Przez mgłę
F.Hugin
To jest morze. Morze ze swą szarą mgłą i silnym wiatrem. Wiatr sięga lądu i łamie wszystko, co małe i słabe, i odrzuca to precz, tak że lasy stoją w wielkich, zwartych masach, nieugięte, uroczyste. A proste, spokojne kształty pastwisk otaczają falujące bezkresy. Pośród tego morze, ta stara, szara matka, śpiewa swą pieśń; i nawet gdy wybucha śmiechem małych, słonecznych fal, zawsze ma w sobie coś tajemniczego, co sprawia, że człowiek staje przed nim pełen czci, niemal uroczyście.
Tak też morze kształtuje człowieka. Nie pozostawia w nim nic małostkowego i odzwyczaja go od płochej wesołości. Wielki spokój wokół czyni go cichym i wkrótce uczy się on w milczeniu wpatrywać w wielką, falującą mgłę i czekać na to, co nadchodzi, na wielką tajemnicę. A siedząc tak cicho i czekając, często siwieje i starzeje się, przegapiając przez to czas czynu.
Wtedy śmieją się z niego szalejące sztormy; gdyż morze jest bezlitosne i kocha tylko to, co wielkie — także wielki czyn.
Rozdział I.
Miał takie dziwne oczy. Ich kolor pochodził od morza. I prawie zawsze na nie patrzył — na falujące, oddychające, w swym niepokoju wiecznie spokojne morze — gdy leżał w sitowiu. A leżał tam często. Z innymi dziećmi z zagrody miał niewiele wspólnego. Wolał bawić się z morzem. Wbiegał w nie na bosych, krępych nogach, a gdy nadbiegały wielkie, zielone fale, uciekał.
Albo brodził z daleka za poławiaczami krabów, gdy z ich sieci kapało srebrem, a brzegi odbijały się głęboko w wodzie.
Albo gdy morze śpiewało swą pieśń i uderzało o kamienie monotonnym, pluszczącym tonem radości, wtedy siedział na kamieniach i też śpiewał — śpiewał jedną pieśń za drugą.
Ale gdy promienie słońca kładły się żarem pośród sztywnej, sinej trawy wydmowej, on tam był. I patrzył w głąb morza swymi wielkimi, poważnymi oczami. Wschodni wiatr głaskał jego policzki ciepło i słono. Siedział tak cicho, że mewy przestawały na niego zważać. Lśniły w powietrzu jak białe błyskawice, a gdy nurkowały w wodę, powstawał srebrny krąg. Ich krzyk brzmiał dziko, wolno i bezlitośnie jak pieśń morza. Wtedy oglądał się za nimi w zamyśleniu, gdy tak nagle krzyczały, a potem cicho się śmiał.
„Lars! Lars!” wołała matka, ale on ani drgnął. — Ona jednak od dawna wiedziała, gdzie go szukać. Nie złościła się też, gdy wołając, niemal potykała się o niego w wysokim sitowiu. Podciągała go tylko w górę i trzymała mocno za nadgarstek, gdy wracała na górę do zagrody.
Zagroda miała zwisający słomiany dach i białe, niskie ściany. Pośrodku między budynkami stała studnia. Tam pluskał, klaskał i mruczał strumień wody; szczególnie nocą miał wiele do powiedzenia. Gdy Larsa nie było na plaży, rozmawiał ze strumieniem wody.
Ojciec Larsa stał z fajką w ustach w drzwiach domu. Stał tam prawie tak często, jak Lars siedział na plaży. A gdy matka go wołała, śmiał się przyjaźnie, ale też nie przychodził.
Christian Asmussen był w ogóle przyjaznym człowiekiem. Prawie wszyscy ludzie go lubili. Uważali też, że jest przystojnym mężczyzną ze swoimi przyjaznymi, niebieskimi oczami. Tylko trochę przytył, zrobił się nieco czerwony i opuchnięty. Ale skąd to się brało, nie chcieli chętnie mówić; bo po prostu wszyscy go lubili. Także biedni ludzie go lubili, bo często wstawiał się za nimi, a dla biednego grosza nie żałował. Dlatego nie zauważali wielkiej dziury w słomianym dachu, którą znali już od pięciu lat. I tego, że co roku na pastwisku pasło się kilka krów mniej, też nie chciano zbytnio dostrzegać. Śmiano się tylko, gdy poważna twarz pani Asmussen z lękliwymi oczami pojawiała się wieczorem w karczmie u Triensena. Przesuwała się wtedy powoli na sam tył do stolika stałych bywalców, gdzie siedział jej mąż, i trącała go w ramię.
„Crischan”, mówiła, „Crischan”.
„Już, już”, odpowiadał wtedy. Ale czasami wychodził z nią, a czasami trochę się chwiał.
Wtedy inni śmiali się jeszcze bardziej, patrzyli za kobietą i mówili: „Biedaczka!”
Ale cokolwiek mówili, twarz pani Asmussen nie zmieniała się. Było w niej coś takiego, jakby zastygła w wielkim milczeniu i nie mogła się już nigdy poruszyć w nagłym gniewie czy roześmianym żarcie. A w tym milczeniu wyryły się głębokie linie wokół mocno zaciśniętych ust i pełnych lęku oczu. Wyglądała na znacznie starszą niż przyjazny pan Asmussen.
* * *
„Tak”, mówił pan Asmussen, „gdybyśmy więc mieli pieniądze, tam mogłyby stać szopy; nie sądzisz, Stina?” I wykonywał wspaniały, wskazujący gest w stronę pastwiska na lewo od zagrody.
„Tak, Crischan, ale przecież nie mamy teraz żadnych”.
„Ach, co tam! Musiałyby być dwie, czy myślisz, że jedna wystarczy?”
„Ależ Crischan!”
„Ach, co tam! Wyrosło tego potężnie dużo w tym roku; jeśli tak dalej pójdzie, to będzie dobry rok, naprawdę dobry rok, myślę, że potrzebujemy dwóch. — Mam na myśli tylko szopy, tanie drewniane szopy, nie prawdziwe stodoły”. —
„Crischan, ale ty przecież wiesz”. —
„Ach, co tam, no, sprawdzę, ile jeszcze zostało”.
„Zrób to, dawno nie liczyłeś”.
Matka Asmussen siedziała w cieniu kasztanowca ze swą robótką. Było późne popołudnie. Namówiła Larsa, by raz został przy niej. W namawianiu pomogło jeszcze wiele rzeczy: wielkie, żółte plamy słonecznego światła, które padały szeroko na niebieskawą trawę pomiędzy liśćmi kasztanowca, wielka, biała piwonia i ważki, które z brzęczącym szumem niemal ocierały się o jego nos. Leżał na trawie na plecach i mógł widzieć mały skrawek błękitu między szerokimi, ciemnymi liśćmi, a białe światło kwiatów sięgało wysoko i stromo w ten błękit.
Maj właśnie dobiegł końca. I był to czas, gdy w tej nordyckiej krainie ziemia wreszcie się namyśliła i teraz z mocą wybuchała niepowstrzymaną wiosenną rozkoszą. Długo była szorstka i powściągliwa, teraz zarumieniła się nad samą sobą w ciężkich od kwiecia pąkach. Żaden krzew ani skrawek łąki, gdzie nie wzbierałaby falująca radość w bujnych, roześmianych barwach, a jeszcze daleko stąd, pośród ciemnych pól uprawnych, białe żywopłoty ciągnęły się jak wieńce wokół roześmianej, młodej głowy.
Przez chwilę byli zupełnie cicho, Lars i jego matka, i słychać było brzęczący szum ważek; potem zaczęła mówić cicho, jakby mówiła do samej siebie.
Lars nie ruszał się, ale słuchał każdego słowa.
Opowiadała mu o dwojgu, których już nie było, o krępym bracie i małej, jasnowłosej siostrze, i o tym, że poszli do nieba, a potem zesłali Larsa na dół do matki. I jak dobrze im tam na górze, mówiła.
A Lars patrzył przez cudowną, błękitnawo-mroczną plecionkę kasztanowca w górę na skrawek nieba i widział wielką, błękitną salę przystrojoną niezliczonymi białymi światłami kwiatów, a ludzie w złotych szatach chodzili tam i machali do niego w dół.
I matka mówiła dalej, jak to Lars teraz urośnie duży i silny, i jaki będzie dobry i mądry, bo przecież rodzeństwo z nieba przysłało go matce.
A Lars siedział na wielkim, złotym wozie, w środku była matka, a Lars miał przed sobą cztery konie. — Peter Lassen opowiadał mu w szkole o gospodarzu Tomsie, który miał kiedyś cztery konie zaprzężone do wozu. — A obok Larsa stał worek ze złotem i on sięgał do niego, i obdarowywał starego, kulawego Tumpe-Jensa i Miete Juste, starą handlarkę rybami, i małego, chorego Steffena Maasa.
„A potem zbudujesz piękne, duże, nowe stodoły”, mówiła matka.
A on myślał o tym, jak murarz Petersen smarował mokrą gliną kamienie i jak precyzyjnie dopasowywane będą w środku belki. A potem stukał, próbował i wznosił mury tak wielkie i potężne, a z tego, co matka mówiła jeszcze, Lars nie słyszał ani słowa, bo był teraz całkowicie przy pracy.
I w sam środek tego letniego migotania, brzęczenia, buczenia i monotonnego mówienia wpadło to jak kamień w wodę: „Justina”, zawołał ojciec.
Wtedy matka poszła do domu. — Ale wciąż całkiem zatopiony w marzeniach, z ciemnymi oczami patrzącymi do wewnątrz, mały Lars wstał i podszedł do stołu, gdzie leżały przybory matki. Wbił druty w stół, wyciągnął robótkę z torby i zrobił z niej dach. A z dzianiny i płótna zrobił ściany i pozszywał wszystko ładnie i mocno ze sobą oraz wokół drutów, tak że powstała piękna stodoła, gdy matka zawołała na kolację. Ale nie opowiadał o tym więcej, bo ojciec wyglądał przy jedzeniu na niezadowolonego i nie rozmawiał z nim. Matka również milczała. I w izbie panowało coś w rodzaju przygnębienia.
W zeszłym roku na Wielkanoc posłali Larsa do szkoły. Ledwie osiągnął wiek szkolny, ale ojciec tego chciał, bo chłopak był przecież taki bystry. Uważał, że przyniesie im zaszczyt. Ale w szkole na początku wcale nie szło dobrze. Larsowi się tam nie podobało, więc przestał chodzić. — Wychodził wprawdzie z domu z dużym tornistrem, gdy był na to czas, ale potem nikt nie wiedział o nim nic aż do południa, a najmniej nauczyciel. Ale pan Asmussen tylko się z tego śmiał. A odkąd na cmentarzu pojawiły się dwa małe groby, matka zupełnie oduczyła się krzyczeć.
Kiedy jednak przyszło upomnienie z policji z powodu opuszczania szkoły, ojciec odchrząknął, wygładził brodę i zawołał Larsa. A Lars zrobił bardzo wielkie, poważne oczy, gdy usłyszał, że policja napisała do niego list.
Ale w to złote lato siedziało się wyjątkowo źle w dusznej izbie szkolnej. Tam na zewnątrz wszystko było ze złota. Od promieni słonecznych aż kapało, a na szerokich pastwiskach wszystko stało wyprostowane i szumiało, a wieczorem, gdy słońce zachodziło, leżało szeroko na migoczącym morzu, a mewy niosły je między skrzydłami aż do złotych bram, gdzie słońce tonęło w złotozielonych bezkresach.
A Lars stał na skraju lasu i słuchał, jak tam w środku sączy się to z małych ptasich głosów niczym złote krople, aż ptaki w sennym zmierzchu układały się do snu lub milkły w ciężkim, letnim cieple.
Pan Asmussen wynajął na żniwa kilku dodatkowych robotników, by bezpiecznie zebrać złote skarby. I dobrze się stało, bo pod koniec żniw pogoda się załamała.
Ale gdy monotonne klapanie wielkich kropel dzień w dzień rozbrzmiewało na kamiennym stopniu przed domem, większa część zbiorów była już zabezpieczona. To, co nie zmieściło się do ciasnej, starej stodoły, stało w stogach na pastwisku. A pan Asmussen stał z fajką w kąciku ust w drzwiach domu i uśmiechał się do płynącej, cieknącej, pluszczącej szarości.
Lecz gdy tak przez kilka dni patrzył na zewnątrz, oczy nie chciały się już uśmiechać wraz z ustami. A gdy po tygodniu wciąż rozbrzmiewał ten kapiący ton na stopniu, spluwał czasem szybko w bok i przeklinał przy tym. I z gniewnym tupaniem brnął przez wielkie kałuże wody na pole, gdzie stały stogi. Z ciemnych stogów sączyło się cicho — cicho, i z każdym dniem wyglądały one coraz bardziej żałośnie i ponuro, a pan Asmussen chodził wkoło, dźgał je laską, kręcił głową i mruczał półgłosem słowa. A potem wracał i stał w drzwiach domu, i pluł w deszcz. Ale gdy szare sukno dzień po dniu leżało rozpostarte nad ziemią, często naskakiwał na matkę w gniewie: „Szopy, szopy, no widzisz to teraz?”
Ale matka patrzyła jeszcze lękliwiej i nie mówiła ani słowa.
Rozdział II.
Nie było już wątpliwości, złote skarby lata przepadły. Zboże w stogach zgniło.
Kiedy matka teraz wieczorami w gospodzie trącała pana Asmussena w ramię: „Crischan, Crischan”, nie mówił nawet: „Zaraz, zaraz”; szarpał ramieniem w bok i patrzył w karty albo w swój grog. I jeden ze stałych bywalców musiał go prawie co wieczór odprowadzać pod rękę do domu.
I nadeszła noc, w którą matka nasłuchiwała godzina za godziną głębokiego bicia zegara na zewnątrz w sieni. Ale pan Asmussen nie wracał.
Tik-tak! mówił zegar, a matka słyszała ten twardy dźwięk w izbie. I zdawało jej się, jakby czas kroczył twardymi stopami po niej, dalej — dalej, ponad radością i cierpieniem, dalej — dalej. I było tak, jakby musiała go zatrzymać i powstrzymać, ale on szedł dalej, tik-tak, twardymi stopami dalej — dalej. Wtedy nie mogła już tego wytrzymać w łóżku, ubrała się pospiesznie i poszła do Larsa.
Lars rzucał się w łóżku tam i z powrotem, i w końcu powoli szeroko otworzył oczy. Tam, w świetle księżyca, doprawdy stała matka przy jego łóżku, całkiem cicho, i wpatrywała się, i wpatrywała w twarz Larsa. I całkiem zaspany Lars spojrzał w górę, nie ruszając się, wciąż na wpół we śnie, ale w wielkim zdziwieniu.
A gdy tak przez chwilę patrzyli na siebie, a na zewnątrz twardymi krokami czas szedł dalej, nadszedł dźwięk. — — Matka wzdrygnęła się i wyszła za drzwi, ale Lars był już całkowicie rozbudzony i usiadł na łóżku. Wtedy dźwięk powrócił — głośne, dudniące pukanie do drzwi wejściowych.
A potem nadchodziło to z ciemnej, cichej nocy, jeden niesamowity dźwięk za drugim. Przenikało to cichy dom, a Lars siedział drżący w swoim łóżku i nasłuchiwał. Najpierw było to jak szuranie wielu stóp, stłumione, jakby stąpali cicho, i szeptanie, i szemranie, jakby cichych męskich głosów, a potem przesuwanie i łoskot, i znów szemranie i szuranie.
Trwało to chwilę i nie chciało umilknąć. Lars chętnie by zapłakał ze strachu, ale nie odważył się.
Potem odgłosy znów zabrzmiały w sieni, a potem głucho trzasnęły drzwi wejściowe i tylko stary zegar szedł dalej tik-tak ponad ludzkimi ścieżkami życia.
Księżyc nie świecił już w pokoju. Ciemność leżała nad Larsem jak dusząca pierzyna. Ale z czarnej głębi dobiegł jeszcze jeden dźwięk do małego, nasłuchującego chłopca. Potrwało chwilę, zanim go rozróżnił; wtedy wreszcie wiedział, co to było. Z sąsiedniego pokoju, z tej strasznej nocnej ciszy, dobiegało szlochanie, łamiący serce płacz.
Sam nie wiedział, skąd wzięła się w nim odwaga; ale nagle wybiegł do sieni, a jego małe, bose stopy klaskały o kamienne płytki.
Pod drzwiami sypialni rodziców leżała jasna, żółta poświata. Wsunął się cicho do pokoju. Ojciec leżał na łóżku, z głową nieco odchyloną do tyłu, i wyglądał tak dziwnie. Matka zaś klęczała na ziemi i szlochała, i szlochała. I nagle Larsa ogarnęła groza jeszcze gorsza niż wcześniej, i pospieszył na zewnątrz, do swojego łóżka. Kołdrę naciągnął wysoko i leżał tam jeszcze długo drżąc, z szeroko otwartymi oczami.
* * *
Wszystkim ludziom było żal. I wszyscy przyjaciele pana Asmussena przyszli wraz ze swoimi żonami. Kobiety siadały na dobrej, pluszowej sofie, trzymały chusteczki w dłoniach i wypowiadały piękne, pocieszające i pobożne słowa. Ale na twarzy pani Asmussen wciąż spoczywało to wielkie milczenie. Patrzyła w bok i przeważnie nie mówiła ani słowa. Więc odchodzili, uznając, że widać po niej niskie pochodzenie.
Przyszli też niektórzy z prostych ludzi; patrzyli jej głęboko w oczy i w milczeniu podawali rękę. A niektórzy mówili, że pan Asmussen pomógł im tu czy tam i że go nie zapomną.
Lecz nikt z nich nie mógł zmienić tego, że przyszli obcy mężczyźni, liczyli w księgach pana Asmussena, chodzili po domu i naklejali kartki na stare, szlachetnie rzeźbione lustra i krzesła oraz na lśniące, nowe meble. W stajni i stodole rozmawiali głośno i bezceremonialnie; w kuchni służąca siedziała przy stole i płakała; a młody parobek kazał staremu jeszcze raz opowiedzieć, jak do tego doszło, że to dobre gospodarstwo tak się zadłużyło i że dla małego Larsa — teraz, gdy ojca po pijanemu raził udar — nie zostało prawie nic.
* * *
Działo się to w wietrzny, zimowy dzień. Pusty, szary chłód napierał i gwizdał wokół domu, usiłując już zawładnąć opuszczonymi izbami. Matka wzięła Larsa za rękę i jeszcze raz obeszła każdy pokój. I zdawało się, jakby stare meble oddychały i przemawiały cichym, śpiewnym głosem, i jakby biło od nich ciepło, mimo mroźnej pustki za oknami.
Potem podała rękę służącym i parobkom. — Ręka Larsa była całkiem mokra, bo Trina tak bardzo na nią napłakała. A potem wiatr wdarł się w lichą, czarną suknię matki i podrywał w górę i w dół krepowy welon na jej kapeluszu. Ale cicha twarz matki nawet nie drgnęła; była tylko jeszcze węższa i bledsza. Trzymała Larsa bardzo mocno i szła do wozu. Tam opatuliła chłopca ciepło, a potem usiadła obok niego. — Woźnica Maaß smagnął lejcami i cmoknął językiem, po czym odjechali z turkotem.
Na zakręcie Lars obejrzał się jeszcze raz. Wiedział doskonale, że to pożegnanie na całe życie. Zobaczył wielki słomiany dach z dziurą i strumień wody ze studni pośrodku podwórza, i było tak, jakby coś pękło w jego małej piersi; ale nie powiedział ani jednego słowa, a matka nawet się nie obejrzała.
Rozdział III.
Najpierw był to duszący ból wieczorem, kiedy leżał w łóżku. Zaciskał wtedy mocno powieki i próbował poczuć, że jest w swojej komnacie, w domu na podwórku. Myślał o głębokim uderzeniu zegara w przedpokoju, a potem nagle był poranek i stał na zewnątrz pod kasztanowcem, a był letni dzień, niebieski, przeplatany złotem letni dzień.
A morze szumiało. Leżał na trawie na plaży, a morze szumiało.
Tutaj nie szumiało tak głośno. Tutaj prawie wszędzie było ograniczone pagórkowatymi brzegami. Ale za to dom dziadka leżał tuż przy plaży.
Z czasem straszne pragnienie białych ścian, szumu wody, ciepłego zapachu obory i tysiąca innych rzeczy stawało się coraz rzadsze i rzadsze, a nad wszystkim unosiła się mglista niebieska zasłona, aż wszystko coraz bardziej się zacierało. Za to rzeczy wokół niego nabierały soków i kolorów.
Mieszkali w małym domku, ale było im ciepło i dobrze, tej dwójce bezdomnych.
Wokół małego chłopca panowała cisza, ponieważ stary rybak Klaas Klaaßen był cichym człowiekiem. Matka Justina i jej stary ojciec byli z tej samej gliny ulepieni i nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia. Ale ona nie zastanawiała się nad tym i przyszła do niego ze swoim dzieckiem, kiedy spotkało ją nieszczęście.
Klaas Klaaßen nie tracił słów. Został w domu zamiast wypłynąć na połów, choć wiedział, że śledzie wpłynęły do zatoki, a pogoda była dobra, i przeszukiwał jak zrozpaczony starą skrzynię oraz szafę, w której nieboszczka matka trzymała pościel. Na stole ustawił odświętne filiżanki i przywdział swój niedzielny strój.
I tak siedział już od dawna w fotelu, kiedy oni przybyli.
Wkrótce posadził Larsa między kolanami i głaskał go twardą, ciężką dłonią po jasnej głowie.
Lars jednak patrzył mu prosto w przyjazne oczy, które wyglądały, jakby spoglądały z daleka – z bardzo daleka i widziały tam dziwne, poważne rzeczy.
Być może były to dobre oczy, które zawsze chciały mówić o zachowaniu, a może była to figlarność ukryta gdzieś między zmarszczkami – ale Lars nabrał zaufania do swojego dziadka.
* * *
Odkąd jego dzieci wyruszyły w świat, a jego stara żona musiała udać się w swą pierwszą wielką podróż bez niego, Klaas Klaaßen miał tylko jednego jedynego przyjaciela. W niedziele, gdy nie wychodził, oraz w długie zimowe wieczory, rozmawiał z nim przez niejedną godzinę. Jego stara Stina-Marie srodze się już na tego przyjaciela złościła, a przecież wtedy był on jeszcze cichszy i mniejszy.
Rybak Klaaßen zawsze należał do ludzi porządnych i odłożył niejednego grosza. Ale matka Stina-Marie była skąpa, jeśli chodzi o pieniądze, bo chciała mieć wszystko odłożone dla dzieci. Lecz Klaas Klaaßen był uparty, i skoro nie pił ani nie grał w karty, to chciał mieć przynajmniej swojego przyjaciela.
Kupił więc harmonię.
Uczył się z książek, próbował i próbował, aż w końcu opanował grę. Teraz siedział z ciężkimi, sztywnymi rękami i zamyśloną twarzą, ale z błyskiem w oczach, jak młodzieńczy blask, godzinami rozmawiając ze swoim przyjacielem.
A odkąd stara umarła, a dzieci były zabezpieczone, sprawił sobie jeszcze większy instrument. I teraz czasem o zmierzchu wzbierał on i huczał z chaty krytej strzechą tak, że sąsiedzi kręcili głowami. Ale tony snuły się i rozpościerały nad małym ogrodem, i daleko w górę w korony starych jesionów, i aż w dół nad szeroką, szarą wodę. A jesiony i falująca dal odpowiadały głębokim, poważnym szumem. Stara Stina-Marie nie mogła tego zbytnio znieść, tego niekończącego się huczenia i szumu, i chodziła czasem do siostrzenicy, która mieszkała w pobliżu. Klaasowi Klaaßenowi to zbytnio nie przeszkadzało.
Ale teraz było inaczej. Jego córka, Justina Asmussen, chętnie słuchała tego poważnego grania. Siedziała wtedy pochylona nad pracą ze swą cichą, smukłą twarzą i zatapiała się w myślach.
Lars od razu to zrozumiał, jak zaklęcie. A dziadek spojrzał łagodnie w bok, gdzie mały chłopiec opierał się obok niego z szeroko otwartymi oczami i grał znaną sobie melodię, nucąc ją cicho pod nosem; najpierw cicho, a potem coraz głośniej i jaśniej, aż w końcu stało się dla nich zwyczajem wspólne muzykowanie w ciasnym, przytulnym domku przed cichą kobietą w skromnej żałobnej sukni.
Czasami dziadek zabierał chłopca nad morze. Fale falowały, szumiały i rozbijały się o brzeg, a jego przyjaciele, mewy, krążyły wokół niego. Trzymał się obiema rękami deski, na której siedział, i z zachwytem obserwował wzburzone fale. Nie śmiał nawet oddychać i nie powiedział ani słowa. Ale w jego sercu było powietrze i radosny zachwyt.
Lars miał jeszcze jedną radość: jego przyjaciel Peter Lassen od pewnego czasu mieszkał w innym domu z dachem pokrytym strzechą, tuż przy plaży. Rybak Lassen niedawno się tu przeprowadził. Teraz obaj znów razem pokonywali długą drogę do szkoły. A odkąd Lars urósł, pozwalał czasem drugiemu bawić się z nim na plaży. Innemu Lars nigdy by na to nie pozwolił, ponieważ najchętniej przebywał sam z morzem i swoimi dziwnymi myślami. Ale Peter Lassen był dzieckiem rybaka, znał morze i miał wiele do opowiedzenia, ponieważ był starszy od Larsa. Miał już za sobą wiele doświadczeń z szarym, falującym morzem.
Szare, niespokojne morze ponownie przyciągnęło go delikatnymi, niewidzialnymi palcami. Jego burzliwa pieśń i cicha bezkresność przenikały jego myśli i uczucia, tak że zaplątał się w tysiące niewidzialnych nici.
Do domu rybaka przychodziło niewiele osób.
Szybki, niespokojny Peter Lassen, z ładnymi, bystrymi niebieskimi oczami, czuł się dobrze w tym ciepłym otoczeniu. Mógł tam długo siedzieć grzecznie i cicho, a pani Lassen powiedziała, że matka Asmussen zna swojego syna lepiej niż ona sama.
Dwa lub trzy razy odwiedził ich pan Asmussen, brat ojca Larsa, który mieszkał w górnej części miejscowości. Był podobny do sympatycznego pana Christiana, ale miał w sobie coś bardziej dostojnego. Mówił do małego Larsa z ojcowską dobrocią, a jego głos brzmiał tak, jakby wydobywał się z głębi jego dostojnej tkanki tłuszczowej. Poklepywał go po głowie, pytał o zadania domowe i mówił tak głośno, jakby Lars jeszcze nie rozumiał, i to żartobliwym tonem. Lars nie lubił wujka, a kiedy pewnego razu zabrał go ze sobą, żeby pobawił się z jego małą córeczką, z gniewu nie odezwał się ani słowem przez całe popołudnie.
* * *
Było to w niedzielne popołudnie. Lars wybrał się z Peterem Lassenem na długą wycieczkę wzdłuż plaży. W drzwiach wejściowych wyszedł mu na spotkanie wujek Gust. Uścisnął dłoń Larsa, poklepał go po policzku, powiedział kilka miłych słów swoim głębokim głosem, a następnie odszedł, śmiejąc się.
Kiedy Lars wszedł do pokoju, dziadek siedział przy harmonii, ale nie grał. Opierał ręce na kolanach i patrzył przed siebie w milczeniu i sztywno. Matka miała ręce przed twarzą, a kiedy Lars zatrzymał się w drzwiach i rozejrzał się z wielkim zdziwieniem, zobaczył, że bardzo, bardzo powoli duże krople spływały przez palce matki i bardzo, bardzo powoli spadały na czarną suknię.
Rozdział IV.
Działo się to w saloniku z czerwonymi pluszowymi fotelami i mnóstwem bibelotów. Półmrok był nieco przygnębiający, ponieważ szydełkowe firanki prawie całkowicie zasłaniały okna. Powietrze wydawało się ciężkie i duszne, gdyż pani Henriette Asmussen była wzburzona. Siedziała w jednym z czerwonych, pluszowych foteli, odzywając się ostro, a jej słowa padały niczym uderzenia kuchennego tasaka. Pan Asmussen zaś przechadzał się z uśmiechem tam i z powrotem, od czasu do czasu cicho pogwizdując. Trudno było to znieść, tym bardziej że pani Henriette była na dodatek zmęczona. Cały ranek spędziła w kuchni, ponieważ służąca była zbyt rozrzutna w prowadzeniu domu, a po południu patrzyła na ręce subiektowi.
Nie znosiła jego mizdrzenia się do klientów, a w szczególności do klientek. Pani Henriette musiała mieć na to wszystko oko i zaglądać do ksiąg rachunkowych, bo mężczyznom za grosz nie można było ufać. Teraz zaś była rozdrażniona ze zmęczenia i dlatego, że pan Asmussen znów wybierał się do gospody; a fotel aż trzeszczał pod jej ciężarem. Ale pan Asmussen wcale nie był zmęczony; rano bowiem tylko przez kilka godzin bawił się swoją ciężką, złotą dewizką od zegarka i łaskawie poklepał po ramieniu kilku klientów. — A teraz dowiedział się mnóstwa nowin przy stoliku w gospodzie; z kolei jego przyjaciele wysłuchali wywodów pana Asmussena tak, jakby czytano im gazetę – potakując z nabożeństwem. Pan Asmussen bardzo to lubił. — Dlatego teraz uśmiechał się błogo i cicho pogwizdywał pod nosem, dopóki pani Henriette nie wytrzymała i z niemal skrzekliwym okrzykiem poderwała się z miejsca; miała błyszczące, jasne oczy i purpurową twarz, a poczciwy fotel o mało się nie przewrócił.
A tymczasem mały chłopiec o smutnych, ciemnych oczach siedział w kącie przy serwantce z bibelotami i przysłuchiwał się temu.
Było to w jego życiu zupełnie nowe doświadczenie. Ojcu zdarzało się wprawdzie rzucać gniewne słowa, ale wtedy matka tylko jeszcze bardziej cichła, po czym ojciec wkrótce znów się śmiał. Z kolei u dziadka wszyscy zachowywali ciszę, nie licząc ujadania „Perły” i sporadycznej, radosnej paplaniny Petera.
Tutaj krzyki i jazgot wisiały w powietrzu niczym wibrujący niepokój, który osaczał człowieka ze wszystkich stron, napełniając go dojmującym, pustym uczuciem dyskomfortu. Nawet mała Miete wpisywała się w ten niepokój swoją nerwową ruchliwością i piskliwym głosem. I chociaż bardzo lubiła swojego cichego kuzyna, nie była dla Larsa prawdziwym pocieszeniem.
Wciąż nie potrafił pojąć, dlaczego go oddali. Mieszkał teraz w wysokim domu z cuchnącym sklepem, a w sąsiedztwie wznosiły się potężne, murowane kamienice.
I znikąd nie było widać morza. —
Bezpowrotnie minęły też spokojne wędrówki do wiejskiej szkoły z przyjacielem, Peterem Lassenem. Teraz Lars chodził do budynku szkolnego tuż obok, w towarzystwie mnóstwa elegancko ubranych dzieci. Nie znosił jednak ani tej drobnej, dystyngowanej nauczycielki, ani tych wykwintnie ubranych rówieśników. Mówiono też, że Lars jest nieposłuszny. A przecież matka, żegnając się z nim na odchodnym, rozmawiała z nim jak z mężczyzną. Lars doskonale zresztą rozumiał, że wuj ma się nim zaopiekować, a on sam wyrośnie teraz na kogoś wielkiego i bogatego – dokładnie tak, jak marzył o tym w domu, pod kasztanowcem.
Ciągle jednak o tym zapominał, a już przede wszystkim ulatywała mu z pamięci obietnica, że będzie grzeczny. Wszystko w tym obcym domu po prostu mu ciążyło i go przytłaczało. A kiedy popołudniowe słońce zaglądało do jego izdebki na poddaszu, rzucał szkolne książki pod stół.
Tup, tup – stukały jego biegnące stopy wzdłuż długiej ulicy.
— I już był za miastem. — Kawałek drogi prowadził głównym traktem. A obok, po pierwszej, delikatnej zieleni zasiewów przemykały ogromne cienie chmur. Rozległa, otwarta kraina zdawała się miękko rozmywać w pierwszych zapachach wiosny, ciągnąc się aż po błękitne, budzące marzenia dale.
Potem zaczynała się ścieżka przez las. — Tam dokoła wyczuwało się tajemne tchnienie i poruszenie w kiełkujących ziołach i zamkniętych pąkach, jakieś dążenie i prężenie się delikatnych gałązek ku łagodnemu, a zarazem rześkiemu powietrzu. Chłopca ogarniała tak rozpierająca radość, że po prostu musiał dać jej upust. A ponieważ nie wiedział, jak inaczej miałby to zrobić, zaczynał gwizdać — głośno, radośnie i zawadiacko.
Kiedy zaś stawał wyżej, na otwartym pastwisku, a w dole w iskrzącym się błękitnym blasku rozpościerała się szeroka, gładka tafla wody, ogarniała go tak dzika euforia, że nie potrafił nad sobą zapanować i rzucał czapkę wysoko w powietrze.
A kiedy potem przesiadywał w domowym, ciepłym i przytulnym pokoju, a w jego spokojnych oczach malowało się szczęście, dziadek i matka po prostu nie mieli serca, by odesłać chłopca z powrotem. Dopiero gdy zmierzch swymi miękkimi dłońmi zaczynał otulać tę wielką, milczącą krainę, a drzewa i zagajniki odcinały się ostro i potężnie na tle jasnego, wieczornego nieba, Peter Lassen odprowadzał przyjaciela w górę, do miasteczka, by dopiero w zapadających ciemnościach niespiesznie wrócić do siebie. Niestety, te wyprawy do domu wyraźnie odbijały się na szkolnych obowiązkach Larsa.
Rozdział V.
Lars wyrósł na smukłego, żylastego dwunastolatka. Wciąż jednak miał te same poważne, niezwykłe oczy, które swą głębią przypominały morze.
Zegar w starym rodzinnym domu zdążył już wybić niezliczoną ilość godzin, a Lars ledwie zauważył, jak szybko przeminęły te lata.
Miał za sobą wiele, wiele wypraw za miasto do starej rybackiej chaty; wiele chwil cichego znoszenia małej Miete i jej uczucia, ukrytego oporu i cichej nieufności wobec wuja Gusta, a także otwartej wojny z ciotką Jette. A teraz znów miało nadejść coś nowego.
Był to jeden z tych tajemniczych jesiennych dni. Świat spoczywał skryty za miękkimi, falującymi woalami mgieł, które tak bardzo sprzyjały marzeniom. — Czy za tymi przedziwnymi, wędrującymi po niebie kształtami kryła się w złocistym blasku kraina czarów, czy też jakieś ponure pustkowie?
Na statku płynącym do miasta Lars siedział na samym końcu ławki. Zajął miejsce na samym dziobie, mając wodę tuż przed oczami. Oburącz ściskał leżącą na kolanach torbę podróżną, a obok niego stała niewielka walizka.
Wuj Gust przechadzał się to tu, to tam, wszędzie napotykając dobrych znajomych, a że poranek był rześki, wychylił zapewne i kieliszek koniaku.
Lars jednak wpatrywał się we mgłę i marzył.
Woda spoczywała cicha i ciemna niczym lustro, a wszystko dokoła spowijała dostojna, nastrojowa tajemnica. Na drewnianym palu siedziała nieruchomo mewa. Jej biała sylwetka odbijała się w czarnej toni, podczas gdy statek bezszelestnie mijał ją po drodze.
Z jasnej szarości wyłaniały się brązowe żagle i cicho przesuwały w dali. Nagle zajaśniało od jasnych żagli, roztaczając iście królewski blask; czarna głębia odbiła ów obraz w swym lustrze, po czym szkuner rozpłynął się we mgle.
Miękki woal mgły stawał się jednak coraz jaśniejszy. — Teraz piętrzył się, tworząc gigantyczne kształty, a spomiędzy nich bił blask, który skrzył się na wodzie niczym płynne złoto i osnuwał powietrze cudownymi barwami, przypominając utkaną z promieni pajęczynę.
Aż wreszcie chmury się rozstąpiły — i w błękitnym eterze z radosnym uśmiechem zajaśniało oślepiające słońce.
Wtedy cichy chłopiec odetchnął przeciągle i głęboko. Kurczowo zaciskając dłonie na torbie podróżnej, bez ruchu wpatrywał się w te cuda. Wydawało mu się, jakby w ten sam sposób jego życie sunęło przez szarą tajemniczość ku złotej przyszłości. Łzy cisnęły mu się do oczu, ale mężnie je przełknął. „Dzielny i wierny” – powiedział dziadek przy pożegnaniu, a on przypieczętował to uściskiem dłoni. Od teraz miał być zdany tylko na siebie i chciał zachować się jak mężczyzna. Dlatego też nie płakał, żegnając się z matką, a ona jedynie w milczeniu pogładziła go dłonią po krótkich, blond włosach.
Co sobotę miał zjawiać się w domu wuja, a co trzecią niedzielę pozwalano mu odwiedzać matkę. Więc w gruncie rzeczy nie było tak źle. No i przecież płynął teraz prosto w to bijące jasnością światło. —
Z niebieskawych oparów wokół zaczęły wyłaniać się brzegi. — Na rozległych pastwiskach stało lśniące, rude bydło, które z łagodnym zdziwieniem wpatrywało się w budzące się światło, rozkoszując się jego ciepłym blaskiem. Kolorowe jesienne lasy pięły się ku przejrzystemu niebu, rzucając na ziemię szerokie, błękitne cienie. A z cichych, krytych strzechą chałup spokojnie unosiły się w górę niebieskie słupy dymu.
Wraz z ciepłym blaskiem słońca na pokładzie pojawiło się również wielu znajomych pana Asmussena. Z wyrazem błogiego zadowolenia przechadzali się tam i z powrotem, paląc i zaprowadzając porządek w sprawach tego świata w ogólności, a we własnych interesach w szczególności. A słowa, które przy tym padały, brzmiały przeważnie po duńsku.
Ich żony zaś usiadły razem w słońcu i wyciągnęły szydełkowe robótki. Niezwykle dbały przy tym o swoje dystyngowane maniery, bacznie się nawzajem obserwując; rozmawiały ze sobą uprzejmie, mając cichą nadzieję, że ich akcent ujdzie za prawdziwie kopenhaski.
A mały Lars siedział cicho na końcu ławki, błyskając gniewnie oczami, i słuchał, jak wuj Gust rozprawiał o Danii i jej trosce o biedną Jutlandię Południową, o lepszych warunkach do robienia interesów, niskim oprocentowaniu i niemieckiej niegospodarności.
Lars zaś słyszał w myślach powolny, przerywany pauzami głos dziadka, kiedy ten snuł opowieści o wspaniałej armii szlezwicko-holsztyńskiej i o czasach, gdy wyruszali do bitwy niczym na radosne święto; potem głos dziadka stawał się cichszy i łamał się jeszcze częściej, gdy opowiadał o dniu bitwy pod Idstedt, o tym, jak zdradzono ową wspaniałą armię i jak odesłano ich do domów, na pastwę nędzy.
Nikt jednak nie zwracał uwagi na małego chłopca o gniewnych oczach.
* * *
Został zakwaterowany na stancji u rodziny pewnego urzędnika.
Mieszkało tam jeszcze czterech innych gimnazjalistów. Lars dzielił pokój z dwoma młodszymi chłopcami: Hansem Todtsenem – wiercipiętą o bystrym umyśle i zabawnych pomysłach, oraz skromnym, drobnym Jakobem Lindem, który potrafił patrzeć na człowieka tak otwarcie i przyjaźnie. Zaledwie kilka dni wcześniej przyjęto ich do klasy kwinty; byli więc młodsi od Larsa, a mimo to czuł on do tych dwóch młodych, miastowych chłopców pewien szacunek.
Dwaj pozostali chłopcy, Swend i Aage Michelsen, również byli dziećmi z miasta – mówiącymi po duńsku braćmi z pogranicza. Od nich jednak dzieliło Larsa istne morze. Jeden z nich doszedł już do kwarty, a drugi awansował nawet do sekundy. Zwłaszcza uczeń kwarty na każdym kroku dawał odczuć, jak niebotycznie góruje nad trójką chłopców z sąsiedniego pokoju.
Lars podchodził do wszystkiego poważnie, a przyjęcie do gimnazjum stanowiło ważny rozdział w jego młodym życiu. Choć przez ciągłe bujanie w obłokach i wyśnione wędrówki niejedne obowiązki przeciekły mu przez palce, to w gruncie rzeczy lubił książki i gdy tylko brał się do pracy, szybko nadrabiał zaległości. Mimo że w spokojnych latach spędzonych w wiejskiej szkółce narobił sobie trochę braków, egzamin wstępny zdał z dobrym wynikiem. Był wprawdzie najstarszy w swojej klasie.
Niczym wśród dzikich plemion w Afryce, gdzie wieść niesie się z ust do ust szybciej, niż przekazałby ją telegraf, tak i gimnazjaliści doskonale znali już pochodzenie nowego ucznia. Larsa zaś, znacznie bardziej niż chłodne lekceważenie ze strony starszych, drażniła pełna politowania tolerancja tych młodszych. Często sam nie pojmował, co tak gorącą falą uderzało mu do głowy i napinało pięści do tego stopnia, że same rwały się, by uderzyć tamtych prosto w twarz. Ostatecznie jednak stawał się przy tym tylko jeszcze bardziej milczący i chodził własnymi drogami. — A drogi te, ilekroć tylko miał czas wolny, wiodły go za miasto.
Tam czekało na niego ono — morze, które zastępowało mu ojczyznę, przyjaciela i towarzysza zabaw. I tak jak za dawnych lat wylegiwał się w szuwarach, wsłuchując się w jego pieśń, lecz teraz brzmiała ona dla niego smutniej niż kiedyś.
* * *
Szara, ponura aura ciążyła nad strzelistymi, szarymi kamienicami, a na ludzkich głowach spoczywała niczym ciężar, który płoszył wszelką radość. Gromada chłopców na szkolnym dziedzińcu nie zważała jednak ani na przejmującą wilgoć, ani na wiszące nisko chmury. Panował tam barwny, falujący rozgardiasz pełen głośnych, krzykliwie radosnych dźwięków i nieustannie zmieniających się, dynamicznych obrazów. Pośrodku martwej szarości umierającego roku kryła się tutaj cząstka kipiącego, niezależnego życia.
– Ty, Jakob – odezwał się Aage – ta stara Braunowa chyba zwariowała, żeby takiemu smarkaczowi dawać na chleb taką dobrą kiełbasę, a mnie jakieś byle co. Dawaj to, chłopie!
Jakob jednak rzucił się do ucieczki razem z kiełbasą.
Michelsen II był zbyt gruby, by biegać, ale zakomenderował:
– Doprowadzić mi tu Linda z kwinty!
Grubas miał na swoich usługach kilku chłopców z kwarty i kwinty. — Jakob Lind z kwinty został więc przywleczony na miejsce.
Ze wszystkich chłopców to właśnie małego, poczciwego Jakoba Lars lubił najbardziej. I wtedy właśnie gniew z tak nieodpartą siłą wstąpił w jego pięści, że skoczył na grubego dręczyciela niczym dziki kot.
Michelsen II był tyranem i nikt go nie lubił z powodu jego złośliwego charakteru. Trzymali z nim wprawdzie tacy, których ten rudy leń bawił swoimi dowcipami, albo ci, których kupił sobie dzięki obfitemu kieszonkowemu. Kiedy jednak ów żylasty, drobny uczeń kwinty rzucił się na niego, wszyscy usunęli się na bok i czekali w napięciu.
Sinopurpurowy z gniewu, z najeżoną rudą szczeciną na głowie, duży chłopak rzucił się na mniejszego z całym impetem swojego ociężałego ciała.
Lars został zepchnięty do tyłu, wykonał jednak zwinny unik i chwycił zwalistego dryblasa wpół. I stała się rzecz dziwna: gdy na jego głowę i plecy zaczął spadać grad ciosów wielkich, ciężkich pięści, wezbrała w nim wściekłość, która z każdym kolejnym uderzeniem przybierała na sile. Rozlała się po wszystkich jego członkach, tak że stwardniały jak stal; napierały, zgniatały, a potem znów biły i chwytały w uścisku. Z jego piersi rwał się chrapliwy oddech, a on nawet tego nie zauważał.
Wtem niezdarny grubas, próbując przyprzeć Larsa do muru, źle postawił krok. Lars natychmiast to wykorzystał, i nikt nie potrafiłby powiedzieć, jak to się właściwie stało, ale grubas wylądował na ziemi, a pięści Larsa dosięgały jego twarzy.
– Podstawiłeś mi nogę, oszukiwałeś! – wrzeszczał z dołu grubas.
Jednak Michelsen I, który przypatrywał się temu ze stoickim spokojem, stwierdził:
– To nieprawda.
Wtedy Lars wstał, blady i pozbawiony tchu. — Lecz od tego dnia zyskał szacunek szkolnych kolegów, a mały Jakob stał się jego najwierniejszym kompanem.
Rozdział VI.
Znów nadeszło lato, a od strony ogrodu przy domu wuja Gusta zakwitły róże.
Takie sobotnie powroty do domu, gdy mała zatoka skąpana była w cichym świetle wieczornego słońca, a ponurą plątaninę murów miało się już za sobą, rzucały na wszystko zupełnie inne światło. Nawet ciotka Jette wydawała się znośna, a zalety Miete zalśniły pełnym blaskiem. W latach, gdy u innych dziewcząt poszczególne kończyny i rysy twarzy zdają się rosnąć każde w swoim tempie, by zgrać się ze sobą dopiero w wieku osiemnastu czy dziewiętnastu lat, ona zawsze pozostawała drobną, wytworną i śliczną dziewczynką. W niedziele jej piękne blond włosy opadały swobodnie na plecy, a z boku widniała niebieska kokarda. Jej dystyngowane zachowanie mówiło w takie dni każdemu, że ma dziś na sobie swoją najlepszą sukienkę. Niespełna czternastoletni gimnazjalista niewiele miał z niej wprawdzie pożytku, ale na zewnątrz, w altanie, dogadywali się całkiem dobrze. Tam, w szufladzie stołu, spoczywały kawałki kiełbasy i ciasta, które z czułą troską w tajemnicy dla niego odłożono. Nawet jeśli były już nieco nieświeże, wilczy głód gimnazjalisty gwarantował ich łaskawe przyjęcie. I tak, siedząc i żując w zielonkawym półmroku liści, bawił się czasem niedbale jej cienkimi, jasnymi włosami. A małe czerwone usta obok niego, o nieco uszczypliwym, przemądrzałym sposobie bycia, były w ciągłym ruchu, lecz żujący kuzyn okazał się dobrym słuchaczem.
Wesoła Stina, która zawsze była dla nich taka miła, znów musiała więc odejść. To było straszne, to była przecież już trzecia służąca, odkąd wyjechał, a może czwarta. – Stina, Jule, Marie, no tak, była przecież jeszcze Emma. – Przy tej matka wpadła w prawdziwy szał i niemal nią potrząsnęła, a ojciec z kolei rozzłościł się na matkę – „mamę”, jak zazwyczaj mówiła Miete. A Stina zacisnęła pięść i powiedziała, że w sumie to się cieszy, bo i tak wcale nie chce zostać u tak skąpej kobiety. Ale ojciec pozostał bardzo zasmucony. Następnie Miete rzuciła pośpiesznie ukradkowe spojrzenie na kuzyna. Ale jego twarz pozostała całkowicie nieruchoma, wręcz zła.
„To wszystko zupełnie nie dla ciebie” – powiedział wtedy pouczającym tonem o Swendzie Michelsenie.
Ale Miete zaśmiała się tak dźwięcznie, że aż wibrujące echo rozległo się po ogrodzie. „Ty głuptasie – wiem więcej niż ty – jesteś przecież tylko o pół roku starszy”. Wtedy przybrał nieporadną minę i nie bardzo wiedział, co powiedzieć.
To było w pewną słoneczną, letnią niedzielę, kiedy o poranku Lars zeskoczył z łóżka na równe nogi, ponieważ słońce tak promiennie świeciło przez jego okno na poddaszu. Spojrzał ponad ogrodem wuja w błękitny, letni poranek.
Dookoła, wysoko w górze, między białymi chmurami pierzastymi, i w dole, głęboko pod nasyconą, soczystą zielenią, trwała dziś niedziela. Niedziela unosiła się błękitnawym półmrokiem nad gładkim niczym jedwab, małym jeziorem i kusiła tajemniczo, wciągając w ów cudowny półcień, gdzie las pochylał się nisko ku wodzie. W cichym blasku słońca spowijała mały ogród i jego proste, żółte ścieżki. Stara, porośnięta zielenią urna wznosiła się w uroczystym spokoju, a bukszpan pachniał słońcem. Lecz najjaśniej promieniowały pokryte poranną rosą, żółte róże przy altanie. Wtedy Lars ubrał się pośpiesznie. A gdy zjadł śniadanie, pobiegł nad jezioro, by odebrać swoich szkolnych kolegów z porannego statku. Kiedy wrócili, usłyszeli pana Asmussena rozmawiającego w altanie.
Siedział tam, niemal ukryty za wielką płachtą duńskiej gazety. Błękitne kłęby dymu unosiły się nad nią leniwie, a on bębnił powoli palcami, z krótkimi przerwami, po blacie stołu. Przy stole stała nowa służąca i sprzątała po kawie. Pani Asmussen reprezentowała dziś rodzinę w kościele.
Pan Asmussen od czasu do czasu uśmiechał się dobrotliwie do nowej dziewczyny. Pytał o to i owo, a ona odpowiadała, zawstydzona i nieco chichocząca. Na białym obrusie kładł się zielonkawy półcień, pomiędzy którym przemykały złote plamy słońca.
Wtem powietrze przeszył donośny dźwięk jasnych, silnych dziecięcych głosów. Pan Asmussen odchrząknął i niedbale podniósł gazetę oraz cygaro. Na żółtej, żwirowej ścieżce spotkał Larsa z dwoma szkolnymi kolegami oraz odświętnie ubraną Miete.
„Znowu Hans i Jakob?” – zapytał pan Asmussen. „Dlaczego dla odmiany nie Swend i Aage?”
„Byli w zeszłą niedzielę, wuju, zresztą Swend wcale nie chce wpadać tak często, a ciotka uważa ogólnie, że Aage za dużo je”.
Miete szturchnęła nową służącą i obie zachichotały.
„A poza tym dziś jest niedziela dziadka, więc właśnie tam się wybieramy”.
„Ach tak, ach tak” – rzucił wuj Gust. „A Miete znów musi zostać sama?” Miete trochę się nadąsała, a ojciec objął ją ramieniem za szyję i pogłaskał po policzku. „Nie smuć się, dziewczynko”. Ale Miete pomyślała o swoich lokach i wywinęła się z ramion ojca.
Trzej przyjaciele pospieszyli, jak tylko mogli, by wyrwać się z ogrodu na otwartą przestrzeń. Furtka wychyliła się za nimi cicho, lekko skrzypiąc. Wkrótce truchtali już jasną ścieżką przez pastwiska, a zboże po obu stronach falowało zielenią. Hans paplał głośno, wymachując szeroko rękami, i był tak zaaferowany, że wciągnął w to Larsa. Za to Jakob szedł kawałek z tyłu, pozwalając, by młode kłosy przesuwały mu się przez dłoń.
Pod strzechą wszyscy byli mile widzianymi gośćmi. Siedzieli stłoczeni wokół brązowego stołu przy małym, szerokim oknie, w milczeniu maczając ziemniaki w ciemnym sosie i wyjadając łyżkami kaszę, jakby nigdy nie jedli niczego lepszego. A matka Stina krzątała się gorliwie tam i z powrotem, z nabożeństwem bacząc, czy im smakuje, aż wreszcie sama usiadła w kuchni do swojego pospiesznego obiadu.
Tych miejskich chłopców już dawno temu urzekła cicha magia tego emanującego domowym ciepłem domostwa. Wtopili się w ten spokojny, prosty rytm tak bardzo, że rozmawiali z dziadkiem niczym z samym dyrektorem szkoły, a matce Stinie zwierzali się ze swoich trosk i radości, przynosząc jej do cerowania ubrania z bezgranicznym zaufaniem.
Tylko jedna osoba cierpiała z powodu ich wizyt. Peter Lassen nienawidził intruzów. Z całą pasją swojej chłopięcej duszy miał im za złe przyjaźń Larsa. Jakob był biedny i skromny. A ponieważ był przy tym mały i lękliwy, Peter żywił do niego jedynie cichą pogardę. Za to Hans, ze swoim wielkopańskim, nerwowym sposobem bycia, budził w nim odrazę.
Kiedy zjedli, Lars zapytał dziadka, czy mogliby wziąć łódkę. Starym obyczajem patrzył mu przy tym prosto w oczy.
Dziadek stanął w progu i pociągnął nosem, węsząc w powietrzu.
– Wschód, południowy wschód... jeśli obróci się jeszcze bardziej, zmieni się pogoda. Ciężko wam będzie płynąć pod wiatr, a kiedy będziecie wracać, uważajcie; tam, gdzie kończy się las, uderza czasem znienacka, a pogoda zrobiła się szkwałowa.
Wdrapali się więc do łodzi dziadka, a Lars z powagą wyznaczył im miejsca. Następnie usiadł przy sterze z nieruchomą twarzą. Znów czuł się dobrze, aż do samej głębi duszy. Hans, z pańską miną i ściągniętymi brwiami, dzierżył szot. Za to mały Jakob i Peter usiedli na skrzyni na ryby. Z całej postawy Petera Lassena biło, że wcale nie chce brać w tym udziału i że to wszystko go nie obchodzi. Ręce zwisały mu niedbale między kolanami, a jego oczy bystro omiatały morze. Nie zamierzał w ogóle się odzywać, choć przychodziło mu to z trudem.
Na niebie wypiętrzyły się wielkie, masywne chmury, rzucając od czasu do czasu swoje potężne cienie na wodę. Kolory goniły się po rozległej tafli. Raz łódź tańczyła w niewymownie głębokim błękicie, to znów prześlizgiwała się przez szmaragdowozielone cuda, by za chwilę szara pustka przykryła wszelki blask, który zaraz potem znów wybuchał świetlistymi barwami. A dookoła radosny ruch, niespokojna walka wznoszących się i opadających, syczących, pluszczących białych grzyw i prześwietlonych słońcem zielonych głębin.
I kiedy ten słony, tętniący życiem szum przenikał ich aż do szpiku kości i chwytał za serca, cała czwórka zapomniała o swojej młodzieńczej ważności, o urazach i godności, a ich głośna, roześmiana paplanina dźwięczała jasno w gwiżdżącym wietrze.
Tylko Lars siedział spokojnie przy sterze i patrzył w niekończące się fale, a jego oczy lśniły ciemno i zmieniały się niczym morze; biło z nich wielkie, nieświadome promieniowanie radości.
Musieli halsować pod wiatr, a łódź z głośnym plaśnięciem nurkowała w falach. Piana tryskała za burtę, a Hans krzyczał ze śmiechem, gdy woda uderzała go w kark. Wyciągnęli sztormiak dziadka i zarzucili go Hansowi na ramiona. Później popłynęli nieco pod osłoną lądu na drugą stronę zatoki, by zawrócić. Wtedy wiatr chwycił ich z podwójną siłą. Przez zatokę przeszedł ostry szkwał.
– Lepiej zarefujmy żagiel – powiedział Lars.
– Ty tchórzu! – odkrzyknął Hans. – Przecież właśnie teraz jest świetnie.
Oczy Petera Lassena już zapłonęły gniewem.
– To ja odpowiadam za to wszystko przed dziadkiem. Ja siedzę przy sterze i mówię: refujemy!
Peter Lassen posłusznie wstał. Sprzeciwianie się sternikowi nie wchodziło w grę. Ale Hans nawet nie drgnął.
– Po prostu pękasz – rzucił wyzywająco.
Wtedy Peter przeskoczył przez toftę i wymierzył Hansowi policzek. Płonąc z gniewu, Hans rzucił się na niego.
– Ludzie, zwariowaliście?! – krzyknął Lars. – Jakob, lina... szot!
Ale było już za późno. Żagiel wyrwał się z rąk i łopotał z grzmotem na wietrze, a łódź nurkowała, kołysała się i przechylała niczym istota, która nagle straciła zmysły.
Hans i Peter Lassen skoczyli jednocześnie na toftę i chwycili za nieokiełznane, brązowe monstrum, które z trzaskiem i łoskotem wymykało się ich młodzieńczej sile. Hans wychylił się daleko do przodu, a gdy szorstkie, brązowe fałdy znów wyślizgnęły mu się z rąk, jego stopa poślizgnęła się na mokrej ławce.
Rozległ się głośny plusk, a woda trysnęła wysoko w powietrze.
Przez sekundę pozostała trójka wpatrywała się w miejsce, gdzie zamknęły się zielone fale, ale Peter Lassen już zdążył zrzucić kurtkę i wściekle szarpał za buty. Tylko przez krótką chwilę stał jeszcze na burcie, wyciągnął ramiona jak do skoku na główkę i wpatrywał się w szumiącą, zielono-czarną głębię.
Zabrzmiało plaśnięcie – a łódź gwałtownie odchyliła się w drugą stronę. Tymczasem Lars chwycił Jakoba za ramiona i popchnął go do steru. Twardym chwytem zacisnął na nim jego dłonie. Potem poczuł, jak znów coś w niego wstępuje – tak jak wtedy, podczas bójki z Aagem – jakaś szalona siła, która gorącym drżeniem przeniknęła go do szpiku kości. Stanął na tofcie i chwycił za żagiel. Chude, żylaste chłopięce ramiona wpiły się w falującą, miotającą się brązową gmatwaninę, ujarzmiły ją, pochwyciły linę i mocno ją zawiązały. I dopiero wtedy, z dzikimi, rozszerzonymi oczami, spojrzał w zielone, pryskające pianą fale.
Był tam – głowa Petera Lassena zalśniła na fali. Zaraz potem znów zanurkował i zniknął za wodną górą.
Teraz widać go było już wyraźnie: płynął z całych sił, parskał i pluł wodą, a prawą ręką holował za sobą coś ciemnego, co od czasu do czasu nieporadnie uderzało o wodę.
Później sam Lars nie potrafił powiedzieć, w jaki sposób wraz z małym Jakobem przełożyli żagiel i podhalsowali z powrotem na miejsce. Nagle jednak mieli tę dwójkę na sterburcie, a Lars musiał mocno wychylić się na bakburtę, jako że Peter Lassen tak ciężko uwiesił się na burcie, a mały Jakob w połowie przewiesił się przez krawędź łodzi, by pomóc go wciągnąć.
Kiedy Peter Lassen stanął w łodzi i otrzepał się jak mokry pies, jedynymi słowami, jakie z siebie wydusił, było:
– Idzie na dno jak ołów, żałosny szczur lądowy... też mi pływanie!
Za to Hans kucał na tofcie, ociekając wodą; nie mówił zupełnie nic i wyglądał, jakby jeszcze nie do końca wiedział, kim jest.
Godzinę później leżał w łóżku dziadka. Osadzone głęboko w ścianie, ukryte za malowanymi przesuwnymi drzwiami, przypominało gniazdo jaskółki brzegówki w wydrążonej norze. Z pierzyn wystawał mu już tylko nos, a i on sprawiał wrażenie zawstydzonego. Tymczasem jego ubranie wisiało w kuchni przed potężnym ogniem.
Kiedy jednak wieczorem, w swoim pogniecionym, wilgotnym ubraniu stał obok Jakoba na statku płynącym do miasta, w niczym nie przypominał już wspaniałego Hansa Todtsena z dzisiejszego poranka, a Jakob u jego boku wyglądał tak, jakby nagle urósł. Za to Peter Lassen stał na brzegu, klepał się po kolanach i się śmiał.
Rozdział VII.
Lars miał płynąć do miasta dopiero porannym statkiem, więc zdążyłby w sam raz do szkoły. Wujek tym razem tak sobie życzył. Księżyc w pełni wisiał już na niebie, gdy Lars przechadzał się przez pastwiska w stronę domu wujka. Zielonkawy, nordycki zmierzch i łagodna, księżycowa przędza żółtawego migotania zaczarowały wszystko dokoła. Lars rozejrzał się, stanął, rozejrzał się znowu, a w jego oczach malowało się zdumienie. Znał każdy krzak i każdy kamień, a mimo to wszystko było dziś takie niezwykłe. Wszystko patrzyło na niego tak wielkie i uroczyste, zanurzone w dziwnych, głębokich, czarodziejskich barwach. Coś wzbierało w jego wnętrzu; nie wiedział, czy to radość czy smutek, rozkosznie gorące uczucie, miłość do tego cichego, wielkiego, tajemniczo jarzącego się świata rodzinnych stron. Rzucił się w soczystą, wilgotną koniczynę i tarzał się w niej jak zwierzę z czystej, naglącej przyjemności. Potem zerwał się, spojrzał z niepokojem na zgniecioną koniczynę i pobiegł całą drogę aż do domu wuja Gusta; było już późno, a właściwie powinien był być na miejscu na kolację.
Gdy nieśmiało wślizgnął się przez tylne drzwi do domu, wraz ze wspaniałymi zapachami uderzyły go gniewne, głośne dźwięki dobiegające z kuchni. Ciocia skarżyła się służącej, że dobra kolacja się marnuje, bo wujek Gust po raz kolejny zasiedział się przy stoliku w gospodzie.
Lars szybko rzucił czapkę na haczyk i usiadł w pokoju dziennym z taką miną, jakby siedział na tym samym krześle już od pół godziny. Nie minęła chwila, gdy drzwi wejściowe zabrzęczały donośnie i głośne rozmowy rozległy się na schodach. Jedzenie postawiono na stole, a Miete gorliwie pomagała przy przesuwaniu i ustawianiu naczyń; Lars jednak uznał, że gniew cioci Jette był uzasadniony, bo zapachy nie kłamały. Siedzieli wokół okrągłego stołu pod przytulną lampą, a duńska rozmowa płynęła lekko i wesoło. Wujek Gust przyprowadził ze sobą obcego pana, który mówił zręcznie i uprzejmie, posługując się prawdziwie duńskim sposobem wyrażania się.
Talerze sprzątnięto, panowie zapalili cygara, a Lars dziwił się, jak szybko i trafnie uwagi cioci Jette o jej delikatnej robótce na szydełku brzmiały teraz w stronę stołu, odkąd rozmowa zeszła na politykę.
Obcy pan często zwracał się do cichego chłopca o wielkich, uważnych oczach. Z czasem Lars poczuł się pochlebiony uprzejmością obcego pana. Stopniowo jednak zaświtało w nim przeczucie, kim jest ten człowiek o tak zręcznym i uprzejmym sposobie mówienia.
Prawie rok temu zdarzyło się, że Peter Lassen przyniósł gazetę, którą prenumerował jego ojciec. Leżała na stole, przy którym siedział dziadek, a jego wzrok na nią padł. Poruszył się powoli, założył okulary i przesunął palcem wzdłuż linii. A podczas gdy czytał, krzaczaste, siwe brwi marszczyły się coraz głębiej, tak że obaj chłopcy w milczeniu przycisnęli się do ściany, a dłonie matki opadły bezwładnie na kolana. Wtedy to wybuchło. Stary uderzył pięścią w stół, aż głucho zagrzmiało. A głucho niczym pomruk burzy, niezdarnie i urywanie padały słowa: „Nasza pieśń, nasza pieśń, którą śpiewaliśmy w radości, jakby nadchodził ranek – i w biedzie, i w śmierci – że była nam czysta jak modlitwa – to szubrawcy od agitatorów szkalują i nazywają pieśnią buntowniczą! Powinien wstydzić się twój ojciec, Peter, że trzyma taką szmatławą gazetę – możesz mu to śmiało powiedzieć, chłopcze. My pochodzimy tylko z tamtej strony zatoki, ale mamy to w sercu i wiemy, jak głęboko niemiecka natura tkwi w ludzie, że nawet krew jej nie wypłucze i żadna nędzna udręka jej nie wykorzeni, tak samo jak tłuste przynęty. Tylko wy tutaj z granicy, was przerzucano tam i z powrotem, a książęta bawili się wami jak dzieci piłką – przez co straciliście prawdziwe serce, tak że nie potraficie już niczego czuć wyraźnie i mocno, i biegniecie za każdym, kto tylko wami skinie. Szkoda was i tego pięknego kawałka ziemi, wielka szkoda – i możesz to śmiało powiedzieć swojemu ojcu, mój chłopcze, możesz to śmiało powiedzieć”. Potem starzec ze swoim uroczystym wyrazem twarzy podarł gazetę, zaszeleścił pantoflami do pieca i wrzucił ją do środka, a potem powoli otworzył swoją fisharmonię i ciężkimi, potężnymi akordami zaczął grać, i nie trwało długo, a wszyscy włączyli się do śpiewu, nawet matka, w tę pieśń – jego pieśń – ich pieśń – i wszystkim ścisnęło się w gardle, a w oczach pojawiły się łzy. A echo tych wielkich, ciężkich akordów pozostało Larsowi na zawsze gdzieś w zakamarku serca.
A teraz, pod przytulną lampą, przy lekkiej i przyjemnej rozmowie, Lars uświadomił sobie jakoś, że ten uprzejmy człowiek i gazeta, która płonęła w dziadkowym piecu, należały do siebie. A pieśń dźwięczała w jego duszy coraz głośniej, i odpowiedzi chłopca stawały się coraz bardziej jednosylabowe, dopóki ciocia Jette nie spojrzała na niego, a wujek Gust nie powiedział z dezaprobującym śmiechem: „Idź lepiej do łóżka, głupi smyku. Twój język chyba już dawno zasnął”.
Wtedy wstał i powiedział dobranoc. Ale podbródek Miete stał się wyjątkowo ostry z dumy, że może jeszcze posiedzieć z dorosłymi.
Rozdział VIII.
Dzień szkolny następował po dniu, z odmianami czasowników i prawami spadania, kartkówkami i analizami spektralnymi. Serce i mięśnie krzepły we wspaniałych bójkach, a zmysł, który nasłuchuje wnętrza, w rozmarzonych wędrówkach po mulistym piasku brzegu.
I niedziela goniła niedzielę, nikt nie potrafił powiedzieć dokąd. Ciche kwadranse u boku jasnowłosej Miete upływały, a rozmowy z wujkiem Gustem i jego przyjacielem z miasta stawały się coraz bardziej naglące.
I ciche niedziele z poważnymi, szerokimi tonami płynącymi ze starej fisharmonii oraz poważną, przerywaną mądrością z ust dziadka, i z dawnym, klaskającym brzmieniem rozradowanych, łkających, wabiących, gniewnych fal.
Z krzyczących, śmiejących się małych uczniów piątej klasy stali się długonogimi, gorliwymi uczniami czwartej, a wreszcie wielkimi, poważnymi uczniami trzeciej klasy, którzy chodzili na lekcje przygotowujące do konfirmacji.
Dla Petera Lassena życie się zmieniło. Ten wielki, silny człowiek przyjął wszystko to, co ojczyzna zamierzała mu przekazać w ramach edukacji, i wybiła godzina pracy. Rybak Lassen od lat łowił ryby wraz ze starym Klaasem Klaaßenem w jego łodzi. Dla trzeciej osoby nie było miejsca ani w łodzi, ani wśród rybackiej załogi. Więc Peter spuścił głowę, by nikt nie mógł zajrzeć mu w czujne niebieskie oczy, i poszedł na suchy ląd, by pracować w cegielni.
* * *
Był Poniedziałek Wielkanocny.
Trzej przyjaciele zostali konfirmowani w Niedzielę Palmową. Przechadzali się w tę i z powrotem po żółtych żwirowych ścieżkach, a wiosenny wiatr rozwiewał im włosy na czołach. W fałdach ich czarnych garniturów czuć było powagę, a na młodych obliczach malowała się uroczystość. Ale ci nordyccy chłopcy nie mówili wiele o tym, co działo się głęboko w ich sercach. Przez chwilę szli w milczeniu obok siebie przez ogród wuja Gusta w miękkim, ciepłym wiosennym słońcu.
Jakob Lind zatrzymywał się czasem i patrzył na grządkę krokusów. Długie, delikatne liście odchylały się od pąków, pozwalając pojedynczym promieniom słońca zajrzeć do wnętrza kwiatów o głębokich barwach.
Teraz zatrzymał się także Hans i scyzorykiem wyciął karb na młodej buczynie. — „Wiesz, rozmawiałem już z moim starym, Lars, i wyraził zgodę”.
„Na co?” — zapytał Lars, jakby z oddali.
„No, na to, żebym po maturze poszedł na politechnikę. Na co komu z nas ten cały uczony blichtr. Naprzód ku czasom i ich odkryciom, tym namacalnym, praktycznym!” — Wyciął duży karb na buku i rozejrzał się triumfująco. — „A ty, Lars, rozmawiałeś już?”
„Nie” — powiedział Lars, kreśląc stopą znaki na żwirze.
„A o czym ma niby rozmawiać?” — zapytał Jakob.
„No, jak to o czym? Że też chce iść na politechnikę i budować statki. Ale ty, stary Jakobie, strasznie długo trzymałeś w tajemnicy to, kim chcesz zostać. A może jeszcze nie wiesz?”
„Wiem, i Lars też wie”. Jakob patrzył prosto przed siebie.
„No i?” — zapytał Hans.
„Chce studiować teologię” — Lars znowu rył stopą w piasku. „No taak” — rzucił Hans. — Potem zamilkli i wznowili swoją wędrówkę.
W oknie na górze pojawiała się od czasu do czasu tył głowy Aagego, a naprzeciwko, bardziej w półmroku pokoju, biały koronkowy czepek cioci Jette. Poruszał się w górę i w dół, a oni wydawali się gorliwie o czymś rozprawiać. Ciocia Jette chciała przygotować im wszystkim wielkanocny przysmak. Wypowiedziała to z tak wielką godnością, z jaką żadna królowa nie zapraszałaby na swoją ucztę.
Nagle zadźwięczało okno. Wujek Gust spojrzał do ogrodu: „Lars!” — zawołał. — „Lars!”. Wysoki, sztywny chłopak wykonał kilka wielkich susów do wnętrza domu, a jego długie nogi brały zawsze po trzy strome stopnie na raz. Ale na górze zatrzymał się na chwilę na ciemnych schodach, zanim nacisnął klamkę. Nagle ogarnęło go coś, co owiało go niczym wielka powaga.
W przednim pokoju wujek Gust chodził tam i z powrotem. Był sam. Przez otwarte drzwi widać było siedzących przy oknie ciocię Jette i Aagego. Lars zatrzymał się przy drzwiach.
„Usiądź, mój chłopcze, usiądź” — powiedział wujek Gust. Lars usiadł na krześle przy drzwiach, a wujek Gust chodził tam i z powrotem, trzymając ręce w kieszeniach spodni. Słychać było, jak ciocia Jette w pokoju obok odchrząkuje.
„No więc, mój chłopcze, jesteśmy z ciebie bardzo zadowoleni, twoi nauczyciele również, zwłaszcza z twoich wypracowań. W mówieniu jesteś wprawdzie powolny, ale piszesz dobrze — to inne też — ale zwłaszcza pisanie, pan Tiensen również o tym mówił”.
„Pan Tiensen?” — zapytał Lars ze swojego kąta. Pan Tiensen był tym uprzejmym panem z duńskiej gazety.
Lars nie miał pojęcia, do czego zmierza wujek. „Tak, mój chłopcze — pan Tiensen, właśnie pan Tiensen”. Został w miejscu przed Larsem i bawił się teraz ciężkim złotym łańcuszkiem od zegarka. „I co jeszcze chciałem powiedzieć — wszyscy chcielibyśmy być użyteczni tam, gdzie tylko możemy, i służyć dobrej sprawie. Ja też to robię, na tyle, na ile starcza mi sił, każdy o tym wie”. Oczy pana Asmussena błyszczały wilgotno, a głos wydobywał się głęboko i przekonująco z jego tłustego wnętrza. „I bardzo cierpiałem, że nie miałem syna, którego mógłbym oddać na służbę dobrej sprawie. A teraz, gdy pan Tiensen potwierdza, że jesteś uzdolniony i piszesz dobrym stylem, jest to dla mnie jak dar z niebios”. Oczy pana Asmussena spoczęły na bratanku z wilgotnym wzruszeniem. Ale bratanek siedział niemy i sztywny w ciemnym kącie. „Chciałbym, żebyś od teraz przykładał do tego jeszcze większą wagę w swoich studiach — zwłaszcza do wypracowań, do stylu”.
„No to powiedz mu to wreszcie!” — rozległ się ostry głos z sąsiedniego pokoju.
„Tak, mój chłopcze, pomyśl, jakie szczęście dla ciebie: pan Tiensen ma dla ciebie wolną posadę w redakcji swojej gazety. Pan Tiensen jest bardzo obciążony pracą. Wiesz przecież, agitacja, praca w Reichstagu i cała reszta, a on po tym wszystkim, co usłyszał, ma nadzieję, że szybko się wybijesz i wkrótce obejmiesz jedno ze stanowisk wyższego szczebla i będziesz go wspierać w jego wielkiej, pięknej pracy”.
Chłopak powoli się wyprostował. Stał teraz w pełnej okazałości. Wujek zrobił szybki krok naprzód i położył mu rękę na ramieniu. „Wiem, wiem, mój chłopcze, twój dziadek napchał ci do głowy różnych głupot. Ale jesteś już duży i rozsądny, dawałem ci już do czytania niejedno mądre pismo o naszym historycznym rozwoju, o korzyściach ekonomicznych, a poza tym jesteś już wystarczająco dorosły, by nie odrzucać honorowego, pewnego zabezpieczenia na przyszłość. Nie musi się to dziać od razu... Masz jeszcze czas. Ale masz się do tego przygotować, masz...”
„Nie, wujku!”
Pan Asmussen zrobił krok w tył. „Co masz właściwie na myśli?”
„Nie chcę pracować dla duńskiej sprawy. Jestem Niemcem”.
„A wszystko to, co dla ciebie zrobiliśmy, i wszystkie nadzieje, jakie w tobie pokładaliśmy?” – głos pana Asmussena zmienił ton.
Wtedy pani Henriette Asmussen stanęła przed nim jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jej stalowoniebieskie, jasne oczy miotały błyskawice. „Żebyś wiedział raz na zawsze – twój wujek znowu używa tylu niepotrzebnych słów. Wychowaliśmy cię jak własnego syna, żebyś służył dobrej sprawie, i nadal będziemy cię traktować jak nasze rodzone dziecko, jeśli będziesz z nami. Oferujemy ci piękny, bogaty zawód. Możesz tam się wybić, stać się przywódcą wielu ludzi i bogatym człowiekiem. Jeśli jednak pozostaniesz przy swojej niewdzięczności, a my zmarnowaliśmy na ciebie wszystkie nasze dobrodziejstwa, to tam są drzwi!”. Stała tam, wysoka, z zimnymi, błyszczącymi oczami. Pan Asmussen siedział przy stole, podpierając głowę ręką.
Wszystkie te wielkie słowa i ta wielka maniera miały w sobie coś tak dziwnego pomiędzy szafką na bibeloty, porządną pluszową sofą i poczciwymi twarzami dawnych Asmussenów w czarnych, okrągłych ramkach. A ta ciasna, duszna izba, wielkie słowa i bezlitosna presja, która wyzierała wszędzie jak złe, długorękie zwierzę, pełzły ku Larsowi niczym wielki lęk. Wszystko to ciążyło na nim od pierwszego dnia, a im bardziej dorastał, tym wyraźniej to odczuwał, lecz skrywało się to pod płaszczem przyzwyczajenia, a on żył sobie w swoim świecie marzeń, nie zdając sobie z tego sprawy. Teraz czuł jedynie gniewne stwardnienie serca. Wypomniano mu dobrodziejstwa jak żebrakowi. Ale z tego gniewu wyrosła jasna myśl, niczym promień słońca wpadający do ciemnego pokoju: „Teraz jestem wolny”.
Oboje, wujek Gust i ciocia Jette, wciąż patrzyli z osłupieniem na miejsce, w którym przed chwilą stał Lars, a potem na zamknięte drzwi.
„Masz teraz za swoje ze swoim jadowitym sposobem bycia. To w końcu syn mojego jedynego brata”. Wujek Gust był wciąż w swoim wzruszonym nastroju. Ciocia Jette jednak wciąż surowo wpatrywała się w zamknięte drzwi. „Niewdzięczny ropuch” – powiedziała.
* * *
Krokusy dawno już przekwitły. Na bukach pojawiły się małe, delikatne listki, mieniące się srebrzyście w swej półprzejrzystej, subtelnej, wiosennej zieleni. A rybacy myśleli o połowach węgorza.
Dotychczas było to tylko jasne marzenie. Siedział na pomoście, zwieszając nogi nad wodą, a matka i dziadek zostawiali go w spokoju, bo właśnie tam snuł plany na swoją przyszłość. I tak jak woda płynęła pod nim – jedna zielona fala po drugiej, nad drugą, w drugą – wciąż i wciąż na nowo, tak myśli przychodziły i odchodziły niespiesznie, zapadając z powrotem w nieświadomość. Był to przyjemny półsen, który nie prowadził do żadnego celu.
Wreszcie pojechali do miasta, żeby zapytać pana Brauna. Pan Braun był właścicielem domu, w którym mieszkali gimnazjaliści. Był Prusakiem o donośnym głosie i krótkim, pewnym siebie sposobie bycia.
Mieli poważne, nieruchome twarze, stary Klaas Klaaßen i młody Lars Asmussen, gdy powoli, jeden za drugim, wspinali się po schodach do mieszkania pana Brauna. Patrzyli z niepokojem na lśniącą tabliczkę na drzwiach, na której wypisane było nazwisko i godności pana Brauna.
Gdy jednak schodzili po schodach z powrotem, ich twarze były jeszcze bardziej nieruchome, a oczy szukały głęboko w ich wnętrzach świata, którego nie dało się już odnaleźć.
Mówił głośno i bez ogródek, krótkimi, dosadnymi ruchami, a stary rybak słuchał go swoimi cichymi, mądrymi oczami, jedynie od czasu do czasu powoli kiwając dużą, siwą głową.
Cóż wielki, barwny świat ze swoimi błyszczącymi drogami do szczęścia miał do zaoferowania długorękiemu, nieporadnemu chłopakowi o oczach marzyciela i szerokim czole? Trzecioklasista bez grosza przy duszy, a do tego marzyciel – pan Braun nie miał wielkich nadziei. Była wprawdzie kariera urzędnicza na poczcie, albo mógł zostać subiektem, albo pójść w morze.
Czy mógłby tam zaoszczędzić pieniądze i ostatecznie dostać się na politechnikę, albo wybić się w jakiś inny sposób? Oczy Larsa były szerokie i ciemne.
Pan Braun wzruszył ramionami. Niejeden osiągnął już coś podobnego, ktoś taki śmiały i ambitny. „Jesteś zdolny, Lars, ale powolny i zamyślony. Lepiej nie rób sobie płonnych nadziei!”.
A gdy stali na schodach, ogarnęło go nagle przeczucie, że życie zatrzasnęło przed jego nosem książkę.
Potem mimo wszystko przechodzili jeszcze przez kolejne ciężkie drzwi kamienic, pytając raz za razem w swój powolny sposób. Lars zazwyczaj przejmował inicjatywę, a o wszystkim decydowało spojrzenie spod gęstych brwi dziadka. Ale nic z tego nie wyszło. W wielkich domach towarowych nie chcieli nieporadnego piętnastolatka, który nawet nie pisał ładnym charakterem pisma; w małych sklepach pensja była zbyt żałosna. Na poczcie akurat nie było wolnego wakatu w pobliżu, a zresztą wcale go to nie pociągało.
Wracali zatem już po ciemku do niskich drzwi, gdzie matka wciąż przygotowywała kolację, i powiedzieli jej, że Lars musiałby zostać marynarzem.
Wtedy po raz pierwszy, odkąd Lars sięgał pamięcią, wielkie milczenie zniknęło z twarzy matki, a ona chwyciła go za obie dłonie. Sięgała mu teraz zaledwie ponad ramię. Raz już go oddała, swojego jedynaka. Teraz walczyła zawzięcie, by nie wyruszył w wielką, szarą otchłań, która śpiewała tak twarde pieśni przed oknami i nie pytała, kim jest ten, kogo mu zabiera. „Nie, nie! Nie marynarzem! Nie, Lars! Nie, ojcze!”.
Wkrótce ustąpili; wszak wpadli na ten pomysł tylko w rozpaczy. Żadne z nich nie było stworzone do walki na śmierć i życie; wciskanie się w zgiełk życiowych zmagań było obce ich naturze.
Została więc tylko jedna możliwość, a ona w gruncie rzeczy była Larsowi najbliższa.
Rozdział IX.
Znowu była niedziela, a przez małe szybki szerokiego okna tańczył ciepły, złoty promień słońca, ślizgając się po brązowym stole i kolorowych, zasuwanych drzwiczkach łóżka Klaasa Klaaßena. Klaas Klaaßen miał jednak na sobie swój odświętny, granatowy garnitur; siedział w fotelu przy stole i pogrążony w myślach bawił się kostkami cukru w stojącej na środku cukiernicy. Naprzeciwko niego siedział rybak Lassen, również w swoim niebieskim, niedzielnym stroju, opierając szeroko rozstawione dłonie na kolanach. Peter Lassen siedział zaś pod ścianą, rozparty w nieco swobodnej pozie. Niedzielny garnitur znowu zrobił się trochę za krótki i za ciasny na tego potężnego chłopaka, który spoglądał w głąb izby z udawaną obojętnością, choć jego bystre oczy wszystko uważnie śledziły. Lars opierał się o framugę drzwi i wpatrywał się w podłogę przed sobą. Za to oczy matki biegały nerwowo od jednego do drugiego, jakby w niemym, pełnym niepokoju pytaniu.
Mężczyźni pykali ze swoich krótkich fajek, matka ponownie wzięła do rąk robótkę na drutach, a promienie słoneczne wędrowały dalej wzdłuż zielonawej ściany.
W głowie Larsa myśli wznosiły się i opadały jak fale na kamiennym falochronie. Wiele przeżył od czasu, gdy w ogrodzie wuja Gusta zakwitły pierwsze krokusy.
W rybackiej chacie przez dłuższą chwilę panowała cisza. Wreszcie Klaas Klaaßen wyjął fajkę z kącika ust i przeciągnął dłonią po stole, jakby zgarniał z niego okruchy. Blat był jednak zupełnie czysty.
– Cóż, chyba nie ma innej rady, skoro obaj tak bardzo tego chcą.
Ojciec, Hans Peter Lassen, wyjął fajkę z ust i splunął w bok.
– Taa, chyba tak musi być – rzekł, a po chwili dodał: – Ale do tego trzeba też pieniędzy.
Oczy Petera Lassena, które do tej pory wszystko czujnie obserwowały, teraz zabłysły ożywieniem.
– Wiem o pewnej łodzi, którą można tanio kupić. Na plaży, całkiem niedaleko naszej cegielni, mieszka stary Hinrich Maaß, ten, co tak mocno trzyma z Duńczykami. Staremu już trochę szwankuje na umyśle. Chce się pozbyć łodzi, a sam nie wie, ile jest warta. – Peter roześmiał się i przeczesał dłonią swoje krótkie włosy. – Cały czas mu wmawiałem: „Ten stary grat nie jest już nic wart”. A po cichu myślałem sobie: kto wie, może kiedyś się przyda. „Osiemdziesiąt, góra dziewięćdziesiąt marek – mówiłem mu – nikt nie da panu więcej za tę starą krypę”. Ale to wciąż całkiem niezła łajba, w Eckernförde musiał za nią dać bite 200 marek. To byłaby idealna łódź na lato!
Peter założył kciuki za pachy, wyszczerzył w uśmiechu rząd białych zębów i wiódł wzrokiem od jednego do drugiego. Miał minę triumfatora, a Lars posłał mu szybkie, pełne podziwu spojrzenie.
Starzy skinęli głowami, patrząc prosto przed siebie.
– A do tego jeszcze sieci i cały osprzęt – powiedział Hans Peter Lassen.
Klaas Klaaßen wbił wzrok jeszcze głębiej w swoje kapcie i pociągnął z fajki kilka solidnych haustów. Wypuszczając dym kącikiem ust, wycedził niewyraźnie:
– Moja stara Stine-Marie odłożyła całkiem niezłą sumkę. Coś tam Justina dostała w posagu przy ślubie... to wprawdzie Asmussen wszystko przetrwonił... ale zostało tam jeszcze coś, co miałaby dostać po mojej śmierci. Pewnie będzie jej to na rękę. No i wtedy... – ucięcie zdania zbył machnięciem ręki.
– Taaa – rzekł Hans Peter Lassen, kiwając głową na boki. – Taaa, tylko że ja nie zdołałem jeszcze tyle odłożyć, mając na głowie tę trójkę dzieciaków, co to jeszcze siedzą w domu. – Wpatrywał się tępo w przeciwległą ścianę, wciąż trzymając dłonie płasko na kolanach.
Dziadek znów wyjął fajkę z ust, odwrócił wielką, siwą głowę w stronę Lassena i przymknął jedno oko:
– No już, Hans Peter... mój przyjacielu, nas nie oszukasz. Zrobimy to porządnie, po równo, żeby chłopaki nie mieli sobie nic do zarzucenia i żeby wszystko miało swój porządek.
Hans Peter naciągnął czapkę na czoło, umościł się jeszcze wygodniej i mruknął coś pod nosem w swoją krzaczastą brodę. Sprawa była już jednak ugadana, a matka poszła przynieść kawę.
Tamtego niedzielnego wieczoru morze dokoła przypominało drżącą, perłową taflę. Pośród tego cudownego blasku Lars siedział w łodzi dziadka i marzył. Łódź była mocno przywiązana do pala, a fale cicho o nią pluskały, niczym senny szept wiecznie oddychającej tęsknoty. Świat przybrał złotawo-czerwoną barwę, szklistą i świetlistą aż po najdalsze, zacierające się we mgle brzegi. Był to świat niezwykle cichy i czysty. Nawet mewy zdawały się to odczuwać, bezszelestnie szybując na skąpanych w słońcu skrzydłach. A wielkie, wzniosłe świetliste obłoki ciągnęły po niebie swoim tajemniczym szlakiem.
Lars wodził za nimi wzrokiem, a w jego wnętrzu budziło się przeczucie własnego losu. Tak właśnie przemijał. Kto mógłby powiedzieć: „Tam jest twój cel”? – Gdzieś daleko... daleko, w perłowym blasku tego, co niepoznane i niezgłębione, tam zapewne się krył.
Kiedy jednak stał na plaży, zanim wyruszył do domu, przebudziło się w nim coś jeszcze. Spojrzał w dal, na cichą, lśniącą przestrzeń, a w jego duszy rozbrzmiało bicie dzwonów. Teraz należał już do morza.
* * *
Wkrótce potem dogadali z Hinrichem Maassem wszystkie szczegóły dotyczące łodzi. Udało się również zdobyć sieci, dokładnie takie, jakich zażyczył sobie dziadek. Zdążyli już nawet kilka razy wypłynąć w morze. I całkiem dobrze się spisali.
To był dzień bezbrzeżnej dumy, kiedy po raz pierwszy wypłynęli w morze własną łodzią. Przybrali przy tym miny, jakby była to dla nich najzwyklejsza, codzienna czynność. Z udawaną obojętnością schodzili na plażę, taszcząc na ramionach wiosła i sieci, odziani w nieprzemakalne sztormiaki, chociaż deszcz ledwie kropił. Na te dwie wysokie, młode sylwetki – z rozśmianymi oczami kontrastującymi z obojętnym wyrazem twarzy – aż miło było patrzeć w szarym świetle poranka.
Za pierwszymi kilkoma razami praca była dla nich prawdziwą przyjemnością, czystą radością.
Kiedy jednak mokre liny obtarły im dłonie do żywego, a ciężką pracę poczuli w każdej kości, sprawy przybrały inny obrót. Peter Lassen już wcześniej harował w cegielni, musiał więc jedynie przywyknąć do nowego rodzaju wysiłku. Organizm Larsa nie był jednak tak zahartowany, a brzemię okazało się dla niego niemal ponad siły.
Peter Lassen czasem wykrzywiał usta w lekkim uśmiechu, obnażając białe zęby, gdy Lars odruchowo chwytał się za bolące plecy lub wzdrygał się, gdy lina przesuwała się po otwartych ranach na jego dłoniach. Wtedy Lars gniewnie ściągał brwi i pracował dalej bez słowa skargi. Ale w nocy, leżąc w łóżku, niekiedy pojękiwał z bólu.
Matka oczywiście to dostrzegała, wiedziała jednak, że nie wolno jej z nim o tym rozmawiać.
Lars mocno zaciskał usta; to w tamtym okresie na jego twarzy utrwalił się ten stężały, nieruchomy, niemal ponury wyraz. Jednak pod maską tych spokojnych rysów myśli nieustannie pracowały. Kiedy tylko zwalniał go kierat ciężkiej pracy, pogrążał się w rozmyślaniach, nie dorastał bowiem w monotonnej rutynie wyczerpującej harówki przerywanej jedynie chwilami znużonego odpoczynku. Jego umysł został przebudzony, a uśpiona, podatna gleba jego duszy od kilku już lat była starannie uprawiana. I właśnie teraz w jego milczącej, chłopięcej duszy obudził się świadomy pęd do wiedzy, wyrywając się ku temu, co dalekie i nieznane. Zrodziło się w nim coś na kształt głodu – pragnienie czegoś wielkiego, czego jeszcze nie potrafił określić, oraz czynów, których nikt nie umiałby mu nazwać.
Na domiar złego, obezwładniające zmęczenie i ból w kościach napawały go teraz zniechęceniem. O tej bolesnej tęsknocie nie mógł porozmawiać absolutnie z nikim. Nikt z nich by go nie zrozumiał, a Peter Lassen najprawdopodobniej by go tylko wyśmiał. To, że musiał dźwigać ten ciężar zupełnie sam, tylko pogarszało sprawę. Dlatego też przeradzało się to w nim w narastającą nienawiść do tych, którzy tak nim pomiatali dla własnych, egoistycznych celów. Na samą myśl o otyłym wuju Guście, nie mówiąc już o ciotce Jette, mimowolnie zaciskał pięści.
Jednak w duszy Larsa tętniło zbyt wiele życia, by mogła na dobre pogrążyć się w żalu i gniewie. Gdy wiosłowanie, żeglowanie, łowienie ryb i duma z pierwszych własnych zarobków straciły swój pierwotny urok, zaczął szukać czegoś nowego, by dać upust rozpierającej go energii. Prace ciesielskie i konstruowanie od zawsze sprawiały mu więcej radości niż cokolwiek innego. Kiedy jeszcze mieszkał w mieście, w wolnych chwilach często przesiadywał w warsztacie starego szkutnika. Teraz w każdej wolnej chwili kręcił się wokół zimowej łodzi dziadka, gładził dłońmi jej kadłub, przysiadał obok i rozmyślał.
W ten sposób minęła wiosna i część lata.
Pewnego niedzielnego poranka, gdy nikogo z bliskich nie było w pobliżu, znów przesiadywał przy łodzi dziadka, a po jego twarzy przesuwały się łagodnie rozproszone promienie słońca i rozległe cienie chmur.
Z głębokim westchnieniem podniósł się z miejsca i skierował kroki w stronę domu. Przez okno dostrzegł matkę siedzącą przy stole; przed nią leżała Biblia i niedzielna gazetka. Słońce omiatało jej twarz i połyskiwało w siwych pasmach jej włosów. Nagle przemknęło mu przez myśl, jak wiele zmarszczek przybyło na jej obliczu! Zbliżał się do drzwi bardzo powoli i ostrożnie, wiedział bowiem, że matka świętuje niedzielę w samotności, sądząc, że wszyscy mężczyźni są daleko stąd. Podświadomie wyczuł surową godność malującą się na jej spokojnej twarzy. Gdy tak siedziała pochylona nad lekturą, starzejącą się kobietę otaczała aura niemal arystokratycznej nietykalności. Lars, niezgrabnie i z lekkim zażenowaniem, wszedł przez próg do sieni. Matka odsunęła Biblię na bok, a on poczuł się tak, jakby nakrył ją nie w pełni ubraną.
Wziął swoje narzędzia i wyszedł z powrotem na zewnątrz. Jednak mierzenie i przymierzanie nie szło mu już tak gładko. Niedzielny spokój matki wyszedł za nim i unosił się wokół w łagodnym, letnim powietrzu.
Łódź dziadka była wyciągnięta wysoko na brzeg, niemal pod same korony ostatnich buków porastających zalesienie. Liście tkwiły znieruchomiałe w szarym powietrzu; tylko od czasu do czasu wydawało się, że przez drzewo, aż po same końce najdrobniejszych gałązek, przebiega dreszcz. Na wodzie unosiła się srebrzysta, migocząca poświata, a od czasu do czasu przeciwległy brzeg, spowity do tej pory szarością, rozbłyskał radosnymi barwami słońca.
Nagle i on sam poczuł tę uroczystą ciszę dookoła. Zupełnie do niej nie pasował ze swoim gniewnym zniechęceniem, które wciąż na nowo wzbierało w nim niczym mętna fala. Dlaczego naszło go akurat to uczucie, tego nie potrafił wyjaśnić. Tutejsi ludzie rzadko chodzili do kościoła, droga była po prostu zbyt daleka. Jednak u niektórych z nich, głęboko na dnie ich zahartowanych wiatrem dusz, znajdowało się dziewiczo ogradzane miejsce; tam właśnie mieszkała niedzielna cisza. To właśnie w jej obręb wkroczył teraz Lars. Wstydził się swojej nienawiści i niechęci, które nie współgrały ze spokojnym, skąpanym w słońcu światem.
Siedział na krawędzi łodzi, z głową lekko pochyloną do przodu i powiekami nisko opuszczonymi, a na jego twarzy malował się ten uroczysty, niemal posępny wyraz, jaki zwykle przybierał w kościele. Albowiem w tej niedzielnej ciszy spłynęło na niego poczucie, że tuż obok niego unosi się wielka, święta Obecność, w której jego myśli i uczucia znalazły swe echo.
„Ty głupi Larsie” – rozbrzmiało w jego uszach, a on pochylił głowę jeszcze niżej – „z tym twoim martwieniem się, użalaniem i gniewaniem! Przecież wszystko zostało już dla ciebie przygotowane, a cel podróży wyznaczony. Po prostu idź odważnie przed siebie, ty głupi Larsie!”
Rozdział X.
Dobrze znieśli morderczą zimową pracę, mimo swojej taniej, kiepskiej łodzi. Uporali się również z gniewem, gdy inni rybacy wyprzedzali ich łódź i z szerokim uśmiechem oglądali się przez ramię na dwóch maruderów. A podczas ciężkiej pracy Lars rzadko miał okazję rozmyślać o swojej samotności i wielkiej tęsknocie.
Aż wreszcie wiosną dojrzało w Larsie to, co nurtowało go i narastało w nim już od blisko roku. Westchnął głęboko, po czym zaczął o tym mówić. Powoli i rozważnie wszystko wyłuszczył, a w oczach Petera Lassena zapłonęły ogniki i chłopak z entuzjazmem uderzył pięścią w stół. Hans Peter Lassen splunął z pogardą, nie chcąc nawet słuchać o tych bzdurach. Teraz w końcu zobaczył, jak to całe wykształcenie przewróciło chłopakowi w głowie. Za to Klaas Klaaßen tylko powoli skinął swoją dużą, siwą głową. A następnego ranka zorganizowali sobie bale i deski.
Z morza widać było ogień i dwie wysokie sylwetki poruszające się na jego tle. Nie zważali na oparzenia i bolące dłonie, gdy musieli wykonywać pracę maszyn, wyginając grube drewno nad płomieniami. Od czasu do czasu pojawiał się dziadek, stawiając długie, szerokie kroki, i stawał nieruchomo z rękami w kieszeniach, jakby był wystrugany z drewna; czasem mrużył jedno oko i z zadowoleniem przyglądał się temu rąbaniu i piłowaniu, temu, jak białe wióry sypały się spod hebla, a młode twarze pałały. Hans Peter Lassen też przechodził obok, niby przypadkiem, rzucał przez ramię jakieś pogardliwe słowo, a jednak zerkał w ich stronę, wracał następnego dnia i z czasem zaczął przystawać obok dziadka z fajką w ustach. Przychodzili też inni rybacy, w krótkich słowach służąc radą i opinią. Ale dwaj chłopcy tylko irytowali się na starych i puszczali to mimo uszu.
Tymczasem nadeszło późne lato i dziś nastał ten wielki dzień! Wesołe, białe grzywy fal tańczyły na błękitnym morzu. Lars żelaznym uściskiem dzierżył wiosła, a Peter Lassen szedł przodem z masztem na ramieniu. Kroki Larsa dudniły w jego własnych uszach niesamowicie głośno na deskach pomostu. Wiedział, że wszyscy na plaży zwracają na niego uwagę – dziadek i pozostali starzy rybacy – więc z całych sił starał się wyglądać równie obojętnie co Peter; miał bowiem wrażenie, że starzy z pewnością dostrzegą, jak mocno bije mu serce. Szedł więc na sztywnych nogach, stawiając długie kroki, aż na sam koniec pomostu.
A na brzegu, na odwróconych do góry dnem łodziach, siedzieli dziadek, Hans Peter Lassen i cała gromada innych mężczyzn o krzaczastych brodach, ogorzałych od wiatru twarzach i przenikliwych rybackich spojrzeniach.
Co rusz któryś z nich wstawał i podążał za chłopcami na pomost, idąc niespiesznie, typowym, szerokim krokiem z fajką w kąciku ust. Na samym końcu pomostu unosiła się na falach pokładowa łódź rybacka. Jej kształt był może nieco niezgrabny, ale poza tym prezentowała się nowo i pięknie.
Peter jako pierwszy zsunął się na dół. Było coś płynnego, zupełnie niepodobnego do jego zwykłych, sztywnych ruchów, w sposobie, w jaki wskoczył do łodzi. Dłonie Larsa drżały, gdy podawał mu wiosła, lecz jego twarz pozostała niewzruszona.
Rrrr – żagiel poszybował w górę. Rybacy wskazywali kciukami na płótno i ustawienie masztu, potakując głowami.
I wreszcie odbili. Lars siedział za sterem z głową lekko wysuniętą do przodu. Gdy tylko oddalili się od brzegu, chwyciła ich rześka wschodnia bryza. W olinowaniu zaturkotało i zadzwoniło, białe grzywy fal uderzały o burtę, lecz łódź dumnie unosiła dziób i miarowo parła naprzód. Wtedy na policzki Larsa wystąpił nagły rumieniec.
Tymczasem na brzegu podniósł się pomruk uznania, a mężczyźni niemal ożywili się w swoich ruchach. Dziadek jednak siedział zupełnie nieruchomo na odwróconej łodzi i pykał fajkę. Tylko jego oczy się śmiały.
To był ich próbny rejs. Siedemnastoletni chłopak dopiął swego. Co prawda nowa łódź była jeszcze nieco ociężała i ustępowała szybkością innym rybackim łodziom, ale wszyscy zgodnie przyznali, że była to jednostka morsko dzielna. A to, że w ogóle płynęła – to było w tym wszystkim najbardziej zdumiewające.
* * *
Było to w sobotę, a po południu Lars z dziadkiem odwieźli ryby do wędzarni.
Pod wieczór wschodni wiatr ułożył się do snu, a oni mozolnie wlekli się przez zatokę na obwisłym żaglu. Brzegi odbijały się głęboko w wodzie, a wielka cisza znów rozpostarła szerokie skrzydła nad morzem i lądem. Bezszelestne sunięcie po wodzie i wszechogarniające milczenie uwolniły coś w duszy Larsa. Trud i znój walki o chleb powszedni zeszły na dalszy plan, a on po raz pierwszy zaczął mówić o swojej tęsknocie – o tym, by choć raz wyrwać się z tego banalnego kręgu harówki i udręki, jedzenia i spania. Znalazł też słowa, by wyrazić swój gniew i nienawiść wobec bogatego wuja i w ogóle wszystkich tych sytych ludzi. Ale stary trzymał rękę na sterze, patrzył przed siebie na bezgłośną taflę wody i nie odzywał się ani słowem.
Gdy tak przez dłuższą chwilę sunęli w milczeniu, powoli poruszył wargami, jakby mówił do samego siebie. Nagle zaczął mówić, swoim zwyczajem lekko się zacinając i mamrocząc pod nosem.
– Lars, mój chłopcze – powiedział dziadek. – Nie widzisz, że wszystko dookoła ma swój właściwy, piękny porządek i jedno pasuje do drugiego, zupełnie jak w moim harmonium? Tylko ludzie czasami wprowadzają w to zamęt. I to jest jak ten fałszywy dźwięk, wiesz? Wtedy brzmi to tak, jakby cała melodia była fałszywa, i żaden dźwięk już nie wie, czy na pewno jest na swoim miejscu. Ale w rzeczywistości wszystko pozostaje tam, gdzie być powinno, i kiedy ten jeden fałszywy ton znika, od razu się to czuje. Myślę, że każdy musi po prostu mocno trzymać się swojego własnego dźwięku, a wtedy ten wielki, wspaniały porządek sam znajdzie dla niego miejsce. Ale jeśli ktoś nie trzyma się swego dźwięku, chwieje się i sam robi zamęt, to musi odpaść. Jeśli to tylko możliwe, wyklucza się go z melodii, a ten wielki porządek dookoła, w którym wszystko pracuje i jest potrzebne, dąży tylko do tego, by się go pozbyć.
Słowa te trafiły do Larsa tak celnie, jakby wykiełkowały w jego własnej duszy. Tyle że on sam myślał o tym dotąd w o wiele bardziej mglisty sposób. Jednak o tym wewnętrznym pędzie i wielkiej tęsknocie dziadek i tak nie mógł mieć przecież pojęcia.
– „Tak” – podjął w końcu, wodząc wciąż dłonią po ławce w tę i z powrotem. – „Żeby tak tylko wiedzieć, który to ten właściwy, przypisany człowiekowi dźwięk. Łódź zbudowałem przecież nieźle, i ciągnie mnie do takich rzeczy, więc byłoby chyba dobrze, gdybym ostatecznie jednak został prawdziwym szkutnikiem. Ale jeśli to nie wypali, to jaki właściwie jest ten mój dźwięk?”
– „Tak, mój chłopcze, to nie jest tak proste jak zajadanie się wędzonym węgorzem. Niełatwo do tego dojść, a pewnie równie trudno to potem komukolwiek wytłumaczyć, bo każdy musi poczuć to w sobie sam. Nawet jeśli czasem nie idzie tak, jak byś chciał, musisz po prostu mieć oczy otwarte i wypatrywać, gdzie ten wielki porządek znajdzie dla ciebie miejsce. Kiedy szamoczesz się pod prąd, kiedy ten porządek tego nie chce, a czas nie dojrzał, to w życiu nic z tego nie wyjdzie. Robi się z tego tylko jeden wielki harmider”.
– „Ale takie ciągłe siedzenie w ciszy i kulenie się w sobie to też żadne wyjście. Tam w Wanbyll rybacy trzymają się razem i chcą przebudować cały ten świat od nowa, to przecież piękna sprawa”.
– „Trzymanie się razem, owszem, to pewnie słuszna rzecz, ale z całą tą resztą robią jak dla mnie stanowczo za dużo hałasu. Nie wierzę w to, to nie jest coś, co wyszło z naturalnego porządku rzeczy. Zobaczysz, trzeba pracować i powoli rosnąć, bez robienia cyrku, bo inaczej w życiu nic z tego nie będzie”.
Lars wzruszył niecierpliwie ramionami. Ale ilekroć znów próbował zabrać głos, usta dziadka zaciskały się w wąską kreskę, a zmarszczki w ich kącikach pogłębiały się. Stary nie odzywał się już ani słowem. Wpatrywał się w dal nad morzem i tylko od czasu do czasu mrużył jedno oko.
W Larsie nie było jednak za grosz tego stoickiego spokoju. Pierwszy, świeży posmak sukcesu, a potem ta rozmowa z dziadkiem, tak silnie wstrząsnęły jego myślami i uczuciami, że aż zapierało mu dech w piersi. Zbuntowała się w nim chęć działania, sprzeciwiając się temu siedzeniu w ciszy i nasłuchiwaniu. Tego wieczoru zrozumiał, że musi działać – może tak, jak chcieli ci z Wanbyll, a może jakoś inaczej. Byle tylko nie siedzieć bezczynnie i nie czekać!
Potem jednak wrócili do swojego cichego świata. Miarowy rytm pracy położył swoją ciężką, kojącą dłoń na Larsie, i chłopak niepostrzeżenie osunął się z powrotem w mgliste, pełne zadumy marzycielstwo własnego, wewnętrznego świata.
Rozdział XI.
Na górze, w Moosgaard, odbywały się dożynki. Dni stawały się już krótsze, a o zmierzchu wilgotny, zimny wiatr ciskał fale z pluskiem o kamienie.
Lars i Peter Lassen szli razem ścieżką pod górę.
Peter kupił sobie nowy biały plastron, który nie chciał się dobrze trzymać pod kamizelką. Jednak jego twarz, okolona małym kolorowym krawatem, lśniła z miną pełną beztroskiej godności.
Lars miał teraz niebieski garnitur, dokładnie taki jak Peter. Szedł mu dziewiętnasty rok życia; wyglądał na rosłego i męskiego.
Peter miał szczególny powód, który przywiódł go na te dożynki. Miał prawdziwą narzeczoną. Nie miał jeszcze nawet dwudziestu lat, ale od blisko czternastu dni miał narzeczoną.
Opowiedział Larsowi dokładnie, jak do tego wszystkiego doszło: w cegielni, w której pracował, mieszkała porządna rodzina. Byli to biedni robotnicy, ale ojciec nie pił jak inni i trzymał się na uboczu. Matka dawno zmarła, a starsza, jasnowłosa córka dbała o dom i młodsze rodzeństwo. Peter zawsze trzymał z porządnymi ludźmi, więc szybko zaprzyjaźnił się ze spokojnym mężczyzną i jego lnianowłosymi dziećmi. Często siadywał w kącie przy piecu, a jego czujne oczy wodziły za silnymi, pewnymi ruchami starszej siostry.
Niedawno znów spotkał Dorę Nielsen. Było to w miasteczku; wyglądała na cichą i znacznie poważniej niż dawniej. Powiedziała mu, że ojciec zmarł parę miesięcy temu. Nadwyrężył się przy zbyt ciężkim ładunku kamieni; dostał krwotoku i skonał. Lekarz stwierdził, że organizm był już zbyt słaby i spracowany.
Musiała rozdać rodzeństwo na wychowanie. Dwoje było już, Bogu dzięki, na tyle dorosłych, by pójść do pracy. Najstarszy trafił do gospodarza, drugiego oddała na naukę zawodu, bo nie był zbyt silny. Do tej pory pracowała u żony właściciela cegielni, opiekując się przy tym młodszymi dziećmi. Teraz to się skończyło. Dzieci rozdzielono po gminie, a Dora szukała służby. Gdyby nadal było tak trudno o dobre miejsce, zamierzała zostać dziewczyną w mleczarni tam, gdzie jej brat służył jako parobek.
Przez cały czas patrzyła w bok i opowiadała smutno, zupełnie inaczej niż dawna, dziarska blondynka. Ostatnie słowa wypowiedziała obojętnie, niemal mrocznie. Ale Peter przybrał poważną minę, bo wiedział, że to ciężki los dla tak ładnej i silnej dziewczyny. Przez chwilę szedł obok niej w milczeniu przez miasteczko. Potem zatrzymał się i zapytał, czy chciałaby zostać jego żoną. W gruncie rzeczy powiedział to tylko dlatego, że zrobiło mu się jej żal, ale teraz, gdy była już jego prawdziwą narzeczoną, chciał ją pokazać wszystkim i był niesłychanie dumny, że wybrał sobie tak silną i dzielną kobietę. I właśnie po to, by pokazać się z narzeczoną, szedł teraz z Larsem do Moosgaard.
Choć Lars bardzo się starał, nie potrafił nadać swoim rysom wyraz tej obojętności, którą emanował Peter.
Uległ namowom kolegi tylko dlatego, że na tańcach miała pojawić się córka gospodarza Hoeka. Widział ją parę razy u wuja Asmussena, gdyż jej ojciec należał do partii duńskiej. Była od niego o wiele starsza, lecz była postawną, piękną dziewczyną. Ciemne, faliste włosy nosiła z przedziałkiem pośrodku, a jasnoniebieskimi oczami spod ciemnych rzęs patrzyła na świat wyzywająco. Zawsze była miła dla tego wyrośniętego chłopca o poważnym czole, a gdy skierowała do niego choć słowo, ogarniało go takie gorąco, że odwracał wzrok i ledwo śmiał odpowiedzieć.
Teraz stał oparty o szarą ścianę w sali gościńca i rozmyślał, jak to rozegrać, by z nim zatańczyła. Jego dziwne, mieniące się oczy, osadzone głęboko pod brązowym czołem, śledziły ją w każdym kącie sali. Przez to nie dostrzegał ładnych, niebieskich oczu, które niemal błagalnie spoczywały na nim. To była Trina Lassen, mała siostra Petera, która tak strasznie chciała choć raz zatańczyć. Była niepozorną dziewczynką, ledwie szesnastoletnią, która tej jesieni rozpoczęła służbę u pani Henriette Asmussen.
Im dłużej Lars tam stał, tym bardziej czuł się nieswojo i złościł się na siebie, że dał się Peterowi namówić na przyjście. Spojrzał w stronę kolegi. Ten siedział przy stole w kącie, przed sobą mając dużą szklankę. Jasnowłosa Dora siedziała obok niego. Peter nigdy nie nauczył się tańczyć, a te wszystkie podskoki i obroty uważał za śmieszne i poniżej swojej godności. Gdy jego ojciec, rozgrzany grogiem, robił się wesoły i zaczynał opowiadać o czasach, kiedy był najlepszym tancerzem w okolicy, Peter bębnił palcami w szybę i mówił o zarobkach z zeszłego tygodnia.
Siedział więc za stołem w kącie i rozglądał się triumfalnie. Skoro on nie tańczył, jego narzeczona również miała siedzieć przy nim spokojnie i przyzwoicie. Ale Dora tylko odrzucała głowę do tyłu i śmiała się głośno i wesoło.
Larsowi sprawiało jednak pewną satysfakcję to, że narzeczona Petera wyśmiewała tego wysokiego, zadufanego w sobie człowieka. Było mu też żal Dory, gdy jej dawni znajomi podchodzili do stołu i chcieli prosić ją do tańca. Widział, jak Peter dawał jej wtedy szturchańca. Musiała raz po raz powtarzać, że nie chce tańczyć, ale pod koniec wcale się już nie śmiała – w jej oczach pojawił się gniew.
Wkrótce jednak Lars przestał zwracać na nich uwagę, bo spośród tańczących wyłoniła się nadobna córka Hoeka. Usiadła na ławie pod ścianą i zaczęła manipulować przy bucie. Lars zaczerwienił się aż po same jasne włosy; sztywno i nieco niezdarnie przeszedł przez środek sali. Miało się wrażenie, jakby w głowie wszystko mu się pomieszało. Sam nie wiedział, jak udało mu się poprosić ją do tańca. Zaśmiała się wprawdzie, ruszając z nim w tany, ale on myślał teraz tylko o tym, by złapać rytm. Lekko go popchnęła, a on wmieszał się w tańczących z tym samym uczuciem, jakie towarzyszyło mu przy pierwszym skoku do wody na główkę. Bardzo się starał, pot spływał mu po twarzy, a ona prowadziła go i nim sterowała. W końcu było już po wszystkim i pary zaczęły wolno okrążać salę, jedna za drugą. Rozległo się rytmiczne „tup, tup”, w którym pobrzmiewała pewna uroczysta powaga. Lars wyglądał na jeszcze poważniejszego niż większość smaganych wiatrem twarzy wokół niego. A jednak krążyły w nim szczęśliwe myśli. Prawie drżąc z emocji, uświadamiał sobie, że trzyma pod ramię postawną i piękną córkę Hoeka.
Przypomniał sobie, kiedy widział ją po raz ostatni. Stała w białym, roboczym stroju wysoko na lśniącym w słońcu łanie pszenicy, mając za plecami głęboki błękit nieba. Spod białego czepka wyłaniała się roześmiana, ogorzała twarz, a z oczu strzelały zwycięskie, niebieskie błyskawice. Wtedy nie odważył się nawet do niej podejść. A teraz miał ją tuż obok siebie, trzymał ją mocno pod rękę. Ukradkiem zerkał na jej twarz. Naprawdę wciąż biło od niej to ciepłe światło, a w oczach miała ten sam wyzywający blask. Spojrzał na innych i odniósł wrażenie, jakby wszyscy oni przynieśli ze sobą z gorącej pracy na złotych polach tę radosną dumę zwycięzców, a ich uroczysta powaga wydawała mu się wyniosłą godnością. Tylko on sam – jak sądził – nie dokonał niczego godnego, co czyniłoby go wartym prowadzenia pod ramię tej dumnej dziewczyny.
Te niejasne myśli przepływały mu przez głowę, wypełniając go tak szczelnie, że nie zważał na nic innego. Nagle poczuł na ramieniu wielką, ciężką dłoń, która pociągnęła go w tył. Krępy syn bogatego gospodarza ujął ramię jego tancerki i wsparł je na swoim. Lars zdążył jeszcze zobaczyć, jak ta dwójka rosłych ludzi śmieje się sobie w oczy. Uczucie bezgranicznego poniżenia zalało go gorącą falą od stóp do głów.
Potem powoli zaczęła wzbierać w nim wściekłość, a jednocześnie duma podpowiadała: „nie daj po sobie nic poznać”. Obrócił się na pięcie i rozejrzał po sali. Wtedy jego wzrok napotkał błagalne oczy małej Triny. Podszedł do niej pewnym, sztywnym krokiem i bez słowa wyciągnął ją na środek sali. Dziewczyna kuliła głowę w ramionach, sama nie wiedząc, czy bardziej się cieszy, czy wstydzi.
Gdy taniec dobiegł końca, Lars dostrzegł, że rosły syn gospodarza kieruje się do wyjścia. Ruszył za nim kilkoma długimi krokami, wyzbywszy się nagle wszelkiego skrępowania. Przestał też wyglądać niezdarnie. W drzwiach rzucił szybkie spojrzenie na Petera Lassena. Ten gwałtownym ruchem odsunął swoją dużą szklankę i wyprostował się jak struna. Wyszedł z lokalu razem z Larsem.
Tego, co ta dwójka planowała zrobić w ciemnym ogrodzie gospody młodemu gospodarzowi i jego kolegom, później nie opowiadali. Kiedy jednak po kwadransie wrócili na salę, nerwowo poprawiali na sobie ubrania, a ich włosy były w wielkim nieładzie. Przymrużyli oczy, wchodząc do środka, bo oślepiło ich jasne światło. Przez kurz i dym tytoniowy nie widzieli wszystkiego wyraźnie, ale dostrzegli jedno: miejsce przy stole, gdzie siedziała Dora, było puste. Lars spojrzał na Petera i poczuł się nieswojo, widząc jego wzrok. Peter wodził oczami po całej sali. Wreszcie – jest! Tam w głębi, kołysała się w tańcu, i to właśnie z grubym Jensem z cegielni, którego Peter nie cierpiał.
Peter oparł się o futrynę, a jego twarz pociemniała.
W końcu udało mu się pochwycić jej spojrzenie. Oczy mu płonęły; wykonał w jej stronę władczy gest. Dora jednak odwróciła głowę w drugą stronę i w najlepsze plotkowała wesoło z grubym Jensem.
Ciemna czerwień wystąpiła na czoło Petera, a na skroniach nabrzmiały mu żyły. Przez czas trwania dwóch tańców stał tak bez ruchu, oparty o futrynę drzwi. Ludzie wchodzący i wychodzący potrącali go, lecz on zupełnie tego nie zauważał. Lars trwał wiernie u jego boku. Nie bardzo wiedział, co właściwie powinien teraz począć.
Lecz gdy po drugim tańcu ona wciąż pozostawała tam, w drugim kącie sali, Peter ruszył w jej stronę kilkoma długimi krokami. Zdawał się całkiem spokojny, tylko żyły wciąż miał nabrzmiałe, a w oczach dziwny błysk; mimo to był naprawdę zupełnie opanowany. Chwycił Dorę za rękę i rzucił:
– Chodź już.
Znów odrzuciła głowę do tyłu i zaśmiała się, ale jednak poszła za nim. Przeszedł przez sam środek sali i wyprowadził ją za drzwi, cały czas trzymając za rękę. Teraz Lars już zupełnie nie wiedział, co robić. Kiedy jednak Peter tak wyglądał, sprawa przybierała zły obrót. Ruszył więc za nim.
– Peter... daj spokój! – powiedział półgłosem.
Tamten jednak w ogóle go nie słuchał i wyszedł do ciemnego ogrodu.
Tam nagle chwycił ją za ramię i potrząsnął nią.
– Wstydź się! Wstydź się! – powtarzał bez ustanku.
Wybuchła głośnym płaczem ze złości.
– To ty powinieneś się wstydzić! Skoro jestem biedną dziewczyną, chcesz mi rozkazywać jak swojej służącej. Ty się wstydź! Jeśli tylko będę mogła, zrobię to samo jeszcze raz.
Wtedy Lars usłyszał w ciemności odgłos uderzenia. Peter Lassen uderzył swoją narzeczoną.
* * *
Łódź wyglądała mrocznie w wilgotnym porannym powietrzu. Wielkie, brązowe żagle są dziś niemal czarne od wilgoci i odcinają się od szarego nieba i bezkresnej wody niczym skrzydła nietoperza. Wielką ciszę mąci jedynie cichy plusk wody. A potem, gdy zaczyna się praca – miarowe chlustanie, gdy sieć wyrzucana jest miarowymi ruchami za burtę.
Lars pracuje; chwyta krzepko, ze ściągniętymi brwiami. Przy każdym szarpnięciu myśli o tym, że karze dumną córkę Hoeka i pokazuje jej, że nie zdołała go upokorzyć. Ma jednak na twarzy kilka wielkich sińców, a w sercu wielki ból po swojej pierwszej miłości.
Peter siedzi przy wiosłach i tępo gapi się przed siebie. Nie potrafi tego wszystkiego pojąć – ani siebie samego, ani Dory Nielsen, ani całego świata. Najmniej zaś rozumie to, dlaczego teraz, gdy ona już do niego nie należy, jej promienna jasność wciąż stoi mu przed oczami jako jedyna słoneczna rzecz w jego życiu.
A Lars chwyta wielkie, szorstkie zwały mokrych sieci i wyrzuca je w morze, wciąż tym samym, miarowym ruchem; szara woda raz po raz rozbryzguje się, a wokół w głębokim milczeniu rozciąga się pustka i bezkres. Obaj czują teraz bardzo wyraźnie, że to już koniec wszystkiego.
Rozdział XII.
Czy stary zegar w domu, w dużym białym gospodarstwie, jeszcze chodzi? Jeśli woda wciąż pluszcze w studni na środku podwórza, a białe mury wciąż chronią go z trzech stron przed ostrym morskim wiatrem niczym kochające ramiona dobrej matki, to i zegar musi tykać, bo to wszystko do siebie należy. I tak to szło przez wiele tysięcy, dziesiątki tysięcy kroków, „tik-tak”, nieubłaganym rytmem.
Lars stał się przy tym mężczyzną.
W sam środek tego łagodnego śnienia w znanej codzienności, niczym gwałtowne szarpnięcie, przyszło powołanie do wojska.
W dużym, obcym mieście portowym początkowo drążyła go tęsknota za domem. Trzymał się na uboczu, a w jego sposobie bycia było coś tak płochliwego, że przełożeni i koledzy brali go za głupca. Ich drwiny go drażniły, a gniew na lekceważenie po raz pierwszy wyrwał go z marzycielskiego odrętwienia. I tak jak niegdyś w szkole, szybko zyskał ich szacunek, gdy tylko wziął się w garść. Drzemiąca w nim rzetelna dzielność wypłynęła na powierzchnię. Także przełożeni zaczęli go cenić. Wtedy też silniej obudziło się w nim poczucie własnej wartości. Teraz dążenie do męskości stało się świadomym aktem woli.
Dlatego też odmówił sobie bożonarodzeniowego urlopu. Nie chciał na nowo rozbudzać tęsknoty, a z domu wyniósł przekonanie, że odkładanie pieniędzy to pierwszy warunek solidnej rzetelności. Przeznaczył więc pieniądze na podróż na oszczędności i w wolne świąteczne dni błąkał się po ulicach miasta z rękami głęboko w kieszeniach i z kamiennie poważną twarzą. Cichym, uważnym spojrzeniem chłonął wiele rzeczy i rozmyślał nad nimi, aż zrozumiał, o co w tym wszystkim chodzi. Najchętniej bywał w porcie, gdzie w swój spokojny, poważny sposób wdawał się tu i ówdzie w rozmowę z robotnikami stoczniowymi. Starsi robotnicy polubili tego rzetelnego, cichego żołnierza. Stopniowo zyskał tam kilku przyjaciół. I pewnego dnia spotkał Hansa Todtsena.
Hans Todtsen, kolega ze szkoły, był zatrudniony w stoczni. Próbował namówić Larsa, by zatrudnił się tam, gdy tylko wyjdzie do cywila.
– Jako robotnik portowy możesz łatwo awansować i do czegoś dojść. Co to za zajęcie dla ciebie, to bawienie się w rybaka!
Przed Larsem znów otworzyły się wielkie, rozległe możliwości, aż musiał głębiej odetchnąć. Ale potem pomyślał o przymusie – o tym, że ci robotnicy nie mogli postępować tak, jak chcieli, lecz nad nimi stała jakaś obca siła, której musieli być posłuszni, nie do końca rozumiejąc komu i po co. I poczuł, jak coś silnego i szerokiego budzi się w nim i prostuje, jakby klatka piersiowa mu się od tego rozszerzyła. Pomyślał o własnoręcznie zbudowanych łodziach w domu i o wolnym życiu, gdzie był własnym panem i nikt nie miał mu nic do powiedzenia. A potem od razu pomyślał o dziadku, o tym, jak często teraz opadał z sił po ciężkiej pracy, i o cichym trudzie i staraniach matki. Zastanawiał się, co staruszkowie poczną przez ten cały czas bez niego i co by powiedzieli, gdyby przyszedł list, w którym stałoby: „Lars w ogóle nie wraca. Pieniędzy potrzebuje dla siebie, żeby się wybić. Może później, kiedy już się dorobi, będzie mógł wam pomóc”. Później... A co, jeśli kiedy w końcu by przyjechał, starzy zdążyliby się już zadręczyć i odeszli do nieznanego kraju, gdzie jego pieniądze nie byłyby im już potrzebne? Powiedział więc Hansowi Todtsenowi, że nie ma ochoty zostawać robotnikiem stoczniowym, i wrócił do domu.
W domu początkowo było dla niego zbyt cicho, a pusta, szara samotność wprawiała go w przygnębienie. Powróciła też myśl, czy postąpił słusznie, wracając; czuł bowiem, że wciąż drzemie w nim coś, co mogłoby dokonać rzeczy większych niż łowienie ryb. Lars miał czas na rozmyślania, bo w tym okresie brakowało mu pracy.
Peter już od dawna znów pracował w cegielni. Gdy tam zabrakło dla niego zajęcia, poszedł na żniwa do bogatego gospodarza. Napisał do Larsa, że żniwa są opóźnione i gospodarz wciąż potrzebuje rąk do pracy.
Wkrótce po przyjeździe Lars udał się w głąb lądu do tego dużego gospodarstwa; szedł kilka godzin. Na szerokim podwórzu było czysto i porządnie, a przed białymi ścianami pyszniły się kolorowe kwiaty. Ale gospodarz zmierzył go jasnymi, zimnymi oczyma i powiedział, że zna jego dziadka i słyszał od pana Asmussena, kim Lars jest.
– Nie potrzebuję niemieckich robotników – oświadczył, i Lars musiał bez obiadu wędrować z powrotem daleką drogą między wysokimi żywopłotami.
Przez kawałek drogi Peter mu towarzyszył.
– Tak, on taki jest – powiedział Peter. – Musimy śpiewać duńskie pieśni i czytać duńskie gazety, a jeśli tego nie robimy, gospodyni daje nam marny obiad. To, co się tu dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie. Prawie wszyscy w tutejszych dużych gospodarstwach są tacy jak Jens Steen. Jeśli sprowadzi się tu niemiecki kowal czy stolarz, może codziennie świętować niedzielę, bo pracy mu nie dadzą. Wszyscy ci mali ludzie udają, jak to niby nienawidzą Niemców, i wtedy powodzi im się świetnie. Byłbym głupi, gdybym dawał po sobie poznać, co naprawdę myślę.
Lars szedł jednak obok niego wielkimi krokami i nie mówił ani słowa. Nagle machnął pięścią w powietrzu.
– To hańba – rzekł. – Wraca człowiek z miasta do domu i myśli, że tu na wsi ludzie są wolni i są swoimi własnymi panami, a tu znowu to samo.
– Co takiego? – zapytał Peter Lassen.
– Ten przeklęty przymus, człowieku. W mieście oczywiście często kręciłem się przy stoczni, kiedy miałem czas. Poznałem tam paru porządnych, spokojnych ludzi. Byli oczywiście „towarzyszami”, jak wszyscy inni. I wiesz, Peter, zawsze uważałem za słuszne to, czego chcieli tam w Wanbyll. Ale czasem musieli oddawać związkowi nawet cztery marki tygodniowo. I myślisz, że myśleli tak jak reszta? „To wszystko czcze gadanie”, mówili. „Tak jak oni chcą, nigdy nie będzie, a tymczasem przez te wieczne strajki handel zamiera i my, robotnicy, mamy z tego największą szkodę”. Ale musieli iść z innymi i choćby nie wiadomo ile zarabiali, musieli strajkować, czy chcieli, czy nie. I ten przymus mnie złościł. Myślałem sobie czasem, że gdybym został w stoczni, pewnie mógłbym się wybić. Spotkałem w mieście Hansa Todtsena ze szkoły. Dobrze mu idzie i chciał mnie tam zatrzymać, ale ja wolę być tutaj wolny i być własnym panem. Niech to szlag, jeśli tutaj nie jest lepiej.
* * *
Musieli więc dalej przymusowo próżnować, dopóki Peter nie skończył pracy u gospodarza po żniwach. Nie mogli rozpocząć połowu śledzi, ponieważ do dwóch łodzi potrzebowali czterech ludzi.
Ale w końcu czas bezczynności dobiegł końca i Peter powrócił. Wtedy zaczęła się ciężka praca.
Dziadek bardzo się postarzał w ostatnich latach, a Hans Peter Lassen zaczął podupadać na zdrowiu.
Od tej pory w każdej łodzi wypływał jeden z młodych z jednym ze starszych, przy czym na młodych spadał teraz znacznie większy ciężar pracy niż dawniej.
Wraz z pracą powróciła spokojna pewność, a Lars znów zaczął głęboko wdychać rześkie morskie powietrze i czuć, że jest u siebie.
Rozdział XIII.
Przez cały tydzień wiatr smagał wodę lodowatymi szkwałami deszczu. Białe grzywy fal osiadały na ich ubraniach, gdy te pędziły wściekle po czarnej toni. Łodzie rybackie kuliły się, wspinały na fale i płoszyły niczym zdziczałe konie, gdy uderzał w nie wicher. To była ciężka, mozolna praca; parę razy łodzie tak nabrały wody, że wszyscy z poważnymi minami zaczęli ją wylewać, walcząc o życie. Ale wciąż jakoś się udawało; nie chcieli zostawać w domu, bo jesienne połowy w tych miesiącach były obfite. Jednak dla starszych ten czas stał się udręką.
Stary handlarz, któremu dziadek sprzedawał ryby, odkąd Lars sięgał pamięcią, zmarł i musieli szukać nowego.
Rybacy wokół całej zatoki mieli obfite połowy, więc handlarze nadmiernie zbijali ceny. Peter przeczytał jednak, że w sąsiednim mieście śledzie stoją znacznie wyżej. Posłali więc ryby tam. Ale handlarze zwietrzyli pismo nosem i ponieważ byli ze sobą w zmowie, ci w drugim mieście nie przyjęli towaru. Rybakom przesłano wiadomość, że transport zepsuł się w drodze.
Ciężka walka z czarnym, mokrym żywiołem poszła na marne. Dziadek wyprostował swoje zesztywniałe, łagodne członki i nie powiedział ani słowa. W Larsie jednak znów wezbrał mroczny gniew.
Jesień, mimo mnóstwa ryb, nie przyniosła dobrych zarobków. Zimą trzeba było więc ostro pracować. Ale zima była sroga. Przez pewien czas zatokę skuł lód i musieli zostać w domu. Lars znów wyciągnął swoje ukochane stare książki i siedział w izbie przy matce Stinie, czytając bez końca; gdy do niego mówili, nie odpowiadał i patrzył na wszystkich ze złością. Matka Stina krzątała się cicho wokół niego, dbając, by miał spokój.
Potem Lars znów stawał na brzegu i rozmyślał, czego też życie może od niego chcieć.
Gdy nadeszła lekka odwilż i wiatr przepchnął lód na drugą stronę zatoki, znów wypłynęli. Ale z rybami nie było dobrze. Przed wejściem do zatoki rybacy z pełnego morza rozstawili sieci stałe. Oni mieli dobre zyski, ale śledzie nie znajdowały już drogi do wnętrza zatoki, więc tutejsze połowy były mizerne. Peter Lassen klął i wyzywał za każdym razem, gdy wracali z marnym łupem, a oczy Larsa płonęły gniewem. Obaj starsi zachowywali jednak całkowity spokój. Cała czwórka trwała nieustannie przy pracy, nawet gdy wydawało się, że ledwie warto się trudzić. I dzięki tej zawziętej wytrwałości zaszli jednak dalej niż wielu innych.
* * *
Wszyscy czuli szacunek do obu chłopców.
Wielu spośród siwych, zmierzwionych, smaganych wiatrem rybaków potakiwało z uznaniem, gdy mowa była o Larsie Asmussenie i Peterze Lassenie.
Wśród młodych byli jednak i tacy, którzy machali lekceważąco ręką, jak gdyby nie warto było o tej dwójce wspominać. Twierdzili, że tamci po prostu idą przed siebie po cichu i nie podejmują się niczego odważnego.
Na to Peter odpowiadał:
– Tak, to piękny styl, zupełnie jak niegdyś Klausa Tomsa. Wypływał w sztorm i lód przed zatokę, rzucał kotwicę – odwagi mu nie brakowało i ryb wyciągał tam całe mnóstwo. A potem chciał mieć z tego uciechę i co wieczór schodził na ląd do gospody w Seegade. Kiedy po czterech tygodniach wrócił do żony, przyniósł jej wspaniały prezent. Wiecie jaki? Sto marek długu!
Inni odchodzili wtedy, mrucząc pod nosem, że to niby tylko dlatego, że tamci dwaj boją się o swoją własnoręcznie zbudowaną łódź.
Kiedy jednak obaj chłopcy stawiali żagle i na swej nowej łodzi tak spokojnie, niemal uroczyście przemykali obok wszystkich, tamci milkli i odwracali wzrok w inną stronę.
Peter miał gotową odpowiedź także wtedy, gdy docinali mu, że z nim i Larsem nie ma żadnej zabawy.
– Tam, gdzie zbiera się wielu – mówił – tam zawsze komuś chce się pić. Tak zaczyna się pijaństwo. Porządny człowiek lepiej czuje się sam.
Lars i Peter wiedzieli, że są porządnymi ludźmi. Nosili głowy wysoko i sztywno. Lars czasem o tym zapominał, pogrążony w swoich zawiłych rozmyślaniach, ale u Petera ta świadomość była obecna niemal zawsze. Dawało mu to pewność siebie, zadowolenie i radosny blask w oczach. Tylko rzadko, z jakiegoś lamusa w sercu Petera, wypływały wspomnienia o czymś jasnym, co wpadło w jego życie niczym światło słoneczne. Wtedy stawał się mrukliwy, a jego wyniosły sposób bycia stawał się wyzywający i raniący.
Peter i Lars rzadko przebywali z innymi młodymi ludźmi. Ale gdy u Hansa Petera Lassena siadywali rybacy z Wanbyll, obaj z poważnymi minami przyłączali się do nich.
Dwaj spośród rybaków byli starszymi mężczyznami. Trzeci, Kords, był jeszcze młody, ale niemal kaleki. Przy wyciąganiu sieci chwycił gołą ręką żabnicę. Wywiązało się zakażenie i ramię pozostało sparaliżowane. Rybakowi przysługiwało ubezpieczenie powypadkowe liczone według zwykłej dniówki, co było kwotą marną. Kords miał w sobie coś mrocznego, jakby wiecznie płonął gniewem. Brało się to stąd, że wraz z żoną i gromadką małych dzieci żył w nędzy.
Pozostali dwaj rybacy również należeli do niezadowolonych.
O rudym Trollsenie Peter mówił ze śmiechem:
– Przepił pieniądze, a teraz złorzeczy.
Natomiast Maszen, o mrużących się wiecznie oczach i szczeciniastej, siwej brodzie, miał narzekanie we krwi tak samo, jak smykałkę do liczenia. Na tym polu ci z Wanbyll znaleźli wspólny język z Hansem Peterem Lassenem, gdyż ten również pilnował każdego grosza.
Lars miał jednak inny powód, dla którego siadał w chacie Hansa Petera Lassena i słuchał w milczeniu rozmów gości z Wanbyll, dopytując o szczegóły.
Jako chłopcu zawsze wydawało mu się piękne to, czego chcieli ci z Wanbyll. Wszystko miało zostać tak urządzone, by praca odzyskała należne jej miejsce na świecie i by nikt nie miał się lepiej od drugiego. Wszyscy chcieli trzymać się razem aż do śmierci. Jednak odkąd poznał nieco świata, stał się nieufny. Przymus i narzucanie komuś zdania budziły w nim wstręt. Nienawidził tego już w wojsku. Tam jednak zrozumiał, że ludzie muszą tam być, by chronić ojczyznę. Zauważył też, jak surowa dyscyplina wyrobiła w nim twardą, męską siłę. Tamtego drugiego rodzaju przymusu jednak nie rozumiał i dlatego mu nie ufał. Czytał teraz dużo gazet i to, co mówili przywódcy towarzyszy, wcale nie brzmiało tak, jak sobie to niegdyś wyobrażał. Wydawało mu się to nierozsądne, jakby szukali tylko własnej korzyści. Tak jak mówił dziadek: robili zbyt wiele szumu.
Teraz starał się dowiedzieć czegoś więcej od tych z Wanbyll. Oni wprawdzie potrafili potężnie wymyślać na obecny stan rzeczy, ale sami do końca nie rozumieli, jak to wszystko ma wyglądać w przyszłości. Lars nie doczekał się od nich żadnej konkretnej odpowiedzi. Stawał się więc coraz bardziej milczący i zrozumiał, że takie sprawy musi rozstrzygnąć sam w swojej głowie. Coraz rzadziej bywał u Hansa Petera, gdy gościli tam mężczyźni z Wanbyll; coraz bardziej trzymał się na uboczu. Hans Peter był z tego zadowolony, bo tematy, o których Lars chciał rozmawiać, wcale go nie interesowały. Wolał mówić o rybach i ich cenach, a młody Peter też miał w tej kwestii wiele do powiedzenia.
Młody Peter potrafił ciężko pracować, jeśli tylko widział perspektywę dobrego zarobku. W drugiej chacie robiono zresztą tak samo. Klaas Klaaßen stawiał na robotę i oszczędzanie. I mimo ciężkiej zimy, obu chłopcom udało się odłożyć nieco pieniędzy.
Tak upłynęła Larsowi zima – na samotnych rozmyślaniach i ciężkiej pracy.
Rozdział XIV.
W końcu do północnej krainy znów zawitała wiosna. Niespodziewanie, spośród krzewów czy spod bramy w żywopłocie, unosiła się ciężka, słodka woń, która przenikała człowieka niczym nieuświadomiona tęsknota. W lesie delikatne, młode liście bukowe tchnęły swój miękki, słodki oddech w wieczorne powietrze. Dzień był cichy i szary, tylko od zachodu biła łagodna, rudawozłota poświata. Ozimina falowała niemal niedostrzegalnie, gdy Lars szedł przez pole. Zatrzymał się na skraju lasu i wdychał intensywny zapach wiciokrzewu.
Teraz, gdy wokół wszystko budziło się do życia i wyrastało z mrocznych głębin niczym siły, których nie da się powstrzymać, także i w nim ocknął się pęd ku czemuś dalekiemu, lepszemu, narastając niemal do rozmiarów męczarni. Patrzył na rozległe połacie pól w ich delikatnej, łagodnej zieleni i w dół, na cichą, lśniącą taflę wody, która spoczywała miękko otulona szerokimi wzgórzami, aż po miejsce, gdzie daleki brzeg odbijał się w cichej, jasnej toni. Jego wzrok, niesiony tęsknotą, błądził w oddali, tam, gdzie na dalekim horyzoncie niebo i morze złączały się w pocałunku.
Jednak to kos, śpiewający w mieniącej się głębi lasu, potrafił swoimi przeciągłymi tonami wyrazić tę dręczącą męczarnię lepiej niż on sam. Lars ledwie przeczuwał, dlaczego tak stoi i patrzy w dal. Piękno stron rodzinnych uświadamiał sobie tylko połowicznie, a i ono kładło się na nim niczym ciężar i tęskne pragnienie.
Nagle, choć Lars nie zwracał na to uwagi, z niebieskawego, cudownego zmierzchu, spośród cichych, szarych pni, dobiegł go coraz wyraźniejszy szelest liści i ciche trzaskanie suchych gałązek, jakby od czyichś kroków. Głosy tęsknych ptaków przeplatały się z tym dźwiękiem, a kroki stawały się coraz głośniejsze i bliższe.
W końcu ten odgłos go wyrwał z zadumy. Odwrócił głowę i spojrzał uważnie w drgający wiosenny zmierzch. Z głębi lasu zamigotała jasna sukienka. Ktoś stanął przy białej bramie w żywopłocie i wypatrywał go. Delikatna, młoda gęstwina liści otaczała tę jasną, smukłą postać, a głowa o miękkich, blond włosach odcinała się od ciemnego tła lasu.
Lars nie poruszył się, patrząc przed siebie z niemym pytaniem w oczach, aż napotkał jej roześmiany wzrok. Wtedy odwrócił się cały.
– Miete! – zawołał. W tej samej chwili przypomniał sobie wszystko, co było wcześniej, i spojrzał na swoją dłoń, stwardniałą od pracy. Ogarnęło go skrępowanie; podszedł powoli i niezdarnie podał jej rękę. Jednak jej jasny śmiech, przypominający radosny plusk wody, pomógł mu odzyskać rezon. W całej swojej nowo zdobytej męskości, nieco dobrotliwie i wciąż trochę nieporadnie, zaczął z nią rozmawiać, od czasu do czasu zerkając nieśmiało w jej roześmiane oczy. Ona zaś spoglądała w górę na jego wielką, silną męską postać, a pod jej delikatną, białą skórą wykwitał rumieniec.
Musiała go najpierw poprosić, by z nią poszedł; wtedy ruszył obok niej, jakby wyświadczał jej przysługę. Szła z gospodarstwa Hoeków do domu.
Gdy tak razem wędrowali przez pola, otaczał ich zmierzch ciężki od zapachów i wypełniony osobliwym, mieniącym się zielenią światłem. Lars patrzył na jasną głowę obok siebie, na jej miękki policzek, w którym krew zdawała się pulsować pod delikatną skórą. Od czasu do czasu trafiało go jej roześmiane spojrzenie, rzucane z ukosa niczym ciepła tajemnica. Rozmawiali o tym i o owym, aż stopniowo Lars zapomniał o wszystkim innym, urzeczony tą smukłą, jasną postacią w zielonkawym półmroku, jej śmiejącym się głosem i ukradkowymi, radosnymi spojrzeniami. Młode zboże lekko falowało, a przez niewysłowioną ciszę, niczym złociste strużki, spływały głosy tęsknych ptaków.
I nagle stanęli razem przed szarym domem, a wzdłuż całej ulicy z niskich okien mrugały w zmierzch przytulne blaski świateł.
Niemal wzdrygnął się z przestrachu i zupełnie nie wiedział, jak mogło do tego dojść, że zaszedł z nią aż tutaj. Gorączkowo chwycił za czapkę, chcąc odejść jak najszybciej.
Ale ona ze śmiechem złapała go za rękaw.
– Tato! – zawołała. – Mamo!
Pomiędzy splątanymi liśćmi altany igrały osobliwe światła i cienie, malując na trawniku wielkie, upiorne kształty. W altanie, przy lampie, siedzieli wuj Gust i ciocia Jette.
Właśnie nadchodzili.
Larsowi wydał się dziwny ten znany od dawna, skrzypiący dźwięk furtki ogrodowej.
Miete wciąż trzymała go za rękaw, ale on patrzył na nią niemal ze złością, niczym wielka, niezdarna, schwytana zwierzyna.
– No, popatrzcie tylko, co ta Miete upolowała! To się nazywa sztuka, mała dziewczyno! – I wuj Gust poklepał go po ramieniu, jak za dawnych czasów, jakby te długie, twarde lata nie leżały między nim a sztywnym, gniewnie patrzącym rybakiem niczym wielka woda. – Chodźże, ciotka zrobi nam jeszcze małego grogu.
Ale Lars ani drgnął.
Wtedy ciocia Jette wyciągnęła do niego rękę.
– Chodź, Larsie, miło, że wpadłeś się pokazać.
A Miete szarpnęła go za rękaw. Więc poszedł.
I kiedy stanął w migotliwym blasku lampy, poczuł, jakby opadła z niego ta ociężała przekora. Przyszła mu z pomocą ta pewna siebie, szlachetna godność, która tkwi głęboko w naturze jego ludu. Wkrótce był w samym środku opowieści o czasach w cesarskim mundurze i nikt nie mógł wyczytać z jego twarzy, jak wzbierają w nim harde myśli, zalewając skrytą, kruchą rozkosz – aż do momentu, gdy szelmowskie, gorące spojrzenie spod miękkich blond rzęs przeszyło go niczym dreszcz i pognało krew w żyłach w radosnym tany.
Był to czas, gdy nordycki zmierzch przechodzi już niemal w mrok. Nad przedmiotami unosi się jeszcze osobliwa, upiorna poświata. Wtedy wstał i powiedział: „Dobranoc”.
Gdy mijał drzwi wejściowe, wyszła służąca, by zabrać lampę i szklanki z altany. Z domu padł jasny blask, który na chwilę oślepił Larsa.
Wtedy rozległ się głos, radosny niczym okrzyk:
– Lars!
Lars musiał się zastanowić. Ach, racja, to musiała być Trina Lassen. Stała tam w ciemności i trzymała jego dłoń, a on mówił jej przyjaźnie o Peterze, o rodzicach i rodzeństwie. Ona zaś milczała zupełnie i tylko wciąż trzymała tę wielką, twardą dłoń.
Wtedy z altany wyszła Miete z lampą. Przez ułamek sekundy światło lampy przesunęło się po Trinie.
Lecz w drodze do domu Lars nie rozmyślał już o dręczącej tęsknocie. Było w nim inne uczucie, które wypełniało całą jego istotę niczym gorąca radość. Czasem patrzył przed siebie z gniewem. Czego chciała od niego ta mała, jasnowłosa dziewczyna? Chciał być wolny od niej i od jej świata; wyprostował się dumnie.
Zaraz potem jednak znów zmarszczył czoło i dumał: „Dlaczego Trina Lassen patrzyła na mnie tak, jakby była w gorzkiej potrzebie?”.
* * *
Pan Asmussen znów złożył wizytę w rybackiej chacie. Matka Stina zaproponowała mu najlepsze krzesło, a dziadek usiadł uroczyście po drugiej stronie stołu, uporczywie wpatrując się w jego twarz. Oboje milczeli – i dziadek, i matka Stina. Jednak głos pana Asmussena wypełniał małą izbę głęboką, tubalną życzliwością.
Wtem przez drzwi, schylając swoją długą postać, wszedł Peter Lassen. Na jego twarzy nie było widać śladu zdziwienia z powodu obecności gościa. Stał tam wyprostowany, nieco niedbale, opierając jedną rękę o niską stropową belkę i kołysał się miarowo podczas rozmowy.
Pan Asmussen siedział wygodnie odchylony, wydobywając głos gdzieś głęboko z siebie, mówiąc protekcjonalnie i z wyraźnym ukontentowaniem. Ważył dłonią gruby łańcuszek od zegarka spoczywający na okrągłej kamizelce i uśmiechał się łaskawie do Petera Lassena. Kiedy czynił aluzje do zaproszenia w progi pani Henriette, brzmiało to tak, jakby ktoś brzęczał w kieszeni pieniędzmi. Peter zaś patrzył na niego bystrymi, czujnymi oczyma i przytakiwał przyjaźnie, jakby z radosnym przejęciem.
Później pan Asmussen z zadowoleniem opowiadał żonie o tych zacnych rybakach. O tym dziarskim, rozgarniętym młodym człowieku, którego pozyskał swoją uprzejmością. A potem z lubością wyłożył przed nią swój nowy plan: teraz na pewno odzyska Larsa dla „dobrej sprawy”, zamierzał bowiem swoją życzliwością usidlić jednocześnie wszystkich przyjaciół chłopca.
Pani Henriette rzuciła mu tylko przez ramię szybkie spojrzenie, w którym mieszały się litość i drwina. W kuchni zaś powiedziała do Miete:
– Pozwól mu cieszyć się tą zabawką, tym razem jest niegroźna.
Miete przeszła jednak obok okopconego paleniska, unosząc suknię. Kiedy spojrzała w ogień, w jej oczach pojawił się osobliwy błysk.
Od tego czasu Lars bywał u wuja Gusta i cioci Jette coraz częściej. Gdy matka Stina widziała, że zbiera się do wyjścia, gwałtownie odwracała ku niemu głowę, lecz nie wypowiadała ani słowa. Dziadek również milczał, nawet nie raczył się obejrzeć. Mimo to na Larsa spływało poczucie dyskomfortu, jak gdyby czyniono mu nieme wyrzuty. Stawał się wobec nich mrukliwy.
Początkowo była to niemal wyłącznie ciekawość. Rozbudziło ją w nim przyjazne usposobienie Miete z całą jej szelmowską odmiennością. To dlatego, mimo swej przekory i uporu, nie oparł się pierwszym natarczywym zaproszeniom wuja Gusta. Lecz gdy jej bliskość zaczęła na niego oddziaływać, po raz pierwszy zbudziła się w nim gorąca krew, która u tego powolnego ludu potrafi jednak zakipieć tak dziko. Lars nie chciał już widzieć na swej drodze żadnych przeszkód.
Kiedy jednak zostawał sam, nie mógł zaznać spokoju. Coś mu tu i ówdzie nie pasowało. Coś nie chciało współbrzmieć z jego własną duszą. Nie chciał się jednak zastanawiać, skąd to się bierze. Nie dopuszczał do siebie myśli, by ta jasnowłosa dziewczyna panowała nad nim wbrew jego woli i ciągnęła go tam, gdzie wcale nie chciał być. Wciąż zachowywał wobec niej ten niemal wyniosły, władczy ton. Ale właśnie ta jego nieociosana męskość kusiła ją, by włożyć całą siłę w ugięcie go. A jej subtelna, tajemnicza natura – tak inna od kanciastej prostoty, która otaczała go dotychczas – pętała go coraz mocniej, aż zaczął wierzyć, że odnajduje przy niej to, czego szukał od zawsze.
I tak się stało, że wuj Gust zaczął teraz ostrożnie realizować swój nowy plan, traktując z tą samą uprzejmością również pozostałych, którzy byli blisko Larsa.
Zaprosił do swojego domu także Petera Lassena. Pewnego razu Peter przywdział swoje odświętne, niebieskie ubranie z małym, sztywnym gorsetem koszuli i poszedł wraz z Larsem na górę.
Lars zerkał na niego czasem z boku. Tamten pogwizdywał głośno i wesoło pod nosem. – Peter zawsze gwizdał fałszywie, lecz donośnie. – Przez cały czas w jego oczach czaiło się coś na kształt filuternego uśmiechu. Nic jednak nie mówił.
Peter Lassen był przystojnym mężczyzną i dziewczęta chętnie z nim rozmawiały. Cechowało go opanowanie, a mówienie przychodziło mu z o wiele większą łatwością niż Larsowi, nie było więc w nim cienia niezdarności.
Lecz choć u wuja również wiele z nim rozmawiano, przebijała przez to pewna protekcjonalna życzliwość, jak gdyby z każdym słowem obdarowywali go jakimś podarunkiem.
Ciocia Jette zaś w ogóle na niego nie spoglądała.
Lars sądził, że Peter Lassen w ogóle tego nie dostrzega, jako że pozostawał niezmiennie uprzejmy; kiedy jednak Lars znów chciał go zabrać do wuja Gusta, Peter zawsze okazywał się czymś zajęty.
Rozdział XV.
Był listopad. W niczym nie przypominało to niedzielnego dnia. Deszczowe szkwały nadciągały ukośnie nad wodą i chłostały ludzi po oczach, aż ci, mrużąc powieki spod zmarszczonych czół, zastanawiali się, co jeszcze wyniknie z tego wycia i ryku. „Morze ryczy” – mówili bowiem ludzie, patrząc w stronę Bałtyku.
Klaas Klaaßen stał na brzegu i węszył w powietrzu. Potem potrząsnął głową. „Już drugi dzień wieje z północnego wschodu”.
Hans Peter Lassen oraz młody Peter stali obok niego i Larsa.
Potem wspólnie wciągnęli łodzie na ląd.
„Jeszcze wyżej!” – rozkazał starzec, a trzej pozostali posłusznie wykonali polecenie w milczeniu.
Kiedy odeszli, starzec stał jeszcze chwilę, patrząc na morze i kręcąc głową.
W samym środku deszczu Lars dotarł do domu wuja Asmussena. Gdy wchodził do mrocznego korytarza, jego sztormiak zwisał luźno z ramion. Zrzucił go i strzepnął wodę z włosów. Następnie ruszył w stronę izby.
Miete siedziała przy oknie, z jasną głową nisko pochyloną nad pracą.
„Zepsujesz sobie oczy” – powiedział Lars, siadając obok niej.
Opuściła dłonie. „Już i tak nic nie widzę”.
W całej jej niedbale opartej młodej sylwetce było coś miękkiego. Lars siedział pochylony, podpierając głowę na dłoni, i nie spuszczał z niej wzroku.
Oboje milczeli.
Potem odwróciła głowę, a on w półmroku bardziej czuł jej spojrzenie, niż je widział.
„Czy mógłbyś coś dla mnie zrobić, Lars?” – zapytała, a brzmiało to tak, jakby głaskała go swoim głosem.
Nie potrafił od razu odpowiedzieć. Wyprostował się i wziął głęboki oddech, po czym przysunął się jeszcze bliżej. „Dobrze o tym wiesz, mała, dobrze wiesz” – jego głos brzmiał cicho i bez tchu.
„Nie, Lars, chciałabym wiedzieć...” –
Wtedy otworzyły się drzwi i Lars odchylił się na krześle. „A patrzcie, Lars!” – rozległ się gruby, życzliwy głos wuja Gusta. „Myślałem sobie, że dzisiaj przyjdziesz. Ale pogoda niedzielna, przeklęta. Chodź, rozgrzejemy się małym grogiem”.
Lars nie odpowiedział od razu.
Ale nagle wuj Gust zaśmiał się do siebie w sposób zadowolony: „Aha… no tak” – powiedział.
Miete trąciła Larsa lekko łokciem. Wtedy wstał. „No to idziemy, wujku”.
Robię to dla niej – pomyślał Lars, podążając za wujem Gustem przez mrok w stronę gajówki.
Pełen godności i niewzruszony, z echem kroków, szedł przodem pan Asmussen. Lars szedł nieco z tyłu, z luźno opuszczonymi rękami, bo szedł niechętnie. Wiedział, czego chce od niego wuj Gust. Wciąż patrzył przed siebie, tam gdzie duże kałuże jaśniały na ciemnej drodze; ale przed oczami miał tłustą twarz Aage Michelsena. Teraz miał on rudy wąs i poważne bruzdy na twarzy. Aage został bowiem współpracownikiem pana Tiensena. Zarabiał ładne pieniądze. Jego brat Swend sam powiedział to Larsowi wtedy, gdy ten był w wojsku.
„My, Duńczycy, też nie lubimy tego gatunku” – zaśmiał się Swend niemal drwiąco. „Po tamtej stronie płacą mu za narzekanie, a tutaj za przeklinanie!”
Jednak wuj Asmussen darzył Aage Michelsena wielkim podziwem i chciał, żeby Lars posłuchał, jak tamten mówi. Lars zresztą parę razy już tam był – właśnie przez wzgląd na Miete. W myślach widział ich wszystkich siedzących w niebieskawych oparach tytoniu wokół stolika, a brzydkie, ostre światło w karczmie drgało na wszystkich tych zadowolonych z siebie twarzach oraz na wygodnych, godnych szacunku fałdach ciemnych, porządnych garniturów. Larsa irytowała ta myśl, więc tupał w kałuże tak, że aż chlupało.
Bardzo jednak pragnął wyrwać się z monotonii połowu ryb, choć z drugiej strony nie znał żadnego innego sposobu. Wiedział też jedno: Miete chciała, aby trzymał się przyjaciół wuja Gusta.
Nagle jednak, gdy weszli na groblę, północno-wschodni wiatr chwycił ich oboje, jakby dzikimi, zuchwałymi pięściami. Pan Asmussen pospiesznie chwycił się za kapelusz.
Niewielka odnoga morza, którą grobla oddzielała od łąk, nie leżała dziś zapomniana między zielonymi brzegami. Dzisiaj znów wiedziała, że jest częścią siły, która przewyższa człowieka. Czarne ramiona wyciągały się z dołu i wgryzały w groblę, a z głębin dochodziło syczące wycie.
Przy śluzie woda ciemno kołysała się nad groblą. Pracowali tam ludzie. Ktoś mocno chwycił Larsa za ramię. „Potrzebujemy więcej rąk do pomocy, Lars, inaczej grobla pęknie, a nie ma tu też żadnego nadzoru”. To był głos Kordsa. Lars szybko spojrzał w stronę małych domków na łące, a potem na wuja Gusta.
„A gdzież jest sołtys?” – zapytał ten.
„Musiał dziś wcześnie rano wyjechać w teren” – odrzekł Kords.
„Ciekawe, ci niemieccy urzędnicy!” – skwitował pan Asmussen. „Chodź, chłopcze, to nas nie dotyczy”. – Milcząc, z głęboką bruzdą na czole, Lars szedł aż do drzwi karczmy. Spojrzał przez ramię wuja Gusta do ciepłego, jasnego wnętrza; głosy brzmiały dla niego jak mruczące zadowolenie, niosące się w mroźną noc. Siedzieli tam prawie wszyscy, jak zawsze – przy duńskim i przy niemieckim stole. Wtedy zatrzasnął mocno drzwi za wujem Gustem, a wichura dopadła go w ciemnościach z dzikim wyciem.
„Nie da rady, Lars!” – ryknął do niego Kords, gdy ten do niego wrócił. „Moja ręka jeszcze nie daje rady, a potrzebujemy wszystkich sił”. Z dołu, z ciemności, dochodziło coś na kształt drwiącego wycia skierowanego do mężczyzn, ale nie rozumieli oni, co mówi do nich morze, i chwytali za pracę z całych sił.
Rozpalili na grobli wielkie ogniska i pracowali w ich migotliwym blasku. Czarne, pędzące postacie o gwałtownych, zamaszystych ruchach rzucały długie, upiorne cienie na groblę.
A morze wyciągało się w górę, wgryzało w groblę, rycząc i skrzecząc z wściekłości.
„Dawać worki z piaskiem!” – głos Larsa rozbrzmiał głęboko i donośnie ponad hałasem. Podnosił je, a one z plaśnięciem znikały w białej pianie; zimna, mokra woda pryskała mu w twarz. Kords uniósł młot swoją jedną ręką, zamachnął się wysoko nad głową i z impetem opuścił go na mocne pale.
Morze wyciągało jednak białe palce ku palom, szarpiąc je i luzując w posadach, wyjąc i śmiejąc się przy tym z mlaskającym rechotem.
– Kords, to się już nie trzyma! – zawołał jeden ze starych robotników, plując w wirującą czarną wodę. Ale Kords tylko przeklinał pod nosem i pracował dalej.
– Uciekaj, Lars, w każdej chwili może runąć, a teraz to już na nic! – krzyczał ktoś Larsowi do ucha. Ale Lars zacisnął zęby i nie powiedział ani słowa.
Zawsze z tymi upiornymi, białymi palcami na przedzie, morze pełzło coraz wyżej, a jego czarne, falujące i wijące się ciało napierało na groblę. Gdzie tylko napotkało słaby punkt, wgryzało się, drążyło, rosło i rosło.
W końcu musieli ustąpić na bok i czekać. Czerwone, migotliwe światło ognia drgało na ich mrocznych, znieruchomiałych twarzach, a wiatr nadciągał z ciemności, wył i szarpał nimi, podczas gdy oni stali i czekali.
A ono pełzło, wciąż w górę, a oni nie mogli zrobić nic poza staniem i czekaniem. Czasem któryś zaklął, patrząc w stronę małych, nędznych domów, gdzie światła lękliwie tańczyły tam i z powrotem. Ale najczęściej stali zupełnie cicho, z rękami w kieszeniach spodni i gniewem w oczach. Te ciche, zahartowane przez pogodę sylwetki w czerwonym blasku ognia, wyjący, wściekły wiatr i czarny, pełznący wróg ze swoim śmiejącym się wyciem – tak wspólnie trzymali wartę.
Minuty i kwadranse płynęły, a mieli wrażenie, jakby cała noc przemykała nad nimi.
A potem rozległ się tępy huk i odgłos obsunięcia ziemi.
– Grobla pęka! – ryknął głos Kordsa ponad ogłuszającym hałasem.
Wszyscy skoczyli na łąkę i rzucili się w stronę małych domków.
Ale za nimi, od strony śluzy, rozległ się huk – grzmiący, szyderczy ryk.
Morze wykrzyczało swoje zwycięstwo w noc, a swoimi czarnymi ramionami i badawczymi białymi palcami chwyciło ziemię za groblą, biorąc ją w posiadanie. Szybciej, coraz szybciej nadciągały białe palce, wyłaniając się z ciemności za uciekającymi mężczyznami. Woda sięgała im już prawie do kolan.
Przy małych domkach panował chaos, bieganina i krzyki. Czarne ramiona były już na miejscu, a białe palce z plaśnięciem wpiły się w ściany.
Mężczyźni brodzili po kolana w wodzie, wyciągając kozy i świnie.
Żona murarza Nissena wyła głośno i w gorączce. Chwyciła Larsa za ramię: „Patrz! Patrz! O mój Boże, woda jest już w połowie drzwi stajni, a ta dobra świnia, ta dobra świnia – och, och! Czy nie możesz jej uratować, Larsie, kochany? O mój Boże!”
Lars trzymał dziecko na ręku i ciągnął za sobą krowę. Potrząsnął głową. „Czy mam utonąć razem z twoją świnią?”
Wtedy nagle głośny lament pani Nissen urwał się, a ona sama stanęła jak wryta.
– Co teraz? – zapytał Kords.
– Dziadek jest jeszcze w środku!
– Człowieku, oszalałaś?!
– Dziadek bywa czasem taki uparty i niedosłyszy, nie chciał wstać i czuwać razem z nami. Jest głuchy. Teraz leży na poddaszu i śpi.
Zaczęła głośno szlochać.
Lars jednak już zawrócił. Woda sięgała mu teraz do bioder. Wiedział, gdzie w pobliżu grobli powinna być łódź. Ale trudno było się zorientować w wyjącej ciemności.
Czarne ramiona szarpały i trzymały, a białe palce lizały coraz wyżej. Wtedy z głębi jego duszy wypłynęło coś, co spało tam bardzo głęboko, przykryte senną naturą Larsa niczym gęstą warstwą mgły. To była jakby gorąca siła i nieposkromiona wola, dzięki której – z wysuniętą głową, niczym rozwścieczony byk – zmagał się z wściekłym, krzyczącym sztormem i czarnymi ramionami.
Teraz morze ryczało mu w uszach starą pieśń, którą słyszał już jako małe dziecko: „Jesteś mój!”
Ale jego męska wola była silniejsza niż ono.
Wreszcie dotarł.
Wskoczył do środka i odciął cumy. Ale na miłość boską – wiosła!
W łodzi nie było wioseł.
Naciskał ręką. Na dnie leżał drąg. Musiał więc odpychać się nim od dna.
Nie szło to łatwo, bo woda wciąż się podnosiła, a wiatr był silny.
Gdy zbliżył się do domu, usłyszał zawodzący głos starca. Chciał do niego krzyknąć, że nadchodzi pomoc, ale przypomniał sobie, że dziadek jest głuchy.
Woda sięgała już do dachu. Dziadek wyglądał przez właz i głośno lamentował.
– Gammel Nissen! Dziadku! – krzyczał Lars, trzymając się krawędzi dachu. Ale starzec wpatrywał się w ciemność i lamentował dalej.
Wtedy Lars wziął swój drąg i szturchnął nim we właz.
To pomogło.
Z góry dobiegło bulgoczące, niewyraźne wołanie radości. Lars trzymał drąg mocno w górze, a drugą ręką przeszukiwał łódź. Ale starzec wydawał się jeszcze nie w pełni spokojny, bo mrucząc, wrócił do izby i zapalił światło.
– Szybciej, szybciej! – krzyczał Lars.
Gammel Nissen wyjrzał ze światłem przez okno. „Puh!” – dmuchnął wiatr. Znowu zrobiło się ciemno. Ale starzec zobaczył już wystarczająco dużo.
Tak głośno, jakby to sam Lars był głuchy, dziadek wrzeszczał w dół. Potem zsunął się z dachu.
Lars przechwycił go jedną ręką i wsadził do łodzi. Następnie wyrwał kilka ławek. Jedną wcisnął starcowi w dłonie, drugą wziął dla siebie. W ten sposób wiosłowali z trudem naprzód. Czasami Lars znów odpychał się drągiem.
I w końcu dotarli do pozostałych.
Nie poszedł z nimi, by przebrać się w suche rzeczy. Wychylił tylko haust wódki, którą mu zaoferowali. Potem popędził do domu. Kiedy jednak biegł obok domu wuja Gusta, ten właśnie spokojnie szedł ulicą.
– Lars! – zawołał. – Stój, Lars, dokąd biegniesz w tych mokrych ubraniach? Chodź na górę, słyszałem, że wspaniale spisałeś się przy przerwaniu grobli. Dostaniesz ode mnie suche rzeczy, no chodź!
Lars na moment zatrzymał się z ponurą miną; teraz jednak odwrócił się bez słowa i pobiegł dalej.
– Gdzie ty w ogóle biegniesz? – zawołał wuj Gust.
Wtedy tamten rzucił przez ramię: – Tam, gdzie moje miejsce, do domu. Muszę sprawdzić, jak tam sytuacja. Tu nie jest mój dom!
Wuj Gust patrzył za nim z niedowierzaniem. Potem pokręcił głową i uśmiechnął się pod nosem. Następnie spokojnie wszedł w swoje drzwi, a ciepłe światło padło na ulicę.
Rozdział XVI.
Po sztormowej nocy Lars stał się jeszcze bardziej małomówny. Gdy tamtej nocy widział ich siedzących z zadowoleniem w ciepłym świetle gospody, tych uczciwie sytych mieszczan, pośród wyjącej ciemności stało się dla niego jasne niczym w oślepiającym blasku: „Tu nie jest twoje miejsce”. Dlatego teraz ciężko pracował w domu i nie chodził do wuja Gusta. Lars miał zajęcie, bo woda poczyniła wiele szkód, choć samej chacie krytej strzechą nic się nie stało.
Ale tęsknota była straszliwa. Każda myśl i każde marzenie biegły teraz jedną jedyną drogą – ku tej subtelnej, jasnowłosej dziewczynie. Widział tylko ją, gdy ciągnął za wiosła i spoglądał na morze. Sięgał tylko po nią, gdy chwytał w dłonie brązowe sieci. Dręczyła go tak, że po ciężkiej pracy godzinami leżał bezsennie w ciemnościach nocy. A jednak należał do prostych, biednych ludzi i ich niedoli.
I nie szedł do miasteczka.
Wtedy przyszła pocztówka od Miete, na której było napisane: „Czyli nie chcesz tego zrobić. Twoja Marie Asmussen”. Walczył ze sobą przez kilka dni, aż w końcu nie wytrzymał. „Chciałem tylko zobaczyć, o co jej właściwie chodzi” – powtarzał sobie. I w niedzielę po południu jednak tam poszedł.
Wszedł na piętro całkiem sztywno i uroczyście. Słysząc głosy w przednim pokoju, otworzył drzwi do sąsiedniego. Miete nakrywała tam właśnie stół razem z Triną.
Miete odniosła wrażenie, że jego potężna sylwetka wypełnia cały pokój, a jego przekorny spokój wręcz ją onieśmielił. Udawała jednak, że był u niej zaledwie wczoraj, i roześmiała się do niego wesoło. Gdy podawał rękę Trinie, trafiło go z boku jak szyderczy błysk spojrzenie ładnych oczu Miete. Potem usiadł powoli i śledził ją wzrokiem, gdy swymi lekkimi, pewnymi ruchami kładła błyszczące przedmioty na białym obrusie, a czerwonawy blask lampy i ciemne cienie przesuwały się po niej tam i z powrotem. Jego spojrzenia wywołały rumieniec na jej policzkach. „Zgadnij, kto jest w środku!” – powiedziała.
„Jak mam to wiedzieć?”
„Nie słyszałeś, że mamy w Aalby nowego nauczyciela?”
„Co mnie on obchodzi? Przecież nie poślę ryb do szkoły”.
„Ale powinnaś go zobaczyć!”
„Pan nauczyciel!”
„Miete, zwariowałaś?”
Wtedy nauczyciel faktycznie stanął w drzwiach, a Lars musiał znowu wstać, powoli i niechętnie. Był to szczupły mężczyzna z brązową pełną brodą. Stanął przed Larsem i uśmiechnął się.
Wtedy Lars rozpoznał go po oczach. „Jakob Lind!” – zawołał. Zaraz potem znów usztywnił się, pamiętając, że pozostał tylko rybakiem.
Ale Jakob Lind chwycił jego spracowaną dłoń i potrząsnął nią. „Głupi ty chłopcze!” – powiedział, a Lars zobaczył, że Jakob wciąż ma te same dobre, szczere oczy. Wtedy Lars powoli się rozluźnił, a przy kolacji stopniowo zeszli na dawne historie: gruby Aage, głośny pan Braun w złotych okularach i Hans Todtsen ze swoimi wielkimi słowami – wszyscy musieli zostać przywołani, a Lars niemal zapomniał, gdzie jest, i śmiał się głośno z dawnych opowieści.
Gdy jedzenie dobiegło końca, a błękitny dym z cygar snuł się wokół wiszącej lampy, Jakob poprosił Larsa, by wyszedł z nim na zewnątrz.
Lars spojrzał z boku na jasną głowę, która tuż obok niego była pochylona nad delikatnym haftem. „Idź z nim!” – powiedziała Miete Asmussen.
Wtedy wstał i wyszedł z Jakobem z domu.
Noc była łagodna jak na początek zimy. Przez szare chmury przebijało niewyraźne, blade migotanie, a od czasu do czasu widoczna stawała się żółta tarcza księżyca. Nagie gałęzie sterczały jak lękliwie rozpostarte palce. Gdzie nie gdzie sowa wyła w jałowym, żałobnym tonie, wołając towarzysza.
Puste pola rozciągały się w nieskończoność. Przed nimi, niczym masywna, czarna bryła, leżał las. Przy drodze stały tylko gdzieniegdzie samotne, czarne drzewa. Czasami suche końce gałęzi ocierały się o siebie szeleszcząc, albo nocny ptak odlatywał z ciężkim łopotem skrzydeł w głąb wielkiego mroku.
W powietrzu czuło się oczekiwanie na coś dziwnie ukrytego. Jakby trzeba było znaleźć słowo, dzięki któremu otworzą się skryte głębiny, pozwalając zajrzeć w fundament bytu.
Była to jedna z tych nocy, która wynosi człowieka poza niego samego, sprawiając, że zapomina o swoim małym „ja”.
Dwaj mężczyźni mieli sobie wiele do powiedzenia. Nie chodziło tylko o stare wspomnienia, lecz o coś jeszcze, co ich do siebie przyciągało. Któż potrafi wskazać palcem to miejsce w duszy, z którego dźwięk dobywa się niczym głęboki głos dzwonu, budząc echo w innej duszy?
Oni sami też nie wiedzieli, co wywołuje z ich wnętrza rzeczy, które zazwyczaj spoczywały w nieświadomości.
Zaczęli opowiadać o minionych latach, najlepiej jak potrafili; byli bowiem ludźmi powolnymi, a ich myślenie i rozmyślanie było często głębokie, niemal skryte przed nimi samymi.
Jakob z trudem, przy skromnych środkach, dokształcił się aż do studiów uniwersyteckich. Gdy był na pierwszych semestrach, zmarł jego ojciec i musiał szybko zarobić pieniądze dla matki i młodszego rodzeństwa; byli bowiem bardzo biednymi ludźmi.
– Wtedy zostałem nauczycielem – powiedział.
Potem zamilkł, a Lars słyszał, jak suche liście bukowe klekoczą na wietrze.
– Ale wcale nie przyszło mi to tak ciężko – zaczął ponownie. – Wiesz, Lars, to jest tak: najpierw przychodzą do ciebie z tysiącem pytań i opinii, człowiek staje się zupełnie zagubiony, a cały świat w końcu wydaje się czarny i martwy, i na nic nie daje odpowiedzi. A kiedy się wyciszysz i otworzysz oczy, wtedy wyrasta to znowu, niczym światło z mroku.
Zawsze wydawało mi się to najwspanialsze: móc nieść to światło biednym, udręczonym ludziom. Ale uczynienie z tego urzędu, z jego zasadami i godnością – to było mi zupełnie obce. Dlatego bardzo mi odpowiada, że jestem tylko zwykłym szkolnym mistrzem.
Lars dobrze to rozumiał, więc Jakob zaczął pytać go, jak wyglądało jego proste życie robotnika. Z czasem Lars zaczął opowiadać, a Jakob dowiedział się o pierwszych ciężkich latach pracy, o dumie przy budowie własnych łodzi, o latach w wojsku i o możliwościach, by się wybić. Jednak wciąż przewijało się w tym pragnienie wolności, chęć pozostania takim, jakim się jest i robienia tego, co się lubi.
Potem znów zamilkli, słuchając odgłosu własnych kroków na twardej drodze, słysząc pohukiwanie sowy z pobliskiego lasu, podczas gdy w mętnym blasku księżyca rozległy kraj spowijały tajemnicze całuny.
Lars sam nie wiedział, jak to się stało, ale w tej dziwnej nocnej ciszy, pomimo całego gorącego, niespokojnego zgiełku w duszy, poczuł, jak z głębi wzbiera w nim tęsknota za czymś lepszym. Zwięzłymi, na wpół zrozumiałymi słowami opowiedział o tym Jakobowi.
– Tak – powiedział wtedy Jakob Lind. – Miałem na uniwersytecie pewnego starego profesora, był dla nas, młodych, drogim przyjacielem. Zapytałem go kiedyś o coś podobnego. „Pielęgnujcie w sobie to pragnienie” – powiedział. „Ono nigdy was nie okłamie. Praca przyjdzie sama, gdy dojrzejecie. Może nawet wykonacie ją, nie wiedząc o tym”.
– Dziadek pewnie myślał podobnie – stwierdził Lars.
Wędrowali razem aż do Aalby.
– Teraz musisz wejść i poznać moją żonę – powiedział Jakob.
Stanęli przed niskim, porośniętym zielenią domem. Lars zatrzymał się nieśmiało w tyle. Jakob jednak wszedł do sieni, otworzył drzwi do izby, a na Larsa uderzyła przytulna fala światła i ciepła. Spojrzał do wnętrza długiego pokoju. Przy stole, w ciepłym świetle lampy, siedziała krągła, świeża, młoda kobieta pochylona nad wielkim szyciem, a naprzeciw niej siedziała wysoka, jasnowłosa dziewczyna.
Gdy wszedł Jakob, żona zerwała się i rzuciła mu na szyję. – Wreszcie! – zawołała, a jej głos był jasny i ciepły. – Tak długo czekałyśmy!
Lars pozostał w półmroku przy drzwiach, obracając w dłoniach czapkę.
Wtedy ona zwróciła się ku niemu. – Czy to Lars? – zapytała i od razu ujęła go za rękę. Poczuł się nieco swobodniej. – Karen i ja zastanawiałyśmy się, czy go przyprowadzisz.
Lars spojrzał na drugą dziewczynę. Była wysoka, stała bardzo spokojnie, a jej jasne oczy wpatrywały się w niego badawczo i głęboko, przez co znów poczuł się nieswojo pod tym przenikliwym, poważnym spojrzeniem. Ale mała pani Lind nie dała mu na to czasu. Wciągnęła go do stołu i musiał usiąść między nią a Jakobem w przytulnym świetle lampy. Wypytywała go o czasy szkolne z Jakobem. Czegoś takiego jeszcze nie zaznał – tej przyjaznej natury małej pani Lind z jej wesołym, szczebioczącym humorem. Pomiędzy tym padały rozsądne słowa Jakoba, które brzmiały tak, jakby przynosiły powiew z dalekiego, zatopionego świata wiedzy i badań.
Początkowo wydawało się, że Lars ze swoimi wielkimi, spracowanymi dłońmi nie pasuje do fotela między dwojgiem nauczycieli, ale potem usadowił się całkiem wygodnie, sam nie wiedząc dlaczego. Nie podejrzewając tego, delikatnie otworzyły się w jego duszy jakieś drzwi. Gdy teraz spojrzał w górę, napotkał poważne, badawcze spojrzenie jasnowłosej dziewczyny. Ale te dociekliwe oczy nie były już dla niego nieprzyjemne. To czyste spojrzenie należało chyba do tej pełnej życia, radosnej ciepłoty, która mieszkała w tym szkolnym domu.
A gdy Lars wracał w końcu do domu przez ciemne pastwiska, czuł w sobie coś radosnego, czego wcześniej nie znał.
Rozdział XVII.
Rozmowa z Jakobem Lindem dała Larsowi wiele do myślenia. Skąd miał prawo sądzić, że mógłby w życiu osiągnąć coś więcej? Ostatecznie do niczego innego się nie nadawał, jak tylko do łowienia ryb i trzymania w swoich ramionach tak delikatnej, jasnowłosej dziewczyny, jak mała Miete. W przeciwnym razie pozostałby silny i niezłomny na obranej drodze, nie ulegając jej pierwszemu wezwaniu, by wrócić do tych zadowolonych z siebie ludzi, do których przecież nie należał. Wciąż nie wiedział, czego ona od niego chciała. A potem, całkiem cicho, wzbierała w nim myśl – przecież wiedział; od dawna wiedział, czego ona od niego chciała. Chciała go całkiem delikatnie wciągnąć z powrotem do swojego świata. A gdy na samą tę myśl ogarniało go zniecierpliwienie, zaraz obok pojawiała się inna myśl: robiła to tylko dlatego, że go kochała! Z całą pewnością go kochała. Widział to w jej oczach i czuł w jej ciepłej bliskości. Pragnęła jego ramion, tak jak on pragnął trzymać ją przy swojej piersi. A wtedy przyszła fala tak gorąca, że nie mógł już dłużej nad tym rozmyślać, czuł tylko jedno: musiał – musiał najpierw zdobyć ją dla siebie; dopiero potem chciał dalej myśleć i walczyć.
Lecz choć Lars w dzikim wirze namiętności odczuwał jedynie swoje palące pragnienie, a obok niego bezwolną słabość, to głęboko w istocie jego duszy, nieświadoma dla niego samego, tkwiła cicha siła. W oszczędnym gospodarstwie wielkiego porządku ta siła nie mogła bezużytecznie zmarnieć. Dlatego samo życie powstało, by potrząsnąć śpiącym Larsem.
Niedługo potem była niedziela, a Lars przyszedł o zmierzchu do wysokiego, szarego domu.
Zastał Miete ponownie samą przy oknie. Jego serce wykonało gwałtowny skok, a potem na chwilę zamarło.
Gdy do niej podszedł, jego mowa była początkowo nieco bez tchu. Ale ona również nie mówiła wiele, wpatrzona, oparta o fotel, w szary wieczór; w pokoju panowała duszna atmosfera. Miała na sobie miękką bluzkę, która opinała jej młode, smukłe kształty, a dłonie miała splecione za głową.
Od czasu do czasu któreś z nich rzuciło kilka słów półgłosem, bez większego sensu. A to, o czym naprawdę ze sobą rozmawiali, nie zostało wypowiedziane słowami.
Oboje nie wiedzieli później, jak do tego doszło, że jego ramię ją objęło, a ona osunęła się w jego stronę, aż jej głowa spoczęła na jego ramieniu. W izbie było niemal ciemno, a gdy jego usta odnalazły jej miękkie wargi, cały świat wokół niego uniósł się w gorących falach i runął nad nim, a on zapadł się w płonącym odurzeniu.
Odskoczyli od siebie, gdy ciotka Jette weszła z lampą.
Wkrótce potem odszedł, gdyż czuł, że nie panuje nad samym sobą.
Na dole Trina stała na krześle, zapalając lampę w przedpokoju.
Lars w ogóle jej nie zauważył. Jego wnętrze wciąż drżało w gorącej rozkoszy. Już chwytał za klamkę drzwi wejściowych.
– Larsie – dobiegł go cichy, błagalny głos. Odwrócił się i spojrzał pustym, nieprzytomnym wzrokiem w jej poważne, błagające oczy.
– Och, Larsie, ja już sama nie wiem... to takie straszne. Czy ty nie możesz pomóc? Ja... ja... – nagle urwała. – Ty mnie w ogóle nie słuchasz, Larsie.
To wcale nie brzmiało jak głos małej Triny, było w nim tyle zdziwienia i wyrzutu. Ale dotarło to do duszy Larsa i z rozpaczliwym szarpnięciem wyrwało go z odurzających, kwiatowych zaświatów. – Pomóc? – powiedziała, a on znów zobaczył jej oczy pełne wielkiego smutku. – No już, mała Trino, nie bój się, teraz słucham, mów wszystko!
Spojrzała w górę, w te oczy o zmiennych barwach, które wyglądały jak morze, i znów dostrzegła w nich to ciepłe, poważne spojrzenie, a także coś jeszcze – coś spokrewnionego z jej niedolą, coś, co wyglądało jak cierpienie i walka. Dla małej Triny to wszystko było zbyt wiele. Musiała mieć kogoś, kto poniesie ten ciężar razem z nią. Więc opowiedziała mu wszystko: on usiadł na stopniach schodów, a ona stała przed nim, od czasu do czasu zasłaniając twarz fartuchem. „Mów śmiało, dalej” – ponaglał ją zachęcająco, albo niemal zniecierpliwiony. „Dalej, dalej”. W ten sposób dowiedział się o ciężkiej walce Triny Lassen przez wszystkie te długie lata z wujem Gustem, o nieufności ciotki Jette oraz o tym, jak trudno było pozostać czystą i porządną. Ale inni, jak biedna Dora Nielsen, mieli jeszcze gorzej. Nie miała rodziców ani jednej życzliwej duszy, która by jej pomogła. Na przekór Peterowi została wtedy dziewczyną w mleczarni. I tak właśnie potoczyło się z nią, jak z wieloma innymi dziewczętami w tamtej okolicy, a teraz ludzie rzucali w nią kamieniami. Może tak już musiało być, że za popełniony błąd trzeba było odpokutować. Ale nie móc pomóc innym, których się kochało – to było najcięższe. Młodsze rodzeństwo Dory miało bardzo źle. Mały brat, biedne dziecko, nie dojadał, bo rada opiekuńcza oddała go do najuboższych ludzi w miasteczku, z marnym zasiłkiem na utrzymanie. Ale najgorsze zrobili z najmłodszą siostrą. Tę śliczną dziewczynkę oddali do rodziny Kajensów, a Lars dobrze wiedział, co to za ludzie i co to dziecko musiało tam oglądać. Kiedy jednak Dora błagała i płakała, pan Asmussen i inni panowie z rady opiekuńczej śmiali się z niej i drwili, aż uciekała w swojej rozpaczy i wstydzie. Gdyby nie dzieci, pewnie sama zrobiłaby sobie krzywdę.
Gdy Trina opowiadała, oczy Larsa pociemniały z gniewu. Kiedy położyła dłoń na jego rękawie, mówiąc: „Larsie, drogi Larsie, pomóż przynajmniej tej dwójce dzieci Nielsenów... a Dora? Czy jej też nie możesz pomóc?”, wstał powoli, jakby nałożyła na niego wielki ciężar.
– Obiecuję ci, Trino, zrobię, co w mojej mocy.
* * *
U Klaasa Klaaßena, w izbie obok, obok kołowrotka stało krosno. Należało do starej Stine-Marie. Ale matka Stina również nauczyła się tkać. Kiedy mężczyźni byli na morzu, przez dom niósł się jego terkoczący, stukający dźwięk. W ostatnim czasie jednak czasem milkło na dłuższą chwilę, by potem odezwać się z podwójną siłą. Wtedy matka Stina przerywała pracę, opierała dłonie na krośnie i długo, w milczeniu, patrzyła przed siebie. W jej spokojnej twarzy malował się smutek.
Widziała to już od wielu dni, ale nie śmiała zapytać. Jednak gdy Lars się męczył, męczyła się razem z nim także matka Stina.
Nie zostawał w domu niemal ani chwili i nie zamieniał z nimi ani słowa. Ale do wuja Gusta ani do Jakoba Linda również nie chodził. Kiedy nie pracował, stał na grobli i patrzył w wodę, a gdy wchodził do izby, w jego oczach czaiło się to samo, co dawniej na początku, gdy skrywał ból w plecach i dłoniach – tylko teraz ten wzrok był jeszcze pełen mroczniejszego bólu, a towarzyszył mu niepokój.
Troska długo wypisana była w oczach matki Stiny.
Pewnego dnia Jakob Lind przyszedł do chaty rybaka i usiadł na swoim starym miejscu, tak jak dawniej, w ogóle nie dając się namówić na lepsze krzesło. Jakob wyczuł, że coś tu nie jest w porządku, inaczej niż za dawnych czasów. A Jakob lubił, gdy wokół niego wszystko było jasne. Dostrzegł, że najciemniejsza chmura osiadła na czole Larsa, który opierał się o ścianę, milcząc, z utkwionym w oknie wzrokiem, wybiegającym gdzieś w dal.
Więc tego wieczoru po prostu zabrał go ze sobą do Aalby. Od tamtej pory Lars bywał tam częściej, gdy tylko miał czas. Dziwna to była rzecz: nie opowiedział Jakobowi ani słowa o tym mętnym zamęcie, który nie chciał się ułożyć w jego duszy. Ale pośród jasnych, radosnych oczu w szkolnym domu, także i mętne fale w jego wnętrzu stawały się spokojniejsze, aż w końcu drogę, którą musiał przebyć, ujrzał przed sobą wyraźnie i nieubłaganie.
W tym czasie zaczął też rozmawiać z Jakobem o swoim gniewie na przymus, który z każdej strony napierał na prostego człowieka i spychał go w taki kąt, że ten w swoim niepokoju nie wiedział już, dokąd ma pójść.
– Tak – powiedział Jakob. – Nawet jeśli mają co jeść i żyje im się dostatnio, nie zaznają spokoju, a u nas część tej walki dopiero się zaczyna. Ale to także piękne, Larsie, to parcie naprzód i stawanie się. W naszych czasach to, co dopiero powstaje, ma najwięcej do powiedzenia. Powinieneś to usłyszeć, na uniwersytetach i wszędzie tam, gdzie ludzie są czujni i pełni życia. To ruch ku przodowi. W sztuce i w nauce przecierają nowe szlaki, wszędzie wieje świeży powiew. Nazywa się to nawet „wiekiem dziecka”, bo nigdy wcześniej nie było tyle myślenia i troski o przyszłe pokolenia. Wiesz, Larsie, robotnik też jest jeszcze dzieckiem; do niego należy przyszłość, dlatego to właśnie jest teraz jego czas.
– To chyba piękne czasy, Jakobie – powiedział Lars, patrząc przed siebie. – Ale właśnie dlatego człowiek chciałby sam przyłożyć do tego rękę.
Jednak czas wolny Jakoba nie zawsze pokrywał się z czasem Larsa. Kiedy Jakob musiał wychodzić, Lars zostawał czasem jeszcze chwilę, siedząc przyjemnie u boku wesołej, krągłej pani Lind, albo młoda pomocnica przysiadała się do niego na moment ze swoją pracą. Oboje nie mówili wiele, ale rozumieli się dobrze. Gdy Karen patrzyła na niego swoimi szerokimi, jasnymi oczami, czuł, jakby po długim niepokoju w jego duszy rozbrzmiewał wreszcie – czysto i niemal uroczyście – jego własny, wewnętrzny ton. Sam tego jednak nie rozumiał. Wiedział tylko, że znów robiło mu się lekko i spokojnie na duszy.
Kiedy szedł ścieżką przez pola do domu, Karen często stała w oknie swojego pokoju i patrzyła za nim. Po chwili wzdychała, marszczyła gniewnie czoło i wracała do pracy. Ale on nie wiedział o tym nic.
Z czasem stała się nieco bardziej ufna. A gdy nadeszła wiosna i delikatne, młode liście altany lśniły złotem, siedzieli tam czasem razem, kiedy Jakob już wyszedł. Opowiadała mu o dużym gospodarstwie w rodzinnych stronach i o prostej, poważnej matce, dla której żadna praca nie była zbyt ciężka, a bieda najemników zbyt błaha, by nie zareagować i nie pomóc swoimi silnymi dłońmi i jasnym, poważnym umysłem. Mówiła też o czarnych dniach, kiedy rodzice zmarli i musiała ruszyć w świat, w obce strony.
Zaczęła bardzo powoli opowiadać mu takie rzeczy, wciąż przy tym nieśmiała, jakby prosiła go o wybaczenie. Ale gdy widziała jego spokojne, smutne oczy, które piły każde słowo jak woda głębokie, ciemne jezioro duszy drzemiące za nimi, mówiła dalej.
Zacinając się, opowiedziała też o tej jednej rzeczy, którą wyniosła z prostego rodzinnego domu i która pozostała jej ojczyzną, gdy wszystko inne odchodziło. Słońce spoczywało w jej jasnych, wielkich oczach, jakby promieniało z wnętrza blaskiem zwycięstwa.
Wtedy wychodziła krągła, radosna pani Lind ze swoim szyciem. Karen wstawała i wracała do pracy. Lars jednak nie bardzo słuchał wesołej paplaniny, bo w ogrodzie warzywnym Karen klęczała na ziemi, z dużym, białym czepkiem przeciwsłonecznym na jasnych włosach. Jej wysoka, giętka sylwetka pochylała się gorliwie w tę i z powrotem przy pracy. Jego oczy spoczywały na niej z zadumą, a wszystko to, co mu opowiedziała, przesuwało się przez jego myśli. Mała pani Lind dobrze to widziała i bardzo ją to cieszyło.
Rozdział XVIII.
Głęboko, na samym dnie, coś nurtowało i wierciło w duszy Larsa. Spokojna, przejrzysta atmosfera panująca w domu Jakoba Linda sprawiała, że jego własny, zagmatwany stan ducha stawał się dla niego coraz bardziej nieznośny. Jakob i wysoka, cicha Karen kroczyli naprzód tak pewnie i niezachwianie, a wokół małej, pracowitej pani Lind roztaczała się świeża, zdrowa aura świadomej pogody ducha.
A niedola Triny i jej wielkie zaufanie wciąż nie dawały mu spokoju. Rozmyślał i rozmyślał, lecz w żaden sposób nie potrafił pogodzić swojej wygodnej przyjaźni z Asmussenami z całym tym nieszczęściem, o którym na schodach opowiedziała mu mała Trina.
A jednak namiętność szalała i wrzała w nim jeszcze silniej niż dotąd. Dopóki nie wywalczy w sobie jakiejś decyzji, nie wolno mu było znów przycisnąć ust do tych miękkich warg; ta myśl ogarniała go niczym rozpaczliwa udręka.
Tymczasem postanowił zacząć tam, gdzie widział przed sobą choć kawałek drogi. Chciał spróbować zrobić coś dla Dory.
Pewnego wczesnego poranka, spowitego gęstą mgłą, zaczął rozmawiać o niej w łodzi z Peterem Lassenem. Opowiedział mu wszystko, co usłyszał od Triny. O samotnej walce Dory i jej niedoli, o tym, jak pogarda ludzi i ogromny wstyd niemal ją teraz przygniatały, a mimo to nie było ani jednej pomocnej dłoni, która by ją podźwignęła. Młodsze rodzeństwo, które najchętniej osłoniłaby własnym ciałem przed wszelkimi niebezpieczeństwami, pozostawało bez ochrony i nikt nie zważał na ich wołanie o pomoc.
Larsowi przyniosło ulgę wyrzucenie z siebie części tego, co leżało mu na sercu. Lecz Peter odwrócił wzrok w bok i nikt nie potrafiłby odgadnąć, co działo się w jego wnętrzu.
Samemu sobie Lars jednak pomógł. Zrobił pierwszy krok. Teraz wiedział, że sytuacja musi się wyjaśnić. Wuj Gust powinien poznać jego zdanie, a Mietę pragnął przeciągnąć do swojego prostego, czystego świata. Dla niej z pewnością potrafiłby się zmobilizować i wydźwignąć z tego żałosnego, ciasnego kręgu. Kochała go tak samo, jak on kochał ją, dlatego na pewno by na niego poczekała.
Tak też się stało, że wreszcie wyprostowany i pełen pewności siebie ruszył przez pastwiska w stronę domu pana Asmussena.
W wysokim, szarym domu na schodach spotkał Trinę Lassen. Aż się przestraszył, tak bardzo rozbłysły jej oczy na jego widok. Zatrzymał się przy niej, zapytał o rodzeństwo Dory i kilka innych rzeczy, a ona patrzyła mu prosto w oczy i odpowiadała po prostu, z ogromnym zaufaniem.
Potem ciężkim krokiem ruszył w górę po schodach. Frontowy pokój był pusty. W drugim zastał wuja Gusta ukrytego za gazetą w gęstych kłębach tytoniowego dymu.
Mocno zacisnął usta, przez co jego twarz znów wyglądała jak wyciosana z drewna, po czym stanął tuż przed nim.
Wuj Gust rozgonił gazetą błękitne kłęby dymu.
– Proszę, proszę, Lars... w końcu się pokazujesz – powiedział dobrotliwie.
– Wuju, mam ci wiele do powiedzenia – wykrztusił twardym głosem Lars.
Do czytania pan Asmussen potrzebował binokli. Zerkając w bok, spojrzał na Larsa znad szkieł.
– Siadaj, siadaj, mój chłopcze! – A potem dodał wyczekująco: – No?
Lars usiadł po drugiej stronie stołu, oparł o blat ramiona i pochylił się w stronę pana Asmussena. Mówił bardzo wyraźnie i powoli, a pan Asmussen poprawił swoje binokle.
– Zupełnie nie wiem, o czym ty właściwie mówisz – powiedział, po czym ostrożnie przetarł binokle chusteczką.
Ale Lars zachował spokój i dalej mówił o Trinie Lassen oraz o tym, co ludzie opowiadali mu o wuju Guście.
– A co cię to w ogóle obchodzi?! – Wuj Gust odchylił się do tyłu w fotelu i usiłował spojrzeć na Larsa z urazą.
Lecz Lars nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Gdy zszedł na temat Dory Nielsen i jej rodzeństwa, wuj Gust zaczął wiercić się nieco na krześle i zaśmiał się z zakłopotaniem.
– No już, już – rzekł uspokajająco i puścił do Larsa oko.
Ale Lars mówił dalej, wpadając w coraz większy gniew. Mówił o tych, którzy nie znajdują ani pomocy, ani ochrony, ponieważ inni, mający ku temu siłę i obowiązek by o nich dbać, przesiadują w karczmie i rzucają niewybrednymi żartami.
Tego dla wuja Gusta było już za wiele.
– Ty żółtodziobie, idź i praw kazania swoim rybom! – wrzasnął, z powrotem wkładając binokle na nos.
– Tak – powiedział nagle Lars zupełnie innym tonem. – Jestem tylko rybakiem i nie mam prawa się odzywać, ale to być może ostatni raz, kiedy tu siedzę, a zanim podejmiecie decyzję, powinniście wiedzieć, co myślę.
Wtedy wuj Gust szybko odłożył gazetę i spojrzał Larsowi w twarz z wyrazem, który wyglądałby niemal głupkowato, gdyby nie należał do pana Asmussena.
Lars zamilkł na chwilę, a jego ostro zarysowana twarz pobladła pod opalenizną od wiatru i słońca.
Na zewnątrz było słychać szczekanie psa.
– Chciałem cię zapytać, czy oddałbyś mi Mietę za żonę – powiedział, a jego głos był bardzo niski i niemal głuchy.
Wtedy pan Asmussen zmienił się na twarzy, jak gdyby w kwietniowy dzień słońce przedarło się przez chmury.
– Mój drogi Larsie! – rzekł wzruszony, a jego głos również zabrzmiał nisko, choć był raczej stłumiony przez otyłość. – Zawsze myślałem, że znów do nas wrócisz. Stan, do którego teraz należysz, jest przecież dla ciebie nie do pomyślenia. Przy twoich zdolnościach wszystko da się nadrobić w krótkim czasie nauki. Tak, tak, myślę, że nasza dziewczynka powie „tak”. Jesteście przecież młodzi; dopóki znów się nie wdrożysz na tyle, by dojrzeć do odpowiedniego stanowiska, możecie spokojnie poczekać… i…
– Co ty właściwie masz na myśli, wuju? – Lars stał wysoko wyprostowany i patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
Ale pan Asmussen był już przy drzwiach.
– Miete! Miete! – zawołał w dół schodów. – Przecież wiedziałem, i przez cały czas miałem dla ciebie na oku miłą, małą posadkę… o, proszę, tu jesteś, maleńka, no, no, lepiej zostawię was samych.
Zaśmiał się cicho; jeszcze zza drzwi słyszeli jego śmiech.
Miete stała przed nim. Spoglądała na wpół z zakłopotaniem w bok, a na jej miękko zarysowanych policzkach krew to napływała, to odpływała. Przetoczyła się między nimi gorąca fala, która falowała tam i z powrotem i zdawała się mącić wzrok, tak że nie było już miejsca na rozwagę, a jedynie na palącą potrzebę.
Oboje nie wiedzieli, jak długo tak leżała w jego ramionach.
Ale znów pojawiła się ciotka Jette, gwałtownie naciskając klamkę. Miete odskoczyła z płonącymi policzkami, a Lars stanął obok niej, oddychając ciężko, z pociemniałymi oczami.
– No – powiedziała ciotka Jette i usiadła – teraz sobie najpierw rozsądnie porozmawiamy.
Oboje usiedli powoli obok siebie, a Lars przejechał dłonią po czole i dalej, po swoich krótkich włosach.
– A więc twój ojciec mówi mi, Miete, że Lars chce się z tobą ożenić, i rzecz jasna wraca do naszego stanu oraz zamierza przygotować się do pracy u pana Tiensena. Będzie to wymagało długiego czekania, a i dla ciebie nie będzie to początkowo jakaś specjalnie zaszczytna pozycja. Ale ostatecznie wolę już to małżeństwo, niż to wszystko, co tu się między wami wyrabia, i…
– Ciotko Jette – odezwał się nagle Lars, znów zupełnie blady. – Wuj Gust mnie całkowicie źle zrozumiał. Jeśli Miete mnie kocha, z pewnością każdy stan będzie jej odpowiadał. Może i znajdą się sposoby, żebym się jakoś dalej kształcił i piął w górę, ale praca u pana Tiensena – nigdy w życiu. Przed wami stoi tylko rybak!
Obrócił się do Miete w swój ociężały sposób. Na jego twarzy malowało się bezwzględne, gniewne pytanie, choć w jej ostrych rysach kryło się też coś na kształt tłumionej udręki.
Aż drgnęła i gwałtownie odsunęła się od niego.
– Co takiego, żona rybaka?! – wykrzyknęła. – Lars, czyś ty zwariował? – Zaśmiała się piskliwie, niemal tak, jak czasami brzmiał jej głos, gdy była dzieckiem.
Pierś ciotki Jette, na której spoczywał gruby, złoty medalion, zaczęła gwałtownie falować.
– Z pewnością bardzo by ci to odpowiadało, nietrudno w to uwierzyć. Urocza, młoda żonka, a do tego pieniądze. A potem odwrócić się plecami do swoich dobroczyńców i na dodatek występować przeciwko ich interesom. Zawsze ci nie ufałam, Larsie Asmussen, a te twoje umizgi do mojego dziecka budziły we mnie wstręt.
– Ach, mamo, ty zawsze wszystko psujesz – rzuciła wrogo Miete.
– Tak, tak, zawsze to robi – przytaknął pan Asmussen, który wszedł do pokoju, słysząc podniesione głosy.
– Lars… – Miete podeszła do niego tak blisko, że poczuł na policzku jej delikatny oddech – przecież obiecałeś, że coś dla mnie zrobisz… Lars?
Położyła swoją miękką dłoń na jego twardych, ogorzałych palcach.
Miał wrażenie, jakby coś w nim się zapadło; ogarnęła go niemal obezwładniająca, fizyczna słabość, a jednocześnie gorący strumień krwi uderzył mu do głowy.
– Lars – rozległ się życzliwy głos pana Asmussena. – Lars, mój chłopcze… przypomnij sobie, o czym przed chwilą mówiłeś. Pomyśl o prostych ludziach, pomyśl, jak agitator potrafi dotrzeć w każdy kąt i jak dobrze zna tutejsze stosunki. Pomyśl, jakie zyskasz wpływy, jak bardzo będziesz mógł pomóc!
Przez chwilę z bladą, nieruchomą twarzą przenosił wzrok z jednego na drugie. Przypominał teraz swoją matkę.
– Żegnaj, Miete! – powiedział.
Jej palce wciąż miękko spoczywały na jego dłoni. Teraz przytuliła się do niego, a cała jej postać wyrażała tęskne oddanie.
– Lars, czy naprawdę nic nie możesz dla mnie zrobić? Gdybyś mi tylko obiecał, że będziesz trzymał z nami, o nic więcej nie proszę?
Wtedy on nagle chwycił ją za ramiona i zajrzał jej w twarz. Próbowała się uśmiechnąć, ale nie potrafiła spojrzeć mu prosto w oczy. Przez jej jasną, delikatną twarz przemknęło coś nieokreślonego… coś ukrytego.
– Teraz wiem, że chcesz mnie zwieść, Miete Asmussen, żeby mnie usidlić. – Jego głos zabrzmiał bardzo twardo. – A Bóg mi świadkiem, że masz nad mną wielką siłę!
Odtrącił ją i ruszył w stronę drzwi. Miete jednak pochyliła się w jego stronę i spojrzała mu w oczy tak, że jej wzrok niemal wwiercał się w samą głębię jego duszy.
– Jeszcze wrócisz! – szepnęła.
– Nie – odpowiedział.
Rozdział XIX.
Nastały teraz dla Larsa Asmussena złe dni. Wszystko wydawało się mętne i pozbawione głębszego sensu. Czuł jedynie wewnętrzny, bolesny niepokój. Jednak pewnego dnia Peter Lassen opowiedział mu coś, co na moment obudziło w nim równie jasne, spokojne uczucie, jak wtedy, gdy rozmawiała z nim Karen.
A to, o czym opowiedział mu Peter, wydarzyło się następująco:
Pewnego razu w słoneczny dzień Peter szedł przez pastwiska. Kroczył wyprostowany, stąpał pewnie, gwiżdżąc głośno i wesoło. Był zadowolony z rześkiego, silnego wiatru, a przede wszystkim – z samego siebie. W myślach podliczał zarobek z minionego tygodnia i z niego również był rad.
Nagle zatrzymał się przed wyrwą w żywopłocie i spojrzał na rozciągające się za nim pastwisko.
– Już wypuścili krowy! – powiedział. – Pastwisko Hoeksów – mruknął do siebie, kiwając głową. – U nich to pewnie i kurczęta klują się z jaj wcześniej niż u innych.
Miał już ruszyć w dalszą drogę, gdy z drugiej strony na pastwisko weszła jakaś dziewczyna. Skierowała się ku krowom, ani razu nie podnosząc wzroku znad ziemi. Cienkie, sztywne gałązki śliwy tarniny obsypane białym kwieciem odcinały się ostro na tle łagodnego, błękitnego nieba, a zza nich Peter obserwował dziewczynę. Już dawno przestał gwizdać. Zadowolony błysk w jego oczach zgasł, ustępując miejsca niespokojnemu blaskowi; jego wzrok, prześlizgujący się między kwiatami i spoczywający na dziewczynie, wyrażał niemal udrękę. Tymczasem ona, zachowując całkowity spokój, usiadła na stołku do dojenia i wkrótce skończyła z pierwszą krową.
Peter drgnął, jakby chciał wkroczyć na pastwisko, lecz po chwili zmarszczył brwi i pozostał na swoim miejscu. Dziewczyna przeszła do drugiej krowy, a Peter wciąż stał ukryty za gałązkami tarniny. Wyraz udręki w jego oczach jeszcze się pogłębił. Dziewczyna lekko klepnęła ostatnią krowę, by odeszła, po czym oparła łokcie na kolanach, ukryła twarz w dłoniach i znieruchomiała skulona na niskim stołku, jakby przytłoczona jakimś ogromnym ciężarem. Łagodne wiosenne słońce oświetlało jej jasne włosy, aż lśniły, a nad całym pastwiskiem unosił się miękki, ciepły, wiosenny spokój.
Wówczas Peter westchnął głęboko i wyszedł na pastwisko. Między brwiami wciąż rysowała mu się głęboka bruzda, a jego wyprostowana postawa zdawała się uosabiać czystą prawość.
– Dzień dobry, Doro – powiedział.
Szybko podniosła wzrok, a krew uderzyła jej do twarzy aż po same cebulki włosów.
– Dzień dobry, Peterze Lassnie – odpowiedziała cicho.
– Ładna krowa – rzucił Peter, klepiąc rudą sztukę po grzbiecie.
Dora spojrzała mu jednak prosto w twarz z ogromnym lękiem w oczach i nie odezwała się ani słowem. Peter odchrząknął i oparł się łokciem o krowę. Mimo to wciąż nie potrafił znaleźć właściwych słów. A wysoko w górze, w miękko rozmywającym się błękicie, powietrze drżało od radosnego śpiewu skowronków.
Wtedy ona powoli wstała i podniosła z ziemi swój stołek.
– Doro – zaczął Peter – zaczekaj no. Doro, nie wiodło ci się najlepiej, powinnaś była mnie wcześniej posłuchać. Teraz może zmienisz zdanie, Doro. – Wziął głęboki oddech i wyrzucił z siebie pośpiesznie: – Może lepiej by było, gdybyśmy się jednak teraz pobrali.
Reakcja była zupełnie inna, niż spodziewał się Peter. Dora wyprostowała się. I nagle znów stanęła przed nim pełna dawnego, jasnego blasku. W jej oczach zapłonęły błyskawice.
– Tak, masz rację, źle mi się wiodło, Peterze Lassnie, i jestem teraz dziewczyną, z którą nikt już zbytnio się nie liczy. Ale nie stałam się przy tym na tyle pokorna, Peterze Lassnie, by przyjmować z wdzięcznością każdy rzucony przez ciebie ochłap łaski.
Wzięła swój stołek pod pachę i ruszyła przed siebie, a rąbek jej spódnicy ocierał się o kwitnące margerytki. Nagle zatrzymała się i rzuciła przez ramię:
– Kiedy znów zechcesz ze mną porozmawiać, nie zapominaj, że masz mnie za co przepraszać, Peterze Lassnie.
Po czym odeszła, a Peter tylko patrzył za nią osłupiały. Ze złością popchnął krowę i ruszył z powrotem ku ścieżce.
– I dobrze – pomyślał. – Zrobiłem to, co do mnie należało. I tak by do nas nigdy nie pasowała. Bóg jeden wie, co by na to powiedziała matka… i wszyscy inni porządni ludzie. Uchowaj Boże, jak by pękali ze śmiechu rudy Trollsen i stary Mazen. A ci głupi młodzi Henigsenowie to by dopiero mieli radochę.
Peter w kółko powtarzał sobie w myślach, jak to dobrze się złożyło, że Dora Nielsen okazała się taka nierozsądna. Wcale jednak nie wyglądał przy tym na uradowanego. Co chwila zatrzymywał się i oglądał za siebie, lecz na zalanych słońcem pastwiskach nie było widać absolutnie niczego oprócz lśniących w słońcu, rudych krów.
Szedł dalej, lecz jego głowa była teraz lekko opuszczona.
Nikt nie wiedział, co się właściwie stało z Peterem. Domownicy przestali się z nim dogadywać. Stał się znacznie bardziej milczący niż zazwyczaj, a jeśli już się odzywał, to głównie po to, by na kogoś warknąć.
Lars sam zmagał się i walczył z własną potężną udręką. Mimo to dostrzegał, że i na tym drugim ciążyło jakieś brzemię, i nieraz spoglądał na niego pytająco swoimi głębokimi oczami. Wtedy Peter odwracał głowę w bok i zaczynał gwizdać, lecz szybko znów przestawał.
I wciąż na nowo powtarzał sobie, że tak jest dobrze. Ale tak, jak ta wielka Jasność stanęła przed nim wtedy w ciepłym, wiosennym słońcu, tak teraz wciąż stała mu przed oczami duszy. Nie potrafił się od niej uwolnić. Zaczął raz za razem powtarzać sobie słowa, które wypowiedziała. I zrobił coś, czego Peter Lassen nie zrobił jeszcze nigdy w życiu: spróbował wyobrazić sobie, co musiała czuć, że wypowiedziała właśnie te słowa, i czy to oznaczało, że naprawdę nie mogła już znieść Petera Lassena. A gdy o tym myślał, jego serce kurczyło się tak boleśnie, że sprawiało to wręcz fizyczny ból. Aż nagle, w pewien niedzielny poranek, gdy przesiadywał długo na odwróconej łodzi Klaasa Klaaßena, a dziwne, nowe myśli to w nim świtały, to znów gasły, zrozumiał wreszcie, co czuła Dora Nielsen. I zrobiło mu się Dory Nielsen tak potwornie, z głębi serca żal, że ze złości uderzył się pięścią w kolano. Potem wstał i poszedł do domu.
Gdy po chwili jego młodsza siostra, Lena, zapytała go, dokąd wybiera się w swoim najlepszym niedzielnym ubraniu, straszliwie na nią warknął i omal jej nie spoliczkował.
W gospodarstwie Hoeków z niezwykle ponurą miną zapytał o Dorę Nielsen.
Postawna córka Hoeka wyjrzała z ciekawością przez okno, gdy wchodził do obory.
Dora była u cieląt. Gdy głaskała pijące cielę, było w niej coś łagodnego, macierzyńskiego. Na widok Petera wzdrygnęła się tak gwałtownie, że cielę odskoczyło w bok.
Peter stał przed nią, obracając w dłoniach czapkę. Spoglądał w bok, a w tym wielkim mężczyźnie było w tej chwili coś chłopięcego.
– Wybacz mi tamten policzek – wykrztusił w końcu swoim niskim głosem.
Dora spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, lekko drżąc. Wtedy on spojrzał jej prosto w twarz. A w jego dobrych, błękitnych oczach malowało się coś takiego, że Dora ukryła twarz w dłoniach i wybuchła głośnym płaczem.
– Nie jestem tego warta... nie jestem tego przecież warta – szlochała.
Wtedy poczuła wokół pasa jego silne ramiona, i teraz ta wielka Jasność wiedziała już, że w końcu odnalazła swój dom.
* * *
Lars wiedział, że jego ówczesna opowieść w łodzi pomogła sprawić, by tak właśnie potoczyły się losy tej dwójki. Przez krótką chwilę myśl ta przynosiła mu swoistą pociechę. Udręka tęsknoty jednak pozostała.
Uciekał więc coraz bardziej w pracę. A dla obu młodych mężczyzn było teraz akurat aż nadto do zrobienia. Każdy z nich w swoim rodzinnym domu już od jakiegoś czasu, pogrążony w myślach, z niepokojem przyglądał się staruszkom.
Hans Peter Lassen cierpiał na chorobę żołądka i przesiadywał w swoim małym domku zapadnięty w sobie i bardziej milczący niż kiedykolwiek. Jego żona zaś głośno lamentowała. Wobec tego dziadek musiał wypływać w morze sam. Z trudem stary człowiek zwijał sieć za pomocą wciągarki, a jego połów był żałośnie marny. Chciał jednak jeść chleb zarobiony własnymi rękami i nie narzekał, gdy po skończonej pracy opadał z sił, zupełnie wyczerpany. Gdy kobiety próbowały poruszyć ten temat, Lars i Peter odpowiadali im tylko krótko i gburowato. Niemniej obaj spotykali się i naradzali, co z tym począć. Młodzi byli zgodni co do tego, że żaden ze staruszków nie przetrwa już trudów ciężkiej zimowej pracy. Ustalili zatem, że Lars i Peter będą wypływać każdy na własnej łodzi, biorąc do pomocy po jednym człowieku, któremu przypadnie mniejszy udział w zyskach. Stara zimowa łódź dziadka niewiele już była warta. Z tego względu trzeba było jeszcze latem zbudować nową.
W tym czasie z połowem węgorzy nie było wcale dobrze, przez co często musieli wypływać w morze dwa razy dziennie. A w godzinach, w których normalnie by spał, Lars stał, ciosając i uderzając młotkiem przy budowie nowej łodzi. Kiedy leciały wióry, jęczała piła lub dudnił młotek, czuł się lepiej. A gdy gorąca tęsknota wzbierała w nim na kształt fizycznego bólu, sprawiał, że drewno zgrzytało i dudniło, a te dźwięki wciąż na nowo powtarzały mu to samo: chciał pozostać wolny i niezależny od tych żyjących wygodnie, sytych ludzi z góry. Na swój własny sposób, wolny, w pełni wolny.
Kiedy zbyt długo nie dawał znaku życia, pewnego dnia plażą nadszedł Jakob Lind; Lars stał właśnie przed ogniem, mając poczerniałe dłonie i umazane ubranie.
– „Praca to najwłaściwszy fundament pod budowę”, jak mawiał dziadek, i miał w tym rację. Zostaw mnie w spokoju, Jakobie Lind!
Lars pozostał przy swojej robocie i nie odwiedził Jakoba Linda. Gdy po wielogodzinnej harówce musiał na chwilę przerwać, a nie była to akurat pora snu, stawał bez ruchu na końcu pomostu i wpatrywał się w wodę. To samotne dumanie z wielką udręką w sercu nie posuwało go jednak naprzód; tkwił w martwym punkcie, niczym we mgle.
Tak oto znów nadeszła niedziela, kładąc się szarym i dusznym ciężarem nad leniwą, oleistą wodą.
To było wolne popołudnie Triny Lassen. Wyszła właśnie z domu, by wrócić do osady.
Wtedy ujrzała Larsa stojącego na pomoście. Ta nieruchoma, ciemna sylwetka na tle rozległego, pustego morza miała w sobie – w oczach małej Triny – coś głęboko smutnego. Wiedziała przecież, co go spotkało w tym wysokim, szarym domu i było jej go tak bardzo żal, tego silnego, wielkiego Larsa.
Krok za krokiem, jakby w obawie, że wyrwie kogoś ze snu, nieśmiało weszła na pomost. Z niezwykłą delikatnością, o jaką nikt nie podejrzewałby dłoni nawykłej do ciężkiej pracy, położyła palce na jego ramieniu.
– Lars, chciałam ci tylko podziękować – powiedziała.
– Za co? – zapytał.
– Tam w środku, u Petera, siedzi Jasna Dora i oboje są tacy szczęśliwi. To twoja zasługa.
Spojrzał jej w oczy jakimś dziwnym wzrokiem. Po chwili przyjaźnie pogłaskał ją po dłoni.
– Zawsze potrafisz znaleźć właściwe słowa, Trino, dziecko.
Spojrzała na niego z wdzięcznością.
– Czy u nich wciąż jest ci tak ciężko? – zapytał.
– Jakoś daję radę – odparła.
– A Miete... nie pomaga ci? – Jego głos zabrzmiał niemal twardo.
– Chyba nie może – powiedziała Trina i odwróciła wzrok. Miała głowę pochyloną tak, że kilka ciemnych kosmyków włosów opadło jej na czoło.
– Dlaczego więc tam zostajesz?
– Sama nie wiem, ale chyba wszędzie jest ciężko, a tu przynajmniej jestem blisko rodziców. Mówią, że w Hamburgu czy gdzieś tam byłoby lepiej, ale ja się boję.
Wtedy nagle ujął jej dłoń.
– Posłuchaj, Trino, oboje nie jesteśmy zbyt szczęśliwi. Znamy się od dziecka i na pewno potrafilibyśmy zgodnie pracować... Co o tym myślisz? Może spróbujemy być razem?
Oblała się płomiennym rumieńcem, po czym znów zbladła i patrzyła na niego, jakby przemówił w obcym języku. Wtedy zapytał raz jeszcze:
– Wyjdziesz za mnie, mała Trino?
Spojrzała na niego z takim jasno promieniującym szczęściem w oczach, że wziął ją za rękę i poprowadził prosto do matki Stiny. I w ogóle nie zauważyła, że on sam wcale nie wygląda na szczęśliwego.
* * *
Następna niedziela, w którą Jakob Lind się o tym dowiedział, była znów pogodnym, spokojnym dniem wczesnego lata. Wraz z żoną i Karen wybrali się na przechadzkę za miasto. Popołudniowe słońce opierało się na tafli niewielkiego jeziora, a każde źdźbło trzciny wznosiło się bezszelestnie ku złotemu spokojowi; jedynie ważki fruwały wśród trzcin i siadały na wielkich, czerwonych kwiatach. Przez liście kasztanowców złote promienie słońca padały aż na zielone dno, gdzie wiły się przedziwne rośliny wodne. Z błękitnego cienia wprost w złote światło wypływały bezszelestnie białe łabędzie, a ich jasne upierzenie lśniło błękitnawo, by po chwili znów rozbłysnąć złocistobiałym blaskiem. W zagajniku drozd snuł swoje marzenia w przeciągłych, tęsknych trelach, po czym znów wybuchał radosnym śpiewem o złotych, słonecznych snach, a czasami – cicho i z samej głębi zielonego, zacienionego ukrycia – kukułka wabiła swym głosem, nawołując do krainy dzieciństwa.
Ścieżką nad jeziorem szedł Jakob Lind, a jego mała żona trzymała go pod ramię.
Karen została nieco w tyle. Co jakiś czas pochylała się nad ciemną wodą i zrywała do bukietu wysokie, żółte irysy. A zielonozłote słoneczne refleksy tańczyły na jej jasnej sukni.
Zamyśliła się, wpatrzona w ten baśniowo cichy, słoneczny spokój. Miała wrażenie, jakby ów wielki, poważny rybak cały czas szedł tuż obok, jakby czegoś od niej oczekiwał. Cóż miała począć? Wszystko, czym była, należało do niego; wydawało jej się, że to jego odwieczne prawo. Czy w ogóle istniał kiedyś czas, w którym jeszcze go nie znała? Gdzieś na samym dnie duszy z pewnością od zawsze śniła obraz jego istoty. Bo jakże inaczej potrafiłaby aż do głębi swych zmysłów zrozumieć jego poważną, skłonną do zadumy naturę i ową siłę, której tak trudno było zdobyć się na rześki, zdecydowany czyn? Gdybyż tak wolno jej było wyrwać go z tych marzeń! Czy Bóg złożył tę duszę w jej dłonie właśnie dlatego, że tylko ona jedna rozumiała jego najskrytsze uczucia?
Oparła się o poskręcany, czerwonawy pień kasztanowca i spojrzała w górę, na rój muszek tańczących w złotym promieniu. W jej szeroko otwartych, przejrzystych oczach znów zagościł jasny blask triumfu.
Kiedy dotarli do osady, ktoś im powiedział, że Lars Asmussen zaręczył się z Triną Lassen.
Wówczas mała pani Lind tupnęła nogą.
– Zrobił to tylko po to, by zrobić na złość tej okropnej Miete! Co za głupi, głupi człowiek!
– Obawiam się, że to było tchórzostwo – stwierdził Jakob Lind.
Karen jednak w milczeniu szła dalej.
Rozdział XX.
Stary Klaas Klaaßen ma rację: to ludzie wprowadzają zamęt w ten wielki, wspaniały porządek.
Niejeden rodzi się w taką niezwykłą noc w okolicach przesilenia, albo kiedy cienki sierp księżyca czuwa nad pęczniejącymi pąkami, albo gdy pełnia przyświeca odchodzącemu rokowi. Wtedy to z dna wszechrzeczy dobiega dźwięk głębokich dzwonów, a źródło, ukryte głęboko w dole, zaczyna gwałtownie wzbierać i szumieć.
Taki człowiek stąpa potem po ziemi z powagą w oczach, a jego słuch jest czulszy niż u innych. A kiedy przystanie i zacznie nasłuchiwać, nawiedza go przeczucie tego, jak być powinno. To tak delikatne, badawcze czucie, jak to, które przemawia do dzieci w snach, wiedzie ptaki wędrowne przez przestworza albo popycha morski przypływ ku lądowi. I płakać mu się chce, gdy widzi ten wielki zamęt, jaki wprowadzają ludzie. Zupełnie jakby pchała ich jakaś mroczna siła, każąca im ingerować w ten wielki porządek i rozdzierać jego tkankę.
Ale tak, jak sama natura zawsze dąży do wyrównania i spowicia wszystkiego pięknem, tak i sam porządek dąży do tego, by przywrócić rzeczom ich pierwotną harmonię. Człowiek jednak często lęka się jego drogi, gdyż najczęściej wiedzie ona przez mrok nocy.
Jeśli jednak któreś z jego dzieci, pośród hałaśliwego zgiełku niezrozumienia, zignorowało ten głos i zeszło na złą drogę – wystarczy, że znów się owego porządku uchwyci, a on zawsze wyprowadzi je na prostą. Człowiek musi prząść z jego nici, nawet jeśli sam w to nie wierzy. I w ten sposób ostatecznie zawsze dociera do celu.
Lars wprowadził właśnie taki zamęt we własne życie.
– Należę do prostych, pracujących ludzi – powiedział do Jakoba Linda. – Tam jest moje miejsce. To, co opiera się na pracy, jest w życiu prawdziwe, Jakobie. Cała reszta jest fałszywa.
– Masz rację, Larsie Asmussen – odparł Jakob Lind – ale posunąłeś się za daleko.
Szukał przyjaciół wśród prostych ludzi, a Lindów w tym czasie unikał. Miał zamieszkać z żoną w nowym domu, nieco dalej od plaży.
Był to jedyny dostępny w okolicy dom, a ślub miał się odbyć jeszcze przed jesienią, zanim na nowo rozpoczną się połowy śledzi.
Matka Lassen była obrotną kobietą, a wyprawa Triny już od dawna spoczywała czysta w skrzyni. Lars mógł więc wszystko urządzić po swojemu.
Przez to w ogóle nie miał już czasu na rozmyślania. W nowym domu było jeszcze sporo do zrobienia, zanim mógł się do niego wprowadzić, a łódź również nie była w pełni gotowa. Nie dopięli też jeszcze wszystkiego w kwestii mężczyzn, którzy mieli z nimi łowić. Lars bardzo chciał mieć w swojej łodzi Kordsa. Kords miał dobrą rękę do pracy, a poza tym od prawie roku pracował w stoczni.
Ale teraz nagle Kords wrócił do domu, bez pieniędzy i z chorą żoną. Lars o tym wiedział i chciał go zwerbować do pracy ze sobą.
Praca była teraz jedyną myślą Larsa. Nie chciał zaglądać we własne wnętrze. Podświadomie zdawał sobie sprawę, że gdyby przerwał pracę i pozwolił sobie na chwilę wsłuchać się we własną duszę, znalazłby tam nieznośny, piekący ból. Ale choćby ze względu na małą Trinę chciał wmówić sobie, że jest zadowolony. W rzeczywistości Lars odzyskał też pewną dozę pewności siebie, odkąd zranił najgłębsze zakamarki swojej duszy, wyrywając z nich Mietę. Wiążąc się z Triną Lassen, zatrzasnął za sobą drzwi. Teraz nie było już odwrotu!
Stąpał pewnie, jak człowiek, który ma przed oczyma jasny cel. Tak też szedł wzdłuż plaży do Wanbyll, by porozmawiać z Kordsem. Ale mimo tego pewnego kroku, na jego czole zalegało coś niczym chmura, a na duszy ciążyło coś przypominającego mroczny sen. Także w szarym, dusznym letnim powietrzu nie było rześkiego powiewu, który by go otrzeźwił. Morze leżało upiornie ciche i czarne. Tylko miejscami połyskiwało srebrem. Ostro zarysowane brzegi odbijały się głęboko w wodzie, wydając się być na wyciągnięcie ręki. W małej, samotnej zatoczce między kanciastymi, szarymi głazami widać było oślepiające trzepotanie białych skrzydeł. Przenikliwe skrzeczenie mew brzmiało złowieszczo nad bezgłośnie trwającą w oczekiwaniu bezkresną przestrzenią. Gdy Lars się zbliżył, wrzasnęły gwałtownie, jakby ta wielka cisza miała rozpaść się na kawałki, po czym nastąpiło lśniące zafalowanie i zniknęły.
Dalej, na szarym głazie, siedziała jeszcze jedna, samotna mewa. Jej oślepiająco biała sylwetka odbijała się w czarnej toni.
I znów ta niesamowita cisza otuliła kroczącego mężczyznę niczym ponury sen. W tym czasie nieustannie ciążyło na nim poczucie, jakby wszystko robił i mówił we śnie. Równomiernie stawiał kroki i patrzył prosto przed siebie.
W Wanbyll, na plaży, pośród rozwieszonych sieci rybackich stał Kords z innymi mężczyznami.
Na widok Larsa rzucił w jego stronę gorzki, twardy śmiech.
– No i proszę, znowu tu jestem, z chorą żoną i wrzeszczącymi bachorami.
– A dlaczego właściwie? – zapytał Lars.
– Cóż, wy też możecie tego jeszcze raz posłuchać – powiedział Kords. – To było tak: wiesz przecież, że od zawsze należałem do towarzyszy. No więc, z pracą tam wśród tych wszystkich braci miało to iść porządnie do przodu. A przy dobrym zarobku chciałem też solidnie spłacić długi, w które popadłem przez chorobę i przeprowadzkę.
Zaśmiał się znowu głośno, a ostre, żółtawe burzowe światło położyło się na jego twardej, ponurej twarzy.
– Na początku szło to całkiem nieźle. Potem musieliśmy strajkować; chętnie brałem w tym udział dla sprawy, choć odbiło się to na moich zarobkach. Ale wkrótce wybuchł kolejny strajk, a teraz, przed kilkoma tygodniami, trzeci. I mówię ci, Larsie Asmussen, z tym ostatnim strajkiem to był czysty bezsens. Nie będę wam tego tłumaczył, bo i tak nie zrozumiecie. Powiedziałem to też przywódcom: to bezsens, nie biorę w tym udziału. Ale myślisz, że pozwolili mi zrobić, co chciałem? Nie, miałem strajkować i już, a najgłośniej domagali się tego ci zupełnie młodzi, te żółtodzioby.
– Właściwie to ci faceci do końca nie byli w błędzie – wtrącił z namysłem Lars. – Skoro już raz tam wstąpiłeś, musiałeś działać z nimi. Bo wiesz, z tymi całymi braćmi i wszystkimi tymi pięknymi historiami, które sobie wyobrażasz, tak naprawdę nigdzie na świecie to tak nie działa. Byłoby pięknie, gdyby dało się to tak zorganizować. Ale dopóki widzę, że jacyś obcy przywódcy wodzą mnie za nos, wolę być swoim własnym panem. A skoro chciałeś zachować własne zdanie i pozostać wolnym człowiekiem, to po co tam w ogóle wstępowałeś?
– Nie wymądrzaj się, Lars, ty tego wszystkiego w ogóle nie rozumiesz. Ja też nie pozwoliłem sobie rozkazywać, o nie, tym razem na przekór im wszystkim poszedłem do roboty. A tu nagle jeszcze żona mi choruje, muszę posłać po doktora i zapłacić innej kobiecie, żeby popilnowała najmniejszych brzdąców. Z chorą żoną i małymi dziećmi... mówię ci, Lars, istna nędza. No i pewnego ranka wychodzę wcześnie z domu, a na duszy i tak mam już wystarczająco podle. Na ulicy jest zupełnie cicho. Nagle z jakiejś sieni wylatuje coś i uderza mnie w głowę tak, że aż mi się pociemniało w oczach i musiałem oprzeć się o ścianę. Potem czuję, że ktoś rzucił kamieniem i rozwalił mi głowę do krwi. Zrywam się więc na równe nogi i wpadam do tej sieni, ale ten drań zdążył już uciec przez podwórze i tyle go widzieli. Zostało mi tylko wrócić do domu, zmyć z siebie krew i położyć się do łóżka.
Mężczyźni przez chwilę stali w milczeniu i patrzyli na morze, podczas gdy upiorne, białe ramiona chmur sięgały po niebie coraz wyżej. Światło padało to ostro, to znów mętnie na ich zahartowane przez pogodę sylwetki i kościste, spokojne twarze.
– No, a inni żonaci, co oni robią? – zapytał Lars. – Też wszyscy strajkują, kiedy akurat mają dobrą pracę?
– Strajkują ze strachu, te półgłówki, chociaż ich to cholera bierze. A te młode krzykacze potem idą sobie dalej, a oni zostają z tymi swoimi ryczącymi bachorami i kilkoma groszami zapomogi z łaski.
– Dlaczego są tacy głupi i nie zastanowią się najpierw, czego się od nich żąda? Od razu lecą z tłumem, jak tylko jakiś obcy facet naopowiada im bajek. Gdyby spokojni ludzie trzymali się razem, każdy mógłby iść własną drogą i nie dać sobą pomiatać ani bogaczom, ani jakimś obcym partyjnym wymysłom.
Mówiąc to, Lars stał wyprostowany i wysoki, patrząc nieco ponad głową Kordsa. Czoło Kordsa pociemniało, a on sam wybuchnął:
– Mam dosyć tych twoich dobrych rad, Larsie Asmussen, słyszysz?! – wrzasnął. – Zresztą zaraz następnego dnia z tego wystąpiłem, a potem spakowałem się, wziąłem chorą żonę i wrzeszczące bachory i wróciłem do domu, czy im się to podobało, czy nie. Nie zamierzam siedzieć w tej przeklętej dziurze. Niech ich wszystkich diabli wezmą z tym ich państwem przyszłości!
– Tak, a żona mało przez to nie umarła, a pieniędzy teraz też nie ma – odezwał się Christen Matthies swoim przeciągłym, smutnym głosem.
Kords chciał znów wybuchnąć gniewem, ale Lars z rozmysłem zaczął mówić o swojej łodzi i werbować Kordsa do zimowej pracy. A ponieważ Kords nie miał ani łodzi, ani sieci, a bardzo potrzebował zajęcia, zamilkł i tylko chrząkał potakująco. Potem mężczyźni znów zamilkli i zapatrzyli się w morze. Gdy spadł pierwszy deszcz, przenieśli się do nędznej chaty Kordsa, w której nie było prawie nic oprócz łóżka z chorą żoną, bo wszystkie lepsze meble musieli zastawić. Brudne dzieci Kords wygonił za drzwi. A potem wszystko między sobą ustalili i dobili targu.
Dla Christena Matthiesa Lars miał zlecenie od Petera Lassena. Christen Matthies patrzył jednak przed siebie i powiedział, że musi to sobie najpierw przemyśleć.
Dwóch rosłych, silnych synów odeszło z tego świata przed nim, a on sam doświadczył i innych smutków. Przez to jego włosy przedwcześnie posiwiały, a obejście stało się powolne, jakby już nic nie było warte zachodu. Pracował jednak cicho i pilnie, a jego stara żona wypływała z nim w morze i pomagała przy połowach.
Kiedy skończyli rozmawiać, deszcz ustał i mężczyźni wyszli z Larsem na zewnątrz. Słońce chyliło się ku zachodowi za chmurami, a spomiędzy mrocznych warstw padał krwistoczerwony blask na ciemną wodę, sprawiając, że tuż obok szerokiej, czerwonej smugi światła wydawała się głęboko granatowa. Ostro i jasno odcinały się na tle nieba wieże miasta po drugiej stronie.
– Daleko już zaszedłeś, Lars, jak na swoje lata. Możesz mi pomóc, żebyśmy odpłacili się tym po drugiej stronie za ich podłość – powiedział Kords, grożąc pięścią przez wodę w kierunku miasta. Rudy Trollsen też tam stał i głośno się roześmiał.
Ale Christen Matthies powiedział:
– Skoro jest taki mądry, to raczej niech pomaga prostym ludziom.
Te słowa brzmiały jeszcze w uszach Larsa, gdy wracał do domu.
Rozdział XXI.
Tak więc Lars ożenił się jeszcze przed sezonem połowu śledzi i wprowadził się do nowego domu. Teraz wypływali razem w wyjące jesienne sztormy – Lars, Kords oraz Peter z Christenem Matthiesem. Jesień była burzliwa, ale długo utrzymywało się ciepło. Z tego powodu rybacy z otwartego morza nie mogli stawiać swoich sieci stawnych, na czym z kolei dobrze zarabiali rybacy łowiący w zatoce. Kiedy jednak nastały pierwsze mrozy i sieci stawne znów zagrodziły zatokę, różnica stała się boleśnie odczuwalna, a rybacy nie szczędzili gniewnych słów.
Zamiast do pana Asmussena czy do Lindów, Lars poszedł kilka razy z Kordsem do karczmy. Peter nic na to nie mówił, ale krążył wokół Larsa z ponurą twarzą. W karczmie Lars zazwyczaj siedział z nieruchomą twarzą w gęstych kłębach tytoniowego dymu, niemal jakby spał, i bardzo rzadko odzywał się choćby słowem.
Kiedy jednak inni uderzali pięściami w stół i głośno przeklinali rybaków z zewnątrz, pewnego razu wyprostował się i rzekł:
– To dlatego, że wy tu u nas nie potraficie dojść do porozumienia. Gdzie indziej rybacy mają swoje zrzeszenia i tam załatwiają takie sprawy między sobą.
– E tam, zrzeszenia – żachnął się rudy Trollsen. – Tylko po to, żeby mi ktoś dyktował, że muszę dzisiaj łowić, czy mi się to podoba, czy nie, i żebym przestał być swoim własnym panem.
– To musiałoby być właśnie takie zrzeszenie, w którym każdy mógłby spokojnie iść własną drogą, ale wzajemnie chroniliby się przed naciskami z zewnątrz. Wtedy na pewno mogliby też wspólnie bronić swoich interesów.
Rudy Trollsen potrząsnął głową, ale żaden z nich nie śmiał właściwie zaprzeczyć; cicha natura Larsa i jego pewna, nieprzerwana praca budziły u wszystkich szacunek.
Do wiosny zarobił też tyle pieniędzy, że mógł kupić kawałek ziemi pod ziemniaki za domem. Kroczył teraz znów wyprostowany, a jego zadowolony wzrok biegł prosto przed siebie. Ludzie nabierali coraz większego zaufania do jego prac stolarskich i ciesielskich, więc musiał budować dla nich skrzynie na ryby i naprawiać uszkodzone łodzie. Gdy tak dla nich pracował, z czasem poznali go lepiej i nabierali coraz większego szacunku dla jego wytrwałego, pełnego siły trudu. A kiedy minął rok, pracy wciąż mu przybywało. Ci, dla których coś wykonał, często namawiali go, by po robocie poszedł z nimi do karczmy. A ponieważ przychodził za ich namową, a oni cieszyli się z efektów jego pracy i uważali, że mają do niego pewne prawo i byli wręcz dumni z jego rozsądnych wypowiedzi. Ich aprobata pociągała za sobą innych. Tak doszło do tego, że w owym roku wielu słuchało Larsa z ogromnym zaufaniem. Lars dobrze to dostrzegał i czuł się tak, jakby to wszystko dodawało mu sił. Zrodziła się w nim radość, dzięki której myśli krążyły mu po głowie lżej i weselej. Snuł plany o wspaniałym zrzeszeniu rybackim, które pragnął założyć. I choć te myśli i plany nie miały jeszcze rąk i nóg, napawały Larsa radosną dumą, tak że kroczył wyprostowany i pewny siebie.
Miał w tym wszystkim jednak jeden powód do zmartwienia; w miarę jak mijały miesiące, dziadek zdawał się okazywać coraz mniejsze zainteresowanie jego poczynaniami.
Głębokie oczy dziadka spoglądały spod ciężkich, białych brwi na nowe drogi Larsa, lecz on na ten temat milczał. Milczał zresztą teraz prawie przez cały czas, a jeśli już się odzywał, było to tylko na wpół zrozumiałe mruczenie. Odkąd przestał wypływać w morze, siadywał przy oknie w tylnej izbie, gdzie stały krosna matki, i w milczeniu patrzył na wodę. Białą, krzaczastą głowę opuszczał aż na pierś, ale w jego oczach wciąż tliło się czujne, zamyślone życie. Wydawało się jednak, jakby to wszystko, co nowego pojawiło się w życiu Larsa, w ogóle nie docierało do tej niemal obojętnej ciszy, w której żył teraz starzec.
Czasami Lars przysiadał na stołku, który stał tuż obok, i próbował mu coś powoli i wyraźnie opowiedzieć. Wtedy starzec pozwalał swoim zamyślonym oczom na moment prześlizgnąć się po wysokim, poważnym rybaku. Przecierał ciężką, wielką dłonią usta i brodę. Potem jednak, zgodnie ze swym zwyczajem, znów spoglądał przez okno i nie dawał żadnej odpowiedzi. Lars wstawał, a gdy się odwracał, między jego brwiami malowała się głęboka zmarszczka.
A jednak zdarzyło się jeszcze ten jeden raz, że dziadek ożywił się na coś, co dotyczyło Larsa.
Kiedy zielonkawe, jesienne światło zaczęło zalewać świat swą przejrzystością, matka Stina weszła do tylnej izby z jasnym blaskiem na swej spokojnej twarzy. Ostrożnie złożyła w ramionach dziadka małego synka Larsa. Wydawało się, że stare oczy dziadka zaszkliły się łzami; zaczął mruczeć coś pod nosem, a brzmiało to jak błogosławieństwo. Lars stał obok i patrzył w milczeniu na nich obu. Nie powiedział nic więcej, ale od tego momentu chciał, żeby często przynoszono dziecko do starca. A dziadek trzymał je w ramionach i czasami pomrukiwał do niego jakieś słowa. Mały Klaus długo leżał cichutko w objęciach dziadka i spał tam niemal spokojniej niż u swojej własnej matki.
Również Lars często siadywał zamyślony na swoim dawnym miejscu. Od czasu do czasu zamieniał słowo z matką Stiną, a na jej twarzy gościł ów rzadki, świetlisty blask, ilekroć miała pod swoim słomianym dachem i jego, i małego Klausa.
Aż nadszedł pewien wiosenny poranek. W domu Larsa trwały wielkie porządki. Z tego powodu Trina już skoro świt zaniosła dziecko do matki Stiny.
Słońce stało jeszcze nisko, posyłając błyszczące wiązki promieni przez potężne bramy chmur wprost na morze i ląd. Olbrzymie, pęczniejące formacje chmur pawiły się w czerwonawym blasku, a od strony lądu, gdzie na morze padał cień, woda zdawała się być spowita błękitnymi welonami.
Dziadek siedział przy oknie z dzieckiem w ramionach i patrzył w stronę Larsa i Petera, którzy na swojej łodzi znajdowali się niedaleko brzegu.
Gdy po chwili matka Stina zajrzała do nich do tylnej izby, zdziwiła się, jak nisko broda dziadka opadła na dziecko. Wtedy przyjrzała się uważniej.
Zamyślone światło w starych oczach zgasło.
W porannym słońcu niezłomna dusza dziadka powędrowała ponad morzem w bezkresną wieczność.
* * *
Kiedy miejsce przy oknie opustoszało i nigdzie już nie napotykał jego głębokiego, zamyślonego spojrzenia, Lars poczuł wokół siebie wielką pustkę. Znów zaczęło go ciągnąć do Jakoba Linda. Czasami przesiadywał tam cichy i zamknięty w sobie, a mała pani Lind nie bardzo wiedziała, co ma z nim począć.
Kiedy jednak zostawał sam na sam z Jakobem albo z Karen, wtedy mówił trochę więcej. Opowiadał jej o dziadku i jego cichej naturze. O tym, jak zawsze pozostawał niezmienny i szedł własną drogą bez wahania, niezależnie od tego, czy wiodło mu się z górki, czy pod górkę.
– Właśnie takich ludzi pracujący powinni mieć za przywódców – mówił Lars, wyraźnie się przy tym ożywiając. – Ludzi z ich własnego grona, których znają i szanują, a którzy stoją na pewnych, twardych nogach; ludzi spośród tych porządnych, którzy zdążyli już się sprawdzić. Zawsze przecież muszą za kimś podążać. Teraz przewodzi im ten, kto najgłośniej krzyczy; ale tutaj, wśród naszych spokojnych ludzi, powinno to wyglądać inaczej.
Karen potakiwała głową, a jej szeroko otwarte, jasne oczy same stanowiły dla niego odpowiedź.
W ten sposób Lars znalazł sobie coś, co zastąpiło mu milczące zrozumienie dziadka, i znów z większym zadowoleniem zabierał się do swojej pracy.
Rozdział XXII.
Trina zawsze cicho i pilnie krzątała się wokół Larsa, ale on nie zwracał na nią większej uwagi. Uważał, że pewnie i tak jest jej z tym dobrze.
Mały Klaus miał już prawie trzy lata i wdał się zupełnie w ojca, z tą tylko różnicą, że był od niego znacznie bardziej nieposłuszny. Trina miała z nim niemałe utrapienie. Odkąd tylko nauczył się sam chodzić, uciekał jej i szukał drogi do krytej strzechą chaty babci. A gdy po trwożnych poszukiwaniach Trina odnajdywała go, jak dumnie siedział obok babci z wielkim kawałkiem cukru za polikiem, nie wolno jej było na niego nakrzyczeć; w przeciwnym razie babcia wybudzała się ze swego milczenia i niemal wpadała w gniew.
Jednak tego lata krok Triny stał się powolny i ociężały, a jej oczy patrzyły mętnie. Nikt tylko nie zwracał na to szczególnej uwagi.
Aż nadszedł taki poranek, kiedy raz za razem próbowała się podnieść, ale zabrakło jej już na to sił.
Lars wrócił z połowu późno. Zastał małego Klausa, jak nieubrany siedział na podłodze i płakał. Trina z kolei leżała w łóżku z rozpalonymi od gorączki policzkami i mętnym, nieobecnym wzrokiem.
Wtedy Lars ostrożnie położył swą szorstką dłoń na jej pałającym czole i obudziło się w nim coś na kształt głębokiej troski. Niemal jak ojciec nad swoim dzieckiem, rozmyślał, co począć, by pomóc małej Trinie.
Najpierw poszedł do Dory, a ta bystra kobieta nie robiła zbędnych ceregieli. Wyciągnęła Petera z przytulnego łóżka we wnęce, w którym chrapał w najlepsze od pół godziny. Młodsza siostra, która teraz z nimi mieszkała, poszła akurat po mleko do sąsiedniego gospodarstwa Hoekhof. Dlatego kazała Peterowi przypilnować trójki dzieci. Nakarmiła jeszcze niemowlę, po czym poszła do Triny Asmussen.
Lars zdążył już sprowadzić lekarza.
– To tyfus – orzekł medyk. – Cała tutejsza okolica jest skażona.
Niewiele mogli dla niej zrobić, tak Helle-Dora, jak i Lars, mimo najszczerszych chęci. Mała Trina leżała przeważnie otępiała i obojętna, pragnąc jedynie spokoju dla swojej pękającej z bólu głowy.
Później nadeszły noce, kiedy rzucała się w gorączkowym niepokoju, a z mroku wyłaniał się bezimienny lęk. Tylko wtedy, gdy trzymała wielką, spokojną dłoń Larsa, ogarniało ją coś na kształt ukojenia.
Przesiadywał więc po pół nocy przy wycieńczonej chorej, a jego nieruchoma twarz, w bladym świetle nordyckiego półmroku zaglądającego przez okno, jawiła się niczym wyrzeźbiona w kamieniu. Oboje nasłuchiwali niepokojących dźwięków nocy, a za ich plecami trzymał wartę mroczny anioł śmierci.
Dziwne to były rzeczy, które Trina widziała na mrocznej drodze między życiem a śmiercią. I mała Trina, ta na co dzień tak lękliwa – w tych pełnych powagi godzinach nocy odnajdywała odwagę, by opowiadać o nich mężowi. A gdy Lars akurat nie trzymał jej dłoni, zdarzało się, że splatał swoje ciężkie, twarde palce.
* * *
Pewnego dnia lekarz oznajmił im, że niebezpieczeństwo minęło. Wtedy twarz Helle-Dory rozjaśniła się szerokim uśmiechem, a w nieruchomych rysach Larsa zalśniły oczy, jakby gdzieś w głębi jego duszy zapalono światło. Ten wysoki Lars Asmussen miał wiele do zadośćuczynienia i oto teraz miał nadejść na to czas.
W czasie choroby Trina była bardzo milcząca, lecz teraz zaczęła dużo mówić. Helle-Dora przysiadała obok niej na łóżku, ale jak bardzo by się ku niej nie pochylała, nie potrafiła jej zrozumieć.
Lars i Dora tylko kręcili głowami, bowiem chociaż gorączka już ustąpiła, Trina zaczęła mówić zupełnie od rzeczy.
To było pewnego słonecznego poranka, kiedy po raz pierwszy wstała z łóżka. Oboje, Dora i Lars, byli wtedy przy niej.
Gdy Trina opuściła stopy na podłogę, Lars i Dora spojrzeli na siebie z przerażeniem, wybuchła bowiem dzikim, głośnym śmiechem.
Minęło jeszcze kilka dni, po czym lekarz oświadczył im, że Trina straciła rozum. Dodał, że po takiej chorobie nierzadko się to zdarza, lecz jest uleczalne.
Gdy tylko chora odzyskała nieco sił, pielęgniarka zabrała ją do okręgowego zakładu dla obłąkanych.
Tego dnia Dora Lassen płakała rzewnie, lecz Lars nie wyrzekł ani słowa. Matka Stina siedziała tylko, trzymając w jednej dłoni rękę Larsa, a w drugiej rączkę małego Klausa.
* * *
Minęło zaledwie kilka miesięcy, nim Trina wróciła. Nastąpiła zdecydowana poprawa – twierdzili lekarze – lecz nadal należało mieć na nią baczenie.
Na widok Larsa i swojego dziecka znów wybuchła tym głośnym, szerokim śmiechem, a Lars ściągnął brwi, jakby odczuł fizyczny ból. Malec zaś przyglądał jej się wielkimi, pytającymi oczami.
Rysy twarzy Triny także uległy zmianie. Zgrubiały i było w nich teraz coś niemal prymitywnego.
Lars nie mógł chodzić do pracy. Trina podążała za nim krok w krok, niemal jak pies, a gdy tylko znikał jej z oczu, wpadała w skrajny niepokój.
A mały Klaus zapomniał przy tym, jak się śmiać.
Tymczasem znów nadeszła wiosna. Białe obłoki płynęły po łagodnym błękicie nieba, malejąc w wonnej dali, a w ludziach spoglądających w bezkresną przestrzeń lub na spowite miękkim, błękitnym woalem morze wzbierała niewypowiedziana tęsknota. Krzewy agrestu wyciągały ku niebu wyrywne, zielone palce, a w pierwszych ciepłych promieniach słońca, pośród białych anemonów i drobnych, soczyście barwnych fiołków, trzepotały żółte motyle. Dalej, w stronę zagajnika, żółte pierwiosnki otwierały swe wielkie słoneczne oczy, a rudziki nawoływały się z taką uciechą, jakby ta radość miała rozsadzić ich drobne gardziołka.
Poniżej ogrodu matki Stiny, na plaży, siedziała Trina i robiła na drutach. Słońce pobłyskiwało na jej igłach.
Tuż przed nią Lars pracował przy schnących na żerdziach sieciach. Z wielkich, czarnobrązowych splotów sączyła się woda, rozpryskując się srebrzystymi kroplami. Poza świergotem ptaków słychać było tylko, jak od czasu do czasu jego ciężkie drewniaki głucho uderzają o deski.
Nagle gwałtownie odwrócił głowę w stronę Triny. Wydała z siebie tak dziwny okrzyk. Wtedy ujrzał, jak zrywa się na równe nogi i ciska swą robótkę w morze. Ile sił w nogach popędziła wzdłuż brzegu; długi Lars z trudem mógł za nią nadążyć. Nagle zrobiła zwrot ku morzu i wbiegła do wody, z pluskiem rozchlapując fale na wszystkie strony.
Zanim Lars zdążył dobiec, rzuciła się w toń.
Nie było tam na tyle głęboko, by groziło jej niebezpieczeństwo. Jednak gdy Lars wyciągnął ją z powrotem na brzeg, była cała przemoczona i ubłocona, a rudy Trollsen, który właśnie wracał z połowów, przystanął i powiódł za nimi wzrokiem.
Stara, kryta strzechą chata była najbliżej. Matka Stina położyła ją do łóżka, łagodnie i czule przemawiając do chorej. Wtedy Trina nieco się uspokoiła, lecz wciąż domagała się obecności Larsa.
Położyli jej na czole mokre okłady. Lars siedział przy niej, a w jego milczącej twarzy smutek zaczął żłobić ostre bruzdy. W izbie panował mroczny, zielonkawy półcień. Trina stopniowo zapadła w sen, a Lars siedział i czuwał przy niej, godzina po godzinie.
Z kolei w tylnej izbie, na miejscu dziadka pod oknem, siedziała matka Stina, a przy niej na podłodze, zupełnie bez ruchu, mały Klaus. Ze starych oczu matki Stiny, kropla po kropli, powoli płynęły łzy.
Przez okno wpadał do środka jasny, radosny śpiew rudzika.
Rozdział XXIII.
Od tego czasu z Triną było już lepiej i Lars mógł znów chodzić do pracy. Nie mogła jednak zostawać zupełnie sama, dlatego wprowadziła się do nich jej matka. Hans Peter Lassen zmarł już przed kilkoma laty – tuż przed śmiercią dziadka powalił go udar. Pani Lassen cieszyła się, że znalazła kąt dla siebie, i chętnie zamieszkała w domu Larsa. Była jednak kobietą hałaśliwą, wręcz władczą, a na starość stała się też bardzo gadatliwa.
I tak głośny, szeroki śmiech żony oraz twarde, kłótliwe paplanie teściowej osaczały Larsa niczym udręka nie do zniesienia.
Jakob wiedział, w jakim Lars jest stanie, więc zaglądał do niego, gdy tylko miał czas, a czasem towarzyszyły mu pani Lind i Karen. Zazwyczaj spacerowali wzdłuż plaży, próbując go spotkać, gdy w samotności naprawiał sieci. Lars ledwie się za nimi oglądał, kontynuując swoją robotę ciężkimi, zamaszystymi ruchami. Pani Lind dochodziła wówczas do wniosku, że tylko mu się narzuca, i ruszała w dalszą drogę, lecz Jakob i Karen nie zrażali się jego mrukliwym usposobieniem.
Przeważnie dawał tylko zdawkowe odpowiedzi na to, o co go pytali. Ale pewnego razu, gdy pani Lind znów poszła przodem, a Karen zatrzymała się przy nim – nieco nieporadna, lecz z poważnym, szczerym wyrazem współczucia w jasnych oczach – zaczął mówić jakby do siebie, wciąż na nią nie patrząc. Rozmawiali właśnie o jego pracy, a on, mówiąc to, niemal ze wściekłością szarpał swoje sieci.
– Wszystko to jest z gruntu złe – powiedział. – Powinienem był wziąć sprawy w swoje ręce, pójść własną drogą i nie oglądać się na innych. W czym oni mogą mi teraz pomóc! Gdybym poszedł do stoczni, może doszedłbym do czegoś w życiu. A tak, wkrótce wyciśnięta zostanie ze mnie resztka jakiejkolwiek radości, i do niczego już się nie przydam!
Karen stała za nim zupełnie bez ruchu, a on znów wrócił do pracy, wykonując ociężałe, gniewne ruchy. Wtedy powiedziała z wahaniem, jakby wypowiedzenie na głos najskrytszych myśli przychodziło jej z trudem:
– Larsie – rzekła – pan Lind powiedział niedawno coś, w co i ja głęboko wierzę. Jeśli człowiek ma wejść na wyższą górę, musi najpierw zawsze zejść w dół, do doliny. Być może to właśnie teraz wyrasta przed Panem ta wyższa góra.
Lecz Lars nie odpowiedział i Karen musiała pójść dalej.
Później jednak jeszcze kilka razy zdarzyło się, że wdali się w poważne rozmowy, aż nadszedł ów złoty październikowy dzień, który przyniósł wielki przełom.
Był to pochmurny poranek. W gęstej mgle wszystko wokół wyglądało smutno i poważnie, jakby ukryło życie głęboko w swym wnętrzu. Peter i Lars wchodzili z plaży pod górę, stawiając ciężkie kroki. Byli zmęczeni długą pracą. Matka Lassen stała w drzwiach domu Larsa. Wzięła się pod boki i kołysała się w przód i w tył.
– Patrzcie no, wielmożni panowie rybacy, nasi wspaniali panowie wracają do domu, Trino!
Peter rzucił matce gniewne słowo i poszedł dalej do swojego domu. Trina wiedziała, że zachowanie matki dręczy Larsa, i w swoim udręczeniu i bezradności powitała go głośnym, szerokim śmiechem.
Przeszedł więc bez słowa powitania obok kobiet i usiadł do stołu. Trina podała mu jedzenie. A widząc chmury na jego czole, usiadła naprzeciwko i zastanawiała się, co mogłaby dla niego zrobić. Wśród tych rozmyślań znów jednak powrócił ów śmiech, który nie chciał ustać.
– Mała Trina zawsze jest wesoła – rzekła matka Lassen. – A ty dlaczego jesteś taki sztywny i cichy, mały Klausie? Idź no, porozmawiaj z ojcem, opowiedz mu coś, ty głupi, mały chłopcze!
Lecz Klaus tylko skulił się w kącie ze złością w oczach.
– Będziesz nieposłuszny, ty głupie dziecko? – I potrząsnęła nim gwałtownie za ramię. Trina przyglądała się temu z pełnymi lęku oczami, a jej usta wygięły się szeroko, jakby chciała zapłakać, lecz tylko śmiała się jeszcze głośniej.
Lars w milczeniu skończył jeść.
– Zostaw chłopaka! – zagrzmiał nagle.
Wtedy wpadła w szał.
– Taki chce być z niego wielki pan, w książkach by tylko siedział, a własnego dziecka wychować nie potrafi! A kiedy starzy, doświadczeni ludzie nie mogą już patrzeć na to, co się z tym chłopakiem wyprawia, to jeszcze na nich krzyczy!
Ujadała tak dalej, lecz Lars zdążył już wejść do sąsiedniej izby i położyć się do łóżka. Zasnął twardo, ale po dobrej godzinie i tak obudził go skrzekliwy głos teściowej i głośny śmiech Triny.
Była sobota, więc Peter i Lars nie wypływali już tego dnia w morze. Lars ubrał się pośpiesznie i wyszedł z domu.
Około południa słońce przebiło się przez mgłę; teraz świat spoczywał w złocistej, jesiennej przejrzystości.
Lars miał do załatwienia sprawunki w miasteczku. Szedł szybko, jakby chciał uciec przed tą całą udręką, którą zostawił za sobą.
W sklepie spotkał Karen. Państwo Lind przyjechali z nią tu rano, a południe spędziła u przyjaciółki.
– Niech pan pójdzie ze mną do Aalby – powiedziała. – Nauczycielstwo pewnie są już w domu, mieli tylko krótką sprawę do załatwienia w Norbüll.
Poszedł więc z nią. Oboje byli wysocy i smukli, szli raźnym krokiem, a rześkie jesienne powietrze smagało ich policzki, oblewając je ciepłym rumieńcem. W powietrzu unosiło się coś tak świeżego, młodego, że krew krążyła w ich żyłach szybciej, a w ich oczach zapłonął radosny blask.
Być może to owo mocne, młode jesienne powietrze zdjęło nieco ciężaru z ramion Larsa. Nie miał już wrażenia, że w swej udręce z trudem wyrywa z duszy każde słowo. Przeciwnie, rozmawiał swobodnie i na dobre wciągnął się w opowieść.
A wokół, nad pastwiskami, unosiła się złocisto-błękitna jasność, tam zaś, gdzie przesuwał się błękitny cień lasu, wisiała jeszcze niczym miękkie, mgliste woale. Na suchych źdźbłach kołysały się na łagodnym wietrze srebrzyste pajęczyny, a w drobnych kroplach wody odbijał się złocisty blask. Jednak pośród tego wszystkiego jedna rzecz wyrywała się naprzód niczym okrzyk radości: to tam, między pastwiskami, gdzie ramiona morza wdzierały się w ląd, lśniły wielkie, błękitne połacie wody.
A Lars i Karen wędrowali w samym środku tego blasku.
Od czasu do czasu w Larsie budziło się zdziwienie, że ona tak szybko go rozumie i że oboje zawsze wiedzą, co to drugie myśli i czuje.
Wreszcie dotarli do lasu. Owionęło ich miękkie, wilgotne powietrze pachnące ściółką. Zwolnili kroku, wkraczając w łagodne, przyćmione światło. Przestrzeń była tu wzniosła i uroczysta. Grube, szare pnie pnęły się z powagą aż do żółtego okapu z liści. Czasami drżący, złocisty promień z głębokiego błękitu powolutku, niemal po omacku, przedzierał się przez ów żółty dach ku mieniącemu się głębią barw dnu lasu.
– Usiądźmy tu – powiedziała Karen. – Mamy przecież czas.
Usiadła na pniu, a on zajął miejsce u jej boku. Przed nimi, głęboko zakorzeniony i potężny, stał stary buk, którego szary pień porastał bajecznie soczyście zielony mech, a na jego tle wznosił się wysoki, smukły łopian w cudownej symetrii. Zmęczone jesienią, jasnozielone i żółte paprocie ukrywały niewielki strumyk, lecz jego szemranie snuło się przez uroczysty jesienny las niczym niekończąca się pieśń tajemnej mądrości.
Lars oparł się na ramieniu na miękkim leśnym poszyciu. Spoglądał w górę, w głęboki błękit prześwitujący między żółtymi liśćmi. Przypadkiem, z podświadomych głębin, wypłynęło wspomnienie z dzieciństwa: szerokie liście kasztanowca, białe światło kwiatów i bliskość matki. Czuł się teraz tak samo dobrze, jak wtedy w starym, rodzinnym domu, z tą tylko różnicą, że teraz chłonął to pełną piersią, podczas gdy dawniej, w swej nieświadomości, cieszył się tym zaledwie w połowie. Ta wysoka, jasnowłosa dziewczyna wydawała mu się tak bliska jak sama matka; to było w tej godzinie najdziwniejsze. Musiał ją zapytać, jak to możliwe. Podniósł się więc. Lecz jego szorstka nieporadność nie pozwalała mu znaleźć odpowiednich słów. Pochyliła się do przodu, by zrozumieć, o co mu chodzi, i spojrzała mu głęboko w oczy. Wtedy przemógł się i spróbował raz jeszcze, lecz znów były to tylko urywane, zacinające się słowa.
Nagle jednak jej twarz się zmieniła, a kiedy dostrzegł inne światło w jej oczach, wiedział, że mimo wszystko go zrozumiała. Ale wiedział coś więcej – nagle poznał też odpowiedź. I w tym cichym, łagodnym świetle lasu ich oczy mówiły sobie cudowne rzeczy.
To ten łagodny, jesienny spokój i skrycie słodka cisza lasu uśpiły strażnika duszy Karen. Wtedy to dusza, wielka i silna, wyszła ze swego domostwa i wyjrzała z jasnych oczu dziewczyny. A ta druga dusza odpowiedziała mu i w ciszy, niczym wstrzymujący oddech jesienny las, rozmawiały ze sobą.
Następnie na jej twarzy odmalowało się coś na kształt nagłego przerażenia. Wyprostowała się i ruszyła pewnym, szybkim krokiem ścieżką w stronę Aalby, a Lars podążył za nią.
* * *
Tego popołudnia nauczyciel Lind dziwił się nieśmiałemu, małomównemu usposobieniu Larsa, a mądre, ciemne oczy żony nauczyciela z lękiem wędrowały między Larsem a Karen. Karen jednak wydawała się tak spokojna i pogodna jak zwykle.
Lars nie został długo. Gdy wracał do domu, mgła znów gęstniała. Ponownie szedł przez las. Gdy wkroczył pod wysokie sklepienia drzew, nieruchomy, żółtawy zmierzch nabrał czegoś niesamowitego. Żółte liście wisiały w szarym powietrzu jak skamieniałe. Tylko czasem, tu czy tam, któryś z nich ze znużeniem puszczał się gałęzi i opadał cicho, niczym zjawa, przez mroczną przestrzeń, z wahaniem odnajdując drogę do głębokiej zieleni macierzystej ziemi. Lars usiadł w tym samym miejscu, co po południu. Podparł głowę obiema dłońmi. Czuł tylko jedno: to już koniec.
Nie potrafił trzeźwo myśleć. Chwilami przemykała przez niego niczym gorące, rozkoszne światło myśl, że ona go kocha. Lecz zaraz potem nadciągało to znowu, niczym jesienny mrok – nieubłagane, niemal nie do zniesienia. Stracił ją z własnej winy.
A woda obok niego szemrała, szeptała i snuła swą pieśń przez ciszę, jakby od wieczności. I brzmiało to nieubłaganie, niczym nieodwołalne, odwieczne prawa.
Po omacku – cicho – widmowo – przemknął znużony liść. I stopniowo ożywało jego życie i stawało mu przed oczami. Oto stary, biały dwór. Stamtąd go wywlekli, a serce niemal mu wtedy pękło, lecz on puścił dłoń, a gdy stał się duży i silny, nawet o to nie walczył. I z tego skrytego, prostego, własnego świata wyrwali go w obczyznę, do której nie pasował. A potem znów go odtrącili z głodem dalekich granic w sercu. Lecz on to znosił i nie walczył o daleki cel. A gdy stał się mężczyzną, znów ujrzał przed sobą otwartą drogę; lecz znów zawrócił, przez wzgląd na innych ludzi i z powodu niejasnych przeczuć. I w końcu w jego życie wkroczyła kobieta, która do niego należała, a on w ogóle tego nie zauważył.
To było tak, jakby te niezliczone głosy płynęły z szepczącego, pluskającego nurtu i mówiły mu to wszystko słowami. Nigdy wcześniej nie przebudziło się to w jego duszy jako wyraźna myśl. Rozmyślał, zadręczał się i dociekał, jak do tego doszło. Szedł tak zawsze przed siebie w mrocznym świetle, czekał, marzył i znów czekał, wpatrzony w białą mgłę. To mgła była winna, to ona wszystko zasłoniła. A teraz wszystko było fałszywe i splątane.
Czy zdoła znieść to jałowe życie, i to bez niej? Położył się znowu na ziemi. Osłonił oczy ramieniem. „Nie potrafię” – wymruczał.
Cichutko, bardzo cichutko, wśród suchych liści zaczęło szeleścić i klekotać. Potem nadeszło ciche, miarowe kapanie. Mgła zmieniła się w deszcz. W wilgoci kolory stały się bogatsze, głębsze. Barwny blask spłynął na nieruchome liście i poważne pnie. I tajemniczo, niczym nurt potoku, brzmiało to miarowe, ciche, klekoczące kapanie.
Czyż nigdzie nie było niczego silnego i świeżego, na co mógłby spojrzeć, by wstać i pójść naprzód? Nie dostrzegał żadnego wielkiego ładu. To był tylko piękny sen, który ułożył sobie stary rybak. Wszystko było chaosem.
A szemrzący nurt płynął i płynął niczym nieskończenie mozolna przędza. I to jałowe kapanie tkało wokół z cichym szelestem. Lecz ze starej ziemi unosił się wilgotny zapach i zdawało się, że z mrocznych głębin tryska przypływ siły. W nim, leżącym bez ruchu, z głębi jego istoty wyrastała wola. Osobliwa to rzecz z tą siłą, jak wypływa z matczynego serca starej ziemi. Lars wstał i patrzył przed siebie utkwionym, ciemnym wzrokiem. Wciąż był wolnym człowiekiem i chciał mocno chwycić życie w swoje ręce. Tylko jednego nie potrafił: zostawić Karen. To silne, wierne serce, które rozumiało jego najgłębszą, powikłaną naturę, ono musiało mu pomóc. Może gdzieś jeszcze czekała na niego jakaś praca, i jakby mimochodem w jego duszy pojawiła się smutna twarz Christena Matthiesa. „Powinien raczej pomagać zwykłym ludziom, skoro jest taki mądry” – powiedział Christen Matthies.
I tak ruszył do domu przez cicho płynący deszcz.
Rozdział XXIV.
Asmussenowie podupadli finansowo przez długą chorobę Triny. Zamiast, jak dawniej, odkładać pieniądze w kasie oszczędnościowej, musieli zaciągnąć długi. To wprawiało Larsa w ponury nastrój, a nieustanne lamenty starego Lassena tylko pogarszały sprawę. Od czasu owych chwil spędzonych w lesie nosił w duszy coś jak żywa rana, a cudze rozmowy i głośny śmiech uderzały w nią niczym smagnięcia biczem. Poszedł więc do gospody, sam ledwie zdając sobie sprawę, że zawiodła go tam myśl zrodzona w lesie.
Dosiadł się od razu do Christena Matthiesa; chciał z nim pomówić o nowym stowarzyszeniu, jakie pozakładali rybacy w innych zatokach. Jednak Christen Matthies był usposobiony produńsko, toteż Lars wkrótce naskoczył na niego gwałtownie i wyniośle. Wtedy Christen podniósł na niego pytający wzrok swych smutnych, starych oczu i po chwili przestał odpowiadać.
— No tak, ale jeśli mamy dostarczać ryby do miasta własnym parowcem, tak jak inni, to skąd weźmiemy na niego pieniądze? — wtrącił się Trollsen. — Christen Matthies ma rację: jeśli będziemy trzymać z Duńczykami, dostaniemy pieniądze na znacznie niższy procent.
Larsa spalał jednak ten bolesny niepokój, nie potrafił więc spokojnie wyłożyć im swoich racji, lecz wpadł w gniew. Wtedy oni zaczęli kręcić nad nim głowami i przestali go słuchać. Wkrótce wstał i wyszedł. Wydostał się z dusznych oparów gospody wprost w cichy, jasny jesienny wieczór. Deszcz przestał padać, a nad barwnym, jesiennym światem unosiła się zielonkawa klarowność.
Larsa ogarnęło otępienie i zmęczenie. A więc i to na nic. Im również nie zdoła pomóc, tak samo jak nie potrafił pomóc sobie. Zatęsknił za jakimś cichym kątem, udał się więc do matki Stiny, do starej chaty.
Mały, pokryty zielonym mchem dom kryty strzechą leżał wśród wysokich, barwnych malw niczym w głębokim śnie; jak gdyby wsłuchany w swe własne, ciche i przytulne dźwięki, zapomniał o sobie i świecie, i sam został zapomniany pośród swego kwitnącego przepychu.
Matka Stina siedziała sama z robótką, a na jej starej twarzy malował się spokój niemal cmentarny. O nic nie pytała. Pozwoliła mu siedzieć w milczeniu i patrzeć przed siebie. Potem poszła do kuchni i przyniosła mu jedzenie. Gdy zapadł zmrok, wrócił do domu, a tam nikt nie odważył się go zapytać, gdzie przebywał.
* * *
Sprawiało to, że gdy Lars i Karen byli razem, nie czerpali z tego żadnej radości; między nimi zalegało coś skrytego, nienaturalnego, co oboje odczuwali jak ból. A jednak Lars żył tylko dla tych krótkich, ulotnych chwil. Karen natomiast potajemnie rozglądała się za inną służbą. Wiedziała jednak, że pani Lind nie chce jej puścić. Pomagała jej w gospodarstwie, a przede wszystkim stała się niezastąpiona przy dzieciach; Jakob Lind dokupił z czasem spory kawałek ziemi pod ogród i pani Lind miała mnóstwo pracy. Czwórka małych dzieci zaś bardzo przywiązała się do Karen. I Karen również pokochała je całym sercem, toteż nie potrafiła tak szybko zdecydować się na odejście.
Tak upływały przygnębiające, jałowe dni zimy.
Gdy w lesie zaszyje się chora sztuka zwierzyny, te silne i zdrowe rzucają się na nią i bodą porożami aż do śmierci. Ludzkie stado nie jest lepsze od dzikich zwierząt. Mężczyźni wyczuli, tak jak wyczuwają to zwierzęta, że w silnym, mądrym Larsie Asmussenie tkwi coś chorego. Coś, co nie współbrzmiało z ich żartami i co kurczyło się w sobie, gdy w to uderzali. Była w nim słabość. I właśnie dlatego w nią uderzali. A gdy uderzył jeden, uderzali wszyscy. Nie zastanawiali się nad tym. Po prostu mieli na to ochotę.
Było jednak coś jeszcze, co dotykało go boleśniej niż wszystko inne. Peter odwrócił się przeciwko niemu. Ospałość Larsa w pracy hamowała także jego. Nie miał cierpliwości do jego pełnego niechęci obejścia. Wstydził się też za siostrę. Cała natura Triny, z jej bezmyślnym, głupim śmiechem, ciążyła na Peterze niczym hańba. Był dla niej surowy, gdy ją spotykał.
A to nieprzyjazne zachowanie Petera zupełnie ją zastraszało. Peter czuł, że sposób bycia Triny ciąży Larsowi i go krępuje, i chętnie schodziłby mu z tego powodu z drogi. Jednak praca na samotnym morzu wiązała ich ze sobą godzina po godzinie. Wtedy Peter stawał się dla Larsa szorstki i naskakiwał na niego w gniewie, ponieważ Lars był dla niego jak żywy wyrzut, a on sam nie potrafił poradzić sobie z własnym dyskomfortem. To, że Lars trzymał z tyloma ludźmi naraz, zawsze mu się nie podobało. Jednak w głębi duszy był dumny z tego, że mężczyźni w okolicy słuchają słów Larsa i patrzą na niego z podziwem. Skoro jednak teraz go opuścili i rzucali w niego twardymi słowami, Peter poczuł, że Lars nie ma racji, i w swoim gniewie oraz surowości zaczął darzyć go czymś na kształt pogardy.
I nadeszła pewna zła, zimowa niedziela, kiedy to lodowato wilgotny wiatr i bezgraniczna, zimna pustka sięgały ludziom głęboko do piersi, wyszarpując z nich resztki ochoty oraz nadziei i rozrzucając je po szerokim, szarym morzu.
Lars szedł samotnie brzegiem w stronę Wanbyll i znów coś w nim mówiło: „Nie mogę”. Lecz tym razem nie wypowiedział tego na głos; jego wargi były zaciśnięte, a wokół ust zastygł twardy grymas.
Rudy Trollsen najzuchwalej do niego podchodził, otwarcie kpiąc z odludka. Niektórzy z mężczyzn siedzących przy surowym, drewnianym stole uśmiechali się szeroko, spoglądając po sobie.
Wtedy Lars zaśmiał się gorzko i wychylił szklankę grogu. Było zimno, a gorące, oszałamiające mrowienie dobrze mu zrobiło. Zażądał drugiej i trzeciej szklanki – i zdawało się, że mroczna nędza wokół niego tonie, a spływa nań błogie zapomnienie. Zaśmiał się dziko i domagał się więcej i więcej. Dopiero następnego dnia dowiedział się, że został zawleczony do domu.
Rozdział XXV.
Trina podejmowała się niekiedy prac krawieckich. Dobrze nauczyła się szyć u pani Asmussen. Teraz znów do tego wróciła. Pracą własnych rąk zdobywała dla Larsa wiele rzeczy, których inaczej by mu brakowało. W owym czasie zachodziła bowiem pilna potrzeba, by zarobić nieco dodatkowych pieniędzy. Także Lindowie dawali jej czasem jakieś zajęcie. Karen często zanosiła jej robotę do domu, lecz teraz robiła to wyłącznie wtedy, gdy rybacy byli na morzu.
Był wczesny marcowy dzień. W powietrzu unosiła się tajemnica. Nagie gałęzie sterczały w szarym niebie, a jałowe, szare połacie rozciągały się nad polami. A jednak w powietrzu czuć było ową tajemnicę. Miękki trzepot skrzydeł i pieszczota przemykały nad światem, wkradając się aż do ludzkich serc. Skowronki gnało wzwyż – wzwyż – a coś rozpierało ich małe piersi, tak że musiały szukać ujścia w świergotliwym radosnym uniesieniu, poruszając skrzydłami w takt pieśni, wciąż wyżej i wyżej, w miękką szarość.
Bo skowronki wierzyły w światło ukryte za chmurami.
Na górze, na polu, skąd roztaczał się wolny widok na wodę, stała Karen i nadsłuchiwała skowronków. Jej wysoka, smukła postać rysowała się ciemno na tle nieba, lecz na jej czole malowała się jasność.
Karen kroczyła przez życie wyprostowana i nikt nie mógł na nią narzekać. Nie było w niej nic zdruzgotanego ani słabego. Swój ciężar podnosiła i troskliwie osłaniała go dumą, idąc naprzód z wysoko uniesioną głową.
Lecz ta miękkość i nieuchwytność w powietrzu hamowały jej dziarski krok, tak że musiała przystanąć w zadumie, wsłuchać się w śpiew skowronków i we własne wnętrze. Myśli kłębiły się i kładły cieniem na jej czole, tak że zmarszczyła brwi nad jasnymi oczami i ruszyła powoli dalej, ze wzrokiem utkwionym w kamienistą drogę. Nie potrafiła i nie mogła tego pojąć. Dlaczego ta miłość tkwiła tak głęboko w jej sercu, że nie umiała pomyśleć o sobie bez tej miłości? Przecież każda rzecz w przedziwnej machinie świata miała swój sens. Gdzie on był tutaj? Dlaczego nie mogła pokochać kogoś innego? Wokół było dość dzielnych, silnych mężczyzn, którzy szeroko otwarliby ramiona dla tego dumnego, rześkiego, młodego życia. Wtedy stałaby się bogata. Tuliłaby do piersi własne, delikatne, młode istnienie. I niczym duma ze zwycięstwa rozkwitłaby w niej najwyższa rozkosz kobiety, gdyby czerwone dziecięce usta nazwały ją matką.
Lecz to wszystko musiałoby zacząć się od wielkiego kłamstwa.
Oddać się bez miłości – temu cała jej istota mówiła „nie”. A jej miłość należała do tego jednego, dla którego w tym zagadkowym świecie była bezużyteczna.
Karen stawiała stopy pewnie, jakby chciała podeptać dręczące myśli. Gdy ujrzała przed sobą domy rybaków, odetchnęła głęboko. Musiała gdzieś przyłożyć rękę – być może zdoła mu pomóc poprzez jego żonę. Musiała po prostu nadsłuchiwać i czuwać, aż nadejdzie chwila, w której ta niema miłość będzie mogła zamienić się w czyn.
Stanęła przed domem i pchnęła furtkę prowadzącą do ogrodu. Głośny, piskliwy głos matki Lassen uderzył w nią tak gwałtownie, że aż przystanęła. Ludzie żyjący pośród tych wielkich, cichych bezkresów często czują odrazę do tego, co głośne i prostackie. A Karen dorastała w samotnym gospodarstwie, wśród ludzi małomównych. Przekroczyła szybko próg, lecz w jej zachowaniu było coś wymuszonego. Gdy odezwała się do Triny, ta natychmiast to wyczuła, a jej głośny, rubaszny śmiech uderzył w Karen niczym cios.
Wtedy przez istotę Karen przeniknął chłodny powiew i w tej ciężkiej walce z własną naturą jej jasne, świetliste oczy nabrały niemal wyniosłego wyrazu. To zbiło Trinę z tropu jeszcze bardziej; nie rozumiała, czego Karen od niej chce, przez co stawała się coraz bardziej niepewna i niedorzeczna w swym obejściu. A wszystko to co rusz przerywał ten głośny śmiech, wykrzywiając twarz Triny, aż stała się ona przez swą pospolitość niemal nie do poznania. Karen czuła się wręcz nieswojo, rozmawiając z nią, zwróciła się więc ze sprawunkiem do matki Lassen. Ta, podparłszy się pod boki, podeszła usłużnie, układając twarz w godne zmarszczki. Lecz w Karen wezbrała gniewna niechęć na samą myśl, że te dwie kobiety należą do Larsa. Na gadatliwą gotowość matki Lassen odpowiadała krótkimi słowami, w których – podobnie jak w jej jasnych oczach – wciąż pobrzmiewała wyniosłość.
Potem skierowała się ku drzwiom, a jej pożegnanie z obiema kobietami przypominało ucieczkę.
Szła powoli w górę przez pola; od śmierci rodziców nigdy jeszcze nie spoczywał na niej tak wielki ciężar jak dzisiaj. Z każdym krokiem coraz wyraźniej uświadamiała sobie własny wyniosły chłód. Ten narastający wstyd był niemal nie do zniesienia. A cała ta niedawna, pełna przeczuć wiosenna nadzieja zdawała się teraz przy tym wszystkim żałosną drwiną.
Szła skrajem lasu. Z nagich, mrocznych głębi kniei w miękkie, szare powietrze wypłynął śpiew. Osnuł on ludzkie serce niczym niewypowiedziana tęsknota za nieosiągalnym światłem, a zarazem niczym wątła, rosnąca nadzieja na coś dziwnie i zagadkowo ukrytego – niczym przypływ z tajemniczych głębin, radosne olśnienie, a potem delikatnie cichnące, pełne przeczuć wyczekiwanie.
Był to pierwszy drozd, jakiego Karen usłyszała tego szarego przedwiośnia. Przesłoniła dłonią oczy, a jej dusza krok po kroku uchodziła z własnego niepokoju ku temu jasnemu, szumiącemu źródłu, z którego już tak wielokrotnie czerpała młodą, wolną siłę.
W osadzie spotkała Jakoba Linda. Słyszał on, że w ostatnich tygodniach Lars często bywał pijany.
Jednak oboje nie rozmawiali o tym, co ich gnębiło.
Jakob Lind i Karen w milczeniu szli drogą do domu w Aalby. A miękka, nieuchwytna tajemnica szarego powietrza gładziła ich łagodnie po poważnych czołach.
Karen próbowała jeszcze parę razy, gdy pani Lind miała dla Triny Asmussen jakieś szycie. Udawało jej się wtedy uniknąć tego chłodnego, niemal wyniosłego tonu. Mimo to nie posunęła się w relacji z małą Triną ani o krok dalej i czuła wyraźnie, że w jej sercu wciąż tkwi coś na kształt niechęci do tej biednej, chorej kobiety.
Rozdział XXVI.
Jakob Lind nie mógł w żaden sposób uchwycić Larsa. Ten już od wielu tygodni unikał go z ponurym obliczem. Nadszedł jednak dzień, w którym Peter zranił się w rękę i musiał na kilka dni przerwać pracę. Jakob Lind dowiedział się o tym i udał się do krytej strzechą chaty matki Stiny, mając w głowie pewien plan.
Obaj rybacy siedzieli tam na swoich starych miejscach. Jednak ich gniewne, twarde głosy brzmiały obco pod niskim dachem. Siedzieli z czapkami naciśniętymi na czoła, każdy wpatrzony w inny kąt, a na cichej twarzy matki Stiny troska kładła się niczym ciężkie brzemię, wyryta twardym pismem niezliczonych, głębokich bruzd.
Ledwie drgnęli, gdy wszedł Jakob Lind; powitali go jedynie wzrokiem. Zapytał o rękę Petera i o to, kogo Lars weźmie dziś w nocy do łodzi na zastępstwo. Powietrze było bowiem łagodne, spokojne i sprzyjało połowom. Lars odpowiedział mruknięciem, bo nie miał nikogo – latem dwaj pozostali z nimi nie pracowali. Wtedy w oczach Jakoba błysnęło coś niemal wesołego.
— Więc weź mnie, Lars, chciałbym raz pomóc.
Wtedy rzeczywiście wyjrzeli ze swoich kątów i spojrzeli na siebie, a obaj rybacy zaśmiali się półgłosem pod nosem.
— To się chyba nie uda, panie nauczycielu — powiedział Peter, a w jego głosie pobrzmiewała litość.
— Możesz mi kazać wiosłować, Lars; na zarzucaniu sieci pewnie się nie znam. Ale ten jeden raz poradzę sobie chyba przy wciąganiu sieci, jeśli mi pokażesz. Po prostu mam na to ochotę.
Lars spojrzał na niego osobliwie i milczał przez chwilę.
— No to w drogę, Jakob — powiedział w końcu niskim głosem.
— Peter pożyczy mi pewnie swoje rzeczy — dodał Jakob Lind.
— Będą trochę za duże, panie nauczycielu. — W głosie Petera słychać było powstrzymywany śmiech.
To była jedna z tych przedziwnych, łagodnych nocy. Tu i ówdzie chmury rozstępowały się, a księżyc przez szare opary wylewał na świat drżący, czerwony blask. Z tchnącej wiosną ziemi unosił się bogaty, ciężki zapach, niczym wezbrane, pełne tęsknoty życie. Lecz wokół, w bezgłośnej, aksamitnej ciemności, wszystko trwało jak uśpione byty, czekające, by powstać z lekkiego snu i wkroczyć w tę czerwonawą poświatę.
Osobliwie głośno brzmiały kroki milczących mężczyzn na deskach pomostu. A potem rozległ się dźwięk wioseł w dulkach i ciche, miarowe pluskanie. Wpasowało się to w wielkie milczenie i samo stało się głosem szepczącej, mrocznej tajemnicy.
Długo trwało to milczące płynięcie. W końcu jednak Jakob westchnął i oderwał wzrok od szerokiej, skrzącej się smugi światła na falach. Przez chwilę patrzył na ciemną sylwetkę przy wiosłach i jej miarową, cichą pracę.
— Lars, to tylko kwestia jednego szarpnięcia, człowieku, żebyś wyszedł z siebie; potem będzie ci lżej, sam o tym wiesz!
— To na nic, Jakob. Wszystko i tak już jest splątane. Najlepiej zacisnąć zęby i milczeć. — Lars znów patrzył prosto przed siebie.
— Z najgorszego już się wygrzebałeś, Lars, wiem o tym. Od prawie dwóch miesięcy nie byłeś w gospodzie. Zrobiłeś już pierwszy krok pod tę nową, wyższą górę. Dlaczego więc mówisz, że to wszystko na nic?
— Bo nie potrafię już wierzyć w tę górę, Jakobie Lindzie. To tylko wieczne „w górę i w dół”, nic więcej! — Głos brzmiał tak, jakby Lars krzyczał w swej niedoli.
— Od kiedy tak się z tobą dzieje?
— Nie potrafię ci tego tak po prostu powiedzieć, Jakob — odrzekł urywanie, z wahaniem. — Po prostu nagle pojąłem, że sfuszerowałem wszystko w moim życiu, a przecież właściwie zawsze chciałem iść naprzód i wzwyż. A jeśli dopuszcza się do czegoś takiego, to widocznie tam, za kulisami świata, wszystko jest martwe i ciche. Dziadek tak to sobie pięknie wymyślił, ale to była pewnie tylko taka jego zabawka, a teraz on jest tak samo martwy jak śledź albo wczorajsze komary.
Przez długi czas milczeli.
Potem Jakob westchnął raz jeszcze i wyprostował się nieco, jakby podjął decyzję.
— A miłość, Lars? Myślisz, że nie wiemy w końcu, dlaczego Karen nie wychodzi za mąż? Czy taka wielka, cicha miłość, która niczego nie żąda, a jednak trwa wiernie, też spadła na ten świat tak po prostu, bez celu i sensu, niczym grad?
— Tego nie wiem, Jakob. — I znów rozległo się ciche, miarowe pluskanie. Księżyc zniknął, a w cieniu brzegu zaległa miękka, niesamowita ciemność.
Wtedy Lars zaczął znów, tym dziwnym głosem, w którym drżała udręka.
— Gdyby tylko było coś, Jakob, coś stałego, czego można by się chwycić. Niech będzie, że zmarnowałem i przepędziłem wszystko, co jasne w moim życiu. Ale to, że wciąga się innych pod wodę, że nie mogę już pomagać ludziom, a potem... — Lars urwał, wciągnął wiosła i oparł się na nich ciężko.
Wtedy Jakob pochylił się ku niemu.
— Człowieku! Lars, tobie, mimo całej twojej marzycielskiej powolności, dana jest władza nad ludźmi. Bierz się do dzieła! Odzyskaj odwagę!
— Nie potrafię, Jakobie, skoro myślę, że to wszystko nie ma celu, że nie ma żadnej góry, na którą warto byłoby wlec siebie i ją. Musiałoby istnieć coś stałego w tym całym wielkim zamęcie. Czy znasz choć jedną rzecz, po której widać, że w tym wszystkim jest jakiś ład i kryjąca się za nim wola? Dawniej myślałem o Jezusie Chrystusie, o tym jego cichym, pewnym sposobie bycia. On mówi, że pochodzi od Boga, i można mu uwierzyć, gdy twierdzi, że widział Boga. Ale potem przeczytałem taką książkę, w której wszystko było czarno na białym udowodnione — że on się mylił i był tylko zwyczajnym człowiekiem, choćby nie wiem jak uczciwym i wiernym. A Bóg, w którego tak mocno wierzył, podobno go opuścił i z tym krzykiem on też umarł. No cóż, skoro on się pomylił, to znaczy, że za tym pogmatwanym światem nie ma już zupełnie nic i wszystko jest bez znaczenia.
— Lars, tego nie da się tak wyliczyć, jak ci, co napisali tę książkę. Wiemy tylko tyle, że jego najlepszy przyjaciel, który był z nim dzień w dzień, powiedział o nim, że był bez grzechu. A tego nawet najlepszy przyjaciel nie mógłby dowieść o żadnym innym człowieku. I spójrz, Lars, jeśli ten człowiek bez grzechu mówi: „Kto Go widzi, widzi Boga” i wzywa całą, wielką ludzkość do siebie, chcąc ją samą doprowadzić do Boga, to musi on chyba wiedzieć, o czym mówi.
— Może i masz rację, Jakobie, ale to z kolei brzmi tak samo chytrze obmyślone jak to, co w tamtej książce, tylko w drugą stronę. My, prości ludzie, nie potrafimy tego tak pojąć jak wy, którzy całe życie nad tym rozmyślacie. Ale widać to rozmyślanie w niczym nie pomaga, by ruszyć z miejsca.
— Nie, tu masz zupełną rację, Lars. Myślę, że powinieneś zdjąć z półki Biblię matki Stiny i te stare historie przeczytać całkiem spokojnie, sam dla siebie, a potem po prostu zacząć żyć tak, jak czujesz, że jest dla ciebie słuszne. Ale wtedy musisz czasem nastawić uszu i wsłuchać się w siebie oraz w ten przedziwny świat dokoła. Stamtąd, z głębin, już rozbrzmiewa wielka prawda. Wiesz, my, mężczyźni, jesteśmy stworzeni raczej do tego, by zakasywać rękawy i pchać sprawy naprzód. Ale kobiety, one tkwią jeszcze bliżej tego wielkiego ładu, o którym zawsze mówił Klaas Klaaßen. One słyszą głosy z tajemniczych głębin o wiele głośniej. Myślę, że one mogą nam w tym pomóc!
Potem Jakob zamilkł i czekał. Lecz Lars znów zamknął drzwi swojej duszy. Wstydził się, że tak wiele powiedział. Chciał przerwać mowę Jakoba, podał mu więc wiosła i zaczął zarzucać sieć. Jakob poczuł, że powiedział już dość, i starał się tylko pomagać Larsowi przy pracy. Wielka, cicha noc otaczała milczących mężczyzn. Woda cicho pluskała, a z sieci ściekały kapiące krople, lśniąc w czerwonawym świetle księżyca. Daleko na pełnym morzu kilka ciemnych, obłych ciał wynurzyło się z wody i znów zniknęło, by zaraz potem wyskoczyć w górę, w samym środku migoczącej księżycowej drogi.
— Patrz, morświny — powiedział Lars. Potem znów zapadła cisza i samotność.
* * *
Pewnej soboty, gdy Lars i Peter zanieśli ryby do wędzarni, Trina zabrała się za wielkie sprzątanie. Czuła się znacznie lepiej, a matka Lassen często teraz całymi dniami pilnowała wnuka w domu Petera lub u swojej drugiej córki.
Okna były otwarte na oścież, a białe firanki wydymały się na ciepłym, słonym, letnim wietrze. Wiatr ten przynosił do izby mocny zapach krzewów jaśminu, a od czasu do czasu za oknem bzyczała przelatująca pszczoła.
Trina siedziała przy stole i porządkowała szufladę, a wiatr nawiał jej kilka pasm włosów na czoło. Miała rozpalone policzki i znów przypominała dawną „Małą Trinę”.
Wtem przed oknem rozległ się lekki, pewny krok. Karen niosła w ramionach zawiniątko; zdawało się, że jej jasne włosy i jasne oczy wnoszą do izby jeszcze więcej światła. Trina była tak pochłonięta pracą, że zapomniała o swoim śmiechu, dzięki czemu Karen mogła w spokoju rozwiązać tobołek.
Gdy wyjaśniła jej, na czym polega robota, Karen usiadła przy oknie i przywołała małego Klausa. Bawił się przed drzwiami i teraz powoli, krok za krokiem, podchodził bliżej, a jego badawcze oczy spoczywały poważnie na nieznajomej. Spodobała mu się jednak jasna sukienka, na której kładł się szeroki blask słońca, oraz roześmiane, czyste oczy, stanął więc obok niej. Trina cieszyła się, że chłopiec choć raz jest grzeczny i na chwilę oderwała wzrok od porządków.
Zdawało się, że ciepły, słoneczny wiatr wywiał ciężar, który zazwyczaj zalegał w tym pokoju. Karen było dziś niemal lekko rozmawiać z Triną.
Właśnie zadała pytanie o dzieci Petera, gdy wzrok Triny znieruchomiał na jakimś kawałku papieru i kobieta przestała odpowiadać. Karen spojrzała na nią zdziwiona, lecz Trina wciąż wpatrywała się w list. Karen dostrzegła teraz, jak ramiona Triny unoszą się w tłumionym szlochu. Twarz jej pobladła i wykrzywiła się w cierpieniu.
Karen odsunęła chłopca i przysunęła swoje krzesło do Triny.
— Co się stało, pani Asmussen? Może mogłabym pomóc? — zapytała szybko, kładąc dłoń na jej ramieniu.
Trina odsunęła się jednak lękliwie.
— Nie, nie — rzekła pospiesznie, zakrywając papier dłonią. W jej oczach pojawiły się jednak wielkie łzy; spojrzała szybko w twarz Karen, jakby z dręczącym pytaniem. Lecz Karen wzbraniała się przed dalszym naciskaniem i patrzyła na Trinę niemal bezradnie.
Wtedy Trina nagle oparła ramiona o stół, ukryła w nich twarz, a całe jej ciało zaczęło drżeć od gwałtownego płaczu. To poruszyło serce Karen; objęła ją ramieniem.
— Możesz mi o tym powiedzieć, Trino, naprawdę — poprosiła.
Trina wybuchnęła głośnym płaczem i nie podnosząc głowy, podsunęła jej białą kartkę.
— Czy to prawda? O, czy to prawda? — szlochała.
Na kartce widniał krótki raport lekarski o stanie zdrowia Triny oraz data jej wypisania. Nad tekstem widniał nadruk: „Krajowy Zakład dla Obłąkanych”. Teraz Trina już wiedziała, że wcale nie przebywała w domu diakonis.
Karen gładziła ją cicho po plecach.
— Wiedziała pani o tym? — wykrztusiła w końcu Trina między szlochami.
— Tak, Mała Trino. — Karen wciąż ją głaskała.
— Teraz wszyscy się mnie boicie... Nikt mnie już nie kocha... O, tak bardzo się wstydzę. — Trina wtuliła głowę jeszcze głębiej, a jej szloch był rozdzierający. Wtedy w piersi Karen stopniał ten twardy lód, który dotąd zamykał jej serce na Trinę Asmussen. W tej chwili zapomniała, że to żona Larsa. To była po prostu Mała Trina, istota ludzka w wielkiej potrzebie. Przemawiała do niej jak do dziecka i pocieszała ją, a to, że wielka, dumna Karen potrafiła być dla niej tak dobra, pomogło Trinie przetrwać pierwszy ból wywołany wstydem, który na nią spadł.
Jednak świadomość tego, co się stało, pozostała, mimo że Karen pomogła jej przetrwać tę pierwszą chwilę. Trina czuła wstyd. A najbardziej wstydziła się przed Larsem.
Lecz od tego dnia Karen wiedziała, że może spokojnie patrzeć w przyszłość. Polubiła Małą Trinę.
Rozdział XXVII.
Lars Asmussen i Jakob Lind mieli rację. W braniu się do pracy tkwi uzdrawiająca moc. Człowiek świeżym czynem rozgania przed sobą mgłę, by nie stała już przed jego oczami niczym mętna ściana. I podczas gdy jeszcze z całą siłą oddaje się swemu dziełu, mgła cichutko, najciszej się rozstępuje, a pierwszy czysty promień słońca przedziera się przez mroczną szarość. Wtedy przychodzi jakaś wierna dłoń, dotyka go i mówi: „Oto światło!”. A on podnosi wzrok i niemal nie śmie się jeszcze cieszyć. Potem jednak wystawia twarz do słońca i rusza własną drogą ku celowi, który został mu wyznaczony w wielkim ładzie świata.
I być może ten cel wcale nie jest daleko.
Ale jemu jest to wszystko jedno, bo znów widzi, że cel ten leży na wysokiej górze i że świeci słońce.
Biedny, mały człowiek – nie potrafi nawet sam rozgonić mgły, by znów ujrzeć własną ścieżkę w wielkim ładzie! Może jedynie działać dzielnie, wierny swej naturze, i czekać, aż mgła ustąpi.
Lars podjął decyzję. Nie żeby rady Jakoba na wiele się zdały. Dobra rada nie wyciągnęła jeszcze pewnie żadnego męża ze studni. A zwłaszcza dla kogoś z tego upartego, nordyckiego ludu słuchanie obcych słów byłoby ciężką walką z własnym usposobieniem. Nie, rada rzadko pomaga, ale czyni to miłość. To tak, jakby drugi człowiek otworzył okno w jego duszy. Jeden robi to szybko, jakby z siłą pchnął oba skrzydła, inny naciska, zapiera się i tylko z trudem rozdziela zardzewiałe zawiasy. Ale jakkolwiek by było – a czasem wystarczyło jedno nieporadne słowo – to stamtąd, z głębi zamkniętej dotąd duszy, wyzierają tak przedziwnie promienne rzeczy, których nie sposób nazwać ani wymierzyć. Lecz przez krótkie chwile ten, kto był w wielkiej potrzebie, ujrzał je i całkiem cicho, jakby z oddali, spływa nań owa „wiara skowronka”, że za mgłą może być światło.
Lars zrozumiał jedno: był człowiek, który wciąż w niego wierzył. Dzięki temu wiedział, że jeśli się otrząśnie, zdoła odzyskać odwagę.
I wstydził się swojej bezczynności. Przeszedł przez dom i ogród, widząc, że wszędzie czeka praca. A gdy już zaczął się do niej brać, nie pojmował, jak mógł pozwolić, by sprawy zaszły tak daleko. Gospodarstwo Larsa podupadło, lecz teraz praca porwała go niczym gorączka. Dla Petera stało się to niemal uciążliwe, bo Lars chciał spędzać na robocie godzinę za godziną. A gdy wracał z połowu, brał się za ziemniaki, w czym Trina dzielnie mu pomagała. Naprawiał i przybijał wszystko, co się dało. Potem wraz z dekarzem zabrał się do roboty i położył nową strzechę na domu matki Stiny. Schudł tego lata od tej ciężkiej harówki, lecz gdy nadeszła jesień, prawie wszystko w obu domach i ogrodzie było znów w tak dobrym stanie jak dawniej. Ta ciężka praca dobrze zrobiła też Trinie – była tak zdrowa i spokojna, że matka Lassen mogła przeprowadzić się do swojej drugiej córki, której właśnie urodziło się kolejne dziecko.
W jego domu stało się teraz ciszej i jaśniej. Lars prawie nie miał czasu na rozmyślania. Nie wiedział dokładnie, co czuje, lecz podświadomie on sam stał się spokojniejszy, a w jego wnętrzu stopniowo dojrzewała decyzja. Wiedział dobrze, że pozbędzie się niepokoju dopiero wtedy, gdy zupełnie uniemożliwi sobie ponowne widywanie Karen. Chciał jej to teraz powiedzieć. Trzeba było położyć temu kres.
Było ciepłe, niedzielne popołudnie na początku jesieni. Lars udał się do Aalby. Gdy wszedł do ogrodu nauczyciela, od razu dostrzegł Karen stojącą w głębi pod jabłonią. Ciężkie konary miały wiele podpór, a mimo to rumiane jabłka uginały gałęzie niemal do samej soczystej, wysokiej trawy. Dwoje jasnowłosych dzieci nauczyciela stało obok Karen, trzymając wielki kosz. Podniosła dwuletniego malca ku kolorowym jabłkom, a on grubaśnymi rączkami przebierał wśród pełnych gałęzi, zrywając radosne owoce. Karen odbierała je od niego i wrzucała do kosza. Między liśćmi przeświecały jasne blaski słońca, mieniąc się na jasnowłosych główkach i kładąc się złotymi plamami na cienistej, błękitnawej trawie. Powietrze drżało od jasnych, radosnych głosów dziecięcych i ciepłego słonecznego światła.
Gdy Karen usłyszała kroki i obejrzała się, przez jej radosne oczy przemknął poważny cień.
— Zaraz — powiedziała — gdy skończę, porozmawiam z panem. — Postawiła dziecko na ziemi i poprawiła mu fartuszek. Malec chciał zapłakać, lecz podała mu kolorowe jabłko do zabawy, a sama znów sięgnęła po czerwone owoce. Kosz był wkrótce pełen; posłała dzieci z nim do domu. Potem usiadła obok Larsa na ławce pod jabłonią, biorąc dwulatka na kolana. Lars jednak wciąż patrzył nieobecnym wzrokiem przed siebie z poważną twarzą, jakby w ogóle nie dostrzegał otaczającej go radosnej, dojrzałej obfitości, lecz zaglądał głęboko w siebie, szukając jednego stałego, pewnego punktu.
— No? — spytała w końcu Karen, spoglądając w dół na dziecko.
— Przemyślałem to sobie — powiedział Lars monotonnym głosem, jakby wypowiadał wyuczoną lekcję. — Lepiej będzie, jeśli nie będę już tu przychodził. Chciałem jednak, żeby pani o tym wiedziała. I chciałem też panią pożegnać... na zawsze — dodał ciszej.
Podniosła głowę i spojrzała na niego badawczo.
— Też tak zawsze myślałam. Od pierwszego stycznia przenoszę się do Hamburga na inną służbę. Nie musiał pan wcale przychodzić, i tak domyśliłabym się dlaczego.
— Może nie chciała już pani mieć ze mną nic wspólnego... teraz! — Na jego twarzy odmalował się mrok, a w głosie zabrzmiało coś na kształt prośby.
Przez chwilę panowała cisza. Jabłko upadło z głuchym odgłosem w trawę. Na wąskiej ścieżce skakał kos ze swoimi młodymi, karmiąc je starym jabłkiem. Karen pokazała je dziecku, a ono zaśmiało się i wyciągnęło rączki ku ptakom. Wtedy znów spojrzała Larsowi prosto w oczy.
— Wiedziałam, że nie zostanie tak, jak zimą. Wiedziałam, że znów pan wyjdzie na prostą, Larsie Asmussen. — W jej oczach znów odbijało się słońce.
— Skąd pani to wiedziała?
— Tego nie wiem, ale wiem też, że w panu znów stanie się całkiem jasno. Bóg będzie pana jeszcze potrzebował, Larsie Asmussen.
Lars oparł łokcie na kolanach i wpatrywał się głęboko w wysoką trawę.
— Ale jeśli człowiek nic nie dostrzega i nic nie czuje... — Urwał.
— Przecież pan już to czuje, inaczej nie zaszedłby pan tak daleko. Do tej pory pan tylko spał. — Mocno się zaczerwieniła; tyle wysiłku kosztowało ją wypowiedzenie tych słów.
Spojrzał na nią ponownie.
— Może i tak jest... Musi w tym coś być... — Nie dokończył, lecz powoli wstał. Ona również stanęła przed nim. Pozwoliła dziecku zsunąć się na ziemię, a ono potruchtało ku świergoczącym młodym kosom. Przez moment przez jego twarz przeszła gorąca fala. Lecz ona patrzyła mu prosto w oczy i podała mu rękę. Chwycił ją mocno swoją ciężką, spracowaną dłonią, po czym odwrócił się i wyszedł, a jego twarz była tak spokojna jak zwykle.
Na polach niemal wszędzie stało zboże ułożone w mendelki. W ciepłym słońcu słychać było niemal jego trzeszczenie. Powietrze stało w bezruchu. Tu i ówdzie spomiędzy lśniących ściernisk dobiegał metaliczny cykot świerszczy. Lars stał i patrzył na lśniąco białe chmury, które niczym olbrzymy wyrastały zza pól na tle głębokiego błękitu. W Larsie Asmussenie panował spokój.
Stał przed wielkimi zagadkami i spoglądał w niezgłębioną noc. Lecz czynami uderzył w te mroki. I teraz zaczynało dnieć – powoli, całkiem powoli. W duszy Larsa było tak, jak w owej uroczystej godzinie, gdy poważny poranny wiatr szepcze o nadchodzącym świetle. Ostatnie lata wyryły na jego twarzy twarde rysy. On jednak znów, jak dawniej, kroczył pewnie i wyprostowany ku swojej pracy.
Rozdział XXVIII.
Christen Matthies był pierwszym, który zaczął rozmawiać z Larsem z dawnym zaufaniem. Pozostali dwaj mężczyźni przez pewien czas zachowywali jeszcze wobec niego pogardliwy dystans. On jednak nie zwracał na nich uwagi.
Zbił kilka dużych skrzyń na węgorze dla wędzarni i zarobił na tym przyzwoite pieniądze. Dzięki temu mógł powiększyć swoją ziemię. Także zimowe połowy przyniosły dobry dochód. Wszystko, co było do zrobienia w domu lub przy łodziach, wykonywał sam, wydając mniej niż inni. Trina również okazała się dzielną kobietą i dobrze trzymała pieniądze. Tej zimy Lars dużo czasu spędzał w samotności. Trina cieszyła się na swój cichy sposób, że częściej u niej bywał. Gdy przerywał pracę, znów pozwalał sobie na dawną radość i siadał nad książkami. Czasami opierał łokcie o stół i zatapiał się w myślach. Bardzo rzadko, gdy Triny nie było w domu, a Klaus był w szkole, wyciągał z szuflady grubą Biblię, kartkował ją i rozmyślał. Potem wracał do warsztatu w szopie za domem, młotkował, majstrował i dorabiał tu i ówdzie swoimi zręcznymi rękami, tak że na wiosnę mogli wreszcie znów zanieść oszczędności do kasy.
Tego lata Lars nie pracował już tak gorączkowo jak w poprzednim roku, lecz ze spokojną wytrwałością.
Bezsilna tęsknota, która w nim tkwiła, teraz go opuściła. Głęboko, na samym dnie serca, tam gdzie znajdowało się to ciche, ustronne miejsce, tam mieszkała też jego miłość. Ale podobnie jak w czasach chłopięcych, rzadko tam zaglądał. Gdy raz po raz czuł wokół siebie zupełną, niedzielną ciszę, wtedy – jak za dawnych lat – na jego brązową twarz robotnika, poznaczoną teraz twardymi rysami, kładł się chłopięco-poważny, niemal posępny wyraz; wtedy Lars wchodził do swego sanktuarium. Lecz to, co znajdował tam w milczeniu, nie było mroczne. Był tam jasny obraz Karen i było tam coś większego niż Karen.
Zawsze jednak przynosił stamtąd w codzienne życie głęboką powagę. W tej powadze rzeczy wokół niego nabierały innego ciężaru i miary. Drwina czy szacunek innych niewiele go już obchodziły. Dlatego mógł spokojnie wysłuchiwać ostrych, twardych słów Petera i Kordsa, nie odpowiadając im, jak dawniej, gorzkimi, gniewnymi słowami. Jego niemal obojętne milczenie zbijało ich z tropu, zwłaszcza że w jego pracy nie było już śladu niedbalstwa. Wtedy ta pogarda, którą wciąż jeszcze żywili wobec Larsa, zaczęła ich uwierać, aż stopniowo i nieświadomie wrócili do starego tonu sprzed lat.
Inni mężczyźni, którzy mieli z nimi do czynienia, wyczuli tę zmianę i zaczęli odnosić się do Larsa z większym szacunkiem.
Zaczęło się od przeciekającej łodzi albo zepsutej skrzyni na ryby. Znów mógł doradzać i pomagać jak za dawnych czasów. Stopniowo przychodzili do niego z coraz poważniejszymi sprawami. I zupełnie powoli pozwolili, by pamięć o gorszym okresie w życiu Larsa uległa zatarciu.
Wtedy Lars zauważył, że jednak potrafi się jeszcze cieszyć. I gdy długie, jasne letnie światło znów kładło się na spokojnej wodzie, spoglądał w nie pewnym, jasnym wzrokiem. W jego oczach lśnił odblask tego słońca, a w całej jego postaci widać było niezachwianą pewność. Mówił teraz jeszcze rzadziej niż zwykle, rzadziej też zaglądał do gospody. Ale właśnie to wielkie milczenie pozwoliło mu najszybciej odzyskać zaufanie ludzi.
Lato już minęło i znów miały zacząć się połowy śledzi. Pewnego wieczoru, gdy dźwięk piłowania i młotkowania na plaży rozbrzmiewał w wielkiej ciszy, Kords podszedł do Larsa. Ręce trzymał w kieszeniach spodni, a jego niskie czoło wyglądało na jeszcze bardziej zachmurzone niż zwykle.
Lars nie podnosił wzroku znad pracy.
— No? — spytał, gdy Kords stanął obok niego.
— No — odrzekł Kords. — Kto ma dostać tę łódź?
— Hinrichsen — odparł Lars.
— Taka łódź łatwo może przeciekać — rzucił Kords.
— Dlaczego? — mruknął Lars, uderzając mocno w deski.
— No, jak się w to rąpnie, tak tutaj, dziobem prosto w burtę! — Przesunął dłonią wzdłuż poszycia, po czym otarł twarz wielką, kościstą pięścią i parsknął z lekka pogardliwie.
Lars uderzył młotem jeszcze kilka razy, wyprostował się i spojrzał na Kordsa.
— O co właściwie chodzi? — zapytał.
— Wypróbowałem wczoraj, ile taka łódź wytrzyma... na tej od tego przeklętego typa!
— Jakiego typa? No, opowiadaj z sensem albo daj mi pracować!
— No, pamiętasz jeszcze tego, co mnie wtedy kamieniem rzucił?
— No, tobie się to pewnie częściej zdarzało!
Kords stał tam, wielki i mroczny na tle jasnego morza, a jego potężne, spracowane członki zdawały się niemal rozsadzać ubranie. Nie było w nim nic z żartu, tylko ponura niechęć, a z jego głęboko osadzonych, małych oczu wyzierała surowa powaga. Widząc to, Lars odłożył młotek i piłę na bok, po czym usiadł na krawędzi łodzi.
— No? — zapytał raz jeszcze, tym razem poważniej.
Kords zaczął mówić gwałtownie, niemal ze złością, jakby robił to wbrew własnej woli:
— Pamiętasz przecież, tamten raz w mieście, kiedy nie chciałem się bić, a ten typ o mało nie rozbił mi głowy? No, wtedy go nie dopadłem. Ale mogłem się domyślić, kto to był. Taki jeden młody, włóczęgowaty łajdak, który mnie nie znosił, a potem podobno tak się wygadywał, że łatwo było zmiarkować, że to on! No i to przeklęte bydle przeniosło się do Seegaade i łowi tam z jakimś kamratem. Pal go licho, myślałem sobie, choć nie marzyłem o niczym bardziej, jak o tym, żeby mu się odpłacić! Ale teraz to monstrum, jak tylko na pełnym morzu jest zbyt wielka fala, zaczyna pchać się tutaj do zatoki. Zauważyłem to i jak tylko na zewnątrz sztormi, kładę się w łodzi i czatuję. Mówię ci, Lars, z odległości stu mil rozpoznam tę łódź! Gdy tylko ten typ wykręca zza cypla, a ja widzę, jaki bierze kurs, wypływam przed niego, rzucam kotwicę i zaczynam łowić, a on musi się wynosić i szukać innego miejsca. A jak widzę, że bierze kurs na jakieś dobre łowisko, to znów go zachodzę. — Kords zaśmiał się ochryple i uderzył pięścią w kolano. — No i wczoraj też tak było. Wiesz przecież, że teraz latem mam w łodzi mojego starszego chłopaka. Jak tylko zobaczyliśmy, że ten obcy znów się wpycha, szybko kotwica w górę i zagradzamy mu drogę. Zrobiliśmy tak dwa razy, aż go krew zalała, ruszył prosto na nas i jak był dość blisko, zaczął kląć na czym świat stoi. No, ja od kogoś takiego nie dam sobie w kaszę dmuchać. Wiesz przecież, jaki wczoraj był sztorm z północnego zachodu. Chłopak wciągnął żagiel, ja wyłożyłem ster, tak że poszliśmy z wielkim impetem i zanim ten typ pojął, co zamierzam, rąbnąłem go w prawą burtę! Mówię ci, Lars, on i ten jego kumpel musieli tak wybierać wodę, żeby suchą nogą dotrzeć do brzegu, a mojej łodzi prawie nic się nie stało! — Kords znów zaśmiał się niemal brutalnie.
Lars jednak wciąż patrzył prosto przed siebie.
— Musisz mu zapłacić, żeby cię nie podał do sądu — powiedział po chwili z namysłem.
— Niedoczekanie jego! Chciałbym, żeby całkiem zatonął!
— To trafisz do więzienia, bo ten drugi może poświadczyć, że zrobiłeś to umyślnie.
Kords stał jednak ponuro w zapadającym zmierzchu, patrząc w inną stronę.
— To ja go oskarżę o próbę morderstwa.
— Ale nie masz świadków.
— Kto wie, czy nie znajdę kogoś, kto widział, jak wtedy uciekał przez podwórze.
— No dobrze — rzekł Lars po namyśle. — Spróbuję to załatwić. Jeśli zagrozi mu się tymi starymi sprawami, może będzie trzymał język za zębami. Niech mi przyniesie tę swoją rozbitą krypę. Naprawię ją.
— Piękne dzięki! — mruknął Kords.
W następną sobotę Lars popłynął tam i doprowadził sprawę do porządku.
Jednak wieść o tym zdarzeniu rozeszła się wśród rybaków i w kolejne niedziele w gospodzie szeptano o tym po kątach. Przeklinali obcych rybaków, że przy złej pogodzie pchają się na ich łowiska w zatoce. Wszyscy cieszyli się, że Kords tak urządził tamtego przybłędę. Na Larsa zaś spoglądali z aprobatą, bo potrafił całą sprawę pomyślnie wyprostować.
Niedługo trwało, zanim Lars uświadomił im, jak wielka jest potrzeba trzymania się razem z tymi z zewnątrz i ustalenia stałych zasad dotyczących łowisk oraz sieci stawnych.
— Spójrzcie, jeśli w dni, gdy na pełnym morzu jest zbyt wielka fala, wyznaczymy dla nich stałe miejsca tutaj u nas, może oni zgodzą się nie stawiać swoich sieci tak blisko wejścia do zatoki.
— Masz chyba rację, Larsie Asmussen — powiedział powoli Christen Matthies. — Ale jeśli założymy takie stowarzyszenie, to czy nie wmiesza się w to rząd i czy nadal będziemy mogli myśleć i mówić to, co chcemy?
Lars zaśmiał się cicho pod nosem.
— Bądź o to spokojny, Christen, możesz sobie w sercu przysięgać nawet na starą Danię. Chcemy tylko trzymać się razem, żeby każdy mógł żyć po swojemu i żeby nikt nam się nie wtrącał.
— To byłoby świetne! — krzyknął nagle Kords i walnął pięścią w stół.
Pozostali wokół stołu pokiwali poważnie głowami i stopniowo wszyscy przystali na ten pomysł. I tak, w tytoniowym dymie gospody, pierwsi z nich zawiązali wspólnotę.
W domu Lars musiał jeszcze dłużej rozmawiać z Peterem, zanim ten zgodził się dołączyć. Dora pojęła korzyści znacznie szybciej.
— Dlaczego tylko rybacy, Lars? Robotnicy na lądzie też czegoś takiego potrzebują. Pozwól im też dołączyć, a wtedy będą mogli wspólnie dbać o swoich chorych i sieroty.
Lars spojrzał na nią poważnie.
— Może kiedyś tak się stanie, Doro.
Dora powoli przekonała też Petera, aż w końcu ustąpił. Nie trwało to długo i stowarzyszenie powstało, bo prawie wszyscy zrozumieli, że jest to konieczne.
A gdy Lars odpowiednio im to przedstawił, coraz częściej oswajali się z myślą o kupnie własnego małego parowca, który dostarczałby ryby bezpośrednio na targ.
— Do tego potrzeba by jeszcze kupca, który należałby do naszego związku, abyśmy to my ustalali ceny ryb i aby praca otrzymała należną jej zapłatę — mówił Lars.
Wielu jednak kręciło na to głowami, twierdząc, że to się nie uda. Lecz gdy rok dobiegł końca, okazało się, że nowe stowarzyszenie rybackie radzi sobie doskonale. Ryby docierały do miasta parowcem świeże i w dobrym stanie.
A ponieważ wszyscy trzymali się razem, kupcy niewiele mogli przeciw nim zdziałać; słyszeli też, że wśród rybaków krążą rozmowy o zatrudnieniu własnych handlarzy. Zdarzało się wcześniej, że niektórzy łowili śledzie w okresie ochronnym, a oczka sieci u wielu były niezgodnie z przepisami zbyt ciasne. Inspektor rybołówstwa rzadko jednak zaglądał do tej zatoki. Dlatego rybacy usiedli wspólnie, ustalili własne prawa, spisali postulaty, wybrali spośród siebie zaufanych ludzi i wysłali ich do miasta, aby całość została zatwierdzona przez rząd. Osiągnęli to, co zamierzali, i rybacy byli zadowoleni.
Pierwszym z tych zaufanych mężów, którego wybrali, był Lars Asmussen. W radzie zasiadł też Peter Lassen i kilku rybaków z zewnątrz. I teraz zupełnie naturalnie zaczęto patrzeć na tych ludzi jak na przywódców.
Gdy do stowarzyszenia przystępowało coraz więcej rybaków, jacyś krzykacze z Wanbyll próbowali przejąć nad nimi władzę. Oni jednak nie dali sobie nic narzucić i uradzili jedynie, że będą odkładać pieniądze na czarną godzinę. I znów to Lars musiał wszystko w tej sprawie uporządkować.
Rozdział XXIX.
Lars dokupił jeszcze kawałek niskiego brzegu, na który wiatr nanosił mnóstwo wodorostów. Gdy Lars nie miał czasu, Trina wraz z synem grabili trawę morską, suszyli ją i czerpali z jej sprzedaży niezły dochód.
Peter wiedział, że Lars wpłaca do kasy oszczędnościowej coraz większe sumy i że w ciągu ostatnich dwóch lat do czegoś doszedł. Widział też, jak ludzie dają się Larsowi prowadzić i że jego rady mają ręce i nogi. Wtedy obudziło się w nim dawne przywiązanie i znów zaczął patrzeć na Larsa z podziwem. Za jego plecami wychwalał go przed ludźmi, objaśniał im jego zamierzenia i walczył o jego plany. Peterowi słowa przychodziły łatwiej niż Larsowi, dzięki czemu zdołał pozyskać wielu zwolenników.
Doprowadzili też do tego, że parowiec rybacki nie został kupiony za duńskie pieniądze. Większość kosztów pokryli sami rybacy, a była to spora suma. Peter i Dora chętnie dowiedzieliby się, ile dołożył Lars, ale nie zdołali tego wyciągnąć. Uznali, że musiało to być dużo, skoro Lars znów tak ciężko harował.
— To przecież żadne życie — mówił Peter, stojąc obok z rękami w kieszeniach spodni. — Człowiek chce przecież czasem odsapnąć i wiedzieć, że żyje.
Lars jednak nawet nie podniósł wzroku; podniósł wiązkę trawy morskiej i odniósł ją dalej. Potem wrócił.
— Widzisz, Peter, jeśli mi kiedyś pomożesz, chcę tu usypać wał, żeby morze co roku nie zalewało mi tego gruntu; wtedy może powstać z tego dobra łąka. Może uda nam się kupić jeszcze parę krów.
Peter pokręcił głową, ale wziął się do roboty i pomógł znosić suchą trawę.
Peter nie mógł jednak wiedzieć, kiedy Lars „żył”. Gdy Lars się cieszył, milczał dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy cierpiał.
Lecz Lars wiedział teraz, że żyje.
* * *
Był ciepły, wiosenny poranek. Deszcz wszystko obmył; teraz od morza wiał łagodny, silny wiatr i na wyścigi ze słońcem pieścił młode, delikatne liście. Obok ogrodu Larsa szemrało i szumiało źródło, jakby z radości nie mogło się doczekać, by wpłynąć w słońce i pośpiesznie pognać w dół, ku wielkiej wodzie. Lars siedział na małej ławce przy domu, a jego cień padał ostro i błękitnie na białą ścianę.
Trina wyszła z domu. Była niedziela i Lars miał na sobie odświętne, niebieskie ubranie. Trina strzepnęła z niego pyłek, a jej dłoń spoczywała na nim długo, niczym w pieszczocie. Lars patrzył w miękki błękit i trwał w bezruchu z zadowoleniem. Wyciągnął długie nogi do słońca i było mu błogo. Mógł wreszcie odetchnąć bez trosk i wiedzieć, że stoi na właściwym miejscu. Dlatego czuł się tak, jak wtedy, gdy był chłopcem. Z czystego, rozpierającego go zadowolenia najchętniej wytarzałby się w tej świeżej, młodej zieleni.
Jakob Lind nadchodził przez wzgórze spośród falującego, młodego zboża. Szedł niespiesznie, z kapeluszem w dłoni.
— Dzień dobry, Lars — powiedział, wchodząc do ogrodu. — Muszę zajść do Jesa Landa, chce się poradzić w sprawie syna. Sam nie może przyjść przez chorą nogę.
— A kto to taki?
— Nie wiesz? To o nim mówią, że jak stanie w Wanbyll, to jego nos rzuca cień przez całą wodę aż do Seegaade, taki jest długi.
Lars zaśmiał się pod nosem i pokiwał głową.
— Ale ciebie też muszę o coś zapytać — rzekł Jakob — w sprawie młodego Klausa.
— No, wal śmiało, Jakob! Czy chłopak rozrabia w szkole?
— To nie to. Wzorem cnót, dzięki Bogu, nigdy nie był. Ma na to zbyt żywą krew. Ale chłopak jest pojętny. Powinieneś pozwolić mu się czegoś nauczyć.
Lars milczał i znów patrzył przed siebie przez błękitną wodę w błękitne powietrze. Sięgnął po fajkę leżącą obok i powoli ją zapalił. Zaciągnął się kilka razy głęboko. Potem wyjął ją z ust i zawołał:
— Klaus!
— Ojcze! — dobiegło z domu.
— No, teraz powiedz mu to, Jakob.
Jakob Lind zaczął mówić powoli i przyjaźnie, a Klaus stał tam, barczysty i duży w niebieskiej wełnianej kurtce, w lekkim rozkroku, jakby chciał pewnie trzymać się matki ziemi, i patrzył Jakobowi prosto w oczy. Jakob wyjaśnił mu, że mógłby zostać przy książkach i wyrosnąć na kogoś dzielnego.
— Ojciec na pewno by na to pozwolił, gdybyś tylko chciał.
— A kim miałbym zostać? — zapytał chłopak.
— No... może nauczycielem — odrzekł Jakob.
— Oho — mruknął chłopak. Lars zaśmiał się.
— No, a kim ty byś chciał zostać, ty zakuta pało? — zapytał.
— Chciałbym zostać kimś takim jak ty, ojcze — odrzekł Klaus, patrząc mu śmiało w oczy.
— A dlaczego?
Wtedy Klaus wsadził ręce głęboko w kieszenie spodni i zastanowił się chwilę.
— Wiesz, tato, lubię rybaczenie, to bycie tam ciągle na wodzie, no i... — wcisnął dłonie jeszcze głębiej — tobie nikt nie ma nic do gadania, robisz dokładnie to, co chcesz. Ja też taki chciałbym być.
Wtedy ojciec i syn patrzyli sobie przez chwilę prosto w oczy.
— No, to wracaj do matki! — powiedział Lars. Niedługo potem zza domu, niosąc się w wiosennym powietrzu, dobiegły przytulne dźwięki harmonii.
— Ma muzykę po dziadku — rzekł z zadowoleniem Lars. — Ale widzisz, Jakob, z niego też nic więcej nie wyrośnie.
Jakob przytaknął.
— Może tak właśnie będzie najlepiej — odrzekł i wstał.
— Też mi się tak niemal zdaje — dodał Lars.
Siedział tak jeszcze przez chwilę. Klaus oddalił się nieco ze swoją harmonią. Z oddali dobiegało granie, które splatało się z szemraniem strumienia. A gdy oba te dźwięki wpłynęły w blask słońca, w miękkim wiosennym powietrzu zapanowała jakaś skryta swojskość i głębokie ukontentowanie.
W owym czasie coś wewnątrz Larsa zaczęło tajać. Coś, co dotąd tkwiło w nim zamknięte niczym w twardym skurczu. Mimo całego jego milczenia, można było w nim teraz wyczuć jakieś ciepłe człowieczeństwo. Trina odważała się czasem być szczerze radosną, gdy wysoki Lars był w pobliżu, a w jego oczach osiadł teraz niekiedy – zupełnie jak u dziadka – skryty, łobuzerski błysk.
Nie żyli już jak chomiki czy borsuki, każdy zamknięty we własnej norze i oddany jedynie swej mozolnej pracy; teraz, gdy tylko mieli czas, spotykali się wszyscy i bywało przy tym niemal wesoło.
Najczęściej Lars i Trina z synem oraz Peter z całą rodziną przychodzili w niedziele do matki Stiny. Ta usługiwała im i siedziała wśród nich ze swoją smutno-poważną twarzą, rzadko odzywając się słowem, a jednak radując się z całego serca.
Albo pakowali łodzie po brzegi krzyczącymi z radości dziećmi i płynęli przez zatokę do Kordsa lub w stronę Aalby, by odwiedzić Lindów.
Wszystko to były święta w ich życiu, bo w twardej pracy nie ustawali. Ale to, że Lars w ogóle potrafił dzielić z innymi dni świąteczne, było ową nowością, której w końcu nauczył się w swoim życiu.
Lars zaczął też czasem myśleć o radościach i życzeniach Triny. Gdy zbliżały się jej urodziny, pod wieczór przerwał swój trud i przyszedł z plaży, niosąc narzędzia. W jednej ręce trzymał ostrożnie długiego, wędzonego węgorza. Przyniósł go jej w prezencie; mieli go zjeść tego wieczoru.
A gdy zapadł zmierzch, wszyscy w odświętnych ubraniach przyszli do domu Larsa: matka Stina, Peter, Dora z najstarszą córką, która wkrótce miała przerosnąć młodego Klausa, oraz najstarszy, barczysty syn, który wyglądał wypisz wymaluj jak Peter. Dora przyniosła też najmłodsze dziecko, które trzeba było jeszcze nosić na rękach. A gdy już podjedli, siedzieli wszyscy w szarości zmierzchu, a Klaus grał im na harmonii jeden utwór po drugim.
— Nie dajesz nam się najeść do syta, Trino — zażartował Peter i przyłożył do ust butelkę z mlekiem swojego najmłodszego syna.
Dora zdzieliła go w rękę.
— Nie udawaj, że on potrafi pić tylko mleko — powiedział Lars. — Pamiętasz, Doro, jak to było tamtym razem?
— Co tamtym razem?
— Jak karczmarz z „Leśnego Dzbanka” namówił go, żeby wszedł do środka podczas festynu strażackiego, i sama musiałaś go stamtąd odbierać?
— To nieprawda! — krzyknęła Dora.
— No, i musiałaś go brać pod ramię, a chłopak biegł przodem i darł się z radości: „Tata jest wstawiony! Tata jest wstawiony!”.
— Miałem wtedy dopiero pięć lat — wtrącił syn.
— Bądź już cicho, Lars — powiedziała matka Stina. — Ty wtedy szedłeś sam, ale stawiałeś potężnie długie, sztywne kroki i też nie szedłeś całkiem prosto.
Wtedy wszyscy wybuchli śmiechem, a gdy gwiazdy zaczęły zaglądać przez szerokie, niskie okno, wstali i pożegnali się. Klaus odprowadził ich kawałek, przygrywając na harmonii.
* * *
Tak, to było kilka dobrych lat dla Larsa Asmussena. Podobnie jak roślinie, tak i człowiekowi potrzeba nieco słońca, jeśli ma się w pełni i szeroko rozwinąć. Nawet jeśli porwie go znów burza, nie zdoła już ona zahamować jego wzrostu ani wtłoczyć go w karłowate formy.
Ludzie czuli to podświadomie, gdy rozmawiali z Larsem: stał przed nimi człowiek. Był to mężczyzna prawy i silny, a zarazem dzielny robotnik; lecz pod szorstkim, niebieskim drelichem biło ludzkie, ciepłe serce. Dawniej, w czasach jego drewnianej prawości, wszyscy go szanowali, lecz teraz wielu ludzi kochało Larsa Asmussena.
Tak, to było kilka dobrych lat, czuł to sam. Jednak tacy ludzie jak Lars muszą raz po raz wypadać z gładkiego nurtu. Nikt nie potrafi powiedzieć, dlaczego tak jest.
Burza czyhała, by porwać Larsa Asmussena. I pewnego pięknego czerwcowego wieczoru rozległo się jej pierwsze, ciche mruknięcie.
Rozdział XXX.
Był czerwcowy wieczór. Słońce dawno już zaszło, lecz wszystko wciąż kąpało się w łagodnej jasności. Pełnia księżyca wisiała na lśniącym niebie, lecz od jego tarczy nie bił żaden blask w ten jasny jak dzień północny wieczór.
Szeroka, świetlista tarcza miała w sobie coś nierzeczywistego w tym tajemniczo cichym wieczornym świetle. Na jasnej, lustrzanej tafli wody Lars i Peter oddawali się pracy. Od brzegu płynął zapach lśniących kwiatów bzu, a z oddali dobiegał miękki śpiew ptaków. Nieświadomie ogarnął ich taki spokój, że nie zamienili ani słowa, przerywając czasem robotę, by rozejrzeć się dokoła.
— Patrz, tam z pełnego morza doprawdy płynie jakaś łódź — Peter wciągnął wiosła i gapił się ze zdumieniem.
Lars odłożył sieci i obejrzał się. — Czego on chce przy takiej pogodzie? — mruknął gniewnie.
— Pewnie na zewnątrz najlepsze łowiska są zajęte, więc próbuje tutaj.
— Ale to wbrew umowie.
— Patrz, teraz tam, gdzie łowi Kords – on znów podnosi kotwicę i zagradza mu drogę.
— Niech tylko nie zaczyna znów z tym zachodzeniem drogi, to nie jest w porządku.
— A jednak to robi... patrz, tamten znów musi zmieniać kurs. Teraz tam go też blokuje... Tamten musi odbić zupełnie w drugą stronę.
Lars znów chwycił sieci. — Dzisiaj prawo właściwie jest po jego stronie. Ale takie zachowanie psuje tylko krew. To niedobre. Powiem mu to.
Następnego dnia Lars udał się do Kordsa. Ostrzegł go, by więcej tak nie robił. Lecz Kords wybuchnął gniewem i zapytał, czy Lars chce teraz pozować na wielkiego pana. Powiedział, że jest swoim własnym panem i tak zamierza zostać. Krzyczał tak głośno, że podeszło kilku innych mężczyzn, którzy nieopodal barwili żagle.
Oni jednak stanęli po stronie Larsa i uznali, że Kords nie ma racji. Lars zachował spokój, ale doszło do tego, że Kords wymówił mu wspólną pracę na zimę.
W drodze do domu Lars pogrążył się w zadumie. Było mu przykro, że Kords z nim zerwał, lecz wszystkie jego twarde, dzikie słowa nie dotknęły go głębiej. Uśmiechnął się pod nosem na myśl o tym, że inni stanęli za nim murem, wiernie i gniewnie, jak za swoim królem. Dawniej takie coś wzburzyłoby w nim gniew albo dumną radość. Teraz czuł się tak, jakby go to niemal nie dotyczyło. Wiedział już, że ma tutaj, w swoim świecie, coś do zdziałania – coś, czego nikt inny za niego nie zrobi. Ale nie roztrząsał już tego ani nie analizował. Szedł po prostu krok za krokiem, wiedząc, że gdzieś u kresu osiągnie swój cel. I wypełniała go cicha radość, gdy tak spoglądał w jasny wieczór.
* * *
Na zimę Lars wziął do łodzi człowieka, który latem pracował w cegielni w głębi lądu. Właściciele cegielni w tamtej okolicy byli Duńczykami i sprawowali rządy twardą ręką. Niektórzy przebąkiwali tam o strajkach i zostali „towarzyszami”. Ci jednak z kolei uskarżali się na składki i na wtrącanie się obcych przywódców; robotnikom zaś w niczym to nie pomagało.
Zimą wśród rybaków było wielu takich, którzy latem pracowali jako murarze lub robotnicy w cegielniach. Z czasem zaczęli przychodzić do Larsa i rozmawiać z nim. Widzieli, jak członkowie stowarzyszenia rybackiego chronią się nawzajem i wspierają. Uznali więc, że robotnicy lądowi też mogliby znaleźć takie oparcie i przyłączyć się do rybaków.
— Muszę to najpierw przemyśleć — mówił Lars. — Może wtedy będę mógł wam coś doradzić.
Siedział potem długo i rozmawiał o tym z Peterem.
— Widzisz, Peter, jeśli to pragnienie wypływa z nich samych, to może coś w tym jest; zawsze o czymś takim myślałem. Gdyby tak wspólnie odkładali pieniądze, jak my, i mieli za przywódców spokojnych, porządnych ludzi spośród siebie... Co o tym sądzisz?
— Właściwie po co to wszystko, Lars? Co im to da?
— Wiedzieliby przynajmniej, co dzieje się z ich pieniędzmi, a gdy tak wielka rzesza trzyma się mocno razem, partyjne podżeganie nie tak łatwo znajdzie do nich dostęp.
Peter pokiwał z namysłem głową. Siedzieli tak jeszcze przez chwilę w zadumie, bo decyzje dojrzewały u nich powoli, rodząc się z ciężkich, poważnych rozmyślań.
Ostry, twardy wiatr tej jesieni zasnął gdzieś w błękitnych, wonnych dalach. Żółte liście na bukowych gałęziach każdego ranka bezszelestnie wyłaniały się z jasnej mgły, by w południe niczym złote palce wskazywać w stronę przejrzystego błękitu. Zupełnie niepostrzeżenie u stóp drzew, na mszystej zieleni, słał się kobierzec o matowych, przedziwnych barwach. W zaroślach każdego dnia rozbłyskała nowa, radosna feeria kolorów. Krwistoczerwone liście i jaskrawe grona jagód śmiały się do słońca niczym jasny sygnał trąbki. Obok nich późne, żółte kwiaty prężyły się ku ostatniemu, niedzielnemu świętowaniu istnienia.
Jednak na spokojnej, letniej jeszcze wodzie rybacy mieli ciężką pracę. Śledź w cieple zachowywał świeżość tylko przez krótki czas po połowie, a mały parowiec rybacki musiałby być w kilku miejscach naraz. Zanim łódź z rybami dotarła do wyznaczonych punktów zbornych, gdzie zatrzymywał się statek, śledzie zaczynały już niszczeć. Niektórzy rybacy mieli bowiem dłuższą drogę, jako że miejsce postoju parowca wyznaczono tam, gdzie pasowało większości.
Kords sprzymierzył się z Rudym Trollsenem i ci dwaj mężczyźni w dwóch łodziach wykonywali pracę czterech osób. Zażądali, aby parowiec zatrzymywał się tuż przy ich łowiskach. Otrzymali jednak odpowiedź, że ze względu na dwóch ludzi nie można narażać na straty całego urobku. Wpadli w gniew i przyszli do Larsa. Zastali go u matki Stiny. Mała, stara matka Stina aż skuliła się w sobie, gdy ci głośni, wzburzeni mężczyźni stanęli przed Larsem. Wielki, silny rybak stał spokojnie, niemal obojętnie, gdy wygrażali mu pięściami przed samą twarzą.
— Chciałeś tylko być panem – a teraz nas oszukałeś! Chcemy z powrotem nasze pieniądze! — ryczeli mu w twarz.
Nie dało się z nimi porozumieć; wystąpili ze stowarzyszenia i zażądali odsetek od pieniędzy, które wpłacili na parowiec. Odsetki otrzymali, ale cała ta sprawa zasiała wiele złej krwi wśród rybaków. Co więcej, Kords i Trollsen przestali przestrzegać jakichkolwiek zasad i przeszkadzali, gdzie tylko mogli. Wypływali nawet poza zatokę, by wedrzeć się na łowiska śmiertelnego wroga Kordsa. W tym celu musieli spędzać na wodzie niemal całą noc. Często im się to udawało, a przy tak ciepłej wodzie ta dłuższa droga dla tamtego rybaka była fatalną sprawą.
W końcu i on przyszedł ze skargą. A gdy stowarzyszenie nie mogło nic poradzić na tych dwóch dzikusów, on również zaczął na nich kląć i grozić wystąpieniem.
Zimą wszystko znów się uspokoiło i zaczęły się rozmowy z robotnikami z cegielni i innymi pracownikami lądowymi. Wybrali już spośród siebie spokojnych, rozsądnych mężów, którzy mieli wszystko omówić z Larsem; kolejnej jesieni, gdy praca w cegielniach dobiegnie końca, miały zostać podjęte wiążące decyzje.
Rozdział XXXI.
Tej wiosny ciepło przyszło wcześnie. W ciężkich, wilgotnych skibach ziemi czuło się jakby tchnienie, w delikatnych gałązkach – parcie i szukanie życia, a w ciepłym słońcu nad pierwszymi soczystymi źdźbłami przelatywały żółte i białe motyle.
Lars jednak tego wszystkiego nie widział. Między jego oczami wyryła się głęboka bruzda; pracował ciężko. Wiedział bowiem mimo całego trudu, że niczego już nie powstrzyma. Fermentujące niezadowolenie Kordsa i Trollsena zarażało coraz to nowe osoby. Właśnie dlatego, że Kords wstydził się przed Larsem, rosła w nim nienawiść do tego człowieka, który potrafił pracować tak silnie i spokojnie. On i Trollsen swoimi narzekaniami starali się przeciągnąć innych na swoją stronę przeciwko niemu.
Jeszcze zanim zaczął się połów węgorzy, grono niezadowolonych było tak liczne, że pozostali pojęli, iż parowca nie da się już utrzymać. Musieli starać się sprzedać go jak najkorzystniej i w miarę możliwości wypłacić udziały.
Nikt nie wiedział, co działo się w duszy Larsa; zajmował się swoją pracą i milczał. Nawet Trina nie odważyła się pisnąć mu o tym słowa. Chodziła jednak teraz niekiedy do Petera i Dory.
Dora wyganiała wtedy gromadkę jasnowłosych, niebieskookich dzieci na zewnątrz i cała trójka zasiadała przy stole, rzucając gniewne, twarde słowa pod adresem Kordsa i innych niewdzięczników. Peter zaś przeczesywał dłonią włosy i rozmyślał, ile z ich pieniędzy uda się uratować, a ile przepadło wraz z parowcem.
W końcu nadarzyła się okazja do sprzedaży statku. Ponieważ był on dostosowany akurat do warunków tej zatoki, nie pasował nigdzie indziej. Dlatego pieniądze uzyskane ze sprzedaży były żałośnie małe. Wśród rybaków rozszedł się pomruk, który często przeradzał się w dzikie przekleństwa. Jedni wściekali się i złorzeczyli na Larsa i jego plany, inni zarzucali niezadowolonym mącicielom, że to oni są winni całemu nieszczęściu.
Lecz Peter i wszyscy ci, którzy należeli do otoczenia Larsa, teraz zamilkli; siedzieli bowiem pogrążeni w głębokiej trosce.
Nie dało się już dłużej ukrywać, że Lars włożył w parowiec wszystkie swoje oszczędności. Co gorsza, obciążył nawet swoją małą posiadłość hipoteką, by zdobyć pieniądze na zakup. Teraz nie tylko brakowało mu grosza na czarną godzinę, ale musiał jeszcze spłacać długi, gdyż niewielka suma, którą otrzymał ze sprzedaży parowca, nie pokryła nawet całości należności.
Wszyscy byli przygnębieni i pozbawieni otuchy.
Tylko Lars kroczył ku swojej pracy twardym, ciężkim krokiem, a w jego oczach wciąż tliło się spokojne, mocne światło. Jednak znów pracował tak ciężko, że Trina w swojej rozpaczy kilkakrotnie przychodziła z płaczem do matki Stiny.
— Żaden człowiek nie wytrzyma takiego tempa, w jakim on teraz żyje. A jeśli on nam jeszcze zachoruje, matko?
Lecz matka Stina nie miała dla Triny żadnego słowa pocieszenia. Przeżyła już tak wiele. Tyle wzlotów i upadków, tyle słońca i czarnych cieni. I zawsze musiała trwać w milczeniu. Teraz na jej pomarszczonej twarzy osiadła surowa, milcząca godność. I z tego swojego milczenia nie potrafiła już wyjść.
Rozdział XXXII.
Wał wokół pastwiska został zbudowany już w zeszłym roku przez Larsa i Petera. Mały Klaus dzielnie im pomagał. Był dużym, silnym chłopcem jak na swój wiek i tak samo cichym pracownikiem jak jego ojciec. Krowę Lars i Peter kupili jeszcze wspólnie, zanim nieszczęście z parowcem zdołało odebrać im odwagę. Teraz krowa i kilka kóz pasły się na łące, a mleko przynosiło nieco grosza. Sprzedaż trawy morskiej i stolarstwo też dawały Larsowi dochód, tak że przed zimą dług był już prawie spłacony.
Pierwsze miesiące połowu śledzi były dobre. Potem jednak nadeszło srogie zimno. Pod cienką warstwą śniegu leżały rozległe i ciche, miękko otulone pola, a między nimi nieskończenie błękitnym blaskiem lśniły odnogi wód.
Zimny i coraz zimniejszy błyskał twardy błękit, aż nagle z rybołówstwem był koniec, bo zatoka stanęła lodem.
Taka przerwa w pracy była teraz rzeczą straszną przy ledwie spłaconym długu. Peter stał przeklinając na pomoście; on też stracił dużą część swoich oszczędności. Ale Lars nic nie mówił.
Dzieci zauważyły w to Boże Narodzenie, że u rodziców nie wszystko jest tak jak zwykle. Dora skromniej przygotowała wigilijną kolację, a i krępy Klaus Asmussen nie był do końca zadowolony ze świętowania u rodziców.
W Wigilię siedzieli jednak wszyscy w kochanej starej chacie krytej strzechą u babci. Tam już się nie martwili. Na zewnątrz jęczał i kołatał lodowaty wschodni wiatr, a w kominie wyło jakby jakieś stworzenie w dręczącej potrzebie. Ale wokół małej lampy siedzieli stłoczeni i było im ciepło.
Na twarzy babci malowało się dziś coś tak uroczystego, gdy stawiała kawę na stole albo wnosiła ciasto. Nie dało się zapomnieć, że dzisiaj dzieje się coś zupełnie szczególnego.
— Gdyby tak dziadek mógł nam zagrać kolędę — powiedziała Trina. Wtedy wszyscy spojrzeli w milczeniu w stronę harmonium, z którym babcia nie potrafiła się rozstać. Musiał więc wystarczyć Klaus na harmonii; dzieci Dory zawtórowały mu śpiewem i mała izba zadrżała od jasnego, głośnego brzmienia.
Lars był bardzo cichy, ale wyglądał na zadowolonego.
Siedział tuż przy małym oknie, opierając łokieć o parapet. Przez chwilę patrzył w ciemną noc, a przez myśl – spokojnie jak bożonarodzeniowe dzwony – przemknęło mu to, co przedwczoraj powiedział mu Jakob Lind: „Karen przyjeżdża do nas na święta”. Lars nie zobaczy Karen – ale ona tu była. Karen znów była w Aalby.
Potem rozmawiali z nim, a on odpowiadał. W jego obejściu była łagodność, która dopiero w ostatnich latach obudziła się w wielkim, silnym Larsie.
* * *
Wkrótce po Bożym Narodzeniu wiatr zmienił kierunek na południowo-zachodni, a nad jasnym, twardym błękitem nieba przeciągnęły szare opary. Od czasu do czasu prószył śnieg, a w ostatnich nocach pojawiła się szadź. Wczesnym rankiem Lars udał się na pomost, by sprawdzić stan lodu.
Zimowy świat leżał przed nim bardzo cichy i skrzący się. Lars ledwie słyszał własne kroki na świeżym śniegu.
„W nim samym też zrobiło się tak cicho” – przemknęła mu myśl przez głowę. Lars Asmussen zawsze szedł tak przed siebie, prosto. Nie dlatego, że widział przed sobą jasny cel, do którego zmierzał, lecz dlatego, że pozostał wierny samemu sobie i kroczył własną ścieżką – to sprawiło, że stał się tak spokojny. W twardych latach trudu i mozolnych rozmyślań otrzymał wreszcie odpowiedź płynącą z wielkiego ładu świata. Nosił ją głęboko ukrytą w swej milczącej duszy. Nawet on sam ledwie odważał się jej dotykać. Ale odkąd ją posiadł, przestał się wahać.
Lars był tak zatopiony w myślach, że niemal się przestraszył, gdy zawołał go Peter.
— Lodołamacz wreszcie dziś ruszył — powiedział Peter.
— Zatem po południu będziemy mogli łowić w torze wodnym — odrzekł Lars, a w jego oczach pojawił się błysk.
— Lepiej poczekajmy, aż parowce porządnie przetarują rynnę. Wiatr może nagle skręcić i zwali nam się na głowy dryfujący lód.
— E tam — odparł Lars — przecież od razu życia nie stracimy!
— Lars, oszalałeś teraz na punkcie pracy. Taka harówka na śmierć i życie nie ma sensu.
— Nie wiem, Peter, ale teraz zawsze wydaje mi się, że wszystko, co wypracuje się z taką powagą, ma jakiś cel. Nawet jeśli nie dostrzega się go od razu.
Peter spojrzał na niego:
— Myślisz więc, że to wszystko ze stowarzyszeniem i cała reszta miało jednak sens i kiedyś znów wyjdzie na prostą?
— Nie wiem, Peter, ale wierzę w to. To kiedyś miało w sobie życie i zapuściło korzenie, więc w swoim czasie znów wypuści pędy. Nie zdołają zabić takiej myśli, jeśli jest żywa.
— Hmm! — mruknął Peter z namysłem. — Christen Matthies mówił mi w niedzielę, że tam dalej mówi się o tym nawet częściej niż dawniej, a na Kordsa klną coraz bardziej. Może i coś w tym jest.
— Cóż, może ja już tego nie dożyję — powiedział Lars, patrząc na przesuwające się szare chmury. — Patrz, tam rzeczywiście przebija się słońce, a śnieg zaczyna robić się lepki. Myślisz, że tamci dwaj boją się łowić w rynnie?
Peter uniósł niepewnie ramiona i zaciągnął się mocno fajką.
Inni rybacy kręcili głowami, słysząc o tym pomyśle, ale po południu mimo wszystko wypłynęli razem z nimi.
Pogoda zrobiła się porywista. Między piętrzącymi się masami chmur dryfowały niekiedy zielonkawo świetliste jeziora eteru, a słońce, wyrywając się zza obłoków, obrysowywało mroczne, gigantyczne kształty jaskrawym złotem. W torach wodnych wyżłobionych przez parowce zebrało się mnóstwo śledzi i mężczyźni pracowali w wielkim napięciu.
W pewnej chwili Peter krzyknął z oddali, że wiatr już dwukrotnie zmienił kierunek.
— Zaraz możemy utknąć w samym środku kry! — ostrzegał. Jednak i pozostali nie chcieli rezygnować z tak dobrego połowu. Ufali swoim solidnym łodziom.
Tu i ówdzie o burty głucho uderzały kawały lodu, lecz mężczyźni w milczeniu pracowali dalej, uważając jedynie, by żadna z większych kry nie rozerwała sieci.
Im niżej schodziło słońce, tym rozleglejsze i czystsze stawały się złoto-zielone połacie nieba, a mróz znów stawał się kąśliwy i ostry. Mokre deski zaczęły robić się śliskie, bo woda zamarzała. Oblodzone liny wrzynały się w dłonie.
— Peter, co myślisz? Ostatni zaciąg? — krzyknął Lars do drugiej łodzi.
— Tak, lepiej tak... Ostatni zaciąg! — nadeszła odpowiedź. Musieli ciągnąć z całych sił. Połów był obfity, a sieć ciężka od lodu. Christen Matthies był dziś w łodzi z Larsem. Lars chciał ulżyć starcowi w tej ciężkiej pracy. Napiął każdy mięsień. Jednak po tym morderczym trudzie i zmaganiach ostatnich miesięcy ciało Larsa nie było już tak twarde jak stal. Naprężył się, pociągnął i cofnął prawą nogę, by zaprzeć się o dno. Deski były teraz jak gładkie lustro lodu. Pięta się ześlizgnęła. Chciał się czegoś chwycić, ale chybił. Z całym impetem swojego ciężkiego, długiego ciała runął do tyłu, a ci w drugiej łodzi zobaczyli tylko, jak wypada za burtę.
Natychmiast podpłynęli bliżej. Widzieli, jak próbuje się wydostać, ale ciężkie, drewniane buty rybackie ciągnęły go pod wodę. Znów, jak wtedy, gdy byli chłopcami, Peter zrzucił z siebie odzież i zanurkował w lodowatej toni. Otworzył oczy w zielonym mroku, który otoczył go zapierającym dech zimnem. Ujrzał coś dużego, ciemnego. Chwycił to i zaczął potężnie wiosłować wolnym ramieniem i nogami. Tak wypłynął na powierzchnię. Z powodu lodowatego zimna w jego piersi pojawił się skurcz, walczył o każdy oddech. Lecz krawędź łodzi była już tuż obok, na wyciągnięcie ręki.
Jakże się trudzili i męczyli, dopóki nie wciągnęli do łodzi tego nieruchomego, ciężkiego ciała!
Wtedy Peter, w ociekającym wodą ubraniu, ukląkł nad nim i próbował przywrócić go do życia. Lars miał w sobie niewiele wody morskiej. Ale nie poruszył się.
Wtedy Christen Matthies zaczął go obmacywać i badać jego członki. Nagle wydał z siebie cichy okrzyk, a Peter puścił ramiona Larsa i podniósł wzrok. Starzec wskazał miejsce wśród mokrych włosów, tuż nad skronią, które było ciemne i lepkie od krwi. To musiało być od uderzenia o ciężkie bryły lodu. Smutne oczy Christena Matthiesa spoczęły nieruchomo na zastygłej, szlachetnej twarzy o mocno zaciśniętych powiekach. Lecz Peter tylko ponuro zmarszczył brwi i spojrzał niecierpliwie na Christena. Potem trudził się dalej.
Nacierali go koniakiem i wlewali trunek między mocno zaciśnięte wargi. Raz po raz Peter powtarzał ćwiczenia oddechowe. A potem znów przykładał głowę do piersi Larsa i nadsłuchiwał. Ale tam wszystko pozostawało ciche. Christen Matthies bez ustanku pomagał, lecz wyglądał na jeszcze smutniejszego niż zwykle; pozostali dwaj wiedzieli, o czym myśli. Trudzili się długo, lecz w nieruchome rysy twarzy Larsa coraz mocniej wpisywał się jedynie wyraz spokojnego oddalenia i nie było w nim żadnego poruszenia.
W końcu Peter wyprostował się i spojrzał pozostałym w twarze. Jego oczy wyglądały na zapadnięte i ciemne. Przyciągnęli drugą łódź, a Christen i ten drugi rybak przeszli do niej.
Peter wiosłował kawałek przodem.
Masy chmur, niczym potężne lodowce, piętrzyły się oślepiającą bielą w wieczornym świetle. Nad zimową tonią unosił się lodowato czysty blask. Uroczyście powściągliwe światło zmierzchu nadawało wszystkiemu świetności. Ale pomiędzy obramowanymi złotem pradawnymi zwałami chmur na niebie błyszczały promienne drogi światła, wnikające głęboko w wieczorne złoto. Ciemna łódź płynęła powoli. Druga, niemal z czcią, została w tyle. Milczący mężczyzna przy wiosłach miał mocno zaciśnięte usta i wpatrywał się w wieczorne obłoki.
Z pomostu stary, smutny rybak ruszył przodem do matki Stiny, by jej o tym powiedzieć; jej dom leżał blisko.
Potem przez ogród rozległy się ciężkie, głuche kroki dwóch pozostałych mężczyzn. Matka Stina otworzyła drzwi i odsunęła się na bok. I wtedy wnieśli go do rodzinnej chaty pod słomiany dach i złożyli na łóżku Klaasa Klaaßena. Matka Stina przysunęła krzesło, usiadła obok niego i ujęła jego dłoń w swoje obie stare dłonie.
Później przyszli inni – Trina i Klaus, Dora i matka Lassen.
Mały Klaus stanął od razu przy babci i objął ją za szyję swoim krzepkim, silnym chłopięcym ramieniem. Tak trwał bez ruchu.
Później przybył też lekarz, lecz stwierdził tylko, że stało się to, co nieuniknione.
Wtedy matka Lassen wybuchła głośnym płaczem, a jej zawodzenie przeszyło ciszę. Peter siedział wciąż przy oknie, z głową głęboko podpartą na dłoni. Wstał i ujął matkę za ramię. Poprowadził ją całkiem spokojnie i niemal łagodnie, lecz otworzył drzwi i wyprowadził na zewnątrz.
Została posłusznie w zimowej nocy, dopóki jej płacz nie ustał.
Peter usiadł na starym miejscu i znów podparł głowę. Zdawało się, że nikt z obecnych nie potrafi już zrobić nic innego, jak tylko siedzieć tam w milczeniu i patrzeć przed siebie.
W dniu, gdy przywieziono trumnę i gdy odwiedził ich Jakob Lind, wszyscy siedzieli tak samo. Kiedy jednak trumna miała zostać zamknięta, matka Stina wstała. Podeszła do niej nieco drżącym krokiem. Cicho pogłaskała czarne drewno.
— Żegnaj, Lars! — powiedziała szeptem. Wtedy w kącie, gdzie siedziała Trina, rozległ się nagły szloch, jakby coś w niej pękło. Potem znów wszyscy zamilkli.
Gdy nadszedł dzień pogrzebu, krzątali się w milczeniu, robiąc to, co konieczne. Tylko gdy ktoś próbował o tym z nimi rozmawiać, patrzyli na ludzi wzrokiem nieobecnym i pozbawionym zrozumienia, nie dając żadnej odpowiedzi. Dorze drżały wtedy usta. Peter zaś odwracał się i odchodził.
Przybył też pan Asmussen, a wielkie, lśniące łzy spływały mu po policzkach. Stał przy trumnie, wciąż kręcąc głową.
— Tak obiecująco... i wszystko na marne... wszystko na marne. Taki koniec.
Peter stał obok. Wtedy podniósł głowę.
— Nie, panie Asmussen, jeszcze pan zobaczy. To nie mogło być na marne.
Za Jakobem Lindem stała jego mała, krągła żona, a jej pierś unosiła się i opadała w cichym, pośpiesznym szlochu. Jakobowi łza za łzą spływały cicho w brodę.
Lecz jeszcze dalej z tyłu wysoka, smukła postać w czarnej żałobnej sukni, o jasnych włosach i bladej twarzy, wciąż tylko wpatrywała się szeroko otwartymi oczami w trumnę.
I wtedy podnieśli go i wynieśli.
Matka Stina stała i patrzyła za nimi. Lecz w białej mgle ciemne postacie wkrótce się rozmyły.
* * *
Karen wracała sama przez pola. Wokół niej falowały i snuły się chłodne, białe zasłony mgły. Tuż obok, olbrzymie i lśniące, majaczyły osnute bielą drzewa przy drodze, a sama ścieżka nikła głęboko w tej niezgłębionej bieli.
Chwilami nadchodził chłodny, muskający powiew. Wtedy mgła rzedła nieco i przez moment widać było zatokę pośród upiornie białych oparów, a tu i ówdzie ciemny żagiel; woda bowiem znów była wolna od lodu. Wtedy Karen przystawała i patrzyła w tamtą stronę. I raz po raz wzbierała w niej myśl: „Takie właśnie jest życie. A gdy zasłona znów się zaciągnie – ja przecież w nie zajrzałam... a za nią jest morze”. I ruszała znów naprzód swoim młodym, pewnym krokiem.
Nagle zatrzymała się i rzekła prosto w mgłę, patrząc jasno i niewzruszenie przed siebie: „Peter ma rację: to nie było na marne. Nie, to wszystko nie było na marne. Z całą pewnością”.