Skandal w zameczku myśliwskim Grunewald. Męskość i honor w Cesarstwie Niemieckim
Wolfgang Wippermann
Wolfgang Wippermann
Skandal w zameczku myśliwskim
Grunewald
Męskość i honor w Cesarstwie Niemieckim
Nota redakcyjna (Impressum)
Niemiecka Biblioteka Narodowa (Deutsche Nationalbibliothek) rejestruje tę publikację w Niemieckiej Bibliografii Narodowej; szczegółowe dane bibliograficzne są dostępne w Internecie pod adresem: http://dnb.d-nb.de.
Dzieło to jest w całości chronione prawem autorskim. Jakiekolwiek wykorzystanie bez zgody wydawnictwa jest niedozwolone. Dotyczy to w szczególności powielania, tłumaczenia, mikrofilmowania oraz wprowadzania do systemów elektronicznych i przetwarzania w nich.
ISBN wydania drukowanego: 978-3-89678-810-8
© 2010 by Primus Verlag, Darmstadt
Wydanie niniejszego dzieła zostało umożliwione dzięki członkom stowarzyszenia WBG.
Projekt okładki: Christian Hahn, Frankfurt nad Menem
Ilustracje na okładce:
po lewej: Wilhelm II ze swoimi synami, ok. 1914 r. (© picture-alliance/IMAGNO/Austrian Archives);
pośrodku: trzy damy z towarzystwa na łące w Grunewaldzie, ok. 1905 r. (© picture-alliance/IMAGNO/Austrian Archives);
po prawej: strona dziedzińca pałacyku myśliwskiego Grunewald (© bpk)
eBook ISBN 978-3-86312-647-6 (epub)
Opublikowano jako epub w 2011 r.
Spis treści
„Słowo honoru” – wprowadzenie
„BRUDNE HISTORIE”
Seksskandal w pałacyku myśliwskim Grunewald
Hohenauowie
Aribert von Anhalt i inni homoseksualiści na dworze Wilhelma II
Honor, męskość i seks
„OD NAJDOSTOJNIEJSZYCH NA DWORZE”
Kto to był?
Dwór i świta dworska
Honor, męskość i świadomość klasowa
„OSOBOWOŚĆ O CHOROBIWIE NIEWIEŚCIICH SKŁONNOŚCIACH”
Listy stają się sprawą publiczną
Komisarz Tausch wkracza do akcji
Kotze zostaje podejrzany i aresztowany
Kotze dowodzi swojej niewinności i broni swojej męskości
Męskość i zniewieściałość
„NIEGODNY, BY NOSIĆ MUNDUR KRÓLEWSKI”
Kotze traci swój honor
Cesarz interweniuje ponownie
Kotze odzyskuje swój honor
Honor i męskość poprzez pojedynek
„DZIESIĘĆ SKALPÓW ZA MAJĄTEK RYCERSKI”
„Sprawiedliwość klasowa”, „przewrót” i „rządy osobiste”
Reichstag interweniuje
Koniec tradycji pojedynków i dawnej męskości
„ŻYD FRIEDMANN”
Fritz Friedmann
Maximilian Harden
Męskość, honor i antysemityzm
„BURZA ZE STALI”
„Męskie fantazje”
Dawna i atawistyczna męskość
Męskość atawistyczna i faszystowska
Męskość, honor i niekończąca się historia
Załącznik
Esej bibliograficzny
Przypisy
Bibliografia
Indeks osób
Źródła ilustracji
„Słowo honoru” – wprowadzenie
„Daję panu/pani moje słowo honoru, że…” – zwykli mawiać dzisiejsi politycy, gdy kłamią lub chcą zaprzeczyć kłamstwu. „Historia powszechna kłamstwa” trafnie została zatytułowana tym zakłamanym zdaniem. Owa „Historia powszechna kłamstwa” została napisana, względnie wydana, przez znanego artystę kabaretowego Dietera Hildebrandta, który wykorzystuje cały swój kunszt kabaretowy, aby tych polityków nie tylko przyłapać na kłamstwie, lecz także wystawić na pośmiewisko. To ostatnie udaje się już choćby dlatego, że dziś nie tylko „słowo honoru”, ale i sam „honor” uchodzą za pojęcia tak przestarzałe, iż sprawiają wręcz komiczne wrażenie.
Jedynie niereformowalni starzy i zaciekli nowi naziści hołdują jeszcze „honorowi”, który rzekomo został przypieczętowany „krwią” i dowiedziony „wiernością” wobec „Führera” w czasach narodowego socjalizmu, w rzeczywistości jednak właśnie przez ten kontekst „krwi” i „wierności” został całkowicie zdyskredytowany. Tam, gdzie dziś widnieje napis „honor”, przeważnie kryje się wiele faszyzmu. Tak jest w przypadku grup neofaszystowskich, które przejęły dewizę zbrodniczej formacji SS „Naszym honorem jest wierność” i same nazywają się „Krew i Honor” (niem. Blut und Ehre) lub po angielsku: Blood and Honour. Nie, na „honorze” nie da się już dziś niczego sensownego zbudować [dosł. z honorem nie da się dziś zrobić państwa]. Dziś z honoru w najlepszym razie się podśmiewa, a w najgorszym – gardzi nim jako faszystowskim reliktem.
Z „człowiekiem honoru” [niem. Ehrenmann] nie jest o wiele inaczej. W tym przypadku myśli się raczej o „honorowym stowarzyszeniu” mafii z jej osobliwymi, krwawymi rytuałami, tak pięknie przedstawianymi i odmalowywanymi w hollywoodzkich filmach. Z takimi „ludźmi honoru” chcemy mieć równie mało do czynienia, jak z „ludźmi spod trupiej czaszki” z Waffen-SS, którzy dowodzili swojej męskości i honoru przy użyciu i poprzez „zbrodnie przeciwko ludzkości”.
Oto jesteśmy mężczyznami, ale mężczyznami skonfrontowanymi z niełatwym do rozstrzygnięcia pytaniem: o jaką męskość właściwie ma chodzić? Miękką męskość androgynicznych, długowłosych hipisów i uciekinierów od systemu z lat 60., ubranych w kolorowe, powłóczyste szaty? Twardą męskość noszących skórzane kurtki rockersów i motocyklistów? Czy może tę – nazwijmy to tak – zorientowaną na sukces męskość bankierów, menedżerów i polityków w garniturach w prążki, których styl i habitus są dziś naśladowane przez wielu młodych mężczyzn, pragnących również zostać bankierami, menedżerami lub przynajmniej politykami?
Zwykle wszechobecna i kreująca trendy reklama także nie oferuje wyjścia z sytuacji, a w każdym razie żadnego wiążącego i jednoznacznego. Przecież i tutaj istnieją różne, konkurujące ze sobą wizerunki męskości. Niektóre z nich zresztą zdążyły już zniknąć. Do takich należy niegdyś tak nośny reklamowo i męski „Marlboro Man”, który padł ofiarą zakazu reklamy wyrobów tytoniowych. (W zapomnienie odeszło także hasło reklamowe, które jako zapalony palacz fajki zawsze uważałem za tak piękne, a wedle którego „mężczyźnie potrzebne są trzy rzeczy”: mianowicie fajka, ogień i określona marka tytoniu).
To, co chciałem tutaj – co prawda w skrócie – wyrazić, sprowadza się po prostu do następującej kwestii: męskość i honor uchodzą dziś albo za pojęcia zużyte i przestarzałe, albo stały się tak rozmyte, że nam, mężczyznom (ale zapewne także kobietom), nie dają już żadnego oparcia ani punktu orientacyjnego. Męskość i honor są po prostu „passe”, ba, wręcz „totalnie passé”.
Właśnie dlatego interesujące, a być może nawet pouczające, jest spojrzenie wstecz na czasy, w których męskość i honor miały zupełnie inne i o wiele większe znaczenie. W epoce Cesarstwa Niemieckiego (z której jednak zajmiemy się wyłącznie ostatnią, nazwaną od imienia ostatniego cesarza, fazą wilhelmińską) niewątpliwie tak właśnie było. Wtedy mężczyźni jeszcze byli i chcieli być mężczyznami – a dokładniej „ludźmi honoru” – którzy zarówno swoją „męskość”, jak i swój „honor” udowadniali poprzez udział w pojedynkach. Ta ówcześnie „hegemoniczna” męskość spotkała się jednak z ostrą krytyką i została zakwestionowana już w dobie wilhelminizmu.
Krytyka ta była w istotny sposób uwarunkowana skandalem nazwanym od nazwiska człowieka, który zwał się Leberecht von Kotze i z zawodu był mistrzem ceremonii. Czym zajmują się mistrzowie ceremonii i kim był Leberecht von Kotze?
Mistrzowie ceremonii (ang. masters of ceremony, MC) istnieją do dziś. Prowadzą i nadzorują uroczystości oraz inne publiczne i niejawne wydarzenia, pojawiają się na ślubach i pogrzebach, a także podczas karnawału i w telewizji, gdzie nazywani są również showmasterami (prezenterami/konferansjerami). Różne inne instytucje i organizacje oczywiście nie chcą i nie mogą zrezygnować z usług opłacanych bądź honorowych mistrzów ceremonii. Lista ta jest długa. Rozciąga się od lóż masońskich, przez okultystyczne tajne związki, aż po Kościół katolicki, który swoich mistrzów ceremonii nazywa „ceremoniarzami”. Szczególne znaczenie mieli – i po części wciąż mają – mistrzowie ceremonii na dworach książęcych i królewskich. Byli i są tam odpowiedzialni za organizację i oprawę uroczystości dworskich oraz audiencji, jak również za nadawanie orderów i tytułów. Ponadto czuwają nad ogólną etykietą i przestrzeganiem pozostałego ceremoniału dworskiego.
Tak było również na dworze cesarza Wilhelma II. Funkcjonowało tu łącznie jedenastu mistrzów ceremonii, którzy byli instruowani przez wielkiego mistrza ceremonii (niem. Oberzeremonienmeister) i podlegali wielkiemu marszałkowi dworu (Oberhofmarschall). Jednym z nich był urodzony w 1850 roku jako syn majora von Kotze, który początkowo – podobnie jak ojciec – został oficerem, by następnie opuścić armię w stopniu rotmistrza i objąć posadę mistrza ceremonii na dworze cesarza Wilhelma II. Urząd ten sprawował do 1896 roku. Po swoim przymusowym odejściu ze służby dworskiej wycofał się do swoich majątków w Karkonoszach, gdzie zmarł w 1920 roku.
W sumie nie był to życiorys typowy, ale też nieszczególnie spektakularny. Mistrz ceremonii Leberecht von Kotze byłby dziś całkowicie zapomniany, gdyby nie uwikłał się we wspomniany już skandal. Trwał on od 1891 do 1896 roku i w ocenie zarówno części współczesnych, jak i późniejszych historyków, podkopał fundamenty tzw. rządów osobistych cesarza Wilhelma II, przyczyniając się tym samym do upadku Cesarstwa Niemieckiego. Poza tym polityczno-historycznym oddziaływaniem – dostrzeżonym już i opisanym w dotychczasowych badaniach – skandal Kotzego miał jednak również znaczenie z punktu widzenia historii kultury oraz historii płci (gender history). Skandal wokół mistrza ceremonii von Kotzego należy bowiem rozumieć i analizować także jako czynnik oraz wskaźnik przemian męskości i honoru w Cesarstwie Niemieckim.
Oto teza – czy na tym etapie jeszcze hipoteza – która ma zostać dowiedziona w niniejszej, świadomie zwięzłej i przystępnie napisanej książce. Przyjąłem przy tym następujący tok wywodu: W pierwszych dwóch rozdziałach opisane zostały punkt wyjścia oraz tło skandalu Kotzego, który rozpoczął się jako seksskandal w kręgach elity dworskiej. Chodziło w nim z jednej strony o honor, męskość i seksualność (hetero- oraz homoseksualną), z drugiej zaś o honor, męskość i świadomość klasową (szlachecką i nieszlachecką).
W kolejnych dwóch rozdziałach naszkicowany został dalszy przebieg afery, która z poziomu intrygi dworskiej przerodziła się w skandal polityczny, w ramach którego krytykowano osobistą interwencję cesarza i poddawano pręgierzowi opinii publicznej jego osobiste rządy. Do tego doszło znaczenie z perspektywy historii płci. Sprawa dotyczyła wszak problemów i dyskursów wokół męskości i zniewieściałości oraz męskości i honoru – a konkretnie: ostatecznie udanych prób Kotzego, by poprzez stoczenie serii pojedynków odzyskać odebraną mu początkowo męskość i cześć.
Te ogólne, bynajmniej niepodzielane wyłącznie przez samego Kotzego wyobrażenia oraz – w odniesieniu do pojedynków – praktyki męskości i honoru stały się, jak wykazano w rozdziale piątym, przedmiotem ostrej krytyki publicznej. Przyczyniło się to w bardzo istotnym stopniu do upadku (nazwanej tak przeze mnie) dawnej męskości i zastąpienia jej przez nową męskość, którą klasyfikuję jako atawistyczną.
Zanim jednak kwestia ta zostanie omówiona w rozdziale siódmym, rozdział szósty rzuca światło na dalsze losy dwóch pozornych postaci drugoplanowych całego skandalu. Jedną z nich był adwokat Fritz Friedmann, który bronił Kotzego i napisał pierwszą obszerniejszą publikację na temat tej afery. Drugą był publicysta Maximilian Harden, który swoimi ówczesnymi artykułami nagłośnił skandal Kotzego i w znaczący sposób wpłynął na jego dalszy przebieg. Stając w obronie Kotzego i nagłaśniając jego sprawę, Friedmann i Harden bynajmniej nie zyskali sympatii na dworze i wśród arystokracji. Metody prawnicze i dziennikarskie, jakimi posłużyli się w tej sprawie, same stały się zarzewiem skandalu, przy czym nieustannie wypominano im ich żydowskie pochodzenie. W ten sposób afera Kotzego zyskała podtekst antysemicki. Daje to impuls do poddania bliższej analizie relacji między męskością a antysemityzmem (bądź dyskursu na ten temat).
W podsumowaniu zatytułowanym „Męskość, honor i niekończąca się historia” [dosł. Męskość, honor i brak końca] wykazano ostatecznie, że oraz dlaczego wyobrażenia i dyskursy na temat męskości i honoru – prowadzone podczas skandalu Kotzego i z jego powodu – miały poważne i istotne znaczenie historyczne pomimo (a wręcz właśnie z powodu) ich niedzisiejszego, a po części nawet komicznego charakteru. Stanowi to, last but not least, asumpt do refleksji nad naszymi własnymi obrazami i wyobrażeniami męskości oraz honoru, a także do postawienia pytania, czy rzeczywiście są one lepsze i bardziej dopasowane do naszych czasów.
Zostało to świadomie sformułowane w formie pytania. Za sprawą niniejszej książki nie zamierzam nikogo pouczać, lecz – mam nadzieję – dostarczyć wielu osobom dobrej lektury. Zwraca się ona przecież do szerokiego grona czytelników zainteresowanych historią, którzy pragną, by opowiedziano im ją z innej perspektywy.
1 „Brudne historie”
„Brudne historie” roznoszą się po dworze i o członkach dworu – ubolewał w maju 1895 roku hrabia Waldersee.¹ Chodziło oczywiście o historie o podłożu seksualnym. Było ich wiele, a niektóre z nich dotyczyły równie intensywnego, co nieco niezwykłego życia seksualnego cesarza.² Ten bowiem miał udowodnione liczne romanse z różnymi kobietami. Fakt, że bez wyjątku były to relacje pozamałżeńskie, postrzegano już jako gorszący. Wszak chodziło tu o cudzołóstwo, przez co monarcha naruszał tak wysoko przez siebie skądinąd cenione chrześcijańsko-protestanckie zasady moralne. Jeszcze większe oburzenie budziły praktyki seksualne cesarza, które rzekomo uprawiał z kilkoma kobietami jednocześnie. Uchodziło to już za „brudne” – w każdym razie w również niezbyt czystych fantazjach dam i panów ze sfer dworskich.
Jeszcze bardziej bezwstydnie poczynał sobie szwagier Wilhelma II, książę Ernst Günther zu Schleswig-Holstein, którego z powodu niezliczonych miłosnych przygód powszechnie nazywano na dworze „Księciem-Rozpłodowcem”.³ Ponadto Ernst Günther (o którym usłyszymy jeszcze więcej) był zapalonym bywalcem burdeli, co również wyszło na jaw. Książę zgubił bowiem jeden ze swoich wysokich orderów – akurat Order Orła Czarnego z nader wymowną w tej sytuacji dewizą suum cuique („każdemu to, co mu się należy”) – w łóżku berlińskiej prostytutki, co ta wprawdzie mało szanowana, lecz niewątpliwie uczciwa kurwa z poczucia obowiązku (historia rozgrywała się w końcu w Prusach) zgłosiła policji.
Przy tym książę Szlezwika-Holsztynu bynajmniej nie był jedynym, który korzystał z usług prostytutek.⁴ Także inni wysoko postawieni panowie z towarzystwa dworskiego, w tym syn Bismarcka Herbert, mieli w zwyczaju po zakrapianych wieczorach w lokalach udawać się na zbiorową wizytę do zamtuzu. Działo się to bynajmniej nie tylko w rodzimym Berlinie, gdzie istniało kilka przybytków wyspecjalizowanych w zaspokajaniu potrzeb seksualnych owych dżentelmenów, lecz także za granicą, a nawet podczas oficjalnych wizyt państwowych, na przykład w Wiedniu czy Petersburgu, gdzie w biały dzień, a więc niemal na oczach wszystkich, bywano w stosownych luksusowych domach publicznych.
Mniej lub bardziej „brudnych historii” tego rodzaju z wyższych i najwyższych warstw społecznych było doprawdy bez liku. Były one znane również spragnionej sensacji opinii publicznej, gdzie komentowano je odpowiednio złośliwie i z nieskrywanym upodobaniem do pikantnych szczegółów. Jednak w przeciwieństwie do kobiet, które wraz z utratą czystości traciły również swój honor, skompromitowani i stający się bohaterami skandali z racji swych pozamałżeńskich relacji i innych aktywności panowie nadal uchodzili za ludzi honoru. Wszak – jak argumentowano – swoim w gruncie rzeczy niemoralnym zachowaniem „jedynie” dowodzili własnej męskości.
Seks-skandal w pałacyku myśliwskim Grunewald
Zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa, gdy owe „brudne historie” dotyczyły aktywnych seksualnie kobiet oraz homoseksualnych mężczyzn.⁵ A z jednym i drugim miano do czynienia – a przynajmniej tak twierdzono – podczas przyjęcia, które w styczniu 1891 roku, po kuligu, zorganizowało w pałacyku myśliwskim Grunewald kilkoro dam i panów. Łącznie piętnaścioro uczestników i uczestniczek bez wyjątku należało do elity dworskiej. Niektórzy z nich byli wręcz bliskimi krewnymi cesarza. Charlotte, zamężna z dziedzicznym księciem Saksonii-Meiningen, była siostrą, a wspomniany już książę Ernst Günther von Schleswig-Holstein szwagrem Wilhelma II. Kolejny uczestnik, mianowicie książę Fryderyk Karol Heski, miał wkrótce poślubić inną siostrę cesarza – Małgorzatę – przez co również należał do rodziny cesarskiej.
Podczas tego przyjęcia między owymi damami i panami miało rzekomo dojść do aktów seksualnych, które były inicjowane przez kobiety oraz uprawiane przez mężczyzn między sobą. W każdym razie jedno i drugie zarzucano w anonimowych listach, które bezpośrednio po imprezie rozesłano do niektórych jej uczestników i uczestniczek oraz do innych członków i członkiń środowiska dworskiego.⁶ Piętnowano w nich – jak wspomniano – hetero- i homoseksualne zachowania uczestników i uczestniczek spotkania. Czyniono to w sposób wręcz obsceniczny, zarówno słowem, jak i obrazem. Do części listów dołączono bowiem pornograficzne fotografie, w które wmontowano twarze uczestników i uczestniczek zabawy, a z czasem także innych członków społeczności dworskiej, i które przedstawiały ich podczas stosunków analnych, oralnych oraz innych zbliżeń seksualnych.⁷
Te zdjęcia oraz pozostałe opisy zachowań hetero- i homoseksualnych były tak drastyczne, że nawet współczesny historyk – mowa o Tobiasie Bringmannie – wzbrania się przed ich dokładniejszym zrelacjonowaniem i przytoczeniem ich treści. Miał mu tego zabraniać „jego takt” [poczucie przyzwoitości].⁸ Przejdźmy jednak do rzeczy. Co uznano za tak gorszące?
Przede wszystkim życie seksualne pewnego małżeństwa, które wzięło udział w owym przyjęciu i które już wcześniej, z racji swego w istocie cokolwiek osobliwego pożycia intymnego, wzbudzało wielkie zainteresowanie w kręgach dworskich. Mowa o hrabim i hrabinie Hohenau.
Mój najdroższy ptaszku!
Byliśmy przez dwa miesiące na południu, ale jestem tu już od prawie 14 dni, nie widziawszy cię ani razu, poza tym jednym razem na Unter den Linden. Czy nie przychodzisz już wcale na wyścigi? Byłam tam dwa razy na próżno – chcę i muszę z tobą porozmawiać. Pojutrze w piątek idziemy wieczorem do Ogrodu Zimowego (Wintergarten); jeśli tam przyjdziesz, nie pożałujesz.
Chcą doprowadzić do zguby ciebie, a przede wszystkim twoją żonę. Choć nie znoszę tej lalkowatej buzi, to ciebie bardzo chciałabym uchronić. Przygotowali i powielili mnóstwo fotografii, które w sposób uderzająco wierny przedstawiają twoją żonę z różnymi panami – z Bismarckiem, Knorringiem – we wspólnych pozycjach 69 i tak dalej, i które zamierzają rozpowszechnić, aby was zniszczyć. Opowiem ci wszystko, ale musisz przyjść sam, abym mogła do ciebie podejść.
A więc w piątek od godziny 8 [20:00]. W niedzielę on wyjeżdża do Kolonii i wtedy przez dwa dni będę zupełnie sama.
Twoja B. M.
Anonimowy list do hrabiego Friedricha von Hohenau
Hohenauowie
Hohenauowie rzucali się w oczy w berlińskim towarzystwie.⁹ Przyczyniała się do tego już sama, doprawdy niezwykła, różnica wzrostu dzieląca oboje małżonków. Charlotte – lub jak najczęściej ją nazywano: Lotka [Lottka] von Hohenau – przewyższała męża o głowę. Z tego powodu, a zapewne także ze względu na swoje homoseksualne skłonności, Friedrich von Hohenau (1867–1914) był przezywany „Loloki”, co oznaczało mniej więcej tyle, co „mała Lottka”. Starsza od niego o cztery lata Charlotte von Hohenau (1863–1933) była jednak nie tylko wysoka, ale i wyjątkowo wysportowana. Była zapaloną amazonką, która nader chętnie i często popisywała się swoimi umiejętnościami jeździeckimi przed dworskim audytorium. Mogła przy tym jednocześnie eksponować swoją bezsprzecznie nienaganną figurę, na co obecni mężczyźni patrzyli z zachwytem, kobiety zaś z pewną dozą zawiści.
Pewna – jak sama siebie scharakteryzowała – „dama bynajmniej nie pruderyjna, lecz przywykła do przyzwoitości i dobrych obyczajów”, kpiła w anonimowym liście zaadresowanym do mistrza ceremonii von Kotzego, że hrabina Hohenau podczas innej, w dodatku oficjalnej uroczystości dworskiej, pojawiła się „z całkowicie obnażonym biustem”.¹⁰ Lecz nie tylko jej biust, także jej twarz – jak głosił inny anonim – miała odznaczać się „klasycznym pięknem”. Dla innej autorki listów była to jednak zaledwie „lalkowata buzia” z – cokolwiek miało to znaczyć – „bezczelnym noskiem”.¹¹ Wytykano jej także „nadpsute zęby” oraz ostro krytykowano „pożądliwe spojrzenia”, którymi miała obrzucać wysoko i najwyżej postawionych panów ze sfer dworskich.
Owe „pożądliwe spojrzenia” były najwyraźniej skuteczne. W każdym razie w kilku listach donoszono, że „większość mężczyzn nie posiada dość siły woli”, by „oprzeć się urzekającej urodzie tej kobiety”.¹² Co znamienne, za słabość tych mężczyzn nie obwiniano jednak ich własnego popędu płciowego, lecz „manię hrabiny Hohenau”, która „dosłownie łaknie nawiązania jak najbliższych, względnie intymnych stosunków ze wszystkimi książętami”. Ponadto Charlotte von Hohenau miała odczuwać „niepohamowaną ekscytację, gdy tylko nadarzy się okazja, by odbić młodej mężatce świeżo poślubionego małżonka”.¹³ Jurność – czy też, jak ujęto to w innym liście, „nawskroś osobliwy rodzaj szaleństwa” hrabiny – miała być „znana w całym mieście” i prowadzić do tego, że „rzuca się ona na szyję każdemu księciu i” – tu robi się już doprawdy wulgarnie – „całkiem nieproszona podwija spódnice”.¹⁴ W ten sposób zachowywała się „gorzej niż najbardziej nimfomańska baba” [schlimmer wie (sic) das mannstollste Weib], z którego to powodu w innym anonimowym liście, ułożonym w formie wiersza, nazwano ją krótko i bezlitośnie imieniem popularnym wówczas wśród prostytutek: „Lottchen z Prus”.¹⁵
[List do Leberechta von Kotzego]
Wielce Szanowny Panie von Kotze!
Powszechną uwagę zwrócił fakt, że podczas tegorocznego przyjęcia dworskiego [Cour] hrabina Hohenau pojawiła się z całkowicie obnażonym biustem, przy czym żaden z szambelanów nie wyprosił owej damy ani nawet nie zwrócił jej uwagi na niestosowność jej ubioru.
Zaskarbiłby Pan sobie wielką zasługę, gdyby zechciał Pan wpłynąć na to, by ustalono i podano do wiadomości przepisy określające, jak głęboki dekolt jest dopuszczalny na dworze, tak aby w oparciu o takie normatywy można było w przyszłości ukrócić podobny bezwstyd.
Dama bynajmniej nie pruderyjna, lecz przywykła do przyzwoitości i dobrych obyczajów.
Anonimowy list do Leberechta von Kotzego, 1892 r.
Wiersz satyryczny do hrabiego Hohenau
Loloki i Lotka w księżyca lśnieniu,
W saniach – urocza to para!
Loloki malutki, a Lotka niemała,
Dobrani są co do cala.
W lecie oboje widuje się jeno,
Gdy konno mkną przez bory i niwy;
Karzełek do panny w konkury uderza,
Olbrzymka mu w smak – i jest chciwy.
A zimą popatrzeć, jak skacze Loloki
W tańcu – to rozkosz bez granic!
Jego nos sięga co najwyżej
Pod piersi samej uroczej Lotki.
Dzięki temu omija go „wonny” wyziew,
Co z ust jej ku górze bucha.
I Lotka jest dlań nader czuła,
Póki na horyzoncie brak księcia-zucha.
Lecz gdy zjawi się Fischy, Hohenlohe-karzełek,
Książę Stolberg czy inni tacy –
Wtedy już Lotka nie zna Lolokiego:
Wtedy to Lottchen z Prus dla odmiany!
Anonimowy list do hrabiego Friedricha von Hohenau, luty 1891 r.
To był doprawdy mocny kaliber, jaki serwowano w tych listach – napisanych z całą pewnością przez kobietę, a z wielkim prawdopodobieństwem przez Charlotte von Meiningen. Czym Charlotte von Hohenau na to zasłużyła? Z jednej strony swoją niezaprzeczalną urodą oraz – jak powiedziano by dzisiaj – seksapilem. Z drugiej strony jednak także bezspornym faktem, że owego magnetyzmu seksualnego nie wahała się używać. Lista jej męskich podbojów jest długa.
Na pierwszym miejscu należy wymienić Wilhelma II, który miał z hrabiną udowodniony romans. Wprawdzie Wilhelm był wówczas jeszcze następcą tronu (kronprinzem) i nie był jeszcze żonaty. Czy Charlotte von Hohenau – jak plotkowano w jednym z listów – zdołała ponownie zostać „objętą” przez „silne ramiona” żonatego już cesarza,¹⁶ jest wątpliwe już choćby z tego względu, że Wilhelm II, jak powszechnie wiadomo, żadnych „silnych ramion” nie posiadał [z powodu niedowładu lewej ręki].
Inny uczestnik przyjęcia w Grunewaldzie, książę Fryderyk Karol Heski, przed swoim małżeństwem z siostrą cesarza, Małgorzatą, również miał być kochankiem hrabiny. Dlatego domysł – wychodzący najwyraźniej od Charlotte von Meiningen – jakoby Charlotte von Hohenau miała próbować odbić Małgorzacie świeżo poślubionego męża, nie był całkowicie nieprawdopodobny. Przypuszczalne i dowiedzione relacje seksualne Charlotte von Hohenau miała utrzymywać ponadto z synem Bismarcka Herbertem, księciem (i późniejszym kanclerzem Rzeszy) Maksem Badeńskim, wielkim marszałkiem dworu Hugonem von Reischachem (o którym będzie jeszcze mowa), a także pracownikiem ambasady rosyjskiej i uczestnikiem zabawy w Grunewaldzie, baronem Ludwigiem von Knorringiem. W każdym razie wszystko to twierdzono w anonimowych listach oraz na dołączonych fotografiach pornograficznych.
Lecz nawet jeśli daleko nie wszystko, co wiedziano (lub wydawało się, że wiedziano) o życiu intymnym Charlotte von Hohenau, było prawdą i zostało udowodnione, to „normalną” i wierną swojemu mężowi żoną z całą pewnością nie była. Z drugiej strony małżeństwo, jakie tworzyli Hohenauowie, również nie należało do zwyczajnych. Wszak Friedrich von Hohenau był gejem,¹⁷ co było niemal tak samo „znane w całym mieście” (czy też: rozgłaszane), jak pozamałżeńskie aktywności Charlotte von Hohenau. Mimo to – a może wręcz właśnie dlatego – z małżeństwa tego narodził się syn. Chodziło o Wilhelma (Willego) von Hohenau (1884–1955), który najwidoczniej odziedziczył po matce pasję jeździecką i stał się jednym z najbardziej utytułowanych jeźdźców wyścigowych i turniejowych w Niemczech.
Hrabia Hohenau nie stronił zresztą od realizowania przypisywanych mu skłonności homoseksualnych. Znane, ba – wręcz owiane złą sławą, były dzikie przyjęcia, które urządzał sam, lecz także wspólnie z żoną, w swoim domu przy berlińskiej Yorckstraße. Niektórzy anonimowi autorzy listów wiedzieli o tym i przywodziło im to na myśl wręcz „burdel”.¹⁸ Jednak publicznie milczano na ten temat, jak i o innych homoseksualnych eskapadach hrabiego – w każdym razie początkowo.
Najpóźniej wraz z zapoczątkowaną w 1891 roku i kontynuowaną później serią anonimowych listów zdemaskowano jednak homoseksualną orientację hrabiego (czy też: hrabiów) Hohenau (brat Friedricha, Wilhelm, również miał być homoseksualistą¹⁹). Przy tym homoseksualne praktyki hrabiów i ich intymnych przyjaciół opisywano w sposób całkowicie jednoznaczny i skrajnie drastyczny, zarówno słowem, jak i obrazem. To powinno skłonić policję, która szybko powzięła wiedzę o tych listach i fotografiach, do podjęcia interwencji. Wszak homoseksualizm w jakiejkolwiek postaci podlegał wówczas surowej karze. Mimo to ani hrabiowie Hohenau, ani ich bliscy przyjaciele nie zostali w związku z tym przesłuchani, a tym bardziej aresztowani.²⁰ Powód tej bezczynności policji i prokuratury jest prosty: hrabiowie Hohenau bynajmniej nie byli jedynymi homoseksualistami na dworze Wilhelma II.
Panie Hrabio!
Najwyższy już czas, aby zamienił Pan poważne słowo ze swoim bratem. Sposób, w jaki Jej Wysokość Dziedziczna Księżna von Meiningen oraz inne Cesarskie Wysokości rozpieszczały Pańską bratową, uderzył tej ostatniej do głowy w takim stopniu, że wobec wysoko postawionych osób całkowicie o sobie zapomina i zupełnie lekceważy zasady uprzejmości oraz dobrego wychowania.
W całym mieście wiadomo, że Pańska bratowa nie spocznie, dopóki nie będzie ze wszystkimi książętami na „ty” i, jeśli to tylko możliwe, nie wejdzie z nimi w kontakty intymne. Jest wręcz niepojęte i stanowi zgoła osobliwy rodzaj szaleństwa, że ta zgrywająca na co dzień taką cnotkę osoba bez ceregieli rzuca się na szyję każdemu księciu i – jak ci panowie po części sami opowiadali – całkiem nieproszona podwija spódnice: gorzej niż najbardziej nimfomańska baba! A Pański brat nie tylko przymyka na to oczy, lecz wręcz proteguje to na wszelkie sposoby, nie zdając sobie sprawy, że właśnie w oczach ludzi wytykających Panom morganatyczne pochodzenie skaza ta najmniej daje się zmazać przez robienie ze swej żony książęcej k---- [to w szerokich kręgach jej przydomek].
Wręcz żałosny jest także sposób, w jaki Pańska bratowa, naśladując autentycznie dystyngowane osoby, urządza wieczory recepcyjne i reklamuje je w gazetach tylko po to, by zapełnić swoje salony, które przez naprawdę znakomite osobistości są w miarę możliwości omijane lub odwiedzane jedynie z przymusu. Nie uronilibyśmy ani słowa na temat tego typowo parweniuszowskiego zachowania, lecz oczekujemy od Pańskiej bratowej, gdy spotykamy ją na salonach, owej uprzejmości i taktu, jakie winna jest osobom ze szlachetnych sfer. Wszelkie napomnienia kierowane do Pańskiego całkowicie uległego brata porzucamy jako bezużyteczne, mamy jednak nadzieję i oczekujemy od Pana – któremu wszak musi zależeć na honorze nazwiska – wywarcia stosownego wpływu i gruntownego pouczenia zainteresowanej.
Jeden w imieniu wielu.
Aribert von Anhalt i inni homoseksualiści na dworze Wilhelma II
Na pierwszym miejscu należy wymienić bliskiego i intymnego przyjaciela Friedricha von Hohenau, księcia Ariberta von Anhalt (1864–1933), który był żonaty z księżniczką Luizą ze Szlezwika-Holsztynu.²¹ Małżeństwo to zostało zawarte za pośrednictwem Wilhelma II, który miał nadzieję, że zdoła wykorzystać bliskie pokrewieństwo Luizy ze Szlezwika-Holsztynu z brytyjską rodziną królewską do celów politycznych, a ściślej – dyplomatycznych.²²
Niewątpliwie odbiegające od normy pożycie małżeńskie Luizy i Ariberta von Anhalt zyskało tym samym wysoce polityczne znaczenie. Luiza nie wahała się bowiem ujawnić publicznie homoseksualnych skłonności męża, gdy kilka lat później wniosła o rozwód, aby następnie powrócić do swojego panieńskiego nazwiska. Jedno i drugie – rozwód, a jeszcze bardziej powrót do dawnego nazwiska rodowego – było czymś więcej niż tylko posunięciem niezwykłym i spotkało się ze stanowczą krytyką ze strony cesarza oraz kilku innych członków jego rodziny. Została ona jednak odrzucona przez ojca Luizy, księcia Chrystiana ze Szlezwika-Holsztynu, groźbą zgłoszenia całej tej – postrzeganej przez wszystkich zaangażowanych jako „brudna” – sprawy Radzie Związkowej (Bundesrat). Do tego jednak Wilhelm II „pod żadnym pozorem” nie chciał dopuścić. W przeciwnym razie przed tym wysokim organem politycznym i na jego forum dyskutowano by o homoseksualizmie członka wyższej arystokracji i osoby należącej do cesarskiego dworu.
Wilhelm II nie zdołał jednak zapobiec temu, by homoseksualne skłonności innych wysoko postawionych panów ze sfer dworskich – z których część należała do jego najbliższego kręgu przyjaciół – zostały zdemaskowane i wywołały publiczny skandal. Nastąpiło to początkowo znów przy okazji pozwów rozwodowych, wnoszonych przez żony i uzasadnianych powoływaniem się na homoseksualizm ich mężów. Tak stało się w 1897 roku przy rozwodzie brata Philippa Eulenburga, Friedricha, który rok później – z powodu ujawnionego przy tej okazji i podlegającego surowej karze homoseksualizmu – został ze wstydem i hańbą wydalony z armii.²³
W 1898 roku orzeczono także rozwód ówczesnego attaché wojskowego przy ambasadzie niemieckiej w Wiedniu, hrabiego Kuno von Moltkego. Powodem były ponownie homoseksualne skłonności Moltkego, które wyszły na jaw w trakcie procesu rozwodowego i za jego sprawą.²⁴ Sam Kuno Moltke nie został jednak oskarżony i mógł kontynuować swoją karierę zawodową. Został mianowany przez cesarza skrzydłowym adiutantem (Flügeladjutant) Wilhelma II, a następnie komendantem garnizonu berlińskiego w stopniu generała porucznika.
Karierę tę zawdzięczał z kolei swojemu bliskiemu, wręcz intymnemu przyjacielowi Philippowi Eulenburgowi, do którego kręgu towarzyskiego Moltke należał – kręgu zwanego, od nazwy zamku Eulenburga w Uckermarku, „Liebenberskim Okrągłym Stołem” (Liebenberger Tafelrunde) lub „Kołem z Liebenbergu” (Liebenberger Kreis). W Kole z Liebenbergu niektórzy współcześni dopatrywali się tajemniczej i coraz potężniejszej kamaryli dworskiej, podejrzewanej o wywieranie rosnącego wpływu na cesarza, a tym samym na losy polityczne całych Niemiec. Została ona już przez Bismarcka – z wyraźnym odniesieniem do homoseksualizmu jej członków, z Philippem Eulenburgiem na czele – nazwana „kamarylą kinedów” [Kamarilla der Kinäden – pogardliwe, archaiczne określenie homoseksualistów].
Wszystko to było znane co najmniej na dworze i w kręgach dworskich już w latach 90. XIX wieku, lecz dopiero dziesięć lat później zostało upublicznione i nagłośnione jako skandal przez dziennikarza Maximiliana Hardena. Z powodu publicystycznych rewelacji Hardena doszło do kilku procesów między Hardenem a Moltkem, a ostatecznie także przeciwko Eulenburgowi.²⁵ Na jaw wyszły przy tym rozmaite pikantne szczegóły dotyczące uważanych za „zboczone”, „zwyrodniałe” i po prostu „świńskie” praktyk seksualnych owych homoseksualistów na dworze Wilhelma II, pogardliwie określonych już przez Bismarcka mianem „kinedów”, a tym samym zwymyślanych od „rozpustników” i „pederastów”.
Z obłudnym oburzeniem moralnym oraz jawną drwiną komentowano także pozostałe formy zachowania i sposoby zwracania się do siebie członków Koła z Liebenbergu. I tak Philippa Eulenburga wewnątrz kręgu oraz w korespondencji listownej nazywano „Phinchen” lub „Philinchen”. Kuno Moltke reagował na urocze i równie wymowne miana „Tütü” oraz „Skarbek” [Schätzchen]. A cesarza członkowie kręgu liebenberskiego nierzadko określali mianem „Kochania” [das Liebchen], dając tym samym nader czytelną wskazówkę co do jego co najmniej biseksualnych skłonności.²⁶ W ten sposób autorytet cesarza oraz prestiż jego dworu zostały oczywiście poważnie nadszarpnięte.
Ściganie karne homoseksualizmu
Kodeks karny – wersja z 15 maja 1871 r.
§ 175
„Przeciwny naturze nierząd, popełniony między osobami płci męskiej lub przez ludzi ze zwierzętami, podlega karze więzienia; orzec można również utratę obywatelskich praw honorowych.”
Wersja z 1 września 1935 r.
§ 175
(1) Mężczyzna, który uprawia nierząd z innym mężczyzną lub daje się przezeń do nierządu wykorzystać, podlega karze więzienia.
(2) Wobec uczestnika czynu, który w chwili jego popełnienia nie ukończył jeszcze dwudziestu jeden lat, sąd w przypadkach szczególnie małej wagi może odstąpić od wymierzenia kary.
§ 175a
Karze ciężkiego więzienia (domu karnego) do lat dziesięciu, a w przypadku okoliczności łagodzących – karze więzienia nie krótszej niż trzy miesiące, podlega:
mężczyzna, który przemocą lub groźbą bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia przymusza innego mężczyznę do uprawiania z nim nierządu bądź do poddania się wykorzystaniu do nierządu;
mężczyzna, który nadużywając zależności wynikającej ze stosunku służbowego, pracy lub podporządkowania, nakłania innego mężczyznę do uprawiania z nim nierządu bądź do poddania się wykorzystaniu do nierządu;
mężczyzna w wieku powyżej dwudziestu jeden lat, który uwodzi osobę płci męskiej w wieku poniżej dwudziestu jeden lat do uprawiania z nim nierządu bądź do poddania się wykorzystaniu do nierządu;
mężczyzna, który zawodowo (zarobkowo) uprawia nierząd z mężczyznami, daje się mężczyznom wykorzystywać do nierządu lub się do tego oferuje.
Wersja z 25 czerwca 1969 r.
§ 175 Nierząd między mężczyznami
(1) Karze pozbawienia wolności do lat pięciu podlega:
mężczyzna w wieku powyżej osiemnastu lat, który uprawia nierząd z innym mężczyzną w wieku poniżej dwudziestu jeden lat lub daje się przezeń do nierządu wykorzystać,
mężczyzna, który nadużywając zależności wynikającej ze stosunku służbowego, pracy lub podporządkowania, nakłania innego mężczyznę do uprawiania z nim nierządu bądź do poddania się wykorzystaniu do nierządu,
mężczyzna, który zawodowo (zarobkowo) uprawia nierząd z mężczyznami, daje się mężczyznom wykorzystywać do nierządu lub się do tego oferuje.
(2) W przypadkach określonych w ustępie 1 pkt 2 usiłowanie jest karalne.
(3) Wobec uczestnika czynu, który w chwili jego popełnienia nie ukończył jeszcze 21 lat, sąd może odstąpić od wymierzenia kary.
Wersja z 23 listopada 1973 r.
§ 175 Czynności homoseksualne
(1) Mężczyzna w wieku powyżej osiemnastu lat, który dokonuje czynności seksualnych na mężczyźnie poniżej 18 roku życia lub pozwala mężczyźnie poniżej 18 roku życia na dokonanie takich czynności na sobie, podlega karze pozbawienia wolności do lat pięciu albo karze grzywny.
(2) Sąd może odstąpić od wymierzenia kary na podstawie niniejszego przepisu, jeżeli:
sprawca w chwili popełnienia czynu nie ukończył jeszcze dwudziestu jeden lat, lub
uwzględniając zachowanie osoby, przeciwko której czyn był skierowany, bezprawie czynu jest nieznaczne.
Wersja z 10 marca 1994 r.
§ 175
(uchylony)
Jeszcze gorsze konsekwencje miało nagłaśnianie tych skandali dla tych, którym homoseksualizm udowodniono lub których choćby o niego podejrzewano. Wielu mężczyzn – z których większość piastowała wysokie i najwyższe urzędy oraz stanowiska na dworze, w państwie, a przede wszystkim w armii – zostało ze wstydem i hańbą zwolnionych, a część z nich skazano za naruszenie paragrafu 175 kodeksu karnego (zob. s. 34). Inni natomiast, jak Wilhelm von Hohenau, uniknęli dymisji i potencjalnej kary poprzez ucieczkę za granicę. Sześciu odebrało sobie życie, aby uniknąć takiego losu i odwrócić od siebie dalszą hańbę.
Lecz dlaczego? Dlaczego owe „brudne historie” o życiu intymnym tych homoseksualnych dżentelmenów oraz wspomnianych, cokolwiek żądnych uciech dam na dworze Wilhelma II wywoływały aż takie poruszenie?
Honor, męskość i seks
Z pewnością przede wszystkim dlatego, że historie te rozgrywały się na dworze cesarskim i dotyczyły „najdostojniejszych na dworze”, co prości i nieuchodzący za dystyngowanych ludzie (kobiety i mężczyźni) z klas średnich i niższych komentowali odpowiednio złośliwie i krytycznie. Postrzegali to nie tylko jako niemoralne, lecz także jako niehonorowe – a konkretnie jako pogwałcenie honoru wewnętrznego w sensie prawości i cnotliwości (Ehrbarkeit).²⁷ To właśnie z niego mieszczańscy krytycy obyczajowości seksualnej wyższych stanów byli szczególnie dumni; z tego względu przeciwstawiali swój wewnętrzny honor zewnętrznemu honorowi arystokratycznych panów feudalnych, jednocześnie podważając ten ostatni. Czynili to z coraz większym powodzeniem. Wszak zachowanie seksualne członków klas wyższych było i musiało być odczuwane jako gorszące pod względem moralnym i niehonorowe w sensie honoru wewnętrznego również przez nich samych.
Chodziło przede wszystkim o pozamałżeńskie relacje kobiet, które – w przeciwieństwie do męskich – były powszechnie potępiane, oraz o akty homoseksualne mężczyzn, które podlegały surowej karze. Ani jednego, ani drugiego nie udało się jednak wyeliminować czy choćby ograniczyć. Świadczą o tym zarówno wewnętrzne akta policji i wymiaru sprawiedliwości, jak i publiczne doniesienia prasowe. W prasie, a także w niemałym stopniu w literaturze, odnaleźć można liczne, a po części pisane z lubością do pikantnych detali historie o niewiernych żonach i niemoralnych homoseksualistach.
To, co zmieniło się wówczas w trakcie – i w niemałej mierze za sprawą – afery Kotzego, to sposób, w jaki relacjonowano męską i kobiecą seksualność, oraz powody, dla których tak ją potępiano. Konkretnie: dlaczego hrabinę Hohenau nie tylko oskarżano o cudzołóstwo, lecz ponadto wymyślano jej od „nimfomanek” [mannstoll]; i dlaczego hrabia Hohenau oraz inni homoseksualiści na dworze Wilhelma II byli postrzegani nie tylko jako przestępcy, lecz dodatkowo jako „zwyrodnialcy” [entartet]? Jedno i drugie wynikało ze zmiany dyskursu na temat męskiej i kobiecej seksualności, którą wówczas w pewnym sensie „odkryto”. Pozamałżeńskie romanse dziedzicznej księżnej Charlotte von Meiningen tłumaczono jej chorobą – porfirią.²⁸ Ta choroba metaboliczna miała bowiem – jak zupełnie poważnie argumentowano – wywoływać stan podniecenia seksualnego prowadzący u kobiet do „żądzy męskiego ciała”, którą również uważano za zaburzenie chorobowe.
Ogólne dążenie kobiet do równouprawnienia seksualnego i politycznego z mężczyznami nie było pojmowane jako konflikt społeczny, lecz sprowadzane do indywidualnych zaburzeń, jakie kobiety te rzekomo miały w sferze swojej seksualności. Nietypowe czy zwracające uwagę zachowanie kobiet traktowano jako objaw chorobowy i klasyfikowano jako histerię. Kobiety wykształcone i/lub aktywne seksualnie (do których hrabina Hohenau bez wątpienia należała) uchodziły po prostu za histeryczki.²⁹
Owe męskie próby obrony status quo okazały się jednak, jak powszechnie wiadomo i dzięki Bogu, nieskuteczne. Kobiety stawiały opór i krytykowały podwójne standardy moralne w sferze seksualnej. Niektóre z nich przyłączyły się nawet do ruchu kobiecego, który wówczas był jednak jeszcze bardzo słaby, a ponadto podzielony na skrzydło mieszczańskie i proletariackie.³⁰ Mimo to był on przez wielu mężczyzn ze wszystkich warstw społecznych postrzegany jako zagrożenie. Z tego względu wszelkie odstępstwa od zadekretowanej przez mężczyzn normy społecznej i seksualnej (jak to z kolei miało miejsce w przypadku hrabiny Hohenau) były tak ostro i bezkompromisowo krytykowane oraz potępiane.
Nie wahano się przy tym obrzucać wyzwiskami od prostytutek kobiet, które – jak hrabina Hohenau – utrzymywały kontakty intymne z wieloma mężczyznami. Mogło to prowadzić do wciągania nazwisk tych kobiet do policyjnych kartotek prostytutek, ich aresztowania oraz skazywania przez sądy na często wieloletnie kary więzienia.³¹ Niektóre z tych prostytutek – bądź kobiet jedynie podejrzewanych o prostytucję – umieszczano w dawnych przytułkach dla obłąkanych i nowo powstających zakładach psychiatrycznych, gdzie poddawano je skrajnie brutalnym „terapiom”. Ich zachowania seksualne uchodziły bowiem za „chorobowe” lub uwarunkowane dziedzicznie. Dla kryminalbiologów pokroju Włocha Cesarego Lombroso prostytutka stanowiła żeński odpowiednik „urodzonego przestępcy”.³²
Mężczyźni, którzy – jak hrabiowie Hohenau, książę Aribert von Anhalt czy członkowie kierowanego przez Philippa Eulenburga Koła z Liebenbergu – byli homoseksualistami bądź o homoseksualizm choćby ich podejrzewano, mogli na mocy paragrafu 175 kodeksu karnego (obowiązującego wyłącznie mężczyzn, a nie lesbijki; zob. s. 34) być traktowani jak pospolici przestępcy i skazywani na nierzadko długoletnie kary więzienia.³³ W ówczesnej seksuologii ich zachowania seksualne były ponadto nie tylko piętnowane jako „przeciwne naturze”, lecz także uznawane za „chorobowe”, wskutek czego z całą powagą obawiano się rozprzestrzeniania homoseksualizmu, który miałby przyczyniać się do budzącej lęk i z innych powodów „dekadencji”.³⁴
W owym czasie zaczął się jednak rodzić sprzeciw – zarówno wobec karalności, jak i patologizacji homoseksualizmu. Płynął on ze strony niektórych bardziej liberalnych prawników oraz bardziej oświeconych lekarzy i psychiatrów, jak również od samych homoseksualistów, którzy otwarcie przyznawali się do swojej orientacji i tworzyli organizacje sprzeciwiające się – ramię w ramię z krytycznymi prawnikami, lekarzami i psychiatrami (z których część sama była homoseksualna) – kryminalizacji oraz medykalizacji osób homoseksualnych.³⁵ Wszystko to nie przynosiło natychmiastowych rezultatów – w każdym razie początkowo. O prawdziwym ruchu emancypacyjnym również nie można było jeszcze mówić. Mimo to wielu (heteroseksualnych) mężczyzn czuło, że ich męskość jest zagrożona przez ten bardziej wyimaginowany niż rzeczywisty ruch na rzecz praw gejów, i reagowało na to, powszechnie odmawiając homoseksualistom męskości, klasyfikując ich jako „dekadentów” i dopatrując się w nich ogromnego niebezpieczeństwa dla wewnętrznej spójności państwa i społeczeństwa.³⁶
Podsumowując, należy stwierdzić, że owe „brudne historie”, które opowiadano i kolportowano na temat życia intymnego dam i panów na dworze cesarza Wilhelma II, bynajmniej nie były tak niewinne i mimowolnie zabawne, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Stanowią one dowód i przykład tego, że i w jaki sposób ogólne wyobrażenia oraz wzorce zachowań dotyczące honoru, męskości i seksu znajdowały się w procesie głębokich przemian.
Fakt, że owe „brudne historie” rozgrywały się wśród „najdostojniejszych na dworze”, nie stanowi argumentu podważającego ten ogólny wniosek. Wszak dwór i elity dworskie w ostatniej – nazwanej od imienia ostatniego cesarza – wilhelmińskiej fazie Cesarstwa wciąż, a wręcz szczególnie wtedy, nadawały ton normom kulturowym także z perspektywy ról płciowych. Do tego dochodziło jednak również polityczne i społeczno-historyczne znaczenie dworu oraz arystokracji dworskiej. Dlatego – jak zostanie pokazane w kolejnym rozdziale – w owych „brudnych historiach” wśród „najdostojniejszych na dworze” chodziło także o honor, męskość i (szlachecką) świadomość klasową.
Owe męskie próby obrony status quo okazały się jednak, jak powszechnie wiadomo i dzięki Bogu, nieskuteczne. Kobiety stawiały opór i krytykowały podwójne standardy moralne w sferze seksualnej. Niektóre z nich przyłączyły się nawet do ruchu kobiecego, który wówczas był jednak jeszcze bardzo słaby, a ponadto podzielony na skrzydło mieszczańskie i proletariackie.³⁰ Mimo to był on przez wielu mężczyzn ze wszystkich warstw społecznych postrzegany jako zagrożenie. Z tego względu wszelkie odstępstwa od zadekretowanej przez mężczyzn normy społecznej i seksualnej (jak to z kolei miało miejsce w przypadku hrabiny Hohenau) były tak ostro i bezkompromisowo krytykowane oraz potępiane.
Nie wahano się przy tym obrzucać wyzwiskami od prostytutek kobiet, które – jak hrabina Hohenau – utrzymywały kontakty intymne z wieloma mężczyznami. Mogło to prowadzić do wciągania nazwisk tych kobiet do policyjnych kartotek prostytutek, ich aresztowania oraz skazywania przez sądy na często wieloletnie kary więzienia.³¹ Niektóre z tych prostytutek – bądź kobiet jedynie podejrzewanych o prostytucję – umieszczano w dawnych przytułkach dla obłąkanych i nowo powstających zakładach psychiatrycznych, gdzie poddawano je skrajnie brutalnym „terapiom”. Ich zachowania seksualne uchodziły bowiem za „chorobowe” lub uwarunkowane dziedzicznie. Dla kryminalbiologów pokroju Włocha Cesarego Lombroso prostytutka stanowiła żeński odpowiednik „urodzonego przestępcy”.³²
Mężczyźni, którzy – jak hrabiowie Hohenau, książę Aribert von Anhalt czy członkowie kierowanego przez Philippa Eulenburga Koła z Liebenbergu – byli homoseksualistami bądź o homoseksualizm choćby ich podejrzewano, mogli na mocy paragrafu 175 kodeksu karnego (obowiązującego wyłącznie mężczyzn, a nie lesbijki; zob. s. 34) być traktowani jak pospolici przestępcy i skazywani na nierzadko długoletnie kary więzienia.³³ W ówczesnej seksuologii ich zachowania seksualne były ponadto nie tylko piętnowane jako „przeciwne naturze”, lecz także uznawane za „chorobowe”, wskutek czego z całą powagą obawiano się rozprzestrzeniania homoseksualizmu, który miałby przyczyniać się do budzącej lęk i z innych powodów „dekadencji”.³⁴
W owym czasie zaczął się jednak rodzić sprzeciw – zarówno wobec karalności, jak i patologizacji homoseksualizmu. Płynął on ze strony niektórych bardziej liberalnych prawników oraz bardziej oświeconych lekarzy i psychiatrów, jak również od samych homoseksualistów, którzy otwarcie przyznawali się do swojej orientacji i tworzyli organizacje sprzeciwiające się – ramię w ramię z krytycznymi prawnikami, lekarzami i psychiatrami (z których część sama była homoseksualna) – kryminalizacji oraz medykalizacji osób homoseksualnych.³⁵ Wszystko to nie przynosiło natychmiastowych rezultatów – w każdym razie początkowo. O prawdziwym ruchu emancypacyjnym również nie można było jeszcze mówić. Mimo to wielu (heteroseksualnych) mężczyzn czuło, że ich męskość jest zagrożona przez ten bardziej wyimaginowany niż rzeczywisty ruch na rzecz praw gejów, i reagowało na to, powszechnie odmawiając homoseksualistom męskości, klasyfikując ich jako „dekadentów” i dopatrując się w nich ogromnego niebezpieczeństwa dla wewnętrznej spójności państwa i społeczeństwa.³⁶
Podsumowując, należy stwierdzić, że owe „brudne historie”, które opowiadano i kolportowano na temat życia intymnego dam i panów na dworze cesarza Wilhelma II, bynajmniej nie były tak niewinne i mimowolnie zabawne, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Stanowią one dowód i przykład tego, że i w jaki sposób ogólne wyobrażenia oraz wzorce zachowań dotyczące honoru, męskości i seksu znajdowały się w procesie głębokich przemian.
Fakt, że owe „brudne historie” rozgrywały się wśród „najdostojniejszych na dworze”, nie stanowi argumentu podważającego ten ogólny wniosek. Wszak dwór i elity dworskie w ostatniej – nazwanej od imienia ostatniego cesarza – wilhelmińskiej fazie Cesarstwa wciąż, a wręcz szczególnie wtedy, nadawały ton normom kulturowym także z perspektywy ról płciowych. Do tego dochodziło jednak również polityczne i społeczno-historyczne znaczenie dworu oraz arystokracji dworskiej. Dlatego – jak zostanie pokazane w kolejnym rozdziale – w owych „brudnych historiach” wśród „najdostojniejszych na dworze” chodziło także o honor, męskość i (szlachecką) świadomość klasową.
2 „Od najdostojniejszych na dworze”
„Nikczemności, które są już udowodnione w aktach”, miały „wyjść od najdostojniejszych na dworze” – ubolewała Charlotte von Meiningen w prywatnym liście z 1895 roku.¹ Pod pojęciem owej „nikczemności” rozumiano oczywiście „brudne historie”, które w anonimowych listach kolportowano na temat zachowań seksualnych uczestników i uczestniczek przyjęcia w pałacyku myśliwskim Grunewald. „Udowodnione w aktach” zostały one przez policję, która zabezpieczyła listy i przesłuchała ich adresatów. Policja nie była jednak w stanie ustalić autora lub autorki (bądź autorów) owych paszkwili. Dlatego bynajmniej nie było jasne, kogo miano na myśli pod mianem „najdostojniejszych na dworze”, kto ponosił odpowiedzialność za te listy i rozpowszechniane w nich „nikczemności”. W rachubę wchodzić mógł właściwie tylko któryś z uczestników lub któraś z uczestniczek zabawy w Grunewaldzie.²
Kto to był?
Mistrzem ceremonii von Kotze raczej to nie był. Jego też Charlotte von Meiningen nie mogła mieć na myśli, gdyż Kotze bez wątpienia nie zaliczał się do „najdostojniejszych na dworze”. Dotyczyło to również jego kolegi i późniejszego adwersarza [w pojedynku], mistrza ceremonii barona von Schradera, który – tak jak Kotze – wziął udział w zabawie wraz z małżonką. Z tego samego powodu wykluczyć należy (i w ogóle ich nie podejrzewano) kilkoro innych uczestników i uczestniczek owego spotkania. Wymienić tu trzeba oficerów Maxa i Paula von Schuler und Senden, a także Louisa Rittera von Bergera, który pojawił się wraz z żoną oraz jej siostrą Evą von Ramin, której z kolei towarzyszył pracownik ambasady rosyjskiej w Berlinie, baron von Knorring.
Do dworu i elity dworskiej – lecz nie do „najdostojniejszych” – należeli hrabia i hrabina Hohenau, o których życiu intymnym już nieco usłyszeliśmy. Przy tym hrabia Friedrich von Hohenau mógł rościć sobie pretensje do bycia członkiem rozgałęzionego rodu panującego Hohenzollernów.³ Był wszak synem księcia Albrechta Pruskiego (Hohenzollerna), który żył w latach 1809–1872 i był związany w tzw. morganatycznym, to jest niedorównującym stanem i sprzecznym z prawem dynastycznym⁴ (drugim) małżeństwie z Rosalie von Rauch, z którego to związku pochodził wspomniany hrabia Hohenau. W większości pozostałych rodów panujących nieślubne potomstwo – w średniowieczu określane wręcz mianem „bękartów” – nie było zaliczane do danej rodziny monarszej. U Hohenzollernów rzecz miała się jednak inaczej. Tutaj jeszcze pod koniec XIX wieku uznawano małżeństwa zawarte, jak to nieco komicznie określano, „z lewej ręki” [związki morganatyczne] oraz zrodzone z nich dzieci.
Książę Fryderyk Karol Heski, który również należał do biesiadników, był natomiast pochodzenia ślubnego i szlacheckiego, lecz nie z wyższej arystokracji [dynastii panujących]. Dyplom szlachecki rodziny Battenbergów, z którą Fryderyk Karol był powiązany, był bowiem stosunkowo świeżej daty.⁵ Niemniej Battenbergom udało się wejść poprzez mariaże do rozmaitych europejskich rodów panujących. To – jeśli tak można powiedzieć – szczęście stało się również udziałem księcia Fryderyka Karola. Pozwolono mu poślubić młodszą siostrę cesarza, Małgorzatę, dzięki czemu został przyjęty do elitarnego kręgu rodziny cesarskiej. Mimo to – i chociaż rzeczywiście należał do „najdostojniejszych na dworze” – ów uchodzący skądinąd za wyjątkowo przystojnego i atrakcyjnego książę przez nikogo, w tym również przez swoją szwagierkę Charlotte von Meiningen, nie był podejrzewany o bycie autorem anonimowych listów.
Inaczej sprawa wyglądała w przypadku wspomnianego już księcia Ernsta Günthera von Schleswig-Holstein. Na sporządzonej przez policję liście podejrzanych znajdował się on wręcz na samym szczycie. Przynajmniej początkowo, zanim podejrzenia nie skierowano na mistrza ceremonii von Kotzego (więcej na ten temat zob. s. 61 i n.). To, że nastąpiło to z wysokich, a wręcz najwyższych instancji, już przez niektórych współczesnych zostało uznane za potwierdzenie, iż ten cokolwiek naiwny i z racji swego arystokratycznego pochodzenia ponad miarę zarozumiały książę był owym łotrem. Na uzasadnienie tego podejrzenia nieustannie powoływano się również na (opisane już wcześniej) seksualne wybryki Ernsta Günthera. Bez wątpienia należał on do „najdostojniejszych na dworze”. Wszak Ernst Günther był bratem cesarzowej Augusty Wiktorii – a tym samym wujem [szwagrem] Charlotte von Meiningen, którego jednak nieszczególnie ceniła. Lecz inni członkowie rodziny cesarskiej również go nie poważali. Jedynie sama cesarzowa niezmiennie trzymała nad bratem parasol ochronny. Okazało się to skuteczne, jeśli chodzi o oddalenie podejrzeń o autorstwo listów. Nie zostały mu one udowodnione po dziś dzień.
Lecz kto to był w takim razie? Sama Charlotte von Meiningen?⁶ Za tym w istocie przemawia wiele przesłanek. Przede wszystkim fakt, że Charlotte von Meiningen w zabawie w Grunewaldzie nie tylko uczestniczyła, lecz wręcz ją zorganizowała. Być może nawet sama brała udział w owych ekscesach seksualnych. Wszak zjawiła się tam bez męża i – jak już słyszeliśmy – z powodu licznych pozamałżeńskich romansów była na dworze równie znana, co osławiona. Znana i budząca postrach była również jej pasja do krytykanctwa i plotkarstwa, przed którą nikt nie był bezpieczny – łącznie z jej rodzonym rodzeństwem: Wiktorią, Zofią, Małgorzatą oraz Henrykiem i Wilhelmem (II).⁷
Lecz wszystko to są spekulacje, które nawet poprzez ich ciągłe powtarzanie nie stają się bardziej pewne. Sprawstwa, względnie autorstwa owych anonimowych listów nie da się Charlotte von Meiningen udowodnić. Swoją zacytowaną na wstępie uwagą, wedle której wszystko miało „wyjść od najdostojniejszych na dworze”, dała ona jednak wskazówkę co do tego, o co w skandalu Kotzego początkowo i przede wszystkim chodziło: o skandal dworski, który rozegrał się „na dworze” i świadczył o konflikcie toczonym pomiędzy członkami tegoż dworu aż po „najdostojniejszych”. W konflikcie tym chodziło o zachowanie barier klasowych oraz podziałów płciowych (gender) – krótko mówiąc: o honor, męskość i (szlachecką) świadomość klasową.
Zanim jednak przejdziemy do bliższego omówienia tej kwestii, należy najpierw wyjaśnić, czym ów dwór był i jaką dysponował władzą.
Dwór i świta dworska
Do dworu monarchy należą zazwyczaj – obok samego władcy i jego rodziny (a także ich często licznych i rozgałęzionych krewnych) – doradcy oraz przyjaciele i znajomi, którzy stale bądź tymczasowo mieszkają na dworze lub są nań zapraszani w celu wzięcia udziału w określonych uroczystościach. Z reguły jest to krąg stosunkowo niewielki i niezbyt wpływowy politycznie. W Cesarstwie Niemieckim rzecz miała się jednak inaczej.⁸
Po pierwsze dlatego, że wilhelmiński dwór i świta dworska [aparat dworski] były znacznie większe niż w innych monarchiach konstytucyjnych i parlamentarnych. Za panowania Wilhelma II na dworze i w obsłudze dworskiej zatrudnionych było 3500 osób (w tym 2320 urzędników).⁹ Ich po części wręcz sowite wynagrodzenia oraz pozostałe koszty utrzymania dworu pokrywano ze środków państwowych w ramach tzw. listy cywilnej (Zivilliste). Rocznie wynosiło to ponad 20 milionów marek, co odpowiadało około 20 procentom całego budżetu Rzeszy i krajów związkowych. Również pod tym względem finansowym Cesarstwo Niemieckie zajmowało czołową pozycję wśród ówczesnych monarchii. Całkowicie wyjątkowe było polityczne znaczenie wilhelmińskiego dworu i aparatu dworskiego. Aby to zrozumieć, konieczny jest krótki rzut oka na konstytucję oraz realia konstytucyjne Cesarstwa Niemieckiego.¹⁰
Cesarstwo Niemieckie było monarchią konstytucyjną. Na jej czele stał cesarz, który – jak to w monarchiach konstytucyjnych bywa – musiał dzielić władzę z parlamentem. W Niemczech były to: wybierany w powszechnych i równych wyborach (mężczyzn) Reichstag oraz Bundesrat (Rada Związkowa), w którym zasiadali niewybierani lub przynajmniej niewybierani bezpośrednio przedstawiciele łącznie 25 państw związkowych (oraz tzw. Kraju Rzeszy Alzacja-Lotaryngia). Obie izby parlamentu uchwalały ustawy i mogłyby rozszerzyć swoje kompetencje ustawodawcze także kosztem władzy wykonawczej reprezentowanej przez cesarza. Lecz inaczej niż w większości innych monarchii konstytucyjnych tak się nie stało, a przynajmniej nie z początku. Niemiecka monarchia nie przekształciła się w parlamentarną, lecz pozostała aż do dekretów październikowych z 1918 roku monarchią konstytucyjną, charakteryzowaną zarówno przez niektórych współczesnych, jak i późniejszych historyków jako „bonapartystowska”.¹¹
Miało to kilka przyczyn, tkwiących zresztą w samej konstytucji. Granice potencjalnej władzy Reichstagu wyznaczał już przepis, na mocy którego reprezentowany i uosabiany przez kanclerza Rzeszy rząd mógł być powoływany i odwoływany nie przez parlament, lecz wyłącznie przez cesarza. Ponadto cesarz mógł według własnego uznania rozwiązać Reichstag i rozpisać nowe wybory. W Bundesracie dominował cesarz w charakterze stałego przewodniczącego i reprezentanta Prus, które dysponowały 17 z łącznej liczby 58 mandatów tego organu przedstawicielskiego krajów (różniącego się tym zasadniczo od dzisiejszego Bundesratu). Do praw i prerogatyw cesarza, które ani przez Reichstag, ani przez Bundesrat nie były i nie mogły być naruszone, należały ponadto reprezentowanie całych Niemiec na zewnątrz na gruncie prawa międzynarodowego oraz naczelne dowództwo nad całą armią. Armia ta była z trudem kontrolowana przez parlamenty Rzeszy i krajów związkowych. Posiadały one bowiem jedynie prawo budżetowe przy ustalaniu etatu wojskowego, co następowało jednak zaledwie co pięć, a nawet co siedem lat. Odpowiadało to oczywiście znakomicie wręcz owładniętemu manią wojskowości Wilhelmowi II, który publicznie pokazywał się niemal wyłącznie w mundurze, w otoczeniu wojskowych, i dążył do nieustannej rozbudowy wojsk lądowych, a zwłaszcza floty wojennej.
Przysługujące mu z mocy konstytucji i tak już rozległe uprawnienia właśnie Wilhelm II starał się jeszcze bardziej poszerzać. Po pierwsze w ścisłej współpracy z elitami gospodarczymi i społecznymi, w wyniku czego powstał system określony przez Hansa-Ulricha Wehlera mianem „autorytarnej polikracji”.¹² Do tego doszedł jednak rozbudowany wokół dworu aparat dworski, który przekształcił się w państwo poboczne i alternatywne, stanowiąc właściwą bazę „rządów osobistych” Wilhelma II, scharakteryzowanych przez Johna C. G. Röhla jako „neoabsolutystyczne”.¹³ Ów dualizm władzy przesuwał się coraz bardziej na korzyść cesarza i jego dworu, a kosztem rządów zarówno w Prusach, jak i w Rzeszy.¹⁴ Za kanclerstwa Bernharda von Bülowa, który był niewiele więcej niż wykonawcą poleceń monarchy, proces ten osiągnął swoje apogeum.
Jak to było możliwe? Z jakich urzędów i instytucji składał się ów aparat dworski i jacy ludzie byli jego zwierzchnikami oraz reprezentantami?
Właściwym i pierwotnym jądrem aparatu dworskiego był Urząd Wielkiego Marszałka Dworu (Oberhofmarschallamt).¹⁵ W okresie skandalu Kotzego kierował nim wielki marszałek dworu Eduard von Liebenau, który odpowiadał za wszystkie bieżące sprawy dworu, takie jak organizacja uroczystości, świąt i tym podobnych. Eduard von Liebenau miał wprawdzie bezpośredni dostęp do cesarza, nie posiadał jednak realnej władzy politycznej. Inaczej rzecz miała się z księciem Ottonem zu Stolberg-Wernigerode, który zarządzał dobrami cesarskimi oraz archiwum rodowym Hohenzollernów. Wszak ów szef Ministerstwa Domu Królewskiego (Hausministerium) miał rangę i status ministra, nie będąc jednak członkiem pruskiego ministerstwa stanu, przez co nie musiał obawiać się jakiejkolwiek kontroli ze strony parlamentów w Prusach czy tym bardziej w Rzeszy.
Wyłącznie cesarzowi podlegały również pozostałe pseudo-ministerstwa aparatu dworskiego. Chodziło tu z jednej strony o kierowany przez Hermanna von Lucanusa „Tajny Gabinet Cywilny” (Geheimes Zivilkabinett), który pełnił w przybliżeniu funkcję ministerstwa spraw wewnętrznych. Państwowemu ministerstwu obrony – czy też, jak wówczas mówiono, ministerstwu wojny (w Prusach i Rzeszy) – przeciwstawione były aż dwa „gabinety”. Za armię lądową i wszelkie związane z nią kwestie personalne odpowiadał „Tajny Gabinet Wojskowy” (Geheimes Militärkabinett) pod kierownictwem generała Wilhelma von Hahnkego. Na czele całkowicie nowo utworzonego „Tajnego Gabinetu Marynarki Wojennej” (Geheimes Marinekabinett) stał admirał Gustav baron von Senden-Bibran.
Wszyscy piastujący stanowiska w ramach tego aparatu dworskiego – jaki w tej formie istniał w owym czasie co najwyżej jeszcze w Japonii cesarskiego i równego bogom Tenno – byli całkowicie zależni od Wilhelma II. On sam mógł ich mianować i zwalniać, kiedy i jak często chciał. Ponadto byli przez niego sowicie zabezpieczani olbrzymimi pensjami oraz korumpowani kolejnymi subwencjami finansowymi, nadaniami orderów i awansami na wyższe stopnie.¹⁶
Do pozostałej świty cesarza należała jeszcze jego świta wojskowa.¹⁷ Składała się ona z jednej strony z generałów-adiutantów, którzy stanowili łącznik z niezwykle potężnym Sztabem Generalnym armii, na czele którego jako Najwyższy Zwierzchnik Sił Zbrojnych stał cesarz. Do generałów-adiutantów dochodzili jeszcze tzw. adiutanci skrzydłowi (Flügeladjutanten), którzy towarzyszyli Wilhelmowi II od rana do wieczora i wywierali bezpośredni, trudny do przecenienia wpływ na jego decyzje oraz posunięcia wojskowe i polityczne.
Z tych oficerów, którzy towarzyszyli Wilhelmowi II nie tylko w Berlinie, lecz także podczas jego niezliczonych podróży,¹⁸ miała uformować się nazywana tak już przez współczesnych kamaryla dworska.¹⁹ Jej wpływ zmalał jednak w latach 90. XIX wieku. Najważniejsza i najbardziej wpływowa politycznie kamaryla dworska została utworzona w owym czasie przez bliskiego przyjaciela cesarza, hrabiego Philippa von Eulenburga, i nazwana od jego nazwiska „klanem Eulenburgów”,²⁰ bądź od jego majątku w Uckermarku „Kołem z Liebenbergu” (zob. także s. 33 i n. oraz 111 i n.).²¹
Obok tych kamaryli na dworze i w elicie dworskiej istniały jednak jeszcze inne „kręgi”, względnie „stronnictwa dworskie”, które również dążyły do wywierania politycznego wpływu na cesarza i z tego powodu toczyły między sobą zażarte spory.²²
Wielu członków owych kamaryli i innych stronnictw dworskich było uwikłanych w skandal Kotzego oraz w następujący po nim skandal Eulenburga.²³ Poprzez nagłośnienie ich zachowania oraz postępków innych członków dworu i aparatu dworskiego zamierzano uderzyć w „rządy osobiste” Wilhelma II, a jego samego osłabić pod względem autorytetu i władzy politycznej.²⁴ Na tym polega wspomniane już i wnikliwie zbadane w literaturze naukowej znaczenie polityczne owych skandali. Nie ma potrzeby ani zamiaru, by to w tym miejscu ponownie rozwijać. Niekoniecznie ważniejsza, lecz w naszym kontekście bardziej interesująca jest zasygnalizowana już wyżej kwestia relacji między honorem, męskością a (szlachecką) świadomością klasową.
Honor, męskość i świadomość klasowa
Obok członków dworu niemal wszyscy pracownicy liczącego ponad 2000 osób aparatu dworskiego byli pochodzenia szlacheckiego i arystokratycznego. Krytyka ich zachowania, płynąca z zewnątrz, raniła ich nie tylko w ich honorze (zewnętrznym), lecz także w ich szlacheckiej świadomości klasowej. Zwłaszcza wtedy, gdy krytykę tę – jak miało to miejsce w sprawie Kotzego – uprawiali mieszczańscy publicyści. Jakże prości, a w ich oczach wręcz pospolici mieszczanie mogli ważyć się krytykować zachowanie „najdostojniejszych w społeczeństwie”! Wszak mieli do czynienia z przedstawicielami warstwy panów. Mimo to – lub właśnie z tego powodu – czuli się mieszczańską krytyką nie tylko dotknięci, lecz także zagrożeni. Obawiali się bowiem, że w ten sposób runąć mogą wznoszone od stuleci i zaciekle bronione bariery klasowe. Stąd brał się ich wstręt wobec wszystkich mieszczan oraz wyraźna nienawiść do przedstawicieli niższych warstw społecznych, a także do Żydów – bez względu na ich pozycję społeczną.²⁵
Jest to jednak tylko jedna strona medalu. Pewne bariery klasowe istniały mianowicie także wewnątrz niemal wyłącznie szlacheckiej społeczności dworskiej. Należały do niej bowiem, obok nielicznych przedstawicieli wyższej arystokracji (Hochadel), również rozmaite osoby wywodzące się z drobnej szlachty lub których rodziny dopiero co uzyskały szlachectwo. Do tego dochodził fakt, że bynajmniej nie cała stara szlachta była bogata, a cała nowa szlachta uboga. Czasami bywało dokładnie odwrotnie. Podczas gdy niektóre ze świeżo nobilitowanych dam i panów mogły pozwolić sobie na pałace i wielkie miejskie wille, nawet posiadacze starych i prastarych szlacheckich nazwisk musieli zadowalać się mieszkaniami w kamienicach, przez co musieli znosić kpiące miano „szlachty piętrowej” (Etagenadel).
Tego rodzaju różnice pod względem pochodzenia i majątku występowały również wśród uczestników skandalu Kotzego. Leberecht von Kotze na przykład wywodził się bez wątpienia ze starej, a ściślej mówiąc – ze śląskiej szlachty. Von Kotze był żonaty z Elisabeth von Treskow, której rodzina dysponowała rozległym majątkiem ziemskim i nieruchomościami w bezpośrednim sąsiedztwie ówczesnego Berlina.²⁶ (Dzisiejszy ogród zoologiczny Tierpark we wschodnim Berlinie znajduje się na terenie dawnego majątku rodziny von Treskow). Ze względu na niemały posag żony, a także dochody z własnych dóbr w Karkonoszach, Leberecht von Kotze mógł pozwolić sobie na okazałą willę przy Drakestraße w Lichterfelde, gdzie cesarz kilkakrotnie składał mu wizyty.
Lecz znacznie zamożniejszy, wręcz bajecznie bogaty, był kolega Kotzego i jego późniejszy przeciwnik w pojedynku, baron Karl von Schrader. Jednak jego dyplom szlachecki był znacznie świeższej daty. Ponadto von Schrader był żonaty z panną de Villier, której niewątpliwie nie do końca szlacheckiemu, a w dodatku holenderskiemu pochodzeniu bezustannie coś wytykano. Podobnej krytyce podlegał również marszałek dworu cesarzowej Victorii (matki Wilhelma II), baron von Reischach, z którym Kotze również stanął do pojedynku. O żonie Reischacha szeptano, że wywodzi się z nawróconej na chrześcijaństwo rodziny żydowskiej, jego samego zaś lżono jako „Wirtemberczyka o młodym szlachectwie”.²⁷
Jeszcze większe różnice stanowe zachodziły między dwiema innymi osobami, które swoimi interwencjami wywołały skandal Kotzego. Wielki szambelan i minister Domu Królewskiego książę Otto zu Stolberg-Wernigerode, który przekazał podejrzenia dotyczące mistrza ceremonii Kotzego szefowi Tajnego Gabinetu Cywilnego Hermannowi von Lucanusowi, był arystokratą z rodu panującego, Lucanus natomiast – świeżo nobilitowanym synem aptekarza, przez co w wytwornym towarzystwie dworskim nieustannie nazywano go „aptekarzem” i wyśmiewano.
Zawiść i niechęć z powodu wysokich urzędów w aparacie dworskim i związanych z nimi wyjątkowo dobrych uposażeń, a przede wszystkim ze względu na bezpośredni dostęp do cesarza, odczuwali także inni przedstawiciele niższej szlachty. Przedstawiciele starej szlachty i wyższej arystokracji obawiali się bowiem, że w ten sposób zburzone zostaną tak mozolnie i kunsztownie wznoszone bariery stanowe. W istocie we wspomnianej wyżej, liczącej 62 stopnie tabeli rang niektórzy przedstawiciele niższej szlachty wyprzedzali arystokratów, ponieważ piastowali wyższy urząd dworski i pobierali lepsze uposażenie. Wywoływało to u wielu nie tylko zawiść wobec owych dorobkiewiczów, lecz wręcz „żądzę zemsty na tych intruzach”.²⁸
Do barier stanowych dochodziły bariery płciowe (gender), które – podobnie jak w reszcie społeczeństwa mieszczańskiego – wzniesiono na dworze między kobietami a mężczyznami. Ów podział płci w oczach wielu szlacheckich dworzan przełamywały i naruszały niektóre damy dworu, które wprawdzie również były szlacheckiego pochodzenia, lecz były także płci żeńskiej. Niektóre z tych dam dworu potrafiły bowiem zdobyć wysokie, a nawet najwyższe stanowiska w aparacie dworskim. Jedna z nich, hrabina Therese von Brockdorff, awansowała nawet na stanowisko ochmistrzyni dworu (Oberhofmeisterin) cesarzowej Augusty Wiktorii, z racji czego należało zwracać się do niej per „Ekscelencjo”.²⁹ Gdy jedną z dam dworu odznaczono wręcz wysokim orderem, oburzenie i irytacja wielkich panów nie miały granic.
Nieustannie drwiono i oburzano się także na to, że członkinie dworu oraz żony piastunów wysokich urzędów na dworze – i w „zwykłym” państwie – wtrącały się w zarezerwowaną właściwie dla mężczyzn politykę, próbując wpływać na decyzje personalne oraz udzielając proszonych i nieproszonych rad w kwestiach kształtowania polityki wewnętrznej, a nawet zagranicznej. Panowie wcale tego nie pochwalali i – niczym Bismarck – złorzeczyli na panujące na dworze „rządy bab” (Weiberherrschaft) bądź – jak Wilhelm II – naśmiewali się z „gospodarki halkowej” (Unterrockwirtschaft).³⁰ Całkowicie wyeliminować owej „samowoli” nie byli jednak w stanie już choćby z tego powodu, że kobiety te po prostu należały do dworu i elity dworskiej.
Ogólnie rzecz biorąc, relacje między mężczyznami a kobietami na dworze i w kręgach dworskich nie układały się bezkonfliktowo. Za wybitnie uciążliwą i ograniczającą ich w realizacji własnej męskości wielu panów uważało surową etykietę, która obowiązywała podczas większości uroczystości dworskich i była skrupulatnie egzekwowana przez zatrudnionych do tego celu i uprawnionych mistrzów ceremonii.³¹ Etykieta ta dotyczyła nienagannego ubioru, a także poprawnego i oficjalnego zachowania, jakiego kobiety i mężczyźni musieli przestrzegać we wzajemnych kontaktach.³² Obejmowało to zakaz tak lubianego przez wielu mężczyzn pijactwa na umór oraz używania równie typowo męskich, dosadnych przekleństw.
Aby móc realizować swoją męskość, panowie mogli jednak w każdej chwili wycofać się do męskich stowarzyszeń (Männerbünde), w których przeszli męską socjalizację. Należały do nich, obok korpusu oficerskiego, także korporacje akademickie (Corps), do których – podobnie jak sam cesarz – wstępowali podczas studiów i z którymi pozostawali związani także jako starszyzna (Alte Herren / filistrzy). Podczas owych knajpianych i innych męskich biesiad można było znów być „prawdziwym mężczyzną”: kląć, pić na umór, opowiadać sprośne dowcipy, używać jeszcze bardziej wulgarnych sformułowań i – jeśli kogoś naszła ochota – po wyjściu z lokalu udać się wspólnie do burdelu. Na temat owych męskich uciech plotkowano potem obficie zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz własnego grona.
Należy wyciągnąć następujący zwięzły wniosek: skandal Kotzego, który zaczął się od seksskandalu, by następnie przekształcić się w skandal dworski, obok wymiaru politycznego miał również znaczenie z punktu widzenia historii społecznej oraz historii płci. Poprzez ów skandal powszechne i obecne w całym półfeudalnym społeczeństwie Cesarstwa bariery klasowe oraz podziały płciowe zostały naruszone, a częściowo wręcz zburzone. Wskutek jednego i drugiego niektórzy panowie poczuli się dotknięci zarówno w swojej (szlacheckiej) świadomości klasowej, jak i w swoim (zewnętrznym) honorze oraz poczuciu męskości.
3 „Osoba o chorobliwie niewieścich skłonnościach”
„Osoba o chorobliwie niewieścich skłonnościach, o próżnym i afektowanym wyglądzie” miała być wedle opinii grafologa Langenbrucha autorem anonimowych listów.¹ W ten sposób, choć niechcący, skierował on podejrzenia na mistrza ceremonii von Kotzego. Ten bowiem uchodził wśród swoich kolegów i współbraci stanowych za wybitnie „zniewieściałego” i przez wielu opisywany był jako „próżny”, nieustannie zabiegający o „wystudiowany wygląd”. Dla Philippa Eulenburga – skądinąd również sprawiającego wrażenie nie tyle wybitnie męskiego, co raczej zniewieściałego – Kotze był „błazeńskim strojnisiem opętanym modą”.² Na dworze wytykano mu – by podać choćby jeden groteskowy przykład – że na wyprawę myśliwską stawił się w zielonym krawacie.³ Nawet jego adwokat Fritz Friedmann ganił u swego mandanta i dawnego kolegi ze szkolnej ławy „wyraźną skłonność do wszystkiego, co powierzchowne, ze szczególnym znawstwem męskich i niewieścich strojów”.⁴ Uznawanym za ekstrawagancki ubiorem Kotze naruszał ówczesną, nieco szarą normę odzieżową, która przyjęła się na dworze i w całym społeczeństwie mieszczańskim.⁵ Odstępstwa od tej normy bez wahania uznawano za „zniewieściałość”.⁶
Wielu jego kolegów oraz innych członków elity dworskiej krytykowało ponadto u Kotzego notoryczną skłonność do plotkarstwa, którą bezsprzecznie – acz rzecz jasna niesłusznie – postrzegano jako typowo kobiecą przywarę.⁷ Przy tym Kotze właśnie z powodu owego plotkarstwa był wielce ceniony przez cesarza, który zapewne również w tym celu kilkakrotnie odwiedzał go w jego willi przy Drakestraße w Lichterfelde.⁸
Zapewne wyłącznie z powodu owego zamiłowania do plotek oraz starannie dobranej i zarazem modnej garderoby Kotze był pogardzany jako „zniewieściały” (nie-)mężczyzna, a jednocześnie podejrzewany o bycie autorem anonimowych listów. Niepojęte, lecz prawdziwe. Dlatego celem Kotzego było dowiedzenie nie tylko swojej niewinności, lecz także męskości, i uwolnienie się w ten sposób od zarzutu „zniewieściałości” – co zresztą w obu przypadkach mu się udało.
Lecz do tego jeszcze nie doszliśmy. Wróćmy jeszcze raz do tego, od czego wszystko się zaczęło: do anonimowych listów i „brudnych historii” o życiu intymnym „najdostojniejszych na dworze”.
Listy stają się sprawą publiczną
Istnieniu listów, które bezpośrednio po zabawie w Grunewaldzie zostały wysłane do jej uczestników i uczestniczek oraz do innych członków i członkiń elity dworskiej, nie dało się dłużej zaprzeczać już choćby dlatego, że ich wysyłka trwała nieprzerwanie przez cały rok 1891.⁹ Ich „brudna” zawartość również wkrótce stała się powszechnie znana. Przyczynił się do tego osobliwy obyczaj wytwornych, lecz i nieco leniwych dam i panów z wyższych sfer, by służba kładła im na stole śniadaniowym korespondencję już rozpieczętowaną.¹⁰ Oczywiście służący korzystali z okazji, by przeczytać listy, zanim te w ogóle dotarły do rąk właściwych adresatów. Jeśli zaś – co zdarzało się wielokrotnie – do listów dołączone były dodatkowo pornograficzne fotografie, ich złośliwa uciecha nie miała oczywiście granic. Równie naturalnie plotkowano o tym dalej. Wkrótce już niemal cały Berlin z lubością raczył się wcale niewytwornymi historiami z tak wytwornego świata dworu.
„Do wielu z tych listów – w których zresztą adresaci, zanim przedłożyli je audytorowi [sędziemu śledczemu], często zamazywali atramentem całe długie ustępy, jak twierdzili: z powodu nazbyt wielkiej niemoralności treści – dołączone były fotografie przedstawiające mężczyzn i kobiety w najbardziej wyzywających pozycjach; zdjęcia z gatunku tych, jakie wszędzie można potajemnie nabyć spod lady. Twarze opatrzone są nazwiskami. Zwykle jedynie uliczna dziwka raczyła tego rodzaju noworocznymi żartami swoją towarzyszkę niedoli bądź opłacanego alfonsa – lecz inne czasy, inne obyczaje!”
FRITZ FRIEDMANN, Der deutsche Kaiser und die Hofkamarilla, ZURYCH 1896, S. 157 I N.
Aby nie być dalej w ten sposób kompromitowanymi i stawianymi pod pręgierzem, niektórzy – choć bynajmniej nie wszyscy – adresaci listów porozumieli się między sobą i powiadomili policję. Przeprowadzenie śledztwa w tej niezwykle delikatnej aferze powierzono w maju 1892 roku komisarzowi kryminalnemu Eugenowi von Tauschowi.¹¹
Komisarz Tausch wkracza do akcji
Ów Tausch był śledczym wyjątkowo śliskim i w pewnym sensie na wszelkich kryminalistycznych wodach kwanym, dysponującym najlepszymi kontaktami nie tylko w berlitńskim półświatku przestępczym, lecz także na najwyższych szczeblach politycznych w stolicy Rzeszy. Te ostatnie powierzyły Tauschowi – który awansował na faktycznego zwierzchnika pruskiej policji politycznej¹² – również zadanie wpływania na przeciwników politycznych autorytarnego Cesarstwa, ich inwigilacji oraz prześladowania. W tym celu wyposażono go w niemałe środki finansowe, które wykorzystywał do przekupywania świadków oraz korumpowania nie mniej szemranych i podatnych na łapówki dziennikarzy. Zostało to jednak zdemaskowane przez skorumpowanych żurnalistów, co doprowadziło do wszczęcia przeciwko Tauschowi postępowania sądowego, zakończonego wyrokiem skazującym i wydaleniem go ze służby policyjnej.
Do owego niechlubnego końca przyczyniło się także zachowanie Tauscha w aferze Kotzego. To właśnie Tausch podejrzewał wspomnianego już księcia Ernsta Günthera ze Szlezwika-Holsztynu o bycie autorem przynajmniej pierwszej serii anonimowych listów. Wobec złej sławy, jaką ten szwagier cesarza cieszył się zwłaszcza w kręgach dworskich, podejrzeniom Tauscha powszechnie dawano wiarę. Nawet po niesławnym odejściu Tauscha ze stanowiska komisarza niektórzy wysoko postawieni detektywi-amatorzy na dworze i w otoczeniu dworskim wciąż powracali do tezy, że to Ernst Günther jest prawdziwym winowajcą. Jego ze wszech miar uzasadnione aresztowanie i skazanie miało jednak zostać udaremnione na polecenie najwyższych instancji politycznych, a wręcz samego monarchy. Są to jednak spekulacje, które wprawdzie wysuwali także późniejsi badacze, lecz których nigdy nie udało się potwierdzić.
Faktem pozostaje, że Tausch nie zdołał dowieść winy Ernsta Günthera – pomimo że, lub być może właśnie dlatego, iż w swoim śledztwie posłużył się metodami sprawiającymi dziś wrażenie komicznych, a wówczas, jak i obecnie, bezprawnymi. Do pierwszych z nich należało obserwowanie skrzynek pocztowych, do których książę lub jego służący mieli w zwyczaju wrzucać korespondencję.
Jednoznacznie nielegalne (choć dalekie jeszcze od dzisiejszych podsłuchów operacyjnych) było wykradzenie przez policję z książęcej rezydencji bibuł do suszenia atramentu, na których miały jakoby odbić się nazwiska niektórych uczestników zabawy w Grunewaldzie.¹³ Nic dziwnego, że książę stawił opór, wyrzucił Tauscha i jego wywiadowców ze swego domu oraz stanowczo zakazał dalszego nękania go. Ponadto Ernst Günther przyłączył się do kręgu detektywów-amatorów zawiązanego przez Hohenauów i Schraderów, którzy odtąd usilnie dążyli do udowodnienia winy mistrzowi ceremonii von Kotzemu.
Kotze zostaje podejrzany i aresztowany
Zastosowali oni przy tym ponownie „metodę bibułową” Tauscha, zdobywając z domu Kotzego bibuły, na których – o dziwo! – widniało imię „Lottchen”, jakim „uhonorowano” hrabinę Hohenau, względnie zwymyślano ją od pospolitych prostytutek. Poproszony o ekspertyzę grafolog Langenbruch – Tausch przezornie wycofał się już ze sprawy – uznał jednak, że owe odciski sprawiają „wrażenie celowości”, a więc są po prostu sfałszowane. Mimo to swoją uwagą, że autor (Langenbruch dopuszczał także autorkę!) anonimowych listów jest „osobą o chorobliwie niewieścich skłonnościach”, skierował podejrzenia na Kotzego.
Podejrzenie wobec Kotzego nie miało żadnych podstaw; najmniej zaś opierało się na owych niefortunnych bibułach. Niemniej kręgowi Hohenau-Schradera udało się przekonać o winie Kotzego nie tylko Ernsta Günthera von Schleswig-Holstein, lecz także kilku innych członków dworu i otoczenia dworskiego. Te plotki i podejrzenia doniesiono wielkiemu szambelanowi, księciu zu Stolberg-Wernigerode, odpowiedzialnemu za dworskie sprawy dyscyplinarne. Na początku czerwca 1894 roku uznał on za konieczne poinformowanie o sprawie Kotzego również szefa gabinetu cywilnego Wilhelma II, Hermanna von Lucanusa. Lucanus – sam nielubiany w kręgach dworskich i stale z pogardą tytułowany „aptekarzem” – nie chciał lub nie potrafił dostrzec potencjalnego niebezpieczeństwa całej sprawy i przedstawił ją cesarzowi.
Wilhelm II, który znał Kotzego bardzo dobrze i do tej pory zawsze czerpał przyjemność z przekazywanych przezeń plotek i nowinek, uznał podejrzenia wysunięte przeciwko mistrzowi ceremonii za wiarogodne i przeszedł do czynów. W swoim stylu: natychmiast i impulsywnie. Nie pytając w ogóle o zdanie właściwych organów policji i wymiaru sprawiedliwości, Wilhelm II polecił 17 czerwca 1894 roku szefowi swojego gabinetu wojskowego, Wilhelmowi von Hahnkemu, aresztować Kotzego i osadzić go w areszcie przy Lindenstraße.
Aresztowanie Kotzego uzasadniono zarzutem, że dopuścił się on zniesławienia oraz rozpowszechniania pism nieprzyzwoitych. Problem i zarazem nader kłopotliwa dla cesarza okoliczność polegały jednak na tym, że były to tzw. przestępstwa ścigane na wniosek pokrzywdzonego, które mogły być dochodzone wyłącznie przed sądem powszechnym, względnie przez (cywilnego) prokuratora.¹⁴ Cesarz wtrącił się zatem w działalność wymiaru sprawiedliwości bez uprawnień, ściągając na siebie zarzut bezprawia sądowego [złamania/nagięcia prawa].
Aby zatuszować owo cesarskie bezprawie, sprawę Kotzego przekazano sądom wojskowym, które w Cesarstwie funkcjonowały obok i poza strukturą sądów powszechnych.¹⁵ Rzecz w tym, że Kotze wcale nie był oficerem w służbie czynnej, którego można by postawić przed sądem wojennym. Ucieknięto się więc do fortelu i ze stanu spoczynku (rotmistrza w st. spocz. – a. D.) zrobiono zeń rotmistrza „do dyspozycji” (z. D. – zur Disposition).¹⁶
Ku przerażeniu wojskowych organów wymiaru sprawiedliwości powołanych do zbadania sprawy Kotzego, proceder wysyłania anonimowych listów trwał jednak nadal, nawet w trakcie jego uwięzienia. Za te nowe listy Kotzego doprawdy nie sposób było winić, ponieważ w areszcie nie miał do dyspozycji żadnych przyborów do pisania. Ponadto w kolejnym liście, podpisanym przez „Komitet” (das Comité), anonimowe osoby zażądały natychmiastowego zwolnienia Kotzego. W przeciwnym razie grożono wywołaniem skandalu, w wyniku którego „tron zachwieje się wraz ze wszystkimi swymi zmurszałymi podporami”.¹⁷ Aby tego uniknąć, a także z racji braku jakichkolwiek dowodów winy, 5 lipca 1894 roku na rozkaz właściwego zwierzchnika sądowego, generała Alexandra von Pape, mistrz ceremonii został zwolniony z aresztu.
Na tym wszystko mogło się zakończyć. Kotze był znów na wolności, a odpowiedzialny za jego bezprawne uwięzienie wielki szambelan, książę zu Stolberg-Wernigerode, podał się do dymisji. Generał von Pape, któremu pierwotnie powierzono osądzenie Kotzego, poszedł w ślady szambelana i również zrezygnował ze wszystkich pełnionych funkcji. Obaj – Pape, jak i Stolberg-Wernigerode – wzięli tym samym winę za nielegalne uwięzienie Kotzego na siebie, mimo że (lub właśnie dlatego, że) spoczywała ona wyłącznie na cesarzu.
Ta zaiste wierna monarsze ofiara nie spotkała się jednak z wdzięcznością władcy. Wilhelm II nie tylko przyjął ich prośby o dymisję z całkowitą obojętnością, lecz także odmówił rehabilitacji Kotzego i przywrócenia go na urząd mistrza ceremonii. Zamiast tego powierzył dowódcy III Korpusu Armijnego, księciu Fryderykowi von Hohenzollern-Sigmaringen, zadanie kontynuowania śledztwa przeciwko Kotzemu. W ten sposób skandal Kotzego wkroczył w swoją drugą, lecz bynajmniej nie ostatnią fazę, w której Kotzemu udało się dowieść swojej niewinności oraz obronić własną męskość.
Kotze dowodzi swojej niewinności i broni swojej męskości
Mianowany właśnie przez cesarza – wbrew sprzeciwom generalicji – dowódcą III Korpusu Armijnego książę Fryderyk von Hohenzollern-Sigmaringen jako nowy zwierzchnik sądowy dołożył wszelkich starań, aby uniknąć błędów swego poprzednika von Pape i doprowadzić do wydania niezbitego wyroku skazującego Kotzego. W tym celu zlecił zbadanie całej sprawy wykształconemu prawnikowi i wyposażył go we wszelkie wyobrażalne pełnomocnictwa. W istocie ów audytor [wojskowy sędzia śledczy], nazwiskiem Emil Heinrich, przesłuchał obok uczestników zabawy w Grunewaldzie także liczne inne osoby ze sfer dworskich. Te chętnie składały zeznania. Mimo to – i chociaż sporządzone przy tym protokoły przesłuchań liczyły niemal tysiąc stron akt¹⁸ – nie znaleziono niczego naprawdę istotnego i obciążającego Kotzego. Ponadto procedura ta pochłonęła mnóstwo czasu. Czas ten został wykorzystany przez adwokata Kotzego, Fritza Friedmanna, do wyprowadzenia kontrataku w obronie swego klienta: podsunął on prasie podejrzenie, że to nie Kotze, lecz jego kolega i śmiertelny wróg von Schrader jest odpowiedzialny za anonimowe listy.¹⁹
W następstwie owej intrygi Friedmanna 21 stycznia 1895 roku – a więc niemal dokładnie cztery lata po feralnym przyjęciu – doszło do pierwszego pojedynku. W zastępstwie wciąż przecież oskarżanego i znajdującego się w stanie oskarżenia Leberechta von Kotzego, jego kuzyn, Dietrich von Kotze, wyzwał barona von Schradera na pojedynek na pistolety. Rozegrano go jak zwykle w lasku Grunewald i zakończył się bezkrwawo – co bynajmniej nie było rzeczą zwyczajną, lecz nader rzadką.
Trzy miesiące później, 7 marca 1895 roku, po niemal rocznych przygotowaniach otwarto wreszcie drugi proces sądu wojskowego przeciwko von Kotzemu.²⁰ Zakończył się on – podobnie jak pierwszy – uniewinnieniem Kotzego.²¹ Podjęto wówczas próbę nakłonienia Wilhelma II, aby nie zatwierdzał wyroku sądu wojskowego.
W tym celu o audiencję u cesarza poprosili: wielki marszałek książę Karl Egon IV zu Fürstenberg, marszałek dworu cesarzowej Fryderykowej Hugo von Reischach oraz bawarski poseł w Berlinie hrabia Hugo Lerchenfeld.²² Została im ona zresztą udzielona. Wszak wszyscy ci wielcy panowie bez wyjątku byli braćmi korporacyjnymi (Corpsbrüder) Wilhelma II. Lecz zazwyczaj niezawodna korporacyjna solidarność na nic się nie zdała. Wilhelm II był już przekonany o niewinności Kotzego, dlatego 9 kwietnia 1895 roku zatwierdził uniewinniający wyrok ogłoszony przez sąd wojskowy.
Ponadto Wilhelm II zmusił swego szwagra, księcia Ernsta Günthera von Schleswig-Holstein, hrabiego Hohenau oraz księcia Ariberta von Anhalt do przeproszenia Kotzego za wysuwane przez nich i nieudowodnione ostatecznie oskarżenia, co ci zresztą uczynili, wypełniając swoisty rytuał: udali się pod dom Kotzego, by zostawić tam swoje bilety wizytowe.²³
Nie przeprosili natomiast trzej inni uczestnicy tego, co określano już mianem „spisku przeciwko Kotzemu”. Byli to – obok zaprzysięgłego wroga Kotzego, barona Schradera – książę von Fürstenberg oraz marszałek dworu von Reischach, którzy, jak wspomniano, wstawiali się u cesarza za Schraderem, a przeciwko Kotzemu.
To, że Kotze poczuł się przez całą trójkę głęboko dotknięty, było w pełni zrozumiałe. Niezrozumiałe, a wręcz szaleńcze było natomiast to, że wyzwał wszystkich trzech mężczyzn na pojedynki. Potrójny pojedynek okazał się zbyt wielkim wyzwaniem nawet dla owych ogarniętych manią pojedynkowania się „ludzi honoru”. Porozumiano się co do tzw. mandatu zbiorowego, zgodnie z którym tylko jeden z wezwanych przez mistrza ceremonii przeciwników miał stanąć do walki z Kotzem. Wybór padł na von Reischacha. Pojedynek na pistolety odbył się 13 kwietnia 1895 roku – w Wielką Sobotę (!) – w pobliżu stacji kolejowej Halensee i zakończył się dopiero po ósmej (!) wymianie ognia zranieniem Kotzego. Obaj przeciwnicy z powodu tego bezprawnego pojedynku bynajmniej nie zostali ukarani naganą ani tym bardziej aresztowani, lecz otwarcie pochwaleni. Leżącemu w szpitalu Kotzemu cesarz kazał wręczyć osobisty podarunek – nader wymownie: pisankę wielkanocną.
Zarówno z cesarską pisanką, jak i bez niej, afera mogła – a nawet powinna – w tym momencie dobiec końca. Wszak wzbiła już w opinii publicznej wystarczająco dużo kurzu.²⁴ Tak się jednak bynajmniej nie stało. Skandal toczył się dalej. Zanim jednak przejdziemy do jego ostatniej fazy i śmiertelnego finału, należy podjąć próbę wyjaśnienia tego, co w gruncie rzeczy niewytłumaczalne: mianowicie dlaczego dla Kotzego tak istotne było udowodnienie swojej męskości i odrzucenie zarzutu zniewieściałości.
Męskość i zniewieściałość
Dominująca w Cesarstwie „męskość hegemoniczna” była męskością z naciskiem akcentowaną, konstruowaną w wyraźnym odcięciu od wszelkiej kobiecości.²⁵ Mężczyzna był mężczyzną tylko wtedy, gdy różnił się od kobiety pod każdym względem, i to bynajmniej nie tylko fizycznym. Jakiekolwiek, choćby najdrobniejsze zewnętrzne upodobnienie się do kobiety było potępiane i traktowane jako całkowicie niemęskie, wręcz niewieście. Dotyczyło to również ubioru.²⁶ Gdy był on zbyt modny, barwny i strojny (jak miało to miejsce w przypadku mistrza ceremonii von Kotzego), szybko zyskiwało się – podobnie jak Kotze – miano „próżnego” i „błazeńskiego strojnisa” oraz łatkę kogoś na swój sposób „zniewieściałego”.
Mężczyźni musieli jednak różnić się od kobiet nie tylko ubiorem i prezencją, lecz także – a wręcz przede wszystkim – swoim zachowaniem. Prawdziwy mężczyzna musiał być twardy. Twardy wobec swoich rzeczywistych lub choćby domniemanych przeciwników i konkurentów, ale twardy również wobec samego siebie. Bycie miękkim było równoznaczne ze zniewieściałością. Okazywanie uczuć, a tym bardziej dawanienie im wyrazu łzami, również piętnowano jako przejaw słabości i niewieściuchostwa. Przykłady te można by mnożyć bez końca.
Powinno być już dostatecznie jasne, że owa powszechna i bynajmniej niewystępująca wyłącznie w Cesarstwie Niemieckim polaryzacja płci była tutaj wyjątkowo silna. Kto jako mężczyzna naruszał tę polaryzację płciową lub wręcz próbował ją przekroczyć, temu nieodwołalnie odmawiano męskości i zarzucano zniewieściałość. Lecz dlaczego tak było i dlaczego zjawisko to występowało ze szczególną mocą właśnie w Cesarstwie Niemieckim? Wszak nie zawsze tak bywało. Choćby w epoce słusznie zwanej sentymentalizmem (Empfindsamkeit), w której mężczyznom wolno było uzewnętrzniać emocje i szlochać jak – wedle ówczesnego porzekadła – skrzywdzone pałacowe psy.²⁷ Odpowiedź jest – lub przynajmniej wydaje się – prosta: tkwiła ona w wychowaniu.²⁸ Mężczyzną się nie rodzi, mężczyznę się urabia. W Cesarstwie bynajmniej nie tylko w domu rodzinnym,²⁹ lecz przede wszystkim w szkole³⁰ i w wojsku,³¹ gdzie chłopców i młodzieńców hartowano, aby potem wyrośli na twardych mężów i jeszcze twardszych ojców.
Dobrym, a zarazem odstraszającym tego przykładem jest wychowanie człowieka, który nadał swe imię całej epoce: Wilhelma II.³² Już jako mały chłopiec – z powodu fizycznej ułomności (jego lewe ramię zostało okaleczone wskutek błędu popełnionego przy porodzie), a także z powodu rzekomo ograniczonych zdolności umysłowych (w każdym razie poświadczanych przez jego nauczycieli) – był on dręczony i maltretowany przez pozbawionych skrupułów lekarzy oraz niewiarygodnie brutalnych pedagogów; działo się to za wiedzą i wyraźną zgodą jego rodziców. Przede wszystkim matki, która nie tylko całkowicie dominowała nad swoim mężem (późniejszym, panującym zaledwie sto dni cesarzem Fryderykiem III), lecz pragnęła podporządkować sobie także swego najstarszego syna – Wilhelma II – czego ostatecznie jednak nie zdołała osiągnąć. Brak matczynej miłości dorosły Wilhelm II odpłacił jej później wręcz niepohamowaną i sprawiającą niemal chorobliwe wrażenie nienawiścią.
Ukształtowany na bezwzględnego twardziela przez dom, szkołę, a nade wszystko przez wojskowy rygor Wilhelm jako cesarz wymagał wpojonej mu samemu bezwzględności również od swoich – nielicznych – przyjaciół oraz od członków dworu i aparatu dworskiego. Oni także mieli być twardzi i męscy. I tacy w istocie byli. Wszak odebrali podobne wychowanie jak ich cesarz.³³ Zostali (podobnie jak synowie z rodzin mieszczańskich³⁴) surowo ukształtowani w domu i szkole, by podczas późniejszej służby wojskowej zostać wręcz wytresowanymi w bezwzględnej twardości i męskości. Tę cechę udowadniali później – i musieli udowadniać – w swoim zawodzie (z reguły oficerskim). Najlepiej na wojnie, której wielu wręcz nie mogło się doczekać.
Taka była obowiązująca norma. Kto od niej odbiegał lub choćby sprawiał wrażenie, że od niej odstaje, uchodził za niemęskiego, zniewieściałego lub – co stanowiło absolutne apogeum – wręcz za homoseksualistę.³⁵ To pierwsze dotyczyło, jak wspomniano, Kotzego, to drugie zaś – Philippa Eulenburga. Lecz podczas gdy Kotze zdołał jeszcze odeprzeć zarzut zniewieściałości, uważany również za zniewieściałego, a następnie zdemaskowany jako homoseksualista Eulenburg załamał się całkowicie.
4 „Niegodny, by nosić mundur królewski”
Rotmistrz Leberecht jest „niegodny, by nosić mundur królewski” i musi zostać usunięty z korpusu oficerskiego, ponieważ utracił swój „honor”.¹ Do takiego, druzgocącego dla Kotzego orzeczenia doszedł sąd honorowy huzarów z Rathenow jesienią 1895 roku. W ten sposób uważany już za zakończony skandal Kotzego wkroczył w nową fazę. Nie chodziło w niej już o winę czy niewinność Kotzego, lecz o jego najwyższe dobro – jego „honor”.
Kotze traci swój honor
Do utraty swego honoru przyczynił się sam Leberecht von Kotze. A stało się to tak: ledwo wyleczywszy się z rany, którą odniósł w pojedynku z wielkim marszałkiem dworu von Reischachem, Kotze złożył pozew o zniesławienie przeciwko baronowi von Schraderowi.² Nastąpiło to za radą jego spragnionego rozgłosu adwokata, Fritza Friedmanna, który chciał wykorzystać proces do publicznego skompromitowania całej kliki Schradera.³'⁴
Tego z kolei Schrader nie zamierzał tolerować, z którego to powodu w maju 1895 roku wyzwał Kotzego na pojedynek. Ten jednak odmówił, argumentując, że należy najpierw poczekać na wynik procesu sądowego. Argument ten został przez Schradera zaakceptowany – przynajmniej z początku. Lecz gdy właściwy prokurator Drescher odmówił wszczęcia postępowania sądowego przeciwko Schraderowi,⁵ cierpliwość i powściągliwość Schradera dobiegły końca. Zażądał od Kotzego, by ten wreszcie stanął do pojedynku na pistolety.
Kotze jednak ponownie odmówił – tym razem powołując się na wniesiony przez siebie przeciwko Schraderowi prywatny akt oskarżenia. Z prawniczego punktu widzenia było to całkowicie poprawne. Rzecz jasna jedynie podług ogólnych, mieszczańskich wyobrażeń o prawie i porządku. Nie były one jednak podzielane przez arystokratycznych i innych „ludzi honoru”. W szczególności zaś nie podzielali ich członkowie sądu honorowego huzarów z Rathenow, do którego zwrócił się Schrader i który odmówił Kotzemu honoru [uznał go za pozbawionego czci] z powodu odmowy dania satysfakcji honorowej. Tym samym Kotze wydawał się całkowicie skończony. Jako człowiek bez honoru nie mógłby nawet stanąć do pojedynku ze Schraderem [utracił zdolność honorową].
Stało się jednak inaczej. A to Kotze zawdzięczał ostatecznie interwencji cesarza.
Cesarz interweniuje
W grudniu 1895 roku Wilhelm II uchylił wyrok wydany przeciwko Kotzemu przez sąd honorowy huzarów z Rathenow. Cesarz uznał go za zbyt „stronniczy”. Ponadto Wilhelm II wyraził swoją dezaprobatę wobec całego pułku, nie wysyłając na jego uroczystości jubileuszowe zwyczajowego „Najwyższego telegramu gratulacyjnego”.⁶ Co więcej, Wilhelm II odwołał księcia Fryderyka von Hohenzollern-Sigmaringen ze stanowiska dowódcy III Korpusu Armijnego, do którego należał m.in. pułk z Rathenow. Dymisję generała uzasadniono twierdzeniem, jakoby przekazał on prasie decyzję sądu honorowego podległego mu pułku.
Wraz z księciem Fryderykiem von Hohenzollern-Sigmaringen zdymisjonowany został już drugi z łącznie szesnastu dowódców korpusów armijnych w związku z aferą Kotzego. Wywołało to wielkie poruszenie i falę krytyki zarówno w opinii publicznej, jak i w oddanej skądinąd wiernie cesarzowi armii. Wszak ów książę i krewny Wilhelma II dopiero co został mianowany przez monarchę generałem i dowódcą korpusu, co w kręgach czującej się pominiętą generalicji również spotkało się wcześniej z krytyką.
Lecz krytyka ta nie powstrzymała stającego się coraz bardziej despotycznym cesarza i nie przeszkodziła mu w ponownym zaingerowaniu w aferę Kotzego poprzez polecenie hanowerskim Ułanom Królewskim (Königs-Ulanen) przeprowadzenia nowego postępowania sądu honorowego przeciwko Kotzemu. Sąd honorowy tego elitarnego pułku udzielił wprawdzie upomnienia również Schraderowi, lecz co do zasady potwierdził decyzję huzarów z Rathenow: rotmistrz Leberecht von Kotze z powodu „odmowy dania satysfakcji” utracił swój „honor”, wskutek czego musi zostać niezwłocznie usunięty z korpusu oficerskiego.⁷
W ten sposób hanowerscy ułani przeciwstawili się wyraźnej woli monarchy. Wymagało to niemałej odwagi cywilnej, której w armii zazwyczaj brakowało. Wilhelm II zdawał się to uszanować. Inaczej niż huzarzy z Rathenow, ułani hanowerscy nie zostali ukarani za swój sprzeciw. Wilhelm II ograniczył się do skorygowania decyzji sądu honorowego ułanów w jednym kluczowym punkcie: Kotze nie miał zostać wydalony z armii, lecz jedynie otrzymać naganę/upomnienie. Na mocy tej cesarskiej decyzji zdolność honorowa (Satisfaktionsfähigkeit) Kotzego została jednak przywrócona, a on sam zyskał możność odzyskania swego „honoru” z bronią w ręku. Wilhelm II – mniejsza o to, czy świadomie, czy też nie – przyczynił się w ten sposób decydująco do tego, że teraz do pojedynku doszło, ba – dojść po prostu musiało.
Kotze odzyskuje swój honor
Obaj „ludzie honoru” – Kotze, jak i Schrader – intensywnie przygotowywali się do pojedynku, który stał się teraz nieunikniony.⁸ Schrader ćwiczył strzelanie z pistoletu, czego Kotze nie musiał robić: uchodził wszak za dobrego, a przede wszystkim doświadczonego strzelca. Sekundanci obu przeciwników poszukiwali dogodnych miejsc i pór, w których i kiedy pojedynek mógłby się odbyć. Okazało się to jednak niezwykle trudne, ponieważ opinia publiczna znowu zwęszyła sprawę, co sprawiło, że wielu gapiów już we wczesnych godzinach porannych gromadziło się w tych zakątkach lasku Grunewald, gdzie wielcy panowie zazwyczaj toczyli swoje starcia.
Tak dużego rozgłosu i uwagi gawiedzi obaj rywale doprawdy nie potrzebowali. Wszak pojedynek o honor nie był pospolitym meczem bokserskim – chociaż (lub właśnie dlatego, że) tak właśnie postrzegali go spragnieni sensacji berlińczycy.
Owe nieoczekiwane kłopoty rozwiązano, przenosząc pojedynek Kotze kontra Schrader w niespodziewane miejsce – na wzgórze Ravensberg koło Poczdamu – gdzie odbył się on w równie nieoczekiwanym dniu: mianowicie w Wielki Piątek, który w przeważająco protestanckich Prusach obchodzono jako najważniejsze święto chrześcijańskie. Z tym berlińczycy się nie liczyli. A przecież przy starciu Kotzego ze Schraderem mieliby co oglądać – pojedynek ten toczył się bowiem na skrajnie zaostrzonych warunkach.
Należała do nich z jednej strony rezygnacja z ograniczenia liczby wymian ognia: strzelać miano aż do całkowitej niezdolności do walki jednego z adwersarzy. I to – podobnie jak przy wcześniejszych pojedynkach – nie z pistoletów pojedynkowych, lecz z pistoletów wojskowych (służbowych), które gwarantowały wyższą celność niż tradycyjna broń pojedynkowa, zatrzymana pod względem techniki z racji gładkich luf na poziomie XVIII wieku.
Jeśli nawet nie całkowicie nowa, to z pewnością wielce niezwykła była również wynegocjowana przez sekundantów sama formuła pojedynku. Nazywano ją pojedynkiem z dojściem („Avance”) lub pojedynkiem z barierą („Barriere”) i zakładała ona, że pojedynkujący się nie stali w jednym miejscu, strzelając do siebie z ustalonego z góry dystansu, lecz szli naprzeciw siebie aż do tzw. bariery wyznaczonej w odległości dziesięciu kroków, mogąc przez cały ten czas prowadzić ogień, dopóki jeden z nich lub obaj nie zostaną trafieni. Przy formule pojedynku z dojściem do bariery śmierć jednego, a nawet obu uczestników była nie tylko wkalkulowana w ryzyko, lecz wręcz z góry zaplanowana. Przypominało to (oczywiście bezprawną) egzekucję i z punktu widzenia prawa powinno zostać zakwalifikowane i ukarane jako zabójstwo, jeśli wręcz nie morderstwo.
W istocie pojedynek z barierą między Kotzem a Schraderem zakończył się uśmierceniem jednego z rywali. Padło na barona Schradera, który został postrzelony przez Kotzego w podbrzusze i zmarł z powodu tej rany następnego dnia, po tym jak słynny chirurg Ernst Gustav von Bergmann bezskutecznie usiłował uratować jego życie podczas operacji w trybie nagłym.
W normalnych warunkach Kotze powinien zostać przez sąd powszechny skazany za zabójstwo lub wręcz morderstwo na karę śmierci bądź przynajmniej na wieloletni pobyt w ciężkim więzieniu. Tak się jednak nie stało. W czerwcu 1896 roku Kotze został skazany przez sąd wojskowy za – jak to sformułowano – „zabójstwo w pojedynku” na zaledwie dwa lata i trzy miesiące twierdzy.⁹ Karę tę Kotze odbywał w nader komfortowych warunkach ze swoim służącym [ordynansem], który zaopatrywał go we wszystko, łącznie z szampanem, w twierdzy Kłodzko (Glatz), by już po kilku miesiącach zostać ułaskawionym przez cesarza i zwolnionym z aresztu.
Kotze wprawdzie nie został ponownie powołany na urząd mistrza ceremonii, lecz utratę posady rotmistrz w st. spocz. i właściciel ziemski Leberecht von Kotze potrafił przeboleć. Wszak był człowiekiem zamożnym, który z dochodów przynoszonych przez dobra w Karkonoszach, dokąd się wycofał, mógł pędzić dostatnie, a przede wszystkim godne swego stanu życie. Tam, w Karkonoszach, Kotze zmarł w 1920 roku. W swoim – dworskim i arystokratycznym – świecie, który na dwa lata przed jego śmiercią bez echa legł w gruzach, uchodził w każdym razie za honorowego oficera i człowieka zasad. Jego prawość i nienaganny żywot zostały mu nawet oficjalnie poświadczone przez cesarza poprzez nadanie Orderu Orła Czerwonego III klasy. Odznaczenie to nadano już w 1902 roku, kiedy wzburzenie wywołane skandalem Kotzego bynajmniej jeszcze nie opadło, a krytyka jego krwawego finału sięgnęła zenitu.
Jak to było możliwe? Jak człowiek, który bezprawnie pozbawił życia drugiego, mógł uchodzić za „człowieka honoru”? Aby to pojąć, warto jeszcze raz przyjrzeć się wyobrażeniom, jakie ówcześni ludzie mieli o honorze i męskości.
Honor i męskość poprzez pojedynek
Honor mężczyzny w Cesarstwie Niemieckim bynajmniej nie był mierzony wyłącznie nienagannym prowadzeniem się oraz ewentualnymi zasługami, jakie położył on dla swej ojczyzny i swego cesarza. Ważniejszy niż ów honor wewnętrzny w sensie moralności, obyczajności i cnoty był honor zewnętrzny, to znaczy reputacja i dobre imię.¹⁰ Tego ostatniego „człowiek honoru” musiał w razie potrzeby bronić poprzez toczenie pojedynków, za pomocą których dowodził jednocześnie swojej męskości.¹¹ Uznawanie czynów bezprawnych, a wręcz przestępczych – jakimi pojedynki bez wątpienia były i jak postrzegały je również sądy – za wyznacznik nie tylko męskości, lecz także honoru, już w epoce Cesarstwa musiało sprawiać wrażenie anachronizmu i przeżytku.
Kodeks karny dla Rzeszy Niemieckiej z 1 stycznia 1872 r.
§ 201
Wyzwanie na pojedynek z użyciem broni śmiercionośnej, jak również przyjęcie takiego wyzwania, podlega karze twierdzy do sześciu miesięcy.
§ 202
Karę twierdzy od dwóch miesięcy do dwóch lat wymierza się, jeżeli przy wyzwaniu zamiar pozbawienia życia jednej ze stron został wyraźnie wypowiedziany lub wynika z wybranego rodzaju pojedynku.
§ 203
Osoby, które przyjmują zlecenie wyzwania i je doręczają (doręczyciele kartelu pojedynkowego), podlegają karze twierdzy do sześciu miesięcy.
§ 204
Kara za wyzwanie i przyjęcie tegoż, jak również kara dla doręczycieli kartelu odpada, jeżeli strony dobrowolnie odstąpiły od pojedynku przed jego rozpoczęciem.
§ 205
Pojedynek podlega karze twierdzy od trzech miesięcy do pięciu lat.
§ 206
Kto zabija swego przeciwnika w pojedynku, podlega karze twierdzy nie krótszej niż dwa lata, a jeżeli pojedynek był tego rodzaju, że miał doprowadzić do śmierci jednego z nich – karze twierdzy nie krótszej niż trzy lata.
§ 207
Jeżeli śmierć lub uszkodzenie ciała nastąpiły wskutek umyślnego przekroczenia uzgodnionych lub tradycyjnych reguł, sprawca przekroczenia – o ile według poprzednich przepisów nie podlega surowszej karze – podlega ukaraniu również według ogólnych przepisów o zbrodni zabójstwa lub uszkodzenia ciała.
§ 208
Jeżeli pojedynek odbył się bez sekundantów, wymierzona kara może zostać podwyższona maksymalnie o połowę, jednakże nie powyżej dziesięciu lat.
§ 209
Doręczyciele kartelu, którzy podejmują poważne starania w celu zapobieżenia pojedynkowi, sekundanci, jak również wezwani na pojedynek świadkowie, lekarze i chirurdzy (felczerzy) są wolni od kary.
§ 210
Kto umyślnie, w szczególności przez okazanie pogardy lub groźbę pogardy, podburza kogoś do pojedynku z osobą trzecią, podlega – w przypadku dojścia pojedynku do skutku – karze więzienia nie krótszej niż trzy miesiące.
W istocie już niektórzy krytyczni współcześni chcieli widzieć w tym powrót do czasów „mrocznego” średniowiecza. Mieli w tym zarazem rację i jej nie mieli. Praktyka dowodzenia męskości i honoru poprzez toczenie pojedynków sprawiała w XIX wieku w istocie średniowieczne wrażenie, była jednak czymś zupełnie innym niż zwykłym powrotem do wieków średnich – które skądinąd bynajmniej nie były aż tak ciemne i mroczne. Nie chodziło tu o regres, lecz raczej o kontynuację wyobrażeń i praktyk, które narodziły się w średniowieczu, by później bynajmniej nie ulec zakończeniu, lecz wręcz dalszej radykalizacji i rozszerzeniu.
Rzućmy krótki okiem na historię pojedynków.¹² Pojęcie pojedynku (niem. Duell) wywodzi się z łacińskiego duellum, pod czym pierwotnie rozumiano wojnę, czyli bellum. W pełnym średniowieczu mianem duella określano również pojedynki sądowe [sądy boże], które były zarządzane przez trybunały w celu udowodnienia winy lub niewinności oskarżonego. W późnym średniowieczu doszło do zmiany. Odtąd za pojedynki uznawano także turnieje i starcia zbrojne toczone między rycerzami dla wykazania rycerskiej dzielności i honoru. Z tych rycerskich igrzysk – służących wszak jednocześnie za trening militarny – nieszlachta była bezwzględnie wykluczona. „Prosty człowiek” – jak stale określają go źródła – był wprawdzie potrzebny do licznych wojen, lecz wyłącznie po to, by oddać życie, a nie po to, by dowodzić swej męskości i honoru. Żadnego z nich prosty człowiek bowiem nie posiadał i wcale posiadać nie chciał. Był w pełni pochłonięty walką o przetrwanie, co było wystarczająco uciążliwe i doprawdy nie pozostawiało czasu na zaprzątanie sobie głowy takimi rzeczami jak męskość i honor, które do utrzymania życia nie były absolutnie niezbędne.
W „jesieni średniowiecza”, jak nazwał tę epokę holenderski historyk Johan Huizinga, dawna rycerska świetność dobiegła końca. Ich wojskowe rzemiosło przejęli u schyłku średniowiecza i we wczesnej nowożytności najemnicy, dysponujący jednocześnie profesjonalnymi umiejętnościami niezbędnymi do opanowania i stosowania nowych technik wojennych. Mowa o obsłudze broni palnej i armat. Wymagało to opanowania zgoła innych umiejętności niż te, które były potrzebne w starciach na miecze, topory i inną broń sieczną oraz kolną. Niemniej tego rodzaju pojedynki wciąż ćwiczono i toczono – i to bynajmniej już nie tylko na wojnie i na polu bitwy, lecz także, a wręcz przede wszystkim w najgłębszym pokoju, w wyznaczonych miejscach, gdzie pojedynki te rozgrywano według ściśle określonych reguł i gdzie służyły one odtąd mniej lub bardziej wyłącznie obronie honoru.
Ponadto nie czynili tego już wyłącznie szlachcice – rycerzy we właściwym sensie tego słowa już nie było – lecz także dowódcy i oficerowie armii najemnych, z których wielu było pochodzenia nieszlacheckiego, a ściślej mieszczańskiego.¹³ Przenikaniu mieszczan do feudalnego korpusu oficerskiego przedstawiciele klas wyższych nie mogli (lub nie mogli całkowicie) zapobiec. W konsekwencji czuli się zmuszeni do dopuszczenia swych mieszczańskich towarzyszy broni do pierwotnie czysto feudalnych zwyczajów – czy też bezprawia – pojedynkowego. Każdy oficer, także mieszczański, uchodził odtąd za „człowieka honoru”, który miał prawo i obowiązek bronić swego honoru z bronią w ręku: to znaczy szpadą, szablą lub pistoletem.
Do tego kręgu potencjalnych pojedynkowiczów dołączyli następnie studenci. Ich także zarówno szlachta, jak i korpus oficerski uznały za „godnych” obrony i dowodzenia swego honoru poprzez pojedynki. Początkowo działo się tak na wszystkich nielicznych jeszcze uniwersytetach europejskich. Wśród braci studenckiej panowała swoista równość. Każdego studenta, niezależnie od jego pochodzenia społecznego, uważano za wolnego i honorowego „żaka/bursza” (Bursche), o ile był gotów i zdolny dowieść swej prawości i wolności z bronią w ręku. Jako broń studenci wybierali głównie szpady i szable, rzadziej pistolety.
Już absolutystyczne państwa wczesnej nowożytności dostrzegały w pojedynkach naruszenie swego monopolu na stosowanie przemocy, dlatego traktowały pojedynki w jakiejkolwiek formie jako zbrodnię obrazy majestatu (crimen laesae maiestatis) i surowo ich zakazywały. Ów powszechny zakaz pojedynków udało się jednak wyegzekwować jedynie w Anglii. W pozostałych państwach europejskich, z Francją na czele, doszło do istnej plagi pojedynków. Wszędzie uchodziło wręcz za szyk i przejaw szczególnej męskości staczanie pojedynków – w każdym razie wśród szlachty, oficerów i studentów.
W Niemczech – czyli w całym niemieckim obszarze językowym – studenci wykształcili szczególną formę pojedynku. Od łacińskiego słowa mensura (miara lub dystans) nazwano ją menzurą (Mensur) i toczono z reguły przy użyciu tzw. pałaszy studenckich (Schläger).¹⁴ Jest to wprawdzie również broń, a dokładnie broń sieczna, której niebezpieczeństwo zostało jednak zredukowane. Inaczej niż powszechnie stosowane szpady i szable, Schläger nie posiada szpiczastego końca (jest zaokrąglony), przez co nie mógł służyć do pchnięć, lecz – jak wskazuje nazwa – jedynie do cięć. Ponadto pojedynkowiczom – czy też, jak trafniej ich zwano, menzurzystom (Paukanten) – pozwalano chronić znaczne partie ciała, a także głowę, poprzez zakładanie bandaży, specjalnych kamizelek i żelaznych gogli. Dzięki temu śmiertelne rany miały być i były w przeważającej mierze wykluczone. Trafione i zranione mogły zostać właściwie tylko niektóre partie twarzy, gdzie jednak pozostawiały one blizny, w żargonie studenckim zwane sznytami (Schmisse). Wreszcie – i przede wszystkim – menzury nie były toczone w celu rozstrzygania zatargów honorowych, lecz służyły głównie sprawdzaniu odwagi, a tym samym męskości uczestników.¹⁵ Odbywało się to przed braćmi korporacyjnymi, którzy przyglądali się zaaranżowanym wcześniej menzurom i je oceniali. Kryterium nie było zadanie rany przeciwnikowi, lecz postawa moralna wykazana przez uczestnika oraz jego kunszt szermierczy.¹⁶
I chociaż menzury różniły się zasadniczo od klasycznych pojedynków,¹⁷ jedne i drugie były traktowane przez władze i sądy jako walki na broń śmiercionośną, przez co pozostawały surowo zabronione.¹⁸ W Niemczech – czyli w ówczesnych państwach i państewkach niemieckich – zakaz ten łamano jednak na skalę budzącą zdumienie. Pod tym względem niemieccy studenci wcale nie wykazywali przypisywanego Niemcom skądinąd ślepego posłuszeństwa wobec władzy.¹⁹ Zakazy pojedynków i menzur nakładane przez organy państwowe i uniwersyteckie wręcz zachęcały niemieckich studentów do ich zbiorowego i masowego łamania. Mogli to jednak czynić również dlatego, że nie musieli obawiać się dotkliwych kar. Najsurowszą z nich – relegowanie z uczelni – można było łatwo obejść, przenosząc się po prostu na inny, z reguły blisko położony uniwersytet w sąsiednim państwie lub księstwie. Czasowe uwięzienie w uczelnianych aresztach, zwanych karcerami (Karzer), dało się bez trudu przeczekać. Winowajcy byli bowiem przez kolegów sowicie zaopatrywani w „towar” – to jest piwo i wino – co pozwalało im oddawać się ulubionej (zaraz po szermierce) rozrywce: pijaństwu.
Wszystko to należy do sfery opisywanej w licznych opowieściach i opiewanej w pieśniach „dawnej niemieckiej świetności żakowskiej” (Burschenherrlichkeit). Pojęcie to brzmi romantyzująco, jest jednak nader trafne. I to w trojakim sensie. Owa tradycja była doprawdy „dawna”, by nie rzec przestarzała, specyficznie „niemiecka” i „pańska” (herrlich) w dosłownym znaczeniu: wolny i zbrojny bursz czuł się panem (Herr) i szczególnie męskim mężczyzną, gdy dowiódł swej męskości i honoru poprzez stoczenie – w tej kolejności – menzur i pojedynków.²⁰ Nie było to dobre i zwłaszcza dzisiaj – gdy niegdysiejsza, bezkrytyczna gloryfikacja niemieckiego ruchu korporacyjnego ustąpiła miejsca równie bezkrytycznemu potępieniu²¹ – wcale za dobre nie uchodzi. Niemniej krytykę tę należy zrelatywizować poprzez porównanie z zachowaniem studentów innych narodowości oraz innych niemieckich warstw społecznych. Z wyjątkiem studentów brytyjskich, którzy przestrzegali zakazu pojedynkowania się (a menzur nie znali), pozostali europejscy studenci tamtej epoki byli niemal równie skorzy do bitki i kieliszka jak niemieccy, a przy tym skrajnie wyczuleni na punkcie obrony swej męskości i honoru.²²
Porównanie obyczajowości pojedynkowej studentów niemieckich z zachowaniem innych warstw społecznych – szlacheckich i mieszczańskich – wypada jeszcze korzystniej dla tych pierwszych, a negatywnie dla tych drugich. Za radykalizację pojedynkowej plagi, z jaką mamy do czynienia w skandalu Kotzego, winy nie ponosili studenci. Można wręcz powiedzieć, że było odwrotnie. Już poprzez wprowadzenie znacznie mniej niebezpiecznych i niemal nigdy niekończących się śmiercią menzur stworzyli oni alternatywę dla pojedynków, które wprawdzie nadal toczyli, lecz coraz rzadziej i prawie nigdy przy użyciu broni śmiercionośnej, jak pistolety pojedynkowe. Wybierane przez oficerów pistolety wojskowe w ogóle nie wchodziły u nich w grę.
Także w odniesieniu do pytania, czym jest męski honor oraz kiedy i jak należy go bronić, zachodziły między studentami a pozostałymi „ludźmi honoru” znaczne różnice. U studentów dominowało podejście sprawiające niemal wrażenie zabawy, aczkolwiek dość dziecinne. W gruncie rzeczy szukano jedynie częstokroć błahego pretekstu, by móc się pojedynkować – jak powiedziano: bardziej na pałasze i szable niż na pistolety. Gdy przy najlepszych chęciach takiego pretekstu nie udawało się znaleźć, wystarczyło nazwać kolegę „łobuzem” (Lümmel) czy „smarkaczem” (Bengel) albo go lekko potrącić, by następnie – wręczając naderwany bilet wizytowy – wyzwać go na pojedynek.
U oficerów rzecz miała się inaczej. Tutaj kwestie honoru traktowano śmiertelnie poważnie i jako powód do staczania pojedynków na pistolety (wojskowe), które nierzadko kończyły się ciężkim, a wręcz śmiertelnym zranieniem przeciwnika. W aferze Kotzego za uwłaczające honorowi uznano zwykłe podejrzenia i twierdzenia. Inne historie pojedynkowe brały się z całkowicie błahych powodów, takich jak przypadkowe potrącenie czy słowna zniewaga.²³ Całkowicie groteskowe stawało się to wtedy, gdy powodem pojedynku nie było nawet rzeczywiste lub rzekome przewinienie samego pojedynkowicza, lecz postępek jego małżonki. I tak „człowiek honoru”, którego żona dopuściła się zdrady, miał nie tylko prawo, lecz wręcz obowiązek wyzwać rywala na pojedynek. W przeciwnym razie tracił honor.²⁴
Ów przymus pojedynkowania się stanowił sedno problemu. „Ludzie honoru” musieli – czy tego chcieli, czy nie – stawać do pojedynków, w przeciwnym razie bowiem wraz z honorem tracili swoją pozycję społeczną. Oficerowie za odmowę pojedynku płacili wręcz wydaleniem ze służby. Zostało to uregulowane w Regulaminie Sądów Honorowych (Ehrengerichtsordnung), wydanym przez cesarza Wilhelma I w 1874 roku. Głosił on: „Oficera zdolnego w sposób niegodziwy naruszyć honor towarzysza broni równie mało będę tolerował w Moim wojsku, jak oficera, który nie potrafi strzec własnego honoru”.²⁵ Wilhelm II stale ponawiał to zarządzenie swego uwielbianego i sławionego jako „Wilhelm Wielki” dziadka, wpajając je swoim oficerom. Przyczynił się tym w bardzo istotny sposób do eskalacji plagi pojedynków, która jednocześnie spotykała się z coraz ostrzejszą krytyką.
5 „Dziesięć skalpów za majątek rycerski”
„Po pojedynku ze skutkiem śmiertelnym zwycięzca ma prawo zdjąć skalp poległego przeciwnika i przymocować go jako brelok do łańcuszka od zegarka. Dziesięć skalpów daje prawo do majątku rentowego”.¹
Tę przednią propozycję zawierała fikcyjna „Nowa ustawa o pojedynkach”, która ukazała się w dodatku satyrycznym do Berliner Tageblatt, zatytułowanym „Ulk”, bezpośrednio po pojedynku Kotze kontra Schrader w dniu 8 maja 1896 roku (zob. s. 92). Porównanie z Indianami wprawdzie nie jest bynajmniej „poprawne politycznie” – zwłaszcza że Indianie północnoamerykańscy wcale skalpowania nie wynaleźli – uderzało jednak europejskich „ludzi honoru” w ogólności, a wschodniołabskich właścicieli majątków ziemskich w szczególności, w ich najbardziej czuły punkt. Zostali wystawieni na pośmiewisko, które – jak powszechnie wiadomo – bywa zabójcze.
„Sprawiedliwość klasowa”, „przewrót” i „rządy osobiste”
Przede wszystkim socjaldemokraci wykorzystali finał skandalu Kotzego jako okazję do skrytykowania nazbyt „łagodnego” karania przestępstw pojedynkowych – jakim było starcie między Kotzem a Schraderem – i skonfrontowania tego ze skrajnie surowym karaniem socjaldemokratycznych publicystów oraz polityków, którzy nie dopuścili się żadnego aktu przemocy, a wręcz do takowego nawet nie nawoływali. Widzieli w tym jednoznaczny przejaw „sprawiedliwości klasowej”.
„Nowa ustawa o pojedynkach”
§ 1. Mając na uwadze, że pojedynek sprawdził się jako znakomity środek podnoszenia obyczajności, winien on stać się dobrem wspólnym wszystkich stanów i obu płci. W związku z tym wszystkie osoby od 15. roku życia uzyskują zdolność honorową [do dawania satysfakcji]. Rozjemcę oraz sekundantów zapewnia na życzenie urząd policji.
§ 2. Kto zostaje oskarżony o zbrodnię, ma wybór: czy chce „rozprawić się z bronią w ręku” z tym, kto go przyłapał na gorącym uczynku, z prokuratorem, z sędzią, czy też ostatecznie stanąć przed sądem. Odmowa pojedynku uchodzi za przyznanie się do winy. Spory cywilne mogą być załatwiane w ten sam sposób. Sumy zaoszczędzone dzięki temu w administracji wymiaru sprawiedliwości zostaną przeznaczone na premie strzeleckie dla zwycięskich pojedynkowiczów.
§ 3. Sprzedawcy wszelkiego rodzaju towarów są zobowiązani przyjmować wyzwania od osób, które podczas zakupów oświadczą, że nie są w stanie zapłacić, lecz chcą wywalczyć prawo do posiadania owych towarów.
§ 4. Każdy narzeczony, względnie mąż, zachowuje prawo do osoby i mienia swej narzeczonej lub żony tylko tak długo, jak długo skutecznie odpiera rzucone mu przez innych konkurentów wyzwania w zwycięskich pojedynkach. Podobnie każda małżonka musi być stale gotowa do podjęcia walki z niewiastami, które ubiegałyby się o względy jej męża.
§ 5. Po pojedynku ze skutkiem śmiertelnym zwycięzca ma prawo zdjąć skalp poległego przeciwnika i przymocować go jako brelok do łańcuszka od zegarka. Dziesięć skalpów daje prawo do majątku rentowego na Śląsku, Pomorzu lub w Prusach Wschodnich; dwadzieścia – do dziedzicznego miejsca w Izbie Panów.
ULK, R. 25, 1896, NR 19 Z DNIA 8 MAJA 1896 R.
Krytyka owej „sprawiedliwości klasowej” znalazła wyraz w dwóch karykaturach opublikowanych 13 października 1896 roku w socjaldemokratycznym czasopiśmie Der Wahre Jakob (zob. s. 94/95).² Jedna z nich przedstawiała zakutego w kajdany i ubranego już w pasiak więzienny dżentelmena, odprowadzanego przez dwóch strażników, który według podpisu miał uosabiać „czerwonego redaktora”. Na drugiej karykaturze widnieje (lub ma widnieć) Kotze: ubrany wytwornie, wręcz modnisiowato, który niedbałym uniesieniem cylindra odwzajemnia czołobitny ukłon umundurowanego urzędnika. Scena ma rozgrywać się przed twierdzą Kłodzko (Festung Glatz), gdzie Kotze rozpoczyna odbywanie kary, ponieważ – jak głosił podpis – „zastrzelił swego przeciwnika niczym wróbla”.
W przeciwieństwie do socjaldemokratów liberałowie wzbraniali się wprawdzie przed używaniem terminu „sprawiedliwość klasowa”, obawiali się jednak, że wskutek skrajnie odmiennego traktowania przestępstw pojedynkowych i innych zbrodni podkopane i naruszone zostaną fundamenty oraz zasady mieszczańskiego, równego dla wszystkich państwa prawa (Rechtsstaat). Do tego dochodził lęk, że ten bezsprzeczny skandal zostanie wykorzystany przez socjaldemokratów do agitacji politycznej, co z kolei mogłoby dać organom państwowym pretekst do ograniczenia z takim trudem wywalczonych liberalnych praw obywatelskich.
Obawa ta była w pełni uzasadniona, i to bardziej, niż ówcześni wiedzieli lub choćby przypuszczali. Czołowi mężowie stanu – z cesarzem na czele – wciąż bowiem i na nowo igrali z myślą o zamachu stanu, w wyniku którego SPD miałaby zostać ponownie zdelegalizowana, a Reichstag – pogardliwie nazywany przez Wilhelma II „małpiarnią Rzeszy” (Reichsaffenhaus) – rozwiązany.³ Owe opracowane już przez Bismarcka plany zamachu stanu⁴ właśnie w pierwszych latach panowania Wilhelma II wkroczyły w fazę konkretnych przygotowań. W rządzie, a jeszcze bardziej na dworze, pracowano wszak nad tzw. projektem ustawy o zwalczaniu przewrotu (Umsturzvorlage), który przewidywał drakońskie kary ciężkiego więzienia za przestępstwa motywowane politycznie, przez co zyskał on również miano „ustawy więziennej” (Zuchthausvorlage). (Pasiak więzienny „czerwonego redaktora” na wspomnianej karykaturze stanowił aluzję właśnie do tego projektu).
Taki bezprawny i sprzeczny z konstytucją zamach stanu można było jednak uzasadnić wyłącznie powoływaniem się na rzekomo bezprawne i antykonstytucyjne zachowanie socjaldemokratów. Ci jednak robili wszystko, by nie dać rządowi i cesarzowi żadnego powodu do ogłoszenia stanu wyjątkowego. Zamiast tego przeszli do ofensywy, zarzucając rządowi i cesarzowi łamanie prawa i konstytucji. Pretekstu dostarczyła już bezprawna i antykonstytucyjna ingerencja cesarza w skandal Kotzego. Liberalni publicyści, tacy jak Maximilian Harden i inni, widzieli w tym dowód oraz przykład na to, że i w jaki sposób Wilhelm II zamierzał budować i poszerzać swoje tzw. rządy osobiste. Również za krwawy finał afery Kotzego cesarz został osobiście obarczony odpowiedzialnością. Wszak to on sam wręcz nakłonił Kotzego i Schradera do pojedynku.
Wilhelmowi II przypisywano ponadto ogólną eskalację obyczaju pojedynkowego, który przerodził się w prawdziwą plagę i tak też był oceniany przez znaczną część prasy. Wilhelm II nie wyegzekwował bowiem powszechnego zakazu pojedynków, stale ponawiając rozporządzenie wydane jeszcze przez swego dziadka Wilhelma I, nakazujące oficerom obronę honoru na drodze pojedynkowej.⁵ Tym samym nawoływał do łamania prawa, powołując się przy tym na przypisywane sobie, lecz w konstytucji w ogóle nieprzewidziane „rządy osobiste”. Kwestia pojedynków, zaostrzona przez starcie Kotze–Schrader, zyskała zatem wymiar wysoce polityczny. Teraz nadszedł czas na reakcję rządu i Reichstagu.⁶
Reichstag interweniuje
Ich interwencji zażądał polityk partii Centrum Carl Bachem, który już 18 kwietnia 1896 roku – a więc niespełna dziesięć dni po pojedynku Kotzego ze Schraderem – złożył w Reichstagu interpelację, w której wezwano kanclerza Rzeszy do zajęcia stanowiska wobec „zaistniałych w ostatnim czasie pojedynków” oraz do „podjęcia kroków (...), aby w przyszłości skuteczniej niż dotychczas przeciwdziałać pojedynkom, które są sprzeczne z prawem i głęboko ranią powszechne poczucie sprawiedliwości”.⁷
Do wniosku Bachema przyłączyli się również przedstawiciele pozostałych partii reprezentowanych w Reichstagu, wymuszając debatę, która odbyła się na forum parlamentu 20 i 21 kwietnia 1896 roku. Pozornie dotyczyła ona pojedynków (oraz menzur), w rzeczywistości zaś także „sprawiedliwości klasowej”, „przewrotu” i wreszcie „rządów osobistych” Wilhelma II.⁸ Podczas tej dwudniowej debaty Bachem oraz kilku innych członków frakcji Centrum wytykali, że plaga pojedynków gwałci nie tylko prawo państwowe, lecz także prawo boskie.
Krytykę tę podzielali konserwatyści. Jednakże – w przeważającej mierze protestanckim – konserwatystom przeszkadzało to, że stojący niejako za Centrum Kościół katolicki rości sobie prawo do dyktowania, co ma być prawem, a co bezprawiem.
Ostro skrytykowane i stanowczo odrzucone zostało przez konserwatywnych, jak również przez niektórych liberalnych posłów jednoczesne (i wyrażane już wcześniej przez Kościół katolicki) potępienie tzw. menzur aranżowanych (Bestimmungsmensuren). Konserwatyści nie chcieli widzieć w nich prawnie zakazanych „pojedynków”, w czym zgadzali się z w większości konserwatywnie nastawionymi korporacjami szermierczymi.
Sprawa menzur poróżniła także przeciwników pojedynków w szeregach partii liberalnych, a nawet w samej partii socjaldemokratycznej. Wszak większość posłów liberalnych, a także niektórzy socjaldemokraci – z Wilhelmem Liebknechtem na czele – toczyli w czasach studenckich menzury, o czym świadczyły choćby sznyty na jego twarzy. Nie dało się ani nie chciano również ukrywać, że rozmaici liberałowie, a nawet niektórzy socjaliści, jak Karol Marks czy Ferdinand Lassalle, toczyli niegdyś pojedynki, co August Bebel wielokrotnie ostro krytykował i określał mianem „głupoty”.⁹
Mimo to w szeregach zarówno socjaldemokratów, jak i partii liberalnych panowała jednomyślność w kwestii potępienia bezprawia pojedynków oraz pobłażliwego sposobu ich karania. Lewicowo-liberalny poseł Heinrich Rickert przypomniał w tym kontekście, że musi obowiązywać „równe prawo dla wszystkich”, i nie wahał się otwarcie skrytykować jaskrawo odmiennego traktowania opozycyjnych socjaldemokratów oraz pojedynkujących się arystokratów, takich jak von Kotze i von Schrader.¹⁰ Tym samym niemal przyłączył się do socjaldemokratycznej tezy o „sprawiedliwości klasowej”.
Głosił ją również August Bebel. (Jego partyjny kolega i towarzysz Wilhelm Liebknecht, który – jak wspomniano – sam jako student korporacyjny stoczył wiele menzur, nie mógł wziąć udziału w debacie, ponieważ po raz kolejny musiał odsiadywać wyrok więzienia za „obrazę majestatu”). Bebel podsumował: „Jeśli panowie z tak zwanych wyższych klas nawzajem rozbijają sobie łby lub odstrzeliwują się z pistoletów, to w gruncie rzeczy mamy niewiele przeciwko temu. Im skuteczniej sami załatwiają sprawę wzajemnego samounicestwienia, tym lepiej dla nas”.¹¹
Za tę oczywiście ironiczną uwagę Bebel zebrał wprawdzie gromkie brawa ze strony członków swojej partii, musiał jednak wysłuchać zarzutów ze strony konserwatystów, jakoby w ten sposób wzywał faktycznie do „walki klas”, a wręcz do stosowania przemocy w ramach owej walki.¹²
Ostatecznie posłowie porozumieli się co do najmniejszego wspólnego mianownika i jednogłośnie uchwalili, by „zwrócić się do sprzymierzonych rządów [państw Rzeszy] z wnioskiem o stanowcze przeciwdziałanie, wszelkimi dostępnymi środkami, stojącej w sprzeczności z kodeksami karnymi pladze pojedynków”.¹³
Nie było to wiele.
Koniec tradycji pojedynków i dawnej męskości
Krytyka pojedynków, zainicjowana w niemałym stopniu przez debatę w Reichstagu, przybierała na sile.¹⁴ Z jednej strony w samym Reichstagu, gdzie dochodziło do kolejnych debat na ten temat.¹⁵ Z drugiej strony w prasie, w której publikowano kolejne, coraz bardziej krytyczne artykuły wymierzone w plagę pojedynków.¹⁶ Posługiwano się przy tym nadal środkiem wyrazu, jakim była ironia. Znakomitym tego przykładem jest ogłoszenie, w którym fikcyjna „Agencja Pojedynkowa” o nazwie „Ceremonia” reklamowała swoje usługi następującymi słowami:
„Przedsiębiorstwo powoływane dziś do życia pod tą firmą stawia sobie za cel skierowanie stale rosnącej konkurencji pojedynkowiczów na właściwe tory. Agencja wynajęła znaczną liczbę trudnych do wykrycia placów pojedynkowych w okolicach Berlina i oddaje je do dyspozycji za niewielką prowizją – jest ponadto w stanie zapewnić po rzetelnych cenach broń, sekundantów, chirurgów, dyskretnych reporterów, zręcznych obrońców (w razie wniesienia aktu oskarżenia), orszaki honorowe, sztuczne kończyny, plastry opatrunkowe oraz napoje orzeźwiające po starciu. Przyjmuje się ponadto gwarancję dobrej pogody, ochrony przed jakąkolwiek interwencją władz, odszkodowania za zranienie osób postronnych oraz całkowitego oczyszczenia splamionego honoru. W każdą sobotę agencja będzie ogłaszać w prasie harmonogram pojedynków ustalonych na kolejny tydzień. Na cześć Berlińskiej Wystawy Przemysłowej zaplanowaliśmy wielki turniej pojedynkowy. Uczestnicy winni nadsyłać swoje zniewagi anonimowo, pod dowolnym hasłem/godłem”.¹⁷
„Agencja Pojedynkowa Ceremonia” – gdyby w ogóle istniała – odniosłaby zapewne niewielki sukces. Pojedynki stawały się bowiem coraz rzadsze. Podczas I wojny światowej zaniechano ich całkowicie, by po owym moratorium – poza nielicznymi wyjątkami – nie powrócić już do nich również po wojnie.¹⁸ Uprawiane mimo zakazu menzury zostały wówczas ostatecznie oddzielone od pojedynków i toczone według surowych reguł minimalizujących niebezpieczeństwo. Zatargi honorowe wśród studentów oraz członków znacznie zredukowanego teraz korpusu oficerskiego – którego wojskowe sądy honorowe zostały zniesione na mocy artykułu 105 Konstytucji Weimarskiej¹⁹ – były przeważnie rozstrzygane polubownie przez studenckie, a ściślej korporacyjne sądy honorowe (których orzeczeniom musieli podporządkować się także oficerowie), zanim w ogóle doszłoby do ich rozstrzygania z bronią w ręku w jakiejkolwiek formie.²⁰
Konstytucja Weimarska
Artykuł 105
Sądownictwo wojskowe ulega zniesieniu, z wyjątkiem czasu wojny oraz na pokładach okrętów wojennych. Szczegóły określa ustawa Rzeszy.
W czasach narodowego socjalizmu doszło do swoistego nawrotu, który jednak nie trwał długo.²¹ Zapoczątkowało go zniesienie zakazu menzur w maju 1933 roku.²² W opracowanym w 1938 roku regulaminie sądów honorowych SA, SS i Wehrmachtu zapisano nawet obowiązek staczania pojedynków w przypadku ciężkich zniewag honoru. Zostało to jednak ponownie uchylone po wybuchu II wojny światowej. Po tym, jak Naczelne Dowództwo Wehrmachtu (OKW) zakazało 22 maja 1942 roku staczania pojedynków (i menzur) na czas wojny,²³ pojedynki oraz menzury zostały surowo zakazane tzw. rozkazem Führera (Führerbefehl) z 15 października tego samego roku.²⁴ W przeciwieństwie do zakazu menzur, który na niektórych uniwersytetach był masowo łamany, zakaz pojedynków zdawał się być przestrzegany.²⁵
Po 1945 roku nic się w tej kwestii nie zmieniło. Podczas gdy menzury – ponownie w międzyczasie zakazane przez Sojuszniczą Radę Kontroli – na mocy orzeczenia Federalnego Trybunału Sprawiedliwości (BGH) z 1953 roku przestały być zrównywane z pojedynkami, a uznane za „imprezy sportowe” i tym samym zalegalizowane, paragraf kodeksu karnego zakazujący pojedynków został w toku reformy prawa karnego z 1969 roku po prostu wykreślony.²⁶ Epoka pojedynków dobiegła tym samym ostatecznego końca. Wraz z nią – a ściślej już od momentu zmierzchu pojedynków w późnym Cesarstwie – ku końcowi chyliła się również epoka dawnej męskości.
Wszak absolutnie fundamentalny element ówczesnej, hegemonicznej jeszcze męskości został zakwestionowany i przezwyciężony. Był nim (męski) honor, którego samozwańczy „ludzie honoru” dowodzili i musieli dowodzić z bronią w ręku na placu pojedynkowym. Doprowadziło to do upadku (nazwanej tak przeze mnie) dawnej męskości. Została ona zastąpiona nową, określaną przeze mnie mianem „atawistycznej”, męskością.
Zanim jednak przejdziemy do jej omówienia w ostatnim rozdziale, rzućmy jeszcze okiem na losy dwóch innych protagonistów skandalu Kotzego.
6 „Żyd Friedmann”
Adwokat Leberechta von Kotzego, Fritz Friedmann, w studium Tobiasa Bringmanna poświęconym Reichstagowi i pojedynkom określany jest mianem „żydowskiego adwokata”, „syna żydowskiego właściciela majątku rycerskiego” lub po prostu „Żyda Friedmanna”.¹ Cóż to ma znaczyć? Wszak pozostałe osoby wspomniane w książce Bringmanna nie są tytułowane wedle wyznania jako „protestant von Kotze”, „katolik Bachem” itd. Bringmann wskazuje w ten sposób – aczkolwiek przypuszczalnie mimowolnie – na antysemicki podtekst afery Kotzego, który w literaturze przedmiotu bywa powszechnie pomijany.² Jest to zdumiewające. Wiemy przecież najpóźniej z monumentalnej biografii Wilhelma II pióra Johna C. G. Röhla, że i jak dalece podsycane w niemałym stopniu przez kaznodzieję nadwornego Adolfa Stoeckera antysemickie resentymenty ogarnęły szerokie kręgi elity dworskiej, aż po samego cesarza.³
W centrum tego wilhelmińskiego antysemityzmu nie tkwiły już uprzedzenia religijne dotyczące „zatwardziałych” i „diabolicznych” Żydów, którzy jakoby zamordowali Jezusa, a mimo to wzbraniali się przed odkupieniem swej winy poprzez przejście na chrześcijaństwo. Nie zarzucano też już „Żydom” niedostatecznej asymilacji, przez którą należałoby poddać ich „naprawie obywatelskiej”. Teraz wypominano całkowicie zasymilowanym niemieckim Żydom ich sukcesy zawodowe, rzekome bogactwo oraz domniemaną pozycję wpływów, jaką mieli zdobyć w gospodarce i społeczeństwie, prasie i polityce.⁴ Najgorszym i prawdopodobnie najbardziej dotkliwym dla niemieckich Żydów zarzutem było jednak to, że nie są „prawdziwymi” Niemcami ani „prawdziwymi” mężczyznami.⁵
Dwie osoby zaangażowane w aferę Kotzego ucieleśniały w oczach antysemitów w państwie i społeczeństwie prototyp z jednej strony wpływowego, z drugiej zaś „nieniemieckiego” i „niemęskiego” Żyda. Jednym z nich był dziennikarz i główny autor nagłośnienia afery Kotzego, Maximilian Harden, a drugim obrońca Kotzego – młody Fritz Friedmann.
Obaj – Harden, jak i Friedmann – byli Żydami, względnie byli pochodzenia żydowskiego, i to właśnie owo żydowskie pochodzenie, a bynajmniej nie tylko ich zaangażowanie po stronie Kotzego oraz przeciwko cesarzowi i jego kamaryli, było im poczytywane przez antysemickich adwersarzy za winę i w decydujący sposób zaważyło na ich dalszych losach. Kwestia ta zostanie przedstawiona szczegółowo poniżej. Rozpoczynamy od Fritza Friedmanna.
Fritz Friedmann
Urodzony w 1852 roku Fritz Friedmann był synem kupca, który swój niemały majątek przeznaczył na zakup majątku rycerskiego (Rittergut), dzięki czemu odtąd mógł określać się już nie tylko mianem kupca, lecz tytułować właścicielem dóbr rycerskich. Było to solą w oku pozostałych posiadaczy majątków ziemskich – chrześcijańskiego wyznania i w przeważającej mierze szlacheckiego pochodzenia. Żydowski pan na majątku rycerskim stanowił w ich – mocno już zamglonych antysemityzmem – oczach jawną prowokację.
Być może już młody Fritz Friedmann odczuł na własnej skórze antysemicką pogardę, jaka uderzała w jego ojca. Zdawało się to jednak nieszczególnie go trapić – w każdym razie z początku. Mógł wszak uczęszczać do renomowanego Gimnazjum Króla Wilhelma w Berlinie⁶ i ukończyć studia prawnicze, by następnie stać się niezwykle wziętym adwokatem, któremu udało się pomnożyć odziedziczony po ojcu majątek.⁷ Wywołało to z kolei podszytą antysemityzmem zawiść jego kolegów po fachu. Friedmann miał – jak Bringmann wywodzi ze źródeł antysemickich – pobierać „lichwiarskie honoraria” i stosować metody, które miały rzekomo świadczyć o jego „typowo żydowskim” cwaniactwie.⁸ Zaliczano do tego nawet samą zawodową mobilność Friedmanna: był jednym z pierwszych prawników wykorzystujących ulepszone połączenia kolejowe, by reprezentować klientów w bliższych i dalszych okolicach Berlina. Czynili to wprawdzie również inni adwokaci, lecz u „Żyda Friedmanna” owa mobilność przywodziła na myśl skojarzenia z „pozbawionym korzeni” i wiecznie tułającym się „Żydem Wiecznym Tułaczem (Ahaswerem)”.
Antysemickie zgorszenie budziły jego coraz większe sukcesy zawodowe.⁹ Miał on bowiem doprowadzać do uniewinnienia swoich klientów nawet w „sprawach beznadziejnych”.¹⁰ Zwykle u adwokata poczytuje się to za wielką zaletę, lecz w przypadku „żydowskiego adwokata”, takiego jak Friedmann, czyniono z tego kolejne „typowo żydowskie” przewinienie. Krótko mówiąc: adwokat Fritz Friedmann w oczach swoich, bez wyjątku antysemickich, oponentów był po prostu „Żydem Friedmannem”.
Leberecht von Kotze nie mógł dokonać lepszego wyboru, gdy brał sobie owego „żydowskiego adwokata” za obrońcę. Już to samo poczytywali mu za złe jego liczni wrogowie w kręgach dworskich. Ostra i nierzadko zabarwiona antysemityzmem krytyka spotkała także metody, jakie adwokat Friedmann zastosował, by chronić swego mandanta von Kotzego i doprowadzić do jego uniewinnienia. Należały do nich również – jak określilibyśmy to dzisiaj – działania z zakresu public relations. A konkretnie współpraca Friedmanna z prasą, którą zaopatrywał w poufne informacje na temat sprawy Kotzego,¹¹ dzięki czemu mogła ona zostać nagłośniona w opinii publicznej i urosnąć do rangi skandalu. W ten sposób Fritz Friedmann naraził się całkowicie. Na dworze oraz u samego cesarza Wilhelma II „Żyd Friedmann” stał się wręcz znienawidzony. Żądano zemsty za zniewagę, jaką Friedmann wyrządził dworowi i monarsze – i doczekano się jej: Friedmann został zniszczony zawodowo.
Do swego upadku przyczynił się jednak również sam. Przez nałóg hazardu roztrwonił majątek i zaciągnął niemałe długi, których nie był już w stanie spłacić. Do długów doszły oskarżenia o współodpowiedzialność za upadek banku doprowadzonego do oszukańczego bankructwa przez jednego z jego kuzynów. Ów kuzyn, nazwiskiem Hermann Friedmann, został za to skazany za oszustwo, sprzeniewierzenie i fałszowanie dokumentów na sześć lat ciężkiego więzienia. Fritz Friedmann mógł wiedzieć o przestępczych machinacjach kuzyna, zasiadał wszak w radzie nadzorczej tej instytucji. Lecz to, czy osobiście ponosił winę, pozostaje wątpliwe. Niemniej Friedmann uniknął grożącego również jemu postępowania karnego, uciekając za granicę.
Miało to miejsce w 1895 roku, kiedy afera Kotzego bynajmniej jeszcze się nie zakończyła, wskutek czego powiązania z nią nie można wykluczyć. Rok później, w 1896 roku, Friedmann napisał w Paryżu książkę o „sprawie Kotzego”, zawierającą niezwykle ostre ataki przeciwko „niemieckiemu cesarzowi i kamaryli dworskiej”, której zarzucał, że stanowi „stronnictwo wojny wewnętrznej” przeciwko socjaldemokracji.¹² Odpowiednio gwałtowne były reakcje cesarza i jego kamaryli na tę publikację, która – jak przyznawał szef Urzędu Spraw Zagranicznych Marschall von Bieberstein – była rzeczywiście „dobrze napisana”,¹³ lecz właśnie z tego powodu została oceniona jako politycznie niebezpieczna. Z tego względu – a bynajmniej nie tylko z powodu niespłaconych długów i domniemanych nadużyć – za Friedmannem rozesłano międzynarodowy list gończy.
Niemiecki cesarz i kamaryla dworska
„Oto rewolucjoniści odgórni! Ich wola odpowiada ich obyczajom, ich myśleniu! Prostacka frywolność, która ich opanowała, bezmyślny kult złotego cielca, banalny fason żołdacki, teoria pojedynku jako ultima ratio każą im głosić cesarzowi rozpętany pojedynek z armią robotniczą jako ultima ratio”.
FRITZ FRIEDMANN, Der deutsche Kaiser und die Hofkamarilla, ZURYCH 1896, S. 197
Nie uszło to uwadze Friedmanna, z którego to powodu opuścił Paryż, uciekając najpierw do Algieru, a następnie do Bordeaux, skąd zamierzał odpłynąć statkiem do Ameryki. Do tego jednak już nie doszło, ponieważ Friedmann został aresztowany przez francuską policję i wydany Niemcom w drodze ekstradycji. Przewieziono go do Berlina, gdzie 1 czerwca 1896 roku osadzono go w areszcie. Niespełna cztery tygodnie później stanął przed sądem. Friedmann zdołał jednak przekonać sędziów o swojej niewinności: 24 czerwca 1896 roku został uniewinniony przez I Izbę Karną Sądu Krajowego I w Berlinie. Nie odzyskał już jednak utraconego w międzyczasie prawa wykonywania zawodu adwokata. W ten sposób jego wrogowie osiągnęli swój cel: zawodowa egzystencja Friedmanna została zniszczona. Zapewne po części z jego własnej winy. Lecz ważniejsze i bardziej brzemienne w skutkach dla niego niż uchybienia finansowe było jego bezwzględne potępienie antysemityzmu szerzącego się na dworze Wilhelma II i w całym społeczeństwie.
Friedmann bynajmniej nie tylko piętnował „antysemickie chamstwo”,¹⁴ będące na porządku dziennym zwłaszcza wśród drobnej szlachty, lecz także ogólną „nagonkę antysemicką”, powiązaną z rozlewającymi się nastrojami antykapitalistycznymi.¹⁵ Próba uczynienia z Żydów „wrogów Rzeszy” i kozłów ofiarnych miała się zemścić¹⁶ i dostarczyć „straszliwego zarzewia”¹⁷ pod rewolucję społeczną, z której wybuchem w niedalekiej przyszłości Friedmann się liczył. Instrumentalizowany przez rządzących antysemityzm miał okazać się bumerangiem: „Panowie z niewyparzonymi gębami i wiecznie zamroczonym alkoholem rozumem mniemali, że wrota do krainy pieczonych gołąbków staną przed nimi otworem, jeśli tylko z należytą gorliwością będą deptać po piętach tutejszym Hebrajczykom”.¹⁸
Było to nad wyraz dosadne. „Żyd Friedmann” należał do najostrzejszych, choć dotąd ledwo docenionych krytyków wilhelmińskiego antysemityzmu. Nic dziwnego, że ściągnął na siebie nienawiść zdemaskowanych i skrytykowanych w ten sposób antysemitów – być może również osobiście Wilhelma II. O dalszych losach zmarłego w 1938 roku w sędziwym wieku 86 lat Friedmanna niewiele wiadomo. Warto wspomnieć o jego pamiętnikach, które wydał w 1909 roku i w których raz jeszcze szczegółowo opisał aferę Kotzego oraz antysemickie napaści, jakich musiał doświadczyć z powodu swego zaangażowania.¹⁹ Lecz ta książka – inaczej niż praca o „niemieckim cesarzu i kamaryli dworskiej” – przeszła w opinii publicznej niemal bez echa. Również w literaturze naukowej poświęconej antysemityzmowi i walce z nim Friedmann nie został nigdzie odnotowany. A przecież to właśnie on był nie tylko ofiarą antysemityzmu, lecz także aktywnym bojownikiem z nim walczącym.
Jedno i drugie odnosi się również do Maximiliana Hardena.
Maximilian Harden
Maximilian Harden, względnie – jak wówczas się nazywał – Arnold Witkowski, urodził się w 1861 roku jako syn żydowskich rodziców.²⁰ Sam przeszedł w 1878 roku, w wieku 17 lat, na protestantyzm. Po przerwaniu nauki szkolnej przed maturą Harden próbował początkowo swych sił jako aktor – z umiarkowanym powodzeniem. Jego występy sceniczne zostały przez część krytyków teatralnych ocenione jako skromne. To najwyraźniej skłoniło Hardena do zmiany stron barykady i zostania krytykiem teatralnym. Jego recenzje, publikowane od 1884 roku, odniosły sukces i zachęciły go do zabierania głosu w innych kwestiach kulturalnych, a wreszcie politycznych tamtej epoki.
Artykuły polityczne, które Harden publikował początkowo w kilku dziennikach, a następnie w założonym przez siebie w 1892 roku tygodniku Die Zukunft („Przyszłość”), szybko przyniosły mu uwagę i wrogość nowego monarchy – Wilhelma II – za którym Harden od początku nie przepadał już choćby dlatego, że miał mu za złe dymisję głęboko czczonego przez siebie Bismarcka. Dzięki temu z kolei Bismarck zwrócił uwagę na Hardena: przyjmował tego wprawdzie krytycznego, lecz wiernego sobie dziennikarza na poufnych rozmowach, przy czym nader jawnie zaopatrywał go w kuluarowe informacje na temat Wilhelma II, jego osoby, dworu i kręgów arystokratycznych.
Być może należały do nich również anonimowe listy krążące w środowisku dworskim po pamiętnej zabawie w Grunewaldzie i z jej okazji. (Co najmniej jeden z owych listów zaadresowany był do syna Bismarcka, Herberta). Harden natychmiast dostrzegł wybuchowy potencjał owego – jak nazwał go w jednym ze swoich pierwszych artykułów – „skandalu dworskiego”.²¹ W kolejnym artykule, zatytułowanym „Tajemnica mistrza ceremonii”,²² Harden ostro skrytykował interwencje cesarza w sprawę Kotzego, która przez to przerodziła się w prawdziwy skandal polityczno-historyczny, którego sednem stało się napiętnowanie „rządów osobistych” Wilhelma II.
Przy tym uwadze Hardena nie uszło, że kamaryla kierowana przez hrabiego Philippa Eulenburga staje się coraz potężniejsza, a Wilhelm II ze swoimi coraz bardziej despotycznymi „rządami osobistymi” ulega coraz silniejszym wpływom Eulenburga i jego stronnictwa.²³ Aby to ukrócić i zdyskredytować Eulenburga, Harden postanowił nagłośnić homoseksualizm Eulenburga oraz innych członków jego Koła z Liebenbergu i zinstrumentalizować go dla osiągnięcia owych celów politycznych. Miał być do tego poinstruowany przez Bismarcka, który rzekomo poinformował Hardena o homoseksualizmie Eulenburga i pozostałych członków jego kamaryli – pogardliwie określanej, jak wspomniano, przez Bismarcka mianem „kamaryli kinedów”.
Tak jednak wcale być nie musiało. Harden mógł wiedzieć o skłonnościach homoseksualnych Eulenburga i pozostałych członków kamaryli już wcześniej. Wyszły one bowiem w zarysach na jaw już w trakcie skandalu Kotzego. Dotyczyło to po pierwsze Friedricha von Hohenau, po drugie księcia Ariberta von Anhalt, a po trzecie Wilhelma von Hohenau, który był z kolei bliskim przyjacielem jednego z członków Liebenberskiego Okrągłego Stołu – mowa o hrabim Kuno von Moltke. Jak wykazano już w pierwszym rozdziale, orientacja homoseksualna zarówno Moltkego, jak i Ariberta von Anhalt bynajmniej nie została ujawniona wyłącznie przez Hardena bądź Bismarcka. To małżonki obu tych panów rozwiodły się z nimi, powołując się na specyficzne, pozamałżeńskie zachowania swoich mężów.
Harden wstrzymywał się jednak początkowo z tymi informacjami i czekał. Uderzył dopiero w 1906 roku. Dlaczego dopiero wtedy? Ponieważ w owym czasie Eulenburg cieszył się bezgraniczną przychylnością Wilhelma II i zdawał się znajdować u szczytu potęgi. Eulenburg został podniesiony przez monarchę do godności księcia (Fürst) i miał otrzymać najwyższe odznaczenie państwowe – Order Orła Czarnego. Ponadto obsadził swoich zaufanych przyjaciół z liebenberskiego kręgu na wysokich i najwyższych stanowiskach na dworze oraz w państwie i przy pomocy swojej kamaryli zdawał się sięgać – jeśli nie po pełnię władzy – to z pewnością po fotel kanclerza.
Niepokoiło to jego licznych przeciwników na dworze i w aparacie państwowym, którzy ponadto doskonale wiedzieli o homoseksualnych skłonnościach i praktykach Eulenburga oraz jego otoczenia. Nikt jednak nie odważył się powiadomić opinii publicznej ani cesarza o ich homoseksualnych wybrykach i intrygach politycznych. Pozostawiono to wyszydzanemu jako „żydowski” i pogardzanemu, lecz mimo to zaopatrywanemu w poufne informacje dziennikarzowi Hardenowi, który z kolei czuł się wezwany, ba – zobowiązany do działania nie tylko jako publicysta, lecz także jako gorliwy patriota i zatroskany o dobro państwa obywatel.²⁴
W dwóch artykułach, które ukazały się krótko po sobie w jego czasopiśmie Zukunft, opatrzonych nieco dramatycznymi tytułami „Praeludium” oraz „Dies irae”, Harden ostro zaatakował Eulenburga za jego potęgę polityczną i wpływ wywierany na Wilhelma II.²⁵ Eulenburg miał jakoby wspierać cesarza w jego zgubnym dążeniu do „samodzielnych rządów”. Polityczny atak na „rządy osobiste” Wilhelma II został jednak połączony z jeszcze zawoalowaną aluzją do homoseksualnych skłonności Eulenburga i jego otoczenia. Harden nie wahał się przy tym zwracać do niektórych z nich za pomocą ich wewnętrznych, poufałych przydomków, takich jak „Słodziak” (Der Süße) czy „Tütü” (pod adresem Kuno Moltkego), kompromitując ich w ten sposób.
Ataki Hardena i aluzje do homoseksualizmu Eulenburga oraz Moltkego odbiły się głośnym echem w berlińskiej opinii publicznej. Wojna została wypowiedziana. Początkowo jednak ani Eulenburg, ani Moltke nie podjęli rzuconej rękawicy. Podczas gdy Eulenburg wyjechał do Szwajcarii, oddalając się w ten sposób od dworu, Moltke pozostał w Berlinie, czując się najwyraźniej chroniony choćby przez swój stopień generalski oraz urząd komendanta garnizonu berlińskiego.
Wtedy Harden ponowił uderzenie. W trzech artykułach opublikowanych w lutym i kwietniu na łamach Zukunft ponownie ostro zaatakował politykę wewnętrzną i zagraniczną Wilhelma II – którego ironicznie nazwał „Wilhelmem Pokojowym” – raz jeszcze wytykając zgubny wpływ Eulenburga i jego liebenberskiego kręgu.²⁶ Liebenberczycy mieli być wszak „niezdrowymi późnymi romantykami” oraz zniewieściałymi indywiduami, niezdatnymi do prawdziwie „męskiego” sprawowania władzy. Charakteryzując ich jako „romantycznych”, „niezdrowych” i „zniewieściałych”, Harden ponownie nawiązywał do ich skłonności homoseksualnych. W każdym razie tak właśnie odczytała to opinia publiczna. Harden stał się jednak jeszcze bardziej dosadny – i wulgarniejszy. Znów czyniąc aluzję do członków kręgu z Liebenbergu, napisał: „Oni nie marzą o pożarach świata, im i tak jest już dość ciepło”. Całkowicie bezpośrednio w Eulenburga wycelowana była następująca uwaga: powołując się na księcia Fryderyka Pruskiego, który z powodu homoseksualizmu nie został przyjęty do kapituły Orderu Orła Czarnego, oraz na zapowiedziane nadanie tegoż odznaczenia Eulenburgowi, Harden oświadczył: „Zasiada tam co najmniej jeden, którego vita sexualis [życie seksualne] nie jest zdrowsze od życia wygnanego księcia”.
Skandal wybuchł z pełną mocą. Policja, państwo oraz cesarz – którego dopiero teraz w pełni poinformowano o całej sprawie – musieli zareagować. Policja wszczęła śledztwo, przed którym zdemaskowany również jako gej Wilhelm von Hohenau uciekł za granicę.²⁷ Kanclerz Rzeszy musiał tłumaczyć się przed parlamentem, a cesarz przyjął dymisję Kuno Moltkego i zażądał od Eulenburga kategorycznego ustosunkowania się do zarzutów. Eulenburg uczynił to, zaprzeczając wszystkiemu i samemu wszczynając przeciwko sobie postępowanie o naruszenie paragrafu 175, które jednak – zgodnie z oczekiwaniami i zamierzeniami – zakończyło się jego uniewinnieniem.
Wytoczony natomiast przeciwko Hardenowi przez Kuno Moltkego (pierwszy) proces o obrazę zakończył się 23 października 1907 roku całkowitym zwycięstwem publicysty. Moltke został publicznie skompromitowany ze względu na swoje skłonności homoseksualne. Aby uniknąć grożącego mu skazania z paragrafu 175, Moltke wytoczył Hardenowi kolejny proces, który 19 grudnia 1907 roku zakończył się skazaniem Hardena.
Zwycięstwo Moltkego okazało się jednak pyrrusowym, ponieważ od zarzutu homoseksualizmu został oczyszczony wyłącznie dzięki złożonemu pod przysięgą zeznaniu Eulenburga. W ten sposób Eulenburg wpadł w pułapkę zastawioną przez Hardena. Harden zdołał bowiem w sfingowanym i wytoczonym przeciwko sobie procesie o obrazę z monachijskim dziennikarzem udowodnić, że Eulenburg utrzymywał kontakty homoseksualne z dwoma rybakami znad jeziora Starnberg, którzy potwierdzili to pod przysięgą, ujawniając najbardziej intymne szczegóły. Eulenburgowi faktycznie udowodniono tym samym krzywoprzysięstwo i postawiono zarzut dopuszczenia się (karalnych) czynów homoseksualnych. Zostały one następnie wykazane w toku dochodzenia berlińskiej policji, przy czym podczas rewizji w liebenberskim zamku Eulenburga odnaleziono liczne, jednoznaczne pisma homoseksualne.
Eulenburg został w konsekwencji aresztowany i latem 1908 roku postawiony przed sądem. Przed nieuchronnym skazaniem na wieloletnie więzienie uchronił się jedynie powołaniem na zły stan zdrowia. Zwolniono go z aresztu i pozwolono mu powrócić do majątku. Również podjęta rok później ponowna próba postawienia go przed sądem zakończyła się fiaskiem: podczas rozprawy głównej Eulenburg stracił przytomność i został odwieziony z powrotem do Liebenbergu, gdzie ostatecznie zmarł w 1921 roku.
Skandal Eulenburga zaszkodził reputacji cesarza w stopniu znacznie większym niż afera wokół mistrza ceremonii von Kotzego. Lecz nie tylko to: także jego „rządy osobiste” stały się przedmiotem powszechnej krytyki i publicznego zgorszenia. Przyniosło to trudne do przecenienia konsekwencje polityczne. Oba skandale przyczyniły się – lub wedle opinii części historyków miały się przyczynić – do upadku monarchii prusko-niemieckiej.
Co najmniej współodpowiedzialny za to miał być Maximilian Harden. To on – jak niestrudzenie twierdzili liczni antysemici – ze swoją „typowo żydowską” i całkowicie „nieniemiecką” złośliwością, chytrością i pasją do krytykanctwa uczynił ze spraw Kotzego i Eulenburga to, czym w istocie były: doniosłymi politycznie aferami, które pociągnęły za sobą daleko idące skutki.
Harden odczuł ową motywowaną antysemityzmem nienawiść nie tylko w słowach, lecz także cieleśnie. 3 lipca 1922 roku (kilka dni po zamordowaniu Walthera Rathenaua) antysemiccy bojówkarze z Freikorpsu dokonali na niego zamachu. W wyniku obrażeń głowy odniesionych podczas zamachu Harden zmarł cztery lata później. Jego śmierć została z satysfakcją skomentowana przez fanatycznego antysemitę Josepha Goebbelsa uwagą, że Harden z nawiązką zasłużył na swój los, ucieleśniał bowiem „typ żydowskiej bestii literackiej”, która „bezwarunkowo i bezwzględnie nadużywa prawa gościnności narodu-gospodarza, oddając się swemu wiecznemu popędowi ku niszczeniu”.²⁸
Ta uwaga Goebbelsa dotyka w jednym punkcie czegoś, co w badaniach nad zachowaniem Hardena w aferze Eulenburga rzadko dostrzegano i jeszcze rzadziej wyjaśniano. Harden wywoływał skandale wokół obyczajowości elit również dlatego, że sam był przez nie zaliczany do owego „typu żydowskiej bestii pióra”. Przed wyrażonym ową obelgą odebraniem mu niemieckości i człowieczeństwa, a ściślej męskości (bestie nie są wszak ani jednym, ani drugim), Maximilian Harden bronił się, zarzucając swoim arystokratycznym oponentom, że to oni nie są prawdziwymi Niemcami ani rzeczywistymi (bo homoseksualnymi) mężczyznami.
Męskość, honor i antysemityzm
Jak zasygnalizowano już wyżej, niemieckim Żydom w Cesarstwie Niemieckim zarzucano nie tylko to, że są zbyt bogaci, zbyt wpływowi i zbyt mało niemieccy, ba – „rasowo gorsi”, lecz odmawiano im również honoru i męskości. Zamiast tego Żydów obrzucano wyzwiskami od „żydowskich smarkaczy” (Judenbengel) oraz nie uważano i nie szanowano ich jako niemieckich ludzi honoru. Z tego powodu nie przyjmowano ich do korpusu oficerskiego i zasadniczo uważano za pozbawionych zdolności honorowej [niezdolnych do dawania satysfakcji].
Przeciwko swej społecznej i „rasowej” stygmatyzacji wielu niemieckich Żydów podjęło walkę.²⁹ Czynili to w rozmaitych formach oraz w różnych, powołanych specjalnie w tym celu organizacjach. W najważniejszej i najliczniejszej organizacji utworzonej do obrony przed antysemityzmem – Centralnym Związku Obywateli Niemieckich Wyznania Mojżeszowego (Centralverein, CV) – powoływano się przede wszystkim na społeczne i polityczne zasługi, jakie niemieccy Żydzi położyli dla swej niemieckiej ojczyzny. W żydowskich towarzystwach gimnastycznych i sportowych – nieprzypadkowo nazwanych od bojowych postaci żydowskich, takich jak Bar Kochba czy Machabeusze – formowano młodych niemieckich Żydów na zdolnych do walki i sprawnych fizycznie tzw. „Żydów muskularnych” (Muskeljuden), umożliwiając im odpieranie nieustannie podnoszonego przez antysemitów zarzutu tchórzostwa i dekadencji.
Głównym celem niemiecko-żydowskich korporacji akademickich, powstających już w latach 80. XIX wieku, było natomiast odparcie i zwalczanie zarzutu, jakoby nie byli prawdziwymi, mającymi poczucie honoru i zdolnymi do noszenia broni mężczyznami.³⁰ W tym celu niemiecko-żydowscy bracia korporacyjni intensywnie przygotowywali się do toczenia pojedynków i menzur ze swoimi „aryjskimi” kolegami, zrzeszonymi w innych korporacjach, do których Żydów przestano już przyjmować. Przyniosło to sukces: członkowie noszących barwy i broń niemiecko-żydowskich korporacji nie unikali żadnego pojedynku, obstawali przy menzurze i z racji wykazanej przy tym odwagi oraz dowiedzionej w ten sposób męskości zyskali uznanie jako posiadający zdolność honorową ludzie zasad. Przynajmniej do czasu, gdy burszenszafty (Burschenschaften) jeszcze przed I wojną światową,³¹ a ostatecznie także korpusy (Corps – aczkolwiek dopiero na początku „Trzeciej Rzeszy”) całkowicie odmówiły im zdolności honorowej.³²
Z perspektywy retrospektywnej, ukształtowanej ostatecznie przez katastrofę Holokaustu, dążenie niemiecko-żydowskich korporacji, by na równych prawach uczestniczyć w grze o męskość i honor, może wydawać się osobliwe. Ówcześni studenci postrzegali to jednak zupełnie inaczej. Żydowscy studenci byli dumni z tego, że dowiedli swej męskości i honoru na drodze pojedynków i menzur, czemu niejednokrotnie dawali wyraz w późniejszych wspomnieniach. Także wielu nieżydowskich studentów w pełni uznawało to uważane za honorowe postępowanie swoich żydowskich kolegów.
Uznanie znaleźli niemiecko-żydowscy korporanci także u przedstawicieli organizacji i partii niemiecko-żydowskich, a nawet syjonistycznych. Na pierwszym miejscu wymienić tu należy Theodora Herzla, który został mianowany honorowym przewodniczącym kilku żydowskich korporacji, po tym jak został wykluczony (względnie sam wystąpił) ze swojego wiedeńskiego burszenszaftu, który przyjął kurs antysemicki. Będąc już przewodniczącym ruchu syjonistycznego, Herzl złożył – ewidentnie na serio – propozycję zwalczania antysemityzmu poprzez toczenie pojedynków z antysemitami. W istocie za propozycją tą poszło wielu niemieckich Żydów, którzy jeszcze jako dorośli mężczyźni toczyli pojedynki, pragnąc dowieść swej męskości i honoru – i we własnej ocenie tego dowiedli.³³ Jakkolwiek oceniać by to postępowanie dzisiaj, jedno pozostaje pewne: owi Żydzi nie chcieli być jedynie biernymi ofiarami antysemityzmu – stawiali mu czynny opór.
Do grona owych krytyków i bojowników z antysemityzmem zaliczyć należy również Fritza Friedmanna oraz Maximiliana Hardena. Odrzucali oni szkalowanie ich jako ludzi „nieniemieckich” i „niehonorowych”. Czynili to jednak na różne sposoby. Friedmann ograniczył się do obrony prawnej swojego mandanta oraz publicystycznego ataku na jego oponentów i pozostałych samozwańczych „ludzi honoru” ze społeczności dworskiej, których antysemickie nastawienie zdemaskował oraz poddał ostrej, bezkompromisowej krytyce. Inaczej postąpił natomiast Harden: obrócił ostrze przeciwko nim i oskarżył owych ludzi honoru o homoseksualizm, odmawiając im tym samym męskiego honoru. Użycie homoseksualizmu w pewnym sensie jako broni wprawdzie nie było przyzwoite, okazało się jednak nader skuteczne.
7 „Burza ze stali”
W stalowych burzach [niem. In Stahlgewittern] brzmi tytuł książki, którą były oficer I wojny światowej i późniejszy wybitny, poczytny pisarz Ernst Jünger opublikował po raz pierwszy w 1920 roku.¹ Opisał w niej przeżycia i doświadczenia, jakie zebrał jako oficer i dowódca oddziału szturmowego (Stoßtrupp) w czasie I wojny światowej. Wojny Jünger miał doświadczyć jako swoistego żywiołu natury – właśnie „burzy” czy „nawałnicy” – w której mężczyźni w walce wręcz [„mąż w męża”] byli formowani na „męskich” mężczyzn, względnie „hartowani” niczym w stalowej kuźni.
Owo – jak wówczas i dziś wciąż się mawia – „wojenne przeżycie” Jüngera (jak gdyby wojny były zaledwie „przygodą” czy „przeżyciem”!) różni się tym samym zasadniczo od doświadczeń, jakie inni żołnierze wynieśli (lub twierdzili, że wynieśli) z tej i innych wojen. Dla Jüngera nie chodziło już o „Boga i Ojczyznę” ani o „Cesarza i Rzeszę”. Tego rodzaju religijne próby nadania sensu wojnie oraz nacjonalistyczne gloryfikacje narodu niemieckiego były mu obce. O Bogu nie wspomina się wcale, o narodzie prawie w ogóle, a postać zdetronizowanego w międzyczasie cesarza zostaje wręcz ukarana zignorowaniem.
Szowinizmu Jüngerowi doprawdy nie można zarzucić. Rzecz jasna również pacyfizmu – jak ten, który znalazł wyraz choćby w powieści Ericha Marii Remarque’a Na Zachodzie bez zmian. Wręcz przeciwnie: Jünger gloryfikował wojnę jako wojnę samą w sobie. Miała ona wszak przekształcać „zwykłych” mężczyzn w prawdziwych panów i wybitnie męskich wojowników. Krwawe walki w okopach na froncie zachodnim, które Jünger opisuje z lubością do brutalnych detali, miały – pomimo, a wręcz właśnie z powodu swej bezwzględności – sprawiać mężczyznom „rozkosz”. Czerpano wręcz swoistą „frajd攲 z brania odwetu, ba – „krwawej zemsty” na wrogu, aby mimo to szanować go „jako mężczyznę stosownie do jego męstwa”.³
Wojenne doświadczenie Jüngera było podzielane przez innych weteranów i pobrzmiewa w licznych książkach oraz relacjach autobiograficznych z wojny. Ten nurt literatury wojennej został następnie poszerzony o publikacje, w których dawni uczestnicy walk oraz młodsi mężczyźni – czujący się ograbionymi z własnego, autentycznego przeżycia wojennego – zdawali relację z doświadczeń, jakie zebrali (bądź twierdzili, że zebrali) w szeregach Freikorpsów.
Owe Freikorpsy były formacjami ochotniczymi, z których pierwsze sformowano już na początku 1919 roku i użyto do stłumienia powstania spartakusowców w Berlinie.⁴ Wówczas to zamordowani zostali Róża Luksemburg i Karl Liebknecht. W latach 1919–1920 niemieckie Freikorpsy walczyły w krajach bałtyckich przeciwko komunistom bałtyckim i rosyjskim; w latach 1920–1921 przeciwko polskim powstańcom na Górnym Śląsku oraz ponownie przeciwko niemieckim komunistom w Niemczech Środkowych i w Zagłębiu Ruhry, którzy dopiero co stłumili pucz Kappa (przeprowadzony z kolei przez oddziały Freikorpsu pokroju niesławnej Brygady Marynarki Ehrhardta).
Po formalnym rozwiązaniu Freikorpsów część ich członków wstąpiła do organizacji terrorystycznych, które zamordowały demokratycznych polityków Republiki Weimarskiej, takich jak Matthias Erzberger i Walther Rathenau. Innym bojówkarzom Freikorpsów udało się następnie zdobyć czołowe pozycje w strukturach NSDAP i państwa narodowosocjalistycznego.
W sumie w przypadku członków Freikorpsów mieliśmy do czynienia z bardzo niejednorodnym kręgiem osób w różnym wieku i o rozmaitym pochodzeniu społecznym. To, co ich łączyło i co było im wspólne, to przede wszystkim nienawiść do „czerwonych”, do których zaliczano bynajmniej nie tylko komunistów, lecz także socjaldemokratów oraz ogół polityków demokratycznych. Do antykomunizmu i wrogości wobec demokracji dochodził antysemityzm oraz skrajnie radykalny antyfeminizm, powiązany z kolei ze swoistą obsesją na punkcie męskości.
„Męskie fantazje”
Wszystko to Klaus Theweleit wykazał w swojej książce Męskie fantazje (Männerphantasien).⁵ Opiera się ona na analizie literatury wojennej oraz publikacji środowisk Freikorpsów i uchodzi dziś za klasykę – wówczas jeszcze w ogóle nieistniejących – badań nad męskością (Men's Studies). Dzieje się tak, mimo że historyk i teoretyk kultury Theweleit nie posługiwał się jeszcze kategorią płci kulturowej (gender)⁶ i pierwotnie zamierzał wnieść wkład w badania nad faszyzmem. W latach 70. XX wieku koncentrowały się one na pytaniu, czy w faszyzmie prymat miała ekonomia, czy polityka.⁷ Theweleit uznał to za niewystarczające: „Faszyzm” nie jest „kwestią formy państwa” i „najmniej ze wszystkiego problemem rozwoju gospodarczego”.⁸ Przy całej dyskusji nad faszyzmem „zbyt mało pytano samych faszystów”.⁹
Theweleit podjął pytanie postawione m. in. przez Wilhelma Reicha w jego Psychologii mas wobec faszyzmu¹⁰: dlaczego, z jakich przyczyn psychicznych mężczyźni stawali się faszystami? Odpowiedział na nie, podobnie jak wcześniej Reich, wykorzystując rozwiniętą przez Zygmunta Freuda teorię psychologiczną, a ściślej społeczno-psychologiczną, w następujący sposób: „Wniosek, który się wyłania: obok kapitalistycznych stosunków produkcji pewna określona relacja męsko-damska (patriarchalna) mogłaby, jako czynnik wytwarzający niszczącą życie rzeczywistość, znaleźć się w centrum rozważań nad faszyzmem”.¹¹
Poszukując prototypu „faszysty”, Theweleit trafia na ślad określonego wzorca męskości, określanego (przeze mnie, a nie przez Theweleita) mianem atawistycznego. O jaki model męskości tutaj chodzi?
Żołnierze i bojówkarze Freikorpsów, których pisma analizował Theweleit, pragnęli być z naciskiem męskimi i odważnymi „mężczyznami żołnierskimi”, którzy swoją odwagę i męskość chcieli jednak udowadniać nie w walce o coś – czy to klasę, naród, czy „rasę” – lecz przeciwko czemuś: przeciwko odczłowieczonym i zdemonizowanym „czerwonym” (pod którymi bynajmniej nie rozumiano wyłącznie komunistów) oraz ich kobietom, które lżono jako „dziwki” i „baby ze strzelbami” (Flintenweiber), a poprzez charakteryzowanie ich jako „bestie” wręcz odzierano z człowieczeństwa. Przed jednymi i drugimi – męskimi, a przede wszystkim żeńskimi „czerwonymi” – odczuwano lęk, który przeradzał się w agresję i lękiem przed „czerwonymi” był uzasadniany.¹²
Absolutnie „złym” i bezwzględnie zwalczanym „czerwonym” przeciwstawiano absolutnie dobrych „towarzyszy broni” oraz „czyste” kobiety w postaci narzeczonych, sióstr i „białych pielęgniarek” owych „żołnierskich mężczyzn”. Z „dobrymi towarzyszami” łączyło ich przywiązanie sięgające wręcz skłonności homoseksualnych,¹³ z „czystymi” narzeczonymi, siostrami i „białymi pielęgniarkami” nie miano i nie chciano mieć żadnych relacji seksualnych. „Dobra kobieta zostaje pozbawiona życia, uczyniona jakby martwą; zła kobieta zostaje pobita lub zabita”.¹⁴
Ów wzorzec męskości – uosabiany, jak powiedziano, przez żołnierzy oraz członków Freikorpsów i opisany w ich własnych świadectwach – jest z jednej strony czymś nowym, z drugiej zaś stanowi regres do dawno minionych czasów. W tym owa męskość atawistyczna różni się od opisywanej dotychczas dawnej męskości epoki Cesarstwa. Dlaczego i w jaki sposób?
Dawna i atawistyczna męskość
Jak wykazano, pojęciem centralnym i kluczowym dla dawnej męskości był honor, którego dowodzono – i należało dowodzić – nie tylko, lecz przede wszystkim poprzez staczanie pojedynków. W Męskich fantazjach nie ma już o tym mowy. Pojedynki zniknęły. Zostały w pewnym sensie zastąpione przez wojnę oraz popełniane w jej trakcie i po niej czyny zbrojne. Przy czym określenie „czyny zbrojne” jest sformułowaniem o wiele za łagodnym i nietrafnym. Nie wszyscy „żołnierze”, lecz niewątpliwie wielu „żołnierskich mężczyzn” – zwłaszcza z Freikorpsów – było autentycznymi „mordercami”, którzy z niskich pobudek torturowali i zabijali.
W swoich wspomnieniach bez oporów się do tego przyznawali i byli z tego wręcz widocznie dumni. Nie chcieli być „ludźmi honoru”, lecz przede wszystkim wojownikami wzorującymi się na krwawych czynach dawno minionych epok, w których jedynie najbrutalniejsi wojownicy uchodzili za prawdziwych mężczyzn. „Honoru” owi nowi wojownicy nie mieli i wcale już mieć nie chcieli. „Honor” był czymś dla „cywilów” na zapleczu frontu i w dalekim kraju. Oni, „żołnierscy mężczyźni” z Freikorpsów, byli – jak głosiła jedna z ich pieśni – „dzikimi kompanami” i chcieli być „bezecni aż po sam grób”.¹⁵
Stan i pochodzenie społeczne owych „dzikich kompanów” – inaczej niż u „ludzi honoru” z czasów Cesarstwa – nie odgrywały już prawie żadnej roli. Część z nich była wprawdzie szlacheckiego pochodzenia, nie istniała już jednak żadna szlachecka świadomość klasowa. Prawdziwie męski nie był już szlachetny i honorowy arystokrata, lecz żołnierski i brutalny mężczyzna, który przy swych żołdackich, bestialskich czynach odczuwał „rozkosz”.
Wraz z pojęciem owej „rozkoszy” dochodzimy do kwestii seksu. Reprezentanci dawnej męskości mieli wprawdzie skrępowany, lecz mimo wszystko istniejący stosunek do seksualności. „Żołnierscy mężczyźni” nie mieli natomiast do niej żadnego stosunku albo też cechowała ich wyparta, lecz nader wyraźnie artykułowana relacja seksualna wobec ich – zaznaczmy: męskich – towarzyszy broni. Niektórzy – jak bojówkarz Freikorpsu i późniejszy dowódca SA Ernst Röhm – przyznawali się wręcz otwarcie do swego homoseksualizmu, by jednocześnie spotkać się z pogardą ze strony wielu homofobicznych kompanów jako skrajnie niemęscy osobnicy i być lżonymi jako „pedalskie świnie”, które można bezkarnie zamordować – co w 1934 roku spotkało właśnie Röhma i jego homoseksualnych towarzyszy z SA.
Największą i najbardziej uderzającą różnicą między dawną a nową, atawistyczną męskością był stosunek do drugiej, żeńskiej płci. „Ludzie honoru” epoki Cesarstwa wprawdzie nie zawsze byli wierni żonom i nie stronili od pozamałżeńskich relacji intymnych (których kobietom bezwzględnie odmawiali), zachowywali jednak pewien szacunek wobec kobiet – oraz uprawiali z nimi seks. Nowi „żołnierscy mężczyźni” odznaczali się natomiast głęboką pogardą wobec wprawdzie nie wszystkich, lecz z pewnością większości kobiet. Wyjątek stanowiły co najwyżej ich rzadko i niemal bezimiennie wspominane żony oraz wspomniane wyżej narzeczone, siostry i pielęgniarki, z którymi jednak seksu nie uprawiali i uprawiać nie mogli.
Ów nazwany przez Wilhelma Reicha „lęk przed seksem” (Sexscheu) mężczyzn żołnierskich oraz późniejszych faszystów prowadził do swoistego „stłumienia popędów”, które z kolei rozładowywało się w opisanej już brutalności, z jaką traktowali swych przeciwników i za pomocą której ostatecznie zaspokajali własne stłumione żądze. Można owe psychoanalityczne koncepcje wyjaśniające, rozwinięte przez Wilhelma Reicha i zastosowane przez Klausa Theweleita, uważać za nieco uproszczone, są one jednak niewątpliwie pouczające. „Żołnierscy mężczyźni” byli tacy, jak sami siebie opisywali i jak zostali zanalizowani przez Theweleita idącego śladem Reicha (i Freuda). Ucieleśniali oni typ atawistycznej męskości, która różniła się zasadniczo we wszystkich ukazanych aspektach od dawnej męskości reprezentowanej przez „ludzi honoru” z czasów Cesarstwa.
Nowa, atawistyczna męskość – w przeciwieństwie do dawnej męskości Cesarstwa – nie miała już charakteru „hegemonicznego”. Współistniała obok innych męskości, względnie wzorców męskości: takich jak wprawdzie ledwo wykształcona męskość socjalistyczna czy „kontr-męskość” homoerotycznych związków męskich (Männerbünde)¹⁶ oraz ruchu homoseksualnego w ogólności. A do tego istniała jeszcze męskość faszystowska i narodowosocjalistyczna.¹⁷
Męskość atawistyczna i faszystowska
W przypadku męskości faszystowskiej należy rozróżnić między fazą dochodzenia do władzy a fazą reżimową faszyzmu. W fazie dochodzenia do władzy, którą narodowi socjaliści arogancko i chełpliwie określali mianem „okresu walki” (Kampfzeit), atawistyczna męskość była naśladowana i kopiowana.¹⁸ Jednakże w sposób skrajnie prymitywny i jeszcze bardziej odrażający. Wszystko było nędznym surogatem. „Żołnierski mężczyzna” został zastąpiony przez brutalnego pałkarza z SA, który swego „zastępczego przeżycia wojennego” szukał w bójkach w lokalach i bitwach ulicznych z przeciwnikiem politycznym, by następnie w sposób niemal dziecinny je gloryfikować i porównywać z (rzekomymi) „czynami bohaterskimi” żołnierzy wojny światowej oraz bojowników Freikorpsów z późniejszych wojen domowych. Nawet ową „rozkosz”, którą Jünger i inni żołnierze odczuwali (bądź twierdzili, że odczuwają) podczas rzeczywistych starć zbrojnych wojny, pałkarze z bojówek SA (a wcześniej już fascisti we włoskich związkach kombatanckich) starali się odtworzyć. Ich libidynalny stosunek do przemocy miał konotacje jeszcze bardziej seksualne, a ściślej – homoseksualne.
Ów „erotyzm walki”, jaką ci parweniusze męskości toczyli przeciwko – zaznaczmy: wewnętrznemu – przeciwnikowi politycznemu, korespondował z „aseksualizacją” kobiet.¹⁹ W optyce SA – podobnie jak we wcześniejszej literaturze bojowników Freikorpsów – kobiety jawiły się albo jako „czyste” dziewice w typie „białych pielęgniarek” i godne podziwu matki, albo jako budzące grozę „megiery” i pogardzane „baby ze strzelbami”. Przy tym mężczyźni w szeregach włoskich związków kombatanckich i niemieckiej SA wcale nie mieli do czynienia z uzbrojonymi i walczącymi kobietami, takich bowiem w organizacjach antyfaszystowskich – jak komunistyczny Związek Bojowników Czerwonego Frontu (Rotfrontkämpferbund) czy socjaldemokratyczny Reichsbanner – praktycznie nie było.
Tym jednak, co odróżniało faszystowską męskość „okresu walki” sprzed „przejęcia władzy” od męskości atawistycznej, był stosunek do (włoskiego, względnie niemieckiego) narodu. Został on wówczas – podobnie jak w XIX wieku – ponownie uznany za najwyższą wartość i skojarzony z męskością, przez co walkę z wewnętrznym przeciwnikiem politycznym propagowano jako męski czyn dla dobra, a także „honoru” narodu. Do tego dochodziła „rasa”, której już w „okresie walki” broniono przed Żydami oraz przeciwnikami politycznymi uznawanymi za „żydobolszewików”, a którą następnie w reżimowej fazie faszyzmu uczyniono wartością centralną i wszechogarniającą.²⁰ Miało to miejsce w stopniu większym w niemieckim niż we włoskim faszystowskim „państwie rasowym”.²¹
Faszystowski rasizm wymierzony był głównie w ofiary uważane nie tylko za niemęskie, lecz wręcz za „nie-ludzkie” – Żydów, Romów i Słowian – i łączył się ponadto z komponentem inżynierii rasowej. Wskutek tego męskość i kobiecość zyskały nieco odmienne konotacje. Mężczyzna był wprawdzie i nadal miał być wojownikiem z wrogami politycznymi oraz rasami uznawanymi za bezwartościowe, lecz jednocześnie miał dbać o pomnażanie „czystej”, własnej „rasy”. Do tego potrzebne były kobiety – a dokładniej jako matki możliwie jak największej liczby „zdrowych dziedzicznie” i „czystych rasowo” dzieci. Rzecz jasna sprowadzenie kobiet do ich biologicznej funkcji rodzicielek licznego potomstwa było mizoginią,²² miało jednak niewiele wspólnego z fundamentalną pogardą wobec kobiet, jaką demonstrowali bojownicy Freikorpsów, a po części także późniejsi członkowie SA.
Ponadto reżim był zdany na lojalność polityczną kobiet i potrzebował ich w gospodarce – w szczególności w gospodarce wojennej, a ostatecznie na potrzeby samej wojny.²³ Z tego względu zabiegano o nie jako o kobiety, a bynajmniej nie tylko jako matki. Każda kobieta, także niezamężna, miała zresztą prawo do zwracania się do niej per „Pani” (Frau), a nie „Panienko” (Fräulein). Początkowe wypychanie kobiet z rynku pracy zostało porzucone i zastąpione intensywnym naborem obejmującym niemal wszystkie działy gospodarki. Jedynie zawód sędziego pozostał ostatecznie dla kobiet w Trzeciej Rzeszy niedostępny. Poza tym mogły wchodzić w sfery gospodarcze i społeczne, które wcześniej – a potem ponownie po upadku narodowego socjalizmu – były przed kobietami zamknięte.
Oczywiście narodowi socjaliści nie wnieśli w ten sposób żadnego – a jeśli już, to niezamierzony – wkładu w emancypację kobiet.²⁴ Niemniej ogólna polaryzacja płci wprawdzie nie została przezwyciężona, lecz w pewnym stopniu zredukowana. To z kolei miało wpływ na auto- i heterostereotyp mężczyzn jako członków mającej uchodzić za egalitarną „wspólnoty narodowej” (Volksgemeinschaft) oraz jako płodzicieli i ojców jak największej liczby „zdrowych dziedzicznie” i „czystych rasowo” dzieci.²⁵ U części męskich „towarzyszy narodowych” (Volksgenossen) wywołało to niemałe frustracje.
Z tych frustracji – jakkolwiek cynicznie by to nie brzmiało – wyzwoliła ich wojna, w której znowu mogli i mieli być prawdziwymi, twardymi „żołnierskimi mężczyznami”. Niemniej ich „doświadczenie wojenne” różniło się zasadniczo od tego, jakie było udziałem ich ojców w I wojnie światowej. O heroicznych, męskich czynach mowa była co najwyżej w narodowosocjalistycznej propagandzie. W „wojnie totalnej” żadni mężczyźni nie byli już uszlachetniani ani hartowani w „burzach ze stali”. Wszak również liczne kobiety i dzieci ginęły nędzną i całkowicie bezsensowną śmiercią w „burzach ogniowych” wojny powietrznej. Wychwalana jako „słodka i zaszczytna” śmierć za ojczyznę przestała być męskim przywilejem.
Także zabijanie i mordowanie na froncie i za linią frontu u niemal żadnego z owych „żołnierskich mężczyzn” nie wywoływało „rozkoszy”.²⁶ Mimo to zabijano i mordowano do samego końca, niemal bez oporu. Nie tylko w „zwykłej”, lecz także w „wojnie rasowej” przeciwko bezbronnym Żydom, Romom, Słowianom – oraz ich żonom i dzieciom.²⁷ Tymi zbrodniami – w których brali udział również liczni żołnierze Wehrmachtu – doprawdy nie sposób było się szczycić. Tego też nie czyniono, stylizując się zamiast tego na „ofiary” owej „przeklętej wojny”, za którą rzekomo nie ponosiło się odpowiedzialności i w której brało się udział jedynie z oporami. Przy tym – i co ważne: po wojnie – dawni „żołnierscy mężczyźni” prezentowali postawę skruchy i udręczenia o wręcz płaczliwym charakterze, który przez reprezentantów zarówno atawistycznej, jak i dawnej męskości zostałby zapewne uznany za „zniewieściały” i z pogardą odrzucony.²⁸
Na owych byłych faszystowskich i byłych żołdackich „męskich fantazjach” oraz modelach męskości doprawdy nie sposób już niczego sensownego zbudować. Lecz wcale nie ma takiej potrzeby. Wszak wszystkie te męskości – dawna, atawistyczna, jak i faszystowska – dziś niemal całkowicie zniknęły. Spośród pozostałych modeli męskości żaden nie zdobył pozycji hegemonicznej.²⁹ I tak też jest dobrze.
Męskość, honor i niekończąca się historia
Skandal nazwany od nazwiska mistrza ceremonii von Kotzego rozpoczął się jako seksskandal w pałacyku myśliwskim Grunewald, by następnie przekształcić się w skandal dworski, a ostatecznie w skandal polityczny. Ponadto doprowadził on do zakwestionowania powszechnych i dominujących jeszcze w Cesarstwie wyobrażeń o męskości i honorze. Dlaczego i w jaki sposób?
Męskość i honor uchodziły w Cesarstwie Niemieckim niemal za dobra najwyższe. Męskość i (męski) honor pozostawały ponadto w ścisłej relacji ze sobą. Honor mężczyzny nie był przy tym określany – a przynajmniej nie w pierwszym rzędzie – przez jego cnoty czy zasługi dla państwa i społeczeństwa, lecz przez jego męskość. Zarówno swej męskości, jak i honoru mógł – a wręcz musiał – dowodzić z bronią w ręku, a konkretnie w pojedynkach, jeśli zostały one zakwestionowane.
To prawo i ten obowiązek były jednak zastrzeżone wyłącznie dla określonego stanu, do którego zaliczano całą szlachtę, oficerów oraz wszystkich „wolnych” i „szanowanych” studentów (korporantów), lecz bynajmniej nie wszystkich mieszczan, a już w żadnym razie przedstawicieli warstw niższych. Męskość miała więc wiele wspólnego z klasą i odpowiadającą jej świadomością klasową. Do tego dochodziła „rasa”: Żydów (a także Afrykanów, Azjatów i Romów) nie uważano za mających zdolność honorową ludzi zasad, ba – nie traktowano ich nawet jak „prawdziwych” mężczyzn.
Obok klasy i „rasy” (ang. class i race) należy wymienić także płeć kulturową (gender), co w języku niemieckim tłumaczy się mało zręcznym i nie do końca trafnym pojęciem „Geschlecht” [płeć]. Kobietom, bez względu na klasę i rasę, „rzecz jasna” nie wolno było się pojedynkować, z którego to powodu nie posiadały również „honoru” – w każdym razie żadnego „prawdziwego”. Ich honor polegał wyłącznie na zachowaniu czystości (cnoty): wewnątrz rodziny oraz w charakterze córek i żon „ludzi honoru”. Istniejący już wcześniej i utrzymujący się także później podział ról płciowych był w Cesarstwie wyjątkowo silny. Kobiety były z elitarnego kręgu „ludzi honoru” całkowicie wykluczone.
Wszystko to zostało podczas skandalu Kotzego i za jego sprawą naruszone oraz poddane krytyce. Skandalem stało się początkowo uznane za gorszące pod względem moralnym zachowanie niektórych członków dworu i otoczenia dworskiego. Przede wszystkim swobodne i w pewnym sensie aktywne zachowania seksualne niektórych dam, które w ten sposób łamały reguły obyczajowe stanowiące fundament powszechnego, surowego podziału ról płciowych. Chodziło o zastrzeżone dla mężczyzn „prawo” do dobierania sobie nie tylko partnerek małżeńskich, lecz także wszelkich przed- i pozamałżeńskich partnerek intymnych. „Ludzie honoru” widzieli w tym nie tylko naruszenie swego prawa zwyczajowego, lecz czuli się również zagrożeni w swej roli męskich mężczyzn, którzy własnej męskości dowodzili nierzadko właśnie poprzez przed- i pozamałżeńskie podboje.
Zamiast porzucić tę formę seksualnej podwójnej moralności, charakteryzowali oni samodzielne i aktywne zachowania seksualne owych kobiet nie tylko jako niemoralne, lecz także jako patologiczne. Kobiety takie jak hrabina Hohenau czy dziedziczna księżna von Meiningen szkalowano jako „nimfomanki” lub po prostu „hystericzki”.
Jeszcze gorzej powodziło się mężczyznom pokroju hrabiego Hohenau i innym homoseksualistom na dworze Wilhelma II, których odmienne – a ściślej homoseksualne – zachowanie również stało się zarzewiem skandalu. Nazywano ich nie tylko „chorymi”, lecz także „zboczonymi”, „zniewieściałymi” i całkowicie „niemęskimi”, a zarazem postrzegano jako zagrożenie dla męskiej władzy w państwie i społeczeństwie.
Wskutek tego, że nietypowe zachowania seksualne wielkich panów i dam na dworze oraz w arystokracji stały się znane i nagłośnione również poza dworską i szlachecką społecznością stanową, mężczyźni ci poczuli się dotknięci i zaatakowani nie tylko w swym honorze i męskości, lecz także w swej świadomości klasowej. Tak mozolnie wznoszone i zaciekle bronione bariery klasowe – podobnie jak wspomniane podziały płciowe – zostały naruszone i zburzone. I to także, a wręcz przede wszystkim od dołu, przez osoby nienależące do elitarnego kręgu szanowanych „ludzi honoru”.
Niektórzy z owych nieszlacheckich i nieuznawanych za „honorowych” panów skrytykowali następnie wielokrotne ingerencje cesarza w ten skandal, który przez to z afery dworsko-obyczajowej przekształcił się w skandal polityczny. Oprócz niemoralnego prowadzenia się członków klas wyższych, krytyce i potępieniu poddano odtąd polityczne postępowanie monarchy w ogólności, a jego „rządy osobiste” w szczególności.
Do tego dochodził fakt, że cesarz w sprawowaniu swoich rządów osobistych opierał się na kamaryli dworskiej, w skład której wchodzili homoseksualiści zdemaskowani już w czasie afery Kotzego, by ostatecznie stać się celem publicznych ataków w następującym po niej skandalu wokół bliskiego przyjaciela cesarza i przywódcy kamaryli, Philippa Eulenburga. Uderzyło to – obok monarchy – także w całe owo elitarne towarzystwo, które poczuło się (i w istocie zostało) zaatakowane w sferze swojej męskości i honoru. Poprzez publiczne obnażenie owych „ludzi honoru” jako niemęskich i pozbawionych czci, tak wysoko cenione dotąd zasady męskości i honoru zostały podważone.
Śmiertelny cios owym zasadom i wartościom zadała zmasowana krytyka tradycji pojedynków, która po skandalu Kotzego (zakończonym śmiertelnym zranieniem jednego z uczestników) i pod jego wpływem została zdemaskowana jako bezprawie i plaga. Wraz z przezwyciężeniem plagi pojedynków zniknął decydujący symbol, z którym „ludzie honoru” wiązali swój honor oraz swoją męskość.
Z męskością i honorem w opisanej postaci po upadku Cesarstwa Niemieckiego – i w niemałym stopniu z powodu skandalu Kotzego oraz jego następstw – było już definitywnie koniec. Czy należy nad tym ubolewać, czy wręcz przeciwnie: cieszyć się z tego?
Utratę tego rodzaju honoru – męskiego honoru dowodzonego w pojedynkach i poprzez pojedynki – z pewnością można przeboleć. Podobnie rzecz ma się ze zniknięciem dawnej męskości. Już w Cesarstwie była ona anachroniczna, a dzisiaj nie jest na czasie tym bardziej. Lecz co zajęło miejsce dawnej męskości i sprawiających dziś doprawdy archaiczne wrażenie wyobrażeń o honorze? Dzisiejszych wzorców męskości wcale nie trzeba uważać za dobre. A męskość atawistyczną – podobnie jak wyrosłą na niej męskość faszystowską – należy kategorycznie potępić i odrzucić. Lecz kto decyduje dziś o wyobrażeniach na temat męskości i honoru?
Czy mężczyźni muszą być męscy i czy honor jest komukolwiek i do czegokolwiek przydatny? To trudne i jeszcze trudniejsze do rozstrzygnięcia pytania. Lecz tak właśnie powinno być. W każdym razie w społeczeństwie pluralistycznym, takim jak nasze, w którym nikt – a najmniej ze wszystkich państwo – nie ma prawa autorytatywnie na te pytania odpowiadać ani narzucać społeczeństwu, jakie wyobrażenia o męskości i honorze należy posiadać.
Czy my, wolni i równi obywatele (oraz obywatelki), nie mamy również prawa, a być może nawet obowiązku odrzucać wyobrażeń czy wręcz nakazów męskości i honoru oraz powstrzymywać oparte na nich praktyki, jeżeli stoją one w sprzeczności z zasadami wolności i równości? Czy przynależność do określonej klasy, narodu bądź określonej płci może odgrywać przy tym jakąkolwiek rolę?
Na pierwsze pytanie odpowiadam twierdząco, na drugie – przecząco. Konkretnie: tak, wolno nam interweniować; nie, przynależność do określonej klasy, narodu czy płci nie może mieć tu żadnego znaczenia. Ściślej: ani klasa wyższa nie ma prawa dyktować klasom średnim i niższym (jak działo się to w Cesarstwie), czym jest lub ma być męskość i honor, ani my sami nie możemy dać się terroryzować pewnym męskim i uchodzącym za „honorowe” wzorcom zachowań demonstrowanym przez męską i młodocianą w większości część warstw niższych czy średnich (hasło: przemoc ze strony gangów motocyklowych i młodocianych band).
Podobnie rzecz ma się z zachowaniem w większości męskich i młodocianych przedstawicieli innych nacji, którzy tu, w Niemczech, chcą realizować wyobrażenia o męskości i honorze, które są nam obce i muszą pozostać obce (zabójstwa honorowe wśród współobywateli ze środowisk imigranckich).
Wreszcie należy skrytykować i odrzucić wzajemne pouczanie się i wrogość demonstrowaną przez zdeklarowanie męskie i żeńskie środowiska naszego społeczeństwa (hasło: wojna płci, jaką ogłasza lub zamierza ogłosić część, aczkolwiek nieliczna, współczesnych ruchów kobiecych i męskich).
Są to, rzecz jasna, opinie osobiste. Sprowokowane niniejszym spojrzeniem wstecz na relacje między męskością a honorem w Cesarstwie Niemieckim – spojrzeniem, które może skłonić nas do przemyślenia i zrewidowania naszego własnego stosunku do męskości i honoru. Męskość, honor i niekończąca się historia.
Dodatek
Esej bibliograficzny
Pojęcie i zagadnienie męskości (ang. masculinity) dopiero w ostatnim czasie zostało wprowadzone przez tzw. badania nad płcią kulturową (gender studies)¹ do międzynarodowej, a następnie także niemieckiej nauki historycznej. Podstawowym założeniem badań genderowych jest to, że historia bynajmniej nie jest determinowana wyłącznie przez klasę i rasę (class and race), a już w żadnym razie przez kilku „wielkich mężów”, lecz właśnie również przez płeć kulturową (gender). Przy tym gender rozumie się nie jako kategorię biologiczną, lecz społeczną. Męskość i kobiecość nie są zatem po prostu dane – są wytwarzane [społecznie konstruowane]. Innymi słowy: człowiek nie rodzi się mężczyzną ani kobietą, lecz staje się nimi w rodzinie, państwie i społeczeństwie. Powstają przy tym jednocześnie określone i podlegające przemianom obrazy męskości oraz kobiecości.
Historyczne badania nad męskością² zajmują się przede wszystkim konstruowaniem i dekonstruowaniem tego rodzaju wyobrażeń. Wychodzi się przy tym z założenia, że we wszystkich epokach i we wszystkich społeczeństwach istniał i istnieje dominujący w danym momencie wzorzec męskości. Ta męskość – nazwana przez australijskiego socjologa Roberta W. Connella [Raewyn Connell] „hegemoniczną” – była i jest wytwarzana przez określone dyskursy, by następnie zostać podważoną, przezwyciężoną i zastąpioną przez nową.³ Connell koncentruje się na nowożytnej męskości, która miała narodzić się w dobie reformacji i zostać ukształtowana przez następujące czynniki: 1. Wyparcie katolicyzmu i zastąpienie ideału ascezy ideałem małżeństwa. 2. Narodziny kolonializmu. 3. Społeczny awans szlachty ziemiańskiej (gentry). 4. Ugruntowanie dominacji gentry. 5. Upowszechnienie się „modelu dwóch płci”.
Jak nietrudno zauważyć, Connell zaczerpnął swoje pojęcia (i źródła) z historii angielskiej. Dlatego przeniesienie tego schematu na grunt niemiecki jest problematyczne, czego – o dziwo – wielu historyków zajmujących się historią męskości w Niemczech nie dostrzegło. Lepszy i bardziej użyteczny jest natomiast model George'a Mossego, który wyłożył on w swym fundamentalnym dziele Wizerunek mężczyzny. O konstrukcji nowoczesnej męskości (Das Bild des Mannes. Zur Konstruktion der modernen Männlichkeit).⁴
Mosse umieszcza początek „konstrukcji nowoczesnej męskości” u schyłku XVIII wieku i widzi ją w ścisłym powiązaniu z narodzinami społeczeństwa mieszczańskiego. Do wykształcenia nowoczesnej męskości przyczynić się miały następujące czynniki: 1. Rozdzielenie i polaryzacja płci w dyskursie oświeceniowym. 2. Odkrycie i przewartościowanie męskiego ideału piękna według kryteriów fizjonomicznych (Johann Kaspar Lavater) oraz wzorców greckich (Johann Joachim Winckelmann). 3. Wykreowanie fizycznego ideału piękna poprzez gimnastykę i sport oraz jednoczesne przygotowanie do wojny. 4. Przejęcie arystokratycznego wyobrażenia o obronie i dowodzeniu męskości oraz honoru za pomocą pojedynków.
W ten sposób dochodzimy do drugiego kluczowego pojęcia – honoru. Honor jest pojęciem dwuznacznym. Rozumie się pod nim z jednej strony honor zewnętrzny: mowa o powadze, reputacji i dobrym imieniu człowieka.⁵ Honor wewnętrzny odnosi się natomiast do jego prawości, względnie do moralności i cnoty.⁶ Obie formy honoru są w różnych społeczeństwach wytwarzane na drodze dyskursywnej. Dochodziło przy tym i dochodzi do pewnych zmian. W Niemczech po epoce narodowego socjalizmu i z jej powodu doszło do „upadku” pojęcia honoru, co jednak skłoniło niektórych autorów do postulowania jego „ponownego odkrycia”.⁷ Inni zadowalali się natomiast zwykłym „nekrologiem” dla honoru.⁸
Współczesna debata nad sensem i użytecznością – wewnętrznego i zewnętrznego – honoru, prowadzona głównie przez socjologów i teologów, skłoniła wielu antropologów kultury, literaturoznawców i historyków do zbadania dziejów wyobrażeń o honorze i jego konstruowania. Najważniejszą historię honoru przedstawiła antropolożka kultury i literaturoznawczyni Dagmar Burkhart.⁹ Praca ta składa się z trzech części. W pierwszej poddano analizie ewolucję pojęcia honoru w Niemczech od średniowiecza po czasy narodowego socjalizmu. W drugiej części zbadano wspomnianą już wyżej przemianę pojęcia honoru (w Niemczech) po 1945 roku. W trzeciej części mowa jest o koncepcjach honoru w innych społeczeństwach i kulturach (przede wszystkim w rosyjskiej).
W naszym kontekście szczególnie istotne są wywody zawarte w części pierwszej, dotyczące honoru stanowego, którego dowodzono i należało dowodzić poprzez toczenie pojedynków. Istnieją w tej mierze dalsze studia szczegółowe: praca Friedhelma Guttandina o przemianach honoru szlacheckiego,¹⁰ tomy zbiorowe Sybille Backmann i Hansa-Jörga Künasta o koncepcjach honoru we wczesnej nowożytności¹¹ oraz Klausa业务era i Gerda Schwerhoffa o konfliktach honorowych w społeczeństwach średniowiecza i wczesnej nowożytności.¹²
Szczególnie ważna i wpływowa okazała się książka Ute Frevert Ehrenmänner. Das Duell in der bürgerlichen Gesellschaft [Ludzie honoru. Pojedynek w społeczeństwie mieszczańskim].¹³ W pracy tej, jak również w osobnym artykule,¹⁴ Frevert – opierając się na starszych badaniach nad honorem i pojedynkami¹⁵ – zastosowała metodologię studiów genderowych i wykazała, że wyobrażenia o honorze miały charakter uwarunkowany płcią kulturową (gender). Poprzez staczanie pojedynków (oraz menzur) mężczyźni mieli pragnąć dowieść nie tylko swego honoru, lecz także męskości. Z tą interpretacją z zakresu historii płci polemizował w 1994 roku amerykański historyk Kevin McAleer, stawiając tezę, że pojedynki (i menzury) miały charakter typowo niemiecki oraz stanowiły czynnik i wskaźnik tzw. „niemieckiej drogi odrębnej” (deutscher Sonderweg).¹⁶ Dwa lata później, w 1996 roku, wybitny historyk Peter Gay w książce o kulcie przemocy zaproponował interpretację psychoanalityczną.¹⁷ W pojedynkach, a jeszcze bardziej w menzurach, miało chodzić o „zwycięstwo w walce edypalnej” oraz o rozbudzenie i skanalizowanie popędu agresji. Tezy te poddałem krytyce w artykule o „Mężczyznach i menzurach” (Männer und Mensuren).¹⁸
Tobias Bringmann w swoim bogatym w materiały źródłowe studium o Reichstagu i pojedynkach poświęcił interpretacjom psychoanalitycznym i genderowym mniej uwagi, skupiając się całkowicie na politycznym, a ściślej wewnątrzpolitycznym znaczeniu debaty nad pojedynkami w Reichstagu, który dzięki temu zyskał na władzy i znaczeniu, co z kolei przyczyniło się do parlamentaryzacji cesarskich Niemiec.¹⁹
We wszystkich pracach o męskości, honorze i pojedynkach – z jednym wyjątkiem (studium Bringmanna) – skandalowi Kotzego nie poświęcono uwagi. Zdumiewa to i nie oddaje sprawiedliwości wadze owego skandalu. Z drugiej strony znaczenie to nie zostało rozpoznane także przez tych historyków, którzy skandalem Kotzego się zajmowali.
Wymienić tu trzeba przede wszystkim książkę obrońcy Kotzego, Fritza Friedmanna: Der deutsche Kaiser und die Hofkamarilla [Niemiecki cesarz i kamaryla dworska].²⁰ Friedmann był prawnikiem i dziennikarzem – i to w książce widać. Prawne aspekty sprawy Kotzego przedstawiono wprawdzie stronniczo, lecz nader trzeźwo. Friedmann mógł się przy tym opierać na aktach policji i wymiaru sprawiedliwości, do których miał wgląd i które cytuje z pamięci. Z kolei aspekty z zakresu historii kultury i obyczajowości zostały opisane w sposób wybitnie publicystyczny i z upodobaniem do pikantnych szczegółów. Przy tym Friedmann dostrzegł już wówczas, że sprawa Kotzego stanowiła część „historii dworu pruskiego” oraz „historii obyczajów niemieckich”, wskutek czego powinni się nią zainteresować również „historycy kultury”.
W drugiej części swojej książki Friedmann skupił się na polityczno-historycznym wymiarze sprawy Kotzego. Pod rozdziałem „Wilhelm II i rewolucja odgórna” zajął się zachowaniem cesarza, dworu i arystokracji oraz kamaryli, której celem miało być wtrącenie Rzeszy w wewnętrzną walkę przeciwko „wrogom Rzeszy”, do których obok „Żydów” zaliczano wówczas przede wszystkim socjaldemokratów. Nawiązywał tym samym do ówczesnych planów zamachu stanu, które wraz z projektem ustawy o zwalczaniu przewrotu wkroczyły w fazę konkretnych przygotowań. To rozpoznane po raz pierwszy przez Friedmanna polityczne znaczenie sprawy Kotzego rozwinął następnie John C. G. Röhl w swojej monumentalnej biografii Wilhelma II.²¹ Röhl opierał się przy tym na wyczerpującym przedstawieniu afery Kotzego w studium Tobiasa Bringmanna o Reichstagu i pojedynkach.²² Bringmannowi przypada zasługa przedstawienia najobszerniejszego i najbogatszego w materiały źródłowe zbadania tej sprawy. Wspomniana interpretacja z perspektywy historii kultury i płci została w nim jednak potraktowana po macoszemu.
Zarówno Röhl, jak i Bringmann określali wprawdzie „sprawę”, względnie „aferę Kotzego” mianem „skandalu”, nie poddali jej jednak analizie przy użyciu metodologii badań nad skandalem (skandalologii). Podjąłem tę próbę w artykule o „Fin de siècle tradycyjnej męskości”,²³ w którym oparłem się zasadniczo na przełomowej książce Rolfa Ebbighausena i Sigharda Neckela o anatomii skandalu oraz na metodach wypracowanych tam przede wszystkim przez Neckela.²⁴
Przypisy
1 „Brudne historie”
Waldersee, wpis w dzienniku z 23.05.1895 r.; cyt. za: John C. G. Röhl, Wilhelm II., t. 1, Monachium 2001, s. 755.
Szczegółowo (moim zdaniem zbyt szczegółowo) na ten temat Röhl we wszystkich trzech tomach swojej obszernej biografii: John C. G. Röhl, Wilhelm II., t. 1–3, Monachium 1993–2008.
Wszystko za: Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 728 i n.
Poniższe historie zaczerpnięto z kolei z: Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 209 i n.
Do poniższego zob. obok: Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 741–755; Tobias C. Bringmann, Reichstag und Zweikampf. Die Duellfrage als innenpolitischer Konflikt des deutschen Kaiserreiches 1871–1918, Fryburg 1997, s. 152–224 oraz: Fritz Friedmann, Der deutsche Kaiser und die Hofkamarilla I. Der Fall Kotze. II. Wilhelm II. und die Revolution von oben, Zurych 1897.
Łącznie zachowało się 246 tych listów, ponieważ zostały przekazane przez ich odbiorców policji i organom sądowym. Pierwotnie znajdowały się w Pruskim Archiwum Wojskowym (którego zasoby spłonęły podczas II wojny światowej) i w 1921 r. zostały wraz z pozostałymi aktami dotyczącymi sprawy Kotzego przekazane do Tajnego Państwowego Archiwum Pruskiego Dziedzictwa Kulturowego. Zob.: GStA PK I. HA Rep. 89 nr 3307/2 do 3307/18.
Szczegółowy opis u: Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 158 i n. Friedmann donosił również, gdzie można było nabyć owe pornograficzne zdjęcia: mianowicie w sklepie niejakiego Alberta w pasażu („Passage”) łączącym ulicę Unter den Linden z Behrenstraße.
Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 161.
Do poniższego: Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 31 i n.; Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 155 i n.; Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 742.
Anonimowy list do Leberechta von Kotzego, 1892, w: GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/10, k. 28r.
Anonimowy list do Charlotte von Hohenau z 23.12.1892 r., w: GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/10, k. 40r–41v.
Anonimowy list do księżniczki Luizy von Anhalt z kwietnia 1892 r., w: GStA PK I. HA Rep. 89.
Anonimowy list do księżniczki Luizy von Anhalt z kwietnia 1892 r., w: GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/10, k. 83 i n.
Anonimowy list do Wilhelma von Hohenau z 15.06.1892 r., w: GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/10, k. 30r, 31r.
Anonimowy list do Friedricha von Hohenau z 15.02.1891 r., w: GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/10, k. 4r.
Anonimowy list do Ernsta Günthera von Schleswig-Holstein z 23.01.1893 r., w: GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/10.
Homoseksualne skłonności Hohenaua poruszono już w liście z 10 czerwca 1891 r., w którym do hrabiego zwrócono się słowami „Mój słodki ptaszku” i wezwano na spotkanie, na którym miał otrzymać „pierwszy pocałunek”. GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/10, k. 12r, 13r.
GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/10.
Wilhelm von Hohenau został w 1907 r. wydalony z armii z powodu występków homoseksualnych i zdołał uniknąć grożącego mu aresztowania jedynie dzięki ucieczce za granicę. Por. Röhl, Wilhelm II., t. 3, s. 585.
Również Friedmann, Der deutsche Kaiser, ani słowem nie odniósł się do homoseksualizmu hrabiów Hohenau, chociaż z pewnością znał go z akt.
Księżniczce Luizie von Anhalt w niektórych anonimowych listach zarzucano ponadto relację lesbijską z hrabiną Hohenau. Por. Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 743.
Tamże, s. 740 i n.
John C. G. Röhl, Philipp Graf zu Eulenburg – des Kaisers bester Freund, w: tegoż, Kaiser, Hof und Staat. Wilhelm II. und die deutsche Politik, Monachium 1987, s. 35–77, s. 62 i n.
Tamże, s. 65.
Na ten temat: rozdział „Burza ze stali”.
Na ten temat wielokrotnie i z właściwą sobie drobiazgowością oraz przywiązaniem do detali: Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 665, a przede wszystkim t. 3, s. 596 i n.
O rozróżnieniu honoru „wewnętrznego” i „zewnętrznego”: Dagmar Burkhart, Eine Geschichte der Ehre, Darmstadt 2006, s. 12 i n.
Röhl, Wilhelm II., t. 1, s. 115 i n. oraz t. 2, s. 714. To, że występująca skądinąd także u mężczyzn choroba metaboliczna – porfiria – miałaby wywoływać jakikolwiek stan podniecenia seksualnego, jest przez współczesnych lekarzy podawane w wątpliwość. (Jedynie w nawiasie warto odnotować, że na chorobę tę cierpiał również bezsprzecznie wybitnie aktywny seksualnie prezydent John F. Kennedy).
Zob.: Claudia Honegger (red.), Die Hexen der Neuzeit. Studien zur Sozialgeschichte eines kulturellen Deutungsmusters, Frankfurt nad Menem 1978.
Por. m.in.: Ute Frevert, Frauen-Geschichte zwischen bürgerlicher Verbesserung und neuer Weiblichkeit, Frankfurt nad Menem 1986; Ute Gerhard, Unerhört. Die Geschichte der deutschen Frauenbewegung, Reinbek 1990; Angelika Schaser, Frauenbewegung in Deutschland 1848–1933, Darmstadt 2006.
Ilya Hartmann, Prostitution, Kuppelei, Zuhälterei. Reformdiskussion und Gesetzgebung seit 1870, Berlin 2006; Sabine Grenz / Martin Lücke (red.), Verhandlungen im Zwielicht. Momente der Prostitution in Geschichte und Gegenwart, Bielefeld 2006.
Cesare Lombroso, Das Weib als Verbrecherin und Prostituierte [Kobieta jako zbrodniarka i prostytutka], Hamburg 1894.
Na ten temat istnieje obecnie bogata literatura. Por. m.in.: Hans-Georg Stümke, Homosexualität in Deutschland. Eine politische Geschichte, Monachium 1989; Rüdiger Lautmann (red.), Homosexualität. Handbuch der Theorie- und Forschungsgeschichte, Frankfurt nad Menem 1993; Bernd-Ulrich Hergemüller, Einführung in die Historiographie der Homosexualitäten, Tybinga 1999.
Szczegółowo na ten temat: Lücke, Männlichkeit in Unordnung, s. 55 i n.
Zob. rozmaite artykuły w instruktywnym tomie zbiorowym: Susanne zur Nieden (red.), Homosexualität und Staatsräson. Männlichkeit, Homophobie und Politik in Deutschland 1900–1945, Frankfurt nad Menem 2005.
Zob.: George L. Mosse, Das Bild des Mannes. Zur Konstruktion der modernen Männlichkeit, Frankfurt nad Menem 1997; Robert W. Connell, Der gemachte Mann. Konstruktion und Krise von Männlichkeiten, Opladen 1999.
2 „Od najdostojniejszych na dworze”
Charlotte dziedziczna księżna Saksonii-Meiningen do Ellen baronowej von Heldburg z 20.05.1895 r., cyt. za: Röhl, t. 2, s. 755.
Szczegółowy opis i charakterystyka uczestników zabawy u: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 154 i n.; oraz Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 741 i n.
Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 83, donosi o plotce przekazanej mu przez dziennikarza Theodora Wolffa, wedle której Friedrich i jego brat Wilhelm von Hohenau mieli zostać podniesieni do stanu książęcego (Fürstenstand). Jeśli to prawda, wymierzona w Hohenauów nagonka zyskuje inny sens i cel. W każdym razie okazała się skuteczna: hrabiowie Hohenau nie otrzymali tytułu książęcego, a ponadto zostali przeniesieni do Hanoweru.
Pojęcie „morganatyczny” wywodzi się od daru porannego (Morgengabe), który według dawnego prawa był lub musiał być wręczany żonom przez mężów po nocy poślubnej. W anonimowych listach wielokrotnie aludowano do morganatycznego pochodzenia hrabiego (wzgl. hrabiów) Hohenau. Jeszcze ostrzej krytykowano jednak nieszlacheckie lub drobnoszlacheckie pochodzenie hrabiny Hohenau. Jej nazwisko panieńskie von der Decken posłużyło ponadto za pretekst do czynienia w bardzo wulgarny sposób aluzji do jej aktywności seksualnej.
Röhl, Wilhelm II., t. 1, s. 518 i n.
Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 208 i n. Przypuszczenie Bringmanna zostało odrzucone przez Röhla, Wilhelm II., t. 2, s. 754.
Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 371 oraz s. 707 i n.
Na znaczenie „dworu i społeczeństwa dworskiego” wskazywał już Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 125 i n. W dawniejszej historiografii politycznej, jak i w nowoczesnych badaniach z zakresu historii społecznej i struktur, dwór i świta dworska cieszyły się jednak niewielkim zainteresowaniem. Słusznie krytykował to John C. G. Röhl. Od niego pochodzą również pierwsze i najważniejsze opracowania, na których opieram się poniżej: John C. G. Röhl, Hof und Hofgesellschaft unter Kaiser Wilhelm II., w: tegoż, Kaiser, Hof und Staat. Wilhelm II. und die deutsche Politik, Monachium 1987, s. 78–115; por. także Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 191 i n.
Te i poniższe dane za: Röhl, Hof und Hofgesellschaft, s. 81 i n.
Do poniższego: Hans-Ulrich Wehler, Das deutsche Kaiserreich 1871–1918, Getynga 1973, s. 60 i n.
Określenie „bonapartystowski” wywodzi się od Marksa i Engelsa, a następnie zostało przejęte przez niektórych historyków z NRD, a przede wszystkim przez Hansa-Ulricha Wehlera. Por.: Wolfgang Wippermann, Die Bonapartismustheorie von Marx und Engels, Stuttgart 1983, s. 86 i n.
Hans-Ulrich Wehler, Das deutsche Kaiserreich 1871–1918, Getynga 1973, s. 69–72.
Röhl, Hof und Hofgesellschaft, s. 114 i n.
Röhl, t. 2, s. 421 i n.
Do poniższego ponownie: Röhl, t. 2, s. 191 i n.
Należało do tego nie tylko nadanie – wyższego – tytułu szlacheckiego, lecz także awans w liczącej łącznie 62 stopnie dworskiej tabeli rang.
Zob. ważne studium szczegółowe: Isabel V. Hull, The Entourage of Kaiser Wilhelm II. 1888–1918, Cambridge 1982, zwł. s. 175–306.
Podróże te zajmowały połowę każdego roku. W marcu cesarz wraz ze świtą udawał się nad Morze Śródziemne, a wiosną do Alzacji i Wiesbaden. W czerwcu brał udział w Tygodniu Kilońskim (Kieler Woche). Następnie w lipcu wyruszał w podróż na Północ (Nordlandreise). W październiku i listopadzie następowały wyjazdy do jego majątku Prakwice (Prökelwitz) w Prusach Wschodnich oraz do liebenberskiego majątku jego przyjaciela Philippa Eulenburga.
Tezę tę stawia Hull, The Entourage of Kaiser Wilhelm II., s. 175 i n.
Określenie to pochodzi od baronowej Spitzemberg. Zob.: Rudolf Vierhaus (red.), Das Tagebuch der Baronin Spitzemberg, Getynga 1960, s. 268 i n.
Na ten temat oraz o aferze Eulenburga: Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 221 i n. oraz t. 3, s. 588 i n.
Zwrócił na to uwagę Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 183 i n., stawiając jednocześnie wartą rozważenia tezę, że jedno z owych „stronnictw dworskich” było wybitną „partią wojny”, a ściślej „partią wojny wewnętrznej”, która parła cesarza do skierowanej przeciwko socjaldemokracji „rewolucji odgórnej”.
Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 79, zalicza i określa klikę skupioną wokół barona Schradera, z którą musiał mierzyć się Kotze, również mianem „kamaryli dworskiej”.
Taka była intencja Maximiliana Hardena, którą realizował on już w swoich artykułach o skandalu Kotzego. Por. Maximilian Harden, Hofskandal, w: „Zukunft” 8, 07.07.1894. Harden określił w nim dwór Wilhelma II mianem „bajecznej skamieliny”, sięgającej w „nowoczesne realia”.
Na ten antysemicki komponent skandalu Kotzego jako pierwszy i jedyny wskazał Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 146 i n. Znakomita jest jego podsumowująca interpretacja i krytyka: „Panowie z niewyparzonymi gębami i wiecznie zamroczonym alkoholem rozumem mniemali, że wrota do krainy pieczonych gołąbków staną przed nimi otworem, jeśli tylko z należytą gorliwością będą deptać po piętach tutejszym Hebrajczykom” (s. 190).
Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 20 i n., posuwa się do twierdzenia, że w „obecnym pokoleniu” rodziny von Treskow znajdowała się „żydowska krew”.
Kolportował to Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 16.
Röhl, Hof und Hofgesellschaft, s. 109.
Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 193.
Tamże, s. 217.
Szczegółowy opis tego ceremoniału dworskiego u: Röhl, Hof und Hofgesellschaft, s. 99 i n.
Była ona jednak łamana podczas popularnych bali kostiumowych i karnawałowych. Wtedy to damy i panowie dworu nierzadko zbliżali się do siebie bardzo intymnie. Do tego (seksualnego) celu służyły w berlińskim zamku określone pomieszczenia, w dworskim żargonie zwane „komnatami modlitewnymi” (Betkammern). Seksimpreza w Grunewaldzie raczej nie była jedynym tego rodzaju wydarzeniem.
3 „Osoba o chorobliwie niewieścich skłonnościach”
Ekspertyza W. Langenbrucha z 10 lipca 1894 r., w: GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/3, k. 80r. Por. Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 44; Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 169.
Cyt. za: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 173.
Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 746.
Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 20.
Wprawdzie tutaj – podobnie jak sam cesarz – noszono przeważnie mundur. Wyżsi urzędnicy dworscy występowali w specjalnym mundurze, który w dobie absolutyzmu był jeszcze stosowny, lecz teraz sprawiał już niemal mimowolnie komiczne wrażenie. Podczas bardzo popularnych bali i zabaw kostiumowych damy i panowie występowali ponadto w fantazyjnych przebraniach.
Por. doprawdy znakomity i pouczający artykuł: Sabina Brändli, „... die Männer sollten schöner geputzt sein als die Weiber“. Zur Konstruktion bürgerlicher Männlichkeit im 19. Jahrhundert, w: Thomas Kühne (red.), Männergeschichte – Geschlechtergeschichte. Männlichkeit im Wandel der Moderne, Frankfurt nad Menem 1996, s. 101–118.
Przykłady i cytaty u: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 167 i n.
Wilhelm II dzielił z Kotzem również nawyk ciągłego pokazywania się na dworze i publicznie w coraz to nowych, odmiennych strojach cywilnych i mundurach. Jeśli wierzyć współczesnym, musiał posiadać nie jedną, lecz kilka pękających w szwach szaf z ubraniami. Wilhelm II był doprawdy „opętanym modą strojnisiem”. Już choćby z tego powodu ściągnął na siebie podejrzenie o skłonności homoseksualne lub przynajmniej biseksualne.
Łącznie było ich znacznie ponad 200. Pisane były albo drukowanymi literami, albo na maszynie do pisania sprawiającej już wówczas prymitywne wrażenie. Uwagę zwracały także koperty: znaczki pocztowe naklejano na nich częściowo w prawym dolnym rogu. Przy adresach często podawano najpierw numer domu, a dopiero potem ulicę.
Na ten kuriozalny szczegół wskazywał już: Maximilian Harden, Ceremonienmeister, w: „Zukunft” 15, 18.04.1896 r.
Szczegółowy opis u: Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 17 i n.; Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 165 i n.
Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 17.
Większe szanse powodzenia niż szukanie bibuł dawałoby ustalenie nabywcy i posiadacza owej – jak wspomniano – archaicznej maszyny do pisania, z której sprzedano zaledwie niewiele egzemplarzy.
Ponadto żaden z wrogów Kotzego nie złożył takiego wniosku. Szczegółowo o tych prawnych detalach: Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 38 i n.
Sądy wojskowe zostały wprowadzone przez króla Prus Fryderyka Wilhelma IV, który naruszył w ten sposób wprowadzoną przez Fryderyka Wielkiego (i skodyfikowaną następnie w Powszechnym Prawie Krajowym dla Państw Pruskich – ALR) zasadę równości wszystkich obywateli wobec prawa. Por. do tego: Burkhart, Eine Geschichte der Ehre, s. 101. Owe (wojskowe) sądownictwo odrębne uważano w dobie Cesarstwa za relikt feudalno-absolutystyczny i odpowiednio ostro krytykowano. W centrum tej krytyki znajdowała się także tolerowana, a wręcz wymagana przez wojskowe prawo karne plaga pojedynków.
Zob.: Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 37.
Pismo z 20.06.1894 r. do Wilhelma von Hahnkego w: GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/10, t. 128.
Wszystko w: GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/7, k. 155 do 169.
Friedmann zaprzeczył temu wprawdzie w swojej wielokrotnie już wspomnianej książce. Nie jest to wiarygodne: działający również jako dziennikarz Friedmann dysponował wszak doskonałymi kontaktami z czołowymi publicystami epoki, w tym z Maximilianem Hardenem i Theodorem Wolffem.
Mógł w nim uczestniczyć także adwokat Kotzego Fritz Friedmann, który sporządził z tego doprawdy wartą przeczytania relację. Por. Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 75 i n.
Wyrok sądu wojennego z 9.03.1895 r., w: GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/7, k. 107.
Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 180 i n.
Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 747.
Zob. doniesienia prasowe cytowane u: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 184 i n.
Zgodne są w tym względzie wspomniane już ogólne opracowania historii męskości: Connell, Der gemachte Mann; Dinges (red.), Männer-Macht-Körper; Eifert (red.), Was sind Frauen? Was sind Männer?; Erhardt/Herrmann (red.), Wann ist der Mann ein Mann?; Frevert, „Mann und Weib, und Weib und Mann“; Kühne (red.), Männergeschichte; Mosse, Das Bild des Mannes; Schmale, Geschichte der Männlichkeit.
Sabina Brändli, „Der herrlich biedere Mann“. Vom Siegeszug des bürgerlichen Herrenanzuges im 19. Jahrhundert, Zurych 1998.
Anne-Charlott Trepp, Männerwelten privat: Vaterschaft im späten 18. und beginnenden 19. Jahrhundert, w: Kühne (red.), Männergeschichte – Geschlechtergeschichte, s. 31–50.
Znakomicie wykazane przez: Martin Doerry, Übergangsmenschen. Die Mentalität der Wilhelminer und die Krise des Kaiserreiches, Monachium 1986; oraz w obszernej pracy: Joachim Radkau, Das Zeitalter der Nervosität. Deutschland zwischen Bismarck und Hitler, Monachium 1998.
Zob.: Gunilla-Friederike Budde, Auf dem Weg ins Bürgertum. Kindheit und Erziehung in deutschen und englischen Bürgerfamilien 1840–1914, Getynga 1994; oraz doskonałe studium szczegółowe: Michael Fuchs, „Wie sollen wir unsere Kinder erziehen?“ Bürgerliche Kindererziehung im Spiegel der populärpädagogischen Erziehungsratgeber des 19. Jahrhunderts, Wiedeń 1997.
Por. zwłaszcza: Helmut Becker / Gerhard Kluchert, Die Bildung der Nation. Schule, Gesellschaft und Politik vom Kaiserreich zur Weimarer Republik, Stuttgart 1993.
Ute Frevert, Das Militär als „Schule der Männlichkeit“. Erwartungen, Angebote, Erfahrungen im 19. Jahrhundert, w: tejże (red.), Militär und Gesellschaft im 19. und 20. Jahrhundert, Frankfurt nad Menem 1997. Ważne również następujące studia: Steven Buxton, Männlichkeit und militärische Erziehung von Einjährig-Freiwilligen im deutschen Kaiserreich 1871–1914. Ein Beitrag zur Frage der sozialen Militarisierung im deutschen Kaiserreich, Konstancja 1996; Helger Ostertag, Bildung, Ausbildung und Erziehung des Offizierskorps im deutschen Kaiserreich 1871 bis 1918. Eliteideal, Anspruch und Wirklichkeit, Frankfurt nad Menem 1999; Arthur Schlöterburg, Pädagogische Aspekte der Erziehung und Ausbildung im Kaiserreich. Eine Analyse des militärischen Erziehungs- und Ausbildungssystems von 1890–1914, Hamburg 1987.
Zob. doprawdy przejmujący opis dzieciństwa i wychowania Wilhelma II u: Röhl, Wilhelm II., t. 1, s. 233 i n.
Jest to jednak bardziej przypuszczenie niż fakt udowodniony, prawie nic dokładnego nie wiemy bowiem o dzieciństwie i młodości osób zamieszanych w skandal Kotzego. Dotyczy to również samego Leberechta von Kotzego.
Wspomniana w poprzednich przypisach literatura na temat kształcenia i wychowania przez dom, szkołę i wojsko koncentruje się na mieszczaństwie. Nie różniło się ono jednak (lub przestało się różnić) od wychowania szlacheckiego. W XIX wieku doszło tu do wzajemnego procesu asymilacji. Podczas gdy szlachta przejęła od mieszczaństwa jego ideał wykształcenia i posyłała wielu synów na studia, mieszczaństwo upodobniło się do szlachty w kwestii kultu wojska i było dumne, gdy jego synowie jako jednoroczni ochotnicy (Einjährig-Freiwillige) zdobywali patent oficera (rezerwy).
Do owego zniewieścienia homoseksualistów przyczyniły się jednak także wspomniane już tezy i teorie ówczesnych psychologów i seksuologów, którzy chcieli widzieć w homoseksualistach reprezentantów odmiennej, tzw. trzeciej płci.
4 „Niegodny, by nosić mundur królewski”
Cyt. za: Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 99.
Odpowiednie akta zachowały się. Por. tajny raport berlińskiego prokuratora generalnego do dowódcy III Korpusu Armijnego, księcia Fryderyka von Hohenzollern-Sigmaringen z 22.04.1895 r., w: GStA PK I. HA Rep. 89, nr 3307/11, k. 92r–93r.
Została ona, jak wspomniano w rozdziale 2, nazwana przez Friedmanna (Der deutsche Kaiser, s. 79) „kamarylą dworską”. To z pewnością idzie nieco za daleko. Wszakże nawet przywódca liebenberskiej kamaryli dworskiej, Philipp Eulenburg, chciał widzieć w przeciwnikach Kotzego „spiskowców przeciwko Kotzemu”. Za: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 182.
Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 189. Inaczej widzi to jednak adwokat Kotzego Fritz Friedmann, który rozwlekle broni prawomocności i prawnej konieczności tego postępowania. Por. Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 93 i n.
Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 94 i n., przypuszcza, że prokurator generalny był uprzedzony, ponieważ przegrał dwa procesy, które wytoczył Maximilianowi Hardenowi o obrazę majestatu, przy czym sam Friedmann występował jako obrońca Hardena.
Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 749.
Wyrok zdaje się nie być zachowany. Cytuje go Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 99.
Do poniższego szczegółowa relacja u: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 198 i n., który opiera się tu na licznych ówczesnych doniesieniach prasowych.
Wyrok, podobnie jak późniejsze ułaskawienie, nie zachował się w oryginale. Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 200 i n., opiera się tu wyłącznie na ówczesnych relacjach prasowych. Dalsze szczegóły: tamże.
O tym rozróżnieniu: Burkhart, Eine Geschichte der Ehre, s. 12 i n.
Związek honoru i męskości poprzez toczenie pojedynków w wielu pracach poświęconych historii honoru, jak i męskości nie został dostatecznie dostrzeżony i opracowany. Inaczej natomiast: Mosse, Das Bild des Mannes; Burkhart, Eine Geschichte der Ehre; oraz Ute Frevert, Ehrenmänner. Das Duell in der bürgerlichen Gesellschaft, Monachium 1991.
Do poniższego: Burkhart, Eine Geschichte der Ehre, s. 28 i n.; Victor G. Kiernan, The Duel in European History, Oxford 1988; Uwe Schultz (red.), Das Duell. Der tödliche Kampf um die Ehre, Frankfurt nad Menem 1996.
W armiach najemnych wojny trzydziestoletniej nawet „Cyganie” awansowali na oficerów i wolno im było wówczas pojedynkować się z towarzyszami broni.
Friedrich Hielscher / Werner Barthold, Die Mensur. Herkunft, Recht und Wesen, Bochum 1968.
Wolfgang Wippermann, Männer und Mensuren. Waffenstudenten in geschlechtergeschichtlicher Sicht, w: Harm-Hinrich Brandt / Matthias Stickler (red.), „Der Burschen Herrlichkeit“. Geschichte und Gegenwart des studentischen Korporationswesens, Würzburg 1998, s. 231–247.
Por. znakomite studium szczegółowe: Martin Biastoch, Duell und Mensur im Kaiserreich – am Beispiel der Tübinger Corps Franconia, Rhenania, Suevia und Borussia zwischen 1871 und 1985, Vierow 1995.
Zbyt mało uwagi poświęca temu Frevert, Ehrenmänner, s. 149 i n.
Ogólnie o walce z pojedynkami: Dieter Prokowsky, Geschichte der Duellbekämpfung, Bonn 1965. O Niemczech: Johannes Slawig, Der Kampf gegen das Duellwesen im 19. und 20. Jahrhundert in Deutschland unter besonderer Berücksichtigung Preußens, Münster 1986.
Norbert Elias, Studien über die Deutschen. Machtkämpfe und Habitusentwicklung im 19. und 20. Jahrhundert, Frankfurt nad Menem 1992, s. 128, uważa natomiast, że „Niemcy” właśnie poprzez menzury byli wychowywani do „habitusu bez litości” oraz do „hierarchii rozkazywania i posłuszeństwa”.
Całkowicie odmienną tezę stawia Peter Gay, Kult der Gewalt. Aggression im bürgerlichen Zeitalter, Monachium 1996, s. 21: menzury miały służyć rozładowaniu „agresywnych popędów” i pokazywać, że „pod naszymi nakrochmalonymi koszulami czai się dzikus, barbarzyńca ze wszystkimi swoimi nietykalnymi barbarzyńskimi instynktami”.
Wzorcowo: Ludwig Elm / Dietrich Heither / Gerhard Schäfer (red.), Füxe, Burschen, Alte Herren. Studentische Korporationen vom Wartburgfest bis heute, Kolonia 1992. Lepszy i wolny zarówno od apologii, jak i potępienia jest natomiast tom zbiorowy: Harm-Hinrich Brandt / Matthias Stickler (red.), „Der Burschen Herrlichkeit“. Geschichte und Gegenwart des studentischen Korporationswesens, Würzburg 1998.
Innego zdania jest Kevin McAleer, The Cult of Honor in Fin-de-siècle Germany, Princeton 1994. Trwanie przy pojedynku i menzurze (której McAleer również nie odróżnia dostatecznie wyraźnie od pojedynku) miało być specyficznie niemieckie i stanowić kolejny dowód na ogólnie wsteczną wizję świata Niemców.
Liczne przykłady u: Bringmann, Reichstag und Zweikampf; oraz Frevert, Ehrenmänner.
Taki przypadek leży u podstaw powieści Theodora Fontanego Effi Briest. Por. Frevert, Ehrenmänner, s. 10.
Cyt. za: Burkhart, Eine Geschichte der Ehre, s. 73 i n., przyp. 58.
5 „Dziesięć skalpów za majątek rycerski”
Ulk, dodatek do „Berliner Tageblatt” z 8.05.1896 r.
Der Wahre Jacob, 13.10.1896 r., nr 267, s. 22947.
Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 780 i n.
Wehler, Das Deutsche Kaiserreich, s. 60 i n.
W swoim rozporządzeniu wydanym w 1897 r., a więc rok po pojedynku Kotze/Schrader, wyraził się już jednak nieco bardziej powściągliwie, oświadczając: „Chcę, aby pojedynkom, Moi Oficerowie, zapobiegano w stopniu większym niż dotychczas”. Cyt. za: Frevert, Ehrenmänner, s. 115.
Do poniższego: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 224 i n. Bringmann przecenia jednak moim zdaniem zarówno znaczenie debat w Reichstagu, jak i toczonych tam dyskusji nad kwestią pojedynków, stawiając tezę, że przyczyniły się one do „parlamentaryzacji Rzeszy po 1890 roku”.
Druk parlamentarny nr 271, w: BRT 9.L.P.–IV. Sess, 1895/97, t. załączników 2, s. 1531; cyt. za: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 224.
Cesarz zdawał się to dostrzegać, mimo to (lub właśnie dlatego) nie ugiął się przed powszechną krytyką pojedynków. Por. do tego: Frevert, Ehrenmänner, s. 114 i n.
Tamże, s. 133 i n.
BRT 9. LP.–IV. Sess, 1895/97, t. 3, s. 1803. Nawiązując do projektu ustawy o zwalczaniu przewrotu, Rickert oświadczył ponadto: „To ci, którzy walczą przeciwko prawu i ustawie, przeciwko moralności i religii, podważają nasz porządek prawny i społeczny”.
BRT 9.LP–IV. Sess., 1895/97, t. 3, s. 1808, cyt. za: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 235.
Zob.: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 242 i n., który wykazuje tu o wiele za duże zrozumienie dla antysocjaldemokratycznych stanowisk ówczesnych konserwatystów.
Chodziło o wniosek złożony przez posła Adta. BRT 9. Lp–IV. Session, t. 3, akta nr 287.
Zob.: Frevert, Ehrenmänner, s. 234 i n., która nie omawia jednak ani tej debaty w Reichstagu, ani skandalu Kotzego, przez którego finał debata antypojedynkowa wkroczyła w decydującą fazę.
Szczegółowe przedstawienie u: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 299 i n.
Wielkie znaczenie miała również działalność publicystyczna powołanej w 1902 r. „Ligi Antypojedynkowej” (Anti-Duell-Liga). Zob.: Frevert, Ehrenmänner, s. 238 i n.
Ulk, dodatek do „Berliner Tageblatt” z 24.04.1896 r., s. 2. Przedrukowane u: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 217.
Frevert, Ehrenmänner, s. 240 i n., przytacza jednak jeszcze kilka przykładów na „przetrwanie enklaw pojedynkowych”. W przypadku wspomnianych przez nią pojedynków studenckich chodziło jednak raczej o menzury toczone na zaostrzonych warunkach na szable.
Sprzeciw wniósł wobec tego szef dowództwa armii (Heeresleitung) generał von Seeckt, który w 1926 r. wydał przepisy dotyczące zachowania honoru w armii; miały one z kolei zostać uchylone na mocy ustawy wniesionej przez SPD do Reichstagu, której nie podpisał jednak nowy prezydent Rzeszy Paul von Hindenburg. Por. do tego: Frevert, Ehrenmänner, s. 243 i n.
O tzw. erlangeńskim porozumieniu związkowym i honorowym (Erlanger Verbände- und Ehrenabkommen) oraz jego realizacji: Frevert, Ehrenmänner, s. 247 oraz rozmaite i nieco inaczej oceniające artykuły w: Rolf-Joachim Baum (red.), „Wir wollen Männer, wir wollten Taten!“. Deutsche Corpsstudenten 1848 bis heute, Berlin 1998.
Do poniższego: Frevert, Ehrenmänner, s. 256 i n.; Burkhart, Eine Geschichte der Ehre, s. 105.
Korporacje szermiercze nie mogły długo cieszyć się ze zniesienia zakazu menzur. Dwa lata później zostały bowiem rozwiązane lub zmuszone do samorozwiązania. Por. do tego: Ralf-Roland Schmidt-Cotta / Wolfgang Wippermann, Kampf um die Erhaltung der Tradition – die Corps im Dritten Reich, w: Baum (red.), „Wir wollen Männer...“, s. 180–206.
Burkhart, Eine Geschichte der Ehre, s. 105.
Na ten temat i do poniższego: Schmidt-Cotta/Wippermann, Kampf um die Erhaltung der Tradition, s. 200 i n.
Do staczania pojedynków na lekkie szable, które z inicjatywy Przywódcy Studentów Rzeszy (Reichsstudentenführer) miały zająć miejsce menzur, zdaje się w ogóle nie dojść.
Burkhart, Eine Geschichte der Ehre, s. 106; Frevert, Ehrenmänner, s. 263 i n.
6 „Żyd Friedmann”
Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 177 i 210.
Nie dotyczy to jednak współczesnego studium Fritza Friedmanna Der deutsche Kaiser und die Hofkamarilla, które zawierało ostre ataki na antysemityzm, nasilony w niemałym stopniu w trakcie afery Kotzego i za jej sprawą.
Podsumowanie już w rozdziale Kaiser Wilhelm II. und der deutsche Antisemitismus, w: Röhl, Kaiser, Hof und Staat, s. 203–224. Ponadto: Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 1050 i n.; t. 3, s. 1291 i n.
Ogólnie na ten temat: Alex Bein, Die Judenfrage. Biographie eines Weltproblems, t. 1–2, Stuttgart 1980; Detlev Claussen, Vom Judenhaß zum Antisemitismus. Materialien einer verleugneten Geschichte, Darmstadt 1987; Hermann Greive, Geschichte des modernen Antisemitismus in Deutschland, Darmstadt 1983; Jakob Katz, Vom Vorurteil zur Vernichtung. Der Antisemitismus 1700–1933, Monachium 1988; Shulamit Volkov, Jüdisches Leben und Antisemitismus im 19. und 20. Jahrhundert, Monachium 1991.
Na ten ostatni moment antysemicki wskazywali: Sander Gilman, Rasse, Sexualität und Seuche, Reinbek 1982; Stefan Rohrbacher / Michael Schmidt, Judenbilder. Kulturgeschichte antijüdischer Mythen und antisemitische Vorurteile, Reinbek 1991; Julius H. Schoeps / Joachim Schlör (red.), Antisemitismus. Vorurteile und Mythen, Monachium 1995; oraz przede wszystkim Mosse, Das Bild des Mannes.
Jednym z jego kolegów z klasy był Leberecht von Kotze. Por. Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 19.
Wcześniej Friedmann pracował również jako dziennikarz. Por. Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 83 i n.
Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 210.
Należała do tego także udana obrona Maximiliana Hardena w dwóch procesach o obrazę majestatu. Rywalem procesowym Friedmanna był wówczas wspomniany wyżej prokurator generalny Drescher. Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 94 i n.
Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 210.
Zaprzeczył temu wprawdzie w swojej książce, co nie było zbyt wiarygodne: dawny dziennikarz Friedmann dysponował wszak doskonałymi kontaktami z czołowymi publicystami swoich czasów.
Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 196. Por. także s. 197: „Oto rewolucjoniści odgórni! Ich wola odpowiada ich obyczajom, ich myśleniu! Prostacka frywolność, która ich opanowała, bezmyślny kult złotego cielca, banalny fason żołdacki, teoria pojedynku jako ultima ratio każą im głosić cesarzowi rozpętany pojedynek z armią robotniczą jako ultima ratio regis”.
Cyt. za: Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 211.
Friedmann, Der deutsche Kaiser, s. 145.
Tamże, s. 146.
Tamże, s. 177: „Tego, co wychował antysemityzm, nie da się już strząsnąć z fałdów surduta. Zbyt późno przychodzi rządzącym skrucha z powodu tego, że z nim flirtowali”.
Tamże, s. 146.
Tamże, s. 190.
Fritz Friedmann, Was ich erlebte: Memoiren, t. 1–2, Berlin 1909.
O Hardenie: Uwe Weller, Maximilian Harden und „Die Zukunft“, Brema 1970.
Maximilian Harden, Hofskandal, w: „Zukunft” 8, 07.07.1894 r.
Maximilian Harden, Das Geheimnis des Ceremonienmeisters, w: „Zukunft” 16, 15.08.1896 r.
Zob.: John C. G. Röhl, Philipp Graf zu Eulenburg – des Kaisers bester Freund, w: tegoż, Kaiser, Hof und Staat, s. 35–77. Ponadto: Röhl, Wilhelm II., t. 2, s. 217 i n. oraz t. 3, s. 588 i n.
Szczegółowo do poniższego: Röhl, Wilhelm II., t. 3, s. 396 i n. Ponadto: Claudia Bruns, Skandale im Beraterkreis um Kaiser Wilhelm II. Die homoerotische „Verbündelung“ der „Liebenberger Tafelrunde“ als Politikum, w: Susanne zur Nieden (red.), Homosexualität und Staatsräson. Männlichkeit, Homophobie und Politik in Deutschland 1900–1945, Frankfurt nad Menem 2005, s. 52–80; Martin Kohlrausch, Der Monarch im Skandal. Die Logik der Massenmedien und die Transformation der wilhelminischen Monarchie, Berlin 2005, s. 186–242.
Maximilian Harden, Praeludium, w: „Zukunft” nr 57 z 17.11.1906 r.; tegoż, Dies irae, w: „Zukunft” nr 57 z 24.11.1906 r.
Maximilian Harden, Symphonie, w: „Zukunft” nr 58 z 02.02.1907 r.; tegoż, Wilhelm der Friedliche, w: „Zukunft” nr 59 z 06.04.1907 r.; tegoż, Monte Carlino, w: „Zukunft” nr 59 z 13.04.1907 r.; tegoż, Roulette, w: „Zukunft” nr 59 z 27.04.1907 r.
Generał porucznik i dowódca elitarnego pułku Gardes du Corps, Wilhelm von Hohenau, miał w poczdamskiej willi Adler swego towarzysza broni hrabiego Johannesa von Lynara brać udział w homoseksualnych orgiach, co wyszło na jaw podczas pierwszego procesu między Hardenem a Moltkem. Por. Röhl, Wilhelm II., t. 3, s. 585.
Der Angriff, 07.11.1927 r.
Wolfgang Wippermann, Geschichte der deutschen Juden. Darstellung und Dokumente, Berlin 1993, s. 52 i n.
Ogólnie o antysemityzmie studenckim i walce z nim: Norbert Kampe, Studenten und „Judenfrage“ im Deutschen Kaiserreich. Die Entstehung einer akademischen Trägerschicht des Antisemitismus, Getynga 1988; Thomas Schindler, Studentischer Antisemitismus und jüdische Studentenverbindungen 1880–1933, Jever 1988. O korporacjach żydowskich: Adolph Asch, Geschichte des K.C. (Kartellverband jüdischer Studenten) im Lichte der deutschen kulturellen und politischen Entwicklung, Londyn 1964; Thomas Schindler, „Was Schandfleck war, war unser Ehrenzeichen.“ Die jüdischen Studentenverbindungen und ihr Beitrag zur Entwicklung eines neuen Selbstbewusstseins deutscher Juden, w: Brandt/Stickler (red.), „Der Burschen Herrlichkeit“, s. 337–354.
Burszenszafty przejęły wprowadzoną w Austrii już w 1896 r. tzw. zasadę waidhofeńską (Waidhofener Prinzip), która odmawiała żydowskim studentom zdolności honorowej. Zob. także: Tobias C. Bringmann, Student und Davidstern. Satisfaktion und Antisemitismus in Deutschland 1871–1900, Fryburg 1995.
Schmidt-Cotta/Wippermann, Kampf um die Erhaltung der Tradition, s. 182 i n.
Nie wspomina o tym Frevert, Ehrenmänner. Tymczasem pojedynki toczone przez Żydów w obronie przed antysemityzmem zasługują na odmienną ocenę.
7 „Burza ze stali”
Ernst Jünger, In Stahlgewittern, w: Sämtliche Werke, t. 1.
Tamże, s. 54 i n.
Tamże, s. 65 i n.
O historii Freikorpsów przede wszystkim w Niemczech: Hagen Schulze, Freikorps und Republik, Boppard 1969.
Klaus Theweleit, Männerphantasien, t. 1–2, Frankfurt nad Menem 1977/78.
Posługuje się wprawdzie pojęciem „patriarchatu”, co prowadzi do zgrabnego, lecz bynajmniej nieprawdziwego sformułowania: „Patriarchat zabezpiecza swoje panowanie w faszyzmie w formie junioratu” (tamże, s. 140 i n.).
Por. z dalszymi wskazówkami: Wolfgang Wippermann, Faschismustheorien. Zum Stand der gegenwärtigen Diskussion, Darmstadt 1995.
Theweleit, Männerphantasien, t. 1, s. 277 i 407.
Tamże, s. 120.
Wilhelm Reich, Massenpsychologie des Faschismus, Kopenhaga 1934. Na ten temat oraz o pozostałych społeczno-psychologicznych teoriach faszyzmu: Wippermann, Faschismustheorien, s. 76 i n.; tegoż, Faschismus und Psychoanalyse. Forschungsstand und Forschungsperspektiven, w: Bedrich Loewenstein (red.), Geschichte und Psychoanalyse. Annäherungsversuche, Pfaffenweiler 1992, s. 261–274.
Theweleit, Männerphantasien, t. 1, s. 284.
Tamże, s. 84 i n.
Tamże, s. 79 i n.
Tamże, s. 227: „Dobra kobieta zostaje pozbawiona życia, uczyniona jakby martwą; zła kobieta zostaje pobita lub zabita”.
Pieśń „Dzikich kompanów” (Wilde Gesellen) śpiewano jednak również w obrębie młodzieżowego ruchu bündisch (Bündische Jugend). Z podobnym, militarystycznym i akcentującym męskość zamysłem, lecz w tonacji melancholijnej. Por. do tego: „Wir reiten die Sehnsucht tot“ oder: Melancholie als Droge. Anmerkungen zum bündischen Liedgut, w: Thomas Kühne (red.), Männergeschichte – Geschlechtergeschichte. Männlichkeit im Wandel der Moderne, Frankfurt nad Menem 1996, s. 155–173.
Z – przypuszczalnie – zamierzenie przesadnym wywyższeniem homoerotycznych związków męskich: Nicolaus Sombart, Männerbund und Politische Kultur in Deutschland, w: Thomas Kühne (red.), Männergeschichte – Geschlechtergeschichte, s. 136–154.
Istnieje na ten temat zadziwiająco mało badań. W różnych pracach o męskości wspomina się jeszcze o męskości faszystowskiej – w szczególności u Mossego, Das Bild des Mannes. W badaniach nad faszyzmem w sensie generycznym, tj. nieodnoszącym się wyłącznie do Włoch, o męskości nie ma natomiast prawie wcale mowy. Jest to zdumiewające, w nowszych badaniach nad faszyzmem stale wskazywano bowiem na elementy antyfeministyczne w ideologii i polityce faszyzmu w ogólności. Por. do tego: Wolfgang Wippermann, Faschismus. Eine Weltgeschichte vom 19. Jahrhundert bis heute, Darmstadt 2009, s. 10 i n.
Na ten temat i do poniższego: Sven Reichhardt, Faschistische Kampfbünde. Gewalt und Gemeinschaft im italienischen Squadrismus und in der deutschen SA, Kolonia 2002, s. 660–695. Reichhardt ogranicza się do fazy dochodzenia do władzy faszyzmu we Włoszech i w Niemczech. Nie omawia historii innych odmian faszyzmu – od Hiszpanii po Austrię, kraje bałtyckie oraz państwa Europy Wschodniej i Południowo-Wschodniej.
Reichhardt, Faschistische Kampfbünde, s. 690.
Na temat męskości w fazie reżimowej faszyzmów istnieje jeszcze mniej opracowań. Dotyczy to nawet Trzeciej Rzeszy. O młodzieży i kobietach w narodowym socjalizmie istnieją liczne książki, lecz wedle mojej wiedzy ani jedna o „mężczyznach w Trzeciej Rzeszy”.
Michael Burleigh / Wolfgang Wippermann, The Racial State. Germany 1933–1945, Cambridge 1991.
W dawniejszych badaniach feministycznych było to zbyt mocno akcentowane i nazbyt jednostronnie oceniane, co prowadziło do uznawania wszystkich kobiet za ofiary faszyzmu. O tej kontrowersji oraz ogólnie o wizerunku kobiety i polityce wobec kobiet niemieckiego faszyzmu: Wolfgang Wippermann, Umstrittene Vergangenheit. Fakten und Kontroversen zum Nationalsozialismus, Berlin 1998, s. 176 i n.
Na potrzeby wojny kobiety mobilizowano niemal wyłącznie jako personel pomocniczy, a nie jako „prawdziwych” żołnierzy.
Twierdzili tak niektórzy historycy narodowego socjalizmu, którzy wychodzili z koncepcji bądź doktryny ogólnej modernizacji i przypisywali narodowemu socjalizmowi dążenie do „rewolucji społecznej” oraz jej urzeczywistnienie. Por. do tego: Wippermann, Umstrittene Vergangenheit, s. 24 i n.
Prowadziło to do jeszcze ostrzejszej i brutalniejszej pogardy oraz prześladowania homoseksualnych mężczyzn, których lżono odtąd już nie tylko jako „zwyrodniałych” i „zniewieściałych”, lecz także określano – jak wyraził się Himmler – mianem „populacyjnych niewypałów”, ponieważ nie wypełniali swego zadania w zakresie hodowli rasowej.
Zdarzały się jednak wyjątki. I zostały one opisane przy użyciu autentycznych źródeł w fikcyjnej powieści Jonathana Littella w sposób wręcz przygnębiający, przypominający z kolei Męskie fantazje Theweleita.
W „wojnie rasowej” brały jednak udział również niektóre kobiety. Takie jak strażniczki w obozach koncentracyjnych i zagłady, które stawały się przez to również sprawczyniami i morderczyniami. Aby jednak mogły wypełnić to mordercze zadanie, zostały w pewnym sensie zmężczyźnione, ubrane w męski mundur, wyposażone w broń, narzędzia tortur i owczarki alzackie.
Thomas Kühne, „Aus diesem Krieg werden nicht nur harte Männer heimkehren“. Kriegskameradschaft und Männlichkeit im 20. Jahrhundert, w: tegoż (red.), Männergeschichte – Geschlechtergeschichte, s. 174–192.
W tym punkcie zgadzają się – skądinąd liczne – studia poświęcone współczesnej męskości. Por. m.in.: Michael Meuser, Geschlecht und Männlichkeit. Soziologische Theorie und kulturelle Deutungsmuster, Opladen 1998.
Esej bibliograficzny
Wprowadzenia i opracowania przekrojowe: Ruth Becker / Beate Kortendiek (red.), Handbuch Frauen und Geschlechterforschung. Theorie, Methoden, Empirie, Wiesbaden 2004; Franziska Conrad / Hartmann Wunderer, Geschlechtergeschichte. Historische Probleme und moderne Konzepte, Brunszwik 2005; Claudia Opitz, Um-Ordnungen der Geschlechter. Einführung in die Geschlechtergeschichte, Tybinga 2005.
Stan badań jest niemal nieprzebrany. Poniżej jedynie najważniejsze publikacje: Thomas Laqueur, Auf den Leib geschrieben. Die Inszenierung der Geschlechter von der Antike bis Freud, Frankfurt nad Menem 1992; Ute Frevert, „Mann und Weib, und Weib und Mann.“ Geschlechter-Differenzen in der Moderne, Monachium 1995; Thomas Kühne (red.), Männergeschichte – Geschlechtergeschichte. Männlichkeit im Wandel der Moderne, Frankfurt nad Menem 1996; Walter Erhart / Britta Herrmann (red.), Wann ist ein Mann ein Mann? Zur Geschichte der Männlichkeit, Stuttgart 1997; Martin Dinges (red.), Männer-Macht-Körper. Hegemoniale Männlichkeiten vom Mittelalter bis heute, Frankfurt nad Menem 1998; Wolfgang Schmale, Geschichte der Männlichkeit in Europa (1450–2000), Wiedeń 2003; Ernst Hanisch, Männlichkeiten. Eine andere Geschichte des 20. Jahrhunderts, Wiedeń 2005; Jürgen Martschukat / Olaf Stieglitz, „Es ist ein Junge!“ Einführung in die Geschichte der Männlichkeiten in der Neuzeit, Tybinga 2006.
Robert W. Connell, Der gemachte Mann. Konstruktion und Krise von Männlichkeiten, Opladen 1999. Connell wywarł pojęciem, względnie koncepcją „hegemonicznej męskości” decydujący wpływ na nowoczesne badania nad męskością. Większość prac wspomnianych w poprzednim przypisie poszła za jego ujęciem.
Mosse, Das Bild des Mannes.
Zob. znakomite studium z zakresu historii pojęć: Friedrich Zunkel, Ehre, Reputation, w: Otto Brunner / Werner Conze / Reinhart Koselleck (red.), Geschichtliche Grundbegriffe, t. 2, Stuttgart 1975, s. 1–64.
Hans Reiner, Ehre, w: Karlfried Gründer / Gottfried Gabriel (red.), Historisches Wörterbuch der Philosophie, t. 1–12, t. 2, Darmstadt 1972, szp. 319–323.
Peter Berger, Über den Begriff der Ehre und seinen Niedergang, w: Brigitte Berger i in., Das Unbehagen an der Modernität, Frankfurt nad Menem 1973, s. 75–86.
Otto Angehrn [Emil Angehrn], Nachruf auf die Ehre, Zurych 1982.
Dagmar Burkhart, Eine Geschichte der Ehre, Darmstadt 2006.
Friedhelm Guttandin, Das paradoxe Schicksal der Ehre. Zum Wandel der adeligen Ehre und zur Bedeutung von Duell und Ehre für den modernen Zentralstaat, Berlin 1993.
Sybille Backmann / Hans-Jörg Künast (red.), Ehrkonzepte in der Frühen Neuzeit. Identitäten und Abgrenzungen, Berlin 1998.
Klaus Schreiner / Gerd Schwerhoff (red.), Verletzte Ehre. Ehrkonflikte in Gesellschaften des Mittelalters und der Frühen Neuzeit, Kolonia 1995.
Ute Frevert, Ehrenmänner. Das Duell in der bürgerlichen Gesellschaft, Monachium 1991.
Ute Frevert, Ehre – männlich/weiblich. Zu einem Identitätsbegriff des 19. Jahrhunderts, w: „Tel Aviver Jahrbuch für deutsche Geschichte” 21, 1992, s. 21–68.
Georg von Below, Duelle und Ehre, Berlin 1904; tegoż, Das Duell in Deutschland, Kassel 1896; Dieter Prokowsky, Geschichte der Duellbekämpfung, Bonn 1965; Johannes Slawig, Der Kampf gegen das Duellwesen im 19. und 20. Jahrhundert in Deutschland unter besonderer Berücksichtigung Preußens, Münster 1986; Victor G. Kiernan, The Duel in European History, Oxford 1988.
Kevin McAleer, Duelling. The Cult of Honor in Fin-de-siècle Germany, Princeton 1994.
Peter Gay, Kult der Gewalt. Aggression im bürgerlichen Zeitalter, Monachium 1996.
Wolfgang Wippermann, Männer und Mensuren. Waffenstudenten in geschlechtergeschichtlicher Sicht, w: Harm-Hinrich Brandt / Matthias Stickler (red.), „Der Burschen Herrlichkeit“. Geschichte und Gegenwart des studentischen Korporationswesens, Würzburg 1998, s. 231–248.
Tobias C. Bringmann, Reichstag und Zweikampf. Die Duellfrage als innenpolitischer Konflikt des deutschen Kaiserreiches 1871–1918, Fryburg 1997.
Fritz Friedmann, Der deutsche Kaiser und die Hofkamarilla I. Der Fall Kotze. II. Wilhelm II. und die Revolution von oben, Zurych 1896 [w oryginale podano: 1986].
John C. G. Röhl, Wilhelm II. Der Aufbau der Persönlichen Monarchie 1888–1900, Monachium 2001, s. 741–755.
Bringmann, Reichstag und Zweikampf, s. 152–223.
Wolfgang Wippermann, „Fin de siècle“ traditioneller Männlichkeit. Sex und Ehre in Sittenskandalen des ausgehenden Kaiserreiches, w: Helgard Kramer / Roger Naegele (red.), Geschlechterarrangements in globaler und historischer Perspektive, Heidelberg 2004, s. 65–78.
Sighard Neckel, Das Stellhölzchen der Macht. Zur Soziologie des politischen Skandals, w: Rolf Ebbighausen / Sighard Neckel (red.), Anatomie des politischen Skandals, Frankfurt nad Menem 1989, s. 55–82.
Literatura
Asch, Adolph: Geschichte des K.C. (Kartellverband jüdischer Studenten) im Lichte
der deutschen kulturellen und politischen Entwicklung, London 1964
Backmann, Sybille/Künast, Hans-Jörg (Hrsg.): Ehrkonzepte in der Frühen Neuzeit.
Identitäten und Abgrenzungen, Berlin 1998
Bauer, Nina/Luedtke, Jens (Hrsg.): Die soziale Konstruktion von Männlichkeit.
Hegemoniale und marginalisierte Männlichkeiten in Deutschland, Opaden 2008
Baum, Rolf-Joachim (Hrsg.): „Wir wollen Männer, wir wollen Taten!“ Deutsche
Corpsstudenten 1847 bis heute, Berlin 1999
Becker, Ruth/ Kortendiek, Beate (Hrsg.): Handbuch Frauen- und
Geschlechterforschung. Theorie, Methoden, Empirie, Wiesbaden 2004
Becker, Helmut/Kluchert, Gerhard: Die Bildung der Nation. Schule, Gesellschaft und
Politik vom Kaiserreich zur Weimarer Republik, Stuttgart 1993
Bein, Alex: Die Judenfrage. Biographie eines Weltproblems, Bd. 1–2, Stuttgart 1980
Below, Georg v.: Das Duell in Deutschland, Kassel 1896
Below, Georg v.: Duell und Ehre, Berlin 1904
Biastoch, Martin: Duell und Mensur im Kaiserreich – am Beispiel der Tübinger Corps
Franconia, Rhenania, Suevia und Borussia zwischen 1871 und 1895, Vierow 1895
Blasius, Dirk: „Einfache Seelenstörung“. Geschichte der Psychiatrie 1800–1945,
Frankfurt/M. 1994
Bourdieu, Pierre: Die männliche Herrschaft, Frankfurt/M. 2000
Brändli, Simone: „Der herrlich biedere Mann“. Vom Siegeszug des bürgerlichen
Herrenanzuges im 19. Jahrhundert, Zürich 1998
Bringmann, Tobias C.: Student und Davidstern. Satisfaktion und Antisemitismus in
Deutschland 1871–1900, Freiburg 1995
Bringmann, Tobias C.: Reichstag und Zweikampf. Die Duellfrage als innenpolitischer
Konflikt des deutschen Kaiserreiches 1871–1918, Freiburg 1997
Brunotte, Ulrike/Herrn, Rainer (Hrsg.): Männlichkeiten und Moderne. Geschlecht in
den Wissenschaften um 1900, Bielefeld 2008.
Bruns, Claudia: Skandale im Beraterkreis um Wilhelm II. Die homoerotische
„Verbündelung“ der „Liebenberger Tafelrunde“ als Politikum, in: Nieden, Susanne
zur (Hrsg.): Homosexualität und Staatsräson. Männlichkeit, Homophobie und
Politik in Deutschland 1900–1945, Frankfurt/M. 2005, S. 52–80
Budde, Gunnilla-Friderike: Auf dem Weg ins Bürgertum. Kindheit und Erziehung in
deutschen und englischen Bürgerfamilien 1840–1914, Göttingen 1994
Burkhart, Dagmar: Ehre. Das symbolische Kapital, München 2002
Burkhart, Dagmar: Eine Geschichte der Ehre, Darmstadt 2006
Burleigh, Michael/Wippermann, Wolfgang: The Racial State. Germany 1933–1945,
Cambridge 1991
Butler, Judith: Das Unbehagen der Geschlechter, Frankfurt/M. 1991
Buxton, Steven: Männlichkeit und militärische Erziehung von Einjährig-Freiwilligem
im deutschen Kaiserreich 1871–1914. Ein Beitrag zur Frage der sozialen
Militarisierung im deutschen Kaiserreich, Konstanz 1996
Claussen, Detlev: Vom Judenhaß zum Antisemitismus. Materialien einer
verleugneten Geschichte, Darmstadt 1987
Connell, Robert W.: Der gemachte Mann. Konstruktion und Krise von
Männlichkeiten, Opladen 1999
Conrad, Franziska/Wunderer, Hartmann: Geschlechtergeschichte. Historische
Probleme und moderne Konzepte, Braunschweig 2005
Dieners, Peter: Das Duell und die Sonderrolle des Militärs. Zur preußischdeutschen
Entwicklung von Militär- und Zivilgewalt im 19. Jahrhundert, Berlin 1992
Dinges, Martin (Hrsg.): Männer-Macht-Körper. Hegemoniale Männlichkeiten vom
Mittelalter bis heute, Frankfurt/M. 1998
Doerry, Martin: Übergangsmenschen. Die Mentalität der Wilhelminer und die Krise
des Kaiserreiches, München 1986
Ebbighausen, Rolf/Neckel, Sighard (Hrsg.): Anatomie des politischen Skandals,
Frankfurt/M. 1989
Eifert, Christiane u. a. (Hrsg.): Was sind Frauen? Was sind Männer?
Geschlechterkonstruktionen im historischen Wandel, Frankfurt/M. 1996
Elias, Norbert: Studien über die Deutschen. Machtkämpfe und Habitusentwicklung
im 19. und 20. Jahrhundert, Frankfurt/M. 1990
Elm, Ludwig/Heiter, Dietrich/Schäger, Gerhard (Hrsg.): Füxe, Burschen, Alte
Herren. Studentische Korporationen vom Wartburgfest bis heute, Köln 1992
Erhart, Walter /Herrmann, Britta (Hrsg.): Wann ist ein Mann ein Mann? Zur
Geschichte der Männlichkeit, Stuttgart 1997
Frevert, Ute: Frauen-Geschichte zwischen bürgerlicher Verbesserung und neuer
Weiblichkeit, Frankfurt/M. 1986
Frevert, Ute: Ehrenmänner. Das Duell in der bürgerlichen Gesellschaft, München
1991
Frevert, Ute: Ehre – männlich/weiblich. Zu einem Identitätsbegriff des 19.
Jahrhunderts, in: Tel Aviver Jahrbuch für deutsche Geschichte 21, 1992, S. 21–68
Frevert, Ute: „Mann und Weib, und Weib und Mann“. Geschlechter-Differenzen in
der Moderne, München 1995
Frevert, Ute: Das Militär als „Schule der Männlichkeit“. Erwartungen, Angebote,
Erfahrungen im 19. Jahrhundert, in: dies. (Hrsg.): Militär und Gesellschaft im 19.
und 20. Jahrhundert, Stuttgart 1997, S. 145–173
Friedmann, Fritz: Der deutsche Kaiser und die Hofkamarilla. I: Der Fall Kotze. II:
Wilhelm II. und die Revolution von oben, Zürich 1897
Fuchs, Michaela: „Wie sollen wir unsere Kinder erziehen?“ Bürgerliche
Kindererziehung im Spiegel der populärpädagogischen Erziehungsratgeber des
19. Jahrhunderts, Wien 1997
Gay, Peter: Kult der Gewalt. Aggression im bürgerlichen Zeitalter, München 1996
Gerhard, Ute: Unerhört. Die Geschichte der deutschen Frauenbewegung, Reinbek
1990
Gilman, Sander: Rasse, Sexualität und Seuche, Reinbek 1982
Greive, Hermann: Geschichte des modernen Antisemitismus, Darmstadt 1983
Grenz, Sabine/Lücke, Martin (Hrsg.): Verhandlungen im Zwielicht. Momente der
Prostitution in Geschichte und Gegenwart, Bielefeld 2006
Guttandin, Friedhelm: Das paradoxe Schicksal der Ehre. Zum Wandel der adeligen
Ehre und zur Bedeutung von Duell und Ehre für den monarchischen Zentralstaat,
Berlin 1993
Hanisch, Ernst: Männlichkeiten. Eine andere Geschichte des 20. Jahrhunderts, Wien
2005
Hartmann, Ilya: Prostitution, Kuppelei, Zuhälterei. Reformdiskussion und
Gesetzgebung seit 1870, Berlin 2006
Hausen, Karin/Nowotny, Helga (Hrsg.): Wie männlich ist die Wissenschaft?
Frankfurt/M. 1986
Hergemüller, Bernd-Ulrich: Einführung in die Historiographie der
Homosexualitäten, Tübingen 1999
Hielscher, Friedrich/Barthold, Werner: Die Mensur. Herkunft, Recht und Wesen,
Bochum 1968
Honegger, Claudia (Hrsg.): Die Hexen der Neuzeit. Studien zur Sozialgeschichte
eines kulturellen Deutungsmusters, Frankfurt/M. 1978
Hull, Isabell V.: The Entourage of Kaiser Wilhelm II. 1888–1918, Cambridge 1982
Kampe, Norbert: Studenten und „Judenfrage“ im Deutschen Kaiserreich. Die
Entstehung einer akademischen Trägerschicht des Antisemitismus, Göttingen
1988
Katz, Jakob: Vom Vorurteil zur Vernichtung. Der Antisemitismus 1700–1933,
München 1988
Kiernan, Victor G.: The Duel in European History, Oxford 1988
Kocka, Jürgen (Hrsg.): Bürger und Bürgerlichkeit im 19. Jahrhundert, Göttingen
1987
Kohlrausch, Martin: Der Monarch im Skandal. Die Logik der Massenmedien und die
Transformation der wilhelminischen Monarchie, Berlin 2005
Kühne, Thomas (Hrsg.): Männergeschichte – Geschlechtergeschichte. Männlichkeit
im Wandel der Moderne, Frankfurt/M. 1996
Lautmann, Rüdiger (Hrsg.): Homosexualität. Handbuch der Theorie- und
Forschungsgeschichte, Frankfurt/M. 1993
Laqueur, Thomas: Auf den Leib geschrieben. Die Inszenierung der Geschlechter von
der Antike bis Freud, Frankfurt/M. 1992
Lombroso, Cesare: Das Weib als Verbrecherin und Prostituierte, Hamburg 1894
Lücke, Martin: Männlichkeit in Unordnung. Homosexualität und männliche
Prostitution in Kaiserreich und Weimarer Republik, Frankfurt/M. 2008
McAleer, Kevin: Duelling. The Cult of Honor in Fin-de-siècle Germany, Princeton
1994
Martschukat, Jürgen/Stielitz, Olaf: „Es ist ein Junge!“ Einführung in die Geschichte
der Männlichkeiten in der Neuzeit, Tübingen 2006
Meuser, Michael: Geschlecht und Männlichkeit. Soziologische Theorie und kulturelle
Deutungsmuster, Opladen 1998
Mosse, George L.: Das Bild des Mannes. Zur Konstruktion der modernen
Männlichkeit, Frankfurt/M. 1997
Neckel, Sighard: Das Stellhölzchen der Macht. Zur Soziologie des politischen
Skandals, Frankfurt/M. 1998, S. 55–82
Nieden, Susanne zur (Hrsg.): Homosexualität und Staatsräson. Männlichkeit,
Homophobie und Politik in Deutschland 1900–1945, Frankfurt/M. 2005
Nipperdey, Thomas: Wie modern war das Kaiserreich? Das Beispiel der Schule,
Opladen 1986
Opitz, Claudia: Um-Ordnungen der Geschlechter. Einführung in die
Geschlechtergeschichte, Tübingen 2005
Ostertag, Helger: Bildung, Ausbildung und Erziehung des Offizierskorps im
deutschen Kaiserreich 1871 bis 1918. Eliteideal, Anspruch und Wirklichkeit,
Frankfurt/M. 1990
Prokowsky, Dieter: Geschichte der Duellbekämpfung, Bonn 1965
Radkau, Joachim: Das Zeitalter der Nervosität. Deutschland zwischen Bismarck und
Hitler, München 1998
Reich, Wilhelm: Massenpsychologie des Faschismus, Kopenhagen 1934
Reiner, Hans: Die Ehre. Kritische Sichtung einer abendländischen Lebens- und
Sittlichkeitsform, Dortmund 1956
Reiner, Hans: Ehre, in: Gründer, Karlfried/Gabriel, Gottfried (Hrsg.): Wörterbuch der
Philosophie, Bd. 2, Darmstadt 1972, Sp. 319–323
Röhl, John C. G.: Kaiser, Hof und Staat. Wilhelm II. und die deutsche Politik,
München 1987
Röhl, John C. G.: Wilhelm II. Die Jugend des Kaisers 1859–1888, Bd. 1, München
1993
Röhl, John C. G.: Wilhelm II: Der Aufbau der Persönlichen Monarchie 1888–1900, Bd.
2, München 2001
Röhl, John C. G.: Wilhelm II. Der Weg in den Abgrund 1900–1914, Bd. 3, München
2008
Rohbacher, Stefan/Schmidt, Michael: Judenbilder. Kulturgeschichte antijüdischer
Mythen und antisemitischer Vorurteile, Reinbek 1991
Schaser, Angelika: Frauenbewegung in Deutschland 1848–1933, Darmstadt 2006
Schindler, Thomas: Studentischer Antisemitismus und jüdische
Studentenverbindungen 1880–1933, Jever 1988
Schissler, Hanna (Hrsg.): Geschlechterverhältnisse im historischen Wandel,
Frankfurt/M. 1993
Schlöterburg, Arthur: Pädagogische Aspekte der Erziehung und Ausbildung im
Kaiserreich. Eine Analyse des militärischen Erziehungs- und Ausbildungssystems
von 1890–1914, Hamburg 1978
Schmale, Wolfgang: Geschichte der Männlichkeit in Europa (1450–2000), Wien 2003
Schmiedel, Helga: Berüchtigte Duelle, Berlin 1992
Schmidt-Cotta, Roland/Wippermann, Wolfgang: Kampf um die Erhaltung der
Tradition – die Corps im Dritten Reich, in: Baum, Rolf-Joachim (Hrsg.): „Wir
wollen Männer – wir wollen Taten!“ Deutsche Corpsstudenten 1848 bis heute,
Berlin 1999, S. 180–206
Schoeps, Julius K./Schlör, Joachim (Hrsg.): Antisemitismus. Vorurteile und Mythen,
München 1995
Schreiner, Klaus/Scherhoff, Gerd (Hrsg.): Verletzte Ehre. Ehrkonflikte in
Gesellschaften des Mittelalters und der Frühen Neuzeit, Köln 1995
Schultz, Uwe (Hrsg.): Das Duell. Der tödliche Kampf um die Ehre, Frankfurt/M. 1996
Slawig, Johannes: Der Kampf gegen das Duellwesen im 19. und 20. Jahrhundert in
Deutschland unter besonderer Berücksichtigung Preußens, Münster 1986
Sombart, Nicolaus: Männerbund und Politische Kultur in Deutschland, in: Kühne,
Thomas (Hrsg.): Männergeschichte-Geschlechtergeschichte. Männlichkeit im
Wandel der Moderne, Frankfurt/M. 1996, S. 136–154
Stümke, Hans-Georg: Homosexualität in Deutschland. Eine politische Geschichte,
München 1989
Theweleit, Klaus: Männerphantasien, Bd. 1–2, Frankfurt/M. 1977/78
Uhl, Karsten: Das verbrecherische Weib. Geschlecht, Verbrechen und Strafen im
kriminologischen Diskurs 1800–1945, Münster 2003
Volkov, Shulamit: Jüdisches Leben und Antisemitismus im 19. und 20. Jahrhundert,
München 1991
Wehler, Hans-Ulrich: Das Deutsche Kaiserreich 1871–1918, Göttingen 1973
Weller, Uwe: Maximilian Harden und „Die Zukunft“, Bremen 1970
Wetzell, Richard F.: Inventing the Criminal. A History of German Criminology, 1880–
1945, Chapel Hill 2000
Wieland, Karin: Worte und Blut. Das männliche Selbst im Übergang zur Neuzeit,
Frankfurt/M. 1998
Wippermann, Wolfgang: Die Bonapartismustheorie von Marx und Engels, Stuttgart
1983
Wippermann, Wolfgang: Faschismus und Psychoanalyse. Forschungsstand und
Forschungsperspektiven, in: Löwenstein, Bedrich (Hrsg.): Geschichte und
Psychoanalyse. Annäherungsversuche, Pfaffenweiler 1992, S. 261–274
Wippermann, Wolfgang: Geschichte der deutschen Juden. Darstellung und
Dokumente, Berlin 1993
Wippermann, Wolfgang: „Wie die Zigeuner“. Antisemitismus und Antiziganismus im
Vergleich, Berlin 1997
Wippermann, Wolfgang: Umstrittene Vergangenheit. Fakten und Kontroversen zum
Nationalsozialismus, Berlin 1998
Wippermann, Wolfgang: Männer und Mensuren. Waffenstudenten in
geschlechtergeschichtlicher Sicht, in: Brandt, Harm-Hinrich/Stickler, Matthias
(Hrsg.): „Der Burschen Herrlichkeit“. Geschichte und Gegenwart des
studentischen Korporationswesens, Würzburg 1998, S. 231–248
Wippermann, Wolfgang: „Fin de siècle“ traditioneller Männlichkeit. Sex und Ehre in
Sittenskandalen des ausgehenden Kaiserreiches, in: Kramer, Helgard/Naegele,
Roger (Hrsg.): Geschlechterarrangements in globaler und historischer
Perspektive, Heidelberg 2004, S. 65–78
Wippermann, Wolfgang: Faschismus. Eine Weltgeschichte vom 19. Jahrhundert bis
heute, Darmstadt 2009
Zunkel, Friedrich: Ehre, Reputation, in: Brunner, Otto/Conze, Werner/Koselleck,
Reinhart (Hrsg.): Geschichtliche Grundbegriffe, Bd. 2, Stuttgart 1975, S. 1–64
Skorowidz nazwisk
Anhalt, Aribert Prinz v. 30, 39, 65, 110
Auguste Victoria, Deutsche Kaiserin und Königin von Preußen 43
Bachem, Carl 97
Baden, Max Prinz v. 27
Bebel, August 99
Berger, Louis Ritter v. 42
Bergmann, Ernst Gustav 76
Bismarck, Herbert Graf v. 14, 27, 110 118
Bismarck, Otto Fürst v. 52, 96, 109, 110, 111
Brackmann, Sybille 141
Bringmann, Tobias C. 17, 103, 142, 144
Brockdorff, Therese Gräfin v. 52
Bülow, Bernhard Fürst v. 47
Burckhart, Dagmar 141
Connell, Robert W. 139,140
Drescher, Karl 71
Ebbighausen, Rolf 144
Eulenburg, Friedrich v. 32
Eulenburg, Philipp Fürst zu 32,33,39, 49, 55, 69, 105-114, 133
Freud, Sigmund 125
Frevert, Ute 142
Friedmann, Fritz 11, 55, 64, 70. 10-109, 118, 143
Friedrich III., Deutscher Kaiser und König v. Preußen 68
Fürstenberg, Karl Egon IV. Fürst zu 65, 66
Gay, Peter 142
Goebbels, Joseph 115
Guttandin, Friedhelm 141
Hahnke, Wilhelm v. 48, 62
Harden, Maximilian 11, 32, 33, 96, 104, 109-115, 118
Heinrich, Emil 64
Herzl, Theodor 116
Hessen, Friedrich Karl Prinz v. 19, 26, 42
Hildebrandt, Dieter 7
Hohenau, Charlotte Gräfin v. 22-31, 37, 61, 131, 132
Hohenau, Friedrich Graf v. 22-31, 37. 39, 61, 65, 110, 132
Hohenau, Wilhelm Graf v. 27, 61, 119, 113
Hohenau, Willi Graf v. 27
Hohenzollern, Albrecht Prinz v. 43
Hohenzollern-Sigmaringen, Friedrich Prinz v . 64, 74
Huizinga, Johan 81
Jünger, Ernst 119, 120, 126
Knorring, Ludwig Freiherr v. 27, 40
Künast, Hans-Jörg 141
Kotze, Dietrich v. 65
Kotze, Leberecht v. 10, 43, 50, 51, 55-66, 69, 70- 77, 90, 96, 97, 105
Langenbruch, W. 55, 61
Lassalle, Ferdinand 98
Lavater, Johann Kaspar 140
Lerchenfeld-Köfering, Hugo Graf v. 65
Liebenau, Eduard v. 47
Liebknecht, Karl 120
Liebknecht, Wilhelm 98, 99
Lombroso, Cesare 38
Lucanus, Hermann v. 47, 51, 62
Luxemburg, Rosa 120
Marschall v. Bieberstein, Adolf Freiherr 107
Marx, Karl 98
McAleer, Kev 142
Moltke, Kuno Graf v. 32, 33, 111, 112, 115
Mosse, George 140
Neckel, Sighard 144
Pape, Alexander v. 63, 6
Ramin, Eva v. 42
Rathenau, Walther 115, 121
Rauch, Rosalie v. 42
Reich, Wilhelm 125
Reichschach, Hugo Freiherr v. 27, 51, 65, 66, 70
Remarque, Erich Maria 120
Rickert, Heinrich 98
Röhl, John C. G. 103, 143, 144
Röhm, Ernst 124
Sachsen-Meiningen, Charlotte, Erbprinzessin v. 15,37, 40, 43, 44, 132 Schwerhoff,
Gerd 141
Schleswig-Holstein-Sonderburg-Augustenburg, Ernst Günther Herzog v. 13, 14, 17,
43, 60, 61, 65
Schleswig-Holstein, Christian Prinz v. 30
Schrader, Karl Ernst Freiherr v. 42, 65, 70, 75, 76, 90, 96, 97
Schreiner, Klaus 141
Senden, Max Freiherr Schuler v. 42
Senden, Paul Freiherr v. 42
Senden-Bibran, Gustav Freiherr v. 48
Stolberg-Wernigerode, Hermann Prinz zu 47, 51, 62, 63
Tausch, Eugen v. 57, 60. 61
Theweleit, Klaus 121, 122, 125
Treskow, Elisabeth v. 50
Victoria, Deutsche Kaiserin und Königin v. Preußen 51
Waldersee, Alfred Graf v. 13
Wehler, Hans-Ulrich 47
Wilhelm I., Deutscher Kaiser und König v. Preußen 90
Wilhelm II., Deutscher Kaiser und König v. Preußen 10, 13, 26, 30, 32, 36, 40, 45-49,
52, 62, 68, 71, 93, 97, 102, 108, 109, 132, 143
Winckelmann, Johann Joachim 140
Wolfgang Wippermann jest profesorem historii nowożytnej i najnowszej na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie (Freie Universität Berlin).
Urodzony w 1945 r. w Bremerhaven; studia w zakresie historii, germanistyki i nauk politycznych w Getyndze i Marburgu. Doktorat w 1975 r. na podstawie dysertacji o „Państwie zakonnym jako ideologii”; habilitacja w 1978 r. na podstawie rozprawy o „Teorii bonapartyzmu Marksa i Engelsa”.
Profesor wizytujący w Innsbrucku, Pekinie (Teachers College), Bloomington (Indiana University), Minneapolis (University of Minnesota) oraz Durham (Duke University).
Liczne publikacje poświęcone historii relacji polsko-niemieckich, Żydów oraz Sinti i Romów, jak również bonapartyzmowi, faszyzmowi i narodowemu socjalizmowi, m.in.: Die Bonapartismustheorie von Marx und Engels, Stuttgart 1983; Europäischer Faschismus im Vergleich, Frankfurt nad Menem 1983; Der konsequente Wahn, Monachium 1989; „Wie die Zigeuner“. Antisemitismus und Antiziganismus im Vergleich, Berlin 1997; Wessen Schuld? Vom Historikerstreit zur Goldhagen-Kontroverse, Berlin 1997; Umstrittene Vergangenheit. Fakten und Kontroversen zum Nationalsozialismus, Berlin 1998; Konzentrationslager, Berlin 1999; Die Deutschen und ihre Hunde. Ein Sonderweg der Mentalitätsgeschichte? (wraz z Detlefem Berentzenem), Berlin 1999; The Racial State. Germany 1933–1945 (wraz z Michaelem Burleighem), Cambridge, wyd. 9, 2002; Rassenwahn und Teufelsglaube, Berlin 2005.
W wydawnictwie Primus ukazały się m.in.: Faschismustheorien, Darmstadt, wyd. 7, 1997; Totalitarismustheorien, Darmstadt 1997; Die Deutschen und der Osten. Feindbild und Traumland, Darmstadt 2007; Faschismus. Eine Weltgeschichte vom 19. Jahrhundert bis heute, Darmstadt 2009.
Citations
Informacje o książce
Wszystko zaczęło się w styczniu 1891 roku od seksimprezy w berlińskim pałacyku myśliwskim Grunewald. Wzięło w niej udział około 15 szlacheckich dam i panów z kręgów dworskich – a część z nich, co dodaje sprawie pikanterii, stanowiła bliskich krewnych Wilhelma II. Ich seksualne ekscesy zostały napiętnowane w anonimowych listach, opatrzonych pornograficznymi fotografiami. Treść anonimowych paszkwili przedostała się do opinii publicznej, a skandal szybko zataczał coraz szersze kręgi. O autorstwo listów podejrzewano mistrza ceremonii Leberechta von Kotzego. Ugodzony w swój honor, sam zaczął podejrzewać arystokratycznych współbraci stanowych o to, że to oni rzucili na niego owe podejrzenia. Doszło do kilku pojedynków – a w spory wokół kwestii honoru wmieszał się osobiście sam Wilhelm II.
Wolfgang Wippermann odtwarza dzieje tego skandalu, który z afery dworsko-obyczajowej szybko przerodził się w poważny skandal polityczny. I pokazuje, w jakiej mierze chodziło w nim ostatecznie o fundamentalne kwestie z zakresu historii mentalności Cesarstwa Niemieckiego: o męskość i honor.
Informacje o autorze
Wolfgang Wippermann, ur. w 1945 r., jest profesorem historii nowożytnej i najnowszej na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie (FU Berlin), autorem licznych publikacji; w wydawnictwie Primus ukazały się dotychczas jego autorstwa m. in.: Die Deutschen und der Osten. Feindbild und Traumland (2007), Faschismus. Eine Weltgeschichte vom 19. Jahrhundert bis heute (2009).