Sześć miesięcy w Indiach. Obrazy z podróży i wspomnień.
Woldemar Friedrich
SZEŚĆ MIESIĘCY W INDIACH.
OBRAZY Z PODRÓŻY I POLOWAŃ
WOLDEMAR FRIEDRICH
TEKST
E. VON LEIPZIGER
Tłumaczenie:
©Eugeniusz Cipura, 2021
LIPSK
WYDAWNICTWO ADALBERTA FISCHERA
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Druk Fischer & Wittig w Lipsku.
Jego Wysokości
Księciu Szlezwika– Holsztynu Ernestowi Güntherowi
we wdzięcznej pamięci pięknych dni
od jego towarzyszy podróży.
I.
Wyjazd.
Ciemna jesienna noc otuliła cieniem wybrzeże i morze, gdy „Posejdon” opuszczał port w Trieście. Ten stary bóg morza umknął niezauważalnie ze strefy wpływów mola, podczas gdy my w ogromnym wnętrzu jego brzucha spożywaliśmy pierwszą kolację na pokładzie. Podczas tego przyglądano i oceniano się wzajemnie z dużym zainteresowaniem, ponieważ mieliśmy mieszkać razem trzy tygodnie w obrębie tych ścian; przynajmniej podczas posiłków, a one – okazałe, cztery razy dziennie – stanowiły na pokładzie znaczną część codziennego dnia pracy. Sprawdzano więc – głównie nas – ponieważ, jak mogę to chyba nie będąc wyniosłym stwierdzić, byliśmy osobami najbardziej interesującymi. Chociaż zamorskie podróże dla przyjemności nie należą już do rzadkości w naszym kosmopolitycznym wieku, to jednak głównie w celach sportowych i myśliwskich nasza Trifolium (Trójlistna koniczyna – przyp. tłumacza) udająca się do shining east (błyszczący w słońcu Wschód – przyp. tłumacza) była zestawiona niezwyczajnie: z księcia, malarza i oficera, lub wyrażając się bardziej jasno z Ernesta Günthera księcia Szlezwika – Holsztynu, profesora Waldemara Friedricha i piszącego te słowa.
Powszechne zainteresowanie wzbudzała poza tym niewielka grupa mniszek, Urszulanek o dobrych, łagodnych twarzach, które szykowały się do wykonywania swojego pięknego zawodu miłości bliźniego w trudnych warunkach indyjskiego klimatu. Następnie byli tutaj angielscy oficerowie i urzędnicy, austriaccy kupcy i agenci Lloyda, kilku Włochów itd. Last not least (Ostatnie, ale nie mniej ważne – przyp. tłumacza) dwie piękne jak z obrazka Żydówki z Bagdadu, niestety w nieskazitelnej kreacji z Paryża, zamiast, jak życzyłby sobie w swoim guście każdy mężczyzna, w dżelabie (wierzchnia szata noszona przez mężczyzn, jak i kobiety w krajach Afryki Północnej – przyp. tłumacza) i złotą nicią przetykanej Salcie. Zainteresowanie podróżnych tymi dwoma orientalnymi, bajkowymi księżniczkami wzrastało u pojedynczych osób do kwadratu wraz ze wzrostem temperatury.
Starzy Anglicy lubią mówić używając przysłów, zwykle bardzo trafnych: „A passenger steamer is Cupido's own hot-bed" („Parowiec pasażerski jest własnym gorącym łóżkiem Amora” – przyp. tłumacza) – nic dodać, nic ująć. I "No Indian voyage comes to a close without a marriage and a duel" („Żadna podróż do Indii nie dobiega końca bez małżeństwa i pojedynku” – przyp. tłumacza).
Ostatnie słowo jest przestarzałe, ludzie nie są już tak chętni do waśni, nawet u nas panował nadobny pokój, słodka zgodność. Co się tyczy pierwszego, nie mogę też jednak powiedzieć nic pozytywnego, ponieważ tacy podróżni rozpraszają się po wylądowaniu zwykle na zawsze, ale długie spacery promenadami poszczególnych par na pokładzie przy księżycu pozwalają na przyszłość wyciągać najbardziej pozytywne wnioski. – – –
Jednakże gdzie już się dostałem - statki i pary zawijały do swoich portów i były jeszcze światła właśnie co opuszczanego wybrzeża Istrii, które powoli tonęły w ciemnym morzu, gdy w pewien październikowy wieczór weszliśmy na pokład. Byliśmy bardzo zaskoczeni, że los bezwolnie nami dysponuje i podczas gdy my biesiadowaliśmy, przeniósł nas z portu na otwarte morze. Jakże często tak bywa w życiu. Ale nie mieliśmy powodu do niezadowolenia, ani tego wieczoru, kiedy pozdrawiał nas blady cień Miramar, ani żadnego z dwudziestu dni na pokładzie „Posejdona” – morze było nam posłuszne.
Rozciągnięci w wygodnych, fotelach, płynęliśmy obok nagich skalistych wysp archipelagu dalmatyńskiego, a wśród nich znajdowała się słynna z bitwy wyspa Vis. Widzieliśmy wznoszące się bezpośrednio z morza góry dalmackiego wybrzeża w najpiękniejszej poświacie Alp – półprzezroczysty kolor różowoczerwony rozkwitający z koloru ciemnoniebieskiego – spektakl o nieopisanie delikatnym nastroju kolorystycznym. Następnego dnia w zaskakującym kontraście jałowa plaża Brindisi w zimnym porannym świetle, a potem znowu na wschodnim wybrzeżu Korfu, urocza wyspa nimfy Kalipso, w promieniach słońca; następnie malownicze kontury Kefalonii i potężnego, pochmurnego Peloponezu w zmierzchu wieczoru – wszystko przemijające w krótkich odstępach czasu, jak zdjęcia kalejdoskopu.
Dwa słoneczne dni tylko niebo i morze, a piątego wieczorem naszej szczęśliwej żeglugi, tuż przed zachodem słońca, latarnia morska Damietty (miasto w Egipcie – przyp. tłumacza) – potem płaski pas afrykańskiej ziemi z pierwszymi – ach, jakże lichymi – palmami! Noc pokryła już morze i wybrzeże, gdy „Posejdon” zbliżył się do Port Said. Przyjmuje nas łódź pilotowa i prowadzi do portu. Na rufie „Posejdona” płonie oślepiający ogień magnezji, którego blask jaskrawo oświetla ciemne kolosy zacumowanych statków, żeby znów pogrążyć je szybko w czarnej jak smoła nocy. Brzęcząc i szumiąc turkocze zsuwający się na dno łańcuch kotwicy i na ten sygnał – jakby za pomocą magicznego słowa uwolniona została piekielna armia – natychmiast krążą wokoło naszego majestatycznego statku niezliczone łodzie. Ich pasażerowie – czarni, brązowi i biali faceci – wśród niezrozumiałego krzyku wspinają się na pokład, ciągają przedmioty, awanturując się i wychwalając nas – zawsze jeden przez drugiego – swoje usługi, towary, lub Bóg wie co tam. Jeden stanowczy marynarz ratuje nas od tych niezrozumiałych diabłów przez dla ludów wszystkich języków zrozumiały koniec grubej liny i opuszczamy scenę tej okropności, aby szybko – podczas powolnego przejścia naszego statku przez kanał – przedsięwziąć wypad do Kairu.
Noc w Port Said nie należała do tych najprzyjemniejszych ale do najciekawszych, które można przeżyć na tej planecie. Tam, gdzie mieszają się pływający po morzach ludzie wszystkich krajów ziemi, szumowiny całego świata mają rendez-vous; wszyscy przybywają w chwalebnym zamiarze wyrwania żeglarzowi, podróżnym jak i marynarzom, przy wykorzystaniu ich zwiększonych podczas długiej podróży potrzeb, tylu pieniędzy, jak to tylko możliwe, podczas ich krótkiego pobytu. Nigdzie nie widziałem takich oddziałów policyjnych, jak na bazarach i ciemnych, brudnych ulicach Port Said ponieważ kradzieże kieszonkowców i brutalny rabunek należą do najbardziej dochodowych branż tego miejsca i bez zadym nie ma też w Port Said żadnej prawdziwej rozrywki; – nigdzie nie ma takiej karty wzorów twarzy oszustów i przestępców, jak w jaskiniach hazardowych, które nawiasem mówiąc znajdują się w co dziesiątym domu. Jednakże ich liczba jest znacznie przewyższona przez spokojne Café chantant ( z francuskiego – kawiarnia ze śpiewem i artystami – przyp. tłumacza) w których słychać przez całą noc – niestety, głównie z silnym niemieckim akcentem – śpiewane w naprawdę okropny sposób francuskie i angielskie piosenki. Bazary oferują badziewie wszystkich krajów wschodzącego i zachodzącego słońca, nic oryginalnego i cennego. A jednak jeden z nas, malarz, gdy tylko postawił stopę na ziemi, z chciwością wygłodniałego poszedł na zakupy na bazar ale – jak zostało powiedziane ku jego poważaniu – nie z zamiarem kupowania cudeniek, lecz ubrań, butów, bielizny i tego wszystkiego, co potrzebuje kulturalny człowiek, aby chronić swoje śmiertelne ciało. Dumny i wspaniały jak jakiś król lub jak błogosławiony Diogenes (grecki filozof – przyp. tłumacza) wszedł na pokład pozostawiając cały swój bagaż podróżny, który zawierał prawdziwe, tropikalne, wzorcowe wyposażenie, omnia sua secum portans. Omnia sua składała się mianowicie z tego, abstrahując od tego, co miał na sobie, z tropikalnego hełmu, parasola i rewolweru! Genialnie, kocham artystów!
Hotele były zgodne z bazarami, jak można by wywnioskować po tym, polecanym nam jako najlepszy, hotelu; wciąż oferowały coś niesamowitego w postaci takich samych pluskw, komarów a nawet skorpionów. Dlatego po doświadczeniach tej nocy wcale nie niechętnie opuściliśmy o świcie w małym parowym barkasie (statek portowy z napędem mechanicznym – przyp. tłumacza) Port Said i przy rześkiej, porannej bryzie skręciliśmy do mającego połączenie ze światem kanału.
Szybka podróż mija pomiędzy pustynią a lagunami. Na piaszczystych wydmach wzdłuż kanału ciągną dostojnymi krokami karawany arabskich handlarzy, sylwetki wielbłądów ostro kontrastują z porannym niebem. Tysiące bagiennego i wodnego ptactwa stoi w pozycji kontemplacyjnej w płytkiej wodzie niekończących się lagun. Przebywanie pierwszy raz w życiu pomiędzy prawdziwymi wielbłądami i flamingami jest naprawdę dziwne. Za nami są jeziora Menzaleh i Ballah i po czterogodzinnej jeździe, podczas której przyroda ukazywała się nam tylko w barwach żółtej i brązowej, wyłania się przed nami zielona oaza Ismailia, kiedyś baza Ferdynanda de Lessepsa i Tusculum (Tusculum – dawna miejscowość we Włoszech. W czasach starożytnych miasto stało się modne jako ośrodek wypoczynkowy – przyp. tłumacza) kedywa (wicekról Egiptu – przyp. tłumacza).
Koleją – instytucję, która już w tym środowisku wydaje nam się zupełnie obca – dociera się do Az – Zakazik, głównego skrzyżowania kolei egipskich, przez oślepiające szlaki pustynne, na których słupy telegraficzne rysują szczególnie ostre, kontrastowe cienie. Zaskoczyło nas, Europejczyków przyzwyczajonych do spokojnego ruchu kolejowego, zaangażowanie na wszystkich stanowiskach niezliczonej liczby osób jawnie do tego nie pracujących w tym zawodzie i niezwykły hałas, który przy tym dokonywali. Ale to powinno być jeszcze lepsze. Po godzinnej jeździe przez bujną zieleń doliny Nilu dojechaliśmy do Kairu. Z trudem utorowaliśmy sobie drogę przez kolorowy tłum na peronie, gdy przy wyjściu z dworca nastąpił na nas prawdziwy masowy atak tragarzy, przewoźników, tłumaczy i posługaczy. Ale nadciągnęła pomoc. W swój środek wzięła nas obsługa hotelu Shepheard, wzmocniona przez kilku ubranych na brązowo policjantów; trzask, trzask! Cięcia pejczem, zawsze gotowego do uderzenia żandarma, świstały nad głowami naszych dręczycieli, którzy nawiasem mówiąc, nie okazywali najmniejszego zaskoczenia takim zakończeniem interesu. Pomniejsze obrażenia ciała nie wzburzały człowieka Orientu.
Podobnie, jak w starożytnych bitwach, śmiercionośny rydwan zawsze rzuca się na najgęstsze gromady wrogów, tak pędził przez tłumy na ulicach z zawrotną prędkością wehikuł, na którego siedzeniach mocno się trzymaliśmy. Niepojętne jest dla mnie to, że ludność Kairu nie została całkowicie pozabijana przez ten rodzaj transportu publicznego. Ludzie wszystkich narodów i ras w rozmaitych strojach i bez strojów, wymieszani z osłami, mułami, psami i innymi zwierzętami rozpierzchali się przed kopytami naszych koni.
Gdy nastała noc „Posejdon” wyszedł w morze. Wkrótce za Suezem otrzymaliśmy niemieckie powitanie: spotkaliśmy się z parowcem północno-niemieckiego Lloyda, którego kapitan będąc w Aden (miasto w Jemenie nad Zatoką Adeńską – przyp. tłumacza) usłyszał o obecności księcia na pokładzie „Posejdona”. I teraz, gdy ten syn hanzeatyckiego miasta powoli i majestatycznie płynął obok nas wypuszczając parę, ten cały potężny statek rozpromienił się nagle w holsztyńskich, niebiesko – biało – czerwonych barwach i w tę stronę zabrzmiało nad łagodnym przypływem fal:
Schleswig — Holstein stammverwandt,
Wanke nicht, mein Vaterland!
Następnego ranka minęliśmy Synaj. O świcie „góra przykazań” znajdowała się w głębokim fiolecie mając u stóp żółtą piaszczystą pustynię; wyraźnie zarysowywały się jej spękane kontury na pomarańczowym porannym niebie. Potem pierwsze promienie słońca wystrzeliły zza gór i wszystkie dzikie wierzchołki płonęły jakby były z płynnego złota. Był to wschód słońca o przepychu barw i klarowności, jaki w swoich obrazach do historii biblijnej dał mi przeczuć Doré. Mimowolnie napłynęły mi do ust słowa 19 Psalmu: „A ono wychodzi jak oblubieniec ze swej komnaty, weseli się jak centralna postać, co swoją drogę przemierza”.
I dalej mógłbym jeszcze kontynuować: „i nic się nie ukryło przed jego gorącem, ponieważ gdzie się skryć, dokąd uciec przed horrendalnym żarem, który męczył nas w tym i przez pięć następnych dni rejsu po mającym złą opinię Morzu Czerwonym i pozbawiał wszelkiej inicjatywy. Unieszkodliwieni jak muchy leżeliśmy tam wokół, odpoczynek i ruch wydawały się równie nieznośne. Od czasu do czasu kusił jeden zwodniczą nadzieją, że w kabinie mogłoby być bardziej znośnie niż pod cienkim daszkiem ochronnym pokładu rufowego i lazł na dół, jako bóg Thor (wg mitologii Thor był bogiem burzy i piorunów i mógł wpływać między innymi na zmianę pogody – przyp. tłumacza), znosić jeszcze większe cierpienia. Inny natomiast z kierunku rejsu i rzekomego wiatru wnosił, że gdzieś na pokładzie dziobowym byłoby do namierzenia jakieś bardziej przewiewne miejsce – wkrótce zrezygnowany i wyczerpany, jak z większej wspinaczki wysokogórskiej, powrócił on do kręgu swoich towarzyszy niedoli, którzy wspólnie udawali, że coś czytają i nawet sami nie mogli spać porządnie.
Podczas czterech posiłków w jadalni pracowały z pełną poświęcenia pracowitością punkha, te zresztą tak dobroczynne, szeroko pod sufitem zwisające wachlarze, ale niewiele to pomagało. Miało się tylko jeszcze to bezsensowne pragnienie, przywiązania się do statku i pozwolenia mu, żeby cię ciągną w wodzie za sobą. „Chciałabym być meduzą”, powiedziała, obok mnie oparta o nadburcie, ładna, mała Austriaczka i głęboka tęsknota przemawiała z jej życzliwych oczu, którymi obserwowała z zazdrością amfibie w kuszącej toni wody. Troszeczkę chłodu przynosiły noce, podczas których czasem litościwa bryza muskała rozżarzony pokład. Spało się oczywiście tylko na pokładzie ubranym w piżamę, ten nadzwyczaj wygodny, składający się z bluzy i spodni, ubiór nocny. Najczęściej jednak nie dało się spać, lecz szło się pospacerować po pokładzie, siadało się w odludnych miejscach samemu – lub we dwójkę. Cicho podnosiło się i opadało morze, jakby w spokojnych oddechach, światło księżyca migotało na wodzie, i po cichu gawędzono o sprawach przeszłych i przyszłych. Ewentualnie zatapiano się w widoku w promiennym pięknie znajdującego się na firmamencie Krzyża Południa i milcząco oddawano się przyjemności chwili teraźniejszej.
Bab al – Mandab „Brama Łez” – skaliste wybrzeża Afryki i Arabii w tym samym czasie w zasięgu wzroku – liczne wyspy, rafy, i niezliczone wraki sterczą złowieszczo z wody przerażającej cieśniny, przez którą przeciskają się fale Oceanu Indyjskiego.
Aden (miasto w Jemenie nad Zatoką Adeńską (Morze Arabskie), 170 km na wschód od cieśniny Bab al-Mandab – przyp. tłumacza). – Nagie, czerwone skały wznoszą się stromo z morza – pod nimi rozciąga się tylko wąska plaża z kilkoma domami. Rzucamy kotwicę na redzie. Arabscy handlarze przynoszą na pokład strusie jaja i słabej jakości strusie pióra. Ale naszą uwagę przykuwa inna rasa ludzka, którą są Somalijczycy, którzy przybywając z afrykańskiego wybrzeża, oferują tutaj swoje usługi Europejczykom i Arabom. W małych kajakach i wydrążonych pniach drzew, nadpływają z plaż, wspinają się jak jaszczurki po gładkich burtach statku i skacząc z najwyższych punktów statku w dół do morza, upraszają o srebrne monety.
Są muskularnymi urwisami o bardzo ciemnym odcieniu skóry o wyraźnym typie murzyna. Przez to, że wielu z nich farbowało sobie glinką, na kolor czerwony, swoje kędzierzawe włosy, twarze ich miały niemal diabelski wygląd. Jeden po drugim skakali na główkę do morza płynąc w ciemną toń bez obaw przed rekinami. Teraz zgromadzili się oni wszyscy w wodzie po lewej burcie statku a ich łódki i wiosła pływają porzucone na falach. Rozbrzmiewa barbarzyńska melodia: „have a dive, hoho, have a dive, hoho” (skacz do wody, hoho, skacz do wody, hoho), wydziera się w rytm cały chór, a potem śmieje się jak diabeł; rytmicznie wierzgają do tego w wodzie czarnymi nogami i rękami, podczas gdy oczy łapczywie błyskają za kawałkiem srebra.
Pod wieczór płyniemy na ląd i zwiedzamy tych niewiele miejsc, które warto zobaczyć w tym mieście, którego tak obawiali się, jako garnizon, angielscy oficerowie. Pewien Pars w długiej, białej szacie i lakierowanym na czarno w kształcie tutki nakryciu głowy, prawdziwy egzemplarz tej bezdomnej rasy, która zdominowała handel w większej części Oceanu Indyjskiego, niestrudzenie ulegle i mile służy nam za przewodnika. Z najwyższego punktu cytadeli, do której wejścia ku naszemu zdziwieniu nie broni żaden posterunek, nasz wzrok wędruje po morzu i po pustyni w nieskończoną dal. Następnie przez szereg tuneli udajemy się do wąskiej, skalnej kotliny. Tutaj leży miasto, w którym deszcz pada tylko raz na siedem lat. Zachodzące słońce oświetla skalne ściany na czerwono, nie zieleni się żadne źdźbło trawy, drobniutki kurz wiruje w powietrzu, wszystko wokół się praży i łaknie wody.
Z powrotem na „Posejdona”! Przez skalną bramę otwiera się nam widok na uśpione w wieczornym mroku morze i nasz daleko na zewnątrz stojący statek, na którym płoną już wszystkie światła. Tego wieczoru, myśląc o tym całym pragnieniu, które panuje tam w tej skalnej kotlinie Adenu, pozwoliliśmy sobie bardziej niż zwykle na b. & s. (brandy and soda), podczas gdy „Posejdon” powoli wprawiał się w ruch. Świeża bryza przetoczyła się przez nasz statek z otwartego oceanu a księżyc magicznie wzniósł się zza skał Adenu. Jeszcze tydzień dzielił nas od tego, oczekiwanego w rosnącym napięciu, momentu w którym powinniśmy ujrzeć wybrzeże Indii, tydzień wspaniałej i w porównaniu z przebytym, chłodniejszej podróży morskiej. Dni minęły w obserwacji ciągle zmieniającego się, wszystkimi kolorami tęczy przepływanego morza, igraszek mew i delfinów, latających ryb i meduz lub jakkolwiek inaczej nazywanych zwierząt morskich. W międzyczasie bawiono się w basenie i w „Tug of war” (przeciąganie liny) lub zakładano się o to, z jaką prędkością płynie statek.
Wieczorem muzykowano, przy czym stawiano nam, jako synom bogatych w pieśni Niemiec, wygórowane roszczenia lub pokład rufowy oświetlano kolorowymi lampionami i odbywał się normalny bal z kadrylem (XVIII-wieczny taniec salonowy – przyp. tłumacza) i kotylionem (tradycyjna zabawa taneczna o XIX-wiecznym francuskim rodowodzie – przyp. tłumacza). Potem następował spokój, kolorowe lampy gasły i jeszcze tylko samotna, mała latarnia wysoko na fokmaszcie wysyła w noc swoje słabe światło. Fosforyzujący pasek zaznacza drogę, którą kil (belka umieszczona na dnie kadłuba statku, ciągnąca się od dzioba do rufy – przyp. tłumacza) przechodził przez czarne fale i gubił się daleko w ciemności. Monotonnie brzmi krok pełniącego wachtę oficera nadchodzącego z mostku dowodzenia, w dole tętni nigdy nie męcząca się maszyna a na takielunku (część osprzętu żaglowego na statku – przyp. tłumacza) cicho śpiewa wiatr. W tym momencie myśli wracają do stron ojczystych i do tych, których tam zostawiliśmy. Nic tak w ten sposób nie otwiera serca na odczuwanie tęsknoty za tym, co jest bliskie naszemu sercu i na coś przyszłego, nieznanego, jak taka chwila, gdy samotni na otwartym morzu lub pośród rozległego stepu spoglądamy na spokojne, rozgwieżdżone niebo. Przechodzi nas dreszcz nieskończoności, wieczności. Gwiazdy gasną i srebrzysto – blade, poranne światło rozchodzi się nad gładkim morzem. Dziś rano na pokładzie panuje niespokojny ruch. Daje się odczuć zbliżanie się wielkiej chwili. Poszukując wędruje wzrok po powierzchni morza, na którą pada teraz różowa poświata „delikatna jak cnotliwy rumień na dziewczęcych policzkach”. Tam – na wschodzie – przed wschodzącym słońcem, do którego śpieszymy, wynurzają się ostro zarysowane kontury – nie ma już wątpliwości, są to góry wybrzeża Malabaru (kraina na zachodnim wybrzeżu Indii – przyp. tłumacza), to upragniona cudowna kraina Indii, która wyłania się tam z morza.
II.
Bombaj.
Zawinęliśmy do bezpiecznej przystani. Po długiej podróży morskiej jest to całkiem swoiste uczucie błogości. Wprawdzie oszczędził nas sztorm i choroba morska, trudy i niebezpieczeństwa pozostały od nas z dala tak, że mogliśmy z czystym sumieniem oddawać się uroczemu zajęciu nic nie robienia. Zwiększa to znacznie atrakcyjność u nas Niemców, którzy odczuwamy silniejszy obowiązek do pracy, niż inne narody; i pomimo tego absolutnego braku w zarobkach, odczuwamy przecież wewnętrzne zadowolenie, ponieważ – teraz właśnie tak daleko zaszliśmy. Oparliśmy się więc wygodnie o burty „Posejdona” i pozwalaliśmy naszym spojrzeniom wędrować po pięknej zatoce, która nadała swoją nazwę temu miastu.
Buon Bahia – „Dobra Zatoka” – do 17 wieku była posiadłością portugalską, gdzie wspaniały król Portugalii, port, wyspy i prowincje, podarował jako prawdziwie królewski posag swojej córce, żonie króla Anglii Karola II. Albion zaakceptował to z wdzięcznością. Praktyczny Brytyjczyk z Buon Bahia stworzył Bombaj, podobnie jak spokrewniony Jankes zredukował dźwięcznie brzmiące San Francisco do Frisco, ale z biednej osady, w której na pięciu Europejczyków ciągle wkrótce czterech umierało z powodu gorączki, Anglia stworzyła miasto pałaców z milionem mieszkańców i światowym handlem.
Rozciąga się ono na archipelagu wysp, porównywalnym z otwartą dłonią. Daleko do morza biegną przylądki Malabar i Kolaba, pierwszy jest zalesionym grzbietem górskim na którym ponad wierzchołki palm wznoszą się szczyty miasta willowego. Kolaba jest bardziej płaski, jego dzielnice miasta są starsze i mają bardziej biznesowy wygląd. Na powierzchni otwartej dłoni leży dzielnica budynków urzędowych i dużych domów handlowych, wykonanych głównie w osobliwym indyjskim stylu gotyckim, bardziej okazałym niż szlachetnym, ale z pewnością w narodowym guście. Za nią, usadowione w lasach palmowych, wznosi się do gór kontynentu, prawie niekończące się miasto pomniejszych kupców, rzemieślników i wielkiej masy ludzi niskiego wzrostu.
Był to radosny widok, który przybyszowi mógł przyśpieszać bicie serca i tylko przybycie niemieckiego konsula na pokład wyrwało nas z tego; to znaczyło: Żegnaj, wspaniały „Posejdonie”, dobra, mała kabino, w której, jak w jakiejś kołysce, kołysały mnie fale morskie, życzę wam towarzysze podróży dobrego rejsu przez burzliwe i spokojne okresy życia! Mały skok na dół ze schodów statku do rozrzuconych dookoła pinas konsulatu(niewielka szybka jednostka pływająca – przyp. tłumacza) – i sprawnie pod niemiecką banderą docierało się do mola Wellingtona. Wrażenie było takie, jakby ktoś przesiadłby się z potężnego, pełnokrwistego konia na kucyka. Po raz kolejny usłyszeliśmy z „Posejdona” hip, hip, hurra, po czym nasi czarno – biało – czerwoni wioślarze odpowiedzieli trzykrotnym hurra i postawiliśmy stopę na indyjskiej ziemi.
Pierwsza przechadzka do położonego bezpośrednio przy porcie klubu jachtowego. W chłodnym przedsionku tego, wybudowanego w zaskakującej mieszance stylów szwajcarskiego i hinduskiego, domu, nasz wesoły konsul na powitanie poczęstował nas lodowato zimnym kielichem szampana. Pamiętając o wszystkich dobrych naukach na temat umiarkowania w tropikach, ulegliśmy tej pierwszej pokusie tylko z pewnym chłodnym dystansem do tego. Ale człowiek przyzwyczaja się do takich rzeczy i tak też my po krótkim pobycie w Indiach pokonaliśmy obawę przed napojami alkoholowymi, żmijami i wielu jeszcze innym rzeczom, którymi nas straszono.
Podróż z klubu do naszego hotelu wiodła nas przez najróżniejsze rejony tego kolorowego miasta. Najpierw były ulice uroczyście wyglądających, budynków urzędowych, ciche i bezludne, ponieważ Europejczycy w tropikach podczas godzin dziennych z rzadka opuszczają chroniące ich domy; słońce bezlitośnie paliło na szerokiej powierzchni i tylko kilku ubranych na biało policjantów i miejscowych klarków (urzędnik opiekujący się załadunkiem i wyładunkiem statku – przyp. tłumacza) bezszelestnie pomykało tam i z powrotem pomiędzy biurami różnych urzędów. Scena jednak ożywia się, gdy dochodzimy do dzielnicy handlarzy i rzemieślników. Zalewa nas życie londyńskiego city przetłumaczone na orientalny sposób: wszystko w ruchu i pracowitości, , gestykulując, w hałasie ogłuszającym dla tych, którzy właśnie tygodnie na spokojnym morzu. Tłoczyli się tam Hindusi we wspaniale kolorowych szatach z murzynami z Zanzibaru bez żadnego przyodziania, ozdobieni perłami Persowie i skąpo ubrani synowie niebiańskiego królestwa, wyglądający na zaniedbanych fakirzy i gładcy, otyli Parsowie (grupa etniczna Persów – przyp. tłumacza). Odpowiednio do tego krzyżowały się i wpadały na siebie w wąskich uliczkach lokalne, dwukołowe wozy z wołami z tramwajami, pokryte dywanami palankiny (używana w Indiach i na Dalekim Wschodzie lektyka – przyp. tłumacza) z nowoczesnymi, dwukołowymi wózkami z psim zaprzęgiem i powozami. Wszyscy rzemieślnicy pracują na ulicy, kto nie uważa, dostaje szydłem szewskim lub kowalskim młotem, nawet nauczyciel w gardłowych tonach recytuje pod gołym niebem brązowookim, bramińskim chłopcom przysłowia sanskryckie, i cała ta gra osób i kolorów w rażącym słońcu Południa. Oślepieni i oszołomieni uciekamy przed tą kipielą publicznego życia i szybko lecąc ulicą wzdłuż zatoki docieramy do naszego domu.
Cumballa – Hotel, tak nazywało się osobliwe schronisko, które prócz jaszczurek, żuków i szczurów zamieszkane było tylko przez kilka osób. Indyjskie hotele różnią się od tych domów gościnnych dla pielgrzymów do Mekki lub Benares, założonych przez dobroczynne fundacje, właściwie tylko tym, że jawnie gotuje się gdzieś ryż i przygotowuje baraninę lub kurczaki. O obsłudze hotelowej w ogóle nie ma mowy i najczęściej ten Pars, który na dole w holu wejściowym wypisuje niezrozumiałe rachunki, jest jedynym pracownikiem hotelu, którego można zobaczyć. Ktoś kto nie przyprowadza ze sobą swojego własnego sługi, może spokojnie wzywać pomoc, lub wywoływać dźwiękiem dzwonka hałas i nie musi się obawiać, że przeszkodzi komuś w odpoczynku. Przeto naszą pierwszą transakcją biznesową w Indiach była rekrutacja trzech sług na czas naszej podróży. Lalla, Shiva i Pragga nazywało się tych trzech ciemnych, honorowych mężczyzn, którzy zostali ubrani w kamizelki i berety w holsztyńskich barwach i otrzymali funkcje pomocników książęcego myśliwego. Funkcje te godziły jednak w indyjski system kastowy i miały później powodować większe trudności.
Ale najpierw urządziliśmy się w domu, aby śnić marzenia w tej bajkowej krainie, intencja, która zresztą nie dla każdego z nas miała się udać. Profesor, którego napawała głęboka odraza do węży, już przy wchodzeniu oglądał z pewną nieufnością, swoją położoną naprzeciwko ogrodu sypialnię, co z niezamykanymi drzwiami zresztą wydawało się być bardzo właściwe, ponieważ oferowało tym osławionym w tym raju zwierzętom, mile dla nich widzianą kwaterę na noc. Miękki szelest i – a właściwie – chociaż nie żmija, to przecież większy, nie mniej obrzydliwy zwierz, występował z wcześniejszymi roszczeniami do naszego mieszkania. Po tym, jak to zwierzę przypłaciło to życiem i umieścił jego zwłoki przed drzwiami, połączył nas beztroski obiad. Porządnie zmęczeni udaliśmy się teraz na spoczynek, który jednak nie był pisany tej nocy udręczonemu profesorowi. Zwłoki zwierzaka zniknęły i któż inny niby miał je wziąć, jak nie te owiane złą opinią węże!? – gdzież miały być one, jak nie w jego sypialni? Po krótkich poszukiwaniach okazały się one być białymi mrówkami, których kilkaset zebrało się jako ochotnicza policja sanitarna do uprzątnięcia zwłok. Prawie tak samo niewygodni towarzysze do spania! Przed żmijami, będąc ostrożnym, można się jeszcze do pewnego stopnia chronić, wybierając swoje miejsce do spania i solidne obuwie, a corocznie ulegające ukąszeniu żmij 20 000 ofiar, prawie bez wyjątku należy do gnuśnych tubylców. Ale białe mrówki! Nie do uniknięcia i wytrwałe, jak komary! Musiał ich w końcu przepuścić bastion z najlepszych walizek i dopiero później dostarczona kolekcja południowoindyjskich ptaków wyżarła je całkowicie. –
Szybko i nagle, bez łagodnej zapowiedzi świtu, nad naszym, pierwszym, indyjskim dniem wznosiło się rozżarzone słońce i odsłoniło najbardziej osobliwy i kolorowy obraz, jaki może sobie wymalować wyobraźnia. Na gzymsach naszych okien pomieściła się pewna ilość dużych, szarogłowych sępów. Przyleciały one z Towers of silence (Wież milczenia – przyp. tłumacza), przewiewnego miejsca pochówku Parsów, gdzie w ciągu kilku godzin szczątki ludzkie służą za pożywienie dla sępów. Sztafaż martwych ptaków był w bezpośrednim przeciwieństwie do tego całego żywego blichtru, który przedstawiał się naszym oczom w rozpuszczających się barwach. Połyskujące morze połączyło się poprzez różową, poranną mgłę z rozjarzonym niebem. Tu i tam pojawiły się małe żagle. Pod naszymi oknami niespokojny obóz tubylców. Dom jeden dużej hinduskiej rodziny i jej obszernego, żywego dobytku dał motyw do zamieszczonego niżej szkicu.
Napięcie związane z lepszym poznaniem Bombaju nie dało nam jednak dłużej rozkoszować się malowniczymi scenami wokół naszego, sielskiego schroniska i w barwnie pomalowanych zadaszonych tongach – indyjskich fiakrach (lekki pojazd konny z opuszczaną budą, wynajmowany za opłatą, używany niegdyś jako środek transportu miejskiego – przyp. tłumacza) – ruszyliśmy w kierunku city (miasta – przyp. tłumacza). Był upał, o którym żaden z południowych Włochów nie miał pojęcia, a ponieważ tonga nie miały resorów, przy jeździe podskakiwało się nieprzerwanie uderzając tropikalnym hełmem o zadaszenie, ale mnóstwo interesujących i dziwnych rzeczy wokół nas pozwalało zapomnieć o tych wszystkich małych niedogodnościach. Najpierw udaliśmy się do doków i rozciągającego się na pięć mili, sztucznego portu. Na zewnątrz w rozległej zatoce są liczne wyspy z których Mallangarh, której pionowo opadające skały wieńczą ruiny twierdzy, jest najbardziej malownicza. Scenerię ożywiały ogromne statki handlowe i wojenne. „Abyssinia” i „Magdala”, dwa statki pancerne wyposażone w 10 calowe armaty, tworzą obecnie jedyny środek obrony Bombaju od strony morza. „Castle” i „Fort St. George” („Zamek” i „Fort Jerzego III” – budowle obronne w Bombaju – przyp. tłumacza) ukazują jeszcze ślady wcześniejszych umocnień.
Mrowie ludzi w dokach jest kolorowe jak bandery statków w porcie. Chyba żaden port na świecie nie może wykazać większej różnorodności narodowości. Zobaczyć tam można wszystkie charakterystyczne ubiory Orientu. Ubrani na biało Hindusi nadają podstawowy ton temu obrazowi. Następnie mienią się zielono złote turbany muzułmanów z Maskatu, szerokie, czerwono – białe nakrycia głowy Maratów (mieszkańców starożytnego Maharashtra – przyp. tłumacza), spiczasty, czerwony turban Guzerata i nieozdobiony, czarny lakierowany kapelusz Parsa.
Wpływ tych ostatnich jest znacznie większy, niż można by się spodziewać po ich liczbie. Szczególnie w zachodnich Indiach zajmują pierwsze miejsce w życiu publicznym, dzięki ich bogactwu, ich wrodzonemu instynktowi do handlu, ich rozsądkowi i last not least (wcale nie mniej ważnej – przyp. tłumacza) dobroczynności. Podczas handlu pod koniec XX wieku kiedy Surat popadł w ruinę, osiedlili się w Bombaju i wokół niego a dziś dominują w handlu obszaru Oceanu Indyjskiego. Ich pałace i bungalowy przewyższają wszystkie inne prywatne budynki Bombaju w gruntownym splendorze. Większość publicznych urzędów honorowych i zarząd prawie wszystkich instytucji ogólnego użytku spoczywają w ich rękach i wielu z nich przyozdobionych jest europejskimi orderami i noszą oni angielskie tytuły szlacheckie.
Przemysł Bombaju ma posiada wszelkiego rodzaju gałęzie. Najwyższą kunsztowność osiągnęła produkcja metalowa i jedwabiu; barwiarstwo, garbarstwo, stolarstwo i ceramika należą do kwitnących branż przemysłu.
„School of Arts” („Akademia Sztuk Pięknych” – przyp. tłumacza) zrobiła wiele dla wszystkich tych branż, do których przynależy przecież zawsze pewne wykształcenie artystyczne i naukowe. Zaskakujące i charakterystyczne jest szybkie przyswojenie i wyuczenie systemu europejskich fabryk przez Parsów i Hindusów. Na uboczu tego ogłuszającego handlowego pośpiechu i wielkiego przemysłu leżą wzajemnie wymieszane prywatne domy Europejczyków, Parsów i hinduskiej arystokracji.Modne faubourgs (przedmieścia – przyp. tłumacza) oddzielały city od pozornie niekończącego się „czarnego miasta”, które, składając się z chat, gaików palmowych i sadów, rozciąga się daleko w głąb kraju. Także normalny „bungalow” Europejczyka otoczony jest zwykle dużym ogrodem i chociaż ten styl nie jest wspaniały, to pasuje do lokalnego klimatu i wykazuje pewne, osobliwe, „praktyczne piękno”. Wcześniej Europejczycy z zamiłowaniem zamieszkiwali północne przedmieścia „Parell”, gdzie podczas ostatnich 100 lat znajdowała się oficjalna rezydencja gubernatora. Teraz jednak preferowane są „Malabar Hill” (ekskluzywna dzielnica mieszkalna – przyp. tłumacza) i grzbiet górski „Callaba”, ponieważ jest tam najpiękniejszy widok na miasto i zatokę. Na urwiście spadającym w morze Malabar Point, pośród orzeźwiającego huku fal, leży dumny pałac gubernatora. Podczas gorących miesięcy ich ekscelencje uciekają do górzystego Mahableshwar (miasto położone w dystrykcie Satara – przyp. tłumacza), podczas gdy porę deszczową spędzają w Pune (miasto w zachodnich Indiach - przyp. tłumacza). Powinniśmy wkrótce mieć okazję doświadczyć uroku obu tych właśnie wymienionych rezydencji.
Pierwszy dzień w Indiach minął w ciągłym ruchu. Bank i custom house (urząd celny – przyp. tłumacza), niemiecki konsulat i angielskie urzędy pracowały pełną parą, żebyśmy mogli kontynuować nasz trip (podróż – przyp. tłumacza). Duży outfitter (sklep z męską odzieżą – przyp. tłumacza) w Bombaju o wzbudzającej niewielkie zaufanie nazwie Treacher, od naboi do ciężkiej strzelby do polowania na słonie do czekolady oferował wszystko, czego można by potrzebować w rough country (dziki kraj – przyp. tłumacza); słynny na całym świecie Haroon Cassum przefasonował w białych tkaninach przekazane mu przez nas modele europejskiej odzieży z dokładnością aż do oderwanych z niej guzików.
Elegancko serwowana kolacja w przestronnych salach jachtklubu przy łagodnych dźwiękach indyjskich mędrców i z widokiem na uśpioną w świetle księżyca zatokę wynagrodziła nam wszelkie trudy tego gorącego dnia. Ale kolejną osobliwą rozkoszą dla zmysłów zgodnie z programem naszego kochającego zabawę konsula miał być jeszcze wyjazd do opery. Opera w Bombaju przedstawia inny widok niż ten, do którego jesteś przyzwyczajony w domu. Budynek w całości jest wykonany z drewna i sprawia wrażenie jakiegoś letniego teatru. Jest bardzo prosto wyposażony; balkon, w miejscu gdzie u nas znajdują się królewskie loże, posiada zakratowaną lożę dla kobiet. Również tutaj nie muszą one wystawiać się na trywialne spojrzenia tłumu i są tam doprowadzane i stamtąd odprowadzane, jak na ulicy lub dworcach kolejowych, pod trzymanym przez czterech mężczyzn, wielkim, białym płótnem. – Gdy kurtyna się podniosła, kilka dziewcząt usiadło na scenie i śpiewało – dla nas tak samo niezrozumiale, jak i nudno – rodzaj uwertury (wstęp do opery – przyp. tłumacza). Potem była baśń z książętami, zamkami i światłem księżyca, podczas której na rampie stała komiczna postać i – sądząc po śmiechu publiczności – wyczyniała najlepsze żarty.
Ponieważ przedstawienie trwało bardzo długo, a mianowicie każda część od trzech do czterech wieczorów po cztery do sześciu godzin – nie wytrzymaliśmy do końca. Po tym dniu pełnym obciążeń i upału byliśmy bardzo zadowoleni z powrotu do naszego przytulnego hotelu w gaju palmowym. Wspaniały widok na zieloną od palm dzielnicę miasta i lśniące w księżycu morze był piękniejszy niż wszystkie kulisy operowe całego świata.
Po trzydniowym pobycie w Bombaju przyjęliśmy zaproszenie od księcia Connaught do jego letniej rezydencji w Pune. Sześciogodzinna jazda pociągiem prowadzi przez najpiękniejsze obszary górskie, tak zwane „Ghoat” wybrzeża Malabaru i swoją wspaniałością przypomina najpiękniejsze trasy kolei Gotarda (pierwsza kolej górska w Szwajcarii – przyp. tłumacza). Na stacji kolejowej Pune przyjęli nas książę Connaught i wysocy dygnitarze miasta. Szybkim galopem udaliśmy się do rozległej willi księcia, której jeden z „bungalowów” został przekazany nam do wyłącznej dyspozycji. Wszystkie bungalowy są jednopiętrowe z pięknymi, szeroko zadaszonymi werandami w bujnych ogrodach.
Ziemia wokół Pune jest falistym płaskowyżem; góry Sahyadri w kierunku zachodnim tworzą barierę, którą można pokonać tylko kilkoma przełęczami. W miejscach nagłych spadków skał często znajdują się świątynie wykute w skałach. Szczyty innych skał zwieńczone są malowniczymi ruinami staroindyjskich warowni, co już przez naturę fantastycznie uformowanym klifom skalnym dodaje, tak rzadko występujący w rzeczywistości, charakteru „heroicznego krajobrazu”. Znajdują się tam także skalne groby wymarłej rodziny królewskiej, która rządziła Pune przez wiele pokoleń.
Dwa dni minęły nadto w gościnnym domu książęcej rodziny na grze w polo i innych grach na wolnym powietrzu. Teraz dalej w góry, aby złożyć wizytę gubernatorowi Bombaju, lordowi Reayowi, w jego wysoko położonym letnisku Mahableshwar w górach Ghat(miasto położone w dystrykcie Satara w stanie Maharashtra – przyp. tłumacza). Kolejne sześć godzin podróży koleją przez sterylnie, skalisty płaskowyż; potem sześć godzin w otwartym powozie z dziesięciokrotną zmianą koni, najczęściej w pędzącym galopie przez zielone, łąkowe doliny, gaje bananowe i zarośnięte ogrody i pola. Pod wieczór wspinaliśmy się serpentynami wzdłuż ogromnych przepaści dochodzących do 6000 stóp wysokości (ponad 1800 metrów – przyp. tłumacza) do pagórkowatego, porośniętego lasem płaskowyżu. Krajobraz, a zwłaszcza spojrzenia w długie, ciemnozielone doliny, przypominały Górną Bawarię w trzykrotnie powiększonych wymiarach. Najcudowniejsze było to, że na tej wysokości, która w Alpach należała by do regionu pełzającej sosny, ulice całkowicie okalały kwitnące różaneczniki i niezapominajki. Wszystko jest tak wspaniałe i bujne, jak w ogóle nie można by sobie tego wyobrazić – jak powiedziano by przy całej miłości do stron ojczystych – w marnej Europie. – Już w głębokiej ciemności dotarliśmy do wysokogórskiego budynku rządowego. Składa się on z trzech dużych budynków drewnianych, położonych pośród ciemnozielonego lasu liściastego, z których jeden przeznaczony jest dla rodziny lorda, drugi dla personelu, a trzeci dla gości. Następnego dnia, siedząc na werandzie, w obliczu wspaniałej górskiej panoramy rozkoszowaliśmy się po raz kolejny dawno już brakującym nam odczuciem porannej świeżości.
To musiało zostać wykorzystane podczas wycieczki w góry! Stromy zjazd w dół przez najpiękniejszy dziewiczy las zaprowadził nas do czegoś w rodzaju klubowej chaty. Przygotowaliśmy się tam do ostrej wspinaczki. Nad głazami i rumowiskami skalnymi, przez pluskającą, górską wodę i gęste zarośla, szło się kilka godzin stromo pod górę do jednego górskiego szczytu. Stamtąd obszerna panorama, jak z Rigi (szczyt w Prealpach Szwajcarskich – przyp. tłumacza): wokół ciemne góry, poszarpane brązowe skały, których najwyższe szczyty w fantastycznych formacjach wystrzeliwują z dziewiczego lasu, a w dali migające lustro Oceanu Indyjskiego.
Na tym szczycie stała kiedyś górska twierdza Maratów nie do zdobycia, która jako ostatni mocny punkt oparła się nawale Mogołów. Wdarli się oni do Indii z północnego zachodu, Agra i Delhi były centrami i najmocniejszymi twierdzami ich panowania, a w Bichapur i Golconda osadzili się ich polowi dowódcy – nizamowie. Królestwo Hindu wycofywało się coraz bardziej przed naporem mahometanizmu na południowy kraniec półwyspu. Tylko w dzikich, skalistych górach Ghat, Maraci, którzy jeszcze dzisiaj wśród łagodnych Hindusów wyróżniają się odwagą i energią, prowadzili zaciekłą wojnę partyzancką przeciwko obcemu zdobywcy. Pewnego dnia spotkali się tam bez broni przed bramą oblężonej skalnej twierdzy, Shivagi, dowódca Maratów i Dźaj Singh, mahometański dowódca polowy, aby porozmawiać. Shivagi jednak w fałdach swojego ubrania schował pazur pantery i podczas pozdrowienia wcisnął go przeciwnikowi w serce. Od czasu tej śmierci najlepszego dowódcy, mahometańska powódź szybko zaczęła się cofać; dzisiaj nizam z Hajdarabadu (miasto w środkowo-południowych Indiach, stolica stanu Telangana – przyp. tłumacza) jest ostatnim naprawdę ważnym księciem z krwi dawnych zdobywców. Rozpadająca się hinduska świątynia między ruinami starej, górskiej twierdzy, skrywa grób Dźaj Singha.
Z powrotem do Bombaju, do prawdziwego początku podróży na Południe! Wieczorem przed wyjazdem wybraliśmy się jeszcze na wycieczkę szybką parową łodzią napędzaną naftą lub benzyną na Elefantę (wyspa na Morzu Arabskim w pobliżu Bombaju – przyp. tłumacza). Z gładkiej, jak lustro zatoki wznosi się ciemny, skalny kolos wyspy. Przy ciepłym, wieczornym świetle pozwoliliśmy się nieść przez kulisów (tragarze w południowej i wschodniej Azji, noszący zarówno ładunki, jak i ludzi w lektykach – przyp. tłumacza) przez gęsty las palmowy do wspaniałych świątyń w jaskiniach. Fantastycznie, prawie strasznie było patrzeć na nie w blasku pochodni, spłoszone ptaki i nietoperze fruwały nam nad głowami, a wspaniałe kamienne budowle rzucały czarniejsze cienie z nieodgadnionej głębi.
Elefanta swoją nazwę zawdzięcza Portugalczykom, z powodu wysokiego na 7 metrów, kamiennego słonia, który stał przy starym lądowisku wyspy. W 1814 roku odpadła mu głowa i powoli w bezkształtną, kamienną masę zapadało się także jego potężne ciało, które zostało przeniesione do Ogrodów Wiktorii w Bombaju. Z cudownych, jaskiniowych świątyń zachowane są jeszcze w całości cztery, piątą wypełniono kamieniami, by podeprzeć jej dach, a szósta była zaledwie początkiem pozornie mniejszej świątyni. Najciekawszą i najczęściej odwiedzaną jest tak zwana „Great Cave” („Wielka Jaskinia” – przyp. tłumacza), kwadrat o powierzchni około 100 metrów. Jej dach wsparty jest na sześciu rzędach o sześć kolumn wykutych z kamienia. Jednorodność układu przerwana jest tylko po zachodniej stronie przez „sacellum”, (w starożytności mała świątynia lub ołtarz poświęcony bóstwu – przyp. tłumacza) czworokątną przestrzeń otoczoną czterema kolumnami. Pierwotnie sacellum otaczało 26 artystycznie rzeźbionych kolumn, ale większość z nich zapadła się w gruz i pył. Ponieważ ani podłoga, ani dach nie są całkowicie poziome, to wysokość świątyni waha się od 15 do 17 metrów. W rzeźbach najbardziej frapujące jest „Trimurti”, kolosalne popiersie o trzech twarzach, znajdujące się naprzeciwko wejścia po południowej stronie świątyni. Jest to przedstawienie Sziwy w jego postaci, jako stworzyciela, opiekuna i niszczyciela. W oburzający sposób w 1865 roku jedyne w swoim rodzaju istniejące popiersie zostało tak dalece zniszczone przez członków tak zwanego cywilizowanego narodu, że dwie twarze są prawie nierozpoznawalne. Nie zostały oszczędzone także dwie, stojące przed tym popiersiem, dwunastometrowe figury „dwarapalas” lub strażników drzwi, dlatego będą teraz strzeżone przez rdzennych policjantów. Do Sziwy, któremu poświęcone są prawie wszystkie hinduskie świątynie, odnoszą się także niezliczone inne rzeźby, którymi wypełniona jest wielka, jaskiniowa świątynia, jednak niemożliwym jest podanie tutaj ich chociażby powierzchownej listy. Wcześniej, według de Conto, który opisał podróż do Indii w XVII wieku, mury świątyń i wszystkie posągi miały być wspaniale pomalowane, ale obecnie nic z tego już nie widać. Wrażenie mimo to pozostaje niezmienne i nigdy nie zapomnę o ogarniającym mnie przy wejściu do świątyń uczuciu mistycznego, głębokiego szacunku, gdy w chybotliwym świetle pochodni, ogromne, kamienne postacie wydawały się wyrastać ze skał. Nie jest już możliwe określenie ile wieków przetrwały te jaskiniowe świątynie, ponieważ nie można tam znaleźć żadnych napisów; ogólnie ich budowę ustalono na X wiek naszej ery. Duża świątynie jeszcze dzisiaj jest używana, w czasie wielkich, poświęconych Sziwie uroczystości, szczególnie Hindusów z kasty Baniya.
III.
Vijapura
i Tańdźawur.
Długa, gorąca jazda pociągiem prowadziła nas wraz z naszymi w międzyczasie wspaniale ubranymi służącymi przez monotonne powierzchnie Dekan (znacznych rozmiarów wyżyna w środkowej i południowej części Półwyspu Indyjskiego – przyp. tłumacza). Taka podróż koleją w Indiach oferuje znacznie więcej komfortu niż w najlepiej urządzonym, europejskim sleeping-car (wagonie sypialnym – przyp. tłumacza). Wagony w pierwszej klasie zawierają najczęściej tylko dwa przestronne salony z tapicerowanymi ławkami przeznaczonymi do odpoczynku; dają się one przekształcić na noc w najwygodniejsze łóżka. Łazienka z prysznicem jest nigdy nie brakującym dodatkiem każdego przedziału wagonowego.
Następnego dnia po opuszczeniu Bombaju dotarliśmy do Vijapura, ongiś głównej siedziby państwa Mogołów w Indiach Środkowych. Wewnątrz rozpadających się murów okalających zniszczone przed wiekami milionowe miasto, leży cztery do pięciu biednych, hinduskich wsi, między najwspanialszymi meczetami, mauzoleami, pałacami i wodociągami, które upadając i blaknąc niegdyś w ich promieniującym przyozdobieniu kolorami, dawały jeszcze poczuć ten wcześniejszy, bajkowy splendor. Najwspanialsze ze zniszczonych budynków noszą nazwę ich twórcy Ibrahima Rauza. Na wysokim, marmurowym tarasie wznoszą się meczet i mauzoleum budowniczego, oba wybudowane wprawdzie w całkowicie różnym, ale jednak sprawiającym harmonijne wrażenie, indyjsko – perskim stylu. Pięknie sklepione kopuły i smukłe minarety sterczą ku błękitowi nieba, przebogata kamienna rzeźba o religijnym i alegorycznym charakterze pokrywa wszystkie ściany i filary. Palmy otaczają zrujnowaną fontannę, w ogrodach i na trawiastych dziedzińcach rosną prastare akacje. Setki zielonych papug zamieszkują nisze i architektoniczne dekoracje, jaszczurki i sowy pomykają przez zdobione złotem sale. W marmurowym basenie fontanny leżą węże – na szczęście nieszkodliwe – cywety palmowe i kameleony spacerują po ogrodach a na drzewach bawią się małpy i wiewiórki. Jak wspaniale i barwnie musiało być kiedyś, gdy wszystko jeszcze było w pełnym blasku, a na kolorowo ubrany tłum mężczyzn z ich kobietami o zasłoniętych twarzach przechadzał się tutaj, podczas gdy cały kraj kwitł pod silnym rządem jakiegoś potężnego Mogoła i kwitła sztuka i rozwijał się handel.
Nasz gość w Vijapura pełnił funkcję poborcy, („collector”), co u nas odpowiada mniej więcej funkcji starosty („Landrat”). Ta szczególna nazwa „poborca” pochodzi z czasów Kompanii Wschodnioindyjskiej, której główna działalność rządowa wydaje się zgodnie z tym opierać na poborze podatków. Dla nas nazwa ta była powodem do najpoważniejszych wątpliwości, czy nasz gość jest właściwie komendantem okręgu, czy poborcą podatku z hazardu. W każdym razie ponad wszelką wątpliwość spaliśmy dobrze pod jego dachem, to znaczy ja spałem tylko pod dachem namiotu, ponieważ z powodu braku miejsca w domu, kazał on w jego bliskości rozbić właśnie namiot na zielonym trawniku. W nocnym wietrze szeleściła cicho obok mnie stara akacja i opowiadała o minionych dniach Vijapura i w międzyczasie rozbrzmiewającym z daleka z ruin meczetów dźwięcznym pohukiwaniem sowy i szczekaniem szakala.
Kontynuacja naszej podróży po wyżynie Dekan zaprowadziła nas do Reichur. Na leżącym pośrodku bezkresnej równiny bloku skalnym wznosi się zamek dawnych książąt; przytulają się do niego chatki szukające białego, starego miasta z jego wąskimi uliczkami. Tych kilka godzin naszego pobytu prawie w całości spędziliśmy w tamtejszej, hinduskiej szkole, która oferowała wiele rzeczy oryginalnych, tak, że zostaliśmy tam dłużej a nasz profesor znalazł okazję do szkicowania.
Na otwartej przestrzeni przed tym przytułkiem indyjskiej wiedzy pewien fakir założył swój dom Diogenesa (grecki filozof, przedstawiciel szkoły cyników – przyp. tłumacza). Różowa czerwień była ulubionym kolorem pobożnego człowieka, dlatego grzeszną, ziemską powłokę swojej nieśmiertelnej duszy, włącznie z włosami, pomalował na różowo. Poza tym ci osobliwi święci – lub obiboki, jak nazywał ich nas uświadomiony, indyjski dozorca domowy – preferują pomarańczowożółty jako odcień podstawowy, który ci wyrafinowani przemalowują jeszcze potem krzykliwymi, pstrymi kolorami. Prostsze usposobienia zadawalają się także wysmarowaniem się w całości nawilżonym popiołem.
Mimowolnie imponowała nam, potrzebującym zmian ludziom kultury, ta siła przekonania – czy też jak można by to nazwać religijne szaleństwo – które poświęca całe ludzkie życie dla bezużytecznej idei. Zwykle siedzą bez ruchu w tym samym miejscu rok w rok, otoczeni gromadą wielbicieli. –
Czy znieśliby swój byt bez nich? - Niektórzy z nich zabawiają słuchaczy mądrymi słowami, inni ciągle wypowiadają to samo święte imię ze zwierzęcą ekspresją, niektórzy wciąż milczą, przez to, że na wyższą chwałę bóstwa poddają się jakimś cielesnym niewygodom. Tak nasz przyjaciel w Raichur nieprzerwanie trzymał jedną rękę podniesioną do góry, aż ta całkowicie obumarła i uschła. Nikt nie czesze ich włosów, ani nie myje ciał, są karmieni przez innych i są żywym przykładem siły mrocznego spirytyzmu.
Nasza podróż trwała dzień i noc przez niekończący się płaskowyż Dekan. Żadnej fali w terenie, żadnego lasu, jak okiem sięgnąć, od czasu do czasu głęboko rozdarte, kamieniste koryto wysychającej rzeki, bagno, w którym stado czarnych zebu (forma udomowionego w starożytności bydła domowego o charakterystycznym garbie położonym na grzbiecie i masywnych rogach – przyp. tłumacza) szuka ochłody, płaskie dachy hinduskiej wioski, poza tym tylko niezmierzone pola ryżowe. Leżymy na szezlongach naszego toczącego się domu, czytamy, palimy i śpimy.
Dotarliśmy do wschodnich obszarów górskich Ghoat, wieje w naszą stronę morski wiatr Zatoki Bengalskiej. Obszar schodzi stromo w dół na nizinę Wybrzeża Koromandelskiego. Dookoła nas znów robi się kolorowo, krajobraz nabiera wyraźnie tropikalnego charakteru, zielone, zarośnięte bagna zastępują monotonne pola ryżowe; roi się od wszelkiego rodzaju zwierząt; palmy i kwiaty, ptaki i motyle, przyroda jest tak kolorowa jak książeczka z obrazkami dla dzieci.
Wieczorem piątego dnia, odkąd opuściliśmy Bombaj, dotarliśmy do Tańdźawur (miasto w stanie Tamilnadu w południowych Indiach – przyp. tłumacza), gdzie główny sędzia kraju przywitał nas serdeczną gościnnością Starej Anglii. Tańdźawur ma dwa główne zabytki, Pałac Radży i jedną z najstarszych pagód w południowych Indiach. Pałac był naszym pierwszym daniem następnego dnia. Jest on wzorem starożytnej architektury indyjskiej w jej najlepszym okresie. Przez wysoką bramę zamkową z masywnymi filarami wchodzi się na zacieniony palmami dziedziniec, na którym trawniku wyczekuje na ich użycie tuzin na kolorowo wytatuowanych słoni ubranych na czerwono i złoto. Ściany dziedzińca wyobraźnia budowniczego ozdobiła rzeźbami najdziwniejszych stworzeń. Wchodzimy do wysokiej marmurowej sali, w której jego wysokość radża organizował wielkie akty państwowe. Dekoracja tej sali jest wiernym odzwierciedleniem szczególnego punktu widzenia kultury tych indyjskich książąt. Noworupińskie odbitki obrazów przedstawiające bitwę pod Königgrätz i belle cafétiere (dzbanki do kawy – przyp. tłumacza) wiszą między wspaniałymi egzemplarzami broni i najbardziej pozbawione smaku europejskie rupiecie są starannie przechowywane z bezcennymi, starymi rękopisami sanskryckimi. Najfajniejszy jest salon księżniczki, który według naszego gustu oferuje najbardziej niesamowity układ.
Po tym, jak książę podarował przedmiot wykonany z cuivre poli (polerowanej miedzi – przyp. tłumacza) i kolorowego szkła niezdefiniowanego celu jako godny okaz do gabinetu do kolekcji radży poszliśmy zwiedzić pagodę. Dwie bezpośrednio następujące bramy przypominające pylony pozwalają nam wejść na szeroki otwarty plac, pośrodku którego spoczywa ogromne kamienne cielę w znacznie za małym jak na rozmiary tego zwierzęcia budynku świątyni. Tego samego bożka można zobaczyć w niezliczonych powtórzeniach i we wszystkich rozmiarach dookoła, jest on naniesiony w setkach egzemplarzy nawet na gzymsach arkad biegnących wokół całego dziedzińca. W tle dziedzińca dumnie wznosi się jednak tysiącletnia pagoda. W całości jest ona pokryta płaskorzeźbami i ozdobiona figurami zwierząt, które, tak jak na starych gotyckich budynkach, wyskakują w groteskowych ruchach. Monsunowe burze z wielu stuleci zabarwiły niegdyś białą marmurową budowlę na głęboki czarno-szary kolor. Siwobrody kapłan odmówił nam wstępu do wnętrza tajemniczego sanktuarium, ale zamiast tego zwrócił naszą uwagę na płaskorzeźbę mężczyzny o europejskich rysach twarzy z szeroką, marynarską czapką, z którym wiązała się już wieki temu przepowiednia, że jemu podobni podbiją kiedyś całe Indie.
Kiedy nocą opuściliśmy Tańdźawur, zwieńczone blankami, otaczające miasto mury, ostro wznosiły się na tle nieba. Na niezliczonych piętrach pagody zapalono setki małych płomieni i jeszcze nawet z daleka z platformy naszego pojazdu widzieliśmy wysoką, czarną budowlę z migoczącymi światłami wybijającymi się ze statycznej równiny.
IV.
Cejlon.
Szare światło następnego poranka nie spowodowało tego, że beznadziejny pensjonat Tuticorin, z którego mieliśmy wyruszyć na Cejlon, wydawał się piękniejszy. Człowiek, który wyglądał na smutnego jak jego ojczyzna, podał nam śniadanie, które składało się ze zwykłego ryżu z pikantnym currie, po czym popłynęliśmy małą szalupą przez wzburzone morze do parowca zakotwiczonego na redzie. Załadował on na statek tylko suszone ryby i kulisów rekrutowanych do pracy na plantacjach herbaty, a taki ładunek nie poprawiał jakości powietrza. Dlatego z podwójnym napięciem oczekiwaliśmy na obiecany powiew, który podobno już na wiele mil morskich wprzód oznajmia bliskość rajskiego Cejlonu. Chociaż na próżno wciągaliśmy morskie powietrze, tęskniąc za słodkim zapachem kwiatów, wciąż byliśmy bardzo szczęśliwi, gdy w następne południe pojawiły się przed nami zielone brzegi uroczej wyspy. Ponieważ pora deszczowa wciąż lała ostatnie deszcze nad Cejlonem, góry były pokryte chmurami. Konsul Freudenberg, którego gościnny dom we wdzięcznej pamięci trzyma każdy Niemiec, który kiedykolwiek przejeżdżał przez Kolombo, dogonił nas pod niemiecką banderą. Wzorcowy Hotel Grand Oriental zaoferował nam idealne zakwaterowanie. Bardzo oficjalna wizyta u gubernatora nie sprawiała wiele przyjemności, tym więcej za to przytulny wieczór przy monachijskim piwie w bungalowie konsulatu.
Już następnego ranka zrobiliśmy wypad w głąb wyspy. Ale teraz moje pióro ma problem, aby opisać piękno tej podróży, tę przytłaczającą i odurzającą obfitość roślinności, przytłaczającą zmianę odległych widoków, które całkowicie zmieniają się na każdym zakręcie i za każdym tunelem. Cejlon to naprawdę raj w pełnym tego słowa znaczeniu. Nigdy nie przypuszczałem, że może istnieć takie piękne miejsce na tej ziemi.
W Kandy, rezydencji starożytnych królów Cejlonu, odwiedziliśmy słynną Świątynię Buddy. W najświętszym miejscu panował tajemniczy zmierzch, delikatny blask złotych naczyń, ogień niezliczonych rubinów zdawał się oświetlać pokój. Dwóch srebrnowłosych kapłanów, odzianych w powiewające szaty z żółtego jedwabiu, posługiwało starożytnemu obrazowi boskiego reformatora Buddy. Wśród cichego szumu monotonnej pieśni religijnej wierzący przynosili róże, kwiaty jaśminu i pomarańczy, które ciurkiem wpadały się do złotych beczek. Wymowny i poetycki i kult - w na wpół ciemnym pokoju wypełnionym zapachami, wśród brzęczenia tłumu i przy blasku świątynnych skarbów, poczułem się, jakbym przeżywał bajkę.
Przytulna kolacja w rajsko położonej willi prezesa sądu i spacer w blasku księżyca z kląskaniem słowika (śpiewem słowika – przyp. tłumacza) i zapachem kwiatów wokół jeziora Kandy zakończyły ten udany dzień.
Idylliczna dolina palm i róż była za nami. Pociąg wiózł nas coraz wyżej w góry aż do Newara Eliya, wysokogórskiej doliny o zdecydowanie alpejskim charakterze. Przyjechaliśmy w gęstej mgle i drobnym, mżącym deszczu. Dno doliny porastają łąki, domy są drewniane, w stylu chat, stoki gór porasta świeży zielony las liściasty. Powietrze i krajobraz sprzyjały uprawianiu sportu, polowaniom i wspinaczkom górskim.
W głębokich kanionach leśnych na wschód od Newara Eliya miał znajdować się słoń „samotnik”, oddzielony od spokojnych stad jego rasy. Nie jest przyjemną cechą w skądinąd tak sympatycznych charakterach tych zwierząt, że wypędzają one ze wspólnoty rodzinnej stare samce, które nie nadają się już do reprodukcji ich rasy. Stary samiec błąka się teraz samotnie przez dżunglę, a samotne rozmyślanie o instytucjach społecznych nigdy nie wzmacnia ludzkiej miłości.
Dlatego taki mimowolny anachoreta (ktoś spędzający życie w odosobnieniu, w ascezie – przyp. tłumacza) niszczy wszystko, co stworzone przez rękę człowieka, chaty i plantacje, ogrodzenia i mosty. Z tego powodu ludzie nazywają go „samotnikiem” to znaczy czarnym charakterem i ścigają go, gdzie tylko mogą. - Po ciężkim podejściu po częściowo utwardzonej ścieżce dla kulisów (tragarz w południowej i wschodniej Azji – przyp. tłumacza) dotarliśmy do plantacji herbaty, a stamtąd do dżungli. Nastąpiły godziny forsownych wspinaczek z kijem górskim w jednej ręce i toporem w drugiej. Zbocza o wysokości stu stóp tak strome jak ściana domu w górę i w dół, przez grzmiące górskie potoki, przez powalone, gigantyczne drzewa, nieustannie przez najdzikszą, najbardziej nieprzejezdną dżunglę, a wszystko to z ciężkim karabinem na słonia (kaliber 12) na plecach! Ledwo rozpoznawalny ślad słoni - wymyty przez ciężkie ulewy, które spływały przez gęstwinę liści co kwadrans - prowadził nas aż do popołudnia coraz głębiej w dżunglę. Mam za sobą wiele różnej ciężkiej pracy, ale nic nawet nie dorównuje temu, co osiągnąłem tego dnia. O godzinie drugiej po południu byliśmy już raz w odległości dwudziestu kroków od szukanego słonia; czyhał na nas ze złym zamiarem w najgęstszych zaroślach, ale w ostatniej chwili stracił odwagę, wydał z siebie trąbą wściekły dźwięk i cisnął się do doliny przez rozsuwane drzewa lasu i toczące się głazy. Był to mrożący krew w żyłach dźwięk pierwotnej, gigantycznej siły, który dochodził z tego burzliwego odwrotu. Ponieważ dżungla była tam wysoka i gęsta jak żywopłot cisowy, nie mogliśmy uchwycić olbrzyma choć na moment do strzału i musieliśmy zawrócić, nic nie wskórawszy. Droga powrotna nie była ani łatwiejsza, ani krótsza niż w przeciwną stronę, bo przy zachmurzonym niebie i nadchodzącej ciemności nawet nasi malajscy przewodnicy, obdarzeni skądinąd bajecznym wyczuciem kierunku, zgubili kierunek i ostatecznie uratował nas tylko dźwięk górskiego potoku dochodzącego z dużej odległości przed jakimś niebezpiecznym o tej porze roku biwakiem. O północy, wyczerpani na śmierć, dotarliśmy do rano mijanej farmy herbacianej, gdzie jowialny plantator ożywił nasze wyczerpane siły witalne herbatą propre crû (z własnej uprawy – przyp. tłumacza) i starą szkocką, góralską whisky. Nawet jeśli słoń nie był halali (zawołanie i fanfara oznajmiające miejsce, gdzie zwierz został osaczony. Halali kończyło polowanie – przyp. tłumacza), to my byliśmy, a przecież halali to koniec każdego dobrego polowania!
Przenieśliśmy naszą kwaterę główną z podnóży Tallegalla do legendarnego Adamspik (Szczyt Adama – piąty co do wysokości szczyt Cejlonu, położony w południowej części wyspy – przyp. tłumacza), na szczycie którego wspinacz w zależności od wyznania poszukuje śladów Adama, Buddy czy Mahometa. Gościnne przyjęcie znaleźliśmy w Kintyre - Estate, komfortowo urządzonym gospodarstwie w doskonałej lokalizacji plantacji herbacianych. O zmroku rozpoczęliśmy wspinaczkę. Najpierw szło się w jasnym świetle księżyca przez kilka godzin powoli pod górę przez plantacje kawy i herbaty, a potem od godziny 2 do 5 w nocy przez głęboką dżunglę, przez trudne piargi i metrowe skaliste stopnie stromo pod górę. Księżyc zachodził i czerwone pochodnie musiały oświetlać nam ścieżkę przez leśne hale. Dzikie klify i zwalone drzewa wywoływały upiorne obrazy w podekscytowanej wyobraźni. Las stawał się jaśniejszy, a stożek górski coraz bardziej stromy, przyciśnięci do skały podciągaliśmy się na łańcuchach na niemal pionowo wznoszącej się ścianie skalnej.
Około 5 rano z drżącymi kolanami zdobyliśmy wspaniały szczyt. Mała świątynia Buddy przykrywa ślady kwestionowanego pochodzenia. Nasi przewodnicy buddyjscy nie zawahali się w zimnym górskim powietrzu rozpalić ognia w swoim sanktuarium i zaparzyć niezwykle dobroczynnej herbaty. Następnie wyszliśmy na pociągły szczyt, aby obserwować nadchodzącą zmianę oświetlenia. Znajdowaliśmy się na samotnej wysokości wysoko ponad chmurami, z daleka docierał do naszych uszu głęboki, niekończący się grzmot - to rozbijały się o brzeg fale Oceanu Indyjskiego. - Białe chmury leżały pod nami jak masy śniegu, tylko czarne szpice i pagórki sterczały jak pojedyncze wyspy z morza mgły. Niebo było ciemnoniebieskie, gwiazdy cudownie czyste, wszystko wokół nas niebiesko - białe. - Na wschodnim horyzoncie wystrzeliły rozgrzane do czerwoności promienie, gwiazdy znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, chmury mgły wprawiają się w kipiący ruch, wszystko staje się jasne, powyżej i poniżej .
Zielona wyspa wyrasta o poranku z białej powłoki, wyraźnie widać pięknie zakrzywione kontury sąsiednich pasm górskich – nastąpił gwałtowny świt tropików w najbardziej zaskakującej postaci. - I w tym samym czasie ze świecącą kulą słońca na wschodzie, wschodzi ona na zachodzie, tam gdzie wyspa i ocean się rozdzielają, cudowny niebieski stożkowy cień Adamspik prościutko w górę, sobowtór naszej góry, najbardziej frapująca iluzja optyczna, jaką kiedykolwiek widziałem.
Trzydniowa przejażdżka bryczką ze szczytów gór w dół na wybrzeże dała nam czas i okazję na dalsze poznanie urozmaiconego charakteru wyspy. Zeszliśmy przez dzikie i romantyczne wąwozy wspaniałego leśnego pasma górskiego na równinę kwitnącą bujną tropikalną roślinnością. Każdy odcinek drogi, każda przeprawa przez rzekę, każda wioska oferowała nowe, urzekające obrazy w najbardziej kolorowej różnorodności.
Tylko zbyt szybko przemknęły obok na te wszystkie piękne kolorowe obrazy, które każdy chętnie by zatrzymał, cieszył się nimi i je analizował, i tylko 10 grudnia z uczuciem żalu ujrzeliśmy białe Colombo leżące przed nami w wieczornym słońcu, otoczone zielonymi gajami palmowymi. Przeminęły dni, w których pozwolono nam podziwiać najpiękniejsze rzeczy, które bogata natura stworzyła na tej planecie.
V.
Madras i Hajdarabad.
Wzburzone morze niosło nasz statek z Colombo do Madrasu. Ostatnie oddechy cyklonu, który na wodach Malajów siał ogromne spustoszenie, wzburzyły Zatokę Bengalską. – Uszkodzone molo przed Madrasem zapewnia zawijającym statkom jedyną ochronę na tym ubogim w porty wybrzeżu. Morze wydrążyło przestrzeń w tym falochronie co wymagało solidnego skoku ze schodów statku do dziko podskakującej łodzi gubernatora.
Madras, duże, skromne miasto z domami o płaskich dachach i wąskimi uliczkami, leży na płaskim, nagim Wybrzeżu Koromandelskim. Rezydencja gubernatora, pośrodku pięknego leśnego parku, to prawdziwa oaza na tej bezcieniowej równinie. Rozległa kwatera, którą gościnny namiestnik Jej Brytyjskiej Mości zaoferował nam na drugim piętrze swego pałacu, była wysoka, chłodna i przewiewna. Z cienia cudownej marmurowej werandy patrzeliśmy przez zielone wierzchołki drzew na lśniącą błękitem Zatokę Bengalską. Wszędzie dokoła, z ciemności leśnego parku, błyszczały białe budynki rezydencji, na zewnątrz w nieubłaganym blasku południowego słońca lśniło i migotało żółte morze domów w Madrasie. Trzeba było wiele wysiłku, aby sobie uprzytomnić, że podczas gdy otaczało nas tutaj gorące powietrze, lodowata burza śnieżna przetaczała się po nagich polach w Niemczech.
Jedynym podobieństwem do chwilowych sytuacji w ojczyźnie były bale, które były na porządku dziennym w Madrasie. Ale jakże różniły się te obrazy od tych z ojczyzny! W wieczór naszego przyjazdu „Jego Ekscelencja Gubernator i Lady Connemara mieli zaszczyt zaprosić na bal w sali bankietowej”. Tańczono w otwartej sali i na szerokich tarasach. Po tańcach spacerowano po czarownych ogrodach z paniami, które promieniały w swoich balowych i odkrywających ciało toaletach lub szukano liściastego, kącika do flirtowania z szemrzącymi, skąpanymi w świetle księżyca fontannami. - Z kolorowo podświetlonych tarasów patrzono na czarne masy liści bananowych gajów. Promieniujący światłem pałac z marmuru wznosił się jak bajkowy zamek z ciemnoniebieskiego nieba – symfonia kolorów błękitu i bieli - w towarzystwie odległego, łagodnego śpiewu morza.
Cały nasz pobyt w budynku rządowym w Madrasie pozwolił nam na przemian oddawać się wyrafinowanym przyjemnościom cywilizacji europejskiej i najdziwniejszym wrażeniom natury południowoindyjskiej. Przy co wieczór odgrywanej na rodu melodii udawania się na spoczynek szakale wyły swoją przerażającą melodię, a stada sokołów i sępów nieustannie krążyły wokół pałacu. Z wielką zręcznością łapały okruchy bułki wyrzucane daleko od werand, nie upuszczając ich na ziemię, i miały szczególną przyjemność siadania poufnie na delikatnie kołyszących się punkah (wachlarzach – przyp. tłumacza) i kołysania się.
Punkha można znaleźć na całym zamieszkałym obszarze środkowych Indii i Bengalu. W każdej jadalni, w każdym przedpokoju, w każdej sypialni znajduje się wiszący z poziomej belki i dominujący na całej szerokości pomieszczenia, dywanowy wachlarz. I nie wyobrażam sobie żadnego korytarza w indyjskim bungalowie bez zgarbionych postaci służących od wachlarzy, którzy w półśnie w dzień i w nocy, ciągnąc punkhę na długiej linie jak automaty, kołyszą go powodując przy tym, że wszystkie luźne przedmioty w pokoju latają w tę i z powrotem w ruchu wirowym. — Podczas dużych obiadów wielkich dostojników i miejscowych książąt jednak za krzesłami uczestników stoi długi szereg nieskazitelnie umundurowanych służących, którzy z uroczystą powagą i w najściślejszym rytmie wymachują kolorowo pomalowanymi, uroczymi wachlarzami ręcznymi. Nie trzeba dodawać, że jest całkowicie naturalne, że ten pompatyczny sztafaż - podobnie jak cała inna elegancka służba - zawsze sprawuje swój urząd boso.
Rozległy park gubernatora zawierał znakomity zwierzostan. Oprócz niezliczonych gatunków indyjskich ptaków łownych, które zamieszkiwały zarośla, jeziora i leśne łąki, w rewirze łowieckim znajdowały się duże stada antylop i danieli.
Antylopa (capra bezoartica, w języku hindustani „Harna”) jest głównym dzikim gatunkiem zamieszkującym równiny Indii. W sanskrycie często wymienia się ją pod nazwą „Mrig” jako święte zwierzę w połączeniu z księżycem. Nawet dzisiaj oswojona i uważana za świętą trzymana jest jeszcze przez braminów i fakirów. Występuje w niezliczonych stadach, preferując stepy i łąki. Słynny zoolog i myśliwy Dr. Jerdon twierdzi, że widział stado liczące tysiące sztuk. Według moich obserwacji średnia liczba zwierząt w stadzie to 10 - 50. Zwykłe małe stado składa się głównie z kóz z dwoma lub trzema słabymi kozłami; stary, czarny kozioł rządzi stadem i broni swoich praw aż do skrajności przed atakami innych kozłów. Dlatego kozy o średniej sile gromadzą się w stada liczące najczęściej około 30 sztuk, które następnie wędrują migrując po najdłuższych odcinkach, podczas gdy stada obu płci z wielką wytrwałością zachowują swój stan, a nawet kiedy są odstrzeliwane lub się na nie poluje, zawsze odszukują rodzime tereny.
Pod względem wielkości i kształtu kozły znajdują się gdzieś pomiędzy jeleniem szlachetnym a kozłem sarny, koza natomiast odpowiednio między łańką a sarną. Umaszczenie waha się od piaskowego, jasnego brązu do najgłębszego czarno - brązowego, grzbiet mocnych kozłów jest czasami prawie czarny (black buks). Gardło, wgłębienie pod szyją z przodu klatki piersiowej, klatka piersiowa i brzuch mają śnieżnobiały kolor sierści, który ostro się wyróżnia po bokach tułowia na tle brązowej reszty ciała. Nogi są delikatne i zgrabne, szyja dumnie osadzona, ogon podobny do tych, które posiada zwierzyna płowa. Pięknie ukształtowaną głowę zdobią duże, ciemnobrązowe oczy i spiczaste uszy. Kozioł ma dwa spiralne, otoczone pierścieniami rogi, które wykonują cztery do sześciu pełnych zwojów i mają od dwudziestu do dwudziestu sześciu cali wysokości.
Obserwacja stada antylop - oczywiście na otwartym stepie, a nie w parku dzikich zwierząt - jest bardzo interesująca dla myśliwego i miłośnika zwierząt: kiedy kozy, którym powierzono dbanie o bezpieczeństwo, sygnalizują zbliżające się zagrożenie, całe stado podnosi szyje i uszy. Następnie stado zaczyna wykonywać wysokie, sprężyste skoki w miejscu z ciągłym straszeniem, aż stanie się naprawdę nieuchwytne. Widok takiego skaczącego i wirującego stada jest najbardziej zaskakujący i zabawny. – Gdy podczas takiej ucieczki kozy wpadną na pomysł o pozostaniu za zamkniętym stadem, to silny kozioł zawraca i prowadzi do stada nieświadomych ich obowiązku energicznymi uderzeniami rogów, jak rygorystyczny „Whipper-in” (ktoś, kto uderza, lub smaga batem – przyp. tłumacza). Często poruszająca jest troska w wypadku zagrożenia cieląt, które nie są wystarczająco nieuchwytne, aby mogły podążać za stadem. Kozioł i kozy pozostają z cielęciem - często nie zważając na własne bezpieczeństwo - rzucają nim na ziemię i starają się, aby przyciskało się do ziemi, aby ukryć je przed prześladowcą. Nawet starsze zwierzęta, które zostały postrzelone i mocno udręczone, często stosują tę taktykę. Mają przy tym cudowną zręczność, bardzo szybko dostosowują się na płasko do podłoża i znikają całkowicie w najmniejszym zaroślach. Kiedy nadarzy się okazja, wcisnąć się do bajora lub bieżącej wody, że tylko wystaje ich pysk i spokojnie dać przejść drapieżnikom, psom i ludziom.
Jeleń wschodni (axis maculatus, w w języku hindustańskim „chital”) rozmiarem, budową ciała i kolorem sierści przypomina nasze daniele, ale jest silniejszej i ładniejszej postury. Zamiast łopat naszych danieli – jeleń wschodni ma poroże o średniej długości 30 cali, zwykle z sześcioma odnogami. Tyki wygięte do tyłu w piękną falistą linię, oczniaki - prawie jak rogi gazeli - stoją lekko, pionowo zakrzywione na róży. Jeleń wschodni przebywa w stadach po 5 – 20 sztuk, najlepiej w zacienionych bambusowych gajach w pobliżu płynącej wody i jest najpiękniejszym sztafażem zwierząt, jaki można sobie wyobrazić w tropikalnym lesie.
Zrobiliśmy dość dobrą trasę przy obu tych typach zwierzyny, - w tym łatwym zwierzyńcu – polowanie z pewnością nie było bardzo godnym podziwu polowaniem. Ale wciąż było gorąco, a potem herbata wspaniale smakowała w pięknym wieczornym powietrzu na tarasie ogrodowym Guindy - Park.
Zajmująca była też gra w polo, w którą z największą pasją grali wszyscy panowie z Madrasu. W tym celu hoduje się specjalną rasę koni, małe, niezwykle zwinne i bardzo wytrwałe kucyki krwi arabsko - indyjskiej. Zwierzęta są już dość drogie w zakupie, a ponieważ mogą łatwo zranić swoje ścięgna, uderzając je podczas szybkich skrętów, konie muszą być często wymieniane. Oczywiście utrzymanie każdego kucyka - jak zresztą każdego jeszcze tak małego konia - wymaga specjalnego sługi, ponieważ statuty religijne i społeczne pozwalają Hindusowi na sprawowanie tylko jednego, bardzo jasno określonego urzędu.
Duży trawnik, wytyczony flagami, jest podzielony na dwa obozy dla gry polo, której konni uczestnicy różnią się kolorem. Uzbrojeni w młotki z długimi trzonkami, przestrzegając szeregu reguł gry, starają się wbić drewnianą piłkę w obóz wroga lub bronić swojego obozu. Gra wymaga dużych umiejętności i praktyki i zawsze wiąże się z pewnym zagrożeniem dla życia i zdrowia - przy szalonymi sposobie poruszania się, nagłych zwrotach i częstych zderzeniach. Coroczne statystyki złamanych rąk, nóg i czaszek w grze w polo w Anglii i koloniach są tego wymownym dowodem. W Indiach ta gra za każdym razem przyciąga tłumy widzów; tubylcy szalenie namiętnie opowiadają się po jednej ze stron w tej grze, w przeciwieństwie do naszej najbardziej zaangażowanej, sportowej publiczności w Charlottenburgu jeśli wygra Heyden lub Sydow, którą to publiczność można nazwać chłodną.
Z Madrasu, za pośrednictwem kapitana Wyudhama - Quina, adiutanta gubernatora, rozpoczęliśmy negocjacje z kilkoma plantatorami znanymi jako dobrzy myśliwi w dzikich górach Travancore na temat kilkutygodniowej wyprawy myśliwskiej. Ale ponieważ korespondencja z tymi odległymi regionami wymaga tygodni - każdy list jest przewożony drogą lądową ze stacji kolejowej przez wiele dni - postanowiliśmy wypełnić okres przejściowy wypadem do Haidarabad, aż nadejdzie odpowiedź.
To było 30 godzin jazdy pociągiem tam i tyleż samo z powrotem! Nasza podróż prowadziła przez znane obszary i nie była niewygodna w wygodnych wagonach, zwłaszcza że temperatura po wyżej położonych rejonach Dekanu spadła, do mniej więcej średniego poziomu niemieckich czerwcowych dni z chłodnymi nocami.
W Hajdarabad, stolicy niepodległego imperium mahometańskiego, które było związane z Imperium Indii tylko konwencją, zatrzymaliśmy się u brytyjskiego ministra - rezydenta. Pan C. był serdecznym kawalerem, bardzo oddanym radościom tego życia. Jego głównym zajęciem było od czasu do czasu wykrzykiwanie żałosnym głosem: „Koi hay?”, co w języku niemieckim oznacza z grubsza; „Jeśli ktoś mnie słyszy, chodź tutaj!” - i gdy zawsze pojawił się po cichu w gotowości brązowy lokaj, żądał wermutu, którego jego natura najwyraźniej nieprzerwanie potrzebowała. - Dwie bardzo sympatyczne angielskie rodziny, które przybyły do przytulnego domu kawalerskiego pana C. jako goście świąteczni dzielili nasz corps de logis (główna część budynku, w której mieszczą się apartamenty mieszkalne właścicieli – przyp. tłumacza).
Brytyjska rezydencja jest bardzo przestronna z szerokimi schodami, Sfinksy, posągi i kolumny - mniej więcej w stylu, który preferowaliśmy w Europie na początku tego wieku. Duży ogród robi również wrażenie na wskroś europejskie, a sztafaż rodzimych wartowników i służących przypominał nam, że jesteśmy w Indiach.
Ale jak już znaleźliśmy się w samym środku najbardziej kolorowego świata islamu, kiedy następnego dnia po raz pierwszy pojechaliśmy do miasta z tłumaczem i dwoma uzbrojonymi sługami za nami! W wąskich uliczkach i na otwartej przestrzeni panował zgiełk, wspanialszy i bardziej odurzający, niż mógłby to sobie wyobrazić bajkowy poeta. O jakich dziwnych aparycjach ludzie tłoczą i popychają się nawzajem na ulicach Hajdarabadu! A z jakim wysiłkiem krzyczenia i gestykulacji wszystko się odbywa!
Obca osoba, która do tej pory była przyzwyczajona do widoku szczupłych postaci nieśmiałych Hindusów w Indiach, natychmiast jest zaskoczona imponującą, pewną siebie postawą ludzi z Hajdarabadu, promieniejących w przystrojeniu wspaniałą bronią. Nie ma wolnego człowieka bez broni - tym przywilejem cieszą się w Indiach tylko poddani Jego Wysokości nizama (w dawnych Indiach tytuł władców niektórych państw muzułmańskich, zwłaszcza Hajdarabadu i Ahmadnagaru – przyp. tłumacza) - a kto należy do armii, jest w rzeczywistości uzbrojony po zęby. Wojowniczy duch i zamiłowanie wytwarzania broni wyraża się również w Hajdarabadzie poprzez chętnie uprawiane przez cały lud ćwiczenia atletyczne i rycerskie. Ponadto, ponieważ stała armia - około 16 000 regularnych żołnierzy i niezliczonych nieregularnych żołnierzy - jest dobrze wyszkolona i wyposażona, zajęcie stanowiska przez nizama dla Anglii miałaby decydujące znaczenie w przypadku zewnętrznej wojny.
Ale wracając do naszej wędrówki ulicami. Napotykamy na dziwnie ukształtowane wysokie wozy wołowe z przedpiersiami. Koła są wykonane z solidnych drewnianych dysków - przypominają nam rydwany bohaterów sprzed Troi; może nawet w takim rydwanie prowadził niegdyś do bitwy przeciwko Aleksandrowi Wielkiemu nad rzeką Hydaspes (dziś zwaną Jhelum – przyp. tłumacza) król Porus. Z tyłu powozu jakiegoś bogacza stoi czarny facet, który piekielnie hałasuje na bębnie, prawdopodobnie po to, by przez całe to zamieszanie utorować swojemu panu drogę. Słonie i wielbłądy na ulicach Hajdarabadu czynią to jeszcze prościej - po prostu biegną po wszystkim, co stanie im na drodze. Pomiędzy tym wiją się tragarze lektyk - nie chciałbym siedzieć w takiej lektyce, ponieważ ciężar, który oni z chęcią nieśli był w ciągłym niebezpieczeństwie wywrócenia się na tej zygzakowatej trasie jej tragarzy. Na bazarach podziwialiśmy najcenniejsze tkaniny jedwabne przeplatane złotem, ale nasze pragnienie zakupów nastało dopiero przy wspaniałych produktach wykutej broni, która to branża w Hajdarabad jest rozwinięta do najwyższej perfekcji.
Hajdarabad nie jest starym miastem według indyjskich standardów. Został założony w 1589 roku przez Mogoła (dawny tytuł monarchy w Indiach – przyp. tłumacza) Kutaba Sháha Mohammeda Kúlí Bahadura, ponieważ poprzednia rezydencja, położona na dużej wysokości Golconda, miała surowy klimat i cierpiała na ciągły brak wody. Tak więc Mohammed Kúlí wybudował swoją nową stolicę na równinie Musi, która osiągnęła tam szerokość około 500 stóp i początkowo nazwał ją Bhágnazar, po niemiecku „Szczęśliwe Miasto” podług swojej kochanki „Bhágnati”, „szczęśliwej”. Ale kiedy „szczęśliwa” szczęśliwie umarła, nazwał je szybko Hajdarabad to znaczy „Miasto Lwa”.
Obecnie miasto liczy około 360 000 mieszkańców, prawie bez wyjątku wyznania muzułmańskiego. Populacja całego imperium, które wraz ze swoim wasalnym państwem Berar osiąga prawie tyle co Prusy pod względem powierzchni, wynosi około dziesięciu milionów, z czego około 1/10 stanowią rządzący Mahometanie. Większość populacji to Maratowie wyznania bramińskiego.
Obszar wokół Hajdarabad przedstawia widok mało uprawianego i słabo zalesionego płaskowyżu, z którego sterczą liczne pojedyncze granitowe skały.
Samo miasto z morzem domów i wznoszącymi się z nich meczetami i pałacami, blankami i bastionami murów miejskich oraz dużymi obozami namiotowymi karawan wokół niego jest bardzo malownicze. Wszystkie inne budynki zdecydowanie górują nad kopułą i wznoszącymi się na bajeczną wysokość minaretami głównego meczetu, którego nazwa nawiązuje do tego ze świętej Mekki Dżama Masdżid.
Rezydencja autokraty z Hajdarabadu jest bardzo rozległa i luksusowa, ale wiele z pałaców jego kuzynów i najszlachetniejszych poddanych, nawabów lub nabobów, przewyższa je feudalnym rozmachem i budzącym podziw wyglądem. Te solidne stare rezydencje rodowe mimowolnie przypominały mi zamkowe pałace wielkich włoskich rodzin szlacheckich czy potężne zamki polskich starostów. Zwłaszcza, gdy podczas nocnych festiwali jechało się przez ciemne bramy na oświetlone pochodniami dziedzińce i honory oddawała, promieniejąca w swoim uzbrojeniu straż przyboczna możnowładców, wierzyło się, że zostało się przeniesionym wieki wstecz do epoki panowania feudalnego.
Sport i spotkania towarzyskie wypełniały dni naszego pobytu w Hajdarabadzie. Szereg uroczystości rozpoczął się obiadem w Jego Wysokości nizama. Zostaliśmy zabrani do pokrytego złotem szklanego powozu, który wyglądał jak uroczyste powozy małych dworów książęcych okresu rokoko. Śniadanie odbyło się w otwartym pawilonie pałacu, z którego roztaczał się widok na rząd dużych marmurowych basenów ze wspaniałymi fontannami. Liberie (uniform używany przez służbę królewską i magnacką, a także urzędników dworskich – przyp. tłumacza) brązowych lokajów, tapety i obrus były wykonane z żółtego jedwabiu i adamaszku. Nizam – ul – Mulk (to znaczy „kierujący państwem”) to mały, chudy mężczyzna o zmęczonym wyrazie twarzy - podobno ma około 1000 kobiet. Nosił idealnie dopasowany czarny surdut, a jedyną odznaką jego narodowości był czerwony fez. Jego powierzchowność nie miała nic z imponujących przodków, którzy podbijali świat, ani z baśniowo-poetyckiej poezji Harun – al - Araschida. Nizam Mir Mahbub Ali urodził się w 1866 roku. Dynastia jego rodu została założona na początku ubiegłego wieku przez Asafa Jaha, dowódcy polowego Mogoła Aurangzeba. Mianowany wicekrólem Dekanu, energiczny Asaf Jah wykorzystał wewnętrzną dezorganizację imperium Delhi i słabość swojego suwerena, aby stać się niezależnym Królem Cesarstwa Dekanu.
Adiutant przyboczny Afsur Tun Ali Beg, jednocześnie dowódca Garde du Corps (Straż Przyboczna – przyp. tłumacza), sprawiał wrażenie człowieka pełnego siły i inicjatywy. Nie mogłem powstrzymać się od cichego porównania z królami Merowingów i ich majordomusem. Nawiasem mówiąc, wkrótce zaprzyjaźniliśmy się z Afsur Tun (to znaczy „kapitanem straży”) i dzięki jego życzliwemu podejściu mieliśmy okazję cieszyć się wieloma rzeczami interesującymi i godnymi zobaczenia. Najpierw zabrał nas ze sobą na manewry dywizji Hajdarabad wojsk brytyjsko-indyjskich, która zgodnie z konwencją stacjonowała w Sicondrabad. Stajenny nizama przyszykował nam konie. Przydzielono mi małego kasztanowo - siwego kucyka, o połowę niższego ode mnie, ale który niósł mnie przez cały dzień - głównie w galopie - po najtrudniejszym skalistym terenie. Te małe konie w rzeczywistości tylko galopują lub chodzą i nie mają najmniejszego pojęcia o posłuszeństwie przy sterowaniu lejcami bądź nogami. Wręcz przeciwnie, musisz całkowicie rzucić wodze na szyje, używać ich tylko do wskazywania kierunku a prędkości chodu określać poprzez zawołanie, poklepywanie lub inne znaki, które można uzgodnić z koniem. Jednakże potem z absolutną pewnością niosą swojego jeźdźca po pionowym zboczu kamiennych bloków i wspinają się po ścianach i przeszkodach jak kozice.
Wspaniałe wrażenie wywarła walka strzelców, zwerbowanego z północno-zachodnich gór pułku piechoty, który udokumentował swoje plemienne pokrewieństwo z Afgańczykami, poprzez skradanie się zygzakiem do pozycji wroga. Sikhowie też są wspaniałymi żołnierzami o prawdziwie wojowniczym wyglądzie i doskonałej musztrze. Ruchy i ataki bengalskich ułanów były bardzo luźne i sprawiały raczej wrażenie „fantazji” niż poważnego uderzenia przeciwko równorzędnemu wrogowi. Ale osobny jeździec jechał po głazach i żywopłotach z aloesu z wprawą i rozwagą, jakiej nigdy nie widziałem u Arabów i Maurów, którzy są tak bardzo chwaleni za swoje umiejętności jeździeckie. Szczególnie interesujące były dla nas pododdziały baterii słoni. Wszystkie 12-funtowe działa polowe zaprzężone były w dwa słonie. W bateriach górskich każdy z olbrzymów nosił całe siedmiofuntowe działo górskie, które zostało rozłożone na lufę, lawetę i koła i umocowane do okrągłych pleców zwierzęcia. Z tym ciężarem maszerowali w szybkim tempie - tak, że trzeba było truchtać obok nich - najwęższymi górskimi ścieżkami stromo pod górę, przez luźniejsze głazy i przez gęste, kręte dżungle, gdzie przedarcie się z zaprzęgniętymi działami byłoby nie do pomyślenia. Dotarłszy na pozycje na znak od swoich przywódców klękają, a po kilku minutach bateria jest gotowa w miejscu niedostępnym w inny sposób do strzelania, podczas gdy słonie mogą szybko i łatwo znaleźć odpowiednie miejsce na schronienie. Muły służą do zabierania karabinów maszynowych i kartaczownic (szybkostrzelna, wielolufowa broń odtylcowa – przyp. tłumacza). - - - - - - - -
Następnego dnia odbyliśmy niezapomnianą wycieczkę do Golkondy, opuszczonej i powoli tonącej w gruzach stolicy, która została założona jako daleko wysunięta forteca, kiedy Mogołowie po raz pierwszy wkroczyli do środkowych Indii. Kuli Kutab Shah, przodek założyciela Hajdarabadu, był jej twórcą i przez pięć pokoleń Mogołowie z Golkondy rządzili Dekanem.
Stary zamek królewski leży na wysokiej, odizolowanej granitowej skale. W głównej wieży spoczywały niegdyś bajeczne „skarby Golkondy”, określenie, które przywołuje w wielu sercach wspomnienia pięknych starych baśni z dzieciństwa. Dziś te bogactwa leżą rozdzielone w skarbcach nizama i nabobów; Londyńska Tower (Pałac i Twierdza Jej Królewskiej Mości w Anglii – przyp. tłumacza), która zresztą pochłonęła znaczną część drogocennych kamieni Indii, zawiera - dzięki politycznej niezależności Hajdarabadu - bardzo niewiele ze „skarbów Golkondy”.
Z murów zamku cieszyliśmy się wspaniałą panoramą: na szerokiej, pofałdowanej równinie dookoła forty i miasta - częściowo w ruinach - wszystko złocone blaskiem zachodzącego słońca. Z mgły wieczornego aromatu wyłaniały się tajemniczo kopuły i minarety meczetów. —— Zeszliśmy po wąskich kamiennych schodach przez ogrody haremu. Kiedyś delikatne stópki unosiły się nad tymi schodami, gdy chłód wieczora zwabiał na otwartą przestrzeń urocze kochanki z haremu, dziś jaszczurki i salamandry przemykają przez kruszącą się skałę, a latające psy - wielki gatunek nietoperzy – śmigają spłoszone w górę, gdy ocieramy się o listowie arkad. Cienie nocy rozciągają się nad melancholijnymi gajami cyprysowymi, po których spacerujemy, z gęstych krzewów tu i ówdzie migoczą mauzolea, w których odpoczywają całe rodziny Mogołów i nabobów.
Wciąż w całości przejęci melancholią przebrzmiałej wielkości, ponownie dotarliśmy do nowoczesnego powozu, którym Ali Beg zawiózł nas do ruin najwspanialszego zamku swojego ludu. W głębokich ciemnościach wjechaliśmy na ulice miasta, które tętniły życiem. Nasz przyjaciel pewną ręką prowadził swój daleko sięgający czteroosobowy powóz przez tłum, który z radosną aklamacją witał swojego ulubieńca, popularnego amatora polowań.
Gdy zbliżaliśmy się do brytyjskiej rezydencji, zobaczyliśmy mały ogień płonący przed grubym drzewem ozdobionym girlandami i lampkami. Oświetlał krąg klęczących tam ludzi i oddających głęboki szacunek drzewu. To bramini odkryli na tym drzewie bytność świętego węża, kobry. Ta kobra, pomimo przyznanej jej świętości, z pewnością nie czuła się dobrze ze światłem i dymem, ale poza tym kanonizacja była bardzo korzystna dla jej gatunku. Aby kontrolować olbrzymie ofiary z ludzi powodowane przez tego gada, rząd angielski wyznaczył wysoką premię za dostarczenie każdej żywej kobry. Gdy jednak biedny wieśniak przybywa do miasta ze swoją kobrą w worku, aby przekazać ją władzom dystryktu, jego łup jest zwykle odkupowany od niego przez bogatych Hindusów za wyższe wykupne, a oni wypuszczają go ponownie ze szkodą dla swoich plemiennych braci. Tak się dzieje z mądrymi ustawami dotyczącymi dobrobytu ludzi w Indiach - i prawdopodobnie także w gdzie indziej.
Ali Beg, z którym przyjaźniliśmy się serdecznie, codziennie organizował dla nas sportowe rozrywki. Widzieliśmy walki kogutów i baranów, te pierwsze nie były na równi z tymi andaluzyjskimi; ale jak dwie lokomotywy, potężne, szerokie barany pędziły naprzeciwko sobie i rozlegał się głuchy łomot, kiedy ich potężne łby na siebie trafiały. Potem przyszła wyższa szkoła jazdy na siwych ogierach arabskich i niesamowite pokazy skoków przez przeszkody małych kucyków bez jeźdźców.
Miał miejsce narodowy sport arabski „Rozbiór owiec”. Woldemar Friedrich namalował to lepiej, niż można powiedzieć, ale chcę dodać do tego obrazu kilka słów. Na środku trawnika wisi czarna owca, którą ścigający się jeździec w szaleńczych lansadach (z francuskiego lançade, w wymowie ląsad, oznaczający długi, płynny, łukowaty skok konia – przyp. tłumacza) musi przeciąć szablą. Jest to szczególnie popularny sport miejscowych oficerów, którzy z wielką siłą i elegancją przecinają cięciem szabli owcę na pół. Nie byliśmy w stanie zbierać laurów za tę grę, tak jak w przypadku kolejnej „tent pegging” („podrywanie śledzi od namiotu” – przyp. tłumacza). Prawie metrowy kołek wbija się do połowy w ziemię. Przejeżdża się obok niego w najszybszym galopie, pochylonym na łopatkach kucyka, trzymając lancę na wyciągniętym ramieniu jak najniżej nad ziemią i próbuje się zwiększonym dziesięciokrotnie przez prędkość konia pchnięciem podnieść czubkiem lancy kołek z ziemi.
Jednak najbardziej ekscytującym i interesującym widowiskiem było polowanie na antylopę rankiem 24 grudnia na stepie na północ od Hajdarabadu z Tschitah. Tschitah to oswojony lampart wyszkolony do polowania. Przywozi się go ze sobą na płaskim, zaprzężonym w woły wozie, przypiętym stalowymi obręczami i łańcuchami za szyję i łapy oraz - jak średniowieczne sokoły – ze skórzaną czapką na oczach. Podążaliśmy za wozem na słoniach, aby móc śledzić z wyższej pozycji interesujący spektakl we wszystkich jego fazach.
Kiedy w zasięgu wzroku jest stado antylop, za osłoną są poluzowywane łańcuchy Tschitah, a jego czapka jest zdejmowana. Lampart czołga się coraz bliżej stada cichymi, giętkimi ruchami i gdy tylko zwierzę zasygnalizuje jego podejście strachliwym dźwiękiem, startuje prosto do niego długimi skokami. Stado zahipnotyzowane przerażeniem czeka na ostatnią chwilę, po czym w dzikiej ucieczce pędzi dalej. Teraz bardzo interesujące jest obserwowanie, jak Tschitah okiem konesera wyciąga ze stada najsilniejszego kozła, który gdy tylko zostanie odizolowany, staje się niepewny i niezdecydowany w swojej ucieczce. Lampart dosięgnął go kilkoma potężnymi łukami, łapiąc za gardło powalił go na ziemię i wysysał jego krew jak wampir. Podczas tej przyjemnej czynności Tschitah jest ponownie zakładana czapka na oczy i na wozie zostaje zabierany na następny bieg. Tego dnia zrobił trzy bardzo szybkie polowania. Pozwalanie mu na więcej nie jest wskazane, ponieważ zbyt dużo przyjemności z polowania może łatwo zepsuć jego sztucznie zaspokajany temperament.
Wieczorem tego dnia zjednoczyła nas wielka uczta u naboba Salaha Younga, cousin du roi (kuzyna króla – przyp. tłumacza), z całą starożytną siniorią (osobami rządzącymi – przyp. tłumacza) z Hajdarabadu. Ojciec naszego dostojnego gospodarza był niegdyś wszechpotężnym premierem nizama i uważany był za najbogatszego z nabobów. Jednak za życia stracił wiele ze swojej władzy i niezmierzonego bogactwa. Niemniej imponujący blask tej uczty przewyższał wszystko, co wcześniej widzieliśmy.
Gdy nasz ciężki powóz galowy z hajdukami (lokajami – przyp. tłumacza) i konną eskortą wtoczył się na oświetlony wewnętrzny dziedziniec starego pałacu, przywitał nas gromki salut ubranych na czerwono-złoto trabantów (straż przyboczna – przyp. tłumacza), a zespół muzyczny naboba zaintonował coś, co miało przedstawiać pieśń „Heil Dir im Siegerkranz” („Chwała Ci, w wieńcu zwycięzcy” – niemiecka pieśń patriotyczna będąca w latach 1871–1918 nieoficjalnym hymnem Cesarstwa Niemieckiego – przyp. tłumacza), ale „równie dobrze mogło być Marsylianką”. Właściciel powitał nas - en véritable grand seigneur (jako prawdziwie wielki pan – przyp. tłumacza) - na najwyższym stopniu schodów – do nizama zszedłby na najniższy stopień -. Miał na sobie wspaniały, szeroki kostium z bokami w kolorze złotym i fioletowym i z najpiękniejszymi rzędami grubych pereł wokół szyi i na turbanie. Potem musieliśmy przejść przez nieprzyjemny zabieg oblania olejem sandałowym, za co przy pożegnaniu dostaliśmy dwa delikatne flakony z olejkiem różanym w ramach rekompensaty.
Socjeta, o ile składała się z rodzimych nabobów, pojawiała się w najbardziej bajecznych, ale zwykle bardzo gustownych kostiumach, dosłownie przeładowanych biżuterią. Taki olśniewający blask rubinów, szafirów i szmaragdów z pewnością nigdy nie był widziany na dworze Ludwika XIV czy Napoleona III.
Podczas kolacji mahometanie siedzieli przed szklanką wody, podczas gdy nam podano szampana. Aby delektować się podanym następnie sorbetem (mrożony mus ze świeżych owoców – przyp. tłumacza), udano się na dziedziniec otoczony portykami. W potężnym marmurowym basenie szumiała fontanna w kształcie dzwonu, w której tysiąckrotnie odbijało się oświetlenie dziedzińca. Jednak za fontanną zebrała się grupa pięćdziesięciu kolorowo ubranych hinduskich tancerek, w Europie zwykle zwanych bajaderami, zabawiając towarzystwo niekończącym się tańcem. Towarzysząca muzyka była monotonna, taniec tak naprawdę składał się tylko z pełnych wdzięku ruchów nadgarstków i kostek, a pełne wdzięku sylwetki okryte były pod ciężkimi strojami.
Około północy byliśmy z powrotem w naszym domu i jako chrześcijanie i Niemcy mogliśmy świętować chociaż ostatnią godzinę tego najpiękniejszego chrześcijańskiego święta, które spędziliśmy w pełni muzułmańskiej radości.
Wigilia! Te piękne, drogie wspomnienia z lat dziecięcych, które rodzą się na dźwięk tego magicznego słowa! Zrobiło się nam jednak trochę rzewnie w niemieckim, męskim sercu, gdy my teraz, po zaniknięciu blasku święta naboba, pomyśleliśmy o choince w odległej, pokrytej śniegiem ojczyźnie. Jako smutny zamiennik kochanej choinki przygotowaliśmy mały cedr, pod którym na dywaniku modlitewnym leżało kilka prezentów, który potajemnie kupiliśmy dla siebie. Niektórzy z naszych angielskich współlokatorów przybyli na to specyficznie niemieckie święto. Z różnego rodzaju niedopasowanych składników zostało uwarzone coś w rodzaju ponczu i zaczęliśmy dawać upust swojej tęsknoty za ojczyzną poprzez kolędy. Ponieważ nie trwało to długo, stopniowo stawały się piosenkami studenckimi, a nastrój osiągnął w końcu patriotyczny szczyt. Godzina była już późna, kiedy odprowadzaliśmy naszych gości bożonarodzeniowych w uroczystej procesji przez ciche korytarze rezydencji do mieszkań, w których panie od dawna czekały z niepokojem na swoich mężów.
W pierwszy dzień Bożego Narodzenia poszliśmy do małego kościółka anglikańskich Euroazjatów. (Ohydne słowo Euroazjaci powstało z ulubionej przez Anglików metody tworzenia słów przez zbitki słowne wyrazów Europa - Azjata, i oznacza mieszaną rasę Europejczyków i rdzennych mieszkańców Indii, gdy tylko dominuje krew indyjska). Moje bożonarodzeniowe nabożeństwo było znacznie zakłócone przez punkhę kołyszącą się w tę i z powrotem bezpośrednio nad moją głową, której ruchy musiałem śledzić oczami. Ale poncz nie jest też napojem, który się nadaje dla środkowych Indii.
Kilka dni potem opuściliśmy metropolię indyjskiego islamu po serdecznym pożegnaniu z naszymi angielskimi przyjaciółmi i sławetnym Ali Begiem.
Ciekawe, czy historia znowu o nim będzie mówić. Ma wszystko, czego potrzeba, by być przywódcą swojego ludu. Nawet jeśli jest do pewnego stopnia „parvenu” („nowobogacki” – przyp. tłumacza) - ponieważ nie należy do wielodzietnych rodzin nabobów - jego horoskop wydaje mi się wskazywać na „arrivé” („nadejście jego czasu” – przyp. tłumacza).
VI.
Polowania w Travancore.
Sylwester odnalazł nas ponownie w Madrasie. Pierwszą godzinę pełnego wydarzeń roku 1888 przeżyliśmy w Governmenthouse (rezydencji gubernatora – przyp. tłumacza). To była wspaniała noc, gwiazdy na ciemnym baldachimie nieba były cudownie jasne, odległe miasto oświetlone, a Zatoka Bengalska szumiała cichą, poważną melodią. Zamiast ponczu sylwestrowego, który na Północy jest obligatoryjny - poncz bożonarodzeniowy wciąż był zbyt świeży w pamięci! —— wypiliśmy orzeźwiającego, lodowato zimnego whisky - peg, do którego wypaliliśmy ekstra dobrego Shiroot. Chciałbym wyjaśnić te dwie dziwne nazwy, które są bardzo powszechne dla każdego globtrotera: „peg” oznacza „gwóźdź” w języku niemieckim, ale opisuje mieszankę brandy i wody, ponieważ każda z tych cudownych mieszanek - szczególnie przygotowana zbyt mocno i wypita na zimno - powinna być „gwoździem do trumny”. „Shiroot” to nazwa lokalnych cygar; najlepsze są „Trichy”, to znaczy rosnące wokół Trichynopoli i które są teraz również u nas naturalizowane Malabar - Shiroots. Europejczykom, którzy nie są zaznajomieni z tymi przyjemnościami, początkowo smakują wstrętnie, ale cygara hawańskie nie tolerują indyjskiego klimatu i w nagłych wypadkach - każdy Europejczyk w Indiach pali Shiroots.
Tych kilka dni w Madrasie wykorzystaliśmy na wyposażenie i zabranie prowiantu na nadchodzącą wyprawę myśliwską do Travancore. W dniu 3 stycznia z wzruszeniem pożegnaliśmy się z gościnnymi Connemara i rezydencją gubernatora, którą polubiliśmy i odpłynęliśmy na południe ze znacznie większym bagażem - on sam zawierał około 60 kilogramów - mnóstwo ryżu, ciastek, whisky i konserw.
Nasza droga zaprowadziła nas najpierw do Maduraj w południowych Indiach, gdzie słudzy wysłani naprzód na przyjęcie ozdobili nas wieńcami żółtych róż, aby wyrazić swoją radość z naszego szczęśliwego spotkania. Wobec braku zakwaterowania w mieście, urządzili kwatery w budynku stacji. Ponieważ jednak nie było to nic szczególnie atrakcyjnego, a noc była ciepła i księżycowa, po kolacji we trójkę spacerowaliśmy cichymi uliczkami miasta.
Maduraj od niepamiętnych czasów było polityczną i religijną stolicą południowych Indii. Dzięki tradycji zachowany rodowód królów Pandyan wykracza daleko poza erę chrześcijańską. Wszystkie wspomnienia wielkich czasów Maduraj, które nadal są zachowane w budynkach i pomnikach, są związane z imieniem potężnego króla Tirumala. Przypisuje mu się również zbudowanie „wielkiej pagody”, największej w całych Indiach, w której - zgodnie z poglądem bramińskim - bóg Shiva miał w swojej najwyższej osobie założyć swoją siedzibę.
Na początku XIV wieku do kraju wtargnęli muzułmańscy zdobywcy. Kult bramiński był wszędzie prześladowany z największym okrucieństwem, a wielka pagoda miała być skazana na zagładę. Został zburzony zewnętrzny mur z czternastoma wieżami, a liczne budynki służące celom religijnym wokół świątyni zostały zrównane z ziemią. Historia nie mówi nic o jednoczesnym zniszczeniu rzeczywistej - wewnętrznej - świątyni. Legenda bramińska przypisuje jej zachowanie bezpośredniej, zbawczej interwencji boga Sziwy. W każdym razie losy wojny się odwróciły i po wypędzeniu obcych profanatorów świątyni, kapłani Sziwy zbudowali nowy mur z czterema wysokimi łukami bram. —— Nawet dzisiaj cała świątynia ma rozciągłość małego miasteczka. Jego rdzeniem i najstarszym elementem jest „Sala Tysiąca Kolumn” (w rzeczywistości 997), które, choć bardzo nieregularne, są mimo to bardzo harmonijnie zgrupowane. „Wielka pagoda” zawiera nie mniej niż dziewięć „gopur” - budowli przypominających wieże, które w Europie są zwykle mylnie określane jako „pagody”. –
Weszliśmy do ogromnej budowli. Wszystko w niej było pełne życia i blasku świateł. Wysokie portyki (część budynku na planie prostokąta z jednym lub kilkoma rzędami kolumn, które wspierają dach – przyp. tłumacza) otaczały oświetlone księżycem baseny, w których pobożni dokonywali religijnych ablucji (rzeczywiste lub symboliczne obmycie rytualne ciała lub jego części, przedmiotów kultowych lub narzędzi ofiarniczych – przyp. tłumacza); wszędzie szemrzący kapłani i grupy cicho śpiewających modlitwy osób, z których każda nosiła ze sobą światełko. Różane girlandy zdobiły każdego bożka; a z dużych mis całkowicie wypełnionych kwiatami jaśminu wydzielał się słodki zapach. Nad tym nocnym nabożeństwem kładł się niemożliwy do opisania powiew mistyki.
Kiedy pierwszy przebłysk porannego światła sprawił, że księżyc zblednął, zgasły niezliczone światła pagody. Dźwięk bębnów i cymbałów zwabił nas do najbliższej bramy. Cudowna procesja właśnie przeszła przez wysoki łuk tej bramy do sal świątynnych: z przodu wielki tłum ze sztandarami i girlandami kwiatowymi, a potem trzy na kolorowo pomalowane słonie, bogato przystrojone kocami. Na pierwszym siedział kotlista, grający huczne melodie z idącym za nim zespołem muzycznym. Pozostałe dwa słonie niosły święte sprzęty w ozdobnych wieżach, a kapłani po obu stronach towarzyszyli zwierzętom, które godnie kroczyły. Potem jechały dwa błyszcząco kolorowe wozy, każdy z trójką dzieci ubranych w świecidełka i kwiaty. Wokół nich osoby niosące wachlarze, na końcu znowu gęsty tłum. Procesja poruszała się do jednego z basenów, z którego przystrojone dzieci - będące wybranymi latoroślami kasty bramińskiej - czerpały wodę dla celów kultu. To był kawałek prawdziwego indyjskiego życia, który powoli przewijał się przed nami, jak obraz we śnie.
Dopiero w świetle dziennym mogliśmy docenić bajeczny przepych wystroju świątyni. Istniejące tam rzeźby figur były - pod względem masy i delikatności wykonania - prawie nie do opisania. Wydaje się, że rzeźbiarze wszystkich nacji i całej epoki dali w tym miejscu swobodę wyobraźni. Najcenniejszymi rzeźbami w świątyni są bogato zdobione relikwiarze boga Sundareśwary i jego żony Minakszi.
Krótka przejażdżka pociągiem przywiodła nas z miasta pagód do naszej stacji końcowej o rozwlekłej nazwie Amayanaykanoor, gdzie przez miesiące mieliśmy odmawiać instytutowi kolei żelaznych i wielu innym atrakcjom kulturalnym. Ale robiliśmy to z serca, ponieważ teraz miało się rozpocząć życie wolnego łowcy w leśnych górach Travancore. Nawet pojazdy, które miały nas i nasz dobytek przywieźć na tereny łowieckie były najbardziej oryginalnego rodzaju. Składają się z wydłużonej beczki bez wieka, która spoczywa na stojącej pod kątem prostym do jednej osi rozworze (drąg umieszczony podłużnie w wozie gospodarskim, łączący przednią i tylną część podwozia - przyp. tłumacza) i do której można się być wsuniętym od dołu jak wsuwany jest chleb do pieca. Nieruchomy dyszel (jednocześnie rozwora) ma z przodu szeroką końcówkę. Zwierzęta pociągowe są luźno przymocowane do niej rogami, a następnie rozpoczyna się podróż, gdy zebu pchają tą szeroką końcówkę do przodu garbami. Te dwukołowe wózki narodowe nazywane są bandiami. Ponieważ każdy z nas trzech miał własny powóz z kocami, poduszkami, książkami i cygarami, przez jakiś czas było można było to wytrzymać, zwłaszcza że często się zatrzymywaliśmy i często spacerowaliśmy. Ale dla naszych nieszczęśliwych sług, którzy we trzech jak śledzie zapakowani do jednego bandi, który opuszczali przy ich lenistwie tylko pod silną prowokacją, mogła to być zła podróż. Następnie w kolejności od numeru 5 do 10 jechały większe bandie, które przewoziły bagaż, namioty, prowiant i amunicję. Małe woły biegały nieustannym kłusem, oczywiście tylko z powodu nieustannego krzyku i bicia Tamila siedzącego prawie na naszej głowie w przednim otworze czopowym.
Zwierzęta pociągowe zmieniano cztery do sześciu razy dziennie, co zawsze zdarzało się in no time (w mgnieniu oka – przyp. tłumacza), ponieważ dzień wcześniej biegający posłaniec na naszej trasie urządził usługę przekazywania. Ten sam posłaniec kazał przygotować dahkbungalowy położone na naszej ulicy do przyjęcia nas przez kilka następnych nocy.
Są to domy noclegowe dla europejskich podróżników, które rząd wybudował przy głównych drogach. Zwykle zawierają tylko dwa lub trzy pokoje z prymitywnym sprzętem do gotowania oraz kilkoma miejscami do spania i stołami. Turyści w Indiach są zawsze przyzwyczajeni do zajmowania się osobiście wszystkim innym, wyżywieniem i obsługą, a dzięki zasobom naszej świetnie wyposażonej wyprawy zawsze mogliśmy urządzić się komfortowo w tych bungalowach.
Nasza droga wiodła przez dobrze uprawiane wzgórza. Ulicę otaczały cieniste, rozgałęzione bananowce. Ruch na niej był stale ożywiony, ale ruch uliczny był najdalszym podobieństwem do obrazów cywilizowanych dróg wiejskich. Samo Travancore jest prawie nietknięte przez narodową kulturę sąsiednich miast południowych Indii; Tamilowie z tych rejonów, są bardziej zażyli, czym dalej wnika się w góry, coraz bliżej pierwotnego stanu. Na Wzgórzach Kardamonowych, dokąd zmierzaliśmy, wciąż mieli być bardzo dzicy ludzie żyjący tylko w dżungli.
Wioski przy wiejskiej drodze składały się w całości z pokrytych strzechą lepianek o najprostszej konstrukcji. Mężczyźni byli zwykle ubrani tylko w fartuchy biodrowe, a kobiety nosiły jedynie luźno owinięte wokół ciała chusty zamiast żakietów zwyczajowo noszonych przez hinduskie kobiety w mieście. Odzież dziecięca składała się zwykle tylko z amuletu. W pewnej wiosce spotkaliśmy kondukt pogrzebowy, z którego zdaliśmy sobie sprawę dopiero później, bo nie miał absolutnie nic z ponurego, zewnętrznego wyglądu konduktu u nas. W środku wielobarwnej grupy ludzi niesiono kolorową lektykę obwieszoną kwiatami i dużymi liśćmi. Pochylała się w nim młoda dziewczyna, odsłonięta, w pozycji półprostej, ubrana na czerwono i bogato ozdobiona, trzymając w uniesionej dłoni kwiat. Początkowo myśleliśmy, że całość to uroczysty pochód, w którym dziewczyna ukazywała się nam jako symbol bóstwa - ale była martwa i tylko sztucznie wprowadzona w tę pozycję, aby zrobić radosne wrażenie. Również muzyka pomagała wyrazić przekonanie, że umrzeć młodo jest szczęściem. Pochód sprawił, że poczuliśmy podwójnie żałosne wrażenie.
Nastrajające do prawdziwej wesołości a czasem powodujące wstrząsający przeponą śmiech były liczne rodziny małp przesiadujące na ulicy lub bawiące się szampańsko ćwiczeniami gimnastycznymi na rosnących nad ziemią długich korzeniach bananowców. Z niezrównaną zręcznością przeskakiwały z gałęzi na gałąź, przez ulicę i z powrotem, przy akompaniamencie pełnych podziwu krzyków gromad papug, które rozsiadały się wygodnie na szeroko rozgałęzionych wierzchołkach drzew.
Przeprawy przez rzekę były zawsze bardzo zabawne. Brody, z których kilka musieliśmy przejść, były dość płytkie. Kilku nagich kulisów zawsze czekało na brzegach, pchając wozy jeden po drugim przez rzekę wśród nieustannych, dzikich krzyków. W międzyczasie pozwalaliśmy sobie głównie na błogie ochłodzenie, spacerując boso po rzece w wysoko podciągniętych spodniach. W tych górskich wodach jest to niebudząca zastrzeżeń przyjemność, która w rzekach równin nie byłaby wskazana ze względu na aligatory i inne nieprzyjazne zwierzęta wodne. Także marsze lądowe, które pokonywaliśmy za naszą kolumną powozów po stromych wzniesieniach i kamienistych odcinkach jako tylna straż, były - szczególnie po zachodzie słońca - wielką przyjemnością. Te spacery z bronią były urozmaicone - bo od tygodni prawie nie odkładamy w nocy karabinów i noży myśliwskich - polując na wszelkiego rodzaju ptactwo łowne. Były tam przepiórki, niebiesko-szare gołębie grzywacze, kuropatwy skalne, dzięcioły wszystkich kolorów i odcieni, śliczne, maleńkie rajskie ptaki, kukale zmienne (rodzina kukułkowatych o niebieskich piórach z długim bażancim ogonem) i niezliczone odmiany sępów, sokołów i krogulców. Tam położyliśmy podwaliny do tęsknych wspomnień pod piękną kolekcję ptasich skór, które potem objedzone zostały do cna z resztek mięsa przez białe mrówki i natarte i w ten sposób zabezpieczone mydłem arszenikowym. -
Wieczorem trzeciego dnia po starcie z Amayanaykanoor docieramy do dak - bungalowa w Ootamanpolliam, gdzie czekał na nas pan Maltby, który miał być naszym przewodnikiem przez następne tygodnie. Pan Maltby jest zamożnym producentem herbaty, który z drugiej strony piastuje stanowisko kapitana wiejskiej żandarmerii i nadzorcy plantacji kardamonu sułtana Travancore. - Komary i wszelkiego rodzaju robaki pozbawiły nas snu i następnego ranka przed wschodem słońca wyruszyliśmy w góry. Po dwugodzinnej jeździe droga dobiegła końca. Zawartość sześciu bagażowych powozów została podzielona na sześćdziesiąt ładunków, które wspólnie rozstawione zostały na jednym trawniku wśród oczekujących przykucniętych w kręgu sześćdziesięciu kulisów.
Teraz mieliśmy spektakl, który powtarzał się za każdym razem, gdy obóz był zwijany. Na sygnał: „Do ładunków” wszyscy kulisi, omijając worki z ryżem, zrolowane koce i inne duże bagaże, rzucili się na te, stanowiące około dziesięciu ładunków, pudełka z nabojami i futerały na karabiny. Nastąpiła chwila zdumienia, dezorientacji, ogólnego zamieszania - i nie minęła minuta, kiedy wszystkie miękkie plecaki i koce spoczęły na głowach ich nosicieli, ale małe pudełka z nabojami znów stały osamotnione na środku trawnika, a dziesięciu kulisów bez swojego ładunku próbowało uniknąć naglącej prośby ich szefa, by przejąć te ostrokanciaste ładunki. Teraz nadszedł czas na wspinaczkę, a ścieżka była stroma, a słońce porządnie grzało.
Kolejne spojrzenie wstecz na krainę wzgórz przecinającą się z wysokości około 4000 stóp i z palącego słońca wchodziło się w zacienione korytarze dżungli i cudowny górzysty krajobraz Wzgórz Kardamonowych. Prawie bez przerwy aż do wieczora, jechaliśmy i maszerowaliśmy przez wysoki las, który w Indiach jest rzadkością. Porządna wędrówka w pięknym górskim powietrzu była od dawna pożądaną przyjemnością; nerwy dosłownie się napinały w pragnieniu ruchu i nowego polowania. Po zachodzie słońca dotarliśmy do Ootamanschola, naszej bazy operacyjnej na kilka następnych tygodni. Oota to prawdziwa leśna idylla, najbardziej uroczy przystanek dla miłośnika przyrody, jaki można sobie wyobrazić. Na występie górskim usytuowany jest mały domek z bali, którego jedyne pomieszczenie ma służyć odtąd jako wspólny „salon i jadalnia”. Stamtąd spogląda się w głębokie doliny i przepięknie wygięte grzbiety górskie, a wszędzie oko rozkoszuje się orzeźwiającą ciemną zielenią lasów i jaśniejszymi łąkami. Radość polowania miała teraz rozkwitać w tym cudownym naturalnym środowisku.
Poczuliśmy się jak w domu. Kulisi szybko i umiejętnie zbudowali dla nas wokół naszego domku małe chaty z młodych pni drzew, trzcin i liści. Na uplecionych z trzciny miejscach do spania położona była trawa z kocem na wierzchu i to było najwspanialsze łóżko na świecie. Lekko ociosany stół dopełniał wyposażenie naszego wigwamu. Klimat był cudowny, powietrze świeże i tonizujące, ale wystarczająco ciepłe, by obozować na zewnątrz. Ten ciągły pobyt na świeżym powietrzu był tak orzeźwiający, że intymny kontakt z naturą był niesamowicie magiczny.
O zachwycającej urodzie, zaskakującej każdego dnia były świeże poranki i ciepłe kolory wieczoru w lesie.
Z naszymi sześćdziesięcioma kulisami i ich rodzinami utworzyliśmy najbardziej zaludnioną kolonię jak okiem sięgnąć. Poza tym Tamilowie z tych gór żyją zawsze tylko małymi rodzinami w ukrytych, czasami położonymi wysoko w koronach drzew, chatach z trzciny - które solidnością wykonania prawie przewyższały nasze. Rzadko polują, głównie z powodu braku broni, tylko kilku zawodowych shikari (czyli myśliwych) służy miejscowym rolnikom za przewodników i tropicieli. Większość znajduje swoje zajęcie na plantacjach kardamonu sułtana, które są zakładane w cieniu drzew wszędzie tam, gdzie występuje wysoki las. Kardamon jest bardzo poszukiwaną przyprawą w całym Oriencie i jest wysyłany daleko po świecie z południowych Indii i Cejlonu. Łodygi liści rosną na wysokość człowieka; małe strąki i bulwy siedzą w ziemi. Roślina wymaga zatrzymującej wilgoć gleby i cienia, dlatego najlepiej uprawiać ją w lasach wysokich po usunięciu runa leśnego i chwastów. Tam, gdzie tak się nie dzieje, dno lasu porastają gęste rośliny pełzające lub najbardziej bujne paprotniki, które w wilgotnych miejscach osiągają wysokość niewielkich drzew. Dziki pieprz pnie się wysoko wokół pni olbrzymich starych drzew. Korony drzew są tak splecione, że nawet w porze obiadu można spacerować po cienistej leśnej katedrze.
Region leśny zamieszkuje zróżnicowane królestwo zwierząt. Zwierzyna gruba - którą tutaj umieszczam na określenie angielskiego „grubego zwierza” słonia, żubra i sambara - znajduje się głównie w gęstej dżungli i na łąkach. Jednak obszary wysokiego lasu zamieszkują niezliczone gatunki małp, kun i wiewiórek (squirrels). Wszystkie te urodzone na wysokości zwierzęta poruszają się po niekończących się ścieżkach splątanych konarów z taką prędkością, że często trudno jest podążać za nimi po ziemi.
W Travancore Hills spotykaliśmy głównie oliwkowo-brązowego makaka czepkowego (macacus radiatus) i czarnego, rudobrodawego makaka lwiego (inuus silenus). Oba o długich ogonach gatunki żyją w niezliczonych rodzinach na wierzchołkach wysokich drzew, a polowanie na nie było zawsze chętnie popierane przez naszych shikari (myśliwy specjalizujący się w dużej zwierzynie – przyp. tłumacza) ze względu na ich mięso, które jest bardzo popularne wśród Tamilów. Ale czuliśmy się tak nieswojo z niewiarygodnie ludzkimi gestami rannych i umierających małp, że wkrótce zrezygnowaliśmy z tego polowania. Langur szary (prezbiteria) o czarnej twarzy, który zasiedla obszary uprawne całych Indii, a raczej je ograbia i - ze szkodą dla biednego rolnika - jest uważany za świętego, prawie nie występuje w lasach. Interesujące w przypadku dwóch tych pierwszych typów jest poczucie rodziny i braterstwa, które może sięgać nawet do ataku na ludzi. Często zdarzało się tak, że gdy zastrzeliło się małpę, krewni jej często śledzili cię w gałęziach dokąd tylko sięgał wysoki las i mocno bombardowali owocami i gałęziami. Mieli działać jeszcze bardziej zuchwale przeciwko swojemu głównemu wrogowi, lampartowi, który często jest zmuszony oddać swoją zdobycz przed atakami członków plemienia, którzy na krzyk ofiary pędzą przez korony drzew ze wszystkich stron. Kuny i łasice z gatunku Travancores niewiele różnią się od europejskich - z mojego doświadczenia - na naszych terenach łowieckich też były rzadko spotykane. Bardzo pospolitym gatunkiem zwierząt, szczególnie charakterystycznym dla lasów południowoindyjskich, są wiewiórki (sciurus). Generalnie mają kształt naszych wiewiórek, ale niektóre gatunki są dwa i trzy razy większe od wiewiórek. Była tam brązowo czerwona wiewiórka ze wspaniałym pomarańczowym brzuchem i krzaczastym ogonem, wiewiórka leśna o długim ogonie, szaro-brązowa z żółtym brzuchem, czarna wiewiórka z czerwonawym brzuchem – krótko mówiąc, w niekończących się odmianach we wszystkich odcieniach kolorów sierści, od zielonkawo-szarego koloru pni drzew po najjaśniejsze ciemnoczerwone.
Upierzonych mieszkańców dżungli jest całe mrowie. Słuchanie ich wieczornego koncertu w ściemniającym się lesie zawsze było wielką przyjemnością. Gruchanie gołębi, gdakanie kolorowo uskrzydlonego koguta z dżungli, żałosna melodia sieweczki rzecznej i ciche, delikatne szczebioty mniejszych śpiewaków mieszały się w harmonię bardzo osobliwego uroku.
Jednak w nocy, gdy leżeliśmy w naszych trzcinowych chatach i na dworze z nadchodzeniem ciemności, naturę ogarniała głęboka cisza, od czasu do czasu słyszało się stłumione „hu hu hu” małp odbijające się echem w lesie, czy odległe trzaskanie dżungli które oznajmiało, że stado słoni ruszyło przez nią w drogę do wodopoju.
Ootamanschola była teraz przez kilka następnych tygodni naszą stacją centralną, do której regularna służba kierowała z cywilizowanego świata dostawy prowiantu i poczty i skąd nieprzerwanie podejmowaliśmy jednodniowe lub kilkudniowe polowania. Decydujące dla nich były codzienne wiadomości przychodzące od rolników z Oota i raporty z eksploracji naszych shikari na temat dzikich gatunków, które były widziane tu i tam. Potem wyruszaliśmy razem lub indywidualnie z jednym shikari, jednym sługą i kilkoma kulisami, żeby albo skorzystać z gościnności samotnych plantatorów herbaty albo założyć w jakimś chronionym miejscu z dobrą wodą mały, pomocniczy obóz.
Jak już wspomniano, na naszych rozległych łowiskach było dużo zwierzyny łownej, ale nie łatwo było do niej podejść. W ogromnych lasach, w gąszczu zwalonych drzew i pnączy, które porastały wszystko, a zwłaszcza na górskich zboczach porośniętych bajecznie wysoką trawą, nieraz marnowało się godziny lub pół dnia aby podejść do wytropionej a także często obserwowanej już przez lornetkę zwierzyny – ponieważ niedorzecznością jest na tych rewirach jej naganianie. Ci, którzy nie polowali w dżungli lub na pampie (rozległy równinny step porośnięty wysoką trawą – przyp. tłumacza), nie zrozumieją trudności związanych z oddaniem tam strzału. Ciągłe objazdy i zakręty w dżungli, ograniczenie wszelkiej orientacji w krajobrazie stepowym, często pozwalają najbardziej wyćwiczonym indyjskim amatorom polowań dotrzeć do zakątka dokładnie naprzeciwko poszukiwanego punktu.
A gdy po wielu godzinach wysiłku dojdzie szczęśliwie do strzału, do pokotu przyniesie się z pewnością tylko to, co znajdowało się pod strzałem. Jakaś część dziczyzny, która może jeszcze gdzieś uciec, zostaje bezpowrotnie utracona. Już zwykle pierwsza ucieczka usuwa z pola widzenia źle ustrzeloną sztukę, ponieważ dżungla i trawa są zwykle tak gęste, że można przejść kilka kroków obok stada słoni, nie zauważając ich. W południowych Indiach nie ma psów posokowców względnie klimat natychmiast odbiera im węch. Osobiste poszukiwanie zapachu potu jest niemożliwe ze względu na roślinność. Tubylcy mają jednak głęboką niechęć do tropienia postrzelonej dziczyzny. Doszło więc do tego, że w Travancore kilka dobrych strzałów musieliśmy zarejestrować jako nieudane, które z pewnością w Niemczech spowodowałyby przyniesienie jakiejś zwierzyny do pokotu, a nasz ogólny wynik ostatecznie okazał się niewielki w stosunku do zasięgu i bogactwa zwierzyny łownej na naszych terenach łowieckich i poświęconego czasu i wysiłku. –
Początkowo nie mieliśmy bezpośredniego kontaktu z „drapieżnikami”, ponieważ tygrysy i pantery, wśród których w Travancore są również te rzadkie czarne, trzymają się nadzwyczaj w skryciu i pozwalały tylko podgrzewać naszą myśliwską wyobraźnię na ich tropach. Natomiast nie było dnia, żebyśmy nie widzieli słoni. Nasze działania były skierowane właśnie na nie i na bizony, których w Travancore jest jeszcze sporo ——— to znaczy na dorosłe słonie z ciosami (silnie rozwinięte siekacze szczęki górnej słoni – przyp. tłumacza) i byki, bo dobry myśliwy także w Indiach nie lubi strzelać do samiczej zwierzyny łownej.
Dzikie słonie z Travancore zwykle przebywają razem w stadach liczących od pięciu do piętnastu sztuk; stad liczących - jak twierdzi słynny łowca słoni Sanderson - od trzydziestu do pięćdziesięciu sztuk, nigdy nie widziałem. Każda z tych grup powinna reprezentować rodzinę - około trzech do pięciu starych słoni z dziećmi i wnukami - a kilka takich grup rodzinnych powinno ponownie tworzyć większy związek - czasami oddzielony milami, który jednak zawsze działa według tych samych zasad i tego samego ogólnego kierunku poruszania się. Te wielkie stada są oskrzydlone przez pojedyncze samce słoni - częściowo dorastające słonie, odsunięte od stada przez ich silniejszych kuzynów z zazdrości, częściowo przez już wspomnianych starych słoni „samotników”. Stadem kieruje zawsze samica słonia. Logika tej hierarchii jest jasna, ponieważ tylko one wiedzą, jak określić długość i prędkość marszów, przejść i miejsc odpoczynku zgodnie z możliwościami i potrzebami młodych. Opieka nad młodymi jest zawsze istotna dla stada, a młode zabitych lub schwytanych matek mają być wychowywane przez inne słonie jako adoptowane dzieci. W każdym razie doświadczeni myśliwi indyjscy zapewniali mnie, że po urodzeniu młodego całe stado zatrzymuje się w miejscu urodzenia na dwa do trzech dni. Potem młode zdolne jest już maszerować po łatwych ścieżkach. Płynąc w głębokich rzekach, najpierw jest podtrzymywany przez matkę tułowiem lub młode chwyta się mocno przednimi nogami za bark matki.
Kiedyś miałem okazję obserwować z bliska małe stado słoni przeprawiających się przez rzekę. O świcie opuściłem swój obóz nad rzeką Periyar, aby polować na bawoły, które zostały wytropione w okolicy, a towarzyszył mi jeden shikari i kulis z niezbędnym koszem z prowiantem.
Po godzinach bezowocnego wędrowania przez niekończące się stepowe krajobrazy zatrzymaliśmy się w małej szkółce (czyli działce leśnej) w Periyar, aby coś ugotować i odpocząć w cieniu w upalne godziny południowe. Niewątpliwy znak trzaskającego lasu zwiastuje nadejście słoni. Leżąc płasko na ziemi wpycham się w krzak, z którego mogę górować nad brzegiem rzeki i szykuję się do strzału. Stado siedmiu słoni, w tym dwa młode, powoli wyłoniło się z zarośli. Nie było wśród nich samca (to znaczy starego słonia z ciosami), odłożyłem więc na bok załadowaną strzelbę. Teraz stare słonice zbadały brzeg, wybierając ostatecznie łagodnie nachylony punkt do zejścia i pozwoliły młodym zejść zawsze pomiędzy dwójką starszych słonic - jak turyści między dwoma przewodnikami. Prąd był płytki, ale gwałtowny, młode nie miały prawdziwego zaufania do przejścia, a manewrowanie nimi wymagało kilkukrotnych zakrętów i powtarzającego się poszturchiwania ze strony matek aby ich wypchać. Na stromym brzegu po drugiej stronie stare słonice zgięły i wyłamały wiele młodych drzew, tworząc w ten sposób rodzaj rampy dla młodych. Bardzo zadowolone i najwyraźniej w najlepszym nastroju stado zniknęło w dżungli.
Bardzo zabawne jest obserwowanie przez lornetkę, jak słonie bawią się w wysokiej trawie. Ścigają się nawzajem, rzucają w siebie ziemią i kępkami trawy i biegają potrącając się wzajemnie. Ich wesoły nastrój do zabawy pobudzają szczególnie opuszczone domki myśliwskie. Nie minęliśmy chyba żadnego byłego obozu, w którym nie można było by znaleźć wyraźnych oznak ich swawoli. - Ale też jak nieszkodliwe jest nie niepokojone stado, tak może stać się nieprzyjemne, gdy nagle zostanie zaatakowane. Uważam słonia, zwłaszcza takiego „samotnika” lub samicę z nowonarodzonym młodym, za najniebezpieczniejszą zwierzynę w Indiach – zaraz po nosorożcach. Są one szczególnie niebezpieczne ze względu na uporczywe ataki i często godzinami gonią łowcę od drzewa do drzewa do skrajnego wyczerpania, w wypadku, gdy nie udaje mu się oddać dobrego strzału z boku w kierunku ucha, skąd prowadzi szeroki kanał bezpośrednio do mózgu. Można dowolnie strzelać z przodu w czaszkę - jeśli kule nie trafią dokładnie w miejsce nasady trąby lub w maleńkie świece (oczy zwierzyny w gwarze myśliwskiej – przyp. tłumacza) – nie wyrządzając mu czegoś więcej niż lekkiego wstrząsu mózgu. Widziałem czaszki słoni w których kościach czołowych wciśniętych było wiele pocisków. Żaden pocisk -- po przebiciu znajdującej się przed kością czołową grubej skóry i warstwy tłuszczu -- nie przeszedł połowy grubości kości.
Na szczęście słoń jest obdarzony raczej słabym zmysłem wzroku i słuchu i tylko wyjątkowo dobry węch czyni go tak niebezpiecznym przeciwnikiem. Jeśli słoń schwytał swojego wroga, ma tendencję do przewracania się na niego lub klęczenia na nim. uklęknąć na nim, aż się on udusi. Często pokazywany sposób walki tułowiem, a także ociosami, jest przez niego stosowany niezwykle rzadko. Wielu indyjskich myśliwych uważa to za wymysły. W każdym razie bardzo niebezpiecznym przedsięwzięciem jest strzelanie do słonia w dużym stadzie, nie mając przy tym żadnej bezpiecznej kryjówki, ponieważ wtedy całe stado zwykle atakuje cię z najbardziej wrogimi zamiarami lub przynajmniej zostaje zdezorientowane w taki sposób, że bardzo łatwo jest nadepnąć mu na odcisk.
Często zdarzało się tak, że wracając z podchodzenia zwierzyny o zmierzchu, niespodziewanie natknęło się na pasące się w pobliżu lub nawet pośród wysokiej trawy stado słoni. W niepewnym świetle kołyszącej się trawy ich olbrzymie ciała wyglądały jak mamuty. Wówczas tubylcy nie mogli doradzać wystarczającej ostrożności i ostrzegać przed strzelaniem. Pozostawało wtedy stać możliwie nieruchomo, jak to tylko możliwe, a shikari lekko mlaskając językiem powodował to, że stado powoli wprawiało się w ruch i odchodziło.
Kiedyś wytropiliśmy silnego, dorosłego słonia z ciosami, który był sam w głębokim poszyciu lasu. Po tym, jak my, to znaczy książę ze swoim myśliwym i ja ze swoim shikari, łażąc za nim przez kilka godzin w najgęstszej zaroślach, dotarliśmy do niego na dwadzieścia kroków. Bawił się tarzając się w bagnie i łamiąc wszelkiego rodzaju drzewa. Nagle staruszek musiał nas zwęszyć, pomimo całej ostrożności, jaką podjęliśmy. To zakłócenie jego spokoju bardzo go zezłościło, ponieważ przedarł się właśnie do nas jak burza przez roztrzaskującą się dżunglę. My trzej Europejczycy przycisnęliśmy nasze strzelby do ramion, podczas gdy shikari biorąc ze sobą moją drugą broń - tak jak kiedyś Pallas Ateny (w mitologii greckiej jeden z tytanów – przyp. tłumacza) podczas ostatniej walki Hektora wspiął się na najbliższe drzewo. Minęło jeszcze kilka sekund niespokojnego oczekiwania, ponieważ najgrubsza kurtyna z pnączy zakrywała naszego napastnika - oto - dudniący dźwięk trąby i prawie nad naszymi głowami ukazała się z plątaniny liści gruba czarna głowa z wysoko uniesioną trąbą. Jak na rozkaz, wystrzeliliśmy sześć kul prosto w jego twarz z odległości zaledwie pięciu kroków, co na nasze szczęście skłoniło go do szybkiego odwrotu i odejścia przez środek. Ujrzeliśmy go jeszcze na chwilę w odległości około stu kroków i każdy wystrzelił jeszcze za nim po jednej kuli. Kiedy nasz dzielny shikari zszedł ze swojej ambony, poszliśmy szukać śladów jego juchy (krew zwierzęcia w gwarze łowieckiej – przyp. tłumacza). Jucha obficie zalegała na szerokich liściach roślin w dżungli, jakby były podlewane konewką. Ale ślady juchy szybko się skończyły i „niebiańskiego szlaku” nie można było już określić z powodu wielokrotnie krzyżujących się szlaków słoni, tak więc w końcu musieliśmy z ciężkim sercem zrezygnować z poszukiwania juchy. Poszukiwania następnego dnia również się nie powiodły, a wspaniałe ciosy, które widzieliśmy z tak niebezpiecznej bliskości, przepadły.
Książę otrzymał rekompensatę za tę porażkę dwa dni później. Udało mu się podejść na odległość kilku kroków z boku słonia i celnie wycelowaną kulę strzelić mu w ucho. Olbrzym powoli przechylił się w bok i upadł głucho.
Podczas gdy polowanie na słonie było w dużej mierze utrudnione przez roślinność dżungli, to polowanie na bizona, którego błyszcząca ozdoba głowy wraz z rogami koziorożca himalajskiego stanowi najbardziej pożądane trofeum indyjskiego myśliwego, było prawie niemożliwe ze względu na warunki trawiaste w tamtym czasie. Trawa wszędzie sięgała znacznie powyżej wzrostu człowieka, a stada bizonów były prawie wyłącznie na pampach. Czasami zawierają one do dwudziestu zwierząt, ale ja nigdy nie widziałem więcej niż pięć stojących razem w stadzie. Stare byki - podobnie jak silne samce większości dzikich gatunków - mają skłonność do samotności i nazywane są „solitary bull” („samotnymi bykami” – przyp. tłumacza). Indyjski bizon (właściwie Gaur, gavaeus gaurus) jest większy i silniejszy niż bawół amerykański. Linia łopatek jest bardzo głęboka, a nogi krótkie, tylne kończyny wyraźnie obniżone, wysokość do łopatki wynosi od sześciu do siedmiu stóp, długość od nosa do ogona od dziewięciu do dziesięciu stóp. Nosi czerwono-brązową kudłatą suknię (sierść zwierzyny w słownictwie łowieckim – przyp. tłumacza), z której wyróżniają się ładnie białe nogi. Byk ma masywny garb z grubą grzywą i wygięte do wewnątrz rogi, które o grubości podwójnej pięści osadzone są na czaszce i kończą się dwoma zakrzywionymi końcami. U dołu czarne, u góry białe i pięknie błyszczące, jakby zostały starannie wypolerowane. Rogi krów są krótsze i mniej zakrzywione. Bizona można spotkać we wszystkich górzystych krajobrazach Indii, od podnóża Himalajów po przylądek Komoryn, ale ambicje angielskich myśliwych poważnie przerzedziły jego szeregi, mimo tego, że jest bardzo płochliwy i obdarzony subtelniejszymi narządami zmysłów niż jego amerykański kuzyn. Jest również szybki i pokonuje strome zbocza z niesamowitą zręcznością jak na swoją masę ciała. Pod pewnymi warunkami byk może stawić czoła swojemu tropicielowi i zaatakować go z szaloną wściekłością. Tygrys winien umyślnie unikać starcia z bizonem - bykiem i atakować tylko chore okazy postrzelone, ale nawet wtedy wynik walki często może być dla tygrysa zgubny. Sterndale mówi: „Polowanie na bizona wymaga połączenia cech myśliwego polującego na koziorożca, jelenia i tygrysa”. —— W każdym bądź razie nie połączyliśmy tych cech, ponieważ żaden z tych błyszczących czarno-białych rogów nie zdobi żadnej sali na zamku w Przemkowie ani ściany mojej izby.
Po dwutygodniowym pobycie w rejonie Ootamanschola rozpoczęliśmy kilkudniowy marsz na północ do tzw. High Range. To jest centralny, potężny masyw wzgórz Travancore.
Najważniejszym wzniesieniem tego masywu jest potężny blok górski, zwany Anai-Mudi, to znaczy Głowa Słonia, który ze swoimi 9000 stóp jest najwyższą indyjską górą na południe od Himalajów. Szczyty, wierzchołki i grzbiety pasma High Range wystają ponad strefę leśną, a ich zbocza pokrywa tylko krótka trawa i pełzające zarośla. Już kilkakrotnie, gdy po długim, żmudnym podchodzeniu zwierzyny przez falujące morze traw, osiągaliśmy jakiś szczyt z wyraźnym widokiem, i ponownie przekonywaliśmy się, że wszystkie nasze wysiłki poszły na marne, czekały na nas ostro zarysowane linie wysokich gór, jakby obiecały nam bogatszą zdobycz. I tak pewnego rześkiego poranka wyruszyliśmy wcześnie rano z workami i torbami i wędrowaliśmy po górach i dolinach, przez dżunglę i pampę do Anai-Mudi.
Po drodze musieliśmy zasmakować wszystkich radości i cierpienia życia traperów w Indiach. Trzeba było przepłynąć kilka strumieni i rzek. Jeśli były wąskie, Tamilowie błyskawicznie budowali przejście przez nie za pomocą kilku powalonych drzew i głazów z dna rzeki. Gdy były zbyt szerokie, aby budować mosty, dwóch tragarzy zawsze ładowało jednego z nas na ramiona, podczas gdy trzeci idąc z przodu trzymał nogi przenoszonej w ten sposób osoby nad wodą, i w ten sposób, nawet jeśli w strachu, docieraliśmy na drugi brzeg na sucho. Jednak w wysokich trawach dolin rzecznych występowała silniejsza niż gdziekolwiek indziej plaga dla myśliwych, a mianowicie plaga pijawek. Z każdym krokiem otrzepywało się je z trawy; gdy któraś jednak przyczepiła się do ubrania, nie minęło dużo czasu, a już znalazła sposób, aby dostać się do naszego ciała, nawet jeśli była to tylko dziurka od skórzanych stuptutów (ochraniacze na nogi przeznaczone do poruszania się w trudnym terenie – przyp. tłumacza), a nieprzyjemne ukłucie oznajmiało ten smutny fakt. Rozbierając się wieczorem, małe czarne kulki toczyły się na ziemię, aby tam pękając tryskać krwią.
Marsze zwykle układaliśmy w taki sposób, że maszerowaliśmy od świtu do około południa bez zatrzymywania się, potem obozowaliśmy przy jakimś źródle, gotowaliśmy i robiliśmy sobie przerwę obiadową w cieniu rozłożystej Mohwy (madhuca latifolia gatunek drzewa z rodziny sączyńcowatych – przyp. tłumacza) lub pod czerwono-zielonym dachem gaju rododendronów; kiedy potem słońce pochylało się ku zachodowi, nasza karawana rozpoczynała drugą część dziennego marszu, podczas gdy książę i ja, każdy z jednym shakiri, robiliśmy jakiś obiecujący w zdobycze wypad. ——
Kiedyś wróciłem z jednego z takich wypadów z pustym plecakiem do uzgodnionego miejsca obozu. Moja droga wiodła przez korytarze wysokiego lasu tekowego. Zaczęło się ściemniać, a z odległego zbocza góry jarzyły się już ogniska naszego obozu. W powietrzu rozlega się szum i ogromny ptak pędzi w koronach drzew jak pociąg kurierski. Przykładam karabin do policzka, i kiedy grzmi wystrzał, ptak przewraca się w powietrzu i spada na ziemię z głuchym trzaskiem. Bardzo się ucieszyłem, gdy zobaczyłem, że zastrzeliłem tak rzadko silny okaz tukana (dzioborożec wielki). Mierzył cztery stopy od czubka dzioba do końca sterówek i miał sześć stóp rozpiętości skrzydeł. Jego upierzenie było przepięknie czarno - żółte, a potężny dziób mienił się kolorem różowo-czerwonym.
W obozie, pod okiem profesora, przygotowano już obfity posiłek z ryżu i dzikich gołębi. Do przyjemności z palenia shiroota, książęcy myśliwy kazał zagranie wesołych melodii na rogu myśliwskim; ściany pasma górskiego High Range odbijały echo, a szakale wtórowały niemieckim dźwiękom.
Noce często wiązały się z ciężkimi walkami z różnego rodzaju nietoperzami, szczurami i innym robactwem, które w dużych ilościach znajdowało się na powierzchownie wykarczowanym podłożu naszych obozów marszowych. Ostatnią kostkę mydła - to było mydło z olejkiem paczulki wonnej! (roślina kosmetyczna – przyp. tłumacza) – leżącą blisko mojego ucha zjadały mi przez noc szczury. Troska obcych ludzi cierpiała z dnia na dzień coraz bardziej w tym trwającym indyjskim życiu. Włosy i broda stały się niepokojąco kudłate i po kąpieli w zimnych górskich potokach przybrały czerwonawy odcień. Twarz przybrała kolor terra di Siena (pigment tlenków żelaza o ciepłej, brązowawej barwie – przyp. tłumacza), a dłonie sepii (czarnobrązowy barwnik otrzymywany z woreczka czernidłowego mątwy – przyp. tłumacza). Według opinii technicznej naszego malarza, mój wygląd w wyblakłym kombinezonie myśliwskim z mokasynami i szerokim kapeluszem, karabinem i nożem myśliwskim był podobno idealnym obrazem kapitana rabusia, którego nie chciałoby się spotykać samotnie w lesie. W każdym razie bardzo zabawne było obserwować, jak łatwo przyzwyczaja się do takiego życia trapera i jak szczęśliwy człowiek zdrowy, zrzucając z siebie cały konwencjonalny balast, powraca do swego rodzaju pierwotnego stanu.
Pewnego pięknego wieczoru dotarliśmy do wysokiego płaskowyżu Deviacolum, słynącego wśród wszystkich indyjskich amatorów polowań z niezwykle licznej populacji koziorożców. Z ostatniego odcinka trasy, który prowadził nas stromo pod górę serpentynami, mieliśmy wspaniały - od dawna pierwszy - widok na Ocean Indyjski. Słońce już zaszło w morzu. Otaczające nas góry i lasy spoczywały już w najgłębszym cieniu, ale na zachodzie całe niebo płynęło w czerwonych i fioletowych atramentach, a lustro oceanu błyszcząc odbijało te same kolory.
Farma pana Turnera, jednego z najlepszych myśliwych na świecie, dało nam gościnne schronienie. Jej cały parter zajmuje niska sala, której ściany pokryte są najwspanialszymi okazami rogów koziorożców, ciosów słoni, skór tygrysich i rogów bizonów. Stół pokryty białym obrusem był przyjemnym widokiem, ale prawie jeszcze przyjemniejszym - zwłaszcza, że był tak niezwykły - był trzaskający ogień w kominku. Ale było też piekielnie czysto! Posiłek przebiegł w najlepszym nastroju, doprawiony humorystycznymi opowieściami myśliwskimi Turnera. Ponieważ bungalow nie zawierał wielu sypialni, a biwakowanie w zimnym górskim powietrzu nie byłoby wskazane, przygotowano dla mnie łóżko na głębokich wyściełanych fotelach w przedpokoju. Dogasający ogień rzucał słaby blask na rogi bizona i koziorożca i przez całą noc śniłem o polowaniu w wysokich górach.
Zatem w rzeczywistości oferowały bardzo znośny rezultat. W szczególności książę na trzydniowym polowaniu w bezpośrednim sąsiedztwie Deviacolum ułożył w pokocie (rozkład, ogół zwierzyny ubitej na polowaniu – przyp. tłumacza) wiele koziorożców. Koziorożeca madraskiego (właściwa nazwa Nilgiritar leśny, capra hylocria) nie należy mylić z koziorożcem zwyczajnym (koziorożec himalajski, capra sibirica), który jest nieporównywalnie silniejszy pod względem budowy ciała i rogów. Jego najbliższym krewnym jest prawdopodobnie „Tar himalajski” (himalajski dziki kozioł), z którym ma prawie takie same nawyki i cechy charakteru. Oba znajdują się na ogół powyżej strefy leśnej, preferując pastwiska i wolne grzbiety górskie, podczas gdy koziorożec himalajski znajduje się znacznie wyżej, blisko granicy śniegu. Koziorożec madraski zamieszkuje cały łańcuch zachodnich ghatów, od Mahableshwar do strefy przyległej Kozhikode i Koczin. Występuje szczególnie często na paśmie górskim Nilgiri Hills (Błękitne Wzgórza – przyp. tłumacza), które ciągną się dalej na północ od Travancore. Występuje w stadach po sześć do dziesięciu zwierząt, kilka stad często łączy się czasami ponownie, tworząc duże stada liczące do sześćdziesięciu zwierząt. Kozioł osiąga wysokość w kłębie od 3 do 4 stóp, kozy są nieco delikatniejsze. Rogi kozła są wygięte do tyłu, oba rogi znacznie odchylają się od nasady aż po czubek. Są koloru czarnego i otoczone wieloma grubymi pierścieniami. Średnia długość rogów wynosi od dziesięciu do piętnastu cali, a obwód rogu na czaszce wynosi czasami dziewięć cali. Racice są podobne do racic kozic, z tym że są mocniejsze i bardziej oddalone. Koziorożec ma okrągłe, łyse, otoczoną gęstymi włosami, miejsce na kolanach, ponieważ często podczas głębokich skoków woli lądować na kolanach niż na racicach. Kozioł ma krótką, sztywną grzywę i ma bardzo ciemne umaszczenie. W przypadku bardzo silnych starych kozłów czarno-brązowa okrywa pleców oprószona jest sierścią w kolorze jasnoczerwonym lub szaro-białym, która czasami całkowicie tworzy rysunek siodła (saddle-back‘s) (siodłaty grzbiet – przyp. tłumacza)).
Kiedy książę polował w Deviacolum, profesor Friedrich i ja polowaliśmy na farmie herbaty Munar, około dwunastu mil od Deviacolum. Munar leży w głęboko wciętej dolinie rzeki między Anai-Mudi i Chukanada-Mudi. Farma należy do pana Sharpe'a, pełnego pasji młodego rolnika i myśliwego, który mieszka tam w najgłębszej samotności ze swoimi psami i prowadzi życie na łonie natury, które jest godne pozazdroszczenia. Profesor Friedrich i ja spędziliśmy z nim kilka cudownych dni, podzielonych pomiędzy polowania i polowania górskie.
Punktem kulminacyjnym było wejście na Chukanada-Mudi połączone z podchodzeniem koziorożców. Ze względu na swoje odosobnione położenie i strome zbocza ścian jest zdecydowanie najpiękniejszą i najbardziej imponującą górą w paśmie High - Range. Nawet z naszego Waldidyll Oota często oglądaliśmy ją przez lornetkę, bez szacunku nazywając majestatyczną panią „Chokoladen-Mufti”, aż uderzające podobieństwo sprawiło, że ochrzciliśmy górę nazwą „Jungfrau” (szczyt w Alpach Berneńskich, części Alp Zachodnich – przyp. tłumacza).
Wspinaczka na indyjską „Jungfrau” (w tłumaczeniu na język polski znaczy „dziewica” – przyp. tłumacza) została osiągnięta przy użyciu wstęgowato biegnących wokół skalnego stożka trawiastych zboczy, które pod względem stromości i śliskości niewiele ustępowały polom śnieżnym i lodowcom szwajcarskiej imienniczki. Ponieważ, przy całej mojej pasji do gór, ku mojemu wielkiemu żalowi, nie jestem całkowicie wolny od zawrotów głowy, mijając stromo opadające trawiaste ściany, które również wisiały nad przerażającymi przepaściami, musiałem wielokrotnie opierać się o ścianę z zamkniętymi oczami i z łykiem whisky Highland zniewalać się kurczącym się we mnie heroizmem. W każdym razie bez pomocy naszego brązowego przewodnika górskiego (Mudiwan) nie moglibyśmy bezpiecznie wchodzić i schodzić, pomimo czekanów i raków na stopach.
Kiedy podczas zejścia mieliśmy za sobą właściwy wierzchołek góry, dostrzegliśmy na tarasie u podnóża duże stado koziorożców. Przy dobrym wietrze z półki górskiej około sto metrów nad tym tarasem zbliżyliśmy się do stada na zasięg strzału i z tej ambony ustrzeliliśmy po jednym koziorożcu. Cechą charakterystyczną tych niezwykle bystrych i ostrożnych zwierząt jest to, że zawsze skupiają całą swoją uwagę w dół ze swoich wysoko położonych miejsc, a zatem tylko podchody z wyższych obszarów górskich obiecują sukces. Kiedyś miałem szczęście obserwować stado koziorożców z dużej odległości, które zadomowiło się na skalistym płaskowyżu. Podczas gdy większość stada ostrożnie wybierała najbardziej słoneczne miejsce na płaskowyżu na swoje legowisko, stara koza objęła posterunek na krawędzi urwiska. Stała tam bez ruchu chyba przez pół godziny, z przechyloną pod kątem głową i dopiero gdy dokładnie obejrzała cały teren poniżej, uspokoiła się na swoim, wiszącym nad przepaścią, posterunku.
Sterndale opowiada w swojej „wspaniałej historii naturalnej indyjskich ssaków”, że na legowiskach, które wymagają obserwacji z kilku stron, do pierwszej wartowniczki dołącza druga koza lub koźlę, a następnie oboje opierają się plecami o siebie i podobnie jak mityczny pies Argus patrzą na terytorium we wszystkich kierunkach. Samotne kozły często stosują następującą, bardzo osobliwą taktykę: jeśli koziorożec usłyszy cokolwiek od podchodzącego z największą ostrożnością myśliwego, to obserwuje bez ruchu przez długi czas budzący grozę obszar. Potem odwraca się powoli, najwyraźniej uspokojony, tylko po to, by znów błyskawicznie odwrócić w tamtą stronę głowę. Gdyby myśliwy, który już został mocno wystawiony na poważną próbę poprzez długie przypatrywanie się, chciał wykorzystać ten moment, aby jakimkolwiek ruchem złagodzić swoje, być może potwornie niewygodne, położenie, to przez to straci już kozła. Sterndale ilustruje specyficzne cechy południowo-indyjskiego koziorożca następującą ładną historią: „Pewnego ranka wypuściłem mocnego kozła, który, jak mogłem obserwować z dużej odległości przez lornetkę, wyszukał sobie nowe miejsce do spania i rozpoczął procedurę obserwacji. Dlatego wiedziałem, że tam zostanie. Minęło dużo czasu, zanim w końcu był usatysfakcjonowany i usiadł na wystającym kawałku skały, oparty plecami o zbocze góry, z niezakłóconym widokiem w przód i obie strony. Podszedłem do niego z góry przy dobrym wietrze, kozioł odpoczywał wygodnie i spokojnie. Musiałem obejść duży głaz, ponieważ do tej pory widziałem tylko jego poroże. Ponieważ trawa była bardzo krucha, podjąłem środki ostrożności i zdjąłem buty. Niemniej jednak trzask suchej trawy przyciągnął uwagę kozła do góry i nagle, leżąc, odwrócił głowę i spojrzał na mnie. Był pode mną nie więcej niż osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt łokci. Oparłem się o skałę, kolor mojego stroju myśliwskiego tak pasował do szarej skały i suchej trawy, że oszukał nawet moją zwierzynę o rysich oczach. Kozioł patrzył na mnie przez długi czas, aż moje kolana drżały ze strachu. W końcu się odwrócił, ale uważałem, żeby się nie poruszyć, bo byłem pewien, że znowu się odwróci. Tak też zrobił i to był ostatni raz, bo jak się znowu odwrócił, pozwoliłem sobie uklęknąć i minutę później kozioł przestał już istnieć w swoim skalistym łożu ”.
Dni polowań wysokogórskich dobiegły końca, zapasy nabojów, whisky i konserw zbliżały się do końca, stroje myśliwskie były zniszczone, a nasze buty były tak kiepskie, że z dostojnego rzędu butów myśliwskich w jedną parę mogłem zestawić jeden but prawy i jeden lewy tylko z dwóch różnych par.
Wycofywaliśmy się również z górskiego pasma High – Range wybrzeża Malabaru. „A za nim szło morderstwo i ogień” - można było tak powiedzieć o nas, jak o dawnym księciu Krok ze Szwabii. Bo poza trwającymi łowami, które połączyliśmy z naszym powrotem, także dewastowaliśmy za nami ziemię poprzez pożary. Brzmi to bardzo negatywnie, ale w rzeczywistości leży to w interesie wegetacji roślin i świata zwierząt. Wszędzie przed porą deszczową europejscy rolnicy wypalają nadmiar wysokiej trawy, aby nawozić glebę przez popiół i robić miejsce dla nowych odrostów. Trawa płonie tylko w stale rozszerzających się liniach ognia, a nie tak, jak wcześniej zawsze wyobrażałem sobie morderczy pożar stepowy. Dziczyzna nie jest więc absolutnie zagrożona, wręcz przeciwnie, preferuje lokalizację na świeżo wypalonych powierzchniach traw. Całkiem magiczny był widok pożarów traw w ciemne wieczory, kiedy linie ognia biegły serpentynami po wzgórzach. W nocy ogień często zakradał się do naszych chat i raz obudzeni trzaskiem musieliśmy opuścić obóz en de'bandade ( w języku francuskim znaczy w popłochu – przyp. tłumacza). Gdy potem chcieliśmy rzucić pożegnalne spojrzenie z pobliskiego, górskiego grzbietu na nagle opróżniony obóz, wszystkie wzniesienia i tereny za nami stały w gęstych, białych chmurach dymu.
Pewnego wieczoru Shikari i mężczyźni z dżungli przygotowali dla nas osobliwy spektakl na poły religijnego, na poły świeckiego diabelskiego tańca. Wolny plac przed naszymi chatami służył jako scena dla ich sztuki. Scena była cudownie malownicza: księżyc w nowiu rzucał przytłumione srebrne światło przez lekko zawoalowaną mgłę, wokół pierwotny las w głębokiej czerni, przed nami w świetle ognisk i pochodni fantastyczni diabelscy tancerze. W spektaklu wzięło udział dziewięciu mężczyzn, podczas gdy kilku innych groteskowym skokom przygrywało na najbardziej prymitywnych cytrach i fujarkach, a cały tłum tragarzy bogobojnie kucający w kręgu nieustannie, monotonnie śpiewał. Bohater na znak swego pół-boskiego pochodzenia ubrany był w wysoką czerwoną czapkę i lnianą kurtkę; twarz bohaterki - którą zresztą również reprezentował mężczyzna - została pomalowana na lśniąco czerwono-białą kolorystykę, prawdopodobnie żeby poprzez jasną kolorystykę podkreślić szlachetniejszą płeć żeńską. Miała na sobie czerwoną szatę i od góry do dołu obwieszona była znajomymi, pomarańczowożółtymi girlandami z kwiatów. Był też zły demon, który natychmiast zdradził swój paskudny charakter przez czerń swojej twarzy i diabelskie, przyczajone ruchy, żartowniś z dobrych zasad z kolorowymi świecidełkami i pewna liczba ohydnie ubranych diabłów, które brody zrobione miały ze skór zwierzęcych i jako armia złego demona skakały wokół, jakby były opętane. Oczywiście nie rozumieliśmy ani słowa, ale przy odrobinie wyobraźni można było z grubsza zrozumieć ideę aktorstwa.
W drugi i kolejne dni schodziliśmy z tarasu na taras z naszych pięknych leśnych gór na wybrzeże. Kucyki zajęły miejsce niepełnosprawnych butów górskich, a wozy wołów przejęły ciężary kulisów. Charakter krajobrazu stopniowo zmieniał się na tropikalny. Na naszej wiernej farmie kawy pana Maltby po raz kolejny znaleźliśmy miejsce do spania pod stałym dachem, który zresztą dopiero niedawno musiał przetrwać brutalny atak słonia samotnika.
Pewnego razu po drodze zobaczyliśmy stado dzikich psów, prawdopodobnie o wielkości trzydziestu sztuk. Te dzikie psy -- nie mylić z dzikimi psami Orientu -- są wielką utrapieniem dla hodowców bydła i myśliwych. Mówi się, że są najbardziej wytrwałymi, przebiegłymi i okrutnymi prześladowcami zwierzyny łownej i bezpańskich zwierząt domowych, sieją spustoszenie wśród stad jeleni i antylop, bezlitośnie atakują ranne żubry i są groźnymi sąsiadami nawet dla tygrysów i panter. Wśród naszych ras psów są chyba najbardziej podobni do ogara niemieckiego, są bardzo silni, o mocnych nosach, krótko nożni, w umaszczeniu z kudłatą rudą sierścią i uzbrojeni w mordercze zęby. Indyjski myśliwy jest ich zaciekłym wrogiem i strzela za stadem dzikich psów, tak długo, jak znajduje się w jego polu widzenia.
Ponownie rozbiliśmy obóz na granicy obszaru leśnego; linia przekaźnikowa, która została założona już do wybrzeża, donosiła, że parowiec, który miał nas zabrać z Koczin do Bombaju, miał być oczekiwany dopiero za kilka dni i trzeba to było wykorzystać do ostatniego polowania z podchodzenia na czarnego jelenia sambra indyjskiego.
Sambar indyjski (rusa Aristotelis) żyje we wszystkich większych okręgach leśnych Indii, gdzie może on znaleźć wodę i pożywienie bogate w zioła zioła i jagody. Ma znacznie silniejszą budowę kości i ciało jak spokrewniony z nim jeleń, zwierzęta są maści ciemnobrązowej, jelenie głęboko czarno – brązowej i ozdobione potężną grzywą sztywnych czarnych włosów. Rogi jelenia sambara indyjskiego w stosunku do pozostałej jego budowy są słabe; nigdy nie posiada więcej niż sześć odnóg, a tyki osiągają długość najwyżej 372 stóp, ale z drugiej strony mają czasami do dziewięciu cali grubości na stożkach czołowych, a oczniaki mają do osiemnastu cali długości. odnogi są bardzo spiczaste, dzięki czemu poroże tego wielkiego jelenia jest potężną bronią.
Moje polowanie z podchodzenia prowadziło mnie po pagórkowatym terenie porośniętym trawą i bambusowymi dżunglami. Od morza wiał mocny, poranny wiatr. Tuż nad szczytem góry trzy ogromne sępy walczyły z burzą, siwe, łyse osobniki, największe i najbrzydsze ptaki, jakie kiedykolwiek widziałem. Wycie burzy i stukot bambusowych pni sprawiły, że zignorowały nasze zbliżające się kroki, tak że my, stojąc prawie za nimi, mogliśmy ich spokojnie obserwować. Nie chciałem strzelać, zwłaszcza, że shikari poinformował mnie wyraźnymi znakami, że mają dużo wszy i bardzo brzydko pachną, więc mój brązowy myśliwy przyboczny rzucił w nie kijem. W jednej chwili złożyły olbrzymie skrzydła, odwróciły się i były szybkie jak strzała, prawie nas przewracając, niesione w dół przez sztormowy wiatr.
Teraz, wyciągnięci na trawie na grzbiecie góry, rozejrzeliśmy się po drugiej stronie doliny, z której wciąż sączyła się poranna mgła. - - Z zagajnika na dnie doliny kroczył tam z majestatycznie uniesioną głową czarny jeleń i powoli przez lśniącą od rosy trawę przemieszczał się w kierunku góry. Po drodze wyszukiwał sobie jagód lub błogo pocierał boki mocnym porożem. Od czasu do czasu zatrzymywał się i nasłuchiwał, czy rozlegnie się krzyk przepiórki lub krzyk dzikiego pawia. To cudowny widok, żywy odpowiednik „Challenge” (z angielskiego: „Wyzwania” – przyp. tłumacza) Landseera, ale jeszcze bardziej przypomina obraz z niemieckich lasów górskich lub szkockich wyżyn niż z wybrzeża Malabaru.
Jeleń wychodzi do nas pod kątem i mocno przykładam strzelbę do ramienia - mój shikari leżący za mną ciągnie mnie za but tak mocno, że prawie pociągnąłem za spust załadowanej strzelby, a kiedy odwracam się w pół ze złością, wyraźnie podekscytowany wskazuje czarną plamą w trawie na przeciwległym zboczu góry. Co to jest? —— Odkładam po cichu strzelbę i wyjmuję lornetkę! Dziwna czarna masa jest skrzętnie zajęta pracą w ziemi - tymczasem mój jeleń przechodzi obok z wiatrem, niczego nie podejrzewając. - Czy ten czarny diabeł w ogóle nie zechce się tam porządnie pokazać? Tam! Zaiste! Czarny niedźwiedź! Kopie w poszukiwaniu plastra miodu pszczoły ziemnej, swojego ulubionego pożywienia i robi to z takim zapałem, że decydujemy się zaryzykować czołganie się pomimo niesprzyjających lokalnych warunków. ——
Teraz, uważnie obserwując niedźwiedzia, ześlizgnęliśmy się po zboczu z tej strony i znowu w górę za wałem tego zbocza po drugiej stronie. Podszedłem do niego w skryciu na około sto kroków. Był to w pełni dorosły wargacz leniwy (ursus labiatus) (gatunek drapieżnego ssaka z rodziny niedźwiedziowatych – przyp. tłumacza) o wysokości około trzech stóp i długości sześciu stóp. Ale miałem tylko kilka sekund na obserwację, ponieważ mimo całej ostrożności musiał mnie zwęszyć. W przeciwieństwie do zwyczajowego nawyku tego drażliwego i walecznego drapieżnika, który bardzo źle znosi każde zakłócanie jego spokoju, ruszył kłusem w przeciwnym kierunku. Strzeliłem kulą w jego górną łopatkę, i kiedy on na to wydając z siebie głośne jęki zaczął uciekać, wystrzeliłem drugą kulę, która niestety dosięgła go zbyt daleko z tyłu. Przetoczył się, ale niestety wstał jeszcze raz i zniknął, zrywając się po stromym zboczu do doliny w dżunglę. I tam leży jeszcze do dziś - jeśli nie zjadły go jeszcze wielkie sępy. - Pomimo siekiery i godzin wysiłku nie było sposobu, aby przedrzeć się przez plątaninę pełzających roślin i naturalne sploty bambusa. Wsparcie od mojego shikari było, jak zwykle przy poszukiwaniu źle postrzelonego zwierza, wyjątkowo marne. ——
Kapitalny jeleń zniknął, a niedźwiedź uciekł w las - to nie powinno kogoś złościć! Wieczorem markotny wróciłem do obozu, słaby sambar dawał tylko małą pociechę. Z zarzutami do dziewiczej bogini łowów, po raz ostatni w nocy słuchałem tajemniczego szelestu dżungli i górskiego potoku. Ale stopniowo magiczna kołysanka działała kojąco. Niezadowolenie ustąpiło miejsca smutkowi związanemu ze zbliżającym się pożegnaniem z lasami Travancore. Wspomnienie czystych radości, którymi pozwalała mi cieszyć się natura w świeże poranki na otwartej przestrzeni góry i w księżycowe noce pod kopułą dżungli dżungli, sprawiło, że w końcu z wdzięcznością wyśniłem ostatnią noc życia trapera.
VII.
Wzdłuż Wybrzeża Malabarskiego.
W dniu 10 lutego dotarliśmy do bagiennych równin Cottayam i znów chodziliśmy pod palmami. Dominowała palma kokosowa, zwłaszcza na obrzeżach bagien i lagun. Ale także wspaniałe okazy palmy wachlarzowej i palmy areki zachwycały nasze oczy, tak piękne, jakich nie widzieliśmy od Cejlonu. W ogóle marsz przez tę nizinę ciągle przypominał nam obrazy naszego zejścia na równinę Kolombo.
Minęliśmy rozległe pola ryżowe, które do połowy były pod wodą, a ożywiały je liczne gatunki ptactwa wodnego, takiego jak czaple, bekasy i ryżowce. Przy drodze pośród bujnych ogrodów znajdowała się malownicza wioska. Czarno-białe papugi kołysały się z piskiem na gałęziach cienistych palm, a wysoko w powietrzu krążyły potężne sępy. Podczas gdy my próbowaliśmy szczęścia kilkoma strzałami w te wysokie cele, profesor zawarł umowę na świeże kokosy z dziwnie wyglądającą dziewczyną, której głównym pięknem były potwornie wydłużone płatki uszu. Dziewczęta mają przekłuwane płatki uszu we wczesnym dzieciństwie; następnie otwór jest coraz bardziej poszerzany przez coraz grubsze drewniane kołki, w końcu płatek ucha jest ściągany do ramion przez ciężkie złote pierścienie i „cenione piękno” Travancore jest gotowe.
W Kottayam, dużej, bogatej miejscowości na żyznej równinie, zostaliśmy uroczyście przyjęci przez komisariat policji. Stamtąd laguna o długości około czterdziestu mil rozciąga się równolegle do morza i jest oddzielona od niego tylko wąskim pasem lądu do Koczin, gdzie „backwater” (z języka angielskiego oznacza: „rozlewisko” – przyp. tłumacza) łączy się z otwartym morzem.
Położenie Kottayam przy rozległym lustrze wody, w cieniu prawdziwych gigantycznych okazów palmy wachlarzowej, jest nieopisanie piękne. Pod wieczór na pieszo zwiedziliśmy miejscowość, a następnie aby strzelać do aligatorów i czapli wypłynęliśmy na otoczoną palmami lagunę dwoma długimi, wąskimi łódkami, które są chronione przed wywróceniem się przez wsporniki. Laguna była ożywiona licznymi łódkami i rzekami, które transportowały plony z pól i orzechy kokosowe. Flamingi, ryżowce i kuliki stały w stadach na części wybrzeża nie pokrytej wodą podczas odpływu morza, czaple krążyły w poszukiwaniu zdobyczy w niebieskim powietrzu, a aligatory leżały na piaszczystych ławicach i cieszyły się ostatnimi promieniami wieczornego słońca. Mężczyźni i kobiety pracowali na polach ryżowych, które prowadziły bezpośrednio do tych niepokrytych wodą podczas odpływu morza części wybrzeża, pod osłoną szerokich parasoli lub ogromnych kapeluszy wykonanych z liści palmowych, które były prawie tego samego rozmiaru co parasole. Wszystko było kolorowe i żywe, piękny obraz tropikalnego życia.
Następnego ranka weszliśmy na pokład czterech dużych łodzi mieszkalnych z całym naszym dobytkiem. W każdym z nich było szesnastu wioślarzy i sternik będący jednocześnie osobą intonującą melodię. Wytrzymałość wioślarzy była niezwykła. Mało tego, że wiosłowali przez piętnaście godzin prawie bez przerwy, to jeszcze towarzyszyli temu wyczerpującemu już zajęciu nieustannym śpiewem monotonnych i smutno brzmiących melodii.
Ławkę i stół przywiązano do górnego pokładu płynącego w przód statku, gdzie mogliśmy przez cały dzień hołdować najprzyjemniejszemu dolce far niente ( z języka włoskiego: słodkiemu leniuchowaniu – przyp. tłumacza). Najpierw przepłynęliśmy wąskimi kanałami między polami ryżowymi a plantacjami kokosowymi, aż dotarliśmy do dużego basenu rozlewiska. Około południa zrobiliśmy krótki postój w wiosce całkowicie ukrytej w palmowym lesie. Obchodzono tam święto religijne, które już szeroko obwieszczano wystrzałami z armat i fajerwerkami. Pod palmami przy świątyni tańczono. Liczny tłum rozłożył się wokół w cieniu. Punktem kulminacyjnym była pantomima, w której uderzająco piękny chłopiec przebrany za kobietę tańczył bardzo wdzięcznie i ekspresyjnie z ogromnym ornamentem z jaskrawo pomalowanego drewna na głowie.
Po południu, gdy zerwała się świeża bryza, postawiono żagle i płynęliśmy po wodzie ze zdwojoną prędkością. Brzegi po obu stronach porastały ciągłe gaje palmowe, z których połyskiwały świątynie, pagody i białe pałace. Przed zachodem słońca dotarliśmy na uroczą wyspę Bolgatty. Znajduje się ona około dwóch mil za portem morskim Koczin, w środku najszerszego wybrzuszenia rozlewiska z widokiem na ujście i otwarte morze.
Bolgatty jest rezydencją brytyjskiego ministra akredytowanego przy sułtanie Travancore. Pan Hannington był nieobecny, ale z prawdziwą angloindyjską gościnnością udostępnił nam swój piękny pałac. Pierwszy raz od dłuższego czasu spaliśmy w prawdziwych łóżkach i jedliśmy przy starannie nakrytym i uroczo udekorowanym stole. Niektóre dekoracje kwiatowe są w Indiach absolutnie niezbędne na stole mężczyzny z klasą, tak że nawet w środku gór i na najdzikszym pustkowiu nasi słudzy nigdy nie zaniedbali udekorowania surowego stołu domku myśliwskiego kwiatami lub przynajmniej liśćmi i pnączem. Im bardziej elegancki dom, tym większe są dekoracje kwiatowe na stole, a w bungalowach podróżników i domach mniejszych, rodzimych kupców bardzo o nie dbano. Ta żywa ornamentyka w pałacu Bolgatty osiągnęła stopień prawdziwie artystycznej doskonałości. Pełne wdzięku girlandy kwiatów wspinały się po świecznikach, nad olśniewającym białym obrusem z wysokich srebrnych miseczek spływały falujące strumienie róż i kamelii, a przez morze kwiatów przezroczysto przeświecały kolorowe lampiony ukryte w dużych liściach.
Sześć tygodni traperskiego życia znacznie zwiększyło naszą zdolność do cieszenia się radościami cywilizacji i z wielką przyjemnością wyciągnęliśmy się na wygodnych fotelach i materacach sprężynowych pana Hanningtona.
Następnego ranka popłynęliśmy żaglówką do starożytnego Koczin, gdzie wenecki Marco Polo jako pierwszy Europejczyk wylądował w Indiach. Poszarzałe ze starości kościoły portugalskie i holenderskie oraz zacne domy towarowe o europejskiej konstrukcji nadają miastu bardzo specyficzny charakter. Wybudowanie najstarszego kościoła przypisuje się Vasco da Gama. W każdym razie jest tam pokazany jego nagrobek.
Podobnie jak wszystkie miasta na południowym wybrzeżu Malabaru, Koczin nie ma portu. Statki są około 1,5 mili na otwartej redzie i wieczorem musieliśmy popłynąć w małej łódce należącej do poczmistrza, który pochodził z holenderskiej rodziny mieszkającej od wieków w Koczinie, na pokład Bancory, przybrzeżnego parowca Brytyjskiej Kompanii Indyjskiej. Bancora załadowała tylko produkty z palmy kokosowej, takie jak olej kokosowy, włókno kokosowe i świeże orzechy. Statek płynął dobrze, ale zawijaliśmy do każdego małego portu, więc dotarcie do Bombaju zajęło nam prawie dziewięć dni. W rezultacie każdego popołudnia mieliśmy mnóstwo czasu i okazji, aby zejść na brzeg. Ponieważ jednak na całym wybrzeżu Malabaru prawie nieprzerwanie szaleją fale przybrzeżne, statki często muszą kotwiczyć wiele mil od wybrzeża, a łodzie tubylców są niezwykle prymitywne, tak, że te wycieczki rekreacyjne miały głównie bardzo wątpliwy charakter.
Ale to i tak było lepsze niż w przypadku parowej barki napędzanej naftą lub benzyną, którą zamówiliśmy pewnego pięknego dnia - było to przed Kozhikode (trzecie co do wielkości miasto w stanie Kerala – przyp. tłumacza) - sygnałami do naszego statku. Ponieważ w międzyczasie nastał przypływ, musieliśmy przesiąść się z barki na płaską łódź pływającą po znajdującym się kilkaset metrów przed plażą drążku. W międzyczasie fale rzucały dwoma małymi pojazdami w tę i z powrotem, jak łupiny orzecha i to był cud, że nikt nie wpadł do wody podczas tej przesiadki. Tuż przed plażą w końcu musieliśmy być także jeszcze wyciągnięci z łodzi przez kulisów i być niesieni na brzeg przez spienione fale.
Za nami Koczin i Kozhikode, najstarsze miejsca handlowe na wybrzeżu Malabar. Wysokie góry o malowniczych konturach, przypominające poszarpane góry Mahabaleshwar, dochodzą prosto do morza. Pozostawiają tylko wąski, ale niezwykle żyzny pas ziemi dla kultury kawy, pieprzu, chinowca i wszelkiego rodzaju przypraw. A — być może kwestionowana etymologia wywodzi nazwę Malabar od Malé i tym samym wyjaśnia piękne wybrzeże jako „ziemię, na której rośnie pieprz”.
W górach szerzą się głębokie wąwozy, gęste lasy i dżungle pokrywają ich zbocza i tereny. Te wąwozy rozszerzają się w kierunku wybrzeża, zbocza opadają łagodniej, a miejsce dżungli zajmują plantacje drzew. Liczne rzeki i strumienie płyną stromymi ścieżkami przez leśne wąwozy i kaskadowo wpadają do morza. Najbardziej osobliwym widokiem jest Palghat Gap (niska przełęcz w Ghatach Zachodnich między Coimbatore w Tamil Nadu a Palakkad w Kerali – przyp. tłumacza), gdzie góry są odrzucone do tyłu i spiętrzone przez szaloną erupcję wulkanu, szokujące świadectwo panowania sił elementarnych.
Nasz stary kapitan, który pływał po tym wybrzeżu od wielu lat, nie mógł się wystarczająco naopowiadać o cudownych zjawiskach przyrodniczych i osobliwych zwyczajach narodowych Malabaru. Prawo małżeńskie musi być tam bardzo dziwne; każda kobieta może poślubić tylu mężczyzn ilu zechce a każdy mężczyzna tyle kobiet, ile zechce, z jedynym ograniczeniem, że muszą należeć do tej samej kasty; także dwóch braci nie może poślubić tej samej kobiety lub mężczyzna dwóch sióstr. Również zabronione jest poślubienie wdowy po bracie względnie wdowca po siostrze, a ci, którzy to zrobią, za karę zostaną wydaleni ze swojej kasty.
Każdego dnia wychodziliśmy na brzeg w wątpliwy sposób opisany powyżej. Prezentowały się nam obrazy najróżniejszych gatunków i kolorów: mała francuska kolonia Mahé z uroczymi, białymi domkami w szerokiej, zielonej dolinie rzeki. W prawie każdym domu siedziba jakiejś władzy, a na każdym dachu trzy kolory. Brązowi żołnierze w mundurach oddziału żuawów (formacja żołnierzy lekkiej piechoty – przyp. tłumacza) przystosowanych do tropików i długi drewniany mostek pomalowany z wielką dokładnością w kolorze niebiesko – biało - czerwonym; wszystko jest delikatne, schludne, zadbane, jak w małym miasteczku na południu Francji. — Następnego dnia odwiedziliśmy Thalassery, znów położone na terytorium angielskim, jedno z najbardziej urokliwych miejsc handlowych na świecie. Wokół małej zatoki rozciąga się pofałdowany teren z ogrodami, parkami i kwitnącymi drzewami. Rozrzucone wille i farmy, przestronny klub nad morzem. Pan Remers, Oldenburczyk, który prowadzi faktorie (placówki handlowe położone w krajach kolonialnych – przyp. tłumacza) zamożnego na całym wybrzeżu Malabaru rodu Volckart - Winterthur, zaoferował nam najmilszą gościnność i interesujące wskazówki dotyczące światowego handlu lokalnymi produktami. Następnego ranka pojechaliśmy do Kannur jego, zaprzęgniętym w dwa szybkie woły, faetonem (pojazd czterokołowy z XIX wieku – przyp. tłumacza).
Było to przeciwieństwo wesołego kwitnącego Thalassery.
Kannur do niedawna należało do Holendrów i miało znaczący handel i silny garnizon. Teraz jest skazane na upadek. Górujący wysoko nad morzem fort leży w gruzach i w samotności mogliśmy z najwyższego bastionu oglądać kolorowy zachód słońca nad morzem. Opuszczone wiejskie domy Holendrów stoją ponuro w zaniedbanych parkach, zgniłe drewniane okiennice i zardzewiałe żelazne kraty z trudem chronią przed burzami i deszczem oraz wszelkiego rodzaju zwierząt. Handel całkowicie wycofał się z Kannur, ledwie od czasu do czasu na redzie kotwiczy mały przybrzeżny parowiec, aby zabrać jako ładunek kilka rodzimych produktów.
Ale jeśli dzisiejsze wrażenie Kannur jest wystarczająco smutne, to portugalskie Goa, przy którym zakotwiczyliśmy następnego dnia, z powodu swojego zaniedbania jest wręcz melancholijne. Ze swoją wspaniałą zatoką wciętą głęboko w ląd i obfitym zapleczem, Goa byłoby stworzonym przez naturę miejscem dla rządzącego światem handlu. Kiedyś, kiedy Portugalczycy byli jeszcze jednym z pierwszych narodów żeglarskich, również spełniało swoje naturalne przeznaczenie. Ale teraz duch przedsiębiorczości zniknął, a obecny stan Goa jest jeszcze bardziej wymownym świadectwem upadku portugalskiej potęgi kolonialnej niż Kannur w przypadku Holendrów. W Nowym Goa nadal istnieje kilka domów handlowych, ale życie publiczne jest także bardziej skoncentrowane w kościołach katolickich i szkołach jezuickich oraz wokół nich. Zresztą misja katolicka osiągnęła ogromne efekty wśród mieszkańców wybrzeża i w głębi lądu, a jezuici są jedynymi prawdziwie energicznymi i odnoszącymi sukcesy Europejczykami w Goa.
Jedziemy lekką tonga dalej w głąb kraju wzdłuż zwężającej się zatoki i docieramy do Starego Goa. Otacza nas grobowa cisza. Przepiękna, kwitnąca dolina jest tylko niemym świadkiem przemijania całej ziemskiej wielkości. Zniszczone pałace i domy rekreacyjne, których ruiny wciąż dają wyobrażenie o dawnym olśniewającym splendorze, w niekończących się parkach. W otaczających murach znajdują się duże wyrwy, rozpadające się herby zdobią śmiało sklepione portale, porośnięte mchem urny i posągi stoją między starożytnymi drzewami dziedzińców i ogrodami rozrywki. W salach i przedsionku wciąż widać ślady wspaniałej sztukaterii i złotych ozdób, ale leniwi mieszańcy marginesu społecznego mieszkają tam prawnie i bezprawnie w pomieszczeniach, które stworzyła wyrafinowana miłość do splendoru.
Co znamienne, dobrze zachowane są tylko kościoły i klasztory, których jest około trzydziestu w melancholijnym mieście upadku. Weszliśmy do gotyckiego kościoła z wysoką nawą. Powitał nas orzeźwiający chłód, dobrodziejstwo po wielu godzinach jazdy i pieszych wędrówek w słonecznej spiekocie. Mistyczny zapach kadzidła i światło, które było przytłumione przez kolorowe, łukowe okna, rozbudziło poczucie przebywania w rodzimej katedrze. Ale wkrótce te odczucia zniszczyło przyglądanie się szczegółom i kilka obecnych tam osób pobożnych. To taki dziwny widok, widzieć półnagą brązową osobę klęczącą przed ołtarzem ozdobionym krzyżem i - z zewnątrz - odprawiającą chrześcijański kult. Mieszańcy chrześcijańscy i ochrzczeni tubylcy cieszą się w Indiach cholernie złą opinią. Musiałem pomyśleć o wielkim królu, który chciał żeby „każdy mógł żyć według własnego przekonania” (dopisek, który napisał król Prus Fryderyk II na skierowanym do niego zapytaniu – przyp. tłumacza).
Wystrój kościoła to dziwna mieszanka smaków europejskich i indyjskich. Ołtarze i kaplice zdobią Madonny o ciemnobrązowej karnacji i święci, wszyscy wyglądający jak bracia Buddy; pomiędzy nimi znajdują się szare ze starości nagrobki z postaciami nieugiętych hidalgo i pobożnych panów. Na sklepionym suficie i na filarach malowidła w krzykliwie jaskrawych kolorach, sarkofag Franciszka Ksawerego, apostoła z Goa, przedstawia jego cuda w indyjskim ujęciu, na ołtarzach można zobaczyć stos srebrnych sprzętów ozdobionych drogocennymi kamieniami w stylu świątynnych skarbów Madury i Kandy.
W chłodzie krużganka, który otaczał zacieniony dziedziniec, zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek, po czym wróciliśmy do zatoki trawiastymi ścieżkami sąsiedniego parku leśnego. Z tarasu zniszczonego wiatrem pałacu, który, owinięty pnączami jak zamek Śpiącej Królewny, zdawał się marzyć o blasku dawnych czasów, znów mieliśmy pierwszy orzeźwiający widok na morze. Lasy palmowe na brzegach rozmazywały się w blasku wieczornego słońca, gdy szybko przepłynęliśmy przez cichą zatokę do parowca, który następnego wieczoru w pośpiesznej podróży przywiózł nas do Bombaju.
VIII.
Kaććh i Kathijawar.
W Bombaju mogliśmy pozwolić sobie tylko na spędzenie kilku dni. Tym razem cieszyliśmy się gościnnością księcia Connaught, który na zimę opuszcza swoją siedzibę w Pune i - w przypadku braku pałacu - rozbija obóz na trawniku nad zatoką. Był on wyposażony w każdy możliwy do wyobrażenia komfort. Nasz czas wypełniały jazdy konne, rejsy żeglarskie, partie tenisa w klubie jachtowym i kolacje na Malabar-Hill. W międzyczasie trzeba było załatwić niezliczoną ilość spraw związanych z materialnym wyposażeniem naszych dalszych wypraw po Indiach. Gdy zebrano wystarczającą ilość zapasów i amunicji, a mocno zużyte wyposażenie wymieniono na nowe, sprawy potoczyły się dalej.
Naszym kolejnym celem znowu był obszar nigdy nie odwiedzany przez zwykłego globtrotera i bardzo rzadko odwiedzany przez indyjskiego amatora polowań: północno-zachodnie wybrzeże i obszar wielkiej indyjskiej pustyni. Minęliśmy Vododara, rezydencję radży, znanego z zamiłowania do walk ze zwierzętami, oraz Ahmadabad, znany z historii sztuki przez jedyną, istniejącą na świecie ozdobę domów z kamiennych i drewnianych rzeźb. Następnie podróż wiodła przez płaski, piaszczysty krajobraz, przerywany małymi palmami, oazami z basenami na wodę, w których orzeźwiały się karawany i stada zwierząt. Późnym wieczorem drugiego dnia podróży, po przejściu przez piaszczystą pustynię zamieszkałą jedynie przez Dakkoo (czyli plemiona pasterzy i rozbójników), pawie i dzikie osły, dotarliśmy do Morvi, stolicy niezależnego wodza, gdzie zakwaterowaliśmy się u jedynego Europejczyka w mieście.
Następnego ranka pojawił się wódz, wprawdzie elegancki ale jednak o wyglądzie bandyty amator polowań i zaproponował nam do dalszej podróży kilka czterokonnych zaprzęgów. Za każdym powozem jechały dwie zakazane mordy a la Abd al-Kadir na małych, kudłatych Arabach o jeleniowatych szyjach, jechało się teraz w galopie, co szóstą milę ze świeżymi końmi przez niekończącą się, słabo zarośniętą prerię, która stopniowo zmieniała się w słoną pustynię.
W oddali dostrzegliśmy pewnego razu skok dzikiego osła, który wciąż powszechnie występuje w Kaććh i indyjskiej pustyni. Dziki osioł z Kaććh jest znacznie większy i piękniejszy niż najlepsze okazy jego oswojonych kuzynów, a także ma niesamowitą prędkość, tak że najlepsi angloindyjscy amatorzy polowań uznają polowanie parfors (polowanie na zwierzynę ze sforą psów, w czasie którego ściga się zwierzę konno tak długo, aż padnie zmęczone – przyp. tłumacza) na niego za najtrudniejsze na świecie. Już Stary Testament wspomina o tych zwierzętach ze względu na ich wyjątkową szybkość. W Persji, Beludżystanie i Kaććh, w lipcu i sierpniu, kiedy źrebięta są jeszcze małe i powolne, miejscowi myśliwi polują na stada dzikich osłów w polowaniach parfors, aby złapać źrebięta i sprzedać je indyjskim książętom. Ale ponieważ osły przewyższają konie perskie szybkością i wytrzymałością, poluje się na nie w sposób, który Ksenofont opisał już w Anabazie (dzieło Ksenofonta. Występuje również pod tytułem Wyprawa Cyrusa – przyp. tłumacza): w kierunku, w którym zwierzęta mają tendencję do ucieczki lub w chce się ten kierunek faworyzować, na dystansach od sześciu do dziesięciu mil angielskich zakłada się tak zwane punkty zmiany koni, to jest myśliwych na koniach lub świeżych koni. Gdy tylko ścigane stado przebiegnie obok takiego punktu zmiany koni, myśliwy rozpoczyna polowanie i po dwóch - najczęściej trzech lub czterech razach - wymiany koni na świeże, niektóre źrebaki są halali.
Karawany i baseny z wodą, niekończąca się pustynia i cudowne miraże jezior i lasów palmowych ponad gorącym piaskiem rozbudziły w nas wszelkie wyobrażenia o scenerii ziemi obiecanej, jakie
mieliśmy jako dzieci. Szczególnie pojawianie się pojedynczych jeźdźców lub wielbłądów, które nagle zjawiały się w osobliwie drżącej, skąpanej w słońcu zasłonie tej solnej pustyni, pozornie w bliskiej odległości, żywo przypominały przedstawienie zjawisk nadprzyrodzonych w obrazkowej Biblii Doré. Fakt, że wielbłądy w ogóle zajęły miejsce słoni a białe namioty miejsce trzcinowych chat, również nadał krajobrazowi charakter bardziej arabski niż indyjski.
Kiedy po długiej podróży zbliżyliśmy się do wielkich wattów (szerokich równi pływowych odsłanianych i zamulanych podczas przypływów oraz odpływów – przyp. tłumacza) „Ran of Kaććh”, wzrosła liczba mieszkań ludzkich. W okolicach malowniczej osady koczowniczej zastrzeliliśmy kilka kozłów antylop i czapli, przez co wezwaliśmy do broni, przyzwyczajonych do waśni i napadów mieszkańców tamtych chat. Tuzin postaci dzikich zbójców przybiegło z włóczniami, sztyletami i długimi beduińskimi flintami, gotowi do obrony domowego ogniska, ale kiedy rozpoznali sipaja (żołnierz hinduski w armii brytyjskiej – przyp. tłumacza) swojego wodza, uspokoili się i z bezgranicznym zdumieniem spoglądali na nieznany wygląd europejskich podróżników.
Dotarliśmy do „Ran” w samą porę, aby tego dnia udać się na przeprawę na wyspę Kaććh, ponieważ te szerokie watty wysychają prawie całkowicie podczas odpływu. Przewiózł nas tam mały dau (tradycyjny arabski statek żaglowy – przyp. tłumacza). Tylko przez krótki czas nie widzieliśmy lądu, po czym wpłynęliśmy do ujścia niezwykle szerokiej przybrzeżnej rzeki. Godzinami płynęliśmy w nim w głąb lądu. Na brzegu płaskie wydmy, przed nimi rozległe szuwary i trzcin. Tysiące żurawi, marabutów, ibisów, czapli i dubeltów zasiedlało piaszczyste łachy - rozległy, tropikalny krajobraz rzeczny.
Kiedy wieczorem przybijamy do brzegu, przyjmują nas zarządcy domu i słudzy Rao, w domku czekał na nas obfity posiłek i łóżka w przewiewnych namiotach, które obiecywały niebiański spokój. Ale często sprawy toczą się inaczej, niż się ludziom wydaje. W jednym pięknym momencie, kiedy rzeczywistość po cichu zanika, by zrobić miejsce na senne obrazy, zostają one nagle wyparte przez gwałtowny szok, który sprawia, że moje łóżko trzęsie się i pęka. Włączam światło i ku mojemu największemu zdumieniu widzę siebie stojącego przed wielkim, szarym zebu (bydło domowe garbate – przyp. tłumacza), który jest tak samo zszokowany moim nagle jasno oświetlonym wyglądem, jak ja jego. Musiałem go teraz z największą dobrocią i delikatnością grzecznie wyprosić, bo inaczej przewróciłby cały mój dom. Udało się, odszedł; ale łóżko musiało być uszkodzone, bo kiedy położyłem się na nim z westchnieniem, zawaliło się ze mną tak mocno, że przez resztę nocy musiałem zajmować się naprawami przy łóżku.
Następnego dnia, po krótkiej przejażdżce przez kamienisty, spalony słońcem obszar, wjechaliśmy do Bhuj, rezydencji Rao z plemienia Jam, który zabił swoje siedem córek, aby nie musieć oddawać ich za żony nisko urodzonym wodzom muzułmańskim.
Lśniąca kawalkada wyskoczyła z bramy szarego muru miejskiego w naszą stronę. To są Husuri, to znaczy Synowie Pałacu, nierówni urodzeniem bracia i kuzyni Rao, nieomal bez wyjątku piękni, odważni i energiczni ludzie. Olśniewająco siedzą na swoich wspaniale okiełznanych ogierach arabskich i są ubrani z nienaganną elegancją. Na ich czele jedzie książę Kaluba, jedyny prawy brat władcy. Ma smutny rys w swojej klasycznie uformowanej twarzy i najpiękniejsze i najsmutniejsze ciemne oczy, jakie kiedykolwiek widziałem u mężczyzny. Mówi się, że kiedy był w Londynie z okazji jubileuszu królowej, miał wiele szczęście w wytwornym towarzystwie starej Anglii. Miał na sobie żółtą jedwabną bluzkę z szeroką fioletową szarfą. Jego głowę zdobił kunsztownie spleciony turban w tych samych kolorach, poprzecinany grubymi sznurkami pereł. Oprócz tego nosił jednak idealnie dopasowane angielskie legginsy do jazdy konnej i brązowe buty jeździeckie, którymi zrobiłby furorę na polowaniu na lisy w Melton. Dopasowanie jego kostiumu, mieniącego się wszystkimi kolorami jedwabiu, miało to samo zestawienie orientalnych i angielskich części garderoby. Husuri to prawie bez wyjątku genialni jeźdźcy i myśliwi, a -- ponieważ zwykle nie mają określonego zajęcia – są wspaniałymi roués (z języka francuskiego: spryciarzami – przyp. tłumacza) i odważnymi poszukiwaczami przygód, których eskapad i przeżyć mogłoby im pozazdrościć całe europejskie środowisko życia fin de siècle (francuskie określenie „końca wieku” lub „końca pewnej ery” – przyp. tłumacza). –
Nasze powozy otoczone tą kolorową eskortą przejeżdżają przez most i ciemną bramę zamku. Galopem jedziemy przez miasto do rezydencji brytyjskiej, gdzie będziemy zakwaterowani u przedstawiciela dyplomatycznego, pułkownika Goodfellow, ponieważ ze względów religijnych nie powinniśmy mieszkać w pałacu.
Dzień zakończył spacer w świetle księżyca po mrocznych ogrodach Rao w powietrzu wypełnionym zapachem kwiatów pomarańczy.
Następnego ranka włóczyliśmy się po wąskich uliczkach miasta. Na bazarach wystawione na sprzedaż były wspaniałe tkaniny jedwabne przeplatane złotem. Jednak głównym przemysłem Bhuj jest metaloplastyka wyrobów ze srebra. Wykonuje się głównie delikatne figurki zwierząt oraz bardzo bogato zdobione miseczki, filiżanki i dzbanki.
Do pałacu władcy przeszliśmy obok dużego basenu, w którym orzeźwiali się ludzie i zwierzęta w barwnej mieszance. Przez dużą, pomalowaną na czerwono bramę dochodziło się na obszerny dziedziniec. Malowniczo ubrana straż przyboczna obozowała tam pod osłoną kilku palm. Wielki ochmistrz przyjął nas i odprowadził do „nowego pałacu”, w którym znajdują się mieszkanie Rao i sale bankietowe. Przechodziło się przez serię nijakich pokoi i sal, bardzo licho ozdobionych przez włoskich artystów.
Na najwyższym stopniu marmurowych schodów prowadzących do prywatnych apartamentów czekał na nas Rao, silny, młody mężczyzna o otwartym, przyjaznym wyrazie twarzy o męskich, pięknych rysach. Miał na sobie pomarszczoną szatę z zielonego jedwabiu, którą łączył przepleciony złotem czerwony szal. Na jego szyi błyszczał naszyjnik z najwspanialszych diamentów płonących niemal oślepiającym ogniem, na którym wisiał jeden wielki szmaragd. Z bezpretensjonalną życzliwością przywitał nas i przejął dalsze zwiedzanie swojego pałacu. Główną atrakcją - przynajmniej według Rao i jego dostojników - jest całkowicie wyłożona szkłem sala. Podłoga, ściany, sufit i kolumny pokryte są grubymi taflami szkła kryształowego, a sala może wywołać bardzo zaskakujący efekt świetlny w świetle niezliczonych, kolorowych lampionów, którymi są obsypane ściany. To tutaj odbywają się durbary, czyli zjazdy stanów, przyjęcia z zagranicznych ambasad i wszelkie inne akty urzędowe.
W przylegającej sali, której ściany w całości pokryte były pozłacanymi rzeźbami w drewnie, kilkudziesięciu starszych mężczyzn kucało i pracowicie pisało na tablicach i zwojach papirusu. To było Dywan (rada doradcza muzułmańskich władców bądź dygnitarzy – przyp. tłumacza), czyli Ministerstwo Stanu. Rao - o którym zresztą mówiło się, że jest bardzo dobrym władcą w praktyce i, co jest jeszcze rzadsze wśród indyjskich książąt, bardzo łagodnym i uczciwym - nieśmiało ominął ten obszar.
Cenne stare dywany i zdobiona drogocennymi kamieniami broń ozdabiały – nazywane prawie przytulnymi - prywatne pokoje Rao. Po chwili odpoczynku na poduszkach rozstaliśmy się z zapewnieniem obopólnej satysfakcji. - Z dziedzińca mogliśmy rzucić tylko pobieżne spojrzenie na bardzo kusząco wyglądający „stary pałac”, za którego kratowymi oknami znajduje się harem naszego przyjaciela. Żaden mężczyzna nie może wchodzić do świętych pomieszczeń.
Rao zrobił wszystko, aby nasz pobyt w jego kraju był przyjemny. - Wczesna jazda doprowadziła nas do wrzosowiska, które wciąż mieniło się w porannej rosie. Tam zrobiliśmy obławę z 6 strzelcami i około 60 naganiaczami. - Wrzosiec, głóg i aloes pokrywały ziemię, od czasu do czasu jakiś zbiornik przerywa monotonię wrzosowego krajobrazu. Strzelanie trwało około 3 godzin, a kiedy około południa zatrzymaliśmy się w małym obozie namiotowym, w pokocie mieliśmy około 200 czarnych kuropatw (większych od naszych kuropatw i o czarnobrązowych piórach), około 80 królików oraz kilka ptaków drapieżnych i szakali.
Wieczorem pojechaliśmy konno z powrotem do Bhuj i Rao opowiedział historie z tysiąca i jednej nocy w taki sposób, jak ktoś z nas opowiada historie poprzednich pokoleń swojej rodziny. W międzyczasie wzeszedł księżyc i rozlał swoje magiczne światło na kopuły i blanki leżącego przed nami starożytnego miasta Bhuj. Z wyrazem entuzjastycznej radości oko Rao spoczęło na swoim mieście, a bajki naprawdę stały się czynami jego przodków, które opisał głosem drżącym z podniecenia, gdy wjechaliśmy przez czarne bramy fortecy w wąskie, ciemne uliczki. Jednak na dziedzińcach świątyń i meczetów migotały setki małych światełek, a każdy przechodzień wychwalając witał swojego księcia.
Przenieśliśmy naszą kwaterę główną do Mandvi, portowego miasta Kaććh, aby na rozległych stepach wzdłuż wybrzeża morskiego polować na gazele i uprawiać narodową dyscyplinę pigsticking, czyli nagonkę z włócznią na dziki. Na ten czas przeprowadzili się tam również Rao i książę Kaluba.
Mandvi to miasto otwarte nowszych czasów. Główną atrakcją są niektóre świątynie hinduistyczne, które są szczęśliwą mieszanką stylów indyjskich i arabskich. Religia bramińska przeważa tam mahometanizm. Zostało to natychmiast udokumentowane przez dużą liczbę fakirów i innych entuzjastów religijnych, których spotyka się na każdym kroku w Mandvi i wokół niego: Członkowie jednej często tam występującej sekty bandażują usta i nos gazą i nieprzerwanie zamiatają zmiotką ścieżkę przed swoimi stopami, aby nie rozgnieść jakiegoś owada. Pod szeroko rozgałęzionym bananem urządził się jeden fakir, który złożył ślubowanie wiecznej pozycji stojącej - jak twierdzili nasi towarzysze, aby przez to męczeństwo wymóc łaskę, której odmówił mu Rao. Ale ponieważ ten poczciwiec w końcu przekroczył siłę swoich nóg, aby stać tak na zawsze, przyczepił worek jak hamak do gałęzi drzewa, na którym powiesił się pod pachami. Stał więc tak na ziemi na wpół wisząc i wypełnił swoją przysięgę zadowalającą Brahmę.
Świecka grupa, która zebrała się w pobliżu tego męczennika, wydawała się weselsza: improwizator głośnym śpiewem wygłaszał poetyckie wykłady. W ręku niósł drąg obwieszony jaskrawymi szmatami, aby dawać się zauważyć. Także nam poświęcił istny potok wersów z niekończącego się źródła swojej poezji, podczas gdy profesor szkicował jego i fakira. Bardzo osobliwy był również wygląd „Kakibawów”, czyli ludzi popiołów. Z wyjątkiem małej szmatki wokół lędźwi, ich tors jest całkowicie nagi, ale noszą nieforemnie wielkie naszyjniki, bransoletki i sznury na piersi, kolorowe szmatki wokół rąk i nóg oraz dzwonki na całym ciele. Włosy, które nigdy nie były ścięte, farbowane na żółto lub rudo, opadają dzikimi kosmykami. Biegają i skaczą bez przerwy, a swoje nadejście ogłaszają z daleka dzwonkami i krzykiem.
Wieczorem tego dnia orkiestra narodowa Rao pozwoliła nam cieszyć się bardziej harmonijnymi dźwiękami, choć też dość dziwnymi. Głównymi instrumentami były szałamaje (dawny instrument muzyczny wydający przenikliwe dźwięki, rodzaj piszczałki z bocznymi otworami – przyp. tłumacza), dudy, cymbały i specyficzny rodzaj gitar. Nie brakowało wirtuoza, który uprawiał także u nas często podziwianą sztukę, wydobywania pięknych tonów z misek i szklanek wypełnionych wodą uderzeniami i pocieraniem.
Na wysokości niedaleko Mandvi, z której można było podziwiać kompleksową panoramę pofałdowanych stepów i wydm, następnego ranka odbyło się spotkanie do nagonki pigsticking z około 20 miejscowymi amatorami polowań, głównie husurami i adiutantami Rao. Wszyscy pojawili się na małych koniach, według nas nienadających się do jeżdżenia, perskiej lub arabskiej krwi, który to fakt od razu dawał zauważyć ich obycie z rozpoczynającą się nagonką. Rezerwowy oddział koni myśliwskich, z którego wybraliśmy nasze konie, pozostał na wzgórzu z wielbłądami niosącymi rekwizyty, namioty i zapasy. Każdy z nas chwycił bambusową lancę o długości około 5 metrów z żelaznym końcem przypominającym ostrze, i galopem - ponieważ sposób chodzenie kłusem nie jest tym koniom znany – docierało się do niewielkich zarośli, w których, jak informowali zmobilizowani z okolicznych wiosek naganiacze, przebywała wataha dzików.
Dzik indyjski jest podobny do niemieckiego; ale nie ma takiej ciężkiej budowy ciała, stoi na wyższych biegach (nogi w gwarze myśliwskiej – przyp. tłumacza) i dlatego jest znacznie szybszy i zwinniejszy, poza tym także bardziej waleczny niż nasz „rycerski czarny fartuch” (w języku niemieckim żartobliwe określenie dzika – przyp. tłumacza). Odyniec jest bez wątpienia najodważniejszym zwierzęciem w Indiach. Przysłowie Marathów mówi: „Dzik idzie do wodopoju”. między dwoma tygrysami Tygrys tak naprawdę nigdy nie atakuje dorosłego odyńca, a młode tygrysy, które zaatakowały je z braku doświadczenia, często są przez nie zabijane. Sterndale opowiada o przypadku, gdy mieszkańcy wioski przyszli do niego z prośbą o uwolnienie ich od plagi tygrysów i dzików. Ci pierwsi niszczyli ich bydło przez napady każdej nocy, ci drudzy niszczyli pola ryżowe i plantacje cukru i mieszkali wspólnie, szanując wzajemnie swoje prawa i zwyczaje w dżungli niedaleko wioski. —
Nasi jeźdźcy z wyczekiwaniem zbliżyli się do zarośli. Rozpoczęła się nagonka i wypędzona została wataha dzików. Najsilniejszy odyniec od razu się oddzielił od watahy i ruszył przez kilka wzgórków bezpośrednio w kierunku wioski. Zawada z kaktusów w ogrodach tworzyła przeszkody najbardziej nieprzyjemnego rodzaju, ponieważ myśl o wpadnięciu w te szerokie i wysokie żywopłoty nie była kusząca. Ale nasi myśliwi, którzy już boleśnie zaznajomili się z tymi kolczastymi przeszkodami, przeskakiwali je doskonale z podciągniętymi do brzucha nogami. Następnie dzik pokonał skaliste nallah, czyli głęboko rozdarte, wyschnięte koryto rzeki, po którym poruszał się z zadziwiającą szybkością. Musieliśmy jechać konno w karkołomnym skalnym terenie musieliśmy jeździć czymkolwiek co musiały wytrzymać lejce. Po półgodzinnym ostrym biegu, do dzika dotarli jeźdźcy będący na przedzie znacznie rozciągniętego na długości peletonu. Ale teraz przez długi czas wymykał się naszym pchnięciom włóczni poprzez szybkie uderzenia hakami i sporadyczne ataki z boku na nogi naszych koni. Aby „polować włócznią”, to znaczy używaną tutaj długą lancą, podobnie jak przy „tent pegging”, czyli podrywaniu śledzi od namiotu, należało schylić się jak najdalej, poprowadzić włócznię poziomo blisko łopatki konia i pozwolić jej pracować tylko siłą prędkości konia, podczas gdy amatorzy polowań z Kalkuty polowali krótkimi, silnymi włóczniami wbijanymi pionowo z góry.
W końcu odyniec został trafiony, ale dopiero - ze wstydem można to przyznać - zabity tuzinem źle wbitych włóczni. Miał cztery stopy wzrostu oraz kapitalny oręż. Polowanie trwało prawie godzinę.
Ale miało jeszcze odbywać się na tych samych koniach polowanie na drugiego dzika potwierdzonego w pobliskich krzakach. Został on wytropiony i, ku powszechnemu zdziwieniu, wybrał on zupełnie nieoczekiwaną trasę pod koniem księcia. Chmura kurzu, z której wystawała tylko długa lanca, na chwilę przesłaniała scenę, po czym dzik wyskoczył w piekielnej ucieczce i został w najbardziej elegancki sposób bardzo szybko powalony przez husuri. Książę i jego łowca zostali potrąceni, lecąc na łeb na szyję, ale na szczęście nie ucierpieli.
Trzecie polowanie przyniosło mi kolejny zabawny epizod. Podczas gdy my, rozstawieni wokół dżungli, czekając na rzeczy, które nadejdą, a ja paliłem papierosa z Husurim siedzącym wspaniale na koniu, z zarośli tuż przed nami wybiegła silna hiena. Natychmiast oboje ruszyliśmy za nią. Wspaniale biegła. Podczas gdy stosunkowo oszczędzała siły na płaskim torze, wykorzystywała każdy wąwóz i liczne nallahy z przebiegłością starego lisa, aby zawsze odciągać nas na setki metrów. Dwa razy już do niej dotarliśmy i dwukrotnie już mogłem użyć mojej niewprawnej włóczni, ale zawsze stawała na nogi; i niewątpliwie w końcu uciekłaby w coraz trudniejszy teren, gdyby nie mój przyjaciel Husuri, który do tej pory jako porządny dżentelmen zawsze dawał mi pierwszeństwo z włócznią, a teraz położył ukatrupił ją nienagannym pchnięciem. - Bardzo zadowoleni pojechaliśmy szerokim, kamienistym dnem rzeki, które żywo przypominało mi obrazy Jordanu, do pagórka miejsca spotkania, gdzie w przewiewnym namiocie cieszyliśmy się zasłużonym lunchem. Trzy polowania z dwoma halali, podjęte jeszcze wieczorem, zakończyły sportowe dzieło tego dnia.
Przez następne dwa dni zamiast włóczni do rąk znów braliśmy strzelby. Chodziło o Chinkara (gazella bennetti), gazelę indyjską. Ta urocza zwierzyna występuje w całych północno-zachodnich Indiach i można ją spotkać na wydmach i skalistych wzgórzach, podczas gdy antylopy poszukują więcej łąk i bliskości wody. Gazela to najbardziej powabne zwierzę, jakie kiedykolwiek widziałem. Kiedy ona, z wyprostowaną, smukłą szyją, zdziwiona i niemal z wyrzutem patrzy na zbliżającego się łowcę swoimi dużymi ciemnobrązowymi świecami (oczy zwierzyny płowej w gwarze myśliwskiej – przyp. tłumacza) lub gdy wydaje się latać w czasie swych sprężystych ucieczek nad nallahami i głazami - zawsze jest doskonałym obrazem piękna i wdzięku. Gazela rzadko osiąga 2,5 stopy wysokości przy łopatkach. Umaszczenie waha się od „płowego” do ciemnego „szarego”, gardło, klatka piersiowa i brzuch są zarysowane na biało. Kozły ozdobione są parą rogów lekko zakrzywionych do tyłu z około 10 równoległymi pierścieniami, o 10-12, rzadko 14 calach długości. Rogi dorosłej kozy składają się z dwóch cienkich, gładkich szpiców.
Ponieważ gazela jest bardzo nieśmiała wobec łowcy podchodzącego pieszo, musieliśmy podjeżdżać do niej wyciągnięci na płaskich wozach z zaprzęgiem z wołów. Przy temperaturze ponad 30 stopni w skali Reaumura w cieniu (jedna ze skal termometrycznych, wprowadzona w 1731 roku przez francuskiego fizyka de Réaumura, gdzie 1 °C odpowiada 0,8 °Ré – przyp. tłumacza) - gdzie nota bene nigdzie go nie było - ciężkim testem dla nerwów było podjeżdżanie nieruchomo w stopniowo zwężających się spiralach wokół gazeli, aż do - zawsze niezwykle krótkiej chwili na oddanie strzału. Raz zbyt pośpiesznie oddany strzał, powoduje, że gazele znów potrzebują dłuższego czasu na uspokojenie – i trzeba – ponieważ zwykle zwierzęta perfidnie daleko nie uciekają -- cierpieć prawdziwe męki Tantala. A gdy choć na kwadrans w ubogim cieniu kilku palm szukałeś chwili na ochłodzenie się i odpoczynek przy basenie z wodą, to wokół udręczonego łowcy siadały cudownie lśniące pawie, które w Kaććh są uważane za święte i nie można było do nich strzelać.
Pokot księcia w ciągu naszych dwóch dni polowania wyniósł 5 kozłów gazeli, a mój 3. W dodatku zgrzeszyłem - omamiony ciernistym krzewem przy jednej starej kozie, którą położyłem z nieprawdopodobnej odległości wzorowym strzałem w komorę.
W dniu 4 marca na wybiegającym daleko w morze molo w Mandvi pożegnaliśmy się z wdzięcznością serca z naszym wspaniałym Rao i bajkowym księciem Kaluba i na pokładzie B. J. S. Henzada popłynęliśmy na południe.
Następnego popołudnia zrzucono kotwicę przed Verawal na południowym wybrzeżu półwyspu Kathijawar i nasz statek został natychmiast otoczony przez chmarę większych żaglówek, obsadzonych przez tubylców, którzy chcieli zostać zabrani jako pasażerowie do Bombaju i którzy setkami ustawili się na pokładzie.
Podeszło do nas kilku wytwornie wyglądających mężczyzn - dostojników obszaru Kathijawar, z których tylko jeden mówił po angielsku i zajął się formalnościami związanymi z przyjęciem nas.
Łódka, kołysząca się w górę i w dół, do której z pewnym trudem zostaliśmy przeładowani, robiła o tyle gościnne wrażenie, że na dywanie z pewną podniosłością ustawiono półkole krzeseł. W jego środku młody człowiek z mieczem przerzuconym przez ramię trzymał ogromną, srebrną Hoka Posto. Chyba ta fajka pokoju miała obiec wszystkich w koło, ale oszczędzono nam ceremonii i choroby morskiej, ponieważ wkrótce dotarliśmy do lądu, a raczej do tego punktu płytkiego wybrzeża, z którego indywidualnie na ramionach 4 kulisów w czerwonych fotelach dotarliśmy na sucho na ląd. Dwa czekające powozy zawiozły nas do stojącego przed miastem bungalowu Travellers, gdzie odbyło się ponowne powitanie w formie założenia nam wieńców i odymienia nas kadzidłami. —— Niestety gościnność zgodnie ze zwyczajowymi warunkami wydawała się tutaj być już wyczerpana, bo mimo zapewnień urzędników, że „o wszystko się już zatroszczono”, po prostu brakowało wszystkiego, co było potrzebne do utrzymania tego mizernego życia. Nie było ani kucharza, ani kominka, a pora wieczornego obiadu połączyła nas przed żałosnym kurczakiem i dwiema butelkami sody. –
Nie ma co do tego wątpliwości, znów znaleźliśmy się nieco dalej poza kulturą europejską, w kraju, obok którego tylko od czasu do czasu przepływał Europejczyk w drodze z Karaczi do Bombaju.
Pozornie niekończąca się podróż przez płaską, wzbijającą w powietrze kurz okolicę doprowadziła nas następnego dnia do naszego aktualnego celu, do ogromnego lasu, który wypełnia środek półwyspu. Ma on około 60 mil angielskich długości i 30 mil szerokości i jest siedliskiem lwów, które zresztą nie są gatunkiem rodzimym w Indiach. —— „Super — Intendant of the forest“ (w języku angielskim: nadleśniczy – przyp. tłumacza), ciekawie wyglądający dżentelmen, był naszym cichym towarzyszem, ponieważ język hindustański był dla nas niestety tak samo niezrozumiały, jak dla niego język angielski. Przez jednolite stepy i rzeki jechało się z dwoma uzbrojonymi jeźdźcami za powozem, aż dotarło się do lasu, który tylko ze względu na swoją rozległość robi wrażenie, bo szare i żółte, nagie drzewa stoją bez urozmaicenia w ubogim runie i suchej trawie - dookoła tylko cisza pustkowia. Jedynymi żywymi stworzeniami, jakie spotkaliśmy po drodze, była kobieta z trójką dzieci, które prawdopodobnie wracały do swojej wioski ukrytej gdzieś w lesie. Matka niosła na biodrach najmniejszego, nagiego chłopca, dwaj starszych jechało z tyłu na bawole. Nieśmiała, z szatą podciągniętą do połowy twarzy, wyciągnęła rękę chłopca, który wyraził ten gest mówiąc cicho „bakszysz sahib” (prośba o jałmużnę – przyp. tłumacza).
Tuż przed zapadnięciem zmroku byliśmy w "Sassunes", składającym się z kilku chat, w pobliżu których rozbite były dla nas wygodne namioty. —— Również tutaj schronienie było początkowo jedyną rzeczą, jaką oferowała gościnność Nawab. Kucharz, łóżka, naczynia, cały bagaż, krótko mówiąc, wszystko było jeszcze daleko za nami, a napełniony na statku i przywieziony z nami kosz śniadaniowy, musiał pomóc z największej potrzeby. Ale co do bardzo zrozumiałego pragnienia - to wciąż jest straszne nawet we wspomnieniach! Wprawdzie następnego dnia pojawiło się kilka butelek wody sodowej, ale ponieważ cały taki materiał musieli sprowadzać konni posłańcy z oddalonej o 27 mil stolicy, te nieszczęsne małe butelki niewiele pomagały w walce z ogromną posuchą i trzeba było sięgać po zwykłą wodę, której do picia tak unika się na równinach. ——
Dwa dni najbardziej intensywnego spokoju; - wciskająca się do namiotów duchota; nad nimi kilka dużych drzew bananowca rozpościerało przyjaźnie swoje szeroko rozłożone gałęzie, których korzenie powietrzne zwisały do ziemi; w ich cieniu jest bardzo znośne miejscem do spokojnego oglądania beztroskich wiewiórek bawiących się na dachu namiotu i gałęziach. Pomiędzy nimi siedzą wrony z szeroko otwartymi dziobami, jakby miały astmę; - na dworze w słońcu stoją wozy i przeżuwające woły, między bagażami śpi służba - jest taki upał i nuda, że można zgłupieć. - Ponieważ wysłane w poszukiwaniu lwów shikari nie wracają, postanowiono ostatecznie, żeby polować na dziki, rzekomo przebywające w pobliżu - nic ciekawego!
Wreszcie trzeciego dnia lwy zostają potwierdzone. —— Kilka mil od obozu król pustyni dał znać ciągłym rykiem o swojej obecności. Właściwy gąszcz jest otoczony i przeczesywany. Przed nim na gałęziach niektórych drzew są umieszczeni strzelcy. Najpierw pojawia się lwica, potem brodaty samiec. Oboje razem są tylko przelotnie, kiedy widzą się w plenerze. Kula księcia trafia lwa w głowę, a on toczy się jak dobrze postrzelony zając;
Gdy karawana pojawiła się z tym łupem, cichy obóz bardzo się podekscytował i wszyscy wybiegli z chat wioski, aby z bliska zobaczyć drapieżnika bawołów i cieląt.
Następnego dnia 27 mil powozem do stolicy Dźunagadh. Podróż była dokładnym powtórzeniem pierwszego dnia - kurz, straszne drogi, pragnienie i upał - aż w końcu na grzbiecie wzgórza pojawiły się mury i blanki miasta, a powóz zatrzymał się przed wyizolowanym dakh - bungalowem. Ze stanu letargu między przebudzeniem a snem nasze siły witalne zostały nagle zaskoczone muzyką i hałasem bębnów; po naszej lewej ręce stała orkiestra muzyczna w wojskowym stroju, a po prawej stronie zaszczyty czyniła straż przyboczna Nawaba, brązowi faceci w czerwono-pomarańczowych mundurach na bogato zaprzężonych siwkach ze sztandarami i kotłami.
W drzwiach przywitał nas brat panującego władcy, który posługiwał się dobrą angielszczyzną swojego urzędu jako zastępca gospodarza. — Pół godziny później pojawił się osobiście H.H. Mahabat Khan Nawab, konwój ułanów galopował przed czterokonnym powozem, którego konie nosiły ciężkie aksamitne koce. Około 35-letni sułtan w swojej haftowanej aksamitnej spódnicy pod dużym parasolem robił bardzo chorowite i zmęczone wrażenie. W salonie oficjalne pozdrowienie, premier tłumaczy skąpe przemówienie i odpowiedź na przemówienie, a czas wypełniło głównie kropienie się olejkiem różanym i obwieszanie girlandami z biało - czerwonych kwiatów. Po raczej milczącym spotkaniu ustalono, aby natychmiast przyjąć względnie złożyć powtórną wizytę w pałacu. W sali Durbar (Słowo to pochodzi z języka perskiego i oznacza mniej więcej tyle, co dwór szacha – przyp. tłumacza) powtórzyła się scena przyjęcia, tylko bardziej godna i cichsza; naczynia, z których podawano maści i olejki, były złote, krzesła, na których siedzieliśmy, były srebrne, a istniejące łańcuchy z kwiatów połączono z girlandami splecionymi złotymi wstążkami, dzięki czemu wyglądaliśmy niezwykle świątecznie pomimo naszych strojów myśliwskich.
Niespodziewanie dobra kolacja w naszym bungalowie sprawiła, że zapomnieliśmy o wszystkich trudach, jakie przeszliśmy przeprowadzając się do tego kraju. O godzinie trzeciej w nocy byliśmy już z powrotem w powozie, aby złapać pociąg na najbliższej stacji Jetpur, oddalonej o jakieś 20 mil, który miał nas zawieźć w poprzek półwyspu przez Ahmadabad i Bombaj do Kalkuty, trasa, na której pokonanie najszybszym indyjskim pociągiem, potrzeba było zaledwie trzech dni i czterech nocy.
W budynku stacji w Ahmadabadzie otrzymaliśmy wiadomość, która w tamtych dniach sprowadzała boleść i smutek do najodleglejszych zakątków świata: telegraf w krótkich i suchych słowach donosił o śmierci Jego Wysokości, naszego niezapomnianego cesarza Wilhelma I.
IX.
W Himalajach i na równinie Gangesu.
Dotarliśmy do stolicy Indii. Wicekról lord Dufferin z łaskawą gościnnością otworzył nam bramy do budynku rządowego, który zresztą poza wielkością nie wyróżnia się niczym szczególnym. Także białe morze domów w Kalkucie jest interesujące tylko ze względu na ich niekończącą się ekspansję; a szerokie ramię Gangesu Hugli imponuje tylko niezliczonymi pojazdami wszelkich kształtów i rozmiarów, które na nim pływają. Ale jest coś całkiem niezwykłego w Kalkucie i nie ma sobie równych w całych Indiach. Wilgotny upał. Cała skóra pleśnie, wszystkie książki stają się jak bibuła; kiedy spokojnie siedzi się w pokoju, ubrania pokrywają się wilgotnym opadem.
Nasza zdolność do cieszenia się, która bez tego została już znacznie zmniejszona przez wszystkie dziwne i wielkie wrażenia ostatnich kilku miesięcy, znacznie ucierpiała z powodu tej szklarniowej temperatury i nie mogły nas już zachwycić ani parady, ani wyścigi, ani muzeum z indiańskimi antykami i reminiscencje z kampanii Aleksandra w Pendżabie, ani ogród botaniczny dzięki znanemu na całym świecie drzewu bananowca, którego pień ma 42 stopy, a korona 850 stóp obwodu. Główną atrakcją naszych tamtejszych dni były improwizowane polowania parfors z piknikami, które po mistrzowsku zaaranżował pan Gerlich, niemiecki konsul generalny, jeden z najbardziej zapalonych amatorów polowań w Indiach.
Ale nagliło mnie i kusiło dalej - Himalaje były zbyt blisko, żeby przynajmniej nie rzucić na nie spojrzenia. Tak też w porze lunchu koleją bengalską opuściłem Kalkutę, gdy się już ściemniało promem parowym przekroczyłem imponującą główną odnogę Gangesu, jechałem przez noc i następny dzień - na koniec, pod wieczór coraz wyżej w małym wagoniku zębatkowego wyciągu dotarłem do Dardżyling, najsłynniejszego uzdrowiska wysokogórskiego w Indiach.
Owinięty w zimowe ciuchy siedziałem na tarasie hotelu Woodlands - ponieważ było zimno - i piłem herbatę z dużą ilością araku. Dookoła gęsta mgła, od czasu do czasu krótki ulewny deszcz. Gwiżdżący podmuch wiatru przebił się przez korony rododendronów i sosen wejmutek (zwanych też sosnami amerykańskimi; gatunek drzew iglastych z rodziny sosnowatych – przyp. tłumacza) wokół hotelu, mgła dziko falowała i przepełniona światłem odchodzącego dnia, uwydatniła się na chwilę z morza mgły na całkiem nieprawdopodobnej wysokości lodowatego szczytu Kanczendzonga. Moje serce zatrzymało się i zacząłem łapać oddech. Widok był przytłaczający.
Przez kolejne dwa dni miałem szczęście widzieć górskiego giganta jeszcze kilka razy w różnym oświetleniu. Często cały ogromny łańcuch górski leżał wyraźnie przed moimi oczami, tak że gołym okiem mogłem podziwiać morze wysokich szczytów i czubków, osunięcia lodowców i śnieżne pola. Wtedy oko pojmowało także —— obejmując wzrokiem wypełnioną zalesionymi górami i dolinami odległość między Dardżyling a faktycznym podnóżem Kanczendzonga - bajeczną wysokość białego kolosa, który moją lokalizację na wysokości 8000 stóp przewyższa jeszcze o ponad 20000 stóp osiągając w ten sposób dwukrotną wysokość absolutną Grossglocknera (najwyższy szczyt Austrii o wysokości 3798 m n.p.m. – przyp. tłumacza); lecz trwałe i na zawsze niezapomniane będzie to szokujące wrażenie z pierwszego wieczoru, kiedy w samotnym, uroczystym majestacie, jak z innego świata, najwyższy szczyt wyłonił się samotnie z mgły.
Mój pociąg znowu pędził w dół na równinę Gangesu, znowu w środku nocy masy wody świętej rzeki potoczyły się pode mną i ponownie otoczyło mnie gorące powietrze z Kalkuty. Ale zaraz jechał dalej, od teraz ciągle na zachód - urlop dobiegał końca i tylko krótkie postoje przerywały kurs, który znów skierowany był w stronę niemieckiej ojczyzny. Pierwszym z nich było święte Waranasi. - Mówi się, że już w najwcześniejszych czasach aryjskiej kolonizacji w Indiach, u zbiegu rzek Waruny i Gangesu zostały położone fundamenty miasta Waranasi, które wkrótce stało się religijną metropolią hinduizmu. Dlatego Gautama Budda, reformator bramińskiej religii, w szóstym wieku przed narodzinami Chrystusa, wybrał to miasto jako punkt wyjścia nowej nauki. Doktryna „nirwany” panowała tam przez osiem wieków, aż w IV wieku naszej ery Waranasi, a następnie całe Indie powróciły do starej wiary. Na ten czas przypada pielgrzymka chińskiego buddysty Hwen Thsanga, który w rękopisie pozostawił nam wiadomość, że ludność Waranasi i całej równiny Gangesu należała w tym czasie do obu wyznań w mniej więcej równym stopniu. Wymienia on 30 klasztorów buddyjskich i 100 świątyń bramińskich w Waranasi. Teraz buddyzm został tam przez tysiąclecie wykorzeniony, a Waranasi jest bastionem braminizmu. Z drugiej strony, wiele meczetów udowadnia, że Mogołowie z Agry przez kilka stuleci trzymali silną rękę również nad Waranasi i wykonywali tam w swój sposób prace kulturalne. Mogoł Ala-ud-Din chwali się zburzeniem 1000 hindustańskich świątyń w Wanarasi, a prawie wszystkie ocalałe świątynie zostały tymczasowo zamienione na meczety i mauzolea.
Już wieczorem w dniu naszego przybycia ciekawość zawiodła nas w labirynt uliczek Waranasi. Znajdują się w nich liczne, okazałe kamienice, pięknie udekorowane dziełami rzeźbiarzy, ale ponieważ górujące, wyższe kondygnacje naprzeciwko często niemal ich dotykają, są również wzajemnie połączone mostami, i tak efekt architektoniczny zostaje zatracony. Elewacje niższych kondygnacji zdobią fantastyczne, obrazowe przedstawienia, które ukazują mityczne i religijne wydarzenia.
Aby uniknąć obserwacji sąsiadów, jako okna wykonano tylko małe otwory. Dlatego powietrze u handlarza dywanów, z którym targowaliśmy się przez godzinę, dusiło - a u „bajadery”, która przy dźwiękach dud i szałamai wykonywała dla nas niekończące się, zmieniające się powtarzanie pieśni i tańca, urozmaicane jedynie wymierzanym przez nią policzkowaniem, prowadziło do omdleń.
Drugi poranek przyniósł jednak punkt kulminacyjny naszego pobytu, rejs po Gangesie w czasie religijnych ablucji, prawdopodobnie jeden z najciekawszych spektakli, jakie istnieją na tym świecie. Prawy brzeg rzeki nagle wznosi się na wysokość prawie 100 stóp . Długi rząd pałaców, świątyń i meczetów wieńczy wysoki brzeg. Liczne kamienne schody prowadzą w dół między ogromnymi murami do żółtej rzeki, w której obecnie setki tysięcy Hindusów ze wszystkich kast i sekt, wszystkich grup wiekowych i płci praktykuje swój kult religijny. Leżą na brzegu lub stoją do bioder w wodzie, z ramionami wyciągniętymi do nieba i modlą się głośno; inni piją mętną wodę lub polewają ją z szacunkiem głowy; pod kosztownymi baldachimami kąpią się kobiety wysoko urodzone; pomiędzy tym wszystkim bawią się dzieci, kobiety piorą swoje ubrania, a – osoby pogrążone w żałobie, palą swoich zmarłych, a popioły następnie wsypują do rzeki. W przeszłości zwłoki wrzucano prosto do wody. Jednak ze względów sanitarnych rząd brytyjski nakazał wcześniejsze spalenie. Dlatego w wielu miejscach w skalnych ścianach brzegu wykute są miejsca kremacji, których otoczenie jest poczerniałe od dymu. W każdym z tych miejsc na z wolna tlących się stosach drewna wypalały się jedne lub więcej, owiniętych całkowicie w białe szmaty zwłok, których stopy prawie dotykały wody. Wokół stosu drewna i na prowadzących do niego schodach kucali krewni zmarłego, czekając w milczeniu i bez ruchu na zakończenie procesu zwęglania. Następnie popioły są przekazywane świętej rzece. Ale widzieliśmy jednak – wbrew życzliwym nakazom rządu – powoli spływające w dół rzeki ozdobione kwiatami zwłoki. – Na całej długości brzegu rzeki niezliczone kamienie pamiątkowe wskazują, że w tych miejscach męczeństwu „sati”, to znaczy dobrowolnej śmierci w wyniku spalenia, poddały się wdowy po zmarłych. - Umrzeć w Waranasi i zostać pochowanym w świętej rzece to najpewniejsza gwarancja wiecznej szczęśliwości dla bramińskiego hindusa. Dlatego większość indyjskich radżów posiada pałace w świętym mieście, do którego udają się, gdy czują, że zbliża się ich koniec. Te stare rezydencje rodzinne wznoszą się jak solidne zamki między kolorowymi świątyniami i zgrabnymi meczetami nad rzeką.
Mogliśmy obejrzeć tylko niewielki wybór spośród wielu interesujących, częściowo starożytnych budowli w świętym mieście. Według słownika nazw geograficznych „Gazetteer of India” Huntera, Waranasi liczy 1454 świątynie i 272 meczety. Mówi się, że radża z Dźajpur obiecał miastu, jako znak jego uwielbienia, zbudowanie 100 000 świątyń, z których część faktycznie została zbudowana. Przynajmniej mahometanie mogą się trochę wściekać jako profanatorzy świątyń! Poza tym niemal na każdym rogu, w każdej niszy znajduje się obraz świętego, lub kamień wykuty w religijny, często obsceniczny sposób.
Najpierw wspinaliśmy się po stromych schodach do pałacu radży z Nagpur, zbudowanego z potężnych bloków, a następnie, po pobożnym zdjęciu butów, odwiedziliśmy imponujący meczet wielkiego cesarza Aurangzeba, zbudowany na ruinach zniszczonej, hinduskiej świątyni. Smukłe, wysokie na 150 stóp minarety sprawiają, że masywna kamienna bryła tego meczetu jest najwybitniejszą budowlą fasadową. Potem nieustannie mijaliśmy świątynie i mauzolea dochodząc do labiryntu uliczek śródmieścia. Chmara próżniaków, fakirów i żebraków – których przedstawicieli z tych to trzech grup zawodowych jest prawdopodobnie więcej w Waranasi niż w jakimkolwiek innym mieście na świecie – podążała za nami na każdym kroku. Wśród żebraków kapłani byli zdecydowanie najbardziej zuchwali i natrętni. – Wszędzie wokół nas obfitość starożytnej i najwspanialszej sztuki oraz cudownego przepychu – ale jeszcze więcej brudu – rzeczywistego i moralnego – zatopienie całej kultury w występku i lenistwie, straszne skutki religijnego fanatyzmu, który często przeradza się w całkowite szaleństwo. Hinduizm ukazuje się w Waranasi w swojej najbardziej osobliwej i najciekawszej, ale także w najbardziej odrażającej postaci.
Z naszą stale rosnącą świtą przeszliśmy do zbudowanej przez księżniczkę z grupy etnicznej Maratów z Indore dla boga Sziwy „złotej świątyni”, w której - szczególnie uwzględniając to, że kobieta ufundowała tą świątynię – czczony jest niezwykle dziwny symbol boga jako największa świętość.
Następnie do znajdującej się w jednej z najwęższych uliczek i dostępnej tylko przez bardzo małą bramę świątyni krów. W salach kolumnowych świątyni, która jest całkowicie pokryta obfitą kamienną rzeźbą, stoją święte krowy i cielęta i z dostojną powagą jedzą girlandy z kwiatów, które ofiarują im klęczący ludzie. W cichym zdziwieniu pozwolono mi patrzeć z daleka - ponieważ odmówiono nam wejścia do wnętrza świątyni - jak jedno z tych pobożnych zwierząt wędrowało całkiem samodzielnie przez środek pobożnych ludzi do największej świętości i tam wyrażało cześć bóstwu w bardzo szczególny sposób.
Architekturę i zdobienia o zdecydowanie chińskim charakterze wykazuje świątynia z Nepalu, która wśród budowli hindustańskich dzięki temu egzotycznie sprawiającemu wrażenie elementowi wygląda niezwykle zaskakująco. Kapłani i pielgrzymi na jej dziedzińcach i w jej otoczeniu również noszą piętno rasy mongolskiej w ich rysach twarzy i krępej budowie ciała.
„Małpia świątynia”, chyba najbardziej znana za granicą ze świątyń świętego miasta, ledwo zasługuje na swoją międzynarodową reputację. Nasze zdziwienie wzbudziło właściwie dopiero zaskakujące oświadczenie brata Pförtnera, że bóg, który mieszkał w świątyni, nazywa się Hahnemann (właściwie Hánumán). Boskie małpy żyją w rodzinach we wszystkich niszach i zakamarkach i konkurują z kapłanami w pożądaniu i zarozumiałości.
Pod względem cudownej mocy jednak wszystkie inne sanktuaria w Waranasi przewyższa basen Mani Karnikí, który jest wypełniony potem Wisznu. Tysiące pobożnych Hindusów nurkuje co roku do tego śmierdzącego basenu i zmywa w nim grzechy ze swoich dusz. A jednak - pomimo całej ciemności, wszystkich występków, całego brudu, które panują w Waranasi - ujął mnie pewien rodzaj respektu, gdy pociąg wiózł nas przez ruiny buddyjskich budowli, a minarety Aurangzeba witały nas obok złotej pagody księżniczki Maratów - niemi świadkowie przez stulecia pracy kulturalnej trzech wielkich religii Wschodu.
Ponownie parowiec, ten współczesny pionier cywilizacji, zabrał nas 300 mil angielskich dalej na zachód, pożegnaliśmy się ze świętą rzeką, aby płynąć w górę rzeki Jamuny i znaleźliśmy się na jakiś czas pod znakiem półksiężyca.
W Agrze czekały na nas w klubie europejskim wygodne kwatery, które przygotował dla nas sir John Tyler, lekarz, dyrektor więzienia, prezes klubu i ja nie wiem zresztą jeszcze wszystkiego, co zostało nam zapewnione. - Miasto zyskało swoje znaczenie za sprawą Akbara, wielkiego organizatora imperium mongolskiego, który około połowy XVI wieku przeniósł tutaj siedzibę rządu z Delhi. Wszystkie monumentalne budynki Agry są powiązane z nazwiskiem Akbar, jego synem Jahángirem i Szahdżahanem, który Jahángira zrzucił z tronu i zabił.
Ciemne i majestatyczne ściany fortu z czerwonego piaskowca wznoszą się nad Jamną. Ten potężny budynek Akbara kryje za swoimi murami i bastionami wyposażony w niezrównany luksus pałac Mogołów, najbogatsze apartamenty dla kobiet i najpiękniejszy meczet Moti Masjid, marmurowy budynek wznoszący się na lekkiej płycie z piaskowca z trzema złoconymi kopułami. Naprzeciw ciemnej bramy zamku znajduje się piękny meczet Jama Masjid, zbudowany z białego i czerwonego marmuru przez Szahdżahana na cześć jego cnotliwej córki Jahánary. - Kiedyś powiedziano, że Mogołowie zaprojektowali swoje konstrukcje jak tytani i wykonali je jak jubilerzy.
Po drugiej stronie Jamny, ukryty w gajach pomarańczowych i krzewach róż, leży klejnot sztuki wizualnej, Ihtimád Daulá; nie wiadomo, czy bardziej należy podziwiać harmonijne, pełne wdzięku formy nadane mu przez mistrza budowlanego, czy też pachnące ozdoby, w które ubrał go kamieniarz. W języku niemieckim nie ma słów, które mogłyby oddawać delikatność tego mauzoleum. Jego czyste, miękkie kształty dały początek legendzie, że cesarz Jahángir poświęcił go swojej nieszczęśliwej miłości, córce wielkiego Wezyra, która zmarła w młodym wieku.
O zachodzie słońca wracamy przez rzekę, aby w delikatnym wieczornym świetle podziwiać widok na Tadź Mahal, najpiękniejszy grobowiec na ziemi, w całej jego magii. Z czcią przechodzimy przez odważnie zakrzywiony łuk bramy do wiecznie zielonego gaju. Wzdłuż wyłożonego marmurem cieku wodnego, którego proste linie przerywają szerokie baseny z szumiącymi fontannami, idziemy z bijącym sercem w stronę mauzoleum przepięknej Mumtáz-i-Mahal. Leży tam w marzycielskim spokoju, w marmur zamieniona bajka z tysiąca i jednej nocy, śnieżnobiały z ciemnej zieleni cyprysów i laurów wznoszących się ku niebu. Lekkie kontury zdają się rozpuszczać w wieczornym świetle, jest jak urzekająco piękny miraż.
Tadź Mahal wraz z ogrodami znajduje się na marmurowym tarasie wznoszącym się bezpośrednio z Jamny. Jego forma świadczy o najwyższej doskonałości architektury orientalnej, jego zdobnictwo jest na poziomie zlewania się sztuki kamieniarza ze sztuką jubilera. - Kopuła i minarety wykonane są z olśniewającego białego marmuru, przykrytego welonem z kwiatów wyciętych z kamienia - delikatnych i pachnących, jakby naprawdę wyrosły na pniu oleandrów i lilii. Wokół portali i nisz znajdują się arabeski (ozdobny ornament roślinny wywodzący się z kultury arabskiej – przyp. tłumacza) kwiatów i gwiazd na białym tle inkrustowane kolorowymi pączkami, a delikatnie napisane w czarnym marmurze wersety Koranu, wywijają się wokół kolumn i sklepień. - Wchodzimy do oświetlonego wnętrza tej bajkowej budowli. Tu sztuka rzeźbiarska świętowała swój największy triumf; wydaje się, że się uległo złudzeniu: jest to bardziej altana z białych kwiatów i liści niż kamienny sklepienie, bardziej stworzona ręką wróżki komnata małżeńska niż komora grobowa, w której stoją sarkofagi Szahdżahana i jego pięknej królowej!
Kiedy będąc jakby we śnie wyszliśmy z mauzoleum na otwarte powietrze, księżyc wzszedł i rozlał swój magiczny blask na bajkową budowlę, której przezroczysta biel zdawała się emitować migoczące światło. Słowiki kląskały w gajach cyprysów, woda delikatnie ciurkała po marmurowych misach, słodki zapach jaśminu i kwiatów pomarańczy wypełnił powietrze - trzeba było mechanicznie przekonać się, że się nie śni, że naprawdę się tego doświadcza, rzeczywiście doświadcza się na tej ziemi magii tego widoku!
Wykorzystaliśmy poranek poprzedzający dalszą podróż na wycieczkę do Sikandra, około pięciu mil na północ od Agry. Z równiny pozbawionej cienia wznosi się budynek o szczególnym stylu. Budowniczy mógł mieć przed oczyma wizję buddyjskich modeli. Z czerwonego piaskowca, bogato zdobionego marmurową mozaiką, ułożono na sobie pięć stopniowo zwężających się pięter. Każdy taras otaczają szerokie korytarze z balustradami i wystającymi budkami. W środkowej sali pierwszego tarasu pod kolorowymi emaliowanymi sklepieniami spoczywają kości wielkiego króla Akbara. Wysoko, tuż nad głową Mogula, w małej świątyni leżał niegdyś Koh-i-noor, największy diament na ziemi. Anglia wzięła diament Koh-i-noor w przechowanie. Prochy Akbara jednak nadal spokojnie spoczywają w Sikandrze. Bajeczna budowla - o wymiarach, jakie tylko wyobraźnia orientalnego despoty mogła sobie wyobrazić - leży porzucona w spiekocie szerokiej równiny. Żaden człowiek jak okiem sięgnąć, tylko gruchające małe gołębie gniazdują w budkach, a połyskujące jaszczurki biegają po marmurowej trumnie potężnego władcy.
W środku nocy dotarliśmy do Delhi, miasta o najbardziej burzliwej przeszłości, jaką można sobie wyobrazić, którego gleba, od dni pierwszych najazdów Tatarów do wielkiego powstania w 1857 roku, wypiła więcej krwi niż być może jakiekolwiek inne miejsce na ziemi. Ogromne pole gruzu, które pokazuje zasięg Delhi w różnych fazach jego historii, obejmuje 45 angielskich mil kwadratowych. Dzisiejsze miasto jawi się w nim jak maleńka wioska.
Kilkugodzinna przejażdżka wczesnym rankiem zabrała nas przez ruiny wszystkich epok do gigantycznych ruin meczetu Kutab-ud-Din's, pierwszego Mogoła Delhi. Z samego środka zniszczenia wznosi się w chmury wieża Kutab Minar, którą według legendy muzułmańskim zdobywca kazał zbudować nad głową pokonanego księcia hinduskiego. Wieża była kiedyś uważana za najwyższą konstrukcję na świecie. Budynek, z którego muezin miał pierwotnie wzywać wiernych tego gigantycznego miasta do porannych i wieczornych modlitw, wznosi się na pięć pięter na wysokość około 250 stóp. Jego szczytowa kopuła upadła podczas trzęsienia ziemi na początku wieku. - W pobliżu wieży znajduje się masywna żelazna kolumna. Napis sanskrycki mówi, że stała ona tam od stworzenia świata. Stary bramin powiedział radży Anang Pal, który rządził w Delhi w VIII wieku p.n.e., że kolumna była zakorzeniona w głowie wężowego króla Vasuki, który utrzymuje świat i nikt nie powinien jej wyciągać. Wtedy niewierzący radża nakazał wykopać tą kolumnę; ale kiedy w głębinach pojawiła się krew, kazał ją ponownie zakopać tak szybko, jak to możliwe. Ale żadna siła nie była w stanie umocować kolumny, a utrzymanie się na tronie niewierzącego radży, które zależne było od podstawy kolumny, zostało zachwiane - Stąd królestwo radży i miasto nazywane są Delhi, to znaczy chwiejące się.
Droga przez pozostałości rozległych świątyń i fortyfikacji zaprowadziła nas z powrotem do wciąż dość dobrze zachowanego „fortu” ostatniej dynastii mahometańskiej. Kryje on w otaczających murach z cudownym przepychem wykonany pałac i harem, którego łaźnie z wygodą i bogatymi zdobieniami przyćmiewają każdy nowoczesny, luksusowy budynek czasów współczesnych. Według Fergussona, dwie połączone budowle z dziedzińcami i ogrodami zajmują podwójną powierzchnię Escorialu, największego pałacu w Europie. Sala audiencyjna Mogołów, która łączy wszystko, co kwitnące sztuki były w stanie stworzyć za pomocą niewyczerpanych środków wschodnich władców dla ich kaprysów, nosi napis nad miejscem, w którym niegdyś stał wspaniały pawi tron: „Jeśli jest raj na ziemi, to jest on tutaj, to jest on tutaj!”
X.
Ostatnie polowania i wycieczki.
Pomiędzy nizinami Gangesu a Zatoką Kaććh rozciąga się ogromny górzysty kraj Radźputana, który jest w większości pokryty piaszczystym stepem. Kilka poszarpanych pasm górskich wyższych, w większości niezalesionych gór przecina kraj z południowego zachodu na północny wschód. Większa, północno-zachodnia część jest prawie w całości zajęta przez niekończące się obszary pustyni, ta po południowo-wschodniej stronie pasm górskich jest generalnie także jałowa, pokryta skałami i piaskiem oraz skąpą dżunglą. Obszar tego wielkiego pustynnego obszaru wynosi około 140 000 angielskich mil kwadratowych, a jego populacja wynosi zaledwie około 10 milionów ludzi, głównie hindustańskiej rasy i takiegoż wyznania.
Politycznie Radźputana jest podzielona na 21 prawie niezależnych księstw. Kraj wziął swoją nazwę od panującej kasty Radźputów, która rządziła około 0,5 mln dusz. Każdy Radźput - jak każdy Baskijczyk - nosi w piersi podnoszącą na duchu świadomość bycia urodzonym księciem; żebrak - bo bycie żebrakiem pasuje do każdej rangi i klasy w Indiach - uważa się za równie eleganckiego jak Maharadża, którego też słusznie nazywa swoim kuzynem, i jest niezwykle skrupulatny na punkcie etykiety. Radźputowie na podstawie ich pokrewieństwa są podzieleni na klany, które w pewnym stopniu reprezentują duże rodziny. Klany mają w lennie zdecydowanie największą część kraju i są w rzeczywistości feudalną krajową arystokracją.
Podczas podróży do Bombaju mieliśmy poznać trzy stany Radźputów – nawet jeśli tylko na chwilę: Alwar, Dźajpur i Ajmer-Merwara.
Mangal Singh, władca Alwaru, zaprosił nas na polowanie na tygrysy. Wraz z nim, jego byłym nauczycielem majorem Creaghem i agentem politycznym pułkownikiem Peacockiem, pewnego ranka w trzech błyszczących four-in-hand (czterokonny zaprząg – przyp. tłumacza) opuściliśmy starożytny Alwar z jego wieńczącymi szczyty wokół miasta bastionami i wieżami strażniczymi. Na skutek często nawiedzającej równiny Radźputany pustynnej burzy, powietrze wypełnił drobny, wirujący piasek. Słońce było spowite żółtawą mgiełką, a nagie zbocza doliny, po których podróżowaliśmy, z powodu osobliwego bladego światła wydawały się jeszcze bardziej sztywne i niegościnne. Co szóstą milę zmienialiśmy konie; potem skończyła się droga do jazdy powozem i trzy słonie osiodłane czymś w rodzaju materaca wzięły nas po dwóch na grzbiety, bagaże jechały na wielbłądach. Pod eskortą fantastycznie umundurowanych ułanów przejechaliśmy około dziesięciu angielskich mil, aż dotarliśmy do naszego, romantycznie położonego w dzikim kotle górskim, obozu. Pomiędzy grupami cienistych bananowców, na zielonej trawie rozbity był obóz składający się z około dwunastu dużych i niezliczonych małych namiotów, które zapewniały jedynie wyobrażalny komfort życia w obozie. Centrum obozu stanowił naprawdę okazały namiot, który służył jako jadalnia. Ściany wewnętrzne były z czerwonego sukna w delikatne niebieskie wzory. W rogach dywanami oddzielone były małe salony wyposażone w żółte, jedwabne poduszki i stoły z pięknie obrobionego brązu z Waranasi. Namiot stał na niewielkim wzniesieniu, które pokrywały trawniki z zagajnikami kwiatów i fontanny. Reszta obozu została zgrupowana wokół tej idylli, która powstała na kilkudniowy pobyt. Każdy z nas miał obszerny namiot, który poprzez portiery podzielono na salon, sypialnię i łazienkę. Za każdym namiotem stał namiot swego sługi. Eskorta, myśliwi, kornacy (czyli opiekunowie słoni) i cała świta woźniców wielbłądów, tragarzy i marynarzy mieszkała w małych namiotach i chatach ustawionych w dalszej okolicy.
W gałęziach zagajników drzew żyły dzikie pawie, papugi i małpy. W pełnej szacunku odległości od obozu, tam, gdzie kończyła się sztuka a zaczynał step i rumowisko skalne, grasowały szakale, a nad poprzerzynanymi szczelinami krawędziami doliny wysoko krążyły orły i sępy.
Okazały obóz w tym otoczeniu był bardzo charakterystycznym obrazem zwyczaju tych indyjskich książąt pokazywania niespotykanego luksusu na swoich pasmach gór w najbardziej odległych pustkowiach.
W otwierających się wokół naszego obozu wąwozach, przywiązywano w dżungli cielęta bawołów, jako przynętę dla tygrysów. Na najbliższym większym drzewie rdzenny shikari zajmował posterunek. Zwabiony przerażającym ryczeniem spętanego zwierzęcia, tygrys podkradał się w ciemność i rozrywał cielę. Shikari spokojnie obserwował ten proces ze swojego drzewa. Tygrys następnie wycofywał się w kierunku swojego stałego miejsca przebywania, a shikari schodził z drzewa i podążał za nim na zasięg słuchu. Zwykle nasycony tygrys nie miał już ochoty na długi marsz i wkrótce kładł się w zaroślach. Wtedy shikari omijał go, ponownie wspinał się na drzewo i uprzykrzał zmęczonemu drapieżnikowi, ciągłym stukaniem kilkoma kamykami, kontynuowanie jego wymarszu. Jeśli uzna, że wystarczająco upewnił się co do efektu, shikari szybko schodzi z drzewa i nad ranem dociera do punktu w którym ustawiony jest posłaniec konny. Ten jedzie ventre-a-terre (z j. francuskiego: co koń wyskoczy – przyp. tłumacza) do obozu, tam podnoszony jest alarm, w stan pogotowia stawiani są myśliwi, słonie i czeladź obozowa, posłaniec konny zbiera mieszkańców najbliżej położonej, hinduskiej wioski jako naganiaczy, w mgnieniu oka dolina, w której usadowił się tygrys, jest otaczana, wszystkie wąwozy i przejścia obsadzane są strzelcami i zaczyna się nagonka. Przerażone pawie przelatują hałaśliwie przez dżunglę, który pokrywa dno doliny, tu i ówdzie z nagonki wyrywa się sambar lub hiena. Ale nikt do nich nie strzela, nikt nie chce stracić szansy na tygrysa. Oto rozlega się - dźwięczny, szemrający ton, który przez chwilę nakazuje piekielnemu hałasowi grzechotania i tam-tamów, aby zamilkły. Z głębi doliny ledwo go słychać, aż do krawędzi wąwozu, gdzie siedzę na moim słoniu w klatce Houda. Niemniej jednak nerwowe drżenie przepływa przez ogromne ciało mojego wierzchowca, podekscytowany słoń smaga trąbą swoje boki, wyrzucając strumienie wody i śliny na brzuch i plecy, kojąc nerwy. Poganiacz słoni intensywnie adaptuje żelazne haki do głowy gruboskórnego zwierza i powłoki na uszy, aby nie dopuścić do obrócenia się i ucieczki słonia – stary słoń z pewnością miał już nieprzyjemne spotkanie z tygrysem.
Pierwszy strzał pada z wystającej skały, na której ustawił się maharadża. Odpowiedzią jest gniewny, mrożący krew w żyłach ryk. Kolejna minuta absolutnej ciszy - wydaje się, że dolina, która właśnie powtarzała jeszcze echo dzikiego polowania, wymarła. Na dole pęka drzewo pęka i bezpośrednio potem ostre, krótkie, dwa strzały ze strzelby. Słychać toczenie się kilku odłamków skalnych, głęboki, bolesny jęk, a potem nic więcej. Tygrys nie żył. Domniemywając, dosięgły go kule Maharadży, gdy miał wspinać się po kamienistym dnie wyschniętego strumienia z dżungli. - Wspaniałe zwierzę leżało rozciągnięte między kilkoma kamiennymi blokami na tarasie wodospadu niczym lew z Lucerny. Jego potężne łapy zwisały z krawędzi półki, tylko kilka promieni słońca odbijało się w wąskim wąwozie na wspaniale prążkowanym futrze. - To był pięcioletni tygrys i szczególnie silny okaz; mierzył dziewięć stóp od nosa do czubka ogona i około czterech stóp od pazura do barku.
W kolejnych dniach polowania okrążone tygrysy uchodziły nietknięte przez linię nagonki, względnie znikały w niewytłumaczalny sposób w dżungli. Potem nadeszły dwa dni, kiedy na niespokojnych terenach nie widziano żadnych tygrysów. Łowienie ryb, ściganie szakali z chartami, łapanie drapieżnych ptaków z rysiem - w innych okolicznościach bardzo zajmujące zajęcia - nie mogły nas rozweselić w te dni przymusowego odpoczynku. Dlatego ostatnia noc przed teraz już pilnie koniecznym wyjazdem została poświęcona zasadzce na tygrysa.
O zachodzie słońca lord Reginald Fitzwilliam, który niedawno przybył do obozu jako gość na polowanie, i ja, w towarzystwie dwóch shikari, pojechaliśmy do dystryktu leśnego położonego około czterech mil na południe od obozu. Przy wejściu do doliny, w której mieliśmy się zasadzić, nad cichym stawem w najgłębszym leśnym ustroniu leżała romantyczna pustelnia bramińskiego anachorety. Tam zostawiliśmy słonie i - już w głębokiej ciemności - przedostaliśmy się przez dżunglę na polanę z bajorkiem wody pośrodku. Shikari przywiązali niewinne cielę ofiarne do krzaka i polecili drzewo o szerokich gałęziach jako miejsce na noc, z którego podobno otwiera się widok na całą polanę i zniknęli. Siedzieliśmy więc na naszym drzewie ze strzelbami, nożami myśliwskimi, lornetkami i nie wiem, czym to jeszcze obwieszeni i nie myśleliśmy o niczym innym, jak tylko o tym, żeby nie spaść. Aż do północy panowała kruczo czarna ciemność, w której słonie mogły bawić się pod naszym drzewem, nie będąc dla nas widzianymi. Nasza pozycja była bardzo niewygodna, jak można to tylko sobie wyobrazić. Było gorąco jak w piecu, żaden zefirek nie wiał przez wąską leśną dolinę. Nogi zdrętwiały i po kilku minutach każda nowa pozycja stawała się nie do zniesienia. - Cielę nie wydało żadnego dźwięku, więc podejrzewaliśmy, że złośliwi shikari zabrali je ze sobą. Dopiero gdy po północy wzszedł księżyc, mogliśmy się uspokoić co do tej wątpliwości, gdyż zrezygnowane cielę położyło się w swoich krzakach i najwyraźniej spało. Katusze pragnienia przerodziły się w ból fizyczny, a muchy i komary dręczyły nas niezwykle. Nie mogliśmy palić, żeby – jak twierdzili shikari – nie odstraszyć przebywającego w pobliżu tygrysa. Ale cielę milczało i żaden tygrys nie przyszedł. O pierwszym zmierzchu nowego dnia z dżungli wyszedł sambar, aby się napić – poza tym nie widzieliśmy i nie słyszeliśmy żadnych innych żywych stworzeń. Kiedy było jasno i zeszliśmy z drzewa udręki z wyrazami twarzy o straconej nadziei, moje usta i podniebienie były jak sucha skóra i nie mogłem wydać żadnego dźwięku. Ale Fitzwilliam wydobył z siebie ochrypłym głosem słowa: - „How would you like a well iced whisky — peg now?”( z j. angielskiego: „czy chciałbyś teraz napić się dobrze zmrożonej whisky?” – przyp. tłumacza). Spojrzałem na niego w milczeniu z wyrzutem.
Po wymarszu z naszego uroczego obozu, wędrowaliśmy na naszych słoniach do polowania po płaskowyżu porośniętym niskimi krzakami. Zastrzeliliśmy kilka okazów Nilgai (portax pictus) - (największa antylopa azjatycka – przyp. tłumacza). Anglicy kozy tego niezwykle dużego gatunku antylop, które bardziej przypominają konia lub zebrę, ze względu na niebiesko-szary kolor, nazywają blue bull (niebieski byk – przyp. tłumacza). Ich krótkie i niezbyt piękne rogi nie mogły nas jednak pocieszyć, ponieważ dotąd nie mogliśmy przywieźć z Indii żadnej samodzielnie zdobytej skóry tygrysa, co z pewnością będzie postrzegane przez wielu Europejczyków jako niezrozumiałe i wręcz kompromitujące.
Przyjechaliśmy do Dźajpur, rezydencji Sawai Madho Singha, który jako głowa wielkiego klanu Kach Waha wywodzi się bezpośrednio od mitycznego króla Rama z Oudh. Z uwagi na tego boskiego przodka i od niego, aż do Madho Singha, niemal nieprzerwane drzewo genealogiczne przodków królewskich, ten ostatni prawdopodobnie byłby w stanie twierdzić, że jest najwybitniejszym ze wszystkich hindustańskich maharadżów, gdyby nie było skaz na tarczy jego rodziny.
W XV wieku Dźajpur, podobnie jak większość stanów Radźputów, padł ofiarą ataku islamu. Ale zamiast - jak przystało na Radźputów - przeciwstawić wrogi opór obcemu zwycięzcy, książęta Dźajpur wstąpili nawet na służbę do Mogołów i zdobyli uznanie jako ich generałowie i mężowie stanu. Ów Dźaj Singh, który chciał złapać wodza Maratów Sivajiego koło Mahabaleshwar i przypłacił tą próbę życiem, był z krwi króla Ramy. A jeden z dumnej linii przodków zapomniał o swojej godności do tego stopnia, że oddał swoją córkę jednemu z mahometańskich zdobywców - a mianowicie Dżahangirowi, budowniczemu czarującego mauzoleum lhtimad-Daula. Radźputowie nie mogli wybaczyć, że wódz ich największego klanu w taki sposób upokorzył dumną krew, a to poniżenie miało się zemścić na rodzie Maharadżów.
Gdy rozpoczął się proces rozpadu imperium islamskiego, ówczesny Radża z Dźajpur chciał zawrzeć sojusz z księciem Udajpur o wyzwolenie Radźputany, poślubiając jego córkę. Dumny ojciec zgodził się jednak tylko pod warunkiem, że potomkowie jego córki będą dziedziczyć pomijając synów z pierwszych małżeństw. I stało się tak - ale wojna o sukcesję i bratobójstwo pomściło na rodzinie królewskiej i kraju grzech poprzednich pokoleń.
Jako pierwsze udaliśmy się z wizytą do Radży Siwai Madho Singha. Tytuł Siwai oznacza 1,25 człowieka i ma wyrażać wyższość osoby noszącej ten tytuł nad wszystkimi jego bliźnimi. W każdym razie było to charakterystyczne dla Madho Singha, gdyż jak gigant wśród krasnoludków stanął przed nami władca Dźajpur ze swoim dworem. Rozmowa musiała być tłumaczona słowo w słowo i nie wykraczała poza zwykłe zwroty powitania. Z zapewnieniem wzajemnego szacunku rozstaliśmy się. Przez rozległe ogrody, bogato zdobione fontannami i budkami, dotarliśmy do stajni, gdzie naczelny koniuszy we własnej osobie przedstawił nam konie sportowe, tańczące i aportujące. Obok stajni uszeregowane były zagroda dla słoni i menażeria (dzikie zwierzęta zgromadzone w celu pokazywania ich publiczności – przyp. tłumacza), w której wiele osławionych ludojadów, pożerających ludzi tygrysów, które niegdyś pustoszyły całe tereny, zakończyło swoje aktywne życie przy dobrej opiece. Bezpośrednio obok tych założeń prawdziwie orientalnej fanaberii despoty znajduje się grupa małych budynków o bardzo rzucającym się w oczy stylu. To obserwatorium Dźaj Singha II, najsłynniejszego indyjskiego astronoma. Poprawił tablice De la Hire'a, które na początku ubiegłego wieku uważano za miarodajne, i sam sporządził nowe listy astronomiczne, które na cześć swego suzerena (najwyższy senior niebędący niczyim wasalem – przyp. tłumacza) nazwał „tablicami Mahometa Szacha”.
Miasto Dźajpur niekorzystnie różni się od większości innych miast indyjskich zbyt regularnym układem szerokich ulic i wyraźnym brakiem solidności jego budowli. Wspaniałe fasady elewacji jakiegoś pałacu Nabobów maskują często tylko front parterowego domu, a ciosane bloki piaskowca i marmurowe płaskorzeźby są reprezentowane przez stiuki i bielone cegły. Na domiar złego Maharadża wydał kategoryczny rozkaz, aby całe miasto zostało pomalowane na różowo, w oczekiwaniu na wizytę księcia Walii, jakby chciał dopełnić wrażenie niesolidnego miasta drugorzędnego. I tak obserwator podczas wszystkich swoich wypraw przez miasto nie będzie widział nic innego, jak różowe świątynie, różowe pałace, różowe ściany i chaty, aż w oczach będzie mu się mieniło o tego czystego różu.
Natychmiast, mimowolnie, odnosi się wrażenie, że miasto to nie rozwinęło się naturalnie i historycznie, ale zostało zbudowane szybko, przy niewystarczających zasobach na despotyczny rozkaz. I to wrażenie nie jest mylące, ponieważ Dźajpur budowano w pośpiechu dopiero na początku ubiegłego wieku, a ludność miasta naraz z całymi rodzinami przeniosła się do skupiska budynków, które nagle wystrzeliły z ziemi. Do tego czasu, od czasów starożytnych, jeszcze zanim aryjscy Radźputowie zawładnęli ziemią, Amber, o którym już wspominał Ptolemeusz, położone pięć mil dalej na północ w górach, było stolicą kraju. Następnie w 1728 roku radża i cała ludność nagle opuścili solidne mury Arnber i osiedlili się na równinie. Czy to boskie polecenie, proroctwo czy narodowa tradycja były do tego pretekstem, aby porzucić domy na wiele stuleci, czy tylko despotyzm wypędził stamtąd ludzi, żadna kronika ani inskrypcja nie dają wystarczających informacji. Praktyczne powody mogły być niemożliwe do wyjaśnienia, ponieważ Amber pod każdym względem przewyższa Dźajpur.
Naszego drugiego dnia w Dźajpur w godzinach popołudniowych jechaliśmy z różowego miasta w góry wygodnym, należącym do stajni książęcych, lando (rodzaj pojazdu konnego czterokołowego z siedzeniami dla pasażerów umieszczonymi naprzeciw siebie – przyp. tłumacza). Z położonego w połowie drogi z Dźajpur do Amber jeziora, wznosi się pałac wodny, będący ulubionym miejscem książąt radźputańskich.
Stary budynek, od dawna już nie zamieszkany, wygląda jak zaczarowany zamek. Jego mury fundamentowe wznoszą się bezpośrednio z wody, tak że długie sale kolumnowe dzięki odbiciu w wodzie wydają się ciągnąć w nieskończoność. Na progach i gzymsach rośnie trawa, a na stopniach prowadzących w dół do wody zewnętrznych schodów, wygrzewa się w słońcu aligator.
Droga wznosi się teraz do szerokiego skalnego kanionu, na którego stokach w malowniczym miejscu rozciąga się stare Amber. Wysiadamy z powozu i jedziemy na kucykach stromą, wyłożoną płytkami drogą do miasta. Po lewej stronie pod nami na dnie wąwozu jest ciemne jezioro otoczone tarasami z piaskowca ze świątynią na maleńkiej skalnej wyspie, cyprysy odbijają się w spokojnej wodzie. Po prawej wyludnione ulice biegną w górę zbocza, domy wydają się być wybudowane na wieczne czasy, ponieważ choć przez długi czas brakowało ludzkich rąk konserwujących zabudowania, masywne kamienne budynki do tej pory oparły się burzom monsunowym i prawie nie wykazują żadnych oznak rozkładu. Ostry kontrast z kiepskim stylem budowy z Dźajpur! Na ulicach i w domach nie widać żadnego człowieka, tylko kilka ciężko objuczonych wielbłądów ze swoimi cichymi woźnicami podchodzi z góry w naszą stronę wielką drogą.
Nad grzbietem gór po obu stronach biegną krenelażowe mury z grubymi wieżami, ich kontury ostro kontrastują z wieczornym niebem; potężne, ponuro spoglądające dzieło tworzy domknięcie wąwozu ku górze.
Jadąc uliczką odchodzącą w lewo od głównej drogi, dotarliśmy przez bramę zbudowaną z masywnych bloków do zamku królewskiego. Podobnie jak zamek staroniemieckiego rycerza rozbójnika, wisi on na raptownym urwisku górskiej ściany, bezpośrednio nad jeziorem. Odnosiło się takie wrażenie, jakby było się oczarowanym w tej samotności. Wokół panowała głęboka cisza. Nie ma żadnej żywej istoty na drzemiącym w ciepłym świetle wieczornego słońca dziedzińcu; w ciemnych salach pałacu można usłyszeć jaszczurki biegające po gładkich ścianach. Wchodzimy do pomieszczeń dla kobiet, zbudowanych z najlepszym gustem. Utrzymane są w ciemnej tonacji, mozaika i przyciemnione malowidła na złotym tle oddziaływają dyskretniej niż przerwy czarniawych, marmurowych ścian i wypolerowane płyty z piaskowca na podłodze. Sklepienia mają umiarkowane łuki, a sufity są pomalowane bogato, ale w spokojnej tonacji i emaliowane. Z szerokich okien rozciąga się wspaniały widok na góry z zamkami, opuszczone miasto po drugiej stronie stoku, ciche jezioro u podnóża. Oleandry i dzikie róże kwitną na półkach skalnej ściany, powoje i bluszcz wiją się wokół budynków świątynnych nad jeziorem i pełzają po skale do wykuszów haremu. Jedynymi żyjącymi stworzeniami wokół są dzikie pawie, które ze swoimi ciemno połyskującymi piórami pojawiają się jako dodatki w tym poważnym, bajkowym obrazie.
Trudno było oderwać się od tego miejsca najbardziej osobliwej magii, gdzie stary duch i prawdziwie stanowczy i szlachetny sposób bycia Radźputów, naszych indyjskich pobratymców, tak żywo przemawiał do nas z ich dzieł. - Ale nasz czas tutaj był ograniczony. Pośpieszyliśmy z powrotem do położonego na płaskowyżu Dźajpur, by przez noc dotrzeć do Adźmer, naszego ostatniego przystanku przed Bombajem.
Adźmer - Merwara, do tego stulecia niezależne państwo radźputańskie, jest obecnie izolowaną brytyjską enklawą w środku Radźputany. Zaprowadziło nas tam zaproszenie majora Creagha, naszego towarzysza łowów z Alwar, który dowodzi tamtejszym garnizonem, batalionem miejscowych myśliwych. Obiecał pokazać nam być może najbardziej ekscytujący indyjski sport jeździecki „panther - sticking”, ale – tak jak niezwykła bogini łowów nigdy nie była dla nas w Indiach szczególnie łaskawa - również tutaj uratowała panterę przed uwięzieniem a potem złapaniem jej przez nas w wilczym dole. Ale i tak nie mieliśmy powodu żałować tego ostatniego przystanku, ponieważ wizyta w Adźmer i sąsiedniej świętej Pokharze miała być miłym i godnym zakończeniem naszej indyjskiej wyprawy.
Zostaliśmy przywitani z największym ciepłem w przytulnym domu kawalerskim majora Creagha. Pierwszy dzień spędziliśmy - wciąż w oczekiwaniu pantery - na wędrówki do, górującego na wysokim skalistym cyplu fortu, z którego można podziwiać wspaniały widok na pięknie ukształtowane linie górskie i miasto rozciągające się w żyznej dolinie - oraz do miejsca pochówku Khwaja-Sahiba narodowego świętego z Adźmer, o którego cudach opowiadają liczne legendy. W najstarszej linii jego rodowodu dziedziczy się jeszcze dzisiaj godność kapłana w mauzoleum. Obok niego jak jaskółcze gniazda wiszą na wilgotnych ścianach dzikiego i ryzykownego skalnego wąwozu dwa meczety ofiarowane świętemu przez wielkich cesarzy Akbara i Szahdżahana.
Następnego dnia o wschodzie słońca wyruszyliśmy w dwóch tongach na wycieczkę do słynnego hindustańskiego miejsca pielgrzymkowego Pokhar. Mimo wczesnej pory słońce przypalało żarem pozbawione roślinności pasmo górskie oddzielające zieloną dolinę Adźmer od piaszczystej pustyni, w której leży mała oaza Pokhar.
Zwierzęco wyglądający fakir siedział w cieniu jedynego drzewa bananowca po drugiej stronie góry i żebrał bełkotanymi bez uczucia modlitwami o środki utrzymania dla jego nędznej egzystencji. Kilka małp dotrzymywało towarzystwa biedakowi, za to dzielił się on z nimi po bratersku skromnymi zapasami. Po rozżarzonych i oślepiających wydmach poruszyły się skokami gazele. Niestety nie powiodła się próba naszego podejścia do nich z pomocą nadchodzącego akurat po drodze wielbłąda.
Zupełnie uschnięci od upału w końcu dotarliśmy do oazy. Wokół nieatrakcyjnego jeziora między marnymi palmami i drzewami tekowymi zgrupowanych jest tutaj wiele świątyń i pałaców. Wśród palm znajduje się świątynia Brahmy, ewenement, ponieważ w dziwny sposób w Indiach dla wszystkich innych członków bramińskiego panteonu bogów obficie zadbano o siedziby, to wielki Brahma sam jest zdany na jedyną małą świątynię z Pokhar. Za to miejsce to jest także szczególnie pełne łask i pielgrzymkom nie ma końca. Największemu grzesznikowi przez kąpiel w jeziorze Pokhar oddana jest sprawiedliwość i po śmierci udaje się prosto do raju. Dlatego prawie wszystkie rodziny książęce Radźputów budowały przy tym jeziorze swoje pałace, aby móc często się w nim kąpać. Z loggii pustego pałacu w Dźodhpur obserwowaliśmy swoisty kult, przypominający kąpiel w Gangesie z Waranasi. Głównie kobiety wybitnych Radźputów starały się tego dnia oczyścić z grzechów w cudownej wodzie; mnogość kapłanów pomogła im nie zaniedbać niczego, co mogłoby zapewnić im rozkosz raju. Powinni oni przy tym, zgodnie z opowieścią majora, wypełniać swoje obowiązki kapłańskie w bardzo szczególny sposób. Ogólnie niemoralność w Indiach w najświętszych miastach i miejscach pielgrzymek osiąga najwyższy szczyt.
Pod wieczór byliśmy z powrotem w Adźmer, zadowoleni, że uniknęliśmy niebezpieczeństwa udaru słonecznego, które było oczywiste tego dnia. Występ poskramiaczy węży i magów - których sławna sztuczka wyhodowania drzewa ze stosu ziemi całkowicie się nie powiodła – uprzyjemniał nam i zaproszonym tutaj tubylczym oficerom z batalionu strzelców majora Creagha czas do nocnego wyjazdu naszego pociągu.
Po raz czwarty w ciągu sześciu miesięcy naszych podróży po Indiach zawinęliśmy do Bombaju. Miasto z powodu gwałtownie zaczynającego się teraz gorącego sezonu było już znacznie opuszczone przez Europejczyków. Kilka pożegnalnych wizyt i finalne transakcje finansowe zostały załatwione w pośpiechu i 15 kwietnia wesoły konsul Bartels, który wkrótce miał ulec morderczemu letniemu klimatowi, po raz ostatni wyprowadził nas do Blue Bay pod niemiecką flagą z Apollo Bunder. Parowiec P. & O., który miał nas przywieźć do Europy, wypuścił już gęste chmury dymu i wszystko było gotowe do odpłynięcia. Krótkie, serdeczne pożegnanie naszego przyjaciela i indyjskiej służby - w pewnej odległości tęsknie brzmiące „hurra” - i wkrótce Bombaj i indyjska plaża zatonęły w morzu. Odblask zachodzącego słońca sprawił, że jeszcze raz postrzępione zarysy ghoata wyróżniały się na tle wieczornego nieba - to było ostatnie pożegnalne pozdrowienie!
Indyjski sen się skończył i wszystko, co było cudowne i wspaniałe, pozostało tylko wspomnieniem. Żegnaj niezrównana, niezapomniana kraina czarów! Ten, kto cię zobaczył, tęskni zawsze za Tobą.
Niech mi też będzie dane, aby raz jeszcze spojrzeć na Twój blask, raz jeszcze spenetrować Twoje głębokie, ciemne lasy, raz jeszcze ujrzeć twój bajkowy księżyc posrebrzający budynki z białego marmuru! Niech moje ostatnie pozdrowienie nie będzie więc smutnym pożegnaniem, ale entuzjastycznym:
Do widzenia!