Boże Narodzenie mogłam jeszcze spędzić w domu, potem chodziło o to, żeby szybko się wyposażyć i zaraz po Nowym Roku udałam się w podróż, naprzeciw nowemu życiu. Był posępny, wilgotny i zimny dzień. Około godziny dziewiątej wieczorem przybyłam do Niegosławic, gdzie czekał na mnie na dworcu kolejowym lokaj w liberii w żywych kolorach rodu Szlezwika - Holsztynu. Obładował się moim bagażem podręcznym i poprowadził mnie do powozu, na którym siedział wytworny stangret, pozdrawiając mnie z wyprężonym batem. Potem zostałam jeszcze starannie otulona przyniesionym futrem i kocem i ten wielki powóz ruszył powoli, ślizgając się w miękkim śniegu i głębokim piasku. Zamieć stawała się coraz bardziej intensywna. Otaczała nas głęboka ciemność. Podróż, jak mi się zdawało, trwała całymi godzinami. Nagle na niebie dało się widzieć wielką, czerwoną łunę pożaru, przed którą poruszały się czarne postacie z huty żelaza, która należała już do wielkiego majątku ziemskiego Przemkowa! Potem znów przenikliwa ciemność i subtelna woń oblały nas przy przestępowaniu progu. Lokaj zaprowadził mnie na pierwsze piętro do wielkiego, przytulnego, ozdobionego pięknymi kwiatami pokoju. Stała w nim milutka postać, czarująca księżna Karolina Matylda, nazywana w rodzinie „Calma”, w do połowy wydekoltowanej, różowej sukni wieczorowej. Pozdrowiła mnie serdecznie. „To jest teraz pani królestwo”, powiedziała i otworzyła także drzwi do przyległej sypialni i do pokoju za nią, gdzie udzielana była nauka. „Inni” poszli już chyba do swych pokoi, zobaczę ich jednak rano, ponieważ o godzinie ll.00 księżna chciała zapoznać mnie z księżną Feo. Przyjdzie po mnie lokaj. Potem na wielkiej tacy przyniesiono smaczną, ciepłą kolację. Księżna życzyła mi dobrej nocy i poszła. Następnego poranka przebudziłam się na to, jak po cichu wtoczony został do mojego pokoju wielki brodzik. Pokojówka rozłożyła na podłodze przykrycie w kolorze białym, postawiła na tym wielkie dzbany z zimną i gorącą wodą i oddaliła się w milczeniu. (Ponieważ tak zaopatrywano każdego gościa, stanowiło to dużo pracy dla tych ludzi. Łazienki nie było wówczas jeszcze nawet w zamku królewskim w Berlinie). Pół godziny później przyniesione zostało smaczne śniadanie. Moje pokoje wychodziły na przednią stronę, na dziedziniec zamkowy, dookoła którego rozrzucone leżały różne budynki, po prawej stronie pałac książęcy, który przeznaczony był w szczególności do ulokowania książęcych gości i do którego przylegało przytulnie miasto, następnie dom rycerski i dam dworu.
Księżna przyjęła mnie w swoim „różowym gabinecie”. Oddalona na sofie, otoczona mnóstwem dużych i małych lalek, siedziała delikatna, mała księżniczka. Wstała i podała mi rękę, przypatrując się mi badawczo. Potem poprowadziła mnie do swoich, leżących naprzeciwko parku, pomieszczeń, w których przebywała z panią W., jej piastunką i jej Filipiną, młodą dziewczyną, na wpół panną, na wpół towarzyszką zabaw – żeby nie zapomnieć o głównej osobie – z puszkiem, jej ulubionym, grubym pudlu o piaskowej maści.
Około południa gong wezwał nas na drugie śniadanie, po tym, jak wcześniejszy gong przypomniał nam, żeby się przedtem umyć. Zgromadziliśmy się na dole w pięknej „hali”, czymś w rodzaju oranżerii z kwitnącymi kameliami i kominkiem, w którym trzaskał rozkoszny ogień. Tutaj poznałam także trzecią córkę księżnej, wesołą księżną Luizę Zofię, zwaną „Jaja”; była ona bardzo podobna do swojej najstarszej siostry, księżnej, żony księcia pruskiego Wilhelma, późniejszej niemieckiej cesarzowej Augusty Wiktorii, za którą także często była brana – i księcia Ernesta Günthera ich jedynego syna. Oboje powitali mnie serdecznie. Gdy zjawiła się księżna, poszliśmy razem z nią do przyległej jadalni. Rozmowa była żywa i niewymuszona, tak, że wkrótce czuło się swojsko. Uroczysty był także marszałek domu, który z godnością wyprzedzając lokajów, zjawiał się z nimi przy każdym gongu, nadzorował usługi, nalewał wino i potem wycofywał się ze swoimi podwładnymi, ażeby znów zjawić się również uroczyście podczas następnego gongu. Po śniadaniu przychodzili goście w długich, błyszczących trenach; był to symbol z Przemkowa, stado pawi, postrach ogrodników, które każdego dnia dokładnie w tym czasie przylatywały z drzew w parku na taras zamkowy, żeby na powitanie przyjmować z rąk księżnych resztki chleba ze stołu. Czy śniadanie od czasu do czasu spożywane było wcześniej, czy później, to ich nie martwiło. Były one zdumiewająco punktualne i ich zegar nigdy nie chodził na opak. Meldowały one także przybycie gości. Gdy powóz jechał przez parkowy most, wówczas trzepotały skrzydłami z głośnym wrzaskiem. Stara dama dworu, panna von Krogh, także obecna była przy stole. Przez 43 lata służyła wiernie trzem generacjom państwa i zaliczana była całkowicie do rodziny. Złożyłam jej wizytę i poprosiłam o wprowadzenie mnie choć trochę w ceremoniał; ale to, co powiedziała, nie ustępowało nic z niejasności i wieloznaczności wyroczni delfickiej, poza jednym praktycznym zdaniem: „Nie przychodź nigdy do swej księżnej, gdy nie byłaś wzywana”. Zapamiętałam je sobie.
W pierwszym śniadaniu księżna nie uczestniczyła. Do obiadu, który był najczęściej o godzinie 7 wieczorem, przywdziewało się, tak jak w Anglii, strój wieczorowy. Potem księżna Feo szła do góry, a my udawaliśmy się do salonu, gdzie muzykowano, czytano i wykonywano robótki ręczne do czasu, aż księżna poszła do swojego pokoju. Poza posiłkami widywałam moją uczennicę tylko podczas dwóch godzin, na które przychodziła do mnie codziennie na naukę. Na tym moje usługi się kończyły. Tak minęło kilka tygodni. Księżna wyglądała godnie politowania i nie rozwijała się tak, jak powinna. Nie mogłam odwzajemnić się za bądź co bądź dobrą pensję, którą otrzymywałam. Tęskniłam za bardziej użyteczną pracą i poprosiłam księżną Calmę o uzyskanie zwolnienia mnie ze służby u pani księżnej. Ale ona nie chciała nic o tym słyszeć. „Jeżeli chce mieć pani więcej pracy”, powiedziała, „to Jaja i ja będziemy pani wdzięczne za historię francuskiej i angielskiej literatury, a co tyczy się wychowania Feo, to leży to całkowicie w pani rękach. Pani W. jest pani podporządkowana i wie o tym”. Zmieniło to oczywiście cały stan rzeczy. – „Proszę mi powiedzieć Feo”, spytałam ją następnego poranka, „czy nie sądzi pani właściwie, że jest pani naprawdę pięknym, silnym dzieckiem?”. „Jestem marnym zdechlakiem; o, i nienawidzę tego tak u siebie, jak i u innych”, krzyknęła uniesionym głosem. „Lekarze mówią, że według nich jest pani całkowicie zdrowa”, odparłam, „wcale nie widzę też tego, dlaczego nie miałaby być pani także silna. Tylko musi żyć pani całkiem inaczej jeść to, co pani nie chce i zrezygnować z wielu rzeczy, które sprawiają pani przyjemność”. „Ależ ja tego chcę!”, odpowiedziała zdecydowanie. „Ale nie tylko na kilka tygodni, lecz na lata, może na zawsze! Czy pani będzie tego chciała?”. „Tak, będę!”. Ta cała osóbka była siłą woli i jak dotrzymała swojego słowa! Później umówiłyśmy się, że przy każdej potrawie, która została jej podana, spojrzy na mnie i weźmie wówczas, gdy ja delikatnie skinę głową. Szczególne warunki czyniły tą umowę konieczną.
Wielki obraz olejny księżnej z jej młodzieńczych lat pokazywał, jak musiała być pełna wdzięku. Być może pochodził on z czasów, gdy przebywała na dłuższej wizycie u królowej Wiktorii, jej ciotki w Anglii. Napoleon III wielokrotnie tam o nią zabiegał, ale otrzymał kosza, ponieważ królowa nie miała zaufania do jego charakteru. „A ja, głupie stworzenie płakałam”, opowiadała mi księżna. „Chciałam być tak bardzo cesarzową Francuzów! Nie wiedziałam także, o ile lepszy i szlachetniejszy towarzysz życia był mi wyznaczony”, dodała do tego przepraszająco. Jej urodę przewyższał jeszcze jej rzadki talent muzyczny. Z uroczo pochyloną głową siedziała przy fortepianie godzinami. Jeden pomysł następował po drugim, ale najlepsze przychodziły jej dopiero po północy. Dlatego siedzieliśmy najczęściej do bardzo późnych godzin. Gdy słyszała jakiś nowy kawałek, jakąś nową operę, to odtwarzała wszystkie główne melodie bogato i wspaniale skomponowane. „Któż miałby taki talent”, mówili często znani artyści, z którymi muzykowała. Sama nic sobie z tego nie robiła. W towarzystwie grała tylko z nut, które żmudnie odszyfrowywała, ponieważ była krótkowidzem. W Dreźnie bywało u niej ongiś kilkoro znakomitości z opery. Siadała za fortepianem, podawała motyw, wołała do nich: „D-mol” i zaczynała preludium. Ale inne instrumenty nie odpowiadały, głucho milcząc. „Wasza Wysokość, możemy grać tylko to, czego się nauczyliśmy”, wyjaśniali jej. Księżną było ciężko o tym przekonać. „Artyści jak wy”, zauważała. Musiałaby żyć w XVI wieku we Włoszech; tam było się wykształconym muzycznie wystarczająco, ażeby móc tak improwizować, jak pokazuje to znany obraz Giorgione „Koncert”, gdzie dwóch mnichów, jeden z organami postawionymi na stole, drugi z gitarą w rękach, umawiają się razem, podczas, gdy śpiewak w bogatym, po kobiecemu wystrojonym kostiumie, stoi przy tym wyczekująco.
W swojej olbrzymiej miłości i opiece książę Fryderyk starał się trzymać swoją piękną, genialną, młodą małżonkę z daleka od szarej rzeczywistości dnia powszedniego a później nawet także wziąć całkowicie w swoje ręce wychowanie dzieci. Naradzał się nad każdym szczegółem z ich wychowawcami i wychowawczyniami i określał wszystko a tak wielkie było zaufanie księżnej do jego szlachetnego charakteru i jego rozważnego zrozumienia, że pogodziła się także w tym wypadku z tym, żeby całkowicie się z tego wyłączyć. Gdzież małżonek i ojciec był tak szanowany, jak książę! Atmosfera, jak w czasie nabożeństwa, nastawała w orszaku jego poddanych, gdy tylko wymieniano jego nazwisko. Doszło jednak do tego, że wiele rzeczy, które nie szkodzą zdrowym dorosłym mogą być bardzo szkodliwe dla dziecka i ich najmłodsze dziecko powinno mieć wszystko, co sobie tylko zażyczy.
„Dziękujesz za majonez z homara Feo?” dziwiła się księżna podczas następnego posiłku. „Przecież to jest twoje ulubione danie, a ty jesz teraz ciągle warzywa, których nigdy nie lubiłaś; co to znaczy?” „Ach” zawołała nagle, „za tym wszystkim stoi chyba panna W.?” „Och ty niedobra pani!”, zwróciła się do mnie. I teraz zaczęła się walka między nami, która często była kontynuowana do późna w nocy. Lubiłam księżną, ale nie mogłam ustąpić. „Wasza Wysokość może każdego dnia dostać jedną, ba, nawet l0 nowych wychowawczyń, ja nie mogę jednak i nie chcę, postępować wbrew mojemu przekonaniu” tłumaczyłam jej na koniec. Opiekunem książęcych dzieci był ich stryj, brat ojca, książę Szlezwika – Holsztynu Krystian. Był on żonaty z księżną Heleną, córką królowej Wiktorii i mieszkał w Anglii, przyjeżdżał jednak często sam lub z księżną i swoimi dwoma synami do Przemkowa. Od czasu do czasu zapowiadał on duży egzamin, który przeprowadzić miałby ze swoim wychowankiem, w rzeczywistości jednak nie martwił się o ich naukę ani o ich wychowanie.
Wkrótce jedno stało się dla mnie jasne: ten ciąg cierpień w dziecięcej historii księżnej miał tylko częściowo związek z jej cielesnym stanem zdrowia. „Dotknięta bladością myśli”, to był jej przypadek. Dziecko to za wiele myślało, czuło za głęboko, za wiele już przeżyło: ciężkie zachorowanie ukochanego ojca, wywołane przez gorzkie rozczarowania, które musiał przeżyć w polityce i ze strony swoich stronników po jego zrzeczeniu się tronu Szlezwika – Holsztynu, potem jego wyjazd ze swoim kamerdynerem do Wiesbaden – w następnych dniach podążyć miała za nim jego rodzina – zamiast tego przyszła żałobna wieść o tym, że prawie po dotarciu do celu, z dala od swoich najbliższych, nagle tam zmarł! Księżna, która oddana mu była całym swoim sercem, wytrącona była z równowagi; była jak oderwany bluszcz, który bezradnie, rozpaczliwie trzepoce na wietrze. I wówczas uczepiła się wprost, jak mi sama opowiadała, swojego najmłodszego dziecka, które także tak chętnie chciałoby mieć przy sobie śmiertelnie chorego ojca. Całymi godzinami i dniami pięcioletnia wówczas księżna siedziała z lalką przytuloną w swoich ramionach i spoglądała na matkę bezradnymi, smutnymi oczami. I w tych nieskończenie długich godzinach księżna Feo głęboko chyba zrozumiała doczesny ból, który na zawsze jej pozostał i który nadawał także później niektórym jej poetyckim utworom melancholijne cechy. Nikt godny pożałowania nie mógł przejść kiedykolwiek w jej pobliżu, żeby nie przyćmiło się jej spojrzenie, które litościwie na nim zatrzymywała. Najlepszą rozrywką byłoby oczywiście częste towarzystwo wesołych rówieśników i najlepiej jeszcze rówieśników swojego rodu, którzy równoprawnie mogliby swobodnie stanąć jej naprzeciw; ale skąd ich wziąć? Ponieważ państwo tak często zmieniali swoje miejsce pobytu (w jednym roku byłam z księżną Feo w trzynastu różnych miejscowościach), to można było wszędzie tylko szukać, żeby coś uchwycić chwilowo dla niej z młodzieńczych stosunków towarzyskich. Także pomysł stałej towarzyszki nauki i zabawy z powodu szczególnych warunków okazał się niewykonalny. Nie dlatego, żeby moja księżniczka nie mogła być też wesoła, a jakie miała poczucie humoru!
Istniało stałe zarządzenie, że także przed południem musiała być przez kilka godzin u matki. Najczęściej wówczas rysowała. Ilustrowała wszystko, co przeczytała i wiele z tego, co przeżyła. Twierdzono, że malarze w swobodnie wymyślonych postaciach (nie portretach) opierają się najczęściej na własnej postawie, co na przykład mogłoby się zgadzać u Rubensa i van Dycka. Dlatego także chyba wszyscy ludzie księżnej Feo byli tak szczupli i mieli duże oczy. Wręcz okrutne były pieśni, które zresztą śpiewała z tak miłą Filipiną. Każda zaczynała się w swój właściwy sposób i żaden dźwięk nie był prawidłowy. Rzadko chyba słowa „pobratymcy rodowi Schleswig – Holstein” są tak wytrwale, tak entuzjastycznie i tak źle śpiewane! Z czystego egoizmu, ponieważ tam, gdzie mieszkałam z księżną drzwi w drzwi, nie mogłam przy tym pracować, zaczęłam chwytać z nią najpierw tylko pojedyncze dźwięki, następnie łatwiejsze a później trudniejsze interwały i gdy zrobiła zaskakujące w tym postępy, rozpoczęłyśmy regularne lekcje śpiewu. Wówczas okazało się potem, że posiadała ona miękki i ujmujący głos, który przerodził się w piękny alt, którym w połączeniu z głęboko przeżywaną recytacją wiele osób wzruszała i sobie samej i innym sprawiała wiele radości. Młody książę określił to jako manko w jej wychowaniu, że nie uczyła się także gry na fortepianie; ale księżna Feo była za głęboko ułożonym uosobieniem, żeby mogły ją zadowolić mierne postępy a dobre wymagały więcej wysiłku i czasu, jakie mogłaby na ten cel poświęcić. Szkoda także byłoby się rozdrabniać, ponieważ można było w oczywisty sposób rozpoznać u niej uzdolnienia w rysowaniu i malowaniu.
Wiele się dla mnie zmieniło, gdy dobra panna von Krogh dostała pierwszego z ataków apoplektycznych. Chociaż tymczasowo miała mieć zastępstwo przez inną damę dworu, zostało postanowione, że tymczasem ja mam pełnić jej obowiązki i towarzyszyć pani księżnej i jej dwóm starszym córkom. Gdy przy tym konieczny był wyjazd z Przemkowa, to na czas mojej nieobecności naukę księżnej Feo przejmował miejski kantor.
Pierwszą podróż, którą musiałam odbyć z księżna Calmą, była podróż do Poczdamu z niezbyt radosnego powodu. Żona księcia Wilhelma, jak też jedna z jej dam dworu, hrabina Kelner, zachorowały poważnie na szkarlatynę. Jako dziedzicowi tronu, księciu, zabronione było narażać się na zarażenie i tak przeto księżna Calma, która była bardzo zżyta wewnętrznie z siostrą i do jej wyjścia za mąż nie rozstawała się z nią ani na jeden dzień, pospieszyła do niej. Z niepokojem myślałam o tych niezliczonych uchybieniach, które niechybnie zrobię poprzez moją nieznajomość berlińskiego ceremoniału dworskiego; wszystko jednak ułożyło się korzystniej, niż ośmielałam się oczekiwać. Zabrane z dworca pojechałyśmy do Marmurowego Pałacu, który odgrywał tak wielką rolę w życiu księcia Wilhelma. Wybudowany przez Fryderyka Wilhelma II w stylu klasycystycznym, jest położony razem z dwoma niskimi, osłaniającymi wjazd skrzydłami w „Nowym Ogrodzie”, pochodzącym także od niego pięknym, angielskim parku, pięknie i przytulnie nad jeziorem Heiligensee. Różne inne budynki są rozproszone w parku, takie jak dom dam dworu i rycerzy. Do tego ostatniego zawiózł mnie powóz, po tym, jak pożegnała się ze mną księżna, która powitana była przez damy dworu. Ze względu na księżną Feo uniknięta miała być każda okazja do zarażenia się. W domu rycerzy, całkowicie w parku, byłam dobrze schowana i następnego dnia z lokajem wróciłam z powrotem do Przemkowa.
Niedługo po tym towarzyszyłam pani księżnej do Drezna. Przywitali ją tam dwaj siostrzeńcy, książęta Meiningen Ernest i Fritz, synowie księcia Jerzego II z jego drugiego małżeństwa z wcześnie zmarłą, ukochaną siostrą naszej księżnej, księżną Hohenlohe – Langenburg Teodorą. Ci książęcy panowie byli bardzo naturalni, taktowni i serdeczni. Księżna była bardzo do nich przywiązana, a oni często bywali u niej. Starszy książę zameldował się w swoim hotelu po prostu jako malarz Ernest. Podczas, gdy pani księżna mnie nie potrzebowała, wyrwałam sobie u dentysty pod narkozą dwa źle wyrośnięte zęby i zataczając się wróciłam do hotelu. Szybko przebrałam się dla siostrzeńców. Gdzie właściwie był cienki, mały portfel z kilkoma tysiącami marek księżnej, za które miały być zrobione zakupy? Nie mogłam sobie przypomnieć i zaczęłam wszędzie szukać. „Księżna prosi”, zameldował lokaj. Dałam mu jeszcze szybko polecenie czatowania w biurze rzeczy znalezionych za portfelem i poszłam do księżnej. „Ależ jest pani dzisiaj przygnębiona”, poskarżyła się podczas posiłku. Wówczas wzięłam się w garść i wpadłam w tak dobry humor, że jej wysokość płakała ze śmiechu. Poszłyśmy następnie do opery. Odbywała się premiera Wagnera „Zmierzch Bogów” w Dreźnie (w całości), o ile się nie mylę. Ogromne morze dźwięków szumiało wokół mnie, aż zrobiło mi się ciemno przed oczami; na szczęście minęło mi to. Nowe, niekończące się fale dźwięków! Nagle poczułam, że ktoś z sąsiedniej loży mnie podpiera. Księżna zauważyła to i zatroskana dobrotliwie chciała wracać. Ale nie mogłam na to pozwolić, ona miała taką radość z tego przedstawienia! I udało mi się też wytrzymać do końca. Portfel nie został znaleziony i gdy w końcu mogłam pójść do swojego pokoju, zaczęłam liczyć i z zadowoleniem stwierdziłam, że powinny wystarczyć moje oszczędności na pokrycie straconej kwoty pieniędzy. Następnie napisałam do pewnego starego, żydowskiego bankiera w moich stronach rodzinnych, porządnego mężczyzny, którego znałam z dzieciństwa, wytłumaczyłam mu wszystko i poprosiłam o natychmiastowe telegraficzne przekazanie mi pieniędzy. On na pewno by to zrobił i w porę trzymałabym pieniądze w rękach. Uspokojona zasnęłam. Po kilku godzinach obudziłam się i przypomniałam sobie teraz całkiem dokładnie: kieszonka była wszyta w długi tren sukni wieczorowej. Zaczęłam ją macać – słusznie portfel siedział w kieszonce! Podarłam teraz mój list, podziękowałam Bogu i spałam do późnego rana.
Przez to długie zastępstwo, moja posada nabrała szczególnego charakteru i pani księżna bardzo się do mnie przyzwyczaiła, gdy wreszcie biedna panna von Krogh uwolniła się od swojej długiej choroby i otrzymała pogodną i miłą następczynię w osobie baronowej Roeder – Diersburg Idy, która tak jak jej wysokość, pochodziła z południa Niemiec. Potem jej wysokość częstokroć jeszcze po latach pytała: „Która z pań będzie mi towarzyszyć?” I jest to na pewno piękny dowód na prostolinijność charakteru nowej damy dworu i jej poczucia sprawiedliwości, że my dwie pomimo to zawsze serdecznie zgadzałyśmy się ze sobą.
Jako o szczególnym znaczeniu dla wychowania, często wydaje mi się tylko tych kilka minut, w czasie których ja z moimi wychowankami, po wieczornej modlitwie, omawiałam miniony dzień. Większość z nich odczuwała zaraz wręcz potrzebę otwarcie przyznać się do tego, co zrobili na opak, żeby potem z ulgą spokojnie zasnąć. Kara była tylko wtedy, gdy dowiedziałam się w inny sposób o ich występkach, nigdy natomiast na to, z czego mi się zwierzyli, również nie, jak z kimś o tym rozmawiałam; także wielu w tych spokojnych chwilach spełniało moją prośbę, żeby mi powiedzieć, gdy ktoś przystąpił do nich z czymś nieprzyjemnym. Mogłam przez to często chronić dorastającą młodzież przed niebezpieczeństwem.
Całkiem osobliwe było nastawienie księżnej Feo do świata zwierząt. „Ach, proszę”, zawołała nagle na jednym z naszych pierwszych spacerów, zatrzymała mnie i pochyliła się ku ziemi. „Tutaj jest trop dużego kozła; gdyby tylko był tutaj Dicky (młody książę)! A tutaj jest trop rocznej samicy jelenia!” Ona sama była małą samiczką jelenia z tymi jej wyraźnymi, brązowymi oczyma sarny! Jej Puszek czule ją kochał i gdy księżna Luiza swawolnie drwiła z niego, unosiła się: ”Wcale nie jest on głupi, przeciwnie, jest bardzo mądry, tylko nic się nie nauczył, biedne zwierzę, ponieważ ja sama byłam jeszcze za głupia i za mała, gdy go otrzymałam, a teraz jest na to za stary.” Gdy z przekomarzaniem było już bardzo źle, wówczas brała tego grubego psiaka na ręce i odchodziła z nim i potem ku uciesze dręczycielki pies wyglądał dokładnie tak, jak jego pani. Gdy w sobotę Puszek był wykąpany i wdziewał niebieską kokardkę, to wówczas pokazywał się każdemu w zamku od księżnej, aż po węglarza. Każdy mówił: „Jaki piękny z ciebie zwierzaki”, i potem skrzywiał mordę i uśmiechał się pochlebnie jak człowiek. Był on jednak zrozpaczony, gdy był strzyżony jak jakiś lew, co działo się każdej wiosny. Potem wstydził się tak, że całymi dniami chował się pod sofą, patrzył osłupiałym wzrokiem i nie chciał jeść. Dopiero całkiem powoli przyzwyczajał się on znów do swojego nieprzyzwoitego letniego garnituru. W zamku było 16 psów różnej rasy, wliczając psy myśliwskie. Raz w towarzystwie młodego księcia poszliśmy z nimi wszystkimi na spacer. Gdy jednak wielki nowofunlandczyk odebrał jakiemuś dziecku koszyk z obiadem dla jego ojca i dziecko, które uważało go chyba za wilka strasznie się wystraszyło, nigdy się to już więcej na szczęście nie wydarzyło. W wieku 12 lat księżna Feo któregoś dnia wyjaśniła mi: „Teraz mogę powiedzieć kilka zdań w języku psów. Co znaczy każdy pojedynczy dźwięk nie wiem, ale to musi być bardzo smutna historia, którą wypowiadam, ponieważ, każdy pies który ją usłyszy, zaczyna wyć.” Zaśmiałam się, musiałam jednak się przekonać, że ma rację. Czy to pinczer lub pies rzeźniczy, czy to jamnik lub wyżeł, każdy z nich głośno użalał się, gdy usłyszał tą smutną historię. Niedługo po tym zwiedzałyśmy jakiś obcy zamek. Oprowadzała nas kasztelanka, za nami szedł mały piesek. Księżna Feo wskazała na niego i spytała z filuternym uśmieszkiem: ”Czy mogę?” Podczas, gdy kasztelanka z panią księżną poszła naprzód, ona pochyliła się i szepnęła zwierzakowi do ucha smutną wieść. Natychmiast usiadł na środku sali i wył! „Co ci przyszło do głowy; ucisz się” ofuknęła go kasztelanka i kontynuowała dalej swoje objaśnienia. Księżna Feo powtórzyła swoją złą wieść i znów piesek żałośnie zapłakał. „Przepraszam Państwa”, powiedziała kobieta całkiem zdenerwowana. „Całkowicie nie wiem, co mu się stało”, i chciała go zbić; księżna Feo wyjaśniła jej teraz związek i powtórzyła swój eksperyment. Spłoszona kobieta przypatrywała się jej z boku. Wszystkie możliwe języki słyszała już chyba od obcych, których oprowadzała; ale człowiek, który przemawiał psim językiem, zdecydowanie budził jej obawę.
To że zwierzęta rzeczywiście mówią w swoich własnych językach, gdzie określone dźwięki, tak jak u nas określone słowa, mają określone znaczenie, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Jasny dowód na to miałyśmy np. pewnego dnia w Gotha. Obserwowałam z księżną Feo samicę łabędzia, która pływała ze swoimi młodymi na stawie. Niedaleko, na innym stawie, samiec łabędź majestatycznie zataczał okrąg. Nagle wydał z siebie kilka całkiem szczególnych dźwięków, jakich my nigdy nie słyszałyśmy. Samica łabędzia popatrzyła w górę, my także. Tam na niebie pokazał się mały czarny punkt, który szybko się powiększał: drapieżny ptak! Samica krzyknęła do swoich dzieci, popłynęła z nimi na ląd, rozpostarła nad nimi skrzydła i syknęła do drapieżnika, gdy się zbliżył. Ten odleciał.
To, że zwierzęta, którymi tak wiele się zajmowaliśmy, całkiem niezależnie od naszego sposobu odzywania się do nich, rzeczywiście rozumieją słowa, wypróbowaliśmy wielokrotnie w domu na naszych psach. Gdy powie się pochmurnie, grożąc uniesionym kijem: „Dzisiaj po południu, gdy wyjdę, masz iść ze mną”, to kręcą na to wesoło ogonem, pełzają jednak smutno, gdy powie im się w przymilający sposób: „Może dzisiaj wyjdę, na wszelki wypadek musisz zostać tutaj”. Miss Hewitt, niedawno zmarła córka dawnego nadburmistrza Nowego Jorku, była wspaniała w tresurze swoich psów i koni. Największy cyrk nie powstydziłby się menueta, który pewnego razu, podczas pewnego dobroczynnego przedstawienia, kazała ona tańczyć swoim jamnikom, tym upartym uczniom. Gdy wyjeżdżało się z nią i ona mówiła o koniach powozowych, nie nazywając ich z imienia, to strzygły one uszami i oglądały się. A gdy powiedziała: „Lewy koń łatwo się płoszy”, natychmiast stawał się on niespokojny. „Nie mogę przy nich nic powiedziećz tego, czego nie powinni słyszeć”, jaśniła miss Hewitt.
Tak, zwierzęta często rozumieją nasz język; ale tylko niekiedy jakiś wybraniec spośród nas wniknie w ich tajemnice. Z książek nie można się ich nauczyć, także nie z głowy, tylko przez subtelne, czułe zagłębianie się w osobowość zwierzęcia.
Księżna Calma posiadała ogromny zmysł artystyczny i dlatego była bardzo blisko z cesarzową, żoną Fryderyka, która chciałaby chyba także mieć ją za synową. Bardzo ładnie modelowała, rysowała i malowała a także była nadzwyczaj uzdolniona muzycznie, co jednak w swój bezinteresowny sposób zostawiła, żeby nie wziąć góry nad swą starszą siostrą. Z powodu jej szlachetnego, zasadniczo zawsze uczciwego charakteru, była ogólnie szanowana i gdy zaręczyła się z księciem Szlezwika – Holsztynu – Glücksburga Fryderykiem Ferdynandem, to w tradycji ludowej nazywany był „księciem szczęściarzem”.
Księżna Luiza była najżwawsza, pełna tryskającej radości życia, lubiąca sport, ale także całkiem szczególnie uzdolniona muzycznie, posiadająca bardzo ładny głos. Z zapałem studiowała teorię muzyki i jej kompozycje często grane były publicznie, nie domyślając się nawet ich autorki. Wydawcy tych kompozycji zagroziła, że nie da mu więcej zarobić, gdy jej tajemnica zostanie poznana. Lubiła czytać także poważne książki i z wielką dokładnością zagłębiała się w filozoficzno estetycznych rozprawach, które wspólnie czytałyśmy. Namiętnie przyjmowała niesprawiedliwość, która wyrządzona była jej wiernemu ojcu i ponieważ moje wiadomości ze szczególnej historii rodu Szlezwika – Holsztynu chyba słusznie wydawały się jako całkowicie niewystarczające, to mi i księżnej Feo udzielała z niej kursu nauki. Wspaniałą cechą jej charakteru była wierność. Bardzo przywiązana była do dziedzicznych stron rodzinnych, do swojego rodu, jak również do każdego, którego choć raz obdarzyła sympatią i potrzebowała bardzo mocnych dowodów, zanim przekonała się o nierzetelności któregoś z jej ludzi, gdy danej osobie już zaufała.
Wszyscy państwo, szczególnie księżne, odwiedzały często chorych i biednych, rozweselali ich podarkami i kazali posyłać im zawsze coś pokrzepiającego z dworskiej kuchni. Często przychodziłyśmy właśnie w czasie posiłków ludzi i ze zdziwieniem widziałam w Przemkowie, jak człowiek może wyżyć, mając tak mało i przy tym być jeszcze produkcyjnym, zdrowym i wesołym. Wiele rodzin robotniczych miało na obiad tylko ziemniaki w mundurkach które wkładano do osolonej wody i tak zjadano. Tylko w niedzielę był do tego śledź, mięsa i warzyw nie było na okrągło przez cały rok. A oficerowie opowiadali nam, że podczas manewrów ci mali Ślązacy ciągle jeszcze przetrzymywali, podczas, gdy wielcy Pomorzanie, ludzie z Oldenburga, Hanoweru i Szlezwika – Holsztynu byli już bez energii. Byli także jednak postawni ludzie wśród Ślązaków. Od wojny z jej głodem miało być inaczej, ale wówczas na północy parobkowie w majątkach i u wielkich rolników np. w Szlezwiku – Holsztynie otrzymywali siedem posiłków. Zaczynało się wcześnie od kaszy gryczanej na mleku, później zwyczajowo piło się kawę, następnie jadło śniadanie z kiełbasą i wódką, później następował obiad i pomiędzy kawą a kolacją był jeszcze podawany podwieczorek i jakie dobre i pożywne było to wszystko! „Moi ludzie zjedzą mnie po prostu”, można było usłyszeć westchnienia niektórych. – Jakie skromne, żeby nie powiedzieć biedne były wówczas warunki na Śląsku! Jedna praczka, która zaczynała pracę o godzinie drugiej w nocy i w pracy pozostawała do godziny ósmej wieczorem, otrzymywała za to tylko 30 fenigów, krawcowa lub modystka, jakie dla mnie nieraz pracowały, otrzymywały bez wyżywienia 75 fenigów. A ponieważ uważałam to za podłe wynagrodzenie i dawałam, co najmniej l markę, uczyniłam najgorszą rzecz. „Zarabiam teraz tak dużo”; jaśniła pewna młoda modystka, „że mogę teraz zaoszczędzić na kapelusz z prawdziwym strusim piórem. Marzę o takim już od dawna” I zagładzała się dla niego i wyglądała jak duch.
O rekordzie w nadmiernym odżywianiu się dowiedziałam się poprzez książkę kucharską ostatniego szefa kuchni króla Ludwiga II z Bawarii, wielkiego wspaniałego dzieła, wydanego w eleganckiej szacie. Zadziwiające jest już to, co potrzebne jest do wykonania bulionu z drobiu i innego dania mięsnego. Ale ten ekstrakt jest stosowany tylko do wykonania innej potrawy, tam, gdzie zresztą potrzebna jest woda. Kto przez całe lata tak żyje, ten musi zachorować i musi mu się w mózgu osadzić tłuszcz, lub jeszcze gdzieś, gdzie nie powinno go być. –
Rozwlekle i przytulnie leżał tu zamek z parkiem i ładna wyspa porośniętą różami na tylnej stronie. Piasek i bagno przeplatały się w okolicy z gdzie nie gdzie kawałkami lasu sosnowego. W kilku miejscach ziemia kołysała się, gdy się po niej kroczyło, a pod wieczór wznosiły się białe opary, które wiatr gonił tu i tam, jak niespokojne duchy. Stada komarów rzucały się szczególnie na nowoprzybyłych, z których niektórzy, przez ich ukąszenia, nabawili się rąk nabiegłych krwią, inni dostawali gorączki. Ale jakże księżna Feo kochała tą prostą okolicę i pokazywała pełna dumy wszystkie, znajdujące się w niej rzeczy godne zobaczenia, szczególnie dęby, które rosły wszędzie. Z nimi sytuacja miała się szczególnie. Dziadek księżnej, który był ochoczym panem, przy przejmowaniu Przemkowa kazał tutaj zasadzić dębowy las, mimo sprzeciwu nadleśniczego: „Książęca Mość, na tej ziemi nie rosną żadne dęby”. „Mają rosnąć” krzyknął ten starszy pan i cztery szczepki według rozkazu książęcego zasadzono i wyrosły z nich średnio grube drzewa; cały pozostały las polecił się w milczeniu.
W szczególności, gdy książę Chrystian przebywał w Przemkowie, odbywały się tam większe polowania, w których udział brali śląscy magnaci i inni goście z Berlina oraz innych miejscowości. Sądzę, że stan liczebny zwierzyny był dobry; tylko kłusownicy wyrządzali wielkie szkody, szczególnie wśród pięknych, śnieżnobiałych jeleni. Mająca złą opinię i interesująca zarazem, była leżąca w pobliżu, miejscowość Studzianka, pierwotnie zwana „Armeebrunnen”, czyli studnia wojskowa. Tam po Wojnie Trzydziestoletniej osiedlili się żołnierze, którzy nie mieli już zajęcia i ożenili się z markietankami. Ich potomkami było dzikie pokolenie, którego nie można było oduczyć kłusownictwa. Malcy, którzy ledwo mogli utrzymać się na nogach, celowali już z patyków, tak jakby była to prawdziwa broń. W rodzinie Hahn wszyscy mężczyźni byli kłusownikami i z tej rodziny księżna Feo wzięła później bohaterkę do swojej książki „Hahn Berta”. – Niekiedy księżne, jako spektatorki szły na stanowiska myśliwskie i trwały tam godzinami bez ruchu, nawet przy lodowatym mrozie, i gdy potem zwierzyna opuszczała prostodusznie chroniący ją gąszcz i badawczo, ostrożnie patrzyła naokoło, wówczas życzyłam sobie zawsze, ażeby każdy strzał mógł chybić. Lub wyjeżdżano do lasu na śniadanie i siedzieliśmy na kocach, które rozłożone były na śniegu, podczas, gdy kucharz kuchcił na otwartym ogniu. Przy późnej biesiadzie można było być zadowolonym, gdy otrzymało się współbiesiadnika, który rozmawiał także o czymś innym, niż tylko o polowaniu. Bardzo ładny był widok, gdy po jedzeniu całe towarzystwo udawało się na dwór w przejrzysty, zimowy wieczór, żeby przy oświetleniu z pochodni magnezowych oglądać wyłożone przed zamkiem zdobycze, wszystko, co upolowane było przez towarzyszy polowania i żeby usłyszeć odtrąbienie „śmierci jelenia”, „śmierci zająca”, „śmierci bażanta” itd.
Pierwszym, większym świętem, które miałam przeżyć, było upełnoletnienie księcia Ernesta Günthera. Przedtem przybyła księżna Szlezwika – Holsztynu Amalia, ciotka naszych młodych książąt, stryjenka, która od wielu lat żyła u stóp Pirenejów, mądra, znająca świat, wiele podróżująca. W życiu księżnej Feo i więcej jeszcze w moim, miała ona odegrać szczególną rolę.
Teraz nadszedł czas, gdy książę Krystian miał złożyć swoje opiekuństwo i młody książę musiał się zdecydować, czy chciał otwarcie utrzymać swoje prawa do Szlezwika – Holsztynu, czy zrzec się ich i zawrzeć z Prusami pokój, a w tym wypadku, pod jakimi warunkami. Wiele narad odbyto w zamku i pewnego dnia przyszedł do mnie książę Krystian z prośbą, o przetłumaczenie na język niemiecki różnych starych, angielskich dokumentów, a język angielski prawników, którzy mieli je opracowywać, był niewystarczający. Były to pisma, które miały związek z Protokołem Londyńskim z 1852 roku. Już samo odszyfrowanie osobliwego pisma odręcznego nie było łatwe; ale najgorsze było wiele wyrażeń fachowych, których ja sama nie znałam w języku niemieckim i które wymagały wielu poszukiwań w książkach i sprawozdaniach. Jednak sprawa mnie interesowała i często pracowałam do późna w nocy. Żeby prosić księcia o wytłumaczenie szczególnie trudnego miejsca w tekście, kazałam się u niego zameldować i w określonym czasie szłam do pałacu. W przedpokoju spotkałam się z nadleśniczym. Książę kazał mu wejść najpierw, chociaż nadleśniczy zameldował: „Panna Wagemann jest tutaj”. „O”, krzyknął książę trochę nieuprzejmie, „ona może zaczekać” Ale on się mylił. Gdy Jego Królewska Wysokość popatrzył do przedpokoju, był on pusty. Ja spakowałam wszystkie papiery, zaniosłam do księżnej Amalie, u której kazałam się zameldować, zdałam jej relację z tego, co się wydarzyło i wyjaśniłam, że nie chcę dalej pracować. „Wasza Wysokość, gdy jakiś wieśniak, jest tak przeciwko mnie”, powiedziałam, „to śmieję się z tego, ale gdy książę” – „Całkowicie ma pani rację”, było odpowiedzią, „porozmawiam z moim bratem”. Ze sposobu, w jaki później książę się usprawiedliwiał, wyraźnie wyczułam, że on sądził, że człowiek mojego pokroju nie będzie rościł pretensji ze względu na obchodzenie się z nim, przez osoby pochodzenia książęcego, czego każda wykształcona kobieta mogła oczekiwać od każdego, któremu przypadają w udziale korzyści z wychowania. Ale odtąd książę był zawsze wobec mnie bardzo mile uprzejmy, także w latach późniejszych. Zapewne są chwile, w których z wyższych powodów trzeba milcząco jeszcze o wiele więcej znosić cierpliwie; ale myślę, że kto w sytuacjach takich jak ta, da się źle traktować, ten na to zasługuje.
Teraz opowiem o przeżyciu, o którym bardzo rzadko mówiłam, ponieważ jedni tylko z niedowierzaniem uśmiechali się na to, podczas, gdy innych przechodziły ciarki i ponieważ w końcu mnie samą ono pobudzało, ponieważ nikt nie umiał dać na nie rozsądnego wytłumaczenia. Ponieważ w pałacu i zamku nie starczało miejsca dla ulokowania wszystkich książęcych osobistości (które częściowo przybywały także ze świata), poinformowano mnie, że muszę uprzątnąć swój pokój i na określony czas przenieść się do domu dam dworu. Bardzo dobrze to rozumiałam, byłam jednak nadzwyczaj zdziwiona, gdy po przybyciu nowych gości, wyznaczono mi zamiast tego na dole w zamku, dwa wielkie bardzo ładne pokoje, które udekorowane były kwitnącymi kameliami i najpiękniejszymi kwiatami, nie ośmieliłam się jednak spytać o przyczynę tego. Sypialnia graniczyła z przedsionkiem, salon natomiast z dawnym gabinetem zmarłego księcia, który, tak jak jadalnia na końcu, tak on tylko na przeciwległym, graniczył z przedsionkiem. Moje obydwa pomieszczenia połączone były wielkimi drzwiami. Ponieważ zamek posiadał pięć różnych wejść, które często do późna pozostawały otwarte, dobrze zaryglowałam moją sypialnię. Mogło być około północy, gdy poszłam do łóżka, było cicho i właśnie zgasiłam moje oświetlenie, gdy usłyszałam szybkie, lekkie kroki, biegnące przez przedsionek, gabinet, mój salon i potem ze zdenerwowaniem ktoś nacisnął klamkę w drzwiach mojej sypialni. „Kto tam?”, zawołałam, bez odpowiedzi! „Kto tam jest?”, powtórzyłam rozgniewana. „O co chodzi? Proszę mi przynajmniej odpowiedzieć”. Wówczas w mojej sypialni nagle przed drzwiami łączącymi dwa pokoje zabłysło wysokie, szerokie światło, które przykryło prawie całe drzwi. Potem znikło i wszystko ucichło; nie słyszałam też żadnych kroków, które powinny się były oddalić. Wstałam i sprawdziłam wszystko, szczególnie okiennice, czy światło mogło wlecieć zewnątrz: były absolutnie szczelnie zamknięte i nie przepuszczały żadnego blasku. Zdziwiona poszłam spać i następnego ranka chciałam opowiedzieć księżnym moją nocną przygodę; ale one przyszły na śniadanie blade i podrażnione. W nocy księżna Amalia nagle ciężko zachorowała, tak, że obawiano się jej śmierci. Zatelegrafowano do tajnego radcy Leydena w Berlinie, który chyba wkrótce miał przybyć. Oczywiście teraz nic nie powiedziałam. Następnego wieczora, w którym teraz nie odbyły się żadne uroczystości, poszłam wcześnie spać, obudzona zostałam jednak przez to, jak ktoś zrywa ze mnie kołdrę. Wystraszona wyskoczyłam z łóżka i pośpieszyłam tak jak byłam w ciemnościach do góry, gdzie chyba jeszcze księżna nie spała. Na schodach usłyszałam jeszcze jak upadają na podłogę z hukiem ciężkie kamienie. Usprawiedliwiłam się z powodu mojego niekompletnego ubrania i opowiedziałam, co się wydarzyło. Księżna przysłuchiwała mi się całkiem spokojnie i kazała mi dać szlafrok i pantofle. Czy nie wierzyła mi i na dole nic się nie wydarzyło? Gdzie miałam pozostać przez tę noc? W końcu powiedziała, że jedna z panien ma obudzić starego służącego, który spał w zamku, że on zejdzie ze mną na dół. Służący przyszedł, troszkę się zdziwił i spokojnie otworzył drzwi domowej sypialni. Oczekiwałam, że znajdę w niej kupę gruzów, ale wszystko było w najlepszym porządku. Uprzejmie życząc mi dobrej nocy, służący oddalił się, a ja potrząsając głową znów uspokoiłam się. Następnego poranka wiadomości o księżnej Amalii nie brzmiały jeszcze lepiej a tajny radca widział krytycznie tą sytuację; ale ja czułam potrzebę omówienia z kimś tej szczególnej sprawy. Tak też odwiedziłam pewną starszą damę dworu, pannę von B., która już wiele razy była w Przemkowie i która miała ujmujący sposób bycia. Dobrze wyglądała mimo swojego wieku z tymi jej ładnymi, niebieskimi oczami, jej śnieżnobiałymi włosami i skórą w kolorze krwisto mlecznym. Także ona wcale nie była zaskoczona i powiedziała roztropnie: „A więc pani też! Czy właściwie nie zdziwiła się pani”, ciągnęła dalej po chwili przerwy, „że przy całym tym niedostatku kwater otrzymała pani te wspaniałe pomieszczenia?”, i opowiedziała mi, że księżna H., dla której właśnie te pomieszczenia były przeznaczone, wyjaśniła, że pod żadnymi warunkami tam nie pójdzie, lepiej już gdzieś do najmniejszej dziury, ponieważ prawie każdy, który był kiedyś tam ulokowany, przeżywał dziwne rzeczy, jak ja. Przed kilkoma laty pewna dama, którą mi wymieniła, która była osobą trzeźwo myślącą, miała jakoby widzieć pośrodku w gabinecie księcia trumnę z palącymi się świecami i mnóstwem kwiatów i wieńców i całkowicie wystraszona opisała później wszystko to dokładnie tak, jak było przy złożeniu trumny księcia Fryderyka na katafalku, o czym ona nie miała żadnego pojęcia a także nie mogła mieć. Sprawa ta interesowała mnie i postanowiłam zbadać rzecz dokładnie, chciałam jednak nie bojąc się, mieć koło siebie jakąś ludzką istotę, aby tak powiedzieć, jako świadka moich ewentualnych odkryć. Tak też poprosiłam pannę von B., ażeby następnej nocy spała w moim łóżku, ja miałam czuwać. „Za żadne skarby świata” krzyknęła wystraszona. „Pani może co noc spać u mnie tutaj na szezlongu, jeżeli pani chce; ale ja tego nie zrobię, nie mogę tego zrobić!” Tak też następnie zwróciłam się do kasztelanki, która natychmiast była gotowa odbyć ze mną przygodę. Była ona jeszcze młoda, wysoka, smukła, blada z kruczoczarnymi włosami uczesanymi na przedziałek i wielkimi, melancholijnymi oczami. Ze zdziwieniem słyszałam od pewnego pana, że ta poważna zakonnica wywierała głębokie wrażenie na prawie każdym mężczyźnie. Gdy przyszłam do swojego pokoju około wpół do dwunastej, znalazłam tam już czekającą na mnie kasztelankę. Jako broń dla nas przyniosła ze sobą dwa młotki do gry w krokieta. Zgasiłyśmy światło i zaciągnęłyśmy wartę przy niezamkniętych drzwiach. Ale tej nocy książę chodził w przedsionku w górę i w dół ze swoją matką, żarliwie rozmawiając do drugiej godziny w nocy. Nic się nie wydarzyło i pozostało też już spokojnie w tych tygodniach, w których ja tam mieszkałam. Gdybym wówczas wiedziała, co jeszcze kilka lat później miałam przeżyć!
Z ostatnimi przygotowaniami do święta rozpoczęły się teraz gorączkowe prace w zamku, w pałacu, we wszystkich domach, w stajniach, w parku. Przede wszystkim także w budynku kuchennym. Szef kuchni był mistrzem swojego kunsztu, który musiał wyszkolić szefów kuchni dla wielu dworów. Państwo zachowali ciężkie pożywienie swoich rodowych stron rodzinnych z północy. Śląscy goście często je źle znosili, natomiast goście z północy Niemiec chwalili je i jaką radość sprawiało siostrzeńcowi Moltke i jemu przyszłemu adiutantowi panu von Burt, genialnemu śpiewakowi, gdy postawiono przed nim w sylwestrowy wieczór, narodowe, osobliwe, szlezwicko – holsztyńskie jedzenie: pieczoną kaszankę, kiełbasę ryżową z rodzynkami i marmoladą z jabłek, pozdrowienie z czasów dziecięcych! Marszałek dworu musztrował młodych myśliwych, którzy zostali ściągnięci do pomocy przy stole. Szklarnie, piwnice, spichlerze, szafy na ubrania, wszystko musiało wydać to, co najlepsze. „To jest przecież podniosłe uczucie”, powiedział potem młodziutki podporucznik, „po raz pierwszy jeść ze sreber”. Artystycznemu przyozdabianiu stołu oddawały się księżne, szczególnie księżna Calma, czasami przez całe swoje zaciszne życie.
Spośród wielu dostojnych gości, którzy przybyli, z największą radością ludności przywitany został książę Wilhelm z żoną, nasza przyszła para cesarska. Radośnie było zobaczyć ich razem. Młody pan młody, można by pomyśleć i przy tym już urodziło mu się trzech najstarszych książąt! Gdy oni patrzyli na siebie, widać było, jak się rozumieją. „W dniu, gdy miałem to wielkie szczęście odprowadzić do domu tą szlachetna córkę tego rodu jako moją ukochaną żonę”, zaczął książę jedną ze swoich mów, w której ją wielbił. A ona patrzyła w ziemię, rumieniąc się, a przecież tak szczęśliwa!
Wówczas posiadałam jeszcze mało biżuterii, a ta, którą miałam, była jeszcze do tego mniejszej wartości. Gdy po głównym obiedzie znów chciałam ubrać moje długie rękawiczki, upadła mi na ziemię bransoletka, w kształcie długiej, srebrnej żmii, która do tego jeszcze wewnątrz była wydrążona i z blaszanym pobrzękiwaniem potoczyła się daleko po parkiecie. Książę Wilhelm szybko skoczył za nią i wręczył mi tą mizerną rzecz z uprzejmym ukłonem. Innym razem pomógł mi bardzo uprzejmie przy zakładaniu płaszcza. Hohenzollernowie zawsze znani byli z powodu ich rycerskości. Niezwykła pamięć do osób, może przez dziedziczność, którą zauważyłam u różnych osobistości książęcych, u księcia była całkiem osobliwa. Ponieważ już wcześniej byłam mu przedstawiona, ale tylko całkiem pobieżnie i z różnymi innymi ludźmi, chciałam właśnie po przybyciu państwa prosić panią księżną o powtórzenie tego, wówczas podszedł książę Wilhelm, ale już do mnie ze słowami: „Więc jest tu także panna Wagemann” i podał mi rękę.
Wśród zaproszonych byli także obaj synowie księcia Krystiana. Starszy wstąpił później do armii angielskiej i poległ w wojnie z Burami, młodszy książę Albert, wówczas piętnastoletni do armii niemieckiej. Z powodu swojego poczucia humoru był bardzo lubiany u cesarza Wilhelma II. Musiałam mu ciągle opowiadać historie i żeby je słuchać, podczas jednego z posiłków, podawał mi ramię, zamiast, jak należało według jego rangi, hrabinie Dohna, co było dla mnie bardzo nieprzyjemne. „Nie chcę także zabierać tej starej, grubej kobiety (take her in), wyjaśnił. Jego język niemiecki był zły. Jako mężczyźni stojący z przodu w kościele obaj książęta byli niemile postrzegani z powodu ich braku spokoju. Pewnej niedzieli jednak siedzieli cichutko. Gdy ich, dlatego pochwaliłam, całkiem zawstydzeni pokazali mi wezwanie przed sąd. Naśladowali figiel Maxa i Moritza z kurami wdowy Bolte; kurom gospodyni rzucili kawałki chleba przywiązane na długich nitkach potem wyciągnęli kury przez płot. Na skargę gospodyni u marszałka dworu, ten wystarał się o formularze z sądu i poprzez to dał księciem nauczkę, którzy tak bardzo się bali, co powie ich ojciec, i czy pójdą za to do więzienia.
Drugą, jeszcze większą uroczystością, która odbyła się w Przemkowie, w której także poza dystyngowanymi gośćmi uczestniczył cały szereg prostych ludzi, były zaślubiny księżnej Calmy. Przebiegła ona wystawnie. Lekarz państwa, doktor Scharfenberg, który, że tak powiem, także był nadwornym poetą, wymyślił do tego uroczyste przedstawienie. On sam zjawił się w nim jako bard i przepowiedział, że w przeciągu stuleci, trzykrotnie potomkowie obu gałęzi królewskiej linii Szlezwika - Holsztynu (starszej Szlezwika – Holsztynu – Sonderburga – Augustenburga) i młodszej (Szlezwika – Holsztynu – Glücksburga) zgodzą się podać rękę do związku małżeńskiego. I co on widział w duchu: orszak weselny, dostojni goście, dworzanie, rycerze, mieszczanie, żołnierze, chłopi, dzieci, muzykanci, wszystko to defilowało każdorazowo, istotnie w kostiumach odnośnych czasów, przed widzami. Ówcześni goście książęcy grani byli według możliwości przez potomków; tak też książę Wilhelm grał wielkich książąt elektorów. Dziesięcioletnia księżna Feo w krynolinie i uczesana w kok wyglądała uciesznie. Ja byłam damą dworu Anny Petrownej, drugiej córki Piotra Wielkiego Katarzyny i małżonki księcia Holstein - Gottorp Fryderyka Karola. Po śmierci jej matki musiała uciekać i zmarła w wieku 20 lat po urodzeniu ich syna, późniejszego cara Rosji Piotra III. – Nosiłam wysokie, żółte buty z wyłogiem, błękitną, jedwabną suknię ze srebrnym galonem, karmazynowo – czerwone, obszyte futrem, wierzchnie ubranie z aksamitu z długimi, greckimi rękawami i przepaską na czoło z długimi, szerokimi, niebieskimi wstążkami jedwabnymi i frędzlami z pereł, które zwisały aż do oczu. Wszystkie kostiumy zaprojektowane zostały przez profesora Döplera w Berlinie, od którego także pochodzą te kostiumy do oper Wagnera. Otrzymaliśmy je od młodego księcia a później, sądzę, przejął je teatr „Berliner Theater”. Z wszystkich obecnych wiedziało się dokładnie, kim oni byli; tylko mój partner w orszaku, baron N., Rosjanin, który grał młodzieńca szlachetnego rodu Anny Petrownej, był trochę tajemniczą osobistością. Garnitur wraz ze starą bronią, który nosił, były wypożyczone z rosyjskiego muzeum: biały ubiór Czerkasów z kieszonkami na naboje na piersiach i wysoka, biała czapka z futra z baranków krymskich. Całkowicie nagle, przed około rokiem pojawił się on w okolicy Przemkowa z siostrzeńcem i rosyjską służbą, która nie rozumiała ani słowa po niemiecku. Urządził sobie wygodnie wiejską zagrodę i wziął w dzierżawę polowanie, co wydało się bardzo osobliwe, gdy okazało się, że on w ogóle nie umiał strzelać. „Twierdzę, że u niego zając będzie przez cały rok na okrągło”, wyjaśnił nasz nadleśniczy, „ale nie jego naganiacz”. Ten baron, mądry, biegły, uprzejmy był już wielokrotnie moim partnerem przy stole; ale, gdy ustawicznie pytał mnie o wszystko, co możliwe, zaczęłam być bardzo ostrożna w moich odpowiedziach. Nagle z wszystkimi swoimi ludźmi znów zniknął i przebąkiwało się, że był on rosyjskim szpiegiem, który zbliżył się do naszego prostodusznego księcia, ażeby wypytać go o Berlin.
Pałac Holsztyński w Gotha.