do tego okresu należy wysiłek pana von Lucka, aby uzyskać stanowisko kontrolera naszego dworu, co ostatecznie zostało zatwierdzone i zatwierdzone przez cesarza. W marcu cesarzowa, mając grypę, została skierowana do Homburga na kurację. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, tak więc byliśmy z tego powodu w stanie opuścić Berlin i wrócić do Glienecke.
W tym samym czasie von Luck przejął obowiązki kontrolera, a jego zaręczyny z Fräulein von Wurmb, które zostały przełożone ze względu na niepewność jego pozycji, odbyły się w domu jej rodziców w Weimarze.
W maju mój mąż pojechał na poświęcenie pomnika swojego ojca w Metz. Chciał zabrać ze sobą siedmioletniego Fritza, a chłopiec był bardzo dumny z tej perspektywy; ale w końcu zrezygnował z tego pomysłu, ponieważ nie wiedział, co z nim zrobić podczas zwiedzania pól bitewnych i udziału w bankietach.
Specjalnie pojechałam do Przemkowa, aby spotkać się z małą narzeczoną[101] Ernesta Günthera. Ze względu na nieszczęśliwy stan jej własnej matki (księżnej Belgii Luizy, żony księcia Saksonii-Coburga-Gotha Filipa), młoda księżniczka mieszkała przez jakiś czas z moją matką w Dreźnie i pojechała z nią i moją siostrą Feo do Przemkowa. Mała panna młoda-elekt miała cudowny urok, któremu natychmiast uległam i który trwał. Miała zaledwie szesnaście lat, guwernantkę o imieniu Fräulein Holb (której, choć była bardzo dobrą kobietą, nigdy nie uważałam za sympatyczną) i była traktowana jak dziecko, którym w rzeczywistości była. Żałuję, że wiele osób nigdy jej nie zrozumiało. Miała bardzo smutne wychowanie; jej ojciec, jak sądzę, ponosił dużą winę za zachowanie jej matki, której ekstrawagancja miała jednak swoje korzenie w jej wychowaniu, ponieważ, jak większość księżnych tamtych czasów, nie nauczono jej niczego o wartości pieniądza. Było rzeczą naturalną, że po tym, jak jej matka zgodziła się na zaręczyny, mój brat chciał zabrać Dorę ze środowiska, w którym główną rolę odgrywał przyjaciel jej matki, Mattasich. Ale chociaż księżna Luiza początkowo się zgodziła, później potajemnie próbowała zwabić córkę z powrotem. W rzeczywistości z tego powodu król Saksonii Albert dał Dorze straż policyjną podczas jej pobytu w Dreźnie.
W Przemkowie zauważyłam, że mój brat, moja sprytna siostra Feo i Fräulein Holb przeprowadzili konsultacje na temat wybranej panny młodej, podczas których nigdy nie pozwolono jej być obecną; w wyniku tej nietaktowności naturalne było, że między Feo i Dorą pojawiły się złe uczucia.
Chociaż zawsze mówiono, że zmiany w armii nie następują przed manewrami, już latem w kręgach wojskowych szeptano, że mój mąż otrzyma dowództwo dywizji w Brandenburgii lub Cassel. Często tęskniłam za ucieczką od ingerencji i ucisku dworu, ale taka nominacja oznaczałaby opuszczenie Glienecke na czas nieokreślony.
Na jesienną paradę w Berlinie zabrałam ze sobą tylko troje najstarszych dzieci; kiedy mówiono o nich razem, dwóch starszych chłopców, ponieważ byli tak pełni zabawy i psot, nazywano ogólnie Max und Moritz, zgodnie ze słynną historią Buscha; w rzeczywistości byli tak podobni, że często brano ich za bliźniaków. Już mieli skłonności wojskowe, salutowali wszystkim flagom i najbardziej interesowali się całym wydarzeniem. Po tej Paradzie Cesarska Majestat bardzo uprzejmie przesłała mi fotografie z moimi dziećmi w naszym powozie z zaprzęgiem, ponieważ przy takich okazjach zawsze jeździliśmy à la Daumont.
W pierwszym tygodniu września pojechałam z dziećmi nad morze do Anglii. Mój mąż miał wyruszyć kilka godzin później na manewry i kiedy się żegnaliśmy, wyczytałam w jego oczach myśl: "Czy spotkamy się znowu w Glienecke?".
Nasza podróż do Anglii była przyjemna, a przeprawa była piękna. Byliśmy całkiem sporym gronem. Dzieci miały swoją nianię, pokojówkę i lokaja, ja miałam swoją pokojówkę, Buchholtza, lokaja, Mattenklodta, oraz Herr i Frau von Trotha oraz Fräulein von Oertzen i jej służącą. Ale jaki to był wydatek! Nic dziwnego, że zajęło mi trochę czasu, aby spłacić koszty wakacji, chociaż dzieci były opłacone z własnych środków. Chcieliśmy pojechać do pięknego Torquay, ponieważ prąd zatokowy sprawia, że jest tam nadal ciepło we wrześniu, a roślinność cieszy się południowym charakterem. Wysłałam dzieci tam bezpośrednio pod opieką Frau von Trotha, podczas gdy ja pozostałam przez kilka dni w Londynie z Fräulein von Oertzen i Herr von Trotha na zakupy i wizyty w teatrach.
Pewnego ranka otrzymałam telegram od męża z wiadomością "Cassel". Kiedy decyzja faktycznie nadeszła, był to raczej cios, zwłaszcza że nie byliśmy razem i nie mogliśmy o tym porozmawiać. Dlaczego nie powiedzieli nam o tym kilka dni wcześniej?
Po poinformowaniu komendanta okręgu poczdamskiego o zmianie, mój mąż przedstawił się cesarzowi i natychmiast udał się na nowe stanowisko. Tam zadomowił się w hotelu König von Preussen, a o trzeciej rano następnego dnia był już na manewrach ze swoją nową dywizją! Z ulgą przyjęłam dobrą wiadomość, że był całkiem zadowolony w Cassel.
Będąc w Anglii - w niedzielę - otrzymałam straszną wiadomość o zamordowaniu cesarzowej Austrii Elżbiety[102]. Niepokój Fräulein von Oertzen o mnie był naprawdę wzruszający. Obawiała się, że mogę paść ofiarą zamachu - co nie było zbyt prawdopodobne, ponieważ podróżowałam incognito jako Frau von Hohenstein. Myślę, że nawet przyszła do moich drzwi w nocy, ponieważ usłyszała, że w hotelu zatrzymał się prominentny socjaldemokrata! Tej niedzieli pojechałam z nią i Herr von Trotha do Hampton Court i zamierzałam wrócić łodzią w dół Tamizy. Po spacerze po pięknych ogrodach i wypiciu herbaty zostaliśmy poinformowani, ku mojemu rozczarowaniu, że żadne łodzie nie kursują, ponieważ z powodu suszy poziom rzeki jest zbyt niski. Zaczęliśmy więc iść pieszo, ponieważ nie mogliśmy znaleźć dorożki, a ponieważ była niedziela, wszystkie omnibusy, które nas mijały, były pełne. W końcu jeden zabrał nas na pokład. Wdrapaliśmy się na górę, a konduktor położył deskę na szczycie schodów, na której Fräulein von Oertzen i ja z przyjemnością usiedliśmy; ale wkrótce dwóch mężczyzn wstało i ustąpiło nam miejsca. Oboje należeli do zwykłego niedzielnego tłumu.
Jak bardzo brakowało takich dobrych manier w Niemczech. Pamiętam wielki kontrast z tym wiele lat wcześniej, kiedy jechałam koleją z Paryża, aby odwiedzić baronową Rothschild, która kupiła stary klasztor i przekształciła go we wspaniały zamek. Byłam z ciocią Malio i moją guwernantką, kiedy do naszego przedziału wsiadł mężczyzna i potknął się o nasze stopy bez żadnych przeprosin. Ciotka powiedziała na tyle głośno, że usłyszał: "Ten człowiek jest tak niegrzeczny, że musi być Niemcem". Zaprotestowałam, zirytowana, że przypisuje taką niegrzeczność rodakowi. Ale miała rację. Gdy wychodził z przedziału, powiedział:
"Entschuldigen Sie, meine Damen" (Proszę o wybaczenie, drogie panie).
Pozostałam jeszcze kilka dni dłużej w Londynie, odwiedzając galerie sztuki i teatry. Z moją starą przyjaciółką Florence Bishop pojechałam do Ogrodów Kew z ich wspaniałymi kwiatami oraz na koncert w Albert Hall. Często chodziliśmy na kolacje do Savoy lub Princes. W połowie września dotarliśmy do Torquay, gdzie zostaliśmy entuzjastycznie przyjęci na stacji przez moje dzieci. Miasto było nadal atrakcyjne, a nasz hotel oferował piękny widok na morze, ale był bardzo samotny, z dala od cywilizacji i prymitywny. To miejsce zostało wybrane dla mnie przez przyjaciółkę z dzieciństwa, Mary Bartel Lot, którą po raz pierwszy spotkałam w Pau; była bardzo wesoła wtedy, dobrze się razem bawiłyśmy, ale teraz zastałam ją jako starą pannę, zupełnie inną osobę niż Mary, którą pamiętałam. Kąpiele morskie bardzo dobrze wpływały na dzieci, podobnie jak klimat Torquay. Po południach odbywałam piękne wycieczki rowerowe z Trotha, Fräulein von Oertzen, a czasami z Panią von Trotha, podwójnie ciesząc się, jak to tylko ludzkie, z wypraw, bo w domu były one zakazane. Takim sposobem widzieliśmy wiele i oszczędziliśmy wiele pieniędzy, zawsze jeżdżąc rowerem, chyba że było naprawdę deszczowo i gleba zbyt śliska.
Bardzo zabawne było, jak niemal straciliśmy nasze incognito. W hotelu była mała dziewczynka o imieniu Violet, która bawiła się z moimi dziećmi. Jej rodzice wyraźnie podejrzewali, że von Hohenstein nie jest naszym prawdziwym nazwiskiem, więc nakłonili córkę do zadawania dzieciom pytania. Violet zapytała więc:
"Jak się nazywa twój tata?"
One, pouczone wcześniej, że podróżuję obecnie incognito, ale nie otrzymawszy żadnych instrukcji dotyczących ojca, odpowiedzieli niewinnie:
"Nasza mama to Frau von Hohenstein, ale nie wiemy, jak nazywa się nasz tata!"
W innym przypadku moja dobra Buchholtz była bardzo zszokowana, gdy po zamówieniu stroju jeździeckiego dla Agra w Londynie podałam (jak to często robiłam) nazwisko panna von Oertzen. Buchholtz powiedziała swoim szerokim akcentem saskim:
"Ale Wasza Królewska Wysokość powiedziała, że strój jest dla Pani córki, a potem podała Pani swoje nazwisko jako Fräulein von Oertzen."
Musiałam się śmiać, ale naprawdę nie sądzę, żeby ci dobrzy ludzie rozumieli różnicę między Frau (pani) a Fräulein (panna).
Mój mąż musiał wtedy udać się do Danii na pogrzeb starej królowej Luizy[103] i zabrał ze sobą von Lucka (obecnie naszego kontrolera) oraz obu swoich dworzan. Kiedy wrócił, do końca listopada cieszyliśmy się szczęśliwym czasem w Glienecke, grając dużo w tenisa i jeżdżąc konno; co więcej, mieliśmy spokój, ponieważ Jego Wysokość odbywał swoją słynną pielgrzymkę do Jerozolimy. Wiele osób skorzystało z tej okazji jako wymówki, by odwiedzić Ziemię Świętą, co wzbudziło wiele rozmów i plotek. Zawsze naśmiewaliśmy się z ludzi, którzy lubili chodzić wszędzie za cesarzem i cesarzową i oddawać im cześć, i nazywaliśmy ich Schuster (szewcy). Wyśmiewaliśmy zwłaszcza tych, którzy podążali za cesarską parą do Jerozolimy ze względu na popularną grę dla dzieci o nazwie "Die Reise nach Jerusalem", podczas której trzeba było zapytać:
"Wer macht mit?" („Kto idzie też?“)
Nasza odpowiedź zawsze była:
"Wir nicht" („Nie my”).
Cesarz wjechał do Jerozolimy bardzo teatralnie na koniu, ubrany we wspaniały galowy mundur Gwardii Przybocznej i owinięty w biały jedwabny płaszcz haftowany złotem jak krzyżowiec - krzyżowiec, który nie naraził się na niebezpieczeństwo walki. Biedna cesarzowa musiała przeżyć szok, gdy jej mąż nagle stanął przed ołtarzem w kościele protestanckim w Jerozolimie i wygłosił przed nim kazanie[104].
Byłam bardzo szczęśliwa, że z powodu tych wydarzeń oszczędzono nam zwykłego zamieszania i że mogłam towarzyszyć mężowi w Cassel pod koniec jego urlopu. Tam mieszkaliśmy spokojnie w hotelu, dużo jeździliśmy pomimo złych dróg, piliśmy przytulne popołudniowe herbatki, od czasu do czasu chodziliśmy do teatru lub zostawaliśmy w domu, podczas gdy ja czytałam mężowi na głos. Bardzo się cieszył, że byłam z nim; był to jeden z najszczęśliwszych okresów naszego małżeńskiego życia, którego jedyną niedoskonałością był brak naszych czterech małych skarbów. Obawialiśmy się, że nie będziemy razem w Glienecke na Boże Narodzenie, ale kiedy cesarzowa dowiedziała się o takiej możliwości, uznała to za tak straszne, że uprzejmie błagała cesarza, aby dał mojemu mężowi krótki urlop, o który on sam nigdy by nie poprosił.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Cassel - Moje angielskie relacje - Balmoral - Oxford 1899-1900
1899
Na początku stycznia przyszło rozstanie z naszymi dziećmi, ale choć było to smutne, cieszyłam się, że mogłam towarzyszyć mężowi w podróży do Cassel; Fürstenhof (gdzie wcześniej mieszkali synowie elektora Hesji), który był dla nas przygotowywany, nie był jeszcze gotowy, więc musieliśmy ponownie udać się do hotelu. Tym razem zabrałam ze sobą moją drugą damę dworu, hrabinę Dohnę. Kiedy mój mąż wyjeżdżał na inspekcje do Meiningen, Weimaru lub Getyngi, byłam bardzo samotna i trudno było o wystarczającą ilość ruchu, ponieważ spacery po błotnistych drogach nie były przyjemnością; grałam więc na pianinie i dużo komponowałam, ale nie mogłam pójść do teatru z powodu oficjalnej żałoby po biednym młodym Alfredzie z Saksonii-Coburga-Gotha[105], który zmarł 6 lutego. Ponieważ małe rzeczy często sprawiają największą przyjemność, ucieszyło mnie, że moja mała Agra napisała do mnie bardzo miłe listy i wysłała mi ciasta, które sama upiekła.
W lutym przenieśliśmy się do Fürstenhof; później zamieszkała tam rodzina Hohenzollernów, a także przez pewien czas Bernhard i Charlotte[106] z Meiningen. Ku mojej radości przybyły dzieci i chociaż dom był raczej mały, był bardzo komfortowy, zwłaszcza że dzieci i ja mieliśmy pokoje na tym samym piętrze.
W marcu przybył bardzo miły i mądry teolog, dr Hüber, jako wychowawca Fritza i Fritza Karla, oraz urocza dwudziestoletnia Fräulein Dunker jako guwernantka Agry. Nasze słodkie dziecko, Fryderyk Leopold, był teraz jedynym mieszkańcem pokoju dziecinnego i ku mojej radości coraz częściej był ze mną. Jego wielki talent do rysowania i malowania ujawnił się bardzo wcześnie. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie wywarł na mnie wiosną jego rysunek kwiatów krzewu o nazwie "snowball-tree". Ja, która nie potrafię rysować, próbowałabym skopiować każdy najmniejszy szczegół, ale on za pomocą zwykłego zarysu dał dokładne wrażenie kulistych kwiatów. Poza godzinami spędzonymi z wychowawczynią i guwernantką, dzieci miały lekcje gry na pianinie, skrzypcach i rysunku, a Agra zaczęła uczyć się francuskiego. Fräulein Dunker i dr Hüber wiedzieli, jak zabawić i zająć dzieci w wolnym czasie. Mieli lekcje jazdy konnej w wojskowej szkółce jeździeckiej prowadzone przez naszego głównego stajennego, korzystając ze swoich własnych kucyków.
Mój mąż i ja na własny koszt zrobiliśmy kort tenisowy na małym dziedzińcu Fürstenhof i urządziliśmy starą wozownię jako herbaciarnię. Dzieci miały własne klomby w jednym rogu dziedzińca, a mój mąż zbudował wokół niego ścieżkę rowerową. Kiedy moi dwaj chłopcy byli niegrzeczni, Hüber odbywał z nimi karne spacery wokół kortu tenisowego, trzymając po jednym za rękę, a ze względu na ich naturalną żywiołowość była to prawdziwa kara i doskonały rezultat - ale wyglądało to strasznie zabawnie, gdy biedni mali grzesznicy byli prowadzeni w kółko.
Kiedy skończyła się żałoba po Alfredzie z Saksonii-Coburga-Gotha, znów zaczęliśmy chodzić do teatru, co bardzo mnie cieszyło. Pierwszą sztuką, którą obejrzeliśmy, była historia strasznej tyranii ojca Fryderyka Wielkiego, szczególnie wymierzonej w jego własną rodzinę; była to sztuka dobrze dostosowana do nas, którzy musieliśmy cierpieć w podobny sposób. Nawet w Kassel nie ustawały kłopoty "z góry". Connaughtowie powiedzieli nam, że Cesarz powiedział, iż jesteśmy kompletnie zbankrutowani — więc przypuszczalnie właśnie dlatego skierował nas do Kassel, gdzie mieliśmy tak wiele dodatkowych wydatków związanych z przeprowadzką i instalacją?
Kiedy w Cassel odbywał się Festiwal Śpiewu i Ich Wysokości przybyły z całym dworem, byliśmy bardzo chłodni i powściągliwi. I niech mi będzie wolno powiedzieć, że za każdym razem, gdy Cesarz nam przeszkadzał lub nas prześladował, zwracałam się do niego per Wasza Wysokość, co, jak się wydaje, mu się nie podobało.
Mój szwagier, Arthur Connaught, przybył do Cassel w celu spotkania z cesarzem i został zakwaterowany w naszym ograniczonym miejscu. Jego wizyta miała związek z sukcesją do księstwa Saksonii-Coburga-Gotha, do którego, po śmierci starszego brata Alfreda, był kolejnym spadkobiercą.
Bardzo żywiołowym elementem w naszym gronie w Kassel był koniuszy mojego męża, pan von Pachelbl, brat znanej później pani von Rochow, którą - wiele lat później - cesarz Wilhelm II skandalicznie chciał poślubić tuż po śmierci mojej siostry! Pachelbl jeździł konno i grał z nami w tenisa, zawsze był miły i wesoły, opowiadał wiele zabawnych historii, ale potrafił też wydobyć rozmowę z innych. Lubił dokuczać naszej niewiele rozumiejącej starszej damie, hrabinie Königsmarck. Gdy nie była obecna na herbatkach w wozowni, gdzie przy zimnej pogodzie często podawano punch, robiła z tego wielkie zamieszanie, nawet donosząc cesarzowi!
Pachelbl nie przepadał za hrabiną, ale bardzo polubił moją małą Fräulein von Oertzen, i gdy siostrzeniec Königsmarcka przyjechał do Kassel i zwracał szczególną uwagę na Oertzen, nie był z tego zadowolony. Zapytawszy hrabinę, co jej siostrzeniec robi w Kassel, ona nieco zdenerwowana odpowiedziała:
"Uważasz to za takie dziwne, że przychodzi zobaczyć swoją ciocię?" Na co Pachelbel pospieszył odpowiedzieć: "Nie, gdybym miał taką ciocię, odwiedzałbym ją codziennie!" Pewnego razu Pachelbel poszedł na spacer po Aue z małą Dohną i jej wujem, panem von Trotha. Podczas tej przechadzki Pachelbel powiedział jej, że wszystkie małe budki dla ptaków na drzewach zostały tam umieszczone za panowania Jérôme'a Bonaparte[107], aby przechowywać jego niezliczone listy miłosne. Zawsze dokuczali małej Dohnie, a ona zawsze się irytowała.
W tym czasie mój szambelan, pan von Trotha[108], złożył rezygnację. Po dziesięciu latach służby był prawdziwą stratą. Zauważył, że jego obowiązki w Kassel, gdy jego rodzina mieszkała w Poczdamie, nie dały się pogodzić z zarządzaniem majątkiem Trotha w Skopau. Jako jego następcę chcieliśmy zatrudnić bardzo przyjemnego hrabiego Hardenberga, który służył w Dragonach; wdowca w wieku trzydziestu pięciu lat z dwójką dzieci, był wysoki i wytworny, o doskonałym charakterze i zupełnie nieprzypominającym typowego dworzanina. Oczywiście pojawiły się trudności "z góry", i nasza prośba nie została przyjęta, z powodu podanego, że hrabia Hardenberg jest zbyt młody. W końcu von Wedel, minister Dworu Królewskiego, przedstawił sprawę w bardziej przychylnym świetle niż to, które zostało przedstawione cesarzowi przez Gabinet Wojskowy, i zdecydowano, że Hardenberg powinien przyjechać do nas na sześć miesięcy, jako swoisty okres nowicjatu.
W lipcu, gdy mój mąż był nieobecny z powodu obowiązków wojskowych, odbyłam uroczy wyjazd z Fräulein von Oertzen i hrabią Hardenbergiem do Bayreuth, a stamtąd do Bawarii. Marietta Cerrini, która zawsze towarzyszyła mi we wszystkich moich wcześniejszych podróżach do Bayreuth, nie mogła dołączyć do nas na pierwsze przedstawienie "Parsifala", ale uczestniczyła w drugim.
Przed występem Cosima Wagner wkroczyła do Festspielhaus na ramieniu lidera orkiestry, Hansa Richtera. Towarzyszyła mu do wejścia od strony sceny, a zanim zszedł do zadaszonej orkiestry, złożyła na jego czole pocałunek oddania. Następnego dnia Cosima zorganizowała przyjęcie w Wahnfried. Była niezwykle wyjątkową kobietą, która oprócz swojej intelektualnej wielkości była przede wszystkim grande dame. Nigdy żadna inna osoba nie sprawiła, żebym, ze względu na moją rangę, miała poczucie, że zapadam się w ziemię, gdy wykonywała przede mną głęboki ukłon. Nie należę do fanatyków Wagnera, którzy wychwalają Cosimę po niebiosa. Ale, jak każdego artystę, jej słabości należy oceniać według innych niż tylko konwencjonalne standardy. Jak doskonale ta wyjątkowa kobieta strzegła dziedzictwa "Mistrza" w trudnych czasach i jak sprawnie potrafiła pozyskiwać usługi ważnych śpiewaków dla Bayreuth, dostosowując się do wszystkich ich kaprysów.
Po Bayreuth cieszyliśmy się krótką, ale uroczą wizytą u Cerrinich w Tutzing niedaleko Monachium, podczas której odbyliśmy zachwycającą podróż parowcem po jeziorze Starnberger See. Przepowiednia Marietty, że Hardenberg i Fraulein von Oertzen dobiorą się w pary, szczęśliwie się spełniła, gdy moja kochana Mała Dama Dworu została jego drugą żoną; byli bardzo szczęśliwi razem, co sprawiło, że jego wcześniejsza śmierć była jeszcze bardziej bolesna - teraz dołączyła do niego.
Po powrocie do Cassel nasze życie toczyło się jak dotychczas. Nigdy nie miałam dość bycia z moim mężem. Gdy tylko miał czas, wchodziłam do jego garderoby i czytałam mu, zwłaszcza artykuły prasowe na temat wojny burskiej. W dni, kiedy udawał się do biura, miałam lekcje śpiewu u miłej małej Pani Poret, która była primadonną Opery w Cassel. Była pełna życia, serdeczna i bardzo utalentowana muzycznie, od której wiele się nauczyłam, dowiadując się więcej o śpiewie niż kiedykolwiek wcześniej. Cieszyłam się naszym niemal codziennym odwiedzaniem Opery i bardzo podziwiałam śpiew świetnego barytonisty Wuzèla. Czasami udawaliśmy się także na próby i w ten sposób słuchaliśmy "Krzyżowców" Spohra oraz "Biedaka z Mostu Sztuki" autorstwa Caskela.
Kiedy mój mąż udał się na manewry w towarzystwie dziewięciu osób z orszakiem, zabrałam dzieci do Gravenstein w drodze do Anglii. Wszyscy mieszkaliśmy w Kurhausie. Moja matka była zachwycona dziećmi i bardzo zależało jej, aby miały wszystko, czego chciały. Ożywiały nasze poranki improwizowanymi koncertami, podczas których śpiewały fragmenty z Tannhäusera, naszego hymnu narodowego - Schleswig-Holstein Meerumschlungen, oraz pruskiego hymnu narodowego - Heil Dir im Siegerkranz, który, swoją drogą, ma tę samą melodię co brytyjski hymn narodowy, choć który zainspirował który, nie jestem w stanie powiedzieć.
Mama zakochała się w moim dziecku, ponieważ był tak piękny ze swoimi ciemnoniebieskimi oczami, czarnymi rzęsami i złotymi loczkami. Zawsze był bardzo słodki i czuły wobec niej. Później, gdy nas już nie było, dowiedziałam się, że kiedy tylko spojrzała na jego fotografię w swoim pokoju, rzucała mu całusy, a gdy przechodziła obok, dla niej pustego Kurhausu, łzy zbierały się jej w oczach. Kochała dzielenie się zabawami z dziećmi, towarzyszenie nam w wycieczkach i oczarowywanie nas wszystkich grą na pianinie.
Przez cały ten czas ciotka Malio była w Gravenstein, ale była chora i rzadko ją widywano poza jej własnym pokojem. Wtedy miała kłopoty ze swoją służącą, Milewską. Ta kobieta twierdziła, że jest hrabiną, a moja zazwyczaj rozumna ciotka uwierzyła jej, od tego czasu traktując ją nie jako służącą, ale jako swoistą damę dworu, którą przyjaciółki mojej ciotki musiały zapraszać wszędzie. Ta osoba z największym sprytem zdobyła całkowitą kontrolę nad biedną starą damą. Nawet twierdziła, że pewien pan, który chciał się ożenić z moją ciotką, gdy była młoda, wysłał ją do mojej ciotki, mówiąc: "Idź do księżniczki Amelii; tam będziesz miała dobrze."
Później ciotka Malio udała się do Egiptu w towarzystwie tej osoby i jej angielskiego "przyjaciela". W Kairze ciotka bardzo zachorowała i mój brat chciał, żebym do niej pojechała, ale ja nie mogłam zostawić męża i dzieci, więc Ernest Günther pojechał sam i zabrał ze sobą Stefę Cerrini. Z pomocą niemieckiego konsula pozbyto się Milewskiej - naturalnie nie było to łatwe zadanie, ponieważ jej pani nadal mocno w nią wierzyła. Podejrzewano, że ona i Anglik odurzali starszą panią, aby zmusić ją do uległości wobec ich woli, ale przypuszczenia te nigdy nie zostały udowodnione. W każdym razie, po uwolnieniu się spod ich wpływu, moja ciotka, która mimo wieku wciąż była sprawną kobietą, stopniowo przekonała się, że padła ofiarą awanturnicy; była wtedy bardzo nieszczęśliwa i płakała nad tą sprawą, ponieważ przysporzyła ona tyle kłopotów jej rodzinie. Wkrótce potem zmarła[109]. Mój brat w końcu odkrył, że Milewska była córką rzeźnika ze Szczecina!
*
Ponieważ jestem kiepskim żeglarzem, mój mąż doradził mi podróż do Anglii dużym parowcem. Niestety przyjechaliśmy tak późno, że nasz pociąg do Ilfracombe odjechał, więc musieliśmy spędzić noc w Southampton. Wykorzystaliśmy to jednak jak najlepiej, spacerując po malowniczym starym mieście i oglądając interesującą sztukę w teatrze zatytułowaną A Royal Divorce, której tematem był rozwód Napoleona i Józefiny.
Ilfracombe nie przypadło nam w ogóle do gustu; to miejsce o dużym rozmachu z wysokimi klifami i skałami, a my kąpaliśmy się w skalistej dziurze, która przypominała mi basen dla niedźwiedzi w zoo. Pojechaliśmy rowerami do Exeter, a stamtąd na piękną wyspę Isle of Wight. Zamówiłam listy (aby dostarczyć je w konkretne miejsce, gdzie podróżująca osoba planuje być w danym czasie – przyp. tłumacza), które miały nas dogonić w drodze, i nie chcąc używać mojego własnego nazwiska, bezmyślnie podałam nazwisko mojego służącego, otrzymując kartkę adresowaną do "Miss Mattenklodt". Zawsze byłam zaszczycona, gdy nazywano mnie "Miss", co często zdarzało się w Anglii, nawet gdy dzieci były ze mną!
Jednakże byłam zachwycona Wyspą Wight. Rozglądaliśmy się po różnych miejscach nadmorskich i zdecydowaliśmy się zatrzymać w Sandown, gdzie był dobry hotel. Następnie nastał bardzo miły, radosny czas. Oczywiście wielokrotnie odwiedzaliśmy piękne Ventnor, moje ulubione miejsce na wyspie, z kwitnącymi mirtami i łagodnym morskim powietrzem. Hardenberg rzadko odważył się mówić słowo po angielsku; ale podczas jednej z naszych wycieczek, pobrudziwszy sobie ręce czyszcząc rower i chcąc je umyć przed herbatą, zapytał mnie:
„Czy to jest poprawne powiedzieć: 'Where can I love?'” ("Czy wypada powiedzieć: ‘gdzie mogę się kochać?’".)
Oczywiście myślał o francuskim słowie „laver” i przetłumaczył je jako „love”. Mogłam tylko śmiać się i odpowiedzieć:
„Nie. Proszę, nie rób tego!”
Pod koniec września udaliśmy się do Londynu, zatrzymując się w przyjemnym, niewielkim hotelu Garlands tuż obok Pall Mall. Robiliśmy zakupy i odwiedziliśmy wiele teatrów. Zawsze byłam zachwycona dobrze wyglądającymi aktorami i aktorkami, którzy grali tak naturalnie w sztukach salonowych, bez niewłaściwego patosu i głośnego mówienia tak powszechnego w Niemczech; rzeczywiście komedie salonowe i sztuki sensacyjne podobały mi się najbardziej; z drugiej strony nie mogłam zrozumieć, dlaczego ludzie śmiali się tak głośno z fars, które wydawały mi się bardzo głupie; a przedstawienie Wagnera w Covent Garden rozczarowało mnie. Niestety hrabia Hardenberg musiał nas nagle opuścić, ponieważ otrzymał wiadomość o śmierci swojego ojca.
Pod koniec września przyjechał mój mąż i dołączył do mnie w hotelu Grosvenor[110]. Jakże byłam szczęśliwa, widząc go ponownie po tak długiej rozłące - zwłaszcza w Anglii, którą tak bardzo kochałam i którą znał całkiem dobrze. Ale to był pierwszy raz, kiedy byliśmy razem w Anglii i nigdy wcześniej nie byłam tak szczęśliwa w Londynie. Wybraliśmy się na długą przejażdżkę dorożką, a wieczorem, w towarzystwie kapitana von Witzendorfa i hrabiny Dohny, pojechaliśmy pociągiem do Szkocji, aby odwiedzić Connaughtów. Mój mąż był zachwycony, że jest wolny i poza zasięgiem ingerencji z "góry". Było zimno, gdy dotarliśmy na stację Ballater, gdzie czekał na nas Arthur Connaught i gwardia honorowa.
Spędziłam wiele pięknych chwil na przejażdżkach z moją szwagierką, a pewnego razu odbyłam wycieczkę rowerową z moją siostrzenicą Patsy[111], ponieważ uważałam wędkowanie za zbyt nużące. Moja szwagierka, która była miłośniczką tej pasji, nie mogła tego zrozumieć, i była wielka ekscytacja, gdy mój mąż złowił niezwykle dużego łososia - tylko on zachował się spokojnie. Podczas naszego pobytu w Abergeldie wydarzyło się wiele interesujących wydarzeń, a szczególnie pamiętam wręczenie przez królową na trawniku przed zamkiem nowych odznaczeń dla 2-go batalionu Seaforth Highlanders. Niestety, większość tych wspaniałych ludzi, których potem widzieliśmy, poległa w wojnie burskiej. Po ceremonii Connaughtowie, dowódca, pułkownik Hughes-Hallett, oficerowie pułku oraz mój mąż i ja zjedliśmy obiad z królową, która wręczyła mojemu księciu order[112].
Stara, dobra królowa, którą często widywaliśmy, pod wieloma względami przypominała mi moją matkę; zwłaszcza gdy jechaliśmy samochodem i natknęliśmy się na Jej Wysokość siedzącą na pikniku na poboczu drogi - ulubioną rozrywkę mojej matki. Zarówno w Abergeldie, jak i w Balmoral, Jej Wysokość była dla nas zawsze bardzo miła. Nigdy nie zapomnę okazji, kiedy przyszła na herbatę i przyprowadziła ze sobą dwoje swoich wnuków Battenbergów, najstarszego chłopca[113] i księżniczkę Enę, przyszłą królową Hiszpanii. Dzieci były raczej dzikie i prawie zdemolowały okrągły stół, przy którym siedziała ich babcia.
Książę Walii, późniejszy król Edward VII, również odwiedził nas w Abergeldie i był bardzo miły; tylko nie podobało mu się, że noszę Stuartowską szkocką kratę myśliwską, którą uważał za przywilej angielskiego domu królewskiego - ale mój mąż powiedział mi, że jego rodzina nabyła to prawo przez jakiegoś przodka Stuartów. W połowie października opuściliśmy Abergeldie w drodze powrotnej do domu i mieliśmy bardzo dobrą przeprawę z Dover do Ostendy.
Von Witzendorff był bardzo szczęśliwy z powodu podpisanych fotografii podarowanych mu przez księcia i księżną Connaught i bardzo smutny, gdy później wraz z innymi rzeczami zostały mu skradzione przez jego służącego.
Wkrótce ponownie znaleźliśmy się w starym, dobrym Cassel i znów zaczęło się nasze proste, przytulne życie. Czasami musiałam być uprzejma dla miejscowych dam, ale na ogół udawało mi się wykonywać te nieco męczące obowiązki, podczas gdy mój mąż był zajęty obowiązkami wojskowymi. Przyjmowałam je w moim uroczym małym salonie i przylegającym do niego pokoju do pisania na drugim piętrze; przy takich okazjach moja dama dworu miała coś, co nazywaliśmy "Staircase Duries" ("obowiązki schodowe"), czyli spotykała się z damami na dole i prowadziła je do moich pokoi. Czasami ta usługa była dość zabawna. Pewnego razu dwie odwiedzające mnie, które miały audiencje w odstępie kwadransa, spotkały się w przedpokoju; hrabina Dohna zostawiła je na chwilę, aby zabawiały się nawzajem, a kiedy wróciła, jedna z nich zapytała:
"Co powinnam powiedzieć Księżnej?"
Na to hrabina Dohna odpowiedziała, że to ja zacznę rozmowę. Następne pytanie brzmiało:
"Czy więc będziemy 'zaproszone'?"
To było trudniejsze do odpowiedzenia, ponieważ hrabina Dohna wiedziała, że ogólnie rzecz biorąc, damy należące do towarzystwa w Cassel nie były "zapraszane". Ale osoba pytająca nie dawała za wygraną i zwróciła się do drugiej damy, mówiąc:
"W takim razie mogłabym ubrać moją zieloną suknię jedwabną!"
Kiedy została mi przedstawiona, oczywiście nie wiedziałam o tym wszystkim i entuzjastycznie mówiłam o Cassel, ponieważ, z wyjątkiem braku Glienecke, czułem się tam całkiem dobrze. Dama życzyła sobie jednak powrotu do Berlina i narzekała, że w Cassel nie można pójść po teatrze z mężem i wypić szklankę piwa - berlińskie udogodnienie, za którym ja sama nigdy nie tęskniłam. Kiedy powiedziałam o tym mojej siostrze Feo, roześmiała się i powiedziała:
"Już widzę, jak ramię w ramię z Fritzem idziecie wypić kufel piwa w popularnej lokalnej piwiarni".
Dla każdego, kto znał mojego męża, który był uosobieniem dystynkcji i rezerwy, ten obraz był szczególnie zabawny.
1900
W Berlinie na początku stycznia otrzymałam naprawdę niepokojące wieści o mojej matce, która chorowała na zapalenie oskrzeli. Niemniej jednak odradzono nam natychmiastową podróż, aby nie przestraszyć jej. Jednak po tym, jak cesarzowa i mój brat Ernest Günther tam byli i donieśli, że sytuacja wydaje się beznadziejna, postanowiliśmy, że wszyscy musimy udać się do Drezna.
To był strasznie smutny powrót do domu, do zwykle jasnej i wesołej willi mojej matki, a jej ciepłego powitania brakowało nam bardziej niż mogę powiedzieć. Jej świąteczny stół, od którego zawsze trudno jej było się oderwać, wciąż stał w salonie. Po cichu wkradliśmy się do pogrążonej w półmroku sypialni, gdzie z heroiczną cierpliwością walczyła z osłabieniem serca i trudnościami w oddychaniu. Wiktoria i Ernest Günther (oboje już ją widzieli) wyszli, nie udając się do jej pokoju, podobnie jak jej brat, Hermann Hohenlohe. Gdyby zobaczyła nas wszystkich razem w jej pokoju, domyśliłaby się prawdy. Nawet mój mąż, który przybył późnym wieczorem, odszedł, nie odwiedzając pokoju chorej. Moja siostra Calma i ja pozostałyśmy, mieszkając razem w Grand Union Hotelu i pośród naszego smutku i niepokoju, byłyśmy jeszcze bardziej szczęśliwe niż zwykle, że na jakiś czas ponownie się połączyłyśmy.
Moja siostra była zniechęcona faktem, że kiedy odwiedzaliśmy naszą matkę, nie mogliśmy osobiście nic dla niej zrobić, podczas gdy jej dwie wierne damy, Fräulein von Roeder i Stephy Cerrini, pielęgnowały ją dzień i noc z największym oddaniem, z pomocą dwóch pielęgniarek. Nasz stary lekarz rodzinny, Geheimrat Hübler, był pod wielkim wrażeniem odwagi i cierpliwości mojej matki, która zawsze myślała bardziej o innych niż o sobie. Nalegała na przykład, abym poszła do teatru, bo inaczej mogłabym się nudzić; rzeczywiście, kiedy jej oddech nie był zbyt trudny, potrafiła być całkiem wesoła. Pamiętała nawet, by wcześniej zamówić kwiaty na urodziny Calmy - 25 stycznia - które, jak się okazało, były jej ostatnim dniem na ziemi. Po moim przybyciu do willi tego ranka z hotelu, kiedy rozmawiałem przez telefon z cesarzową w Berlinie, nagle powiedziano mi. . . . Nasza ukochana, oddana matka z jej słonecznym temperamentem i czystym, dziecięcym charakterem - która jednak w poważnych chwilach potrafiła być wielka - odeszła spokojnie we śnie.
To było najtrudniejsze dla Feo, ponieważ będąc niezamężną, była z matką przez całe życie, była jej najbliższa i była jedyną z nas, która dzieliła ostatnie lata jej życia. Straciła nie tylko ukochaną matkę, ale i dom.
Cesarz i cesarzowa przybyli po południu, mój brat i jego żona później, a mój mąż w nocy. Tego wieczoru odbyła się uroczysta i rozdzierająca serce ceremonia przy łóżku, a następnego ranka kolejna w salonie - tym przyjaznym pokoju, z którym wiązało się dla mnie tak wiele szczęśliwych wspomnień. A potem, przed przewiezieniem doczesnych szczątków do Przemkowa, aby spoczęły w rodzinnym grobowcu, odbyło się wielkie nabożeństwo, na którym obecni byli król i królowa Saksonii oraz cała saksońska rodzina królewska.
Następnie mój mąż i ja wróciliśmy do Berlina po tym, jak opuściłam moje drogie Drezno. Moje dzieci, które od czasu naszej wizyty w Gravenstein poprzedniego sierpnia bardzo przywiązały się do babci, gorzko zapłakały na wieść o jej śmierci; podczas jej choroby często do niej pisały i wysyłały jej kwiaty. Następnego dnia, w towarzystwie mojego męża i Fräulein von Oertzen oraz książęcego koniuszego, hrabiego Pfeila, udaliśmy się do Przemkowa na pogrzeb. To było bardzo trudne, że urodziny cesarza przypadły w środku naszej żałoby; ale świętowaliśmy to tylko małym rodzinnym obiadem.
Wkrótce po tym, królowa Wiktoria, ze swoją niezawodną, troskliwą życzliwością, przesłała mi piękny, realistyczny portret mojej matki autorstwa Winterhaltera, który jest przedstawiony w tej książce.
W swojej wielkiej samotności po śmierci naszej matki Ernest Günther zaprosił Feo do zamieszkania z Dorą i nim samym w Przemkowie. Ostrzegałam młodą parę przed tym planem, ponieważ byłam pewna, że nie odniesie sukcesu i chociaż moja siostra miała własne mieszkanie, dalsze wydarzenia dowiodły, że miałam rację. Żadna ze stron nie była zadowolona; wtedy, ku mojej wielkiej radości, Feo zdecydowała się zamieszkać w prostym wiejskim domu w Bornstedter Gut, niecałe dwie mile od Nowego Pałacu i zaledwie dwadzieścia minut jazdy samochodem od Zamku Myśliwskiego Glienecke.
*
Na początku maja, z okazji pełnoletności - w wieku osiemnastu lat - księcia koronnego Wilhelma, drogi, stary, dobry cesarz Franciszek Józef złożył wizytę w Berlinie, a my oczywiście musieliśmy tam być. Königsmarck skorzystała z okazji, by za naszymi plecami narobić nam wszelkiego rodzaju kłopotów. Wydaje mi się, że odbyła nawet rozmowę z cesarskim Lordem Szambelanem, księciem Solmsem-Baruthem, który był bardzo ograniczony umysłowo i nieustannie nękał nas swoimi "bajkami dla staruszek". Wpływy kobiet nie były obce na pruskim dworze, i odnieśliśmy wrażenie, że to Königsmarck była odpowiedzialna za zmianę, która przeniosła mojego męża z Cassel z powrotem do Poczdamu, gdzie został inspektorem Czwartej Dywizji Kawalerii. To, jak zwykle, spadło na nas bardzo nagle i otrzymaliśmy rozkaz z mieszanymi uczuciami. Powrót do naszego ukochanego Glienecke był rzeczywiście radością, ale jako zapalony żołnierz, mój mąż chciałby zatrzymać swoją starą dywizję do czasu zakończenia corocznych manewrów. Było mi naprawdę przykro opuszczać Cassel z jego teatrem, lekcjami śpiewu i przyjemną odległością od cesarskiego i królewskiego dworu.
Myślę, że mój mąż otrzymał wiadomość o nowej nominacji dziewiątego czerwca i wyjechał z Cassel następnego ranka; ja podążyłam za nim trzy dni później, a dzieci dzień później. Żona żołnierza musi być zawsze przygotowana na przeprowadzkę w krótkim czasie.
W lipcu odbył się ślub hrabiego Hardenberga i Fräulein von Oertzen. Pojechałam na niego do Naumburga nad Saale w towarzystwie Marietty Cerrini, Frau von Trotha, hrabiny Dohna i Frau von Luck. Para młoda wyglądała uroczo, gdy przechodzili nawą kościoła, a kiedy doszli do miejsca, w którym siedziałam, on ukłonił się, a ona pokłoniła; potem na przyjęciu weselnym wszyscy jej krewni zostali mi przedstawieni.
Kłopoty zaczęły się, gdy jak zwykle musiałam prosić Cesarza o pozwolenie na moją jesienną podróż. Ponieważ hrabina Dohna była przez jakiś czas sama na służbie, miała teraz mieć urlop i dlatego chciałam zabrać ze sobą mojego byłego szambelana, von Trotha, i jego żonę. Napisałam w tej sprawie do Cesarza, ale po pewnym czasie oczekiwania odmówił zgody na ten układ i nakazał mi zabrać hrabinę Königsmarck. Ponieważ była ona wciąż na urlopie, a podróż ta nie mogła być rozważana jako podróż służbowa, odpowiedziałam na list cesarza spokojnym tonem, prosząc o wyjaśnienie przyczyny tych nietypowych warunków i dodając, że chciałabym rozpocząć podróż jak najszybciej. Znowu musiałam czekać na odpowiedź[114], co skróciło nasz urlop, ponieważ Trothowie musieli być w domu do określonego terminu. Wreszcie otrzymałam od Jego Królewskiej Mości tak dziki list, tak niemiły i obraźliwy, że gdyby nie miłość do męża i dzieci mnie powstrzymały, opuściłabym Prusy na zawsze.
Nasze życie, i tak niezbyt łatwe, zostało niepotrzebnie utrudnione przez cały ten głupi ceremoniał. Księżna Albrecht i księżna Heinrich były tego samego zdania, ale nasz najgorszy wróg nie mógł powiedzieć o nas, że kiedykolwiek popełniłyśmy jakieś poważne błędy. Często mówiłam i pisałam do cesarzowej, że powinna być wdzięczna za to, że my, trzy starsze księżne, byłyśmy tak rozsądne w naszym ogólnym zachowaniu, zamiast - jak to robiła - nieustannie obwiniać nas za każdy mały niewinny wybryk. Oczywiście to cesarz i jego świta byli głównymi winowajcami; uwielbiał plotki, a wiedząc o tym, jego ludzie z zadowoleniem przyjmowali wszelkie aspiracje, traktując je jako prawdziwe, nigdy nie zatrzymując się, by zapytać. Kiedy coś takiego się wydarzyło, wysyłano do nas adiutantów, a nawet ministra dworu królewskiego, a przepisy były tak liczne i restrykcyjne, że zawsze mieliśmy największe trudności z mówieniem we własnej obronie. Kolejną wadą była dobrze znana niechęć cesarza do przyjmowania i rozmawiania twarzą w twarz z tymi, do których wysyłał swoje cesarskie nakazy oficjalnymi kanałami. Jakże często siedziałam do czwartej lub piątej rano, pisząc, aby błagać mojego szwagra o przyjęcie mnie - choćby tylko w cesarskim pociągu - ponieważ on, nazywany Reise Kaiser (podróżujący cesarz), był prawie zawsze w ruchu[115].
Moje dzieci, zwłaszcza Agra, która była naprawdę sympatyczna, były już na tyle dorosłe, że rozumiały coś z tego wszystkiego i pocieszały mnie z najsłodszym współczuciem. I nawet służący, którzy widzieli (choć moje kufry były spakowane i wszystko przygotowane do podróży), że nie wyruszyłam, milcząco wyrażała swoje uznanie dla sytuacji.
W końcu postanowiłam poczekać na powrót Ich Królewskich Mości - Bóg wie skąd - i poprosić o rozmowę z cesarzem. Nie było to przyjemne, ale poszło bardzo dobrze i powiedziałam mu wszystko, co chciałam. Ale najlepsze w tym wszystkim było to, że moja siostra Wiktoria współczuła mi i była przychylna moim kłopotom. Dzień, w którym odbyła się rozmowa, był piątą rocznicą narodzin Fryderyka Leopolda i chociaż dzieci nie mogły rozpocząć obchodów urodzin aż do mojego powrotu z Nowego Pałacu, przyjęły mnie z serdecznym zrozumieniem. Moje nerwy ustąpiły, gdy dotarłam do Glienecke, a moja mała Agra pomogła mi się poukładać, więc nie było konieczne wezwanie żadnych moich pokojówek! Potem zapomniałam o wszystkich swoich kłopotach, i mieliśmy szczęśliwy piknik przy rzymskim obozie nad brzegiem Haweli koło Sacrow.
Po wielu nieprzyjemnych doświadczeniach w końcu pozbyliśmy się hrabiny Königsmarck; co więcej, podczas mojej rozmowy z cesarzem w tej sprawie udało mi się wydobyć od niego pozwolenie na posiadanie tylko jednej damy dworu i młodszej ochmistrzyni, która dzieliłaby służbę z moją damą dworu. Jego Wysokość, ku mojej radości, obiecał, że jako głowa rodziny sankcjonuje ten układ; ale dodał: "A ja będę Hofchefem" (rodzajem Wielkiego Kontrolera Dworu), co oznacza, jak można przypuszczać, że osobiście będzie nadal uważnie obserwował mnie i moje sprawy. Zachichotałam w duchu, ponieważ tak naprawdę chciał mi wbić do głowy, że jest wszechmocną głową rodziny (Chef des Hauses). Byłam zachwycona, że w końcu pozwolono mi mieć jako Mistrzynię Strojów aktywną, młodszą kobietę, która robiłaby coś innego za swoją pensję poza podejmowaniem okazjonalnych obowiązków ceremonialnych.
Młodą Mistrzynią Strojów została ostatecznie mianowana hrabina Schwerin[116], która była atrakcyjna i dostojna, i choć wydawała się bardzo miła, łatwo ją było zdenerwować błahymi rzeczami, jak na przykład, gdy musiała iść ze mną na zakupy do domu towarowego Wertheim w Berlinie, gdzie można było kupić rzeczy bardzo tanio - ponieważ, jak większość kobiet, uwielbiam okazje. Była jednak zdecydowanym przeciwieństwem moich innych Głównych Dam Dworu, ponieważ nigdy nie donosiła na dwór, była bardzo dyskretna i bardzo lojalna wobec mnie...
W końcu, pod koniec sierpnia, udało mi się wyruszyć z Trothami do Anglii. Po udanej przeprawie i kilku godzinach spędzonych w Londynie dotarliśmy do Oxfordu późnym popołudniem. Tam zobaczyliśmy wszystkie wspaniałe kościoły i kolegia z ich wspaniałą architekturą, pięknymi ogrodami oraz boiskami do tenisa i krykieta. Doskonale pamiętam konia z gumowymi ochraniaczami na kopytach, który kosił aksamitne trawniki. Trzeciego dnia pojechaliśmy rowerami do Henley, gdzie piliśmy herbatę, a Trotha popłynęła z nami Tamizą. Następnie pojechaliśmy koleją do Londynu, a stamtąd do Bexhill-on-Sea, gdzie zajęliśmy kwaterę w hotelu Metropole. Bexhill jest bardzo ładne i wybraliśmy się na wycieczki rowerowe do Hastings i Eastbourne, jednak oba te miejsca wydały mi się raczej nudne. Do ostatniego dnia mieliśmy dobrą pogodę.
Miałam ze sobą Herr von Pestela, który został nam polecony jako szambelan przez von Lucka, który powiedział, że jest muzykalny i jest bardzo dobrym sportowcem. Sportowcem z pewnością nie był. Obawiałam się, że jako czterdziestodwulatek nie będzie zbyt sprawny fizycznie, ale okazało się, że jest znacznie gorzej niż przypuszczałam. Otrzymał sześciomiesięczny urlop w swoim pułku, abyśmy mogli sprawdzić, czy będzie nam odpowiadał. Podczas naszej pierwszej wyprawy na łyżwy odmroził sobie mały palec i musieliśmy wysłuchać wszystkich szczegółów tej ogromnej katastrofy; podczas opowiadania wyszło na jaw, że nie jeździł na łyżwach przez jedenaście lat; potem, z powodu chorego palca, nie mógł grać w tenisa. Kiedy jego palec wyzdrowiał, przez jakiś czas grał w tenisa, ale wkrótce nabawił się zapalenia nerwu w ramieniu.
Kiedy jechał z nami na rowerze, przewrócił się i chociaż tego samego wieczoru grał na pianinie, upierał się, że w wyniku upadku złamał kciuk; zapytałam go, dlaczego się nie kąpie; oznajmił z widoczną dumą, że nie śmie tego robić, ponieważ powoduje to u niego sinawe paznokcie. Nie mówił nic poza niemieckim i dlatego podczas podróży ja i moje panie musiałyśmy wszystko mówić; nie rozumiał tak prostych rzeczy, jak listy kredytowe i chciał zabrać ze sobą do Londynu mojego lokaja Mattenklodta, który mówił trochę po angielsku, kiedy jechał tam, aby wyciągnąć pieniądze. Na szczęście Marietta Cerrini i ja ustaliłyśmy, że można to zrobić w banku w naszym nadmorskim kurorcie. Zawsze podróżowałam incognito, a w takich okolicznościach szambelan był bardziej niż kiedykolwiek przeszkodą. Myślę, że to właśnie na Jersey hrabina Dohna opowiedziała mi zabawną historię, którą opowiedział jej Pestel. Kierownik hotelu powiedział do niego: "Przywiozłeś ze sobą ładną parę dam, które zawsze zostawiają cię samego na mrozie". W tym samym roku, schodząc rano na śniadanie, zauważyłam ciekawy układ w restauracji, w którym wszyscy siedzieli zgodnie z numerem swojego pokoju. Usiadłam na miejscu oznaczonym moim numerem, po czym kelner powiedział: "To jest numer pokoju dżentelmena".
Zirytowana ciągłą głupotą Pestela, odpowiedziałam:
"Nie, to mój numer".
Ale kelner upierał się:
"Pan powiedział, że to jego numer".
"W takim razie", brzmiała moja energiczna odpowiedź, "jest on w błędzie".
W takie niezręczne sytuacje wprowadzała obecność męczącego szambelana, którego nieszczęsna pruska księżna zawsze musiała ze sobą wozić.
Sprytna i zabawna Wielka Księżna Meklemburgii-Strelitz (urodzona jako księżna angielska) kiedyś powiedziała do mnie:
"Czy naprawdę zawsze musi ci towarzyszyć strażnik twojej cnoty?"
Kiedy byłam w Anglii, zawsze irytowała mnie absurdalna moda Pestela, a zwłaszcza przerażające mnie jego bawełniane rękawiczki. Co gorsza, gdy był w służbie w domu, bardzo irytował mojego męża, ponieważ podczas ceremonii nie wiedział nigdy, którą drogą powinniśmy przejść przez pomieszczenia państwowe. Powtarzające się niepowodzenia w tym, co przecież było jego specjalną funkcją na dworskich ceremoniach, okazały się kroplą, która przepełniła czarę goryczy, i po kolejnych kłopotach i rozmowach z lordem szambelanem cesarskim, ten nieszczęsny układ został zakończony.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Jazda na rowerze w dolinie Tamizy-Londyn-Więcej cesarskiej tyranii. 1901-1902
1901
Niestety Fräulein Dunker musiała wrócić do matki, a ja musiałam poszukać nowej guwernantki. Kandydatkami były Fräulein Schröder, polecona przez dobrą Geheimrätin Gilbert, i Fräulein von Reulwitz, polecona przez Frau von Luck. Następnie Geheimrätin Gilbert przyjechała do Glienecke na kilka dni, aby omówić tę kwestię. Bardzo chciałam pozyskać usługi Fräulein Schröder, ale była ona zaangażowana w szkole w Pankow, gdzie jej matka chciała, aby pozostała; ale po pewnym czasie siła perswazji Geheimrätin i wysiłki samej Fräulein Schröder przezwyciężyły sprzeciw matki i pozyskaliśmy tę miłą, serdeczną kobietę, którą z biegiem lat lubiłam coraz bardziej. Nasza przyjaźń opierała się na prawdziwej sympatii i wzajemnym zrozumieniu. Jakże często w dniach próby z "góry" dzieliłam się z nią moimi uczuciami i nigdy na próżno. Dobrze rozumiała, jak wychowywać Agrę i pozostała z nią aż do jej bierzmowania w wieku szesnastu lat. Świeża i wesoła, mądra i rozsądna, taktowna, wierna i religijna, była bezgranicznie godna zaufania. Z całego serca żałuję jej przedwczesnej śmierci, ponieważ była dla mnie prawdziwą przyjaciółką.
Bardzo żałowałem, że miły i poważny dr Hüber także musiał nas opuścić w tym czasie, aby kontynuować swoje studia teologiczne. Rzadko spotykałem kogoś bardziej odpowiedniego do roli korepetytora, a jego dzicy mali uczniowie przywiązali się do niego z ogromną uczuciem. Przy jego pożegnaniu byli tak zasmuceni, że płakali.
Choć może się to wydawać niewiarygodne, pastor Münchow, olbrzym i (jak się później dowiedzieliśmy) syn kowala, został nam polecony jako następca doktora Hübera. Od samego początku stało się oczywiste, że nie przejawiał odpowiedzialności ani zaangażowania w wykonywaniu swoich obowiązków wobec chłopców. Nasz najstarszy syn powiedział kiedyś po lekcji arytmetyki: "Pan Münchow zawsze mnie denerwuje". Wkrótce zrozumieliśmy dlaczego.
Z biegiem czasu Agra stawała się coraz bardziej odpowiedzialną starszą córką, zawsze starającą się pomóc we wszystkim; Fritz i Fritz Karl pozostawali dużymi, dzikimi, serdecznymi łobuzami; a mały Fryderyk Leopold uszczęśliwiał nas wszystkich swoimi psotnymi minami. Dobrze pamiętam, i nadal mnie to bawi, wściekłość ośmioletniego Fritza Karla, gdy około tego czasu zabrałem go z wizytą do jego chrzestnego, Wilhelma II Wirtemberskiego. Jedyna córka króla, Paulina, dziedziczna księżna Wied[117], mieszkała w tym czasie w Poczdamie, ponieważ jej mąż tam stacjonował, a jej ojciec przyszedł ją odwiedzić. Fritz Karl oczywiście musiał zostać przedstawiony Jego Królewskiej Mości i z tej okazji miał założyć ładny garnitur, płaszcz i rękawiczki. Uważał jednak rękawiczki za ostateczność, ponieważ był prawdziwym chłopcem i lubił ubrania, w których mógł się bawić, nie obawiając się, że je zniszczy. Pojechaliśmy do domu przy ulicy Manger Strasse w Poczdamie, gdzie mieszkali Wiedowie, i walka z moim małym synem o rękawiczki, rozpoczęta w Zamku Myśliwskim w Glienecke, trwała przez całą drogę, z krótkim zawieszeniem broni. Ale chociaż potem założył te znienawidzone rękawiczki, chciał mi pokazać, że nie został pokonany, więc powiedział z naciskiem: "Nigdy więcej nie pójdę zobaczyć króla Wirtembergii". Przez całe życie Fritz Karl był przeciwny wszelkim ograniczeniom.
W lipcu, w towarzystwie Agry i hrabiny Schwerin oraz Fräulein Schröder, złożyłam niespodziewaną wizytę w Glücksburgu, gdzie zatrzymałam się na dziesięć dni w hotelu Strand; oczywiście większość czasu spędziłam w zamku z Calmą, a ponieważ Feo tam przebywała, bawiłam się świetnie. Moja słodka mała Agra była zachwycona przebywaniem ze swoimi kuzynkami[118] i Atzem (Fritzem), jedynym synem Calmy.
5 sierpnia biedna cesarzowa Fryderyka została uwolniona od cierpień. Jej życie, pomimo wielkiego szczęścia z mężem, było tragedią, a jej cierpliwe znoszenie choroby, której powagę wcześnie rozpoznała, było prawdziwie heroiczne. Kiedy opuściła ten świat, wielka i niezrozumiana kobieta, prześladowana z wielu stron, została złożona do grobu. Król Edward VII i królowa Aleksandra przybyli na pogrzeb, a także Arthur i Louise Connaught z synem, którego nazywaliśmy "małym Arthurem". Zatrzymali się u nas w Zamku Myśliwskim, a mój mąż sam zadbał o aranżację ich mieszkania w najdrobniejszych szczegółach; Egertonów[119], którzy im towarzyszyli i których znał ze spotkań w Anglii i Indiach, zakwaterowaliśmy w Starym Zamku. Mój mąż pojechał na pogrzeb ze swoją siostrą, księżną Connaught, a ja z Connaughtami, ojcem i synem.
Kiedy ubrałam się i weszłam do mojego małego salonu, doznałam szoku. Mój szwagier Arthur, w mundurze huzarów Ziethen, wyglądał tak bardzo jak jego bratanek, cesarz, że przez chwilę pomyślałam, że to sam Jego Cesarska Mość. A potem, pomimo smutnej okazji, podczas jazdy nie mogłem się powstrzymać od śmiechu z powodu mojego błędu.
Zawsze bardzo lubiłam tego szwagra, który ze strony matki był również moim kuzynem. Moja szwagierka, choć pod każdym innym względem stała się całkiem angielska, wciąż miała pruskiego ducha wojskowego we krwi i gdy jej mąż służył w Indiach, bardzo interesowała się sprawami wojskowymi. Miała też, podobnie jak cała rodzina, znaczne poczucie powściągliwości, niewątpliwie wynikające ze zbyt surowego wychowania przez księcia Fryderyka Karola. Ale pod tą chłodną powierzchownością Louise - znana w kręgu rodzinnym jako Louischen - miała miękkie, ciepłe serce; fakt ten po raz pierwszy w pełni zrozumiałam przy okazji, gdy została mianowana szefem pułku[120] ojca i widziałam, jak jej oczy napełniają się łzami.
Mój jesienny plan zakładał wyjazd z Mariettą Cerrini do Bayreuth na zakończenie sezonu, a następnie do Monachium, gdzie mogłabym z nią zostać i usłyszeć Tristana i Izoldę w Prinz Regenten Theater. Ale teraz wszystko to stało się niemożliwe z powodu żałoby po cesarzowej Fryderyce. Nagle wpadłam na szczęśliwy pomysł, że Marietta i ja powinniśmy pojechać razem do Anglii. Kochana Marietta z początku nie mogła pojąć tego planu, ale zaakceptowała go z radością.
W odpowiednim czasie nasza karawana, składająca się z siedemnastu osób, ruszyła w drogę. Ze względu na nasze incognito nie zdradziłam celu naszej podróży, dopóki nie znaleźliśmy się na pokładzie pociągu, ponieważ ktoś z pewnością zdradziłby tę tajemnicę. Konieczność zabrania wszystkich opiekunów dzieci sprawiła, że nasza grupa była bardzo liczna. Ale szczególnie męczące było to, że Pestel nalegał na zabranie lokaja, czego ani Trotha, ani Hardenberg nigdy nie robili. Przeniesienie wszystkich siedemnastu osób do hotelu w Weston-super-Mare nie było łatwym zadaniem. Hrabiny Schwerin i Pestel nie udzieliły mi żadnej pomocy; Marietta Cerrini, która chciałaby oszczędzić mi wszelkich kłopotów, oczywiście nie chciała ingerować w moją świę, więc wszystko musiałam robić sama. Czas mijał bardzo przyjemnie na wycieczkach oraz wycieczkach rowerowych, a moim jedynym zmartwieniem było miękkie piaszczyste dno, które sprawiało, że kąpiel była niebezpieczna dla dzieci. Weston nie było tanie, więc pewnego dnia wyzwoliłam się od moich ludzi i poszłam z Mariettą Cerrini i moim lokajem Mattenklodtem obejrzeć Exmouth. Rzeczywiście było znacznie bardziej atrakcyjne niż Weston, ale ceny były takie same.
Pozostawiając dzieci pod opieką Fräulein Schröder i korepetytora Münchowa, w końcu Marietta i ja wybrałyśmy się na rowerach do Ventnor, Oxfordu i Londynu, w towarzystwie hrabiny Schwerin i Pestela. Było wspaniale. Marietta, pomimo słabości serca, towarzyszyła mi z wielką energią do Ryde, podczas gdy z Portsmouth do Winchesteru hrabina Schwerin zajęła jej miejsce - choć obawiam się, że bez większej przyjemności. Tam zjadłyśmy lunch, a dzielna Marietta pojechała obok mnie do Basingstoke, gdzie w małym, zabawnym hoteliku spędziłyśmy noc. Hrabina Schwerin pojechała z Winchesteru pociągiem, a Pestel oczywiście zawsze tak robił. Pierwszego dnia, w towarzystwie jedynie lokaja Mattenklodta, pokonałam sto, a drugiego osiemdziesiąt kilometrów[121]. To była urocza podróż wzdłuż Tamizy, spokojny angielski krajobraz z bogatymi zielonymi łąkami i wspaniałymi starymi drzewami, pięknymi parkami i ogrodami oraz malowniczymi wioskami z ich krytymi strzechą domkami - cały czarujący sen. W Oksfordzie spotkałam moją najmłodszą siostrę z Fräulein von Roeder, obecnie jej damą dworu. Feo, jako artystka w naszej rodzinie, była oczarowana architekturą Oksfordu. I chociaż nie mogłam w pełni podzielać jej oświeconego uznania, bardzo podobało mi się całe piękno. Ze względu na niepraktyczne sposoby Pestela byliśmy w Oksfordzie niemal bankrutami, więc moja siostra i ja ledwie odważyłyśmy się odwiedzić herbaciarnię! O ile pamiętam, Marietta Cerrini i ja odbyłyśmy podróż z Oksfordu do Windsoru na rowerach. Tam w kaplicy św. Jerzego usłyszałyśmy piękny śpiew chórzystów; Za każdym razem, gdy jestem w Anglii, jadę do Windsoru, by posłuchać tych chłopców, których głosy są jak głosy aniołów. A najpiękniejszym ze wszystkich hymnów, które śpiewali, był Oh for the Wings of a Dove, którego muzyka, choć z jakiegoś dziwnego powodu powszechnie uważana za wyjątkowo angielską, została skomponowana przez Mendelssohna.
W Londynie otrzymaliśmy szybko z Weston niepokojące relacje o incydentach między moimi chłopcami a ich korepetytorem, oraz doniesienia o jego złym zachowaniu. Bawił się z damami, albo zostawiał moich chłopców same na plaży, albo zatrudniał niemieckiego kelnera z hotelu, aby się nimi zajął, podczas gdy Fräulein Schröder nigdy nie zaniedbywała swoich obowiązków. Pewnego razu Fräulein Schröder znalazła Maxa i Moritza bawiących się i podpalających denaturat w swoim pokoju zamiast odpoczywać po południu, na co tak się przestraszyła, że zapukała do drzwi Münchowa i mu o tym powiedziała. Odpowiedział, że boli go ząb, ale trochę później widziano go przechodzącego obok hotelu z jakąś kobietą. Zachowanie Münchowa bardzo mnie zaniepokoiło i poprosiłam dwie niezawodne osoby Fräulein Schröder i pielęgniarkę Thirzę Smith - aby informowały mnie o tym, jak wszystko się dzieje - zwłaszcza jeśli sytuacja się pogorszy. Chociaż nie jest to miejsce dla dzieci podczas wakacji, w końcu zobaczyłam, że nie można dłużej zostawiać chłopców z ich korepetytorem i wysłałam Pestela, aby przywiózł ich wszystkich do Londynu, gdzie moja siostra Feo, a także my wszyscy, mieszkaliśmy w Claridges - dość kosztownym, ale uroczym miejscu. Mieliśmy pokoje na czwartym lub piątym piętrze i pamiętam, jaki straszny szok przeżyłam, gdy lokaj dwóch starszych chłopców podszedł do mnie i powiedział: "Małe Książęta wychodzą na balkon i przechodzą z jednego okna na drugie". Wydawało się, że moje serce stanęło w miejscu. Ale Bóg czuwał nad nimi.
Oczywiście dzieci zobaczyły wiele interesujących rzeczy w Londynie, a raz zabrałam je do teatru, żeby obejrzeć "The Silver Slipper" („Srebrny pantofelek”). Było to urocze, że Feo była ze mną, ponieważ szczególnie interesowała się wszystkimi kolekcjami sztuki. Oczywiście udaliśmy się do Tate i National Galleries, zabierając dzieci ze sobą.
Pestel wkrótce wziął pięciotygodniowy urlop ze względu na liczne dolegliwości; rzeczywiście powinniśmy byli mówić o tej przerwie jako o jego "genesende sechs Wocher"—naszym niemieckim sposobie określania okresu rekonwalescencji kobiety po porodzie.
W grudniu, gdy Fritz miał dziesięć lat, pojawiła się kwestia gubernatora wojskowego dla naszych dwóch starszych synów. Miało to spowodować ogromne kłopoty. W tym wieku zwyczaj nakazywał, by każdy biedny mały pruski książę miał przy sobie takiego urzędnika. Z reguły wyznaczano na to stanowisko młodego oficera, który naturalnie nie miał żadnej wiedzy na temat wychowania dzieci, ale mimo to wyobrażał sobie, że rozumie tę kwestię znacznie lepiej niż rodzice, i dlatego chciał ustanowić dla nich prawo. Co za błogosławieństwo dla nowych pokoleń, że ta nieszczęsna reguła już nie istnieje. Nie wiem, w jakim wieku książęta Saksonii otrzymali stanowiska gubernatorów wojskowych, ale kiedyś rozmawiałam z królem Fryderykiem Augustem[122] o problemie znalezienia odpowiednich osób na tak odpowiedzialne stanowiska, a on powiedział:
"Najlepsi spośród nich nie są dla mnie wystarczająco dobrzy".
Myślę jednak, że znalazł doskonałego nauczyciela dla swoich synów w osobie kapitana O'Byrne, który był bardzo lubiany przez nich wszystkich i z którym często tańczyłam w moich dziewczęcych czasach w Dreźnie.
Chcieliśmy wyznaczyć pana von Dommesa na stanowisko Gubernatora Wojskowego dla naszych dwóch starszych synów. Pan von Dommes był nam od dawna znany i wtedy pełnił funkcję kapitana na Sztabie Generalnym. Jego wysokie wykształcenie, takt oraz życzliwość wzbudzały w nas zaufanie, a czuliśmy, że to dokładnie taka osoba, której śmiało moglibyśmy powierzyć naszych ukochanych chłopców. Odpowiedź przyszła przez Hülsena-Haeselera (który wówczas był szefem Cesarskiego Gabinetu Wojskowego) informując, że Dommes nie może otrzymać tego stanowiska, ponieważ nie jest szlachcicem. Dla mnie angielskie przysłowie: Szlachetny jest ten, kto się szlachetnie zachowuje. Jest to ironiczny fakt, że po latach Dommes został nobilitowany, mianowany Osobistym Adiutantem Cesarskim, obecnie jest generałem i stoi na czele zarządzania sprawami Domu Hohenzollernów! Tak więc kolejne życzenie nie zostało spełnione, a rozczarowanie było ogromne, ponieważ wiedzieliśmy, że Dommes zawsze by nas uwzględniał i bronił naszych interesów oraz interesów naszych synów. Był naprawdę dobrym i prawdziwym przyjacielem dla mnie i mojego męża przez wszystkie te lata, bez względu na to, czy był na dworze cesarskim, czy nie; i jestem bardzo wdzięczna, że jego przyjaźń trwała po śmierci mojego męża.
Moje smutne doświadczenia dały mi pewność, że wielu niemieckich szlachciców zostało zepsutych przez służbę na dworze. Naturalnie jest kilku prawdziwych i wielu fałszywych szlachciców; a wśród tych drugich większość, która zetknęła się z dworem, doznała duchowego zepsucia. Zwyczaj słuchania opowieści, które członkowie naszej świty dostarczali na dwór, i wierzenia im bez wysłuchania drugiej strony, podkopał relacje tych ludzi z nami. Osobą, która od początku do końca sprawiała nam najwięcej kłopotów w związku z edukacją naszych synów, był bez wątpienia hrabia Hülsen-Haeseler[123].
Po niepowodzeniu w sprawie zatrudnienia Dommesa, został wysłany do nas hrabia Hülsen. W frustrującym spotkaniu groził nam nakazem gabinetowym, a następnie odegrał rolę tego złego w naszym życiu. Ostatecznie mianowano młodego hrabiego Stillfrieda[124] z Czwartego Pułku Grenadierów (Augusta). Major von Berg, adiutant brygady mojego męża — jeden z nielicznych wyjątków wśród naszej świty — był nam naprawdę oddany. Poprosiliśmy go o przygotowanie listy osób, które uważał za odpowiednie, ponieważ obawialiśmy się, że cesarz narzuci nam kogoś, kogo nie znamy lub nie lubimy — szczególnie, że wiedzieliśmy, iż hrabia Hülsen ma protegowanego, który chce objąć to stanowisko. Nazwisko Stillfrieda było jednym z tych na liście Berga, i szybko poprosiliśmy o jego mianowanie, aby uniknąć przyjęcia kandydata Hülsena.
Zgodnie z pradawnym zwyczajem wszyscy książęta pruscy zostawali porucznikami piechoty w wieku dziesięciu lat, otrzymywali mundur E.G.R. (Pierwszej Gwardii Pieszej) ze wszystkimi jego akcesoriami i otrzymywali Order Czarnego Orła. Mój mąż intensywnie zajmował się wszystkimi niezbędnymi przygotowaniami do tej wielkiej okazji; był obecny przy dopasowywaniu mundurów, ćwiczeniach w ogrodzie i tak dalej, a sam instruował Fritza w każdym szczególe. Kazał chłopcu maszerować tam i z powrotem w swoim pokoju, ucząc go, jak trzymać hełm w dłoni i posługiwać się mieczem. Kazał mu również nauczyć się na pamięć, co ma powiedzieć każdemu starszemu oficerowi, gdy zostanie mu "przedstawiony", i to właśnie ojcu chłopiec musiał podziękować za swój późniejszy sukces. Rankiem w dniu swoich urodzin otrzymał od mojego męża swój pierwszy miecz, który nosił znak jego ojca, a ode mnie bransoletkę z inskrypcją, którą zawsze miał nosić.
Wczesnym rankiem 17 grudnia mój mąż i syn udali się do Neues Palais, gdzie Fritz musiał być formalnie "przedstawiony" nie tylko cesarzowi, ale także szefom Gabinetu Wojskowego oraz dowódcom różnych dywizji i brygad, a on wykonał wszystkie swoje meldunki z doskonałym powodzeniem. Towarzyszył im hrabia Stillfried, a przy wszystkich meldunkach w Poczdamie i w Berlinie mój mąż towarzyszył naszemu synowi i zadbał o to, aby z góry dano mu bulion z jajkiem, aby pomóc mu przetrwać to przeżycie. Dopiero po powrocie do Glienecke otrzymał swoje prezenty, które sama dla niego przygotowałam na jego urodzinowym stole. Wtedy hrabia Stillfried został mi przedstawiony, i rozmawiałam z nim. Na początku bardzo podobały mi się jego stosunki z moimi synami: dobrze się nimi opiekował, gdy byli źli, bawił się z nimi, a jednocześnie był bardzo surowy.
1902
Aby w pełni zrozumieć wielką krzywdę, jakiej doznał mój mąż w marcu tego roku - w wyniku intrygi - i moje oburzenie przeciwko najokrutniejszej niesprawiedliwości, muszę powtórzyć, że mój drogi książę był niewolnikiem obowiązku i przedkładał służbę wojskową ponad wszystko inne. Niestety, w swoim surowym szacunku dla dyscypliny czuł się zmuszony do zbytniego oddania cesarzowi. Był żołnierzem od stóp do głów, a jego wiedza wojskowa była doceniana i podziwiana nie tylko przez jego bezpośrednich przełożonych, ale przez całą armię. A propos pewnych manewrów, książę Adolf Fryderyk z Meklemburgii Strelitz stwierdził kiedyś, że najlepszą "oceną" sytuacji wojskowej, jaką kiedykolwiek słyszał, była ta, którą właśnie przedstawił książę. Kiedy jeszcze dowodził Gwardią Przyboczną, pewien wybitny generał powiedział:
"Książę widzi więcej, gdy galopuje wzdłuż linii, niż my, starzy generałowie, gdy robimy przegląd im Schritt (w marszu)".
Kłopoty, które opiszę, wynikły z tego, że w raporcie z jednej ze swoich inspekcji udzielił pewnemu generałowi zasłużonej nagany. Chociaż jest pewne, że niewdzięczny von Luck maczał w tym palce, to hrabia Hülsen-Haeseler, jak zwykle, z radością opowiadał bajki i przysparzał księciu kłopotów u cesarza. Wszyscy ci ludzie muszą odpowiedzieć przed Tronem Bożym za nieszczęście, które wyrządzili mojemu ukochanemu księciu, a przez niego mnie. Chcieli zmusić go, gdy był jeszcze w kwiecie wieku i u szczytu swoich sił umysłowych i fizycznych, do wyrzeczenia się kariery wojskowej - jego jedynego wielkiego celu w życiu - a ja byłam całkowicie zrozpaczona z żalu i oburzenia. Nie będąc żołnierzem, który musi akceptować wszystko bez szemrania, postanowiłam podjąć osobiste starania u cesarza w imieniu mojego męża. Z powodu zwykłych trudności w uzyskaniu audiencji u Jego Królewskiej Mości użyłam małego fortelu. Napisałam do niego kilka linijek, w których błagałam o przyjęcie mnie w bardzo ważnej sprawie, pojechałam do pałacu w Berlinie, wysłałam list i czekałam. Nikt nigdy nie został przyjęty w ten sposób i, jak dawniej, musiałam sobie powiedzieć: "Przechodzę do działania". Notatka była tak sformułowana, aby sprawiała wrażenie, że pokłóciłam się z mężem, ponieważ wiedziałam, że gdyby cesarz pomyślał, że coś takiego miało miejsce, natychmiast by się ze mną spotkał. I tak się stało - nie we własnym mieszkaniu, ale w salonie cesarzowej, która była nieobecna. Więcej. Jego Wysokość był nawet bardzo przyjazny. Rzeczywiście, z tego, co powiedział podczas rozmowy, wywnioskowałam, że po raz kolejny pozwolił sobie na wpływ złych plotek przeciwko mojemu mężowi i mnie, a to, co usłyszał, było kłamstwem i oszczerstwem, opartym na rażącym naruszeniu zaufania - co rzeczywiście udało nam się później udowodnić. Gotowałam się z oburzenia na to wszystko i sama chciałabym ukarać kłamców i zdrajców. Pod koniec rozmowy cesarz dodał coś pojednawczego, dzięki czemu sytuacja nieco się poprawiła. Ale mimo to oświadczyłam, że jeśli ci ludzie nadal będą oczerniać i prześladować mojego męża, nic już nigdy nie będzie naprawdę satysfakcjonujące.
Kilka dni później mój mąż otrzymał bardzo sympatyczny Rozkaz Gabinetu mianujący go generałem kawalerii i dowódcą Ułanów Szlezwika-Holsztynu (15. Ulanen) oraz zachowujący jego honorową nominację na pułkownika à la suite Huzarów z Czaszką (Leibhusaren). Po raz pierwszy spotkał się z oficerami i żołnierzami Ułanów Szlezwika-Holsztynu, gdy rok wcześniej odwiedził Saarburg jako Inspektor Czwartej Dywizji Kawalerii.
Od chwili, gdy został jego pułkownikiem naczelnym, książę często nosił jego mundur i zawsze czuł się szczęśliwy w towarzystwie oficerów pułku, chętnie ich przyjmując i zabawiając. Fakt, że jego dziadek również był szefem pułku, był wielką dodatkową więzią, dodatkowo wzmocnioną przez fakt, że jego oznaczenie terytorialne było oznaczeniem mojego ukochanego kraju.
Moi dwaj starsi chłopcy mieli teraz lekcje jazdy konnej i pływania co drugi dzień; chodzili z hrabią Stillfriedem na wojskowe kąpielisko na rzece Havel, a czasami zabierali ze sobą malucha, ku jego wielkiej radości. 30 czerwca dwaj starsi pływali, w obecności ojca, przez określony czas, który był wymagany od każdego pływaka, który chciał swobodnie pływać, sich frei schwimmen - jak to mówimy po niemiecku. Ponieważ nigdy nie byłam dobra w wodzie, lekcje pływania, które Agra miała od ekspertki, Fräulein Dietrich, w jeziorze Jungfern See, zawsze wywoływały u mnie niepokój; jezioro ma ponad trzydzieści stóp głębokości i bałam się, zwłaszcza gdy wpadała w fale przepływających parowców.
Dwóch mężczyzn zawsze towarzyszyło jej w łodzi dla bezpieczeństwa, a Fräulein Dietrich zazwyczaj pływała z nią; ale ona sama była obojętna na wszystkie te środki ostrożności i była dość odważna i zdecydowana. Systematycznie zwiększając swój dystans, w końcu stała się wyjątkowo dobrą zawodniczką. Piękne, zdrowe dziecko ze złotymi lokami było znane i podziwiane przez wszystkich, a ludzie na parowcach zwykli wskazywać ją słowami "There goes die kleine Leopolden" („Oto idzie mała Leopolda”) w berlińskim żargonie. Wszystkie moje dzieci pływały jak ryby; mój najmłodszy syn w późniejszych latach zwykł pływać ze swojej pięknej willi La Favorita nad jeziorem Lugano do Caprino, a kiedy to robił, mój niepokój był tak silny, jak zawsze w przypadku jego siostry lub dwóch starszych braci. W rzeczywistości, ilekroć ktoś, kogo kocham, jest w wodzie, moje uczucia są zawsze takie, jak u kaczki w rymowance, która po wykluciu kaczątek i obserwowaniu, jak po raz pierwszy wchodzą do wody, wykrzyknęła:
Moje śliczne pisklęta, moje śliczne pisklęta, wróćcie - wróćcie z powrotem!
Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, odkąd zostałam kaczką!
W lipcu Fritz i Fritz Karl wybrali się na wycieczkę incognito w góry Hartz w towarzystwie hrabiego Stillfrieda i z własnym lokajem; codziennie odbywały się długie spacery, a obaj chłopcy byli bardzo dumni, że po raz pierwszy podróżują bez żeńskich towarzyszek. Wydawało mi się bardzo dziwne, że pozwalam tym dwóm małym chłopcom chodzić beze mnie lub jakiejkolwiek pielęgniarki. Ale w tamtym czasie miałam zaufanie do Stillfrieda, który stale do mnie pisał i opowiadał mi o nich.
Podczas tego lata wszyscy rozwinęliśmy wielką pasję do tenisa, którą podzielał nawet maluch, a Fritz Karl wykazywał naturalne zdolności, które zapowiadały jego późniejsze umiejętności w tej grze. Pewnego razu, dużo później, gdy grałam z Fritzem Karlem w turnieju, przyjęłam nazwisko Frau Glienecke i byłam bardzo rozbawiona, gdy otrzymałam kartkę od rodziny, najwyraźniej żydowskiej, wyrażającą zadowolenie, że przyjęłam jako pseudonim ich nazwisko, Glienecke, i dziękującą mi za to. Mogę dodać, że ten konkretny turniej odbył się w Rot-Weiss, znanym klubie tenisowym w Grunewald, którego byłam patronką od jego założenia do rewolucji w 1918 roku.
Uroczystości na cześć wizyty króla Wiktora Emanuela III tego lata trwały kilka dni i były tak uciążliwe, że wszyscy byliśmy wyczerpani. Ostatniego wieczoru odbył się koncert w Nowym Pałacu. Pewna primadonna, której imienia nie pamiętam, zaśpiewała - i powtórzyła na bis - Wiegenlied Mozarta, w którym powtarzają się słowa: "Prinzchen, schlaf ein, im Schlosse schon alles schläft" (Idź spać mój mały książę, wszyscy w zamku już śpią), na co szepnęliśmy do siebie: "Gdyby to tylko była prawda".
ROZDZIAŁ JEDENASTY
Nasza walka z cesarzem Wilhelmem II o nasze dzieci. 1903-1904
1903
Odtąd będę musiała polegać na mojej pamięci i listach pisanych i otrzymywanych, ponieważ zapiski o moich dzieciach, które prowadziłam we wczesnych latach ich życia, kończą się tutaj. Nadeszły straszne czasy, a ja byłam tak zajęta walką o wolność moich synów, że nie miałam czasu na prowadzenie dziennika. Omijam zatem zimę 1902 roku i przeskakuję do jesiennych wakacji 1903 roku, które jak zwykle spędziłam w Anglii. Zawsze oddychałam tam swobodniej.
W samym środku mojej radości nadszedł następujący telegram od mojego męża:
Z rozkazu Cesarza nasi dwaj starsi synowie mają udać się w listopadzie do Akademii Kadetów.
Nasi chłopcy, z których jeden nie miał jeszcze dwunastu lat, a drugi zaledwie dziesięć i pół, mieli zostać nam odebrani wbrew naszej woli i wysłani do Kadetten Anstalt w Naumburg-on-Saale i poddani systemowi edukacji, któremu oboje byliśmy przeciwni i - co niemal niewiarygodne - rozkaz ten został wydany bez naszej konsultacji.
To wykorzystanie jego królewskiej władzy jako króla Prus i głowy królewskiego rodu Hohenzollernów było ze strony cesarza Wilhelma II zniewagą wobec najświętszych praw rodziny i nawet gdyby chciał to zrobić, nie byłoby możliwe, aby kiedykolwiek temu zadośćuczynił.
Byłam zrozpaczona, podejrzewałam rękę fałszywego i niewdzięcznego von Lucka, a przyjemność moich wakacji w Anglii została nagle zniszczona. Myśl o rozłące z moimi dziećmi była tak przygnębiająca, że chociaż wiedziałam, że żebrak na ulicy ma więcej praw do swoich dzieci niż my do naszych, postanowiłam o nie walczyć. Natychmiast wróciłam do domu, poszłam do cesarzowej i wyjaśniłam, co czuję w związku z tym okrutnym rozkazem.
"Co!" wykrzyknęła, "nic o tym wcześniej nie wiedziałaś? To naprawdę nie w porządku!"
Jako matka współczuła ze mną, i chociaż zawsze popierała Cesarza, była zbyt sprawiedliwa, aby nie potępić tej krzywdy wobec naszych rodzicielskich praw, a zwłaszcza sposobu, w jaki została ona zadana. Wtedy wspomniała, że ktoś z naszego dworu był zamieszany w tę sprawę; zasugerowałem von Lucka, ale Cesarzowa powiedziała, że musi to być Gubernator Wojskowy, ponieważ Kontroler nie mógł mieć absolutnie nic do czynienia z planami edukacji chłopców. Gdy tylko wróciłam do Glienecke z Nowego Pałacu, posłałam po Stillfrieda, któremu do tej pory ufałam, i zapytałam go, czy wiedział o tej potwornej sprawie. Oświadczył stanowczo, że wiedział o tym planie od kilku miesięcy i (jak się później dowiedziałam) był zachwycony, że mnie ominął i pokazał, że jego wpływy u cesarza są większe niż nasze. A jednak mieszkał w naszym domu, jadł nasz chleb, a my powierzyliśmy mu nasze cenne dzieci.
Nasi mali chłopcy byli zrozpaczeni na myśl o opuszczeniu domu i ukochanego Glienecke! Fritz Karl mruczał między szlochami: "Herr Espenhahn! Herr Espenhahn!" To był jego bardzo miły, uprzejmy mistrz muzyki, który uczył go gry na wiolonczeli, a rozstanie było szczególnie trudne zarówno dla mistrza, jak i ucznia. I tutaj muszę opisać bardzo szlachetny i bezinteresowny charakter. Herr Espenhahn z miłości do Fritza Karla zaoferował, że w pewnych odstępach czasu będzie jeździł do Naumburga i udzielał mu lekcji (bez wynagrodzenia, prosząc jedynie o pokrycie kosztów podróży).
Ten człowiek o gorącym sercu później był wsparciem i pociechą dla moich wygnanych dzieci.
Oczywiście nie szczędziłam niczego w moich wysiłkach, aby zatrzymać moich chłopców w domu. Pisałam i telegrafowałam do Cesarza, błagając go o spotkanie, i zaproponowałam dołączenie do niego w podróży kolejowej (ponieważ oczywiście był w ciągłym ruchu). Ostatecznie przyjął mnie, ale nie przed napisaniem mi nieprawdopodobnego listu w odpowiedzi na moje protesty. Podczas naszej rozmowy, gdy wyraziłam obawy o zdrowie moich chłopców, okazał pewne ludzkie współczucie, mówiąc, że zawsze mogę się nimi opiekować i że mogę wynająć mieszkanie w Naumburgu—oczywiście coś wystawnego i kosztownego! Później jednak, prawdopodobnie pod wpływem Hülsena-Haeselera, humor Jego Królewskiej Mości znów się zmienił, i wtedy zaczęły padać jeden po drugim rozkazy gabinetowe i „Niebieskie Listy”[125], w których życzenia Stillfrieda były przedstawiane przez Hülsena-Haeselera jako rozkazy Cesarza.
Muszę opowiedzieć, jak te bezprecedensowe "Regulacje" dotyczące życia i edukacji naszych dzieci zostały opracowane i ogłoszone oraz jak plan ten został po raz pierwszy przekazany mojemu mężowi.
Zdarzyło się to podczas manewrów, podczas których mój książę wyróżnił się w sposób szczególny w realizacji "zadania", co bardzo ucieszyło cesarza. Manewry odbywały się w okolicach Hohenholz, majątku hrabiego Eichstedt, i Jego Cesarska Mość zauważył, że książę Fryderyk Leopold powinien naprawdę otrzymać tytuł księcia Hohenholz. Ta pochwała zirytowała Hülsena, i wyraźnie uznał, że to właściwy moment, aby podać księciu zawoalowane upomnienie. W związku z tym podjechał do księcia i powiedział mu po berlińsku, którym się posługiwał:
"Mam dla ciebie wiadomość od Najwyższego: W listopadzie twoi dwaj starsi synowie mają zostać wysłani do Naumburga".
Książę odpowiedział, że ponieważ ani on, ani jego ojciec nie kształcili się w Kolegium Kadetów, musi istnieć szczególny powód tej decyzji. Na co Hülsen odpowiedział niegrzecznie:
" Nie mogę podać żadnego powodu".
Los naszych dzieci został przesądzony i miały one zostać nam odebrane bez żadnych wyjaśnień.
Kilka dni po tym upokarzającym incydencie do mojego męża dotarł następujący rozkaz Gabinetu Wojskowego, a po jego przeczytaniu natychmiast zatelegrafował do mnie do Anglii:
Niniejszym komunikuję Waszej Królewskiej Wysokości, że Moją Wolą jest, aby synowie Waszej Królewskiej Wysokości, książęta Fryderyk Zygmunt i Fryderyk Karol z Prus, stawili się w Akademii Kadetów w Naumburg-on-Saale w dniu 1 listopada tego roku w celu dalszej edukacji i szkolenia, w towarzystwie ich Gubernatora Wojskowego. Ten ostatni niezwłocznie podejmie wszelkie niezbędne kroki w porozumieniu z kompetentnymi urzędnikami i do końca listopada złoży mi raport dotyczący zakwaterowania książąt i ich udziału w nauczaniu kadetów. Zastrzegam sobie ustalenie dalszych szczegółów.
WILHELM R.
WIEDEŃ, 20 września 1903 r.
Do Księcia Fryderyka Leopolda Pruskiego, Jego Królewskiej Wysokości.
Aby nie wydawać się jedynie stronniczą matką w tej sprawie, pozwolę mojej teściowej zabrać głos. Oto list, który napisała do mojego męża w tamtym czasie. Oprócz bezpośredniego tematu ukazuje osobowość zarówno matki, jak i syna oraz pokazuje piękne oddanie, jakie mieli dla siebie nawzajem:
UKOCHANY FRITZ :
Właśnie wróciłam z Zerbst, spieszę podziękować Ci za Twój drogi list. W Zerbst nie miałam ani czasu, ani pióra! Treść Twojego listu bardzo mnie zasmuciła. Uważam również, że sposób, w jaki decyzja została Ci przekazana, jest więcej niż niegrzeczny i nie rozumiem, jak ktokolwiek mógł coś takiego zrobić!!! Bardzo mi przykro, że zostaliście potraktowani w taki sposób, że zawsze stajecie się bardziej wyobcowani i rozgoryczeni, a całe wasze życie staje się trudniejsze. Bardzo wam współczuję i jestem oburzona tymi wydarzeniami. Dziś rano dostałam list od Luizy i błagam, abyś przekazał jej moje wstępne podziękowania, ponieważ sama nie mogę tego teraz zrobić, ponieważ mam góry listów do odebrania; niestety nie mogłam odpowiedzieć na jej telegram z Anglii, ponieważ nie podała mi swojego adresu. To, czy jej wysiłki pomogą w tej sprawie, wydaje mi się wątpliwe! Moje myśli są zawsze z tobą - i jestem bardzo zła! Jest mi również bardzo przykro z powodu przeziębienia. Jak się teraz czujesz? Czy mógłbyś przyjechać tu później - może na polowanie - gdyby kuzyni[126] cię zaprosili? W moje urodziny w zeszłym tygodniu mieliśmy bardzo złą pogodę, a na kolację przyszło kilka niezbyt zabawnych osób. Nie padały żadne żarty. Byłabym również szczęśliwa, widząc cię w mundurze jako dowódcę pułku Anhalt, i przekażę twoje miłe słowa wujowi, kiedy odwiedzę Ballenstedt[127], co być może nastąpi w połowie października ...
Raz jeszcze serdecznie dziękuję za piękny prezent z okazji moich urodzin oraz za wszystkie dowody Twojej miłości! Zawsze myślę o Tobie z największym współczuciem i dzielę się wszystkimi Twoimi zmartwieniami! Żałuję tylko, że Jego Królewska Mość ani razu z Tobą o tym nie porozmawiała; przecież to Twoje dzieci!
Moc serdecznych życzeń dla ciebie, Luizy i dzieci. Całuję cię, mój drogi, drogi Fritz, i pozostaję z wieczną, serdeczną miłością.
Twoja wierna mama,
MARIA ANNA.
WÖRLITZ, 22 września 1903 r.
*
Straszny był dzień, w którym, po niepowodzeniu wszystkich moich wysiłków, aby zatrzymać ich przy sobie, musiałam opuścić Glienecke z moimi chłopcami i zabrać ich do Naumburga. Tam zamieszkali ze Stillfriedem w willi niedaleko kwatery głównej Korpusu Kadetów. Oczywiście książę musiał płacić za to dodatkowe gospodarstwo domowe. W trosce o to, by nie pozostawić moich chłopców całkowicie w rękach mężczyzn, zleciłam starszej służącej pewne szkolenie z zakresu pielęgniarstwa, aby mogła dbać o ich zdrowie. W tym wieku chłopcy wciąż potrzebują kobiecej opieki.
W Naumburgu mieszkała niezwykle miła rodzina, generał von Paris i jego żona. Był on z moim mężem w garnizonie w Cassel i teraz chcieliśmy, aby chłopcy mieli kontakt z tą urocza rodziną, która już się nimi interesowała; chciałam również, aby poznali i zobaczyli Frau von Oertzen, matkę mojej dwórki (hrabinę Hardenberg), która mieszkała w pobliżu i była gotowa przyglądać się dzieciom, więc odwiedziłam obie te rodziny z chłopcami.
Teraz muszę pokazać, jak nierozsądnie postąpił Stillfried. Natychmiast umieścił mojego najstarszego syna w klasie z kilkoma innymi kadetami. Jego obowiązkiem było dopilnowanie, by moi synowie (którzy jako książęta z konieczności żyli w dużej mierze samotnie) stopniowo przyzwyczajali się do nauki z innymi chłopcami. Nie zrobił jednak nic w tym kierunku. Karał biedne dzieci (które naturalnie tęskniły za rodzicami i znajomym otoczeniem), zabraniając im bawić się z psami i innymi zwierzętami, gdy uważał, że nie odrobiły należycie lekcji, zwłaszcza, że ich zwierzęta, które ze sobą przywieźli, były ich prawdziwymi małymi towarzyszami i jedyną prawdziwą pociechą.
Prawie złamało mi serce to, że w pierwszej części ich pobytu w Naumburgu otrzymałam kilka rozpaczliwych listów od mojego najstarszego chłopca, w których powtarzał: "Mamo, nie zniosę tego dłużej". Wtedy pojechałam do Naumburga i, co dziwne, Stillfried pozwolił im przebyć część drogi, aby się ze mną spotkać i spędziliśmy razem szczęśliwy wieczór. Jak to było w moim zwyczaju w domu, poszłam pożegnać ich na dobranoc, gdy byli już w łóżkach.
W tym momencie dostałam telegram od mojego męża, w którym było tylko napisane:
Coś nowego. Wróć.
Byłam zrozpaczona, że muszę powiedzieć moim biednym małym chłopcom, którzy byli bardzo szczęśliwi, że spędzę z nimi kilka dni, że muszę natychmiast wyjechać. Ale nie mogłam zostawić mojego ukochanego męża samego, obciążonego nowymi kłopotami. Wielkie westchnienie Fritza Karla i wybuch płaczu Fritza niemal złamały mi serce. O trzeciej nad ranem (nawet bez wagonu sypialnego) wyruszyłam do domu.
Czy Jego Wysokość kiedykolwiek czuł wyrzuty sumienia z powodu tego, co uczynił wtedy i później ich matce?
Czy kiedykolwiek mówi sobie: Pozbawiłem biedną kobietę pięknych lat dzieciństwa i młodości jej synów? Czy zastanawia się kiedykolwiek, jak ich młode życie było zatroskane przez jego tyranizowanie? Nie, nie wierzę, że tak jest, ponieważ czyż później nie prześladował mojego ukochanego najmłodszego syna, który jest mi najbliższy, i to zaraz po śmierci naszego drogiego Fritza Karla? Nie można uwierzyć, że taka bezduszność jest możliwa!
Aby ukazać, jak absolutną kontrolę przywłaszczył sobie Jego Wysokość, przedstawiam także drugie rozporządzenie Gabinetowe[128]. Kiedy mój mąż je otrzymał, natychmiast mnie odwołał, nie chcąc, bym wydała jakieś instrukcje dotyczące dobra naszych chłopców - takie jak odwiedzenie Frau von Paris i Frau von Oertzen - z których Stillfried by zakpił, ponieważ nie był zobowiązany do ich wykonania. Mój książę strasznie cierpiał z powodu wszystkich tych krzywd, a w dziwacznej izolacji, w jakiej żyją osoby królewskiego pochodzenia, nie miał nikogo innego, komu mógłby się zwierzyć. Jego jedyną pociechą było to, że mogliśmy razem omówić wszystko i dzielić się naszymi brzemionami.
Różni ludzie w Naumburgu, którzy wiedzieli wszystko o tych wydarzeniach, przewidywali, że przyjadę tam pewnej nocy, zabiorę moich chłopców i wylecę z nimi z Niemiec. I rzeczywiście najlepiej byłoby dla nas wszystkich, gdybyśmy wyjechali z mężem i dziećmi do Anglii lub innego wolnego kraju, gdzie moglibyśmy żyć w spokoju. Jak już wspomniałam, często rozmawiałam o tym z moim księciem, ale jego miłość do kariery wojskowej i całe pruskie wykształcenie powstrzymywały go przed poważnym rozważeniem takiego planu. Oczywiście widziałam wszystkie trudności - ale nawet zwierzęta bronią swego potomstwa!
Nie wiem, ilu wpływowych ludzi prosiłam o pomoc w sprawie moich synów; wśród nich był sam Hülsen-Haeseler, nadworny kaznodzieja, dr Dryander, który, jak sądziłam, mógł przemówić do sumienia cesarzowej. Zwróciłam się nawet do wuja cesarza, którego bardzo podziwiał, uprzejmego starego wielkiego księcia Fryderyka z Badenii[129]; napisał do mnie bardzo miły list, ale nie obiecał mi swojej pomocy. Żaden z nich nie chciał narazić się cesarzowi lub jego świcie.
Stillfried obrał inną drogę, która moim zdaniem nie służyła prawdziwemu dobru jego wychowanków. Chłopcy dwunasto- i dziesięciolatkowie nie powinni uczestniczyć w strzelaniu i bankietach; ale ich gubernator wojskowy, bez wątpienia całkiem bezinteresownie, zorganizował dla małych książąt zaproszenia i oczywiście im towarzyszył. Posiadłości księcia Schönburga znajdowały się w sąsiedztwie Naumburga i Stillfried zadbał o to, by zostali tam zaproszeni. Kiedy pozwolono im wrócić do nas na wakacje, wynajął automobil (w tamtych czasach bardzo kosztowną rozrywkę) i przywiózł ich nim do domu, zatrzymując się po drodze na wyszukany lunch. Wychowaliśmy naszych chłopców w prosty sposób. Z wyjątkiem oficjalnych okazji rzadko jeździli powozem, ale jeździli na rowerze, spacerowali, jeździli na łyżwach i pływali, i byli przyzwyczajeni tylko do zwykłego jedzenia. Hartowałam ich od najwcześniejszego dzieciństwa.
Feo, moja najmłodsza siostra, która zawsze była mi bardzo wierna i zdawała sobie sprawę z trudności, jakie miałam z widzeniem moich dzieci, zaproponowała, że złoży im wizytę w drodze na pobyt we Friedrichshof[130]. Przekazałam to telegraficznie chłopcom, którzy byli jej oddani. Później, gdy rozmawiałam z nimi o tym przez telefon, dowiedziałam się, że nic nie wiedzieli o telegramie zapowiadającym wizytę. Później, podczas pobytu u mojej siostry Calmy w Grünholz, chciałam porozmawiać z moimi chłopcami; Calma zadzwoniła do Naumburga, a ja poprosiłem o połączenie z małymi książętami. Ku przerażeniu Calmy otrzymałam odpowiedź: "Książętom nie wolno podchodzić do telefonu". Gorące serce mojej siostry zostało poruszone do głębi i wykrzyknęła:
"To niedopuszczalne, aby takie odpowiedzi były skierowane do ciebie jako kobiety, matki i księżnej".
Każda matka zrozumie moje naturalne oburzenie, gdy usłyszałam, że ich gubernator wojskowy w swoim raporcie dla Gabinetu Wojskowego fałszywie opisał moich chłopców jako nieprawdomównych. Ten raport, który był przeznaczony dla cesarza, przez przypadek został również wysłany do mojego męża. Oczernianie niewinnych dzieci za ich plecami jest nikczemną zbrodnią: Ktokolwiek obrazi jedno z tych małych istnień, lepiej by mu było, gdyby zawieszono mu kamień młyński na szyi i wrzucono do głębin morskich.
Mniej więcej w tym czasie siedziałam obok Cesarza na wielkim bankiecie, a ponieważ trudno było znaleźć okazję do prywatnej rozmowy z nim, postanowiłam wykorzystać tę okazję. Powiedziałam mu, że gubernator wojskowy złożył niedokładny raport, na co Jego Wysokość odpowiedział: "Pruscy oficerowie nie kłamią[131] i wierzę raczej jemu niż tobie". Powiedzenie czegoś takiego matce było bardzo obraźliwe. Byłam tak wściekła, że założyłam rękawiczki i miałam ochotę wstać i wyjść. Do dziś żałuję, że nie zrealizowałam tego zamiaru.
Wydaje mi się, że wspomniałam już, iż w pruskim rodzie królewskim panował piękny zwyczaj, że wszyscy książęta uczyli się rzemiosła. Ta mądra praktyka miała głęboki cel: Po pierwsze, aby każdy książę znał jakiś zawód, dzięki któremu mógłby zarobić na życie w razie potrzeby; po drugie, aby pokazać zwykłemu człowiekowi, że książę może pracować rękami, a nie tylko być żołnierzem, jeźdźcem, prawnikiem lub właścicielem ziemskim; a po trzecie, aby książęta byli w stanie lepiej ocenić pracę rzemieślnika. Nie wiem, kto był tak dalekowzroczny, by wprowadzić ten zwyczaj.
Cesarz Fryderyk III był utalentowanym introligatorem, a mój mąż, jako ślusarz, wykonał swoje "arcydzieło", jak je nazywano, i był dumny ze zdobycia dyplomu. Fritz Karl również został ślusarzem z prawdziwą pasją do swojej pracy i, podobnie jak jego ojciec, wykonał wiele przydatnych przedmiotów, takich jak świeczniki i ramki na zdjęcia. Fritz był stolarzem i wykonał kilka mebli. Fryderyk Leopold jest ogrodnikiem i doskonale rozumie tę pracę, co pokazał w pięknym ogrodzie swojej willi La Favorita w Lugano oraz w Imlau, jego wiejskiej posiadłości w górach niedaleko Salzburga.
Podczas pobytu naszych dwóch starszych synów w Naumburgu ustalono, że będą oni kontynuować naukę zawodu u miejscowego ślusarza i stolarza. Przypadkiem dowiedziałam się, że udali się na lekcje do tych nieznanych mechaników w towarzystwie jedynie służącego. Kiedy dowiedziano się o tym i zabroniono tego, zamiast samemu im towarzyszyć, ich gubernator wojskowy wcisnął do służby młodego porucznika, który wykonywał dla niego nie tylko te, ale i inne obowiązki. Na szczęście ten młody człowiek był miły i moi chłopcy go polubili, ale mogło być zupełnie inaczej. Dziękuję Bogu, że pomimo wszystkich trudności i przykrości moi chłopcy zaprzyjaźnili się z innymi uczniami i brali udział we wszystkich ich zabawach.
*
Po rozmowie z cesarzową, w trakcie której powiedziała, że skierowano do cesarza uwagi w tej sprawie, mój mąż wysłał swojego adiutanta, roztropnego i taktownego majora von Rathenowa, do pana von Luck, aby poprosić go o złożenie pisemnej relacji na temat roli, jaką odegrał w sprawie Naumburga. Był bardzo zakłopotany tym, co powinien powiedzieć, wiedząc, że nadal jest w służbie księcia. W końcu oświadczył, że zasugerował cesarzowi ten sposób postępowania w interesie dzieci, które chciał usunąć "spod wpływu ich matki". Biedny Rathenow był tak przerażony, że gdy doszedł do tego punktu w oświadczeniu von Lucka, nie mógł czytać dalej. Sama cesarzowa była wściekła, gdy o tym usłyszała, a jej miła dama dworu, hrabina Mathilde Keller[132] (która była spokrewniona z von Luckiem), w pełni zgodziła się z moją siostrą Feo, gdy mówiła o nim jako o Schweinehund („świńskiej szui”). Przypadkiem dowiedzieliśmy się, że wcześniej von Luck oświadczył naszemu arcywrogowi hrabiemu Hülsen-Haeseler, że to wpływ mojego męża jest zły dla naszych synów!
Von Luck i mój drogi książę byli przyjaciółmi od dzieciństwa i służyli razem w Pierwszej Gwardii Pieszej; przez sześć lat był adiutantem mojego męża, więc był osobą mile widzianą u nas, a nawet po odejściu ze służby jako adiutant, zawsze był zapraszany na nasze urodziny i uroczystości rodzinne. Co więcej, na własną prośbę - ponieważ pragnął poślubić jedną z moich ulubionych dam dworu, Fraulein von Wurmb - powrócił do nas jako nasz kontroler. Ufaliśmy mu tak bardzo, że kiedy przybył ze Szczecina, gdzie stacjonował, aby poprosić o to stanowisko, mój książę wyraził swoją pełną życzliwość i zaufanie, mówiąc:
"Jeśli chcesz być moim kontrolerem, to stanowisko jest dożywotnie".
Kiedy von Luck był odpowiedzialny za nasz dwór, bardzo mało przejmował się zarządzaniem naszymi sprawami; Jednakże za każdym razem, gdy wracał z jednej ze swoich podróży do Berlina, nakazywał głównemu kamerdynerowi spotkać się z nim, pytał go o wszystko, co miało miejsce w jego nieobecności, i otrzymywał od niego wszelkiego rodzaju zmyślone opowieści.
Zgodnie z prawdopodobieństwem, że von Luck, działając za plecami swoich pracodawców i składając nieuzasadnione oskarżenia przeciwko nim, dopuszczał się postępowania niestosownego dla oficera i dżentelmena, książę żądał, aby był sądzony przez sąd honorowy. To żądanie zostało odrzucone.
Wiele lat później, w 1931 roku, kiedy mieliśmy ogromne straty we Flatow, w wyniku kryzysu drzewnego, było nam bardzo trudno wypłacać pensje i emerytury, a von Luck był zawsze pierwszym, który narzekał, gdy nie otrzymywał ich punktualnie.
ROZDZIAŁ DWUNASTY
Mój książę na wojnie rosyjsko-japońskiej i dom w Twickenham. 1905-1906
1905
W latach 1887-8, po śmierci swojego ojca, księcia Fryderyka Karola, mój mąż uzyskał pozwolenie od swojego wielkiego wuja, cesarza Wilhelma I, na podróż dookoła świata. Bardzo pomogli mu w tym książę następca tronu i księżna następczyni tronu Fryderyka, którzy jak zawsze byli troskliwi i uprzejmi. Podczas tej podróży odwiedził Indie i zatrzymał się u Connaughtów w Poonie, gdzie książę pełnił funkcję gubernatora Bombaju. Później zawsze chciał odbywać dalsze podróże i pamiętam moje przerażenie, gdy pewnego dnia (byliśmy w naszym pałacu w Berlinie) wrócił do domu i powiedział mi, że wyraził cesarzowi chęć udania się do Afryki, a Jego Wysokość odpowiedział:
"Popłyniesz następnym szybkim krążownikiem".
Na szczęście temat został porzucony.
Jednakże, gdy w lutym 1904 roku wybuchła wojna rosyjsko-japońska, cesarz poinformował mojego męża, że zamierza wysłać go jako Beobachtera (obserwatora) na rosyjski teatr działań wojennych, i oczywiście był bardzo szczęśliwy, że otrzymał możliwość tak interesującą z wojskowego punktu widzenia. Dodatkowym źródłem przyjemności było to, że zobaczy aktywną służbę i zamiast być, jak to mówią Austriacy, "poza w Niemczech", będzie przynajmniej "poza w Azji Wschodniej". W rzeczywistości pojawiły się różnego rodzaju trudności i wyjechał dopiero prawie rok później.
Nie mogłam oczywiście pozwolić, by moje osobiste obawy lub uczucia zepsuły mężowi przyjemność ze spełnienia jego pragnienia, by zobaczyć aktywną służbę, i w pełni rozumiałam jego radość z tymczasowego uwolnienia się od wszystkich drobnych prześladowań i ograniczeń, z powodu których musiał cierpieć w domu. Drżałam jednak na myśl o rozłące i powiedziałam mu, że nie zostanę w Glienecke bez niego. Postanowiłam pojechać z Agrą i Fryderykiem Leopoldem do Anglii, a przed naszym wyjazdem odwiedzić Fritza i Fritza Karla w Naumburgu, mając jednocześnie nadzieję, że uda mi się zorganizować dla nich wakacje w Anglii.
Całe nasze życie było oczywiście teraz pod cieniem zbliżającej się separacji. Kolacja na dworze tuż przed wyjazdem mojego drogiego Księcia była bardzo trudna, a gdy Cesarz wznosił toast za jego zdrowie, załamałam się i uciekłam do przyległego pokoju. Moja kochana siostra Calma, która akurat przebywała w odwiedzinach u Jego Cesarskiej Mości, poszła za mną, aby mnie pocieszyć swoim własnym, kochanym sposobem. Straż Gwardii Przybocznej będąca na służbie przy wejściu musiała się zastanawiać, co się dzieje.
W końcu, pod koniec stycznia 1905 roku, nadszedł przerażający wieczór naszego rozstania. Dla mnie nie tylko rozłąka na czas nieokreślony była tak przerażająca, ale także lęk przed wszystkimi niebezpieczeństwami podróży. Długa podróż morska, wędrówka przez pustynię Gobi, najeżoną chińskimi rabusiami, niebezpieczeństwa związane z chorobami i wojną. Być może najtrudniejsze ze wszystkiego było zgromadzenie wszystkich wysokich oficerów cesarza i oficjalne pożegnanie na dworcu Anhalter w Berlinie, zamiast prostego i naturalnego rozstania, które w tych okolicznościach bardzo byśmy woleli. Pocieszałam się jednak myślą, że to wielki zaszczyt dla mojego męża. Co więcej, w przeszłości cierpieliśmy z powodu smutnych rozstań; czasami rzeczywiście życie wydaje się składać z takich rzeczy. Urocza piosenka "Farewell" (myślę, że to Tosti) wyrażała nasze uczucia lepiej niż wiele słów mogłoby zrobić. Gdy pociąg odjechał, cesarz podał mi swoje ramię i odprowadził do mojej karety, a mój brat, przed którym nie musiałam ukrywać swojego smutku, towarzyszył mi na stacji Potsdamer w drodze do samotnego Glienecke.
Oczywiście pierwszym obowiązkiem mego męża było przedstawienie się carowi przed wyruszeniem na front wojenny; zrobił to w Petersburgu, w towarzystwie dwóch swoich oficerów ordynansowych, majora von Hofmanna i majora von Rathenowa. Car okazał mu największą uprzejmość; został również przyjęty przez carską małżonkę, która rzadko uczestniczyła w takich wydarzeniach. Na małej rodzinnej kolacji, która nastąpiła po tej wizycie, obecna była z wszystkimi swoimi dziećmi. Te biedne kochane istoty, które wszystkie zakończyły swoje życie w sposób tragiczny, były dość niegrzeczne tego dnia i wszystkie jadły drewnianymi łyżkami rosyjskimi.
Następnego dnia[133] miał się odbyć wielki oficjalny bankiet na cześć mojego męża, kiedy jak piorun nadeszła straszna wiadomość o zamordowaniu w Moskwie wielkiego księcia Sergiusza, męża nieszczęśliwej Elli z Hesji-Darmstadt, siostry carycy. Mój mąż naturalnie chciał odejść po cichu, ale Mikołaj II nie zgodził się i myślę, że bankiet odbył się zgodnie z ustaleniami.
Biedna Wielka Księżna Serge była najpiękniejszą kobietą i opisałam już, jak poznałam ją jako młodą dziewczynę na srebrnym weselu cesarza i cesarzowej Fryderyki z jej najstarszą siostrą, księżną Wiktorią (obecnie wdową markiza Milford Haven); nie miała łatwego życia z Wielkim Księciem, ale on ją kochał, a ona kochała jego. Gdy otrzymała straszne wieści o jego zamachu, wybiegła z pałacu na miejsce katastrofy, ale nie znalazła niczego rozpoznawalnego po nieszczęśliwym Wielkim Księciu, poza pierścionkiem. Został dosłownie rozerwany na kawałki przez bombę.
Mój mąż miał przy sobie, oprócz dwóch oficerów ordynansowych i lekarza, dwóch bardzo miłych Feldjägerów w swoich atrakcyjnych zielonych mundurach. Ogromną radością dla niego było krótkie przebywanie w Indiach, z których już coś wiedział ze swojej podróży dookoła świata w 1888 roku, oraz wizyta na pięknej wyspie Cejlon.
W Kalkucie wicekról lord Curzon wydał dla niego kolację, na której obecny był lord Kitchener, a obok niego siedział wybitny generał sir Ian Hamilton.
W odpowiednim czasie książę, który był oczarowany Chinami, przybył do Pekinu i został przyjęty przez słynną starą cesarzową wdowę, która (z niezwykle długimi paznokciami) siedziała na wysokim tronie między dwiema małymi piramidami jabłek. Ponieważ wszystko to już minęło, opiszę przyjęcie księcia na chińskim dworze z jego dziwną mieszanką przepychu i nędzy.
Było zorganizowane w podobny sposób do przyjęcia zorganizowanego dla mego siostrzeńca Adalberta[134], gdy ten odwiedził Chiny oficjalnie rok wcześniej. Dla osobistego użytku księcia zostało wysłane jedno z żółtych cesarskich nosideł z żółtymi paskami i, w towarzystwie trzydziestu mniej zaszczytnych nosideł, ruszył z niemieckiego poselstwa o wpół do dziesiątej rano do pałacu. Kulisi, którzy pełnili rolę nosicieli, musieli być ubrani w poselstwa niemieckiego - granatowe z czarnym, białym i czerwonym obszyciem - ponieważ ich własne stroje dworskie były tak zniszczone i podarte! Przed procesją jechało kilku chińskich urzędników konno, za nimi szli chińscy żołnierze, następnie Gwardia Honorowa poselstwa i eskorta Jaeger zu Pferde (Szaserów – przyp. tłumacza), których dowódca, porucznik Thesing, jechał obok nosideł księcia. Przy zewnętrznym wejściu do pałacu eskorta pozostała z tyłu. Przy wejściu wewnętrznym mój mąż przesiadł się na otwarte krzesła ceremonialne, podczas gdy świta - zgodnie z chińską etykietą - musiała przejść resztę drogi pieszo. Przy bramie ostatniego dziedzińca ministrowie Waiwupu (Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Handlu – przyp. tłumacza) i wielu urzędników dworskich czekało na księcia. Przy wejściu do Biblioteki Cesarskiej powitał go książę Ching. Po kilku minutach pojawił się główny eunuch, pan Lilienying, i ogłosił, że Jej Wysokość Cesarzowa-Regentka jest gotowa na przyjęcie Jego Królewskiej Wysokości, po czym został poprowadzony przez chińskich ministrów do sali tronowej znanej jako Chien-Ching-Kung, czyli tej zarezerwowanej na uroczyste przyjęcia. Książę podszedł do podestu, na którym stał tron, a za nim von Mumm i główny tłumacz niemieckiego poselstwa, Herr Prebs. Następnie odczytał przemówienie, które zostało przetłumaczone na język chiński przez tłumacza.
Następnie przetłumaczono odpowiedź udzieloną przez Jej Wysokość Cesarzową Regentkę. Po tym ceremonialnym rozpoczęciu Cesarzowa-Regentka i mój mąż odbyli rozmowę, która była innowacją na chińskim dworze; książę mówił po niemiecku, a jego słowa zostały przetłumaczone na chiński przez tłumacza poselstwa bezpośrednio do Jej Wysokości bez interwencji chińskich urzędników. Ta szczęśliwa modyfikacja zwyczajowego chińskiego ceremoniału była wynikiem poważnych negocjacji, ponieważ zgodnie z chińskimi przepisami każdy, kto zwracał się bezpośrednio do władcy przy oficjalnych okazjach, musiał klęczeć.
Podczas rozmowy Cesarzowa-Regentka podziękowała mojemu mężowi w bardzo żywy sposób za wazę (oczywiście z jego portretem), którą Cesarz Wilhelm jej przysłał i która została umieszczona w widocznym miejscu przed tronem. Następnie dostojna dama zapytała uprzejmie o zdrowie Ich Królewskich Mości oraz księcia Adalberta i poprosiła księcia o przekazanie każdemu z nich pozdrowień. Cesarzowa powiedziała następnie księciu, że podaruje mu swój portret w ramie i porcelanową wazę chińskiej produkcji, które to prezenty zostaną wysłane bezpośrednio do poselstwa. Mam je do dziś.
Po tym wszystkim książę został przyjęty przez samego cesarza w małym salonie w pobliżu sali tronowej. Jego Wysokość wstał, gdy mój mąż wszedł, podał mu rękę i poprosił, aby usiadł. Rozmowa, którą prowadził Jego Wysokość, trwała dłużej niż jakiekolwiek wcześniejsze audiencje tego rodzaju. Było szczególnie widoczne, że Ich Cesarskie Mości, jak również wszyscy wyżsi urzędnicy, dołożyli wszelkich starań, aby okazać honor członkowi Pruskiego Domu Królewskiego.
Natychmiast po przyjęciu przez Cesarza, Księcia poprowadzono z powrotem do Cesarskiej Biblioteki, gdzie chiński cesarz uroczyście — i trzeba przyznać, że szybko — "odwzajemnił wizytę". Jego Cesarska Mość zechciała pozostać przez dziesięć minut. Przy tej okazji poinformował Księcia, że czuje się zobowiązany nadać mu Pierwszą Klasę Orderu Podwójnego Smoka.
Ale chociaż Pekin ze wszystkimi jego cudami bardzo interesował mojego męża, jego gorącym pragnieniem było dotarcie do miejsca wojny. Baron von Mumm próbował odwieść go od zamiaru odbycia podróży na północ przez pustynię Gobi, ale książę nie dał się zniechęcić i w piękny wiosenny poranek on i jego grupa, dosiadając dobrych koni, opuścili Pekin i udali się do rosyjskiej kwatery głównej, podróżując przez Kałgan, Urgę i Kiachtę. Bardzo szybko wpadli w burzę piaskową, a obiecane trudności, niewygody i niebezpieczeństwa zaczęły się szybko materializować. Jeden z pisarzy posunął się tak daleko, że opisał tę pustynną podróż jako średniowieczną torturę! Okropna monotonia podróżowania przez cały dzień na wpół siedząc, na wpół leżąc w dwukołowym wozie! Konie biegły szybko — woźnica siedział jak postylion na jednym z nich — i były stale zmieniane. Wozy były naprawdę zamkniętymi skrzyniami, z których nie można było niczego zobaczyć na zewnątrz, a pasażer nie mógł nawet czytać z powodu straszliwego wstrząsania się po kamieniach i pagórkach, dzień po dniu, przez wielki upał. Noce, bardzo zimne, spędzane były dobrze owiniete w namiotach z filcu. Chińska eskorta była pod dowództwem bardzo przystojnego młodego oficera z szlacheckiej rodziny. Jedzenie składało się z baraniny, przy drodze łapanych owiec, zabijanych w barbarzyński sposób, którego szczegóły oszczędzę moim czytelnikom. Woda, która była niepokojąco czerwona, była najpierw filtrowana przez lekarza, a następnie gotowana, i była tak rzadka, że nie można było jej używać do mycia. Mogłem sobie dobrze wyobrazić niedogodności mojego męża, najczystszego spośród czystych i przyzwyczajonego, podobnie jak ja, do dwóch kąpieli dziennie, muszącego przejść dwadzieścia jeden dni bez mycia — i zamkniętego w zamkniętym wagonie w tak strasznym upale!
Myślę, że to było w Urga, gdzie spotkał Dalajlamę, od którego otrzymał nie tylko chleb i sól, ale także, jako bardzo wielką przysługę, małą rzeźbę lamy. Dalej natknęli się na piramidę kamieni używaną w rytuałach sakralnych, które nakazywały wszystkim wiernym buddystom obowiązek dodania kamienia do stosu.
W Urga podróż przez pustynię wreszcie się skończyła, a Książę i jego świta mogli powrócić do zwyczajów cywilizacji. Tam był gościem rosyjskiego konsula, miał piękne łóżko mosiężne, mógł się kąpać i czuć się komfortowo, a jedzenie i napoje były doskonałe. Gospodyni zawsze osobiście przychodziła go wezwać na posiłki, ubrana w białą satynę, sama nakładała potrawy na jego talerz i nalegała, by się napił, mówiąc w swoim rosyjsko-niemieckim akcencie:
„Tr-r-inken Sie doch“.
Z Urgi grupa udała się do Godziadan (Kun-chu-ling), rosyjskiej kwatery głównej. Nie pamiętam, czy dowodził tam Kuropatkin[135], czy stary Liniewicz. Tam mój ukochany książę, jego dwaj rówieśnicy i jego honorowy rosyjski adiutant, hrabia Keller, oraz inni rosyjscy oficerowie z jego Ehrendienst (honorowej świty), mieszkali przez pół roku w pociągu kolejowym, który rzeczywiście bardzo lubił. Muszę powiedzieć, że takie mieszkanie byłoby dla mnie okropne.
Na początku rosyjski adiutant zajął się organizacją codziennych zadań i obowiązków, a jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił, było otwarcie kilku skrzynek z konserwami, które książę przywiózł ze sobą z Berlina (i których spodziewał się, że wystarczą na jakiś czas) i, z ich zawartością, zorganizowanie zakuski[136] (zakąski- przyp. tłumacza) na polu. To wcale nie było zamiarem mojego męża, i wtedy zdecydował, że Rathenow zajmie się organizacją codziennych zadań i obowiązków.
Rosyjski głównodowodzący żył dokładnie tak, jakby był w domu w Petersburgu, a mój mąż, który był jego sąsiadem, zaobserwował, że wiele butelek szampana zniknęło w jego salonowym powozie. Rosjanie byli zdumieni skromnością i hartem ducha księcia, zwłaszcza gdy w noc poprzedzającą bitwę pod Liaoyang został zakwaterowany w świątyni, gdzie spał na podłodze. Zapytany, co chciałby zjeść na kolację, odpowiedział: "Trochę wojskowego chleba".
Z pewnością Rosjanie nie byli zadowoleni, że książę nie tylko wszystko widział, ale także słyszał wszystko, co mówili, ponieważ rozumiał rosyjski; nie podobało im się również, że był świadkiem ich niepowodzeń wojskowych i zauważył nędzny stan ich armii. Wierzę, że stary Liniewicz, z którym był w bardzo dobrych stosunkach, nawet poprosił go o radę. Transporty rannych i chorych na tyfus nieustannie przechodziły przez Godziadan. Mój mąż towarzyszył umierającemu komendantowi w wizytach u tych nieszczęśników i był świadkiem, jak wielu z nich otrzymało Krzyż Świętego Jerzego za odwagę. Ale nawet to miało swoją komiczną stronę. Jeden z żołnierzy leżał nieprzytomny, nie dając oznak życia. Liniewicz uroczyście położył mu Krzyż na piersi, oddając ostatni honor umierającemu, ale książę dowiedział się później, że "umierający bohater" był tylko pijany. Książę spotkał księżną Eleonore Reuss[137], późniejszą królową Bułgarii, która przyjechała specjalnym pociągiem szpitalnym; spotkał także hrabinę Keller, siostrę swojego rosyjskiego adiutanta, która przyjechała, aby opiekować się chorymi i niestety zachorowała na tyfus i zmarła. Ale oprócz tych dwóch bohaterek słyszał kilka zabawnych historii o siostrach pielęgniarkach, a Rosja, jak mówiono, otrzymała znaczny dodatek do swojej i tak już dużej populacji - ale ta plotka jest powszechna na wszystkich wojnach. Warunki po bitwie pod Liaoyang musiały być straszne, ale książę nigdy nie narzekał na to ani na nic innego i był zbyt szczęśliwy, że był obecny podczas tej wielkiej bitwy. Przez czterdzieści pięć godzin byli pozbawieni wody i innych płynów. Kiedy nadszedł czas powrotu do kwatery głównej, było to niezwykle trudne, ponieważ rzeki wylały - co jest zwykłym zjawiskiem w Mandżurii. Jedna z rzek, którą musieli przekroczyć, była tak rwącym potokiem, że jeden z ludzi księcia został zmieciony na jego oczach i utonął.
*
A teraz muszę cofnąć się do tego, co w tym czasie działo się z nami w domu.
Tej nocy, gdy mój mąż wyjechał na wojnę, udałam się z córką i najmłodszym synem, w towarzystwie mojej uroczej i mądrej damy dworu, Fraulein von Knesebeck, Fräulein Schröder, mojego szambelana i wychowawczyni najmłodszego syna, do Naumburga, by pożegnać się z Fritzem i Fritzem Karlem przed wyruszeniem w długo planowaną podróż do Anglii.
Uważałam, że moja świta do podróży do Anglii jest już wystarczająco liczna, ale otrzymałam rozkaz "Z góry" dodania mojej Damy Dworu, hrabiny Schwerin. Noell, nauczyciel mojego syna (później pastor, który właśnie ożenił się z Fräulein Dunker, byłej guwernantki mojej córki), był w podróży poślubnej i dołączył do nas później. Wydaje mi się, że nie wspomniałam jeszcze z nazwiska mojego nowego szambelana, von Krosigka, którego przyjęliśmy na cześć i ku pamięci jego krewnego i imiennika, książęcego szambelana. Ów Herr von Krosigk nie był bynajmniej tym, kim był jego poprzednik, lecz dobrodusznym, wesołym człowiekiem, którego charakter okazał się jednak później niewystarczająco silny, by oprzeć się złośliwym wpływom pruskiego dworu. Kiedy otrzymał rozkaz z "góry", aby sporządzić raport na temat mojego zachowania w Anglii (prawdopodobnie stara zasada nadzoru pruskich książąt i księżnych, którzy w innych czasach odwiedzali zagraniczne dwory), podszedł do mnie i powiedział: "Sporządzimy raport razem". Później opowiem, jak załamał się w swoich dobrych zamiarach. Przenieśliśmy się najpierw do Londynu. Poprosiłam panią Florence Bishop, która była moją drogą przyjaciółką od czasów młodości w Pau, o znalezienie dla mnie domu w Richmond lub innym niewielkim miejscu niedaleko. Miałam przed oczami chatkę porośniętą różami. Florence Bishop śmiała się z pomysłu na różaną chatkę dla dwunastu lub trzynastu osób, i oczywiście nie udało się znaleźć takiego miejsca. Jednak w Twickenham odkryliśmy Rosslyn House, pięć minut od stacji St. Margaret's, skąd w krótkim czasie można było dotrzeć do Londynu. Moim życzeniem było być na wsi, ale wystarczająco blisko Londynu, aby móc tam chodzić na zakupy, koncerty itp. Byłam bardzo szczęśliwa w Twickenham, a zmiana otoczenia pomogła mi przetrwać okres separacji od męża. Dom, trzypiętrowa, przestronna rezydencja z pewnego rodzaju wieżą, otoczona był przyjemnym ogrodem i można było dojść do niej przez tynkowaną bramę, która dziwnym trafem wyglądała jak mały rzymski świątynny pawilon. Zwłaszcza moje pokoje, które znajdowały się na pierwszym piętrze, były bardzo przyjemne, i zamykałam się tam samotnie, gdy otrzymywałam telegramy od męża i śledziłam jego podróż przez pustynię Gobi na mapach. Gdy wysyłałam telegramy do Księcia, udawałam się do Londynu z Fraulein von Knesebeck, ponieważ była tylko jedna stacja telegraficzna w City, która zgodziła się wysłać je (na własne ryzyko) na pustynię, lub gdy tam dotarł, do Godziadanu w Mandżurii. Wiele z tych drogich telegramów nigdy nie dotarło do celu.
Mały dom był całkiem wygodny po pozbyciu się niektórych brzydkich mebli, przykryciu reszty ładnym kretonem i rozmieszczeniu moich własnych fotografii, ozdób itp. Jedyne, czego nie mogłam się pozbyć, to straszny zapach nafty w szafach i szufladach. Ale byłam bardzo szczęśliwa, że mam przy sobie moją córkę, która również miała przyjemny pokój, oraz mojego kochanego Fryderyka Leopolda, który chociaż nie miał jeszcze dziesięciu lat, już wtedy był tak czuły i troskliwy dla mnie, jakim jest dzisiaj. Wiedział, że tęsknię za zakończeniem wojny rosyjsko-japońskiej, ponieważ oznaczałoby to powrót jego drogiego ojca. Pewnego dnia, gdy jego korepetytor Noell czytał mu z gazety, że nie ma jeszcze nadziei na zakończenie wojny, powiedział:
"Schowajmy gazetę, żeby mama nie zobaczyła. Ale nie, myślę, że lepiej ją spalmy."
Dzieci kontynuowały naukę, a ja byłam szczególnie zadowolona, że w towarzystwie Agry, Fryderyk Leopold zaczął wcześnie rozwijać swój wyraźny talent artystyczny pod opieką pana Vereker'a Hamiltona[138]. Lekcje te odbywały się w dużej pracowni na szczycie domu wybitnego malarza w Sheffield Terrace, Campden Hill. Pod koniec pierwszej lekcji Agra zadziwiła pana Hamiltona, podpisując swój niezbyt fachowy rysunek V. M. H. Początkowo myślał, że podpisywanie jej rysunków jego inicjałami to zbyt daleko posunięte naśladowanie mistrza przez uczennicę, dopóki nie dotarło do niego, że jej inicjały są takie same jak jego własne - Victoria Margarethe Hohenzollern. Dzieci zaprzyjaźniły się z córką pana Hamiltona, obecnie panią Allen Leeper, która pewnego dnia oświadczyła się Fryderykowi Leopoldowi na szczycie kurnika. Odpowiedział, że najpierw musi zapytać mnie, a wkrótce młoda dama miała przykrość usłyszeć okrzyki śmiechu od pana Hamiltona i mnie, gdy Bébé - jak go czasami nazywaliśmy w tamtych czasach - przyszedł ze skromną propozycją swojej ukochanej. O tym, że dzieci były prawdziwymi przyjaciółmi, świadczy fakt, że pewnego razu Max i Moritz uderzyli pannę Hamilton w głowę rakietą tenisową. Innym razem, w towarzystwie pani Hamilton i jej córki, wybraliśmy się wszyscy na piknik do Hampton Court i zgubiliśmy się w labiryncie.
Przez dziwny przypadek poznałam sir Iana Hamiltona i porzucając incognito jako Frau von Hohenstein, powiedziałam mu, kim jestem, aby uzyskać od niego bezpośrednie wiadomości o moim mężu. Stało się to w następujący sposób. Miła guwernantka Agry, Fräulein Schröder, opowiedziała mi, jak pan Hamilton wspominał, że jego brat był na bankiecie w Kalkucie, gdzie siedział obok niemieckiego księcia. Natychmiast dałem znać panu Hamiltonowi, że chciałbym spotkać się z sir Ianem. Zaaranżował to i z godnym podziwu taktem zostawił nas samych na pogawędkę. Mój książę i generał byli sąsiadami przy stole w Kalkucie i byłam bardzo szczęśliwa, że otrzymałam tak bezpośrednie wieści. Sir Ian, który był brytyjskim attaché wojskowym przy siłach japońskich, nie mógł oczywiście zdradzić mojemu mężowi żadnych sekretów, ale odbyli interesującą rozmowę o sprawach wojskowych w ogóle.
Byliśmy oczywiście zupełnie incognito w Twickenham, co czasem prowadziło do zabawnych sytuacji. Moja córka brała lekcje tańca w Londynie, uczęszczając do prestiżowej klasy dla młodych dziewcząt, wśród których była córka hrabiego Bernstorffa, wówczas pracującego w ambasadzie niemieckiej w Londynie. Nauczycielką była słynna pani Wordsworth, która pewnego dnia nagle zawołała:
"Wiktoria! Gdzie jest ta dziewczyna, Wiktoria?"
Było to jeszcze bardziej zabawne, gdy wraz z Fräulein Schröder szukałam kierownika szkoły z internatem dla dziewcząt w Twickenham, aby spróbować znaleźć dla mojej córki towarzyszki w jej wieku; kiedy zapytałam ją, do jakich rodzin należą jej uczennice, odpowiedziała:
"Wszystkie są z twojej klasy, córki lekarzy, aptekarzy i sklepikarzy".
W innym przypadku próbowano nas przekupić, aby wziąć udział w pewnym lokalnym wydarzeniu, mówiąc nam, że zobaczymy całkiem blisko "Jej Królewską Wysokość".
Szkolenie wojskowe Fryderyka Leopolda rozpoczęło się w Twickenham i było prowadzone przez jego lokaja Wille'a, który był starszym sierżantem. Wczesne ćwiczenia miały miejsce w ogrodzie, ale później musiały odbywać się w domu, ponieważ Max i Moritz nie dawali biedakowi spokoju i, ze względu na ich zaawansowany poziom wiedzy wojskowej, ciągle dokuczali mu z powodu jego niezdarności.
Oczywiście dużo jeździłam na rowerze z Fräulein von Knese-Beck lub Fräulein Schröder, a czasami towarzyszyły nam moje dzieci. Najpiękniejsza jest angielska wiosna z mnóstwem dzikich kwiatów; odbyliśmy urocze wycieczki do Windsoru, Esher, Hampton Court i innych pięknych miejsc, lub do wspaniałych ogrodów Kew, gdzie szczególnie zafascynował mnie skromny mały dom znany jako Pałac Kew, jeden z domów z dzieciństwa mojej prababki, Karoliny Matyldy, "Królowej Łez".
Wszyscy byliśmy niestrudzonymi turystami, a pani Vereker Hamilton i jej córka czasami towarzyszyły dzieciom w galeriach, muzeach i teatrach. Bardzo rzadko zabieraliśmy mojego szambelana, von Krosigka, ze sobą na nasze wyprawy; był więc bardzo urażony i zemścił się, donosząc o mojej jeździe na rowerze do Poczdamu. Chociaż hrabina Schwerin była osobiście bardzo miła, nie miałam potrzeby posiadania Mistrzyni Strojów w moim prostym życiu incognito; nie było dla niej miejsca w naszej willi, więc mieszkała z Krosigkiem i jego żoną (którą sprowadził na własny koszt) w hotelu Star and Garter w Richmond. Naturalnie przychodziła bardzo często, zazwyczaj przeszkadzając mi, gdy improwizowałam muzykę do piosenek, które lubiłam.
To, że zarówno Krosigk, jak i hrabina Schwerin byli niezadowoleni, że widuję ich tak rzadko, było naturalne, ale naprawdę nie mogłam wymyślać dla nich obowiązków, a ich obecność była jedynie źródłem wydatków. Oczywiście miałam dodatkowy zasiłek z konta męża, ale hrabia Henckel[139] zorganizował to tak oszczędnie, że musieliśmy oszczędzać na wszystkim, chociaż wiedział, że gdybyśmy pozostali w Glienecke, nasze wydatki byłyby znacznie większe niż w Anglii. Stałam się jednak odporna na wszelkiego rodzaju drobne irytacje.
Cesarz nakazał mi wrócić do Berlina na ślub księcia następcy tronu Wilhelma[140]. Na tę ceremonię musiałam zabrać ze sobą z Anglii trzyosobową świtę z ich służbą i moją własną, i jak zwykle musiałam za wszystko zapłacić. Henckel przeszedł samego siebie przy tej okazji. Wysłałam mu wiadomość, że zatrzymam się w Glienecke, ale odpowiedział, że to spowoduje zbyt duże koszty i że powinnam zatrzymać się w naszym pałacu w Berlinie. Powiedziałam, że wiem, że w Glienecke zawsze jest kucharz i pokojówka - co było dla mnie wystarczające - i że tam zostanę, na co on pozwolił sobie odpowiedzieć, że muszę wtedy wziąć odpowiedzialność za moje działanie przed ministrem królewskiego dworu! (Henckel sprzeciwiał się mojemu pobytowi w Glienecke tylko dlatego, że nie chciał, abym widziała, jak on tam zarządza). Jedną rzeczą, którą zauważyłam, było to, że podobnie jak Nikisch-Rosenegk, osobiście korzystał z ulubionych koni księcia, co, jak powiedziałam wcześniej, było absolutnie zabronione[141].
Krosigk, mówiąc o mojej jeździe na rowerze, stworzył dla mnie bardzo nieprzyjemną sytuację. Byłam szczególnie zirytowana, gdy książę Solms[142], który nie miał nic wspólnego z nami, księżnymi, wysłał mi wiadomość, że jeśli z tego nie zrezygnuję, poinformuje cesarzową, że oddawałam się tej rekreacji w Anglii. Muszę teraz opowiedzieć, jak mój wuj Krystian, brat mojego ojca, który uwielbiał mnie "drażnić", wykorzystał tę sprawę. Na każdym weselu na pruskim dworze po uroczystej kolacji odbywał się Fackelzugtanz (taniec z pochodniami), który opisałam przy okazji mojego własnego wesela. Wujek Krystian był oczywiście na ślubie księcia następcy tronu i podczas Fackelzugtanz za każdym razem, gdy go mijałam, prowadzony przez jednego z książąt, mruczał do mnie jakąś uwagę na ten temat. Za pierwszym razem:
"Jeździłaś na rowerze w Anglii".
Za drugim razem:
"Solms poinformuje cesarzową".
Za trzecim:
"Zostaniesz aresztowana".
Naturalnie byłam bardzo poirytowana tym nowym kłopotem, który groził zakłóceniem mojej niewinnej wakacyjnej rozrywki. Tego wieczoru poszłam do mojego brata, który obiecał porozmawiać z Solmsem; następnego dnia przyszedł do mnie Krosigk i powiedział mi, że Solms powiedział, że cesarzowa nie może zabronić mi jazdy na rowerze w Anglii, ponieważ jestem tam incognito. Po otrzymaniu tej wiadomości wykrzyknęłam:
"Czy Solms oszalał? A może ty? A może ja?"
Ale zostałam zaproszona na rozmowę z Jej Królewską Mością, która była dosyć zaniepokojona tą sprawą. Zaczęła od początku, przejrzała całą sprawę i ponownie chciała, żebym obiecała zrezygnować z jazdy na rowerze. Ale ja, ta niegrzeczna dziewczynka, nie chciałam jej tego ułatwić i kontynuowałam jeżdżenie na rowerze w Anglii, podwajając przyjemność z moich pięknych przejażdżek, jak to się dzieje z każdym zakazanym owocem.
Musiałam skorzystać z okazji ślubu następcy tronu, aby uzyskać zgodę od Cesarza na to, aby moi chłopcy mogli spędzić letnie wakacje ze mną w Anglii. Na Wielkanoc nie mieli pozwolenia na przyjazd, ale na szczęście ślub przypadł na okres wakacji wielkanocnych, więc mogłam mieć ich ze mną w Glienecke. Otrzymałam odpowiednie zezwolenie cesarsko-królewskie na ich letnią wizytę w Anglii, co uczyniło moje rozstanie z nimi łagodniejszym, niż by to było w innym przypadku.
Nigdy nie zapomnę wycieczki, którą po przybyciu dwóch starszych chłopców odbyłam na regaty w Henley z całą czwórką dzieci i Fräulein Schröder. Pojechaliśmy koleją i oczywiście, jak na taką okazję, elegancko ubrani. Było bardzo gorąco i nagle chłopcy zaczęli się szamotać, co ostatecznie zakończyło się rozdzieleniem ich w przeciwne końce przedziału. Na rzece Max i Moritz kołysali łodzią tak, że wszystkim nam groziło wpadnięcie do rzeki. Innym razem, gdy poszliśmy na herbatę do miejsca zwanego Puddle Inn, dwaj starsi chłopcy dokuczali Fryderykowi Leopoldowi tak strasznie, że ja, która nigdy nie uderzyłam swoich dzieci, tak się rozgniewałam, że uderzyłam ich moją parasolką i w ten sposób złamałam ją na pół, ku wielkiej uciesze moich dwóch złych chłopców - których oczywiście wcale to nie zabolało. Ale pomimo wszystkich ich sztuczek, ponieważ byli prawdziwymi chłopcami, byłam bardzo szczęśliwa, że przez chwilę miałam przy sobie Maxa i Moritza. Bardzo zabawna była ich mała wojna z moją angielską kucharką, która miała zamiłowanie do obcych kotów; ponieważ moi synowie tego nie podzielali, zawsze je przeganiali. Kucharka nieustannie ich za to beształa, a pewnego razu Fritz Karl ze swoją wielką siłą szybko uporał się z jej pretensjami, podnosząc ją i niosąc do połowy schodów. Często wychodziła, mówiąc, że idzie do sąsiedniego kościoła pomodlić się za chłopców, aby stali się lepsi, ale oni twierdzili, że w rzeczywistości szła do najbliższego pubu, gdzie odświeżała się i wzmacniała szklanką piwa - co moim zdaniem było prawdą. Często podróżowałam koleją podziemną, ponieważ Henckel przysłał mi tak mało pieniędzy, że musiałam być bardzo oszczędna; raz, kiedy towarzyszył nam Krosigk, bardzo go to irytowało, bo uważał tę tanią i wygodną formę podróżowania za zbyt mało ekskluzywną!
Niestety musieliśmy opuścić piękną Anglię znacznie wcześniej, niż chciałam, z powodu rozpoczęcia służby wojskowej Fryderyka Leopolda. W przeciwnym razie chętnie pozostałabym tam do powrotu mojego męża.
Wróciliśmy do Glienecke kilka dni przed dziesiątymi urodzinami Fryderyka Leopolda, które przypadły 27 sierpnia. Prosiłam byłego adiutanta mego męża, wówczas dowodzącego Pierwszą Gwardią Pieszą, aby uprzejmie obejrzał jego mundur i przeprowadził go przez ćwiczenia. Wielki dzień minął szczęśliwie, a Fryderyk Leopold, podobnie jak jego bracia wcześniej, pomyślnie przeszedł wszystkie swoje "prezentacje". Jednakże brak ukochanego ojca w tak ważnym dniu był powodem do smutku.
W październiku książę powrócił po ośmiomiesięcznej podróży i wszystkich niebezpieczeństwach wojny, przez które, dzięki Bogu, przeszedł bez szwanku. Byłam bezgranicznie szczęśliwa i wdzięczna za jego bezpieczeństwo i szczęśliwy powrót do domu.
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
Nasze dzieci dorastają, a Agra wychodzi za mąż. 1907-1913
W kwietniu 1907 roku mój najmłodszy syn, który był znacznie mniej przygotowany do wojskowego wykształcenia niż jego bracia, został z rozkazu cesarza zabrany z domu i wysłany do Akademii Kadetów w Lichterfelde[143], niedaleko Poczdamu, do której Max i Moritz zostali przeniesieni jakiś czas wcześniej. Nie miał jeszcze dwunastu lat i zawsze był do mnie szczególnie przywiązany, i tak pozostało do dziś. Miał autentyczne zamiłowanie do piękna natury i sztuki, że z pewnością cierpiał z powodu surowego szkolenia wojskowego. Jego miły wychowawca, Herr Noell, ze swoją mądrą, serdeczną żoną, na szczęście pojechali z nim i mieszkali razem; ale oczywiście dowodził nim kapitan von Gärtner, jego gubernator wojskowy, i wkrótce przekonałam się, że nie był mądry, ale pedantyczny i ograniczony w poglądach. Chociaż sam miał kilkoro dzieci, nie rozumiał zbyt wiele z ich wychowania. Nie rozumiał on nigdy mojego najmłodszego syna, który nie tylko miał delikatne zdrowie od urodzenia, ale jak to czasem bywa u dorastających chłopców, nadwyrężył serce. Nasz dobry lekarz z Lichterfelde, który nie aprobował metod Gärtnera, zalecił Fryderykowi Leopoldowi kilkudniowy odpoczynek w łóżku. Kiedy uznał, że to jest stosowne, Gärtner trzymał chłopca surowo samotnie w zaciemnionym pokoju; jedno z jego drobnych prześladowań polegało na zawieszeniu lekcji rysunku jako kary. W Lichterfelde dochodziło do pewnego rodzaju znęcania, podobnie jak w większości angielskich szkół publicznych, i oczywiście Friedrich Leopold doświadczył tego na własnej skórze. Dowiedziałam się o tym wszystkim dopiero później, co było szczęśliwe, ponieważ bardzo by mnie to zaniepokoiło.
Oprócz zajęć szkolnych chłopcy jeździli konno, na rowerach, grali w tenisa, piłkę nożną i hokeja. Muszę przyznać, że nigdy do końca nie rozumiałem dziwnego zwyczaju Lichterfelde jedzenia śniadania na stojąco, co uważałem za szkodliwe dla ich zdrowia. Gärtner miał absurdalny pomysł, że dorastający chłopcy nie powinni kąpać się wieczorem. Nasze dzieci były oczywiście przyzwyczajone do kąpieli rano i wieczorem i, jak można sobie wyobrazić, bardzo tęskniły za wieczorną kąpielą. Ponieważ oczyszczająca i odświeżająca kąpiel wydawała mi się niezbędna po ćwiczeniach fizycznych, uzyskałam pozwolenie, aby każdego wieczoru mieli przynajmniej mały dzbanek wody wlewany do wanny i musieli sobie z tym radzić najlepiej, jak potrafili.
Wtedy Fritz był bardzo zajęty projektowaniem swojego pierwszego samolotu; Gartner, zamiast okazywać zainteresowanie i zachęcać go, jedynie żartował sobie z tego.
"Zostaw go w spokoju," powtarzałam, bo moim zdaniem mądre i konieczne jest wspieranie naturalnych zainteresowań i wrodzonych talentów dzieci. Pamiętam, że nawet podróżując do Anglii jako dość mały chłopiec, Fritz majstrował przy zabawkowych samolotach, prosząc siostrę o pomoc w trzymaniu razem kawałków patyczków. Zachował tę pasję, a później ojciec pozwolił majstrować mu majstrowi w naszej warsztatowej w Parku. Kontynuował to hobby, a później jego ojciec pozwolił brygadziście z naszego warsztatu w parku pomagać mu.
W międzyczasie nasza córka kontynuowała naukę w Glienecke. Do momentu, gdy mój najmłodszy syn wyjechał do Lichterfelde, miała lekcje matematyki u jego nauczyciela. Biedakowi trudno było wstawać na te lekcje; Agra wstawała wcześnie i była bardzo punktualna, często stawała pod jego oknem i wołała "Herr Noell", aż się obudził; później wyznał mi, że nigdy nie spotkał nikogo z większą miłością do matematyki niż ona. Pomimo jej zamiłowania do jazdy konnej i pływania, z przykrością stwierdzam, że nie obchodziły jej moje dwie ulubione rekreacje, tenis i jazda na rowerze. Jeśli chodzi o sprawy domowe, była bardzo dobrym cukiernikiem.
Agra nigdy nie zapominała o urodzinach czy dniu ślubu i na każdą okazję miała przygotowany prezent; pamiętała nawet o dniu ślubu starego Neumanna, małego staruszka, który zamiatał dziedziniec Zamku Myśliwskiego. Wszystkie moje dzieci były bardzo hojne, zwłaszcza Fryderyk Leopold, i wszystkie uwielbiały dawać prezenty - cecha odziedziczona po ojcu. Wszystkie miały doskonałą pamięć, co było cechą charakterystyczną Hohenzollernów. Mój wujek Krystian, który upodobał sobie robienie niemiłych uwag - czasem tylko dla żartów - często mawiał do mnie: "Moje drogie dziecko, masz pamięć kury". Muszę więc założyć, że nie odziedziczyli pamięci po mnie. Zawsze bardzo bolało mnie moje zapominanie różnych rzeczy. Moja córka miała, oprócz swojej hohenzollernowskiej pamięci, wyraźną cechę pruskiego militaryzmu w żyłach, i zawsze rozbawiało mnie — zupełnie pozbawioną tej cechy — patrzenie, jak uczy się i zapamiętuje Księgę Armijną, podczas gdy układano jej włosy! Ta cecha była bardzo wyraźna u mojej szwagierki, księżnej Connaught, oraz u mojej siostrzenicy, Lotty Oldenburg. Moja córka, będąc jeszcze dziewczyną, wyraziła nawet życzenie, żeby dźwięki pruskiego marszu wojskowego towarzyszyły jej aż po grób!
1910
Kiedy dwaj starsi chłopcy opuścili Lichterfelde, aby wstąpić do Pierwszej Gwardii Pieszej, ponownie zaczęłam walczyć o mojego najmłodszego syna. Wiedziałam, że nie był szczęśliwy w Lichterfelde, a teraz, gdy jego braci już tam nie było, myśl o jego samotności była dla mnie nie do zniesienia. W końcu, po wielu walkach, wielu zmartwieniach, z pomocą Boga, uzyskałam pozwolenie na jego powrót do Glienecke pod warunkiem, że będzie kontynuował naukę z kolegami z Lichterfelde. Udało się to jakoś załatwić i zostali zakwaterowani w parku w szwajcarskiej chatce najbliżej Zamku Myśliwskiego, którego niektóre pokoje zostały przekształcone w sale szkolne. Mistrzyni Strojów i damy dworu przeniosły się do innego szwajcarskiego domku, a ich apartamenty w Cavalier Haus zostały przekazane Fryderykowi Leopoldowi i jego gubernatorowi wojskowemu, baronowi von Schleintzowi. (który zastąpił von Gärtnera). Kilku nauczycieli z Lichterfelde kontynuowało jego edukację, dopóki Fryderyk Leopold nie uzyskał matury. Chociaż widywałam go rzadko, ponieważ studia pochłaniały większość jego czasu, miałam przyjemność czuć, że jest blisko mnie.
Dwaj starsi chłopcy, którzy mieli teraz odpowiednio osiemnaście i dziewiętnaście lat, musieli zdać egzamin wojskowy, zanim podjęli regularną służbę w Pierwszej Gwardii Pieszej. W tym czasie mój mąż przebudował i wyposażył dla nich ich własny dom. Położony przy berlińskiej ulicy Chaussée, w pobliżu Starego Zamku i Zamku Myśliwskiego, został zbudowany przez jego dziadka, starego księcia Karola, który jednak wydzierżawił go Fernauowi, właścicielowi restauracji. To była wielka radość dla nas obojga, że mogliśmy zainstalować ich tak blisko nas, a oni byli zachwyceni Haus (domem) Glienecke, jak zdecydowaliśmy się go nazwać. To jest teraz mój dom. Ich ojciec nie tylko dobudował stajnie i garaż, ale także kosztowny kort tenisowy i podarował każdemu z nich samochód. W tych pierwszych dniach, kiedy chłopcy byli na służbie w Pierwszej Gwardii Pieszej, Fritz Karl mógł poświęcić wiele czasu swojemu ukochanemu sportowi, podczas gdy Fritz był głęboko pochłonięty ulepszaniem swojego samolotu.
W tamtym czasie mieliśmy komicznego głównego ogrodnika o imieniu Dust, który bardzo nas rozbawiał, opowiadając o "Siłach Żywiołów" za każdym razem, gdy jakieś szkody zostały spowodowane przez deszcz lub burzę. Od dzieciństwa chłopcy bardzo mu dokuczali; jeśli na przykład chcieli zaprzęgnąć małego sardyńskiego osiołka do włoskiego wózka, wzywali go do pomocy; podjeżdżał na swoim rowerze, opierał go o drzewo, a gdy pomagał, jeden z nich spuszczał powietrze z jego opony - co było naprawdę bardzo paskudne z ich strony. Pewnego wieczoru ogłoszono alarm, że wybuchł pożar w oranżerii (przy Starym Zamku), gdzie za zgodą ojca znajdował się samolot Fritza. Na szczęście pożar został wykryty na czas. Mój mąż, wszystkie dzieci i ja udaliśmy się tam dość późnym wieczorem, aby zabezpieczyć maszynę.
Po drodze mój najstarszy syn zapukał do drzwi Dusta, aby go obudzić, a on, myśląc, że jest tylko drażniony, odmówił wstania. Wtedy Fritz krzyknął:
"Tata tu jest".
To go przyciągnęło, ale ku naszemu wielkiemu rozbawieniu, wątpliwy głos zawołał przez drzwi:
"Papan...? O tej porze?"
Cała ta wesoła nonszalancja była typowa dla Glienecke. Później samolot został umieszczony w szopie w Bornstedter Feld i szczególnie miło wspominam, jak wszyscy wstaliśmy między czwartą a piątą rano, aby zobaczyć jego udany pierwszy lot. To był naprawdę wspaniały dzień i wszyscy czuliśmy się niezwykle dumni z Fritza.
Będąc entuzjastyczną sportsmenką, ku mojej wielkiej radości, Fritz Karl powierzył mi swoje plany, opowiadając mi o nich, na co oczywiście słuchałam z ogromnym zainteresowaniem; w rzeczywistości często byłam obecna przy rozpoczęciu jego biegów i innych zawodów. Jego ojciec, wychowany w surowy, staroświecki sposób, nie pochwalał biegania, uważając je za zbyt publiczną rozrywkę dla księcia. Pewnego dnia, gdy otworzył egzemplarz gazety Sport im Bild, natknął się na zdjęcie Fritza Karla jako pierwszego na mecie przy Brandenburger Tor; poczułam się raczej zdruzgotana, gdy powiedział tylko:
"Czy to nie numer dwa?". (Nasi synowie byli zwykle określani przez ojca jako Numer Jeden, Numer Dwa i Numer Trzy).
Fritz Karl nie tylko zachęcał swojego starszego brata do uprawiania lekkoatletyki, ale także namawiał swoich osobistych przyjaciół do tego samego; wśród tych, którzy to zrobili, byli dwaj chłopcy z rodziny Trotha, Hans i Christoph, którzy od dzieciństwa bawili się z naszymi chłopcami w Glienecke. Hans rzeczywiście dzielił pasję do sportu z moimi dwoma starszymi synami. Był bardzo dobrym biegaczem, ale nigdy nie zdobył pierwszego miejsca, ponieważ zawsze zajmował je Fritz Karl. Kiedy został upomniany przez dowódcę Pierwszej Gwardii Pieszej, pułkownika von Friedeburga, za udział w publicznych zawodach lekkoatletycznych, Fritz Karl spokojnie zaprosił pułkownika i innych wyższych oficerów, aby przyjść i obejrzeć zawody — i przyjęli to zaproszenie. Po tym incydencie coraz więcej oficerów zaczęło uprawiać lekkoatletykę, i można śmiało powiedzieć, że Fritz Karl był pionierem dla młodzieży swojej epoki.
Ale jak wyczerpujące było jego szkolenie! Bez palenia, bez picia, wczesne godziny; a Kees, holenderski masażysta z klubu tenisowego Rot-Weiss, stał się jego stałym opiekunem. Fritz Karl regularnie grał tam w tenisa, a w piękne letnie wieczory uwielbiał siedzieć przed domem klubowym nad Grunewald See, jedząc kolację ze swoimi kompanami. Byłam bardzo dumna, gdy raz poprosił mnie, abym była jego partnerem w turnieju. (Oczywiście dostałam dobrą przewagę.) W tych turniejach mój syn zawsze grał jako "Herr Karl". Raz, gdy brał udział w Wimbledonie, bardzo miło było mi czytać w gazetach wszystko o zawodach, a zwłaszcza cieszyła mnie wypowiedź dziennikarza, który użył zwrotu, który jest powszechnie używany w Anglii: "I take off my hat to Herr Karl" ("Zdejmuję kapelusz przed panem Karlem").
Podczas gdy Fritz Karl trenował do Fünfkampf[144], Fryderyk Leopold zdawał maturę; zdał bardzo dobrze i byłam z niego niezwykle dumna. Wydarzenie to było oczywiście odpowiednio świętowane przez jego nauczycieli i kolegów ze studiów. Dzień Fünfkampfu zbiegł się z pierwszym dniem służby Fryderyka Leopolda w Gwardii Pieszej; mimo to był w stanie eskortować mnie na berliński stadion, gdzie oglądaliśmy zawody pływackie, podczas których, ku naszemu tajnemu rozbawieniu, hrabina Schwerin była zgorszona skąpością kostiumów kąpielowych. Największe emocje wzbudził jednak fakt, że drogi Fritz Karl zdobył pierwszą nagrodę w biegach. Co za dreszczyk emocji poczułam, gdy sfotografowano go w długim płaszczu, idącego między mną a Fryderykiem Leopoldem. Moja przyjaciółka, Frau von Wallenberg, powiedziała, że wyglądałam tak dumnie, jakbym prowadziła zwycięzcę Derby. O ile pamiętam, pięć konkurencji w Fünfkampf obejmowało szermierkę, strzelanie, jazdę konną, bieganie i pływanie. Nawet cesarz był miły i uprzejmy i wręczył Fritzowi Karlowi pierwszą nagrodę.
Dla Fryderyka Leopolda służba wojskowa była bardzo trudna, a głównym powodem było to, że jego słabe serce nie było w stanie sprostać wymaganiom stawianym przez jego szybki wzrost; dlatego zarówno sport, jak i zajęcia wojskowe nadwyrężały jego siły. Jego lekarze powiedzieli mi, żebym się nie martwiła, ponieważ ta słabość stopniowo będzie mijać; ale zabronili mu wzięcia udziału w manewrach w Döberitz w tym roku. Chociaż mieliśmy aż siedem zaświadczeń lekarskich potwierdzających jego niezdolność, cesarz wydał rozkaz, że nasze życzenia mają zostać zignorowane, a Fryderyk Leopold musiał być obecny. Dowódca generalny, von Hahnke, który był bardzo uprzejmy i humanitarny, zauważył palpitacje chłopca i drżenie jego dłoni, gdy trzymał lornetkę po ciężkim galopie. Jak przewidzieli lekarze, rezultatem było załamanie; zarządzono odpoczynek, a Fryderyk Leopold został odesłany do Glienecke, gdzie długo dochodził do siebie.
Bezduszność i prześladowania, które nasza rodzina musiała znosić z "góry", przebiegały przez nasze życie jak czerwona nić, tak że - choć było to tragiczne - z czasem zaczęło mi się wydawać, że moi synowie nie mogą dogadać się ze swoimi pierwszymi kuzynami, synami mojej własnej siostry. Ich niechęć zaczęła się dosłownie w kołysce. Jako małe dziecko Fritz leżał śpiący na kolanach swojej pielęgniarki w powozie gotowym do jazdy, gdy nagle Joachim[145] - który był o rok młodszy - podrapał mojego małego chłopca w twarz. Kiedy odbywali swoją pierwszą służbę w Gwardii Pieszej, nasi dwaj najstarsi synowie nieustannie ciągnęli Joachima za nogę - co było bardzo nierozsądne, ponieważ wszystko zostało zgłoszone jego ojcu. Pewnego razu, gdy Joachim przyjechał konno, Fritz powiedział:
"Lubisz jeździć konno?".
"Tak, bardzo".
"To dlaczego nie nauczysz się siedzieć na koniu?". Joachim był wściekły.
Rozprzestrzeniano różne opowieści dotyczące naszych dwóch starszych synów. Jedna z nich mówiła, że widziano ich w niepożądanych miejscach w cywilnych ubraniach, co oczywiście wywoływało wiele nieprzyjemności. Moi synowie twierdzili, że to Auwi (skrót od August Wilhelm)[146] snuł plotki. Jednak nie mogłam w to uwierzyć. Spotykaliśmy się często z Auwi, ponieważ poślubił drugą córkę Calmy, i wszyscy go lubiliśmy, więc postanowiłam pojechać do niego i zapytać. Byłam bardzo oburzona, gdy przyznał się do tego. Jak mógł! On i jego żona ciągle świetnie się bawili w Berlinie, co było sprzeczne z surową etykietą narzuconą pruskim rodzinom królewskim. Mimo to Auwi plotkował o moich synach! Krew we mnie zakipiała, i powiedziałam mu, że pójdę do cesarzowej i opowiem jej nie tylko o nim samym, ale także o wątpliwym zachowaniu Joachima i o ich jedynej siostrze Luizie, która, jak wiedziałam, lubiła zabawy. Błagał mnie, abym tego nie robiła, twierdząc, że mogłoby to spowodować atak serca u jego matki, więc powstrzymałam się. Po uzyskaniu ode mnie tej obietnicy natychmiast poszedł i opowiedział jej wszystko o naszej rozmowie! Po tym zerwałam wszelkie kontakty i relacje z Auwi.
Nie chciałabym, aby czytelnicy myśleli, że więź między moją starszą siostrą a mną była kiedykolwiek inna niż bliska i serdeczna. Miała swoje trudności, tak jak ja miałam swoje. Pomimo napiętych stosunków oficjalnych zawsze mi pomagała, jak tylko mogła. Na przykład, gdy książę i ja byliśmy na polowaniu w jego siedzibie w Karyntii jesienią 1910 roku, przyjaźnie zajmowała się dziećmi, które były w domu. W jednym z jej listów znajduję następujące charakterystyczne słowa zawarte w telegramie:
Nowy Pałac, 7 października 1910 roku
Godzina 8:18 rano
Dla Księżnej Fryderyka Leopolda w St. Andrae.
Serdeczne podziękowania dla ciebie i Fritza za wasze uprzejme życzenia. Wilhelm przebywa w Cadinen. Cecylia i dziecko są, dzięki Bogu, bardzo zdrowi. Wasze czworo dzieci jadło wczoraj u mnie.
Wiktoria.
Charakter ich zainteresowań wpłynął na wybór kierunków studiów wszystkich moich synów. Nasi dwaj starsi synowie postanowili nie studiować prawa, co było zwyczajem większości pruskich książąt, lecz zająć się czymś bardziej praktycznym, co ich naprawdę interesowało. Zainteresowanie Fritza samolotami i sterowcami skłoniło go do podjęcia studiów inżynieryjnych, podczas gdy Fritz Karl zamierzał studiować leśnictwo i rolnictwo, z dalszym zamiarem zdobycia w przyszłości pewnej wiedzy z zakresu bankowości. Z pewnością byłoby bardzo przydatne, gdyby ktoś z rodziny był kwalifikowany do opieki nad ziemiami i lasami w Flatow i Krojanke, zamiast polegać na nieuczciwych agentach ziemskich.
Jako swoją uczelnię Fritz wybrał Berlin z zamiarem nadzorowania swoich prac nad samolotami na Bornstedter Feld; Fritz Karl wybrał Eberswalde, ponieważ znajduje się ono w odległości trzydziestu mil od Berlina, centrum wszystkich rozrywek, a my, jako rodzice, cieszyliśmy się z myśli, że będą nadal mieszkać blisko nas w swoim małym domu Glienecke. Nie było to dla nich daleko ani samochodem do Berlina, ani do Eberswalde, ale, jak zwykle, życzenia rodziców i synów zostały zignorowane. Cesarz wydał rozkaz, że oboje powinni studiować w Göttingen. (Pruscy książęta zawsze studiowali w Bonn, tak jak sam cesarz to uczynił.) Fritz odwołał się do cesarza, zwracając uwagę na niemożliwość porzucenia swojego kosztownego samolotu i pracy, i z radością mogę powiedzieć, że uzyskał swoją wolę — było to tak niesamowite, że nawet dzisiaj wydaje się to niewiarygodne! Niemniej jednak oznaczało to, że Fritz Karl musiał sam udać się do Göttingen. Co więcej, był bardzo niechętny do rezygnacji ze wszystkich swoich różnych sportowych zainteresowań i zajęć; dlatego po długich rozważaniach ostatecznie zdecydowaliśmy, że lepiej będzie dla nich, jeśli w ogóle nie pojadą na uniwersytet, ponieważ nie będą mogli zrealizować swoich pierwotnych planów.
Po odbyciu uroczystej służby w Pierwszej Gwardii Pieszej od dziesiątego roku życia, mieliśmy nadzieję, że obaj dostaną się do kawalerii, najlepiej do Gwardii Przybocznej, do których ich ojciec zapisał ich nazwiska, gdy dowodził pułkiem w roku, w którym urodził się Fritz Karl. Jeśli nie do Gwardii, chcielibyśmy jednego z innych pułków kawalerii stacjonujących w Poczdamie. Po wiosennej paradzie w 1913 roku, w zamku w Berlinie, rozmawiałam o tym z szefem gabinetu wojskowego, baronem von Lynckerem.
"Jego Wysokość już wydał rozkazy".
Ta wymijająca odpowiedź nie brzmiała zbyt optymistycznie i domyślając się z jego miny, że szykuje się kolejna niemiła niespodzianka, nalegałam:
"Czy zatem nasi synowie mają zostać odrzuceni?".
Otrzymałam tylko tę samą odpowiedź.
*
Teraz muszę coś powiedzieć o stronie sportowej życia księcia, z której czerpał tyle zdrowia i szczęścia.
Tuż przed bierzmowaniem mojego najmłodszego syna mój mąż wynajął domek myśliwski w Styrii, gdzie spędziliśmy cudowną wiosnę. W pierwszych latach nie towarzyszyłam mu w górach, ponieważ lubiłam być z dziećmi, ale w późniejszych latach zawsze to robiłam, i rzeczywiście było to jedno z największych przyjemności naszego małżeństwa – im dłużej byliśmy małżeństwem, tym więcej czasu spędzaliśmy razem; im bardziej dzieliliśmy obowiązki i przyjemności, nasze radości i smutki, tym byliśmy szczęśliwsi. Chatka myśliwska położona w Salzkammergut, na szczycie Sillalp, wymagała pokonania ostatnich odcinków pieszo, i byłam bardzo rozbawiona, gdy mój mąż szedł z przodu w swoim zwykłym szybkim tempie, zauważając, że młody Austriak w mundurze, który nam towarzyszył, nie był w stanie dotrzymać mu kroku. Nie pamiętam, czy był majorem dystryktu, czy kimś w tym rodzaju, który uważał, że jego obowiązkiem jest nas przyjąć i eskortować. Z pewnością był bardzo zadowolony, gdy na szczycie zaoferowano mu filiżankę kawy, "einen Schwarzen", jak mówią Austriacy.
Sekretarz prywatny księcia, Major Seits, bardzo się postarał o organizację. Jeden mały pokój zawierał nasze duże łóżka z mosiądzu w stylu angielskim, a w tym pokoju musiałam się myć, ubierać i układać włosy; mój mąż ubierał się w drugim pokoju, a kiedy zakończył kąpiel w wannie do masażu, była ona usuwana, i nagle stawała się naszą jadalnią. Nasi służący korzystali z balkonu do czekania. Tom, duży seter, ulubiony księcia, zawsze był obecny. On, a później suka, były prezentami od naszych dzieci dla ich ojca. Tom spał u naszych łóżek; jeśli, niestety, zapomniałam czegoś i chciałam to przynieść, musiałam wyjść u stóp mojego łóżka i wspiąć się nad legowisko psa – całkiem akrobatyczny wyczyn. Nad mosiężnymi łóżkami wisiała sentencja, która, o ile się dobrze orientuję, brzmiała mniej więcej tak: "Niech Władca polowania ma łaskę Diany i szczęście myśliwego." Mój drogi książę, który, mimo że wyglądał na bardzo poważnego, nie mógł oprzeć się żartowi, chichotał z tego i chciał wiedzieć, czy mam być Dianą, a jeśli tak, to lepiej zadbać o moją sylwetkę.
Major Seits wydał polecenie, aby po naszym przyjeździe kucharz i pokojówka, których zatrudnił w Bad Aussee, powitali nas jodłowaniem; książę nie lubił jodłowania, tak samo jak nie lubił zamieszania i hałasu. Wydaje się niewiarygodne, że nawet w górach byliśmy zobowiązani podróżować z Damą Dworu i Oficerem Służby Dworskiej, a gdy byli posłuszni, często potajemnie wypuszczaliśmy ich do sąsiedniej wioski, aby czasami być zupełnie sami. To oczywiście było o wiele bardziej przyjemne dla nich – i dla nas. Cały dzień spędzaliśmy na polowaniu, ale co mieli robić oni? Podczas pobytu na Sillalp mieszkali w Bad Aussee, gdzie musieliśmy dla nich wynająć dom, zatrudnić pokojówkę i zorganizować wyżywienie. Drogo nas to kosztowało za naszą prostotę.
Przez pewien czas wynajmował obszar łowiecki w okolicy Sankt Andrae w Karyntii. Zbudował uroczy domek na posesji z przytulnym salonem, dwiema łazienkami i innymi udogodnieniami. Jednak, ponieważ zwierzyna była często kłusowana podczas naszej nieobecności, ostatecznie zrezygnował z miejsca z obrzydzeniem. Posesja należała do Duńczyka, a jego zarządcą był sympatyczny stary austriacki gajowy o nazwisku Pichler. Niezwykłe jest, aby najemca budował dom na wynajmowanej posesji, ale mąż, uwielbiający wysokości, wybudował ten uroczy domek z wspaniałym widokiem; pozwolono mu to zrobić pod warunkiem, że w razie rezygnacji z najmu domek stanie się własnością właściciela. Gdyby wszystko poszło dobrze, ten warunek byłby w porządku. Ale pojawiły się krętactwa. Nie wiem, czy to wina Duńczyka (my Szlezwik-Holsztyńczycy uważaliśmy ich wszystkich za bardzo "sprytnych"), czy też gajowego Pichlera. W każdym razie obaj nas oszukali, a książę, wściekły na kłusowanie i brak jeleni, które sam sprowadził ze znacznym nakładem kosztów z Węgier, zrezygnował z tego miejsca. Skutkiem tego uroczy domek Fryderyka Leopolda przeszedł w ręce Duńczyka, ale pozwolono nam zabrać ze sobą meble.
Pewnego dnia, podczas polowania, dobry stary Tom zniknął. Gdy mieliśmy właśnie ruszyć dalej bez niego, nadszedł zadyszany, a książę, ku mojej wielkiej radości, wygłosił mu następującą reprymendę — Tom słuchając zrezygnowany: "Czy ty tutaj polujesz, czy ja?" Tom doskonale zrozumiał i nigdy więcej nie wychodził na polowanie sam, chociaż w Flatow zawsze uważał, że ma pełną swobodę, aby to robić z towarzyszką Little, matką wielu szczeniąt. Pewnego razu, gdy książę zastrzelił kozicę, Tom zaatakował umierające zwierzę, w walce zeszli razem w dół wzgórza, nie puściwszy zwłok; ale książę nigdy więcej nie pozwolił, by coś takiego się powtórzyło, ponieważ kozica mogłaby rozerwać psa swoimi rogami.
Kolejnego roku wynajęliśmy obszar łowiecki niedaleko Sankt Wolfgang, dobrze znanego ze słynnej sztuki "Biały Koń Inn", i tam zamieszkaliśmy w prywatnym domu. Właścicielka później umieściła tabliczkę upamiętniającą pobyt mojego księcia, ale roztropność była lepsza niż odwaga, więc usunęła ją w 1918 roku w trakcie niemieckich i austriackich rewolucji.
W tym miejscu zdarzyło się kilka zabawnych incydentów. Mieliśmy tam dwóch pomocników gajowych z Flatow, jednym z nich był przystojny, ale z pewnością niezbyt mądry Schuburt, który był niezwykle próżny. W listopadowe urodziny mojego męża (było wyjątkowo ciepło jak na tę porę roku) Schuburt zapytał księcia, gdy szliśmy na polowanie:
"Czy mogę dziś iść bez spodni, Wasza Królewska Mość?".
"Oczywiście, jeśli tobie nie przeszkadza, to i mnie nie."
Oczywiście ryknęłam śmiechem. Mężczyzna prosił tylko o pozwolenie na założenie swoich "jodel-pants", jak mój mąż nazywał skórzane szorty noszone zwykle w bawarskich i austriackich górach.
Wtedy u nas była z nami na okresie próbnym wesoła Fräulein von Heiniccius, a później została moją damą dworu. Była urocza, miała duże brązowe oczy i była taka wesoła. Zawsze ją lubiłam i tak pozostało po jej ślubie. Pod opieką majora von Quasta, książęcego koniuszego, chodziła na tańce do Sankt Wolfgang[147] jako gość miejscowego lekarza.
Niezwykle trudno było oderwać mojego męża od strzelania. Był taki szczęśliwy, gdy był poza zasięgiem Berlina, chociaż nawet w górach Karyntii docierały do nas pewne zmartwienia i wtrącanie się z "góry".
Listopad i grudzień tego roku spędziliśmy w nowo wybudowanym Borowna Haus, którego główne pomieszczenia nie były jeszcze wykończone, a który stał w Kujanerwald w posiadłości Flatow. Bardzo chciałam wrócić do Glienecke na czas, aby przygotować się do świąt Bożego Narodzenia. W końcu, niechętnie, 21 lub 22 grudnia książę zdecydował się wyjechać.
*
Moja córka była wielką ulubienicą w kręgach dworskich, ale nawet ona musiała znosić wiele uciążliwej niesprawiedliwości "z góry". Na rozkaz cesarza została zaręczona z księciem Reuss Henrykiem XXXIII, którego ledwo znaliśmy. Rezultatem było nieszczęśliwe małżeństwo, zakończone rozwodem. Ona, której życie obiecało tak wiele ze względu na jej urodę, wdzięk, talent muzyczny i chęć zadowalania wszystkich, została skazana na egzystencję tak smutną, jak krótką.
Po raz pierwszy spotkałam księcia Reuss Henryka XXXIII[148] na przyjęciu; rozmawialiśmy o malarstwie i obrazach Fryderyka Leopolda i, nieświadoma żadnego przeciwnego powodu, zaprosiłam go do Glienecke, aby poznał mojego najmłodszego syna. Nie wiedziałam wtedy, że moja córka spotkała go już w domu swojej kuzynki, Marie Reuss-Altenburg, i że podczas naszej nieobecności została zaproszona przez księżną Eitel Friedrich na przyjęcie na łodzi, gdzie ponownie go spotkała; nie wiedziałam też, że widząc go zaledwie cztery razy, zakochała się w nim. Kiedy Reuss poprosił księcia o pozwolenie na poślubienie jej, oboje zaprotestowaliśmy. Jak często dziewczyna się zakochuje? A tak krótka znajomość nie jest bezpiecznym fundamentem dla życia małżeńskiego. Nie mieli ze sobą nic wspólnego, ani charakteru, ani środowiska. W Glienecke wiedliśmy proste życie; środowisko Reussa było dyplomatyczne i wyrafinowane. Nigdy nawet nie zastanawialiśmy się nad kandydatem do ręki naszej córki. Książę odmówiłby bez wahania, ale przekonałam go, by dał im rok na wzajemne poznanie się. Wydawało mi się to rozsądnym rozwiązaniem, bo jeśli okaże się, że naprawdę się polubili, będziemy mogli w końcu wyrazić na to zgodę.
Dzień lub dwa po odrzuceniu propozycji Reussa, książę wziął udział w przyjęciu wojskowym, gdzie spotkał naszego dobrego przyjaciela Herr von Dommesa, który błagając go o zachowanie spokoju, powiedział mu, że cesarz chce się z nim widzieć. Zastanawiając się, o co chodzi, stawił się przed Jego Wysokością, który powiedział mu wzburzonym głosem: "Odmówiłeś księciu Reuss? Tak nie może być" lub innymi słowami nakazał mojemu mężowi natychmiast udać się do księcia Reuss, który przebywał u rodziny Wied, i dodał:
"Und melde mir die Verlobung" (I ogłoś mi zaręczyny).
Książę wrócił do Glienecke z von Dommesem i przekazał mi absurdalne wieści o kolejnym niewiarygodnym ingerowaniu w nasze prawa i swobody rodzicielskie. Szlochając ze złości i oburzenia, tak bardzo, że moja biedna córka zaoferowała się zerwać całą tę sprawę. Gdybyśmy wtedy wiedzieli, jakie miało być jej nieszczęśliwe życie, nie odmówiłabym przyjęcia tej drogi, ale walczyłabym do samego końca przeciwko tak niewłaściwemu małżeństwu. Powiedziałam jedynie złośliwie:
"Agra wychodzi za mąż za chorego mężczyznę."
Niestety, moje słowa okazały się aż nazbyt prawdziwe. Zaręczyny były próbą dla nas wszystkich; nie mogliśmy ukryć naszego niezadowolenia; Fritz i Fritz Karl zdecydowanie się nie zgodzili, ponieważ uważali, że Reuss nie pasuje do rodziny; tylko Fryderyk Leopold uważał, że nasza antagonistyczna postawa jest trudna dla Agry i stał przy niej uparcie. Zaręczyny zostały ogłoszone w 1913 roku. Trzynastka zawsze była moją pechową liczbą i przyniosła niewiele szczęścia w życiu małżeńskim mojej córki. Miałam wrażenie, że cesarz chciał usunąć Agrę z drogi, oczywiście dlatego, że była o wiele piękniejsza od jego jedynej córki, Wiktorii Luizy, która wkrótce potem zaręczyła się z księciem Brunszwiku.
Podczas uroczystości weselnych Agry w bardzo wyraźny sposób odczuliśmy różnicę w randze między wnukiem króla Hanoweru a księciem Reuss. Mój mąż powiedział Reussowi całkiem szczerze, że wolałby, aby jego córka poślubiła kogoś bliższego jej rangą.
Małżeństwo mojej córki było uważane za równorzędne z małżeństwem nieszczęsnej siostry cesarza, Vicky. Muszę tutaj powiedzieć kilka słów o tej biednej księżnej, o której tak wiele mówiono i krytykowano. Kiedy była młoda, zakochała się w Aleksandrze ("Sandro") z Battenbergu, który przez pewien czas był suwerenem Bułgarii[149]. Następca tronu i następczyni tronu Fryderyk — wówczas — serdecznie aprobowali wybór Vicki, ale jej brat Wilhelm i Bismarck z przyczyn politycznych sprzeciwiali się temu. Później wyszła za mąż za księcia Adolfa Schaumburg-Lippe, a po jego śmierci, gdy była już w podeszłym wieku, miała tragiczny epizod z rosyjskim awanturnikiem Zoubkoffem, który roztrwonił całe jej pieniądze i zostawił ją umierającą w skrajnej nędzy.
Ślub naszej córki odbył się w Nowym Pałacu. Strój był naprawdę piękny. Kilka z jej sukien było modelami Spitzer, a jej tren nie był ze zwykłego ciężkiego srebrnego materiału, ale raczej podobny do tego, który nosiła z okazji drugiego małżeństwa Wiktoria Melita z Hesji[150]. Wykonany był z bardzo lekkiego, wdzięcznego materiału, obramowanego drobnymi pęczkami mirtu i kwiatu pomarańczy. Jej welon był wykonany z brukselskiej koronki i pochodził prosto z tego miasta. Z pięknymi rysami twarzy, pięknymi włosami i wspaniałą figurą wyglądała cudownie. Pojechałam z nią, chyba a la Daumont, do Nowego Pałacu, gdzie kompania Pierwszej Gwardii Pieszej - w której służyli wówczas moi trzej synowie - pełniła wartę honorową.
Cesarzowa, zgodnie ze zwyczajem, umieściła Prinzessinkrone (koronę księżniczki) na głowie mojej córki, gdzie została natychmiast bezpiecznie przymocowana przez fryzjera. Potem nadszedł ślub cywilny, kiedy cesarzowa była na mnie zła, ponieważ zauważyłam, że Agra wydawała się zdenerwowana pisaniem swojego podpisu, który zawierał trudną cyfrę księcia. (Wszyscy książęta Reuss głupio nazywali się Henryk i odróżniali się od siebie numerami). Następnie odbył się ślub, na którym się załamałam; potem oficjalne śniadanie, a potem moja droga córka odjechała ze swoim mężem.
Jej smutek z powodu opuszczenia rodziny i domu był bardzo wielki. W ostatni wieczór, po przywiezieniu mojego brata, siostry męża i Anhaltów ze stacji w Berlinie, a nasi goście już poszli spać, dzieci i ja spotkaliśmy się w pokoju dziennym Agry, który wcześniej był pokojem dziecięcym, i uroniliśmy wiele łez na myśl o nadchodzącym rozstaniu.
Ślub córki cesarza odbył się wkrótce potem w zamku w Berlinie[151]. Nie można było powiedzieć, że Wiktoria Luiza była piękną panną młodą. Drobna, dziwnie blada i jasna, o równych oczach, biedaczka wydawała się przygnieciona swoim ślubnym trenem z drap d'argent podszytym gronostajami; prawdopodobnie cesarz nalegał na gronostaje. Najwyraźniej schlebiała mu obecność tak wielu koronowanych głów: cara Mikołaja II, króla Jerzego Piątego i królowej Anglii Marii oraz wielu innych potentatów. Nie przypuszczał, że nawet wtedy za jego plecami toczyły się zdradzieckie rozmowy, które ostatecznie doprowadziły do straszliwej wojny światowej.
*
Mój mąż i ja, nadal bardzo rozczarowani małżeństwem naszej córki, postanowiliśmy natychmiast po Paradzie Wiosennej udać się do Anglii i spróbować pozbyć się uczucia złości i rozdrażnienia.
Mój mąż również chciał udać się do Clifton, aby wyleczyć kolano, które mu dokuczało - po uprzednim złożeniu wizyty swojej siostrze księżnej Connaught, która była bardzo chora, najpierw w Kanadzie, a następnie, po powrocie do domu, w Anglii. Ponieważ przebywanie w Anglii incognito było świetną zabawą, a moja biedna szwagierka wciąż była tylko w trakcie rekonwalescencji, postanowiłam spokojnie bawić się w Londynie i zobaczyć się z moimi krewnymi pod koniec naszej wizyty. Tak dobrze udało mi się zachować incognito, że po obiedzie z Connaughtami pewien dżentelmen z książęcej rodziny, zdziwiony widokiem mnie na dworcu odjeżdżającej z księciem do Clifton, zapytał naszego adiutanta, pana von Mahltzahna, kim jestem.
W Clifton dosłownie odżyliśmy. Mój mąż poświęcał poranki na leczenie, a ja spędzałam czas jeżdżąc na rowerze. Popołudniami, w towarzystwie von Mahltzahna i Fräulein von Heiniccius, cieszyliśmy się wieloma pięknymi przejażdżkami naszym samochodem, który przywieźliśmy ze sobą. Często jeździliśmy do Bath - uroczego miasteczka - i widzieliśmy wiele pięknych wiejskich miejsc. Podczas wizyty w jednym z nich - chyba w Badminton - przypadkiem zobaczyliśmy właścicieli, księcia i jego żonę; właściciel domku, który nas oprowadzał, prawie upadł z szacunku i był bardzo zdziwiony, że sam widok jego pracodawców, do których odnosił się jako "jego łaskawość książę i jej łaskawość księżna", nie wywarł na nas podobnego efektu.
Pewnego dnia zjedliśmy lunch z moją kuzynką Heleną Gleichen w jej przytulnym domku w Great Somerford w Wiltshire; mieszkała z przyjaciółką, dużo malowała i, jak sądzę, trzymali konie.
Ale te rozkosznie nieformalne wakacje miały się wkrótce skończyć.
Ledwo dotarliśmy do Anglii i zaczęliśmy radzić sobie ze skutkami wymuszonych zaręczyn i małżeństwa naszej drogiej córki, gdy nasi dwaj starsi synowie zostali przeniesieni do Gdańska, by dołączyć do Leibhusaren (Huzarów Śmierci); Fritz Karl został oddelegowany do pierwszego pułku we Wrzeszczu, a Fritz do drugiego. W tym czasie oba pułki tworzyły brygadę dowodzoną przez znanego generała (później feldmarszałka) von Mackensena.
Nasz najstarszy syn był wściekły, że musi zostawić swój samolot i warsztat w Poczdamie oraz tęsknił za możliwością zabrania ze sobą Schütte Lanza, sławnego pioniera lotnictwa, aby mogli kontynuować pracę razem[152]. Postanowiłam poprosić męża, aby uczynił to finansowo możliwym, i był bardzo zadowolony, że po konsultacji ze swoimi prawnikami mógł to zrobić. Również zgodził się na kolejne prośby Fritza, aby pozwolić mu zabrać majstra Klocke ze sobą do Gdańska. Jak wiele razy szłam do księcia, by błagać go o pomoc finansową dla jego synów —czasami nawet z drżącym sercem— ale zawsze bez wahania przychodził z pomocą. Fritz Karl był najoszczędniejszy; jednak nawet on nie zawsze mógł wiązać koniec z końcem, a jego wydatki były niczym w porównaniu z wydatkami jego starszego brata, którego zakłady lotnicze kosztowały majątek. Ale to było nieistotne w porównaniu z faktem, że był jednym z pionierów, niestety już zapomnianych, którzy aktywnie przyczynili się do tego, aby Niemcy myśleli o lotnictwie. Mój mąż miał oczywiście interes finansowy w sukcesie przedsięwzięcia, ale zawsze spotykały go tylko kłopoty.
Pewnego razu Fritz Karl przyjechał z Gdańska, aby zagrać w turnieju tenisowym w klubie tenisowym Rot-Weiss i skręcił obie kostki tak poważnie, że musiał się wycofać. Powiedział wtedy:
"Muszę spieszyć się z powrotem do Gdańska, ponieważ książę następca tronu poprosił mnie, abym oswoił dla niego kilka koni".
"Jesteś szalony", powiedziałam, "nie możesz oswajać koni - nawet jeśli jest to dla twojego dowódcy - podczas gdy masz dwie zwichnięte kostki".
Ale zrobił to.
Książę następca tronu, który dowodził Huzarami Przybocznymi, został, podobnie jak nasi synowie, wysłany na wygnanie do Gdańska - plotka głosiła, że z powodów politycznych. Był dobrym sportowcem, moi synowie go lubili, a żeby pokazać, jak szczerze był dla nas przyjazny, muszę zacytować, choć napisany kilka lat wcześniej, następujący list:
Marmurowy Pałac.
5 września 1907.
DROGI WUJKU!
Podejmując ryzyko, że powiesz, iż wtrącam się w sprawy, które mnie nie dotyczą, piszę te kilka słów. Któregoś dnia byłem w Hanowerze, kiedy nadszedł Twój telegram, w którym przepraszałeś za to, że nie mogłeś reprezentować cesarza w Cassel z powodu choroby. Papa był bardzo oburzony, ale następnego dnia, dzięki Bogu, przyszedł drugi telegram z informacją, że wyzdrowiejesz w ciągu dwóch lub trzech dni, a zatem ten incydent został zapomniany. Moja nieproszona rada dla ciebie jest następująca: w żadnych okolicznościach nie odmawiaj reprezentacji, cokolwiek to by nie było, zwłaszcza w najbliższej przyszłości, ponieważ tata jest teraz bardzo wrażliwy na tym punkcie. Z drugiej strony, z pewnością byłby bardzo zadowolony, gdybyś przyjął te reprezentacje szybko i z przyjemnością. Wtedy będziesz mógł znacznie łatwiej spełnić swoje osobiste życzenia w innych aspektach. Musisz mnie zrozumieć; piszę to tylko dlatego, że chcę dla ciebie jak najlepiej i ponieważ wiem, że tata bardzo cię lubi, ale zawsze jest bardzo zły z powodu tych małych nieporozumień; i oczywiście zawsze na miejscu są drodzy współobywatele, którzy w takim przypadku idą tak daleko, że nawet podjudzają go przeciwko tobie.
Więc proszę, nie gniewaj się na mnie za napisanie tego listu; mam otwartą naturę i pomyślałem, że to najlepszy sposób na bycie użytecznym.
Gdybyś chciał innego konia, Oppen ma bardzo ładne zwierzę, które pasowałoby do twojej sylwetki.
Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami,
Twój wierny kuzyn,
WILHELM.
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
Nasze srebrne wesele - wojna. 1914-1916
1914
24 czerwca tego pełnego przeznaczenia roku świętowaliśmy nasze srebrne wesele i mieliśmy szczęście, że czwórka naszych dzieci była z nami i mogliśmy spojrzeć wstecz na wiele szczęścia. Nasze dzieci zachwyciły nas uroczym wspólnym prezentem, który nazwały fontanną dziecięcą; wokół niej stały miniaturowe figurki całej czwórki jako maluchów, pomysł i projekt były oczywiście autorstwa naszego syna artysty, Fryderyka Leopolda, ale Fritz wcale nie był zadowolony i narzekał:
"Dał mi o wiele za gruby brzuszek".
Znaleźliśmy dla fontanny bardzo ładne miejsce w ogrodach i byliśmy głęboko poruszeni innym prezentem od dzieci - zestawem srebrnych misek na stół obiadowy - również wybranym przez naszego najmłodszego syna. Jej Wysokość przybyła ze srebrnymi lampami i gratulacjami. Nasze Damy i Dżentelmeni Dworu uprzejmie podarowali nam piękną srebrną wazę, a hrabia Westphalen z Gwardii Przybocznej przyniósł nam kwiaty i najlepsze życzenia od oficerów naszego ukochanego Regimentu.
Być może Bóg ukrył przed nami wszystkimi tragiczny fakt, że rocznica naszego srebrnego ślubu była ostatnim z wielu naszych szczęśliwych i zgodnych spotkań rodzinnych.
*
Wstrząsający niepokój spowodowany pogłoskami wojennymi rozpoczął się w lipcu. Mój mąż natychmiast złożył podanie o aktywne zatrudnienie i w odpowiednim czasie otrzymał następującą wiadomość:
SZEF GABINETU WOJSKOWEGO,
BERLIN, 1 sierpnia 1914 roku.
WASZA KRÓLEWSKA MOŚĆ!
Mam zaszczyt z największą posłusznością donieść, że Jego Wysokość Cesarz i Król z wielką przyjemnością przyjął podanie Waszej Królewskiej Wysokości dotyczące zatrudnienia w przypadku mobilizacji. Jego Królewska Mość postanowił przydzielić Waszą Królewską Mość do II Eskadry Sztabu Generalnego, abyście zawsze byli dostępni do specjalnych zadań Jego Królewskiej Mości.
Z najwyższym posłuszeństwem,
(podpisano) baron LYNCKER,
generał piechoty i adiutant generalny.
Wszyscy nasi wrogowie doskonale wiedzieli, że Niemcy i ich monarcha nie mają żadnych wojennych celów. Choć przemówienia cesarza, pełne zarozumiałości, wydawały się prowokacyjne, to jednak ani nie pragnął, ani nie spowodował wojny.
Francja z pewnością ponosiła odpowiedzialność, zazdrosna o naszą kwitnącą sytuację i potęgę. Minister Wojny Rosji, pod wpływem, jak mówią plotki, Wielkiego Księcia Mikołaja — a nie nieszczęśliwego cara, któremu w końcu wojna przyniosła tyle nieszczęść — wydał rozkaz ogólnej mobilizacji. Mówiono, że wielki książę zatwierdził rozkaz za plecami cara — a jednak w konsekwencji to właśnie on został oszczędzony, podczas gdy rewolucja spowodowała śmierć tak wielu nieszczęsnych Romanowów.
To była straszna chwila, kiedy w niedzielę, pierwszego sierpnia, otrzymałam list od mojej siostry, cesarzowej, potwierdzający rosyjskie wypowiedzenie wojny - wybuch Wielkiej Wojny[153]. Dobrze wiedziałam, co to będzie oznaczać dla mnie - dla wszystkich żon i matek; wszyscy nasi najdrożsi będą w to wplątani.
Tego dnia odbyła się bardzo uroczysta msza w katedrze w Berlinie, a gdy odchodziliśmy z naszym najmłodszym synem, spotkaliśmy kobiety opętane wojennym szałem, krzyczące z radości. Wydawało mi się niepojęte, że w swojej ślepocie nie potrafią zdać sobie sprawy z całego smutku, niepokoju i cierpienia, jakie czekały ich mężów, synów i siebie same. Tego samego dnia (w niedzielę) nasi drodzy synowie, Fritz i Fritz Karl, przybyli z Gdańska ze swoimi pułkami, musząc przejść przez Berlin i Poczdam w drodze do Belgii. Samochód Fritza przyjechał na ciężarówce tym samym pociągiem co on i pomimo powagi chwili, nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu, gdy zobaczyliśmy pluszową maskotkę wiszącą z przodu. To było jak zawsze u Fritza, z jego uroczym uśmiechem, wokół którego wiecznie krążył żart. Spędziliśmy z nimi kilka cennych godzin w Glienecke; gdy piliśmy za ich zdrowie na balkonie Zamku Myśliwskiego, nasz znakomity angielski ogrodnik Martin przechodził obok, a książę wezwał go, aby mógł dołączyć do toastu za naszych synów. W tym czasie wciąż mieliśmy nadzieję, że Anglia będzie trzymać się od tego z daleka.
Muszę dodać, że z powodu zazdrości naszych służących (którzy przed jego przybyciem pożerali nasze owoce i warzywa), Martin został wkrótce wysłany do obozu koncentracyjnego. W chwili wybuchu wojny z Anglią ktoś musiał donieść przeciwko temu niewinnemu człowiekowi, i był jednym z pierwszych internowanych. Byłam przerażona, gdy jego miła żona, która przyrządzała nam niezliczone i doskonałe angielskie potrawy, przekazała mi tę wiadomość. Rozgryzłam cały manewr i nigdy nie spoczęłam, dopóki nie odbyłam osobistej rozmowy z generałem von Kessel, w tym czasie, o ile pamiętam, starszym oficerem dowodzącym w Brandenburgii. Z Poczdamu biedny Martin został wysłany do Ruhleben, a gdy zachorował, stamtąd do sanatorium. Uzyskałam, za pośrednictwem Frau von Böhn, z którą byliśmy w przyjacielskich stosunkach, pozwolenie, aby jego żona pojechała i opiekowała się nim. (Oczywiście pojechałam zobaczyć biednego chorego, który był najlepszym ogrodnikiem, jakiego kiedykolwiek mieliśmy.
Jakże żarliwie dziękowałam teraz Bogu w moim sercu, że zdrowie mojego najmłodszego syna uniemożliwiło mu pójście do czynnej służby. Byłam wdzięczna za tę słabość, która wcześniej przysporzyła mi tyle smutku! Nie miałam ambicji poświęcać mojego męża i synów, chociaż wiedziałam, że walczą za swój lud i kraj. Droga Geheimratin Gilbert napisała do mnie w swoim entuzjazmie i patriotycznej miłości: "Jakże żałuję, że nie mam syna, który walczyłby za Ojczyznę". Dla mnie wydawało się to nieosiągalnym szczytem uniesienia. Dawanie ich było obowiązkiem, tragiczną koniecznością, ale dawanie z radością, wdzięcznością, nie; żadna żona ani matka nie mogłaby tego uczciwie zrobić.
Matki i żony na całym świecie powinny stworzyć jeden zjednoczony front przeciwko wojnie, która po prostu oznacza rzeź ich mężów i synów.
Powtórzyłam słowa Geheimratin mojej przyjaciółce, która powiedziała: "Oczywiście, że tak uważa, bo nie ma synów." Bardzo trafna refleksja. Teoretycznie to bardzo szlachetne uczucie, ale w praktyce oznacza to po prostu koszmarne unicestwienie najdzielniejszych i najlepszych. Poza tym, jaki był rezultat tego strasznego konfliktu? Nieszczęście, choroby, ubóstwo na skalę światową, katastrofa ekonomiczna. Aby to osiągnąć, każdy naród złożył nadludzkie poświęcenia; z tego powodu ginie elita naszych mężczyzn.
Po południu odwieźliśmy najpierw Fritza, a później Fritza Karla na dworzec. Zauważyłam, jak patrzyli na wszystko, gdy opuszczaliśmy Zamek Myśliwski, jakby w milczeniu żegnając się z tym wszystkim. Na stacji nadeszła nasza kolej i musieliśmy znieść okrutny smutek rozstania - dzielony w tym czasie przez niemal wszystkich. Każdy pociąg wypełniony śpiewającymi żołnierzami, gdy odjeżdżali - jakiż to przeszywający ból! Ilu z nich wróci? I w jakim stanie? Nigdy nie zapomnę dudniącego odgłosu obracających się kół, gdy pociągi wiozące naszych chłopców powoli opuszczały stację; nigdy wcześniej w ciągu dwudziestu pięciu lat spędzonych w Glienecke nie zauważyłam, że z Zamku Myśliwskiego słychać było pociągi.
Dwanaście dni później, 14 sierpnia, nadszedł czas pożegnania z moim drogim mężem, który otrzymał rozkaz zgłoszenia się do Sztabu Generalnego. Było to drugie takie rozstanie w trakcie naszego małżeństwa, ale to było nieskończenie bardziej straszne niż kampania rosyjsko-japońska.
Kiedy mój Książę wyruszył na front, przeniosłam się do mieszkania mojego najmłodszego syna w Cavalier Haus, aby być z moją córką, która, gdy jej mąż opuścił Kassel ze swoim 14-stym Pułkiem Huzarów, udali się na front, od razu przyszła do nas mieszkać.
Mój książę był oczywiście teraz w swoim żywiole; jego talenty wojskowe były wielkie, jego wiedza i osąd głębokie, a on sam sprawował ważne dowództwa kawalerii i piechoty; ponadto, w przeciwieństwie do większości naszych starszych oficerów, faktycznie widział współczesną wojnę i, podobnie jak jego ojciec, książę Fryderyk Karol, ten wielki dowódca kawalerii, był stworzony do ważnego dowództwa w kampanii. Ale nie zostało mu to przydzielone, chociaż cesarz, po kilku manewrach, w których się wyróżnił, powiedział do niego: "Szef Sztabu Generalnego właśnie zdecydował, że w razie wojny zostaniesz wybrany na dowódcę armii".
Niemniej jednak, kiedy wojna faktycznie nadeszła, mój drogi książę był głęboko zraniony, że otrzymał jedynie stanowisko sztabowe w Wielkiej Kwaterze Głównej i od czasu do czasu był wysyłany na różne misje wojskowe.
Podczas wojny każda próba zdobycia dla mojego męża wpływowego i ważnego dowództwa była niweczona przez panującą zazdrość; zadania, które mu powierzano, choć niezgodne z jego zdolnościami, były pełne niebezpieczeństwa. Został wysłany do Lüttich (Liege) i musiał zgłosić się w kwaterze głównej; podczas oblężenia i kapitulacji Maubeuge był z generałem von Zwehlem. Opatrzność go chroniła, ponieważ kiedy wraz z von Zwehlem i jego adiutantem, von Mahltzahnem, objeżdżał twierdzę po kapitulacji, wroga bateria zaczęła strzelać i jeden z trzech pocisków eksplodował tak blisko ich samochodu, że przemieszczenie powietrza zraniło bębenek w uchu mojego męża; ale poza tym, dzięki Bogu, nic mu się nie stało, chociaż nerwy szofera były tak wstrząśnięte, że zamiast przyspieszyć, zatrzymał się ze strachu. Niektóre oddziały francuskie nadal pozostały w Maubeuge po tym, jak twierdza została oddana Niemcom; z generałem von Zwehlem Książę był obecny podczas defilady Francuzów po kapitulacji[154]. Za swoją ryzykowną działalność w pierwszych dniach wojny został odznaczony Krzyżem Żelaznym pierwszej klasy.
Po zakończeniu swoich różnych misji, bez względu na okoliczności, książę zawsze składał wierny raport cesarzowi, a kiedy to robił, zauważał nieprzyjazne wyrażenia członków cesarskiej świty, których życiowym zwyczajem było ukrywanie nieprzyjemnych wiadomości przed swoim panem. Pewnego razu, gdy mój mąż wyruszał do Marny, jego prywatny sekretarz, major Seits, który poszedł przodem, wrócił z wiadomością, że nasze wojska się wycofują. Później przez pewien czas stacjonował w pobliżu belgijskiego wybrzeża, gdzie jego wierny pies Tom cierpiał męki z powodu nalotów i dział przeciwlotniczych.
We wcześniejszych miesiącach wojny Wielka Kwatera Główna znajdowała się, jak sądzę, w Ehrenbreitstein niedaleko Koblencji lub w Kreuznach, a ponieważ mój mąż stacjonował w Ems, mogłam tam jeździć samochodem i od czasu do czasu zatrzymywać się u niego. Towarzyszyła mi Frau von Mahltzahn, żona jego adiutanta, oraz Landrat Rogge, który był wówczas naszym agentem nieruchomości we Flatow.
Fritz Karl napisał do mnie, opisując kilka swoich przygód w Belgii podczas tych wczesnych tygodni wojny i wspominając o okrucieństwie i przebiegłości, jakie przejawiała ludność wobec swojego wroga. Pewnego razu dowiedział się, że niektórzy jego ludzie utknęli w domu i są atakowani. Natychmiast zbierając pomoc, udał się na ich ratunek. Nie mogąc strzelać ze strachu przed zranieniem swoich ludzi, użył swoich pięści. Został chwytany przez belgijskiego giganta, ale trafił go mocno w szczękę i go pokonał, chociaż mężczyzna go ugryzł, a później pojawiło się zakażenie. Był pełen radości, że może mi udowodnić, jak użyteczna była jego umiejętność boksu, bo wiedział, że zawsze trochę nie lubiłam tego sportu. Schwytał całą cywilną grupę i zabrał ich do swojego dowódcy, który, choć to brzmi niewiarygodnie, faktycznie ich wszystkich uwolnił. Mój syn, nie mając wystarczającej liczby ludzi do bezpiecznego eskortowania jeńców do ich miejsca przeznaczenia, zawiesił pętlę wokół szyi jednego z mężczyzn i przypiął innych do liny w taki sposób, że jeśli którykolwiek z nich spróbowałby uciec, udusiłby swojego towarzysza.
Huzarzy trupiej czaszki mieli strasznie trudny czas; byli szybko wysyłani wszędzie na front, jako improwizowane wsparcie, i byli tak wyczerpani, że często zasypiali, jadąc konno. Oczywiście obaj nasi synowie pokochali te ryzykowne zadania i wyróżnili się swoją odwagą. Fritz Karl, na przykład, uratował życie von Mackensenowi, swojemu kapitanowi, w następujący sposób. Były walki, a von Mackensen zniknął. Fritz Karl wrócił na pole bitwy, poszukał go i znalazł go ciężko rannego i prawie nieprzytomnego, pragnącego tylko jednego — zostawić go w spokoju, by umarł. Fritz Karl wlał mu na siłę koniak, zdjął sweter i owinął nim von Mackensena, zachęcał go słowami otuchy, aż wreszcie Mackensen odzyskał tyle sił, by go rozpoznać. Później Mackensen odesłał sweter do Glienecke w dużym pudełku na cygara. Kiedy dotarł, źle zrozumieliśmy, myląc go z prezentem dla żołnierzy na froncie, i wysłaliśmy go w jednym z naszych paczek, niestety zorientowawszy się za późno, by to naprawić.
*
Oprócz wspominania kilku przygód i czynów naszych bliskich na froncie, muszę coś powiedzieć o naszych działaniach w domu. W chwili wybuchu wojny strach przed szpiegami i trudności w transporcie były dwoma najpoważniejszymi problemami, a Fryderyk Leopold, będąc na służbie w kraju, odpowiadał za straż bardzo długiego odcinka linii kolejowej; to było zbyt dużo dla jego zdrowia, i pewnego dnia, po długim marszu, załamał się pod presją. Mimo to kontynuował służbę i dodatkowo pomagał mi przy paczkach dla pociągów szpitalnych, które odbieraliśmy i sortowaliśmy przez wiele dni w tygodniu w naszym pałacu w Berlinie. Moja córka robiła to samo w Glienecke, ponieważ jej stan nie pozwalał jej na codzienne podróże tam i z powrotem.
Okoliczności, które doprowadziły do podjęcia przeze mnie tej pracy, były raczej niezwykłe. Zostałam poproszona przez starego lekarza wojskowego o sprawdzenie Hilfslazarettzug (pomocniczego pociągu szpitalnego). Oczywiście towarzyszył mi, i myślę, że spodziewał się okrzyków zdumienia i pochwał. Jeśli tak, to został rozczarowany, ponieważ nie było ani jednego materaca, ani łóżka polowego, ani żadnego wyposażenia potrzebnego dla chorych i rannych. (Oczywiście później pojawiły się piękne pociągi szpitalne; pamiętam szczególnie wspaniały bawarski, który odwiedziłam.) Ale jak mogłabym zaakceptować pociąg w takim stanie? Posunęłam się nawet do wyrażenia zdziwienia z powodu braku materacy, na co starszy pan ripostował, że w 1870 r. ranni radzili sobie na słomie. Ale to było czterdzieści cztery lata wcześniej; ponadto od tego czasu odkryliśmy, że używanie słomy może prowadzić do tężca.
Na próżno apelowałam do pań stojących na czele Czerwonego Krzyża w Poczdamie. Jednak Frau von Friedeburg, żona dowódcy Pierwszej Gwardii Pieszej i adiutanta cesarza, oraz Frau Ravenne z Marquardt energicznie wkroczyły do akcji. Pierwsza z nich była niestrudzona w swojej gorliwości, zawsze na miejscu, gdy pociąg przyjeżdżał do Berlina, Poczdamu czy okolicy; oddawała się z całego serca i nieustannie na swój praktyczny sposób. Kiedy pewnego dnia usłyszałam, że właśnie otrzymała wiadomość o śmierci brata, szukałam jej, chcąc złożyć kondolencje, i znalazłam ją dzielnie kontynuującą pracę. Frau Ravenne była nie tylko bardzo hojna, jeśli chodzi o pomoc finansową, ale wymyślała każdy możliwy sposób, aby zwiększyć komfort rannych. Wyposażyła wspaniałą kuchnię dla jednego z pociągów i nie otrzymała za to żadnych podziękowań; później pociąg trafił pod opiekę innego lekarza, który nakazał usunięcie kuchni; byłam naprawdę bardzo zła z tego powodu. Wiele sklepów i firm przekazywało hojne datki, ale najbardziej wzruszające prezenty pochodziły od biednych ludzi. Jedna kobieta z kolonii na świeżym powietrzu przyniosła przepiękny bukiet kwiatów, inna kiełbasę, i tak dalej. To były wyraz powszechnej woli pomocy. Było w tym także coś komicznego, gdyż niektóre prezenty były bardzo zabawne. Pamiętam scenę, która mnie zachwyciła w tamtym czasie. Przyszedł mężczyzna z Ministerstwa Wojny i, myląc mnie z moją Damą Dworu, wygłosił długą bajeczkę poprzedzoną wieloma "Ekscelencjami", że księżna Fryderyka Leopolda nie powinna wysyłać paczek dla wojska, ponieważ Ministerstwo Wojny robi wszystko, co konieczne. Wyjaśniłam, że wysyłamy paczki tylko do pomocniczych pociągów szpitalnych, do pułku mojego męża i do Huzarów trupiej czaszki, do których należą moi dwaj synowie. Zdziwił się okropnie, gdy zdał sobie sprawę, kim jestem, i, przepraszając i jąkając się, skierował się ku drzwiom; jednak szybko skorzystałam z jego zakłopotania, i zanim mógł uciec, powiedziałam: "Ale czy nie wpłaci pan datku na nasz fundusz?". Wtedy nieszczęśnik, zaskoczony, wyciągnął sakiewkę i wręczył mi sto marek.
Był też tajemniczy incydent, który nigdy nie został wyjaśniony. Pojawił się pewien dżentelmen, nadmiernie uprzejmy i podlizujący, błagając mnie o list polecający do komendanta Spandau - w tamtym czasie Arsenału; obiecał mi trzy tysiące marek na moje paczki, a następnie natychmiast wyciągnął kilka butelek Schnapsa. Brzmiało to dość podejrzanie. Od razu powiedziałam mu, że nie mam żadnego wpływu; potem skonsultowałam się z jednym z oficerów, który był przyjacielem moich synów, i doszliśmy do wniosku, że równie dobrze mogę napisać wiadomość do komendanta, wspominając o ofercie trzech tysięcy marek i o tym, jak bardzo byłabym zadowolona, gdybym dostała je na fundusz moich paczek. Uznaliśmy, że to nieszkodliwe, ponieważ gdyby dowódca miał jakieś podejrzenia co do nieznajomego, po prostu nie musiałby go przyjmować. Mężczyzna nigdy nie wrócił, trzy tysiące marek pozostało pięknym marzeniem, a butelki Schnapsa, które mogły zawierać szkodliwe substancje, nie zostały wysłane do naszych dzielnych żołnierzy.
Z rozkazu cesarzowej każda z księżnych regularnie odwiedzała kilka szpitali wojskowych. Na mojej liście znajdował się szpital Mariendorfer (którego siostry przez wiele lat znajdowały się pod moim patronatem), Oberlinhaus w Nowawes, Szkoła Wojskowa w Poczdamie, szpitale Metropolitan i Hermanswerder, oba w Poczdamie, oraz szpital wojskowy Spandau, który zajmował całe nowe koszary. Samo przejście przez Spandau zajmowało mi sześć dni; jeździłam tam regularnie i spędzałam wiele godzin, chodząc od łóżka do łóżka. Bardzo trudno było sprawić, by rosyjscy ranni więźniowie rozumieli, co się do nich mówi. Pamiętam, jak kiedyś z przyjemnością rozmawiałam z bardzo miłym angielskim oficerem. Ale najbardziej uroczy byli moi rodacy, mężczyźni ze Szlezwika-Holsztynu, Bawarczycy, z którymi można było żartować, i Ślązacy. Pewnego dnia, dla zabawy, przygotowałam w domu naszą narodową potrawę Rote Grütze i zaniosłam ją do szpitala Mariendorfer, gdzie było wielu moich rodaków. Wychodząc, byłam bardzo wzruszona, gdy wszyscy, którzy nie leżeli w łóżkach, zebrali się w holu, a gdy przechodziłam, śpiewali naszą piękną pieśń narodową: Schleswig-Holstein Meerumschlungen. To naprawdę rozgrzało moje serce.
Przezwyciężając wszelkie przeszkody, mój drogi brat Ernest Günther zdołał wyruszyć na front z pułkiem Schleswig-Holstein; później opisał ich gniew, gdy po dotarciu bardzo blisko Paryża, mając zwycięstwo w zasięgu wzroku, wydano niefortunny rozkaz wycofania się - nikt nie mógł zrozumieć dlaczego. Jego żona Dora była pielęgniarką w berlińskim szpitalu i okazała się tak skuteczna, że awansowała na starszą pielęgniarkę. Następnie została przeniesiona do szpitala w Akwizgranie (Aix-la-Chapelle), aby być jak najbliżej męża.
Nieustannie dziękowałam Bogu, że w swoim miłosierdziu chronił moich drogich w tym pierwszym roku. Jakże często byli cudownie ocaleni! Fritz Karl, który często znajdował się w samym środku walki, opowiedział mi pewnego razu, że stracił lornetkę, gdy leżał w okopie, a ta została mu wystrzelona z ręki — a on sam wyszedł z tego nietknięty. Jakże byłam szczęśliwa, gdy znów mogłam spędzić kilka dni z mężem w Arlon, jakieś dwadzieścia mil na zachód od Luksemburga[155]. Tym razem zaprosiłam Frau von Schmidt, uroczą żonę adiutanta mojego najstarszego syna, aby pojechała ze mną, aby dać jej szansę zobaczenia męża. Mój książę, o pięknej szczupłej sylwetce, wyglądał niezwykle młodo; pamiętam zakłopotanie Frau von Schmidt, gdy odkryła, że pomyliła go z młodszym oficerem, gdy wszedł do salonu hotelu Arlon, i ledwie mu się ukłoniła. Jego adiutant, Herr von Mahltzahn, podążający tuż za nim, uświadomił jej pomyłkę. Myślę, że nie zdążyła zobaczyć się z mężem przy tej okazji, ponieważ wyjechał już z Fritzem na front rosyjski.
Byłam szczególnie szczęśliwa i wdzięczna, że mogłam być z moim mężem w jego urodziny, 14 listopada, a Fritz Karl również mógł tam być, zanim również wyjechał na front rosyjski. Niestety mój mąż musiał zjeść obiad w Kwaterze Głównej z cesarzem - specjalne zaproszenie urodzinowe. To zakłóciło nasze prywatne plany, ale musieliśmy znaleźć obejście sytuacji. Szybko opracowaliśmy plan, który pozwoliłby nam spędzić trochę więcej czasu razem. Fritz Karl i ja mieliśmy towarzyszyć mojemu mężowi w podróży do Kwatery Głównej Cesarstwa, podczas gdy Mahltzahn miał jechać za nami innym samochodem, aby nas odebrać; w Sedan Fritz Karl i ja mieliśmy przesiąść się do drugiego samochodu, podczas gdy Mahltzahn kontynuowałby podróż z moim mężem. Być może jechaliśmy zbyt szybko, albo może Mahltzahn nie do końca zrozumiał plan; w każdym razie, gdy dotarliśmy na umówione miejsce, nie pojawił się, a ponieważ mąż nie mógł zbyt długo trzymać cesarza w oczekiwaniu, znaleźliśmy się tam, uwięzieni w Sedan, bez samochodu do powrotu do Arlon. Czekaliśmy i czekaliśmy. W końcu Fritz Karl poszedł prosić o pomoc dowódcę — Sedan był pełen naszych wojsk — z zamiarem zadzwonienia do mojego męża w Kwaterze Głównej, prosząc go o wysłanie nam samochodu; ja miałam cicho czekać na swoim miejscu, a on poprosił o pomoc któregoś z podoficerów, który stał w pobliżu, by "trzymał oko na damę". A potem przeżyłam jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń w moim życiu. Po pewnym czasie podoficer powiedział, że musi iść, bo musi być w koszarach przed ósmą.
"Czy cywilom również zabrania się przebywać po godzinie ósmej?"
"Tak, jest to surowo zabronione" - padła miażdżąca odpowiedź.
Naprawdę nie wiedziałam, co robić. Aresztowanie byłoby bardzo kłopotliwe, ponieważ byłam incognito; schronienie się w sąsiednim szpitalu mogłoby oznaczać utratę zarówno Fritza Karla, jak i upragnionego samochodu. Zapytałam, czy jest więcej niż jeden sposób dotarcia do kwatery głównej komendanta, ponieważ przez chwilę myślałam o spotkaniu z synem; ale gdy usłyszałam, że jest ich kilka, musiałam porzucić ten pomysł. Nigdy nie byłam w tak niezręcznej sytuacji, ale dzięki Bogu, gdy zaczynałam myśleć, że naprawdę nie ma wyjścia, pojawił się Fritz Karl i wszystko było dobrze. Idąc razem w kierunku Kwatery Głównej Komendanta zostaliśmy zatrzymani na jakiś czas na ulicy, ponieważ właśnie zasygnalizowano nalot na Sedan; ale nie myślałam o fizycznym niebezpieczeństwie po psychicznej męce, przez którą właśnie przeszłam. W końcu przyjechał samochód i mogliśmy ruszyć. Po drodze zostaliśmy zatrzymani przez naszych żołnierzy z wbitymi bagnetami, ale Fritz Karl ominął ich z niezmąconym spokojem. W końcu o wpół do dziesiątej wróciliśmy do Arlon. Zjedliśmy coś, a dwaj goście zdążyli się przespać, ponieważ Fritz Karl i jego przyjaciel, hrabia Plaue, wyjeżdżali o piątej następnego ranka na front wschodni. Oczywiście wstałam, aby ich pożegnać.
Mój mąż dostał urlop na Boże Narodzenie; niestety urlop z frontu rosyjskiego był nieosiągalny. Fritz zmieniał w tym czasie kwaterę i spędził dzień Bożego Narodzenia na obieraniu ziemniaków, podczas gdy jego adiutant zamiatał pomieszczenia. Opis świątecznego wieczoru Fritza Karla był bardzo wzruszający. W swoich listach próbował ukryć tęsknotę za domem za pomocą zabawnych wspomnień; ale nie mógł ukryć przede mną swojej miękkiej, słodkiej natury, chociaż jego wielka siła fizyczna, zahartowana przez sport i dyscyplinę wojskową, pozwoliła mu ją dobrze kontrolować. Poszedł do kościoła na nartach. Przed kolacją, gdy wymieniali się drobnymi prezentami, gramofon odtwarzał Stille Nacht Heilige Nacht, a myśli Fritza Karla powróciły do Glienecke, przeżywając piękne święta Bożego Narodzenia z przeszłości; Aby jednak ukryć swoje uczucia, celowo przełączył umysł na wspomnienia wyrazu twarzy Rödenbecka (byłego pastora w Glienecke), gdy w miniony dzień Bożego Narodzenia uderzył głową w pęczek jemioły, który niegodziwe dzieci celowo zawiesiły nisko na drzwiach zakrystii, i jak, idąc głosić kazanie, ukłuł się w palce ostrokrzewem zdobiącym ambonę. Wieczorem, gdy on i "Ture" von Schleinitz oraz inni oficerowie jedli świąteczną kolację i wznosili toasty za swoich bliskich w domu, pojawili się żołnierze z jego szwadronu i śpiewali kolędy; musiał to być bardzo uroczy widok.
1915
Dziewiątego stycznia w Cassel urodziło się pierwsze dziecko mojej córki; była to moja najstarsza wnuczka, kochana mała Marlisa. Na szczęście wszystko poszło dobrze, a dziecko było słodkie i silne. Bardzo chciałam uczestniczyć w tym wydarzeniu, ale kiedy przygotowywałam się do wyjazdu, otrzymałam wiadomość telefoniczną, że poród się odbył. W towarzystwie hrabiny Schwerin, mojej pokojówki i wiernego starego Röhla, jechałam całą noc i dotarłem do Cassel o ósmej rano następnego dnia. Dzięki Bogu zastałam moją córkę tak dobrze, jak to było możliwe w tych okolicznościach, a jej małe maleństwo kwitło zdrowiem. Cieszyło mnie również, że nad matką i córką czuwała nasza dobra stara angielska pielęgniarka, Thirza Smith, która była z moimi dziećmi jako pielęgniarka przez jedenaście lat. Na szczęście mój mąż i synowie wszyscy byli w stanie wziąć urlop, aby uczestniczyć w chrzcie w Cassel. Moi synowie byli ojcami chrzestnymi, a dziecko zostało nazwane Marie na cześć swojej babki od strony ojca i Louise na moją cześć; miała, oczywiście, wiele innych imion, ale między nami nazywamy ją Marlisa. Obecna była również stara księżna Reuss (z którą nie miałyśmy najlepszych relacji), a także wielu innych krewnych.
Te okropne lata wojny, z ich wielkim ciężarem trosk, niepokojów i smutków, są trudne do oddzielenia w pamięci, i wszystkie rodzinne wydarzenia, które miały miejsce, przychodzą mi do głowy w nieuporządkowany sposób, więc zapisuję je, tak, jak przychodzą.
Pewnego dnia Fritz i ja, podczas jednego z jego krótkich urlopów, w towarzystwie Fryderyka Leopolda, pojechaliśmy do obozu jenieckiego w Döberitz. Rozmawialiśmy z niektórymi jeńcami, a moi synowie zauważyli, że niektórzy Rosjanie, należący do regimentu[156], którego mój mąż był pułkownikiem, są wśród nich, nosząc odznakę z jego monogramem. Porozmawiałam z jednym z nich, a on uprzejmie wyraził nadzieję, że niedługo będą mogli znów nosić odznakę normalnie. (W czasie wojny nosili ją odwróconą.) Porozmawiałam także z kilkoma brytyjskimi podoficerami; okazało się, że kiedyś brali udział w akcji w tym samym czasie i miejscu, co Fritz i Fritz Karl, a kiedy o tym wspomniałam, jeden z tych miłych mężczyzn powiedział:
"Masz prawo być bardzo dumna ze swoich synów".
Kilka dni później moja Mistrzyni Strojów, hrabina Schwerin, przyszła do mnie bardzo zmartwiona; otrzymała list o mojej wizycie w Döberitz, w którym wskazano, że cesarz był bardzo niezadowolony z księżnej Pszczyny Daisy za odwiedzenie więźniów i rozdanie im prezentów. List ten został napisany przez generała von Loewenfeldta, który w tym czasie był dowódcą berlińskiego garnizonu. Kawaler, znany ze swojego dowcipu, służył w Pierwszej Gwardii Pieszej u boku cesarza (kiedy ten był księciem Wilhelmem). Zawsze starał się być obecny na każdym spotkaniu towarzyskim oficerów, a ponieważ Cesarz zawsze do nich dołączał, Loewenfeldt wznosił toast za jego przyjście i lubił odgrywać rolę klauna w teatrzykach, którymi zwykli zabawiać władcę. Pewnego razu Loewenfeldt zatańczył solo, balansując pawim piórem na swoim haczykowatym nosie. Obawiam się jednak, że podczas afery w Döberitz odegrał mniej zabawną rolę, jeśli o mnie chodzi.
Byłam naprawdę wściekła i gotowa podyktować miażdżącą odpowiedź. Hrabina Schwerin zaprzeczyła, twierdząc, że list był zaadresowany do niej i oznaczony jako "prywatny", ale odparłam: "Treść dotyczy mnie, a ty zostałaś poproszona o przekazanie wiadomości; w związku z tym list nie mógł zostać przede mną ukryty". Kazałam jej napisać do Loewenfeldta, że pojechałam do Döberitz z dwoma moimi synami, z których jeden był w domu na krótkim urlopie z frontu, i błagałam go, aby nie porównywał mnie, niemieckiej księżnej, z księżną Pszczyny, Angielką z urodzenia. Nie usłyszałam nic więcej na ten temat, choć później powiedziano mi, że historia o księżnej Pszczyny była całkowicie nieprawdziwa[157]. Uczucie nienawiści we wszystkich krajach było bardzo straszne.
Czułam, że przynajmniej muzyka i sztuka powinny pozostać ponad tą wrogością, a kiedy poprosiłam znanego barytona Cassela Wuzela, aby przyjechał do Berlina i zaśpiewał na koncercie charytatywnym, wybrałam Prolog z Pagliacci, mając na uwadze jedynie piękno muzyki i ignorując fakt, że kompozytor był "wrogiem". Niektóre panie z komitetu nie były mojego zdania, jednak Wuzel zaśpiewał Prolog i to bardzo pięknie. Komentarz w gazecie brzmiał: "Szkoda, że tak piękny głos interpretuje włoskie dzieło."
Na innym koncercie charytatywnym zachwycił mnie Richter. Był adoptowanym synem Fräulein Huhn, znanej drezdeńskiej śpiewaczki, i byłam oczarowana jego tenorowym głosem, chociaż z reguły zdecydowanie wolę baryton. Chciałam, żeby moi synowie go usłyszeli, ponieważ bardzo lubili muzykę, a podczas wojny mieli tak mało okazji, by ją usłyszeć. Richter bardzo uprzejmie zaoferował, że pojedzie na front i zaśpiewa dla nich, a obładowany prezentami wyruszył samochodem. Udało mu się dotrzeć do Fritza i zachwycił go nie tylko swoim śpiewem, ale także paczkami; nie sądzę, żeby widział Fritza Karla. W każdym razie byłam mu bardzo wdzięczna za jego dobroć.
Kilkakrotnie mój mąż był wysyłany na front wschodni na różnego rodzaju misje. Odwiedził okopy, spotkał Hindenburga i Ludendorffa, a co najlepsze, widział trochę Fritza Karla, który wraz z wybraną grupą ludzi ze swojej eskadry był odpowiedzialny za bezpieczeństwo wagonu kolejowego, w którym mieszkał jego ojciec. To była wielka radość dla nich obojga i wiele o tym słyszałam. Mój drogi książę miał również przyjemność odwiedzić swój austro-węgierski pułk; oficerowie byli zachwyceni jego widokiem i zgotowali mu bardzo ciepłe powitanie; czuł się z nimi jak w domu, a ja byłam zachwycona ze względu na niego; wciąż mam kilka zdjęć zrobionych w tym czasie. Chociaż wolałby dowodzić, cieszył się z tych misji wojskowych, z których wiele, jak już wspomniałam, było bardzo niebezpiecznych.
W trakcie lata 1915 lub 1916 cesarz podjął kolejne - ostatnie - niewiarygodne działanie; wyraził życzenie, aby mój mąż przeszedł badanie lekarskie przeprowadzone przez lekarza, którego wysłał w tym celu. Zdziwiło nas oboje, że kwestionowana jest jego sprawność, skoro udowodnił siłę swojej konstytucji i wytrzymałość, nie tylko we Francji i Rosji, ale wcześniej także podczas wojny rosyjsko-japońskiej. Niemniej jednak poddał się życzeniom cesarza, mając nadzieję, że może to doprowadzić do otrzymania obiecywanego od dawna dowództwa. Mój mąż opowiedział mi o tym dziwnym badaniu przeprowadzonym przez profesora Bonnhöfera. Nasze oburzenie nie miało granic, gdy nasz doradca prawny, Silberstein, powiedział nam, że profesor jest specjalistą od spraw psychicznych.
Silberstein, otwierając nam oczy, umożliwił nam obronę przed tą potworną intrygą Cesarza, przeprowadzoną przy podstępnym wsparciu profesora Bonnhöfera.
Czy to dziwne, że życie mego ukochanego męża zostało skrócone? To była jedna długa seria prześladowań, a jego natura była zbyt wrażliwa, by wytrzymać te niekończące się ciosy.
Moja jest bardziej wytrzymała; odpowiadam ciosem i znoszę wstrząsy. Próbowali aż do samego końca podbić ducha mego biednego Księcia poprzez upokorzenia i zniewagi. On złamał się, ale nie ugiął.
*
Fritz Karl został odesłany do domu na zwolnienie lekarskie, aby poddać się długiemu i męczącemu leczeniu zębów, które się rozchwiały; w tym czasie jedna z jego kuzynek miała czelność zapytać go - tego, który we wszystkich akcjach tak odważnie szedł na przód - dlaczego nie był na froncie. Fritz Karl dał jej do myślenia i miała szczęście, że nie dowiedziała się niczego więcej. Książę następca tronu, bez wątpienia zachęcony przez innych, wysłał mu depeszę z tym samym skutkiem. To był potworny wstyd, skoro żadne niebezpieczeństwo, żaden wysiłek nigdy nie odstraszyły Fritza Karla, podczas gdy wszyscy synowie cesarza przeszli przez wojnę bez szwanku. Kochany chłopiec nigdy nie powiedział o tym ani słowa, wiedząc, jak bardzo by mnie to rozzłościło.
Fritz również został odesłany do domu na zwolnienie lekarskie z powodu nadwyrężonego serca; gdy tylko przybył na miejsce, otrzymał depeszę od samego cesarza, nakazującą mu natychmiastowy powrót do służby. Nasze oburzenie nie znało granic. Pomyśleć, że nasi synowie powinni być traktowani z tak niewielkim szacunkiem, podczas gdy obaj byli w takim niebezpieczeństwie od wybuchu wojny! Kiedy lekarze odmówili Fritzowi powrotu, cesarz wysłał kolejną depeszę, zamykając go w Glienecke! To było zbyt niesprawiedliwe! Każdy żołnierz powracający z okropności i niedostatków wojny był otoczony opieką i robiono wszystko, aby zapomniał o straszliwej męce, przez którą przeszedł; ale naszym synom nie pozwolono nawet na rozsądny wypoczynek.
Fritz, który miał mój gorący temperament, uznał to za osobistą zniewagę; był wściekły i wykrzyknął:
"To kula w łeb".
Obaj byli teraz w Haus Glienecke, a jeden syn musiał siedzieć sam w domu, podczas gdy drugi jeździł do i z Berlina na leczenie dentystyczne. Niewiarygodne było to, że nikt nie miał odwagi zwrócić uwagi cesarzowi, że dwaj wspaniali młodzi mężczyźni, obaj odznaczeni Krzyżem Żelaznym pierwszej klasy, nie powinni być traktowani jak tchórze. Wszyscy robiliśmy, co w naszej mocy, by rozbawić Fritza, okazać mu nasze uznanie dla jego odwagi i spróbować sprawić, by zapomniał o niewdzięczności swojego suwerena.
Pewnego dnia w tym czasie zostaliśmy zaproszeni do Neubabelsberg, gdzie kręcono wiele filmów, aby zobaczyć "Golema", który był bardzo interesujący. Aby zabawić chłopców, nabraliśmy zwyczaju chodzenia na próby i pewnego razu obserwowaliśmy, jak robią zdjęcia koniom mojego męża w Starym Parku. Niektóre z naszych szwajcarskich domków i części ogrodów zostały sfilmowane na potrzeby innej historii. Pewnego dnia zabawialiśmy obsadę i daliśmy im zimny lunch w Starym Zamku; w końcu nasi trzej synowie i ich przyjaciel Johannsen, szwedzki architekt, wzięli udział w filmie. Kierownik był tak zachwycony grą aktorską Fryderyka Leopolda, że chciał go zaangażować na miejscu. Fritz był również dobrym aktorem, ale jego bardzo nordycki temperament był przeszkodą dla Fritza Karla; zabłysnął bardziej w innym filmie, w którym widziano go boksującego ze starszym bratem. Kiedy wrócił na front, napisał do mnie i poprosił o wydrukowanie dla niego zdjęć na kartkach pocztowych. Szczególnie podobał mi się film, na którym mój mąż głaszcze swoją piękną brązową klacz i śmieje się radośnie. Pewnego wieczoru wszystkie filmy zrobione w naszej posiadłości zostały pokazane w Haus Glienecke przed prywatną publicznością; mój mąż, Fryderyk Leopold i ja przybyliśmy punktualnie. Pozostali goście spóźnili się, więc aby umilić sobie czas i rozbawić ojca (który nie znosił niepunktualności), Fryderyk Leopold i Fritz Karl przebrali się i zaczęli tańczyć. Pierwszy z nich był wspaniałą baletnicą, której umiejętnie wtórował drugi. Skończyło się to jednak źle, ponieważ Fryderyk Leopold zranił się w stopę. Wszyscy myśleliśmy, że skręcił kostkę, a Fritz Karl zabandażował mu ją; chociaż cierpiał męki, ukrył ten fakt, aby nie zepsuć nam wszystkim wieczoru, a w szczególności, aby mnie nie martwić.
Jakże dobrze pamiętam urodziny cesarza 27 stycznia 1916 roku, kiedy to w berlińskiej katedrze miało się odbyć zwyczajowe nabożeństwo z tej okazji. Mój mąż był na froncie, mój najstarszy syn pojechał do Oberhofu w Turyngii na leczenie serca; mój drugi syn był nadal w rękach dentysty, a mój najmłodszy syn, na służbie domowej, był ze mną w Glienecke. Dwudziestego szóstego dnia bawiliśmy się przy muzyce, a kiedy Fritz Karl opuszczał Myśliwski Zamek, by wrócić do Haus Glienecke, powiedziałam do niego:
"Zobaczymy się jutro w kościele".
"Nie mogę iść; wymagany jest mundur używany w okresie pokoju, a ja mam tylko mój szary polowy. Poza tym skręciłem sobie kciuk".
"Ależ mój drogi chłopcze, będzie szalona awantura. Fritz nie może wrócić z Oberhofu - a teraz ty!".
Byłam całkowicie przerażona, ale pomyślałam, że Fryderyk Leopold będzie obecny i uratuje mnie przed gniewem Jej Królewskiej Mości. Ale następnego ranka, kiedy układałam włosy, przyszedł do mnie i powiedział:
"Mamo, nie mogę włożyć munduru".
Nie nosił munduru z czasów pokoju od wieków. Teraz mogę się z tego śmiać, ale w tamtym czasie, wiedząc, jakie to wywoła zamieszanie, nie było to przyjemne, a ja, biedna grzesznica, czekałam samotnie i zrezygnowana w kruchcie katedry na Jej Wysokość. Z surowym i gniewnym spojrzeniem zapytała:
"Gdzie są twoi synowie?".
Wyrecytowałem swoje usprawiedliwienia, jak dziecko wyrzuca z siebie lekcję:
"Fritz jest w Oberhofie ze względu na swoje serce; Fritz Karl nie ma munduru na czas pokoju i zwichnął sobie kciuk; Fryderyk Leopold tak urósł, że nie mógł włożyć swojego".
Cesarzowa z oburzeniem wróciła na swoje miejsce.
Później dowiedziałem się, że Herr von Donop, nasz kontroler, poradził chłopcom, aby udali się do cesarzowej, przeprosili i wyjaśnili swoją nieobecność. Niestety nie umówili się na to razem i Fritz Karl poszedł sam. Ciotka przyjęła go gniewnie, ale nic nigdy go nie denerwowało, nawet gdy nękała go o zwolnienie lekarskie; podniósł tylko wargę i pokazał jej zęby; w końcu się uspokoiła.
Fryderyk Leopold, młody i niedoświadczony, podążając za radą udzieloną mu przez Donopa, całkiem niewinnie zostawił swoją wizytówkę cesarzowej w Schloss Bellevue: ponieważ była poza domem, gdy zadzwoniła, chciał dać jej znać, że złożył jej wyrazy szacunku. Kiedy dowiedziałam się o tym później - nie powiedzieli mi od razu, ponieważ chcieli oszczędzić moich uczuć – wykrzyknęłam:
"Ależ, moje drogie dziecko, nie można zostawić cesarzowej wizytówki!".
Miałam bardzo nieprzyjemną rozmowę z moją siostrą, nie wiem, czy rzekomo z powodu tego incydentu, czy jakiejś sprawy dworskiej. W każdym razie z niedowierzaniem wspomniała, że mój syn zostawił jej swoją wizytówkę!
Obawiam się, że parsknąłem śmiechem, gdy wyobraziłam sobie, jak ze zdumieniem spogląda na kawałek kartonu i czyta "Fryderyk Leopold, jr.", lub może "Fryderyk Leopold, książę Prus (syn)" - dla odróżnienia go od ojca.
To właśnie podczas jednego z jego wczesnych urlopów, kiedy on i ja byliśmy w Kadova na Śląsku, Fritz poznał księżną Schaumburg-Lippe Marie Luise[158], którą później poślubił. Jej ojcem był książę Schaumburg-Lippe Fryderyk, syn jednej z księżnych Anhalt, a zatem kuzyn mojej teściowej; jej matka, córka króla Danii Fryderyka VIII, zmarła bardzo młodo. Bardzo polubiłam moją przyszłą synową, podziwiałam jej figurę i wdzięk, a jej miłość do wszelkich form rozrywek pasowała do upodobań mojego syna.
Kiedy pokazywałam jej fotografie mojego męża i synów (nigdy nie podróżuję bez nich), bardzo się rozbawiłam, gdy wskazała jednego z książąt i zapytała, który to z moich synów. Tak młodo wyglądał ze smukłą i zwinną sylwetką porucznika.
Gorzkie doświadczenie ostrzegło nas, abyśmy byli ostrożni, wysłaliśmy depeszę do cesarza, sformułowaną w taki sposób, aby myślał, że czekamy na jego zgodę, chociaż młoda para i umierający rodzice po obu stronach byli już zdecydowani na zaręczyny. Cesarz, o dziwo, wyraził zgodę. Informowałam Fritza Karla na bieżąco o wszystkich wydarzeniach, ponieważ wciąż przebywał na froncie wschodnim. Musiałam poprosić go, aby zamienił swoje pokoje w Haus Glienecke - które szczególnie lubił - na pokoje Fritza, ponieważ miały one zostać połączone z pokojami przeznaczonymi dla mojego najmłodszego syna, tworząc jedno mieszkanie dla młodej pary.
Kiedy Maria Luiza przybyła do Berlina, aby zostać przedstawioną Jej Królewskiej Mości, mój mąż ją poznał.
Spędziłam cudowny czas przygotowując Haus Glienecke na ich przyjęcie i muszę przyznać, że okazał się bardzo przytulny, słoneczny i jasny. Nie tylko byli zachwyceni, ale ojciec panny młodej powiedział, że tęskni za tym, by znów być młodym.
Pobrali się 27 kwietnia 1916 roku i mimo wojny nastały piękne, szczęśliwe dni. Po tym wszystkim, co przeszedł mój syn, bardzo cieszyliśmy się z jego szczęścia. Doktor Jonas z klubu tenisowego Rot-Weiss, nasz dobry przyjaciel, napisał wiersz do zaśpiewania na weselu; ułożyłam do niego muzykę, a Fräulein Dehmlow pięknie go zaśpiewała. Cztery druhny niosły tren panny młodej, a ona wyglądała bardzo pięknie, jej welon był podtrzymywany przez wieniec z mirtu i diamentową tiarę; jej wygląd i sposób, w jaki trzymała głowę, były bardzo podziwiane. Daliśmy jubilerowi Wernerowi niektóre klejnoty mojej teściowej z instrukcjami, aby użył ich części do stworzenia tiary, a resztę zachował na panny młode moich dwóch pozostałych synów. Była to bardzo piękna tiara, ale ponieważ Werner wybrał najlepsze klejnoty, inne synowe miałyby pecha.
Udekorowaliśmy małą kaplicę Glienecke masą tulipanów i, jak sądzę, był tam również duży krzyż z magnolii. Wszyscy nasi bliscy przyjaciele byli obecni, a z powodu wojny nie było zbyt wielu urzędników dworskich. Fritz Karl, dzięki Bogu, otrzymał urlop na tę okazję; była z nami Frau von Wallenberg, moja droga Geheimrätin Gilbert, Fräulein Schröder i Frau Noell. Poprosiłam Olgę von Knesebeck (dawniej moją damę dworu), aby została druhną; podczas nieobecności jej brata na froncie opiekowała się ich majątkiem najbardziej efektywnie. Jej odpowiedź była typowa i równie oryginalna jak ona sama. Powiedziała, że w obecnej sytuacji jest o wiele bardziej przyzwyczajona do zaganiania świń do stajni niż do prowadzenia księżnych do ołtarza; niemniej jednak zgodziła się. Ponieważ przez wiele lat był wychowawcą moich synów i dzielił wiele naszych radości i prób, poprosiliśmy pastora Noella o poprowadzenie ślubu. To był cudowny, ciepły dzień na ślub; w rzeczywistości dzień wcześniej wypiliśmy herbatę na trawniku za kortami tenisowymi. Dom był rozświetlony tulipanami i narcyzami, nawet ich piękno było zabarwione smutkiem.
Rozkaz powrotu na front nadszedł zbyt szybko i, podobnie jak tysiące podobnych osób w innych krajach, młoda para została rozdzielona.
*
Obaj moi synowie od dawna chcieli wstąpić do Sił Powietrznych, a zwłaszcza Fritz. Ich podanie zostało jednak zawetowane "z góry" i muszę przyznać, że po raz pierwszy nie żałowałam, że wstrzymano zatwierdzenie. Ostatecznie Fritz Karl został przyjęty i wysłany do Wrocławia, gdzie przeszedł szkolenie pod okiem pułkownika von Freiberga. Czasami, ku naszej wielkiej radości, przyjeżdżał do Berlina; przyjeżdżaliśmy po niego na lotnisko, gdzie lądował. Jego latanie było oczywiście dodatkowym zmartwieniem; nie sądziłam też, że wybranie go było uczciwe wobec mojego najstarszego syna, który zawsze tak bardzo interesował się lotnictwem. Chociaż nie miałam ochoty widzieć dwóch naszych synów w Siłach Powietrznych, zarówno moja synowa, jak i ja bezinteresownie pracowaliśmy nad spełnieniem ambicji Fritza. Powiedziałam o tym Fritzowi Karlowi, który stwierdził, że jeden lotnik w rodzinie w zupełności wystarczy, ale zarówno ja, jak i moja synowa zbyt mocno odczuwałyśmy rozczarowanie Fritza, by myśleć o naszych osobistych uczuciach. Jej Wysokość nie mogła zrozumieć naszej postawy i powiedziała do mojej synowej:
"Czy chcesz wysłać swojego męża na śmierć?".
Ale Marie Luise wiedziała, jak Fritz cierpi na myśl, że Fritz Karl zdobył to, czego na próżno pragnął przez całe życie. W końcu - ponieważ był już wyszkolony - został mianowany dowódcą sztabu na froncie wschodnim.
Fritz Karl rzucił się w wir szkolenia lotniczego z typowym dla siebie zapałem i został wysłany prosto na front zachodni - co było niezwykłym wydarzeniem, ponieważ z reguły wysyłano tam tylko bardziej doświadczonych lotników. Był zachwycony, że udało mu się to tak szybko. Później prześladowało mnie to odległe spojrzenie, które zauważyłam w jego drogich oczach, a kiedy był na przepustce, wygłosił kilka uwag do swojego młodszego brata i przyjaciół, które brzmiały jak przeczucie. Nigdy nie odezwał się do mnie ani słowem, ale kiedy wracał na front, w ostatniej chwili wychylił się przez okno powozu i podał mi swoją kochaną dłoń do uściśnięcia.
Wkrótce potem żołnierz wracający do domu na przepustkę przyniósł nam wiadomości o nim i poczułam wielką ulgę, gdy powiedział mi, że Fritz Karl nie latał jeszcze nad terytorium wroga, ale nadal odbywał loty próbne za naszymi liniami.
Wieczorem 21 marca mój mąż poszedł spać, a ja już miałam iść za nim, gdy przybył jego adiutant i poprosił o pozwolenie na rozmowę. Przyniósł nam wiadomość, jeszcze oficjalnie niepotwierdzoną, że nasz drogi Fritz Karl został wzięty do niewoli; plotka głosiła, że się rozbił.
Dni, które nastąpiły, były tak pełne niepokoju, że nie pamiętam, czy dowiedzieliśmy się o szczegółach od króla Hiszpanii Alfonsa XIII, czy może od Daisy, księżnej następczyni tronu Szwecji, córki siostry mojego męża, księżnej Connaught. Później dostałam list od mojego dzielnego syna - przeszedł przez brytyjskiego cenzora - który zdołał napisać do mnie przed bardzo poważną operacją, którą miał przejść. Podziękował nam wszystkim za to, co dla niego zrobiliśmy podczas jego krótkiego życia i przesłał nam całą swoją miłość; nigdy nie wspomniał o bólu, który cierpiał. Opisał tylko walkę i jak miał szczęście zobaczyć to, czego inni nie zauważyli. Dowódca ich eskadry, zasłonięty chmurą, był bliski tego, aby zostać zaatakowanym, a Fritz Karl natychmiast zdecydował się go bronić. Następnie został zaatakowany przez kilka samolotów przeciwnika, silnik uszkodzony przez kulę, i zmuszony do przymusowego lądowania. Pomimo rany w stopie udało mu się to w sposób, który ucieszyłby serce jego instruktora, pułkownika von Freiberga. Wiatr uniemożliwił mu wylądowanie w naszych liniach, więc, polegając na swojej biegłości biegacza, próbował do nich dotrzeć, nie zważając na kontuzjowaną stopę. Strzelano do niego z okopów przeciwnika, aresztowali go Australijczycy.
Zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby do niego dotrzeć. Miałam nadzieję, że uda mi się to zrobić ubraną jako pielęgniarka z Mariendorf, ale wszystkie moje starania okazały się daremne. Anglia z pewnością udzieliłaby mi zgody, a Francja prawdopodobnie również się by się zgodziła, ale cesarz nie zezwolił mi opuścić Niemiec.Czułam się mniej niespokojna, gdy wieści stawały się coraz lepsze.
W długim liście do barona von Schleinitza, napisanym, gdy wydawało się, że Fritz Karl powraca do zdrowia, opisał, jak Australijczycy zawinęli go w jedną z ich kurtek, gdy odkryli, jak bardzo zmarzł przez utratę krwi, i bardzo ostrożnie go przenieśli. Został zabrany do angielskiego szpitala polowego samochodem; podróż trwała kilka godzin, a do czasu dotarcia na miejsce był już prawie u kresu sił.
Operację, która odbyła się o piątej rano, przeprowadził angielski specjalista. Chirurg był uprzejmy dodać kilka słów do listu mojego syna, informując mnie, że chociaż operacja zakończyła się sukcesem, pacjent nie był jeszcze w niebezpieczeństwie.
W drugim liście Fritz Karl był pełen uznania dla sposobu, w jaki był pielęgnowany oraz dla przyjaznego i naturalnego zachowania angielskich pielęgniarek; powiedział, że przypomina mu to wiele dobrych chwil, które spędził w Anglii. Powiedział również, że jego rany, w tym ta duża, która była operowana, goiły się pięknie, ale jego wielkim problemem była noga; była bezwładna i bezradna i nie pozwalała mu spać w nocy. Musiał strasznie cierpieć - on, który nigdy w życiu nie miał zadrapania ani dnia choroby.
Fritz Karl zawsze podbijał serca w domu i najwyraźniej jego cierpliwość i odwaga w znoszeniu bólu, jego życzliwość i prostota podbiły wszystkie serca w angielskim szpitalu. Pewien angielski duchowny, za pośrednictwem Connaughtów, napisał do mnie później taki miły list; przyniósł Fritzowi Karlowi kilka ilustrowanych gazet do obejrzenia; chłopiec był zachwycony i wdzięczny, ale wahał się, czy je wziąć, aby nie pozbawić ich jakiegoś innego pacjenta. Pomimo całego bólu i dyskomfortu spowodowanego przez jego nogę, pisał tylko w sposób obliczony na dodanie mi odwagi i namawiał mnie, abym była sportową matką sportowych synów i nigdy nie była przygnębiona, bez względu na to, jak wielki może być ciężar. Otrzymałam już wzruszającą nagrodę za wszystko, co dla niego zrobiłam, kiedy wkrótce po wypowiedzeniu wojny napisał do mnie pełen uczucia list, dziękując mi za spartański sposób, w jaki go wychowałam.
Mam nadzieję, że wierzył, że jego noga wyzdrowieje; byłoby to zbyt tragiczne i gorzkie, gdyby myślał, że będzie kulawy do końca życia i nie będzie już mógł brać udziału w rozrywkach, w których był wybitny i które tak bardzo kochał.
Jego kuzyn, Arthur Connaught, odwiedził go, a my dowiedzieliśmy się o tej wizycie od Daisy ze Szwecji. Leczenie elektryczne zastosowane na jego nodze okazało się skuteczne do tego stopnia, że był w stanie poruszać małym palcem u nogi; ale rana otworzyła się ponownie, choć po pewnym czasie znów ładnie się zagoiła.
Ze względu na postępy naszych wojsk szpital musiał zostać pospiesznie ewakuowany, a Fritz Karl i wszyscy ranni zostali przewiezieni pociągiem do Rouen. Podróż okazała się śmiertelna. Spowodowała krwotok wewnętrzny i został on ponownie zoperowany. Wkrótce potem, samotnie, bez słowa pocieszenia od któregokolwiek z członków rodziny, 6 kwietnia, w dniu swoich dwudziestych czwartych urodzin, ten nasz drogi syn został nam odebrany.
*
W swoim drugim liście Fritz Karl przesłał mi wiele życzeń z okazji moich urodzin, które przypadały na 8 dzień. Obawiając się, że nie dotrą one do mnie na czas, wysłał mi również telegram za pośrednictwem Daisy ze Szwecji. Otrzymałam go siódmego dnia, w przeddzień moich urodzin, mało przewidując, gdy go otrzymałam, że już nie może myśleć o mnie z tego świata. Następnego ranka z radością powiedziałam innym, że miałam sen (rzadko mi się to zdarza) i we śnie objęłam naszego drogiego Fritza Karla.
Po otrzymaniu tak uspokajających wieści na jego temat, zaprosiłam kilku naszych najbliższych przyjaciół na urodzinowy obiad; mój mąż niechętnie się na to zgodził, a później powiedział mi, że miał wrażenie, że takie przyjęcie jest nie na miejscu. Jego wrażliwa natura być może otrzymała przeczucie straszliwego ciosu, który miał nadejść.
Uważałam za niemiłe, że koniuszy mojego męża, Herr von Mahltzahn, wspomniał wtedy o pewnym przesądzie, o którym nie wiedziałam, a który, o ile chodzi o moje urodziny, nie spełnił się. Urodziny Fritza Karla i moje były tak blisko, że moje musiały często przypadać na Wielki Piątek, tak jak jego w tamtym roku. Maltzahn powiedział, że to pechowe zjawisko, myśl, którą, oczywiście, odrzuciłam.
9 kwietnia, między kilkoma opóźnionymi telegramami urodzinowymi, otworzyłam ten od Daisy ze Szwecji z tą przerażającą wiadomością. Ona i król Alfonso byli wspaniali, przekazując nam wieści o naszym synu; to właśnie ona, po jego śmierci, poprosiła pielęgniarki i duchownego ze szpitala, aby napisali mi wszystkie szczegóły, jakie mogli.
Było dla nas pewnym pocieszeniem zdać sobie sprawę, jak bardzo nasz drogi syn był prawdziwie opłakiwany przez wszystkich, zarówno wysokiego jak i niskiego stanu, on, który został nam odebrany w kwiecie wieku, prawdziwy Zygfryd, przez tę straszną wojnę. Współczucie ze strony brytyjskiej armii, zwłaszcza lotnictwa—biuletyny dotyczące zdrowia mojego syna były zrzucone nad niemieckimi liniami—było bardzo wzruszające. Uważałam to za piękne, że miłość do sportu mogła w ten sposób, nawet w czasie wojny, łączyć ze sobą przyjaciół i wrogów.
Pozwolę sobie wspomnieć, że wkrótce potem zmarł jeden z najdroższych i najprawdziwszych przyjaciół Fritza Karla. Hans von Trotha również został aeronautą podczas wojny, ale niestety! podczas lotu nad Kwaterą Główną Armii, w momencie, gdy jego ojciec patrzył na niego, rozbił się. Biedny ojciec napisał do mnie najbardziej wzruszający list, w którym napisał, że Hans nie mógł pogodzić się ze śmiercią swojego przyjaciela, Fritza Karla, i że teraz do niego dołączył.
Na krótko przed śmiercią Fritz Karl napisał do barona von Schleinitza, że wkrótce zostanie wysłany do Anglii, a listy mają być adresowane do jego wuja, księcia Connaught. Miał przeczucie, że chociaż jest ranny i jest więźniem, w Anglii zostanie otoczony dobrą opieką.
Moja siostra cesarzowa w pełni podzielała nasz wielki smutek i przyniosła mi piękne kwiaty, aby umieścić je przed portretem naszego chłopca. Cesarz wysłał mojemu mężowi depeszę - zaledwie kilka słów współczucia zakończonych słowami: Noblesse oblige (szlachectwo zobowiązuje – przyp. tłumacza). Do mnie jednak napisał dziwny list kondolencyjny.
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
Prześladowanie mojego najmłodszego syna przez cesarza Wilhelma II. 1917
1917
Jak, po sprawie zostawienia wizytówki cesarzowej, udało nam się uzyskać zgodę Cesarza Wilhelma II na wyjazd Fryderyka Leopolda do Monachium, naprawdę nie wiem. Musiało to być przed wyjazdem do Bawarii, gdzie ponownie spotkał się z kolegą z czasów kadeta, co było początkiem bardzo wielkiej i trwałej przyjaźni. Baron Piero Cerrini, adoptowany syn mojej ukochanej Marietty, jest uczciwy, inteligentny, energiczny i bezinteresowny; mój syn jest mu oddany, wdzięczny za przyjaźń i szczęśliwy, gdy może dla niego coś zrobić; z kolei on troszczy się o dobro Fryderyka Leopolda tak samo, jak o swoje własne. Jest zdumiewające, jak dobrze współgrają ze sobą ich charaktery. Mój syn przyczynił się do rozwinięcia w Cerrinim wrażliwości i zrozumienia piękna do wyjątkowego stopnia, i teraz dzielą nie tylko radości z zwiedzania, kościołów, muzeów, galerii sztuki i tak dalej, ale także piękna natury. Na pewno nie mogłam sobie życzyć dla Fryderyka Leopolda lepszego przyjaciela niż Cerrini, a zarówno mój mąż, jak i ja bardzo go polubiliśmy. Zawsze mieliśmy pocieszające poczucie, że jego rady są dobre, a jego osąd trafny; nigdy nie było egoistycznego motywu, zawsze stawiał wszystko, co miał, do naszej dyspozycji, a od śmierci mego ukochanego męża, jest dla mnie jak drugi syn, pomagając Fryderykowi Leopoldowi w opiece nade mną. Oboje kochają kwiaty, a Cerrini z dużym zainteresowaniem zajmował się ogrodem willi mojego syna w Lugano—tak pięknie zaprojektowanym przez siebie. Oprócz ogrodnictwa są wielkimi miłośnikami sportu, a w dzisiejszych czasach widok tych dwóch szczupłych postaci zręcznie balansujących na desce ciągnącej się za szybką motorówką i trzymających się jej za parę cienkich lejców jest radosny. Tak bardzo polegam na Cerrinim, że zawsze czuję się trochę zaniepokojona, gdy nie jest przy moim synu.
Moja przyjaciółka Marietta Cerrini, malarka portretów i błyskotliwa studentka sztuki, mieszkała w Monachium ze swoją matką i siostrą Stephy od czasu opuszczenia Drezna w 1897 roku. Była przyjaciółką Lenbacha i często miała zaszczyt siedzieć z nim, gdy malował. Była wielką pomocą dla Fryderyka Leopolda na wiele sposobów. Muzyka, która, gdy oboje byliśmy młodzi, po raz pierwszy połączyła Mariettę i mnie, była również wielką więzią między nimi, podobnie jak zainteresowanie malarstwem portretowym, ich miłość do sztuki i społeczeństwa.
W Monachium Fryderyk Leopold po raz pierwszy spotkał wybitnego naukowca, profesora von Bissinga[159], syna generała Moritza von Bissinga, który został zdymisjonowany przez cesarza z bliżej nieokreślonego powodu. Intelektualnie profesor von Bissing odziedziczył po matce, która urodziła się jako Wesendonck, i miał niewiele wspólnego z ojcem, nie mając żadnych predyspozycji wojskowych.
Fryderyk Leopold cieszył się ogromną popularnością w Monachium i pomimo młodego wieku był doskonałym gospodarzem; przyjmował dyplomatów, uczonych i przedstawicieli królewskich; jego ugotowane perfekcyjnie obiady przez Rosę Fuchs zyskiwały dodatkową wartość dzięki jego artystycznym dekoracjom stołów. Osobiście uwielbiałam gotowanie, a mój książę był wielkim koneserem jedzenia; wręcz kucharze byli często zdumieni, słysząc, jak tłumaczył, jak przygotować pewne dania. Ale mój najmłodszy syn jest prawdziwym geniuszem w tej sztuce, a niektóre z jego wysiłków nie byłyby godne pogardzenia przez francuskiego kucharza. W tamtym czasie jego towarzyszem wojskowym był mało sympatyczny pan von Meyer. Ten pan nie był popularny w Bawarskiej stolicy. Ku przerażeniu mojego syna zwracał się do króla Ludwika III, zanim Jego Wysokość sam zwrócił się pierwszy do niego; nalegał, aby towarzyszyć Fryderykowi Leopoldowi we wszystkich wycieczkach i raportował do Berlina wszystkie poczynania mojego syna. Bez zbędnych słów można powiedzieć, że taki człowiek nie pasował do swobodnego, niekonwencjonalnego, artystycznego środowiska.
Wczesną wiosną 1917 roku, w towarzystwie mojej drogiej, małej damy dworu, Fräulein von Heiniccius, spędziłam trochę czasu z Fryderykiem Leopoldem w Lovrano niedaleko Abbazii, gdzie odbywał kurację; i wiele szczęśliwych godzin spędziłam siedząc u jego boku, gdy malował. Mój pokój w hotelu był dzięki niemu kwiecistą altaną. Jak zwykle pochlebiało mi, gdy pewnego dnia stara kobieta wzięła mnie za narzeczoną mojego syna. Innym razem, gdy wybierał dla mnie elegancki czerwony kapelusz w Lugano, sprzedawczyni wzięła mnie za jego petite amie (z francuskiego: partnerkę – przyp. tłumacza). Tempi passati! (z włoskiego: Przeszłe czasy! - przyp. Tłumacza). Ale zachwycająca pomyłka, gdy człowiek się starzeje.
Podczas jednego z urlopów w Glienecke mój mąż dowiedział się przypadkiem o śmierci swojej ulubionej siostry, Luizy Małgorzaty[160]. Straszliwa wojna zerwała wszystkie więzi rodzinne między krewnymi, którzy byli różnych narodowości. To był straszny cios dla mojego księcia i podwójnie bolesny, ponieważ nie był w stanie pojechać do niej podczas jej choroby, ani nawet uczestniczyć w jej pogrzebie.
Życie w tym czasie było równie tragiczne dla mojego biednego kuzyna Abby'ego[161] ze Szlezwika-Holsztynu, który przez lata służył w niemieckiej armii, a podczas wojny był przydzielony do generała von Loewenfeldta, ale na szczęście nie został wysłany na front. Mimo to miał wiele do zniesienia. Wujek Krystian od początku pragnął mieć syna w każdej armii. Pomimo faktu, że kiedy poślubił trzecią córkę królowej Wiktorii, zamieszkał w Anglii i przyjął angielskie obywatelstwo, nadal był księciem Szlezwika-Holsztynu, a jego dzieci zachowały tę terytorialną przynależność; więc było całkiem naturalne, że jeden z nich wstąpił do armii niemieckiej. Było to szczególnie naturalne w przypadku mojego kuzynka Abby’ego, który, gdyby mój brat Ernest Günther nie miał syna, miał odziedziczyć duży majątek Przemkowa.
Zamiast pozostać sama w Glienecke, kiedy mój mąż i dwaj starsi synowie byli na froncie, spędziłam trochę czasu z Fryderykiem Leopoldem w Monachium. Pięknie urządził moje pokoje; duże toaletowe, całkowicie zgodne z moim gustem, mnóstwo kwiatów, łazienka i pokój mojej służącej w pobliżu. Możliwość dzielenia jego życia była dla mnie wielką pomocą w tych strasznych latach wojny. Ponieważ nie zależało mi na chodzeniu do opery, a tym bardziej do innych teatrów, chodziliśmy razem na wiele koncertów i mieliśmy wiele muzycznych wieczorów w domu. Śpiewacy, skrzypkowie i wiolonczeliści zapewnili nam cenne godziny zapomnienia i jestem im i mojemu synowi za to wszystko bardzo wdzięczna.
Często zdarza się, że gust jednego pokolenia omija drugie i pojawia się ponownie w trzecim. Mój mąż i ja nie dbaliśmy o stare meble, preferując nowoczesne, zwłaszcza angielskie meble z towarzyszącymi im kretonami i tak dalej. Mój najmłodszy syn, podobnie jak jego babcia, pasjonuje się antykami. Będąc w Monachium dał się jej ponieść do tego stopnia, że nie bacząc na stan swojego konta bankowego, kupił wiele cennych dzieł sztuki, przez co popadł w długi. Mój mąż pomógł mu hojnie, podobnie jak Fritzowi i Fritzowi Karlowi przy podobnych okazjach, i miał przynajmniej tę pociechę, że wiedział, iż pieniądze zostały dobrze wydane.
Książę sporządził testament, w którym pozostawił wszystkie dzieła sztuki, które odziedziczył po swoim dziadku i matce, Fryderykowi Leopoldowi, który jako najmłodszy syn nie byłby tak dobrze sytuowany; dzięki pieniądzom uzyskanym ze sprzedaży kilku bardzo cennych waz - które w każdym razie odziedziczyłby - wszystkie zobowiązania mojego syna zostały pokryte.
Chociaż Fryderyk Leopold oczywiście wykonywał służbę wojskową bardzo sumiennie, fakt, że jego prawdziwym zainteresowaniem były sztuka, muzyka i nauka, zawsze wpływał niekorzystnie na jego postrzeganie w oczach Der Allerhöchste (Najwyższego).
Prawdopodobnie krążyło wiele plotek na temat życia naszego syna podczas wojny. W każdym kraju młodzi mężczyźni, którzy naprawdę nie nadawali się do czynnej służby, byli narażeni na krytykę i szyderstwa wynikające z ignorancji, uprzedzeń lub złośliwości. Co więcej, władza nie była zadowolona z tego, że mój syn był w tak zażyłych stosunkach z królem Bawarii i jego rodziną. Został odwołany z Monachium i otrzymał jako towarzysza wojskowego, zamiast von Meyera, kapitana kawalerii von Heydena. Temu człowiekowi udało się zdobyć zaufanie mojego syna... tylko po to, by je zdradzić. Wykorzystał swoją pozycję, by krążyć po Monachium, próbując odkryć handlarzy, którym mój syn był winien rachunki. Zrobił to, aby pokazać, ile par rękawiczek, ile czekolady i tak dalej pojawiło się w domu podczas tych dni gromadzenia zapasów. Następnie cesarz wydał pruskiemu poselstwu w Monachium rozkaz zamknięcia i zapieczętowania pięknego mieszkania mojego syna.
Podczas przymusowej sprzedaży części kolekcji mojego syna - mimo że był to czas wojny - uzyskano wyższe ceny niż te pierwotnie zapłacone, co pokazuje, że Fryderyk Leopold miał nie tylko poczucie piękna i prawdziwą wiedzę o dziełach sztuki, ale także talent handlowy. Nie wiem, kto zgarnął zyski ze sprzedaży, ale jak już wspomniałam, mój mąż zapłacił większość pierwotnych rachunków. Później z najwyższym trudem namierzyliśmy bezcenną rzeźbioną Madonnę; Bode, kustosz Kaiser Friedrich Museum w Berlinie, miał na nią oko; ale w końcu udało nam się ją odkupić. Mimo to straciliśmy wiele pięknych rzeczy.
Cesarz doskonale wiedział, że mój syn ma słabe serce, a cała ta ekscytacja i zmartwienia są dla niego bardzo szkodliwe. Gdyby chłopiec postępował niezgodnie z normami społecznymi, można by zrozumieć ingerencję Głowy Domu, ale najwięksi wrogowie nie mogliby oskarżyć Fryderyka Leopolda o coś takiego. Ponieważ młody człowiek o artystycznym temperamencie jest wielkim miłośnikiem pięknych rzeczy i rozkoszuje się ich posiadaniem, czy powinien być za to obwiniany i traktowany jak przestępca?
*
Późną wiosną 1917 roku udałam się do Homburga w głębokiej żałobie, aby zobaczyć się z cesarzem i błagać o sprawę mojego syna. Cesarzowa była obecna przy rozmowie. Cesarz zarzucił mojemu synowi między innymi, że zamówił zbyt wiele koszul. Dziwne było, że w takim czasie Najwyższy Władca Wojenny miał czas na wysłuchiwanie tak małostkowych i przesadzonych plotek. Gdy byliśmy świeżo po ślubie, w charakterystyczny sposób kiedyś zarzucił mi liczbę pasów do broni mojego męża do jego ubioru myśliwskiego. Jego sposób, w jaki atakował mojego syna, i fakt, że nie udało mi się osiągnąć celu, sprawiły, że kipiałam ze złości. Rozdrażniona niezmiernie, oskarżyłam cesarza o to, że wysłał specjalistę od spraw psychicznych, aby zbadał mojego męża. Oświadczył, że nie sądzi, iż mój mąż jest normalny. Na to natychmiast ripostowałam:
"O wiele bardziej normalny niż niektórzy inni ludzie".
Rzucił mi dziwne spojrzenie, ale dobrze wiedział, kogo mam na myśli i o kim my - i wielu innych - zawsze tak myśleliśmy. I muszę powiedzieć, że mania cesarza do prześladowania nas i niewiarygodne krzywdy, które musieliśmy znosić, dowiodły, że nasza opinia nie była nieuzasadniona. Cesarz opuścił pokój, a ja w oburzeniu, nie mogąc dłużej opanować łez, rzuciłam się do drzwi, pomimo przyjaznego, siostrzanego współczucia cesarzowej, która jako matka dobrze rozumiała moje uczucia.
Nie mogłam pozostać ani chwili dłużej w pałacu, w którym moja rodzina i ja zostaliśmy tak głęboko znieważeni. Chciałam już nigdy nie przekroczyć jego progu - i nigdy tego nie zrobiłam. Moja siostra chciała zamówić dla mnie jeden z ich powozów, ale ja wolałam iść pieszo niż siedzieć w jakimkolwiek cesarskim pojeździe.
Nie pamiętam dokładnie, kiedy padła kolejna obelga na Fryderyka Leopolda. Było to na równi z naszym aresztowaniem w 1895 roku i haniebnym faktem, że Fritz, gdy wrócił z frontu na zwolnienie lekarskie, otrzymał rozkaz zamknięcia go w Haus Glienecke.
Fryderykowi Leopoldowi teraz zabroniono podróżowania do Berlina, a policja Poczdamu i innych przedmieść stolicy otrzymała polecenie aresztowania go, jeśli by to zrobił!
*
Wkrótce potem Fryderyk Leopold musiał udać się na leczenie serca do sanatorium Weisse Hirsch niedaleko Drezna, gdzie dołączyłam do niego na kilka spokojnych dni. Pojechaliśmy zobaczyć się z moją drogą księżną Saksonii Matyldą, w której domu spotkaliśmy dwie księżne Schwarzburga[162]. Starsza siostra, Maria Antonina, była bardzo ładna i mój syn uważał ją za bardzo atrakcyjną. Po korespondencji i konsultacjach przyjechała do Berlina ze swoim ojcem, a mój mąż, Fryderyk Leopold i ja spotkaliśmy się z nimi. Młoda para miała okazję zobaczyć się nawzajem, a ona wydawała się bardzo lubić mojego syna. Następnie pojechał do rodziców w Saksonii. Fryderyk Leopold i Maria Antoinette zaręczyli się, ale było to trzymane w tajemnicy, dopóki nie poinformowaliśmy o tym cesarza, który odpowiedział w bardzo nieprzyjazny sposób, wytykając nam, że nie zapytaliśmy go wcześniej o zgodę. Później, głównie z powodu hrabiego Eulenburga, zdecydowano, że jej ranga nie jest wystarczająco wysoka, chociaż jej ojciec, książę Sizzo z Leutenburga, był przyszłym dziedzicem księstwa Schwarzburg.
Rozpoczęła się więc nowa walka z władzą.
W Dessau w Anhalt, domu matki księżnej (a także mojej teściowej), wszyscy byli bardzo zadowoleni.
Mój syn opowiedział mi, jak on i jego narzeczona, w towarzystwie jej matki, musieli składać niezliczone wizyty, zawsze jadąc otwartym powozem, aby być widzianym przez tłumy. Ale sprzeciw wobec małżeństwa narastał; stary książę Sizzo, w nieprzyjemnym liście, zażądał tak absurdalnych warunków finansowych, że mój syn poczuł, że nie może prosić ojca o takie poświęcenia w jego imieniu, więc zaręczyny zostały ostatecznie zerwane. Byłam wtedy bardzo smutna z tego powodu, ale może tak było lepiej. Chociaż była bardzo ładna i dystyngowana, mój syn odkrył przy dalszej znajomości, że księżna nie podzielała jego intelektualnych i artystycznych zainteresowań. Później poślubiła hrabiego Solms-Wildenfelsa. Moje wielkie życzenie, aby mój syn znalazł żonę, która uczyni go szczęśliwym, nie zostało jeszcze spełnione. Nie byłoby łatwo, przyznaję, znaleźć kobietę intelektualnie mu równą, z czym zgodzi się każdy, kto go zna. Po zerwaniu zaręczyn Agra żartobliwie powiedziała: "W rzeczywistości mama jest całkiem zadowolona, że znów ma go tylko dla siebie". To była przesada. Dzięki Bogu, od dzieciństwa zawsze byłam częścią jego życia, ale tylko dlatego, że leży mi na sercu jego dobro, pragnę, by miał kochającą i piękną młodą żonę. Naturalnie bardzo trudno jest matce zająć drugie miejsce w uczuciach syna, zwłaszcza jeśli jest on bardzo blisko niej, a słyszałam, jak moi przyjaciele mówili, że ilekroć Fryderyk Leopold widzi coś pięknego, niezmiennie wykrzykuje: "To byłoby w sam raz dla mamy". Zawsze chciał, aby jego stara matka była na pierwszym planie, ale moja miłość do niego jest tak wielka, że chętnie usunęłabym się dla jego dobra.
Pomimo różnicy wieku, trudniej było - szczerze mówiąc - znieść piękną zażyłość, jaka wytworzyła się między Fryderykiem Leopoldem i Mariettą Cerrini. Trzeba przyznać, że było to w dużej mierze spowodowane jej wyższymi zdolnościami intelektualnymi. On całkowicie pochłonął jej życie i myśli. Jak ta dwójka się rozumiała, a mimo to, choć jego życie tak całkowicie wypełniało jej, wiem, że i tak zrobiłaby dla mnie wszystko. Kiedy Marietta straciła prawie wszystko w mrocznych odmętach rewolucji, mój syn założył dla niej mały domek w ogrodzie swojej pięknej willi La Favorita i nadał mu nazwę La Corbellina. Tam urządził dla niej uroczy i wygodny apartament, sam dbając o każdy szczegół. Prawdziwy i lojalny we wszystkim, powiedział do mnie:
"Marietta Cerrini zawsze poświęcała się dla nas; teraz, gdy jest stara i chora, musimy się nią zaopiekować".
To było wspaniałe, wielkie i odważne przedsięwzięcie dla tak młodego księcia jak Fryderyk Leopold, aby próbować walczyć z Wszechmocnym. Jakże jestem dumna - pomimo tego wszystkiego, co moje biedne dziecko musiało znosić w tym okresie swojego życia - że nigdy się nie poddał, a wręcz przeciwnie, wniósł pozew przeciwko człowiekowi, który był cesarzem, królem i głową jego rodu: pierwszy pruski książę, który kiedykolwiek odważył się na taki czyn. Rozpoznałam w nim naszą prawdziwą szlezwicko-holsztyńską krew, być może krew Wittekinda, który początkowo odmówił przyjęcia chrześcijaństwa, ponieważ była to religia jego wielkiego wroga Karola Wielkiego. Fryderyk Leopold był otoczony przez wrogów, którzy próbowali go pokonać na każdym kroku.
Na szczęście mój brat, kiedy poszłam do niego po radę, zasugerował, abyśmy udali się do jego prawnika, Lubszyńskiego, bardzo mądrego człowieka, któremu umiejętnie i energicznie pomagał Heine[163], który odtąd pracował dla nas ze wszystkich sił. Heine, socjaldemokrata i idealista, był całkowitym przeciwieństwem tego, jak go sobie wyobrażałam. Bardzo wyrozumiały i spokojny, nigdy nie przyłączył się do drobnych sprzeczek prawnych, które od czasu do czasu pojawiały się między Lubszyńskim a Werthauerem, jego partnerem. Nigdy nie zapomnę, jak podczas jednej z takich dyskusji Heine wtrącił się:
"Myślę, że powinniśmy oszczędzić Ich Królewskim Wysokościom tych prawnych przepychanek."
W związku ze sprawą sądową mój biedny syn odbył kilka bardzo nieprzyjemnych rozmów. Jedna z nich odbyła się z kustoszem Bode, który włączył się do walki, ponieważ, jak już wspomniałam, pożądał niektórych pięknych rzeczy posiadanych przez mojego syna - w szczególności rzeźbionej Madonny. Dowiedziałam się później od Lubszyńskiego, że mój syn bardzo spokojnie i z wielką godnością odpierał ataki Bode, tak bardzo, że jego antagonista w końcu wycofał się, wyglądając na bardzo małego i pokonanego. Innym razem hrabia zu Eulenburg[164] zapewnił Fryderyka Leopolda o prawdziwości pewnych faktów; podczas następnej rozmowy ich własny prawnik stanowczo zaprzeczył wszystkiemu, co powiedział hrabia. Mój syn był najbardziej oburzony hipokryzją i fałszem tych urzędników dworskich i oświadczył, że nie spocznie, dopóki nie "nie rozprawi się" z Eulenburgiem, ale jego prawnicy zdecydowanie odradzili mu zawracanie sobie tym głowy.
Niestety w tym czasie mój syn i Piero Cerrini widywali się rzadko. Cerrini stracił ojca i brata na wojnie; był w Erfurcie w pułku kawalerii i tak ciężko pracował, że w końcu musiał iść do szpitala z wysoką gorączką. Tam dołożyli wszelkich starań, aby odebrać mu listy mojego syna, a kiedy odmówił rozstania się z nimi, próbowali ukraść je spod jego materaca.
Mój mąż i ja robiliśmy wszystko, co w naszej mocy dla naszego biednego, torturowanego syna, a Marietta Cerrini wykańczała się, pisząc wszystkie niezbędne pisma dla nas i prawnika. W rzeczywistości często pisaliśmy do piątej rano; potem kładłam się na kilka godzin; ale ona, praktycznie nie odpoczywając, po kąpieli pędziła do Berlina, aby spotkać się z jakimś prawnikiem. Aby umożliwić mu spotkanie z doradcami prawnymi, zniesiono zakaz wyjazdu naszego syna do Berlina. Czasami zatrzymywał się w naszym pałacu i poznał ludzi pracujących po drugiej stronie na tyle dobrze, by zdać sobie sprawę, jak bardzo byli pozbawieni skrupułów. Najwyraźniej zatrudnili podejrzane osoby, aby go śledziły, mając nadzieję, że Fryderyk Leopold, niczego nie podejrzewając, będzie mówił i że uda im się zaszkodzić jego reputacji. Dzięki Bogu, odkrył ich złe intencje.
Czuję pewność, że wielu czytelników uzna wiele z tych opowieści, z ich intrygami i kontr intrygami, za nieprawdziwe. Ale ci, którzy mnie znają, doskonale wiedzą, że nie jestem histeryczną starą kobietą, i że faktycznie panowały średniowieczne warunki na pruskim dworze. Teraz, gdy Nemezis nadeszła dla tego, kto wyrządził naszej rodzinie tyle krzywdy, teraz, gdy jego wolność i jego władza - rzeczy, które najbardziej cenił - zostały mu odebrane, często myślę o słowach drogiej Geheimrätin Gilbert: "Chociaż młyny Boga mielą powoli, to mielą niesamowicie drobno."
Kiedy rozpoczął się proces sądowy, otrzymałam list pełen oburzenia od Cesarzowej, którą nie widziałam od czasu gorącej rozmowy z Ich Majestatami w Homburgu. Przed tym, ale po rozpoczęciu kampanii przeciwko mojemu synowi, poprosiła go, aby przyszedł ją odwiedzić; wtedy był w Nauheim, próbując kolejnego leczenia serca i nie mógł tego zrobić. Następnie zaprosiła go do Homburga i po jego wizycie zadzwoniła do mnie, mówiąc, jaki jest miły i rozsądny. Powiedział mi, że początkowo była bardzo miła, ale gdy, pod wpływem nieprawd, poczuł się zobowiązany obwiniać cesarza, wpadła w złość.
W 1918 roku, gdy przyjęła deputację rewolucjonistów z nieustraszoną godnością po tym, jak cesarz uciekł do Holandii, postawa mojej siostry była godna naszego ojca i naszego rodu. Niedawno dowiedziałam się przypadkowo, że powiedziała jednemu ze swoich ludzi, aby zsunął królewski sztandar i bardzo o niego zadbał; i dobry człowiek to zrobił. Następnie opuściła Niemcy i dołączyła do cesarza w Holandii.
Moja siostra i ja nigdy więcej się nie spotkałyśmy, ale pociesza mnie wiedza, że zachowywała się tak godnie w tamtym strasznym czasie.
Nadszedł wielki dzień procesu. Marietta Cerrini została wezwana jako świadek i starano się ją usidlić, ale ona nigdy nie straciła przytomności umysłu. Byłam bardzo zadowolona, gdy po raz pierwszy w całym postępowaniu dano mi możliwość bycia wezwaną jako świadek. W końcu mogłam publicznie przeciwstawić się von Heydenowi, który zamiast lojalnie mu służyć, robił wszystko, co w jego mocy, by skrzywdzić mojego syna.
Lubszyński wygłosił wspaniałą mowę obronną, rozwodząc się nad Statutami Rodzinnymi, tymi autokratycznymi ustawami, które zawsze były przeciwko nam podnoszone przez cesarza. Zażądał, aby zostały one przedstawione w sądzie. Spowodowało to wielkie zakłopotanie w obozie wroga i wśród samych sędziów, ponieważ, jak dobrze wiedzieli, nie było prawdziwych Statutów Rodzinnych - Prawa, którymi zawsze nam grożono, były niczym innym jak zbiorem przestarzałych memorandów. Ujawnienie tego faktu było zasługą wielkiej odwagi i wytrwałości mojego syna.
Muszę wspomnieć o dziwnym zdarzeniu, które miało miejsce około tamtego czasu. Mój syn spotkał znanego człowieka. Nie wiedział, kim jest Fryderyk Leopold, ale poprosił go, aby napisał kilka słów na kawałku papieru, na którym po prostu umieścił swoją dłoń. Następnie powiedział mu, że "jest w mocy pewnego człowieka, ale że w 1918 roku będzie wolny".
Oczywiście uważaliśmy tę proroctwo za niewiarygodne. Przeżyliśmy w kajdankach przez całe życie, i wydawało się niemożliwe, abyśmy kiedykolwiek uwolnili się z naszego zniewolenia.
ROZDZIAŁ SZESNASTY
Rewolucja niemiecka. 1918
1918
W październiku Fryderyk Leopold przebywał w Wiesbaden z powodu reumatyzmu, w towarzystwie Piero Cerriniego i naszego kontrolera von Donopa. Pojechałam tam i zatrzymałam się w hotelu "Rose" na krótki czas i spędziliśmy razem kilka przyjemnych dni. Pewnego dnia był nalot (nie byłam tam obecna), a mój syn i Cerrini obserwowali go z Kurhausu. Następnego dnia, gdy oglądali dom, który został całkowicie zniszczony, zostali wzięci za obcokrajowców i mieli zostać aresztowani; Fryderyk Leopold był w stanie udowodnić swoją tożsamość dopiero, gdy dotarli do hotelu. Na domiar złego w czasie wojny panowała straszliwa epidemia grypy i wszyscy bali się zarazić.
Fryderyk Leopold zachorował z gorączką na grypę. Lekarz z Wiesbaden nie wydawał się być w stanie poradzić sobie z tym przypadkiem i wysłałam go do Berlina po Peplaua, naszego własnego lekarza. Następnie wezwano specjalistę. Pewnego ranka, podczas ubierania się, zostałam nagle wezwany do pokoju Fryderyka Leopolda i przeżyłam ogromne cierpienie, gdy powiedział mi, że nie ma nadziei. Potem nastąpiło osiem strasznych tygodni, kiedy jedna komplikacja następowała po drugiej.
Egzystencja w Wiesbaden stawała się coraz bardziej niemożliwa, a bezpieczeństwo pacjenta podczas nalotów było wielkim powodem do niepokoju. Doktor Peplau, Cerrini i ja zdecydowaliśmy, że należy go zabrać do piwnicy, ale ostatecznie, ze względu na jego niepewny stan, stwierdziliśmy, że lepiej go nie przenosić, ale zamknąć wszystkie okna i zmniejszyć hałas tak bardzo, jak to możliwe.
9 listopada, kiedy się obudziliśmy, był tylko jeden okrzyk: "Wybuchła rewolucja". Byłam oczywiście rozdarta między moim mężem, który był w Glienecke, a moim synem. Nie mogłam zmusić się do opuszczenia Wiesbaden, a jednocześnie pragnęłam być u boku męża w tych niebezpiecznych czasach. Toet, służący mojego syna ze Szlezwika-Holsztynu, powiedział mi, że grupa rewolucyjnych marynarzy z Kilonii jest w Wiesbaden i że większość z nich pochodzi ze Szlezwika-Holsztynu. Odpowiedziałam, że nie boję się własnego narodu, ale ze względu na mojego męża odetchnęłam z ulgą, gdy doktor Peplau zdecydował, że w tych okolicznościach rozsądniej będzie zabrać mojego syna z powrotem do Glienecke. Powiedziano nam, że nadchodzą Francuzi. Nadeszli; a Francuzi i rewolucja razem wzięte nie dawały nam wesołych perspektyw.
Oczywiście były duże trudności z pociągami i udało nam się dostać tylko powolny, który ruszał o dziewiątej wieczorem. Załatwiliśmy bardzo prymitywny wagon sanitarny trzeciej klasy, ale nie było w nim łóżka dla inwalidy; na szczęście pozwolono nam zatrzymać nosze. Moja dama dworu, Fräulein von Korn (była moją ostatnią), kontroler von Donop i nowy towarzysz z wojska mojego syna - następca von Heydena - byli w innym przedziale; Baron Cerrini, Dr Peplau i ja byliśmy w przedziale wagonu sanitarnego z Fryderykiem Leopoldem. We Frankfurcie nad Menem wielu żołnierzy wracających z frontu stłoczyło się w pociągu i chciało wejść do naszego przedziału, ale dr Peplau zdołał ich powstrzymać; stanął przy oknie i powiedział im, że w środku jest przypadek zakaźny.
Nigdy nie zapomnę tej nocnej podróży, gdy mężczyźni i kobiety siedzieli śpiewając na korytarzach, a nawet na schodach pociągu. W Frankfurcie spodziewaliśmy się, że Toet, który oczywiście mógł zdobyć cokolwiek mój syn by chciał, spotka nas, ale... go tam nie było. Przykro mi, że muszę relacjonować taką rzecz o Szlezwiko-Holsztyńczyku, którzy są znani ze swej wierności. Opuścił swojego chorego pana, by dołączyć do rewolucjonistów, zabierając ze sobą, naturalnie, biżuterię i inne rzeczy.
Moja służąca, przeciwnie, zachowywała się bardzo dobrze. Miała pod opieką nie tylko małego pekińczyka, Zschuckiego, pięknego złotowłosego zwierzaka, który wolał nasze towarzystwo od towarzystwa służby, ale także, pod nieobecność Toeta, dużego borzoja mojego syna. Następnego ranka przybyła do naszego "Nocnego Obozu Granady". Składał się on z noszy, na których leżał mój syn, wiklinowego fotela, w którym spałam, małej drewnianej ławki, na której siedział doktor Peplau, oraz podłogi, na której leżał Cerrini. Dzięki jej pomocy udało mi się wyglądać trochę bardziej jak człowiek, i poprosiliśmy ją, aby gotowała coś dla chorego i dla nas. Kiedy żołnierze wsiedli do jej przedziału we Frankfurcie, Zschucki szczeknął na nich dziko i zniknął, podczas gdy moja pokojówka zajmowała się borzojem. Cieszyłam się, że szczekała na dezerterów, ale bardzo żałowałam, że zaginęła, ponieważ mój syn dał mi ją i bardzo ją lubił.
Ten upiornie powolny pociąg zdawał się nigdy nigdzie nie dojeżdżać; jechaliśmy w nieskończoność. O czwartej następnego popołudnia zatrzymaliśmy się, nie wiem gdzie, a dr Peplau, który stał przy oknie, nagle wskazał na peron. Wyjrzałam i zobaczyłam mojego małego Zschuckiego w ramionach uprzejmego mężczyzny, który podawał jej wodę z kranu. Człowiek ten, jeden z maszynistów, znalazł biednego pekińczyka błąkającego się po peronie we Frankfurcie i doszedłszy do wniosku, że musi należeć do pasażera, zabrał go na pokład. Zschucki zatem nas nie opuścił i okazał się wierniejszy niż Szlezwiko-Holsztyńczyk.
Między drugą a trzecią nad ranem, po trzydziestogodzinnej podróży, dotarliśmy wreszcie do Berlina. Kręciło się tam wielu rewolucjonistów z czerwonymi odznakami na mundurach; nie byli jednak nieprzyjaźni i zapytali moją pokojówkę, czy pacjent jest rannym oficerem.
Byłam bardzo zły na von Donopa. Właśnie wtedy, gdy tak ważne było, aby pacjent był spokojny i nie zwracał na siebie uwagi, powiedział głosem, który trudno nazwać szeptem:
"Pomyśleć, że to są ludzie, którzy nami teraz rządzą!". "Proszę, bądź cicho" – odpowiedziałam.
Na szczęście nikt nas nie podsłuchał.
W końcu, ponieważ zamówiona wcześniej karetka nie przyjechała, postanowiłam nie czekać i poprosiłam przechodzącego żołnierza, aby pomógł nam znieść nosze po schodach. Myślę jednak, że mężczyźni, którzy ostatecznie przenieśli mojego syna z dworca do naszego berlińskiego domu, byli tragarzami kolejowymi. Szłam obok Fryderyka Leopolda i, pomimo strzelaniny na sąsiednich ulicach, droga Fräulein von Korn prowadząca borzoja szła bardzo spokojnie po jego drugiej stronie. W ten sposób dotarliśmy w końcu do pałacu. Następnego ranka zabraliśmy go do Glienecke, ale ponieważ byliśmy w karetce, mieliśmy mniej niebezpieczną podróż podczas tych niespokojnych i niebezpiecznych listopadowych dni niż Cerrini, który podążał z bagażem.
Osobą, która naprawdę pocieszała Fryderyka Leopolda i dodawała mu odwagi w tych złych dniach, był jego przyjaciel Cerrini, któremu bardzo zazdrościłam niezwykłego talentu pielęgniarskiego. Nazywałam go "pielęgniarzem Friedericke". Zajmował się wszystkim tak cicho, umiejętnie pomagał lekarzowi i pielęgniarkom, sprawnie przenosił pacjenta, zadając jak najmniej bólu i apetycznie przygotowywał jedzenie dla chorego; w rzeczywistości nic nie było dla niego zbyt wielkim kłopotem; naprawdę był bardzo godny podziwu.
Grupa mężczyzn wysłana do nas jako straż przez Radę Żołnierską była spokojna; był wśród nich malarz, który często dla nas pracował i obiecał nam swoją "ochronę". Musieliśmy płacić i karmić tych ludzi, a aby spróbować ocalić nasze życie i mienie, byliśmy zmuszeni wywiesić czerwoną flagę, którą nam pożyczyli.
W tym czasie z frontu wracały już całkiem kompletne pułki i pewnego wieczoru ogłoszono przybycie porucznika Schapera z Gwardii Kirasjerów, który zapytał mojego księcia, czy on, jego ludzie i konie mogą zostać zakwaterowani. Mój mąż naturalnie powitał ich z radością, a on i nasza córka - ja pozostałam z naszym chorym chłopcem - udali się do naszej ujeżdżalni, aby nadzorować wszystkie przygotowania. Porucznik Schaper był miłym, dżentelmeńskim młodym człowiekiem i ku naszej wielkiej radości chętnie z nami przebywał.
Pewnego dnia po śniadaniu pojawił się kolejny szwadron kirasjerów; starszy porucznik, w towarzystwie kilku podoficerów, poprosił stanowczo o rozmowę z księciem i wydał rozkaz zdjęcia czerwonej flagi. Powiedział, że jej widok rozwścieczył żołnierzy i dał nam tyle czasu na przemyślenie sprawy, po czym zbombardują zamek, jeśli flaga nadal będzie powiewać. Błagałam go, aby się opanował, ponieważ mój syn leżał chory w pobliżu, ale jego stan tylko się pogorszył. Mężczyzna był całkiem szalony, a później powiedziano nam, że był w Południowej Afryce, gdzie miał jakiś udar słoneczny. W końcu odszedł, ale nie zdążyliśmy jeszcze otrząsnąć się ze wzburzenia, gdy nagle zobaczyliśmy kilku podoficerów na dachu zamku, wciągających, wśród głośnych wiwatów, czarno-biało-czerwoną flagę. Aby dostać się na dach, trzeba było przejść przez pokoje gościnne, które były zamknięte na klucz; ale przekonali jednego z naszych służących, aby ich przepuścił; później dostał reprymendę za posłuszeństwo obcym w domu swojego pana.
Porucznik Schaper był niestety nieobecny, gdy to się stało, a kiedy wrócił i usłyszał o zachowaniu tego oficera, był bardzo oburzony, że ludzie z jego pułku odpłacili za przyjazne przyjęcie, które im zgotowaliśmy, w tak irytujący sposób. Chciał natychmiast odejść, tak bardzo wstydził się tego, co się stało; jednak książę uspokoił go, a jego kapitan, który kwaterował w pobliżu w Babelsbergu, przyszedł i przeprosił.
Widzieliśmy sporo ludzi z Rady Żołnierzy; ogólnie okazali się spokojni i rozsądni. Był jeden podoficer, chyba nazywał się Wuest, który przychodził do salonu, żując cygaro; niemniej jednak pod jego "opieką" (siedział obok szofera) ja i Marietta Cerrini mogliśmy zrobić świąteczne zakupy w Berlinie - bez niego nie mogłybyśmy przejechać. Zamówiłam lekki lunch, który miał być przygotowany w naszym pałacu i poprosiłam go, aby z nami coś przegryzł, co zrobił, choć nie sądzę, aby uznał okoliczności za bardzo przyjazne.
Jak dotąd byliśmy w stanie pozostać w Glienecke; inni mieli mniej szczęścia. W Brunszwiku książę i księżna zostali zmuszeni do ucieczki; nasz syn Fritz, który służył jako dowódca eskadry w Brunszwiku, zrobił to samo z Marie Luise i ich małą córeczką, ponieważ ona i jej rodzina byli zagrożeni. Musieli wyjechać dość nagle podczas kolacji i pojechali do domu zaprzyjaźnionego leśniczego w sąsiedztwie. Stamtąd udało im się dotrzeć pociągiem do Przemkowa do mojego brata. Moja biedna synowa spodziewała się narodzin drugiego dziecka i musiała bardzo przeżyć ten czas; przepełniony wagon, nic do jedzenia, a kiedy dziecko płakało, mężczyzna w wagonie powiedział, że chciałby skręcić jej kark. Na domiar złego walizka przypadkowo spadła z bagażnika na biedną Marie Luise.
Słysząc to wszystko, a także wiele innych rzeczy, postanowiliśmy spróbować sprowadzić Fryderyka Leopolda do Monachium. Poprosiłam o klucze do bramy tunelu i Starego Parku, mając przeczucie, że w końcu będziemy ich potrzebować; a kiedy sprawy zaczęły stawać się coraz bardziej niewygodne, bardzo się ucieszyłam, że mam je w swoim posiadaniu. Należy pamiętać, że tunel ten (którego bramy były zawsze zamknięte) przebiegał pod drogą Berlin-Poczdam i łączył park Zamku Myśliwskiego z parkiem Glienecke Starego Zamku.
Szwedzki przyjaciel naszego drogiego Fritza Karla, architekt Johannsen, pojawił się przypadkiem po południu w dniu, w którym zdecydowaliśmy się uciekać. Chociaż nie pasowało to do naszych planów, zatrzymaliśmy go na herbatę; ale kiedy wyszedł, wrócił do domu, aby powiedzieć nam, że teren jest otoczony, że ludzie najwyraźniej słyszeli plotki o naszym wyjeździe i nie zamierzają pozwolić nam uciec. Zasugerował, abyśmy wszyscy wymknęli się przez okno na parterze Cavalier Haus.
Włożyłam kilka rzeczy do małej torby, którą często zabierałam ze sobą na przejażdżki samochodem, a kiedy nadszedł wieczór, mój mąż, mój syn, Marietta i Piero Cerrini, Johannsen i ja wyszliśmy przez okno, jeden po drugim, i skradaliśmy się w cieniu ściany w kierunku tunelu. Mój mąż powiedział mi później, że księżyc świecił tak jasno, że bał się, że nas zobaczą i zaczną strzelać. Ale, dzięki Bogu, bezpiecznie pokonaliśmy długą drogę przez ogród aż do bramy tunelu, a stamtąd do zamkniętej części Starego Parku aż do Hirsch Tor lub Bramy Jeleni; chcieliśmy przedostać się przez tę bramę na drogę, a stamtąd przez most Glienecke do Poczdamu.
Kiedy próbowaliśmy otworzyć Hirsch Tor, żaden klucz nie pasował. Ponieważ nie można było wspiąć się na mur, nie mieliśmy innego wyjścia, jak śmiało przejść przez główną bramę Starego Parku na główną drogę Berlin-Poczdam.
W ferworze chwili zobaczyłam tylko jednego wartownika. Stał na końcu mostu Glienecke, a ponieważ prawdopodobieństwo rozpoznania było mniejsze, Johannsen, z Mariettą pod ramię, poszedł przodem i zaangażował go w rozmowę, podczas gdy my szybko przemknęliśmy obok.
Potem przyszedł czas na spacer do stacji Poczdam.
Martwiłam się o Fryderyka Leopolda, wciąż słabego z powodu choroby, i o Mariettę Cerrini, która nie mogła szybko chodzić z powodu problemów z sercem. Zobaczyłam jednak nadjeżdżający powóz i poradziłam im, aby poprosili jego pasażerów o podwiezienie. Obydwoje wiedzieli, że nie poradzą sobie z długim spacerem i przyjęli moją sugestię. Dwie panie, jak pokazały wydarzenia, nie były zbyt uprzejme i po pewnym czasie wyrzuciły ich z powozu!
Nie odważyliśmy się wsiąść do tramwaju z obawy przed rozpoznaniem. Ale w końcu złapaliśmy taksówkę i wtedy, kiedy myśleliśmy, że jesteśmy bezpieczni, spotkało nas najgorsze.
Kiedy dotarliśmy na dworzec w Poczdamie, nie było tam ani Fryderyka Leopolda, ani Marietty Cerrini! Nie odważyliśmy się pokazać w miejscu, w którym byliśmy tak dobrze znani, zwłaszcza że czuliśmy się śledzeni. Nastąpiły upiorne poszukiwania w ciemności. Co należało robić? Odejście bez mojego syna i Marietty byłoby straszne, a pozostanie tam, gdzie byliśmy, niezwykle niebezpieczne! Inni sugerowali, że mogli już wyjechać do Berlina, ale czułam, że to mało prawdopodobne.
Był to dla mnie najgorszy moment rewolucji.
Nagle pojawiła się moja pokojówka, która bardzo dzielnie podążała za nami z własnej woli. Opuściła Zamek Myśliwski bez kapelusza, jakby wybierała się na spacer.
W końcu wsiedliśmy do pociągu do Berlina, gdzie doszło do sporej strzelaniny, a w drodze na stację Anhalter, aby złapać pociąg do Monachium, musieliśmy uciekać, aby uniknąć ostrzału. Pozwolenie, które na szczęście Johannsen miał w swoim posiadaniu, pozwoliło nam dostać się na stację Anhalter.
Poczekalnia nie była przyjemnym widokiem - pełna pijanych ludzi i atmosfery, która była bardzo napięta i nieprzyjemna, sprawiająca wrażenie, jakby można było ją wyczuć w powietrzu. Niestety, mojego syna i Marietty Cerrini tam nie było i chociaż dzwoniliśmy do różnych przyjaciół, nie mogliśmy uzyskać od nich żadnych wiadomości. Nadal nie rozumiem, jak w tej niepewności umysłu dałam się przekonać, by pójść za mężem do pociągu do Monachium. Jednak gdy wyjeżdżaliśmy, Cerrini, który miał pozostać z tyłu w tym celu, powiedział, że będzie ich szukał i wiedziałam, że nie pozostawi kamienia na kamieniu, dopóki ich nie znajdzie.
*
Cerrini pojechał najpierw do wszystkich przyjaciół mojego syna, a potem do naszego pałacu - teraz zajętego przez żołnierzy. W Tiergarten jego taksówkarz został zastrzelony, a on sam wyciągnięty z taksówki przez oficera…
W końcu udało mu się odkryć ich miejsce pobytu, dzwoniąc do Frau von Mahltzahn, aby zapytać, a ona powiedziała mu, że oboje są z dr Peplau.
Spodziewając się znaleźć nas również na pokładzie, wślizgnęli się do pierwszego pociągu do Berlina, szukali nas na stacji Potsdamer, a w końcu, będąc u kresu sił, udali się do dobrego lekarza, który mieszkał w znacznej odległości. Te biedne dusze oczywiście bardzo się o nas martwiły, obawiając się, że zostaliśmy aresztowani. Wciąż wydaje mi się niewiarygodne, jak my wszyscy - książę, Cerrini, Johannsen, moja pokojówka, służący mojego syna i ja - przegapiliśmy ich zarówno w Poczdamie, jak i w Berlinie.
Bogu niech będą dzięki, Fryderyk Leopold, Marietta i baron Cerrini dotarli bezpiecznie do Monachium następnego wieczoru o jedenastej.
Kiedy przyjechaliśmy do dobrze znanego Park Hotelu w Monachium, wieczorem poprzedniego dnia menadżer chciał wysłać kogoś na dworzec po nasze bagaże, na co Książę, z rozbawionym uśmiechem, odpowiedział, że nie ma czego tam zabierać. Stephy Cerrini - która oczywiście mieszkała w Monachium - pożyczyła mi kilka rzeczy; moja pokojówka zajęła się praniem, aż w końcu dotarły nasze bagaże i osobisty lokaj mojego męża.
To, że nasi strażnicy nie podążyli za nami i nas nie schwytali, gdy opuszczaliśmy Glienecke, wynikało z dziwnego zbiegu okoliczności. Jak już wielokrotnie wspomniałem, mój syn uwielbiał kwiaty, a ciesząc się z powrotu do zdrowia, wszyscy jego przyjaciele przysłali mu ich ogromne ilości, tak że wypełniły jego pokoje. Gdy odkryto, że uciekliśmy, ludzie wdarli się do zamku i przeszukiwali wszystkie pomieszczenia, podczas gdy Herr von Mahltzahn próbował daremnie ich zatrzymać. Jeden z ich liderów, zawodowy ogrodnik, był również wielkim miłośnikiem kwiatów; był tak oczarowany tymi w pokojach mojego syna, że nie mógł się od nich oderwać i tym samym opóźnił pościg.
Jak tylko dotarł do Monachium, mój syn, w towarzystwie barona Cerriniego, wrócił do swojego mieszkania w południowej dzielnicy Schwabing, gdzie Stephy i Marietta Cerrini były ich sąsiadkami. My zatrzymaliśmy się w Park Hotelu, gdzie dyrektor, pan Gumbrecht, doskonale się nami opiekował. Mąż był tak pod wrażeniem jego sprytu, że zatrudnił go jako swojego prywatnego sekretarza. Z odwagą i energią Gumbrecht stawiał czoła władzom rewolucyjnym, gdy później próbowały skonfiskować cały nasz majątek.
*
Mój mąż i ja zaplanowaliśmy wizytę w muzeum na poranek 21 lutego; miałam trochę wolnego czasu, więc czekając na niego, poszłam pieszo do Schwabing, aby odszukać mojego syna. Poprosiłam go, aby poszedł z nami na lunch do hotelu, ale nie był zbyt chętny. Powiedział, że w Schwabing jest znacznie ciszej, ale aby mnie zadowolić, on i Cerrini towarzyszyli mi z powrotem do hotelu, podczas gdy Marietta pojechała tramwajem. Park Hotel znajduje się na Maximilian Platz i po dotarciu do niego odebraliśmy Mariettę. Kilka kroków dalej zostaliśmy zaczepieni przez młodego mężczyznę, który powiedział:
"Nie idźcie w tamtą stronę. Właśnie zastrzelono Eisnera i aresztują każdego, kto jest dobrze ubrany".
Kurt Eisner[165], Żyd, stojący wówczas na czele rządu rewolucyjnego w Monachium, został zamordowany przez hrabiego Antona Arco auf Valley, który strzelił mu w plecy kilkaset metrów od miejsca, w którym staliśmy. Nie widzę powodu, aby honorować Arco za ten czyn, który przyniósł wiele nieszczęścia wielu ludziom. Zrobiliśmy objazd, aby dostać się do hotelu Park i z okien widzieliśmy wielu aresztowanych oficerów, z których wielu zostało następnie zastrzelonych. Chciałam, aby Fryderyk Leopold i Cerrini zostali na obiedzie, ale oni nalegali na powrót do Schwabing. Nie chciałam im na to pozwolić i wysłałam naszego szofera z nimi w ich taksówce, aby ich chronił. Patrzyliśmy, jak przejeżdżają za róg, a po dłuższym czasie szofer wrócił. Zapytałam go, czy wszystko poszło dobrze:
"Nie" - padła odpowiedź.
Co się stało? Wkrótce po tym, jak zniknęli z pola widzenia, natknęli się na bandę buntowników, ich taksówka została zatrzymana, a oni wyciągnięci; krzyknęli do mojego syna, który nosił okulary:
"Jesteś jednym z grupy Arco, zabierz te okulary".
Kiedy odmówił, krzyknęli jeszcze raz:
"Zabierzemy was wszystkich na Theatiner Strasse i rozstrzelamy".
Jeden z nich skierował granat ręczny w stronę twarzy mojego syna. Następnie pojawiło się dwóch żołnierzy, którzy kazali im wrócić do taksówki i usiedli naprzeciwko nich, wymachując naładowanymi rewolwerami. Mój syn i Cerrini ukradkiem trzymali się za ręce, żegnając się w milczeniu i czując, że są zabierani na Theatiner Strasse, aby podzielić los wielu innych. Jak udało im się wcisnąć trochę pieniędzy w ręce żołnierzy, naprawdę nie wiem, ale kiedy mój syn zapytał ich, dokąd są zabierani, odpowiedź, dzięki Bogu, brzmiała: "Do twojego mieszkania". Mój syn w tym krytycznym momencie pomyślał tylko o nas i powiedział:
"Mam krewnych w Park Hotel; czy nie mógłbyś ich również uratować?".
"Tak, jeśli nie jest za późno".
Podrzucili mojego syna i Cerriniego do jego domu; na szczęście nie rozpoznali go i, zachęceni kolejnym dużym napiwkiem, obiecali spróbować wydostać nas z hotelu. Fryderyk Leopold wysłał z nimi jednego ze swoich ludzi, aby powiedział nam, żebyśmy podążali za żołnierzami.
Zebrałam kilka rzeczy i zabraliśmy ze sobą nasze psy, jak sądzę - lub mogły one podążać z moją pokojówką.
Herr Gumbrecht ostrożnie wyprowadził nas tylnymi drzwiami na Rochus Strasse i dotarliśmy do mieszkania mojego syna bez przeszkód. Kiedy tam dotarliśmy, dowiedzieliśmy się, że Fryderyk Leopold udał się do przyjaciół i zostawił nam wiadomość, że mamy iść za nim. Przyjaciółmi tymi byli kapitan Rupprecht, brat znanego malarza, oraz jego żona, wysoka i efektownie wyglądająca Amerykanka. Oboje byli bardzo uprzejmi, zatrzymali nas na lunch i chcieli, abyśmy zostali z nimi. Ledwo jednak skończyliśmy jeść, gdy kucharka mojego syna, Rosa Fuchs, pojawiła się z moją pokojówką Erną i błagała nas, abyśmy natychmiast wyszli, ponieważ szpiedzy byli na naszym tropie. Frau Rupprecht była bardzo zdenerwowana i byliśmy zmuszeni odmówić ich uprzejmej gościnności - którą zresztą z przyjemnością przyjęliśmy.
Podążaliśmy za Rosą Fuchs, która planowała ukryć nas u swoich przyjaciół o nazwisku Meyer. Odprowadziła nas do ich domu, zadzwoniła dzwonkiem i w bardzo wzruszający sposób, nie zważając na poważne konsekwencje, jakie mogliby ponieść, ta miła para przyjęła naszą czwórkę i moją służącą. Dobroć serca tych prostych ludzi głęboko nas poruszyła; rzeczywiście okazali ją w stopniu, którego nigdy nie zapomnimy.
Mój mąż i ja nie lubiliśmy spać w obcych łóżkach, więc pozwoliliśmy dwóm młodym ludziom je zająć, podczas gdy on usiadł na niewygodnym leżaku, pozostawiając mi wąską sofę. Ponieważ źle mi się spało na wąskiej sofie, szybko przezwyciężyłam wstręt do cudzych łóżek i następnej nocy spałam na materacu na podłodze. Mój biedny mąż, który przy takich okazjach nigdy nie robił zamieszania, zajął wąską sofę.
Moja pokojówka pomagała w gotowaniu i wszyscy doceniliśmy ziemniaki saute, które tak bardzo lubił mój mąż. Piero Cerrini, nieco przebrany, przyniósł pościel i prowiant z mieszkania mojego syna, które zostało dość swobodnie splądrowane przez członków Związku Spartakusa. Nie tylko wypili co chcieli z wina w piwnicy, ale część wylali na ulicę. Służący mojego syna szybko dołączył do członków Związku Spartakusa i zniknął z paszportem swojego pana, który akurat miał w kieszeni. Fakt, że posiadali teraz fotografię Fryderyka Leopolda, był dodatkowym powodem do niepokoju. Byłam jednak wdzięczna, że byliśmy wszyscy razem.
Najbardziej brakowało nam codziennej kąpieli. Zaimprowizowaliśmy łazienkę (w której stałam w umywalce i pluskałam się) w pokoju mojej pokojówki. Wszyscy czworo korzystaliśmy z niej jeden po drugim - z pewnością dość zabawne - ale nawet patrząc na to tylko od strony komicznej, sytuacja była bardzo nieprzyjemna.
Mogliśmy zostać odkryci w każdej chwili; mój syn nie znał hrabiego Arco, który był studentem; ale fakt, że również on studiował sztukę, w umysłach ludzi, byłby bardzo kompromitujący, co stawiało go w realnym niebezpieczeństwie.
Potajemnie, aby nie narazić naszej sytuacji na dalsze niebezpieczeństwo, Marietta i Stephy przyszły nas odwiedzić i powiedziały nam, że żołnierze stoją na straży pod oknami mieszkania na czwartym piętrze, sądząc, że mój syn tam się znajduje i może uciec przez okno! Ci biedni Cerrini, uznani za naszych przyjaciół, przechodzili straszliwe chwile, zwłaszcza kilka miesięcy później, w trakcie najgorszego okresu rządów komunistycznych. Każdej nocy przychodzili mężczyźni i przeszukiwali ich pokoje; nie byli już młodzi, biedactwa, i byli tak zmęczeni tą nieludzką procedurą, że w końcu nie mieli odwagi iść spać. Nazwisko Marietty Cerrini figurowało na Czarnej Liście tych arystokratów, którzy mieli być pojmani i rozstrzelani.
Naszym teraz problemem było opuszczenie Monachium. Lekarze zalecili synowi wyjazd do Szwajcarii, aby zregenerować się po ciężkiej chorobie. Chcieliśmy udać się do Imlau, posiadłości mojego męża w austriackich górach wysoko nad Werfen, niedaleko Salzburga.
Fryderyk Leopold, nie mając paszportu, musiał się przebrać, a następnie, chyba trzeciego dnia naszego pobytu u Meyerów, on i Cerrini opuścili naszą kryjówkę pieszo. Frau Meyer, z niewiarygodną uprzejmością, pojechała z nimi pociągiem aż do Kufstein na granicy austriacko-bawarskiej. Rozumiała mój niepokój o syna i doceniała fakt, że nie chciałam opuszczać Monachium, dopóki nie dowiedziałam się, że bezpiecznie przekroczył granicę. Tego samego wieczoru usłyszałam radosną nowinę od dobrej Frau Meyer.
Rankiem po ucieczce Fryderyka Leopolda, celowo wybierając inną trasę, wyruszyliśmy o świcie pieszo na dworzec główny w Monachium i tym razem dobry pan Meyer towarzyszył nam aż do Rosenheim na granicy austriackiej. Książę miał na sobie garnitur i buty pożyczone mu przez kapitana Rupprechta, który odwiedził nas w naszej kryjówce. Ja miałam na sobie płaszcz Loden (szorstką, domową tkaninę ) należący do Marietty. Nasze paszporty były wystawione na nazwisko bardzo miłego sędziego. Pomimo tych środków ostrożności byliśmy dość nerwowi i zastanawialiśmy się, czy uda nam się uciec bez rozpoznania. Na ulicach wszędzie widać było karabiny maszynowe, a na dworcu żołnierze sprawdzali nasze paszporty; na szczęście wszyscy wyglądali na zaspanych. Widzieliśmy kilku dziwnie wyglądających mężczyzn, najwyraźniej Rosjan. To był dzień pogrzebu Eisnera.
Dzięki Bogu, pod opieką naszego przewodnika i opiekuna, bezpiecznie dotarliśmy do granicy i tam, bardzo wzruszeni, pożegnaliśmy się z nim. Jakie to szczęście, że okazano nam taką bezinteresowną życzliwość ze strony tych prostych ludzi, dla których byliśmy zupełnie obcy - nie należąc nawet do ich ukochanej bawarskiej rodziny królewskiej - my, którzy doświadczyliśmy takiej niewdzięczności i widzieliśmy tyle samolubstwa wśród naszego własnego kręgu dworskiego w Prusach.
W Salzburgu wszystko było spokojne, zwłaszcza w Imlau, ale nie trwało to długo. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że urzędnicy kolejowi z niedalekiego Bischofshofen zamierzają złożyć nam uprzejmą wizytę!
Moja służąca była bardzo wybredna i podczas naszych wypraw myśliwskich zawsze kazała nam zabierać ze sobą dodatkowe ubrania i jedzenie na wypadek, gdybyśmy musieli ukryć się w górskiej chacie. Pewnego wieczoru mój mąż i ja wracaliśmy o zmierzchu w towarzystwie leśniczego z Imlau i jego nieodłącznego towarzysza, wiernego starego psa Toma; niedaleko domu spotkał nas nasz steward Röhl. Byliśmy rozbawieni widząc go ostrożnie skradającego się; myślał, że widział kilka osób czających się na polu w pobliżu domu. W swojej gorliwej trosce o nas prawdopodobnie ich sobie wyobraził, ale posłusznie czekaliśmy przez jakiś czas pod chroniącym cieniem drzew. Jednak szczęśliwie nic się nie wydarzyło; gdyby coś było, Tom zacząłby szczekać.
Moja córka również przeżywała niepokojące chwile. Rozwodziła się z mężem, który już dawno dał jej ku temu wystarczający powód, i opuściła jego dom w Cassel.
Myślała tylko o dwójce swoich dzieci i była obojętna na własne dobro. Nie pamiętam dokładnie, kiedy Agra uzyskała rozwód, ale aby go przyspieszyć, obiecała mężowi, że będzie mógł mieć dzieci przez kilka miesięcy w roku. Było to bardzo wielkie poświęcenie, a kiedy nadszedł moment separacji, zawsze była zrozpaczona, ponieważ dzieci były jej całym szczęściem.
Później mój mąż przywiózł ją i dzieci z Cassel i osiedlili się w jej starym domu w Glienecke, i tam pozostała, kiedy w końcu zdecydowaliśmy się zamieszkać w pięknym Lugano.
Smutne straty, które wystąpiły później w kręgu naszej rodziny, pozostawiając mnie i mojego najmłodszego syna tak bardzo samych, datują się na okres po wydarzeniach opisanych w tych wspomnieniach. Dlatego te strony niewiele mówią o tym, co później nas spotkało. O naszym życiu w Lugano, o urokach pięknej okolicy nie będę pisać, mimo że wszystko to bardzo kochałam.
Moje życie jako księżniczki pruskiej zakończyło się oczywiście w czasie niemieckiej rewolucji. Nie żałuję moich złotych łańcuchów. Choć Republika pozbawiła nas wielu dóbr i narażała na wielkie niebezpieczeństwa, cieszę się, pomimo mojego wieku, życiem wolności, jakie mi dała - tą wolnością, która, w mojej wierze, jest dziedzictwem wszystkich ludzi.
Być może to prawda, że dumny saski książę Wittekind, który walczył o wolność przeciwko samemu Karolowi Wielkiemu, był moim przodkiem, a być może, po upływie wieków, jakaś reszta jego silnej krwi płynie we mnie.
EPILOG
Było dla nas pocieszeniem dowiedzieć się, gdy wojna się skończyła, że grób Fritza Karla nadal był pielęgnowany na cmentarzu St. Etienne w Rouvrai koło Rouen. Burmistrz tego miasta, odpowiadając na nasze zapytania dotyczące opieki nad grobem, przysłał nam fotografie, na której pokazany był stojący z odsłoniętą głową u jego stóp, jako wyraz szacunku dla tego, kto, podobnie jak jego własny syn, poświęcił życie za Ojczyznę.
Minęło wiele lat, zanim naszego syna udało się przewieźć do domu. Kiedy nadszedł czas, poprosiliśmy barona von Schleinitza, aby pojechał do Francji, odebrał ciało i załatwił wszystkie niezbędne formalności.
Pięknym pomysłem Fryderyka Leopolda było, aby trumna została przewieziona rzeką z dworca Neubabelsberg do kościoła w Nikolskoë; tak się stało, a łódź, ozdobiona gałązkami jodły, powoli przepłynęła przez jezioro Griebnitz, gdzie jako dziecko Fritz Karl tak często jeździł na łyżwach, obok Zamku Myśliwskiego, swojego domu, gdzie się urodził, wzdłuż rzeki Havel, na brzegach której w młodym okresie siły i radości bawił się różnymi grami, aż do Nikolskoë. To był smutny, poruszający, ale bardzo piękny powrót do domu. Tak więc nasz kochany dzielny syn wrócił po wielu latach snu w obcym kraju. Przed kościołem zgromadzenie młodych Stalowych Hełmów śpiewało: Miałem towarzysza.
Następnego dnia Fritz Karl został przewieziony na nasz prywatny cmentarz w parku Glienecke.
Mój mąż nie mógł być obecny, więc musiałam wszystkiego dopilnować, z pomocą mojego najmłodszego syna, Herr von Kummera i Herr von Schleinitza. Ten ostatni, w moim imieniu, poprosił tych oficerów, którzy byli najbardziej bliskimi przyjaciółmi Fritza Karla, aby utworzyli Straż Honorową wokół trumny; sam Schleinitz, jak stary rycerz w zbroi, stał u jej stóp. Wiedziałam, że wszystko to odbyło się w duchu, który spodobałby się mojemu drogiemu synowi, a nie w - moim zdaniem - nieco teatralny sposób stania wokół trumny z wyciągniętymi mieczami, jak to ostentacyjnie mieli w zwyczaju robić synowie cesarza przy takich okazjach. Słyszałam, że oni, którzy nigdy nie byli jego przyjaciółmi, a wręcz przeciwnie, często wyrządzali Fritzowi Karlowi pewną krzywdę, wyrazili zamiar utworzenia Gwardii; więc wysłałam do Auwi (Augusta Wilhelma) ostrzeżenie, że jeśli spróbują, nie będzie żadnej ceremonii. Książę następca tronu[166], za pośrednictwem Schleinitza, zapewnił mnie w przyjazny sposób, że wziął na siebie obowiązek dopilnowania, aby jego bracia nie zrobili nic podobnego. Dlatego harmonia i piękno smutnej ceremonii pozostały niezakłócone. Von Kummer załatwił wiolonczelistę, który zagrał O Star of Eve z Tannhausera i Largo Haendla, oba ulubione utwory Fritza Karla, który tak często grywał je na swojej wiolonczeli. Zabrzmiały uroczyście i pięknie z mistrzowskiego smyczka, a Death of Ase Griega towarzyszyła konduktowi pogrzebowemu z kościoła Nikolskoë do naszego Gottesacker w parku; wolałabym marsz pogrzebowy Zygfryda z Götterdämmerung, ale trąbki nie dały rady.
Blisko naszego Dziedzińca Pokoju były przeszkody, które Książę zbudował, i tor wyścigowy, na którym spędziliśmy tyle godzin w naszym życiu; niedaleko znajdowały się także prywatne ogródki i gimnazjum dla dzieci; w sąsiedztwie były miejsca, gdzie odbywały się poszukiwania jajek wielkanocnych; a teraz wszystkie te szczęśliwe wspomnienia sprawiły, że to miejsce spoczynku naszego chłopca stało się szczególnie wzruszające.
Pastor Noell mówił o swoim byłym uczniu podczas uroczystości w bardzo kochający i wzruszający sposób. Jego tematem było: Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam? To był specjalny tekst Fritza Karla, zarówno podczas jego chrztu, jak i bierzmowania. Pięknie pasował do okazji, ponieważ nieustraszony charakter naszego drogiego chłopca nie znał strachu i ponieważ, zgodnie z relacją o jego śmierci, która ukazała się w angielskiej gazecie, on sam mówił o tym tekście duchownemu, który odwiedził go w szpitalu…
Na zakończenie Pastor Noell powtórzył po niemiecku następującą monodię zatytułowaną "Powrót do domu":
Duszo, to jest twój lament!
Ten, którego kochasz, nie wrócił do domu.
Ponieśli go na grób w obcym kraju.
Niech słowo zostanie ci dane dla pocieszenia:
Weź je do swojej małej izby w najgłębszym sercu:
Schowaj je w tajemnicy.
Może ono ukoi ból twego lamentu,
Odpowie na twoje dręczące pytania,
I wzmocni cię, abyś znosiła wszystko...
To my pozostajemy w obcym kraju...
On wrócił do domu.
Ile, ile lat minęło od tamtej pory! Ile strat zaszło w naszym kręgu rodzinnym! Jakie ogromne zmiany zaszły w Niemczech od dnia, w którym wreszcie pochowaliśmy naszego ukochanego syna w jego matczynej ziemi.
Jakiś czas później usłyszeliśmy z radością zmieszaną ze smutkiem, że Berliński Klub Sportowy chciał postawić pomnik Fritza Karla na stadionie, a ponieważ w tamtym czasie nie mieli pieniędzy, mój mąż zaoferował, że za to zapłaci. Powierzyliśmy pracę profesorowi Gorsemannowi, który wykonał ją perfekcyjnie. Miałam fotografię mojego syna biegnącego z głową odrzuconą do tyłu, jego idealną sylwetkę przypominającą greckiego atletę i chciałam, aby został uwieczniony w ten sposób - a nie w mundurze. Sport tak bardzo pochłonął jego życie, a ten piękny bieg ku zachodzącemu słońcu wydawał się symbolizować jego przedwczesną śmierć. Najlepsze uznanie dla tego pięknego pomnika przyszedł od kogoś, kto widząc go po raz pierwszy, wykrzyknął:
"Spójrz! On biegnie w kierunku wieczności".
*
Po wojnie światowej nawet osobisty majątek mojego brata Ernesta Günthera w Szlezwiku-Holsztynie przypadł Duńczykom. Próbował go uratować, oddając go pod opiekę naszej siostrzenicy Heleny (córki mojej siostry Calmy), która jest żoną księcia duńskiego Haralda. Ta dzielna kobieta, pomimo wszelkiego rodzaju gróźb wobec siebie i męża (w tym wygnania na Islandię), nie ustąpiła ani ministrom, ani królowi i ostatecznie osiągnięto porozumienie z Duńczykami, na mocy którego mój brat zrezygnował ze swoich pięknych posiadłości, ale otrzymał odszkodowanie w postaci dużej sumy pieniędzy; Kiedy w końcu dotarły do niego te wieści, doprowadziły go one do pewnego rodzaju załamania. Od tego momentu kłopoty z sercem, które wcześniej uważano jedynie za lekkie, stały się poważne. Przeszedł przez wszystkie niedostatki i zmęczenia wojny i znosił je bardzo dobrze, ale teraz jego choroba nabrała szybkiego tempa i on, który był mi najbliższy ze wszystkich członków naszej rodziny i z którym łączyły mnie najczulsze więzy, również został nam odebrany[167]. Jego szlezwicko-holsztyńskie serce nie mogło znieść ciosu, jakim było zerwanie ostatniej więzi terytorialnej z jego ukochanym krajem! Nie mam słów, by opisać mój smutek, gdy mój jedyny brat został złożony do grobu.
Jak moi czytelnicy wiedzą, Ernest Günther i ja zawsze byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, a on zawsze stał obok mnie i pomagał mi nie tylko radą, ale i czynami. Wraz z jego śmiercią drzwi domu mojego dzieciństwa zamknęły się dla mnie na zawsze, chociaż moja szwagierka Dora, która jest mi bardzo bliska, zachowała część naszego drogiego starego Przemkowa.
Ponieważ mój brat nie miał dzieci, nasz angielski kuzyn, Albert, odziedziczył tytuł i posiadłości na Śląsku, ponieważ jego ojciec, mój wujek Krystian, zmarł przed nim. Ciotka Helena, choć jej mąż przyjął angielskie obywatelstwo, nie zapomniała, że urodził się jako książę Szlezwika-Holsztynu. Po pogrzebie wysłała Alberta do krypty, aby wyjął flagę Szlezwika-Holsztynu, w którą na jego życzenie owinięto trumnę mojego wuja, i przyniósł ją jej, aby mogła zachować ją na smutną pamiątkę.
Pod rządami mojego kuzyna Alberta, który nigdy nie był mi bliski, powrót do Przemkowa nie przypominał już domu; niemniej jednak, kiedy dziesięć lat później jego trumna, przykryta ukochaną flagą Szlezwika-Holsztynu, została z kolei opuszczona do grobu i zdałam sobie sprawę, że nigdy nie będzie kolejnego księcia Szlezwika-Holsztynu-Augustenburga, ogarnął mnie smutek.
Moja biedna szwagierka Dora i ja jesteśmy ostatnimi z naszego rodu, z wyjątkiem sióstr Alberta, Heleny Wiktorii i Marii Luizy, które wychowały się i mają swój dom w Anglii, a podczas wojny zrzekły się rangi księżnych Szlezwika-Holsztynu.
*
Teraz, gdy ludzie nie boją się mówić o byłym cesarzu Wilhelmie II, wielu przyznaje, że byliśmy traktowani w okrutny i niespotykany sposób. Podczas jego panowania, z wyjątkiem mojej rodziny i mojej teściowej, nie było prawie nikogo, kto odważyłby się mówić w naszym imieniu, a tym bardziej otwarcie brać w tym udział. Rewolucja w Niemczech powinna była dać nam wolność, ale wtedy nasz majątek został skonfiskowany, a wszystkie okropne warunki okresu powojennego bardzo utrudniły nasze położenie. Później, po śmierci naszego najstarszego syna[168], niemiecki książę następca tronu, który został opiekunem małego synka Fritza, przekazał obowiązki tego stanowiska byłemu Ministerstwu Gospodarstwa Królewskiego, które zawsze było nam wrogie. W tym czasie, na nieszczęście, nasz dobry przyjaciel generał von Dommes nie stał jeszcze na jego czele.
W końcu szlachetna natura mojego księcia nie mogła już dłużej wytrzymać tych niekończących się prześladowań i urazów. Jego serce zostało złamane i zmarł w swoim ukochanym Borowno Haus we Flatow w 1931 roku, we wrześniu. Tak zakończyło się jego męczeńskie życie w domu, który sam zbudował i w którym miał nadzieję przejść na emeryturę i żyć w spokoju. Po pogrzebie Fräulein Olga von Knesebeck, niegdyś moja prawdziwa i oddana dama dworu, powiedziała, że zawsze miała wrażenie, że męczennik został złożony w ofierze. I miała rację.
Kiedy generał von Dommes został szefem Ministerstwa Domu Hohenzollernów, zaczął, całkiem słusznie, pracować dla dobra całej Rodziny, a nie tylko dla jednej jej części.
*
Teraz, gdy było zaniedbane przez tyle lat, trudno sobie uświadomić, jak piękne było Glienecke w dawnych czasach. Pomimo wielu prób i prześladowań była to scena naszej miłości i szczęścia, sanktuarium naszego życia rodzinnego, dlatego teraz napawa mnie melancholią, tęsknotą i żalem. Z całego naszego dużego i szczęśliwego kręgu rodzinnego pozostałam tylko ja i mój najmłodszy syn. W ostatnich latach jeździłam tam tylko na pogrzeby i smutne rocznice. Pusty dom, zaniedbany park i ogrody były dla mnie najbardziej przygnębiające i zawsze z radością wracałam do naszego nowego, słonecznego domu w Lugano.
A teraz pozostały tylko ślady toru wyścigowego, które mówią mi o tych szczęśliwych czasach, których już nie ma! Tuż za nim, w otoczeniu pięknych rozłożystych drzew, piękna myśl mojego męża stworzyła miejsce odpoczynku dla naszych dzieci i nas samych; tam, w zielonym sercu natury, pośród wszystkich szczęśliwych wspomnień z naszych najszczęśliwszych dni, Fritz Karl, Agra[169] i Fritz leżą obok siebie, a mój ukochany mąż dołączył do nich.
Zamek, park i ogrody nadal istnieją, ale po latach zaniedbań wiele z dzieł księcia Karola popada w ruinę. Tymczasem drzewa rosną coraz bardziej majestatycznie i tak jak wiek dodaje uroku wielu rzeczom we Włoszech, tak też jest w Glienecke. Dzika trawa, która zajęła miejsce aksamitnych trawników, jest bardziej naturalną scenerią dla weneckich pawilonów i tarasów strzeżonych przez rzymskie posągi, a całe miejsce ma nieopisany, utrzymujący się urok zachodu słońca.
*
Nie chcę kończyć na smutnym akordzie, ponieważ mam za co być wdzięczna. Mój jedyny żyjący syn, Fryderyk Leopold, który był moim pocieszeniem i oparciem w całym moim smutku, robi wszystko, co w jego mocy, aby się mną opiekować i uczynić moje życie szczęśliwszym. Czuję się nadal zdrowa i aktywna, poruszam się wszędzie na moim przyjaznym rowerze. Jedyna córka Agra, Marlisa, gdy zapytano ją, dlaczego nie chce towarzyszyć mi w moich długich przejażdżkach rowerowych, wyznała, że obawia się, iż nie będzie w stanie dotrzymać kroku moim starym nogom. Podróżuję wszędzie niezależnie, towarzyszy mi tylko moja służąca. Faktycznie, przy jednej okazji, gdy w ostatniej chwili została zatrzymana w Szwajcarii, pojechałam z Feldkirch do Imlau całkowicie sama, oprócz moich dwóch psów, a moim jedynym zmartwieniem podczas podróży było to, że coś mogłoby się stać jednemu z nich.
Cieszę się muzyką i teatrem tak bardzo, jak nigdy dotąd, i chodzę tam, gdzie i kiedy mi się podoba, nieobciążona takim stanem, jaki towarzyszył mi wiele lat temu, kiedy Wiktoria i ja zostałyśmy powstrzymane przez mojego szwagra przed obejrzeniem Rozbitego dzbana Kleista, ponieważ było to niestosowne. Kilka lat temu w Berlinie wystawiono sztukę opartą na życiu Karoliny Matyldy. Bardzo chciałam ją zobaczyć i umówiłam się z przyjaciółką, że pójdziemy razem na matinée (z języka francuskiego: seans popołudniowy – przyp. tłumacza). Kiedy czekałam na nią w przedsionku, podszedł do mnie nieśmiało dobrze ubrany mężczyzna w średnim wieku i mówiąc, że ma wolny bilet, zapytał, czy chciałabym z niego skorzystać. Jako że wiek przygód mam już dawno za sobą, odpowiedziałam "tak", całkiem zachwycona tym niezwykłym doświadczeniem. Chociaż często słyszałam, że mężczyźni nigdy nie osiągają lat dyskrecji w takich sprawach, wiedziałam, że moja przyjaciółka przyjdzie, a w każdym razie zawsze czułam się na siłach, by zadbać o siebie. Kiedy przyjechała, zaskoczyłam ją oznajmiając, że musi kupić tylko jeden bilet i musi siedzieć sama - ponieważ znalazłam sobie chłopaka!
Mój nieznany męski towarzysz okazał się inteligentny i pełen szacunku. W przerwach dużo rozmawialiśmy o bohaterce sztuki, a on wyraził największe zdumienie moją dogłębną znajomością wszystkich szczegółów życia i osobowości Karoliny Matyldy.
Kiedy pod koniec przedstawienia żegnałam się z nim, nie mogłam powstrzymać się od dodania:
"Prawnuczka Karoliny Matyldy serdecznie dziękuje za mile i interesująco spędzony czas".
I przypuszczam, że do dziś ten miły człowiek opowiada swoim przyjaciołom, jak kiedyś spędził całe popołudnie siedząc w berlińskim teatrze obok kobiety-wariatki.
Wciąż cieszę się z mojej emancypacji od ciężaru dworskiej etykiety, pomimo wszystkich prób i trudności tych powojennych czasów i pomimo moich siedemdziesięciu lat. Jakże podobały mi się moje wycieczki rowerowe w tym właśnie kwietniu 1936 roku przez kwieciste łąki i kwitnące lasy do Werder i Kloster Selmin, dziewięćdziesiąt kilometrów tam i z powrotem. Pamiętam, jak podczas jednej z licznych kłótni na temat mojej jazdy na rowerze w pierwszych dniach, Ernest Günther powiedział:
"Czas, aby zaczęli robić zamieszanie, gdy przejedziesz obok Nowego Pałacu".
Obecnie często to robię, szczęśliwa w swojej niezależności i bez najmniejszego żalu za utraconą świetnością.
Mój drogi Fritz Karl nazywał mnie Matką Sportu i, jak wspomniałam, pisząc do mnie po tym, jak został śmiertelnie ranny, zachęcał mnie, jako sportową matkę sportowych synów, abym nigdy nie traciła odwagi.
Nie zapomniałam o jego ostatnim życzeniu i cieszę się, że nawet teraz jestem kimś w rodzaju Sportowej Babci.
DODATEK I
Królewskie Rozporządzenie Gabinetowe z 1 grudnia 1903 roku, wydane przez cesarza Wilhelma II, ustalające plan edukacji dla młodych książąt Prus Fryderyka Zygmunta i Fryderyka Karola.
Z satysfakcją stwierdzam na podstawie raportu gubernatora wojskowego dwóch starszych synów Waszej Królewskiej Wysokości, że w Akademii Kadetów w Naumburg on Saale zapewniono książętom odpowiednie warunki, że zaczęli pobierać nauki, szybko i dobrze przystosowali się do nowego otoczenia i chętnie wypełniają swoje obowiązki. Kontynuując mój rozkaz z 20 września, nakazuję posłuszeństwo następującym dalszym przepisom dotyczącym edukacji książąt:
1. Gubernator wojskowy jest odpowiedzialny wyłącznie przede Mną za ich edukację, zarówno fizyczną, jak i umysłową, oraz za zarządzanie ich gospodarstwem domowym; tylko on jest upoważniony do sporządzania harmonogramu lekcji, planu dnia i decydowania o tym, jak książęta mają się ubierać; tylko on ma prawo wybierać, akceptować lub odwoływać gubernatora cywilnego lub innego prywatnego mistrza, który może być potrzebny, oraz niezbędną służbę. W wątpliwych przypadkach należy uzyskać moją decyzję. Lekcje z kadetami muszą być organizowane w porozumieniu z komendantem Akademii Kadetów.
2. Zastrzegam sobie prawo do decydowania w każdym pojedynczym przypadku o rozpoczęciu i zakończeniu wakacji, miejscu ich spędzania, wszelkich urlopach dodatkowych do zwykłych wakacji oraz zawieszeniu lekcji w wyjątkowych sytuacjach.
3. Gubernator Wojskowy jest jedynym odpowiedzialnym za decydowanie o tym, z jakimi rodzinami, w jakim zakresie i z jakimi rówieśnikami książęta powinni utrzymywać kontakty. W razie potrzeby będzie również nadzorował korespondencję książąt - z wyjątkiem listów do i od ich rodziców.
4. Gubernator wojskowy jest bezpośrednio podporządkowany Szefowi Mojego Gabinetu Wojskowego, przez którego będzie otrzymywał Moje rozkazy i składał Mi raporty co najmniej raz w miesiącu. Mniej więcej raz w tygodniu będzie również składał raporty rodzicom królewskim. Wszelkie dalsze doniesienia o książętach, zwłaszcza od innych osób, niniejszym surowo zabraniam.
5. Niniejszym daję Gubernatorowi Wojskowemu prawo do wzięcia urlopu na trzy dni z własnej inicjatywy pod warunkiem, że zgłosi to w tym czasie Szefowi Gabinetu Wojskowego, którego zgodę należy jednak uzyskać na dłuższy urlop.
(Podpisano) Wilhelm.
Nowy Pałac, 1 grudnia 1903 roku.
Do Jego Królewskiej Wysokości Księcia Prus Fryderyka Leopolda.
DODATEK II
Fragmenty memorandum skierowanego do cesarza Wilhelma II w grudniu 1904 roku przez księcia Prus Fryderyka Leopolda
...Wydarzenia, o których z największą pokorą poinformowałem Waszą Cesarską Mość na początku lipca tego roku, spowodowały, że straciłem zaufanie do hrabiego Henckela; od tego czasu nie byłem w stanie mu go przywrócić. Chociaż, zgodnie z rozkazem Waszej Królewskiej Mości z 6 lipca tego roku, pozostawiłem mu całą administrację mojego gospodarstwa domowego, nie udało mu się zaprowadzić porządku wśród służby. Instrukcje, które ustanowił, są tylko częściowo odpowiednie dla tutejszych warunków i są często naruszane przez służbę. Kilka razy służący byli pijani...
Jeśli chodzi o wydarzenia, o których się dowiedziałem, nie muszę obawiać się rozgłosu.
Ostatnio hrabiemu Henckelowi bardzo często brakowało taktu w stosunku do mnie... Osiemnastego ubiegłego miesiąca otrzymałem z Gabinetu Wojskowego Waszej Królewskiej Mości informację, że Wasza Królewska Mość raczył wysłać hrabiego Henckla na urlop na Śląsk od 25 listopada do 4 grudnia; dopiero następnego dnia hrabia Henckel poinformował mnie o tym! Nawet zakładając, że hrabia Henckel - o czym nie wiedziałem - otrzymał instrukcje, aby bezpośrednio poprosić Waszą Królewską Mość o urlop, takt, którego oczekuje się od oficera, a zwłaszcza od nadwornego kontrolera, wymagałby, moim zdaniem, aby najpierw upewnił się co do mojej zgody, jako księcia, na którego dwór został wyznaczony, ponieważ nie może wiedzieć, czy czas, o którym mowa, będzie mi odpowiadał. Do tego czasu hrabia Henckel zawsze prosił mnie o pozwolenie i otrzymywał na to zgodę.
W rozkazie Jego Cesarskiej Mości z 6 lipca, Jego Cesarska Mość wskazuje, że Hrabia Henckel może zostać odwołany ze stanowiska mojego kontrolera jedynie przez Jego Cesarską Mość. Z największym pokorą mogę zapewnić Jego Cesarską Mość, że miałem inne zdanie…
O tym, jak słuszna była moja nieufność, świadczy fakt (który został zgłoszony Waszej Królewskiej Mości z innego źródła), że w moim berlińskim pałacu poprosiłem Gospodarza Domu, aby zapoznał się dla mnie z Prawami Domu. Ponieważ kilka rozkazów Waszej Królewskiej Mości odnosiło się do tych praw, chciałem mieć ogólną wiedzę na ich temat. Konsultacja z prawnikiem - któremu nie pozwoliłem zajrzeć do ustaw - miała na celu jedynie wyjaśnienie technicznych wyrażeń, które nie były dla mnie jasne; ponadto głównym punktem naszej rozmowy był pozew przeciwko von Luckowi.
Dokąd to zmierza, jeśli jestem ciągle pod obserwacją i nie mogę nawet w swoim własnym domu przyjąć kogoś, bez zgłaszania tego Jego Cesarskiej Mości w sposób zniekształcający wszystkie moje intencje?
Pozostawiam nierozstrzygniętą kwestię, w jakim stopniu hrabia Henckel jest zamieszany w przekazanie tej rozmowy Waszej Królewskiej Mości; przytaczam ten punkt tylko po to, aby zademonstrować Waszej Królewskiej Mości, jak często moja nieufność była uzasadniona.
Rozkaz Waszej Królewskiej Mości z 6 lipca tymczasowo utrzymujący hrabiego Henckela na jego obecnym stanowisku został wykonany; ale ponieważ nie mogę mu ponownie zaufać (i z tego powodu owocna współpraca między nami jest całkiem wykluczona), błagam Waszą Królewską Mość najpokorniej i najpilniej, aby łaskawie nakazał anulowanie nominacji hrabiego Henckela, którą piastuje już od prawie roku, i aby zaakceptował, jak poprzednio, moją pokorną sugestię dotyczącą jego następcy.
Przychylając się do mojej petycji, Wasza Wysokość uwolniłby mnie od wielkiego ciężaru.
Wszystkie ukryte siły działające przeciwko mnie oraz wszelkie plotki, które zostały złośliwie rozpoczęte w ciągu ostatnich dziesięciu lat, skłoniły mnie, jak najpokorniej zgłosiłem Jego Cesarskiej Mości 5 lipca, do poddania się badaniom lekarskim przeprowadzonym przez trzech lekarzy... Moja nadzieja na przekonanie Jego Cesarskiej Mości, że jestem w pełni w posiadaniu moich zdolności umysłowych dzięki moim raportom na temat wojny w Azji Wschodniej, została zniszczona. Przez długą nieobecność miałem nadzieję zasłonić przeszłość, a po powrocie z Azji Wschodniej miałem nadzieję pokornie i skutecznie poprosić Waszą Królewską Mość o aktywne stanowisko wojskowe. Ponadto mam nadzieję, że Jego Cesarska Mość zechce zrezygnować z surowych środków, które tak bardzo ograniczają moje prawa jako ojca i pana w swoim własnym domu...[170]
Pokornie zapewniam Waszą Królewską Mość, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby poprawić nieszczęśliwe stosunki z Waszą Królewską Mością, które głęboko mnie zasmucają, a które w dużej mierze zostały spowodowane nieporozumieniami. Moim najszczerszym życzeniem jest, aby Wasza Wysokość, zatrudniając mnie na aktywnym stanowisku, dał mi możliwość pokazania, jak szczerze to rozumiem. Zawsze będzie moim celem - zgodnie z telegramem, który Wasza Królewska Mość łaskawie przesłał mi z okazji przejażdżki długodystansowej Berlin-Wiedeń - udowodnienie, że jestem godny mojego Ojca i naszego rodu.
Pozostaję z wyrazami głębokiego szacunku,
najpokorniejszym sługą Waszej Cesarskiej i Królewskiej Mości,
Fryderyk Leopold von Preussen
[1] Londyn, Heinemann, 1929; przetłumaczone przez W. W. Zambra; strona 264.
[2] 1828-1885; ojciec księcia Fryderyka Leopolda; poślubił w 1854 roku księżną Marię Annę Anhalt (1837-1906). Ecyklopedia Brytanica, mówi o nim:
"... jego energia i siła były ogromne. Jego surowy charakter trzymał go z dala od dworu i własnej rodziny, a wolne miesiące spędzał w różnych posiadłościach wiejskich".
Zobacz jego Denkwürdigkeiten (Pamiętne wydarzenia) pod redakcją W. Foerstera, 1910, i Der Eiserne Prinz (Żelazny książę); Müller-Bohn, 1902.
[3] Tłumacz Moich Przodków zajął się mylącą, a nawet nieuzasadnioną praktyką tłumaczenia imion chrześcijańskich.
[4] Gleichen, Major-General Lord Edward: 4 Guardsman's Memories, London, Blackwood, 1932, p. 252
[5] W niedzielę, 8 kwietnia 1866 roku.
[6] 1798-1869; poślubił w 1820 roku hrabinę Danneskjold-Samsoe Luizę Zofię (1796-1867); ich dziećmi byli: Luiza Augusta (urodzona 1824), Amalia (ciotka Malio) (1826-1901); Fryderyk (1829-80) (ojciec autorki); Krystian (1831-1917) (poślubił w 1866 roku Helenę, trzecią córkę królowej Wiktorii); i Henrietta (ciotka Henny) (urodzona w Augustenburgu w 1833 roku, wyszła za mąż w Przemkowie w 1872 roku za profesora Johannesa von Esmarch, doktora medycyny; zmarła w Kilonii w październiku 1916 roku).
[7] W książce "My Ancestors" Wilhelm II odnosi się do rodziny swojej pierwszej małżonki jako rodu Augustenburg. Ściśle rzecz biorąc, rodem jest Oldenburg. Ernest Günther (1609-89), książę Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga, był Stammvater (założycielem) rodu Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga. Zbudował zamek Augustenburg na wyspie Alsen w pobliżu Sonderburga i nazwał go imieniem swojej żony; został przebudowany w 1770 roku.
[8] 1818-1906; wstąpił na tron w listopadzie 1863 roku jako Krystian IX; jego wnuk, Krystian X, obecny król, zastąpił go w 1912 roku.
[9] "Książę Augustenburg, w którego imieniu Prusy i Austria zdawały się ingerować, został potraktowany z całkowitym cynizmem". Grant i Temperley, Europa w XIX wieku, Londyn, Longmans, 1931, strona 321.
[10] Patrz przypis 6, strona 17.
[11] (Każdemu to, co mu się należy.) Motto Zakonu Czarnego Orła, najstarszego pruskiego zakonu rycerskiego, założonego przez Fryderyka I w 1701 roku.
[12] Zarówno Maksymilian II Bawarski, jak i jego syn i następca, Ludwik II, popierali prawa księcia Augustenburga.
[13] Krystian Wiktor (1867-1900) zginął podczas czynnej służby w Afryce Południowej; Albert (1869-1931); księżna Helena Wiktoria, urodzona w 1870; i księżna Maria Luiza, urodzona w 1872, poślubiła w 1891 księcia Anhalt Ariberta; małżeństwo zostało rozwiązane w 1900, a książę zmarł w 1933.
[14] "Ród Hohenlohe prawdopodobnie nadal byłby rodziną panującą, gdyby książę Hohenlohe nie wolał walczyć w pruskiej armii przeciwko Napoleonowi, zamiast otrzymywać od niego prezenty... Rodzina ta dała Prusom dwóch ministrów-prezydentów, generała dowodzącego armią pruską, kanclerza Cesarstwa Niemieckiego i jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy wojskowych. Oprócz rozległych posiadłości w Wirtembergii i Bawarii posiadali hrabstwo Gleichen w Saksonii-Coburg". Wprowadzenie do listów królowej Wiktorii, i, strona 4. Londyn, John Murray, 1907.
[15] 1794-1860; Teodora zmarła w 1872 roku w wieku 64 lat.
[18] 1819-1901; jego Pamiętniki, które mają znaczenie historyczne i literackie, zostały przetłumaczone na język angielski.
[19] 1833-91; ożenił się w 1861 z Laurą (1833-1912), córką admirała Sir George'a Seymoura i prawnuczką pierwszego markiza Hertford.
[20] Generał dywizji lord Edward Gleichen (1863-1937), grenadier gwardii, poślubił w 1910 roku czcigodną Sylvię Edwardes. Był autorem wielu dzieł.
[21] Lady Teodora Gleichen zmarła w 1922 roku.
[22] Lady Valda poślubiła w 1905 roku pułkownika Percy'ego Wilfrida Machella, C.M.G., D.S.O. (1862-1916), z Crakenthorpe Hall w Westmorland, który sformował i dowodził 11. (Lonsdale) Batalionem Służbowym Pułku Granicznego podczas Wielkiej Wojny.
[23] 1826-1907; poślubił księżną Prus Luizę (1838-1923), córkę cesarza Wilhelma I; mieli dwoje żyjących dzieci, Fryderyka, urodzonego w 1857, i Wiktorię (1862-1930) (późniejszą królową Szwecji). Zobacz także strona 146, przypis 129.
[24] 1785-1859, z domu Brentano, w dzieciństwie była entuzjastycznie przywiązana do Goethego i opublikowała (w dużej mierze fikcyjną) korespondencję z nim.
[25] Ruiny zamku nadal istnieją na cyplu jeziora Anten, około trzydziestu pięciu mil na północny wschód od Göteborga. W tym miejscu hrabina Ebba Leijonhuvud wzniosła silnie ufortyfikowany zamek pod koniec XVI wieku; w 1847 roku posiadłość weszła w posiadanie dziadka autorki, księcia Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga Krystiana Augusta, którego następcy pozwolili jej popaść w ruinę. W 1897 roku Grävsnäs zostało sprzedane, a majątek został podzielony.
[26] Księżna Luiza Augusta (1771–1843), drugie dziecko i najstarsza córka Christiana VII Danii i Karoliny Matyldy (1751–1775) "Królowej Łez" (córki Fryderyka, księcia Walii, i siostry Jerzego III); wyszła za mąż w 1786 roku za Fryderyka, księcia Szlezwika-Holsztynu-Augustenburga (1765–1814). Patrz strony 86-88 i 210.
[27] Mówi się, że baron Ernest von Stockmar, przyjaciel królowej Wiktorii i księcia małżonka, prowadził delikatne negocjacje między cesarzem Wilhelmem I a księciem Augustenburga. Wilhelm II po raz pierwszy spotkał swoją przyszłą małżonkę w Rheinhardsbrunn niedaleko Gotha wiosną 1868 roku, kiedy oboje byli dziećmi.
[28] Ernest II (1818-93), urodzony jako książę małżonek, poślubił w 1841 roku księżną Alexandrinę, córkę Leopolda Wielkiego Księcia Badenii. Jako bezdzietny, został zastąpiony w 1893 roku przez swojego siostrzeńca, księcia Edynburga, jako książę Saksonii-Coburg-Gotha. Rheinhardsbrunn należał do niego. Por. strona 31 przypis 27 i 111, przypis 101.
[29] Wzniesiony w 1835 roku przez Schinkla w pięknym parku po południowej stronie jeziora Gleinecke; cesarz Wilhelm I niezmiennie spędzał tam część lata.
[30] 18 lutego (1880) księżna pruska Fryderyka napisała do swojej matki królowej Wiktorii: "Być może zobaczysz naszą drogą przyszłą synową, zanim my sami ją zobaczymy... jako wnuczka twojej drogiej siostry i narzeczona twojego wnuka, jesteśmy pewni, że będziesz miała dla niej trochę miejsca w swoim sercu". Ponsonby, Sir Frederick (1. Lord Sysonby): Listy cesarzowej Fryderyki, Londyn, Macmillan, 1928, strona 177.
[31] Wilhelm II był gościem księcia i księżnej, żony księcia Krystiana w Cumberland Lodge, Windsor Great Park, w październiku-listopadzie 1880 roku.
[32] tj. księżna Elise (później księżna, żona księcia Reuss Henryka XXVII) i księżna Teodora (później księżna Leiningen) z Hohenlohe-Langenburg. Ich jedyny brat Ernest (Emi), urodzony w 1863 roku, zastąpił ojca jako 7 książę w 1913 roku, poślubił w 1896 roku księżną Aleksandrę (Sandrę), 2-gą córkę księcia Edynburga (księcia Saksonii-Coburg-Gotha), siostrę zmarłej królowej Marii Rumuńskiej, zmarłej wielkiej księżnej Kyrill i infantki Doñy Beatriz z Orleanu y Bourbon.
[33] Lord (wówczas hrabia) Edward Gleichen dołączył do 1-go batalionu Grenadier Guards w Chelsea w październiku 1881 roku.
[34] Profesor Richard Laudiert (1821-68), nadworny malarz Hohenzollernów, mistrz przyjemnych kolorów, cieszył się niezwykłą popularnością w kręgach królewskich i arystokratycznych w Niemczech, Rosji i Anglii. W 1857 roku poślubił księżniczkę Amalie z Hohenlohe-Schillingsfürst (ur. 1821).
[35] Książę Gustav Adolph z Hohenlohe-Schillingsfürst (1823-96), kardynał arcybiskup Albano od 1879 do 1884 roku, kiedy to zrezygnował z powodu wydatków związanych z utrzymaniem Villa d'Este. Arcykapłan Santa Maria Maggiore, był bliskim przyjacielem Piusa IX, któremu towarzyszył podczas ucieczki do Gaety, oraz Leona XIII. Nieoficjalnie robił wszystko, co w jego mocy, aby wspierać niemieckie interesy w Watykanie.
[36] Ten honorowy przedrostek, którego istnieje niezliczona ilość wariantów, nie ma dokładnego odpowiednika w języku angielskim, najbliższym odpowiednikiem jest być może Privy Counsellor (Członek Tajnej Rady).
[37] 1830-1904; książę Leiningen był wnukiem księżnej Kentu (1786-1861) ze strony jej pierwszego męża; jego żona, księżna Badenii Maria (1834-1899), była kuzynką Leopoldyny z Hohenlohe-Langenburg (patrz strona 9, przypis 1).
[38] (1860-1922), córka cara Mikołaja I; z jej dwóch córek, młodsza, Cecylia, poślubiła w 1905 roku księcia pruskiego Wilhelma (bratanka autorki) i ma sześcioro dzieci; starsza córka, Alexandrine, jest królową Danii.
[39] 1867-1929; ostatni niemiecki kanclerz cesarski, 4 października - 9 listopada 1918 roku, kiedy został regentem po abdykacji cesarza. Gdyby Wilhelm II zgodził się na jego sugestię regencji podczas małoletności najstarszego syna księcia następcy tronu, księcia Wilhelma, Imperium i dynastia Hohenzollernów mogłyby zostać uratowane.
[40] Księżna Wiktoria (1866-1929), 2-ga córka i 5-te dziecko, poślubiła pierwszy raz w 1890 roku księcia Schaumburg-Lippe Adolfa (1859-1916); drugi raz w 1929 rroku pana Zoubkoffa.
[41] Erste Garde Regiment zu Fuss: ogólnie znany jako E.G.R. tłumaczony jako Pierwsza Gwardia Piesza.
[42] Niewinna sztuka Heinricha von Kleista (1777-1811), wystawiona po raz pierwszy w Weimarze w 1808 roku, została w 1937 roku sfilmowana z Emilem Janningsem w roli głównej.
[43] Therese von Loen, urodzona w 1836, wyszła za mąż w 1871 za hrabiego Bertrama von Brockdorff (1837-78). "Krążyły plotki, że cesarzowa jest pod dużym wpływem swoich dam dworu, zwłaszcza hrabiny B., i że wszystko, czego ta ostatnia nie pochwala, nie podoba się również cesarzowej". Listy cara Mikołaja i cesarzowej Marii. Pod redakcją Edwarda J. Binga: Londyn, Ivor Nicholson & Watson, 1937.
[44] Ten słynny pułk został założony przez Fryderyka Wielkiego 23 czerwca 1740 roku i pozostał praktycznie niezmieniony aż do rewolucji niemieckiej w 1918 roku. Był to pułk kirasjerów składający się z pięciu dwu-kompanijnych szwadronów; pierwsza kompania była znana jako die Leibkompanie, a cesarz był z urzędu jej dowódcą.
[45] 25 stycznia 1883 roku.
[46] urodzona w 1863 roku, poślubiła w 1884 roku H.S.H. księcia Battenbergu Ludwika (1854-1921), admirała floty, G.C.B. etc., w 1917 roku tytułowany markizem Milford Haven. Ich dzieci to: Alice (księżna Grecji Andrew); Louisa (księżna następczyni tronu Szwecji) ; George (i markiz Milford Haven (1892-1938), żonaty w 1916 z hrabiną Nadą Torby); Louis (Lord Louis Mountbatten, K.C.V.O., żonaty w 1922 z Edwiną Ashley, córką pierwszego Lorda Mount Temple).
[47] Car Mikołaj II skarżył się, że jego szwagierka ubierała się jak duch i nalegała, by rozmawiać z nim o Bogu.
[48] Karol I (1823-91) ożenił się w 1846 roku z Olgą (ur. 1822), córką cara Rosji Mikołaja I. Adoptowali siostrzenicę królowej, Wielką Księżną Wierę (1854-1912), która w 1874 roku poślubiła Wielkiego Księcia Wirtembergii Eugeniusza (1846-77) i miała dwie córki.
[49] Pierwotnie był to ogród berlińskiego pałacu, położony między pałacem a Starym Muzeum i, podobnie jak większość ogrodów królewskich, został przekształcony w plac defilad.
[50] Księżna Prus Maria (1855-88) (najstarsza siostra księcia Fryderyka Leopolda) poślubiła za pierwszym razem w 1878 roku księcia Holandii Henryka, który zmarł 13 stycznia 1879 roku, a za drugim razem w 1885 roku księcia Saksonii-Altenburga Alberta (1843-1902).
[51] (1828-1902); poślubił w 1853 Karolę (1833-1907), córkę księcia Wazów (1799-1877). Nie mieli dzieci.
[52] 1863-1933; córka księcia Georga (1832-1904), który w 1902 roku zastąpił swojego bezdzietnego brata Alberta na stanowisku króla. Młodsza córka księcia Georga, Maria Josephs, poślubiła w 1886 roku arcyksięcia Ottona (1865-1906) i została matką zmarłego cesarza Karola Austriackiego (1887-1922) i babką arcyksięcia Ottona, obecnego spadkobiercy.
[53] Stary cesarz Wilhelm I zmarł 9 marca 1888 roku; jego syn Fryderyk III, który go zastąpił, zmarł 15 czerwca, po zaledwie dziewięćdziesięciu dniach panowania.
[54] Wilhelm, były książę następca tronu Rzeszy Niemieckiej i Prus, urodził się w Marmurowym Pałacu w Poczdamie 6 maja 1882 roku; 9 listopada 1918 roku zrzekł się praw do sukcesji tronu na rzecz swojego najstarszego syna Wilhelma.
[55] Ewa, córka Richarda Wagnera i Cosimy von Bülow, wyszła za mąż w 1908 roku za Houstona Stewarta Chamberlaina (1855-1927), autora monografii o Wagnerze, Immanuela Kancie i Goethego, oraz znanego ze swojego dzieła "Foundations of the Nineteenth Century", które stanowiło pewne fałszywe filozoficzne podstawy dla doktryn nazistowskich. W 1897 roku Wilhelm II. wpadł pod wpływ tegoż dzieła i nalegał, aby czytać je na głos wieczorami cesarzowej i jej damom dworu.
[56] Urodzona jako baronowa Luise von Bibra, zamężna w 1872 roku z hrabią Krystianem Bernstorffem (1846-86); wydaje się, że jej pozycja była podobna do pozycji ochmistrzyni na dworze angielskim i, podobnie jak hrabina Brockdorff, ochmistrzyni cesarzowej, z racji tego urzędu miała prawo nazywać się Ekscelencją.
[57] W tamtej chwili wszystkie trzy cesarzowe niemieckie były jeszcze przy życiu: Cesarzowa Augusta (1811-90), wdowa po Cesarzu Wilhelmie I, Cesarzowa Wiktoria (1840-1901), wdowa po Cesarzu Fryderyku III, oraz Cesarzowa Augusta Wiktoria (1858-1921), najstarsza siostra Autorki.
[58] Czwarty, Królowa Augusta, Gwardia Grenadierów, których Jej Majestat była pułkownikiem.
[59] Louise, urodzona w 1859; bratanica Elżbiety Austriackiej, matka jej była starszą siostrą cesarzowej Heleny, która poślubiła dziedzicznego księcia Thurn i Taxis (1831-67); Księżna Louise poślubiła księcia Fryderyka Hohenzollerna-Sigmaringen (1843-1904) w 1879 roku.
[60] 1801-83; młodszy brat cesarza Wilhelma I (1797-1888); ożenił się w 1827 roku z księżną Marią Saksońsko-Weimarską (1808-77), starszą siostrą cesarzowej Augusty.
[61] Fryderyk Wilhelm (1620-88) przekształcił niewielki Elektorat Brandenbursko-Pruski w praktycznie monarchię absolutną, tylko mniej potężną niż Austria! Jego syn Fryderyk został w 1701 roku pierwszym królem Prus.
[62] Park Lustgarten, który podobnie jak Berlin Schloss został przekształcony w plac defilad, leży między pałacem a rzeką Hawelą.
[63] (1848-1904) poślubił w 1877 roku księżną Hohenlohe-Oehringen Marię i nie pozostawił potomstwa; jej siostra Margarethe (Dete) została w 1887 roku drugą żoną Wilhelma hrabiego Hohenau (zobacz strona 68).
[64] Trumna cesarza Fryderyka spoczęła w kościele w ogrodach Sans Souci, podczas gdy mauzoleum po północnej stronie kościoła Friedenskirche w Poczdamie było w trakcie budowy.
[65] Wiktoria (zobacz stronę 30, uwaga I) i Margarethe, urodzona w 1872, mężata od 1893 roku z księciem Fryderykiem Karolem Heskim.
[66] Zobacz stronę 44, przypis 44.
[67] (1844-1917); jako wojskowy gubernator okupowanej Belgii (1914-17) był współodpowiedzialny za egzekucję Edith Cavell (1915) i deportację Belgów.
[68] Zobacz stronę 66, przypis 63
[69] Nazywany tak, ponieważ pięknie rzeźbiona boazeria pochodziła z Bazylei.
[70] Słowo „z góry” w znaczeniu wysoko lub na szczycie jest używane przez Autorkę jako wygodne określenie cesarza, cesarzowej lub najwyższej hierarchii dworu cesarskiego.
[71] Zob. strona 28, przypis 35.
[72] Hrabia Eberhard zu Solms-Sonnenwalde, urodzony w 1825 roku.
[73] Z inicjatywy Dr. Axela Munthe włoski rząd uczynił wyspę Capri rezerwatem ptaków w 1932 roku. Dr. Munthe poświęcił znaczną część zysków ze swojej ogromnie udanej książki "Story of San Michele" na utworzenie rezerwatów ptaków we Włoszech, Skandynawii i innych miejscach.
[74] Hrabia Konrad Hochberg (1867-1934), młodszy brat Hansa Heinricha XV, trzeciego księcia Pszczyny (1861-1938) i szwagier Daisy księżnej Pszczyny.
[75] Irene, trzecia córka księżnej Alice Wielkiej Brytanii i Ludwika IV, wielkiego księcia Hesji-Darmstadt, wyszła za mąż w 1888 roku za księcia Henryka (1862-1929), jedynego brata Wilhelma II. (Zobacz strony 44-45.)
[76] Książę Fryderyk Leopold oraz jego siostra Elżbieta (1857-95) - która kiedyś była proponowana jako małżonka dla Ludwika II, szalonego króla Bawarii - w 1878 roku została pierwszą żoną Augusta, Następcy Tronu Wielkiego Księcia Oldenburga. Jej jedynym dzieckiem było to urodzone 2 lutego 1879 roku. Patrz strona 98, przypis 96.
[77] Wilhelm II służył w tym pułku w latach 1881-1883 i dowodził nim w latach 1884-1888. Po objęciu tronu w tym ostatnim roku uczynił go Pułkiem Gwardii Cesarskiej na całe życie.
[78] Otrzymał ją później. Przyjaciel Wilhelma II, w Bonn, służył w Cesarskich Dragonach i już jako chłopiec zdobył Żelazny Krzyż podczas bitwy pod Bapaume w 1870 roku.
[79] Urodzony 1 lutego 1862 roku, drugi syn 5. księcia Starhemberga, służył w 7. Huzarach; obecny książę, niedawno ważna postać polityczna w Austrii, jest jego bratankiem.
[80] Mężczyźni lub, w przypadku księżniczki, kobiety związane z usługami księcia lub księżniczki podczas wizyty na obcym dworze.
[81] 1857-1893; kuzyn wielkiego księcia Hesji-Darmstadt Ludwika IV. Wybrany księciem Bułgarii w 1879 roku, abdykował w 1886 roku z tytułem hrabiego Hartenau. Jego brat, książę Henryk (1858-1896), ożenił się w 1885 roku z księżną Wielkiej Brytanii Beatrice i został ojcem królowej Hiszpanii Wiktorii Eugenii oraz markiza Carisbrooke.
[82] W Anglii jest tylko jeden dwór; ale, podobnie jak w Rosji, każdy członek pruskiej rodziny panującej nazywał swoje gospodarstwo domowe dworem. Oczywiście istniały również - i oczywiście poprawnie - dwory (królewskie, lub książęce) w Dreźnie, Monachium, Stuttgarcie, Karlsruhe, Coburgu i innych miejscach.
[83] Pawilon z widokiem na Jeziorko Dziewicze, zawierał wiele antycznych rzeźb, a obok niego znajduje się rekonstrukcja dziedzińca starego włoskiego klasztoru.
[84] (Obecnie Głuszyca) w Prusach Zachodnich, około 170 mil na wschód od Berlina, na obecnej granicy niemiecko-polskiej.
[85] Patrz strona 90.
[86] Fryderyk hrabia von Schulenburg, urodzony w 1865. Ten wybitny żołnierz pełnił funkcję niemieckiego attaché wojskowego w Londynie w latach 1902-1906; Dowódca Gwardii Karabinierów w 1913 roku; w czasie I wojny światowej był kolejno szefem sztabu Dywizji Gwardii, 6 Armii i Armii Niemieckiego Następcy Tronu.
[87] Charlottenhof oraz Oranżeria to budynki w stylu klasycznym, będące imitacją architektury antycznej, wszystkie trzy zaprojektowane przez Fryderyka Wilhelma IV (1795–1861). O samym sobie i swoich trzech braciach ten monarcha miał rzekomo powiedzieć:
"Gdybyśmy wszyscy czterej urodzili się jako synowie mało znaczącego urzędnika, ja zostałbym architektem, Wilhelm sierżantem-majorem, Karol poszedłby do więzienia, a Albrecht zostałby darmozjadem."
[88] Eleonore (1871-1937), urodzona jako księżniczka Solms-Hohensolms-Lich, wyszła za mąż w 1905 roku za Ernsta Ludwiga, wielkiego księcia Hesji-Darmstadt (1868-1937), stając się drugą jego żoną. Sześć tygodni po śmierci męża zginęła w katastrofie lotniczej w Holandii razem z najstarszym synem, jego żoną i dwójką wnucząt.
[89] Poezje (Wiersze) Teodory Księżnej Szlezwika-Holsztynu, Berlin. 1910, G. Grote’sche Verlagsbuchhandlung: Księżna Teodora zmarła niezamężna w Badenii w 1910 roku.
[90] Książę dowodził pruskimi oddziałami w bitwie pod Düppel w 1864 roku, podczas której cesarz Fryderyk III., jako młody żołnierz, przeszedł chrzest bojowy.
[91] Hrabia Bolko Hochberg (1843-1926) był drugim synem Hansa Heinricha X księcia Pszczyny (1806-1855) i wujem Daisy, księżnej Pszczyny.
[92] Jaja i Pusse były rodzinnymi pieszczotliwymi imionami Autorki.
[93] W pobliżu Szprewy, około pięciu mil na wschód od centrum Berlina.
[94] 21 czerwca 1895 roku.
[95] Karoline von Pückler, urodzona w 1852 roku, wyszła za mąż w 1872 roku za hrabiego Otto von Königsmarck (zm. 1879). Jej dwie młodsze siostry, Jenny (która wyszła za mąż w 1883 roku za hrabiego Rudolfa von Schack, ur. 1825) i Clementine, były kolejno damami dworu księżnej Fryderyka Karola.
[96] W dniu 28 sierpnia 1895 roku. Patrz strona 78, przypis 76.
[97] Lord Edward Gleichen odnotował w A Guardsman's Memories ("We wspomnieniach gwardzisty"), że pewnego dnia w tym czasie cesarz spotkał pannę Lascelles, córkę brytyjskiego ambasadora, jadącą na rowerze w Tiergarten (parku publicznym) i wysłał wiadomość do ambasady, że panna Lascelles nie powinna w przyszłości jeździć na rowerze, ponieważ Jego Wysokość tego nie pochwala.
[98] (Biała Sala) w południowo-zachodniej części berlińskiego zamku; w niej odbyło się otwarcie Reichstagu i Landtagu. W sąsiedniej galerii znajdują się gobeliny i portrety królowej Wiktorii, króla Edwarda VII (jako księcia Walii), cara Aleksandra II i Wilhelma II.
[99] (1829-1907); Oscar II rozpoczął panowanie 18 września 1872 roku; obecny król, Gustaw V, to jego najstarszy syn.
[100] W maju 1896 roku książę Fryderyk Leopold otrzymał list podpisany przez cesarza, w którym oznajmiał on, że odmawia przyjęcia proponowanej dymisji generała von Nikisch-Rosenegka i nadaje mu Gwiazdę Orderu Korony I klasy.
[101] Księżna Saksonii-Coburga-Gotha Dorota urodzona w 1881 roku; małżeństwo jej rodziców zostało rozwiązane w 1906 roku.
[102] W Genewie w sobotę, 10 września 1898 roku.
[103] (1817-29 września 1898): Urodzona jako księżna Hesji-Kassel, wyszła za mąż w 1842 roku za księcia Szlezwika-Holsztynu-Glücksburga Krystiana (1818-1906), który był wujem męża Calmy. W 1863 roku został królem Danii jako Krystian IX. Ta niezwykła księżna była matką Fryderyka VIII z Danii (1843-1921), królowej Anglii Aleksandry (1844-1925), Jerzego I. króla Grecji (1845-1913) i cesarzowej Rosji Marii (Dagmary). Ponadto była babką króla Norwegii Haakona VII.
[104] Skomponowane dla ich Cesarskiego Mistrza przez Pana von Lucanusa, szefa Gabinetu Cywilnego, oraz Pana Bosse'a.
[105] (1874-1899): Najstarszy syn księcia Edynburga (1844-1900) (drugiego syna królowej Wiktorii), który w 1893 roku odziedziczył tytuł księcia Saksonii-Coburga-Gothy po swoim wuju Ernest II.
[106] (1860-1919): Młodsza siostra cesarza Wilhelma II, wyszła za mąż w 1878 roku za Bernharda, Następcę Tronu Saksonii-Meiningen (ur. 1851).
[107] Podczas swojego krótkiego panowania jako Król Westfalii (1807-1813) używał Bellevue Schloss w Cassel jako swojej miejskiej rezydencji. Ten pałac oferuje widok na Die Aue, piękny park zaprojektowany przez Le Notre w 1709 roku, który graniczy na wschodzie z rzeką Fulda. Autorka i jej rodzina często jeździli wzdłuż brzegów rzeki Fulda.
[108] Urodzony w 1854 roku, ożenił się w 1881 roku z Alexandrą von Bonin (1857-1921). Mieli czterech synów i jedną córkę, określaną w narracji jako "dzieci Trotha".
[109] Księżna zmarła w Kairze 8 maja 1901 roku.
[110] Królowa Wiktoria nie lubiła, gdy ktokolwiek z jej licznej rodziny zatrzymywał się w hotelu; w rzeczywistości było to zabronione. Ponieważ jednak egzekwowanie tego edyktu powodowało ogromne niedogodności, Grosvenor, jako część stacji kolejowej, został paradoksalnie uznany za "nie hotel".
[111] Księżniczka Patricia of Connaught (ur. 1886), córka księcia, wyszła za mąż w 1919 roku za kontradmirała Honble. Sir Alexandra Ramsaya; mają syna Alexandra, urodzonego w 1919 roku.
[112] Książę został uhonorowany Orderem Wielkiego Krzyża Królewskiego Wiktorii (Honorary) 19 września 1899 roku.
[113] Aleksander, obecnie markiz Carisbrooke, ożenił się w 1917 roku z Lady Irene Denison.
[114] "William nie czyta listów - jeśli są dla niego nieprzyjemne, odrzuca je na bok." - Ponsonby, Listy Cesarzowej Fryderyki, Londyn, Macmillan, 1928, str. 353.
[115] W Berlinie istniał bon mot, który określał starego cesarza Wilhelma I jako der greise Kaiser, Fryderyka III jako der weise Kaiser, a Wilhelma II jako der reise Kaiser. W ciągu jednego roku Wilhelm II przebył aż 19 000 mil. W latach 1893-4 spędził 166 dni w Berlinie lub Poczdamie i 199 dni w innych miejscach.
[116] Erna Schmidt von Hirschfelde, urodzona w 1864 roku, wyszła za mąż w 1883 roku za hrabiego Friedricha von Schwerina (1857-1889).
[117] W 1898 roku Friedrich Wilhelm (urodzony w 1872 roku) się ożenił i później, w 1907 roku, odziedziczył tytuł 6. księcia Wied. Jego brat Wilhelm przez kilka miesięcy w 1914 roku pełnił funkcję suwerena Albanii.
[118] Victoria Adelheid, urodzona w 1885 (obecnie księżna Saksonii-Coburga); Alexandra Victoria, urodzona w 1887 (wcześniej księżna Augusta Wilhelma Pruskiego, obecnie pani Rümann); Helena, urodzona w 1888 (obecnie księżna Haralda z Danii); Adelheid, urodzona w 1889 (obecnie księżna Solms-Baruth); Fryderyk (Atz), urodzony w 1891 (ożenił się ze swoją kuzynką, księżną Marie Melitą Hohenlohe-Langenburg w 1916); oraz Karolina Matylda, urodzona w 1894 (obecnie hrabina Hansa Solms-Baruth).
[119] Pułkownik Sir Alfred Mordaunt Egerton (1843-1908) i czcigodna Lady Egerton (1851-1937), córka Lorda Harlech. Sir Alfred był kiedyś kontrolerem dworu księcia Connaught, a jego żona była kolejno damą dworu zmarłej księżnej oraz damą dworu dla księżnej Patrycji (Lady Patricia Ramsay).
[120] Ósmy Brandenburski Pułk Piechoty (Marszałka Polowego Księcia Fryderyka Karola) to jednostka piechoty związaną z Pruską Armią.
[121] 180 kilometrów = ponad 112 mil.
[122] 1865-1932; najstarszy syn króla Jerzego, którego zastąpił w 1904 roku. Zobacz strony 48, 49. Jego trzech synów to Georg, urodzony w styczniu 1893 roku, Friedrich, urodzony w grudniu 1893 roku, i Ernst Heinrich, urodzony w 1896 roku.
[123] 1852-1908; Ataszé Wojskowy w Wiedniu, 1894-9; Szef Sztabu Korpusu Gwardii, 1899-1901; Szef Cesarskiego Gabinetu Wojskowego, 1901-8. Zmarł w nietypowych okolicznościach w Donaueschingen w 1908 roku, kiedy Generał Moritz von Lyncker został Szefem Cesarskiego Gabinetu Wojskowego.
[124] Hrabia Georg Harry Stillfried, urodzony w 1867, ożenił się w 1904 roku z Marie Erika zu Dohna-Schlodien (1878-1918); po raz drugi ożenił się w 1921 roku z Marie (z domu Rosenberg) von Eschwege, urodzoną w 1879.
[125] Listy gabinetowe od Cesarza, zamknięte w kwadratowych niebieskich kopertach z napisem: "Wysłane z rozkazu Najwyższego", zarejestrowane i opieczętowane królewskim herbem. Do dziś w Berlinie nieprzyjemne listy są czasami określane jako Blauebriefen.
1. [126] Edward, książę Anhalt (1861-1918), był jej bratankiem. Miał dwóch synów i jedną córkę, Marie Auguste, która wyszła za mąż za księcia Prus Joachima (1890-1920) w 1916 roku.
1. [127] Główny zamek rodziny książęcej Anhalt jest kolebką domu Askańskiego.
[128] Patrz DODATEK I.
[129] "A jeśli w całych Niemczech było dwóch ludzi, którzy mieli większy wpływ na młodego cesarza niż wszyscy inni, to byli to jego wuj, wielki książę Badenii i król [Albert] Saksonii". Lowe, Charles, The German Emperor, Londyn, 1895.
[130] Zamek wzniesiony przez cesarzową Fryderykę w pobliżu Frankfurtu nad Menem, obecnie rezydencja jej córki, księżnej Fryderyki Kari z Hesji-Cassel.
[131] W dniu 17 stycznia 1904 roku wydano podpisane Rozporządzenie Gabinetowe Królewskie, nadające hrabiemu Stillfriedowi i Rattonitz 4-tą klasę Orderu Czerwonego Orła.
[132] Urodzona w 1853 roku córka hrabiego Gustava Kellera (1805-97), od najwcześniejszych lat była bliską przyjaciółką cesarzowej Augusty Wiktorii. Towarzyszyła jej w podróży do Holandii i była przy niej, gdy zmarła w Doorn.
[133] 4 lutego 1905 roku
[134] Trzeci syn Wilhelma II., urodzony w lipcu 1884 roku.
[135] Został on zastąpiony na stanowisku głównodowodzącego 16 marca 1905 roku przez Liniewicza, który natychmiast ustanowił swoją kwaterę główną w Kun-chu-ling (140 mil na północ od Mukden i 190 mil na południe od Kharbin, oba miejsca znajdują się na lub w pobliżu Chińskiej Kolei Wschodniej).
[136] Wybór przystawek zwykle popijanych wódką.
[137] 1860-1917; pierwsza kuzynka księcia Reuss Heinricha XXXIII (patrz strona 208), poślubiła w 1908 roku króla Bułgarii Ferdynanda jako jego druga żona. Jego pierwsza żona, księżna Maria Ludwika Burbon-Parma (1870-99), była matką króla Borysa.
[138] Vereker Monteith Hamilton (1856-1932) był znanym malarzem, a jego słynny obraz "Atak na Peiwarkotal" był wystawiony w Royal Academy i Salonie Paryskim. "Zasadzka" znajduje się w Galerii Narodowej w Sydney, a "Stracona Nadzieja” w Kapsztadzie.
[139] Hrabia Valentin Henckel von Donnersmarck, urodzony w 1869, objął stanowisko kontrolera po von Lucku.
[140] 6 czerwca 1905 roku (do księżnej Meklemburgii-Schwerin Cecylii).
[141] 24 listopada 1905 roku cesarz wydał podpisany przez siebie rozkaz zwalniający Oberleutnanta hrabiego Henckela von Donnersmarcka ze stanowiska kontrolera dworu księcia Prus Fryderyka Leopolda.
[142] (1853-1920); książę Solms-Baruth Fryderyk był szefem Oberstkämmereramt (urząd nadkomorzego - przyp. tłumacza) na pruskim dworze; jego żoną była Luiza, żona drugiego księcia Pszczyny i szwagierka Daisy księżnej Pszczyny.
[143] Obecnie koszary hitlerowskiej brygady ochrony życia SS.
[144] Obecnie pentaklon lub Fünfkampf składa się z trzech mil biegu przez płotki, dwóch i pół mil biegu przełajowego, pływania, strzelania z rewolweru i szermierki.
[145] 1890-1920, szósty syn Wilhelma II ożenił się w 1916 z księżną Anhaltu (obecnie baronową von Loen) i pozostawił jednego syna, Karla Franza Josepha, urodzonego w Doorn w 1916 roku. Patrz strona 144, przypis 126.
[146] Urodzony w 1887 roku, czwarty syn Wilhelma II. Ożenił się w 1908 roku ze swoją kuzynką, Aleksandrą Wiktorią, córką siostry autorki, Calmy; małżeństwo zostało rozwiązane w 1920 roku. Mieli jednego syna, Aleksandra Ferdynanda, urodzonego w 1912 roku.
[147] Nad jeziorem Wolfgangsee, w samym sercu Salzkammergut między Salzburgiem a Ischl. Wioska, założona przez Wolfganga, świętego biskupa Ratisbon, w 987 roku, w 1937 roku obchodziła 950-tą rocznicę.
[148] Urodzony w 1879 roku, był prawie jedenaście lat starszy od swojej narzeczonej.
[149] 1857-93; wybrany na księcia Bułgarii, 1879; zdetronizowany, 1886; Królowa Wiktoria również serdecznie aprobowała proponowane małżeństwo. Bismarck powiedział do Buscha: „Gdyby ona (Królowa Wiktoria) przyjechała tutaj (do Berlina) na urodziny księżnej, byłoby to największe niebezpieczeństwo, że uzyskałaby swoją wolę. W sprawach rodzinnych nie jest przyzwyczajona do sprzeciwu, natychmiast by przywiozła duchownego w swojej torbie podróżnej i pana młodego w swojej walizce, a małżeństwo odbyłoby się natychmiast.” Ponsonby, Listy Cesarzowej Fryderyki.
[150] 1876-1936; druga córka Alfreda, Księcia Saksonii-Koburg-Gotha (Księcia Edynburga), po raz pierwszy wyszła za mąż w 1894 roku za Wielkiego Księcia Hesji-Darmstadt (małżeństwo rozwiązane w 1901 roku); po raz drugi, w 1905 roku, za Wielkiego Księcia Kiriłła (1876-1938), ojca obecnego głowy rodu carskiego Rosji.
[151] Księżna Agra wyszła za mąż w Poczdamie 17 maja 1913 roku; księżna Wiktoria Luiza w Berlinie 24 maja.
[152] W dniu 17 lipca 1913 roku sterowiec niemieckiej armii Schütte-Lanz I został zerwany z cum w Schneidemühl i zniszczony; w tym roku przewidziano budowę dziesięciu niemieckich sterowców i pięćdziesięciu samolotów z łącznym personelem 1 542 osób.
[153] Serbia zarządziła mobilizację w sobotę 25 lipca; 26 lipca Austro-Węgry zarządziły częściową mobilizację, a Czarnogóra pełną mobilizację przeciwko Serbii; Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii 28 lipca; rano 29 sierpnia Rosja zarządziła częściową mobilizację przeciwko Austrii, a wieczorem minister wojny (generał W. A. Soukhomlinov) zarządził ogólną mobilizację bez wiedzy cara Mikołaja II, który jednak sam podpisał rozkaz w czwartek, 30-go, o 16:00. W piątek, 31-go, stan wojny został ogłoszony w Niemczech: w sobotę, 1 sierpnia, Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji i najechały Luksemburg: w niedzielę, wojska niemieckie wkroczyły na terytorium Francji: o 19:00 tego samego dnia przyszło niemieckie ultimatum do Belgii: w poniedziałek, Niemcy formalnie wypowiedziały wojnę Francji, a Sir Edward Grey ogłosił, że Wielka Brytania będzie bronić neutralności Belgii. We wtorek, 4 sierpnia, wojska niemieckie przekroczyły belgijską granicę, Włochy ogłosiły neutralność, a o północy Wielka Brytania przystąpiła do wojny.
[154] 7 września 1914 roku.
[155] We wrześniu cesarz Wilhelm II przeniósł swoją kwaterę główną z Koblencji, gdzie mieszkał w niemieckim poselstwie ze swoim ministrem, Herr von Buch. Później przeniósł się do Charleville, które było jego kwaterą główną przez prawie półtora roku.
[156] Szósty (Libau) Pułk Piechoty Księcia Prus Fryderyka Leopolda.
[157] Historia była prawdziwa, ale oczywiście mocno przesadzona. Zobacz Daisy, Princess of Pless, Londyn, John Murray, 1928, strona 293 i następne.
[158] 1897-1938; jej babcia od strony ojca była Bathildis z Anhalt (1837-1902); jej matka, księżna Danii Ludwika (1875-1906), była siostrzenicą królowej Anglii Aleksandry; ich dzieci, Luiza, urodzona w 1917, i Fryderyk Karol, ur.odzony w 1919, są dwójką młodszych wnuków Autorki.
[159] Fryderyk Wilhelm von Bissing, urodzony w Poczdamie w 1873 roku, był w latach 1906-1922 profesorem egiptologii w Monachium.
[160] Księżna Connaught zmarła 14 marca 1917 roku.
[161] To jest Albert (1869-1931); jego ojciec, książę Krystian, zmarł 18 października 1917 roku; Albert objął następstwo po swoim kuzynie Ernest Güntherze, jedynym bracie Autorki, jako książę Szlezwika-Holsztynu-Augustenburga w 1921 roku; jego matka zmarła 9 czerwca 1923 roku.
[162] Córki księcia Sizzo z Leutenburga (dziedzica księcia Schwarzburga) to: Marie Antoinette, urodzona w 1898, która w 1925 roku wyszła za mąż za Friedricha Magnusa, hrabiego Solms-Wildenfels; oraz Irene, urodzona w 1899. Ich matka, Alexandra z Anhaltu, była kuzynką z małżeństwa Autorki.
[163] Wolfgang Heine, urodzony w 1861 w Poznaniu, był Pruskim Ministrem Sprawiedliwości w latach 1918-1919 oraz Ministrem Spraw Wewnętrznych Prus w latach 1919-1920.
[164] August hrabia zu Eulenburg (1838–1911) był kontrolerem Dworu Cesarstwa Niemieckiego.
[165] 1867-1919; średniego wzrostu, długowłosy Żyd, naprawdę nazywał się Salomon Czosnowsky
[166] Patrz Przedmowa redaktora.
[167] Zmarł w Berlinie w drodze do Przemkowa z Anglii 22 lutego 1921 roku, a jego następcą jako książę Szlezwika-Holsztynu został książę Albert, najstarszy syn księcia i księżnej Krystian, który urodził się w Frogmore w 1869 roku i zmarł w Przemkowie 27 kwietnia 1931 roku.
[168] Książę Fryderyk Zygmunt (Fritz) zginął w czasie wyścigów konnych w Lucernie 6 lipca 1927 roku.
[169] Księżna Wiktoria Małgorzata (Agra) zmarła 9 września 1923 roku.
[170] Patrz strona 159, przypis 141.