PRZEMKÓW. Wspomnienia z dzieciństwa i opowiadania z Dolnego Śląska
Harald von Niebelschütz-Gleinitz, Irmingard von Niebelschütz
Irmingard von Niebelschütz
PRZEMKÓW
Wspomnienia z dzieciństwa i opowiadania
z Dolnego Śląska
***
spisane przez
Haralda von Niebelschütz-Gleinitz
***
Irmingard von Niebelschütz
Kindheitserinnerungen
und Geschichten aus Niederschlesien
© Copyright (c) Harald von Niebelschütz-Gleinitz 1990, 1998, 2002
skład, wydruk komputerowy i wydawnictwo: Genealogisches Archiv
Harald von Niebelschütz-Gleinitz
Lindenplatz 3, 39345 Flechtingen
Wszystkie prawa zastrzeżone
Tłumaczenie: Eugeniusz Cipura, Przemków, wrzesień 2018
SŁOWO WSTĘPNE
Moja matka przy swojej śmierci pozostawiła grubą paczkę notatek z jej wspomnieniami o księciu Szlezwiku – Holsztyna Erneście Güntherze i posiadłościach Przemkowa w powiecie Szprotawy na Dolnym Śląsku. Przeżyła tam swoje niezwykle szczęśliwe i spełnione dzieciństwo oraz czasy młodości, jako córka książęcego pełnomocnika generalnego, nadleśniczego i radcy dworu Jana Henryka Klopfera i jego żony Klementyny Adelajdy z domu von Auenmüller.
Już jako małe dziecko z otwartym umysłem przyjmowała wszystko, co działo się wokół niej i rozkoszowała się wieloma zabawnymi historiami ludzi. Historie te odegrały dużą rolę także w moim własnym dzieciństwie, chcieliśmy ich raz za razem słuchać i zwracaliśmy pilnie na to uwagę, czy było to opowiadane zawsze tymi samymi słowami. W ten sposób przez całe życie pozostały mi one wiernie w pamięci. Niektóre z tych historii moja matka spisała już wkrótce po zakończeniu II wojny światowej, żeby opublikować je następnie na stronach śląskiej gazety Glogauer Anzeiger. Już w podeszłym wieku, na krótko przed jej dziewięćdziesiątymi urodzinami, podjęła próbę spisania także pozostałych historii, ale ręka nie chciała już słuchać umysłu i skończyło się to tylko na fragmentach i pojedynczych sformułowaniach, ledwo czytelnych i niezrozumiałych dla niewtajemniczonych.
Historie te opowiadają o terenie, którego dotyczyły, o ludziach i o świecie, który był rzeczywistością dopiero co, jedno pokolenie wstecz. Ten świat, Dolny Śląsk, już przeminął; jego dawni mieszkańcy zostali wypędzeni ze swojej ojczyzny i z ostatnim z nich wymrze także ten szczególny, rdzenny, często grubiański ale zawsze serdeczny humor, który zawsze wyróżniał prawdziwego Dolnoślązaka. Tak współbrzmi melancholia, bowiem z wymarciem tego dolnośląskiego humoru zubożeje także świat naszych dni, nowoczesne społeczeństwo dobrobytu.
Za tym wszystkim jednak ukazuje się obraz pewnej kobiety, która już jako dziecko urzekła swoje otoczenie i także ją powinno się tutaj tym samym wspomnieć w pełnej miłości i wdzięcznej pamięci.
Starałem się tutaj wszystko napisać dokładnie tak, jakby to ona zrobiła, gdyby tylko była w stanie to sama zrobić. To jest jej dzieło, ponieważ bez niej wszystko to dawno było by już zapomniane.
Styczeń 1998 rok.
Harald von Niebelschütz-Gleinitz
I. Książę Szlezwiku – Holsztyna Ernest Günther
Książę od mojego wczesnego dzieciństwa aż do swojej śmierci był dla mnie łaskawym, mogę nawet powiedzieć ojcowskim przyjacielem, do którego posiadałam wielkie zaufanie i który zawsze brał udział z ciepłym zainteresowaniem w mojej drodze życiowej.
Moi rodzice bardzo cenili księcia mimo jego ciężkiego charakteru, chociaż mój ojciec oczywiście często się na niego złościł i musiał doznać przez niego wiele przykrości. Ale bez czegoś takiego chyba nie można się obejść w stosunku służbowym. Książę był człowiekiem bardzo upartym i apodyktycznym, ale mój ojciec nie dawał się przez to odwieść od decyzji, które uznał za słuszne i dobre. Tak więc opinie często się ze sobą ścierały, ale mój ojciec zwykł mawiać: „Dlaczego uczynił on mnie swoim radcą dworu i pełnomocnikiem generalnym? Na błazna się nie nadaję!”. Po żywych debatach książę uświadamiał sobie w większości przypadków, że mój ojciec dobrze mu doradzał. Mój ojciec raz po raz podkreślał, że książę, czym był starszy, tym zmieniał się na swoją korzyść i nazywał go „późną naturą ludzką”.
Niestety książę nie miał dobrych stosunków z sąsiadami. Zwłaszcza bardzo źle układały się stosunki ze starostą powiatu, którym wpierw był pan von Klitzing na Suchej Dolnej a później wujek mojego męża, baron von Kottwitz na Długich. Książę wysuwał ciągle jakieś specjalne roszczenia jako suweren, którym już więcej nie był, aczkolwiek pośrednim wasalem monarchy i bratem niemieckiej cesarzowej. Także mój teść, Jan von Niebelschütz na Mycielinie, jako starszy ziemski z Dolnego Śląska, nie lubił zbytnio księcia. Przenosiło się to naturalnie także na stosunki dobrosąsiedzkie w życiu prywatnym. Właściciele ziemscy, których rodziny zazwyczaj już od wielu stuleci mieszkały na swoich dobrach, znali się od pokoleń od dziecka, byli na ogół blisko zaprzyjaźnieni i spokrewnieni i tworzyli zamkniętą falangę. Nigdy nie żyli w zażyłych stosunkach z księciem. Na polowania przybywali wspólnie, czasami na formalne przyjęcia, ale na tym się kończyło. Książę przesiedlił się do Przemkowa także dopiero w roku 1898, do tego czasu mieszkał w Poczdamie ze swoim pułkiem huzarów przybocznych. Ponadto miał także jeszcze pułk piechoty księcia Holsztynu w Regensburgu. W czasie swojej śmierci był generałem kawalerii.
Książę przez całe życie cierpiał z tego powodu, że pozostawał obcym wśród swoich sąsiadów. Przejawiło się to nawet w tym, że po moich zaręczynach poprosił on o pośrednictwo u mojego teścia. Ale wszystko pozostało po staremu. Prawdopodobnie wszędzie jest mniej więcej tak samo. Któregoś dnia usłyszałam od pewnego Holsztyńczyka, którego rodzina osiadła tam ponad trzystu lat temu, że jego sąsiad nie przynależy właściwie do nich, ponieważ sprowadził się tam o wiele lat później. Jak się okazało dopiero 150 lat temu.
Książę chętnie zatrzymałby mnie z moim mężem w Przemkowie i zaoferował mu posadę szefa dworu. Mój mąż był świadomy jednak trudności związanych z takim stanowiskiem na takim małym dworze książęcym i odrzucił ofertę.
Książę w zasadzie był osamotniony i zostawał często źle oceniany i źle rozumiany. Tak też wyśmiewano go z powodu jego, dla śląskich uszu brzmiącej w sposób nadzwyczaj napuszony, wymowy. Wprawdzie nie urodził ani nie wychował się w Holsztynie, ale literę s wymawiał ostro np. w zdaniu: „ssehen Ssie da die Fassanen?” (czy widzicie Państwo tam bażanty?). Przyniosło mu to wśród jego szlacheckich sąsiadów przydomek „der Sseiden-Sspinner” (jedwabny dziwoląg). Uważam jednak, że używał świadomie tego sposobu mówienia z powodu przywiązania do jego ojczyzny Szlezwiku – Holsztyna i ku pamięci swoich przodków, którzy także z pewnością mówili dialektem holsztyńskim. Aby być zabawnym, używał on szeregu osobliwych wyrażeń. Tak więc nigdy nie mówił o bakteriach, ale zawsze tylko o bakcylach.
Księżna Dorota Maria była w Przemkowie bardzo lubiana. Z każdym rozmawiała bardzo przyjaźnie. Niestety nie mogła się przedstawiać jako księżna. Miała praktyczny zmysł i doskonałą pamięć ale żadnego, szczególnie wielkiego charyzmatu. Jej dzieciństwo było smutne, była zawsze samotna wśród starych dworzan, którzy nigdy się o nią nie troszczyli. Każdego wieczoru musiała grać w brydża ze swoim ojcem, księciem Saksonii – Koburga – Gotha Filipem, jej bratem Leopoldem i jej ciotką Klementyną, czego nauczyła się znakomicie. W tym wieku najchętniej położyła by się do łóżka! Gdy książę się z nią zaręczył, nie miała nawet szesnastu lat, nosiła jeszcze długie warkocze i jeszcze z powodu braku wychowania nie mogła przyzwoicie jeść. Księcia pociągała może jej dziecięcość, dodatkowo jednak, jako wnuczka króla Belgów, była jedną z najbogatszych księżniczek. Księżna powiedziała później raz mojej matce, że książę był pierwszym człowiekiem, który zawsze był dla niej dobry i ona go namiętnie kochała. Także zawsze co on powiedział było dla niej święte. Tym bardziej niezrozumiałe, że po jego śmierci anulowała dwa wypowiedzenia z pracy, które książę jeszcze na krótko przed swoją śmiercią rozporządził, co w następnych latach okazało się zgubne dla posiadłości Przemkowa i dla samej księżnej. Niezrozumiałe jest również, że miejsce pochówku księcia pozostawało całkowicie zaniedbane, jak również mała kapliczka, która wzniesiona została na życzenie księcia i ukończona do jego pogrzebu. Był to mały budynek obity korą pni drzew i miał wieżę z bardzo dobrze brzmiącym dzwonem. W pierwszych latach po śmierci księcia odprawiane były tam nabożeństwa noworoczne, czego wkrótce jednak zaprzestano. Za życia księcia odbywała się mianowicie w sylwestra, pół godziny przed północą msza na przełom roku, w której uczestniczyła nie tylko para książęca, lecz także wielu urzędników i pracowników wraz ze swoimi rodzinami i wielu mieszkańców miasta. Msza kończyła się punktualnie o północy oznajmiając biciem w dzwony początek nowego roku. Niektórzy urzędnicy proszeni byli później jeszcze na zamek, siadano razem jeszcze przez półtorej godziny w tak zwanej pijalni przy ponczu i pączkach i rozpoczynali tak wspólnie początek roku. Te msze święte odbywały się w pałacu książęcym.
Na zarządzenie księcia trumny jego rodziców i jego dziadków, które w ciasnej i mało dostojnej krypcie, dobudowanej do kościoła ewangelickiego, nie miały bardzo godnego pomieszczenia , zostały przewiezione do miejsca pochówku w parku. Musiało być około sześciu trumien. Zgodnie z doniesieniem prasowym biuletynu wypędzonych z września 1958 roku, groby pochowanych tutaj książąt z ich małżonkami zostały pod koniec wojny splądrowane i uszkodzone. Zachowana została jeszcze sama kaplica, ale park został całkowicie zaniedbany.
Księżna prezentowała się dobrze szczególnie na koniu. Miała dobrą figurę, tylko niezbyt uroczy chód. Jej skóra była piękna i delikatna a ręce szlachetnie ukształtowane. Miała bardzo ładne zęby, przede wszystkim jednak wspaniałe, popielate włosy, które nosiła upięte w warkocze. Niestety była już krótkowzroczna od dzieciństwa, nie chciała jednak nigdy nosić okularów i dlatego zawsze mrużyła oczy, żeby móc lepiej widzieć, co niekoniecznie upiększało jej twarz. Nie zważając na to wykonywała najdelikatniejsze robótki ręczne, delikatne hafty gobelinów, i była przy tym niestrudzenie pracowita. Na spotkaniach, które książę odbywał ze swoimi urzędnikami, księżna siedziała całymi godzinami cicho, wykonując swoje robótki. Pewnego razu powiedziała: „Ci wszyscy myślą, że ja w ogóle nie słucham, ale ja znam każde słowo, które zostało wypowiedziane”.
Gdy księżna przybyła do Przemkowa, książę poprosił moją matkę, aby się nią trochę zaopiekować, aby ją tu i tam poprowadzić. Mówiąc po niemiecku oznaczało to: nadrobić wychowanie! Księżna przyłączyła się do mojej matki pełna zaufania, nazywając ją „mama Klopfer” a moja matka naprawdę ją polubiła. Raz lub dwa razy w tygodniu przychodziła do nas na herbatę i potem się bawiła. Zwłaszcza, gdy mój brat był w domu na wakacje. Najbardziej lubiła się bawić w chowanego klepankę. W zimie, gdy tylko to było możliwe, jazda na łyżwach. Ale także to było właściwie zawsze tylko dokazywaniem na lodzie. Księżna często mówiła, że nigdy właściwie się naprawdę nie bawiła jako dziecko, i nie mogła się wyszaleć i zawsze zazdrościła cygańskim dzieciom, które szarpiące się widziała z okien. Wiele przeciwko niej zgrzeszono! Książę był bardzo troskliwy dla niej, ale też bardzo ojcowski. Nazywał ją „Kleines” (Mała) a ona nazywała go po dziecięcemu „Dicky” (Ptaszek). Wracając ze swojego miesiąca miodowego, zapytała na przyjęciu obiadowym: „Dicky, czy byliśmy właściwie w Wenecji?”. Podczas pewnego turnieju jeździeckiego miała przekazać zwycięscy nagrodę, była jednak w ten sposób skrępowana, że nie umiała nic więcej powiedzieć poza: „Z okazji!”. Przed następnym razem moja matka ćwiczyła z nią kilka uprzejmych zdań, żeby czuła się pewniej i dobrze spełniła swoją funkcję. Przyszła do mojej matki rozpromieniona z wielkim pudełkiem słodyczy jako podziękowanie i powiedziała, że wszystko poszło dobrze a książę bardzo ją pochwalił. Same takie pouczenia i pomoc byłaby sprawą damy dworu, ale ona sama była bardzo młodą dziewczyną a księżna przy takich sprawach była bardzo wrażliwa i wolała otrzymywać takie rady od mojej matki, która wiedziała, jak zrobić to w bardzo tkliwy sposób. Pewnego razu księżna chciała u nas coś ugotować, została do kolacji i zażyczyła sobie jajecznicę. Gdy mieszała jaja na patelni a one zaczęły się ścinać, krzyknęła zachwycona: „Robi się coś!”. Kiedy moja wychowawczyni „po skończonej pracy” mnie opuściła i osiadła w Przemkowie, gdzie założyła małą, prywatną szkołę, księżna chciała pójść do niej na herbatę i obejrzeć to ładne, małe mieszkanie. Powiedziała całkiem szczęśliwa: „Lubię być po prostu z bardzo biednymi ludźmi!”.
Dla świąt Bożego Narodzenia księżna pracowała już od późnego lata i masowo robiła na drutach dziecięce rajtuzy i szaliki. Pracownicy musieli już w lecie wypisywać listę życzeń a księżna starała się spełnić wszystkie te życzenia z wielkim zainteresowaniem i zrozumieniem. Zawsze była to świetna robota i wykonywanie jej mianowicie własnoręcznie było wielką ambicją księżnej i była w tym rzeczywiście wspaniała. Bezpośrednio przed świętami wszyscy musieli się przyłączyć i całymi dniami malowaliśmy na złoto orzechy, nawlekać obwarzanki na choinki i wszystko przygotowywaliśmy. Wspaniała, wielka choinka dla obdarowywania państwa stała w wielkiej sali. W suterenie stało od dziesięciu do dwunastu choinek bożonarodzeniowych na długich stołach a poniżej zostało zabudowane miejsce dla wielu dzieci znajdujących się w potrzebie rodziców z miasta i wsi. Rzeczy praktyczne, zabawki, jabłka, orzechy i słodkości. Każde dziecko otrzymywało wielkie piernikowe ciastko. To obdarowywanie prezentami dzieci odbywało się dzień przed wigilią, po południu. Wieczorem obdarowywany był personel domu, woźnicy, ujeżdżacze koni, stajenni, praczki i personel kuchni. Radość u wszystkich obdarowanych była wielka i szczera. Kiedy wszystko się skończyło, książę następnie za każdym razem mówił: „Mała, znów pięknie to przygotowałaś!”.
Bardzo szkoda, że księżna nie miała dzieci i zwłaszcza księcia zawsze to bardzo bolało. W końcu adoptował dwójkę dzieci swojego kuzyna z rodu Glücksburg z jego pierwszego małżeństwa, księżną Marię Luizę, zwaną Minnie i księcia Jana Jerzego. Nie mogę sobie wyobrazić, że tych dwoje dzieci było bardzo szczęśliwe w Przemkowie, za to zmarł przedwcześnie książę i hrabina Erika S., przyszła żona dyrektora generalnego H. zatroszczyła się o to, żeby dzieci nie za bardzo znajdowały się na pierwszym planie.
Księżna była rannym ptaszkiem, każdego ranka jeździła konno i potem wracała na śniadanie z księciem. Książę nie jeździł konno, prawdopodobnie kiedyś przeszedł ciężką operację wyrostka robaczkowego, pozostały po niej zrosty, które przy jeździe na koniu sprawiały mu ból. W lecie, przy ładnej pogodzie, wszystkie posiłki jadane były najczęściej na zewnątrz, na północnym lub południowym tarasie zamku. Po śniadaniu, gdy książę szedł na spotkanie ze swoimi urzędnikami do swojego gabinetu, księżna przeglądała w kuchni jadłospis. Często zmieniała zestawienie potraw menu szefa kuchni w prostsze rzeczy. Była niezwykle bezpretensjonalna, każdego dnia albo na lunch albo wieczorem na kolację musiało być podane tylko coś z czekoladą, ale zawsze bez bitej śmietany, której nie lubiła. Uwielbiała jeść czystą bez dodatków, gorzką czekoladę, ale bez słodyczy, czy nadziewanej czekolady. Odgryzała wówczas kawałek, krzywiła się, mówiła: „bardzo źle!”, odkładała kawałek z powrotem do pudełka i prosiła o inną. Czasami byłam przy tym, jak księżna omawiała z szefem kuchni jadłospis. Pewnego razu, gdy nie było księcia i akurat przypadło na dzień w którym szef dworu zawsze uczestniczył w posiłku południowym, powiedziała: „nie, on może jeść tak, jak ja, czegoś lepszego nie ma!”. Na posiłek południowy prawie zawsze podawano zimne zakąski z masłem, chlebem, kiełbasą, sardynkami i rzodkiewkami, lub tym co było akurat w kuchni. Następnie małe danie mięsne z warzywami i dodatkami a następnie owoce lub deser. Wieczorem na kolację była następnie zupa, najczęściej ryby, potem pieczeń, często dziczyzna lub drób, w zależności od pory roku, deser lub owoce. Książę pił potem zawsze bardzo mocną mokkę. Pił ją kilka razy w ciągu dnia, bardzo dużo kawy na małą filiżankę! Zresztą w jedzeniu i piciu książę był bardzo umiarkowany. Prawdopodobnie od lat cierpiał na niewydolność serca. Często chwytał się nagle ręką za serce, jakby miał bóle. Tylko niechętnie przyjmował lekarstwa, zawsze kazał sobie przynosić w takich sytuacjach swoją mocną mokkę.
W utrzymaniu dworu nie może być mowy o wielkich kosztach. Przy świętach, wielkich polowaniach itd. Cięcia zależne były oczywiście od dworu książęcego. Co było potrzebne do utrzymania dworu, gdy było to możliwe, kupowane było w Przemkowie. Na Dolnym Śląsku pójście na szczególnie duże wydatki było w złym guście, żyło się tutaj skromnie i porządnie, w przeciwieństwie do magnatów Górnego Śląska, których nazywano żartobliwie „górnośląskimi czerwonoskórymi”. Książę zawsze chodził bardzo późno spać. Kiedy mój ojciec był u niego wieczorem na spotkaniu, prawie nigdy nie wracał do domu przed godziną drugą w nocy. Często grano również w szachy. Oboje byli prawie tak samo dobrymi szachistami, tylko mój ojciec był szybszy. Książę rozważał jeden ruch często dłużej niż przez pół godziny.
Książę kochał muzykę i sam grał na skrzypcach. Miał dobre pociągnięcie i wydobywał przyjemny ton, tylko grał zupełnie bez rytmu. Kiedy mu towarzyszyłam, zawsze dobrze się z nim dogadywałam, ponieważ trochę skracałam lub wydłużałam rytm, w zależności od okoliczności, czego książę wcale nie zauważał. Był on tylko zawsze zadowolony, że zgranie poszło tak dobrze. Miałam bardzo dobre lekcje muzyki a w moim domu rodzinnym bardzo dużo muzykowano. Książę bardzo interesował się moimi postępami w grze i prawie co tydzień, raz lub dwa razy byłam zapraszana na próbne grywanie. Na koniec książę zawsze potem prosił, żeby zagrać jego ulubioną pieśń, całkiem prosto, jako chorał „Näher mein Gott zu Dir” („Być bliżej Ciebie chcę” – przyp. tłumacza). To też było grane podczas jego pogrzebu. Humorystyczna kompozycja Zygfryda Ochsa, pieśń ludowa „Kommt ein Vogel geflogen” zagrana w stylu dawnych mistrzów, takich jak Bach, Mozart, Wagner, Mendelssohn, czy Strauß, jakby była przez nich skomponowana, raz w tonacji molowej i na koniec jako marsz wojskowy, rozbawiła księcia tak bardzo, że chciał usłyszeć ode mnie także jeszcze inne pieśni ludowe np. „Oh Tannenbaum”, zagrane w ten sposób. Tak też otrzymałam w tym kila ćwiczeń i samej mnie sprawiało to przyjemność. Zawstydzające tylko dla mnie było, gdy miałam grać coś takiego, gdy byli tam w gościach artyści, tak jak wiolonczelista Grünfeld, któremu częściej akompaniowałam.
Nie miał on zrozumienia dla czegoś takiego, co bardzo irytowało księcia. Książę miał wielkie poczucie humoru i potrafił śmiać się bardzo serdecznie, sam chętnie opowiadał także anegdoty i uwielbiał typowy, dolnośląski dowcip ludzi, który czasami dotyczył także jego własnej osoby. Gdy książę uczył się jeździć na rowerze, jeszcze na wysokim welocypedzie, przewrócił się drodze i wciąż próbował znów usiąść na rowerze, ale na próżno. Pewien starszy człowiek przechodził obok i spytał: „Nu, s'geht wull noch nie zum Besten?” (Co, jeszcze nigdy się nie udało?). Najpierw zezłościło to księcia, później jednak śmiał się z tego i często opowiadał tą historię. W mieście Przemkowie książę zjawiał się właściwie tylko wtedy, gdy chodził do kościoła, więc znał bardzo niewielu ludzi osobiście, w przeciwieństwie do księżnej. Często jednak pytał o ludzi, którzy coś nie coś mogli go tam interesować, jak im się powodzi, czy co w międzyczasie się z nimi stało. Zawsze ciągle też musiałam opowiadać o sąsiadach, rodzinach, dzieciach, które w międzyczasie wyrosły, czy może już powychodziły za mąż, lub się ożeniły i więcej nie mieszkały w okolicy. To przywiązanie było dla mnie często wprost czymś wzruszającym, dokładnie wiedziałam, że z osób o których była mowa, tylko nieliczni kiedykolwiek pytali o niego lub interesowali się jego powodzeniem.
Książę bardzo lubił wszystkie zwierzęta, szczególnie także konie i psy. Księżna zawsze miała kilka psów w pokoju, jamników, spanieli i innych. Sam książę przez wiele lat posiadał srebrnoszarego teriera z rasy Skye terier, wabiącego się Sachsel, co wymawiał przez „ostre S”. Pewnego razu Sachsel pobiegł za księciem do kościoła i nie pozostało nic innego, jak zaprowadzić go do plebanii. Po mszy Sachsel został wypuszczony i inspektor przekazał go ze słowami: „Sachsel też był bardzo grzeczny!”. Słowa te pozostały później złotą myślą.
W swoich pierwszych latach pobytu w Przemkowie, książę zaprosił raz dwóch dżentelmenów na polowanie, którzy oboje po raz pierwszy byli gośćmi na polowaniu i się nie znali. Powiedział obydwóm, że niby ten drugi miałby być prawie głuchy i obiecał sobie mieć wiele radości z tego polowania. Panowie pojechali wspólnie tylko w towarzystwie jednego myśliwego i woźnicy na polowanie z podchodu. Podczas prowadzonej rozmowy głośno do siebie krzyczeli, aż w końcu jeden z nich zapytał, dlaczego jego rozmówca tak głośno mówi, przecież on nie ma problemu ze słuchem. Niestety obaj dżentelmeni tak źle przyjęli ten żart, że jeszcze tego samego wieczora wyjechali. Książę tego nie mógł zrozumieć. U jego dziadka, księcia Krystiana Augusta, goście na polowanie musieli znosić często całkiem inne dowcipy i przyjmowali to najczęściej z potrzebnym humorem. Tak więc u księcia Krystiana Augusta było to w zwyczaju, że każdy gość, który pierwszy raz przyjeżdżał na polowanie do Przemkowa, w jakiejś postaci dostawał mięso z lisa do zjedzenia. To było znane. Jeden z polujących, który strasznie się przed tym wzdrygał, pomyślał, że się od tego wymiga. Gdy w lesie podczas myśliwskiego śniadania rozdane zostały kanapki, podziękował. Ponieważ doskwierał mu głód, podszedł do jednego myśliwego, który oparty o grube drzewo, wygodnie konsumował swoje śniadanie. To był leśniczy Schwertner. Ten zaproszony na polowanie myśliwy poprosił, by odstąpił mu trochę z jego chleba, co leśniczy Schwertner ochoczo uczynił. Gdy już ten zaproszony myśliwy spożywał chleb z największym apetytem i w przekonaniu bycia mądrzejszym od tych innych, myśliwi zagrali „Lis na rozkładzie”. To była oczywiście ukartowana sprawa, zobaczono, że on nadchodzi i postawiono w pobliżu na posterunku leśniczego Schwertnera z pokaźną porcją chleba. Część jednak została przełożona pieczonym mięsem lisa. Dżentelmen ten przyjął to dobrze i bywał potem często jeszcze mile widzianym gościem na polowaniu u księcia w Przemkowie.
Z tyłu za naszym nadleśnictwem, znajdowały się książęce pastwiska dla źrebaków i książę często się zjawiał, aby obserwować klacze i źrebaki. Mój ojciec miał trzy konie, dwa konie do powozów i jednego wierzchowca. Z jednej klaczy wyhodowane były także źrebięta. Mieliśmy więc najczęściej jedną klacz rozrodową i źrebaka na pastwisku. Pastwisko to znajdowało się naprzeciw nadleśnictwa i książę musiał przejść obok niego. Pewnego razu książę szedł w towarzystwie swojego dawnego dworskiego woźnicy Heimanna, który jako starszy człowiek nadzorował klacze i źrebaki. Książę uważał, że niby nasze źrebaki miałyby wyglądać lepiej od dworskich i spytał: „Heimann, jak to możliwe?”. Dobry, stary Heimann odpowiedział: „"Ja, Hoheit, das is keen Kunststücke nich, wenn se und de Gnädje Frau tutt se uffm Schoose groß ziehn !" (Tak, Wasza Wysokość, to żadna sztuka, gdy oni hodują koło zamku!).
Naczelny prezydent prowincji, Jego Ekscelencja von Günther z małżonką był częstym gościem w Przemkowie. Pani von Günther wykształcona była w śpiewie i miała piękny, ciepły głos. Zawsze sprawiało mi to dużą radość, móc jej towarzyszyć. Pewnego razu podczas kolacji został im doręczony telegram od ich córki Gerdy. Zaręczyła się ona z panem Willichem i upraszała o zgodę swoich rodziców. Telegram brzmiał: "Willich will mich. Ich will Willich. Liebe Eltern willigt ein, Gerda Willich will ich sein!" (Willich mnie chce. Ja chcę Willicha. Kochani rodzice zgódźcie się, chcę być Gerdą Willich!). Książę często jeszcze o tym wspominał.
Damy dworu zawsze przez kilka lat były w służbie u księżnej. Zaczęło się od panny Elżbiety von Schröder. Z jej następczynią hrabiną von der Groeben Eriką, moja matka była szczególnie zaprzyjaźniona. Opuściła Przemków, żeby wyjść za mąż. Po niej przyszła panna Erika Sutter, córka pewnego architekta. Była bardzo muzykalna, grała na fortepianie, czarująco tańczyła i w ogóle była bardzo urocza. Ponieważ należała do mieszczaństwa, nie mogła pełnić roli damy dworu lecz być tylko „damą do towarzystwa”. Księżna nie szczególnie lubiła pannę Sutter i często traktowała ją rzeczywiście okropnie. Gdy przybyli wysoko postawieni goście, panna Sutter musiała jeść w swoim pokoju i nie była pokazywana. Gdy goście zostawali na dłużej, musiała się pojawić zastępczyni np. Mary von Rosenberg, Charlotte von Rekowski i inne. To, że panna Sutter mimo to pozostawała w Przemkowie przez kilka lat, jest właściwie niezrozumiałe. No, a potem przybyła piękna hrabina Erika von S., z wielką szkodą dla księżnej i Przemkowa, ale to okazało się dopiero z biegiem lat. Poznawaliśmy to dopiero stopniowo przez złe doświadczenia. Kiedy byłam dorosła, często musiałam ją zastępować i byłam przy tym pokazywana gościom, częściowo z powodu pozycji i wysokiej reputacji, którą mój ojciec wszędzie się cieszył, ale także ponieważ moja matka miała szlacheckie urodzenie.
Dzięki życiu na dworze w Przemkowie przeżyłam wiele pięknych chwil i poznałam wielu interesujących ludzi. Ale z drugiej strony byłam też bardzo uwiązana. Gdy coś zamierzałam lub my sami mieliśmy gości a ja byłam „proszona” do zamku na herbatę, na wyjazd, lub na wieczór, było to coś w rodzaju rozkazu i odmowa była niedopuszczalna.
Księżna uwielbiała wyjazdy na pikniki i zawsze się cieszyłam, kiedy byłam w tym celu wzywana. Księżna znakomicie znała lasy i przez codzienne wyjazdy z moim ojcem miałam pojęcie wszędzie w lesie, gdzie jestem. Często więc planowałyśmy razem, dokąd mamy pojechać. Na wiosnę nasza droga wiodła często do rewiru Piotrowic do bukowego lasu, gdzie delikatna młoda zieleń była niczym welon. Bardzo popularne były stawy na wrzosowiskach, także droga zwana „Judentempelweg” (Droga świątyni żydowskiej), która po obu stronach porośnięta była starymi brzozami i wyglądała jak aleja. Rzadziej jeździliśmy do Przesiecznej, gdzie stała chata z bali, ale woleliśmy siedzieć na wolnym powietrzu. Często jeździliśmy też do „Kochnichter Schuppen” – księżna mówiła „Schupfen” - (Buczkowa Szopa – szopa we wsi Buczek – przyp. tłumacza) przy dokarmianiu zwierząt leśnych, lub, gdy kwitły wrzosy, na wielkie wypalanie. Księżna najczęściej jeździła sama. Zatrzymano się w pięknym miejscu i rozpakowano kosz piknikowy. Księżna prawie nigdy nic nie piła, kawy nie lubiła, zjadła tylko parę ciastek i trochę owoców. Ale dla nas kawa znajdowała się w termosie a woźnica zawsze dostawał też coś z tego i ciastka i kanapki. Poza woźnicą najczęściej byłyśmy w trójkę, księżna, dama dworu i ja, ale często księżna była sama tylko ze mną. Przy wyjazdach w zimie, na ile to możliwe saniami, odwiedzane były miejsca dokarmiania dzikich zwierząt. Gdy przychodziła zwierzyna płowa, rzucałyśmy buraki, które zwierzyna pochłaniała. W pobliżu paśnika zwierzyna była tak ufna, że można było ją obserwować całkiem z bliska i niemalże dotknąć. Gdy nie napotkałyśmy żadnej zwierzyny, to opróżnialiśmy kosz z burakami do paśnika. Po herbacie wracałyśmy potem z powrotem.
Nauczana byłam w domu przez wychowawczynie zgodnie z programem nauki wrocławskiego liceum dla dziewcząt. Gdy miałam iść potem jeszcze na rok lub dwa lata do pensjonatu i dla dalszego muzycznego kształcenia do konserwatorium, to zarówno książę, jak i księżna prosili moich rodziców, że nie mogą mnie przecież oddać. Tak więc do domu przybyła pewna Angielka i każdego tygodnia jeździłam do Wrocławia na lekcje nauki gry na fortepianie i skrzypcach. Chętnie zostałam w domu, żałowałam dopiero później, że nigdy nie chodziłam do regularnej szkoły. Wcześnie straciłam matkę i mogę tylko powiedzieć, że po tej ciężkiej stracie książę i księżna jeszcze bliżej przyciągnęli mnie do siebie. Także księżna, żona księcia Henryka, po śmierci mojej matki, dopytywała się o mnie jeszcze więcej niż przedtem i zostałam do niej wezwana, gdy była w Przemkowie w odwiedzinach. Księżna musiała bardzo cenić moich rodziców, że okazała mi to ciepłe zainteresowanie moim życiem i karierą. Okazywała dla mnie prawie matczyną dobroć i w rozmowie ze mną wykazywała się wielkim zrozumieniem do wówczas bardzo młodej jeszcze dziewczyny. W dniach, w których księżna, żona księcia Henryka, była w Przemkowie, zapraszana byłam codziennie na herbatę lub na wyjazdy i wieczorem potem z moim ojcem na kolację.
Z księżną Prus Małgorzatą, tylko trochę starszą ode mnie, często byłam razem, jako dziecko. Często grałyśmy także na cztery ręce. Była córką księcia Prus Fryderyka Leopolda i księżnej Luizy Zofii, siostry księcia Ernesta Günthera. Księżna Małgorzata, zwana Agra, była ładnym, mądrym i trochę za poważnym dzieckiem, później wyszła za mąż za księcia Reuss i niestety zmarła przedwcześnie na chorobę zakaźną, której nabawiła się w wyniku zakażenia, opiekując się swoją małą córeczką. Dostałam od niej bardzo ładne zdjęcie z księciem i ich dwójką dzieci.
Pamiętam głupią historię z księżniczką Małgorzatą, którą jednak chciałabym przytoczyć, żeby pokazać, jakie śmieszne sprawy możliwe są w dworskich plotkach. Księżna, żona księcia Fryderyka Leopolda, miała przemkowską pokojówkę, przez którą afera drogą okrężną dotarła do mojej wiadomości. Księżna Agra dopytała się u niej, czy to właściwie prawda, że tak się zmieniłam, i stałam się za elegancka i za światowa, słyszała, że noszę tylko jeszcze jedwabną i ręcznie szytą koronkową bieliznę!! Pokojówka powiedziała potem, że wprawdzie nie zna mojej bielizny, nie może jednak sobie jej wyobrazić po moim całym sposobie ubierania i po mojej „widocznej” garderobie. Mimo to, ta głupia plotka krążyła i zamilkła dopiero po wizycie księżnej, żony księcia Henryka w Przemkowie. Ta plotka, puszczona w obieg, abym straciła przychylność, mogła pochodzić tylko z bardzo konkretnego, dobrze mi znanego źródła. Ale proszę wyobrazić sobie tą śmieszność: w Berlinie i Klein-Glienicke na dworze cesarskim rozmawia się o tym, jaką bieliznę nosi córka inspektora lasów i radcy dworu z Przemkowa. Dostojni Państwo są bardzo wrażliwi w takich sprawach i odrzucają każdą formę, która wykracza poza styl, do którego należy. Oni oczekiwali, jako oczywiste, dobrych manier i obytego zachowania w kontakcie z nimi, co wyklucza każda prostacka poufałość. Jest bardzo naganne, gdy ktoś próbuje przecisnąć się na pierwszy plan i być „zbyt wielkim”. Widziałam to raz za razem, jak ludzie, którzy byli bardzo lubiani na dworze, zostawali przez Państwa opuszczeni. Bogu dzięki, że moi rodzice wychowali mnie jako osobę rozsądną i z konieczną skromnością, co odpowiadało duchowi domu moich rodziców, tak że życie na dworze i związane z nim rozpieszczenie nie uderzyło mi do głowy ale pozostałam znośnie normalna.
Te osobistości książęce posiadały niemal fantastyczną pamięć do osób, prawdopodobnie wyuczoną w długich praktykach. Do tego twierdzenia mogę przytoczyć tutaj dwa przykłady. Mój ojciec był w Berlinie, cesarz jechał wzdłuż ulicy „Unter den Linden” w swoim ekwipażu. Z niezliczoną liczbą innych osób pozdrawiał go także mój ojciec. Pół roku później, cesarz przybył do Przemkowa i powiedział mojemu ojcu natychmiast, że widział go w Berlinie na ulicy „Unter den Linden”. Cesarzowa kazała wybudować w Przemkowie przedszkole i nazwać imieniem jej córki „Szkoła Wiktorii Luizy”. Gdy byłam w wieku 3 lat, cesarzowa odwiedziła szkołę Wiktorii Luizy, którą prowadziła jedna diakonisa. Ja miałam przekazać jej bukiet kwiatów i wyrecytować długi wiersz, który napisał nadinspektor. Znam jeszcze początek tego wiersza:
„Dostojna, miła cesarzowo,
Przyjmij te kwiaty ze stron rodzinnych
Które my dzieci Tobie wręczamy,
Do których to kwiatów, także my jesteśmy podobne.
Dostojna, miła cesarzowo,
Pozdrawiamy Cię w Przemkowie”.
Cesarzowa wzięła mnie w ramiona i raz po raz mnie całowała, przypominam to sobie jeszcze dokładnie. Ponieważ książę mieszkał wówczas jeszcze w Poczdamie, cesarzowa przybyła znów do Przemkowa dopiero pięć lat później. Znów odwiedziła szkołę Wiktorii Luizy a ja z wieloma innymi dziećmi stałam na schodach, żeby widzieć cesarzową. Gdy opuściła budynek, odwróciła się do schodów, aby pomachać do dzieci. Musiała mnie zobaczyć w ostatniej chwili i gdy jeszcze przeciskała się przez gęsty tłum do samochodu, znów się odwróciła i zawołała: „Dziecko, dziecko!”.
Tak mnie znów rozpoznała a jakże bardzo zmienia się dziecko w tym wieku w przeciągu pięciu lat! Po ślubie księcia cesarzowa przyjeżdżała częściej do swojej starej ojczyzny i odwiedzała wówczas także każdorazowo moich rodziców. Gdy pozwalał jej na to czas, odwiedzała także innych mieszkańców Przemkowa, których pamiętała z jej czasów młodości. Podczas tych przechadzek cesarzowej towarzyszyła księżna Feo, która bardzo dobrze znała ludzi i moja matka. Była tam zwłaszcza stara kobieta o nazwisku Wiedemuthen, dawna ogrodniczka. Przywitała ona cesarzową następującymi słowami:
„No nieee, pani cesarzowo, stała się pani doskonała!”.
Następnie spytała: „Tak, pani cesarzowo, ile ma pani dzieci?”.
Cesarzowa pełna matczynej dumy odpowiedziała: „Sześcioro synów i córkę!”.
„No nieee, pani cesarzowo, z taka wielką ilością to ma pani prawdziwy krzyż pański z tymi sześcioma młodymi chłopcami!”.
Cesarzowa powiedziała, że jeszcze z tej strony wcale jeszcze nie patrzyła na ten fakt.
Niestety książę nie miał dobrych relacji ze swoją najmłodszą, niezamężną siostrą Teodorą, która mieszkała w pałacu książęcym. Panna von Roeder, nazywana „gute Heilige” (dobrą świętą), była jej damą dworu. Nie dochodziło do żadnego kontaktu z młodą księżną, chociaż księżna Feo wkładała w to bardzo wiele wysiłku. Ale interesy były całkiem różne. Księżna Feo była bardzo utalentowana, umysłowo aktywna, malowała obrazy i zajmowała się pisarstwem a księżna, te dziecko, na pytanie, co robiła przez cały ranek, umiała tylko odpowiedzieć: „Bawiłam się z psami i chodziłam sobie!”. Stopniowo sytuacja tak się zaostrzyła, że interweniowała cesarzowa i przydzieliła księżnej Feo, jako jej miejsce zamieszkania, mały zameczek Bornstedt koło Poczdamu.
Dla moich rodziców odejście księżnej Feo było wielką stratą, ta cenna, dobrotliwa, uprzejma osoba była im bardzo bliska.
Pomimo swoich trudnych cech charakteru, książę zawsze chciał jak najlepiej. Pewnego razu powiedział: „To jest jakieś fatum, że dobre intencje często wychodzą tak źle!”.
Ochmistrz księcia, dobry, stary, gruby mężczyzna o nazwisku Ziegert, był już u księcia na służbie w Poczdamie, nie wiem, czy jako ordynans, czy na innym stanowisku. Gdy książę przesiedlił się do Przemkowa, wziął ze sobą Ziegerta i ten pozostał w Przemkowie aż do śmierci księcia i potem jeszcze przez kilka lat na służbie u księżnej. Przy stole Ziegert nalewał wino. Jest wiele opowieści z nim związanych. Pewnego razu w gościach na lunchu była książęca rodzina Carolath (Siedlisko). Księżna Siedliska poprosiła o jeszcze o trochę wina. Ziegert nie zareagował, ponieważ nie zrozumiał, że księżna chciała mieć jeszcze trochę winogron, a to tak, czy owak, nie było jego zadaniem. Także książę chyba niewłaściwie zrozumiał, w każdym razie powiedział: „Ziegert, księżna chce jeszcze wina!”.
Na co Ziegert rzekł oburzony: „Po co, przecież ma jeszcze dwie lampki pełne!”
Pewnego dnia miał on dostać lepsze mieszkanie i gdy książę mu to powiedział, Ziegert odrzekł: „Wasza Wysokość, muszę najpierw zapytać Bertę!” z czego można było widzieć, że znajdował się pod pantoflem swojej, dobrej Berty. Innego razu, gdy książę chciał iść do kościoła i nie mógł znaleźć w garderobie wymaganych rękawiczek i w złości nerwowo powiedział: „Ziegert, gdzie położyłeś moje rękawiczki?”, Ziegert ze spokojem odpowiedział: „Wysokość je gdzieś znów sam zgubił!”.
Ziegert przyniósł pewnej damie dworu tacę ze śniadaniem. Damy te na dworze śniadanie zawsze jadły w swoich pokojach, ponieważ na śniadaniu książę i księżna chcieli być sami. Odnośna dama ta krzyknęła: „ach, Ziegert, wciąż leżę w łóżku!”, na co Ziegert powiedział: „To nic nie szkodzi, łaskawa panno, to tylko ja, Ziegert!”.
W parku znajdował się domek księżnych, wybudowany w stylu szwajcarskim, gdy książę i jego siostry byli jeszcze dziećmi. Znajduje się w nim mały salon, kuchnia z wymurowanym piecem, drewniany stół i krzesła, z garnkami, patelniami i naczyniami. Wokół domu biegła weranda i na zewnątrz była huśtawka. Dzieci książęce spędzały tam wiele czasu na zabawie. Pod wyjątkowo pięknym, starym dębem stał mały stolik z naturalnej wielkości grubym psem z wyłupiastymi oczami, w rodzaju płochacza, brązowo – biały. Drewno przez lata spęczniało i popękało. Pies musiał należeć do jednej z ciotek księcia, być może do księżnej Amalii lub jej siostry. Na stole wymalowane było powiedzenie, które wciąż pamiętam:
Często siedziała ze mną przy dębie
W całkowitej ciszy, tylko ze mną.
Finett, nie chcę o tobie zapomnieć,
I ciebie zakopać,
Gdzie przebywaliśmy przy naszym dębie,
Cichej przyjaciółce naszej fascynacji.
Księżyc, oświecaj delikatnie jej zwłoki,
Była mi tak wierna!
Obok domku dla księżnych ku pamięci zaręczyn księżnej Augusty Wiktorii z cesarzem Wilhelmem II wybudowana była tak zwana zaręczynowa ławka, z kamieni w półkolu, a pośrodku, na podwyższeniu tablica pamiątkowa z napisami i datami.
Pamiętam pewne nieszczęście, które miało miejsce podczas jednego, wielkiego polowania, kiedy miałam wówczas może trzynaście lat. Jeden powóz myśliwski, obsadzony kilkoma myśliwymi, w ostrym kłusie przejechał obok naszego nadleśnictwa. Podczas polowania nie było to w zwyczaju i moja wychowawczyni powiedziała: „Mój Boże, coś musiało się stać!”. Pamiętam, jak mnie to przeszyło. Powóz, wielka bryczka, wzdłuż którego mogło siedzieć od trzech do czterech osób, poza miejscami na koźle (dla woźnicy), z myśliwymi i rusznikarzami pędził co rusz popędzany uderzeniami bata. Przyboczny myśliwy księcia Windischgrätz poprosił jednego z myśliwych, aby pomógł mu z nabojami do następnego przepędu zwierzyny. Próbował sprawdzić, czy wręczone mu naboje pasują i trzymał lufę karabinu skierowaną do przodu przy wsuwaniu naboju do komory. Nabój musiał siedzieć napięty, tak że przy zatrzaśnięciu lufy, nastąpił wystrzał, który trafił w plecy pomocniczego leśniczego Müllera, który siedział na koźle obok woźnicy. Ofiara wypadku zmarła jeszcze w czasie transportu do szpitala w Głogowie. Polowanie zostało przerwane, goście pochodzący z okolicy rozjechali się do domów, tylko goście domu zostali na kolację. Panie nie pojawiły się jak w zazwyczaj wielkich sukniach ale w małych, sukniach wieczorowych w ciemnym kolorze, bez biżuterii. Nieszczęsny, przyboczny myśliwy księcia Windischgrätz, który był winny temu nieszczęśliwemu wypadkowi, był tak zrozpaczony, że chciał popełnić samobójstwo. Książę przez całą noc siedział z nim w pokoju. Wszyscy byli zszokowani tym nieszczęściem, które pochłonęło młode ludzkie życie. Tylko księżna nie miała do tego zrozumienia, że odwołane zostały wszystkie uroczystości a muzyka została anulowana. Książę tak był tym oburzony, że lepiej to tutaj przemilczę, w pewnym sensie zbulwersowany, że nigdy więcej nie została już tutaj zaproszona.
Drastycznym nieszczęściem dla posiadłości Przemkowa był wielki pożar lasu w dniu 15 sierpnia 1904 roku. Spowodowała go iskra z lokomotywy pomiędzy Studzianką a Lesznem Górnym. Pracownicy kolei zaobserwowali, jak iskry wzniecają ogień, pobiegli tam i swoimi kurtkami próbowali zadusić ogień, ale przy suszy i bardzo silnym wietrze ogień przeskakiwał dalej nad ich rękoma, rozprzestrzeniał się z ogromną prędkością i zakończył się ostatecznie ogromnym pożarem lasu, którego ofiarą padło osiemnaście tysięcy mórg lasu. Poza wszystkimi strażami pożarnymi z okolicy użyte zostało do gaszenia jeszcze wojsko z Głogowa i ze Szprotawy. W ciągu zaledwie pół godziny spaliła się cała leśna wieś Pogorzele z dwunastoma murowanymi obejściami i nadleśnictwem. Płonące połacie słoniny z nadleśnictwa przeleciały ponad trzysta metrów dalej i dalej podpalały las. Bydło w stajniach, nawet psy na łańcuchach, nic nie mogło być uratowane. Ogień gnał dalej w stronę Przemkowa i mieszkańcy miasta zaczęli ratować z domostw najważniejsze rzeczy. Wówczas wiatr zmienił kierunek i miasto było uratowane. Jednak pożar szalał nadal przez kilka dni.
Raz za razem ogień wybuchał w miejscach, które uznano już za zagaszone. Niezliczone dzikie zwierzęta leżały dookoła z wydętymi ciałami. Ptaki i wiewiórki wisiały zwęglone na martwych drzewach. Aby ratować zwierzynę, burzono ogrodzenia dla dzikiej zwierzyny, ale w swym przerażającym strachu zwierzęta rzucały się z powrotem w środek ognia.
Mój ojciec przez kilka dni pozostawał przy pożarze, nie wracając do domu. Od czasu do czasu mówiono nam, że był widziany w środku płomieni. Bardzo martwiliśmy się więc o niego. Po pewnym czasie doznał również czegoś w rodzaju załamania nerwowego, znaczna część działa jego życia została przecież także zniszczona przez ten pożar. Potem nie odzyskał już nigdy pełni siły twórczej.
W przyszłym roku w miesiącach letnich do prac porządkowych i łączącymi się z nimi pracami przy zalesianiu przybyli pracownicy leśni z Galicji, którzy nazywani byli Rusinami. Mieszkali na zewnątrz w namiotach i barakach ze swoimi żonami i dziećmi. Byli to porządni i skromni ludzie, wiele rodzin wracało potem każdego roku. Ogromnie mnie interesowało, jak oni żyli tam na zewnątrz w lesie. Gdy mężczyźni lub dzieci miały mieć obcinane włosy, to zakładano im na głowę garnek. Włosy, które wystawały i nie były przykryte garnkiem, obcinano. Na około.
W przeciągu lat, gdy wyrosły nowe nasadzenia a ziemię pokrywały jagody i borówki jak również wrzos, ten ogromny obszar nazywany był „der große Brand” (Wielki Pożar), piękny widok w czasie kwitnienia wrzosu. Setki uli ustawiane były przez pszczelarzy, często ule przywożone były tutaj z daleka pociągiem.
Do wsparcia mojego ojca i po mianowaniu go na inspektora lasów, książę zatrudnił jednego nadleśniczego, z którym po ludzku nie było jednak dobrego współdziałania. Tak więc mój ojciec coraz więcej wycofywał się do administracji, gdzie jako generalny pełnomocnik księcia miał wielkie pole do działania. Teraz mój ojciec nie jeździł już więcej codziennie ze mną do lasów, miał więcej radości na bagnach ze wszystkimi ich stawami, rowami, mnóstwem ptactwa wodnego i szczególną florą. Wspaniale było obserwować te wszystkie różne gatunki dzikich kaczek, perkozy, gajówki, siewki, czajki, mewy itd. Trzeba było jednak wytrzymywać także ukąszenia komarów, gdy siedziało się pod zasłoną i obserwowało. Mój ojciec nie strzelał teraz już za każdym razem, stawał się coraz bardziej leśnym naukowcem ze znakomitą wiedzą o zwierzętach i roślinach. Dlatego też otrzymał nominację na katedrę w Akademii Leśnictwa Tharandt. On oczywiście także jeszcze jeździł do lasów i troszczył się o postępy przy zalesianiu Wielkiego Pożaru. Prawie co roku w maju, każdej nocy, o godzinie drugiej udawał się na toki głuszców do rewiru Biernatowa lub Piotrowic. Każdego roku dostawał pozwolenie na odstrzał jednego do dwóch kogutów. Na miejscu musieliśmy być w całkowitej ciemności i stać nieruchomo, ponieważ z nadchodzącym świtem dawało się słyszeć pierwsze głosy ptaków. Najczęściej sójka była budzikiem dla pozostałych ptaków. Ptaki śpiewające odzywały się jeden po drugim, jeszcze całkiem delikatnie i sennie, potem kukułka i nagle – niczym wyładowanie prądu elektrycznego – dźwięki toków królewskiego ptaka, głuszca. Brzmi to jak szybko następujące po sobie lekkie wystrzały korków z butelki. Potem następuje tak zwane szlifowanie. Tylko podczas tego krótkiego momentu można się poruszyć, ponieważ nic wówczas nie słyszy i można przeskoczyć trzy kroki do przodu. W ten sposób stopniowo podchodzi się coraz bliżej do ptaka, że można go zobaczyć i obserwować. Takie poranne tokowanie głuszców jest chyba najpiękniejszą rzeczą, która istnieje dla myśliwskiego serca. Nie chodzi przy tym prawie wcale o to, że dochodzi do strzału, zwłaszcza gdy już upolowało się wcześniej jakiegoś głuszca. To naprawdę wzruszający spektakl móc oglądać tego wspaniałego ptaka podczas toków. Gdy jednak mój ojciec zastrzelił głuszca, każdorazowo z szacunkiem ściągał swój kapelusz przed szlachetnym stworzeniem. To samo czynił także przy jeleniu lub koźle sarny. Bardzo często byłam razem z nim na locie tokowym i oczywiście niezliczoną ilość razy na polowaniu na kuropatwy i kaczki. Sama nie chciałam strzelać, tylko ewentualnie do tarczy i szczurów.
Po wielkim pożarze we wszystkich rewirach lasów wzniesiono wieże obserwacyjne i założono dodatkowe paśniki dla dzikiej zwierzyny. W suchych porach roku w dzień i w nocy na wieżach wystawiani byli strażnicy. Z tych wież można było szczególnie dobrze obserwować dziką zwierzynę, bez niepokojenia jej. Na podstawie dokładnych raportów strażników zawsze uzyskać można było dokładny obraz rozwoju i lokalizacji stanu dzikiej zwierzyny. Zimą zwierzęta były codziennie dokarmiane, był wielki, zadaszony paśnik w kształcie drabinki żłobowej dla każdego miejsca dokarmiania w którym wykładano siano jak również długi drewniany żłób, do którego wysypywane były buraki, żołędzie i kasztany.
Na rykowisko jeleni, które zwłaszcza genialnie rozgrywało się na Wielkim Pożarze, mój ojciec jechał jeszcze prawie zawsze, gdy sam chciał upolować jelenia. Ale ja byłam nie do utrzymania i co wieczór wyjeżdżałam moją małą jednokonną bryczką. Tak nauczył się mój ojciec wszystkiego, co dla niego warte było poznania. W lesie nie mogły być zapalane żadne latarnie w powozach. Nie stanowiło to problemu przy rozgwieżdżonych lub oświetlanych księżycem nocach, ale wystarczająco dużo było też mrocznych wieczorów, w czasie których mogłam orientować się tylko po nieco jaśniejszym pasie nad leśną przecinką. Gdy także on był nierozpoznawalny, to zawsze jeszcze mogłam polegać na mojej klaczy Trilby, która znajdowała drogę do domu także gdy było ciemno choć oko wykol i pozwalałam jej wtedy po prostu iść. A jeżeli wówczas nagle ostro szarpnęła w lewo i mogłam usłyszeć pod jej kopytami, że wjechałyśmy na stały grunt tak zwanej drogi książęcej, wówczas musiałyśmy być już koło miejsca zwanego „Fichtenhau” (Świerkowy Wyrąb), mogłam zaświecić latarnie, i eleganckim kłusem wracało się do domu. Gdy potem przyjeżdżało się do leśniczówki po tych często wspaniałych wrażeniach, gdzie czekał na mnie mój ojciec, w oświetlonym i ciepłym pomieszczeniu, z płonącym kominkiem i buchającym parą samowarem, jak błogo czułam się wówczas, jak troskliwie się mną zaopiekowano i jaka byłam szczęśliwa i mogłam teraz opowiedzieć wszystkie przeżycia. Nie mogę sobie wyobrazić, że ktoś, czy to dziecko książęce, czy ktokolwiek inny, przeżył piękniejsze i bardziej spełnione dzieciństwo i czas młodości, jak ja, i za to jestem z najgłębszego serca wdzięczna, mojemu losowi, moim rodzicom i wreszcie także księciu Ernestowi Güntherowi. W okresie I wojny światowej od 1914 do 1918 roku, przy słabych połączeniach kolejowych, nie mogłam się dostać z moich studiów muzycznych z Wrocławia do Przemkowa, lecz tylko do oddalonej od Przemkowa o około 12 kilometrów Studzianki. Nasz woźnica poszedł w kamasze i z naszych koni mogliśmy zatrzymać tylko Trilby. Dlatego mój ojciec sam odbierał mnie z pociągu. Droga wiodła prawie wyłącznie przez las i w chłodne, księżycowe, październikowe noce mieliśmy kilka najwspanialszych przeżyć podczas rykowiska jeleni. To było beczenie i ryczenie jeleni, które dochodziło naraz ze wszystkich stron, nagle jeleń ryczał na skraju lasu, bezpośrednio przed naszym powozem, tak że jego oddech był widoczny a Trilby, która słyszała już setki razy, także z bliska, ryczące jelenie, była tak wystraszona, że prawie uciekała.
Posiadłości Przemkowa z wszystkimi dobrami podrzędnymi obejmowały ostatnio około sto tysięcy mórg, poza należącymi do książęcego rodu zakładami przemysłowymi. Gdy majątek ziemski Przemkowa nabył książę Krystian August w roku 1853, w miejsce starych zabudowań wzniósł on zamek w stylu Tudorów i poza tym położony na Rynku tak zwany Pałac Książęcy z kaplicą zamkową. Także z tamtego okresu pochodzą Dom Rycerski i Dom Kuchenny. Następnie był on założycielem położonego przy zamku, wielkiego parku i przekształcił cały ten majątek w przyjemną rezydencję dworską. Książę Krystian August przywiózł ze sobą z Danii, o ile mnie pamięć nie myli, swoich czterech, tamtejszych urzędników. Poprzednika mojego ojca, inspektora lasów Behrensa, łowczego Autzen, rządcę majątku Diekmanna, który został zatrudniony na dobrach Louisenhof i mistrza budowlanego Zahna, po którym wdowę, panią Doris Zahn z domu Jochimsen, jeszcze dobrze znałam. Nie potrafiła ona, nawet w starszym wieku, mówić poprawnie po niemiecku. Jej siostrzenicę nazywała „der Marieken” a jej wzorzec do szydełkowania „der Muster”, itd.
Wnuk księcia Krystiana Augusta, książę Ernest Günther musiał zburzyć zamek w 1890 roku z powodu jego złego stanu i rozpoczął budowę nowego zamku w stylu południowo – niemieckiego wczesnego renesansu. Wykonanie budowli zostało przekazane, naczelnemu, dworskiemu radcy budowlanemu von Ihne, który wybudował zamek w latach od 1894 do 1897 roku. Wyposażony on został w wiele skarbów sztuki, które po części były własnością rodzinną a po części pochodziły ze zbiorów, które książę nabywał lub gromadził ze swoich różnych podróży. W latach od 1887 do 1888 roku przedsięwziął książę Ernest Günther orientalną podróż z której przywiózł wiele pięknych okazów, które teraz wszystkie znalazły swoje miejsce w zamku. Jego wspomnienia, zwłaszcza z Indii, zostały zebrane w jednej książce z wieloma ilustracjami, której to egzemplarz posiada także mój ojciec. Książę przywiózł ze sobą z Afryki około dwunastoletniego chłopca murzyna, który został zatrudniony na zamku, jako służący chłopak. Zaopiekowała się nim rodzina kucharza Sonnentheil, która miała dzieci w tym samym wieku. Zwłaszcza kasztelanka, panna Hulda Fischbach, opiekowała się małym Saidem i robiła to z miłością i po matczynemu. Po kilku latach Said wrócił do swojej ojczyzny. Mimo swoich licznych i bardzo cennych skarbów sztuki zamek nie przypominał żadnego muzeum, ale nosił zdecydowanie osobisty, domowy charakter. Na widok tego dumnego zamku miało się mimowolne wrażenie, że został zbudowany na wiele stuleci a jednak nie przetrwał nawet sześćdziesięciu lat.
Do majątku ziemskiego Przemkowa od początku należało siedem wsi: Młynów, Szklarki, Łężce, Krępa, Wysoka, Jędrzychówek i Wilkocin. Potem doszły jeszcze: Łąkociny, Pogorzele, Studzianka, Biernatów, Karpie i Piotrowice.
Miasto Przemków w czasach moich rodziców miało coś, co przypominało o drodze na szczyt, coś idyllicznego i uduchowionego. Tylko przy specjalnych okazjach budziło się do życia i pracowitej krzątaniny. Zewnętrznie Przemków nie był żadnym pięknym miastem, zbyt często ucierpiał z powodu pożarów. Po raz pierwszy miasto spaliło się podczas wojny trzydziestoletniej, w roku 1642 a potem spopielone zostało w 1681 roku poza czterema domami, w 1840 roku poza dwudziestoma trzema domami, w 1850 roku spłonęła cała ulica Polna (Feldstraße). W roku 1798 założone zostało tak zwane Głogowskie Przemieście, które zostało mocno rozbudowane od roku 1890. W roku 1905 miasto liczyło 2850 mieszkańców.
Jednym z najpiękniejszych i najstarszych budynków był katolicki kościół parafialny św. Marii. Po raz pierwszy wspomniano o nim w dokumentach w roku 1376. Ale także on nie zawsze był oszczędzony przez pożogi. Przy wielkim pożarze z 1804 roku ogień zniszczył wieżę, która potem została odbudowana w obecnej formie. Kościół w latach 1546 do 1654 był ewangelicki. Po pokoju westfalskim, po tym, jak Szwedzi w dniu 5 sierpnia 1650 roku po otrzymaniu bardzo wysokiej sumy odszkodowania opuścili Głogów, najpierw także w powiecie Szprotawy, katolickiej gminie w Przemkowie oddany został w roku 1654 przez tak zwaną cesarską komisją kluczy, miejski kościół parafialny. Ludności ewangelickiej w Przemkowie do 1741 roku służył położony w powiecie Lubina kościół graniczny Pogorzeliska jako kościół schronienie.
Dopiero po zdobyciu Śląska przez pruskiego króla Fryderyka II został położony w roku 1744 kamień węgielny pod kościół ewangelicki, najpierw jako dom modlitewny o konstrukcji szachulcowej. Następnie kościół przebudowano na murowany a w roku 1871 dobudowano wieżę. Plebania i szkoła zostały wybudowane jeszcze w czasach Fryderyka.
Życie w tym małym, leśnym miasteczku Przemkowie było wygodne, przytulne i nie bez poczucia humoru. Wszyscy się znali, znano nie tylko imiona dzieci, ale też psów i kotów.
Większość mieszkańców żyła w skromnym dobrobycie i byli zadowoleni z wszystkiego. Byli mieszczanie rolni, rzemieślnicy i zaskakujące, jak na tak małe miasto dobre sklepy, co uwarunkowane było przez utrzymanie dworu i stan urzędniczy, ponieważ każdy sam kupował, co tylko było możliwe do kupienia na miejscu.
Ogólna powierzchnia lasów posiadłości powiernictwa rodowego wynosiła około 10 000 hektarów, około 4 500 hektarów z tego była powierzchnią po wielkim pożarze. Do urzędu leśnego należały rewiry Przemkowa, Piotrowic, Biernatowa, Pogorzeli, Studzianki, Wilkocina, Nowego Dworu, Louisenhof, Adelaidenau i Koźlic. Te dwa jako ostatnie wymienione rewiry były wprawdzie interesujące pod względem leśnym, przede wszystkim jednak pod względem myśliwskim. Poprzez zakup doszedł później, jako posiadłość wolna, rewir Przecławia. Po śmierci księcia rewir Luisenhof i Przemkowa przeszły w posiadanie księżnej wdowy. Pierwsze osiem rewirów w przeważającej części miały stan sosny, jednak częściowo wymieszany ze świerkiem. Za życia księcia wielki prawie 100 hektarowy park, zwany także jako „Oberwald” (Górny Las) był traktowany, jak rezerwat przyrody i dostarczał jako surowiec jedynie susz i drewno z przewróconych przez wiatr drzew. Górny Las zatrzymywał się na ziemi torfowej. Poza częściowo dwustu letnimi dębami reprezentowany był przez starodrzewie: buk pospolity, olszę czerwoną, jesiony, brzozy, świerki, jodły i sosny. Prawie 50 hektarowy las bukowy w rewirze Piotrowic został odmłodzony głównie w sposób naturalny i należał do rzadkości lasów dolnośląskich.
Oprócz stałych pracowników podczas pozyskiwania drewna pracę w przedsiębiorstwie leśnym a także w administracji łowieckiej znajdowali także drobni rolnicy z okolicy. Leśniczy rewirowi dysponowali ogólnie do zrywki drewna zaprzęgami służbowymi, także w celu utrzymania dróg i innych powstających prac. Zwłaszcza w czasie kultury leśnej i zmagań z rozsadą używane były kobiece siły robocze. W latach od 1910 do 1914 co roku przyjmowanych było do prac związanych z zalesianiem około dwustu pracowników z Galicji. Dobrą, uboczną działalność zarobkową znajdowała także ludność miejscowa przy zbieraniu żołędzi i kasztanów dla dokarmiania dzikiej zwierzyny, jak również jagód i wszelkiego rodzaju grzybów. Posiadłość leśna księcia Alberta w latach 1929 i 1930 została sprzedana z wyjątkiem rewiru Nowego Dworu, Adeleidenau i Koźlic dla miasta Bolesławiec a następnie przejęta przez firmę Reemstma. Jednocześnie także księżna wdowa odstąpiła dla tej firmy swoją posiadłość leśną bez Górnego Lasu. Do roku 1930 otoczona wysokim na dwa metry ogrodzeniem zielony teren i ogromny teren po wielkim pożarze. Normalny stan jeleniowatych wynosił około tysiąca sztuk i dwustu sztuk danieli. Gdy także ogrodzono gąszcza i uprawy bez wyjątku, to straty powstałe w wyniku obgryzania przez grubą zwierzynę roślin nie były jednakże do pogodzenia z intensywnie prowadzoną gospodarką leśną. Dzikie zwierzęta przez całą zimę, aż do późnej wiosny, dokarmiane były poprzez znaczny nakład kosztów. Z obserwacyjnych wież stwierdzić można było w miejscach dokarmiania często ponad pięćdziesiąt rogaczy i odpowiednio do tego wiele samic i cieląt. Okres godowy zwierzyny płowej odbywał się głównie na obszarze Wielkiego Pożaru. Podczas okresu godowego prawie codziennie w pobliżu zamku na wieszaku do rozpościerania upolowanej zwierzyny wisiał jeden jeleń o mocnym porożu. Oczywiście do odstrzału szło bardzo wiele słabszych jeleni i ich samic, jak również cielaki. Dla odświeżenia krwi często importowano jelenie z Pless i z Węgier. W rewirach Przemkowa, Piotrowic i Biernatowa zachowały się głuszce, tak że co roku ustrzelić można było kilka kogutów.
Zwierzyna czarna ku ogólnemu zmartwieniu leśniczych występowała tylko okazyjnie jako zwierzyna występująca przejściowo. Liczne próby zaaklimatyzowania jej w rozległych, rodzimych lasach, nie zostały uwieńczone wartymi wspomnienia sukcesami.
Dolny rewir dzikiej zwierzyny Adelaidenau sławny był z powodu odbywających się tam corocznie polowań na bażanty. Znajdowały się tu specjalnie w tym celu założone szopy i bagienne lasy. Mistrz bażantów opiekował się bażanciarnią, gdzie corocznie hodowano setki młodych bażantów, najczęściej z pomocą indyków w małych budkach. Przy polowaniach dworskich odstrzeliwano potem ponad pięćset kogutów. Cesarz Wilhelm II podczas polowania na bażanty w Przemkowie w roku 1913 upolował ponad dwieście kogutów. Sławne było też dobre polowanie na kuropatwy i toki na cietrzewie. Poza własnymi, wielkimi obszarami do polowań, dzierżawiono także kilka polowań gminnych w powiecie Szprotawy i Głogowa. Przy jednym polowaniu polnym w 1913 roku ośmiu strzelców przyniosło na pokot ponad tysiąc zajęcy. Kierownictwo polowania znajdowało się zawsze w rękach łowczego, który pełnił swoją powinność siedząc na koniu. Personel leśny i do obsługi polowań rozdzielony był po całej linii nagonki i niniejszym odpowiadał za porządek podczas polowań. Przebieg poszczególnych nagonek regulowany był graniem na trąbce różnych sygnałów myśliwskich. Wieczorem w niedalekiej odległości od zamku układany był pokot i przy świetle pochodni w obecności księcia i zaproszonych na polowanie gości odtrąbiony. Był to imponujący i niezapomniany obraz. Na wielkie polowania, przede wszystkim polowanie cesarskie, z okolicznych miejscowości i miast, nawet z Wrocławia i Berlina, przybywało wielu zainteresowanych, aby wspólnie móc przeżyć ten spektakl.
Na bagnach Szprotawy było wiele wielkich stawów i zbiorników wodnych. Każdego roku odbywało się tutaj wielkie polowanie na kaczki, które regularnie przynosiło najlepsze wyniki. Gdy na początku polowania padły pierwsze strzały, nagle setki kaczek i innego wodnego ptactwa wzbijały się do góry w kształcie ogromnej spirali, tak że za chwilę całe niebo prawie pociemniało. Na tym obszarze także co roku odbywały się ornitologiczne wędrówki, które rozpoczynały się zawsze już przed świtem.
Wiele, sztucznie założonych stawów znajdowało się koło fabryki skrobi poniżej leśniczówki i w pobliżu nadleśnictwa rewiru Piotrowic. W stawach z ikrą hodowano narybek. Corocznie odławiano ponad tysiąc cetnarów karpi, linów i pstrągów i po części dostarczano w specjalnych pojazdach aż do Hamburga.
Książę Ernest Günther pracował nieustannie nad poprawą i powiększeniem swojej posiadłości. Już w 1895 roku wzniósł on pomiędzy dworcem kolejowym Przemków a wsią Młynowo hutę Fryderyka Krystiana. W roku 1905 wybudował elektrownię, która później została rozbudowana w zakład energetyczny. W latach 1905 do 1907 powstała Huta Doroty, nazwana imieniem księżnej. Huta żelaza nie należała do powiernictwa rodowego, lecz do alodium i pamiętam bardzo dobrze, jak po uroczystym otwarciu huty ojciec mój opowiadał, że książę mu powiedział, że kiedyś może być różnie, a huta ta zawsze zapewni dochody księżnej. Nie mogłam sobie wówczas w ogóle wyobrazić, że księżna kiedykolwiek mogłaby popaść w finansowe kłopoty. Ale gdy doszło już nawet do tego, została nawet o te dochody z Huty Doroty oszukana. Huta została przekształcona w spółkę akcyjną, a akcje księżnej były po kawałku sprzedawane, aż nic z nich nie zostało a księżna stała się biedną kobietą.
Książę założył wielką hodowlę pstrągów, która odniosła wielki sukces. Odbudował on po wielkim pożarze także wieś Pogorzele. W roku 1906 książę urządził na wzór amerykański na Wilkocinie wielką plantację owoców, do czego również mój ojciec dołożył bardzo szczególnych starań. Plantacja kierowana była przez bardzo zdolnego i doświadczonego starszego ogrodnika Balzera i wiele kobiet z okolicznych miejscowości znalazło tam popłatną pracę. Kultywacja wielkich obszarów bagiennych i przystosowanie ziemi do upraw wsi Wysoka było także osobistą zasługą księcia. Dla księcia Jana Jerzego książę kupił dobra Sieroszowic z żyzną ziemią pod dobrą uprawę. Podobnie książę nabył piękne posiadłości Przecławia. Dobra te zarządzane były przez jednego urzędnika, który dzierżawił dom mieszkalny przypominający zamek i polowania przeszły pod administrację przemkowską.
Obawiając się, że informacje i dane dotyczące gospodarki leśnej i łowiectwa mogły się trochę zmienić w mojej pamięci, długo szukałam dawnych przemkowskich urzędników leśnych, na których wypowiedziach mogła bym polegać. W końcu udało mi się ustalić adres byłego leśniczego rewiru pana Gladigau. W latach 1912 do 1932, z wyłączeniem lat I wojny światowej od 1914 do 1918 roku, pracował on jako urzędnik w książęcej administracji leśnej, z czego osiem ostatnich lat u księżnej wdowy. Zrujnowanie posiadłości księżnej pod zarządem dyrektora generalnego Hübnera pan Gladigau wystarczająco dobrze poznał i zna z własnego doświadczenia. Leśniczy rewiru potwierdził mi, że moje dane się zgadzają. Dlatego świadoma jestem odpowiedzialności, skrupulatnie trzymałam się faktów i w żaden sposób nie przesadziłam w żadną stronę.
Chociaż obawiam się, że napisałam zbyt wiele spraw osobistych w swoich wspomnieniach o księciu Erneście Güntherze i posiadłości Przemkowa, muszę jednak mimo to napisać o swoim debiucie na dworze, ponieważ pokazuje on księcia z bardzo sympatycznej strony i jest przykładem na to, jak uroczo mógł się on obchodzić z dziećmi.
W dniu 11 sierpnia 1897 roku książę był w Przemkowie na swoich urodzinach. Budowa zamku była ukończona, ale nie był on jeszcze kompletnie urządzony.
W celu składania gratulacji dla księcia odbywało się małe przyjęcie w portyku. Dobrze pamiętam, że obecny był książę Krystian, księżna Feo z panną von Roeder i kilka starszych dam, prawdopodobnie księżna Amalie. Nie pamiętam, czy obecna była księżna matka. Miałam prawie siedem lat i na prośbę księżniczek, które mnie dobrze znały, miałam pogratulować księciu. Zrobiłam to w całkowitej naturalności. Kasztelanka, panna Hulda Fischbach, zaprowadziła mnie do państwa, złożyłam moje życzenia i przekazałam księciu wielki bukiet wrzosu. Wszyscy ze mną rozmawiali a księżna Feo opowiedziała księciu, że już od dwóch lat gram na fortepianie. Książę rzekł na to, że jest mu przykro, że w muzycznym, salonie nie stoi jeszcze żaden fortepian, w przeciwnym razie mogłabym mu coś zagrać na jego urodziny. Powiedziałam, że z chęcią bym to zrobiła, ale tymczasem mogłabym dla niego coś zaśpiewać. „Oh”, powiedział książę, więc bardzo się cieszę, „Jak myślisz, jaka piosenka najbardziej by mi pasowała?”. Przypominam sobie, że przy zastanawianiu się nad tym, spoglądałam dookoła i mój wzrok padł na trofea myśliwskie i poroża. W każdym bądź razie zdecydowałam się na: „Odstrzeliłem jelenia w dzikim lesie”. Wyobraźmy sobie drugi werset: „Obozuję często w zimie w czasie burzy i sztormowej nocy, przeciągam do łóżka ciężki i zasypany śniegiem kamień. Na cierniach śpię, jak na puchu, nieporuszony północnym wiatrem a mimo to, ja, twardy człowiek, poczułem miłość!”. Wyraźnie rozbawiło to księcia a ja spytałam, czy mam jeszcze teraz zadąć sygnał „Jeleń na rozkładzie”, co można zrobić także całkiem dobrze bez waltorni, trzeba tylko trochę wykrzywić usta, nadymać policzek, i zasłonić dłonią. Książę chciał to teraz usłyszeć a ja „zadęłam”.
„Wspaniale”, stwierdził książę, a umiesz też „Sarna na rozkładzie”?
„Umiem zadąć sygnały wszystkich zwierząt na rozkładzie”, powiedziałam, „Najśmieszniej brzmi lis na rozkładzie”.
Książę zaproponował po tym, żebyśmy poprosiły pannę Fischbach, żeby poszła ze mną do „Förstera”. „Coś sobie tam wyszukasz, co ci się spodoba, ponieważ tak pięknie zadęłaś te sygnały. Ale musisz tutaj jeszcze raz przyjść, żebyśmy też mogli zobaczyć, co sobie kupiłaś”. Ręka w rękę poszłam teraz z panną Fischbach do w pobliżu położonej na rynku introligatorni „Buchbinderei von Förster”. Były tam wszystkie materiały biurowe, jakieś zabawki a także upominki. Przedstawiono mi wycinanki, piłki i gry, ale ja zdecydowałam się na małą, porcelanową miseczkę, prawdopodobnie pomyślaną, jako rodzaj popielniczki. Była biała, okrągła, z prostą, złotą obwódką a na środku znajdowało się, wykonane w technice kalkomanii, kolorowe odwzorowanie nowego zamku. Panna Fischbach próbowała odwieść mnie od tego pomysłu, ale moja decyzja była stanowcza. Uważałam, że to nie ja mam urodziny, lecz książę, dlatego trzeba coś podarować nie mi, lecz księciu. Nie można było mnie od tego odwieść, jak zapewniała państwa potem panna Fischbach. Wręczyłam dla księcia miseczkę a on bardzo mi za nią podziękował. Ukłoniłam się następnie a damy ucałowałam w dłoń. Książę spytał mnie, czy nie chcę także jego pocałować w dłoń. Poinformowałam go, że panów nie całuje się w dłoń. „Całuję w dłoń tylko mojego tatę i księcia Krystiana”. Wobec tego książę uważał, że to on chce mnie pocałować w dłoń. Bardzo się z tego śmiałam i powiedziałam „Tego także się nie robi, dzieci nie całuje się w dłoń, tylko damy!”. „Ja jednak pocałuję cię w dłoń”, powiedział książę, „ponieważ ty naprawdę jesteś małą damą!”. Księżna Feo i panna Fischbach opowiedziały potem wszystko bardzo dokładnie mojej mamie.
Na początku lutego 1921 roku przybyłam jeszcze raz na kilka tygodni do kochanej, starej leśniczówki, do mojego ojca, po raz ostatni, ponieważ on chciał w kwietniu przejść już na emeryturę. Wzięłam ze sobą swojego dopiero co czteromiesięcznego synka. Książę leżał w łóżku ciężko chory, jego choroba serca niebezpiecznie się pogorszyła. Kazał mnie poprosić, abym go odwiedziła, chciałby także zobaczyć mojego, małego chłopczyka. Książę oparty o poduszki, w pozycji na wpół siedzącej, powitał mnie z największą życzliwością. Położyłam mu mojego małego synka na łóżku a on głaskał go ciągle po główce i wziął jego małe dłonie w swoje dłonie. Po dłuższej chwili milczenia powiedział: „Jakie piękne i zgrabne dziecka ma pani, niech Bóg pozwoli mu rosnąć w zdrowiu i radości, ku radości i błogosławieństwu pani i całej pani rodziny”. Spytał mnie jeszcze o kilka spraw, ale zauważyłam jego wyczerpanie i chciałam się pożegnać. Książę uśmiechając się wówczas, spytał mnie, czy przypominam sobie jeszcze małą porcelanową miseczkę z obrazkiem zamku, którą, jako jeszcze całkiem mała dziewczynka, podarowałam mu na urodziny, która przez wszystkie te lata miała swoje miejsce na jego toaletce. Oczywiście znów ją rozpoznałam i byłam głęboko poruszona, że ta głupia, mała miseczka, była tak ceniona przez niego. Książę powiedział wtedy, że prosiłby mnie, za kilka dni, gdy jego stan zdrowia się już trochę poprawi, żebym znowu przyszła także z moim małym synkiem, ponieważ nasze odwiedziny sprawiły mu wielką radość. Pożegnałam się i pan von Uslar odprowadził mnie na dół. Był to ostatni raz, gdy widziałam księcia żywego, trzy dni później zmarł.
***
II. Opowieści z Przemkowa
Gajowy Schulz z Koźlic.
Był on mądrym i sumiennym leśnikiem, prawą ręką łowczego Autzena, którego książę Krystian August przywiózł ze sobą do Przemkowa z Danii. Schulz chciał się ożenić i posiadać nadleśnictwo. Jego wybranka pochodziła z dobrej zagrody chłopskiej. Tak więc złożył wniosek o nadleśnictwo i pozwolenie na małżeństwo. Wniosek został odrzucony z uzasadnieniem, że łowczy Autzen nie może się bez niego obyć. Schulz był oczywiście wściekły, ponieważ nadleśnictwo przyznano by mu. Ponieważ nadleśnictwa najczęściej leżą w mniejszej lub większej odległości od wsi i zawsze przynależało do nich trochę gospodarstwa rolnego, żona powinna pochodzić albo z jakiegoś nadleśnictwa albo z gospodarstwa wiejskiego, co jak pokazywało doświadczenie, dawało w rezultacie najlepsze małżeństwa leśniczych. Przesłanka ta było więc spełniona a Schulz miał także już niezbędną liczbę lat na służbie. Tak więc, jego mała córeczka Meta przyszła na świat bez pozwolenia na małżeństwo. W roku następnym, także córeczka Lenchen nie mogła dłużej czekać i Schulz zawnioskował ponownie o pozwolenie na małżeństwo i przydział nadleśnictwa. Podstarzały, zrzędliwy Autzen odrzucił jednak znów wniosek z takich samych powodów, że nie mógłby się obejść bez Schulza. Niezamężnej matce było wystarczająco ciężko z nieślubnymi dziećmi, ale ich rodzice i cała wieś stali murem za nią a nawet pastor, który kazał jej spożywać wieczerzę wigilijną razem z jej Henrykiem, czego zwykle pastorzy w takich okolicznościach odmawiali czynić. W trzecim roku pojawił się długo oczekiwany syn a ponieważ miał nosić imię swojego ojca, do sprawy wmieszał się sam książę, dał pozwolenie na małżeństwo i wysłał na emeryturę starego łowczego. Wyczerpana rodzina przeniosła się z ostatnio co przyszłym na świat małym Henrykiem Schultzem do pięknego nadleśnictwa Koźlic. Autzen i Schulz jednak do śmierci starego Duńczyka pozostali zaciekłymi wrogami.
Schulz mógł być cholernie szorstki, był jednak bardzo serdeczny, zwłaszcza w kontaktach z dziećmi i zwierzętami, niełatwym w odbiorze oryginałem. Jego czarny jamnik, który wabił się Männe, był strasznie rozpieszczony, siedział przy stole zawsze po stronie pana i wiedział dlaczego. Leśniczy Wackwitz, wówczas młody jeszcze asystent leśny u Schulza, opowiadał wiele historii o Männe. Pewnego razu Schulz i Wackwitz udali się do rewiru, żeby coś skontrolować. Wackwitz przypomniał sobie, że można by przecież iść drogą w prawo. Schulz burknął tylko: „Se säh'n doch, daß und der Hund linksrum geh'n tut!“ (Proszę tylko zobaczyć, że nawet pies poszedł w lewo!).
Pewnego razu pan von Cossel miał ustrzelić dobrego jelenia i Schulz go prowadził. Było tam kilka jeleni i Schulz pokazał dokładnie panu von Cossel jelenia, którego powinien on ustrzelić. Ten wyszukał jednak sobie jeszcze lepszego i zastrzelił go. Gdy nie ten jeleń już leżał zabity, naciągnął swój pszczyński kapelusz na czoło, podrapał w kark i powiedział: „Na, Herr von Cossel, Ihnen war wohl die Prille angeloofen!” (No, panie von Cossel, zaparowały chyba panu okulary!).
Schulz mógł być impertynencki, ale wszystko uchodziło mu płazem. Podczas jednej z wizyt cesarza w Przemkowie, chwalił się on wielkim pokotem, którą rozłożył.
„Zwoundsiebzig Fasanen erlegt!” (Ustrzelono siedemdziesiąt dwa bażanty!).
Schulz stuknął obcasami i sucho powiedział:
„"Jawoll, Majestät, es hat ja ooch neununachzig mal geknallt!“(Tak jest, wasz majestat, strzelano osiemdziesiąt dziewięć razy!).
Nadleśnictwo Koźlic leżało dość daleko od Przemkowa. Schulz miał swój zaprzęg jednokonny i potrzebował na ten odcinek drogi od półtorej do dwóch godzin. Gdy miał dużo pracy w Przemkowie, mój ojciec zabierał go często ze sobą na obiad. Był już teraz jako gajowy starszym mężczyzną i już nie tak urodziwym. Jego oczy pobledły i miał grube worki pod oczami, nosił także grube szaro-siwe wąsy. Do tego, jego dobra Berta dawno temu podarowała mu łańcuszek, prawdziwy okaz z inskrypcją, który nosił on w domu zawsze dumnie. Ale przy jego wyjazdach do Przemkowa oczywiście nie miał go ze sobą. Wciąż pamiętam, jak przybył do nas pierwszy raz na obiad. Po każdej łyżce zupy oblizywał i siorbał głośno dolną wargą swoje wąsy. Miałam prawdopodobnie pięć lat i mój brat Conny siedział obok mnie. Było to dla niego niezręczne, że tak dokładnie przypatruję się temu spektaklowi. Conny chciał mnie pod stołem dotknąć w nogę, ale złapał mnie za piszczel i zaczęłam głośno wyć. Rodzice o tym nie wiedzieli i odesłano mnie od stołu. Moja matka nie była zbyt entuzjastycznie nastawiona, gdy Schulz jadł u nas, powiedziała: „On jest rzeczywiście oryginalny i zabawny, ale te jego wąsy i to siorbanie są okropne, zawsze muszę wtedy pomyśleć o dzikiej świni!”.
Kiedy oślepiało go na zewnątrz słońce, przykładał rękę do czoła, żeby osłonić oczy. Nazywał to „die Feldbrille uffsetzen” (Zakładaniem okularów polowych).
Na bagnach przemkowskich na przejściach rowów ustawione były pułapki na drapieżniki. Młoda księżna miała dziecinną uciechę z upodobaniem zatrzaskiwać te pułapki. Kiedy spotykała Schulza, brała go ze sobą do powozu i oczywiście przejeżdżała obok pułapek. Schulz już dawno przejrzał jej działania i ku największej przyjemności księżnej zaczynał bluźnierczo kląć:
„Na, wenn ich das verfluuchte Luder amal erwischen tu, was meine Fallen schon wieder zugeschmissen hat, na das kann aber was derläben!“ (Cóż, gdy tylko złapię tą przeklętą łachudrę, która zatrzaskuje moje pułapki, no to wtedy się doczeka!)
Gajowy Schulz przez długi czas pozostawał sprawny ale także się zestarzał. Jego pogrzeb dla wszystkich, którzy w nim uczestniczyli pozostanie niezapomniany. Zmarł na jesień i został pochowany w Przemkowie. Trumna została opuszczona a wszyscy myśliwi w zielonych mundurach otoczyli grób. Wówczas nisko nad nim przeleciała cała chmara kuropatw a z Górnego Lasu dało się słyszeć ryczące jelenie. Było to pożegnanie zwierząt, które on tak kochał i którymi się tak opiekował.
*
Leśniczy rewiru Scheifler w Pogorzelach.
Nie żyłam w jego czasach, ale zostało przekazanych wiele pięknych historii o nim. Był on dobrodusznym człowiekiem, ale jak to często przy tym bywa, mógł być zapalczywy. Pewnego razu siedział w swojej izbie nad rozliczeniem listy drewna, która nie chciała się zgadzać i nie mógł znaleźć błędu. Zaczynał się denerwować i gdy właśnie w tym momencie zegar z kukułką zaczął wyznaczać godzinę, chwycił linijkę i cisnął nią w zegar. W tym momencie kukułka właśnie schowała się za drzwiami. Krzyknął „Czy ty cholerna suko także chcesz mnie może jeszcze przedrzeźniać?”. Tego było za wiele! Właśnie jego żona przyniosła do izby tacę z kawą i tak się przestraszyła, że taca z ciastem i kawą wylądowała na podłodze. Innym razem chciał iść do borsuczej jamy. Leśniczy Scheifler, Wackwitz, który wówczas był jeszcze leśniczym pomocniczym, dwóch innych leśniczych i pracowników leśnych. Była to stara nora z kilkoma kanałami. To, że nora była zamieszkana , pokazało podekscytowanie obu doświadczonych i pełnych pasji jamników. Oba reagowały na piękne imiona „Minördel” i „Mäuselöchel”. Kilka kanałów zostało już wykopanych a przekopy zrobione, bezskutecznie. W końcu zatupotało coś w norze i Scheifler kazał swoim psom się skradać za borsukiem. Stukot w jamie trwał nadal a psy głośno się rozzłościły. W końcu się coś pokazało, było ledwo rozpoznawalne z piaskiem, wycofało się, wyszło ponownie. Coś ciemnego, borsuk! Scheifler przygotował się uzbrojony w sosnową, smolną gałąź. To coś znów wróciło i kiedy znów wyszło, Scheifler uderzył. Ale niestety to nie był borsuk, lecz Minördel. Pies zapiszczał i położył się na boku. Biedny Scheifler ukląkł i zawołał: „ Panie Boże, jak pech to pech, zatłukłem mojego biednego Minördl!” Minördl został delikatnie przeniesiony na bok i położony na mchu, ale polowanie musiało być kontynuowane. Udało się nawet bardzo dobrze, dzięki brawurze Mäuselöchel borsuk został zabity. Stopniowo Minördel także doszedł do siebie, na szczęście nie został zatłuczony, lecz tylko zemdlał!
Kilka dni później leśniczy Scheifler na pieczonego borsuka zaprosił Wakwitza, który wprawdzie się lękał, ale nie mógł odmówić. Matka Scheiflera postawiła na stole wielką miskę z kiszonymi ogórkami i Wackwitz jadł zawsze do każdego kawałka pieczeni po kawałku ogórka dla zneutralizowania smaku. Minördl siedział na sofie z grubym i krzywym pośladkiem i dostawał najlepsze kawałki, które pożerał z wielkim apetytem. Wackwitz opisał potem szczegółowo całą historię.
*
Leśniczy rewiru Schwertner w Biernatowie.
Od mojego trzeciego roku życia mój ojciec brał mnie ze sobą prawie codziennie na swoje wyjazdy, a kiedy miał więcej roboty, odstawiał mnie do jednego z nadleśnictw. U młodszych leśniczych były też dzieci w moim wieku. Tak więc od najmłodszych lat poznałam wszystkie nadleśnictwa. Zwłaszcza chętnie lubiłam przebywać w pięknym rewirze Biernatowa, ze starą leśniczówką, która kiedyś była zameczkiem myśliwskim. W moim wczesnym dzieciństwie była ona zarządzana przez gajowego Schwertnera. Znam go jeszcze, jako starszego, dość obszernego mężczyznę, zwanego potocznie „grubym Schwertnerem”, bardzo cenionego i sumiennego leśniczego. O swojej sławnej hodowli świerków zwykł on mawiać: „muszą stać jak goździki!”. Jego żona była chuda, z dobrotliwą twarzą i zawsze przyjazna, ale rzadko widziałam, jak się śmiała. Przede wszystkim zawsze robiła mi kanapkę z miodem i mówiła: „Putter muss sein, sustern kleckert der Hunig durch!” (Masło musi być, inaczej miód wykapie!). Dawano mi do wyboru: „jaki chcesz miód: lipowy, akacjowy, czy sosnowy?”. Zawsze chciałam ten ostatni, inne miałam w domu, ale ten aromatyczny, ciemnozielony miód sosnowy był tylko w Biernatowie u Schwertnerów.
W domu znajdowały się dwa pokoje myśliwskie w których mogli przenocować polujący goście i dwa salony. Stały w nich krzesła, które obite były skórą dzikiej zwierzyny a ich oparcia wykonane były z łopat danieli.
Przy tokach cietrzewi i głuszców myśliwi musieli być na miejscu już o godzinie trzeciej nad ranem, zanim słychać będzie jeszcze pierwsze ptaki, drozdy z bardzo delikatnymi i finezyjnymi dźwiękami, następnie sójki, budziki ptaków. Potem dopiero bulgotanie głuszca! Ileż razy przeżyłam to już z moim ojcem i zawsze było to przytłaczające wrażenie. Wyjeżdżało się już o godzinie drugiej w nocy, żeby w rewirze być o czasie. Gdy wracało się z podchodu, matka Schwertner przygotowywała dobre śniadanie. W kuchni był bardzo duży piec nad którym pośrodku wisiał wielki czajnik. Wielka ława kuchenna, sięgająca od pieca aż do okna, oferowała wiele miejsca. Matka Schwertner mówiła: „Die Männer sein wie die Backöfen, man kann den besten derwischt haben, aber die Nünken und Tünken muß man erscht amal kennen lernen!“.
Z całego szeregu dzieci tylko troje wyrosło. Jeden syn został leśniczym rewiru w Adelaidenau, drugi natomiast został zamkowym ogrodnikiem. Obaj synowie byli wysocy i szczupli i posiadali po matce delikatny zarys twarzy. Córka była bardziej pulchna, ale ładna. W ówczesnym czasie wiele dzieci umierało na błonicę, którą nazywano brunatnością gardła, ponieważ nie było na to żadnej szczepionki. U Schwertnerów w tym samym czasie chorych na brunatność gardła leżało pięcioro dzieci i w przeciągu dwóch dni zmarło trzech z nich na tą straszną chorobę! Także przy tej dwójce pozostałych dzieci lekarz już się poddał. W swojej desperacji i przekonaniu, że także już nic więcej nie może im zaszkodzić, ojciec obu dzieciom podał łyżeczką czystą wódkę żytniówkę i prawdopodobnie tym ich uratował. Moja matka opowiadała, że w jej dzieciństwie, a więc około roku 1860, wypróbowanym sposobem w przypadku brunatności gardła z obkładem było zjadanie niemoczonych, solonych śledzi. Była to wprawdzie kuracja końska, ale często pomagała. Dla ulżenia podawano potem gęstą śmietanę. Przylegała ona do opuchniętych migdałków, rozwijał się kwas mlekowy i zabijał zarazki. W wieku pięciu lat również miałam błonicę, i bardzo trudno było otrzymać surowicę. Posłaniec pojechał konno do oddalonej o dwadzieścia kilometrów Szprotawy, tam apteka miała przechowywać surowicę. Tymczasem matka zastosowała na mnie kurację końską. Dostałam jednak także zastrzyk i przeżyłam. W końcu dostałam na ramionach i nogach potworną wysypkę, którą wywołała surowica.
Gdy przybywałam do Biernatowa i matka Schwertner chciała prowadzić mnie do salonu, protestowałam, ponieważ ciągle musiałam pamiętać, że tutaj przed kilkoma laty wystawiono trójkę ich zmarłych dzieci. O wiele przytulniej było w izbie mieszkalnej lub w kuchni.
Z ojcem Schwertnerem mogłam iść także do miejsc dokarmiania zwierzyny płowej. Miejscami tymi opiekowała się jedna z „dam od hodowli”, jak żartobliwie nazywane były pracownice leśne. Wypełniane były tam paśniki na siano, nasypywano żołędzi i kasztanów. Dla jeleni był tam dodatkowy, ustawiony na podwyższeniu, mały żłobek, który zawierał specjalną, paszę treściwą. Stawały one tam na tylnych łapach i pobierały przysmaki. Zimą wykładano także buraki. Gdy wszystko było przygotowane, ogłaszano to biciem w dzwonek i dzika zwierzyna ukazywała się ze wszystkich stron, gdzie już wcześniej czekała. Zawsze wielką przyjemnością dla mnie było to móc widzieć.
Książę Szlezwiku – Holsztyna – Sonderburga – Augustenburga Krystian August przeniósł swoją rezydencję po wojnie niemiecko – duńskiej z 1864 roku do Przemkowa. Książę zmarł w 1868 roku i jego syn, książę Fryderyk przejął posiadłość. Jego następcą był książę Ernest Günther.
Gdy leśniczy Schwertner postarzał się i przeszedł na emeryturę, nigdy więcej nie bywałam w tej pięknej, starej leśniczówce. Została wynajęta i mieszkali w niej obcy ludzie. Sam rewir zarządzany był bezpośrednio z Przemkowa.
*
Leśniczy rewiru Pinquart.
Poprzednikiem leśniczego Wende w rewirze Przemkowa był leśniczy Pinquart. Pewnego razu w rewirze Fichthau przy przeskakiwaniu wąskiego, ale dość głębokiego rowu poślizgnął się, i upadł do tyłu, i był przy tym ociekająco mokry. Później rów ten nazywany był ciągle kąpielą Pinquarta i tak również był wpisywany na listach.
Jego matka była berlinianką i przez wiele lat służyła u księżnej matki jako pokojówka, zanim poślubiła swojego Piquarta. Miała córkę o imieniu Wiktoria, zwaną Wiktorką – Piquart. Matka była bardzo dumna ze swojej Wiktorki i mówiła: „dasse jut werden würde, det hatte ick mich ja jedacht, aber dasse soo jut jeworden is, det hätte ich nich jedacht!” (Że mogłaby być dobra, to myślałam, ale że stała się tak dobra, bym nie pomyślała).
Pani Piquart trzymała się przesadnej etykiety do końca życia. Podczas mszy świętej miała zwyczaj odwracać się do loży książęcej i pozdrawiać państwa głębokim, dworskim ukłonem, także gdy loża była pusta.
Cierpiała często na migrenę a jej pewna wypowiedź była złotą myślą: „Ick hatte meine Zustände, Toria hatte Balljedanken” (Ja miałam swoje bóle głowy, Wiktoria miała kłębek myśli). A myśliwy pomocniczy dodawał do tego zasłaniając ręką usta: „und Männe saß in der Traube und war besoffen” (A mężczyzna siedział w winoroślach i był pijany).
Książę Krystian starał się zadomowić w lasach przemkowskich zwierzynę czarną i dla odświeżenia krwi kupił bardzo dobrego odyńca. Gdy przybył już ten wielki dzik, miał być teraz wypuszczony na wolność w rewirze Pinquarta w obecności księcia, myśliwych i kilku polujących gości. Ciężki kojec został przytaszczony przez czterech pracowników leśnych i wszystko było gotowe. Leśniczy Pinquart otworzył zasuwę – napięcie oczekiwania doszło do zenitu – ale dzik nie miał zamiaru się wydostać. Próbowano go wypłoszyć, ale daremnie i książę Krystian August był już zdenerwowany. „Ten zwierzak musi już być przecież wyprowadzony!” Wówczas Pinquart zameldował: „Na litość, Wasza Królewska Wysokości, on stoi po prostu dupą do tyłu!”.
*
Hartmann August.
W leśniczówce Nowego Dworu były trzy córki w moim wieku z którymi lubiłam się bawić. Zawsze utrzymywałyśmy wierną przyjaźń, także, gdy nasza czwórka dawno już stała się dorosła. Gdy mój ojciec jechał do rewiru Nowego Dworu, często mnie ze sobą zabierał i zostawiał mnie w leśniczówce. Albo odbierał mnie później sam, albo wieczorem wysyłał po mnie woźnicę. Gdy byłam większa, jeździłam sama moim małym powozem jednokonnym. Poczciwiną w tej przytulnej leśniczówce była kochana „Muttel Wolfen” (matka Wolf), szczególnie ciepła i matczyna kobieta. Jej mąż był nadzwyczaj sumiennym i inteligentnym leśniczym z wyśmienitym poczuciem humoru. Potrafił wspaniale opowiadać a jeśli jego opowieści wypadały nieraz trochę grubiańsko wówczas „Muttel” kładła mu rękę na ramieniu i mówiła: „nee, aber Voater!” (niee, ależ tato!), ale wciąż śmiała się razem ze wszystkimi. W lecie wszystkie posiłki spożywane były w gęsto porośniętej winoroślą altanie.
Blisko obok leśniczówki mieszkał w swojej zagrodzie Hartmann August. Nie posiadał żadnego bydła, tylko swojego kasztana i ospałą plaukę (brykę myśliwską – przyp. tłumacza). Wyjeżdżał nią do leśniczówki a także robił sprawunki dla wsi w oddalonym o pięć kilometrów Przemkowie. Poza tym pracował przy hodowli lasu wraz ze swoją gospodynią domową Karliną. Była ona o ponad głowę wyższa od niego, chudą, kościstą kobietą, której, my jako dzieci zawsze trochę się baliśmy. Zarówno ona, jak też i on mówili wyjątkowo głośno i zawsze myślano, że wywiązała się dzika awantura u Hartmannów, podczas gdy oni tylko przyjaźnie rozmawiali. Ale przy takiej głośności każde słowo było w altanie wyraźniej słyszane, niż gdyby było powiedziane grzecznie, a to, co tam nie słyszałam na własne uszy, to opowiedział mi potem leśniczy Wolf, gdy była ku temu odpowiednia okazja, ponieważ wiedział on, ile miałam radości z tych historii.
Gdy leśniczy Wolf ustrzelił lub złapał lisa, to Hartmann August ściągał skórę ze zwierzęcia i wówczas mógł zabrać pozostałe mięso dla siebie. Lis był kładziony na kilka dni pod łóżko, aby mięso odpowiednio skruszało. Było ono później pieczone, które to danie on i Karline bardzo sobie cenili. „Doas schmeckt wie Schöps” (to smakuje jak owce) lub „wie der scheenste Hund!” (jak najlepszy pies).
W międzyczasie leśniczy Wolf otruł raz dwa lisy strychniną. August ściągnął z nich, jak to on zwykł mówić „kurtkę”. Leśniczy Wolf pod swoim nadzorem kazał Augustowi zakopać padlinę w głębokiej dziurze. Przy tym dał mu wyraźnie jeszcze do zrozumienia, że strychnina jest szczególnie silną trucizną i ostrzegawczo dodał jeszcze do tego: „Nie jedzcie tylko tych lisów!”. August zapewnił: „nee, nee, wo wär'ich denn!” (nie, nie, no gdzież bym jadł!). Ale po kilku dniach leśniczy Wolf znalazł tą dziurę rozkopaną i oba lisy zniknęły. Pełen podejrzeń wyszukał Augusta i powiedział mu bez ogródek: „Ty cholerny durniu zabrałeś jednak te lisy! Wiesz przecież, że są zatrute!”.
August odwrócił się trochę zakłopotany, ale potem się przyznał: „Säh'n Se, Herr Ferschter, das viele scheene Fleisch tat mich reuen, daß es sillte und ei der Erde verfaulen. Da hab'ich se halt gehullt. Doas Eiwändige ha'm wer tief unter'm Mieste vergraben, dernoachan hat die Karline a Stickel gebroaten, und das ruch halt asu appetittlich. Nu hoan ber doch den aalen
Nupper, der stieht so schunt mit eem Fuße eim Groabe. Däm hoan ber davon a ontliches Sticke hiegetoan, und wie's dem und hoat nischt geschadt, da han ber oo gassen !” (Widzi pan, panie leśniczy, żałowałem tak wiele pięknego mięsa, że zgnije pod ziemią. Dlatego je wykopałem. Potem Karline kawałeczek upiekła i on bardzo apetycznie pachniał. No, mamy starego sąsiada, który już jedną nogą stoi nad grobem. Daliśmy mu kawałek i jak mu on nic nie zaszkodził, wówczas te lisy zjedliśmy!).
Teraz faktem jest, że strychnina nie rozpuszcza się w ciele lecz pozostaje w jelitach. Ale przecież to była taka piękna sztuka!
Tak, Hartmann i jego Karlina nie byli wrażliwi. On był chamski i do każdego z wyjątkiem mojego ojca i leśniczego „Wolfa” mówił na „ty”. Nie przestrzegał też żadnych przepisów policyjnych. Policjant Knappe z Przemkowa omijał go szerokim łukiem, ponieważ gdy robił mu wymówki, to sypał się na niego grad przekleństw i wyzwisk, ale potem robił co musiał. Nikt nie chciał mieć z nim do czynienia, pozwalano mu na wiele i wcale się mu nie pokazywano.
Pewnego dnia burmistrz Przemkowa szedł przez Rynek i zobaczył samotnie stojącą plaukę Hartmanna Augusta a koń, jak zwykle, nie wyprzęgnięty. Wówczas chciał dać przykład i czekał, aż Hartmann August z całym spokojem wyjdzie ze sklepu Otto Eisermanna, gdzie kupił konewkę dla oberżystki z Nowego Dworu. W ogóle nie przyjął do wiadomości burmistrza i zapakował swoją konewkę. Burmistrz dość rozgniewany powiedział, że każdemu woźnicy wiadomo, że istnieje przepis, wyprzęgania konia, gdy woźnica oddala się od powozu. August nie zwrócił na to żadnej uwagi, wspiął się na plaukę i powiedział tylko: „Tummes Aast, stell dich doch salber derzu, hust ja Zeet derzu! Hüh, Brauner!” (Głupie ścierwo, wyobraź siebie samego, czy miałbyś na to czas! Wio, kasztan!)
Ze swoich przejażdżek do Przemkowa August wracał do domu mniej lub bardziej pijany, ponieważ wynagrodzenie posłańca już z góry było wydawane w gospodzie „zur Traube” w wódce, o co Karlina oczywiście słusznie była wściekła. Odpowiednio przyjmowała go w domu a naprawdę wówczas nie była wybredna w swoim wyrażaniu się!
W pewien parny, burzowy, letni dzień, nadinspektor z Przemkowa wybrał się w odwiedziny do swojego brata, który był pastorem w Buczynie, wiosce, która sąsiadowała z Nowym Dworem. Ten otyły pan denerwował się na upał w czasie tej przejażdżki a burza mogła się rozpocząć w każdej chwili. Ucieszył się, gdy nadjechał powóz. Pomyślał: „Lepiej źle jechać, niż dobrze iść!”, ponieważ wehikuł nie wyglądał szczególnie zachęcająco. Pomimo to spytał, czy mógłby się zabrać do Nowego Dworu. Hartmann August, ponieważ to on był woźnicą, zatrzymał się i nadinspektor wsiadł. August był tak odurzony, że w ogóle nie rozpoznał swojego pasażera zwłaszcza dlatego, że ten przy tej duchocie ściągniętą i przewieszoną przez ramię miał swoją długą, czarną sutannę. Biedny pastor za późno zauważył w jakiej kondycji znajdował się August. Tęsknił za końcem przejażdżki, ale droga ciągnęła się niemiłosiernie a odważny kasztan Augusta szedł tak czy owak tylko stępem.
Tymczasem Karlina poddenerwowana wybiegała ciągle na wiejską drogę, żeby wyglądać za Augustem, ale daremnie. Natomiast burza ciągle się zbliżała, także u Karliny. Wreszcie, wreszcie wyłonił się powóz z lasu i skręcił w wiśniową aleję. Grzmot groźnie zagrzmiał, także u Karliny. Stała i groźnie potrząsała uniesionymi pięściami. Cienki warkocz, który na wierzchołku, nie większym od orzecha włoskiego, spięty był spinką do włosów, zwisał i przy wymachiwaniu pięściami latał tam i z powrotem, jak ogon jagnięcia. Ledwo doczekała, aż kasztan stanie. August przezornie dał pierwszeństwo nadinspektorowi. Karlina zaślepiona z wściekłości capnęła pastora za kamizelkę i szarpnęła w dół z powozu. Krzyczała: „Nich alleene, daßde besuffen heemkummst, nee da bringste noch a su een versuffnen Offe mitte!“ (Nie dość, że sam przyjeżdżasz pijany, to przywozisz jeszcze ze sobą zapitego oficjela!). Przerażony, starszy pan, uwolnił się i uciekł biegiem w kierunku Buczyny. Dopiero teraz Karlina zajęła się bliżej Augustem i nie trzeba mieć specjalnie fantazji, żeby wyobrazić sobie, co tam się działo!
Następnego ranka, gdy burza ustąpiła pod każdym względem, Karlina i August usiedli do śniadania. August już wytrzeźwiały, spytał: „Karline, soag amoll, woar das nie gestern der Paster aus Prinken?“ (Karlino, powiedz mi, czy wczoraj to nie był pastor z Przemkowa?). Teraz zaświtało także jej w głowie i zaczęła lamentować: „Ach Jeses, Jeses, was mach'ich ock blußig! Eich zieh' mer'sch Kirchenschakette oan und mach' uff Prinken abbitten!“ (Ach Jezusie, Jezusie, co ja narobiłam! Ubieram zaraz mój wiśniowy żakiet i jadę do Przemkowa przepraszać!). Powiedziano, wykonano. Dwie godziny później stała już w gabinecie pastora i zawodziła i lamentowała. „Już dobrze, droga pani, już dobrze!” odparował nadinspektor, kłopotliwie poruszony.
Gdy Karlina zmarła była lodowata zima. August był w drodze i mieszkańcy wsi wyszli mu naprzeciw ze smutną wiadomością. Ale August powiedział tylko: „Die is nie tot, doas gleeb eich nie!” (Ona nigdy nie umrze, nigdy w to nie uwierzę!). Gdy jednak później stał przed jej łóżkiem, łza spłynęła mu po twarzy.
Karlina spała w górnej izbie, do której w górę prowadziły schody, jak drabina Jakubowa (według Biblii drabina, którą Jakub widział we śnie. Sięgała nieba, a po drabinie schodzili w dół i wchodzili w górę aniołowie - przyp. tłumacza). August wspiął się na górę, zmarła miała być złożona w izbie na dole. Uprościł on tą procedurę, złapał sztywno zamarzniętą Karlinę za nogi i ściągnął w dół po schodach. Przyszedł właśnie leśniczy Wolf i krzyknął z przerażeniem: „August, co ty wyprawiasz?”.
Ten jednak spokojnie odparł: „Die is ja tot, die fiehlt nischte mehr!” (Ona jest już martwa, ona nic już nie czuje!).
Kolejnego dnia przyjechał syn Karliny i August pojechał z nim do Przemkowa, żeby przywieźć trumnę. Zatrzymali się w gospodzie, gdzie obaj mężczyźni chcieli się najpierw trochę zagrzać. Troszczyli się o to tak gruntownie, że nastał już wieczór. Obaj żałobnicy, którzy razem nie potrafili już się utrzymać na nogach, wczołgali się do powozu. Dobry kasztan znał na tyle dobrze drogę do Nowego Dworu, że znalazł ją sam. Tak więc przybyli bezpiecznie do Nowego Dworu, ale trumna…, tak o trumnie obaj zapomnieli.
Przed pogrzebem pastor poprosił o kilka informacji o Karlinie, potrzebnych mu do mowy pogrzebowej, możliwie coś osobistego, coś, co Karlinę wyróżniało by od innych kobiet.
August podrapał się w szyję i długo myślał. Potem przyszło mu do głowy: „Nu, se hoat halt ne schiefe Frasse gehoat!” (No, ona miała taką krzywą gębę!).
*
O rodzinie Kube i innych.
W Przemkowie i okolicznych wsiach żyła pewna bardzo szanowana rodzina Kube. Był tam piekarz Kube, którego żona pochodziła ze wsi Karpie. Pochodziła ona z rodziny Lange, która posiadała piękne gospodarstwo. Właścicielem był „Luiz Langów”. Gdy przyjeżdżał do miasta, nosił ubrane obcisłe spodnie włożone w wysokie kozaki, które zawsze lśniły jak skóra lakierowana. Podobnie błyszczały jego czarne włosy, które po środku uczesane były z przedziałkiem na wzór rogala, wyczesane na każdą stronę, jak u koni. Jego konie były całą jego dumą i to było uzasadnione. Od jego siostry „Piekarki Kubów” każdy wiedział, jaki porządek trzyma ona w swoim domu. Gdy sprzątaczka sprzątała izby, „Piekarka Kubów” zakładała białe rękawiczki, i przeciągała dłonią pod każdą szafą, każdą komodą i w każdym narożniku izby. U niej w czasie Wielkiego Postu były najlepsze piankowe precle.
Najemcą piwnicy ratuszowej był Ernest Kube. Jego żona pochodziła także z wielkiego gospodarstwa rolnego. Przed swoim ślubem w dni targowe sprzedawała masło i jajka, dlatego nazywano ją „Putter-Hannchen” (Maślana Haneczka). Wówczas nie było jeszcze żadnych spółdzielni i każda chłopka sama wyrabiała masło. „Pauern-Putter” (wiejskie masło) było najczęściej bardziej słone. U nas kupowane było tylko do kuchni, następnie roztapiane, odcedzane w kamiennym garnku od soli i używane do smażenia jako tak zwany „Schmalztopf” (naczynie z tłuszczem do smażenia). Na stół kupowane było masło pochodzące z Louisenhof. Na książęcym dominium urządzona była mleczarnia, którą zarządzała, pochodząca z Prus Wschodnich, panna Benende. Na jednej z dłoni miała kaleki palec. Jej specjalnością było chwytanie szczurów gołą ręką!
W chlewie udrażniane od szczurów były rury do odprowadzania gnojówki. Po każdej ze stron stała wówczas jedna osoba z miotłą lub kijem. Panna Benende marszczyła spódnicę żeby żaden szczur pod nią nie wskoczył i chwytała ich rękami. Przy tym została raz przez szczura ugryziona.
Każdego ranka o godzinie w pół do siódmej wyjeżdżał z Louisenhof powóz z mlekiem, plauka, która była ciągnięta przez grubego kasztana. Dojarka zatrzymywała się na rogu domu piekarza Kühna, jego piekarnia znajdowała się w mieście, i zeskakiwała dając dużego susa z powozu po tym, jak zatrzymywała swojego kasztana głośnym „prrrr”. Następnie brzdąkał dzwonek, który do tego posiadał przymocowaną do serca dzwonka specjalną, pięknie plecioną linkę. Mleko czerpane było z kanki, był też twaróg, maślanka a na zamówienie także śmietana i właśnie to masło z Louisenhof, które było pierwszorzędne, ale droższe niż „Pauern – Putter” (wiejskie masło). Dojarka odjeżdżała i w końcu wracała przez Herzebergel do Louisenhof.
Rodzina Kubów częściowo była katolicka a częściowo ewangelicka. W spokojnie przytulnym Przemkowie każdy chodził do swojego kościoła, czy to spokrewniony, spowinowacony, czy zaprzyjaźniony. Jedna z córek Kubów miała nieślubne dziecko, Alfreda Kube, który był uderzająco podobny do księdza katolickiego. Opowiadano także, że „Putter-Hannchen” (Maślana Haneczka) raz porządnie spoliczkowała swoją siostrzenicę i potem powiedziała: „die weeß schont, warum!” (ona już wie dlaczego!). Była ona ładną dziewczyną, która wyszła za mąż później za wójta jakiejś wioski w okolicach Wrocławia i była szanowaną i wspaniałą kobietą.
Katolicki proboszcz Biehler był prawdziwym proboszczem wieśniakiem, oryginałem. Podczas pewnego obiadu z okazji urodzin u księcia w dniu 11 sierpnia, na który zaproszeni byli przemkowscy notable, podniósł kieliszek, przepił do księcia i powiedział: „Na, Prost Hoheit! Beinah' hätten wir mitsammen feiern können, eich hann nämlich den 8ten!” (No, to na zdrowie wasza wysokość! Wkrótce moglibyśmy może znów razem świętować, a mianowicie ja mam urodziny 8-go!).
Nadinspektor Jentsch niestety był wielkim wrogiem katolików, co nie pasowało do stylu. Podczas pewnego zebrania w Piwnicy Ratuszowej (restauracji – przyp. tłumacza) zdarzyło mu się siedzieć akurat obok proboszcza Biehlera. W późnej porze proboszcz złapał za nos nadinspektora, przekręcił go i powiedział: „Lieber Stiefbruder in Christo, was sein Sie bloß für 'ne gemietliche Tütte!” (drogi, przyrodni bracie w Chrystusie, jaką dobroduszną trąbą jesteście!).
Jedna z córek Kube wyszła za mąż za rolnika o nazwisku Faustmann, który posiadał również piękne gospodarstwo. Moja matka kupowała tam często drób i ja także chciałam tam kupić. Gdy moja angielska wychowawczyni, miss Cole, była u nas, pojechałam tam razem z nią. Faustmann przywitał nas uradowany: „Łaskawa panna przynosi nam szczęście, właśnie urodziło nam się piękne cielę!”. Przyjrzeliśmy mu się i cieszyliśmy się wspólnie z nimi. Po kilku tygodniach znów tam pojechałyśmy i przypadkowo właśnie w tym momencie, gdy przybyłyśmy, urodziło się wspaniałe cielę. Rolnik rozpromieniony powiedział: „Zawsze, gdy łaskawa panna przyjeżdża, rodzi się cielę!”. Miss Cole szepnęła: „Aooh, I think this was not so very polite!” (Och, myślę, że to nie było zbyt kulturalne!).
*
Pohl Guste.
Pohl Guste była starą służącą i mieszkała ze swoją starą matką w domu dla ubogich w Przemkowie. Na górnym piętrze swoje mieszkanie miały trzy diakonise. Opiekowały się starą matką Guste, ponieważ nie był ona troskliwa dla starej kobiety. Ta staruszka uskarżała się często tym diakonisom: „Ach soan Se's ock weider amoul dar Guste, se sull nie asu graub meit mer seen!”.
Każdego pierwszego dnia miesiąca Guste szła do plebanii, gdzie otrzymywała kilka marek z kasy dla potrzebujących. Nadinspektora zawsze złościło to, że Guste zawsze żądała tego miłego daru ze słowami: „eich kumm nach der paar Pfeng’n!” (Przyszłam po tych kilka fenigów!). Obiady dla siebie i swojej matki otrzymywała po kolei u pastora, doktora, aptekarza, burmistrza i u nas i chyba także jeszcze w innych miejscach. W porze obiadowej spotykało się Guste w drodze z jej brązowym koszykiem z uchwytami na ramieniu. Tak i w lecie, jak i w zimie Guste chodziła w jednej kurtce, niebieski fartuch zawiązywała z przodu na górze i z tyłu pod kurtką. Nigdy jej nie widziałam bez jej słomkowego kapelusza z nad nim zawiązaną chustką. Pozdrawiała zawsze trochę po wojskowemu z lekko podniesioną do brzegu kapelusza prawą ręką. Kilka razy w tygodniu jeździła z małym wózkiem po wioskach sprzedając tam bułki od piekarza Dudlera a także w zależności od pory roku piankowe precle i pierniczki z pieprzem. Na jej wózku widniała wielka tablica z wyraźnym napisem: „Panna Augusta Pohl”.
U diakonis często była natrętna i z jasnych powodów przychodziła z jakąś sprawą zawsze wtedy, gdy te zasiadały do obiadu lub kolacji. Najczęściej twierdziła, że jest chora. Siostry złościły się na to, ponieważ Pohl Guste była bardzo zdrowa i naprawdę nie cierpiała biedy. Do tego nie dbała specjalnie o czystość. Siostry starały się więc trzymać od Guste z daleka w przeciwnym razie stale zjawiałaby się u nich w kuchni. Raz Guste chciała wyciąć odcisk, innym razem bolało ją gardło. Swoimi dziesięcioma palcami trzymała swoją otwartą buzię i żądała: „Schwaster, sah'n Se mer ock amal ei's Moal, eich hoa an Knull drinne!” (siostry, popatrzcie do mojej gęby, jaką mam narośl w środku!). Nic tam nie można było zobaczyć, ale siostra Hedel wypędzlowała gardło jodyną. Innym razem Guste przyszła do sióstr z mocno zaciśniętą pięścią. „Eich hoa an Kramp ei der Knuche!” (mam skurcze w kościach!). Siostra już przy pierwszym spojrzeniu widziała, że Guste znów symuluje. Wzięła aparat do elektryzacji, przeciągnęła nim po pięści Guste i włączyła prąd. Ja za uderzeniem pioruna dłoń się otworzyła i całkowicie osłupiała Guste powiedziała: „Nee, da wull'n Se meich wull goar noch zum Noar'n hoan?”(Niee, chyba pani chce mieć mnie blisko siebie?). Przez kilka tygodni była kurowana, dopóki nie wymyśliła czegoś nowego. Pewnego razu matka Phol zachorowała na grypę żołądkową i jelitową. Leczył ją radca sanitarny Scharfenberg. Podczas jednej ze swoich wizyt u chorej spytał się Guste: „I jak się matka czuje, czy ma wzdęcia?”. Nasza Guste tego nie rozumiała musiał on jej wyraźniej wytłumaczyć: „Chciałbym wiedzieć, czy wieją wiatry?”. Guste popatrzyła się na niego głupio i wyszła z izby. Po chwili wróciła z powrotem i oznajmiła: „Nee, Winde geh'n nie, die Mihlen steh'n stille!” (Niee, wiatr nie wieje, wiatraki się nie kręcą!). Raz Guste miała zapalenie oczu, które było leczone przez doktora Scharfenberga. Spotkał Guste w miasteczku i spytał, jak jest z jej oczami. Guste odpowiedziała: „Eich sah nischte nich!” (nic nie widzę). Lekarz nie był jednak z tej odpowiedzi zadowolony. Powiedział: „Ale mnie jednak pani widzi!”. „Tak”, odpowiedziała Guste i dodała : „Ihnen sah ich schont, aber woas Gescheutes sah ich nie!” (pana widzę, ale już nie widzę, co pan zrobił mnie lecząc).
Pewnego razu Guste spytała siostry: „Wie alt sein Se'n eintlich?” (ile ma pani właściwie lat?). Siostra Maria odpowiedziała, że ma trzydzieści siedem lat. „Nu,” (no) powiedziała Guste, „da ham' Se aber noch a glattes Lader!“ (to ma pani jednak jeszcze gładką skórę!).
Raz Guste znów poszła na plebanię „po tych parę fenigów“. Nadinspektor obchodził właśnie dzień swojego dwudziestopięciolecia służby. Plac kościelny udekorowany był honorowymi bramami i girlandami, miasto i cała parafia najserdeczniej uczestniczyła w tym honorowym dniu pastora. Duży korytarz na plebanii pełen był zielonych roślin i najpiękniejszych wiązanek kwiatów. Zjawili się goście i kucharka krzątała się pracowicie tu i tam w swoim wykrochmalonym, jak sztywna deska, białym fartuchu. Przyjazna siostra pastora położyła do nieodzownego koszyka Guste specjalnie większy kawałek ciasta. Jubilat z trochę mniejszym namaszczeniem co do godności tego dnia spytał Guste: „No Guste, czy pani wie, co za dzień dzisiaj mamy?”.
Guste, która tego w ogóle nie pojmowała, odpowiedziała tylko: „Joa, Sinnobend!” (tak, sobotę!).
*
Panna Richter.
Ona mieszkała w Przemkowie po długiej stronie Rynku, dom należał do niej. Wcześniej prowadziła firmę specjalizującą się w sprzątaniu. Do piękności nie należała, dolne zęby odstawały mocno na zewnątrz a przez to dolna warga była mocno eksponowana. Potocznie nadano jej przezwisko „Anndel mit der Streuschwinge”. Jej suknie wykonane były według jednego, tego samego kroju „Rock und Schnebbentaille” i niezależnie od tego, czy były szare, czy czarne, z przodu, przy szyi zapinane były wielką, granatową broszką. Z kołnierzyka i nadgarstków wyglądały białe falbany, tak zwane „Einheftel”. Tak to ze swoją szczupłą, szarą głową i przyjaznymi, niebieskimi oczami była dostojnym zjawiskiem, zawsze mile widzianym. Tam, gdzie mogła pomóc, robiła to i prawdopodobnie wiele dobrego uczyniła. Osobliwy był jej bardzo powolny, spokojny sposób mówienia. Pewnego razu skarżyła się jedna kobieta interesu, że mają tak wiele wierzytelności a zawsze trudno było odzyskać pieniądze. Panna Richter powiedziała: „Bei mir gab's das nie. Wenn die Leute und wollten an Hutt kaufen, da hab'ich glei gefragt, ob se's Geld mitte hoaten. Und wenn se meenten 'nee', da hab' ich glei gesagt: a Hutt is Hochmutt, wer de keen Geld hoat, der mecht' sich a Tichel umbing !” (u mnie tak nigdy nie ma. Gdy ludzie chcą kupić kapelusz, wówczas zaraz pytam, czy mają pieniądze. A gdy mówią, ‘niee’, wówczas zaraz też mówię: ‘że kapelusz, to jest próżność i kto nie ma pieniędzy, ten go niekoniecznie potrzebuje’).
Pastor założył jedno stowarzyszenie misyjne, coś w rodzaju patronatu dla stacji misyjnej w Indiach. Dwa razy w miesiącu spotykały się różne kobiety, szyły i wykonywały robótki ręczne i przy różnych okazjach sprzedawano potem te rzeczy a pozyskane pieniądze przekazywano dla misji Gossnera w Berlinie – Friedenau. Panna Richter udzielała się przy tym gorliwie i robiła przepiękne rzeczy. Kiedyś powiedziała: „Ich hatt' amal an Pompadour, där woar Ihnen herrlich, dän hab' ich der Missi-ohn vermacht.” (miałam kiedyś pompadour – damska fryzura z włosami zaczesanymi do góry – przyp. tłumacza, która była wspaniała i darowałam ją dla misji). Powiedzenie to jest jeszcze dzisiaj złotą myślą u nas.
*
Stara matka Müllern.
Nie mogę sobie w ogóle wyobrazić mojego dzieciństwa bez starej matki Müllern. Była ona pracownicą leśną w szkółce leśnej w pobliżu naszej leśniczówki, ale pracowała też wiele w naszym ogrodzie. Lubiła mówić, że przyszła do nas w dniu moich urodzin i mój ojciec powiedział jej radośnie: „Matko Müllern, urodziła nam się mała córeczka!”. „Da hab'ich gesoagt, Gott sei Lob und Dank, daß nie wieder a Jung-Rackerzeug ies. Aber wie Gott a Schaden besahg warschte viel schlimmer als wie a Jung!” (wówczas powiedziałam, Bogu dzięki i chwała, że to znów nie jest skurczybyk chłopiec. Ale strata potem będzie gorsza, jak przy chłopaku!). Odkąd pamiętam, często bywałam później u niej w ogrodzie. Pewnego razu sadziła sałatę na długiej grządce, a ja miałam podawać jej ciągle sadzonki. Miałyśmy oswojonego i bardzo inteligentnego kruka, którego nazwałyśmy Jakub, z którym miałyśmy wiele zabawy, który jednak także wiele broił. Właśnie teraz wyjaśniła mi: „Siehste, ma muß die Sallate asu feste pflanzen, daß se und hält an Gänsezieps aus!” (widzisz, sałatę trzeba mocno zasadzić, żeby wytrzymała potem szczypanie gęsi!). Na końcu grządki wyprostowała się i chciała z przyjemnością obejrzeć swoje dzieło, zesztywniała jednak jak zamieniona w słup soli żona Lota. Jakub niezauważalnie skakał za nią wyciągał z ziemi każdą posadzoną roślinkę i kładł obok! Sałata nie wytrzymała więc „szczypania kruka”!
Jakub umiał także łudząco naśladować głos mojego ojca z jego lekko saksońskim akcentem. Moja matka nie była przy tym całkiem bez winy, ponieważ ciągle wymawiała przed ptakiem aby ten powtórzył, specjalne powiedzenia mojego ojca, takie jak „Ich leeche an, ich lasse fahr'n und rrumms, da laach är!”. Nasz woźnica nazywał się August Wagenknecht. Gdy mój ojciec był w domu, August trzymał się niego zawsze w pobliżu w zasięgu słuchu, ponieważ gdy mój ojciec się spieszył, nie można było stracić czasu na zaprzęganie koni i podjeżdżanie. Jedyne, co musiał ojciec wówczas zrobić, to krzyknąć przez otwarte okno swojego gabinetu: „August, zaprzęgać!” i w najkrótszym czasie powóz stał gotowy do jazdy przed drzwiami domu.
W skwarny, późno-letni dzień, gdy należało się liczyć z pożarami lasów, dało się znów słyszeć z otwartego okna izby mojego ojca: „August, zaprzęgać, mały powóz myśliwski!”. August zostawił wszystko, zaprzągł konie i za kilka minut podjechał. Ale mój ojciec się nie zjawił. Po dziesięciu minutach konie stały się niespokojne a także August zaczął się denerwować. Ponieważ nie mógł zejść z kozła powozu, sięgnął batem do domowego dzwonka i zadzwonił na trwogę. Akurat jedliśmy i pokojówka doniosła, że podjechał August. „Nie zamawiałem go”, powiedział mój ojciec. August zaklął: „To znów był ten cholerny drań kruk!” i znów mógł wyprzęgać konie.
W dniu moich urodzin, jedną z pierwszych osób składających mi życzenia zawsze była matka Müllern. Lubiła potem obdarować białymi i czerwonymi kwiatami w doniczce własnej roboty a raz naturalnej wielkości, żółtym kanarkiem, nazwanym „Kanaillenvogel”, wykonanym z żółtego pluszu, który kołysał się w pierścieniu w kolorze zielonym. Był pomyślany wychwytywacz kropli, zawieszany pod lampą naftową. Uważałem go za cudowną rzecz i bardzo go lubiłem. Później, jako prezent urodzinowy dla mnie, pozwoliła sfotografować się u fotografa „Nählerna”. Fotografia to ucieszyła mnie w sposób nie do opisania a matka Müllern była bardzo zaszczycona, że jej wizerunek przyklejony został w moim albumie ze zdjęciami obok moich krewnych. To było urocze zdjęcie. Matka Müllern siedziała bardzo godnie w dobrej, czarnej spódnicy, jedwabnej kurtce i fartuchu, na głowie miała damski kapelusz z kokardką pod brodą, wyglądając miło i sympatycznie przy małym stoliku a w rękach trzymała jej śpiewnik. Obok niej na podłodze stała pokojowa lipka a tło stanowiła starannie złożona aksamitna zasłona. Ciągle jeszcze wyraźnie mam przed oczami to piękne zdjęcie.
Po wczesnej śmierci mojej matki nasza więź stała się jeszcze bardziej intymna. Czuła się częściowo odpowiedzialna za mnie. Mieszkała ona wówczas w starym jak świat glinianym domu z muru pruskiego z malutkimi okienkami i dzielonymi drzwiami. Górna połowa tych drzwi miała malutkie okienko i w ciepłej porze roku cały czas było otwarte. Całe drzwi były tak niskie, że gdy wchodziłam do domu, także jako na w pół dorosłe dziecko, zawsze musiałam się schylać. Gruby bluszcz pokrywał ściany i wyrośnięty był aż do słomianego dachu. W ogródeczku przed domem kwitły malwy i słoneczniki. W tym czasie nie chodziła już do pracy, pomagała jednak jeszcze przez wiele lat u nas w ogrodzie i zawsze coś sobie dorabiała. Jej siostra, matka Sommern, w wieku pięćdziesięciu lat musiała sprawić sobie okulary do czytania, dlatego matka Müllern pomyślała sobie, że dobrze by było, gdyby ona także takie okulary sobie kupiła. Ponieważ ona jednak właściwie żadnych okularów nie potrzebowała, kupiła sobie na jarmarku za pięćdziesiąt fenigów okulary ze zwykłym szkłem. „Ma hoat amoll viel meh Oasahn bei a Leuten!”. Wyznała mi potajemnie: „So sah eich ja ganz gutt demitte, aber wenn eich will baten und läsen, da sah eich meit dam verflischten Dinge nischte und wenn eich will näh'n, do geiht's egal dernaber!” (Tak, ja więc całkiem dobrze widzę, ale gdy chcę się modlić i czytać, to ja nic nie widzę przez ten przeklęty przedmiot, a gdy chcę coś przybliżyć, to po prostu podchodzę bliżej!).
Często ją odwiedzałam i gdy kochany, stary domek z gliny zaczął grozić zawaleniem się, matka Müllern przeprowadziła się w nasze pobliże do izby na piętrze u Kahlmannów. Była to porządna izba dla starszych pań, pobielona, na parapecie okiennym stały pelargonie i mirty, jej kołowrotek w rogu, na stoliku śpiewnik, a jej żółty kanarek w klatce na ścianie. Dla mojego wykształcenia uważała za nieodzowne abym nauczyła się prząść a ja również chciałam się tego nauczyć. Początek był trudny ale ona miała wiele cierpliwości i pocieszała: „Lernt doch a Bär das Tanzen, do wirscht doch Du's Spinnen lernen!” (Przecież nawet niedźwiedzia można nauczyć tańczyć, to także i ty nauczysz się prząść!). „Mädel, du mußt der nie kuntra traten” lub „das ahle verflischte Geteel-Mannel leit der schont wieder unten uff'm Treitlich!”. Ale z czasem się tego nauczyłam! Po jednej z ciotecznych babek odziedziczyłam kołowrotek z drewna śliwkowego a później wiele wspólnie przędłyśmy. Mój ojciec kazał uprawiać trochę lnu, żebyśmy miały później go do przędzenia. Tak też później miałam w moim posagu wiele ręcznie utkanego płótna, ręczników i przepięknych prześcieradeł.
Podczas przytulnego wspólnego przesiadywania z sobą opowiadała mi wiele historii z jej życia. Urodziła się w 1827 roku we wsi Karpie i nazywała się Karolina Fabig. W szkole nie wydawała się być specjalnie błyskotliwa, jej świadectwo konfirmacyjne na którym były też oceny ze świadectwa szkolnego, wykazywało dość słabe oceny. Widzę jeszcze wyraźnie przed sobą ten trochę poszarzały, grubo włóknisty papier. Na górze znajdowała się biblijna sentencja i albo właśnie był tylko ten typ formularza, albo dobry pan pastor musiał się pomylić, ponieważ było tam napisane: „Jak młodzieniec ma podążać swoją drogą nienagannie? Jeżeli trzyma się Słowa Bożego!”. Opuściła szkołę jako „Kleemoad bei Pauern”. Była bardzo mała i krępej budowy ciała i ze śmiechem opowiadała, że gdy przy młócce cepem uskarżała się często na ból pleców, była przecież jeszcze dzieckiem, wówczas starsza służka w gospodarstwie za każdym razem przekomarzała się z nią:
„Du? Rickenschmerzen? Du hust ja gorkenn Ricken, du hust ja Kupp und Oarsch beenander!” (Ty? Ból pleców? Ty nie masz wcale pleców, przecież ty masz głowę obok dupy!).
Na swoje wesele ubrany miała czepek z długimi, jedwabnymi wstążkami z wyhaftowanymi różami. Na wierzchu przyszyte były czerwone i złote cekiny. Wewnątrz czepek był podszyty niebiesko białym, pikowanym w kostkę, płótnem pościelowym. Podarowała mi ten czepek, który był dla niej najcenniejszą rzeczą, a także do tego „Plente”. Była to ręcznie robiona spódnica, w czerwone, zielone i czarne paski, tak samo szeroka u góry, jak i na dole, tylko że pofałdowana. Nie chciała, żeby te rzeczy wykorzystywane były do, jak ona to mówiła: „zum Komeidchenspiln” (odgrywania komedii). Jej córka Luiza dawno już nie żyła, a jej dwójka dzieci nie miała do tego zrozumienia. Odwiedzały one wprawdzie swoją babkę w święta, ale po za tym nie było między nimi żadnej bliskiej relacji. Bardzo często nosiłam ten czepek i tą spódnicę i ona była z tego bardzo dumna.
Raz opowiedziała mi o nocnej burzy: „S'woar hie Gelichte und doa Gelichte, doas Himmel toat sich immer kreuzweise ausanander und eich ducht'mer, nee, du himmlischer Voata, du hust ooch wetter nischte dort druba wia lauter Feuer! Und das Leng'sche Lumpweeb hoatte gemeent, ‚wie hinte Noacht die Hunde a su bullen, doa bill inse ooch‘”.
Chętnie opowiedziała mi o wielkim przeżyciu, a mianowicie jej podróży pociągiem. Moi rodzice byli w odwiedzinach w Chocianowie i moja matka zapomniała tam swojego futrzanego kołnierza, jednak pilnie go potrzebowała, ponieważ następnego wieczoru na jednym koncercie miała śpiewać. Tak więc matka Müllern miała tam pojechać koleją i były to tylko cztery stacje po drodze. Dostała ze sobą list wyjaśniający dla hrabiny Dohna – Schlodien. Ugoszczono ją kawą i ciastem, potem poszła z nią młoda dama i w zakładzie ogrodniczym pokazała jej słynne szklarnie. Czegoś tak wspaniałego jeszcze nigdy nie widziała. A potem ta piękna podróż pociągiem! „Doa eich nu zuricke woar, macht' eich glei meit dam Pelze ei a Soal wou deene Mutter und toat sing'n. Wie eich nei koam, soagh die Mutter schunt noach mir. Eich neigt ock blußig meit eam Kuppe, doa wußte se glei Bescheid, die ahle Millern ies doa und a Kroaga hoat se oo mitte. Doa sung se glei wie a Engel” (Ponieważ teraz wróciłam, udałam się z futrzanym kołnierzem do Sali, gdzie miała śpiewać twoja matka. Gdy przyszłam, twoja matka już za mną wypatrywała. Skinęłam głową, żeby wiedziała, że jest już tu stara Müllerowa i ma ze sobą kołnierz. Potem śpiewała jak anioł).
Matka Müllern miała obsesję na punkcie przesądów, ale przy niej nie można było tego tak nazwać. Tak też mocno wierzyła w to, że w każdym domu, mieszka mały, dobry duch domu „das Kobel”, prawdopodobnie wywodzący się od skrzata. Miał on żyć pod progiem i opuszczał dom, gdy ludzie byli źli i kłótliwi, ale przed tym robił im psikusa. Gdy ludzie wyprowadzali się z domu do innej okolicy Kobel siedział najpierw przez jakiś czas smutny koło domu, ale potem wyruszał w drogę, żeby odnaleźć swych ludzi. Czuli się oni potem dopiero swojsko w nowym domu, gdy Kobel ich znalazł i zamieszkał pod progiem. Oczywiście wierzyłam w to mocno, także wiele lat później. W długiej tułaczce w styczniu 1945 roku moglibyśmy przysięgnąć, że po drodze w ciemnościach widzieliśmy siedzących na palach płotów wielu smutnych Kobli, którzy w długich kolumnach pojazdów, wypatrywali za swoimi ludźmi.
Podobnie wierzyła, że w dwanaście świętych nocy (czas pomiędzy Wigilią a świętem Trzech Króli – przyp. tłumacza) pani Holle przechodzi się po domu z pękiem kluczy i zagląda do każdej szafy i do każdej szuflady. U kogo panuje nieporządek, ten w nowym roku będzie miał odpowiednio dużo pecha. Dlatego też niektóre gospodynie domowe przed świętami Bożego Narodzenia szczególnie dokładnie sprzątały, żeby uniknąć ciągu pechowych zdarzeń!
Matka Müllern umiała też „zaklinać”. Były trzy rodzaje zaklęć, którymi były: „Mißt die Verzehrige”, „Streich's Herzgespann” i „Stillt die Wehtat”. Na podeszwie stopy, pod poduszką palca, miałam bardzo bolesne miejsce, gdzie wyrosła mi brodawka, której nic nie mogło usunąć. Także lekarz sobie z nią nie umiał poradzić. Ponieważ bardzo mi ona przeszkadzała przy chodzeniu, poskarżyłam się matce Müllern. Skinęła poważnie i powiedziała: „Eich bring dir'sch weg, aber du darfst zu niemand drieber räden, und darfst deich nie wundern, wenn eich een Morgen und kumm' nei zu dir, ohne Ankluppa und keen Gruß und nischte nich soag. Du derfst dann oo nie etwann nachgucka”. (Usunę ci ją, ale nie powinnaś o tym nikomu mówić i nie powinnaś się dziwić, że któregoś ranka przyjdę do ciebie, wejdę bez pukania do drzwi i nic nie będę mówić. Nie możesz potem nic sprawdzać co zrobiłam). Na wszystko się zgodziłam. Po jakimś czasie, nie wiem dokładnie, czy przy przybywającym, czy ubywającym księżycu, a to było bardzo ważne, moja dobra, stara matka Müllern, o świcie weszła krocząc poważnie i bogobojnie, jakby podczas jakiegoś świętego aktu, do mojej sypialni. Trzykrotnie czymś miękkim pogładziła mnie w bolącym mnie w formie krzyża, coś do tego powiedziała i w milczeniu wyszła. Odbyło się to tak godnie i bez żadnego Hokus pokus, że byłam pod wielkim wrażeniem. Na początku musiałam się bardzo kontrolować, żeby nie sprawdzać, co ona tam zrobiła, ale potem o tym zapomniałam. A gdy po około dwóch tygodniach zauważyłam, że podeszwa mnie już nie boli, spojrzałam i stwierdziłam, że wszystko jest już tam zdrowe. Brodawka zniknęła. Matka Müllern powiedziała mi potem, że miejsce to posmarowała mi świeżym mięsem, które ukryła później pod okapem dachu. Gdy potem ten kawałek mięsa się rozłoży, ból minie („Stillt die Wehtat”). Ale trzeba to zrobić z miłością! A ona na pewno tak zrobiła!
W Wielki Piątek lub w Niedzielę Wielkanocną o świcie, postawiła w milczeniu i z godnością kankę z wodą wielkanocną na mojej szafce pod umywalkę, wykonała nad nią znak krzyża i wyszła bez słowa.
Gdy kiedyś wyjechałam na dłużej i odwiedziłam moją kochaną staruszkę po moim powrocie, odzywała się do mnie ciągle przez „pani”. Gdy wówczas energicznie zaprotestowałam, że coś takiego w ogóle nie wchodzi w rachubę, wówczas powiedziała: „doas poßt sich jetze nich mehr fer meich, aber wißte, wieste noch asu kleene woarscht...” (to teraz dla mnie tak nie uchodzi mówić, ale wiecie, byłyście jeszcze taką małą) i znów wszystko było po staremu.
Matka Müllern miała swoją małą emeryturę i swoje małe oszczędności. Ponieważ obliczyła, że ona, tak jak Sommerowie, umrze w wieku siedemdziesięciu lat, przy swoim skromnym życiu wcale nie musi się martwić. Miała też jeszcze płacone przez mojego ojca za przędzenie lnu. Jednakże ponieważ z roku na rok nadal żyła w fizycznej i umysłowej świeżości, to bardzo się martwiła, na jak długo starczy jej jeszcze pieniędzy. Jej wielkim marzeniem było, mieć kiedyś piękny pogrzeb. Tak też wykupiła miejsce na grób na cmentarzu obok grobu jej córki, pielęgnowała je i obsadzała kwiatami i wnosiła przy tym swój wkład, jak to mówiła: „a jedes moal a Vaterunser mitte hien, denn wenn du amoal und bist verheirat, wer soll mer ock da nooch und eens hietraan!”. Potem stolarzowi Keilingowi zapłaciła za trumnę a także brukarzowi Maiwaldowi za krzyż. Pokwitowania z książeczką oszczędnościową znajdowały się w kartonie. Było tam wszystko przechowywane, czego potrzebowała by do położenia jej do trumny: Kocyk, białe pończochy, białe prześcieradło, mały, biały czepek, koszula i jej dobry śpiewnik. Często pokazywała mi to wszystko z cichą radością, ponieważ musiałam mieć tą informację. Ale żyła nadal i miała już dziewięćdziesiąt dwa lata. Wybuchła I Wojna Światowa i stopniowo kwestia tak ważnego dla niej pochówku stała się dla niej wielką troską, która nie dawała jej spokoju. „Wenn mich ock der himmlische Voater holen täte, ehb doaß mei Geld alle ies, und fall nie etwann der Gemeende zer Loast!” (Gdy ojciec niebieski mnie już zabierze, to są moje pieniądze, żebym nie była ciężarem dla gminy). Pocieszaliśmy ją i mówiliśmy, że zatroszczy się o wszystko mój ojciec, jako podziękowanie za jej miłość i wierność. Wówczas odpowiedziała: „Doas ies aller Ehren wert von Euch, und eich dank' Euch meit dam ganzen Herze, aber eich mechte's doch noch kenn'n aleene be-zoahl'n”(To jest godne pochwały i dziękuję wam z całego serca, ale nie chcę, żebyście sami musieli za mnie płacić).
W dniu 1 lutego 1919 roku przyszła do nas pani Kahlmann, jej gospodyni i zameldowała, że matka Müllern leży martwa w łóżku. Poszłam z nią natychmiast i zobaczyłam ją spokojną i cichą, prawdopodobnie martwą. Złożyliśmy później tą dobrą staruszkę do trumny, tak jak sobie tego życzyła i wszystko zamówiliśmy. Ponieważ w dniu pogrzebu panował siarczysty mróz, pastor kazał wstawić trumnę do kościoła. To była piękna uroczystość, dzieci śpiewały z chóru. Gdyby matka Müller to wiedziała, na pewno byłaby szczęśliwa. Przybyła nawet orkiestra dęta straży pożarnej i zagrała marsz żałobny, gdy trumna odprowadzana była na miejsce pochówku. To był kawałek utworu, którego nikt nigdy wcześniej nie słyszał. Na pytanie, co to był za fragment, padła odpowiedź: „Nu, es woaren wie immer die ‘Alten Kamraden’, oaber bei dar Kälte kunnten ber nie und zusoammen kumm'n” (no, to są jak zawsze ‘starzy towarzysze’, ale przy takim mrozie nie mogli się wszyscy zebrać).
Lekarz stwierdził, że zmarła dopiero nad ranem 1 lutego, dlatego jej renta wypłacona została jeszcze za cały miesiąc. Tak więc pieniędzy wystarczyło na pogrzeb, pozostały nawet jeszcze dwie marki i na życzenie jej zięcia przekazane one miały zostać dla rannych, którzy stracili wzrok podczas wojny. Tak więc spełnione zostało najgorętsze życzenie matki Müller, nie stała się po śmierci dla nikogo ciężarem, droga, wierna dusza.