Książka cesarzowej Augusty Wiktorii
Paul Lindenberg
Paul Lindenberg
Książka cesarzowej
Augusty Wiktorii
Tłumaczenie: © 2024 Eugeniusz Cipura
1928
Wydawnictwo Wilhelm Andermann
Berlin i Lipsk
Nakład od 7 do 12 tysięcy
skład i druk: G. Kreysing, Lipsk
Oprawa: H. Fikentscher, Lipsk
Copyright by Wydawnictwo Wilhelm Andermann
*
Wyłączny dystrybutor na teren Rzeszy Niemieckiej:
Patriotyczny kolportaż książek Th. Rudolph,
Lipsk C1, Gerichtsweg 16
*
Przedmowa
"Nie kobiety, które dzierżyły berło, uczestniczyły w polityce,
rządziły swoimi mężami lub kazały sobie służyć
- miały wielki i znaczący wpływ, lecz te, które
wyświadczyły największe przysługi i poniosły najwięcej ofiar."
Profesor D. baron von der Goltz w „Die Dienste der Frau".
"Książka cesarzowej Augusty Wiktorii" - jest księgą wspomnień, księgą pamiątkową poświęconą zmarłej, która, niezapomniana, żyje wiernie i niezatarcie w naszej pamięci. Sportretowanie tego wizerunku było pięknym i godnym zadaniem — obraz, który odsłania głębokie, osobiste szczegóły, pozwala nam zrozumieć życie i działalność szanowanej cesarzowej, ukazanej w blasku ram, które sama być może uważała za nazbyt okazałe. Jest to obraz dobrej, kochanej niemieckiej kobiety, najbardziej oddanej małżonki, najczulszej matki, która poza troskami o własny krąg i własne otoczenie nigdy nie zapominała o ogóle i zawsze starała się pomagać, łagodzić, koić, która czuła się matką całego narodu i jako taka działała. Po dniach, które zdawały się zawsze słoneczne, przychodziły dni pełne mrocznych cieni. Jednak właśnie wtedy ujawniała się prawdziwa natura tej szlachetnej kobiety. Nie popadała w użalanie się czy oskarżenia, lecz dzielnie znosiła ciężar losu. Była najsilniejszym oparciem dla głęboko przygnębionego małżonka – najbardziej wierną i oddaną towarzyszką w obcym kraju, mimo że sama cierpiała na ciężką chorobę. Nie mniej cierpiała z powodu nieszczęścia ojczyzny, której ziemię opuściła, z powodu oddalenia od dzieci i wnuków, jak i wszystkich tych, którzy przez tak długi czas towarzyszyli jej na drodze życia i dzielili z nią radości i smutki.
Przy opisie tego błogosławionego życia, od młodości małej księżniczki, która dorastała w wiejskiej ciszy, nie przeczuwając, jaką drogą kiedyś podąży, drogą do niemieckiego tronu cesarskiego, aż do tej kobiety, która nosiła lśniącą koronę cesarską, naturalnie wynikła potrzeba rozszerzenia ram poza czysto osobiste aspekty. Postaci historycznych nie można oddzielić od ich czasów, otoczenia, wydarzeń, w których i z którymi dorastały, które wpływały na ich czyny i działania.
Tak więc, zgodnie z tym, powstała raz jeszcze w krótkich zarysach ta wielka, pamiętna epoka, która jest ściśle związana z naszymi trzema niemieckimi cesarzami, wyłoniły się osoby o znaczeniu światowym, które były i pozostają naszą dumą i radością, wynurzyły się z przeszłości czyny, które utworzyły spiżowe stopnie do tej bardzo zazdroszczonej, bardzo zwalczanej, z trudem osiągniętej wysokości, na którą Niemcy się wspięły. Głęboki był upadek z niej, głęboki i niezawiniony, ale właśnie te historyczne postacie, zrodzone z niemieckiej krwi, wywodzące się z niemieckiego rodu, dają nam gwarancję, że z mrocznej teraźniejszości wyłoni się jaśniejsza przyszłość dla naszego narodu.
Dopóki cesarzowa Augusta Wiktoria będzie postrzegana w naszym świecie kobiet jako wzór – wzór dobrej, macierzyńskiej i pobożnej niemieckiej kobiety, która całe życie poświęciła swoim obowiązkom, która nie chciała się wywyższać ani rządzić, lecz pomagać i służyć, która kochała swój naród i ojczyznę aż do ostatniego uderzenia swojego wiernego serca – dopóty nie musimy tracić nadziei, że nasze tęsknoty się spełnią. Nasze kobiety są bowiem matkami naszych dzieci, a na nich opiera się nasza wiara i nadzieja na przyszłość!
Przedmowa od tłumacza
Z przemkowskich murów w cesarski świat,
Gdzie historia jak wiatr przestrzenie kroi,
Gdzie duma rodzinna jak cichy powiew trwa,
Opowiada dzieje Augusty Wiktorii.
Tu, gdzie zamek pamiętał książęce imię,
Gdzie korzenie sięgają głęboko w ziemię,
Wyrasta postać - kobiety z charakterem,
Co losy swoje niosła jak sztandar.
Książka, którą oddaję w ręce czytelników, to fascynująca podróż w głąb życia jednej z najbardziej intrygujących postaci końca XIX i początku XX wieku - cesarzowej Augusty Wiktorii, małżonki cesarza Wilhelma II. Przez długie miesiące zmagałem się z delikatnością języka oryginału, próbując zachować nie tylko literalną treść, lecz przede wszystkim ducha epoki i subtelności narracji.
Tłumaczenie tej książki było dla mnie prawdziwym intelektualnym wyzwaniem. Język niemiecki końca XIX wieku różni się znacząco od współczesnej niemczyzny - pełen jest archaicznych zwrotów, eleganckich konstrukcji składniowych i bogatego słownictwa charakterystycznego dla cesarskiego dworu. Każde zdanie wymagało nie tylko precyzyjnego przekładu, lecz także rekonstrukcji kontekstu historycznego, który nadaje mu pełnię znaczenia.
Augusta Wiktoria to postać niezwykle złożona. Cesarzowa, która żyła w cieniu potężnego małżonka, była jednocześnie strażniczką rodzinnych tradycji i świadkiem gwałtownych przemian politycznych, które doprowadziły do upadku cesarskich Niemiec. Jej biografia to nie tylko opowieść o jednej kobiecie, lecz szerszy obraz epoki, w której granice między polityką a życiem prywatnym monarchy były niezwykle płynne.
Podczas pracy nad tłumaczeniem szczególną uwagę zwracałem na zachowanie oryginalnego stylu narracji - tego specyficznego tonu charakterystycznego dla niemieckiej prozy historycznej przełomu wieków. Starałem się, aby polski czytelnik mógł poczuć atmosferę tamtych czasów, usłyszeć niemal dźwięk kroków cesarskich korytarzy i poczuć napięcie epoki, która była świadkiem narodzin i upadku imperiów.
Niniejsza książka to nie tylko biografia. To opowieść o władzy, słabościach, miłości i politycznych uwikłaniach. To lustro, w którym możemy przeglądać się, obserwując mechanizmy rządzące światem sprzed ponad stu lat.
Szczególne słowo kieruję do mieszkańców Przemkowa - miasta, które odegrało kluczową rolę w historii rodu Augusty Wiktorii. Jej rodzina, ród Szlezwika-Holsztynu, miała swą historyczną siedzibę właśnie w przemkowskim zamku. To tutaj, w cieniu murów, które pamiętały dzieje znamienitego rodu, kształtowały się początki jej niezwykłego życia.
Augusta Wiktoria była kobietą niezwykłą - delikatną z pozoru, lecz obdarzoną silnym charakterem i głęboką świadomością swej roli. Mimo że los wyniósł ją na szczyt europejskiej hierarchii społecznej, zawsze pamiętała o swych korzeniach. Jej związki z Przemkowem i okoliczną ziemią ukształtowały jej osobowość - była kobietą o niezwykłej wrażliwości, inteligencji i determinacji.
Jako cesarzowa pruska i żona cesarza Wilhelma II była nie tylko małżonką i matką, ale także znaczącą postacią polityczną swoich czasów. Jej wpływ na ówczesną scenę polityczną był daleko większy, niż mogłoby się wydawać. Była strażniczką tradycji, mecenaską sztuki i kultury, a zarazem kobietą głęboko zaangażowaną w sprawy społeczne.
Dla mieszkańców Przemkowa ta książka może stać się swoistą podróżą sentymentalną - powrotem do czasów, gdy ich małe miasto było świadkiem narodzin postaci, która miała znaczący wpływ na dzieje Europy. To opowieść o korzeniach, które sięgają przemkowskiej ziemi, o kobiecie, która wy-rosła z lokalnej historii, by stać się postacią o globalnym znaczeniu.
Życzę Państwu pasjonującej lektury, która pozwoli odkryć niezwykłą historię kobiety z Przemkowa - cesarzowej, która nigdy nie zapomniała o swym pierwszym domu.
Eugeniusz Cipura
Ślubne dzwony dźwięczą donośnie!
26 lutego 1881 roku. Tego dnia Berlin obudził się jeszcze wcześniej niż zwykle; gęste tłumy ludzi cisnęły się w szarym zimowym poranku w kierunku Tiergarten i Unter den Linden, aby wziąć udział w kolejnym święcie rodu Hohenzollernów – święcie wyjątkowym: uroczystym wjeździe narzeczonej cesarskiego wnuka, księcia Wilhelma. Po raz kolejny ulice stolicy pruskiej i niemieckiej stały się sceną blasku, tworząc w najprawdziwszym sensie jej reprezentacyjną salę, która była postrzegana przez mieszkańców właśnie w ten sposób. Szczególnie w takie dni jak dzisiejszy, gdy założyła swoją najbardziej radosną i kolorową szatę. Niezliczone flagi i proporce powiewały z dachów i balkonów, z okien zwisały kunsztowne dywany, środkowa droga Unter den Linden była gęsto posypana gałązkami jodły, a teraz rozstępowały się także szare chmury, które jeszcze poprzedniego dnia wirowały błyszczącymi płatkami śniegu. Ukazał się kawałek błękitnego nieba, a potem zaświeciło słońce, niewątpliwie zdumione wspaniałym obrazem, jaki roztaczał się głęboko w dole. Długa droga była obramowana przez cechy rzemieślnicze, gildie, gimnastyków, stowarzyszenia kombatantów, straże pożarne, a także wojsko, a od ulicy Charlottenstrasse do zamku przez ponad trzy tysiące oficerów wszystkich rodzajów broni, podczas gdy samą rampę zamku obsadzili kadeci z Lichterfelde. Ponad czterdzieści tysięcy ludzi zgłosiło się dobrowolnie do utworzenia szpaleru. Za nimi niezliczone tysiące ciasno wypełniały chodniki, głowa przy głowie, z pełnymi oczekiwania minami. Niezliczone pracowite ręce pracowały dniem i nocą, aby przygotować świąteczną szatę dla trasy wjazdu; malarze, rzeźbiarze i architekci z powodzeniem starali się dobitnie pokazać, co najzdolniejsze siły mogą osiągnąć w ścisłej współpracy. Na ulicy Friedrichstrasse wznosiła się potężna brama honorowa otoczona masztami z proporców oraz kolumnami z orłami, zwieńczona dużą, okrągłą tarczą z orłem Rzeszy, którego złoto lśniło w oddali. Pojedyncza, radosna i kolorowa aleja proporców, której girlandy z liści na przemian ukazywały inicjały pary młodej i herb miasta Berlina, tworzyła połączenie między pomnikiem Fryderyka Wielkiego a Arsenałem, który otrzymał imponującą artystyczną dekorację: alegoryczne przedstawienie zaślubin Prus ze Szlezwikiem-Holsztynem. W Lustgarten rozciągały się falujące girlandy od masztu flagowego do masztu flagowego, gdzie barwy Rzeszy i Prus mieszały się z kolorami Szlezwika-Holsztynu.
U stóp Bramy Brandenburskiej znajdowały się gęsto wypełnione trybuny, oferujące miejsce dla około 7000 osób, otaczające Plac Paryski. Ich frontowe ściany były ozdobione fryzem przedstawiającym orszak weselny zgodnie ze średniowieczno-brandenburskim zwyczajem. Z potężnych masztów okrętowych zwisały proporce, które alegorycznie symbolizowały cztery cnoty kardynalne: mądrość, odwagę, roztropność i sprawiedliwość. Wspaniała brama honorowa wznosiła się na początku alei Unter den Linden i miała swoje kontynuacje na kolejnych skrzyżowaniach ulic. Różne trybuny zostały wzniesione na Placu Operowym; na jednej z nich, obok pałacu cesarskiego, uprzywilejowane miejsca otrzymały była niania książęcej panny młodej i jej mleczna siostra.
Za Bramą Brandenburską można było dostrzec oddział konnych rzeźników, których cechowi przyznano przywilej, już od dawnych czasów, aby przy uroczystych okazjach mogli wesoło hasać na swoich konikach. Bowiem dawniej, gdy poczta jeszcze nie istniała lub była bardzo niedoskonała, rzeźnicy, którzy często podróżowali po kraju, skupując bydło, z uprzejmości często pełnili funkcje posłańców lub usługi pocztowe, także dla książąt kraju. I tak przyznano im to prawo, które z radością wykonywali przez stulecia.
A teraz zza Bramy Brandenburskiej rozbrzmiewa muzyka – pruskie melodie marszowe; a całym tłumem wstrząsa dreszczyk ekscytacji, bo dla zgromadzonych te metalowe dźwięki są bliskie i znajome. To specjalna honorowa warta dla narzeczonej – 2. kompania Pierwszego Pułku Gwardii Piechoty. Żołnierze to potężne, krzepkie postacie, z historycznymi blaszanymi czapkami, ozdobionymi pruskim orłem, maszerujący sztywnym krokiem, na czele z kapitanem kompanii – czy oczy nie mylą, czy to naprawdę książę Wilhelm, pan młody? A potem przez tłum najpierw szepcze się, a potem coraz głośniej: „To książę, to książę Wilhelm!" Wtedy rozbrzmiewają potężne okrzyki „hurra" i przetaczają się dalej, w dół Unter den Linden, aż do pałacu, którego portal przekracza kompania.
To dzieje się w pałacu Bellevue; wieczorem poprzedniego dnia zamieszkała tam panna młoda, księżniczka Augusta Wiktoria ze Szlezwika-Holsztynu, wraz ze swoją matką, księżną Adelajdą. To stara tradycja, że z tego otoczonego parkiem pałacu w Tiergarten, który wciąż jest związany z wieloma wspomnieniami o Fryderyku Wielkim, książęce panny młode potomków Hohenzollernów rozpoczynają swój wjazd do stolicy. Wnętrza pałacu przypominały jeden wielki ogród kwiatowy, gdyż oprócz Królewskiego Zarządu Ogrodów Dworskich, "Stowarzyszenie Na Rzecz Promocji Ogrodnictwa" i "Towarzystwo Miłośników Ogrodów" przejęły odpowiedzialność za pachnące dekoracje, które okazały się artystycznie doskonałe. Inni artyści zadbali o dekoracje na zewnątrz, gdzie na długim trawniku, jako początek trasy wjazdu, wznosiła się podobna do wieży brama honorowa, zwieńczona piramidą ozdobioną proporców, chorągwi i herbów. Bogaty w figury fryz przedstawiał przyjęcie panny młodej zgodnie z tradycją Szlezwika-Holsztynu, z malowniczymi postaciami z piętnastego wieku. W tym samym stylu zaprojektowano również bramę honorową wzniesioną przy Charlottenburger Chaussee, o pięknym, dekoracyjnym efekcie.
W salonie utrzymanym w żółtym jedwabiu, którego okna wychodzą na przedpole, przebywa księżna Augusta Wiktoria w stroju panny młodej. To najważniejszy dzień jej młodego życia! Za nią jest młodość przeżyta w prosty sposób, minęły marzenia z czasów panieńskich, w które ledwie wmieszał się blask przyszłej korony cesarskiej. Święte uczucia, a obok radosnych także wiele poważnych myśli, mogą przenikać wnętrze panny młodej, która dziś stawia pierwszy krok w wielki świat, w wir życia publicznego i podejmuje obowiązki, które stawiają ważne wymagania. A te obowiązki wskazują na przyszłość, która stoi w silnym kontraście do przeszłości, która z pewnością przyniesie wiele radości i przywilejów, ale której nie zabraknie też rozczarowań i gorzkich doświadczeń. Wiadomo przecież, jak zazwyczaj dochodziło do książęcych małżeństw, jakie rozważania i względy wchodziły w grę, jak często decydujące słowo miała polityka. Z pewnością odegrała ona rolę także przy zaręczynach wnuka cesarza z córką księcia Szlezwika-Holsztynu, ale nie w sposób decydujący. Po obu stronach istniało głębokie i serdeczne uczucie, o czym krótko po zaręczynach pisał ojciec pana młodego, następca tronu Fryderyk Wilhelm, do swojego przyjaciela, króla Rumunii Karola: " Obopólna silna sympatia zbliżyła ich ku sobie, i tak spełnia się szczere życzenie moje i mojej żony, by powitać jako synową tę księżniczkę, wyróżniającą się darami ducha, serca i umysłu, jak również pełną majestatu wdziękiem." A jeszcze wieczorem przed dniem ślubu sędziwy cesarz, który powitał księżną w pałacu Bellevue, powiedział do równie sędziwego duszpasterza z Przemkowa, który także udzielił księżnej błogosławieństwa: "Ona przypomina moją świętej pamięci matkę! Czuję potrzebę powiedzenia Panu, jak bardzo cieszymy się, że możemy przyjąć księżną do naszego rodu i serca!" W tamtym czasie bliski obserwator tak opisywał księżną: "Choć nie można powiedzieć, że rysy twarzy i kształt głowy należą do tego rodzaju, który zaskakuje widza przy pierwszym spojrzeniu, to jednak zauważy się, że ta owalna twarz z delikatnymi niebieskimi oczami, uroczymi ustami i pięknymi zębami, z obfitością blond włosów, z każdą minutą dłuższego patrzenia zyskuje i urzeka. Oczy, spuszczone, często wydają się zamyślone, podążające za wewnętrznymi sprawami, ale tym bardziej urocze jest ich uniesienie, tym bardziej serdeczne jest ich jasne, promienne spojrzenie. Z jej istoty emanuje przekonująca radość serca, która nosi znamiona wewnętrznej prawdy, leżącej jedynie w źródle czystego umysłu."
"Ona przypomina moją świętej pamięci matkę" - tak powiedział cesarz. I oto podjechał ślubny powóz zaprzężony w sześć karych koni, który już w 1793 roku służył do uroczystego wjazdu królowej Luizy do Berlina i później wielokrotnie spełniał tę samą funkcję. To bogato pozłacana galowa karoca, z licznymi złotymi ozdobami i srebrnymi koronami, drzwi ozdobione są wielkim pruskim herbem obok szeregu alegorycznych figur. Wnętrze wyłożone jest białym atłasem przetykanym gwiazdami, od którego odbijała się jasnoniebieska suknia uroczej panny młodej, obok której zasiadła księżna następczyni tronu Fryderyka, matka pana młodego. Przy dźwięku dzwonów orszak ruszył, przed powozem panny młodej jechały i podążały za nim sześciokonne powozy galowe, na czele jechało czterdziestu pocztylionów w paradnych mundurach, dołączyli do nich konni rzeźnicy, potem pojawiły się niebieskie mundury i białe pióropusze Pierwszego Pułku Dragonów Gwardii, a także błyszczące kirysy i hełmy z orłami Gwardii Przybocznej, podczas gdy oddział Drugiego Pułku Ułanów Gwardii zamykał pochód. Donośne fanfary wygrywał korpus trębaczy tego samego pułku, w malowniczych strojach z siedemnastego wieku, ale zagłuszała je radosna wrzawa tłumów, które cisnęły się gęsto, by zobaczyć uroczą pannę młodą. Przy Bramie Brandenburskiej, niejako poza miastem, powitał ją gubernator Berlina, komendant oraz prezydent policji, a gdy powóz powoli przejeżdżał przez środkową bramę, do dźwięku dzwonów dołączył huk wystrzałów z armat. Kolejne zatrzymanie: w imieniu władz miejskich i całego mieszczaństwa burmistrz Berlina, von Forckenbeck, wygłasza powitalną mowę, przekazując najserdeczniejsze pozdrowienia oraz najgorętsze życzenia szczęścia i błogosławieństwa od całej ludności, podkreślając, że radość wielu tysięcy płynie z głębi serca: "Wynikająca z niezmiennej wierności i przywiązania, które łączy nas z naszym dostojnym rodem panującym w radości i smutku, ta radość jest prawdziwym wyrazem głębokiego zadowolenia ludności z powodu świętego związku małżeńskiego, który Wasza Wysokość, córka ze starego niemieckiego rodu książęcego, ma zamiar zawrzeć - prawdziwym i żywym wyrazem mocnej, radosnej nadziei, że ten związek serc przyniesie trwałe szczęście i pomyślność dostojnej parze młodej, ukochanemu rodowi panującemu, całemu narodowi niemieckiemu i naszemu miastu, które zawsze z głęboką wdzięcznością odczuwało dobroczynne, humanitarne rządy dostojnych dam domu panującego." - Księżna odpowiedziała wzruszona: "Jestem głęboko poruszona wspaniałymi przygotowaniami, jakie ludność poczyniła na moje powitanie. Zawsze będę pamiętać o dzisiejszym dniu i będę się starać odwzajemnić miłość, która jest mi okazywana w tak bogatej mierze, aby zostać w pełni zaliczoną przez ludność Berlina do swoich."
Orszak posuwał się powoli dalej, otoczony falami grzmiących wiwatów, wjeżdżając przy dźwiękach „Schleswig-Holstein meerumschlungen“ ("Szlezwik-Holsztyn morzem otoczony") do Zamku Królewskiego, przed którym młode dziewczęta w białych sukniach rozsypały kwiaty. "Baczność! Prezentuj broń!" To donośny głos księcia Wilhelma, który wydaje komendę na czele warty honorowej. Cesarz i następca tronu prowadzą pannę młodą wzdłuż frontu kompanii. Następnie następca tronu, po tym jak książę Wilhelm przekazał kompanię hrabiemu Kanitzowi, prowadzi ją po szerokich schodach wyłożonych czerwonym aksamitem na górne piętro, gdzie w Komnacie Brandenburskiej odbył się powitalny ceremoniał ze strony pary cesarskiej i pozostałych książąt. Po tym w Komnacie Elektorskiej nastąpiło podpisanie umów małżeńskich w dwóch egzemplarzach i rodzinny posiłek w wąskim gronie. Wieczorem para cesarska wraz z gośćmi odbyła przejażdżkę po mieście, które jaśniało w morzu ognia. Na ulicy Unter den Linden a także w przyległych ulicach nie było domu bez płomiennych znaków. Otoczona linią ognia, z której przebijały gwiazdy, figura jeźdźca Fryderyka Wielkiego zdawała się ożywać. Na rampie gmachu opery płonęły ognie smolne z piramid, a potężne reflektory otaczające płomienie gazowe oświetlały fontanny Placu Paryskiego, podczas gdy bengalskie światła z Bramy Brandenburskiej rozpalały morze ognia, a statua zwycięstwa na Placu Królewskim żarzyła się w elektrycznym oświetleniu.
Na niektórych transparentach jaśniały serdeczne życzenia i dowcipne wiersze, jak choćby ten na Rynku Werderskim:
"Gdy cesarz niegdyś się żenił,
Augustę sobie wybrał;
Następca tronu, zwycięzca w bitwie,
Przyniósł nam Wiktorię.
Książę Wilhelm pomyślał więc sobie:
Co obaj uczynili, to i ja uczynię,
Wybrał szybko, i oto:
Augusta i Wiktoria!"
Następny dzień, niedziela, był dniem ślubu. O godzinie szóstej wieczorem, w obecności najbliższych krewnych pary młodej, w nowej galerii odbył się cywilny akt zawarcia małżeństwa, przeprowadzony przez ministra domu królewskiego, hrabiego Alexandra von Schleinitza, który wygłosił przemówienie do pary młodej, w którym powiedział:
"To pamiętna, znacząca godzina, której świadkami są pełne blasku komnaty tego czcigodnego domu naszych królów, równie szacownego ze względu na swój wiek i historię. Godzina, w której książę powołany do wzniosłych przeznaczeń, przyszły dziedzic korony niemieckiej i pruskiej, podaje rękę dostojnej córce szlachetnego, pradawnego niemieckiego rodu książęcego, by zawrzeć nienaruszalny, pełen obietnic związek na całe życie. Liczne, wręcz niezliczone patriotyczne i wierne serca, także poza murami tego zamku i poza granicami tego miasta, we wszystkich niemieckich krajach, będą duchem uczestniczyć w tej uroczystej chwili, dzieląc się swoimi życzeniami i nadziejami." Gdy mówca podkreślił następnie, że ten związek małżeński został zawarty w wyniku wzajemnego, głębokiego uczucia, i wyraził nadzieję, że stanie się on kolejnym godnym przykładem dołączającym do pięknych wzorców domowego szczęścia, książęcych obyczajów i szlachetnego życia rodzinnego, ku którym nasz dom królewski od zawsze aż po dzień dzisiejszy przyzwyczaił nas spoglądać z dumną czcią, skierował pytanie do księcia Wilhelma, czy chce on zawrzeć małżeństwo z księżną Augustą Wiktorią. Książę Wilhelm odpowiedział głośno i wyraźnie: "Tak!". Następnie to samo pytanie zostało zadane księżniczce, a po tym, jak i ona udzieliła swojego "tak", minister ogłosił małżeństwo między narzeczonymi za zawarte.
Po tej ceremonii książęca panna młoda została najserdeczniej powitana jako nowy członek rodziny przez cesarskie i następcy tronu pary oraz pozostałych krewnych. W pokoju chińskim sędziwa cesarzowa nałożyła na jasną głowę panny młodej, ubranej na biało i srebrno, koronę wykonaną w całości z brylantów, należącą do królewskich księżniczek Prus. Głowę panny młodej zdobił także kwitnący wianek z mirtu, a z niej spływał welon ślubny z kosztownych białych koronek, obsadzony mirtem i pomarańczami, podobnie jak tren sukni był obszyty mirtem.
Matka panny młodej i jej wuj, książę Szlezwika-Holsztynu Krystian, zastępujący zmarłego ojca, poprowadzili pannę młodą do pana młodego, który nosił mundur kapitana Pierwszego Pułku Gwardii z łańcuchem Orderu Czarnego Orła i Orderem Podwiązki ozdobionego powiewającymi białymi atłasowymi wstążkami.
Na rozkaz cesarza orszak ślubny ruszył do kaplicy zamkowej. Za parą młodą podążali cesarz Wilhelm z królową Saksonii Carolą i księżną Adelajdą, matką panny młodej, podczas gdy cesarzowa Augusta szła między królem Saksonii Albertem a księciem Walii (późniejszym królem Edwardem VII). A następnie w długim szeregu pozostałe pary książęce, wśród których było wiele bohaterskich postaci, takich jak następca tronu Fryderyk Wilhelm, wielki książę Badenii Fryderyk, książę Fryderyk Karol i inni, ściśle związani z czynami zbrojnymi i bohaterskimi niemieckich armii.
Jak większość panujących niemieckich rodzin książęcych była reprezentowana przez pojedynczych członków, tak samo obce rody panujące, takie jak Austria, Rosja, Włochy, Hiszpania, Szwecja itd.
Wspaniałe zgromadzenie zaproszonych gości wypełniło piękną przestrzeń kaplicy zamkowej, przed którą duchowieństwo dworskie obu rezydencji oczekiwało młodej pary, witając ją błogosławieństwem. Rozbrzmiewała uroczysta muzyka i śpiew chóru katedralnego, a z zewnątrz mieszał się z nimi dźwięk dzwonów wszystkich kościołów miasta. Wokół pary młodej przed ołtarzem ustawili się w szerokim półkolu krewni i goście weselni.
Zamkowy pastor i nadworny kaznodzieja dr Rudolf Kögel wygłosił mowę ślubną, powołując się na słowa Apostoła: „Tak więc trwają wiara, nadzieja i miłość, lecz miłość jest największa" i kontynuował: „Szary zamek ojców, świecąca modlitewna kaplica otworzyły się: poważna i piękna jest chwila, która teraz nadchodzi, jednakowo ważna dla waszego serca i życia, dostojna para, dla naszego domu królewskiego, dla całej ojczyzny. Jakże pełny wspomnień jest ołtarz, który was przyjmuje!" Nawiązał do chwil, które od tego miejsca splatały się w nieustannej pamięci, momentów o historycznym znaczeniu, i podkreślił zainteresowanie, jakie znalazł ten nowy książęcy związek: „Wyniesiony dom spogląda daleko w świat, zgodnie z wolą Bożą. Ma stać się wzorem – domem niemieckim: prostym, poważnym, wiernym, szczerym i czystym; domem chrześcijańskim, gdzie kolejne dni splatają się jak modlitwy poranne i wieczorne! Szczęśliwie osadzony, lecz nie zamknięty, skupiony w sobie, a jednak nie ograniczony – tego wymaga miłość do ojczyzny, taka jest tradycja naszego domu książęcego, taki jest wasz wspólny obowiązek – taki dom ma być otwarty na radości i cierpienia tysięcy ludzi. Pan poszukuje miłosiernych, przypominając: „Ubogich zawsze macie", i podobnie jak Maria cicho składa swój dar, tak wasza wrażliwość i troska powinny nadawać słowom i czynom znamię bezinteresownej pokory: zostałem powołany, aby błogosławić, błogosławię i nie mogę tego zmienić!" I jakby z duchem proroczym zakończył: "Zachowani przez wiarę i kierowani nadzieją, miłość pozostaje największa nawet wtedy, gdy blask młodości przemija, gdy trzeba przezwyciężać słabości we własnym sercu i znosić słabości innych, gdy smutek rzuca swoje cienie, gdy życie publiczne i bieg czasu dają o sobie znać żelaznym krokiem. 'Esto mihi' („Bądź dla mnie” – z łaciny, przyp. tłumacza) - to pocieszająca nazwa dzisiejszej niedzieli: bądź mi skałą schronienia i zamkiem warownym, bądź moim wybawicielem! Mamy żywego Boga, który wysłuchuje i zbawia; bo Jego jest królestwo i moc, i chwała. I znamy ochmistrza, którym jest miłość. Z rodzinnego kościoła dostojnej panny młodej, tu do tej kaplicy zamkowej i z naszego sanktuarium w daleką przyszłość brzmi pełne ufności: 'Jezu, idź przodem na drodze życia'. Amen."
Prawa dłoń panny młodej spoczywała w lewej dłoni księcia Wilhelma. Klęcząc, para młoda, po wymianie obrączek, otrzymała błogosławieństwo duchownego przy dźwięku dzwonów i huku armat. W radosnym wzruszeniu, które delikatnie rozjaśniło jej twarz, głęboko poruszona młoda małżonka skłoniła głowę ku swojej matce, którą przywiódł do niej cesarz. Uroczysty orszak opuścił kaplicę, aby najpierw przyjąć życzenia od najbliższych krewnych i książęcych gości weselnych, a następnie w Białej Sali odbyło się wielkie przyjęcie z gratulacjami od pozostałych zaproszonych gości. W Sali Rycerskiej miała miejsce uczta weselna, po której w Białej Sali nastąpił taniec z pochodniami, nawiązujący do starej tradycji. Jak dawniej, kiedy to młode pary były odprowadzane do swojego nowego domu przez osoby niosące pochodnie.
W poniedziałkowy wieczór para cesarska zgromadziła członków rodziny oraz książęcych i innych gości na uroczystej kolacji w Białej Sali, która ponownie ukazała olśniewający obraz dworskiego splendoru. Był to widok pozostawiający najgłębsze i niezapomniane wrażenie: cesarz, mimo swego wieku tak wyprostowany, pełen godności i zawsze łaskawy, możni Rzeszy i paladyni jego czynów wojennych, obok nich zagraniczni przedstawiciele w błyszczących mundurach, wszystko to ukazujące potęgę i wielkość młodego niemieckiego imperium. Podczas całej kolacji młoda małżonka żywo rozmawiała ze swoim teściem, księciem następcą tronu, siedzącym po jej prawej stronie, a czy mówiła, czy słuchała, na jej oczach i policzkach zawsze igrał ujmujący uśmiech. Jak opisuje to jeden z uczestników uroczystości, jej delikatną, smukłą sylwetkę obciążał ciężki tren z purpurowego aksamitu, który łączył się z długim gorsetem z tego samego materiału i w tym samym odcieniu, sięgającym poniżej bioder, a wzdłuż brzegów był haftowany wielkimi złotymi liśćmi. Gdy nalano szampana, cesarz wstał i skłonił się z pełnym kieliszkiem w niemym toaście w stronę nowo poślubionej pary siedzącej naprzeciwko. Para odwzajemniła pozdrowienie, kłaniając się. Z galerii zabrzmiał trzykrotnie powtórzony fanfarowy sygnał, po którym nastąpiła melodia "Heil dir im Siegerkranz" (Chwała ci w wieńcu zwycięzcy), wysłuchana na stojąco przez całe towarzystwo.
Następnego dnia w zamku młoda para przyjmowała delegacje, które składały im życzenia, wręczały podarunki oraz przekazywały uroczyste listy gratulacyjne. Było ich prawie czterdzieści, panie, panowie, jak również młodzież w pełni sił. Głęboka była wdzięczność, którą na zakończenie wyraził książę Wilhelm, również w imieniu swojej młodej małżonki: "Wspaniałe przyjęcie, jakie stolica zgotowała mojej małżonce, wierne życzenia, które właśnie wyrazili nam przedstawiciele narodu niemieckiego, prowincji i miast monarchii, uniwersytetów i wielu innych instytucji, pozostaną niezapomniane i zawsze będą należeć do najpiękniejszych wspomnień naszego życia. Jesteśmy w pełni świadomi, że wszystkie te hołdy nie są składane nam, lecz naszemu domowi, i że musimy dopiero zasłużyć na tak wiele oznak wiernej miłości poprzez poważne wypełnianie obowiązków. Jaśniejące cnoty naszych przodków, szlachetny przykład, jaki dają nam Ich Wysokości oraz para książęca następców tronu, nasi najukochańsi dziadkowie i rodzice, będą naszą gwiazdą przewodnią w życiu. Prosimy was, powołanych przedstawicieli naszej szerszej i bliższej ojczyzny, o przyjęcie tego przyrzeczenia jako skromnego podziękowania za tak wiele oznak wiernej miłości i oddania oraz o przekazanie w całej niemieckiej ojczyźnie, że całe nasze życie będzie poświęcone wypełnianiu naszych obowiązków."
Bardzo piękny był poetycki hołd, który w imieniu panien honorowych miasta Berlina złożyła córka burmistrza, wręczając wiązankę kwiatów:
"Szczęść Boże! Szczęść Boże, dostojnej Pani!
I tysiąckroć witaj,
Jakby nad górą i łąką
Jutrzenka zajaśniała!
Zbliża się do Ciebie nasza dziewczęca gromada
Z nieśmiałym powitaniem,
By Twoje młode szczęście niezmienne
Życzyć i błogosławić.
Twoje oblicze promienieje, Twoje oczy się śmieją,
To nie był sen:
Miłość Śpiącej Królewny się obudziła,
Jak czytamy w bajce,
Gdzie szybki niczym wiatr i lekki jak piórko
Z zamku bluszczem porośniętego
Książę zabiera księżniczkę
W złotej karecie.
Także Tobie, mój Książę, radosne pozdrowienie
W kręgu wesołej uroczystości!
Cały lud bierze radosny udział
W Twego losu rozkwicie.
Poprowadziłeś radośnie uroczą małżonkę
Do siedziby sławnych przodków,
Ona podąża za Tobą z serca wyboru
Na ścieżkach Twojej przyszłości.
To jest droga Hohenzollernów,
Którą razem kroczycie,
Która zawsze naprzód z dźwiękiem zwycięstwa
I nigdy wstecz nie prowadzi.
Staremu powiedzeniu w królewskim domu,
"Bóg z nami!" zaufajcie,
Abyście w życie daleko
Z pogodnymi spojrzeniami patrzyli.
Tu stoimy, dostojni Państwo,
Wzruszeni tchnieniem tej godziny,
I prosimy: Przyjmijcie łaskawie
Życzenie z ust dziewczęcych,
Niech sztandar Waszego losu stoi
Mocno jak dąb w czasie burzy,
I z dala od wszelkiego bólu i smutku
Niech żadne szczęście Waszemu nie dorówna!"
Bal karnawałowy zamknął serię wspaniałych uroczystości; wysłano na niego ponad 1600 zaproszeń. Centrum wydarzenia stanowiła ponownie Biała Sala, w której, gdy wszyscy się już zebrali, rozległ się dźwięk bębnów i piszczałek, a następnie ciężkim krokiem w trzech szeregach wkroczyła Gwardia Olbrzymów króla Fryderyka Wilhelma I, wykonując różne chwyty według starych komend. Było to dziwne i fascynujące widowisko, szczególnie dla zagranicznych gości wojskowych, którzy otrzymali tu namacalne wrażenie silnego ducha pruskiego. Z galerii rozbrzmiewały staroświeckie menuety, do sali wkroczyli damy i panowie w strojach z czasów króla Fryderyka I, wykonując serię wdzięcznych kadryli i menuetów, przedstawiając niezwykle barwne obrazy. Następnie rozpoczął się bal, który w fascynujący sposób łączył w tancerzach i tancerkach dawne i nowe czasy. Drugiego marca para książęca odbyła swój uroczysty wjazd do Poczdamu, który ukształtował się niezwykle radośnie, przy żywym udziale całej ludności.
Poetyckie było również tutaj powitanie, które panny honorowe złożyły młodej książęcej małżonce już na bogato udekorowanym dworcu, ofiarowując kwiaty:
"Po raz pierwszy Twoja delikatna stopa
Jako młodej mężatki dotyka znanego miejsca!
Przynosimy Ci pełne szacunku pozdrowienie
Starego miasta nad błękitnym łożem Haweli.
Miasta, które kiedyś wielki król
Wybrał na swą ulubioną rezydencję,
Które często najlepszego cesarza, a teraz i Ciebie
I małżonka zalicza do swoich.
Tu, gdy lato nastaje, zwykle gości
Młoda para królewskich rodziców;
Znajdą Ciebie, Tyś wiosny świeżością,
Przybyłaś, by wyprzedzić czas kwitnienia.
Spójrz na orła, co ku słońcu leci,
Prawdziwy obraz synów Hohenzollernów!
Korona cesarska, którą bohater zdobył,
Kiedyś ozdobi Twoją piękną blond głowę.
I tak należysz do szlachetnego kręgu
Dostojnych, wzorowych niemieckich kobiet,
Niech dowód naszej gorącej miłości
Każdy kielich kwiatu Ci powierzy."
Od dworca do zamku szpaler tworzyły gildie, cechy i stowarzyszenia, a także tutaj na czele pochodu jechali konno członkowie cechu rzeźników. Ponad godzinę trwał przemarsz tworzących szpaler stowarzyszeń w ogrodzie Lustgarten (Ogrodzie Przyjemności), a wieczorem dołączył do tego serenadę na dziedzińcu zamkowym w wykonaniu pięciuset śpiewaków.
Młoda para zamieszkała w sędziwym zamku miejskim — uroczystości weselne przebrzmiały, rozpoczęło się nowe życie z nowymi wymaganiami, nowa wiosna miała być przeznaczona dla domu Hohenzollernów!
A jeśli teraz spojrzymy wstecz na tamte dni, ileż to wielkiego i niezapomnianego jawi się przed nami, jakie postacie się wyłaniają, których imiona zostały na zawsze wpisane w historię: na ich czele stoi sędziwy cesarz, zwycięski następca tronu i późniejszy cesarz Fryderyk, Bismarck, Moltke, Roon i tak wielu innych, którzy w gorącym zmaganiu pomogli wznieść Cesarstwo Niemieckie i nadać mu wewnętrzną siłę, na ile tylko ludzki umysł i ludzka praca są w stanie to uczynić. I choćby dzisiaj mówiono i pisano cokolwiek, tamten czas zawsze zachowa swój pełen chwały rdzeń, a tamci mężowie zawsze będą stać w blasku chwały. Z dumą i radością będą na nich spoglądać wszyscy, którzy czują i działają patriotycznie.
Jest bardzo interesujące, zwłaszcza dzisiaj interesujące, przeczytać opis tamtych dni piórem obcokrajowca, który zawdzięczamy generałowi Caillot, który przybył do Berlina jako lider francuskiej misji specjalnej na ślub wnuka cesarza. Generał przybył do Berlina 24 lutego i na początku złożył zwyczajowe wizyty ministrom i dyplomatom (Bismarck przebywał wówczas w Friedrichsruh). „Zostałem przyjęty jedynie przez feldmarszałka Moltke”, pisze. „Był zdziwiony, że jako piechur dowodzę brygadą kawalerii. Natychmiast zaczął ze mną rozmawiać o naszych próbach z końmi z La Platy. Chce mnie jeszcze dokładniej o to wypytać; wydaje się, że bardzo go to interesuje; ma 80 lat, a jednak zeszłej jesieni podczas manewrów codziennie konno pokonywał 50 km.” Następnie generał zostaje przedstawiony cesarzowi i jego rodzinie: „Przed pałacem kompanią honorową dowodzi kompania gwardii. Co za żołnierze! Jaka pewność w posługiwaniu się bronią!”
Co za przenikliwy, potężny głos dowódcy miał kapitan, a oficerowie — w jakiej wyprostowanej postawie stali! Cesarz przyjmuje nas, z Krzyżem Legii Honorowej na piersi, bardzo wysoki, bardzo silny, prawdziwie kolosalna postać, mimo swoich 84 lat. Pan de Saint-Vallier wygłasza do niego przemowę, której tekst trzymał w kapeluszu dyplomatycznym. Cesarz słucha poważnie i odpowiada kilkoma oficjalnymi słowami. Następnie poseł przedstawia mnie, i od razu wydaje się, że cesarz zamierza zrezygnować ze sztywnego ceremoniału. Zmienia swoją postawę, cały sposób mówienia, i mówi: „Kazałem wam czekać, hrabio i generale. To dlatego, widzicie, że musiałem najpierw założyć wstęgę Legii Honorowej, aby was przyjąć. Mój kamerdyner jest tu obok — byliśmy w rodzaju małej jadalni, której jedna ściana była w całości zastawiona złotą i srebrną zastawą — trzyma na ramieniu wysokie ordery wszystkich krajów, których delegacje przyjmuję, i zawsze je zmieniam. Gdy właśnie chciałem zdjąć hiszpański order, ten niezdarny [sługa] oderwał mi pasek naramienny od epoletu i musiał najpierw igłą naprawić szkodę. Takie rzeczy się zdarzają, nawet na dworze, i dlatego kazałem Panom czekać!! Następnie cesarz uścisnął nam dłonie. Przyjęcie u cesarzowej Augusty jest tak uprzejme, jak to tylko możliwe, a u następcy tronu, którego lud nazywa po prostu "Nasz Fritz", jest bardziej uroczyste i trwa dłużej. Podczas oficjalnego przyjęcia dworskiego w słynnej Białej Sali rozmawiałem z "czerwonym księciem" Fryderykiem Karolem, tym ideałem odważnego generała kawalerii, zwycięzcą spod Metzu, Orleanu i Le Mans: "Pewnie nie czuje się Pan tu w swoim żywiole, panie generale", powiedział, "musi nas Pan odwiedzić podczas manewrów, tam będzie się Pan lepiej bawił". Pewnego wieczoru książę Walii, dziś Edward VII, który był tam jako przedstawiciel Anglii i zachowywał się jak Paryżanin i elegancki gawędziarz, zapytał mnie: "No, co Pan sądzi o tych Prusakach? Czy to nie są szaleni faceci? Widzi Pan, jak się bawią i tańczą. Ale przez cały dzień ci ludzie pracują. Od wczesnego rana są na koniach". - "To, co podziwiam jeszcze bardziej", powiedziałem, "to fakt, że wszyscy ci panowie są w mundurach, wszyscy w hełmach". - "Tak, nawet ja", powiedział książę i wskazał na pruski generalski hełm, który trzymał pod pachą. "Myślę, że gdyby nie było się tak ubranym, w ogóle by nas nie wpuścili". - Przede wszystkim podziwiałem postawę wartowników, którzy stali przed moim hotelem "Kaiserhof".
Znam kogoś, kto często wstawał w nocy, gdy nie mógł spać, słysząc głuche, miarowe kroki tych żołnierzy na utwardzonym śniegiem gruncie, aby podziwiać tę matematyczną regularność, tę żelazną dyscyplinę. Nie mieliśmy parad, ale widziałem wszystkie cechy i korporacje, około 50 000 do 60 000 ludzi, defilujących w głębokich kolumnach po dziesięciu w szeregu. Nie można sobie wyobrazić tego widowiska. Ta regularność kroku marszowego jest podstawą ich wzorowego porządku. Podobno książę Wilhelm, pan młody, w dniu swojego ślubu już o siódmej rano był w koszarach pułku, w którym był kapitanem. Jakże to pruskie! "Odbyła się", opowiada dalej Caillot, "uroczystość wojskowa, którą sam cesarz przygotował; pół kompanii olbrzymich, dwumetrowych oficerów w mundurach Fryderyka Wielkiego wykonało bardzo trudne ćwiczenie z bronią. Potem nastąpiły tańce w bogatych kostiumach. Wyraziłem cesarzowi, który pytał mnie o wrażenia z wojskowego spektaklu, mój podziw, zwłaszcza za to, że sam cesarz wyszkolił oficerów. Cesarz odpowiedział mi: 'Jestem już za stary, żeby samemu to ćwiczyć; mogłem im tylko dać wskazówki do tego wszystkiego.'"
A jako echo tych radosnych dni niech zabrzmi niemiecki głos, który jasno wyraził uczucia dużej części całej ludności, i to nie tylko Berlina. To artykuł wstępny zawsze reprezentującej liberalne idee gazety "Vossische Zeitung" z 26 lutego: "Dzwony biją, armaty grzmią, grzmiący aplauz wstrząsa powietrzem. Ze złotej Kolumny Zwycięstwa, z kwadrygi Bramy Brandenburskiej boginie zwycięstwa spoglądają na Wiktorię, która wkracza do Berlina. A mury Berlina przyjęły teraz młodą księżniczkę, żywe mury wiernego ludu, który jak żaden inny na świecie jest ściśle i wiernie związany ze swoim rodem panującym. Księżna Augusta Wiktoria wkroczyła dziś do Berlina; swojego wejścia do serc ludu, do którego należy od urodzenia, którego losy odtąd będzie dzielić, dla którego teraz i w przyszłości będzie wspaniałym wzorem wszystkich kobiecych cnót, dokonała już dużo wcześniej." Następnie, po omówieniu politycznego wpływu sojuszu i podkreśleniu, że chodzi przede wszystkim o uczucie młodej pary, czytamy dalej: "Za wyższe i wspanialsze jednak uważamy dary serca i umysłu, które wyróżniają młodą księżną, przebywającą teraz wśród nas i należącą do nas. Lud ma bystre oko, naturalny instynkt; w jasnych, niebieskich oczach, w przyjaznych rysach, w pogodnym uśmiechu, który unosi się na młodej twarzy, nieprzekupny wzrok ludu, mimo blasku i przepychu, rozpoznał swoją przyjaciółkę, swoją opiekunkę, prawdziwą, troskliwą matkę kraju przyszłości. Dziś, przy tym wielotysięcznym aplauzie, który niemal zagłuszył grzmot armat, przebiła się droga do tego, co już od dni można było wyczytać z min tłumu, pracującego pilnie nad udekorowaniem ulic i falującego tam i z powrotem: wierność, nieskażona miłość! - Życie Hohenzollernów to życie pracy, trosk i trudów, życie, w którym skromna radość ma tylko należną jej część. Na pierwszym miejscu dla Hohenzollernów stoi nakaz najwierniejszego wypełniania obowiązków wobec kraju, za którego dobrobyt i rozwój czują się odpowiedzialni. Książę Wilhelm zna ciężar swojego powołania, zna wysoką odpowiedzialność, która kiedyś spadnie na jego barki. Przed nim stoi jako wzór wszystkich cnót władcy sędziwy cesarz, który w burzach życia zachował silny charakter, już we wczesnej młodości doświadczył na sobie zmienności losu, stał razem ze swoim ludem w radości i smutku. Przed nim otwarcie i swobodnie toczy się życie i działalność następcy tronu, jego ojca, i zaprasza go do naśladowania. Wychowanie, którego młody książę doznał pośród ludu, szkoła służby, którą musi przejść, wcześnie wskazały mu, że życie Hohenzollernów to nie łatwa gra, lecz wysokie, trudne poważne zadanie. W tej szkole charakter księcia zostanie zahartowany, aby w przyszłości mógł odważnie stawić czoła szorstkim przeciwnościom życia i surowej rzeczywistości. Pruski i niemiecki lud będzie stał po jego stronie; u jego boku również młoda księżna, która nie pozostała nietknięta przez gorzką powagę życia. Nad świątecznym nastrojem Berlina, nad masami ludzi falującymi przez ulice, które pospieszyły tu ze wszystkich regionów, słońce, pogoda cesarza, świeci jasno z nieba. Tak jak ta pogoda była dotąd wierna sędziwemu cesarzowi, niech będzie taka w całej przyszłości dla nowej księżnej domu Hohenzollernów, dla nowej pary Hohenzollernów!" Następnego dnia w tym samym miejscu pojawiło się drugie powitanie: "Powstało Cesarstwo Narodu Niemieckiego. Powstało jako Cesarstwo Hohenzollernów. Ten sławny ród wydał człowieka wyróżniającego się potężną postacią, niezłamaną nawet przez sędziwy wiek, oraz wyjątkowymi przymiotami ducha. Łączy on w sobie szczęśliwie odwagę, wytrwałość i rozwagę, a także tę najważniejszą cnotę władców – umiejętność mądrego dobierania odpowiednich ludzi do właściwych zadań oraz lojalnego i pełnego poświęcenia trzymania się tych, którzy się sprawdzili. Po tysiącleciu bezowocnych walk dokonał on tego, czego tęsknota młodzieży i ideał mężczyzn żądały dla naszego niemieckiego narodu i dla niemieckiego państwa jako podstawy jego istnienia i przyszłości. Szczęśliwy monarcha prowadzi dziś do wnuka jego małżonkę. - Wzniosłość powołania Hohenzollernów staje dziś jasno przed oczami niemieckiego narodu. Porusza ona serca, które w pełni uczestniczą w związku zawieranym przez młodą książęcą parę. Domowe błogosławieństwo, które on ustanawia, splata się z przyszłym losem Niemiec i Prus. Szczęście, które przynosi ten związek, sprzyja rozwojowi naszego państwa i narodu. I tak niech znajdą bogate spełnienie życzenia, które dziś wierny i wypróbowany lud w dniu ślubu książęcej pary posyła do nieba, z korzyścią dla cesarskiego pana i jego domu, a zarazem dla nas wszystkich!”
Rodzice cesarzowej.
W mowach powitalnych skierowanych do panny młodej i małżonki księcia Wilhelma podczas jej powitania w Berlinie i Poczdamie wielokrotnie podkreślano jej pochodzenie ze starożytnego niemieckiego rodu. Istotnie, linię jej przodków można prześledzić aż do odległej przeszłości, sięgającej czasów przed Karolem Wielkim, zarówno ze strony ojca, jak i matki. Podczas gdy przodkowie ze strony ojca pochodzili z regionu Wezery, przodkowie ze strony matki wywodzili się z Frankonii, gdzie posiadłości Hohenlohe zajmowały rozległy obszar. Przodkowie ze strony ojca wybrali Oldenburg jako swoją główną siedzibę i nazwali się hrabiami Oldenburga. Jeden z nich, Dietrich Szczęśliwy (Dietrich der Glückliche), poprzez małżeństwo z Jadwigą Holstein, dziedziczką Holsztyna i Szlezwiku, pozyskał te ziemie, których nazwy i tytuły odtąd nosił. Jego syn Chrystian został wybrany w 1448 roku na króla Danii i Norwegii, a po kilku latach wszedł również w posiadanie korony szwedzkiej. Stany Szlezwika i Holsztynu wybrały go po śmierci jego wuja na księcia Szlezwika i hrabiego Holsztynu, co doprowadziło do połączenia Szlezwika-Holsztynu z Danią, jednakże pod warunkiem zachowania niepodzielności obu krajów i przywilejów stanów. Miało to miejsce w roku 1460. Zajmowanie się tutaj bliżej historią Danii i królestw nordyckich zaprowadziłoby nas za daleko; pomińmy więc kilka stuleci i przejdźmy od razu do przedostatniego wieku. Przez wspomnianą umowę i utworzoną w ten sposób wspólnotę państw Dania uzyskała przewagę; trwało to długo bez głębszych wstrząsów, aż do pierwszej połowy ubiegłego stulecia, w którym w narodach Europy idea narodowa i poczucie przynależności stawały się coraz silniejsze, nastąpiły wydarzenia, które stopniowo doprowadziły do poważnych konfliktów. Król Danii Chrystian VIII uważał bowiem za swoje życiowe zadanie ściślejsze powiązanie Danii i Szlezwika-Holsztynu oraz ich połączenie w jedno "zjednoczone państwo duńskie". 8 lipca 1846 roku wydał on "Otwarty List", w którym stwierdzono: "podobnie jak w Danii i Lauenburgu, również w całym Szlezwiku i niektórych częściach Holsztynu obowiązuje sukcesja według prawa królewskiego; w odniesieniu do pozostałej części Holsztynu panują inne stosunki, jednak król będzie nieustannie dążył do uzyskania pełnego uznania integralności zjednoczonego państwa duńskiego." List ten zadziałał jak fanfara na wzburzone umysły. Doszło do gwałtownych protestów, zarówno ze strony członków wielokrotnie rozgałęzionego rodu książęcego, jak i stanów prowincjonalnych oraz poszczególnych społeczności miejskich. Księciu Krystianowi Augustowi, dziadkowi cesarzowej, który urodził się 19 lipca 1798 roku w Kopenhadze, jako głowie młodszej królewskiej linii domu Oldenburg, przysługiwało prawo sukcesji w Szlezwiku-Holsztynie, w przypadku gdyby wygasła męska linia starej królewskiej linii duńskiej. Prawo to zawsze chronił przed duńskimi planami połączenia. Król Christian VIII zmarł 20 stycznia 1848 roku, a jego następcą został syn Fryderyk VII, który kazał poinformować delegację członków stanów Szlezwika-Holsztynu, że zamierza nadać księstwu Holsztyna wolną konstytucję i otwarcie przyłączyć się do dążeń do utworzenia niemieckiego parlamentu; że nie ma jednak ani prawa, ani mocy, ani woli wcielenia Szlezwika do Związku Niemieckiego, natomiast chce wzmocnić nierozerwalny związek Szlezwika z Danią poprzez wspólną wolną konstytucję.
Wieść o tej decyzji zadziałała jak olej na ogień. W nocy z 23 na 24 marca 1848 roku w Kilonii utworzono tymczasowy rząd, do którego należał również młodszy brat księcia Krystiana Augusta, książę Augustenburga-Noer Fryderyk, który wraz z kilońskim batalionem strzelców i kilkoma ochotnikami zaskoczył twierdzę Rendsburg. Nastąpiły kolejne walki; dzielny udział w nich wziął syn księcia Krystiana Augusta, niespełna dwudziestoletni książę dziedziczny Fryderyk; wiadomo, że zbrojne powstanie nie odniosło sukcesu.
Ponieważ książę Krystian August, jego brat i synowie otwarcie opowiedzieli się po stronie Szlezwika-Holsztynu, po przywróceniu duńskiego panowania w księstwach został on wraz z rodziną wygnany z monarchii duńskiej, a jego dobra zostały poddane przymusowemu zarządowi państwowemu. Osiedlił się w zakupionym przez siebie majątku Przemków na Śląsku i w 1863 roku zrzekł się swoich roszczeń do sukcesji w Szlezwiku-Holsztynie na rzecz swojego syna, księcia dziedzicznego Fryderyka.
Urodził się on 6 lipca 1829 roku na zamku Augustenborg otoczonym lasami i wodami na wyspie Als i otrzymał staranne wychowanie, pod wpływem ojca, który należał do najwybitniejszych polityków tamtych czasów, a jednocześnie żywo interesował się sztukami pięknymi, nauką i literaturą. Oczywiście, z biegiem czasu ujawniły się silne różnice między ojcem a synem. "Podczas gdy książę Krystian August był zdecydowany, pełen energii i bardzo stanowczy, mimo gruntownego wykształcenia i wszechstronnej wiedzy całkowicie nastawiony na praktyczność, trzymał się prawa, nie zważając na narodowe życzenia niemieckich liberałów, to u najstarszego syna wielka sumienność prowadziła do podejmowania decyzji dopiero po dojrzałym rozważeniu wszystkich wątpliwości i wprowadzeniu ich w życie. Syn miał umysł otwarty na wszystkie idealistyczne dążenia. On również był ożywiony silnym poczuciem sprawiedliwości, ale jednocześnie uznawał wyższe prawo narodów i poszczególnych ludzi do zaspokajania idealnych żądań, stojące ponad pisanym porządkiem. Nie był ani szorstki, ani miękki, lecz łagodny; ojciec (czasami irytował się na rozważną naturę Fryderyka, którego dobrotliwa matka starała się wtedy bronić. Od niej i dziadka Fryderyka ze Szlezwika-Holsztynu, przyjaciela Schillera, książę dziedziczny wydaje się przede wszystkim odziedziczyć swoje cechy i skłonności. Ale nie wolno zapominać o zasłudze ojca: sam wprowadził syna w historię księstw i napełnił go świadomością, że augustenburska gałąź domu oldenburskiego jest powołana do pomocy mieszkańcom Szlezwika-Holsztynu w uzyskaniu ich praw wobec Danii."
Wspomnieliśmy już, że książę dziedziczny brał udział w walkach przeciwko Duńczykom. W sztabie swojego wuja, księcia Fryderyka, uczestniczył w wielu potyczkach, wielokrotnie znajdując się pod ostrzałem, także w sztabie pruskiego generała von Bonina, między innymi pod Friedericia, pod Idstedt i Missunde. Po zwycięstwie pod Eckernförde, z pokonaniem duńskiego okrętu liniowego "Christian VIII", książę otrzymał zadanie dostarczenia flagi okrętu regentowi Rzeszy, arcyksięciu Austrii Janowi we Frankfurcie nad Menem. Dokonało się to po krótkiej przemowie, która zakończyła się słowami: "Oby wkrótce nadszedł upragniony dzień, w którym niemiecka flaga jako symbol niemieckiej jedności i chwały będzie powiewać także nad łąkami Szlezwika i nad tym trofeum."
Ach, długie lata miały minąć, zanim ta nadzieja się spełni! Najpierw książę dziedziczny miał doskonalić swoje wykształcenie; w maju 1851 roku wraz z bratem Krystianem rozpoczął studia na Uniwersytecie w Bonn, uczęszczając tam na wykłady z nauk politycznych i finansów oraz niemieckiego prawa konstytucyjnego. Obaj książęta często bywali w domach profesorów, ale nie izolowali się też od swoich kolegów, zgodnie z życzeniem ojca. Napominał ich, by nie podkreślali swojego książęcego statusu, ponieważ mogłoby to być odebrane jako duma i głupota, "najgorsze, co może się dziś przydarzyć", i dodawał, odnosząc się do kontaktów z innymi studiującymi w Bonn synami książąt: "W towarzystwie innych książąt zwykle niewiele się uczy, a już najmniej zdobywa się wiedzę o zwykłych ludziach i ich życiu." Oczywiście, były od tego wyjątki, a jednym z nich była bliższa znajomość z księciem Fryderykiem Wilhelmem, przyszłym dziedzicem pruskiej korony, naszym późniejszym cesarzem Fryderykiem, który jesienią tego samego roku rozpoczął studia na Uniwersytecie w Bonn. Szybko nawiązała się tu bliższa przyjaźń, ale zaprawdę, żaden z dwóch młodych książęcych studentów nie mógł przypuszczać, że kiedyś połączą swoje dzieci w związku małżeńskim. Dzięki księciu Fryderykowi Wilhelmowi nawiązały się również osobiste relacje z jego rodzicami, księciem Prus i jego małżonką, którzy rezydowali w pobliskim Koblencji. Książę dziedziczny chętnie zagłębiał się w swoje wnętrze, pilnie prowadził dziennik i omawiał w osobnych esejach interesujące go kwestie.
Po studiach w Bonn nastąpiła dłuższa wspólna podróż obu braci, która zaprowadziła ich także do Paryża. Minęło zaledwie kilka tygodni od momentu, gdy Napoleon III mógł ozdobić się koroną cesarską, a pruski ambasador hrabia Hatzfeld zapewnił książętom wstęp na ślub pary cesarskiej w Notre-Dame 30 stycznia 1853 roku. Tydzień później zostali przyjęci przez parę cesarską, która zatrzymała ich na śniadaniu. "Cesarzowa", relacjonuje książę Fryderyk w swoich listach, "jest naprawdę bardzo piękną kobietą, wysoką, dobrze zbudowaną, o bardzo delikatnej, regularnej twarzy, dobrej cerze i pięknych blond włosach. O Hiszpance nie przypomina nic poza może długimi, wąskimi, ciemnymi brwiami, które ciągną się ukośnie aż pod skronie. Cesarzowa była prawie zakłopotana, ale poza tym bardzo przyjazna. Cesarza jego powściągliwość i chłód czynią nieco książęcym, chociaż bardzo często przebija się przez to człowiek prywatny, którym był tak długo." Po śniadaniu nastąpił przejazd do Wersalu na paradę, w której obaj książęta uczestniczyli w powozie pary cesarskiej: "Cesarz bardzo dobrze dbał o cesarzową; nie chciała czekać, aż przyniosą dla niej płaszcz, nie chciała, by na nią czekano. Z drugiej strony, podczas jazdy czasami pojawiała się figlarna dziewczyna, na przykład, gdy delikatnie przesuwała batem po twarzy cesarza, tak że rzucał jej surowe spojrzenie." — Z Paryża podróż wiodła przez południową Francję do Rzymu, a stamtąd do Neapolu, skąd list od ojca wezwał książęta do powrotu do domu, ponieważ ojciec chciał kupić posiadłość na Śląsku i nie chciał tego robić bez konsultacji ze swoim najstarszym synem.
W malowniczo położonym zameczku Rosenau niedaleko Coburga, który zaprzyjaźniony książę Saksonii-Coburga Ernest udostępnił rodzinie, można było świętować radosne spotkanie z rodzicami i rodzeństwem.
Owym majątkiem był majątek ziemski Przemkowa na Dolnym Śląsku, który książę Krystian August wkrótce nabył. Znajdował się on w opłakanym stanie zaniedbania i było wiele do zrobienia dla nowego właściciela i jego synów. Następnie nastąpiło kolejne rozstanie; książę dziedziczny wstąpił wiosną 1854 roku do armii pruskiej, a mianowicie do Pierwszego Pułku Gwardii Pieszej, ale nie znalazł zbyt wielkiego upodobania w wojskowej musztrze i sztywnym życiu towarzyskim w Poczdamie i Berlinie. Również jego i tak nigdy nie zbyt mocne zdrowie nie wytrzymało różnorodnych wysiłków; musiał wielokrotnie prosić o urlop, który częściowo spędzał w Szwajcarii i we Włoszech, aż do powrotu do garnizonu wiosną 1856 roku. Ale tylko tymczasowo. Cała jego natura, jak wynika to również z wielu kart jego dziennika, ciążyła ku spokojnemu, zamkniętemu w sobie życiu, bez pośpiechu i zewnętrznego blasku. Jego pragnienie posiadania własnego domu zbiegło się z pragnieniem jego rodziców. O tym pragnieniu dowiedział się prawdopodobnie również książę Coburga Ernest; skierował on uwagę rodziców na blisko z nim spokrewnioną młodą księżną Hohenlohe-Langenburg Adelajdę, mając nadzieję na korzyści polityczne dla rodziny książęcej, gdyż matka księżnej, księżna Teodora, była przyrodnią siostrą królowej Wiktorii angielskiej, a spokrewniony dom Coburga dysponował wieloma ważnymi rodzinnymi i politycznymi powiązaniami. Książę Krystian August zgodził się z propozycją, ale nie chciał wpływać na syna i uzależnił dalszy rozwój sytuacji od spotkania młodych ludzi. To spotkanie odbyło się swobodnie w maju 1856 roku w Baden-Baden; książę dziedziczny od razu zapałał głębokim uczuciem do uroczej księżniczki; już po kilku dniach nastąpiły zaręczyny.
Podobnie jak narzeczony, tak i narzeczona pochodziła z prastarego książęcego rodu, który został udokumentowany już w pierwszym roku panowania cesarza Barbarossy w 1153 roku. Stara rycerska rodzina, która w ciągu wieków doszła do wysokiego poważania i bogatego majątku, podzieliła się później na różne linie. Kiedy pierwszy Napoleon mieszał się przemocą w sprawy niemieckie i chciał przeprowadzić utworzenie Związku Reńskiego, książęta Hohenlohe, w przeciwieństwie do późniejszych królów Bawarii i Wirtembergii, nie opuścili cesarza i Rzeszy i nie przyłączyli się do sojuszu napoleońskiego. Podobnie książę Hohenlohe-Ingelfingen Fryderyk Ludwik, w porozumieniu ze swoimi bliskimi krewnymi, odrzucił pokusę Napoleona, by jako wielki książę lub książę Frankonii objąć stanowisko regenta w południowych Niemczech. W rezultacie, na mocy aktu Związku Reńskiego z 12 lipca 1806 roku, Hohenlohe zostało w większej części poddane zwierzchnictwu wirtemberskiemu, a w mniejszej bawarskiemu. Również linia Langenburg utraciła swoje suwerenne prawa, ale nie miłość ludności, która często okazywała się w najbardziej wzruszający sposób. Książę Hohenlohe-Langenburg Ernest poślubił 18 lutego 1828 roku księżną Leiningen Teodorę, przyrodnią siostrę królowej Wiktorii angielskiej; jako ostatnie dziecko urodziła się 20 lipca 1835 roku księżniczka Adelajda, czule nazywana przez rodziców i rodzeństwo Adą. Już wcześnie ujawniło się u niej bogate życie wewnętrzne i wielkie zamiłowanie do muzyki, podobnie jak marzycielsko kochała naturę. Nie mniej zagłębiała się w naukę teologii, miłość, która pozostała jej do późnej starości. Liczne podróże, często do Anglii i Włoch, poszerzyły jej horyzonty, w Londynie często uczestniczyła u boku swojej królewskiej ciotki w wystawnych uroczystościach dworskich, przy czym ambasador francuski, hrabia Walewski, miał okazję poznać piękną i otwarcie pokazującą swoją świeżą naturalność małą księżniczkę. I skierował on uwagę cesarza Napoleona III, który niedawno objął rządy, na księżną Hohenlohe. Napoleon, który już po udanym zamachu stanu jako prezydent chętnie rozglądał się za europejską księżną jako towarzyszką życia, której nazwisko i pozycja miałyby także dla niego znaczenie, i już otrzymał kosza od szwedzkiej księżnej Caroli Wasa, późniejszej królowej Saksonii, nie był niechętny temu planowi. Tak pisze Lord Malmesbury w swoich wspomnieniach pod datą 13 grudnia 1852 roku: "Walewski przybył, aby prosić o rękę księżnej Hohenlohe Adelajdy, siostrzenicy królowej Wiktorii, dla cesarza Napoleona. Przewidziałem to zapytanie i poinformowałem o nim królową." A kilka dni później: "Królowa zaczęła mówić o planowanym małżeństwie jej siostrzenicy. Jej książęcy małżonek przeczytał list księcia Hohenlohe odnoszący się do tej sprawy, którego główna treść sprowadzała się do tego, że widzi wiele trudności, które mogą przy tym wyniknąć, a w szczególności podkreślał różnice wyznania religijnego i narodowości. Królowa i książę Albert rozmawiali o tym przedmiocie spokojnie, rozważając argumenty za i przeciw — królowa nawiązała jeszcze do typowego losu wszystkich królewskich i cesarskich kobiet we Francji od 1789 roku, ale w gruncie rzeczy nie była przeciwna temu związkowi." Dwukrotnie Napoleon starał się o rękę księżnej, jednak bezskutecznie.
Ślub księcia dziedzicznego Fryderyka z księżną Adelajdą odbył się 15 września 1856 roku w starym zamku Hohenlohe w Langenburgu, na którego blankach radośnie powiewały flagi Szlezwika-Holsztynu i Hohenlohe. Młoda para początkowo zamieszkała w Przemkowie, aby już w następnym roku przenieść się do majątku rycerskiego Dłużka koło Lubska, w Dolnych Łużycach, który książę nabył dla swojego syna. Posiadłość była stosunkowo mała, obejmująca tylko 4000 mórg, ale była to różnorodna ziemia, z rozległymi polami uprawnymi i łąkami, z lasem i stawami, była też gorzelnia, tartak, cegielnia i browar. Dla młodego właściciela ziemskiego było dość do zrobienia, znalazł wiele radości w rolnictwie i starał się doskonalić swoje doświadczenia podczas bliskich i dalekich podróży. Kontakty z sąsiadującą szlachtą były bardzo ograniczone, ich reakcyjne poglądy nie bardzo odpowiadały księciu dziedzicznemu; za to często przebywał w Poczdamie i Berlinie, chętnie kontynuując przyjacielskie stosunki z księciem Fryderykiem Wilhelmem, z którym łączyły go teraz bliskie więzy pokrewieństwa po jego ślubie z księżną Anglii Wiktorią. Gdy księciu urodził się 27 stycznia 1859 roku pierwszy syn, książę następca tronu Fryderyk, który akurat przebywał w Berlinie, otrzymał od szczęśliwego ojca jako jeden z pierwszych wiadomość o radosnym wydarzeniu. Również z dworem angielskim kontakty pozostały ożywione, para książęca była wielokrotnie gościnnie przyjmowana na dworze królowej Wiktorii.
Jednak książę Fryderyk najchętniej przebywał na własnej ziemi, we własnym domu. Dużo zajmował się polityką i naukami, nie występując publicznie, zadowalały go własne studia i zapiski o niemieckich stosunkach konstytucyjnych. O księżnej dziedzicznej Adelajdzie przyjaciel rodziny pisze, że była dobrze wykształconą, niezwykle piękną kobietą o wyraźnych skłonnościach artystycznych, która szczególnie w muzyce osiągała wybitne wyniki: "Wrażliwa jak artystka, sangwiniczna, czasami drażliwa, a dzięki swojemu genialnemu usposobieniu pod wieloma względami nawet przeciwieństwem swojego spokojnego i rozważnego męża, była jednak dla swoich troskliwą, kochającą żoną i matką. Jej urzekająca uprzejmość z łatwością zdobywała serca, a znaczną część popularności, jaką następca tronu, a później książę Szlezwiku-Holsztynu, cieszył się później, zgodnie ze świadectwem jego zwolenników, zawdzięczał swojej małżonce." A z innej strony dowiadujemy się: "Książęcej pani domu oferowało się bogate pole działalności u boku jej niestrudzenie twórczego męża. Szczególną radość sprawiały jej prości i uczciwi chłopi łużyccy z ich wiernie zachowanymi, staroświeckimi strojami i zwyczajami. Często odwiedzała też izby przędzalnicze, gdzie w długie zimowe wieczory przędły kobiety i dziewczęta. Nierzadko sama siadała przy kołowrotku, aby prząść razem z nimi. Również w innych sytuacjach chętnie szukała każdej okazji, aby nawiązać kontakt ze swoimi mieszkańcami, uczestniczyć w ich troskach i pomagać, gdzie tylko mogła."
Jeszcze przed przeprowadzką do Dłużka młodej parze urodził się syn, który jednak zmarł już po roku. 22 października 1858 roku urodziła się córeczka, która podczas chrztu otrzymała imiona Augusta Wiktoria po swoich najznamienitszych chrzestnych: Księżnej Pruskiej, późniejszej cesarzowej Auguście, oraz Księżniczce Prus Fryderyka Wilhelma, późniejszej cesarzowej Fryderyce. To także dziwna gra przypadku, że dwie pierwsze niemieckie cesarzowe były matkami chrzestnymi trzeciej niemieckiej cesarzowej. Po córeczce przyszedł na świat jeszcze syn, który również wcześnie zmarł, potem znowu mała księżniczka, Karolina Matylda, obecna księżna Glücksburga, i dwie kolejne małe księżniczki, Luiza Zofia, obecna księżna Prus Fryderyka Leopolda, i księżniczka Teodora, która zmarła w czerwcu 1910 roku; przed nimi przyszedł na świat książę Ernest Günther, który później dziedziczył tytuł.
Rok 1863 miał stać się szczególnie ważny dla rodziny książęcej i następców tronu. Na początku tego roku zapytano księcia następcę tronu Fryderyka, czy przyjąłby koronę Grecji, która została zwolniona po przymusowym ustąpieniu króla Ottona pochodzącego z Bawarii. Książę następca tronu odmówił, wskazując, że ma obowiązki do spełnienia wobec swojej ojczyzny. Te obowiązki pojawiły się jeszcze w tym samym roku. 15 listopada zmarł król Danii Fryderyk VII, a jeszcze tego samego wieczoru książę Krystian August podpisał uzgodniony już od pewnego czasu dokument, przez który, będąc związany wcześniejszą umową, przekazał swoje prawa do Szlezwika-Holsztynu synowi, który tym samym przejął także godność książęcą. Jeszcze wieczorem 16 listopada książę dziedziczny opuścił Dłużek i następnego ranka przybył do Gothy, gdzie spotkał się ze swoim wiernym doradcą, księciem Coburga Ernestem, i swoimi zaufanymi ludźmi, aby omówić wszystkie szczegóły. Książę Ernest był również pierwszym, który wyraził uznanie księcia za suwerena księstw dziedzicznych i wnioskował o wykluczenie królewskiego duńskiego przedstawiciela z Bundestagu. Zbyt daleko zaprowadziłoby nas opisywanie, nawet w skrócie, historii tych dążeń; chcemy tylko podkreślić, że książę dziedziczny był przekonany o swoim świętym prawie, że żarliwie kochał swoją ojczyznę i że naprawdę nie kierowała nim żądza blasku i posiadania. "To, czego chcę," powiedział podczas tych narad w Gotha, "to uwolnić księstwa spod duńskiego panowania. Mogę sobie bardzo dobrze wyobrazić, że moja osoba stanie się niemożliwa w tej ohydnej walce, której stawiam czoła. Na ten przypadek muszę, aby lepiej osiągnąć swój cel, być w stanie przenieść moje prawo na innego niemieckiego księcia."
Jego prawo zostało uznane również przez ówczesnego pruskiego premiera von Bismarcka podczas osobistej rozmowy, ale ten już sterował pruskim statkiem państwowym na falach wielkoniemieckiej polityki. Oczywiście wiedziało o tym tylko bardzo niewielu, nawet nie król i następca tronu, ponieważ Bismarck nie miał jeszcze w ręku kart, których potrzebował, aby osiągnąć ostateczny sukces. W każdym razie miał stanowczą wolę, aby nie dopuścić do przejęcia Szlezwika-Holsztynu przez Danię; oczywiście nie zależało mu też na tym, aby powstało tu nowe niemieckie księstwo, które, na wzór Hanoweru, mogłoby się jemu i jego polityce przeciwstawić. A takie księstwo trudniej było następnie włączyć do Prus, niż gdyby tymczasowo pozostało pod zwierzchnictwem duńskim. Dlatego Bismarck do tej pory wolał traktować kwestię Szlezwika-Holsztynu "dylatoryjnie", przy czym, choć nie w pierwszej linii, być może grały rolę jeszcze osobiste odczucia, ponieważ znał liberalne poglądy księcia dziedzicznego i jego przyjaźń z również znanym jako liberalny następcą tronu Fryderykiem Wilhelmem, jak również sympatię króla Wilhelma do niego i obawiał się, że przez osobiste względy jego plany mogłyby zostać zakłócone.
Wydarzenia nabrały szybszego tempa, niż oczekiwano w Berlinie. Poprzez proklamację, rozpowszechnioną w wielu tysiącach egzemplarzy w księstwach, młody książę Fryderyk ogłosił swoje wstąpienie na tron, co samo w sobie otwarcie wyrażało oddzielenie księstw od Danii. "Precz od Danii pod przywództwem prawowitego księcia" stało się hasłem ochronnym i bojowym Szlezwika-Holsztynu, ale zostało również przyjęte z entuzjazmem w wielu częściach Niemiec. Decyzja o uznaniu księcia Fryderyka za suwerena księstw leżała w gestii Rady Związkowej, i można było przypuszczać, że znaczna część książąt wyrazi zgodę poprzez swoich przedstawicieli. Oczywiście, główna decyzja należała do Prus i Austrii, a zwłaszcza ta ostatnia wykazywała mało sympatii dla roszczeń księcia Fryderyka. Wynikało to już z wypowiedzi austriackiego dyplomaty: "Nie zamierzamy pracować dla Prus i Augustenburga". Również w Berlinie nie brakowało znaczącego oporu; obawiano się niebezpiecznego zaostrzenia sytuacji i konfrontacji z Austrią. Wtedy ujawniło się mistrzostwo Bismarcka, który zmusił oporną Austrię do podążania tą samą drogą co Prusy, ostatecznie na dobre i na złe. Austria z kolei obawiała się, że utworzenie księstwa Szlezwika-Holsztynu niebezpiecznie wzmocni Prusy. Bismarck bardzo zręcznie przekonał Austriaków, że Prusy będą reprezentować interesy Austrii, czyli, jak wierzono w Wiedniu, płynąć całkowicie w austriackim nurcie, podczas gdy przenikliwi ludzie już mieli poczucie, że "wiedeńskie ministerstwo jest teraz na ulicy Wilhelmstrasse w Berlinie".
W Berlinie, Prusach i Niemczech panowało wówczas duże poruszenie; oskarżano Bismarcka o zdradę wielkiej niemieckiej sprawy, mimo że oświadczył, iż ani piędź niemieckiej ziemi nie zostanie oddana zagranicy, ponieważ zajmował się Szlezwikiem-Holsztynem jedynie "dylatoryjnie", podczas gdy jego odłączenie od Danii stawało się coraz bardziej sprawą narodową. Także berliński rząd i kręgi dworskie działały przeciwko niemu u króla, dwa razy już wtedy stał "na krawędzi" i nawet 1 grudnia złożył rezygnację w odpowiedzi na pismo króla sformułowane w duchu augustenburskim. Król jednak stał po stronie swojego męża stanu, tym bardziej, że zauważył, jak pod przewodnictwem Bawarii kilka państw średniej wielkości wydawało się mieć zamiar prowadzić własną politykę i występować jako "trzecia grupa sił" obok Prus i Austrii.
Rada Związkowa pod naciskiem Prus i Austrii postanowiła o natychmiastowej egzekucji przeciwko Danii, aby zmusić Duńczyków do posłuszeństwa wobec dawnych federalnych żądań w kwestii konstytucyjnej. 23 grudnia 1863 roku saskie i hanowerskie wojska związkowe przekroczyły granicę Holsztynu i zajęły księstwo, tworząc tak zwany "książęcy rząd krajowy" w Kilonii. Książę dziedziczny Fryderyk został ogłoszony księciem w wielu miejscach, szczególnie na Ogólnym Zgromadzeniu Krajowym w Elmshorn 27 grudnia, gdzie 20 000 mężczyzn ze wszystkich części kraju uroczyście i dobitnie przysięgło wierność księciu Fryderykowi VIII i wezwało go do pojawienia się na ojczystej ziemi. Książę natychmiast spełnił to życzenie, przybył do Kilonii, gdzie został przywitany z radością, która wkrótce rozeszła się po całym kraju. Książę zamieszkał w domu przy ulicy prowadzącej przez Düsternbrook do Bellevue i sprowadził tam swoją rodzinę, która później przeniosła się do zamku Augustenburg. Księżna Adelajda stała wiernie u boku męża, tworząc mu najbardziej przytulny dom, który w tym burzliwym czasie stał się tak bardzo potrzebnym miejscem odpoczynku. Miłość i szacunek ludności dla książęcej rodziny przejawiały się często we wzruszających gestach; rodzina prowadziła tu swoje proste życie, chętnie nawiązując kontakt ze wszystkimi kręgami społeczeństwa.
Jednak cała miłość i szacunek nie wystarczyły, by w jakikolwiek sposób wpłynąć na zamiary Bismarcka, nawet nie publiczne uchwały i deklaracje. Stopniowo w samych księstwach pojawiały się różne przeciwne prądy, podobnie jak w Prusach, gdzie idea inkorporacji zyskiwała coraz więcej zwolenników. Jeszcze bardziej naglące stało się to po sukcesach wojny 1864 roku, do których dwa lata później dołączyły szybkie sukcesy roku 1866. Aktem prawnym z 12 stycznia 1867 roku Szlezwik-Holsztyn, z wyjątkiem małego obszaru odstąpionego Oldenburgowi, został wcielony do Prus. Książę Fryderyk odrzucił oferowane mu odszkodowanie w formie pieniędzy i posiadłości ziemskich, stwierdzając, że nie ma dla niego kompromisu, który jednocześnie nie byłby korzystny dla kraju; więcej warte niż parę milionów jest przekonanie mieszkańców Szlezwika-Holsztynu, że dom książęcy do końca pozostał wierny i bezinteresowny wobec kraju i jego praw.
Przez cały krytyczny okres księżna Adelajda mieszkała z księciem dziedzicznym w Kilonii, aż do oficjalnego wcielenia, po czym przeniosła się do Gothy, gdzie już wcześniej zamieszkały córki i małżonek. Po śmierci ojca 11 marca 1869 roku, książę Fryderyk otrzymał, oprócz Przemkowa i Grafenstein, także południowo szwedzką posiadłość Gräfsnäs; ponieważ jednak odwiedziny Grafenstein były same w sobie zakazane, książę mieszkał ze swoją rodziną głównie w Przemkowie, poza pierwszą, trzecią częścią roku, którą spędzał w Gotha. W spokój śląskiej posiadłości ziemskiej nagle wtargnął huk wojny francusko-pruskiej. Dla księcia, zawsze czującego się Niemcem, nie było wahania ani zwlekania; w przeciwieństwie do innych pretendentów, wstąpił do armii niemieckiej jako bawarski generał major, pytając za pośrednictwem księżnej następczyni tronu króla Wilhelma, czy może dołączyć do głównej kwatery następcy tronu. Król Wilhelm z radością udzielił zgody, wyciągając do księcia obie ręce, gdy po raz pierwszy zobaczył go ponownie na francuskiej ziemi. Oprócz innych walk, książę był obecny przy krwawych zmaganiach pod Sedanem; przybył wieczorem 1 września, gdy generał Reille stanął przed królem Wilhelmem, by wręczyć mu słynny list Napoleona. Był również obecny następnego ranka, gdy król Wilhelm spotkał się z upadłym cesarzem w Donchery. "Taka godzina zmienia myśli człowieka i nakłada nowe obowiązki", powiedział do Gustava Freytaga. W Wersalu uczestniczył w proklamacji cesarskiej, a następnie powrócił do swoich najbliższych w Przemkowie.
Z pełnym prawem książę Fryderyk mógł napisać po zakończeniu długotrwałej walki: "Wiem, że bez mojego wystąpienia księstwa nie zostałyby oddzielone od Danii, i nie uda się wyrwać tej karty historii, która należy do mnie.”
Młodość, piękna młodość!
"Kto miał szczęście przebywać w książęcym kręgu rodzinnym, temu na zawsze pozostanie w pamięci serdeczność i czystość, które odciskały swoje piętno na całym życiu. Książęcy obyczaj połączył się tam z mieszczańską prostotą w prawdziwie idealny obraz." Tak pisze przyjaciel rodziny książęcej, który często w niej bywał. W tym kręgu dorastała księżna Augusta Wiktoria wraz z rodzeństwem. Najpierw w spokoju zamku Dłużka, aż wydarzenia polityczne, szczegółowo omówione w ostatnim rozdziale, rzuciły swój cień na spokojne życie i jednostajnie płynące dni.
W okresie kilońskim miał też miejsce pobyt w Grafenstein, o którym opowiada nam szwedzki inspektor rolniczy, którego książę Krystian August poznał i docenił w swojej szwedzkiej posiadłości Gräfsnäs i którego powołał do Grafenstein. W domu książęcym panowała patriarchalna prostota. Przy stole księcia jadali nie tylko urzędnicy dworscy, ale także inspektor i jemu podobni. Rozmowa była swobodna i nieskrępowana, można było mówić o czym się chciało, tylko nie o polityce. Córki księcia były wychowywane jak córki prostych ziemian i były w najwyższym stopniu niepretensjonalne, naturalne i skromne. Ich największą radością było jeżdżenie na łyżwach zimą i na wozie z sianem latem. Wkrótce księżniczki obdarzyły przybyłego ze Szwecji inspektora pełnym zaufaniem i szczerą przyjaźnią. Jeśli w swojej młodzieńczej lekkomyślności spłatały jakiś figiel, to zawsze "dobry Szwed" musiał wszystko naprawić, co mu się zwykle udawało. W podzięce opróżniały swoje małe bombonierki do jego kieszeni i obiecywały mu złote góry, gdy tylko dorosną i staną się "prawdziwymi księżnymi". Smutny czas nadchodził dla księżniczek, gdy ich rodzice przebywali poza domem, a one musiały zostać w Grafenstein pod nadzorem starego, wytwornego i pedantycznego marszałka dworu. Prawie wszystko, co sprawiało im radość, uważał on za "niestosowne". Szczególnie jazdę na wozie z sianem i tańce w kółku z młodzieżą z sąsiedztwa. Najgorsze jednak było to, że nie mogły wysłać listu do swoich przyjaciółek bez przeczytania i zatwierdzenia jego treści przez nudnego marszałka dworu. A zwykle warunkiem jego zgody było wykreślenie właśnie głównej treści. Jednak dzięki "dobremu Szwedowi" listy księżniczek często unikały cenzury, będąc potajemnie dostarczane przez mleczarza lub inne osoby wyznaczone przez inspektora, które przynosiły również tajemnicze odpowiedzi od przyjaciółek.
Po pobycie w Kilonii nastąpił pobyt w Gotha, gdzie książę już wcześniej nabył własną siedzibę. Również tutaj żył z rodziną w dużym odosobnieniu, natomiast chętnie uczęszczano do teatru i na koncerty, unikając jednocześnie większych zgromadzeń towarzyskich. Tylko książę Reuß Ernst II często go odwiedzał, będąc związanym z gospodarzem domu ścisłą przyjaźnią i zawsze żywo popierając jego roszczenia. Nie brakowało również wizyt zaufanych osób z księstw połabskich.
Jednak właściwy okres młodości księżna Augusta Wiktoria spędziła wraz z rodzeństwem w Przemkowie, gdzie życie również płynęło spokojnie i bez ekscytacji. Przemków, typowe śląskie miasteczko o idyllicznym spokoju i kojącej prostocie, ma długą historię, ponieważ podobno zostało założone już w 1280 roku przez księcia Przemka. Jednak długie istnienie niewiele przyczyniło się do rozwoju miejscowości, która nawet dziś liczy niewiele ponad 2000 mieszkańców i prawdopodobnie nie byłaby podłączona do linii kolejowej, gdyby nie rozległe huty związane z posiadłością ziemską Przemkowa. Stary zamek, który pod koniec ostatniego stulecia ustąpił miejsca okazałej nowej budowli, był niezwykle przytulny i wygodny, odzwierciedlając charakter swoich właścicieli i mieszkańców; gęste korony drzew szumiały swoją kojącą pieśń do pokoi, pachnące klomby kwiatowe cieszyły oko. Ukryty w parku domek szwajcarski, obrośnięty winoroślą i bluszczem, na przejrzystych falach pobliskiej rzeki Szproty kołysały się urocze łódki, używane do wieczornych przejażdżek.
Po powrocie z wojny książę z pełnym oddaniem zajął się zarządzaniem majątkiem ziemskim, nie zaniedbując przy tym swoich studiów naukowych, które dotyczyły kwestii historycznych, szczególnie ojczystego Szlezwika-Holsztynu, ale także chemii i geologii. Samotność jego posiadłości i szczęście rodzinne rekompensowały mu gorzkie doświadczenia i rozczarowania poprzednich lat. Para książęca z największą uwagą i miłością poświęcała się wychowaniu swoich dzieci, które rosły kwitnące i pełne życia, będąc w ścisłym kontakcie z naturą, co najzdrowiej utrzymuje ducha i ciało. Wychowanie dzieci stanowiło dominujący punkt centralny w życiu rodziców, których najbardziej oddanym dążeniem było zapewnienie im możliwie wszechstronnego i harmonijnego wykształcenia. Rodzice byli całkowicie oddani swoim dzieciom; park często rozbrzmiewał radosnym hałasem, a po wspólnym wieczornym posiłku starzy i młodzi bawili się w wesołe gry. Często podejmowano dłuższe przejażdżki powozem po rozległej posiadłości, zatrzymując się w jakimś pięknym miejscu, aby odpocząć w zacisznej zieleni. Rodzice czule skrócili imiona dzieci i oczywiście maluchy również tak się do siebie zwracały. Najstarsza córka, nasza Augusta Wiktoria, była nazywana "Dona", Karolina Matylda "Calma", Luiza Zofia "Jaja", Teodora "Feo", a syn Ernest Günther "Dicki".
Mimo całej radości i swobody, nie zapomniano o nauce. Plan nauczania został ustalony przez księcia w szczegółowych konsultacjach z nauczycielami; książę bardzo starannie nadzorował nauczanie. Zwolnienie z lekcji, jeśli nie było spowodowane wyjątkowymi okolicznościami, nie istniało. Często uczestniczył w lekcjach, a księżna Adelajda regularnie w lekcjach religii, literatury i geografii. Przy poważnych lub radosnych wydarzeniach książę wzywał swoje dzieci do swojego pokoju i rozmawiał z nimi w jasny, pełen zrozumienia sposób; często omawiał z nauczycielami kwestie pedagogiczne, nawet listownie po ich odejściu. Angielka, panna Walker, została powołana jako nauczycielka, a kandydat teologii, Mühlenhardt, jako nauczyciel, a codzienna nauka obejmowała od sześciu do ośmiu godzin. "Książęcy rodzice przywiązywali szczególną wagę do historii i religii," relacjonuje kaznodzieja Evers, "książę wymagał, aby na lekcjach religii jego dzieciom nie wkładano słów w usta, ale zaszczepiało się ducha i życie w sercach. Wymagał, aby na lekcjach historii unikano każdego słowa, które dzieci mogłyby odebrać jako osąd nad narodami i książętami. Dzieci miały rozpoznawać palec Boży w losach narodów, a czyny ludzi miały być zawsze łagodnie osądzane. Było wyraźnym poleceniem księcia dla nauczania historii, aby absolutnie nie dopuszczać do powstania uprzedzeń za lub przeciw jakiemukolwiek państwu, a tym bardziej ich nie pielęgnować." Gdy dwie najstarsze księżniczki odwiedziły siostrę księcia, Karolinę Amalię, w Pau zimą 1876/77, aby dalej kształcić się w języku francuskim, książę poprosił księżną, która w najbardziej zdecydowany sposób podzielała jego poglądy na temat aneksji, aby całkowicie milczała o polityce i zawsze pamiętała, że jego córki są Niemkami. W liście do brata księżniczka Karolina Amalia podkreśla, że obie księżne każdego ranka najpierw zabierały się do nauki - z właściwą im sumiennością. "La petite reine" (mała królowa) nazywali Francuzi księżniczkę Augustę Wiktorię, która swoją blond urodą i naturalną swobodą wywarła na nich duże wrażenie.
Po godzinach nauki rodzice chętnie przebywali z dziećmi w wymienionym już domku szwajcarskim, zbudowanym przez księcia na życzenie jego małżonki, gdzie wesoło gawędzono, ale gdzie matka uczyła też córki gotować oraz uprawiać i pielęgnować kwiaty w przylegającym małym ogrodzie. Zimą wieczory często poświęcano muzyce i wspólnej lekturze; utrzymywano dobre stosunki z mieszkańcami miasteczka i nie okazywano żadnych uprzedzeń w kontaktach.
Wcześnie już księżna Adelajda zabierała swoje dwie najstarsze córki do łóżek chorych i słabych. Obie księżne osobiście podawały cierpiącym posiłki i roznosiły jasny blask słońca w małych izbach chałupników i robotników. Na Wielkanoc i Zielone Świątki w kuchni zamkowej panował duży ruch; całe góry ciast były rozdawane ludności, którą, jeśli pogoda na to pozwalała, gościło się na świeżym powietrzu. Najpiękniejsze, pełne wspomnień dni przynosiło jednak również tutaj Boże Narodzenie, gdyż już tygodnie wcześniej córki przygotowywały różne ładne podarunki, które wraz z innymi prezentami były rozdawane przez księżne w Wigilię na zamku pod światłami choinki młodzieży z Przemkowa i biednym z miasteczka. Gdy topniał śnieg, rozpuszczały się lodowe pokrywy stawów, na których gorliwie ćwiczono jazdę na łyżwach, a wiosna wysyłała swych jasnych zwiastunów, z radosnym zapałem przystępowano do uprawy grządek, z których każde dziecko miało własną, i jakże radosna była satysfakcja, gdy pierwsze samodzielnie zebrane truskawki można było przynieść ukochanym rodzicom, a pierwsze młode warzywa dostarczyć do kuchni! Młode księżne próbowały też swoich sił w sztuce kulinarnej, gdyż matka kazała im urządzić kuchnię obok pokoju zabaw, w której gorliwie gotowano, smażono i pieczono, a radosne okrzyki rozbrzmiewały, gdy jasnowłose małe damy mogły zaoferować któremuś z gości rodzicielskiego domu coś ze swoich kulinarnych wspaniałości i zebrać za to pochwałę.
Ale piękniejsze od głośno udzielanych pochwał były te słowa błogosławieństwa, które nie docierały do uszu księżniczek i których echo można jeszcze dziś często usłyszeć w okolicy Przemkowa. Do odległych wsi "Dona" i "Calma" często kierowały swoje kroki, aby przynieść chorym wzmacniające wino i pożywny posiłek. Kiedy podczas jednej z tych wypraw spotkały starą kobietę z ciężkim wózkiem, dzielnie ciągnęły go, aż staruszka dotarła do swojego domu; a innym razem, gdy znalazły płaczącego wiejskiego chłopca siedzącego przy drodze i usłyszały, że głęboko wbił sobie cierń w stopę, zagrały role samarytanek, usunęły cierń, umyły i opatrzyły ranę, a następnie zaprowadziły malca do domu; kiedyś, gdy dziecko bawiło się na drodze, a szybkim kłusem nadjeżdżał wóz, "Dona" szybko podskoczyła i w ostatniej chwili wyrwała chłopczyka, który inaczej wpadłby pod konie i koła. Pomaganie innym, sprawianie innym radości było dla dzieci najprostszym obowiązkiem.
Poruszającą uroczystością dla rodziny była odbywająca się 22 maja 1875 roku konfirmacja dwóch najstarszych księżniczek, które wcześniej, podobnie jak inne konfirmantki, poddały się dłuższemu publicznemu egzaminowi. Księżna Augusta Wiktoria otrzymała od duchownego werset z Objawienia Jana: "Bądź wierna aż do śmierci, a dam ci koronę życia!" I zawsze pozostało to jej mottem, podobnie jak błogosławieństwo jej ojca w tym uroczystym dniu: "Bez Bożej łaski wszystkie czyny są daremne."
Książęca para nie uważała dalekich podróży za pożądane dla swoich dzieci, obawiając się, że mogłyby przez to łatwo stać się zarozumiałe i rozpieszczone. Zamiast tego podejmowano liczne wycieczki w pobliskie Karkonosze, a coroczny pobyt w Gotha dawał okazję do różnych wyjazdów do pięknej Turyngii. W Reinhardsbrunn księżna Augusta Wiktoria poznała w młodości księcia Prus Wilhelma, któremu później miała oddać swoje serce.
Jak donosi kronikarz, między parą książęcą Prus a angielską rodziną królewską wielokrotnie omawiano pomysł, jak doprowadzić do pojednania z księciem Fryderykiem, i ostatecznie uzgodniono, że najlepiej będzie to zrealizować poprzez małżeństwo. Wiosną 1875 roku królowa Wiktoria z Anglii przebywała krótko w Gotha, a księżna następczyni tronu odwiedziła ją tam. W rozmowie z zaufanym człowiekiem nagle zadała pytanie, czy książę Fryderyk zgodziłby się na małżeństwo jednej ze swoich córek, które bardzo jej się podobały ze względu na ich naturalność i wykształcenie, z księciem Wilhelmem. Gdy ten stwierdził, że może to potwierdzić, księżna następczyni tronu dodała, że zależy jej na tym, aby jej przyszła synowa nie pochodziła ze "zwykłego książęcego środowiska", i zasugerowała podróż do Anglii, aby księżne mogły tam poznać wielki świat. Kwestia, która z dwóch najstarszych sióstr miałaby zostać żoną księcia, nie została poruszona podczas tej czysto zasadniczej dyskusji, a ze względu na młody wiek księcia Wilhelma i księżniczek, decyzja w tej sprawie mogła jeszcze długo pozostać nierozstrzygnięta.
Dopiero trzy lata później powiernik księżnej następczyni tronu rozmawiał z księciem Fryderykiem o tym planie i zastał go, jak się spodziewał, skłonnego do jego przyjęcia. Całość wynikała niewątpliwie z pięknego ludzkiego zamiaru pary książęcej, aby godnemu ubolewania przyjacielowi, któremu nie można już było zaoferować rekompensaty za utratę jego pozycji politycznej, dać osobistą satysfakcję w oczach całego świata.
Chociaż polityka w pewnym sensie snuła już swoje plany, to jednak w bardzo istotny sposób przemówiły także serca. Podczas swojej wizyty w Gotha w Wielkanoc 1878 roku książę Wilhelm od razu zapałał głębokim i prawdziwym uczuciem do młodej księżniczki Augusty Wiktorii, i można chyba założyć to samo z jej strony. Latem nastąpiło spotkanie w Nowym Pałacu w Poczdamie, a w kwietniu następnego roku książę, z inicjatywy swojej matki, otrzymał zaproszenie na kilkudniowy pobyt myśliwski w Przemkowie. I w tych wiosennych dniach został zawarty związek serc między młodą parą. Wśród gości w zamku był wtedy również radca konsystorialny D. Dibelius, a gdy chciał się pożegnać z księciem Fryderykiem, ten powiedział mu: "Musi pan jeszcze wpisać się do naszej księgi gości!" Gdy radca konsystorialny chciał spełnić to życzenie, znalazł jako ostatni wpis: "Wilhelm, książę pruski." Widząc jego wahanie, by wpisać swoje własne nazwisko pod tym wpisem, książę uśmiechnął się i powiedział: "Proszę się spokojnie wpisać pod tym, a ja w zamian opowiem panu coś zupełnie nowego i interesującego!" Po tym, jak radca konsystorialny się wpisał, książę poinformował go: "Książę Wilhelm poprosił dziś o rękę Wiktorii."
Teraz przede wszystkim potrzebna była zgoda cesarza Wilhelma, któremu księżna następczyni tronu 23 maja 1879 roku przekazała informację o głębokim uczuciu księcia Wilhelma i planach na jego przyszłość. Oczywiście, sędziwy władca, który z czułym oddaniem kochał swojego wnuka, osobiście w pełni zgadzał się z jego wyborem. Ale postawił warunek: że stosunek księcia Fryderyka do Prus musi zostać najpierw wyjaśniony, zanim będzie mogło dojść do związku przyszłego następcy tronu z córką księcia.
Rozumiał to również książę Fryderyk, który po tym, jak Szlezwik-Holsztyn zawarł przez swoich posłów finansowe porozumienie z Prusami bez konsultacji z księciem, nie trzymał się już myśli o uwarunkowaniu swojego porozumienia z Prusami korzyściami dla kraju. Także tutaj księżna następczyni tronu ponownie interweniowała, działając i pośrednicząc, i po wielu rozmowach książę zdecydował się w liście z 3 stycznia 1880 roku złożyć następcy tronu następujące oświadczenie: „Gdyby Szlezwik-Holsztyn, podobnie jak 16 lat temu, pozostawał pod obcą władzą i nie znalazł się w toku wydarzeń pod panowaniem Prus, a tym samym w granicach Niemiec, nie powstrzymałbym się przed dążeniem wszelkimi dozwolonymi środkami do jego oderwania od zagranicy i zjednoczenia z Niemcami. Kraj ten jest jednak obecnie uznawany pod względem prawa międzynarodowego i pozostaje w stałym związku z Rzeszą Niemiecką, a potęga Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości zabezpiecza tę przynależność. To, co zamierzałem ponadto osiągnąć, zawsze podporządkowywałem idei narodowej. O ile mniej więc w przyszłości, gdzie, jak mamy nadzieję, połączy nas jeszcze silniejsza więź rodzinna niż dotychczas, mógłbym usprawiedliwić wobec własnego sumienia dążenie do tego, czego wówczas nie osiągnąłem, narażając przy tym dobro i spokój Prus oraz Rzeszy Niemieckiej, i działając w opozycji do nich."
Cesarz Wilhelm był z tego całkowicie zadowolony, o czym następca tronu natychmiast poinformował swojego przyjaciela w serdecznym liście. Teraz nic już nie stało na przeszkodzie oficjalnemu ogłoszeniu zaręczyn. Wtedy brutalnie wkroczyła śmierć. Od pewnego czasu książę Fryderyk chorował, a w ostatnich latach dręczyła go nerwowa choroba serca. Aby złagodzić jej objawy, gdyż rokowania na wyzdrowienie były już nikłe, udał się krótko po Nowym Roku do Wiesbaden; w Gotha zatrzymał się na dwa dni i tam wobec swoich znajomych wyrażał radość z postawy następcy tronu w sprawie zrzeczenia się roszczeń. 12 stycznia kontynuował podróż i dotarł do Wiesbaden; jednak wkrótce potem pojawiły się poważne dolegliwości sercowe, które wczesnym rankiem 14 stycznia doprowadziły do jego nagłej śmierci. Pogrzeb odbył się w Przemkowie przy bardzo licznym udziale całej ludności; przybył również następca tronu, aby odprowadzić przyjaciela w ostatnią drogę.
Z księciem odszedł prawy, wierny niemiecki mężczyzna, który zawsze opowiadał się za prawdą i jasnością oraz ściśle przestrzegał prawa i sprawiedliwości. O głębokim wewnętrznym charakterze, o niezachwianej narodowej postawie, przeszedł przez życie, które przyniosło mu wiele goryczy. Ale nigdy nie mogły one odwieść go od obranej drogi; okoliczności były silniejsze niż on i jego cel, a on podporządkował się im z patriotycznego oddania. Najczulszy mąż i ojciec, całkowicie poświęcił się swojej rodzinie, która stanowiła najpiękniejszą treść jego życia.
W dniu jego śmierci wieloletni doradca księcia, Samwer, napisał do przyjaciela: "Jego śmierć jest dla rodziny, a zwłaszcza dla dzieci, całkowicie nieodżałowaną stratą. Ich znakomite wychowanie było jego dziełem i dla większości z nich nie jest ono jeszcze ukończone. Był człowiekiem o najsurowszej moralności, nieustannie pracującym nad swoim doskonaleniem, o dobroci serca i sumienności, o wielkiej przenikliwości. Jego śmierć daje mi uczucie, jakby kawałek został wyrwany z mojego serca." A jak bardzo najbliżsi krewni odczuwali tę stratę, wynika z listu siostry księcia, księżnej Karoliny Amelii: "Dzieliłam z nim długie życie najgłębszej miłości i najgłębszego zrozumienia, w ciężkich próbach, które przyniosły nam lata, był moim wsparciem i pocieszeniem, moją dumą, miłością i troską; Czerpałam siłę z jego godnej podziwu siły ducha i pogodzenia się z losem w trudnych chwilach. Nie mogę pojąć, jak mam teraz żyć bez tej niezwykłej głębi uczuć i bogactwa emocji, które miały tak dobroczynny wpływ na nas wszystkich, którzy byli mu bliscy - podnosiły nas na duchu i pomagały zachować równowagę."
Głęboka żałoba panowała również w rodzinnych stronach księcia. Później, na jego cześć, wzniesiono w Kilonii pomnik z brązu. Cokół tego pomnika zdobią postacie mężczyzn, którzy odegrali ważną rolę w trudnych zmaganiach o Szlezwik-Holsztyn.
Pociechą w jej głębokim bólu mogła być dla księżnej Adelajdy pewność, że życie ukochanego męża miało jeszcze swoje pojednawcze zakończenie i jasne spojrzenie w przyszłość. Tym uczuciom dał również wyraz następca tronu w swoich słowach, które skierował do księżnej 27 stycznia 1880 roku, w 21. urodziny swojego syna: "Moja droga Ado! Za zgodą cesarza i cesarzowej przychodzę, aby zapytać Cię, czy pozwolisz, aby mój najstarszy syn Wilhelm, podążając za swoim szczerym i głębokim uczuciem serca, mógł spotkać się z Twoją najstarszą córką Wiktorią w czasie, który jeszcze bliżej określisz, aby porozmawiać z nią w celu ubiegania się o jej rękę. Głęboko wzruszony kieruję te słowa do Ciebie, tak krótko po odejściu Twojego niezapomnianego męża. Ponieważ jednak wiem, że działamy w duchu zmarłego, który oczekiwał bliskiego zakończenia negocjacji poprzedzających ten mój krok, ośmielam się zwrócić do Ciebie z pytaniem, które oznacza decyzję o dobru i przyszłości naszych dzieci, już teraz, nawet w obliczu Twojej głębokiej żałoby. Jednocześnie proszę, abyś zechciała omówić tę sprawę ze swoim szwagrem Krystianem, opiekunem Twoich dzieci, pozostając jak zawsze Twoim wiernie oddanym kuzynem Fryderykiem Wilhelmem, następcą tronu." Również książę Wilhelm zwrócił się długim pismem do "ukochanej ciotki Ady" i wyjaśnił jej, z głębokim wzruszeniem i elokwentnie, jak głębokie są jego uczucia do jej córki i jak bardzo starałby się uczynić ją szczęśliwą, gdyby otrzymał jej rękę. Wiedział dobrze, że nie jest jeszcze godny tego wielkiego szczęścia, ale codziennie prosił Boga, aby uczynił go tego wartym. Na koniec zauważył, że cesarski dziadek całkowicie zgadza się z wyborem, i wspomniał w dodatku, że poinformowano również Bismarcka i że ten podziela zgodę cesarza, do czego dodajemy, że Bismarck miał powiedzieć: "To radosny akt końcowy pełnego konfliktów dramatu."
Do tego "radosnego aktu końcowego" przyczynił się w znacznym stopniu książę Koburga Ernest, który i tym razem był pośrednikiem, i po tym, jak księżna Adelajda wyraziła zgodę, zaprosił księcia Wilhelma na polowanie do Gotha na 14 lutego. W tym dniu w gotajskim domu rodziny książęcej odbyły się zaręczyny. Tymczasowo nie zostały one jeszcze ogłoszone, dopiero gdy książę Wilhelm udał się 22 marca do Windsoru i spotkał się tam ze swoją narzeczoną, która przebywała u swojego wuja, opinia publiczna dowiedziała się o radosnym wydarzeniu. Z Windsoru księżna napisała do swojego duszpasterza z Przemkowa: "Pan, Szanowny Panie Pastorze, zrozumie, jak bardzo brakuje mi mojego wspaniałego, niezapomnianego ojca, zwłaszcza przy tak radosnym wydarzeniu. On, który dzielił naszą najmniejszą radość, jakże dzieliłby moje szczęście! Ale wiedział, jak bardzo się kochamy, i to jest dla mnie wielką pociechą. Życie mojego ojca będzie mi zawsze świecić jako świetlany przykład. Gdybym tylko mogła choć trochę się do niego upodobnić." Wtedy przyjaciel rodziny tak opisał narzeczoną: "Ma obecnie dwadzieścia dwa lata, ale jej lata wyprzedziły jej wygląd, dałoby się jej najwyżej osiemnaście lat; to, co zjednuje jej sympatię na pierwszy rzut oka, to przytulny niemiecki element, który wyraża się w jej zewnętrznym wyglądzie, jak i w jej istocie. Wysoka, smukła, o szlachetnych proporcjach, potrafi w swojej postawie i ruchach łączyć godność z wdziękiem". Tak rzeczywiście było. Młoda księżniczka od razu zdobywała wszędzie ciepłe sympatie już przez swój wdzięczny wygląd i skromne zachowanie. Przed witrynami sklepów z dziełami sztuki, w których wystawiono jej portret, słyszało się tylko życzliwe i aprobujące słowa: "Dobrze wybrał, książę Wilhelm, także w tym, że nie sprowadza nam cudzoziemki!" Z kształtowaniem jej serca, które wychodziło z religijnego gruntu, łączyło się kształtowanie jej umysłu. — "Księżniczka mówi bardzo dobrze, wie bardzo dużo, a o tym, że potrafi dawać nie tylko wyuczone, ale i własne duchowe treści, świadczy urok, który tkwi w jej rozmowie. Wywodzi się z niemieckiego rodu, niemiecka jest jej powierzchowność, niemiecka jej istota, a te cechy wkrótce zdobędą sobie grunt i uznanie w Berlinie."
Następca tronu napisał do przyjaciela, który pogratulował mu z Włoch z okazji zaręczyn jego syna: "Proszę przyjąć moje najserdeczniejsze podziękowania za życzliwe słowa, które zechciał Pan skierować do mnie z Włoch po ogłoszeniu zaręczyn mojego najstarszego syna, księcia Wilhelma, z księżną Wiktorią ze Szlezwika-Holsztynu. Zna Pan uczucia szczerej przyjaźni, jakie żywiłem dla ojca mojej przyszłej synowej, zna Pan również przywiązanie, jakie od młodości czułem do księstw, i może Pan zatem ocenić, jak szczęśliwy jestem, że udało się, by ta urocza księżna, wybitna zarówno duchem, jak i rozumem, pochodząca z tego rodu i z tych ziem, została narzeczoną mojego syna! Radosne przyjęcie, z jakim to znaczące wydarzenie spotkało się właśnie w Szlezwiku-Holsztynie, jest dla mnie źródłem wielkiej satysfakcji, podobnie jak ton, w jakim Pan potrafił ująć swoje słowa w tym samym duchu!"
A do damy zaprzyjaźnionej z nim od dzieciństwa następca tronu napisał w tych dniach: "Bardzo ucieszyła starego towarzysza zabaw Pani miła wiadomość z okazji zaręczyn mojego najstarszego syna, i dziękuję Pani z całego serca za zawarte w niej dobre życzenia. Jest to promień światła, który przeniknął do naszych serc rodziców, tak głęboko pogrążonych w żałobie, i dziękujemy Bogu, że nasz syn, idąc za najczystszym uczuciem, dokonał takiego wyboru, gdyż zalety ducha i serca mojej przyszłej synowej, której majestatyczno wdzięczna postać przykuwa uwagę, już teraz dają nam nadzieję, że będzie ona zarówno dobrą żoną u boku swego małżonka, jak i kiedyś rozważną księżną, dorosłą do nieskończenie trudnej pozycji, która na nią czeka. Długo się nie widzieliśmy, a w ostatnich czasach wiele poważnych prób dotknęło Panią i Pani bliskich, jak również mnie i moich najbliższych. Daj Boże, aby było ich już dość, albo przynajmniej aby następnemu pokoleniu było dane mniej burzliwe, spokojniejsze życie niż naszemu."
Oficjalne zaręczyny odbyły się 2 czerwca w zamku Babelsberg. Członkowie rodziny królewskiej i książęcej zgromadzili się w wielkim salonie towarzyskim cesarzowej, pozostali goście, wśród nich książę i księżna von Bismarck, książę von Hohenlohe-Schillingsfürst, książę von Hohenlohe-Langenburg, około pięćdziesięciu osób, w okrągłej sali balowej. O czwartej godzinie minister domu królewskiego, baron von Schleinitz, wszedł do tej sali i ogłosił: "Z polecenia Jego Cesarskiej Mości Cesarza i Króla mam zebranym przekazać wiadomość, że za zgodą Jego Cesarskiej Mości Cesarza, za zgodą Ich Cesarskich i Królewskich Wysokości Następcy Tronu i Następczyni Tronu Rzeszy Niemieckiej i Prus, właśnie odbyły się zaręczyny Jego Królewskiej Wysokości księcia Wilhelma z Jej Wysokością księżną Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga Augustą Wiktorią, w obecności członków rodziny królewsko-pruskiej i domu Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Augustenburga."
I teraz otworzyły się drzwi, a sędziwy cesarz wprowadził narzeczoną, ubraną w białą jedwabną suknię, z bukiecikiem herbacianej róży na piersi i konwaliami oraz białymi różami w dłoni. Cesarz przedstawiał ją po kolei gościom, potem skinął na swojego wnuka, który podał ramię swojej narzeczonej i otworzył pochód zmierzający do jadalni. Para narzeczonych siedziała między cesarzem a następczynią tronu, cesarz żywo rozmawiał ze swoją młodą sąsiadką, pod koniec posiłku wstał i wzniósł toast za młodą parę. Temu towarzyszyły fanfary muzyki i huk dział zamku Babelsberg.
Interesujące jest to, co książę Hohenlohe-Schillingsfürst Chlodwig, późniejszy kanclerz Rzeszy, który, jak wspomniano, uczestniczył w uroczystości zaręczyn, zapisał o tym w swoich notatkach, dotykając różnych przeciwnych prądów: "Cesarz wprowadził narzeczoną, która wyglądała bardzo świeżo i wdzięcznie i była prowadzona przez cesarza do obecnych dygnitarzy. Następca tronu i następczyni tronu byli bardzo zadowoleni. Młody książę Augustenburga, który po raz pierwszy nosił mundur wojskowy, wydawał się bardzo szczęśliwy. Narzeczona bardzo się podobała. Następca tronu skarżył mi się na niechęć, z jaką zaręczyny zostały przyjęte przez innych pruskich książąt. Podczas obiadu cesarz wzniósł toast za zdrowie pary narzeczonych. Po obiedzie rozmawiałem jeszcze z narzeczoną, która, odkąd jej nie widziałem, bardzo się rozwinęła. W tej bardzo trudnej dla niej sytuacji była bardzo miła i taktowna. Gdy jechaliśmy na dworzec, ja w powozie z Albedyllem, Wilmowskim i Lehndorffem, panowie oświadczyli, że teraz pogodzili się z tym małżeństwem."
Tam, gdzie ukochany ojciec był pochowany, w kościele w Przemkowie, księżniczka "Dona" uczestniczyła w lutym 1881 roku w gronie swoich bliskich w ostatnim nabożeństwie w rodzinnych stronach przed ślubem. Zapytana, poprosiła o zaśpiewanie pieśni "Jezu, idź przed nami na drodze życia". Gdy jednak czcigodny duchowny zwrócił jej uwagę, że w pieśni kościelnej występuje fragment: "Jeśli będzie nam ciężko, pozwól nam stać mocno", i zapytał, czy nie lepiej byłoby opuścić ten wers, odpowiedziała: "Nie, ten powinien być zaśpiewany przede wszystkim! Wcale nie wierzę, że w moim nowym stanie zawsze będę stąpać po różach. Mam jednak pocieszenie: książę Wilhelm myśli tak jak ja, a ja tak jak on. Postanowiliśmy wszystko znosić wspólnie, i tak nawet to, co trudne, stanie się dla nas lekkie."
Książę Wilhelm
W ogrodzie Lustgarten w Poczdamie. Jak uformowany z brązu stoi w długich szeregach Pierwszy Pułk Gwardii Pieszej na paradzie. Wiosenne słońce błyszczy na czubkach fryderykowskich czapek grenadierów z pruskim orłem oraz na szlifach i orderach oficerów. Na czele jednego szeregu stoi wątły chłopiec, który kilka miesięcy temu obchodził swoje dziesiąte urodziny, książę Wilhelm. I teraz rozbrzmiewa nad placem melodia "Heil dir im Siegerkranz" („Chwała tobie w wieńcu zwycięzcy”), pojawia się król Wilhelm ze swoją świtą, w wyprostowanej postawie, ostrym wzrokiem lustrując pułk. Wkrótce rozlegają się donośne komendy; w marszu paradnym pułk przechodzi przed swoim chwalebnym wodzem wojennym, młody książę z kompanią przyboczną, radośnie błyszczą oczy króla na jego widok i przy jego staraniach, by z właściwym odstępem i krokiem przejść obok olbrzymich postaci gwardzistów. Po przeglądzie wojsk król zjednoczył korpus oficerski tego regimentu z korpusem Gwardii-du-Corps i Gwardii Myśliwskiej — albowiem 2 maja 1869 roku przypadała rocznica bitwy pod Groß-Görschen, w której wymienione oddziały brały udział — i wygłosił wzruszającą przemowę, w której porównał ówczesne ciężkie czasy Prus z teraźniejszymi, w których Prusy ponownie uświadomiły sobie swoje historyczne zadanie i okryły sztandary wojska nową chwałą. Następnie zaprowadził księcia do sędziwego generała von Werdera, ostatniego współwalczącego z pułku w dniu jego chwały, i był to wzruszający obraz, gdy stary, siwy bohater błogosławiąco położył rękę na głowie młodego księcia Hohenzollerna. Potem król zwrócił się do swojego wnuka, zwracając mu uwagę na honor wyciągnięcia po raz pierwszy szpady w pułku o takiej przeszłości; ujął jego dłoń i powiedział z uroczystą powagą: "Mam nadzieję, że zawsze będziesz dzielnie władał szpadą, którą teraz po raz pierwszy wyciągasz do służby pokojowej. Będziesz to czynił, pamiętając, że jesteś Prusakiem i do jakiego rodu należysz." Ostatnie słowa zostały wypowiedziane podniesionym głosem.
Wszyscy jesteśmy przecież wynikiem dziedziczenia pokoleń, otoczenia w młodości i wychowania. Jakie wrażenia miał od wczesnych lat książę Wilhelm, który widział wokół siebie bohaterów, na czele ze swoim dziadkiem, bogatym w cnoty i honory, bohaterów, którzy po części jeszcze uczestniczyli w wojnach wyzwoleńczych, podczas gdy ich naśladowcy zbierali nowe laury na polach bitew wojen 1864 i 1866 roku, obok nich mądrych mężów stanu, z Bismarckiem na czele, i sławnych uczonych, którzy bywali w domu rodziców! Te osobowości musiały wzbudzić w nim wiarę, że wszystko, co wielkie i doniosłe, opiera się na osobowości, i musiały wcześnie zahartować w nim siłę napędową, że on też kiedyś będzie powołany do dokonania wybitnych czynów poprzez swoją własną osobowość i do osiągnięcia czegoś znaczącego dla narodu, do którego należał duszą i ciałem.
A potem nadeszła wojna 1870/71 z jej bogactwem nowych i podnoszących na duchu wrażeń dla wrażliwej duszy chłopca. Wojna, której nie chciano, ale która musiała się odbyć, aby rozładować nieznośne napięcie po obu stronach Renu. Gdy została oficjalnie ogłoszona, następca tronu Fryderyk Wilhelm wszedł do pokoju, w którym jego bliscy właśnie mieli zasiąść do stołu, objął ich ramionami, mówiąc na w pół zduszonym głosem: "To postanowione, Francja chce wojny!" Jak trudno było następcy tronu rozstać się ze swoją rodziną, wynika z mało znanego incydentu. Podczas wymarszu w 1866 roku rozstanie było dla pary następców tronu tak trudne, że postanowili wtedy rozstać się przed kolejną wojną bez pożegnania. Następczyni tronu najwyraźniej o tym zapomniała, następca tronu nie. Podczas mobilizacji w 1870 roku następca tronu przyjeżdżał wieczorem z Berlina, gdzie w ciągu dnia zatrzymywały go obowiązki wojskowe, zawsze do Nowego Pałacu, aby spędzić choć kilka godzin z żoną i dziećmi. Pewnego ranka jednak, gdy przyniesiono następczyni tronu małą księżniczkę Zofię do łóżka, na jej kocyku leżało pisemne pożegnanie następcy tronu. Następczyni tronu była zrozpaczona, w swoim bólu udała się do sędziwej królowej Elżbiety, małżonki króla Fryderyka Wilhelma IV, którą bardzo kochała, aby wypłakać się na jej piersi i dać się pocieszyć.
Kilka dni później, a wszędzie powiewały flagi i sztandary, na słupach ogłoszeniowych wisiały czerwone depesze z wiadomościami o zwycięstwach pod Spicheren, Weissenburgiem i Wörth; następca tronu Fryderyk Wilhelm poprowadził pruskie i południowoniemieckie wojska do zaskakujących, potężnych zwycięstw. Jak musiało to napełnić szlachetną duszę księcia Wilhelma, z jaką dumą i radością! Nastąpiły kolejne, jeszcze większe czyny, bitwa pod Sedanem, pojmanie Napoleona, walki pod Paryżem, odbudowa niemieckiego cesarstwa, którym ukochany dziadek spełnił wielowiekowe tęsknoty niemieckiego narodu, podczas gdy drogi ojciec jako pierwszy oddał mu hołd na czele niemieckich książąt!
W takim nastroju, zalany cudownymi i podnoszącymi na duchu wrażeniami, książę mógł obchodzić swoje dwunaste urodziny.
Potem nastąpił powrót zwycięskich wojsk. Z jaką serdecznością i radością Poczdam witał chwalebne pułki, jakimi jednako radosnymi i wdzięcznymi uczuciami przepełnieni byli obywatele i wojskowi. A potem wjazd do Berlina, 16 czerwca, najdumniejszy ze wszystkich dumnych dni, jakie przeżyły lipy na ulicy Unter den Linden. I w nim mógł uczestniczyć książę Wilhelm, wraz z trzema paladynami Bismarckiem, Moltke, Roonem, z sędziwym cesarzem, za którym podążali feldmarszałkowie następca tronu Fryderyk Wilhelm i książę Fryderyk Karol oraz pozostali pruscy książęta i niemieccy władcy. Przejeżdżając przez bogato ozdobioną girlandami i wieńcami Bramę Brandenburską, młody książę mógł odczuć entuzjastyczny aplauz, w dół ulicy Unter den Linden aż do pomnika Fryderyka Wielkiego i księcia Blüchera, przed którym cesarz kazał przedefilować wojskom, tym wojskom ucieleśniającym siłę narodu niemieckiego, które osiągnęły wielkość, jakiej nigdy się nie spodziewano, i przez których nieustraszoną odwagę i wytrwałe pokonywanie wszystkich przeszkód została na nowo wykuta niemiecka korona cesarska.
To były wrażenia, to były przeżycia, które wywarły niezatarte skutki na charakter młodego księcia!
Już wcześnie ujawniły się szczególne rysy charakteru, które zawsze się coraz energiczniej rozwijały, który to charakter chętnie przyjmował wielorakie odczucia, lecz dążył do tego, by trzymać z daleka wszelkie wymuszone wpływy. Młodość była z pewnością radosna i beztroska, pod wierną opieką rodziców, którzy zawsze brali udział w pracach i zabawach dzieci, których dobro i niedola określały porządek domu i którzy byli głównym źródłem wszystkich radości i cierpień. Przede wszystkim zależało im na tym, aby u dorastających synów - księcia Wilhelma i jego brata Henryka - w każdy możliwy sposób trzymać z daleka pychę i wyniosłość, które tak łatwo mogą być efektem przebywania w książęcym otoczeniu, wpajać im skromność i zapewniać im kontakty z dziećmi z innych środowisk. Ile głębokiej miłości, ile troski o przyszłość ukochanego najstarszego syna wyraża zapis w dzienniku następcy tronu, który napisał pośród wszystkich burz wojennych w Wersalu 27 stycznia 1871 roku: "Dziś są 13-te urodziny Wilhelma. Oby stał się zdolnym, uczciwym, wiernym i prawdziwym człowiekiem, który znajduje radość w tym, co dobre i piękne, prawdziwym niemieckim mężczyzną, który kiedyś zrozumie, jak w prawidłowy, godny i zgodny z duchem czasu sposób, bez uprzedzeń, kontynuować drogi wytyczone przez jego dziadka i ojca dla naszej wielkiej ojczyzny, dla jej prawdziwego dobra. Dzięki Bogu istnieje między nim a nami, jego rodzicami, prosty, naturalny, serdeczny związek, którego zachowanie jest naszym dążeniem, aby zawsze uważał nas za swoich prawdziwych, najlepszych przyjaciół. Myśl jest wręcz przerażająca, gdy uświadamia się sobie, ile nadziei już teraz pokłada się w tej dziecięcej głowie, i jak wielką odpowiedzialność wobec ojczyzny musimy ponosić, kierując jego wychowaniem, podczas gdy zewnętrzne obowiązki rodzinne i dworskie, życie towarzyskie w Berlinie i wiele innych czynników znacząco utrudnia jego wychowanie. Daj Boże, abyśmy w odpowiedni sposób mogli trzymać od niego z dala to, co niskie, małostkowe, trywialne i poprzez właściwe prowadzenie przygotować go do jego trudnego urzędu."
W młodszych latach książę Wilhelm i jego brat Henryk nie mieli wojskowego guwernera, później tylko formalnie, aby właściwy wychowawca, którym wybrano dr. G. Hinzpetera, podlegał bezpośrednio kierownictwu rodziców. Hinzpeter poświęcił się swojemu wielkiemu, ale trudnemu zadaniu z pełnym oddaniem i prawdopodobnie to on, bardziej niż rodzice, głęboko przeniknął życie wewnętrzne swoich podopiecznych, zwłaszcza najstarszego. On również dostrzegł już wcześnie silnie rozwiniętą indywidualność tego ostatniego, która stale się rozwijała i we wszystkich naturalnych przemianach zawsze zachowywała swój charakter. Już u chłopca zwracał uwagę opór, jaki wywoływała każda presja, każda próba wtłoczenia wewnętrznej istoty w określoną formę: "Książę rozwijał się nieustannie, zachowując swoją własną naturę. Choć podlegał zewnętrznym wpływom, które go kształtowały i ukierunkowywały, to nigdy nie zmieniły one fundamentalnie jego charakteru ani nie wypaczyły jego osobowości. Tak więc po wybitnie artystycznie uzdolnionej i twórczej matce odziedziczył zapewne pewną radość z uprawiania własnego dziedzicznego talentu oraz gorącą fascynację wszystkimi dziełami sztuki, po ojcu o poglądach liberalnych pełną wolność od wszelkich ograniczeń stanowych i kastowych, zaś po filozoficznie rozumującym wychowawcy pewną skłonność do dyskutowania i argumentowania, niemniej jednak wpływ nawet tych najwyższych autorytetów nie był przytłaczający; żaden nie zdołał całkowicie podporządkować sobie tej niepoddającej się natury. Czasami wydawało się, że tak się stało, co budziło wiele złudzeń. Ich późniejsze rozwianie wywoływało gorzkie uczucia rozczarowania, gdy okazywało się, że istota jego charakteru pozostała jednak niezmieniona. Ta silna, swoista osobowość wchłaniała ze wszystkiego, co jej oferowano, to, co było przydatne dla jej szczególnego rozwoju, i asymilowała to dla własnego, radosnego wzrostu."
Tak dorastał chłopiec, wesoły, ambitny, niezmanierowany, choć i tu trzeba było wcześnie pokonać przeszkody spowodowane nie całkiem normalnym od urodzenia lewym ramieniem. Ale właśnie to świadczy o charakterze księcia, że potrafił przezwyciężyć te przeszkody z zadziwiającą energią, że wykorzystując ogromną siłę woli, której wielu rówieśników w podobnej sytuacji by nie miało, stał się dobrym przeciętnym gimnastykiem, pływakiem, szermierzem, strzelcem i jeźdźcem. Wszelka etykieta była zakazana podczas ćwiczeń i zabaw, w których często, na życzenie rodziców, brały udział również dzieci z innych kręgów, które jednak często zbyt ściśle przestrzegały zasad wpojonych im w domu.
Rodzice, pragnąc, aby ich dwaj najstarsi synowie od młodości uczestniczyli w życiu narodu i kończyli swoje wychowanie w ścisłej wspólnocie z najróżniejszymi kręgami społecznymi, bez względu na stan i wyznanie, postanowili, że obaj książęta będą uczęszczać do publicznego gimnazjum, a wybrano gimnazjum w Kassel. Było to coś zupełnie nowego, nigdy wcześniej nie spotykanego w planie edukacji książąt Hohenzollernów, i nie brakowało ostrych ocen, najostrzejszych w kręgach dworskich dumnych ze swojej izolacji. Nie brakowało, również w rodzinie, gwałtownych dyskusji i sprzeciwów, ale para książąt i dr Hinzpeter, od którego prawdopodobnie wyszła pierwsza inicjatywa, trwali przy swoim zamiarze.
Zanim to zostało zrealizowane, 1 września 1874 roku w obecności rodziców i dziadków odbyła się konfirmacja księcia w pamiątkowym kościele pokoju w Poczdamie. Wyznanie wiary złożone przy tej okazji brzmiało: "Chcę pozostać oddany Bogu w dziecięcej wierze przez całe moje życie, pokładać w Nim moją nadzieję, zawsze dziękować Mu za Jego łaskę. Wierzę w Jezusa Chrystusa, mojego Zbawiciela, przez którego jestem odkupiony z grzechu. Jego, który pierwszy mnie umiłował, chcę miłować wzajemnie i okazywać tę miłość poprzez miłość do moich rodziców, drogich dziadków, rodzeństwa i krewnych, ale także do wszystkich ludzi. Wiem, że czekają mnie trudne zadania w życiu, ale mają one hartować moją odwagę, a nie przygnębiać mnie, będę prosił Boga o siłę i rozwijał swoje umiejętności."
Kassel zostało wybrane przez rodziców z konkretnym zamiarem, leżało daleko od Berlina, oferowało piękne otoczenie i prawdziwie niemiecką ludność. Wiele można było się tu nauczyć z przeszłości miasta i historii dawnego domu książęcego dla księcia powołanego później do rządów, a mianowicie jak nie należy rządzić; z rządów faworytów i arbitralności króla Hieronima wyrastały nici do pobytu Napoleona III w zamku Wilhelmshöhe; poważnie przemówiła tu przeszłość ze swoimi barwnymi zmiennymi losami do wrażliwej duszy.
Kiedy dyrektorowi Liceum Fridericianum w Kassel przekazano życzenie rodziców książęcych, odpowiedział, że traktuje je jako rozkaz, ale oczekuje od dwóch przyszłych uczniów swojej szkoły bezwarunkowego przyjęcia tych samych obowiązków i dokładnego przestrzegania tego samego porządku i dyscypliny, co od każdego innego ucznia. Nie mógł pozwolić na żadne różnice. Tego właśnie chcieli rodzice, którzy sami przywieźli swoich synów do Kassel. Książę koronny wydał dokładne instrukcje, że książęta mają być traktowani dokładnie tak samo jak ich koledzy z klasy; zwracano się do nich per "Książę" i "Pan", nie mogli też liczyć na żadne ułatwienia w pracach domowych, chociaż naturalnie musiały one sprawiać im większe trudności niż ich kolegom, którzy przecież przez wiele lat korzystali z planowego nauczania.
Właśnie te lata szkolne w Kassel miały ogromne znaczenie dla rozwoju księcia Wilhelma, co później chętnie przyznawał: "Cicha praca, którą tam mogłem wykonać, przyniosła owoce, które, mam nadzieję, przyniosą korzyść mojemu narodowi. - Poważne i nieustanne przygotowania, które mogłem podjąć w moich studiach w gimnazjum i pod kierunkiem tajnego radcy Hinzpetera, umożliwiły mi przyjęcie na siebie ciężaru pracy, który z dnia na dzień rośnie. - W każdym razie nie żałuję ani chwili tych trudnych dla mnie czasów i mogę powiedzieć, że praca i życie w pracy stały się dla mnie tutaj drugą naturą. I za to dziękuję ziemi kasselskiej."
Książę Wilhelm w życiorysie, który jako maturzysta musiał złożyć władzom szkolnym, podał jako przedmiot swoich przyszłych studiów nauki państwowe i prawne. Najpierw wrócił do domu rodzinnego, 9 lutego 1877 roku został wprowadzony przez dziadka do korpusu oficerskiego Pierwszego Pułku Gwardii, aby w nim pełnić służbę, co czynił z pełnym oddaniem. Jesienią rozpoczął studia na Uniwersytecie w Bonn, poświęcając cztery semestry różnorodnym studiom. Dwa lata później nadszedł czas pożegnania z pięknym miastem nad Renem i tamtejszymi przyjaciółmi, biały kapelusz Borussów został ponownie zamieniony na hełm w Poczdamie. Książę Wilhelm ponownie gorliwie oddał się swoim obowiązkom wojskowym, często z dumą zbierając pochwały ukochanego dziadka, który uważnie śledził wojskowe wykształcenie swojego wnuka, do którego był czule przywiązany.
Dwudziestoletni książę stał się teraz w pewnym sensie samodzielny - samodzielność, w którą rodzice, zresztą jak we wszystkich warstwach społecznych, trudno się odnajdują, gdyż wciąż jeszcze widzą w dorastających i dorosłych synach podatnych na kierowanie dzieci z przeszłości. Zapewne i w tym przypadku nie brakowało różnego rodzaju tarć, które przysparzały gorzkich chwil oficerowi świadomemu swojej pozycji i przyszłości, jak z pewnością i rodzicom, z których matka odziedziczyła po przodkach "łatwo przekształcający się w energię upór". Ale te chmury znów się rozwiały, i jak to zawsze się powtarza, że dzieci dopiero wtedy w pełni potrafią docenić, co miały w rodzicach i jakie troski im sprawiały, gdy same mają dzieci, tak później cesarz, gdy tylko nadarzyła się okazja, wspominał rodziców z pełnymi uznania słowami. Przy odsłonięciu pomnika ojca w Akwizgranie pozwolił swoim myślom powędrować do młodości: "Od dzieciństwa mogłem obserwować, z jakim zainteresowaniem oddawał się studiowaniu niemieckich cesarzy i ich tradycji, i jak był przejęty potęgą ich pozycji i blaskiem starej korony cesarskiej. Kiedy jako chłopiec zasłużyłem na nagrodę, pozwalał mi przewracać kartki wspaniałego dzieła, w którym klejnoty, insygnia, szaty i bronie cesarzy, a wreszcie sama korona przedstawione były w żywych barwach. Jak mu się oczy świeciły, gdy opowiadał o koronacyjnej uroczystości w Akwizgranie, jej ceremoniach i ucztach, o Karolu Wielkim, cesarzu Barbarossie i ich chwale! Zawsze kończył te opowieści słowami: To wszystko musi powrócić, potęga Rzeszy musi zostać wskrzeszona, a blask cesarskiej korony znów rozbłysnąć! Barbarossa musi zostać wyzwolony z Kyffhäuser! (Zgodnie z legendą, kiedyś, gdy Niemcy będą w najgorszym położeniu, Barbarossa "się obudzi", - przebywa w jaskini góry Kyffhäuser - i wspomże swój naród, stając się jego wybawcą – przyp. tłumacza). I jemu było dane przez Opatrzność odegrać wybitną rolę w realizacji tego wielkiego dzieła. Na krwawym polu bitwy pomógł czcigodnemu ojcu zdobyć cesarską koronę i narodowi niemieckiemu - jedność!
A o matce powiedział przy odsłonięciu jej pomnika w Homburgu: "Wysoce uzdolniona, o silnej woli, przepełniona wysokimi dążeniami kulturalnymi, dysponująca rzadką wiedzą, dumna ze swojego królewskiego pochodzenia, zawsze starająca się realizować głębokie młodzieńcze wrażenia i doświadczenia również w swojej drugiej niemieckiej ojczyźnie; świadoma celów propagatorka rozwoju piękna w sztuce i rzemiośle artystycznym, z ciepłem przyjmująca wyniki badań naukowych, skutecznie działająca na rzecz kształtowania żeńskiego wykształcenia i zdolności zarobkowych; wreszcie kochająca małżonka i stała towarzyszka następcy tronu, stojąca na czele szczęśliwego domu rodzinnego, uczestnicząca we wszystkich wielkich wydarzeniach, jak i wszystkich okolicznościach bogatego życiorysu; troskliwa małżonka cesarza i króla w niepokojących i ponurych dniach, godnie smutek przeżywająca wdowa u kresu własnej drogi życiowej, wiodącej przez jasne wyżyny i ciemne cienie śmierci - tak ta księżna przebywała wśród nas."
Pamięć obojga rodziców uczcił cesarz przy odsłonięciu ich obu pomników przed Bramą Brandenburską w Berlinie: "Ta para powołana do panowania, silniejsza niż wszystkie inne; żadna inna nie była tak pełna myśli, marzeń i planów; żadna tak odważna w porzucaniu starego i chwytaniu nowego; żadna tak pełna nadziei i ufności w przyszłość. Wśród dążących i zmagających się współczesnych oboje wyróżniali się w najściślejszej wspólnocie swoim zapałem i entuzjazmem dla nowych, wyższych celów, dla swobodniejszego rozwoju swoich sił, dla bogatszego rozkwitu życia narodu. Wśród pokolenia nastawionego idealistycznie wybijali się oboje w pełnej harmonii duszy przez swój wysoko lotny idealizm, który rzeczywistość w ich krótkim życiu nie miała czasu ograniczyć."
A wewnątrz czuwa …
"Chcecie zbudować dom, który będzie widoczny z daleka. Niech więc będzie on urządzony tak, aby stał jako radosny i świetlany przykład, mocno osadzony w sobie i wewnętrznie zwarty, ale otwarty na wszystko, co dobre, silny, aby oprzeć się wszelkim burzom" - tak brzmiały słowa w kazaniu ślubnym pary książęcej. I te słowa duchownego młoda pani domu przyjęła jako drogowskaz na swoje życie. Na życie, które teraz nagle przybrało zupełnie inny kształt. Z wiejskiej samotni Przemkowa, z cichych dni w Gotha, została nagle przeniesiona w zupełnie inne i obce otoczenie, które krytycznym okiem obserwowało całe jej zachowanie, jej czyny i zaniechania. Dla niejednej rozpieszczonej damy z towarzystwa dworskiego była ona tylko prostą panienką ze szlachty, której po ślubie z przyszłym następcą tronu należał się oczywiście należny szacunek, ale której pierwsze wystąpienie w towarzystwie poczdamskim i berlińskim obserwowano z wielkim napięciem i nie bez pewnego oczekiwania na to czy inne potknięcie. A takie potknięcie dałoby oczywiście pożądany materiał do tak chętnie pielęgnowanej i hołubionej na wszystkich dworach złośliwości.
Ale przeliczono się. Staranne wychowanie i osobisty takt sprawiły, że księżna unikała wszystkiego, co mogłoby dać szpiegom powód do nieprzychylnej oceny. Swoją miłą, zawsze niezmienną, przyjazną naturą, swoim szlachetnym dystansem do wszelkich plotek i obmów, swoją dobrocią uczestniczącą we wszystkim i naturalnością daleką od wszelkiej pychy, szybko zdobyła powszechną sympatię i rozbroiła tych, którzy mieli nadzieję, że w jakiś sposób się skompromituje. A poza tym wiedziano też, że z księciem Wilhelmem nie ma żartów, że ma otwarte oczy i uszy, i że każda nieprzychylna ocena ukochanej żony spotkałaby się z ostrą karą.
Często widywano młodą parę spacerującą ramię w ramię po ulicach Poczdamu; robili wspólne zakupy i wizyty; podejmowali różne wycieczki w piękną okolicę. Wieczorami często zbierało się u pary książęcej zaufane grono; młoda pani domu pełniła wtedy swoje obowiązki. Oczywiście, dzień nie przynosił mężowi zbyt wielu godzin wolnego czasu, ponieważ książę Wilhelm z pełnym zapałem poświęcał się swoim obowiązkom wojskowym, dążąc do tego, aby jego batalion wypadał jak najlepiej we wszystkich ćwiczeniach. Z radością śledził sędziwy cesarz wojskowe postępy wnuka, który podczas prezentacji pułku zebrał pochwałę od swojego wuja, księcia Fryderyka Karola, znanego jako najsurowszy oceniający: "Dobrze się spisałeś!"
Młoda para początkowo zamieszkała w sędziwym poczdamskim Zamku Miejskim, w którym przydzielono im szereg przytulnie urządzonych pokoi. Zamek oferował znaczące wspomnienia, począwszy od Wielkiego Elektora, który po zawirowaniach wojny trzydziestoletniej przeprowadził nową budowę i który tutaj również, w swojej sypialni położonej od strony Ogrodu Przyjemności, zakończył swoje chwalebne życie. Jego syn, pierwszy król Prus, wielokrotnie upiększał zamek. Fryderyk Wielki, po powrocie z kampanii śląskiej, rozpoczął realizację swoich planów dotyczących upiększenia Poczdamu od Zamku Miejskiego. Wewnątrz, jak i na zewnątrz, powstał on taki, jakim widzimy go w jego obecnym kształcie. Również Ogród Przyjemności został przywrócony do swojego dawnego przeznaczenia, a tam, gdzie dotychczas ćwiczyli "duzi chłopcy" Fryderyka Wilhelma, teraz wzniosły się cieniste założenia parkowe z jaśniejącymi posągami i popiersiami. Bardzo chętnie przebywał wielki król w pomieszczeniach zamku stworzonych według jego wyboru i gustu. Tutaj oddawał się z pilną pracowitością i pełnym oddaniem sprawom rządowym, ale tutaj także zasiadał do wesołej biesiady ze swoimi przyjaciółmi i zaufanymi. Tutaj odbywały się wieczorne koncerty, w których uczestniczyli różni wybitni muzycy, jak Quandt, młody Bach itp., a po nich następowała uczta, podczas której król chętnie zatrzymywał swoich gości na dłużej w najróżniejszych rozmowach. Jednak im starszy się stawał, tym rzadsze stawały się towarzyskie spotkania, a w ostatnich latach jego życia wystawne komnaty i sale były opustoszałe, ponieważ przebywał głównie w Sanssouci. 9 września 1786 roku pojawiły się one w ponurej żałobnej szacie; obite czarnym suknem, złociste ozdoby okryte czarną krepą, oświetlone migoczącymi świecami żyrandoli, widziały pogrążone w żałobie towarzystwo dworskie. W sali paradnej na czarno obitym podwyższeniu stała trumna zwieńczona pozłacanym hełmem rycerskim, otoczona taboretami, na których leżały insygnia cesarskie. Stąd wyruszył kondukt żałobny, przy dźwięku wszystkich dzwonów, w kierunku kościoła garnizonowego, gdzie doczesne szczątki wielkiego króla zostały złożone w krypcie. Od tego czasu niewiele zmieniono w wystroju zamku, ponieważ pozostali mieszkańcy, przede wszystkim Fryderyk Wilhelm III i jego małżonka, starali się pozostawić pomieszczenia takimi, jakimi ukształtował je Fryderyk II.
Ileż wielkich historycznych wrażeń odbierała tu para książęca, wrażeń, które musiały jeszcze pogłębić pragnienia księcia, aby dorównać wielkim postaciom swojego rodu, naśladować ich przykład.
Letnie miesiące para książęca spędzała w Pałacu Marmurowym, dziele następcy wielkiego Fryderyka, Fryderyka Wilhelma II. Jako młody książę wielokrotnie uczestniczył w zabawach tanecznych oficerów poczdamskich w lokalu nad jeziorem Heiligensee, a widok na taflę wody obramowaną ciemnymi liniami lasów tak bardzo mu się spodobał, że już wtedy zakupił grunt. Gdy doszedł do władzy, nabył okoliczne działki i założył tu "Nowy Ogród", podczas gdy jednocześnie rozpoczęto budowę Pałacu Marmurowego według planów Gontarda. Zbudowany w formie czworokąta, dwupiętrowy i zwieńczony belwederem, wznosi się bezpośrednio nad brzegiem jeziora, mury są wzniesione z cegieł o holenderskim zabarwieniu i w wielu miejscach pokryte szarym i białym marmurem. W stronę wody zwraca się marmurowy balkon wsparty na kolumnach, pod którym ciągnie się balustrada z dwoma tarasami. Dziedziniec jest otoczony kolumnadami, pod którymi przedstawiono w freskach Pieśń o Nibelungach. Całe położenie pałacyku, gęsto otoczonego parkiem, jest niezwykle romantyczne, a szczególnie z daleka efekt jest zachwycający.
Z Pałacu Marmurowego młoda para mogła łatwo odwiedzać parę następców tronu w Nowym Pałacu i parę cesarską w zamku Babelsberg, co często się zdarzało. Wkrótce wyznaczono również dalsze cele podróży. W maju 1881 roku złożono wizytę w Wiedniu, którą wkrótce odwzajemnił w Poczdamie następca tronu Rudolf, zaprzyjaźniony z księciem Wilhelmem. Pojawiły się nowe zadania reprezentacyjne, które młoda gospodyni umiała zręcznie wypełniać ku ogólnemu zadowoleniu, ale też ogólnemu zdziwieniu. Wydawała polecenia istniejącym siłom, ale sama dokładnie troszczyła się o wszystko, dobrze orientując się we wszystkich sprawach domowych, jak i kuchennych. Pierwsza zima przyniosła wiele zmian, a choć księżna musiała się oszczędzać, nie można było uniknąć wszystkich towarzyskich obowiązków, ani w Poczdamie, ani w Berlinie. Szczególnie piękne było Boże Narodzenie u drogich rodziców i dziadków w berlińskim pałacu; z wzruszającą uwagą cesarz i para następców tronu wybrali prezenty, które miały znaczenie dla obdarowanych i często były w jakiś sposób związane z wydarzeniami historycznymi i osobistymi powiązaniami.
Gdy wiosna znów zawitała do kraju, gdy maj rozsypał swoje dary w rozrzutnej obfitości i wokół Poczdamu rozciągało się jedno świąteczne morze kwiatów, szczególnie bzu, wieczorem 6 maja w Pałacu Marmurowym dał się słyszeć delikatny głosik: parze książęcej urodził się syn, cesarzowi prawnuk! Około dziesiątej wieczorem otworzyło się okno pałacu i książę Wilhelm zawołał do swojego ojca, który oczekiwał na dole, chodząc tam i z powrotem, głosem drżącym z radości: "Tato, to chłopiec!"
Berlińskiej ludności radosną nowinę ogłoszono rankiem następnego dnia huczącym grzmotem armat. Już przeczuwano znaczenie salutu, uważnie liczono strzały, a gdy zabrzmiał 22-gi, wiedziano, że domowi cesarskiemu podarowano nowego księcia. I wkrótce wszędzie powiewały flagi i chorągwie, na ulicy Unter den Linden ludzie wzajemnie przekazywali sobie dobrą wiadomość, każdy radośnie brał udział, a gdy cesarz jechał do katedry na nabożeństwo dziękczynne i wracał z niego, otaczał go entuzjazm wielu tysięcy, a twarz cesarza rozjaśniła się radosnym blaskiem na widok tak serdecznego udziału wszystkich warstw społecznych stolicy.
Cztery tygodnie później, 11 czerwca, w Nowym Pałacu w Galerii Jaspisowej odbyły się chrzciny najmłodszej latorośli Hohenzollernów, z przepisaną dworską uroczystością. Miała ona tym razem szczególne znaczenie, gdyż łączyła cztery pokolenia w tak znaczącym dniu. Cóż za długi, bogaty w wydarzenia fragment historii: Od sędziwego pradziadka do małego prawnuka, chwalebna przeszłość z wymownym językiem, a ten fragment wielkiej historii ucieleśniali po części również pozostali rodzice chrzestni, książęcy i inni goście, z których wielu czynnie współdziałało w wydarzeniach ostatnich dziesięcioleci i w dumnej budowie niemieckiego tronu cesarskiego. Można było zobaczyć króla Saksonii Alberta, wielkiego księcia Saksonii-Weimaru Karola Augusta, księcia Saksonii-Koburga, a w ich pobliżu paladynów sędziwego cesarza, generałów i mężów stanu, którzy zawsze wiernie stali u jego boku. Prestiż, jaki Rzesza Niemiecka zdobyła w ciągu dziesięciu lat po koronacji cesarskiej w Wersalu, ucieleśniali przedstawiciele obcych mocarstw, na czele z następcą tronu Austrii Rudolfem, wielkim księciem Rosji Sergiuszem, następcą tronu Włoch Humbertem, a także wiele specjalnych poselstw. W Galerii Jaspisowej odbył się akt chrztu, podczas którego cesarz trzymał swojego prawnuka, który otrzymał imiona Fryderyk Wilhelm Wiktor August Ernest. Po chrzcie nastąpiły gratulacje książęcych gości i audiencja pozostałych zaproszonych, a także galowa uczta w sali muszlowej, niezwykłej ze względu na wystrój z kryształów i muszli, która w migoczącym świetle świec robiła oszałamiające wrażenie. Ale choć piękna sala widziała już wiele świątecznych uroczystości, od czasów Fryderyka Wielkiego, ta z 11 czerwca 1882 roku była jednak najbardziej pamiętna ze wszystkich i wypełniła kartę honorową w długiej kronice pałacu.
Nowe obowiązki powstały dla młodej żony i młodej matki, a ona oddawała się im z najjaśniejszą radością. Pokój dziecięcy stał się teraz centrum życia domowego, ale poza tym najbliższym i najpiękniejszym życie stawiało przed parą książęcą również dalsze wymagania. Cesarska Kancelaria w swoim piśmie z 17 listopada 1881 roku zawarła znaczący komentarz: „Znalezienie odpowiednich środków i sposobów na opiekę społeczną jest zadaniem trudnym, lecz zarazem jednym z najważniejszych dla każdej wspólnoty, która opiera się na moralnych fundamentach chrześcijańskiego życia narodowego". Zwłaszcza książę Wilhelm miał okazję podczas swojej edukacji szkolnej i studenckiej poznać duchowe zaniedbanie szerokich warstw społecznych. Jemu i jego małżonce sprawa ta leżała szczególnie na sercu i wydawała się godną rozwiązania w granicach ludzkich możliwości. Z różnych zgromadzeń i zrzeszeń podobnie myślących mężczyzn i kobiet powołano do życia „Ewangelicki Związek Pomocy Kościelnej", któremu księżna Wilhelma poświęciła się bez reszty, realizując idealne cele.
Regularnie w niedzielne wieczory odbywały się, jak byśmy to określili, literackie kółka, wspólnie czytano niemieckich klasyków, rozmawiano o wybitnych dziełach nowszej literatury. Wtedy też Ernest von Wildenbruch zbliżył się do księcia Wilhelma i czytał mu pojedyncze pieśni swojej potężnej pieśni bohaterskiej "Sedan".
Rok 1883 przyniósł wiele znaczących uroczystości. Najpierw 25 stycznia 1883 roku srebrne gody pary następców tronu, w których cała ludność brała serdeczny udział. Jesienią 28 września nastąpiło uroczyste odsłonięcie Pomnika Narodowego na Niederwald, symbolu niemieckiej jedności, znaku krwawo okupionego pokoju, przestrogi dla przyszłych pokoleń. Otoczony synem i wnukiem, książętami i możnowładcami Cesarstwa, osiemdziesięciosześcioletni cesarz przemówił wzruszonym głosem: „Gdy Opatrzność chce objawić swą wolę poprzez potężne wydarzenia na ziemi, sama wybiera czas, kraje i narzędzia do jej spełnienia. Lata 1870 i 1871 były czasem, w którym można było przeczuć jej nadejście. Zagrożone Niemcy podniosły się w miłości ojczyzny, z książętami na czele, jak jeden mąż. Wszechmogący prowadził te wojska przez krwawe walki od zwycięstwa do zwycięstwa, i Niemcy ponownie stanęły zjednoczone w historii świata. Miliony serc wzniosły swe modły do Boga i złożyły Mu pokorne podziękowanie za tę łaskę, wielbiąc Go za to, że uznał nas za godnych wykonania Jego woli. Lecz dla przyszłych pokoleń Niemcy chcą nadać swej wdzięczności trwały wyraz. W tym duchu został stworzony pomnik, który przed nami stoi."
Wielki i wzniosły, cesarz Wilhelm wzbudzał podziw całego świata, cieszył się szacunkiem i miłością we wszystkich zakątkach ojczyzny. W tym samym roku z dobrocią i współczuciem zainicjował wielkie i błogosławione dzieło pokoju, które miało na celu poprawę sytuacji niższych warstw społecznych i zmierzało do wspierania dobrobytu uboższych klas.
Coraz bardziej książę Wilhelm, obok swoich obowiązków wojskowych, zajmował się cywilną administracją kraju, po tym jak cesarz polecił ministrowi stanu von Achenbachowi wprowadzenie go w znajomość tej cywilnej administracji. W ostatniej zimie został zrobiony początek, w ten sposób, że nadprezydent w określonych wykładach przedstawiał księciu różne gałęzie administracji państwowej, ich znaczenie, rozgraniczenie i cele i stopniowo wprowadzał go w stosunki państwowe, prowincjonalne, okręgowe i gminne, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii podatkowych i gospodarczych. Książę brał również udział w posiedzeniach sejmiku powiatowego Teltow i uczestniczył w obradach sejmu prowincjonalnego Marchii i Nowej Marchii, zapoznając się tu szczególnie ze stosunkami Marchii i prowincji brandenburskiej.
Ale poza tym były dla niego jeszcze ważniejsze kwestie, które go żywo zajmowały, kwestie polityki wewnętrznej i zagranicznej. W obu aspektach książę Bismarck był tu silną skałą, niewzruszoną w falowaniu opinii i walk, skałą, o którą rozbijały się wszystkie ataki. Stał na szczycie swojej sławy i władzy. Żądzy rewanżu na Francji, która nagle znów się odezwała po nagłej śmierci cara Aleksandra II w maju 1881 roku, i panslawistycznym zachciankom w Rosji, które były podżegane przez Ignatiewa i Skobielewa, przeciwstawił Trójprzymierze, jako solidny zastaw pokoju. Także na to cesarz Wilhelm dał swoją zgodę, choć nie ukrywał swojej obawy, że nowy sojusz będzie postrzegany z wielkim niezadowoleniem przez stronę rosyjską i dostarczy panslawistom nowego oleju do ich migoczącej lampy. Temu jednak książę przeciwdziałał nowym posunięciem, a mianowicie przez zorganizowane przez niego ze starym sprytem spotkanie trzech cesarzy Niemiec, Rosji i Austro-Węgier 15 i 16 września 1884 roku w Skierniewicach, w którym uczestniczył.
Jak głęboki i serdeczny był stosunek między cesarzem a jego pierwszym doradcą, pokazało się dobitnie w 70-te urodziny Bismarcka, 1 kwietnia 1885 roku. W przedpołudnie tego znaczącego dnia sędziwy cesarz pojawił się z następcą tronu i księciem Wilhelmem w pałacu kanclerza Rzeszy przy ulicy Wilhelmstraße i złożył księciu wzruszonymi słowami swoje życzenia. Następnie odsłonił prezent urodzinowy ofiarowany przez rodzinę cesarską, "Proklamację cesarską w Wersalu" Antona von Wernera, i podkreślił wzruszonymi słowami zasługi, jakie książę mu oddał, aż jego głos załamał się ze wzruszenia. Książę Bismarck ujął rękę cesarza i pochylił się głęboko, aby ją ucałować, wtedy cesarz przyciągnął go do siebie i ucałował go w oba policzki i czoło, obu błyszczały łzy w oczach. Był to niezapomniany obraz, który wstrząsnął wszystkimi obecnymi. Następnie podszedł następca tronu ze swoimi serdecznymi życzeniami, a także książę Wilhelm, który wręczył obraz swojej rodziny, z podpisem "na znak swojego wiernego przywiązania i najserdeczniejszego szacunku. Cave adsum (z j. łacińskiego - Uważaj, nadchodzę – przyp. tłumacza)."
Staraniem Bismarcka, który wyraził się o księciu: "Ten kiedyś będzie swoim własnym kanclerzem," było "wyrwać księcia z ograniczonego kręgu służby pułkowej w Poczdamie i wprowadzić go w kontakt z innymi niż wojskowe prądami czasu." Chętnie powierzyłby mu stanowisko cywilne, najpierw może starosty, potem prezydenta rejencji pod nadzorem wyszkolonego urzędnika, ale ponieważ nie było na to szans, ograniczył się do starań o przeprowadzenie wojskowego przeniesienia księcia do Berlina i wprowadzenie go tu w kontakt z szerszymi kręgami towarzyskimi i różnymi władzami centralnymi. To rozbiło się o zastrzeżenia ministerstwa dworu ze względu na koszty, miejscem zamieszkania pozostał Poczdam. Ale jedno Bismarck przeforsował, że w 1886 roku cesarz pozwolił, aby księciu udostępniono akta i sprawy Urzędu Spraw Zagranicznych; książę otrzymał własny pokój w Urzędzie Spraw Zagranicznych i do studiów całe akta o prehistorii, powstaniu i zawarciu sojuszu z Austrią. Po tym jak książę Wilhelm już w maju 1884 roku po raz pierwszy przebywał w Rosji, aby przekazać rosyjskiemu następcy tronu życzenia cesarza z okazji jego ogłoszenia pełnoletności, dwa lata później odwiedził ponownie cara w Brześciu Litewskim na rozkaz swojego dziadka, aby przekazać mu osobiste informacje o niedawno odbytych w Gastein rozmowach z okazji spotkania cesarza Wilhelma z cesarzem Franciszkiem Józefem. Uczestniczyli w nich Bismarck i książę Wilhelm. Car zachował się powściągliwie.
Z Rosji książę udał się do Strasburga, gdzie sędziwy cesarz, niestrudzony w trosce o wyszkolenie i gotowość bojową armii, przebywał na manewrach cesarskich i wyraził swojemu wnukowi pełne uznanie za podróż. To samo uczynił Bismarck w szczegółowym piśmie, co zdziwiło księcia, ponieważ był przekonany, że jego misja zakończyła się niepowodzeniem.
Potem nadszedł ten wyjątkowy dzień, 90-te urodziny cesarza, 22 marca 1887 roku, którego nikt, kto go przeżył, nie zapomni, dzień, który wszędzie, gdzie tylko mieszkali Niemcy na kuli ziemskiej, obchodzono z takim udziałem, ciepłem i radością, jak nigdy wcześniej żadne patriotyczne święto. Pokazało się wtedy w najbardziej wzruszający sposób, jak wiele miłości, czci i wierności zdobył sobie cesarz, zarówno jako władca, jak i jako człowiek, stojąc na czele potężnej Rzeszy Niemieckiej, która jemu w pierwszej linii zawdzięczała swoją wielkość i rozkwit.
Dumny obraz przedstawiało przyjęcie i wieczorne święto w Białej Sali, pośród błyszczącego zgromadzenia czcigodny cesarz, dobrotliwy i łagodny, pełen pokory wobec Boga, który pozwolił mu dokonać i przeżyć tak wielkie rzeczy, następca tronu i książę Wilhelm, którego syneczek już rano złożył pradziadkowi życzenia, cztery pokolenia potężnego rodu.
Gdy dziewięćdziesięcioletni cesarz w tym jedynym dniu, w którym w gronie rodzinnym powitał również pannę młodą księcia Henryka, spoglądał wstecz na swoje długie życie, jakież wspomnienia musiały stanąć przed nim, począwszy od wczesnej młodości, poprzez pełne treści i zmian istnienie, aż do tej chwalebnej chwili. A jakie wspaniałe owoce wydało to życie: Niemcy nigdy przedtem nie były tak potężne, a po nieprzewidzianych sukcesach wojennych okazały się być silnym bastionem pokoju. Zawarto Trójprzymierze, zakończono walkę z Kościołem, ugruntowano wewnętrzny pokój, postępy ustaw socjalnych spełniały jego najskrytsze marzenia, które we wcześniejszym piśmie dziękczynnym do magistratu podkreślał już: „Że pod osłoną poprawionych i zabezpieczonych warunków klasa robotnicza również wzniesie się do narodowej świadomości, która, połączona z surową bojaźnią Bożą, stanowić będzie skuteczną broń przeciwko wielu zgubnym zjawiskom naszych czasów."
W tym samym roku cesarz, w towarzystwie swojego wnuka, uczestniczył w położeniu kamienia węgielnego pod Kanał Kiloński w Holtenau, a krótko potem w cesarskich manewrach na Pomorzu. Po raz ostatni cesarski patron armii odebrał tu na Kreckauer Feld paradę. Książę Wilhelm dowodził pułkiem grenadierów Fryderyka Wilhelma IV-go nr 2 i wkroczył na jego czele wśród głośnego wiwatu do Szczecina. Następca tronu był nieobecny na manewrach, choroba gardła, początkowo uważana za przejściową, nałożyła na niego większą ochronę. On sam i jego najbliżsi nie przeczuwali powagi choroby. Ze swoją małżonką, w towarzystwie księcia i księżnej Wilhelma, wraz z ich najstarszym synkiem, uczestniczył w czerwcu w 50-leciu panowania królowej Wiktorii w Londynie, zewnętrznie wciąż obraz pełni męskości; jechał konno w uroczystym pochodzie na czele książąt, postać jak z czasów bohaterskich, najradośniej witana przez ogromny tłum.
Para następców tronu pozostała jeszcze jakiś czas w Anglii, następca tronu w leczeniu u angielskiego lekarza gardła Mackenzie'go. Gazety mówiły o znacznej poprawie, tylko dziwiono się, że następca tronu w swojej podróży z Anglii do Tyrolu, gdzie chciał zatrzymać się w Toblach, nie jechał przez Berlin, jak tego również życzył sobie i miał nadzieję sędziwy ojciec. Czyżby wyzdrowienie nie było tak całkowite? Ale dobre wiadomości nadchodziły z jego krótkich pobytów we Frankfurcie nad Menem i Monachium, a także z Toblach.
Złudne nadzieje, które niestety nie spełniły się! Na początku października następca tronu przeniósł się ze swoją małżonką do Baveno, a stamtąd kilka tygodni później do San Remo, gdzie zatrzymali się w Willi Zirio, położonej z dala od kolonii cudzoziemców. Tam stan zdrowia się pogorszył. Wezwano kilku niemieckich lekarzy, następca tronu życzył sobie szczerości, nie ukrywali przed nim powagi sytuacji. Profesor Schrötter, który również przeprowadził badanie, wyraził się później: "Taki bohater, tak wielki charakter, jak niemiecki następca tronu, jest rzadkością. To prawdziwie antyczne bohaterstwo."
W wigilię Bożego Narodzenia następca tronu wydawał się zewnętrznie w najweselszym nastroju, chodził wokół stołów znajdujących się pod dwiema potężnymi niemieckimi choinkami, wręczał prezenty członkom rodziny i gościom, i w podobny sposób przebiegł wieczór sylwestrowy, w którym uczestniczyli również obecni w San Remo lekarze.
Tak nastał rok 1888, który 6 lutego przyniósł potężną mowę Bismarcka w Reichstagu za ustawą pożyczkową na cele administracji wojskowej, której książę Wilhelm przysłuchiwał się w loży cesarskiej, i to z najwyraźniejszym zainteresowaniem. Były to historycznie znaczące godziny, które ponownie udowodniły całą potęgę i siłę kanclerza Rzeszy. "My Niemcy", tak zakończył książę podniosłymi słowami, "boimy się Boga, ale poza tym niczego w świecie, i to właśnie bojaźń Boża sprawia, że kochamy i pielęgnujemy pokój. Ale kto mimo to go złamie, ten przekona się, że pełna zapału miłość do ojczyzny, która w 1813 roku powołała pod sztandary całą ludność ówczesnych słabych, małych i wyczerpanych Prus, jest dziś wspólnym dobrem całego narodu niemieckiego, i że ten, kto w jakikolwiek sposób zaatakuje naród niemiecki, znajdzie go jednolicie uzbrojonego, a każdego żołnierza z mocną wiarą w sercu: Bóg będzie z nami!"
Gdy książę Bismarck zakończył swoją mowę, która wstrząsnęła całą Europą, hrabia Moltke podniósł się ze swojego miejsca posła całkiem z przodu na skrajnej prawicy i poszedł mierzonymi krokami po schodach prowadzących do stołu Rady Związkowej, aby wyrazić kanclerzowi Rzeszy swoje gratulacje za to państwowe i narodowe osiągnięcie. Dwaj wielcy mężowie uścisnęli sobie serdecznie dłonie, potem Moltke wrócił na swoje miejsce.
Tak jak u księcia Bismarcka, książę wykorzystywał każdą okazję, aby okazać mu swój szacunek, tak samo u hrabiego Moltkego, który chętnie omawiał z tym chętnym do nauki uczniem kwestie wojskowe. We wszystkich aspektach marszałek starał się urzeczywistnić słowa, które zapisał w księdze pamiątkowej Muzeum Germańskiego: „Zawsze wierny i gotów Dla chwały Cesarstwa!". Nie był mówcą, który chwyta za broń słów, ale to, co mówił, było starannie przemyślane. W niewielu słowach wyrażał siłę swych myśli. Jak podsumował to pewien historyczny oceniający, łączył w swojej istocie dary, jakich nawet wśród Włochów epoki renesansu żaden pojedynczy człowiek nie łączył w sobie. Łączył bowiem siłę obrazowania poety z siłą analizy badającego myśliciela, a oba z siłą czynu wodza, który doprowadził do doskonałej sztuki ruch potężnych mas wojskowych i odkrył w tym naukę o niezwyciężoności. "Tacy ludzie", dodaje inny oceniający, "oczywiście nie spadają nam z chmur, nie spadają z nieba jak manna, lecz naród niemiecki nosił ich pod sercem i wychował, a oni pojęli charakterystyczny, bohaterski rys, który przebiega przez serce naszego narodu, który hartuje go i wzmacnia do walk, które musi stoczyć dla wypełnienia swojego światowego powołania. To właśnie charakterystyczne dla naszych bohaterów i wielkich ludzi, że ich szczególne znaczenie jako wodzów, mężów stanu lub duchowych przywódców narodu jest ściśle związane z ich wielkością moralną i wartością ludzką. Bojaźń Boża, wierność królowi, miłość do ojczyzny, poczucie obowiązku, to są kamienie węgielne, na których buduje się nasze niemieckie bohaterstwo. Tak więc Moltke oddał swojej ojczyźnie i swojemu narodowi tylko obficie i z odsetkami to, co od niego otrzymał; na jego wielkości moralnej, jego cichym, skromnym bohaterstwie będą się także w przyszłości wznosić nasi niemieccy bohaterowie. To jest najważniejsza "szkoła", którą stworzył. Tak więc nasze wielkie sukcesy z najnowszych czasów to nie tylko zwycięstwa broni, ale zwycięstwa przeważającego ducha naszego narodu pod przewodnictwem jego bohaterów, i tak możemy spokojnie patrzeć w przyszłość na niebezpieczeństwa i burze, skądkolwiek by nadeszły, jeśli tylko odważnie będziemy działać dalej w tym duchu i nad dziełami, które oni rozpoczęli:
"Co dla naszego ocalenia
Nasi ojcowie kiedyś założyli,
Nam przypadło w swym znaczeniu,
Byśmy grunt dla potomnych stworzyli!"
Zdolności umysłowe księcia Wilhelma w połączeniu z wieloma wielkimi wydarzeniami tych lat, z wypełnianiem ważnych zadań, osobistymi wrażeniami i kontaktami sprawiły, że dojrzał szybciej, niż byłoby to w innym przypadku, z młodzieńca wcześnie stał się mężczyzną, który wiedział, czego chce. Miejscem zamieszkania pary książęcej pozostał zimą zamek miejski w Poczdamie, latem Pałac Marmurowy; czyste i pełne szczęście panowało zawsze w tych mieszkaniach, w których młoda gospodyni równie sumiennie i radośnie wypełniała swoje obowiązki, jak pan domu u swoich żołnierzy, gdy nie wzywały go inne zadania na zewnątrz. We wrześniu 1885 roku książę jako pułkownik otrzymał dowództwo pułku huzarów gwardii i traktował to bardzo poważnie. Pierwszy i ostatni w służbie, był dla oficerów zachęcającym przykładem nie tylko oddania wojskowego, ale także całego życia i istoty poza służbą. Z pełną surowością bezwzględnie występował przeciwko namiętności do gier hazardowych, na uroczystych imprezach był najbardziej umiarkowany i zwalczał, gdzie i jak tylko mógł, pewną niechęć swoich towarzyszy do marynarki wojennej, o której wielokrotnie wygłaszał wyjaśniające wykłady, wskazując na jej powstanie, znaczenie, przyszłość. „Z żywym zainteresowaniem, często wręcz z ciepłym entuzjazmem, uczestniczył w życiu i dążeniach środowisk, w które został włączony podczas różnych etapów swojego rozwoju. Wolny od fałszywej pychy, w poczuciu wartości własnej osobowości. Jednak nigdy nie rozpłynął się całkowicie w tych środowiskach – zawsze zachowywał i udowadniał swoją niezależność w odczuwaniu i osądach. Tylko jedno uczucie kierowało całym jego życiem i dążeniami, prowadziło wszystkie rozważania, napędzało w sposób nieodparty do maksymalnego wysiłku, a gdy było trzeba – do najodważniejszych działań. To poczucie obowiązku, zawsze najpotężniejszy i najskuteczniejszy motor w całym jego środowisku."
Gdy książę wracał do domu zmęczony służbą lub wypełnianiem innych zadań w Berlinie, znajdował wtedy przytulny spokój i uspokajającą poufałość przy własnym ognisku, w gronie rodziny. Bo ta się powiększyła; 7 czerwca 1883 urodził się książę Eitel Fryderyk, 14 lipca 1884 książę Adalbert, a 29 stycznia 1887 książę August Wilhelm. Czterech synów rosło radośnie, najtroskliwiej strzeżonych przez matkę, która całkowicie poświęcała się dzieciom i małżonkowi. Z nim księżna już wczesnym rankiem spożywała pierwsze śniadanie, o pierwszej odbywał się obiad, o piątej po południu herbata, a po kolacji pozostawano jeszcze jakiś czas razem w ożywionej rozmowie. Jeśli służba na to pozwalała, po południu podejmowano wycieczki pieszo lub powozem, czasem także statkiem z pobliskiej stacji marynarzy Pałacu Marmurowego, na idylliczną Wyspę Pawią. Tam robiono postój, tam, gdzie kiedyś inny książę Wilhelm, z którego później stał się wielki cesarz, chroniony przez swoją matkę, królową Luizę, bawił się wesoło ze swoim rodzeństwem. Te czasy zdawały się ożywać na nowo, gdy mali książęta przybywali powozem i wesoło hasali pośród bujnej przyrody, pod pradawnymi, rozłożystymi drzewami, przez których liście prześwitywało kolorowe upierzenie pawi.
Wychowaniem dzieci kierowała i nadzorowała sama para rodzicielska, przy czym główną myślą było ciągłe uświadamianie obowiązku i wynikające z tego poczucie odpowiedzialności. Już od wczesnych lat wpajano im te zasady, podczas gdy sami dorastali pełni życia i radości. Przewodnikiem mogły być słowa cesarzowej Augusty, które kiedyś napisała do wojskowego wychowawcy innego pruskiego księcia: „Cel wychowania nie może zostać zaprzepaszczony, co najprościej można wyrazić słowami: przemienić pruską książęcość w niemiecką dostojność. Zadaniem każdego wychowania pozostaje przygotowanie człowieka do życia, a w obecnych czasach w domach panujących potrzeba człowieka w najwyższym tego słowa znaczeniu, ponieważ osobista wartość stała się głównym fundamentem ich władzy." Obok ogólnego wykształcenia dużą wagę przykładano do rozwoju zdrowotnego poprzez wczesne uprawianie rozsądnego sportu, przy czym książę Wilhelm dawał swoim dzieciom dobry przykład. Odbył on kiedyś podróż łodzią dookoła całej wyspy Poczdam, której zwykle doświadczeni wioślarze nie mogli pokonać w mniej niż dziesięć do dwunastu godzin, podczas gdy on pokonał ją w nieco ponad siedem godzin. Był równie sprawny w pływaniu i jeździe konnej, dbając o to, by jego synowie byli w tym ćwiczeni już od wczesnych lat. Najstarszy z synów otrzymał jako nauczyciela musztry podoficera Pierwszego Pułku Gwardii, który zapoznawał go z podstawami służby wojskowej. Mały książę ćwiczył właśnie nabytą wiedzę ze swoimi młodszymi braćmi, którzy bezwzględnie musieli mu się podporządkować, jako że był „najstarszym w pokoju", co uważał za swoją wielką „godność". Podczas gdy łagodna matka często puszczała płazem drobne wybryki swoich ulubieńców, ojciec był zdecydowanie surowszy. Synowie mimo całej miłości żywili przed nim wielki respekt. Lecz nawet jemu, którego poza domem nie oszczędzały kłopoty, rozpogadzała się twarz, gdy przebywał w pokoju dziecięcym. Zadawał wtedy dzieciom żartobliwe zagadki, wysłuchiwał ich próśb – których nigdy nie brakowało – i pozwalał jednemu lub drugiemu z nich pojeździć sobie na jego kolanach.
Piękny obraz rodzinny, jak opowiadano z tamtych czasów, przedstawiał się pewnego zimowego dnia 1886 roku. W południe przed poczdamskim zamkiem, od strony ogrodu Lustgarten, zatrzymał się królewski powóz. Niewielki tłum ludzi otaczał pojazd, ich uwaga była podzielona między powozem a oknem na pierwszym piętrze. Tam u góry wąska, biała dłoń rozsunęła gęstą zasłonę okienną, tworząc małą szczelinę, blada twarz młodej, smukłej damy pojawiła się między nią, a pozdrawiające oczy spoglądały z uśmiechem najgłębszej miłości i radości w dół na powóz. W nim, mimo zimowego chłodu, okno było opuszczone, a trzy różowe dziecięce główki patrzyły w górę na mamę, której widoku tak długo już były pozbawione. Księżna Wilhelma - bo to była ta dama w oknie - musiała zrezygnować z wszelkiego kontaktu ze swoimi dziećmi, aby nie narażać ich na niebezpieczeństwo zarażenia, odkąd pielęgnowała swojego męża chorego na odrę, a teraz sama została dotknięta chorobą. Teraz jednak mali ulubieńcy wykorzystali pierwszy pogodny zimowy dzień na przejażdżkę do mamy, posyłali jej z daleka całusy i machali białymi chusteczkami na pozdrowienie. A oto inny piękny obraz, tym razem letni. Mały książę Adalbert obchodzi swoje trzecie urodziny. Otaczają go jego rodzeństwo i kilku małych gości, których zaprosił jako towarzyszy do zabawy. Huśtawka jest pilnie używana, nie brakuje też piłek i broni oraz innych zabawek, nawet jest kopiec piasku, w którym mali mężczyźni mogą grzebać i kopać. Nadzór nad gromadką dzieci sprawowały książęca niania i kilka bon. Lipy kwitną, wiciokrzew gęsto wspina się po pniach i pergolach, róże wszelkiego rodzaju i koloru żarzą się w krzewach i na rabatach, a od czasu do czasu chłodny powiew wiatru nadciąga znad Świętego Jeziora (Heiliger See) przez korony olbrzymich drzew i strząsa tu listek, a tam kwiat na rozradowaną gromadkę dzieci. Coraz niżej chyli się dzienne światło. Z zamku zbliża się wysoka, młodzieńcza blondynka w lekkiej wiśniowo-czerwonej sukience letniej i kroczy, rzucając promienne spojrzenie na bawiące się dzieci. Pięcioletni chłopiec w zuchwałym, dobrze skrojonym mundurku gwardyjskich huzarów biegnie jej naprzeciw, „Mamo, mamo!" – radośnie wyrywa mu się z ust. „Mój ukochany synku!" – z rozłożonymi ramionami pochyla się matka, aby przyciągnąć najstarszego syna do szczęśliwego serca.
Urodziny rodziców, jak i rodzeństwa, były oczywiście wielkimi dniami radości, nie mniej święta Bożego Narodzenia, przed którymi już na długo wcześniej tajemniczo poruszały się małe rączki, aby wykonać wszelkiego rodzaju urocze podarunki dla rodziców i innych członków rodziny. W przeddzień święta zawsze odbywało się, w obecności dzieci, w Galerii Marmurowej Pałacu Poczdamskiego, obdarowywanie dużej liczby biednych dzieci w wieku od pięciu do dziesięciu lat. Cztery wielkie choinki rozświetlały swoje jasne światło, świecący obraz przedstawiający narodziny Dzieciątka Jezus wisiał w tle, a na długich stołach leżały prezenty zgromadzone przez księżniczkę Wilhelma przy pomocy jej dam – różne zabawki, ale szczególnie użyteczne przedmioty.
Księżna starała się również poza wąskim kręgiem czynić dobro i opiekować się chorymi, uciśnionymi i uciskanymi. Przejęła na przykład patronat nad Szpitalem Dziecięcym im. Elżbiety, w którym głównie przyjmowano chore dzieci. Często go odwiedzała, nadzorowała rozdawanie prezentów na Boże Narodzenie i święto wielkanocne z szukaniem jajek, dbała o powiększenie szpitala, którego rozkwit starała się wspierać na wszelkie sposoby. Kiedy przy narodzinach księcia Augusta Wilhelma otrzymała od cesarza i następcy tronu po 1000 marek, przeznaczyła tę sumę na ufundowanie darmowego miejsca w szpitalu i zrobiła wszystko, aby dla słabych dzieci ze szpitala i innych słabych dzieci z Berlina założyć w Kołobrzegu sanatorium morskie.
Wspominaliśmy już wcześniej, że księżniczka już krótko po swoim ślubie bardzo angażowała się w dalszy rozwój Miejskiej Misji Berlińskiej, co miało umożliwić znaczący postęp tej błogosławionej instytucji. Dzięki temu możliwe było znaczące poszerzenie zadań tej misji, polegających na trosce o biednych i opiece nad zwolnionymi więźniami. To przede wszystkim książęcej parze zawdzięczano wybudowanie specjalnego azylu dla zwolnionych więźniów na terenie misji przy Johannistisch. Bazаr, zainicjowany i zorganizowany przez księżniczkę w lutym 1885 roku, przyniósł piękny dochód 54 000 marek, co niemal w całości pokryło koszty budowy. Później księżniczka wielokrotnie odwiedzała azyl, dowiadując się o postępach i poszczególnych obszarach pracy zatrudnionych tam osób, wypytywała zwolnionych więźniów; dla każdego miała przyjazne słowo, a jej łagodna, pełna współczucia natura zawsze rozsiewała radość i promienność.
I właśnie wspieranie tego chrześcijańskiego dzieła miłosierdzia miało przysporzyć książęcej parze przykrych kłopotów, gdy próbowano wciągnąć ją w rozgrywki partyjne. O to jednak nigdy się nie troszczyła, jak zauważa cesarz w swoich "Wydarzeniach i postaciach": "Jako książę celowo trzymałem się z dala od polityki partyjnej i koncentrowałem się całkowicie na mojej służbie w różnych rodzajach broni, do których byłem przydzielany. To dawało mi satysfakcję i wypełniało moje życie. Dlatego jako książę pruski unikałem wszelkich prób wciągnięcia mnie w polityczne rozgrywki partyjne. Często próbowano złapać mnie pod przykrywką nieszkodliwych imprez, herbat i tym podobnych dla kręgów politycznych lub celów wyborczych. Zawsze się powstrzymywałem."
Aby dalej rozwijać wspomnianą berlińską misję miejską, do Berlina powołano grupę wybitnych mężczyzn ze wszystkich warstw społecznych Niemiec, aby szerzyć zainteresowanie w coraz szerszych kręgach. Zebranie odbyło się 28 listopada 1887 roku u generała-kwatermistrza armii, hrabiego Waldersee, z zamiarem utworzenia stowarzyszenia, które miałoby na celu zaradzenie trudnościom religijnym w dużych miastach, ale także udzielanie wsparcia materialnego w sytuacjach potrzeby i choroby. Książę Wilhelm mówił o zamiarze przywrócenia szerszych mas do chrześcijaństwa i Kościoła, podkreślając, że idea chrześcijańsko-społeczna powinna być realizowana z większym niż dotychczas naciskiem. Misja miejska, nie tylko w Berlinie, ale i w innych dużych miastach, wymaga zatem silnego wsparcia ze strony możliwie najszerszych środowisk, bez różnicy przynależności partyjnej. Przede wszystkim konieczne było zapewnienie sprawnej i szerszej podstawy finansowej, a ponieważ powaga czasów wykluczała organizację uroczystych wydarzeń w tym celu, z jego zgodą cesarza zwołał to zgromadzenie, aby omówić środki i sposoby, dzięki którym można by osiągnąć wyznaczony cel w inny sposób. Po dłuższych obradach zgromadzenie zgodziło się z wypowiedziami księcia i podpisało apel, który z jednej strony został przyjęty z radością, z drugiej zaś spotkał się z złośliwą oceną. Cała sprawa została nieodpowiednio rozdmuchana, wyraźnie próbowano przypisać parze książęcej, która, jak wspomniano, trzymała się z dala od wszelkich publicznych kwestii politycznych, coś, co mogłoby jej zaszkodzić, a teraz wtrącił się także książę Bismarck. Tutaj zapewne donosiciele spełnili swoje złowrogie zadanie z wyraźnym zamiarem wywołania zakłócenia w tak dobrych relacjach między księciem a księżną, co im się udało, napełniając Bismarcka nieufnością. Ciche i uporządkowane życie domowe księcia i księżnej doświadczało okazjonalnych przerw przez wspólne podróże, z których niektóre już zostały wspomniane. Droga, związana z tak wieloma pięknymi wspomnieniami, droga do ukochanej śląskiej ojczyzny (gdzie księżna, w towarzystwie księcia, uczestniczyła w zaślubinach swojej siostry, księżnej Karoliny Matyldy z księciem Szlezwika-Holsztynu-Sonderburga-Glücksburga Fryderykiem Ferdynandem, które miały miejsce 19 marca 1885 roku w Przemkowie). W przeddzień uroczystości przez salę zamku przemaszerował kolorowy pochód kostiumowy, przedstawiający historyczne pochody ślubne z roku 1655 (księcia Ernsta Günthera z linii Augustenburg) i z roku 1722 (księcia Philippa Ernsta z Holstein-Glücksburg). W pochodzie brali udział książę Wilhelm i jego małżonka; była to radosna uroczystość, która zgromadziła liczną grupę bliższych i dalszych krewnych wokół mądrej i uroczej gospodyni zamku, księżnej Adelajdy. Dla niej mogło być szczególną satysfakcją, że ulubiona druga córka wyrusza do stron rodzinnych, gdzie czekało na nią spokojne i bogate szczęście. Wkrótce potem księżna opuściła Przemków w nocnej godzinie, żegnając się ze wszystkimi drogimi miejscami, które były tak ściśle związane z jej życiem i życiem jej męża, i przeniosła się najpierw do Gotha, gdzie pozostała przez dwa lata, aby następnie przenieść swoje stałe miejsce zamieszkania do Drezna.
Księciu Wilhelmowi i jego małżonce nie brakowało również wspólnych wizyt na dworach zaprzyjaźnionych książąt, ani wspólnych podróży po niemieckiej ojczyźnie. Tak więc latem 1886 roku książę korzystał z kuracji w Reichenhall, skąd z małżonką przemierzał bawarskie Alpy. Często jednak książę był nieobecny, ponieważ coraz częściej powierzano mu reprezentację starzejącego się cesarskiego dziadka i chorego ojca następcy tronu. Odwiedził go 9 listopada 1887 roku w San Remo, w towarzystwie niezależnego naukowo laryngologa, dr. M. Schmitta z Frankfurtu nad Menem. W końcu książę miał okazję zdobyć osobiste wglądy i poznać opinie lekarzy prowadzących, wśród których był również wiedeński specjalista profesor Schrötter oraz jego uczeń, dr Krause z Berlina. Już profesor Schrötter, który został wezwany do San Remo kilka dni przed księciem, doszedł do smutnego przekonania, że w przypadku choroby następcy tronu mamy do czynienia z nowotworem. Stwierdził, że istnieją tylko dwie drogi leczenia: albo czekać, aż nieuchronny dalszy wzrost tworu spowoduje zagrożenie uduszeniem, a następnie wykonać tracheotomię, nie w celu wyleczenia, lecz aby jak najdłużej przedłużyć życie, albo niezwłocznie usunąć całkowicie krtań, co stanowiłoby jedyną możliwość wyleczenia, jednak w przeważającej większości przypadków, czy to bezpośrednio, czy przez ich konsekwencje, prowadziłoby do śmierci w ciągu kilku tygodni. Księżna była postawiona przed tym strasznym wyborem. Dr. Schmitt musiał podczas badania następnego dnia po swoim przybyciu potwierdzić wyniki profesora Schröttera w pełnym zakresie. Sporządzono szczegółowe pisemne przedstawienie stanu sprawy, które miało być przedstawione choremu, aby uniknąć przykrości związanej z ustnym rozpatrywaniem tak strasznego dylematu. Profesor Schrötter miał bolesne zadanie, aby w obecności księżnej przekazać następcy tronu raport o badaniach i opiniach. Następca tronu przyjął ten raport stojąc, z filozoficznym spokojem, z prawdziwą męską odwagą. Odmówił usunięcia krtani, jego decyzja została pisemnie przekazana lekarzom. Wtedy następca tronu powiedział swojemu zaufanemu kamerdynerowi: „Widzisz, chcą mi otworzyć krtań i zrobić cięcie z prawej i lewej strony. Najlepiej byłoby, gdybym był wtedy pół człowiekiem, a tego nie chcę. Wolę, aby rzeczy działy się tak, jak chce Bóg.” Po powrocie do Berlina książę Wilhelm miał smutne zadanie, aby poinformować ukochanego dziadka o nieuleczalnej chorobie swojego jedynego syna. Cesarz ponownie wezwał najwybitniejszych berlińskich lekarzy na konsultację, aby sprawdzić, czy nie można by jednak namówić chorego do natychmiastowej, decydującej operacji, ale lekarze uznali, że nie mogą wziąć na siebie takiej odpowiedzialności w obliczu wysokiego ryzyka operacyjnego. Ponownie podjęto decyzję, życie następcy tronu było stracone, dramat powoli zbliżał się do końca. Również w domu naszej książęcej pary w Poczdamie panowała przygnębiająca atmosfera, w ciągłym oczekiwaniu na nową wiadomość o nieszczęściu. Należało być przygotowanym na najgorsze, także na to, że wkrótce nastąpią ważne zmiany w dotychczasowym, tak normalnym życiu. Interesujące jest przypomnienie sobie opinii sprzed lat, która została wyrażona z perspektywy postronnej. Pewien Anglik napisał w „Blackwood's Edinburgh Magazine” w artykule o Berlinie i berlińskim społeczeństwie: „Książę Wilhelm jest w osobliwy sposób przyciągającą postacią; wesoły, odważny, z otwartymi oczami, szerokimi ramionami, doskonały obraz młodego żołnierza. Ci, którzy bliżej znają jego małżonkę, mówią, że wielka dobroć, która promieniuje z jej sympatycznej, uroczej twarzy, czyni ją bardzo miłą i wdzięczną damą. Prowadzi spokojne, wycofane życie, na ile to możliwe w jej wysokiej pozycji i wielkich przyszłych perspektywach, ale wszyscy, którzy widzieli ją na dworze, nigdy nie widzieli jej zdezorientowanej, nigdy w niepokoju, chociaż jest młoda i nie ma wiele doświadczenia dworskiego; ma przyjazne, przemyślane i odpowiednie słowo dla każdego, kogo pozdrawia, i można mieć zaufanie, że pewnego dnia jako cesarzowa Niemiec sprosta swojemu wysokiemu powołaniu.”
Czekanie i niepewność w ciężkich czasach
Ponurość i ciężar trosk nastały w roku 1888. Książę Wilhelm, który tym razem w dniu swoich urodzin został mianowany na generała majora i dowódcę II. Gwardyjskiej Brygady Piechoty (II., IV. Gwardyjskiego Pułku Piechoty, Gwardyjskich Fizylierów), musiał często przebywać w Berlinie, aby reprezentować dziadka i ojca, a aby nie być zbyt często oddzielonym od swojej rodziny, książęca para przeprowadziła się na początku lutego do stolicy Rzeszy i zamieszkała w starym, szarym zamku królewskim. Młodzi książęta nie mieli pojęcia o troskach, które ciążyły na sercach ich rodziców. Byli jak jasne słońce w tych ponurych dniach, które na chwilę pozwalało rodzicom zapomnieć o ich smutku. Młody książę Wilhelm dostał już własny pokój i własną guwernantkę, z czego był niezmiernie dumny i spoglądał z góry na pozostałe rodzeństwo, traktując je jak „małe dzieci". Gdy go zapytano, jak mu się teraz żyje i uczy, odpowiedział: „Och, na razie to guwernantka mi daje lekcje, ale wkrótce to ja jej będę je dawał, bo kompletnie nie zna się na marszu wojskowym!"
W tamtym czasie Anton von Werner malował księżniczkę Wilhelm i jej trzech najstarszych synów; opowiada o tym: „W ciągu tych ośmiu do dziesięciu dni lutowych mogłem cieszyć się urokliwym kawałkiem idyllicznego, najintymniejszego życia rodzinnego, pełnego naturalnej prostoty i świeżości. Dzieci bawiły się i szalały wokół mnie, a uchwycenie ich wizerunku nie było tak proste, jak na przykład w przypadku godnego generała czy dyplomaty. Musiałem zastosować wszelkie możliwe środki, aby szczególnie najstarszego z książąt skłonić do zatrzymania się i zainteresować go moim artystycznym zadaniem. Dlatego zaprosiłem go, aby mi pomógł, narysowałem jego głowę i poprosiłem, aby dokończył postać. Ukończył rysunek, najpierw dodając starannie wąsy do górnej wargi, a potem odważnie i futurystycznie przedstawiając ciało z dwoma ramionami i szablą, wydawał się z tego bardzo zadowolony i znów przez chwilę stał w miejscu. — Pewnego dnia, gdy siedziałem sam w salonie przy moich sztalugach blisko okna, przypadkowo zauważyłem, że najmłodszy książę August Wilhelm cicho czołgał się na czworakach w stronę kominka znajdującego się w przeciwległym rogu salonu i właśnie zamierzał chwycić za wesoło migoczący płomyk na świecy, kiedy szybko wstałem, złapałem go w ostatniej chwili i odciągnąłem, zanim niania pojawiła się w drzwiach. Pokój dziecięcy był oczywiście dumą matki, księżnej, która pozwoliła mi również zajrzeć do środka i zobaczyć wesołe dziecięce zamieszanie.” 26 lutego rodzina książęca z wszystkimi dziećmi była u cesarskiej pary, a gdy w porze obiadowej zmieniano wartę, cesarz pojawił się z młodymi książętami przy znanym narożnym oknie swojego pałacu. Jak burzliwy entuzjazm ogarnął figurę starego Fryderyka, jak głośno zabrzmiała melodia „Heil dir im Siegerkranz”! („Chwała tobie w wieńcu zwycięzcy”). Był to dla sędziwego władcy ostatni blask zachodzącego słońca długiego i chwalebnego życia. Książę Wilhelm i jego małżonka nie mogli ukryć, że siły ukochanego dziadka wyraźnie słabły. Dodatkowo wiadomości z San Remo stawały się coraz bardziej ponure. Stało się jasne, że konieczne było wykonanie tracheotomii, co miało miejsce 9 lutego z inicjatywy dr. Bramanna i natychmiast przyniosło ulgę cierpiącemu. Od tej pory oddychanie mogło odbywać się tylko przez kaniulę wprowadzoną do tchawicy. Również teraz następca tronu znów wykazywał spokój. „W roku 1870,” powiedział, „mogła mnie trafić kula, jak każdego innego. Moja obecna choroba nie jest niczym innym jak kulą, która mnie trafi, może wcześniej, może później, jak Bóg zechce.” Wezwany telegraficznie z Berlina tajny radca von Bergmann kierował dalszym leczeniem, ale lekarze wiedzieli, że wszelkie nadzieje były daremne.
Temu zdaniu nie mógł się również oprzeć sędziwy cesarz, który tak bardzo pragnął jeszcze raz zobaczyć ukochanego syna i przytulić go. Często słychać było, jak w nocy wołał z płaczem: „Mój syn, mój biedny Fryc!” Wyraził pragnienie, aby sam pojechać do swojego syna, a tylko z trudem można było go powstrzymać przed spełnieniem tego życzenia. W jego imieniu książę Wilhelm udał się do San Remo, gdzie 2 marca dotarł do swojego ojca, któremu chwilowo było lepiej i który codziennie pokazywał się na balkonie. Mówiono o przeprowadzce, która jednak znów się opóźniła, ponieważ w Niemczech panowała niezwykła zimna i burzliwa pogoda. Książę Wilhelm został wezwany telegramem z powrotem do Berlina, ponieważ stan cesarza znacznie się pogorszył.
Wieczorem 7 marca cesarz skarżył się na bóle wewnętrzne, a następnego ranka generał lekarz dr Leuthold uznał jego stan za na tyle niepokojący, że natychmiast napisał depesze do wielkiego księcia i wielkiej księżnej Badenii, którzy jeszcze tego samego dnia przybyli specjalnym pociągiem z Karlsruhe. Książę i księżna Wilhelm nieustannie przebywali w pałacu, książę Bismarck został przywieziony z Reichstagu królewskim powozem, spędził kilka godzin z parą książęcą. Siły cesarza w ciągu dnia wyraźnie malały, chwilowo zanikała również świadomość, a potem znów wołał: „Biedny Fryc, drogi, biedny Fryc.” Rozmawiał również wielokrotnie ze swoim wnukiem księciem Wilhelmem, zalecając mu dobre stosunki z Rosją.
Książę Bismarck, przebywający w pałacu wraz z hrabią Moltkem i innymi zaufanymi władcy, przedłożył cesarzowi dokument upoważniający kanclerza Rzeszy do zamknięcia Reichstagu w zwyczajowym czasie po zakończeniu jego prac i poprosił cesarza, aby ten podpisał się tylko pierwszą literą nazwiska. Cesarz jednak stwierdził, że wierzy, iż będzie w stanie złożyć pełny podpis, co też uczynił słabą ręką. Wkrótce potem nastąpiła utrata przytomności. Książę Wilhelm nieustannie pochylał się nad drogim dziadkiem ze łzami w oczach, nasłuchując coraz krótszego i słabszego oddechu. Tuż po ósmej rano cesarz po głębokim, pełnym westchnienia oddechu zasnął snem wiecznym.
Cesarz, wielki bohater, zasnął łagodnie i bez walki, a członkowie rodziny pożegnali go po raz ostatni, całując jeszcze raz rękę, która uczyniła tak wiele dobrego. Następnie książę Wilhelm zawołał pozostałych obecnych, w tym generałów i adiutantów, lekarzy, dworzan i garderobianych, którzy tak długo wiernie służyli ukochanemu panu. Wkrótce pojawił się również książę Bismarck, który długo przebywał przy łożu śmierci i wielokrotnie całował rękę cesarza. Nastały ponure dni żałoby; wydawało się, że zwykle tak niestrudzony i hałaśliwy rytm serca stolicy nagle został sparaliżowany. Z jaką miłością, z jakim szacunkiem cała ludność, bez względu na partie, przywiązała się do sędziwego cesarza, świadczył ogromny tłum w katedrze, w której sędziwy bohater został uroczyście wystawiony, oraz powszechna, bolesna obecność na jego pogrzebie, na którym cały Berlin pojawił się w jednym żałobnym stroju.
Daleko poza granicami Niemiec cały świat odczuwał, że wielki, pamiętny, historyczny rozdział dobiegł końca. Nagle zionęła pustka, którą pozostawił cesarz, nie sposób było przyzwyczaić się do myśli, że już go nie ma pośród żywych. Zwycięski władca, którego wieńce laurowe oplotły dopiero pod koniec, zdawał się móc sprzeciwiać prawom istnienia. Niczym legendarny bohater wyrastał już w oczach młodszych pokoleń, które patrzyły na niego z oszołomioną czcią i nasłuchiwały z zapartym tchem opowieści o jego czynach i sukcesach. Ale sława i blask promieniujący z jego tronu, krąg legend oplotły już za jego życia jego osobę, nie mogły jednak wyprzeć ludzkiego, kochanego obrazu drogiego władcy. Czysty i wzniosły, bezinteresowny i zdecydowany, naznaczony wszystkimi cnotami, jakie natura potrafi zjednoczyć, stawał przed wszystkimi jako wzór dla najwyższych i najskromniejszych. Nic błahego, nic małego go nie dotyczyło, szlachetny i wielki, łagodny i dobry, pomocny i pełen pociechy był w każdej sytuacji swego pełnego czynów życia. Równocześnie władca zwycięstw i pokoju, zdobył nie tylko entuzjastyczną, pełną poświęcenia miłość swego ludu, ale też podziw, cześć i szacunek narodów całego świata. Wspominając go, jego czcigodną osobę, ustępowały nawet uraza, nienawiść i wrogość, działając pojednawczo i łagodząco tutaj, budząc szacunek tam, chroniąc pokój gdzie indziej.
Cesarz Fryderyk w swoim wezwaniu „Do mego ludu” poświęcił głęboko odczuwane słowa miłości i czci zmarłemu ojcu, a następnie, w pełni szczerego zaufania, zwrócił się do pruskiego i niemieckiego narodu, obiecując być sprawiedliwym oraz lojalnym królem i cesarzem w radości i smutku. Niestety, spełnienie tej obietnicy było mu dane tylko na krótko. Zaraz po powrocie do Berlina zamieszkał z żoną w zamku charlottenburskim, znosząc swoje straszne przeznaczenie z prawdziwie godną podziwu męskością. Nieuleczalna choroba postępowała w zastraszającym tempie; cesarz zdawał sobie sprawę, że został mu tylko krótki czas życia. Mimo to pozostawał spokojny i zrównoważony.
Ciężkie miesiące choroby przyśpieszyły o lata proces starzenia się i dojrzewania następcy tronu, Wilhelma, zmuszając go do przejęcia od chorego ojca wielu spraw państwowych i obowiązków reprezentacyjnych. Jeszcze 29 maja miał on zaszczyt przedstawić drogiemu ojcu trzy pułki Drugiej Brygady Piechoty Gwardii, których był generałem. Przy dźwiękach bębnów i piszczałek nadciągały one w równym kroku pod drzewa cudownie wiosennego parku w Charlottenburgu. I teraz: "Baczność, na prawo patrz!" - rozległ się rozkaz wzdłuż szeregów. Ale rozkaz był niemal niepotrzebny, wyprostowały się ciała, szybciej zabiły serca dzielnych grenadierów i fizylierów, gdy przechodzili obok swego cesarza i wodza, który w mundurze, z hełmem na głowie, siedział w swym powozie, odbywając swój pierwszy przegląd wojsk jako cesarz, pierwszy i zarazem ostatni przegląd. Po nim napisał do swojego syna na jednej z karteczek, które zawsze miał pod ręką: "Bardzo zadowolony, wielka radość. Fryderyk I.R." Kilka dni później, po tym jak jeszcze wieczorem poprzedniego dnia, oparty na ramieniu jednego ze swoich myśliwych, odwiedził mauzoleum, gdzie spoczywali jego dziadkowie i ojciec, cesarz został przewieziony parowcem „Aleksandria” z Charlottenburga do „Nowego Pałacu”. Tysiące ludzi zgromadziły się w czasie jego odpłynięcia po przeciwnej stronie Sprewy i z entuzjazmem witały cesarza okrzykami, podobnie w Spandau, które było udekorowane flagami i kwiatami, gdzie niezliczone dzieci stały na brzegach, wymachując chustkami i intonując patriotyczne pieśni.
Nawet w swojej letniej rezydencji cesarz pracował bez wytchnienia, mimo że jego stan był coraz bardziej niepokojący. Lekarze uznali za swój obowiązek delikatne przekazanie cesarzowi tego faktu, a on napisał tylko jedno zdanie na pasku papieru: "Bardzo mi przykro, że ze mną nie jest lepiej." Rozumiał, ale sprzeciwiał się narzekaniom i lamentom. Mimo że cierpienie uniemożliwiło mu naturalne odżywianie i musiał otrzymywać posiłki sztucznie, przyjął 13 czerwca, dwa dni przed śmiercią, swojego przyjaciela króla Szwecji Oskara; chciał do końca wypełniać swoje obowiązki, do których należała ta wizyta. 14 czerwca jego koniec był bliski. Od wczesnego ranka cesarzowa wraz ze swoimi dziećmi czuwała przy łóżku umierającego. Kiedy księżniczka Zofia, która tego dnia obchodziła swoje osiemnaste urodziny, opadła na kolana w płaczu i pokryła rękę cierpiącego pocałunkami, napisał drżącą ręką na kartce: "Bądź pobożna i dobra, jak byłaś dotychczas, to ostatnie życzenie twojego umierającego ojca." Po południu przybył książę Bismarck, który nie mógł ukryć swojego głębokiego wzruszenia. Następnego ranka, krótko po godzinie jedenastej, cesarz Fryderyk zmarł spokojnie, patrząc na swoją ukochaną małżonkę.
„O twojego jedynego syna płacze ta, która była tak dumna i szczęśliwa, że mogła być jego żoną, razem z tobą, biedna matko! Żadna matka nie miała takiego syna! Bądź silna i dumna w swoim cierpieniu, on kazał cię jeszcze dziś rano pozdrowić." Tymi słowami, pełnymi bólu, małżonka cesarza Fryderyka zawiadomiła cesarską matkę Augustę o śmierci ukochanego syna. Tego syna, który został zabrany w pełni sił, nie mając czasu, by zrealizować swoje długo pielęgnowane i przemyślane plany. Tego syna, który zdobył nieprzemijające laury zwycięstw i który w czasach pokoju zyskał gorące serca swego ludu, kochającego go jak rzadko kogo innego. Jego umysł był otwarty na każdy swobodny impuls, rok za rokiem, w cichym samoopanowaniu i powściągliwości przygotowywał się do swojego wzniosłego powołania, z zamiarem bycia wiernym i sprawiedliwym królem w dobrych i złych czasach, działania pokojowo oraz wspierania i ochrony dzieł pokoju, po tym, jak przy jego pomocy zjednoczone zostały Niemcy. Wyrwany został ze swoich zamierzeń i dążeń, lecz jego postać będzie świetliście żyła w historii Niemiec, czysta i bohaterska, jaką zawsze był.
18 czerwca w uroczystej procesji prowadzono doczesne szczątki cesarza przez wspaniały park, wśród kwitnących krzewów, zapachu róż i śpiewu ptaków, do jego ostatniego miejsca spoczynku - kościoła pokoju, otoczonego nastrojowym urokiem.
Młoda para cesarska
Wcześnie, zdany na siebie samego, cesarz Wilhelm II objął rządy, przepełniony silnym poczuciem boskiej próby, świeżości młodości i historycznego przeznaczenia! Przypadło mu w udziale potężne dziedzictwo, którym chciał wiernie zarządzać, powiększając je, aby kiedyś móc zdać rachunek umiłowanemu dziadkowi, cierpiącemu ojcu oraz wielkim przodkom swego rodu. Często, w samotnych chwilach, mógł czuć ich bliskość, wsłuchiwać się w szum historycznych skrzydeł i jednocześnie odczuwać ciężar spoczywający na jego młodych ramionach, do dźwigania którego – i dźwigania godnego – został powołany przez los. Wychowany w czasach przełomowych, w bezpośredniej bliskości postaci o światowym znaczeniu – wielkiego cesarza, swego bohaterskiego ojca, Bismarcka, Moltke'go i wielu innych świetnych dowódców – musiał w nim utrwalić się obraz wartości i siły, jakie emanowały od tych jednostek wpływających i kierujących biegiem historii. Musiało to w nim wzmocnić przekonanie, że liczy się osobowość – w tym wypadku własna – powołana przez Boga i przed Nim przede wszystkim odpowiedzialna, stojąca na czele narodu i podążająca za własną wolą oraz dążeniami, aby znaleźć i obrać właściwe drogi dla dobra całości. Święte było dla niego jego powołanie, święte zadanie, święta idea niemieckości, której chciał przynieść daleko widoczny blask i postawić ją wysoko w oczach całego świata. Z entuzjazmem, choć i z młodzieńczymi złudzeniami, zabierał się do pracy, prezentując siebie takim, jakim był, nie rozważając lękliwie każdego słowa. Sądził, że może założyć u innych takie samo pragnienie i dążenie, które go inspirowało, ten sam zmysł prawdy i takie samo oddanie wielkim celom ojczyzny. Nic więc dziwnego, że nie uniknął rozczarowań, że rychło pojawiły się przeciwieństwa, także u jego pierwszego doradcy, że jego zaufanie zostało zawiedzione, że ciche opory bardziej go rozgoryczały niż te głośne i otwarte. Ale chciał podążać wyznaczoną ścieżką i podążał – tą, która miała prowadzić jego i jego naród ku wyżynom!
Kim był ten, kto to zamierzał? Kto, świadomy wewnętrznej wartości, myślał o zarządzaniu cennym dziedzictwem? Kto nagle wkroczył na arenę książąt i narodów, potężny i dumny, z wysoko podniesioną głową, pewnym krokiem? Całkowicie niezwykłe zjawisko! Bóg i mój naród, Bóg i moje prawo, Bóg i mój miecz w sercu i na ustach! Młody bohater bez strachu i skazy, wcześnie odziany w najwyższą godność, na czele najpotężniejszego narodu — caveant consules (z j. łacińskiego: niech konsulowie będą czujni – przyp. tłumacza), strzeżcie się, wy pozostali, bądźcie czujni, wy bojaźliwi, spokój Europy się skończył, musimy być gotowi na najgorsze!
Tak brzmiał chór na zewnątrz, tak brzmiał chór wewnątrz!
Co cesarz zamierzał wtedy i do czego dążył przez lata, wyraził później w przemowie: "Złożyłem wtedy przysięgę na sztandar, gdy obejmowałem władzę po wspaniałym okresie mojego dziadka, że zrobię wszystko, aby bagnety i armaty były ostre i sprawne, aby zawiść i niechęć z zewnątrz nie przeszkadzały nam w budowaniu naszego ogrodu i pięknego domu wewnątrz. Przysiągłem sobie – bazując na moich doświadczeniach historycznych – nigdy nie dążyć do pustej światowej dominacji. Bo cóż się stało z wielkimi tak zwanymi imperiami świata? Aleksander Wielki, Napoleon I., wszyscy ci wielcy bohaterowie wojenni – pływali we krwi i zostawiali zniewolone narody, które przy pierwszej okazji powstawały i doprowadzały imperia do upadku. Światowe imperium, które sobie wymarzyłem, miałoby polegać na tym, że nowopowstałe Niemieckie Cesarstwo będzie cieszył się absolutnym zaufaniem ze wszystkich stron jako spokojny, uczciwy, pokojowy sąsiad, i że jeśli kiedyś być może mówiono by w historii o Niemieckim Imperium Światowym lub światowych rządach Hohenzollernów, to nie byłyby one oparte na podbojach mieczem, lecz na wzajemnym zaufaniu narodów dążących do podobnych celów – krótko mówiąc, jak mówi wielki poeta: Na zewnątrz ograniczone, wewnątrz nieograniczone!"
Ten sam duch przenikał jego pierwsze dekrety, do armii i marynarki wojennej, a także do narodu, który zawierał ślubowanie: "Powołany na tron moich ojców, objąłem rządy, spoglądając ku Królowi wszystkich królów i ślubowałem Bogu, że będę, wzorem moich ojców, sprawiedliwym i łagodnym księciem, będę pielęgnować pobożność i bojaźń Bożą, strzec pokoju, promować dobrobyt kraju, być pomocnikiem biednych i uciśnionych, wiernym strażnikiem prawa!"
Że stary kurs, przesiąknięty nowym duchem, powinien być utrzymany, wyraził cesarz również podczas uroczystego otwarcia Reichstagu Niemieckiego, które odbyło się 25 czerwca w Białej Sali Berlińskiego Zamku. Pokazywało ono, że nastała inna epoka, już samym sposobem, w jaki to otwarcie – z woli cesarza – się odbyło: z niezwykłą godnością i powagą, z imponującą dekoracją sali, do której przygotowania zaproszono różnych artystów, z paradą kompanii zamkowej straży, ustawieniem insygniów Rzeszy, pojawieniem się cesarza oraz towarzyszących mu królów i książąt w powiewających purpurowych aksamitnych płaszczach Orderu Czarnego Orła. Tak jak kiedyś w Wersalu sędziwego cesarza, tak teraz młodego otaczali ci sami książęta, podczas gdy hrabia Moltke z marszałkowską laską, feldmarszałek hrabia Blumenthal z pruskim sztandarem Rzeszy i dowódca Korpusu Gwardii, generał von Meerscheidt-Hüllessem, z mieczem Rzeszy pruskiej, zajęli pozycje za cesarzem pod baldachimem tronowym. Następnie wystąpił książę Bismarck, wręczając młodemu władcy mowę tronową, którą ten odczytał pewnym głosem, a z jego twarzy emanowało zaufanie, pewność siebie i spokojne poczucie własnej wartości. Gdy Bismarck chciał odebrać dokument, cesarz chwycił prawicę kanclerza i potrząsnął nią wielokrotnie, głęboko wzruszony.
Cesarzowa w głębokiej żałobie, towarzysząc małemu następcy tronu, była obecna na estradzie za panującymi władcami podczas tego przełomowego wydarzenia o historycznym znaczeniu. Ostatnie lata przyniosły jej ogromne zmiany w życiu, w którym uczestniczyła w mrocznych i ciężkich wydarzeniach o bardzo głębokim wrażeniu, co głęboko dotykało jej delikatną, kobiecą naturę. Jednak wewnętrznie pozostała sobą – zawsze znajdującą oparcie w rodzinie, u boku męża i dzieci, bez względu na to, jakie przygnębiające i złowrogie okoliczności by jej nie towarzyszyły. Jej pierwszym i najważniejszym dążeniem było stworzenie spokojnego i zadowolonego domu, ochrona go przed wszelkimi niepokojami i burzami, wypełnienie go czystym szczęściem prawdziwie niemieckiego życia rodzinnego. Wobec tego wszystkie inne obowiązki schodziły na dalszy plan. Uważała to za swoje najważniejsze życiowe zadanie, obok radości sprawienia dobra innym, poza tym wąskim kręgiem, oraz łagodzenia niedoli uciśnionych i prześladowanych, na ile było to w jej możliwościach.
Oczywiście, z dniem, w którym została cesarzową, stanęły przed nią nowe obowiązki i nowe zadania. Jeśli dotychczas działała i rządziła raczej w ukryciu, to teraz znaczna część jej codziennej pracy odbywała się publicznie, musiała brać pod uwagę to i owo oraz płacić trybut dworskiej reprezentacji. Początkowo jej dwór pozostawał ograniczony: składał się z ochmistrzyni hrabiny Teresy von Brockdorff, dam dworu hrabiny Matyldy von Keller i Klary von Gersdorff, oraz ochmistrza barona von Mirbacha, który jednocześnie był szefem gabinetu cesarzowej. Stopniowo krąg się poszerzał, co było bardzo istotne za sprawą radcy gabinetu Bodo von dem Knesebeck, który wraz z panem von Mirbach, z prawdziwą ludzką życzliwością i w sobie właściwy, godny sposób realizował życzenia cesarzowej dotyczące dobra społecznego.
Latem para cesarska nadal mieszkała w Pałacu Marmurowym w pobliżu Poczdamu, gdzie 27 lipca urodził się książę Oskar - jako piąty syn i jako pierwszy syn panującego cesarza. Nowe obowiązki często odwoływały cesarza od rodziny. Po przeprowadzeniu parady floty w Kilonii 14 lipca, wyruszył w podróż na pokładzie "Hohenzollerna", aby odwiedzić cara Rosji Aleksandra III - po raz pierwszy w historii ojczyzny niemiecki cesarz przepłynął przez Morze Bałtyckie ze sztandarem cesarskim wysoko na maszcie dumnego statku. Zaraz po tej wizycie nastąpiła wizyta u króla Oskara II w Sztokholmie, gdzie do cesarza dotarła radosna wiadomość o narodzinach piątego syna, a on zaprosił króla Oskara na ojca chrzestnego, a następnie wizyta u króla Danii Christiana IX w Kopenhadze. Po chrzcie najmłodszego syna, który odbył się 31 sierpnia, cesarz uczestniczył w wielkich manewrach na terenach Marchii, a we wrześniu i październiku złożył wizyty u niemieckich książąt związkowych. Następnie 11 października przebywał w Rzymie, gdzie spotkał się z najserdeczniejszym przyjęciem zarówno ze strony rodziny królewskiej, jak i całej ludności, a także u papieża Leona XIII.
Latem u cesarzowej gościła jej siostra, księżna Szlezwika-Holsztynu Fryderyka Ferdynanda. Młodzi książęta mogli wesoło bawić się w Oberhofie, a pod koniec września towarzyszyli ukochanej matce w podróży do jej pięknych starych stron rodzinnych w Przemkowie, gdzie pobyt trwał do połowy października. 21 października cesarz powrócił do Poczdamu, aby w gronie rodziny obchodzić urodziny cesarzowej. Na życzenia magistratu berlińskiego cesarzowa odpowiedziała: „Wyrazy gratulacji i wierności, które z okazji moich urodzin otrzymałam od magistratu stołecznego i rezydencjonalnego miasta Berlina, przyjęłam z przyjemnością. Gdy spojrzenie wstecz na mijający rok od razu przywołuje we mnie uczucie bolesnej tęsknoty, to jest mi pocieszającą świadomością, że w tym jestem zgodna z całym narodem. Ale obok żalu po odejściu wielkich, już nieżyjących monarchów, porusza mnie uczucie serdecznej wdzięczności za wszystko dobro, które Boża łaska zachowała i na nowo mi ofiarowała w ciągu minionego roku. Do tego zaliczam przede wszystkim szczęśliwy powrót Jego Cesarskiej Mości, mojego małżonka, oraz obserwowanie, jak moi synowie rosną w sile i zdrowiu. Dobre życzenia magistratu dla ich pomyślności szczególnie miło mnie poruszyły. Nie omieszkam zapewnić magistratu o moim żywym zainteresowaniu miastem Berlinem, zwłaszcza licznymi instytucjami i dziełami miłosiernej miłości bliźniego. Nadal będzie mnie cieszyć możliwość poświęcenia im mojej troski i uczestnictwa."
A to, czego szerokie kręgi spodziewały się po swojej młodej cesarzowej, wyraził Ernest von Wildenbruch w głęboko przejmujących wersach:
"Młoda władczyni w blond lokach,
O kochanej, dobrotliwej twarzy,
Czy słyszysz, co dźwięk dzwonów
Dziś mówi ze wszystkich wież?
Zmartwychwstanie wszystkich serc
Z cierpień, z niedoli,
Głęboka pociecha po głębokim bólu,
Nowe życie po śmierci.
Spójrz, święty cień przechodzi
Przez naród Prusaków:
Mieliśmy i posiadaliśmy
Świętą królową.
Jak jasny obłok nieba
Idzie z nami zawsze —
Stań się dla swego niemieckiego narodu,
Tym, czym Luiza była dla Prus.
Jak ona wszystkie gorzkie łzy
Swego biednego ludu policzyła,
Jak ona całkowicie w smutku i tęsknocie
Z jego losem się związała:
Tak i Ty masz mieszkać przy swoim ludzie
W cierpieniu i radości,
A serca milionów
Biją wtedy w Twojej piersi.
U Twych stóp rozłoży się
Trzykroć kosztowna biżuteria:
Perły, które z oczu spływają,
Łzy świętej wdzięczności.
Takie łzy orzeźwiają
Słodko jak niebios słodka rosa;
I imię Cię ozdobi:
„Naszych Niemiec ukochana Pani!"
"Naszych Niemiec ukochana Pani", i zarazem najtroskliwsza małżonka oraz matka. Gdy kiedyś artysta malował cesarzową w długiej, aksamitnej sukni, jej trzej najstarsi synowie rywalizowali między sobą o zaszczyt niesienia jej trenu, zanim cesarzowa udała się na większe oficjalne wydarzenie. Gdy powstawał inny jej portret do cesarskiego gabinetu, sam cesarz dokładnie określił, w jakiej sukni ma być przedstawiona: „Musisz włożyć czarną, którą przywiozłem ci z Wiednia, i wyglądać dokładnie tak samo - tak samo przyjaźnie i szczęśliwie, jak zawsze mnie witasz, gdy wchodzę." Gdy obraz został już oprawiony i dostarczony z koroną na górze, cesarzowa kazała ją zdjąć. „Przecież nie mogę nosić korony dla mojego męża" - powiedziała.
W kolejnych miesiącach cesarz kontynuował swoje podróże, przebywając to tu, to tam, zarówno w kraju, jak i za granicą. Miał palące pragnienie, aby wszędzie osobiście sprawdzać, czy wszystko jest w porządku, odświeżać stare kontakty, nawiązywać nowe i dalej się kształcić. Kiedy pod koniec grudnia odwiedził stocznię Vulkan w Szczecinie i najstarszy pracownik wręczył mu wieniec laurowy, odpowiedział: "To pierwszy laur, jaki mi wręczono. Cieszę się, że jest to laur pokoju". A o swoich podróżach, które niektórzy mu wypominali, powiedział kiedyś: "Podczas moich podróży nie tylko dążyłem do poznania obcych krajów i instytucji państwowych oraz pielęgnowania przyjaznych stosunków z władcami sąsiednich państw; ale te podróże, które często były źle interpretowane, miały dla mnie tę wielką wartość, że oderwany od codziennej partyjnej krzątaniny, mogłem obserwować stosunki w ojczyźnie z daleka i spokojnie je analizować. Kto kiedykolwiek samotnie na pełnym morzu, stojąc na mostku kapitańskim, mając nad sobą tylko gwieździste niebo Boga, zastanawiał się nad sobą, ten nie zaprzeczy wartości takiej podróży. Wielu moim rodakom życzyłbym przeżycia takich godzin, w których człowiek może rozliczyć się z tego, do czego dążył i co osiągnął. Tam można zostać wyleczonym z przeceniania siebie, a to jest nam wszystkim potrzebne".
W drugiej połowie listopada 1888 roku para cesarska wprowadziła się do zamku Berliner Schloss; był to pierwszy raz, gdy niemiecki cesarz zamieszkał w tej rezydencji. Choć budynek był potężny z zewnątrz, to w ciągu wieków jego wnętrza zostały częściowo zaniedbane i nie odpowiadały już wymaganiom nowego cesarskiego domu i potrzebom cesarskiego dworu. Teraz chodziło o to, by przebudować istniejące pomieszczenia w duchu wielkiego wzoru Schlütera, który najpiękniej ozdobił wspaniałe sale reprezentacyjne, i dostosować je do tamtych pomieszczeń. W trakcie panowania cesarza to obszerne zadanie zostało wykonane i wspaniale rozwiązane. Nowa era wkroczyła do zamku, który do tej pory popadł w swego rodzaju śpiączkę Śpiącej Królewny - era z elektrycznymi dzwonkami i lśniącym światłem żarówek, z niewidocznymi wentylatorami i bezszumowymi windami. Ta nowa era objawiała się również w tym, że dzięki jej technicznym udogodnieniom, a także dzięki niestrudzonym wysiłkom niezliczonych pracowników, udało się w najkrótszym czasie stworzyć apartament książęcy składający się z dwudziestu i więcej pokoi, piękniejszy, bardziej jednolity i - co z pewnością nie mniej ważne - bardziej przytulny niż gdziekolwiek indziej.
Do tego mieszkania prowadziły dwa wejścia, jedno z placu zamkowego, przez Portal I, drugie z dziedzińca zamkowego, przez Portal II. Pierwsze prowadziło bezpośrednio do apartamentu cesarza, a dokładnie do tak zwanej Sali Gwiaździstej, nazwanej tak od jej gwiaździstego sufitu. Sala ta była kiedyś ulubioną przez Fryderyka Wielkiego do przyjacielskich biesiad, później przebudowana przez Schinkela w niestety dość surowy sposób, a następnie zmieniona przynajmniej dekoracyjnie. Wkrótce salę tę zaczęto nazywać również Salą Sztandarów, ponieważ ustawiono tam flagi i sztandary. Po obu stronach marmurowego kominka zwieńczonego obszernym lustrem, jak również we wnękach okiennych, stały w dębowych stojakach niemi świadkowie wielu gorących, zwycięskich walk - flagi i sztandary pułków gwardii, których nazwy umieszczono na brązowych tabliczkach. Na ścianach obciągniętych czerwonym jedwabiem wisiały cztery duże obrazy marynistyczne, z których jeden namalował Karl Saltzmann, jeden H. Bohrdt, jeden K. Röchling, a czwarty szwedzki oficer marynarki. Ponadto na stołach w szklanych gablotach stały niezwykle starannie wykonane modele nowych okrętów wojennych, takich jak "Irene", "Oldenburg" i "Greif". Z wyjątkiem kilku foteli i szerokiego dębowego stołu, sala ta nie zawierała żadnych mebli, ponieważ służyła głównie do większych przyjęć. Tuż obok, z oknami wychodzącymi na Szprewę, znajdował się pokój adiutantów; czerwone jedwabne tapety, na których tle widniały różne przedstawienia bitew, zdobiły to niezwykle przytulnie urządzone pomieszczenie, w którym przebywali dyżurni adiutanci, zwykle dwóch, gdy cesarz był obecny w zamku.
Z Sali Gwiaździstej przechodziło się do dwuokiennego pokoju przyjęć cesarza, który Fryderyk II przeznaczył na mieszkanie dla ochmistrzyni królowej. Na pamiątkę czasów wielkiego króla wybrano wiszące na ścianach, pokrytych delikatną, jabłkowo-zieloną jedwabną tkaniną, obrazy odnoszące się do samego Fryderyka Wielkiego oraz kręgu jego rodziny i przyjaciół, autorstwa współczesnych mu artystów, takich jak Pesne i Knobelsdorff. Do białej boazerii, biegnącej u dołu wokół pokoju i zamkniętej wąskimi złotymi listwami, pasował okazały biały marmurowy kominek z artystycznym zwieńczeniem w stylu rokoko: dwa putta niosące cesarski monogram. Meble i zasłony odznaczają się elegancką prostotą, tkaniny mają złoto-brązowy wzór; w cesarskich komnatach nie można było znaleźć niczego, co wskazywałoby na rozrzutny luksus, a poszczególne pokoje wcale nie były bardzo duże, dzięki czemu unikano wszelkiej sztuczności i niekomfortowego urządzenia wnętrz. Gabinet cesarski, znajdujący się obok pokoju przyjęć, również nie jest obszerny; z sufitu jaśnieje olimpijska scena namalowana w 1704 roku przez Augustina Terwestena, ściany powyżej szarozielonej boazerii pokrywa kolorowa, złoto wzorzysta tapeta skórzana, do której doskonale pasuje kilka obrazów niderlandzkich w czarnych ramach, w tym marina brandenburska Wielkiego Elektora z czerwonymi orłami na białym polu na masztach, portrety dwóch pułkowników Wielkiego Elektora z czarno-białymi polowymi przepaskami na ramieniu, scena obozowa Philipsa Wouwermana i potyczka kawaleryjska Huystenburga. Kilka regałów zawierało małą, wyraźnie często używaną bibliotekę, głównie o tematyce wojskowej; kilka stołów było zastawionych książkami. W pobliżu jednego z okien stał na podłodze ogromny globus o średnicy ponad metra, przy drugim oknie biurko z dokumentami i osobistymi pamiątkami, skąd cesarz mógł obserwować plac zamkowy z fontanną Begasa i część Ulicy Szerokiej. Przestrzeń między dwoma oknami, w których wnękach umieszczono najróżniejsze mapy, wypełniała sofa, nad którą wisiał naturalnej wielkości portret cesarzowej w całej postaci, namalowany przez C. Kiesela, wysoka postać odziana w czarną koronkową suknię odsłaniającą szyję i ramiona.
Małe drzwi prowadziły stąd do toalety i sypialni, z której cesarz korzystał, gdy przebywał w Berlinie bez rodziny; osobne pomieszczenie mieściło szafy z mundurami.
Obok gabinetu znajdował się pokój audiencyjny, używany również do posiedzeń ministrów i Rady Państwa, na co wskazywał duży stół pośrodku pokryty czerwonym obrusem, a także różnorodne mapy polityczne i wojskowe na ścianach przy oknach. Wśród mebli wyróżniają się dwie bogato zdobione brązem szafy z drewna piórkowca, które zawierały kolekcję monet cesarza; są to prawdziwe arcydzieła delikatnej sztuki i trwałego rzemiosła, które wcześniej stały w gabinecie numizmatycznym i stamtąd, na polecenie cesarza Fryderyka, wróciły do posiadania królewskiego, a pochodziły jeszcze z czasów króla Fryderyka I.
Na tym pomieszczeniu kończyły się właściwe pokoje mieszkalne cesarza, a sąsiednia sala filarowa, dekoracyjnie przebudowana w 1792 roku przez budowniczego Langhansa i często używana podczas mniejszych uroczystości, stanowiła łącznik między apartamentami cesarza i cesarzowej. Do tego salonu cesarzowej można było dostać się poprzez wąski i krótki przejście, nakryte trzema płaskimi sklepieniami krzyżowymi. Przyciemnione drewniane panele okrążają dolną część pokoju, nad nimi rozciąga się rezedowo-zielona jedwabna tapeta adamaszkowa aż do bogato pozłacanego sufitu, którego narożniki ozdobione są alegoriami cnót kobiecych, a środek przedstawia nadejście wiosny; na ścianach można zobaczyć trzy wspaniałe obrazy Watteau, z których jeden przedstawia wyjazd towarzystwa panów i dam na wyprawę do krainy szczęśliwości (Départ pour Cythère), a dwa pozostałe ukazują wnętrze sklepu z dziełami sztuki (L'Enseigne). Obrazy te zostały nabyte jeszcze przez Fryderyka Wielkiego. Do tego pokoju przylega pokój dzienny cesarzowej z ciężkimi orzechowymi panelami, łososiowymi jedwabnymi tapetami i dużym kominkiem z czarnego marmuru; obraz na suficie przedstawiający bawiące się postacie dzieci otaczające rozdającą kwiaty Florę pochodzi jeszcze od Bernharda Rohde, który jako uczeń Pesne'a był pod koniec przedostatniego stulecia dyrektorem berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych; również pozostałe obrazy pochodzą głównie z tego stulecia, jak naturalnej wielkości portret królowej Luizy namalowany przez Tischbeina, o szczególnym uroku, i portret żony Fryderyka Wielkiego pędzla Graffa. Nie mniej przytulny był gabinet cesarzowej, którego jedną wąską ścianę prawie całkowicie zajmował naturalnej wielkości portret cesarza w mundurze kirasjerów, namalowany przez Lenbacha; czerwone marmurowe powierzchnie tynku przerywają nasycone niebieskie jedwabne tapety, z których spoglądały różne obrazy olejne i pastele przedstawiające członków rodziny królewskiej. W niszach stały, podobnie jak w dwóch wcześniej wspomnianych pokojach, na smukłych kolumnach obok błyszczących marmurowych figur kosztowne stare chińskie wazony na kwiaty, zawsze wypełnione pachnącymi dziećmi Flory, gdy cesarzowa była obecna; wokół kilku wazonów owijały się kunsztowne brązowe kwiaty, z których wieczorem emanowało elektryczne światło. W pobliżu jednego z okien ustawiono eleganckie biurko wykonane z drewna orzechowego.
Z tego pokoju wchodziło się do przestronnej sypialni pary cesarskiej; meble były proste, w jasnych tonach, ściany powyżej szarozielonej boazerii obite kretonem w duże kwiaty i ozdobione różnymi obrazami malowanymi przez cesarza Wilhelma II i cesarzową Fryderyk, a także innymi pamiątkami z podróży i wizyt książęcych przyjaciół; przylegająca łazienka i toaleta cesarzowej otrzymała swój najwspanialszy wystrój dzięki pięknym, kolorowym panelom z Królewskiej Manufaktury Porcelany; stąd kręcone schody prowadziły do mieszkania cesarskich książąt.
Równolegle do pokojów dziennych cesarzowej, z oknami wychodzącymi na dziedziniec zamkowy, znajdowały się jeszcze biblioteka z wysokimi, rzeźbionymi regałami na książki, z chińską porcelaną stojącą na nich i portretami wybitnych władców - takich jak Wielki Elektor, Fryderyk Wilhelm I, Fryderyk Wielki, Gustaw Adolf, Piotr Wielki itp. - wpuszczonymi w drewniane panele ścian, oraz jadalnia, w której przy stole w kształcie podkowy mogło zasiąść około stu gości. Ściany są wyłożone orzechowymi panelami, do urozmaicenia dekoracji wykorzystano pięć cennych starych gobelinów ze scenami według obrazów Bouchera. Meble były ściśle dostosowane do stylu pokoju; kredens był rzeźbiony w najbardziej artystyczny sposób.
W tych pomieszczeniach toczyło się zimą życie rodziny cesarskiej. Gospodarstwo domowe cesarza było, biorąc pod uwagę szczególną pozycję pary cesarskiej, ogólnie rzecz biorąc, proste i stanowiło silny kontrast z przepychem dworu podczas uroczystych okazji. Nie mniejsza była różnica w zachowaniu cesarza, który w kręgu rodzinnym i zaufanych osób był zupełnie inny niż przy wypełnianiu obowiązków władcy i reprezentowaniu swego wysokiego urzędu. W tym drugim przypadku był poważny i wyraźnie głęboko przejęty powierzonymi mu odpowiedzialnymi zadaniami, natomiast gdy nie zajmowały go obowiązki rządowe, był pogodny i swobodny, lubił radość i żarty, mało przejmując się surowymi przepisami etykiety, nawet gdy obecni byli książęcy goście spokrewnieni z rodziną. Wśród wszystkich członków rodziny, nawet dalszych krewnych, panowało poufałe "ty", a kontakty były tak samo swobodne i szczere jak w każdej dobrej rodzinie mieszczańskiej. Gdy cesarz mówił o swojej małżonce pod jej nieobecność, nazywał ją tylko "moją żoną" lub "cesarzową", podczas gdy ona najczęściej mówiła "cesarz". Dzieci były nazywane przez cesarskich rodziców różnymi pieszczotliwymi, ale czasem także małymi prześmiewczymi i żartobliwymi imionami, które odnosiły się do tego czy innego incydentu. Z dala od nich cesarzowa mówiła tylko o "moich dzieciach", cesarz zaś, mimo najmłodszej księżniczki, tylko o "moich chłopcach", i zawsze wypowiadał te słowa ze szczególnym naciskiem. Pamiętał o swoich synach wszędzie i cieszył się, gdy mógł sprawić im niespodziankę; gdy kiedyś podczas strzelania do rzutków z oficerami 4. Pułku Gwardii, stacjonującego wówczas jeszcze w Spandau, założył się z kilkoma oficerami o pięćdziesiąt fenigów i jako najlepszy strzelec wygrał trzy marki, powiedział z uśmiechem, chowając talara do kieszeni: "Mogę więc sprawić radość moim chłopcom!". Także podczas wielu uroczystych obiadów wydawanych na jego cześć przez członków berlińskiego towarzystwa dworskiego lub przez zagranicznych książąt czy miasta, chował do kieszeni kilka bombonierek lub kawałków słodyczy: "To dla chłopców. Przywiezione smakuje najlepiej, sam to pamiętam z dawnych czasów".
Nic bardziej mylnego niż wyobrażenie, że cesarscy państwo byli od wczesnego ranka skrępowani dworskimi zwyczajami i otoczeni liczną służbą. Cesarzowa miała trzy damy dworu, które mieszkały w zamku i stawiały się u cesarzowej albo zgodnie z ustnymi ustaleniami, albo zgodnie z życzeniami przekazywanymi przez służących, aby towarzyszyć jej podczas wyjazdów lub załatwiać dla niej wszelkiego rodzaju osobiste zamówienia i sprawy. Podobną funkcję pełnili u cesarza adiutanci, którzy pozostawali do jego dyspozycji we wspomnianym przez nas pokoju adiutantów.
Dzień dla pary cesarskiej zaczynał się wcześnie; cesarz wstawał już przed siódmą, ubierał się po wojskowemu, przy czym niewiele korzystał z pomocy, i to tylko swojego kamerdynera. Para cesarska jadała śniadanie wspólnie; ale nawet gdy cesarz musiał wstać znacznie wcześniej, czy to na ćwiczenia wojskowe, czy na polowanie, cesarzowa nie odmawiała mu towarzystwa przy pierwszym posiłku. Zaraz po śniadaniu, a czasem jeszcze w jego trakcie, pojawiali się książęta, by się przywitać, choć nie mogło to trwać zbyt długo, przynajmniej dla czterech najstarszych, ponieważ wkrótce zaczynały się lekcje. Jednocześnie cesarz udawał się do swojego gabinetu, wysłuchiwał raportu marszałka dworu i o wpół do dziewiątej, najczęściej z cesarzową wybierał się na przejażdżkę do Tiergarten, często połączoną z dłuższym spacerem, podczas gdy przy złej pogodzie kierował się do pobliskiej ujeżdżalni i jeździł konno przez około godzinę. Po powrocie do zamku czekały na niego prace pisemne, audiencje, przyjęcia, które obficie wypełniały przedpołudnie i kontynuowały się po południu.
O pierwszej, jeśli szczególne okoliczności nie wymagały innego rozkładu, para cesarska spożywała w jadalni drugie śniadanie, składające się z trzech dań. W posiłku tym uczestniczyli dwaj adiutanci i damy dworu, od czasu do czasu także kilku gości zaproszonych przez parę cesarską, którzy prawdopodobnie zgłosili się krótko przed śniadaniem. Podobnie jak Fryderyk Wielki, cesarz Wilhelm lubił wesołe towarzystwo przy stole, dlatego na obiad wyznaczony na szóstą, jak i na kolację odbywającą się o dziewiątej, zawsze znajdowało się kilku gości, rzadko więcej niż czterech lub pięciu panów. Cywile pojawiali się we frakach, witani silnym uściskiem dłoni przez cesarza, który zwracał się do nich poufale po nazwisku, często bez dodawania tytułu. Bez względu na to, jak małe było towarzystwo, stół zawsze był nakryty kosztowną zastawą i najwspanialszymi kwiatami, które cesarz przedkładał nad wszystko inne, głównie były to róże dostarczane w obfitości przez królewskie ogrody w Poczdamie i Charlottenburgu.
Podczas tych małych posiłków cesarski gospodarz czuł się najbardziej swobodnie. Prawie każdy obszar życia publicznego był wtedy otwarcie poruszany, a cesarz zwykle prowadził z gośćmi, wśród których często znajdowali się uczeni i artyści, szczere rozmowy. Kiedy dyskusja schodziła na tematy reformy nauczania i kwestie artystyczne, a pojawiały się różnice zdań, cesarz potrafił mediować.
Po większych wieczorach towarzyskich, na przykład po kolacji dla dowodzących generałów, cesarz często prowadził swoich gości do staroświeckiego pomieszczenia ze sklepieniem krzyżowym. Czynił to zaraz po tym, jak stół został posprzątany.
Wnętrze miało wyjątkowy charakter. Wzdłuż brązowych drewnianych paneli ciągnęły się ławki, nad którymi wisiały stare mosiężne tablice i holenderskie talerze porcelanowe. W marmurowymi kominku pochodzącym jeszcze z czasów elektorskich trzaskały mocne polana.
Całość sprawiała niezwykle przytulne wrażenie i zapraszała do miłego spędzenia czasu.
Pomimo obfitego programu codziennej pracy, cesarz wciąż znajdował czas, aby poświęcić się swojej rodzinie; w krótkim odstępie między dwoma prezentacjami lub przyjęciami często odwiedzał swoją żonę, aby omówić z nią różne sprawy; bo choć cesarz był na ogół niezależny, chętnie słuchał i brał pod uwagę - o ile nie chodziło o sprawy polityczne lub wojskowe - opinię cesarzowej. Szczęśliwymi, relaksującymi godziny dla cesarskiej pary były te między obiadem a kolacją, kiedy książęce dzieci przebywały z rodzicami i często z pokojów mieszkalnych dobiegały głośne okrzyki radości. Jeśli para cesarska niechętnie podporządkowywała się surowej dworskiej etykiecie, to tym mniej istniała ona dla pełnych życia książąt; raz cesarz powiedział nawet na wystawie, gdy jeden z jego krewnych zwrócił jego uwagę na kosztowną toaletę i zapytał, czy nie chciałby jej kupić dla cesarzowej: "Ta suknia z tym trenem? Nie, wkrótce rozpadłaby się na kawałki, zawsze trzech czy czterech chłopców wisi na spódnicy mojej żony!"
W silnym i zdecydowanym charakterze cesarza leżało to, że - jak kiedyś wcześniej wspomniał książę Bismarck - nic tak łatwo mu nie "robiło na nim wrażenia", ale miał on najszczerszy szacunek dla każdej uczciwej pracy i starannego wypełniania obowiązków, a nie mniej dla wszelkiej działalności w jakimkolwiek zawodzie cywilnym. Także każdy rozsądny i celowy sport znajdował u niego ciepłe uznanie; dzięki niezwykłej energii od młodości wykształcił się na dobrego strzelca, pływaka i jeźdźca, wiedział, co to znaczy osiągać tu wyjątkowe wyniki i nie wahał się w odpowiednich przypadkach wyrażać swojego otwartego uznania. Kiedy znany podróżnik i badacz Paul Güßfeldt szczęśliwie zakończył niezwykle niebezpieczne wejście na Mont Blanc przez Aiguille Blanche de Péteret, cesarz natychmiast wysłał mu długi telegram. Była to wspinaczka nigdy wcześniej nie podjęta w takiej skali, która przez kilka dni mogła niemal co godzinę doprowadzić do zguby śmiałego wspinacza i towarzyszącej mu grupy trzech przewodników. Cesarz serdecznie gratulował mu tego nadzwyczajnego osiągnięcia.
Zrozumiałe było, że cesarz zachowywał pewną powściągliwość wobec "nowych twarzy", o ile nie wymagały tego obowiązki regenta. Tym serdeczniej kultywował on liczne znajomości, często pochodzące jeszcze z czasów jego dojrzałej młodości. Jednakże w kontaktach z jego bardziej zaufanymi znajomymi nie nastąpiła żadna zmiana, jak to zwykle bywa przy tak szybkiej przemianie z księcia w cesarza. Niejeden, kto obawiał się takiej zmiany - być może w pamięci o Fryderyku Wielkim, który od momentu wstąpienia na tron wydawał się stać się zupełnie innym człowiekiem - został bardzo mile zaskoczony; bo uścisk dłoni cesarza był tak samo przyjacielski jak księcia, a cała jego istota pozostała tak samo otwarta i łaskawa.
Zarówno jako książę, jak i jako cesarz starał się pokazać z szczególnie miłej strony w towarzystwie dam, i to nie tylko w kręgu tych dam, które czuły się jak w domu na dworskim parkiecie. Nieco nerwowy nastrój panował wśród mieszkańców majątku ziemskiego położonego we wsi pod Berlinem, gdy kilka miesięcy po wstąpieniu na tron cesarz zapowiedział się tam na polowanie. Jako książę często bywał w tym skromnym, dwupiętrowym domu oplecionym dzikim winem i otoczonym z miłością pielęgnowanym ogrodem, spędzał godziny po polowaniu na wesołej pogawędce z szlachetną i łagodną panią domu i znanym również jako parlamentarzysta spokojnym i rozważnym panem domu, żartował beztrosko z młodymi damami, smukłymi i wdzięcznymi blondynkami - ale teraz wszyscy członkowie rodziny byli ogarnięci lekką wątpliwością: czy cesarz będzie nadal taki sam, czy te małe, bardzo przytulne, ale pozbawione zbędnego przepychu pokoje nie wydadzą mu się teraz zbyt skromne, czy będzie się czuł podobnie dobrze jak kiedyś przy bogato udekorowanym kwiatami stole? Jednak już przy pierwszym powitaniu wątpliwości natychmiast zniknęły, cesarz pocałował z takim samym szacunkiem jak kiedyś rękę pani domu, powitał silnym uściskiem dłoni pana domu i każdą z córek, wobec których nie zabrakło też kilku żartobliwych słów, a po polowaniu godzina pogawędki była tak przytulna i inspirująca jak dawniej.
Również cesarzowa była niezwykle ujmująca w kontaktach osobistych. Jej skromność miała często coś wręcz wzruszającego. „Czy pozwolą Państwo na uwagę" lub „Jeśli Państwo pozwolą, chciałabym..." - tak często rozpoczynała rozmowę lub prośbę. Prawie zawsze jej słowa były wyrazem prawdziwej, płynącej z serca uprzejmości. Chętnie przedstawiano jej mężczyzn nauki, literatury, sztuki i szybko umiała wciągnąć ich w swobodną rozmowę. Jeśli dana osoba była żonata, z pewnością padało pytanie o dzieci. Wypytywała o nie z autentycznym zainteresowaniem, w razie potrzeby udzielając dobrych rad. Gdy maluchy były chore, namawiała do ostrożności i szybkiej pomocy lekarskiej. Doskonale znała stosunki rodzinne urzędników dworskich, nawet tych z niższych rang. W wielu rodzinach w niedziele i święta wyciągano jako szczególną nagrodę dla dzieci „lalkę od cesarzowej", którą osobiście przyniosła lub przysłała przez damę dworu.
Stare powiedzenie „najlepsza jest ta kobieta, o której najmniej się mówi" idealnie pasowało do cesarzowej. Niezliczone przejawy jej miłosierdzia i dobroczynności nigdy nie trafiały do opinii publicznej, ale za to rozprzestrzeniały ciche szczęście.
Cesarzowa była niestrudzenie aktywna w czynieniu dobra i zachęcała innych do naśladowania jej przykładu. Cała jej istota była przeniknięta wdzięczną uprzejmością i dobrocią. Od razu czuło się, że nie tylko wypełnia obowiązki związane z wysokim powołaniem, ale że jest to potrzeba serca, która znajduje prawdziwy wyraz. Będziemy mieli jeszcze okazję bliżej się temu przyjrzeć w osobnym rozdziale.
Jak młoda para cesarska była wtedy oceniana, pokazuje artykuł opublikowany krótko po zmianie tronu w czołowej szwajcarskiej gazecie: " Cesarz Wilhelm I mógł skręcić politycznie tak daleko w prawo chciał - ludzie po cichu szemraliby, ale i tak by za nim poszli. Cesarz Fryderyk mógł zwrócić się całkowicie w lewo, i stałoby się to samo. Obaj władcy cieszyli się ogromną popularnością zdobytą w wojnach jako założyciele Rzeszy. Młody cesarz Wilhelm jest na razie tylko ich spadkobiercą, musi się wystrzegać wszelkiego zbyt dużego przechylenia w prawo i lewo. Dlatego Bismarck ma teraz tak potężną pozycję - bierze młodego władcę pod tarczę własnej popularności i wprowadza go w życie polityczne. Wilhelm II ma jednak jedną wielką zaletę. Reprezentuje młodość, nowe pokolenie. A to pokolenie jest w Niemczech całkiem osobliwe; straciło związek ze starymi poglądami politycznymi, które w większości są jeszcze reprezentowane w parlamencie. Tam siedzą głównie ludzie starszych roczników. Nie potrafią zapomnieć o swoich politycznych wspomnieniach i sporach z czasów sprzed wielkich wojen i zjednoczenia. Młodzież natomiast, jeśli weźmiemy pod uwagę dwie główne grupy, jest albo socjalistyczna, albo bismarckowska. Młody cesarz obiecuje w swoim przemówieniu, że będzie pomocnikiem biednych i słabych. Z tego można wnioskować, że popiera dalszy rozwój ustawodawstwa wspierającego robotników. Jest jednocześnie nastawiony po bismarckowsku - Rzesza ma być jak najsilniejsza i najdumniejsza, nawet gdyby każda wewnętrzna sprawa musiała za tym ustąpić. Oba uczucia poruszające młodzież znajdą w nim oddźwięk, a przy tym jest wolny od partyjnych waśni dawnych czasów. To jest jego wielka zaleta!
To, co zostało powiedziane o polityce wewnętrznej, można jeszcze rozszerzyć. Cesarz jest młody - ledwie trzydziestoletni i bez politycznej przeszłości. Większość jego książąt związkowych w Rzeszy Niemieckiej jest tak stara, że mógłby być ich synem. Osobiście uczestniczyli w ustanowieniu Rzeszy. Wiek i doświadczenie jego książąt, z którymi miał do czynienia - jak wielki książę Badenii, król Saksonii czy książę-regent Bawarii - będzie mimowolnie łagodzić wszystkie ruchy młodego władcy. Uczyni go to bardziej skłonnym do słuchania rad kanclerza Rzeszy. - A teraz polityka zagraniczna! - Wszyscy wiedzieli, że stary cesarz Wilhelm I nie chciał już więcej wojen. Pragnął zakończyć wieczór swojego życia w pokoju. Miał dość chwały, aby w razie potrzeby być nawet ustępliwym, nie wydając się przy tym słabym. Biedny cesarz Fryderyk był tak chory, że już sama choroba mogła być uznana przez inne gabinety za gwarancję pokoju.
Inaczej jest z młodym cesarzem. Również dla niego niemożliwe jest prowadzenie wojny zaczepnej z samego zamiłowania do wojny. Podkreślił swoje pokojowe nastawienie i jest ono całkowicie wiarygodne. Rzesza Niemiecka jest nasycona ziemią i chwałą - nigdzie nie odzywa się potrzeba czegoś więcej. Zapytajcie od południa do północy, od wschodu do zachodu. Nie wiadomo, czego jeszcze można by pragnąć. Każdy odpowiada tylko: „Niech nasi sąsiedzi zostawią nas w spokoju - to nasze jedyne życzenie!". Ale pokojowe nastawienie młodego cesarza nie jest spowodowane wiekiem, ani też nie jest wymuszone przez ciężką chorobę. Jest o wiele łatwiejsze do zachwiania niż u sędziwego Wilhelma czy chorego Fryderyka. W polityce zagranicznej Bismarck ma dziś u boku miecz, który siedzi luźniej w pochwie niż wcześniej. I to jest zdecydowanie najważniejsze. Umiłowanie pokoju w Berlinie nie zmalało, ale stało się bardziej wrażliwe - nić cierpliwości nieco krótsza. Być może właśnie to służy dobru i pokojowi, bo napomina nieprzyjaznych sąsiadów do większej ostrożności. Poza tym warto przypomnieć, że obecny cesarz Wilhelm utrzymuje podobny osobisty stosunek przyjaźni z austriackim następcą tronu Rudolfem, jaki zmarły cesarz Fryderyk miał z królem Włoch Umberto czy jego dziadek Wilhelm I ze zmarłym carem Aleksandrem II. Również to powinno być brane pod uwagę w politycznych kalkulacjach.
Mówiłem wyżej o prostocie młodego cesarza; przejawia się ona również w jego pozostałym życiu. Nie jest on miłośnikiem wielkich uczt, za to miłośnikiem męskich rozrywek. Polowanie i jazda konna sprawiają mu radość. Wieczorem wcześnie kładzie się do łóżka - najczęściej już o dziesiątej. Za to wcześnie wstaje i często już o piątej rano jest na koniu. Jako rozrywkę lubi też muzykę, a dla własnej rozrywki potrafi trochę malować. Wcześniej sprawiało mu przyjemność tłumaczenie Horacego, przekładanie jego na język niemiecki. Na takie rzeczy oczywiście teraz nie będzie już miał czasu. Klasyczna łacina prawdopodobnie też mniej lub bardziej poszła w niepamięć. Ze swoimi wysoko urodzonymi kolegami z garnizonu w Poczdamie, a także z dawnymi kolegami z uniwersytetu, chętnie spotykał się towarzysko. Charakterystyczne jest jednak, że jako pułkownik natychmiast surowo zakazał tym samym towarzyszom odwiedzania eleganckiego berlińskiego klubu, gdzie uprawiano hazard o wysokie stawki. Wszelkie próby rozwiązania problemu okazały się bezskuteczne. Nawet skargi kierowane do starego cesarza Wilhelma nie przyniosły rezultatu. Kiedy ten zapytał o to swojego wnuka, ten odpowiedział mniej więcej tak: " Chcę mieć porządnych oficerów w moim pułku - nie powinni się lekkomyślnie rujnować." Nie mniej godny uwagi był późniejszy przepis, w którym napominał oficerów, aby trzymali się przepisowego prostego kroju munduru. Nie mieli przenosić głupot niektórych modnisiów na ubiór wojskowy. Choć to tylko drobiazgi, właśnie takie drobiazgi podobały się tutaj. Małe kreski zwykle najlepiej charakteryzują portret.
Idąc wzdłuż ulic Friedrichstrasse i Leipziger Strasse, w setkach księgarni i sklepów z obrazami można zobaczyć portrety nowej pary cesarskiej. Zwykle jednak widać młodego cesarza z jednym lub dwoma małymi synami, którzy trzymają go za rękę lub są przez niego trzymani na rękach. Obecnie ma czworo dzieci. W najbliższym czasie spodziewa się kolejnych ojcowskich radości. Chłopcy są uroczymi, świeżymi brzdącami i stanowią zachwyt wszystkich matek - od prostej robotnicy po najwytworniejszą damę z towarzystwa. Ładne dzieci są, jak wiadomo, przyjaciółmi wszystkich.
I nie ma w tym nic dziwnego, bo młoda cesarzowa Augusta Wiktoria jest przeuroczą kobietą. Właściwie nie wypada żonatemu mężczyźnie marzyć o małżonce innego, zwłaszcza gdy jest ona niemiecką cesarzową. Ale przeglądam stare listy i widzę, że już gdy po raz pierwszy przybyła do Berlina jako narzeczona, otwarcie wyrażałem swój zachwyt. Jestem więc jej wieloletnim wielbicielem. Jest wspaniale zbudowaną blondynką o uroczych niebieskich oczach i pięknych włosach Jej istota emanuje świeżą naturalnością. Kilka miesięcy starsza od swojego małżonka, zachowała cały urok wczesnej młodości. Nic nie zdradza, jak często już została szczęśliwą matką. Miła, przyjazna twarz o delikatnych rysach i czystej, zdrowej cerze dopełnia uroczego obrazu tej pięknej cesarzowej, która cieszy się dużą popularnością. Jest bardzo pobożna, a znaczną część swojego czasu poświęca dobrym uczynkom. Niezwykle miło uderza skromność, z jaką trzyma się z dala od życia publicznego. Dobro, które czyni, dzieje się przeważnie w ukryciu - tak że prawa ręka nie wie, co czyni lewa. Dzieje się to ponadto w tak miły sposób, że obdarowująca zdradza, jak sama cieszy się z dobroczynności. Dotychczas pozostawała z dala od duchowych ruchów w sztuce i nauce - to należało do kompetencji cesarzowej-wdowy Wiktorii. Sędziwa cesarzowa-matka Augusta miała wielki rozmach w swoim działaniu. Wspierała i promowała wszystko, co służyło dobru chorej ludzkości - na przykład opiekę nad rannymi i chorymi żołnierzami na polu bitwy i w lazarecie. Cesarzowa-wdowa Wiktoria poświęcała się głównie wspieraniu sztuki i była przyjazną protektorką jej adeptów. Interesowała się też nauką. Młoda cesarzowa Augusta Wiktoria działa bardziej po cichu, na rzecz chorych matek i biednych dzieci. Oczywiście wszystkie trzy kobiety, szczególnie dwie starsze, wkraczały również na wzajemne obszary. Główny wpływ wywierały jednak w wymienionych kierunkach. Sztuka i nauka w Prusach zawdzięczają cesarzowej-wdowie Wiktorii wiele szlachetnego wsparcia. Byłoby pięknie, gdyby jej synowa - obecna cesarzowa - wykazała się podobnym zrozumieniem w nowo otwartym, wielkim obszarze działania. Przypuszcza się, że cesarzowa-wdowa całkowicie wycofa się w ciszę i być może wkrótce uda się do Anglii, aby być sama ze swoim wielkim smutkiem.
Obecna cesarzowa jest córką księcia Augustenburga, który rościł pretensje do tronu Szlezwika-Holsztynu i został „odstawiony na boczny tor" przez pruską politykę. Małżeństwo jego córki z niemieckim następcą tronu przyniosło pojednanie obu rodzin. Przede wszystkim jednak przyniosło świeżą krew do rodu Hohenzollernów.
O młodej cesarzowej właściwie niewiele wiadomo. Lubi muzykę, płynnie mówi w kilku językach - między innymi po duńsku - i uchodzi za czułą i wspaniałą matkę. Ma żywe zainteresowanie sprawami kościelnymi, poza tym rzadko pokazuje się publicznie. Czy kiedykolwiek będzie należeć do znaczących kobiet na tronie, jest wątpliwe. Co prawda, nie miała jeszcze okazji szczególnie się wyróżnić. Dotychczas była na dworze najmłodsza i zgodnie ze swoim charakterem również najcichsza. Z pewnością jednak należy do najbardziej wdzięcznych postaci, które kiedykolwiek nosiły koronę. Jedno wydaje się jednak całkowicie wykluczone - żeby mogła wywierać decydujący wpływ na polityczne decyzje swojego męża! Nie możemy się spodziewać w niej „współrządzącej" - i to jest dobre! Nie odpowiada to staremu pruskiemu gustowi.
Heinrich von Treitschke, wielki nauczyciel i badacz historii, oceniał wówczas cesarza: "Z czterech królów dwóch już nie ma, ale życie należy do żywych. Z ufną nadzieją naród zwraca oczy ku swemu młodemu cesarskiemu panu. Wszystko, co dotychczas mówił do swego ludu, tchnie siłą i odwagą, pobożnością i sprawiedliwością. Wiemy teraz, że dobry duch czasów Wilhelma nie jest stracony dla Rzeszy, a już w pierwszych dniach żałoby przeżyliśmy wielką godzinę niemieckiej historii. W niemieckiej wierności cały nasz stan książęcy skupił się wokół swego cesarza i pojawił się z nim przed przedstawicielami narodu. Świat dowiedział się, że niemiecki cesarz nie umiera, ktokolwiek by nosił jego koronę. Cóż za zmiana rzeczy od czasów, gdy dwory każdego Nowego Roku z niepokojem nasłuchiwały wypowiedzi tajemniczego Cezara znad Sekwany. Dziś niemiecka mowa tronowa nie wspomina już ani słowem o tych mocarstwach zachodnich, które niegdyś uzurpowały sobie prawo do wyłącznego reprezentowania cywilizowanego świata; bo z niepouczonymi wrogami nie sposób dyskutować, podobnie jak z natrętnymi, wątpliwymi przyjaciółmi. Niech Europa w pokoju przyzwyczai się do przesunięcia starych stosunków sił, albo niech niemiecki miecz raz jeszcze wyjedzie z pochwy dla zabezpieczenia tego, co zostało zdobyte: mamy nadzieję być przygotowani na oba przypadki. Jeśli wszystkie znaki nie mylą, to ten wielki wiek, który zdawał się zaczynać jako francuski, skończy się jako niemiecki: Poprzez myśli Niemiec i czyny Niemiec zostanie rozwiązana kwestia, jak silna, tradycyjna władza państwowa może pogodzić się z uzasadnionymi roszczeniami nowego społeczeństwa. Kiedyś musi nadejść czas, gdy narody poczują, że bitwy cesarza Wilhelma nie tylko stworzyły Niemcom ojczyznę, ale także dały społeczności państw sprawiedliwszy, rozsądniejszy porządek. Wtedy spełni się to, co niegdyś Emanuel Geibel powiedział do siwego zwycięzcy: "I może jeszcze raz świat wyzdrowieć dzięki niemieckiej istocie!"
Dzieci
„Odkąd pamiętam, centralnym punktem naszego świata — nas, dzieci — była nasza ukochana matka. Od niej emanowały miłość i ciepło, które do nas docierały. Cokolwiek poruszało nasze młode serca — czy to radość, czy smutek — zawsze znajdowała dla tego zrozumienie, współodczuwanie i empatię.
Wszystko, co najlepsze w naszym dzieciństwie… nie, więcej — wszystko, co najlepsze, co dom rodzinny i rodzina mogą dać — zawdzięczamy właśnie jej.
Bo tym, kim była dla nas w tamtych wczesnych latach młodości, pozostała także później, gdy z chłopców stawaliśmy się młodzieńcami i mężczyznami. I tym jest dla nas po dziś dzień — ta najdobrotliwsza i najlepsza kobieta, dla której żyć znaczy: pomagać, dawać i poświęcać się dla dobra innych.”
Tak wspominał księcia koronny Wilhelm w swoich pamiętnikach.
Najdobrotliwsza i najlepsza kobieta. Najdobrotliwsza i najlepsza matka!
Do pięciu synów dołączył wieczorem, 17 grudnia 1890 roku, szósty. Podczas chrztu, który odbył się 26 stycznia następnego roku, otrzymał imiona Joachim Franz Humbert. Imię „Joachim” nadano mu na cześć elektora Joachima, który w 1539 roku wprowadził reformację w swoich ziemiach.
Z inicjatywy wciąż jeszcze rekonwalescentki, cierpiącej cesarzowej, krótko po narodzinach najmłodszego księcia pojawiła się wysłanniczka dworu w publicznym zakładzie położniczym przy ulicy Dorotheenstraße w Berlinie. Miała za zadanie dowiedzieć się, ile dzieci urodziło się tam tego samego dnia.
Było ich pięcioro.
Następnego dnia dla tych małych „urodzinowych towarzyszy” księcia dostarczono pięć starannie przygotowanych wyprawek niemowlęcych — kompletnych i niczym nieustępujących tym pałacowym.
Teraz brakowało już tylko upragnionej siostrzyczki, o której tak wiele się mówiło.
„Ach” — mówili czasem najstarsi z gromadki dzieci — „dlaczego wszędzie na świat przychodzą małe dziewczynki, tylko nie do nas?”
Zaproponowano im, żeby wymienili jednego z braci na małą dziewczynkę od kogoś innego. Oj, długo trwały narady, kto miałby zostać wyznaczony do tej wymiany, aż w końcu zabrzmiało:
„Nie, to zupełnie niemożliwe. Nie możemy obejść się bez żadnego z nas!”
Aż nagle — 13 września 1892 roku — w Pałacu Marmurowym pojawiła się mała księżniczka, która 12 października, podczas chrztu w Nowym Pałacu, otrzymała imiona Viktoria Luise Adelheid Mathilde Charlotte.
Wielka była radość braciszków. Ciągle skradali się do łóżeczka słodkiej, małej blondyneczki, prześcigali się w okazywaniu jej miłości, każdy chciał wziąć ją na ręce.
Mała „Sissi”, jak ją czule nazywano, stała się ulubienicą nie tylko braci, ale także rodziców, którzy od dawna tęsknili za córeczką. Nawet wobec ojca mogła sobie później pozwolić na rzeczy, które braciszkom nie były dozwolone.
Cesarz, ze względu na stale rosnące obowiązki, nie mógł osobiście zajmować się wychowaniem dzieci, jednak wspólnie z małżonką dokładnie ustalił plan wychowawczy, którego realizację uważnie śledził.
Na jego wyraźne życzenie synom niczego nie odpuszczano — musieli pilnie się uczyć, a w razie potrzeby nie oszczędzano im nawet kar w postaci dodatkowych zadań.
Nie używano tytułów; gdy książęta dorośli, zwracano się do nich per „pan” i po imieniu.
Chociaż wychowanie w dużej mierze oparte było na zasadach wojskowych, cesarz wielokrotnie podkreślał, że wojsko to wprawdzie konieczność, ale siłą państwa są jego obywatele, i że tylko pod rządami pokoju mogą rozwijać się handel i przemysł.
Pokoje, znajdujące się nad komnatami pary cesarskiej w zamku, w których mieszkali trzej najstarsi książęta oraz damy do towarzystwa, zostały urządzone zgodnie z wszelkimi wymogami higieny, pod szczególnym nadzorem cesarzowej.
Całkowicie zrezygnowano z dywanów, grubych zasłon i innych mebli zatrzymujących kurz. Zamiast tego wyposażenie było zmywalne i utrzymywane w nieskazitelnej czystości. W tym samym duchu dbano o garderobę książąt — skromną, prostą, bez ozdób, ale zdrową.
Dzieci wcześnie przyzwyczajano do hartowania ciała codziennymi kąpielami i uodparniania się na wpływy pogody. Najstarsi z synów już wcześnie otrzymywali lekcje jazdy konnej na tylnym maneżu stajni położonej niedaleko zamku. Zajęcia te prowadził wychowawca, major von Falkenhayn. Często cesarz osobiście udzielał wskazówek, a cesarzowa nierzadko uczestniczyła w ćwiczeniach jeździeckich synów — obserwując z loży lub dosiadając konia.
Książę koronny, jeżdżąc bez cugli i strzemion, opanował wszystkie chody – stęp, kłus i galop – oraz wykonywał sztuczki woltyżerskie przewidziane w instrukcji kawalerii. Pokonywał także te same przeszkody, co cesarz, w tym żywopłot z sitowia i drewnianą ścianę.
Major von Falkenhayn nadzorował również nauczanie książąt. Początkowo prowadził je kandydat na pastora Keßler, późniejszy kaznodzieja dworski, oraz J. Fechner z Królewskiego Seminarium dla Nauczycieli Szkół Miejskich.
Lekcji języka francuskiego w pierwszych latach udzielał sam guwerner, który wcześniej przez kilka lat pracował w niemieckim poselstwie w Paryżu. Języka angielskiego nauczała młoda Angielka, a z czasem dołączył jeszcze francuski nauczyciel.
Każdego dnia, zarówno latem, jak i zimą, dzieci wstawały o siódmej rano. Po trzech kwadransach następowało pierwsze śniadanie, po którym, punktualnie o ósmej, rozpoczynały się lekcje.
Druga śniadaniowa przerwa była krótka, po niej kontynuowano naukę. Dzień szkolny kończyły spacery lub lekcje jazdy konnej, a obiad podawano o wpół do drugiej.
Popołudnie poświęcano różnym pracom i rozrywkom. Po kąpieli, połączonej z prostą kolacją o godzinie ósmej, dzieci szły spać.
Gdy książęta podrośli, zimą przygotowano dla nich specjalne pokoje szkolne w zamku Bellevue. W rozległym parku mogli do woli się bawić, rzucać śnieżkami i jeździć na łyżwach.
Latem, gdy rodzice przebywali w Nowym Pałacu, dzieci również przenosiły się tam. Miały wtedy więcej swobody niż w Berlinie i mogły beztrosko hasać w „Ogrodzie Książęcym”, stanowiącym część rozległego i urokliwego Nowego Ogrodu.
Każde z dzieci miało tu swój własny ogródek z grządkami: jedna była obsadzona iglakami, inna zawierała ozdobne inicjały imion ułożone z kwiatów. Nie brakowało też grządek z truskawkami i kwiatami, które dzieci starannie pielęgnowały.
Po popołudniowych lekcjach jeżdżono powozem do oddalonej o około godzinę pływalni w Pirschheide, graniczącej z rezerwatem i rozciągającej się aż do Haweli. Do dyspozycji były tam również łodzie wiosłowe, z których chętnie korzystano. W samym parku dzieci miały do dyspozycji trzy rowery podarowane przez cesarza.
Dla celów szkolenia wojskowego w ogrodzie, niedaleko Nowego Pałacu, zbudowano miniaturową fortecę według projektu firmy Kruppa z Essen. Budowla powstała pod kierownictwem byłego oficera zatrudnionego przez firmę.
Otoczone fosą mury fortecy wznosiły się około trzech metrów ponad poziom gruntu, a za nimi mieściły się kazamaty biegnące wokół wnętrza. Nie zabrakło obrotowych wież pancernych oraz ciężkich dział fortecznych, które można było łatwo przestawiać przed strzelnice przy użyciu mechanicznego urządzenia – jednym ruchem ręki.
Nie zaniedbywano także lekcji muzyki i rysunku, w których młodzi książęta robili znaczne postępy. Książę koronny z powodzeniem poświęcał się grze na skrzypcach i pod kierunkiem de Ahna osiągnął w niej dużą biegłość.
Tak jak cesarzowa została wychowana w sposób najprostszy, tak samo wychowywała swoje dzieci.
Nie wolno było ich rozpieszczać — nie dostawały łakoci, musiały zawsze występować skromnie i być wdzięczne za każdy drobiazg, który im przynoszono.
Z największą miłością czuwała nad ich rozwojem. Często siadała przy lekcjach, zajęta robótką ręczną, starając się jednocześnie zrozumieć osobowość każdego ze swoich dzieci i traktować każde z nich w sposób wyjątkowy.
Próbowała ich posiłków, troszczyła się o garderobę, była matką, powierniczką i przyjaciółką.
Każdego wieczoru spieszyła do ich łóżeczek i modliła się razem z nimi.
Gdy w zamku odbywała się uroczystość, przepraszała gości o odpowiedniej godzinie, mówiąc:
„Nie mogę przecież pozwolić, aby moje dzieci cierpiały z powodu tego, że jestem cesarzową – muszę się z nimi pomodlić.”
A gdy uroczystość dobiegła końca, kiedy goście opuścili zamek, jeszcze raz odwiedzała dziecięce sypialnie. Pochylała się nad łóżeczkami i błogosławiła śpiące pociechy.
Tak, jak codziennie zapisywała w osobistym pamiętniku swoje wrażenia i przeżycia, tak też dla każdego dziecka założyła osobną księgę. Notowała w niej wszystko – informacje o charakterze, kolegach, zajęciach, studiach – aż do konfirmacji.
Wszędzie myślała o dzieciach z tęsknotą. Pisała w 1883 roku z Bellagio:
„Mimo wspaniałej włoskiej okolicy, z błękitnym niebem, ciemnym jeziorem Como i cudownymi górami, moje serce tęskni za dziećmi. Ciągle powtarzam sobie, że ta podróż ma służyć tylko temu, aby wrócić do męża i dzieci jeszcze silniejszą.”
Wszystkie swoje małe cierpienia i radości dzieci dzieliły z matką, u której zawsze znajdowały pełne zrozumienie. To ona ich zachęcała, pocieszała, a niekiedy także łagodziła nałożone kary.
Gdy któreś z dzieci zachorowało, cesarzowa bez wahania odkładała na bok inne obowiązki. Nie odstępowała łóżka małego ulubieńca, z matczyną troską wspierała pielęgniarkę i czuwała przy dziecku do późnych godzin nocnych.
W takich chwilach szczególnie wyraźnie objawiała się miłość między rodzeństwem — braciszkowie skradający się na palcach do pokoju chorego, by zobaczyć, jak się miewa, a potem znikający tak samo cicho, jak przyszli.
Szczególnym obiektem troski matki był od najmłodszych lat jej najmłodszy syn — książę Joachim — dziecko dość słabe i często chorowite. O nim sama cesarzowa napisała kiedyś:
„Dziecko wielu gorących modlitw.”
Gdy pogoda uniemożliwiała popołudniowy pobyt na świeżym powietrzu, cesarzowa chętnie gromadziła synów wokół siebie. Rozmawiała z nimi o ich postępach, zadaniach i lekturach, wyjaśniała geografię, korzystając z atlasu, a historię państw ilustrowała odpowiednimi obrazami.
Coraz bardziej starała się, by dzieci rozumiały wewnętrzny sens przekazywanych treści, zamiast jedynie mechanicznie uczyć się suchych dat i liczb.
Podobnie jak cesarz, zdecydowanie karała upór, arogancję i wszelkie próby zbyt silnego podkreślania własnego „ja”.
Piękny obraz życia dzieci i atmosfery troski w zamku oddaje relacja diakonisy z Fundacji Paula Gerhardta w Berlinie:
„Miłe wspomnienia wiążą mnie z naszym Domem Cesarskim!
Na początku stycznia 1890 roku zostałam wysłana do zamku, aby pielęgnować trzyletniego księcia Augusta Wilhelma, który chorował na grypę z powikłanym zapaleniem opłucnej. W tym samym czasie guwernantka, panna H., zapadła na zapalenie opłucnej oraz ciężką chorobę serca.
Książę Au-Wi, jak go pieszczotliwie nazywano, był już po najcięższym okresie choroby, lecz stan panny H. wymagał najtroskliwszej, całodobowej opieki.
Przyjechałam prosto z pogrzebu mojego brata. Zostałam wysłana wprost z podróży do zamku, nie mając nawet możliwości powrócić na chwilę do domu macierzystego. To było bardzo trudne. Do zamku dotarłam o godzinie 22.00.
Niemal natychmiast po wejściu do pokoju chorej przyszła cesarzowa. Zapytała mnie, kogo wcześniej pielęgnowałam. Opowiedziałam jej o ciężkiej chorobie i śmierci mojego brata. Cesarzowa słuchała mnie z wielkim współczuciem. Pytała z uwagą o szczegóły i pocieszała mnie w swoim szczególnie serdecznym i poruszającym stylu.
Pielęgnacja panny H. nie była łatwa. Oprócz poważnej choroby serca cierpiała także na bolesne ataki nerwowe.
Książę August Wilhelm, któremu pozwolono już spędzać część dnia poza łóżkiem, był pogodnym, kochanym i uprzejmym dzieckiem, zawsze gotowym dzielić się swoimi zabawkami.
W tych właśnie dniach odeszła cesarzowa Augusta. Trumna została wystawiona na katafalku w kaplicy pałacowej. Pomimo trudnych obowiązków rodzinnych i państwowych, cesarzowa codziennie – często kilka razy – odwiedzała oboje chorych.
Nigdy też nie zaniedbywała, jeśli to tylko było możliwe, swojej obecności przy kąpieli księcia Oskara.
Zarówno damy dworu, jak i cała służba darzyły Jej Cesarską Mość najwyższym szacunkiem i miłością.
Gdy stan zdrowia panny H. zaczął się poprawiać, lekarz poinformował mnie, że mogę zakończyć opiekę. Niestety, cesarzowa nie mogła mi osobiście przekazać podziękowań, co – jak powiedział lekarz – było dla niej powodem wielkiego ubolewania.
Jednak ledwie doktor opuścił pokój, ku mojemu największemu zaskoczeniu i radości, sama cesarzowa weszła do mnie. W najbardziej uprzejmy sposób powiedziała, że musi koniecznie podziękować mi osobiście, ponieważ opieka była wyjątkowo trudna, a ja – ku jej pełnemu zadowoleniu – poradziłam sobie doskonale z bardzo wymagającą pacjentką.
Potem nastąpił jeszcze bardzo piękny epilog.
Panna H. napisała do mnie, abym przyszła do zamku o określonej godzinie. Zastałam wtedy książąt Adalberta, Eitela Fryderyka i Augusta Wilhelma w pokoju panny H. – chcieli się ze mną „bawić”.
Tak, to potrafili naprawdę cudownie!
Bawiliśmy się wesoło i hałaśliwie, tak że niejedna para skarpetek czy spodenek ledwie wychodziła z tych zabaw bez szwanku, często wymagając cerowania i naprawiania, by nadawały się jeszcze do noszenia.
Spędziłam z małymi książętami wiele pogodnych, radosnych chwil i musiałam ciągle odwiedzać ich ponownie.
Przy wyjściu książę August Wilhelm wręczał mi różne swoje zabawki dla chorych dzieci w sali dziecięcej naszego domu macierzystego – zawsze z serdecznymi pozdrowieniami dla małych pacjentów.
Pewnego razu postanowił oddać mi swój najnowszy prezent gwiazdkowy – piękną pozytywkę z czterema ruchomymi kotami. Wskazując na nie, powiedział do panny H.:
„Ten z zielonymi oczami to ty, a to Wilhelm, Fryderyk i ja!”
Kiedy nie chciałam przyjąć tak cennego podarunku, książę rozpłakał się.
Uspokoiła go dopiero obietnica panny H., że wkrótce znowu ich odwiedzę.
Zawsze wracałam do domu obładowana zabawkami, kwiatami i serdecznymi gestami.
Pewnego dnia przed dom macierzysty zajechał cesarski powóz – z wysiedli trzej książęta i panna H. Przyjechali, by odwiedzić pana pastora, naszą przełożoną i mnie.
Niezapomniane pozostaną dla mnie te dni spędzone w zamku.
W ich trakcie poznałam naszą Cesarzową jako najwierniejszą matkę swojej rodziny – zawsze gotową do pomocy, oddaną, rozważną i serdeczną.
Jako matkę kraju, której serce i myśli były nieustannie skierowane ku dobru i szczęściu współobywateli.
Synowie byli związani z matką entuzjastyczną, serdeczną miłością. Wcześnie wyczuwali, kim dla nich była i jak wielkie znaczenie miała w ich życiu.
Podczas jednej z lekcji, gdy następcy tronu wyjaśniano, że wszyscy ludzie mają wady, chłopiec zamyślił się i zapytał:
– Ale mój ojciec chyba nie?
– Tak, wszyscy ludzie... – odpowiedziano mu.
– Ale moja matka na pewno nie! – zawołał z przekonaniem.
Podobną scenę zapamiętano z lekcji religii. Kiedy padły słowa: „My, ludzie, wszyscy jesteśmy grzesznikami”, zamyślony Eitel Fryderyk po chwili zdecydowanie oświadczył:
– To nie może być prawda! Nie, nie – bo moja mama nie jest grzesznicą!
Mały książę Adalbert, obserwując kiedyś służącą pakującą walizki cesarzowej przed podróżą, powiedział błagalnie:
– Och, zapakuj i mnie do walizki! Kiedy przyjedziemy, wyskoczę i rzucę się mamie na szyję – jak ona się wtedy ucieszy!
Pewnego razu para cesarska wybierała się w podróż do Prus Wschodnich. Wieczorem trzej najstarsi chłopcy, jak zwykle, pożegnali się z matką na dobranoc, prosząc ją jednocześnie, żeby przyszła raz jeszcze, tuż przed samym odjazdem.
Cesarzowa z uśmiechem odparła:
– Ale przecież będziecie już w głębokim śnie!
Jednak chłopcy nie ustępowali, dopóki nie otrzymali obietnicy powtórnego pożegnania.
Kiedy później cesarzowa weszła do sypialni, ku swojemu zdziwieniu zastała wszystkich trzech zupełnie przytomnych.
Aby nie zasnąć i nie przegapić jej wizyty, związali się nawzajem sznurkami uwiązanymi do nóg – każdy koniec sznurka przymocowany był do nogi innego chłopca. Gdy któryś z nich był bliski zaśnięcia, pozostali ciągnęli za sznurek, by go natychmiast obudzić.
Następca tronu chętnie wykorzystywał swoją „władzę” wobec młodszych braci i już we wczesnym dzieciństwie próbował uczyć ich musztry, którą sam poznawał podczas lekcji. Pewnego dnia, pragnąc umocnić swoją pozycję, oświadczył braciom:
– Jestem następcą tronu, a wy jesteście tylko książętami – musicie mnie słuchać!
Gdy dowiedział się o tym cesarz, zareagował zdecydowanie. Poinformował syna, że wszystkie dzieci, bez wyjątku, muszą po prostu słuchać, bez względu na tytuły czy kolejność urodzenia.
Mimo wrodzonego poczucia hierarchii, u następcy tronu wcześnie ujawniło się serce pełne dobroci. Gdziekolwiek mógł, rozdawał dzieciom drobne prezenty, a często prosił matkę o pieniądze dla biednych lub chorych.
Jego zainteresowanie wojskiem również objawiło się bardzo wcześnie. Będąc w Berlinie, odkrył pewnego dnia niewielkie przejście prowadzące na dziedziniec zamkowy, gdzie stała warta. Gdy przy dźwiękach werbli żołnierze wykonywali zmianę, mały książę poważnym krokiem przechodził wzdłuż frontu, salutując jak prawdziwy oficer.
Kiedy sytuacja powtórzyła się po raz kolejny, cesarz wezwał syna i udzielił mu surowej reprymendy. Oficer pełniący wartę otrzymał rozkaz, by nie wychodzić ponownie, jeśli coś takiego miałoby się powtórzyć.
W swoich dojrzałych wspomnieniach następca tronu pisał:
„Kiedy patrzę wstecz na dni dzieciństwa, wydaje mi się, jakby otwierał się przede mną zatopiony świat blasku i słońca. Nasz dom rodzinny w Poczdamie i Berlinie – wszyscy kochaliśmy go, tak jak każde inne dziecko kocha swój dom, jeśli otoczony jest miłością i troską.
Radości naszego dzieciństwa z pewnością nie różniły się od tych, które przeżywa każdy wesoły i ciekawy świata chłopiec. Bo czy dziecięca szabla zrobiona jest z drewna czy z blachy, a koń na biegunach naprawdę pokryty cielęcą skórą, czy tylko pomalowany farbą w tygrysie paski – dla dziecięcego serca to bez znaczenia. Te symbole małej męskości, jak szabla i koń, dają dumne szczęście.
Robiliśmy te same głupie psoty co każdy porządny niemiecki chłopiec – tylko może przy tym niszczyliśmy lepsze dywany i droższe meble. Ale wszędzie, kiedykolwiek opowiadałem innym o naszych bohaterskich wyczynach, odkrywałem to samo: że są etapy dzieciństwa, w których każdy chłopiec – dziecko królewskie, syn chłopa, mieszczanina czy robotnika – poszukuje podobnych przygód.
Odkrywamy te same tajemnicze strychy i stęchłe piwnice, przeżywamy ten sam dreszcz strachu, gdy z hydrantu zaczyna wylewać się niepowstrzymanie woda, a zawór nagle nie chce się zakręcić… I te same tajne, śnieżne ataki na szanownych, przesadnie poprawnych urzędników państwowych, którzy, obrzuceni śnieżkami, nagle tracą całą swoją godność i czerwoni jak indyki wykrzykują: ‘Przeklęty smarkacz!’”
Cesarzowa wszystko zapisywała w swoim dzienniku – zarówno drobne obserwacje wychowawcze, jak i wielkie emocje.
W jednym z wpisów czytamy:
„Eitel Fritz jest bardzo przywiązany do swego starszego brata, choć ich charaktery nie mogłyby się bardziej różnić. Choć posłusznie podporządkowuje się zasadom wychowania, najchętniej przebywa na placu zabaw – to tam jego pomysłowa natura najbardziej się rozwija, wyszukując wciąż nowe, oryginalne rozrywki dla siebie i braci.
Często jednak jego pomysły przekraczają możliwości realizacji i trzeba autorytetu ojca oraz matki, aby utrzymać go w ryzach.”
Następca tronu miał wyjątkowo łatwość w przyswajaniu wiedzy – szybko robił postępy, a nauka przychodziła mu naturalnie. Eitel Fritz natomiast nie pozostawał w tyle – był bystrym i dowcipnym chłopcem, który często rozśmieszał domowników.
Podczas jednej z lekcji otrzymał do rozwiązania kilka trudnych zadań matematycznych. Ku zaskoczeniu braci, pojawił się u nich znacznie wcześniej niż się spodziewali. Na ich pytające spojrzenia odpowiedział z radością:
– Gdy tak siedziałem, dobry Bóg pokazał mi pewien sprytny sposób – i nagle wszystko stało się bardzo proste!
Rodzicom nic nie było bardziej obce niż tłumienie radosnego ducha młodości u własnych dzieci czy pozwalanie, by ich wesołość była ograniczana przez sztywną etykietę.
Pewnego razu nadworny kaznodzieja Frommel miał audiencję u cesarza i zostawił swój cylinder w przedpokoju. Kapelusz znalazły ciekawe książęta. Kilkakrotnie już widzieli "składane kapelusze" i cieszyli się tym, jak można je złożyć i rozłożyć.
Sądząc, że cylinder kaznodziei to również taka niezwykła zabawka, próbowali go złożyć — jednak bez skutku. W końcu jeden z nich usiadł na kapeluszu… i cel został osiągnięty.
Chłopcom groziła kara, lecz kaznodzieja Frommel tak gorąco wstawił się za "grzesznikami", że cesarz tylko z uśmiechem pogroził palcem.
Latem nieograniczone możliwości oferował rozległy park i przylegające do niego dzikie tereny wokół Nowego Pałacu. Zimą natomiast — stary zamek berliński, ze swoimi licznymi schodami, korytarzami i ukrytymi zakamarkami.
To prawdziwe królestwo dziecięcej wyobraźni — idealne do wypraw i "tajnych misji". Można było tam prowadzić poszukiwania, odkrywać nieznane przejścia i, przy okazji, poczuć dreszcz emocji. Zwłaszcza że o niektórych wieżach i korytarzach krążyły upiorne opowieści...
O jednej z takich przygód wspomina sam książę koronny:
„Było to wczesnym rankiem. Miałem właśnie jechać z moim bratem, Eitelem Friedrichem, na lekcje do Bellevue i jeszcze przez chwilę błąkałem się beztrosko po dolnych pomieszczeniach zamku.
Podczas tej inspekcji przypadkiem wszedłem do małego pokoju, gdzie książę Bismarck siedział przy biurku nad dokumentami. Ku mojemu przerażeniu, podniósł na mnie wzrok.
Miałem już wcześniejsze doświadczenia w podobnych sytuacjach, więc spodziewałem się, że zostanę natychmiast i bez żadnych ceregieli wyrzucony. Zacząłem więc pośpieszny odwrót...
...gdy nagle stary książę przywołał mnie do siebie. Odłożył pióro, chwycił mnie swoją ogromną dłonią za ramię i spojrzał mi prosto w twarz swymi wielkimi, przenikliwymi oczami.
Potem skinął głową i powiedział:
‘Mały książę, podobasz mi się. Zachowaj swoją świeżą naturalność — —’
Dał mi buziaka, a ja natychmiast wybiegłem z pokoju.
Byłem tak dumny z tego incydentu, że przez kilka dni traktowałem moich braci jak powietrze.
Fantastycznie! Wtargnąłem bez pozwolenia do jego gabinetu — i nie zostałem ani skarcony, ani wyrzucony!
I to do gabinetu samego starego księcia!”
Dzieci zawsze z radością oczekiwały urodzin — tak własnych, jak i rodziców — oraz innych świąt. Z okazji tych dni podejmowano tajemnicze przygotowania, które miały przynieść radość mamie, tacie lub rodzeństwu. Bracia prześcigali się w drobnych niespodziankach i pomysłowości.
Z okazji urodzin księcia koronnego, książęta zorganizowali kiedyś przed rodzicami i zaproszonymi gośćmi pokaz cyrkowy. Przedstawienie obejmowało jeździeckie popisy, a także scenki komiczne z udziałem „klownów”. Na zakończenie odbył się widowiskowy „pokaz kwiatowy”: w dwóch małych wózkach zaprzężonych w kucyki, ozdobionych kwiatami i prowadzonych przez księcia koronnego i Eitela Friedricha, siedzieli młodsi bracia, obsypując widzów deszczem barwnych płatków.
Na pierwsze urodziny obchodzone przez cesarza jako monarchę cesarzowa kazała uszyć dla trzech najstarszych synów mundury Pierwszego Pułku Gwardii. Wszystko wykonano zgodnie z wojskowymi przepisami – w kieszeniach wyszyto imiona, a kompletny rynsztunek obejmował nawet mały nóż saperski, plecak z menażką i skórzaną sakiewkę noszoną na szyi, wypełnioną nową monetą o wartości jednej marki i czterech fenigów.
Co za radość była przy ubieraniu! Mały Adalbert skakał dookoła, krzycząc z entuzjazmem:
„Kieszenie w spodniach! Kieszenie w spodniach! Już ich nie zdejmę!”
Rzeczywiście, trudno go było potem przekonać, by się rozebrał.
Podczas uroczystości książę koronny wygłosił do cesarza mowę, dziękując za awans na starszego szeregowca. Następnie poprosił, by jego bracia również dostąpili tego zaszczytu. W tym momencie dwaj mali książęta podnieśli swoje rączki, pokazując, że już trzymają przygotowane guziki. Cesarz z uśmiechem spełnił ich prośbę.
Boże Narodzenie obchodzono zawsze z wielkim przepychem. Wysokie choinki rozświetlał blask świec, obdarowywano służbę oraz damy i panów dworu, a potem z radością zasiadano przy własnych stołach z prezentami.
Cesarzowa z wyprzedzeniem starała się odgadnąć lub dyskretnie wybadać życzenia swoich ukochanych.
Podczas jednych z tych świąt cesarz podarował trzem najstarszym synom ozdobne szable, z wygrawerowanymi — wybranymi przez siebie — dedykacjami.
Szabla księcia koronnego nosiła napis:
„Zaufaj Bogu, dzielnie się broń,
W tym tkwi twoja chwała i honor.
Bo kto odważnie na Boga stawia,
Nigdy z pola walki nie zostanie wygnany.”
To motto pochodziło z jednego ze starych sztandarów pułku elektorskiego Hennigsa von Treffenfeld z czasów Wielkiego Elektora.
Szabla księcia Eitela Fritza była opatrzona sentencją:
„Nieustraszony i wierny.”
Z kolei na szabli księcia Adalberta widniały słowa:
„Nigdy bez powodu nie wyciągaj ostrza tego miecza,
I nigdy bez honoru nie chowaj go do pochwy.”
Nie zawsze jednak prezenty i pomysły ojca spotykały się z pełną aprobatą cesarzowej. Świadczy o tym anegdota opowiedziana przez Amerykanina Poultneya Bigelowa, młodzieńczego towarzysza zabaw i kolegę szkolnego cesarza, w tekście zatytułowanym Jak cesarz wychowuje swoich sześciu chłopców:
„W rodzinie Hohenzollernów jest siedmioro dzieci – sześciu chłopców i jedna dziewczynka – które sprawiają swojemu cesarskiemu ojcu nie mniej trosk niż jego armia licząca pół miliona żołnierzy.
Rządzenie armią jest łatwe: cesarz podpisuje rozkaz, oficer ordynansowy go przekazuje, generał wykonuje – wszyscy są przyzwyczajeni do posłuszeństwa.
Ale jako głowa dziecięcego pokoju, cesarz Wilhelm ma bardziej ograniczoną władzę.
Pewnego dnia przekazałem cesarzowi amerykańskie kanoe, którym sam pływałem po Dunaju oraz przez progi Żelaznej Bramy. Cesarz był zachwycony – kazał mi zademonstrować łódkę w Poczdamie, a po próbie oświadczył z zapałem: »Wszyscy moi chłopcy będą pływać kanoe!«
Byłem przekonany, że niemiecki cesarz może robić, co chce – przynajmniej w Niemczech.
Ale bardzo się myliłem.
Wkrótce potem rozmawiałem o kanoe z cesarzową. Podzieliłem się entuzjazmem, mówiłem o przyjemności spływu między ostrymi skałami i przez wzburzone fale.
Ona jednak z łagodnym uśmiechem odpowiedziała:
‘O nie. To zbyt niebezpieczne. Nigdy nie pozwolę moim dzieciom wsiąść do takiego statku.’
‘Ale... cesarz już dał zgodę!’ – zaprotestowałem.
‘To możliwe’ – stwierdziła spokojnie, patrząc z uśmiechem w stronę męża – ‘on jest cesarzem Niemiec...
...ale ja jestem cesarzową pokoju dziecięcego.’”
Na szczęście, cesarzowa – mimo swej ostrożności – dzieliła z mężem miłość do świeżego powietrza i natury, co dawało jasne wytyczne do zrównoważonego, rozsądnego wychowania dzieci.
Znaczną część swojej edukacji książęta otrzymywali właśnie poza murami klas – podczas zabawy, fizycznej aktywności, obserwacji i ćwiczeń.
Cesarz, będąc doskonałym żeglarzem, sam sterował jachtem jak doświadczony wilk morski – przekazując synom zarówno wiedzę teoretyczną, jak i praktyczne umiejętności.
Choć cesarzowa odmówiła dzieciom spływu w dzikich warunkach, nikt nie miał wątpliwości – książęta Hohenzollernów mieli mnóstwo do czynienia z wodą: pływali, żeglowali, wiosłowali, a zimą jeździli na łyżwach.
Cesarz przywiązywał dużą wagę do tego, by dzieci najpierw wzmacniały ciało, a dopiero potem przyswajały porcję wiedzy szkolnej ― na tyle, na ile były gotowe.
Młodzi książęta prezentowali się doskonale – czy to w kontaktach z gośćmi, czy przy oficjalnych spotkaniach.
Podawali ręce, patrzyli rozmówcom uważnie w oczy, słuchali z uwagą i odpowiadali precyzyjnie — zachowywali się po prostu jak mali dżentelmeni.
W tym zakresie nie było wątpliwości — naśladowali przykład swojego ojca.
Szczególną radością dla trzech najstarszych książąt było, gdy w wyznaczone piątkowe popołudnie, prowadzeni przez matkę, mogli odwiedzać prababcię — cesarzową Augustę — w pałacu pełnym wspomnień ich pradziadka, którego drogi wizerunek zdobił również ich pokoje mieszkalne i szkolne.
Na dole, w holu, cesarzowa najpierw przygotowywała dzieci, by mogły odpowiednio zaprezentować się sędziwej prababci, oczekującej już w fotelu u wejścia do górnych komnat.
Następnie obie cesarzowe udawały się do narożnego pokoju — gabinetu cesarzowej Augusty — i wówczas dla dzieci rozpoczynała się uroczysta godzina zabawy.
W dwóch czerwonych salonach, aż do sali balkonowej, panowała dziecięca swoboda. Na miejscu czekała na nich ich własna szafa z zabawkami — opróżniana w mgnieniu oka. Wkrótce kolorowa zawartość pokrywała podłogi, a zazwyczaj ciche pokoje rozbrzmiewały głośnym śmiechem i okrzykami.
Z radosnym „hurra!” witana była zawsze „ciocia Baden” — wielka księżna Badenii, Luiza, jedyna córka cesarza Wilhelma I — ponieważ, jak mawiały dzieci:
„Ona potrafi się z nami tak pięknie bawić!”
Ze względu na słaby wzrok wielkiej księżnej, młoda cesarzowa zaoferowała jej ramię przy wchodzeniu po schodach. Zobaczył to książę koronny, który zaraz znalazł się po drugiej stronie i ujął rękę księżnej w swoje małe dłonie:
„Ja też poprowadzę ciocię Baden!”
Gdy wielka księżna wracała do swoich dolnych komnat, książę koronny już czekał na najwyższym stopniu. Chwycił ją ponownie za rękę i z uwagą poprowadził w dół.
Wielką atrakcją było też dla dzieci wożenie prababci w jej wózku inwalidzkim — z salonu do pokoju herbacianego. Szczególnie dumne były, gdy udało im się sprawnie przejechać przez wąskie drzwi. W takich chwilach nawet na bladej twarzy starszej cesarzowej gościł uśmiech, a ona czule głaskała trzy jasne główki swych prawnuków.
Dzieci z radością przyjmowały też wiadomości o letnich wyjazdach.
W 1889 roku towarzyszyły matce w uzdrowisku w Kissingen, w 1891 roku odwiedziły nadmorski kurort Felixstowe w Anglii, a w 1895 — podczas choroby cesarzowej — spędziły lato w Konstancji.
Prawie każdego roku bywały również w Wilhelmshöhe pod Kassel, gdzie razem z rodzicami cieszyły się wyjątkową swobodą. Wspaniała okolica i rozległy park dawały dzieciom wolność, jakiej brakowało w Berlinie czy nawet w Poczdamie.
I tak, jak rozpoczęliśmy ten fragment słowami księcia koronnego, tak też pragniemy zakończyć go jego własnym, głęboko poruszającym wyznaniem — słowami emanującymi pełnią miłości i wdzięczności:
„Jako najstarszy syn zawsze byłem szczególnie blisko naszej ukochanej matki. Ze wszystkimi moimi małymi czy dużymi sprawami, życzeniami czy troskami przychodziłem do niej, a ona też uczciwie dzieliła się ze mną tym, co nosiła w sobie jako nadzieje czy obawy, co przeżywała jako spełnienia czy rozczarowania.
W ciągu wielu lat pojawiały się różne trudności między mną a moim ojcem. W tych sytuacjach moja matka zawsze pełniła rolę mediatora. Starała się łagodzić napięcia, wygładzać nieporozumienia i dążyć do kompromisu.
Była dla mnie tak bliska, że mogłem dzielić się z nią każdą ważną myślą, która pojawiała się w moim sercu.
I rzeczywiście, zawsze przynosiłem do niej wszystkie moje troski i rozterki.”
Radosne i poważne dni
„Cesarz jest naprawdę szczęśliwy, że może nazywać tę cesarzową swoją własną” – powiedział pewien robotnik, stojący w tłumie podczas wizyty pary cesarskiej we Wschodnich Prusach, wkrótce po objęciu przez cesarza rządów.
Głos ludu raz jeszcze trafił w samo sedno.
A kiedy podczas uroczystego bankietu w Królewcu przewodniczący Sejmu Prowincjonalnego, hrabia zu Eulenburg, zwracając się do cesarzowej, powiedział:
„Stworzyła Pani swojemu małżonkowi szczęśliwy dom, swoim synom dom matczyny – w prawdziwie niemieckim stylu – a ojczyźnie dała Pani wspaniały przykład tego, jak niemiecka kobieta powinna wypełniać swoje obowiązki”,
spojrzenia pary cesarskiej spotkały się – pełne głębokiego porozumienia i szczęścia.
Uczestnik tamtych dni naszkicował portret cesarzowej żywym, poruszającym językiem:
„Wdzięczny powiew zadowolenia i serdecznego szczęścia spoczywa na jej twarzy. Jasny, ujmujący dźwięk łagodnego głosu zachwyca, a jej swobodny, przyjazny i miły sposób obcowania ze wszystkimi, którzy się do niej zbliżają, jest nieodparcie pociągający.
Zdobyła sympatię i uznanie zarówno u ludzi prostych, jak i wysoko postawionych, u wielkich i u małych.”
Wspominano:
„Jak w rozmowie z duchownymi naszego miasta troszczyła się o działalność charytatywną misji, o błogosławieństwo chrześcijańskiej pracy, jak w pobożnej pokorze słuchała Słowa Bożego podczas nabożeństwa polowego – była kobietą głęboko wierzącą, pełną zaufania do swojego Boga.
Jak podchodziła do chorych w szpitalu, kierując do nich przyjazne, kojące słowa, to tu się pochylając, to tam podając rękę – była szlachetną, ciepło odczuwającą dobrodziejką.
Jak rozmawiała z dziećmi w zakładach wychowawczych, pytała o ich losy i z czułością brała je za rękę, tak że wszelka nieśmiałość znikała – była troskliwą matką, rozumiejącą duszę dziecka.
Jak odpowiadała na entuzjastyczne okrzyki tłumu na ulicach przyjaznym kiwnięciem głowy – była prawdziwą przyjaciółką ludu.”
Tak właśnie cesarzowa zachowywała się wszędzie, dokądkolwiek przybywała.
Jej naturalność — której nie należy mylić z nonszalancją — życzliwe usposobienie i serdeczne współczucie dla losu ubogich zdobywały wszystkie serca.
Nie miała osobistych ambicji, a gdy należało, potrafiła mądrze trzymać się w cieniu. Mimo że nie angażowała się w politykę w sposób formalny, byłoby błędem sądzić, że nie miała wpływu na swego męża.
Nawet Otto von Bismarck, w prywatnej rozmowie, przyznał:
„Cesarzowa ma znacznie więcej wyczucia politycznego, niż się powszechnie przypuszcza. W niektórych sprawach wykazała się wielkim taktem.”
Najprawdopodobniej miał na myśli również ową scenę z korytarza pałacowego. Tam, po oficjalnym pożegnaniu i dymisji, opuszczając cesarski gabinet, Bismarck niespodziewanie spotkał cesarzową i dzieci.
Wówczas cesarzowa — wyciągnąwszy dłoń na pożegnanie — skierowała się ku kanclerzowi. On, poruszony, ujął jej rękę swoją silną prawicą i ucałował ją z szacunkiem. Potem z ciepłem uścisnął rączki dzieci, a jego zwykle ponura twarz rozjaśniła się.
Admirał Alfred von Tirpitz także nie miał wątpliwości:
„Cesarzowa z zasady nie angażowała się w sprawy polityczne.
Ale jeśli uznała, że w prawdziwym interesie swego męża powinna interweniować — robiła to z charakterem. I zwykle skutecznie.”
Odkąd została cesarzową, uważała za swój oczywisty obowiązek być jeszcze bardziej u boku męża niż wcześniej. Wspierała go w wypełnianiu licznych obowiązków – gdziekolwiek i kiedykolwiek było to potrzebne – nawet jeśli wymagało to od niej wielkiego wysiłku i zmuszało do rezygnacji z własnych planów.
Najboleśniej odczuwała fakt, że nie mogła już poświęcać się dzieciom w takim stopniu, jak to wcześniej — ach, z jaką radością! — czyniła. Ale właśnie dlatego każdorazowe ponowne spotkanie było tym bardziej wyczekiwane i serdeczne. Dzieci witały ukochaną matkę z jeszcze większym uczuciem, a ona tuliła je z czułością, która zdawała się jeszcze głębsza niż przedtem.
Nawet swoich pierwszych urodzin jako cesarzowa nie mogła spędzić z dziećmi. W tym czasie była w drodze do Grecji, by towarzyszyć mężowi podczas uroczystości ślubnych księżniczki Zofii i następcy tronu Grecji.
Były to bez wątpienia radosne dni — pełne południowego blasku i serdecznych przyjęć — którym towarzyszyły kolejne uroczystości w Konstantynopolu.
Po raz pierwszy jasnowłose, północne książęce dziecko stanęło pośród przepychu Orientu, otoczone hołdami innej kultury i tradycji.
Ale choć wszędzie spotykano ich z czcią i splendor był niemal baśniowy, myśli cesarzowej nieustannie biegły ku dzieciom. Najpiękniejszym momentem całej podróży był ten, gdy 16 listopada powróciła do Nowego Pałacu i mogła znów objąć swoje ukochane maleństwa.
Do tej dalekiej podróży dołączyło wiele innych, już bliższych — po niemieckich krainach.
Cesarz odbywał wizyty u książąt związkowych, odwiedzał prowincje i miasta, by osobiście poznawać warunki życia kraju. Cesarzowa towarzyszyła mu wszędzie — zawsze obecna, uprzejma, doskonale przygotowana.
Na trasie było wiele radości, entuzjastycznych (czasem przesadnych) powitań, niezliczone toasty, mowy i wyrazy oddania. Choć to wszystko z pewnością robiło wrażenie, nie zmieniało jej wewnętrznego usposobienia. Cesarzowa pozostała daleka od wszelkiej pychy i zarozumiałości, z cichym wyczuciem prawdy odróżniała to, co szczere, od tego, co jedynie powierzchowne.
Te podróże — bez względu na to, jakie sprawiały wrażenie — wcale nie były odświętnymi wycieczkami, jak mogło się to wydawać postronnym.
Była to służba – i to niełatwa. Wymagała wysiłku, doskonałej formy fizycznej i psychicznej, pełnej odpowiedzialności.
Bywały bankiety, przyjęcia, oficjalne uroczystości, przemówienia i odpowiedzi. Wszystko należało uważnie śledzić. Setki osób oczekiwały uśmiechu, grzecznego słowa, uprzejmej rozmowy. Należało składać rewizyty, prowadzić rozmowy, być obecnym – w dzień i wieczorem, godzina po godzinie, często bez chwili wytchnienia.
A przy tym — mina musiała pozostać pogodna, twarz otwarta i życzliwa, bez względu na to, co działo się w duszy.
Ale był to obowiązek. I cesarzowa — tak jak cesarz — wypełniała go z pełnym oddaniem.
Podczas jednej z podróży — a mianowicie do Szlezwika-Holsztynu — cesarz odpowiedział na toast marszałka Landtagu, wygłoszony podczas uroczystego bankietu w Glücksburgu, słowami:
„Więź, która łączy mnie z tą prowincją i przykuwa ją do mnie bardziej niż wszystkie inne prowincje mojego imperium, to klejnot, który błyszczy u mego boku — Jej Wysokość Cesarzowa.
Pochodząca z tego kraju, uosobienie wszystkich cnót germańskiej księżniczki — to jej zawdzięczam, że jestem w stanie z radosnym duchem podejmować ciężkie obowiązki mojego powołania i im podołać, jak potrafię.”
Kilka dni później, podczas bankietu zorganizowanego przez władze prowincji śląskiej we Wrocławiu, cesarz, odpowiadając na przemówienie powitalne, powiedział:
„Długo wyczekiwane życzenie serca mojej żony zostało spełnione — i jest ona głęboko wzruszona, że wreszcie może być w prowincji śląskiej, w której spędziła dzieciństwo i młodość, pełne najpiękniejszych wspomnień.”
Po tych wspaniałych dniach, które w pierwszym okresie panowania cesarza szybko następowały jedne po drugich, przyjazd do własnego domu — czy to zamku w Berlinie, czy Nowego Pałacu — działał podwójnie kojąco i uszczęśliwiająco.
To w tych chwilach zwykłe, domowe godziny wypełniały się spokojem i cichym zadowoleniem.
Można sobie wyobrazić, że właśnie wtedy cesarz mógł powiedzieć do swojej małżonki słowa podobne do tych, które niegdyś król Fryderyk Wilhelm III wypowiedział do królowej Luizy po wielkim przyjęciu:
„Dzięki Bogu, że znów jesteś moją żoną!”
A gdy ona z uśmiechem zapytała:
„Dlaczego? Czy nie jestem nią zawsze?”
Król miał odpowiedzieć z żartobliwym smutkiem:
„Och, nie, droga… musisz przecież zbyt często być królową!”
W radosne dni wkradają się czasem chwile poważne.
7 stycznia 1890 roku cesarzowa Augusta zamknęła oczy w ostatnim śnie — pielęgnowana i otoczona czułą opieką w ostatnich dniach choroby przez parę cesarską oraz przez swoją jedyną córkę, wielką księżną Badenii Luizę.
Ostatnie lata przyniosły szlachetnej damie wiele dotkliwych trosk: odejście małżonka, a wkrótce potem również syna.
Jednak z żywym zainteresowaniem śledziła pierwsze miesiące panowania ukochanego wnuka, do którego była bardzo przywiązana. Obserwowała z dumą jego wszechstronne działania w służbie publicznej oraz z radością śledziła rozwój kolejnego pokolenia — swoich prawnuków.
Choć jej śmierć nie wywołała tak potężnego wstrząsu jak odejście sędziwego cesarza Wilhelma I czy cesarza Fryderyka, to jednak żal po tej stracie był autentyczny i głęboki.
Cesarzowa Augusta przez całe życie wypełniała swoje wysokie powołanie z niezwykłym oddaniem i niezachwianym poczuciem obowiązku.
Nawet w obliczu długoletniej choroby nie zaprzestała działalności na rzecz cierpiących. Jej życie wypełnione było aktami miłosierdzia i pracy charytatywnej.
Jej młodość przypadła na czasy, gdy żył i tworzył Goethe; jej starość była świadkiem blasku nowo powstałego Cesarstwa Niemieckiego.
Podczas wojen pracowała bez wytchnienia, by zapewnić opiekę rannym i chorym.
Cesarz Wilhelm I, z miłością i humorem, powiedział kiedyś o niej:
„Cesarzowa chciałaby położyć każdego rannego w łóżku z baldachimem.”
W tych słowach, mimo żartu, pobrzmiewała szczera podziw i uznanie.
W najpiękniejszy sposób spełniła słowa wschodniego mędrca:
„Gdy dziecię ziemi wyrywa się z łona matki ku światłu — płyną mu łzy, a otaczający się radują. Kształtuj swe życie tak, abyś przy odejściu mógł się uśmiechać — podczas gdy inni płaczą.”
Poczucie straty po jej odejściu było tym głębsze, że wraz z nią zakończył się wielki rozdział niemieckiej historii. Odeszła kobieta, która była świadkiem duchowej wielkości narodu, jego zjednoczenia i rycerskiego ducha.
Spoczęła obok męża w mauzoleum w Charlottenburgu.
Ale jej pamięć przetrwa — wszędzie tam, gdzie bieda woła o pomoc, uciśniony szuka oparcia, a ludzie wciąż zachowują szacunek dla szlachetnej, wzniosłej kobiecości.
Ten sam rok miał przynieść kolejne poruszające wydarzenie — jedno z tych, które nieodwołalnie wyznaczyło koniec pewnej epoki.
17 marca 1890 roku nastąpiło zwolnienie Otto von Bismarcka, decyzja przez wielu odbierana jako zaskoczenie, choć dla osób bliżej zorientowanych — nie była niespodzianką.
Sam cesarz Wilhelm II w swoich „Wydarzeniach i postaciach” opisał to rozstanie następująco:
„Przeciwieństwo naszych poglądów na kwestię społeczną — to znaczy na poprawę dobrobytu ludności robotniczej z udziałem państwa — było właściwym powodem rozłamu między nami.
To właśnie przyniosło mi wrogość Bismarcka, a w ślad za nią — także dużej części jego oddanych stronników wśród narodu niemieckiego, zwłaszcza wśród urzędników, i trwała ona przez długie lata.
Rozbieżność ta wynikała z jego przekonania, że kwestię społeczną można rozwiązać ostrymi środkami, a w razie potrzeby — siłą wojskową, nie zaś zasadami powszechnej miłości bliźniego czy 'humanitarnego sentymentalizmu', jak to określał, a którego domniemywał u mnie.
Bismarck widział opiekę i żelazną pięść jako dwa nierozerwalne filary polityki społecznej. Ja natomiast chciałem dotrzeć do duszy niemieckiego robotnika — walczyłem o to z całym przekonaniem.
Byłem przepełniony jasnym poczuciem odpowiedzialności wobec mojego narodu — także wobec jego klas pracujących. To, co im słusznie i sprawiedliwie się należało, powinno im być dane — jeśli było to możliwe lub konieczne — tam, gdzie kończyła się dobra wola i możliwości pracodawców, przez państwo i rząd.
Gdy tylko rozpoznawałem, że potrzebne są ulepszenia, a przemysł sprzeciwiał się im, interweniowałem — z poczucia sprawiedliwości wobec klasy robotniczej.”
Wkrótce po swoim odejściu Otto von Bismarck wypowiedział się z charakterystyczną dla siebie ironią i dystansem:
„Nie gniewam się na mojego młodego pana.
Jest pełen zapału i energii, chce uszczęśliwić wszystkich — to naturalne w jego wieku.
Ja zaś być może mniej wierzę w możliwość tego szczęścia… i szczerze mu to powiedziałem.
To zupełnie naturalne, że mentor taki jak ja mu się nie podoba — dlatego zrezygnował z mojej rady.
Stary koń roboczy i młody rumak wyścigowy źle się razem zaprzęgają.”
„Tyle że polityka nie jest jak kombinacja chemiczna — robi się ją z ludźmi.
Życzę mu powodzenia w jego próbach i wcale się na niego nie gniewam.
Stoję wobec niego jak ojciec, którego syn zranił: ojciec może cierpieć, ale i tak mówi: »to zdolny chłopak«.
Ja — gdy byłem młody — podążałem wszędzie za moim królem. Teraz — jestem stary, nie mogę iść za panem, który tak daleko podróżuje.”
„Dlatego musiało dojść do tego, że doradcy bliżsi cesarzowi zdobyli jego zaufanie — moim kosztem.
Jest bardzo podatny na wpływy, gdy przedstawia mu się idee, które, jak sądzi, mogą uszczęśliwić naród.
I ledwo może się doczekać, by od razu wprowadzić je w życie.”
„Cesarz dopiero chce stworzyć swoją sławę; ja — mam swoją do strzeżenia.
Poświęciłem się dla sławy, i nie chcę już jej kwestionować.”
Były to wówczas burzliwe dni w cesarskim zamku nad Szprewą.
Cesarzowa bardzo cierpiała. W swojej gorącej miłości do małżonka musiała przyznać przed sobą, że ten gorzki krok — choć być może prędzej czy później i tak byłby konieczny — poważnie zaszkodził popularności cesarza. Można było przewidzieć, jak bardzo cierpiał będzie ten, który tak bardzo potrzebował na swojej trudnej i pracowitej drodze aprobaty, uznania, zachęty.
Wtedy właśnie stanęła u jego boku — nie z radą, nie z napomnieniem ani tym bardziej z wyrzutem. Stanęła przy nim po prostu jako kochająca i troskliwa kobieta.
Bez słów — samą swoją obecnością — starała się uspokoić wzburzone fale jego duszy. I potrafiła to uczynić w sposób sobie właściwy: cicho, delikatnie, z miłością.
Całkowicie nieprawdziwe było to, co szybko zaczęli rozpowszechniać przeciwnicy:
jakoby cesarza napełniała radość z faktu, że teraz — wolny od wpływu "żelaznego kanclerza" — będzie mógł wreszcie rządzić według własnego upodobania.
Jak naprawdę wyglądały jego wewnętrzne przeżycia, ukazuje telegram, który wysłał do sędziwego wielkiego księcia do Weimaru:
„Jest mi tak ciężko na sercu, jakbym jeszcze raz stracił dziadka.
Tak zostało mi przeznaczone przez Boga.
Muszę to znieść — nawet jeśli miałbym przez to zginąć.
Urząd oficera na warcie na statku państwowym przypadł mnie,
kurs pozostaje ten sam: Pełną parą naprzód!”
Jeśli więc w tych ciemnych dniach cesarzowa była u boku męża z dobrocią i pocieszeniem —
to ona, subtelnie działając w tle, przyczyniła się również do tego, że po kilku latach mogło dojść do pojednania.
I tak 26 stycznia 1894 roku Otto von Bismarck odbył swój triumfalny wjazd do Berlina.
Cztery lata później, 30 lipca 1898 roku, zakończyło się pełne czynów życie „żelaznego kanclerza”.
Na wieść o jego śmierci cesarz niezwłocznie powrócił z podróży na północ, by wziąć udział w pogrzebie tego potężnego męża stanu.
Cesarzowa, która miała właśnie udać się na ślub swojego jedynego brata, zrezygnowała z własnej podróży i towarzyszyła mężowi do Friedrichsruh, dzieląc z nim ten ważny, pełen zadumy czas.
Zawsze troszczyła się o jego dobro i jego cierpienie.
Nie bez powodu jej synowie nazywali ją później:
„Panią Troską.”
Troska o dobro małżonka sprawiła, że cesarzowa opuściła swoją zwykle bierną rolę także w sprawach państwowych.
W 1892 roku, po rezygnacji hrabiego Zedlitza z projektu ustawy szkolnej, kanclerz Rzeszy Leo von Caprivi postanowił złożyć dymisję. Chciał ustąpić ze stanowiska.
Wtedy cesarzowa — w porozumieniu z dworem — napisała do niego list, w którym z głębi serca prosiła: aby pozostał na stanowisku, nie opuszczał cesarza, zwłaszcza teraz, nie wystawiał kraju na niepewność przyszłości.
Podkreślała, że stosunki między koroną a pierwszym urzędnikiem Rzeszy właśnie się ustabilizowały, a po odejściu Bismarcka sprawy znów nabrały stałego, przewidywalnego rytmu.
Caprivi ugiął się przed tym apelem i pozostał na urzędzie.
Był to cichy, ale niewątpliwy sukces cesarzowej, która chciała oszczędzić mężowi męki wyboru następcy i zdjąć z jego barków ciężar kolejnych trosk.
Zaraz potem Caprivi udał się do Hubertusstock, gdzie przebywał cesarz, by osobiście poinformować go o wycofaniu swojej rezygnacji.
Wszystkie ataki prasowe wymierzone w cesarza — szczególnie te osobiste — mocno raniły cesarzową. Odczuwała je jako zniewagę nie tylko względem państwowości, lecz również osobiście, wobec człowieka, którego kochała i któremu towarzyszyła we wszystkim.
Pewnego razu konserwatywna gazeta, popularna zwłaszcza w kręgach dworskich, opublikowała serię krytycznych artykułów dotyczących "osobistej polityki" cesarza.
W reakcji na to cesarzowa nakłoniła swego brata, księcia Ernesta Günthera, by na zjeździe szlachty w 1894 roku wygłosił mowę sprzeciwu.
Książę stanowczo wystąpił przeciw autorom tych publikacji, podkreślając, że:
"Osoba cesarza powinna pozostać poza wszelką publiczną dyskusją."
W tym akcie lojalności wobec małżonka ujawniła się moralna siła cesarzowej: stanowcza wtedy, gdy źródłem ataków był brak szlachetności, a obrona dotyczyła osoby najbliższej jej sercu.
Lato pełnego wrażeń roku 1890 przyniosło po wielu perturbacjach pokojowe przyłączenie Helgolandu do Rzeszy Niemieckiej — wydarzenie, które napełniło cesarza wielką satysfakcją.
26 października odbyły się 90. urodziny feldmarszałka hrabiego Helmutha von Moltkego — uroczystość, która ponownie zjednoczyła naród w atmosferze wdzięczności i szacunku.
Cesarz osobiście złożył wizytę w budynku Sztabu Generalnego. Na jego rozkaz przyniesiono sztandary i flagi berlińskiego garnizonu. Obok cesarza stali książęta i generałowie dowodzący niemieckimi siłami zbrojnymi.
W swoim mocnym przemówieniu Wilhelm II pogratulował sędziwemu wodzowi i wręczył mu własnoręcznie laskę marszałkowską:
„Prawdziwa laska marszałkowska, którą zdobyłeś już w ogniu przed wrogiem, spoczywa od dawna w twojej dłoni.
Ta jest tylko symbolem — podsumowaniem wszystkiego, co osobiście mam do zaoferowania w uznaniu, szacunku i wdzięczności.”
Po wzniesieniu toastu na cześć jubilata objął go i ucałował — gest rzadki, głęboki, symboliczny.
Po zakończeniu oficjalnej części uroczystości przybyli książęta królewscy.
Książę Henryk przyprowadził za rękę małego następcę tronu, którego feldmarszałek Moltke przywitał mocnym uściskiem dłoni, kierując do chłopca ciepłe słowa — wskazujące ku nadchodzącej przyszłości.
Kilka miesięcy później cesarz stał, głęboko wstrząśnięty, przy łożu śmierci wielkiego bohatera — człowieka, którego odejście ze świata było krótkie i zwięzłe, tak jak całe jego życie: milczące, uporządkowane, surowe.
Dzień wcześniej feldmarszałek Moltke brał jeszcze udział w posiedzeniu Izby Panów, a następnie pieszo przeszedł długi dystans do budynku Sztabu Generalnego.
Wieczorem zasiadł jeszcze do zwyczajowej partii wista, potem poprosił artystę obecnego tego dnia na kolacji, by zagrał coś na fortepianie.
Po chwili wstał i wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia. Podążył za nim siostrzeniec, który zaniepokojony zapytał:
„Czy nie czujesz się dobrze, wuju? Mam ci coś przynieść?”
Moltke odpowiedział cicho:
„Co masz na myśli?”
…i bezwładnie osunął się na ziemię.
W taki sposób odszedł jeden z prawdziwie wielkich — najwierniejszy paladyn cesarza Wilhelma I, duma i chwała armii niemieckiej, jej niedościgniony wzór.
O tym, co Moltke znaczył dla narodu, najlepiej świadczą słowa wypowiedziane w 1877 roku w Gdańsku, podczas wodowania nowej korwety, której nadano jego imię. Oddawały one doskonale ducha człowieka, którego naród właśnie pożegnał:
„Nie będąc niczyim wrogiem, jesteś potęgą, która pokonała wroga w skali i zasięgu, jakich stulecia doświadczają tylko wyjątkowo. Wielki w radzie twojego cesarza, jasny, pewny i odważny w sytuacjach, gdy ważą się losy narodów; szlachetny, wolny i skromny, gdy chodzi tylko o twoją osobę — jesteś świetlanym przykładem dla każdego obrońcy ojczyzny.”
W uroczystości żałobnej feldmarszałka uczestniczyła także cesarzowa.
W liście z tamtych dni notowała gorzko i szczerze:
„Właśnie zostały rozdrapane wszystkie moje stare rany, gdy byłam obecna na uroczystości żałobnej dobrego, starego feldmarszałka. Kiedy kondukt pogrzebowy ruszył, a za nim szli cesarz i moich pięciu synów — nie mogłam już patrzeć. Wszystko budziło zbyt straszne wspomnienia! To był poważny, ciężki rok. Tylko Pan może powiedzieć, co przyniesie rok 1891 — ale On da też siłę. Tak, jak dotychczas.”
Słowa, które cesarzowa wypowiedziała z żalem jeszcze przed objęciem tronu przez swojego męża, z czasem miały się boleśnie spełnić:
„Drżę na samą myśl o tym. Byliśmy tak wolni i tak szczęśliwi...
Mój mąż będzie miał do udźwignięcia ciężką odpowiedzialność,
a ja... będę miała go mniej.”
Z każdym dniem cesarzowi przybywało obowiązków. Często pracował do późnej nocy. Regularnie odbywały się spotkania z książęcymi gośćmi: odwiedzała ich para królewska z Włoch, cesarz Franciszek Józef, królowa Niderlandów Wilhelmina z matką, a także niemieccy książęta z małżonkami.
Podczas takich wizyt cesarzowa osobiście dbała o każdy szczegół — upewniała się, że wszystko zostało przygotowane należycie, wydawała polecenia w sposób życzliwy i łagodny, i starała się stworzyć dla wszystkich atmosferę domowego ciepła i przytulności.
Gdy cesarz udawał się do Rominten na sezon łowiecki, cesarzowa z radością opiekowała się mieszkańcami miejscowej wioski. Podejmowała ich troski i radości, rozmawiała z kobietami, obdarowywała dzieci.
W okolice tego wschodniopruskiego zameczku myśliwskiego, ukrytego pośród lasów, towarzyszyli parze cesarskiej tylko nieliczni zaufani. Z dzieci zabierano jedynie małą księżniczkę, która była wówczas oczkiem w głowie ojca.
Kiedy wieczorami cesarz wyruszał na polowanie, dziewczynka biegła do powozu myśliwskiego, wspinała się do środka, obejmowała i całowała „tatę”, a gdy konie ruszały, wznosiła głośne i radosne: „Waidmannsheil!” (Powodzenia na polowaniu – tradycyjne niemieckie pozdrowienie łowieckie, przyp. tłum.)
Wielką radością dla cesarzowej były także dłuższe podróże z małżonkiem.
Latem 1891 roku udała się wraz z nim do Anglii; dwa lata później, wiosną 1893 roku — do Włoch, by wziąć udział w uroczystościach srebrnych godów króla Humberta.
Spotkali się również z papieżem, zwiedzili Rzym i Neapol, a następnie przez Szwajcarię wrócili do Niemiec.
W kolejnym roku para cesarska odwiedziła Opatiję, gdzie doszło do spotkania z cesarzem Franciszkiem Józefem.
Nieco później cesarzowa towarzyszyła mężowi w wyprawie na Północ na pokładzie „Hohenzollerna”.
Podczas tej podróży poznała jedne z najpiękniejszych zakątków południowej Norwegii, aż do Trondheim, zachwycona surowym urokiem nordyckich krajobrazów.
Chętnie znosiła trudy długich wyjazdów, nigdy nie szczędząc sił. Dbała o to, aby wszystko przebiegało sprawnie, jakby cesarz podróżował sam — tylko ze swoją świtą.
Choć te podróże były dla cesarzowej nowe, bogate i różnorodne, zawsze z rosnącą niecierpliwością oczekiwała dnia, w którym znów stanie na rodzimej ziemi, aby jak najszybciej dotrzeć do swoich ukochanych — sześciu blondwłosych chłopców i drobnej dziewczynki.
Z chłopcami przebywała po uroczystościach londyńskich w Felixstowe, poświęcając się im całkowicie.
Jaki uroczy obraz rodzinny kreśli nam obserwator: chłopcy mieli mnóstwo narzędzi, łopat i wiaderek, batów i lejców, i natychmiast rozpoczęli pracę w miękkim morskim piasku.
Cesarzowa usiadła pośród swoich bawiących się dzieci. Twarz następcy tronu promieniała z zachwytu, gdy pokazywał matce pierwsze muszle, które znalazł. Książę Eitel odrzucił swoje wiaderko i położył się obok cesarzowej. Jeden z najmłodszych książąt wpełzł matce na kolana, głaskał ją po policzkach, podczas gdy inny starannie strzepywał piasek z jej sukni, który jego starsi bracia rzucili w swoim zapale do pracy.
I tak to trwało bez przerwy:
— „Spójrz tu, mamo!”
— „Spójrz tam, mamo!”
Twarz cesarzowej promieniała najczystszym macierzyńskim szczęściem.
Przedstawiano różne prośby. Jeden prosił, by cesarzowa zrobiła mu papierową łódkę. Natychmiast wyjęła swój notatnik i zręcznie wykonała stateczek, który został spuszczony na morze wśród radości młodej gromadki.
Tylko następca tronu nieustannie szukał różnych kamieni. To irytowało księcia Eitela, który chętnie widziałby, jak jego starszy brat pomaga mu napełniać wiaderko morską wodą. Gdy jego powtarzające się wołania „Wilhelm” pozostawały bez odzewu, rzucił kilka kamyków w tym kierunku, aż starszy brat dał się namówić do udziału w budowie basenu.
Ponieważ łopata była złamana, pracowano pilnie rękoma, aby pogłębić basen. Teraz jednak pojawiła się trudność z jego napełnieniem — fale cofały się tak szybko, że wiaderko wciąż nie chciało się napełnić.
Wtedy wkroczyła cesarzowa, zanurzyła wiaderko w morzu, podczas gdy książęta trzymali jej suknię, aby nie zmokła.
A jak dobrze czuła się cesarzowa, gdy znów mogła przebywać na szlezwickiej ziemi ojczystej, w Grünholz u swojej siostry, której dzieci dorastały jako urocze pociechy.
Aby zaskoczyć ją swoją wizytą, cesarzowa opuściła „Hohenzollerna”, który służył jako mieszkanie podczas Tygodnia Kilońskiego, i wraz z księżną Henryk oraz baronem von Seckendorffem zeszła na ląd na najdalszym krańcu krainy Schwansen.
Cesarzowa planowała stamtąd pieszo przebyć – jak sądziła – niezbyt długą drogę do Grünholz.
Wtedy trzej wędrowcy spotkali poczciwego dolnoniemieckiego wieśniaka. Jedna z dam zwróciła się do niego słowami:
„Wo lang brukt wi woll na Grönholt to gahn?” (Jak długo musimy iść do Grönholt?)
Zdziwiony wieśniak spojrzał na nią i odparł:
„Dar wöllt Se to Fot hen? Denn söllt Se noch arig schweeten. In en paar Stünn kamen Se nich ben.” (Chcecie tam iść pieszo? To się jeszcze porządnie spocicie. W parę godzin tam nie dotrzecie.)
Na to padło pytanie:
„Ale co mamy w takim razie zrobić?”
Wieśniak odrzekł:
„Mien Peer sünd man all int Heu. Awer wenn Se dat recht is, ick heff noch sön Iütten Stohlwagen, da kann ick dat Botterpeerd vörspann.” (Moje konie są już przy sianie. Ale jeśli wam pasuje, mam jeszcze taki mały wózek – mogę zaprząc do niego konia od wożenia masła.)
To odpowiadało towarzystwu, i pojechali aż do "Vogelsang", gospody, skąd ostatni odcinek przeszli pieszo.
Z tyłu na krześle siedziały obie damy, z przodu – przy chłopie – pan von Seckendorff.
Wieśniak opowiadał potem:
„Uennerwegens frag der Herr mi, ob ick ok wüß, wen ick föhren de? Und säh mi denn, dat dat uns Kaiserin wär. He nenn ehr awer ümmer ‘Mejestät’, un mi düch, dat mut doch Majestätin beten. Ick kreeg denn noch en 20-Markstück, dat kann ick ja nich gut torüg wiesen. Se meenten wull, ick wär mien Kutscher.”
(Po drodze pan mnie zapytał, czy wiem, kogo wiozę? I powiedział mi wtedy, że to nasza cesarzowa. Ale on ją ciągle nazywał „Mejestät”, a mnie się zdaje, że to powinno być „Majestätin”. Dostałem potem jeszcze 20 marek – tego nie mogłem odmówić. Oni chyba myśleli, że jestem swoim własnym woźnicą.)
Tak jak pierwszym dążeniem cesarzowej było okazywanie wszelkich względów cesarzowi, tak i na odwrót.
W maju 1894 roku cesarz zwrócił uwagę profesora Ernesta von Bergmanna, słynnego chirurga, na guz na swoim lewym policzku, który zauważył już dwa lata wcześniej, ale który ostatnio powiększył się i zaczął go irytować, ponieważ podczas wszystkich raportów i inspekcji ludzie patrzyli głównie na jego spuchnięty policzek.
Nie było to nic poważnego — guz można było łatwo usunąć operacyjnie — ale ponieważ nerw ruchowy twarzy znajdował się w nieprzyjemnym sąsiedztwie zmiany, jego uszkodzenie mogło skutkować trwałym paraliżem, a co za tym idzie — asymetrią ust.
Cesarz zgodził się na operację, ale poprosił zaangażowane osoby o zachowanie najściślejszej tajemnicy, nawet przed cesarzową.
Wczesnym rankiem w Nowym Pałacu w Poczdamie przeprowadzono zabieg, założono szwy i opatrunek — wszystko przebiegło w ciągu kwadransa.
Po operacji cesarz udał się do swojej małżonki, która była nie mało zdziwiona, podobnie jak książęta. Mały Joachim płakał i objął ramionkami szyję cesarza, mówiąc:
„Mój biedny tato, to musiało strasznie boleć?”
Dni cesarza w Berlinie były bardzo wypełnione. Często jeden raport następował po drugim, a pomiędzy nimi odbywały się inspekcje i wizyty — te ostatnie zazwyczaj podejmowane wraz z cesarzową, także u berlińskich artystów, którzy doświadczali najżywszego wsparcia ze strony cesarza i uznania dla jego zamiłowania do sztuki.
Już jako młody książę otrzymał w domu rodzinnym wszechstronne artystyczne inspiracje i doskonale wiedział, jakie znaczenie ma sztuka w życiu społecznym i narodowym oraz jak ważne jest wspieranie działalności artystycznej.
Krótko po objęciu rządów wyraził się w rozmowie z Antonem von Wernerem w następujący sposób:
„Chcę zrobić dla sztuki wszystko, co tylko leży w mojej mocy!”
I przez cały okres panowania starał się wypełnić tę obietnicę w sposób możliwie kompleksowy.
Z wielką satysfakcją cesarz powitał ukończenie swojego bogatego daru dla miasta Berlina, a mianowicie ukończenie ostatniej grupy posągów książąt w Alei Zwycięstwa.
Prawdziwie cesarski dar był teraz gotowy i umożliwiał pełny przegląd. Choć niektóre elementy mogłyby być wykonane inaczej i lepiej, Berlin mógł z uzasadnioną dumą cieszyć się z artystycznego podarunku, który w coraz większym stopniu przyciągał zarówno miejscowych, jak i przyjezdnych.
Cesarz wyraził swoją radość z ukończonego przedsięwzięcia wieczorem grudniowego dnia 1901 roku, kiedy odsłonięto ostatni posąg — elektora Jana Jerzego.
Zaprosił wówczas wszystkich artystów, którzy przyczynili się do rzeźbiarskiego upiększenia Alei Zwycięstwa, na uroczystą ucztę, i przy tej okazji w obszernym przemówieniu przedstawił swoje stanowisko wobec sztuki.
Następnego dnia odbyło się otwarcie Muzeum Pergamońskiego, które cesarz gorliwie wspierał, i dzięki któremu Berlin wzbogacił się o atrakcję, jakiej nie posiadała żadna inna europejska stolica.
Z dala od zgiełku codziennego życia, w tych cichych pomieszczeniach można było poczuć przemijający powiew greckiego piękna i odpocząć od dusznej atmosfery wielkiego miasta — w świątyni, która powstała dzięki niemieckiej nauce i duchowi badawczemu.
Rok później, w obecności pary cesarskiej, uroczyście otwarto nową Wyższą Szkołę Sztuk Pięknych w Berlinie.
W odpowiedzi na treściwą mowę Antona von Wernera, porównującą dawne dążenia artystyczne z obecnymi, cesarz odparł, że wraz z małżonką przybył na tę uroczystość ze szczególną radością.
Podkreślił, że historia Akademii jest ściśle związana z historią jego domu, który zawsze wspierał dążenia Akademii.
Wspaniały nowy budynek był w dużej mierze zasługą cesarza Fryderyka, który — podobnie jak jego wykształcona i artystycznie utalentowana małżonka — już od młodości był głęboko oddany sztuce. To właśnie on, w czasie krótkiego okresu swoich rządów, zakończonych tragicznym losem, wyznaczył miejsce pod budowę szkoły.
Jako protektor Akademii, cesarz Wilhelm witał zgromadzonych i zapewniał, że pielęgnowanie sztuki było i pozostaje jednym z najważniejszych obowiązków władcy. Wyraził gotowość, by — tak jak dotychczas — również w przyszłości ten obowiązek wypełniać.
Cesarz skierował też poważne napomnienie do nauczycieli i uczniów szkoły wyższej, aby pozostawali wierni niedoścignionym klasycznym wzorcom, naśladowali wielkich mistrzów minionych stuleci, jak również wybitnych artystów działających w tej Akademii.
Wezwał do podtrzymywania ideałów sztuki, przypominając, że:
„Prawa piękna są niezmienne —
zawsze należy pielęgnować prawdę i piękno,
aby wszystkie warstwy społeczeństwa
mogły wznieść się ponad kurz codzienności — wtedy szkoła wyższa spełni swoje cele.”
Cesarz określił się kiedyś jako:
„spadkobierca i wykonawca artystycznego testamentu swoich rodziców”
i przy każdym projekcie związanym ze sztuką, każdym posągu, każdej fasadzie domu, której projekt mu przedstawiano, jego najważniejszą myślą było:
„Co lub jak spodobałoby się moim rodzicom? Co by na to powiedzieli?”
Kiedyś, oglądając kunsztowne meble w stylu XVIII wieku, przeznaczone do zamku, których produkcję w Berlinie gorliwie wspierał następca tronu, późniejszy cesarz Fryderyk, cesarz Wilhelm zawołał:
„Jakże cieszyłby się mój ojciec, gdyby mógł tego dożyć!”
Z takim samym oddaniem, z jakim cesarz wspierał sztukę, starał się także rozbudowywać berlińskie muzea. Przejawem tego było przede wszystkim utworzenie Muzeum Cesarza Fryderyka, a także wsparcie dla nauki – szczególnie w postaci założenia Towarzystwa Cesarza Wilhelma dla Wspierania Nauk.
Inicjatywa ta została zrealizowana z okazji stulecia Uniwersytetu Berlińskiego.
Podczas uroczystego posiedzenia w nowej auli uniwersytetu cesarz wygłosił przemówienie, w którym — przy uważnym słuchaniu zebranych — przedstawił swoje idee dotyczące przyszłości niemieckiej nauki:
„Plan Humboldta, który wykraczał poza uniwersytet i obejmował całość instytucji naukowych, nie został jeszcze w pełni zrealizowany. A ta podniosła godzina wydaje mi się szczególnie powołana do tego, by zapoczątkować ukończenie tego, co było jego ostatecznym celem.”
Następnie cesarz kontynuował:
„Jego wielki plan naukowy wymagał, obok Akademii Nauk i samego uniwersytetu, niezależnych instytutów badawczych jako integralnych części całego organizmu naukowego. Zakładanie takich instytutów w Prusach nie dotrzymywało kroku rozwojowi uniwersytetów, a ta luka — zwłaszcza w naszym wyposażeniu w nauki przyrodnicze — staje się coraz bardziej dotkliwa w wyniku ogromnego postępu w naukach. Potrzebujemy instytucji, które wykraczają poza ramy szkół wyższych i — nieskrępowane celami dydaktycznymi, ale w ścisłym kontakcie z Akademią i uniwersytetem — służą wyłącznie badaniom.”
Na zakończenie cesarz podkreślił, że:
„Niech zatem dzisiejszy dzień będzie nie tylko datą jubileuszową Uniwersytetu Berlińskiego, lecz jednocześnie kolejnym etapem w rozwoju niemieckiego życia intelektualnego.”
Tak jak cesarzowa z uwagą towarzyszyła projektom artystycznym i ich realizacji, tak samo interesowała się naukowymi zainteresowaniami swojego małżonka, które były bardzo różnorodne.
Wspólnie uczestniczyli w różnych wykładach na temat najnowszych odkryć — fizycznych, dotyczących żeglugi powietrznej, ciekłego powietrza, wędrówek alpejskich i innych — prowadzonych przez wybitnych uczonych.
Para cesarska chętnie gromadziła po codziennych obowiązkach i trudach grono wybitnych przedstawicieli nauki, sztuki, handlu i przemysłu, by wieczorem, przy herbacie, w swobodnej atmosferze omawiać zagadnienia naukowe, artystyczne lub aktualne sprawy.
Były to tzw. „wieczory herbaciane”, o których jeden z uczestników opowiedział następująco:
„Herbata jest podawana w bibliotece — niezwykle przytulnym pomieszczeniu, którego ściany ze wszystkich stron otaczają regały z książkami, podczas gdy na dużym stole pośrodku leżą dzieła luksusowe, atlasy i inne rzeczy do późniejszego użytku. W jednym rogu pokoju stoi duży globus.
Po kolacji para cesarska udaje się w to miejsce, dokąd prowadzeni są również zaproszeni goście. Cesarz wychodzi naprzeciw wchodzącym, podaje każdemu rękę i zwykle od razu rozpoczyna rozmowę.
W przypadkach, gdy przyniesiono jakieś przedmioty do prezentacji, takie jak wykresy, fotografie i inne, rozmowa może przez pewien czas toczyć się na stojąco, ponieważ w ten sposób łatwiej jest oglądać rozłożone na stole materiały.
Później następuje zaproszenie do zajęcia miejsc — towarzystwo grupuje się swobodnie wokół stołu. Służący, którzy zazwyczaj obecni są tylko przejściowo, roznoszą przekąski, takie jak herbata, woda sodowa lub piwo.
Sam cesarz zapala papierosa, a potem rozwija się rozmowa, w której cesarz jedynie ogólnie wyznacza kierunek i niemal niezauważalnie go utrzymuje, podczas gdy w szczegółach pozostawia dużą swobodę.
Rozmowa nie ma nic wspólnego ze sztywną grą pytań i odpowiedzi charakterystyczną dla zwyczajnych audiencji u wysokich dostojników. Panuje raczej ton swobodnej rozmowy, która jest jedynie ukierunkowana przez prowadzący i dominujący umysł.
Cesarz sam znacząco przyczynia się do ożywienia poprzez dzielenie się własnymi doświadczeniami — czasami opowiada dłuższe historie ze swoich podróży lub innych przeżyć, w które wplecione są także wesołe epizody.
Humorystyczne uwagi rzucane przez innych są dobrze przyjmowane, a cesarz nierzadko nagradza opowiadającego bardzo serdecznym śmiechem.
Jeśli dodać do tego, że cesarzowa i jej damy również z uwagą śledzą rozmowy, od czasu do czasu zadając pytania lub wtrącając spostrzeżenia — i że obecność cesarzowej, jako wybranej przedstawicielki kobiecej dobroci i wdzięku, rozpościera nad całością łagodny blask —
wówczas można łatwo zrozumieć, jak głęboko takie wieczory zapadały w pamięć tych, którzy w nich uczestniczyli.”
Także przy wieczornym stole para cesarska chętnie gościła kilku przedstawicieli różnych zawodów. I tutaj panowała zawsze naturalna i swobodna atmosfera.
Po powitaniu udawano się do jadalni, gdzie przy prostym stole kontynuowano luźną rozmowę. Następnie przechodzono do komnat cesarzowej, gdzie zasiadano w małych grupach. Otwierano fortepian — i wtedy rozlegało się hasło:
„Niech śpiewa ten, kto ma talent do śpiewu.”
Bez długiego odchrząkiwania czy wzbraniania się — każdy dawał z siebie to, co mógł najlepszego.
Po pieśniach skaldów, balladach Loewego i fantazjach operowych, następowały czasem również wesołe piosenki, wywołujące radosny śmiech.
Po muzyce udawano się do wcześniej wspomnianej biblioteki cesarzowej — tam rozmowa nabierała właściwego biegu.
„Cesarz trzyma nici w ręku — teraz dwóch gości, dwa umysły zderzają się ze sobą, debata staje się bardziej zacięta, staje się z tego kwestia zasad, opinie się dzielą, rozmowa staje się poważniejsza, słowa ważniejsze. Teraz monarcha wyraża swoją opinię i ją uzasadnia, patrzy pytająco na oponentów: Jakie są kontrargumenty? Mają je i wyrażają je swobodnie i szczerze.
Jeśli są przekonujące — dobrze; cesarz nie da się namówić, ale da się przekonać.
Jeśli nie są — cóż, ostatecznie przeciwna strona musi przystać na jego osąd.
Zrobiło się późno. Para cesarska wstaje i żegna się jak najuprzejmiej ze swoimi gośćmi.
Noc zapada. Światła w zamku gasną.
Na górze, na korytarzu książąt, słychać szelest jedwabnej sukni. To cesarzowa — udekorowana swoimi klejnotami — pochyla się głęboko nad łóżkami swoich dzieci, tak jak tamta Kornelia… (rzymska matrona, matka Grakchów, która uważała swoje dzieci za najcenniejsze klejnoty – przyp. tłumacza).
Wie ona: ‘To są moi klejnoty.’ Miękka, matczyna dłoń przesuwa się po śpiących czołach.”
Wówczas pewien francuski gość napisał w „Figaro”:
„Cesarzowa jest dystyngowaną, cnotliwą, mądrą kobietą, niezwykle czułą matką — krótko mówiąc: prawdziwą Niemką. Bardzo wykształcona, o silnym charakterze; dobra muzyczka, preferuje spośród wszystkich kompozytorów niemieckich mistrzów: Bacha, Glucka, Haydna.
Zachwycająca w swoim zachowaniu, zdobywa sympatie wszystkich, gdziekolwiek się pojawi.
Relacje między małżonkami są niezwykle serdeczne, ich życie rodzinne jest bardzo proste.
Aby służyć jako przykład dla poddanych, para cesarska pokazuje również na zewnątrz intymną harmonię, w której żyje. Cesarzowa towarzyszy mężowi w jego podróżach do prowincji lub na polowania. Prawie każdego dnia — czy to w Berlinie, czy w Poczdamie — odbywają wczesne wycieczki pieszo, konno lub powozem. Wyjeżdża mu naprzeciw, gdy wraca z jednej ze swoich długich letnich podróży wypoczynkowych. Takie rozłąki zdają się jeszcze bardziej umacniać związek pary cesarskiej — zupełnie tak, jak to się dzieje u par mieszczańskich.
W Berlinie można czasem spotkać cesarza i cesarzową spacerujących w Tiergarten, nie niepokojonych w żaden sposób przez publiczność. Cesarz żyje bardzo szczęśliwie w kręgu swojej rodziny i rekompensuje cesarzowej i dzieciom to, że przez kilka miesięcy w roku podróżuje po świecie, po powrocie podwójną czułością i łagodnością. Właśnie dlatego, że trzyma się z dala od wszelkiego mieszania się do polityki, cesarzowa ma być ostatecznie jedyną osobą zdolną wywierać rzeczywisty wpływ na cesarza. Cesarz przyznaje, że w swojej rodzinie znajduje rekompensatę za wszystkie swoje trudy, które nie są małe, i niezbędną siłę, aby nadal je podejmować.”
Cesarz wyraził to kiedyś otwarcie:
„Kocham życie rodzinne ponad wszystko. Nigdy nie jestem szczęśliwszy, niż gdy mogę — jak porządny berliński mieszczanin — spokojnie zjeść obiad ze swoją żoną i przeczytać jej rozdział z książki.”
Hrabia Douglas napisał w swoim piśmie „Czego możemy się spodziewać po naszym cesarzu” o życiu domowym monarchy:
„Wręcz wzorowe jest również życie domowe i rodzinne naszej pary cesarskiej z jej pełnymi nadziei synami. Trzeba to zobaczyć na własne oczy: w jak prostych, prawdziwie ludzkich formach, w jakiej miłości i dobroci serca, w jakim wzorowym porządku — a jednak ciepłej serdeczności — przebiega wewnętrzne życie w domu cesarskim.
Trzeba mieć zrozumienie dla tego, jak wielką wartość ma to niezwykle szczęśliwe, czyste, niezakłócone życie rodzinne — dla każdego domu, i jako podstawa wszelkiego ludzkiego życia wspólnotowego, również dla państwa.
Aby w pełni docenić błogosławieństwo, które musi wypływać — i wypływa — z tego szczęśliwego domu na tronie, na wszystkie kręgi naszego narodu.
Bez wątpienia dla cesarza nie jest łatwym wymaganiem to, że tak często — i także w takich czasach — musi rozstawać się z tym szczęśliwym domem. Gdy każdy inny mógłby bez przeszkód oddawać się przytulnej wspólnocie ze swoimi bliskimi — on musi udźwignąć obowiązek.
Jednak w tym pomaga hohenzollernowskie poczucie obowiązku — przezwycięża każdą myśl, że mogłoby być inaczej. A każda krótsza czy dłuższa rozłąka służy ostatecznie tylko temu, by upiększyć i osłodzić cesarzowi powrót do tak bardzo ukochanego kręgu jego rodziny.”
Gdy cesarz przebywał w odległych miejscach, był regularnie informowany — często kilka razy dziennie — o wszystkich radościach i małych smutkach gospodarstwa domowego.
Towarzyszyły mu w podróżach zdjęcia jego bliskich — stały na biurku i zdobiły ściany jego sypialni, zarówno w jego specjalnym pociągu, jak i na lśniąco białym jachcie.
Zawsze też przywoził z podróży starannie wybrane pamiątki dla żony i dzieci. A gdy przychodziło do rozpakowywania i rozdawania, nie było końca głośnej radości wśród wesołej młodej gromadki.
Być tak otoczonym przez podekscytowanych „Siedmiu” — sześciu książąt i małą księżniczkę — musiało należeć do najszczęśliwszych i najbardziej radosnych godzin dla cesarskich rodziców.
O takiej właśnie chwili zapewne myślał cesarz, gdy pewnego razu, opuszczając Hamburg, przyjął od komitetu pań pudełko wypełnione czekoladą i słodyczami — po jednym dla każdego z jego dzieci. Wówczas z serdecznością powiedział:
„Byłem w tym roku w Petersburgu, Sztokholmie, Kopenhadze i Wiedniu — ale nikt poza Hamburgiem nie pomyślał o moich maluchach. Możecie sobie wyobrazić, moje panie, jakie to będzie święto rodzinne!”
Podobnie jak wtedy, cesarz lub cesarzowa często zbierali na uroczystościach kilka kawałków konfetti, marcepanu lub czekolady, mówiąc:
„To dla maluchów w domu — przywiezione zawsze smakuje najlepiej. Zwłaszcza nasza mała łakomczuszka, mała Wiktoria, jest tego bardzo łakoma.”
O dzieciach przebywających daleko pamiętano wszędzie.
Z dalekiej obczyzny do dzieci codziennie frunęły pocztówki — z miłymi, a niekiedy i napominającymi słowami, pisane przez parę cesarską z troską i serdecznością.
Podczas gdy urodziny cesarza zawsze obchodzono w sposób oficjalny — z uroczystym nabożeństwem, paradą defiladową, galowym obiadem i galową operą — ten bogato wypełniony dzień oferował tylko bardzo niewiele czasu dla rodziny.
Inaczej było w dniu urodzin cesarzowej, 22 października, który zawsze obchodzono w Nowym Pałacu w mniejszym kręgu domowym.
Już o ósmej rano odbywał się koncert kapeli Pierwszego Pułku Gwardii Pieszej, rozpoczynający się chorałem:
„Chwal Pana, potężnego Króla chwały”
W jego dźwiękach para cesarska z dziećmi wchodziła do pokoju bilardowego, gdzie na dwóch stołach rozłożone były prezenty.
Otaczała je najbogatsza dekoracja kwiatowa. Sam cesarz starannie wybierał lub nabywał prezenty podczas swoich podróży.
Raz wśród nich znalazła się kosztowna bransoletka, która w artystycznej oprawie zawierała siedem miniaturowych portretów dzieci namalowanych na kości słoniowej oraz portret cesarza w kształcie serca.
Obok leżały prezenty dzieci: własnoręcznie wykonany ozdobiony notatnik, ładny rysunek, dziurkowany abażur, sklejony zamek — wszystko wykonane z miłością.
Cesarzowa wszystko z uwagą podziwiała, każdemu dziecku okazywała radosne uznanie.
O dziewiątej spożywano rodzinne śniadanie. Książęta ukradkiem mrugali do siebie i dawali potajemnie znaki, czego oczywiście rodzice zdawali się nie zauważać. Zaraz potem dzieci tajemniczo znikały.
Nagle otwierają się drzwi. Wchodzi młody rycerz, w pełnej zbroi, na jego tarczy widnieje orzeł Hohenzollernów. Pozdrawia mieczem i przynosi życzenia „z zamku Zollernów”, kończąc słowami:
„Obraz orła na tarczy herbowej,
Niech będzie dla Was dziś przepowiednią:
Jego lot, tak dumny, niech Was niesie, Bóg zechce,
Jego wzrok, tak odważny, niech Wam będzie dany,
Jego siła, tak wspaniała, niech będzie bronią i ochroną,
Jego skrzydło szerokie niech chroni kraj i lud.
To jest wierne błaganie przodków,
I niech Bóg Pan pozwoli, by się spełniło!”
Drzwi otwierają się ponownie. Wchodzi szlezwicko-holsztyński marynarz, składając pozdrowienia z północnej ojczyzny:
„Ojczyzna chce pozdrowić tysiąckrotnie.
To ojczyzna, która do Was spieszy —
Szlezwik-Holsztyn, na wieki niepodzielny.”
Trzeci raz otwierają się drzwi. Teraz ukazuje się markijski członek straży ziemskiej, który przynosi życzenia z Marchii:
„Tak więc przynoszę Wam wiernie i ciepło
Pozdrowienia z marchijskiego kraju.
Jak wierną matką kraju jesteście,
Doświadczyliśmy tego w szczęściu i cierpieniu.
My, Brandenburczycy, nie jesteśmy mniej
Wiernymi dziećmi wiernej matki.
Niech tak pozostanie przez wszystkie czasy:
‘Tu zawsze dobra Brandenburgia!’”
Rycerz, z którego przyłbicy błyszczą niebieskie oczy młodego następcy tronu, cieszy się:
„Że Północna i Południowa, i Środkowa Marchia
Jednoczą się przy tronie wiernie i silnie.”
Marynarz, książę Adalbert, wyznaje:
„Tylko jedność czyni silnym,
Lecz niezgoda pożera rdzeń kraju.”
A młody strażnik ziemski, książę Eitel Friedrich, dodaje:
„Tak, przyjaciele, to zawsze jest najlepsze —
Wewnątrz silni, na zewnątrz twardzi.
Wtedy jesteśmy chronieni każdego dnia —
Niech przyjdzie, co ma przyjść.”
W końcu wszyscy trzej łączą się w końcowej zwrotce:
„Więc dziś w tej uroczystej godzinie
Chcemy zawrzeć mocny związek —
Zjednoczeni wołamy w wiernym duchu:
‘Niech żyje Cesarz i Cesarzowa!’”
W Poczdamie, jak już wcześniej wspomniano, zawsze obchodzono również święta Bożego Narodzenia.
Już na wiele tygodni i miesięcy przed świętami cesarzowa starała się dyskretnie dowiedzieć, jakie są życzenia poszczególnych członków rodziny i otoczenia, aby zrealizować je ku radości obdarowanych.
Cesarz i cesarzowa osobiście dekorowali choinki, przy czym pomagali im panowie i damy dworu. Również prezenty ustawiali samodzielnie.
Jedno drzewko było przeznaczone dla pary cesarskiej, inne dla świty, a każde z dzieci i wnuków miało swoje własne drzewko, którego wielkość była dostosowana do wieku właściciela.
Po wspólnym śpiewie i recytacji historii Bożego Narodzenia cesarzowa prowadziła 70 do 80 osób służby do stołów, przekazując każdemu życzliwe słowo. Widocznie cieszyło ją, gdy obdarowani byli zaskoczeni otrzymanymi upominkami.
Ale cesarzowa troszczyła się w święta nie tylko o rodzinę i otoczenie, lecz także o wiele innych bliskich jej osób, a przede wszystkim o liczne instytucje dobroczynne.
W dużej sali Nowego Pałacu leżały całe góry najróżniejszych rzeczy: na długich stołach ułożone były koszule, pończochy, buty, płaszcze, ciepłe peleryny, książki i inne użyteczne przedmioty.
Były one pakowane w paczki i paczuszki. Cesarzowa siedziała przy osobnym stoliku, prowadziła listę i zarządzała, do kogo i dokąd mają zostać wysłane przesyłki — np. do dzieci w Cadinen, Rominten, Urville i innych miejscowościach.
„Tylko porządnie dawać i na pewno nie skąpo!” — tak często wołała do pomocników i pomocnic.
Te rodzinne uroczystości były pełne radosnych, szczęśliwych chwil, które jeszcze długo — bardzo długo — promieniowały.
Z pełnym prawem szwedzki biskup, który wielokrotnie miał okazję przebywać w obecności cesarzowej, podsumował swoją opinię w kilku, ale jakże prawdziwych słowach:
„To jest postać kobieca, która w swojej sympatycznej naturze, poprzez każde spojrzenie, każde słowo, daje dowody na tkwiącą w niej pewność siebie i jasno widzący umysł, jaki rzadko się spotyka.
Nie trzeba wiele spostrzegawczości, by rozpoznać, jaki wpływ ma ona na usposobienie swojego cesarskiego małżonka — ba! — że stanowi centrum jego życia.”
I z radością cesarz przyznawał to publicznie, nieraz i nie dwa.
Tak jak wtedy, gdy w grudniu 1901 roku, przebywając w Gocie z okazji obchodów 300-lecia urodzin księcia Ernesta Pobożnego, powiedział:
„Z poruszonym sercem tym chętniej podążyłem za wezwaniem, by tu przybyć,
gdyż z tego pięknego miasta wziąłem sobie żonę —
klejnot, który lśni u mego boku, który umożliwia mi pełnienie ciężkiego urzędu, jaki niebo na mnie nałożyło.”
A podczas uczty, którą 4 września 1904 roku prowincja Szlezwik-Holsztyn wydała dla pary cesarskiej w Altonie, cesarz odpowiedział na toast wzruszonym, podniesionym głosem:
„Równa królowej Luizie w popularności — zdobytej przez dzieła miłości dla biednych i cierpiących,
przez wzmacnianie i pielęgnowanie skarbu naszego narodu, ducha rodzinnego —
wizerunek cesarzowej jest niezatarcie wyryty w sercach wszystkich poddanych.
A Szlezwik-Holsztyńczycy z dumą spoglądają na wzniosłą córkę swojego kraju.
Gdy zatem wznoszę mój kielich, aby wypić za pomyślność Szlezwika-Holsztynu,
to odnosi się to przede wszystkim do mojej ukochanej małżonki —
jako szlachetnej córki tego pięknego, otoczonego morzem kraju,
jako pierwszej niemieckiej kobiety, którą Bóg niech zachowa dla nas wszystkich
jako dawczynię błogosławieństwa aż po dalekie czasy!”
Pełna miłości,
troskliwa matka…
Chłopcy dorastali. W swoje dziesiąte urodziny, 6 maja 1892 roku, książę koronny został przez ojca przyjęty do Pierwszego Pułku Gwardii Pieszej jako porucznik.
Przy tej okazji cesarz podkreślił w swoim przemówieniu:
„Chociaż książę koronny nie jest jeszcze w wieku, w którym mógłby pełnić służbę wojskową, to jednak jest niezwykle ważne, aby poznał te prawa dyscypliny i posłuszeństwa, które od zawsze stanowiły fundament armii.”
Wychowanie domowe przynosiło z pewnością wiele zalet. Jednak im starsi stawali się chłopcy, tym bardziej widoczne stawały się również pewne trudności.
Mimo że godziny lekcyjne były dokładnie przestrzegane, to w Berlinie i Poczdamie nie brakowało rozrywek i rozproszeń, które zajmowały i wpływały na wrażliwe młodzieńcze umysły.
Zdecydowano zatem, że dwaj najstarsi książęta będą kontynuować naukę z dala od Berlina — decyzja, z którą cesarzowa pogodziła się tylko z niechęcią.
Wybór miejsca nauki padł na Plön, spokojne miasteczko w Szlezwiku. Miały na to wpływ dwa względy:
– po pierwsze, należało ono do rodzinnych stron cesarzowej, – po drugie, było łatwo dostępne z Berlina.
Na wychowawcę książąt ponownie wyznaczono generała von Deinesa — człowieka o silnym charakterze, wszechstronnym wykształceniu, wychowanego także przez doświadczenia z długich podróży, w pełni przygotowanego do tej odpowiedzialnej roli.
Według ustaleń z parą cesarską generał von Deines opracował szczegółowe instrukcje dla wychowawców młodych książąt. Wśród wielu ważnych zdań znalazł się i ten fragment, skierowany szczególnie do wychowawców następcy tronu:
„Musi on — następca tronu — wkrótce zrozumieć, że w narodzie jest zupełnie inaczej niż w królewskim zamku. I że najniższy poddany, któremu z trudem udaje się utrzymać siebie i swoją rodzinę w sposób honorowy, a który mimo to nosi w sercu wierną miłość do swojego domu panującego — zasługuje na szacunek, być może większy niż niejeden pan odziany w ordery.
Miłość i wierność pruskiego narodu wobec jego Hohenzollernów nie jest czymś, co można brać za pewnik. Została ona pracowicie zdobyta przez szereg wielkich władców i ich czyny. Nie zawsze tak było i nie musi tak pozostać (1806, 1848).
Ten klejnot może być zachowany tylko przez to, że każdy w narodzie wie: »Mój król ma dla mnie serce — troszczy się, pracuje, modli się za mnie, jest dla mnie wzorem.”
Od wczesnych lat cesarzowa wpajała swoim dzieciom zasadę, by nie wyobrażały sobie niczego ze względu na swoje urodzenie i pozycję, by zawsze były skromne i uważały na innych.
Gdy nauczyciel religii dwóch najstarszych książąt, kapelan garnizonowy Frommel, zaproponował cesarzowej zaskoczenie księcia koronnego bajką na urodziny, ta wyraźnie zaznaczyła, aby powstrzymać się od wszystkiego, co mogłoby osłabić poczucie skromności chłopca.
Zgodnie z duchem cesarzowej, generał von Deines — gubernator książąt — przedstawił własną wizję nauczania religii i moralności, szczególnie w odniesieniu do następcy tronu:
„Nie może chodzić o nic wyższego, niż głęboko zakorzenić w duszy następcy tronu i jego brata ducha prawdziwej pobożności, autentycznej pokory, pozytywnej wiary.
To jest — obok wychowania do obowiązku — najlepsze, co Wasza Cesarska Mość i mężczyźni przez nią wyznaczeni mogą książętom dać na drogę życia.
I nigdy gleba nie będzie tak odpowiednia do przyjęcia tego ziarna i rozwinięcia go w żywy wzrost, jak właśnie teraz.
Jeśli Wasza Wysokość pragnie, aby przyszły następca tronu był prowadzony ku prawdziwej i niezłomnej pobożności, to nawet najlepszy człowiek w kraju ledwie będzie do tego odpowiedni.”
Zanim dla cesarzowej nadeszła ciężka godzina rozstania z dwoma najstarszymi ulubieńcami, cesarz sprawił jej serdeczną radość: zorganizował wspólną podróż na Sycylię, w której wzięli udział również książę koronny i Eitel Fritz.
Podróż rozpoczęła się 23 marca 1896 roku. Towarzyszył jej niewielki orszak, w którym — obok dam cesarzowej — znaleźli się superintendent generalny dr Ernst von Dryander oraz malarz marynista prof. Hans Bohrdt.
Delegacja udała się przez przełęcz Gottharda do Genui, skąd wsiadano na pokład lśniącego bielą „Hohenzollerna”.
Dzień później zakotwiczono w Neapolu, gdzie z powitalną wizytą przybył książę Henryk z małżonką. Do tego kręgu dołączył również ambasador Rzeszy w Rzymie, hrabia Bülow, późniejszy kanclerz, wraz z żoną — inteligentną i błyskotliwą.
Następnego dnia cała grupa wybrała się kolejką na Wezuwiusza, który znosił to tylko z głuchym pomrukiem — wierzchołek co jakiś czas wyrzucał kilka kamieni, przy akompaniamencie słabego dudnienia.
Życie na pokładzie statku nie miało charakteru dworskiego. Wieczorami odbywały się spotkania towarzyskie, pełne otwartych rozmów — każdy uczestnik mógł wyrazić swoje zdanie. Cesarz chętnie brał udział w ożywionych dyskusjach i z uwagą słuchał nawet głosów krytycznych.
Dryander zanotował w swoich wspomnieniach:
„Cesarz zawsze imponuje wszechstronnością swoich zainteresowań, szerokim zakresem wiedzy, szybkością pojmowania i niezawodną pamięcią.
Pewnego poranka zapukał do mojej kajuty, gdy pracowałem: »Czy chce pan ze mną obejrzeć maszynownię statku?«
Oczywiście! Wspinamy się po stromych, połyskujących od oleju żelaznych drabinach i stajemy przed okopconymi postaciami w kotłowni.”
„Cesarz zna każdą śrubę z nazwy. Wie, do czego służy każda część i życzliwie wyjaśnia wszystko mojej niekompetencji. Dobrze zna też każdy zakamarek aż do najniższych magazynów.
Przemierza z cesarzową kuchnie i wszystkie pomieszczenia — sprawdzają, czego można się spodziewać na śniadaniowym stole dla 20 osób — ale też, co przygotowano dla 400 członków załogi.”
„Codziennie, zanim rozlegnie się dzwon obiadowy załogi, cesarz sam osobiście sprawdza jakość przedstawionego mu posiłku.”
Nabożeństwa odprawiane na pokładzie przebiegały zawsze w nastrojowej atmosferze.
Na znak nabożeństwa z okrętu powiewała trójkątna chorągiew kościelna z czerwonymi pasami krzyża. Na rufie ustawiony był ołtarz, ozdobiony flagami, a za nim stała kapela, która intonowała chorały.
Ich dźwięki przyciągały uwagę niezliczonych pasażerów małych łodzi wiosłowych, które nieustannie krążyły wokół statku, nasłuchując z cichym zdumieniem.
Podczas podróży odwiedzono Sycylię — ze wszystkimi pamiętnymi i krajobrazowo pięknymi miejscami. Następnie przez Zatokę Kotorską (Cataro) udano się do Wenecji, gdzie dwór włoski oczekiwał swoich niemieckich gości, a wokół „Hohenzollerna” roiły się setki gondoli i smukłych pinas, z których pierwsze obsługiwali wioślarze w kolorowych kostiumach staroweneckich, przypominających stroje z czasów Cinquecento.
Przed galowym obiadem następnego dnia cesarzowa powiedziała do Dryandera:
„Przygotuj się — jeśli królowa Włoch zapyta cię, kim jest superintendent generalny, nie potrafiłam jej tego wystarczająco jasno wytłumaczyć.”
I rzeczywiście — było to pierwsze pytanie pięknej królowej Małgorzaty (Margherity).
Jeszcze tego samego wieczoru podróżnicy wyruszyli dalej, pociągiem przez Alpy do Wiednia, gdzie zostali przyjęci przez cesarza Franciszka Józefa — z jego zwykłą, prostą serdecznością.
Nie trzeba dodawać, jak wiele nowych i trwałych wrażeń otrzymali podczas tej podróży młodzi książęta, zwłaszcza że cesarz i cesarzowa sami — na każdym etapie — przekazywali synom elementy wiedzy historycznej, do której oboje przykładali wielką wagę.
Wkrótce nadeszła godzina rozstania książąt z domem rodzinnym.
Oprócz wojskowego wychowawcy, generała von Deinesa, oraz gubernatora, generała von Lynckera, do zespołu towarzyszącego książętom należeli: – profesor Esternaux – późniejszy dyrektor Gimnazjum Francuskiego w Berlinie, – profesor Sachse – odpowiedzialny za nauki przyrodnicze.
Jednak szczególna rola przypadła kaznodziei dworskiemu Emilowi Frommelowi. Był on bliski parze cesarskiej zarówno jako duchowny, jak i jako człowiek. Już od dwóch lat prowadził lekcje religii dla książąt, a obaj chłopcy głęboko go kochali i szanowali.
Frommel był zawsze mile widzianym gościem zarówno w pałacu starych majestatów, jak i w domu następcy tronu. Jego szczerość, pogoda ducha i błyskotliwość od razu zjednywały mu sympatię młodej pary cesarskiej.
Był „wierny królowi do szpiku kości”, jak sam mawiał, ale nigdy nie był pochlebcą, nigdy nie grał roli dworaka — i to bardzo go wyróżniało.
Ceniono u niego jego wolną naturę, i chętnie czyniono wyjątki. Na przykład gdy dostał zaproszenie na herbatę do Pałacu Marmurowego, przekazał przez posłańca:
„Dziś niestety nie mogę — ale jutro.”
Na co przyszła odpowiedź, wysłana przez następcę tronu:
„Jutro ja nie mogę.”
Uzgodniono więc pojutrze.
Ale nie tylko dystans wobec etykiety czynił Frommela wyjątkowym. Był kochającym i ofiarnym przyjacielem dzieci, miał głębokie zrozumienie ich duchowego świata i pielęgnował w nich to, co ludzkie i wartościowe.
Zawsze pragnął wychować ich na ludzi uczciwych, odpowiedzialnych — gotowych pewnego dnia godnie wypełniać swoje miejsce w życiu.
Jako kaznodzieja, przeniknięty poczuciem swojego wzniosłego powołania, potrafił mówić do ludu językiem ludu — tak, że każdy go rozumiał i każdemu trafiał do serca.
Był mistrzem — nie tylko kazalnicy — ale też budowania dialogu między klasami społecznymi. Tłumaczył wielkim, jak z uwagą słuchać głosu zwykłych ludzi — i równocześnie dawał pociechę tym, którzy zmagali się z trudami codzienności.
To był człowiek, o którym cesarzowa wiedziała, że nie mogła powierzyć synów w lepsze ręce — człowiek, który potrafił zrównoważyć surowość wojskowego wychowania z dużo ważniejszym dla nich kształtowaniem duszy i umysłu.
Między jeziorami i lasami malowniczo położone jest miasteczko Plön, nad którym góruje dawny zamek książąt Plön, przekształcony przez ostatniego z nich, Fryderyka Karola, w okazałą rezydencję i park.
Po jego bezdzietnej śmierci posiadłość przeszła na duńskiego króla Chrystiana VIII, który również dokonał wielu przebudów i często spędzał tu lato.
W czasie kampanii 1864 roku książę Fryderyk Karol miał tu swoją kwaterę główną. Później, w 1867 roku, zamek przeznaczono na pruski dom kadetów.
Szare mury nie pozbawione były romantyki — przez wieki przetrwały legendy o wcześniejszych mieszkańcach, zapewniające dorastającym chłopcom niezbędny dreszcz emocji w ciemnych korytarzach i rozległych piwnicach.
Okoliczny krajobraz — nieustanne przeplatanie się wody i lądu — był niezwykle urokliwy. Oferował mnóstwo okazji do pieszych i konnych wycieczek, powozów, wiosłowania, żeglowania i kąpieli.
Cesarzowa towarzyszyła swoim dwóm synom do Plön, gdzie dotarli rankiem 18 kwietnia.
Zostali powitani z największą radością — tym bardziej szczerą i entuzjastyczną, że cesarzowa przybywała jako rodaczka, a dla mieszkańców zaszczytem było, że właśnie na ich ziemi jej synowie mieli kontynuować naukę.
Przy dźwiękach dzwonów odbyła się uroczysta jazda do zamku, wzdłuż której stowarzyszenia i szkoły ustawiły szpalery.
Z nią samą, ze znaną sobie troskliwością, cesarzowa obejrzała dokładnie każdy szczegół w domu książęcym — dawnym pałacyku w parku, przystosowanym teraz do nowej funkcji.
Tu znajdowały się nie tylko mieszkania książąt, ale też kwatery generała von Deinesa i prywatne pokoje cesarzowej, ponieważ liczono się z jej częstymi wizytami.
Dwóch książąt uczyło się razem z sześcioma wybranymi kolegami — bez względu na rangę czy stan, a jedynie dzięki talentom i dobremu prowadzeniu się.
Kadra nauczycielska została uzupełniona przez wykładowców z Akademii Kadetów.
Na wyraźne życzenie cesarzowej nie wprowadzono żadnych przywilejów. Do młodych książąt zwracano się:
„Pan” – lub: „Książę Wilhelm”, „Książę Fritz”.
Inne tytuły były niedozwolone.
Z inicjatywy cesarzowej jej synowie często gościli w domu Emila Frommela, co też odpowiadało życzeniom duszpasterza. Przez bliski kontakt, wspólne spacery, wycieczki i rodzinne spotkania chciał on utrzymać zaufanie chłopców.
Często przychodzili do niego na skromną kolację, po której czytano na głos, grano w gry, lub pod kierunkiem małżonki Frommela, która na starość znów sięgnęła po ołówek i pędzel, wykonywano prace plastyczne z okazji urodzin i świąt.
Obok tego, Frommel przygotowywał chłopców do konfirmacji, z pełnym oddaniem i wewnętrzną żarliwością.
Przy pożegnaniu w Berlinie powiedział do kręgu przyjaciół:
„Idę teraz spełnić ostatnie zadanie mojego życia — i ze światłem i doświadczeniem, które mi dane, być czymś dla młodych cesarskich książąt. Rozpalić ich serca dla duchowych, wiecznych spraw, aby w korę młodego drzewa wciąć imię Boga — żeby rosło z nimi i stało się wielkie.”
Nie danym mu było wypełnić tego zadania do końca.
Po kilku miesiącach jego pracy powróciły objawy dawnej dolegliwości, którą wcześniej w Berlinie próbowano leczyć operacyjnie.
23 października, w szpitalu joannitów w Plön, odbyła się druga operacja. Przebiegła pomyślnie, ale wkrótce pojawiły się nowe komplikacje.
O świcie 9 listopada kaznodzieja zamknął oczy do ostatniego snu. Jego ostatnie słowa do ukochanej małżonki brzmiały:
„Pozdrów książęta.”
Przy jego łożu śmierci czuwała cesarzowa, która — gdy tylko dowiedziała się o postępującej chorobie — natychmiast pospieszyła do Plön.
Była głęboko wstrząśnięta tą stratą.
Następnego dnia zaprowadziła swoich synów do pokoju zmarłego. Po raz pierwszy w życiu spojrzeli śmierci w twarz.
Ale blask przemienienia, który spoczywał na łożu śmierci ich ukochanego kaznodziei, usunął wszystkie grozy śmierci. Była to jakby ostatnia lekcja konfirmacji, jaką przekazał im zmarły duszpasterz.
Po śmierci Frommela jego miejsce zajął superintendent generalny dr Ernst von Dryander — godny następca godnego poprzednika.
Nowy duchowny zamieszkał w domu Frommela w Plön, przytulnej willi usytuowanej na uboczu, pod osłoną wielkich kasztanowców, blisko małego jeziora Plöner See.
Na jego dachu klekotały dwa bociany – symbol domowego ciepła – do których, jak mówiła miejscowa legenda, dzieci z Plön codziennie wznosiły swoje prośby.
Na prośbę cesarzowej jej synowie często przebywali w domu Dryanderów – przychodzili na kolację, po której czytano Fritza Reutera lub inne dzieła. Nierzadko rozgrywano też z kolegami zawołane gry, organizowano podróże do Jerozolimy i tym podobne zabawy, które kończyły się zawsze tym samym: Dryander odprowadzał chłopców do książęcego domu.
W swoich pamietnikach następca tronu wraca do tego okresu z wielkim sentymentem. Pisze, że domowa edukacja, choć pełna miłości i wartości, pozostawiła też pewne luki w wiedzy, które musiały zostać uzupełnione dodatkowymi zajęciami po przybyciu do Plön:
„W Plön została utworzona dla mnie i mojego brata Fritza specjalna Szkoła Książęca. Każdy z nas miał po trzech współuczniów. Nie było mile widziane, byśmy mieszali się z kadetami, Lecz zawsze przekraczaliśmy te ograniczenia. Od pierwszego dnia wykorzystywaliśmy każdą okazję, aby nawiązać przyjacielskie relacje także ze wszystkimi chłopcami z korpusu.”
„Mecze piłki nożnej, zawody wioślarskie, bitwy na śnieżki kompanii — to dla mnie nadal piękne wspomnienia. Wielu moich kolegów z tamtych lat, pochodzących z różnych środowisk, zostało moimi wiernymi przyjaciółmi.”
„Podczas wojny często niespodziewanie spotykałem któregoś z dawnych kolegów — gdzieś w rozległej Francji — i wtedy pomiędzy całą powagą czasu rozbłyskiwało krótkie wspomnienie jasnych lat młodości.”
W innym miejscu wspomnień następca pisze o swojej nauce rzemiosła:
„Na moje specjalne życzenie w Plön mogłem odbyć naukę u mistrza tokarskiego. U Hohenzollernów to tradycja — każdy książę poznaje jakieś rzemiosło.”
„Oczywiście, nie powinno się tego traktować zbyt poważnie — to gest i symbol — ale nie udaję, że mógłbym z tego wyżyć…”
„Choć umiejętności tokarskie doskonaliłem z radością i przez lata, to najważniejsze było dla mnie to, że mistrz i uczeń traktowali pracę zupełnie serio.”
„Mój nauczyciel stawiał wymagania, uczył solidnie, a ja czułem się u niego doskonale — W skromnym, bardzo schludnym domu, wśród prostoty rzemieślniczego życia.”
Kontakty książąt w Plön nie ograniczały się do szkoły.
Odwiedzali rodziny nauczycielskie, utrzymywali serdeczne relacje z uczniami gimnazjum w Plön. Książę Wilhelm wspomina też:
„Miałem niejednego ‘przyjaciela’ wśród okolicznych rolników. Sam też nieco orki za sobą mam — i do dziś pamiętam dumę, gdy udało mi się zrobić prostą, porządną bruzdę!”
Zajęcia i tryb życia chłopców w Plön były dokładnie uregulowane.
Wstawano o godzinie szóstej rano. Pół godziny później podawano śniadanie, po którym rozpoczynały się lekcje — trwające do południa, z dziesięciominutowymi przerwami między każdą godziną.
Dziesięć minut po zakończeniu lekcji spożywano prosty obiad.
Od pierwszej do czwartej po południu odrabiano zadania domowe. Następnie, w zależności od pory roku, odbywała się godzina gimnastyki lub pływania.
Potem nadchodził czas wolny — można było grać w piłkę nożną, tenisa, krokieta, uprawiać inne sporty, a także korzystać z przejażdżek konnych, rowerowych, wiosłowania czy żeglowania.
Nie zaniedbywano również ogrodnictwa — każdy z uczniów miał swój mały ogródek, a szczególną radość przynosiło budowanie ozdobnych kamiennych grot.
Ponad wszystko, następca tronu nie zaniedbywał gry na skrzypcach. Co dwa tygodnie przyjeżdżał z Hamburga nauczyciel, który sprawdzał postępy swojego ucznia.
O godzinie siódmej wieczorem podawano kolację, która trwała tylko pół godziny. Potem książęta mogli jeszcze przez półtorej godziny korzystać z czasu wolnego. O dziewiątej udawali się na spoczynek.
Obaj książęta chętnie podporządkowywali się nauczycielom i obowiązkom.
Następca tronu był już stosunkowo wcześnie dojrzalszy od rówieśników — miał wyrazistą osobowość, samodzielne myślenie, własną wolę, poważne dążenia i był wierny w wypełnianiu obowiązków.
„W nim mężczyzna walczy z chłopcem” — jak celnie zauważył jeden z jego nauczycieli.
I tak poważny, jak był w nauce — z równą radością udzielał się w zabawie i innych rozrywkach, zawsze jako dobry kolega, pozostając przy tym skromnym i uprzejmym, o ciepłym sercu i głębokiej empatii.
Tęsknota za domem bywała często silna. Czuło się ją zarówno w listach, jak i w rozmowach, zwłaszcza gdy chodziło o miłość do matki.
Dni do rozpoczęcia wakacji odliczano starannie — najpierw tygodnie, później dni, a wreszcie godziny, aż do chwili, gdy można było znów pojechać do Berlina lub Poczdamu.
Opowiada się z tych czasów uroczą anegdotę:
Pewnego wieczoru, w ostatni dzień nauki, Eitel Fritz powiedział do swojego brata:
– „Czy nie chcemy czegoś przywieźć mamie?”
– „Tak, ale co?”
– „O, wiem już, co sprawi jej radość. Masz pieniądze?”
– „Niewiele.”
Obaj zaczęli przeliczać swoje grosze.
– „To wystarczy! Chodź ze mną.”
Weszli do sklepu spożywczego.
– „Czy macie świeży chleb?”
– „Tak, bardzo świeży.”
– „To proszę jeden bochenek. A macie też świeże masło?”
– „Wyśmienite.”
– „Ile kosztuje?”
Usłyszawszy cenę, chłopcy znów gorliwie przeliczyli pieniądze.
– „To proszę funt.”
Promieniejąc szczęściem, opuścili sklep z zakupami.
– „No? Myślisz, że mama się ucieszy?” — zapytał Fritz.
– „Pomyśl tylko: prawdziwy holsztyński chleb i prawdziwe holsztyńskie masło! Tego nie jadła już od dawna! A przecież jest holsztyńskim dzieckiem — A chleb z ojczyzny, wiesz przecież — zawsze smakuje najlepiej!”
Jaka radość panowała w domu książąt, gdy pojawiała się cesarzowa — a zdarzało się to często.
Po raz pierwszy przyjechała już 6 maja 1896 roku, tuż po tym, jak wcześniej przywiozła tam swoich synów. Była to zupełnie niespodziewana wizyta — dokładnie w dniu urodzin następcy tronu, pierwszych urodzin spędzonych poza domem rodzinnym.
I nie przybyła sama — książęta Adalbert, August Wilhelm i Oskar towarzyszyli jej i radośnie otaczali starszego brata, którego serce niemal słyszalnie biło z radości.
Na łące cesarzowa wesoło bawiła się z dziećmi, podczas gdy orkiestra 31. pułku grała melodie.
Nic nie było ogrodzone — ludność miała swobodny dostęp i mogła uczestniczyć w atmosferze wydarzenia.
Tego samego dnia, na jej życzenie, kaznodzieja dworski D. Frommel poświęcił książęcy dom — wyraźnie definiując go jako:
„Dom modlitwy, miejsce pracy, miejsce pokoju i dom pielgrzyma.”
Po południu w zamku odbyło się skromne przedstawienie teatralne na cześć solenizanta, w którym uczestniczyła cesarzowa razem z książętami.
Wieczorem ukochana matka musiała już wrócić do Berlina.
Pożegnanie było trudne — zarówno dla niej, jak i dla synów.
Ale rozłąka nie trwała długo: pod koniec czerwca cesarzowa, poruszona tęsknotą, ponownie przybyła do Plön — na trzy dni.
Codziennie odbywały się przejażdżki po okolicy. Podczas jednej z nich cesarzowa rozmawiała po dolnoniemiecku z małym wiejskim chłopcem.
Na pytanie, jak daleko jeszcze do kolejnej miejscowości, odpowiedział:
„Noch een good halw Stün.” (Jeszcze dobrej pół godziny.)
Kiedy później, podczas kolacji, cesarzowa powiedziała, że najwyższy czas myśleć o pożegnaniu, Eitel Fritz zawołał:
„Nicht doch, Mutting, noch een good halw Stün!” (Nie, mamusiu, jeszcze dobrej pół godziny!)
Mimo bólu rozstania, słowa te wywołały ogólną wesołość.
Innym razem, gdy cesarzowa z synami patrzyła z wzniesienia na miasto, jezioro i okoliczną idyllę, powiedziała entuzjastycznie:
„To jest cudowne, cudowne!”
Wówczas Eitel Fritz z radością odpowiedział:
„Tak, mamo, to jest cudowne — ale naprawdę się to zauważa dopiero, gdy ty jesteś z nami!”
Jak piękny obraz roztacza przed nami Dryander, opisując wizytę cesarzowej w Plön:
„Cesarzowa mieszkała wówczas w ciasnych pomieszczeniach Pałacu Książęcego — była wzruszającą, czułą matką.
To, co kiedyś napisała mi o urodzinach następcy tronu i o »poważnych i wielkich wrażeniach«, jakie odniósł z obchodów tego dnia w kaplicy Domu Kadetów, rozlewało się jak słońce na całe jej życie — aż po dni cierpienia.
W tym życzliwym, troskliwym, słonecznym usposobieniu skupiała wszystko — najpierw cesarskiego małżonka i dzieci, ale także własną matkę i cesarzową Fryderykę, które obie zmarły w cierpieniu.
Mogliśmy tym bardziej cieszyć się jej niewinną naturą, ponieważ urokliwe strony w Plön uwalniały ją od nerwowego zgiełku dworu.
Gdy książęta pocili się w szkole, często wybierała się ze mną na długie spacery po parku,
by dowiedzieć się, jakie są ich szkolne postępy. Wieczorami bywali u niej uczniowie.”
„Pamiętam, jak pewnego razu wystawiono kazanie kapucynów i inne sceny z obozu Wallensteina, po czym książęta mieli zaprezentować swoje umiejętności taneczne, a podczas gdy wszyscy szybko zsuwaliśmy dywany w jadalni, cesarzowa tańczyła z synami walca do akompaniamentu pianina Esternaux.”
Jednak pobyt cesarzowej w Plön nie zawsze był wypełniony beztroską radością.
Już pod koniec sierpnia przyjechała zaniepokojona stanem zdrowia synów, a towarzyszył jej generał-lekarz dr Funker, który jednak szybko ją uspokoił.
Niestety — zaraz po jej powrocie do Berlina, książę Eitel Fritz uległ wypadkowi — upadł podczas jazdy konnej i doznał poważnych obrażeń, z których długo dochodził do zdrowia.
Cesarzowa opiekowała się nim na ile to było możliwe, często spędzając kilka dni przy synu w Plön.
Również cesarz przyjechał jesienią, by upewnić się, że Eitel Fritz całkowicie wraca do zdrowia. Oboje obserwowali defiladę kadetów i wyrazili duże zadowolenie ze szkolnych postępów i warunków.
Kolejne urodziny następcy tronu nie mogły być tak radosne jak rok wcześniej — obaj książęta przechodzili wietrzną ospę. Wszystkie zaplanowane na ten dzień uroczystości zostały odwołane, mimo to orkiestra pułkowa pułku Królowej z Flensburga zagrała swoje melodie, kadeci przemaszerowali śpiewając patriotyczne pieśni przed domem książęcym i trzykrotnie wiwatowali na cześć jubilata.
Aby nie narażać pozostałych dzieci na zakażenie, cesarzowa pojawiła się dopiero w czerwcu, potem często powtarzała swoje wizyty.
Pewnego razu – już później – cesarzowa udała się w odwiedziny do swojego najmłodszego syna Joachima, który jako dziecko raczej słabe i często chorujące przebywał w Korpusie Kadetów w Plön.
Wiedziała, jak bardzo cierpiał z powodu tęsknoty, i postanowiła zaskoczyć go w dniu jego urodzin, 17 grudnia.
Ponieważ ruch pasażerski między Lubeką a Plön zimą był ograniczony, cesarzowa kazała przyłączyć swój salon do pociągu towarowego nocnego, który, choć często się zatrzymywał, mijał książęcą stację już o 7:45 rano.
Wczesnym rankiem cesarzowa przeszła przez park, ukrywając się za drzewami, aby nie zostać zauważoną. W końcu podeszła do drzwi domu i zadzwoniła.
Otwierający sługa otworzył szeroko oczy ze zdumienia, ale jeszcze szybszy był radosny okrzyk, który wydarł się z ust młodego jubilata — matka stanęła przed nim!
Objął ją i cesarzowa uściskała go w ramionach.
Dwaj najstarsi książęta zawsze spędzali wakacje razem z braćmi i matką.
Latem 1897 roku wszyscy przebywali w Tegernsee, podczas gdy cesarz odbywał podróż po krajach nordyckich. Nad pięknym bawarskim jeziorem książęta nawiązali bliską przyjaźń z dziećmi księcia Karola Teodora Bawarskiego.
Podejmowano wiele wspólnych wypraw w góry — panująca tam atmosfera była swobodna i radosna.
Jak przekazano, musiał to być zabawny widok dla postronnych obserwatorów, gdy:
– kaznodzieja dworski Dryander – oraz major von Gontard, który zastąpił generała von Lynckera, wędrowali na czele, za nimi cesarzowa i cała gromada dzieci, śpiewając maszerowali gęsiego wąską ścieżką przez łąki.
Echo od ścian górskich powtarzało pieśń Scheffela „Als die Römer frech geworden” („Gdy Rzymianie stali się bezczelni”), aż do chwili, gdy w pobliżu zabudowań cesarzowa zarządziła ciszę.
Kontakty z ludnością były pełne prostoty i naturalności — wycieczki do Kreuth, rejsy po jeziorze, wieczory w willi cesarzowej zachowywały ciepły, serdeczny charakter.
Szczególnie wesoła okazała się wycieczka nad jezioro Achensee, w której uczestniczyli: książęta Wilhelm i Eitel Fritz, ich młodsi bracia Adalbert i August Wilhelm („Auwi”), Dryander, major von Gontard, lekarz przyboczny dr Funker.
Książęta właśnie przeczytali opowiadania Heinricha Seidela o Lebrechcie Hühnchenie i postanowili wykorzystać pomysł w praktyce.
Wszyscy mieli podróżować pod nazwiskiem rodziny Neumann — tak samo nazywał się jeden z kurierów dworskich.
Imiona Wilhelm, Fritz, August i Albert uznano za dostatecznie „zwyczajne”. Dryander stał się Hühnchenem, dr Funker – wujkiem, major von Gontard – majorem z przeszłości.
Radość unosiła się w powietrzu, jednak mogła szybko się zmienić — wszystko groziło przerwaniem wskutek kontroli granicznej. Na szczęście sytuacja się rozładowała, gdy nastąpiło ujawnienie tożsamości, ku rozbawieniu urzędnika.
Natomiast białym krawatem gospodarza w Achensee, który już przy zamawianiu obiadu coś podejrzewał, incognito zostało skutecznie zdemaskowane.
Mniej przyjemny przebieg miała inna przygoda — rejs po jeziorze do Pertisau, podczas którego rozpętała się gwałtowna burza, a przewoźnik był wyraźnie pod wpływem alkoholu.
Towarzysze naprawdę odetchnęli z ulgą, gdy znów byli bezpieczni na lądzie.
Wiosną następnego roku książęta spędzili kilka tygodni z rodzicami w Homburgu.
I tutaj nie przerywano pracy nad sobą — lekcje z Dryanderem trwały nadal.
Cesarzowa regularnie w nich uczestniczyła, brała aktywny udział, rozmawiała z duchownym o rozwoju duszy następcy tronu, o jego budzącej się męskości i niezależności, a także o wciąż dziecięcym i lgnącym do matki Eitelu Fritzu. Również cesarz uważnie śledził rozwój swoich synów.
Dryander pisał o książętach:
„Obaj byli pilni, obowiązkowi, dziecinni i chętni. Następca tronu z własną, krytyczną postawą, z samodzielną wolą —cechą, którą cenił nie kto inny jak sam książę Bismarck.”
I dalej wspominał:
„Kiedy wiosną 1898 roku chcieliśmy zabrać następcę tronu z wizytą do Friedrichsruh
i pojechałem tam, by pośredniczyć, pierwsze pytanie księcia Bismarcka brzmiało:
»Czy jest uparty?«
I z zadowoleniem przyjął odpowiedź twierdzącą: »Jest — na tyle, na ile książę w ogóle może być uparty.«”
„W rzeczywistości wszystko — od lekcji religii po musztrę —było tak głęboko podporządkowane pojęciu »służby«, że nie było mowy o oporze wobec nauczyciela.”
„Raczej naszym celem wychowawczym było takie układanie relacji z kolegami,
by ukształtować w nich swobodne i prawidłowe poczucie samodzielności —
które miało rozwinąć się naturalnie.”
Nauka została przerwana w drugiej połowie maja 1898 roku, gdyż zbliżała się konfirmacja następcy tronu i jego brata Eitela Fritza.
Wcześniej książęta napisali swoje osobiste wyznania wiary, które zostały odczytane podczas uroczystości konfirmacyjnej, odbywającej się 22 maja w Kościele Pokoju w obecności rodziców i wybranych gości.
Dryander oparł kazanie konfirmacyjne na słowach z Listu do Rzymian:
„Nie wstydzę się Ewangelii Chrystusowej.”
Po nabożeństwie, podczas uroczystego obiadu, cesarz zabrał głos, aby przekazać swoim synom głęboko osobiste wyznanie wiary oraz poważne ojcowskie napomnienia na dalszą drogę życia.
Dwa lata później, po tym jak następca tronu i jego brat zdali egzamin dojrzałości w Plön — uzyskując przeważająco oceny dobre, a częściowo nawet doskonałe — nadszedł dzień kolejnej przełomowej uroczystości.
6 maja 1900 roku, w obecności sędziwego cesarza Austrii i wielu książąt oraz gości, odbyło się ogłoszenie pełnoletniości następcy tronu.
Cesarz wyznaczył Dryanderowi tekst kazania, które miało być wygłoszone podczas uroczystego nabożeństwa w kaplicy zamkowej. Wybór padł na słowa z I Księgi Królewskiej:
„Bądź mocny i bądź mężczyzną,
i strzeż nakazów Pana, Boga twego,
aby chodzić Jego drogami,
i przestrzegać Jego praw, poleceń i nakazów,
aby ci się powiodło we wszystkim, co będziesz czynił,
i wszędzie, dokądkolwiek się zwrócisz.”
Kazanie wywarło ogromne wrażenie na wszystkich zgromadzonych — szczególnie na następcy tronu, do którego Dryander przemawiał z duchową powagą, nie przemilczając niczego — nawet wobec książąt i królów.
Mówił m.in.:
„Aby móc działać, trzeba najpierw kimś być! Bądź mężczyzną — nieskażonym pochwałami, niezgorzkniałym kłamstwem i złością, odpornym na upartą pychę,
mężczyzną, który pewnie kroczy ścieżką obowiązku.”
A na zakończenie:
„Cóż, młody sterniku, trzymaj mocno swoje wiosło! Strzeż swojej duszy, aby nie utonęła w pysze i żądzy, aby nie rozpłynęła się w przemijających obrazach świata!”
Również cesarz, w ojcowskiej trosce, skierował do swego syna słowa napomnienia:
„Dziś stawiasz ważny krok w życiu. Ranga następcy tronu została tak wyniesiona przez twojego świętej pamięci dziadka, który większość i najważniejszą część swojego życia spędził właśnie na tej pozycji, że będzie wymagać pracy całego życia i całej twojej męskiej siły,
aby utrzymać tę pozycję tak, jak żyje ona w sercach niemieckiego narodu i armii — od czasów twojego dziadka.”
„Szacunek, który twój dziadek zdobył dla pozycji niemieckiego następcy tronu wobec społeczeństwa niemieckiego i wobec świata, jest dla ciebie dziedzictwem. Musisz je zachować nienaruszonym — i pomnażać.”
„Uświadom sobie, że potrzebujesz całej swojej męskiej siły, aby sprostać temu wysokiemu i pięknemu zadaniu.”
Następca tronu pełnoletni, najstarszy syn opuszczający dom rodzinny — jak głęboko musiała to przeżyć cesarzowa...
Ona, która z czułą sumiennością i najofiarniejszą miłością strzegła dotąd i pielęgnowała swojego najstarszego syna — posiadając jego całą miłość i całe zaufanie.
I tak pozostało, gdy syn osiągnął niezależność i poszedł własną drogą.
Zawsze miała dla niego zrozumienie — dla jego czynów i zaniechań, dla jego zmagania się z losem, dla jego poczucia ograniczenia, związanego z obowiązkami książęcymi.
On sam — ten, który często ciężko dźwigał "kajdany pozycji", wspominał:
„Tylko jeden człowiek miał także w tych sprawach zrozumienie dla mojego ograniczenia i zrozumienie dla mojego pragnienia, by być mniej »następcą tronu«, a bardziej współżyjącym i współodczuwającym człowiekiem: moja ukochana matka.”
„I zawsze na nowo, gdy siedziałem z nią podczas takich rozmów, czułem, jak wiele z jej istoty przeszło na mnie — tylko że w mojej krwi męsko broniło się to, co w niej w końcu dostosowało się i znalazło spokój.”
„Do tego pogodzenia się z losem czerpała z pewnością silną, nigdy nie zawodzącą siłę z głębokiej religijności swojej istoty.” Tak syn mówił o swojej matce.
W służbie miłości bliźniego
Pewna szlachetna niemiecka księżna powiedziała kiedyś do jednego z naszych najbardziej znanych poetów:
„Jestem bardziej przydatna jako przyjaciółka dla nieszczęśliwych niż dla szczęśliwych.”
Te piękne słowa można by w równym stopniu odnieść do cesarzowej — tak jak i cytat z Antygony:
„Nie jestem tu, by nienawidzić, lecz by kochać.”
Już jako młoda księżniczka w Przemkowie cesarzowa powiedziała kiedyś:
„Książęta są właściwie przeznaczeni dla biednych, aby im służyć.”
W innym miejscu wspomniano, że synowie, żartobliwie, nazywali ją »Panią Troską«.
Bo troszczyła się — nieustannie: o męża, dzieci, najbliższych… ale przede wszystkim, świadoma swojej roli matki kraju, o uciskanych i przygnębionych, chorych i biednych, tych, którzy cierpieli w milczeniu.
Ale czy kierowało nią tylko poczucie obowiązku?
Nie.
Była to głęboka potrzeba serca, obecna już od młodości. Cesarzowa miała w sobie naturalny odruch, by pomagać, łagodzić, osuszać łzy, podnosić nieszczęśliwych.
Nigdy nie pragnęła, by dzieła miłosierdzia trafiały do opinii publicznej. Chciała działać po cichu, być obecna wszędzie tam, gdzie biedy i nieszczęście rozsnuwały swoje ponure cienie — gdzie mogła interweniować, niosąc ulgę i pocieszenie.
Była samarytanką na tronie — każdą wolną chwilę, którą pozostawiały jej obowiązki rodzinne i państwowe, wykorzystywała na czynienie dobra i inspirowanie innych do dobra.
Trudno w kilku słowach ująć wszystko, co cesarzowa uczyniła na przestrzeni wielu lat swojej działalności charytatywnej.
Z każdym rokiem jej spojrzenie stawało się bardziej przenikliwe, a osąd dojrzalszy.
Rozumiała, jak poszerzać zakres działania i jak angażować coraz szersze kręgi społeczne w pomoc bliźnim.
Wiedziała, że działa całkowicie w duchu cesarza, do którego często się zwracała i który chętnie wspierał jej prośby, skierowane ku religijnej i moralnej biedzie ludu.
To głębokie współczucie, które — jak już wspomniano — cesarzowa okazywała już w bezpiecznym, beztroskim dzieciństwie w Przemkowie, jeszcze się pogłębiło, gdy w życiu codziennej służby królewskiej zajrzała w nędzę szerokich kręgów społecznych, zwłaszcza Berlina i innych wielkich miast.
Już jako księżna Wilhelm, przyszła cesarzowa została wprowadzona przez sędziwą cesarzową Augustę w zakres działalności socjalnej i opiekuńczej.
Jak już wcześniej wspomniano, wspólnie z mężem starała się pogłębić i poszerzyć działania powołanego do życia Ewangelicko-Kościelnego Stowarzyszenia Pomocy — i to z najlepszym skutkiem.
Po wojnie 1870/71, wskutek gwałtownego rozrostu Berlina i innych dużych miast, nastąpiło zaniedbanie kościelne. Istniały parafie liczące ponad 100 000 dusz, którymi Kościół mógł zajmować się jedynie w ograniczonym zakresie.
Nowe stowarzyszenie miało temu przeciwdziałać — interweniowało wszędzie tam, gdzie siły Kościoła nie wystarczały.
Prośba ówczesnej księżnej następczyni tronu, skierowana 26 maja 1888 roku do Pana von Levetzowa — wiernego przyjaciela i doradcy rodziny królewskiej — znalazła szerokie poparcie:
„Stowarzyszenie jest powołane do współpracy w pięknym, poważnym i odpowiedzialnym zadaniu na gruncie Ewangelii i w ścisłym powiązaniu z Kościołem. Będzie wspierać i promować już istniejące dążenia podobnego rodzaju, starać się inicjować nowe, niezbędne prace, a także pomagać w usuwaniu wad rozproszenia poprzez planową organizację na polu misji wewnętrznej.
Do Pana, szanowny Panie von Levetzow, i do wszystkich, którzy chcą nieść ludowi Ewangelię,
kieruję prośbę płynącą z głębi serca:
niech w tym dziele, które rozpoczynamy w imię Boże i z prośbą o Jego błogosławieństwo,
pokój i pojednanie, które przyniósł i pozostawił Zbawiciel świata, będą naszą przewodnią gwiazdą we wszystkim.
Składajmy nasze życzenia, troski i nadzieje bardziej na Boże ojcowskie serce,
niż polegajmy na ludzkich radach i sile. Tylko przez jedność w duchu przybliżymy i zachowamy religię dla tych, którzy oddalili się od Kościoła.”
Już rok później młoda cesarzowa mogła z radością napisać w liście do pana von Levetzowa:
„Organizacja została ukończona w całym kraju — wszędzie rozpoczęto wspólną pracę. W miarę moich sił będę starała się służyć i inspirować pracę wiary i miłości, która już odbywa się w naszym narodzie, by złagodzić nędzę — zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną — aby wypełnić mój obowiązek wobec Boga i ludzi.
Oby wobec wszystkich tendencji negujących i rozkładających nasza wspólna praca na fundamencie Słowa Bożego i w wiernym naśladowaniu naszego Pana została pobłogosławiona — aby leczyć rany, okazywać miłosierdzie, wprowadzać pokój i w ten sposób zwyciężać zło dobrem.”
Jako uzupełnienie i rozwinięcie działalności stowarzyszenia, 2 maja 1890 roku zostało założone Ewangelickie Stowarzyszenie Budownictwa Kościelnego, którego protektorat również objęła cesarzowa.
Również to dzieło szybko rozkwitło i mogło rozwinąć szeroką działalność — wspierane finansowo przez:
– samego cesarza, rozmaite stowarzyszenia, i gminy lokalne.
Zawsze była to wielka radość pary cesarskiej, gdy mogło dojść do poświęcenia nowego Domu Bożego.
W samym tylko Wielkim Berlinie, już po szesnastu latach działania, gotowe były 58 nowo wybudowanych kościołów, a 16 kolejnych było w budowie.
Działalność stowarzyszenia wykraczała daleko poza granice Berlina — uczestniczyło w budowie:
– kościołów, sal modlitewnych, domów parafialnych, a nawet wspierało projekty za granicą:
w Wenecji, Florencji, Konstantynopolu, Jerozolimie, Jafie i Smyrnie.
Te budowy nie tylko zaspokajały kościelne potrzeby, ale także:
– dawały pracę i zarobek wielu tysiącom ludzi, pobudzały twórczość w rzemiośle artystycznym, ożywiały muzykę kościelną, a architektura sakralna przeżywała prawdziwy rozkwit.
Powstawały nowe świątynie — z których przykładem najbardziej znanym i wzniosłym jest Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma w Berlinie — do dziś uznawany za arcydzieło architektury sakralnej.
Choć oba stowarzyszenia — Ewangelicko-Kościelne Stowarzyszenie Pomocy oraz Ewangelickie Stowarzyszenie Budownictwa Kościelnego — wykonywały tak błogosławioną pracę w celu podniesienia religijno-moralnych problemów narodu, z czasem zaczęto dostrzegać wyraźnie, że sama praca duszpasterska już nie wystarcza.
Tam, gdzie ludzi przytłacza bieda zewnętrzna — czy to brak pracy, choroba, problemy mieszkaniowe czy inne życiowe troski — Kościół musi nieść również pomoc praktyczną, a nie tylko duchową.
W wielu przypadkach to właśnie pomoc materialna staje się mostem do duchowego ratunku — najpierw trzeba ukoić cierpienie ciała, by móc dotrzeć do duszy.
Aby ten ostateczny, najwyższy cel mógł być osiągnięty, konieczne było, by pomoc duszpasterska i zewnętrzna nie działały oddzielnie, ale w ścisłej jedności — jedna wzmacniając drugą.
I tak właśnie para cesarska — a przede wszystkim cesarzowa — została poprowadzona na pole działalności, gdzie duszpasterstwo i pomoc socjalna łączą się w sposób niemal doskonały: na pole pracy diakonis.
Cesarzowa od dawna pragnęła, by tak błogosławiona forma służby, jaką była działalność diakonis, została rozszerzona i udostępniona szerszemu społeczeństwu.
Chociaż w samym Berlinie wiele sióstr-diakonis działało jako siostry parafialne, to na jedną siostrę często przypadała parafia licząca 50 000 dusz!
Taka siostra ledwo mogła odwiedzić wszystkich chorych, nie mówiąc o ich pielęgnacji, dalszym towarzyszeniu, czy opiece nad rodziną chorego.
Jak mogła zaopiekować się małymi dziećmi, gdy matka leżała w szpitalu, kto troszczył się o ojca, który wracał zmęczony do pustego domu? Czy znalazł przygotowany obiad, czyste mieszkanie, człowieka, z którym można porozmawiać?
Również tutaj Ewangelicko-Kościelne Stowarzyszenie Pomocy próbowało interweniować.
W maju 1890 roku przydzielono dwadzieścia sióstr do pracy w czterech placówkach. Ich liczba z roku na rok rosła.
Ale — jak to bywa — im szerzej rozwijała się działalność, tym bardziej widoczne stawały się potrzeby i nędza, tym większe stawały się zadania.
Pojawiało się pytanie:
Kto będzie finansować utrzymanie coraz liczniejszych stacji opiekuńczych?
Kto zapewni żywność, odzież, sprzęt dla chorych?
Kto pomoże siostrom, gdy zabraknie im sił?
I znowu to cesarzowa, radą i czynem, podjęła inicjatywę.
Zrozumiała, że potrzebna jest pomoc kobiet całego narodu i dlatego wystosowała dekret, w którym 4 maja 1897 roku zwróciła się do wszystkich niemieckich kobiet i dziewcząt:
„W ostatnich latach okazało się, że oprócz rozszerzanego wsparcia duszpasterskiej działalności Kościoła, do budzenia i promowania życia wspólnotowego potrzebna jest przede wszystkim praca diakonisy — jak również tworzenie domów parafialnych, przez które — w powiązaniu z Kościołem — powstaje centrum praktycznej działalności charytatywnej w najszerszym zakresie.”
„To tutaj — jak prawie nigdzie indziej — wszystkie kręgi, stany i partie mogą się jednoczyć w niesieniu pomocy i ratunku.”
„Tutaj, w radosnym dawaniu i wdzięcznym otrzymywaniu, różnice i przeciwieństwa są wyrównywane i pojednane. Tutaj oba moje stowarzyszenia mogą wspólnie przyczynić się do rozwiązania istotnego zadania ewangelickiego.”
„Tutaj otwiera się szczególnie szerokie i piękne pole dla pracy naszych kobiet i dziewcząt, których serca i ręce są bardziej odpowiednie do tej pracy niż działania mężczyzn obciążonych obowiązkami zawodowymi.”
„Do ewangelickich kobiet i dziewcząt kieruję zatem moją serdeczną prośbę: włączcie się i pomóżcie, abyśmy mogli przekazywać i zachowywać dla naszego narodu błogosławieństwo Ewangelii — wciąż na nowo, i w coraz bogatszej mierze.”
Apel cesarzowej rozpalił serca kobiet niemieckich – najpierw w Berlinie, potem w całym kraju.
W krótkim czasie tylko w stolicy zgłosiło się do współpracy 6 000 kobiet i dziewcząt. Zostały one podzielone na 15 okręgów — jedne zajmowały się pozyskiwaniem środków, inne administrowaniem i organizacją, jeszcze inne pracą bezpośrednio przy łóżkach chorych.
Nowe stowarzyszenie pod nazwą „Pomoc Kobiet” powstało niemal z dnia na dzień; również w Poczdamie bardzo szybko utworzono oddział z czterema stacjami opiekuńczymi i przeszło tysiącem członków.
To budziło nadzieję, że to, co udało się w miastach rezydencjonalnych, uda się także w pozostałych.
I znów cesarzowa przemówiła do narodu, zamieszczając 1 stycznia 1899 roku pismo, które wywołało dalekosiężny oddźwięk w całych Niemczech.
To, co zostało przeprowadzone w Berlinie z wielkim powodzeniem, rozprzestrzeniło się po całym kraju. Zależnie od potrzeb i możliwości, w różnych miastach odtworzono tę samą ideę.
Stopniowo powstało 900 stowarzyszeń lokalnych, a do połowy 1917 roku liczba ta wzrosła do 3 380 stowarzyszeń z 500 000 członków.
Każda gmina obejmowała szerokie spektrum działań:
opieka nad dziećmi i młodzieżą konfirmowaną, pomoc biednym, chorym i niepełnosprawnym, zakładanie żłobków, przedszkoli, domów parafialnych, prowadzenie szwalni, kuchni dla kobiet, domów dziennego pobytu, i innych.
Wielu biednych odczuwało, że nie zostali pozostawieni sami sobie — że w dniach nędzy i choroby ktoś troszczy się o nich oraz ich rodziny, wyciąga pomocną dłoń z miłością i współczuciem.
Po śmierci cesarzowej Augusty, cesarzowa Wiktoria objęła również protektorat nad Ojczyźnianym Stowarzyszeniem Kobiet (Vaterländischer Frauenverein), którego pierwotnym zadaniem była:
„Służba miłości na polu walki” — to znaczy przygotowanie kobiet do dobrowolnej służby sanitarnej na wypadek wojny.
Szczególne zasługi w tej dziedzinie miała cesarzowa Augusta, która rozbudowała i ukierunkowała stowarzyszenie.
Uważała, że będzie ono żywotne tylko wtedy, gdy otrzyma równie ważne i szerokie pole działania także w czasie pokoju.
W nowej epoce, z jej społecznymi wyzwaniami, siły kobiet, które dzielnie sprawdziły się w wojnach 1866 i 1870/71, należało włączyć bez względu na wyznanie czy status.
Powstawały tysiące oddziałów lokalnych, które — podobnie jak stowarzyszenie główne — zajmowały się:
opieką nad chorymi, pomocą dla wdów, sierot, dzieci zaniedbanych, szkoleniem pielęgniarek, i wieloma innymi dziedzinami.
Jeden z poetów tamtych czasów powiedział:
„Żaden artysta nie stworzy niemieckiej kobiecie szlachetniejszego pomnika,
niż ona sama uczyniła, powołując do życia Ojczyźniane Stowarzyszenie Kobiet —
najbardziej niemiecką rzecz, jaką naród niemiecki zrodził w ubiegłym stuleciu.”
Cesarzowa wiernie trzymała się zasady:
„W tym, co konieczne — jedność, w innych sprawach — wolność, a we wszystkim — pomocna miłość.”
A jak szeroka i owocna była ta pomocna miłość, przejawiała się w działalności stowarzyszenia we wszystkich dziedzinach:
szczególną troską otaczano dzieci, zakładano wciąż rosnącą liczbę placówek dla niemowląt, przedszkoli, świetlic, kolonii wakacyjnych, a także dbano o:
zwiększanie zdolności zarobkowych kobiet, szkoły gospodarstwa domowego, gotowania, haftu, cerowania, prowadzenia księgowości, wszelkie działania na rzecz samodzielności życiowej dziewcząt i kobiet.
Równolegle w stowarzyszeniach tworzono m.in.:
kuchnie ludowe, kawiarnie dla robotników, informacyjne punkty o mieszkaniach i pracy, hale grzewcze.
Do zadań stowarzyszenia włączono też walkę z gruźlicą — powstały liczne sanatoria dla dorosłych i dzieci, służące zdrowiu całego narodu.
To cesarzowa zainspirowała Niemiecki Czerwony Krzyż do objęcia opieką dzieci chorujących na gruźlicę, co stało się osobną, wysoko wyspecjalizowaną gałęzią działalności.
Pierwszym z dziecięcych sanatoriów był wzorcowy ośrodek w Hohenlychen, położony w lasach marchijskich. Wkrótce powstały kolejne — m.in. w Halle i Belzig.
Cesarzowa zwróciła też szczególną uwagę na wysoką śmiertelność niemowląt.
Z jej inicjatywy stowarzyszenia Czerwonego Krzyża objęły ten temat jako jeden z najważniejszych, powstała:
ulotka informacyjna o opiece nad noworodkami, rozdystrybuowana w milionach egzemplarzy, oraz założono placówkę wzorcową o charakterze naukowym:
„Dom Cesarzowej Augusty Wiktorii do Walki ze Śmiertelnością i Chorobami Niemowląt”
Tak — opieka nad dziećmi! To była dziedzina, w której cesarzowa całkowicie się zatracała. Jej najbardziej własna, najbliższa sercu — umiłowana.
Już jako księżna często odwiedzała szpital św. Elżbiety w Berlinie. Nie zapomniała o nim także jako cesarzowa.
Pewnego razu widziano ją przy jednym z dziecięcych łóżek, na którym widniała tabliczka:
„Łóżko fundowane przez księżniczkę Wilhelm w dniu jej urodzin – 22 października 1887.”
Stała przy nim pochylona, głaskając chorego chłopca, który został przysłany z daleka.
W rękach trzymał pachnący bukiet konwalii — wiedział, że odwiedzi go cesarzowa.
Bez cienia strachu czy zawstydzenia podał jej kwiaty, i recytował — z dziecięcym skupieniem:
„Bądź tysiąc razy powitana,
Ukochana Cesarzowo,
I przyjmij na radosne pozdrowienie
Także nasze kwiaty.
One mają Ci opowiedzieć,
Jak bardzo się cieszyliśmy,
Że ta piękna godzina
Została nam dziś darowana.
Bo Twoje chore dzieci
W szpitalu dziecięcym
Kochają Cię tak serdecznie,
Tak szczerze wszystkie razem.
Dziękujemy dziś Zbawicielowi
Z radosnym dziecięcym umysłem,
Że dał nam Ciebie
Jako naszą Opiekunkę.
I prosimy, by łaskawie
Chronił Cię zawsze,
By przed potrzebą i zmartwieniem
W łasce Cię zachował.
Błagamy też, by zawsze
Przed chorobą, bólem i cierpieniem
Mali książęta
Mogli być chronieni!
Nasze głosy brzmią
Dziś radośnie ku Tobie:
Niech Bóg ukoronuje Cię błogosławieństwem,
Ukochana Cesarzowo!”
Gdy chłopiec wypowiedział ostatnie dwie linijki, wszystkie inne dzieci, z łóżek — słabymi głosikami, dołączyły chóralnie:
„Niech Bóg obdarzy Cię błogosławieństwem, ukochana Cesarzowo!”
W pokoju zapanowała całkowita cisza. Cesarzowej łzy napłynęły do oczu. Pochyliła się, pocałowała chłopca, i wręczyła mu kilka własnych kwiatów.
Innym razem cesarzowa, odwiedzając szpital dziecięcy, ponownie została powitana poetycko — i znów w sposób pełen niewinności i uroku.
W sali leżała pięcioletnia dziewczynka, opatulona w pościel, siedząca na fotelu. Gdy zobaczyła cesarzową, bez żadnego zażenowania, czystym dziecięcym głosem rozpoczęła recytację:
„Gdy przychodzi miłe słońce,
Żaden listek się nie skryje;
Nawet najmniejsze kwiatuszki
Zaczynają radośnie rosnąć.
Tak i nam dziś na duszy,
Bo twe oko, pobożne i dobre,
I twój pełen miłości umysł
Spogląda na nas, najmniejszych.
Jakaż radość dla nas wszystkich,
Że przychodzisz do nas tutaj,
Przyjmij nasze podziękowanie
I z miłości ten bukiet!”
Jednak — całkowicie pochłonięta widokiem cesarzowej — dziewczynka zapomniała wręczyć jej kwiaty, które miała przygotowane.
Cesarzowa pochyliła się, uściskała i pocałowała dziecko. Obdarzyła również czułością inne dziecko, które słodko spało z kwiatami w rączce.
Pocieszyła płaczącego chłopca i wzięła go na ręce. Gdy pielęgniarka wybiegła, by odebrać dziecko, cesarzowa odpowiedziała ze śmiechem:
„Och nie, proszę zostawić — w domu też noszę moje dzieci.”
Rozbawiła się również innym dziecięcym spostrzeżeniem, gdy zapytała chłopca:
– „Czy masz rodzeństwo?”
Na co odpowiedział bez wahania:
– „Nie, nie mam rodzeństwa — tylko braci!”
Z pewnego opisu dowiadujemy się:
„Wrażenie, jakie zawsze wywiera Cesarzowa, jest podbijające serca.
Jest ona tak wdzięcznie przyjazna i dobra, tak naturalna, że czuje się:
»Tak, taka właśnie jest.«
Widziałam ją podczas Wigilii wśród samych chorych dzieci — nigdy nie zapomnę tego widoku.
Macierzyńskość, którą ma w całej swojej postaci, została jeszcze bardziej rozjaśniona promieniem najświętszego współczucia, który błyszczał w jej oczach.”
Był to wzruszający widok — blade dziecięce postacie, leżące w łóżkach, siedzące na niskich krzesłach, tylko nieliczne mogły stać przy niskim stole.
Cesarzowa przechodziła od dziecka do dziecka — jak matka — nie pomijając żadnego.
Co jednak obchodziła trzylatka cesarzowa, która pochylona stała obok jego łóżka?
— Cieszyła się razem z chłopczykiem z kuli, która za każdym razem przewracała wszystkie kręgle.
Gdy cesarzowa chciała już iść dalej, maluch dostrzegł leżącą książkę z obrazkami, pociągnął uroczą panią za spódnicę:
– „Zobacz, jeszcze to!”
Cesarzowa pochyliła się, uśmiechnęła i została z nim chwilę dłużej. Po chwili pełniła już inną rolę — jako gospodyni w szpitalnej spiżarni sprawdzała:
– „Czy jest jeszcze wystarczająco dużo wzmacniającego wina?
Czy trzeba dosłać nowe dary? Czy wszystko mają?”
Inny obraz:
W Poczdamie otwarto nowe przedszkole. Zaproszono dzieci w niedzielny poranek, aby poczęstować je czekoladą i ciastem na koszt cesarzowej. Cesarzowa przyszła — wesoła i bezpośrednia. Zaśmiała się i powiedziała:
„Ja też chętnie napiłabym się filiżanki czekolady!”
Piły więc razem — cesarzowa i dzieci.
Nagle z sąsiedniego pokoju przypełzło na czworakach maleńkie dziecko, które spało do tej pory. Cesarzowa natychmiast wstała, wzięła maleństwo na kolana i razem jedli z jednej łyżeczki czekoladę. Z głośnym piskiem radości inne dzieci zbiegły się dookoła.
Wszystkie chciały być wzięte przez „kochającą ciocię cesarzową” na kolana i karmione tak samo.
Wysoki urzędnik, który często towarzyszył cesarzowej podczas jej wizyt, powiedział:
„Nie ma większej uczty dla oczu i serca niż obserwowanie naszej cesarzowej w szpitalu dziecięcym pośród tych maluchów.”
Zawsze — gdy wchodziła do sali — pojawiała się jej pełna miłości serdeczność i prostota.
Z wzruszającą cierpliwością słuchała niezliczonych życzeń, starała się spełniać każde.
Kiedyś zapytała ciężko chorą dziewczynkę:
„Ile masz lat, kochanie?”
Dziecko rozpromieniło się i odpowiedziało:
„Dzisiaj mam jeszcze siedem lat, jutro będę miała osiem.”
Cesarzowa uśmiechnęła się — ale następnego dnia dla małej jubilatki przyszło duże pudło:
w środku była przepiękna lalka i książka z obrazkami.
Ośmioletni chłopiec, który usiłował uratować tonącego braciszka, doznał złamania ręki.
Cesarzowa pochyliła się nad nim:
„To było miłe i odważne z twojej strony.”
Gładziła jego blond włosy:
„Teraz jesteś jeszcze za mały, ale kiedyś dostaniesz medal za ratowanie.”
W jednej z sal leżała śmiertelnie chora Lenchen. Z trudem podała cesarzowej bukiet kwiatów i wyszeptała słaby wiersz:
„Przyjmij łaskawie kwiaty od chorego dziecka,
Od więdnącego kwiatuszka,
Którego Pan wkrótce cicho i łagodnie zasadzi
W niebie do piękniejszego rozkwitu.”
Cesarzowa głęboko wzruszona, zdjęła ze swojej piersi różę i położyła ją na pościeli dziewczynki.
Pogłaskała ją i pocieszała czułymi słowami.
Można by wypełnić całą książkę opowieściami o łagodności i dobroci, pomocnym sercu i miłosierdziu cesarzowej.
Jedna z ostatnich historii mówi o prostej dziewczynie z Alzacji, która pracowała jako służąca w Nancy. Gdy dowiedziała się, że jej matka ciężko zachorowała, chciała się do niej dostać — ale zatrzymano ją na granicy.
Brakowało paszportu — i żadna prośba nie pomogła. Urzędnik pozostał nieugięty.
Wtedy dziewczyna w rozpaczy wysłała depeszę do cesarzowej:
„Młoda alzacka dziewczyna, wezwana do łoża umierającej matki, której uniemożliwiono przekroczenie granicy, błaga Waszą Wysokość o pomoc.”
Kilka godzin później mogła przekroczyć granicę. Cesarzowa — bez rozgłosu — załatwiła to dla niej.
Podczas swoich podróży — zarówno z cesarzem, jak i bez jego towarzystwa — cesarzowa wykorzystywała każdą wolną chwilę, aby odwiedzać szpitale i placówki dla dzieci, zawsze upewniając się, czy wszystko jest w porządku.
Pewnego razu, gdy była we Flensburgu, odwiedziła miejscowy dom diakonis i spotkała tam chorą kobietę, która opowiedziała jej, że ma córkę mieszkającą w Berlinie — żonę policjanta.
Po powrocie do Berlina cesarzowa wezwała tę kobietę do siebie i przekazała jej sumę pieniędzy, by mogła odwiedzić swoją chorą matkę.
We wszystkich tych działaniach przewodnikami cesarzowej były zawsze miłość i współczucie — odczuwane przez wszystkich, nawet przez niewidomych w Królewskim Instytucie dla Niewidomych w Steglitz, którzy powitali ją słowami:
„Choć ślepe oko ciebie nie widzi,
Serce radośnie wyczuło twe przyjście:
To miłość przywiodła cię do nas,
Dlatego serce ufa ci z miłością.”
W Szpitalu Augusta w Berlinie leżała biedna kobieta chora na gruźlicę, której życia pozostało już niewiele.
Cesarzowa pochyliła się nad nią i zapytała z troską:
– „Czy ma Pani jeszcze jakieś życzenie, które mogłabym spełnić?”
Kobieta spojrzała z wdzięcznością i odpowiedziała:
„Nie potrzebuję niczego, mam wszystko.” – po czym spojrzała na wizerunek Chrystusa nad łóżkiem.
Wtedy cesarzowa włożyła swoją dłoń w rozpalone gorączką ręce robotnicy, i obie kobiety razem się modliły:
„Znalazłam już fundament, który na wieki trzyma moją kotwicę.”
Podczas wizyty w domu dla dziewcząt w Berlinie, cesarzowa zauważyła dwie szczególnie ładne, młode dziewczyny. Zapytawszy o nie, dowiedziała się, że mają zostać kelnerkami w restauracji dworcowej.
Miejscem tym zainteresowała się szczególnie — uznała, że dziewczęta mogą być tam moralnie zagrożone. Już następnego dnia przełożona, panna von der Goltz, otrzymała od cesarzowej list:
„Droga Panno von der Goltz!
Myśl o tych dwóch ładnych dziewczętach nie daje mi spokoju. Chciałabym raz jeszcze gorąco prosić, aby zatrzymać je w domu, dopóki nie znajdzie się coś odpowiedniego.
Załączam sto marek, które może Pani wykorzystać w tym celu. Dziewczęta zobaczą, że dobrze im życzę, i być może później zrozumieją, że zostały uchronione.
Z pewnością setki takich przypadków przechodzą przez Pani ręce, ale w tym przypadku czuję, że musiałam akurat do tych dwóch się zwrócić.
Oddana Pani
Augusta Wiktoria”
(Ileż podobnych listów, pisała do ludzi, których znała lub którym pomagała — listów tkliwych, mądrych, dyskretnych!)
Cesarzowa zajmowała się także dogłębnie tzw. kwestią kobiecą.
Nie była przeciwniczką emancypacji, lecz wierzyła, że małżeństwo jest naturalnym przeznaczeniem kobiety.
Kiedy pewna dama zasugerowała, że uboższe kobiety pozostają niezamężne z powodu warunków socjalnych, cesarzowa odpowiedziała:
„Cóż, musimy dążyć do poprawy tych warunków. Ale moim zdaniem kobieta realizuje swe przeznaczenie w pełni dopiero wtedy, gdy zostaje żoną i rozumną matką.
Wiem, że są wśród nas natury silniejsze — zbyt silne, aby znieść obok siebie inną siłę —
ale to są wyjątki.”
Cesarzowa sięgnęła do teczki z rysunkami i po chwili wyjęła namalowaną przez siebie akwarelę. Obraz przedstawiał młodą dziewczynę wspartą na ramieniu młodzieńca, idących razem wzdłuż kwitnącego żywopłotu.
„Obserwowałam ich, nie wiedząc, że mnie zauważą.
Ich obraz mnie wzruszył. Spójrz: czy nie widzisz tej relacji między płciami?
Czy kiedykolwiek mogą być sobie równi?
On – odważny, silny. Ona – delikatna, łagodna.
Jestem przeciwna temu, by kobiety pracowały w zawodach stricte męskich.
Gdyby to ode mnie zależało —
ale jesteśmy tak słabi mimo całej naszej mocy —
nie powinno być kobiet pracujących ani w fabrykach, ani w biurach.
Ich pole działania to szkoła, szpital, lazaret, scena, sala koncertowa, pracownia malarska.
Haft, delikatna praca, kobieca pilność — tam jestem ich największą wielbicielką!”
I na zakończenie powiedziała z uśmiechem:
„Nie ma wyższego powołania niż moralne i fizyczne wychowanie dziecka.
Dla mnie: matka Grakchów stoi wyżej niż George Sand czy Rosa Bonheur.”
(Cornelia Africana – matka Tyberiusza i Gajusza Grakchów, rzymska matrona i przykład kobiecego poświęcenia oraz mądrego wychowania – przyp. tłumacza)
Nie mniejsze zainteresowanie cesarzowa okazywała kwestii służby domowej. Uważała, że niezadowalająca sytuacja tej grupy wynika z braku troski ze strony pracodawczyń: „Moim zdaniem, niezadowalająca sytuacja klasy służącej wynika z faktu, że ich panie okazują mało zainteresowania ich dobrobytem. Główną skargą służących jest to, że mają dużo godzin pracy i mało wolności osobistej. Ale gdybyśmy chcieli dać im więcej wolności, narażalibyśmy je na poważne pokusy. Naszym zadaniem jest, w miarę możliwości, uczynić dom przytulnym dla kobiecej służby domowej podczas ich wolnych godzin, zapewniając im przyjazne pomieszczenia mieszkalne, których niestety często brakuje. Mam nadzieję, że architekci w swoich projektach nowych budynków wezmą pod uwagę tę potrzebę. Ponadto musimy utworzyć w różnych dzielnicach miasta domy dla służby, w których mogą czekać na posadę i w których mogą spotykać się w niedziele, aby omawiać swoje wspólne interesy i wzajemnie instruować się w obowiązkach domowych. Najważniejsze jest jednak uważne obserwowanie służby naszej płci, studiowanie ich charakteru moralnego, ponieważ może on mieć bardzo duży wpływ na nasze dzieci, które spędzają z nimi cały dzień.”
Zimą 1906 roku, gdy w Berlinie odbyła się pierwsza niemiecka wystawa pracy chałupniczej, cesarzowa pojawiła się tam niespodziewanie, podobno wbrew radom swojego otoczenia. Oprowadzana przez główną przewodniczącą związku zawodowego chałupników, z uwagą i współczuciem oglądała ekspozycję. Nigdy wcześniej nie miała tak głębokiego wglądu w biedę, która była tu pokazana. Jej twarz stawała się coraz poważniejsza, a ona sama wciąż pytała: „Jak to możliwe? Jak to może być?” Uważnie słuchała wyjaśnień przewodniczącej: „Potrzebujemy ustawy o pracy chałupniczej, która regulowałaby wynagrodzenia, tylko wtedy praca chałupnicza może być zdrowa. I wtedy praca chałupnicza może stać się trwałym błogosławieństwem dla kobiety i matki oraz innych.”
Cesarzowa przedstawiła tę sprawę cesarzowi, który kilka dni później poruszył ją na posiedzeniu Rady Korony: „Jak coś takiego może się u nas zdarzyć! To musi się zmienić!” I rzeczywiście, sytuacja zaczęła się poprawiać, a cesarzowa nadal żywo interesowała się losem chałupników. Z jej inicjatywy główna przewodnicząca związku zawodowego wystąpiła na walnym zgromadzeniu „Pomocy Kobiet”, mówiąc o tym, jak poza ustawodawstwem można wspierać chałupników. Cesarzowa z troską starała się realizować propozycje dotyczące zapewnienia dobrze płatnej pracy i możliwości odpoczynku.
Dzięki jej staraniom na dwóch zjazdach związkowych chałupników Królewski Teatr został udostępniony na uroczyste przedstawienia. Wszystkie miejsca były zajęte, w loży zasiadał cesarz, a w długiej przerwie jedna z pracownic wygłosiła spontaniczne przemówienie, po którym wszyscy zaśpiewali „Heil dir im Siegerkranz” (tytuł i pierwsze słowa dawnego hymnu Prus i Cesarstwa Niemieckiego, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza: „Chwała ci w wieńcu zwycięzcy”).
Podczas drugiego takiego przedstawienia, już w czasie wojny, cesarzowa nie uczestniczyła w spektaklu – nie chodziła do teatru podczas wojny, „nie mogła tego robić, podczas gdy na zewnątrz tak wielu niemieckich mężczyzn walczyło i umierało” – ale przyszła do foyer (duże i rozległe pomieszczenie w budynku teatru) i tam przywitała ponad sto chałupniczek z całych Niemiec, rozmawiając z każdą z osobna. Najserdeczniej z tymi, których czarne suknie wskazywały, że one również poniosły ofiary dla ojczyzny.
Co roku w okresie Bożego Narodzenia cesarzowa zlecała berlińskim chałupniczkom wykonanie setek różnych rzeczy przeznaczonych na gwiazdkowe podarunki dla różnych instytucji charytatywnych i dobrze za to płaciła. Czasem odwiedzała zakład produkcyjny związku zawodowego, gdzie pewnego razu wydarzył się mały epizod: mały trzylatek trzymał przed nią bukiecik konwalii, nie chcąc go oddać, dopóki cesarzowa nie wzięła go od niego ze słowami: „Prawda, że to dla mnie?” Wtedy chłopiec szybko pozbył się swojej nieśmiałości.
Z okazji Międzynarodowego Kongresu Kobiet w 1904 roku cesarzowa przyjęła pewną liczbę wybitnych działaczek ruchu kobiecego i prowadziła z nimi wyczerpujące rozmowy na temat ich dążeń. Otwarcie przyznała, że jako matce tak wielu synów, sprawy te były jej dotąd dalekie, lecz że powoli dorastająca córka skłania ją do poważnego namysłu nad obowiązkami i prawami nowoczesnej kobiety. Od tego czasu, poprzez lekturę jednego z najlepszych czasopism kobiecych, stale śledziła dążenia kobiet. Gorąco popierała również reformę szkolnictwa dla dziewcząt. Przekonana przez profesora Harnacka o konieczności przekształcenia edukacji kobiet, potrafiła rozwiać wątpliwości cesarza, argumentując, że kobieta jest również matką dorosłych dzieci i musi być wychowywana tak, aby móc wywierać na nie wpływ nawet w późniejszym wieku. Śledziła bardzo dokładnie odbywające się wówczas w Ministerstwie Kultury konferencje mające na celu ustalenie programów nauczania dla reformy szkolnictwa i uważała za absolutnie konieczne włączenie kobiet do komisji szkolnych.
Wysoka śmiertelność dzieci w Niemczech głęboko poruszyła cesarzową. Prawie jedna czwarta wszystkich żywo urodzonych dzieci nie dożywała pierwszego roku życia, głównie z powodu niedostatecznego odżywiania i niewłaściwej opieki. Z inicjatywy cesarzowej i dzięki jej niestrudzonym wysiłkom i pomocy, a także pomocy Patriotycznego Związku Kobiet, powstał, jak już wspomniano, Dom Cesarzowej Augusty Wiktorii do Walki ze Śmiertelnością Niemowląt w Charlottenburgu. Jego zadania obejmowały: naukowe i praktyczne badanie wszystkich kwestii związanych z żywieniem i opieką nad niemowlętami oraz opieką nad matkami, przy pomocy odpowiednich instytucji; gromadzenie materiałów na temat śmiertelności niemowląt i organizacji opieki nad niemowlętami w Niemczech i innych krajach rozwiniętych, wykorzystywanie wyników tych badań oraz udzielanie informacji i porad władzom i organizacjom publicznym. Jak charakterystyczne dla cesarzowej, która wcale nie lubiła, gdy zajmowano się nią i jej dziełami miłosierdzia publicznie, było to, że od strony parku zamkowego w Charlottenburgu musiała zostać utworzona w ogrodzie instytucji mała furtka, przez którą cesarzowa mogła odwiedzać dom bez zwracania na siebie uwagi.
Jak widoczna była nieskończona miłość i troska zaniepokojonej matki, gdy jedno z dzieci zachorowało. Wtedy znikały wszystkie inne względy i obowiązki związane z jej pozycją; żyła tylko dla chorego dziecka, jak to miało miejsce zimą 1905 roku, gdy książę Eitel Friedrich zachorował w sposób zagrażający życiu. Natychmiast przeniosła gospodarstwo domowe do Poczdamu, aby być blisko ukochanego pacjenta, zapewnić mu pociechę i błogosławieństwo matczynej obecności oraz godzinami trzymać gorącą dłoń gorączkującego, chłodzić mu czoło, podnosić go z łóżka. Od szarego świtu, kiedy zwykle opuszczała zamek miejski, w którym się zatrzymała, aż do późnej nocy przebywała w Domu Gabinetowym, gdzie chory leżał w pokoju na parterze przy ulicy Schlossstrasse. Pewnego razu była piąta rano, zanim niestrudzenie troszcząca się matka rozstała się z cierpiącym synem i udała się z powrotem, aby uzyskać kilka godzin odpoczynku, by następnie natychmiast móc ponownie pełnić obowiązki opiekunki. Kiedy pewnego wczesnego poranka znów dotarła przed portal Domu Gabinetowego, zastała bramę zamkniętą, a aby wejść do domu, musiałaby uruchomić dzwonek. Chciała jednak tego uniknąć, aby nie przeszkadzać być może śpiącemu choremu. Tak więc cierpliwie czekała w wilgotnym, zimnym porannym powietrzu zimowego dnia, aż przypadek sprowadził pracownika domu, który spowodował otwarcie. Choć stan ukochanego syna był poważny, a serce matki biło z niepokoju, potrafiła się opanować ze względu na pacjenta, zawsze wchodziła do pokoju chorego ze spokojną, przyjazną miną, a sposób, w jaki się tam zachowywała, pewne spojrzenie, z jakim natychmiast rozpoznawała wszystkie potrzeby opieki, wierność w drobiazgach, która uszlachetniała nawet najmniejszą pomoc, zaskoczyła i głęboko poruszyła nie tylko lekarzy, ale także doświadczone w opiece i pielęgnacji chorych diakonise.
Ona, która tak oddanie potrafiła łagodzić cierpienie, potrafiła również cierpliwie znosić własne cierpienia. Mamy przed sobą notatki diakonisy z Instytutu Paula Gerhardta w Berlinie, które przesłała autorowi pod tytułem: "Siedem tygodni w ukochanym domu cesarskim" i które mogą tu być przytoczone, aby w swojej skromnej bezpretensjonalności rzucić wierne światło na charakter i dobroć cesarzowej:
"Był wieczór 27 marca 1903 roku, gdy zostałam wywołana z naszej małej kaplicy, gdzie akurat odbywaliśmy nabożeństwo pasyjne, aby przyjąć polecenie natychmiastowego udania się do zamku w celu pielęgnowania naszej ukochanej cesarzowej. Dobrze, że nie miałam zbyt wiele czasu, aby wyrazić wszystkie moje wątpliwości. Szybko spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i zanim się zorientowałam, siedziałam już w powozie, który miał mnie zawieźć do mojego zadania. Wkrótce dotarłam do zamku; z bijącym sercem i pełna obaw weszłam do środka. Zaprowadzono mnie do pokojówki cesarzowej, która opowiedziała mi, że cesarzowa złamała lewą rękę podczas jazdy konnej, i zaprowadziła mnie do pokoju służbowego przygotowanego dla mnie. Trzeba było jeszcze poczynić kilka przygotowań, rozpakować moje paczki i - o zgrozo - okazało się, że w pośpiechu spakowano mi niewłaściwe fartuchy - należały one do naszego lekarza naczelnego. Nie było już na to rady. Musiałam je założyć, bo wkrótce miałam zostać zaprowadzona do pacjentki. Wiele rąk pomagało szybko ukryć całą zbędną długość i szerokość, ale nie udało się to całkowicie, bo gdy o godzinie 21 zostałam wezwana do cesarzowej, powitała mnie serdecznym śmiechem: "O siostro, jak pani wygląda! Chce mi pani od razu amputować rękę?" Przyjaźnie zapytała mnie jeszcze, od jak dawna jestem siostrą i czy znam się również na chirurgii. Kiedy po życzeniu dobrej nocy wróciłam do swojego pokoju, mój strach minął. Następnego ranka spodobałam się cesarzowej bardziej, bo szybko kazałam sobie przysłać odpowiednie fartuchy.
Biedna pacjentka miała wiele bólów, które znosiła cicho. Po kilku dniach ręka została prześwietlona, przy czym obecny był również cesarz, który troskliwie odprowadził małżonkę, która była bardzo osłabiona, z powrotem do pokoju chorego. Tylko od czasu do czasu ciszę pokoju chorego przerywało wbieganie księżniczki lub księcia Joachima, którzy chcieli zobaczyć, jak się miewa ukochana mamusia. Niezapomniane są dla mnie wrażenia, jakie odniosłam, gdy jako ostatnia wieczorem miałam coś do zrobienia przy łóżku cesarzowej, a ona opowiadała o swoich dzieciach z tak serdeczną matczyną miłością. Głęboko nauczyłam się wtedy patrzeć w wierne matczyne serce.
Ciężkim dniem był dla mnie dzień, w którym cierpiąca otrzymała drugi gipsowy opatrunek. Było mi bardzo dziwnie na sercu, gdy po przygotowaniu wszystkiego do narkozy, wprowadziłam moją ukochaną cesarzową do pokoju. Wszystko przebiegło dobrze i z wdzięcznym sercem położyłam chorą z powrotem do łóżka; wtedy pojawił się już książę Adalbert, aby przywitać dobrą matkę. Od tego czasu każdego ranka księżniczka i książę Joachim pojawiali się w pokoju chorej, aby czytać z chorą matką modlitwy. Co za uroczy obraz, gdy matka i dzieci byli tak razem. Księżniczka w ogóle często przychodziła, aby zobaczyć, jak się ma matka, a gdy lekarz pozwolił na leżenie na kozetce, cesarzowa częściej miała również wizyty synów. Żaden wieczór nie minął, nawet w bardzo późnych godzinach, żeby książę Adalbert nie przyniósł bukiecika dla dobrej matki, odwiedzając ją, choćby tylko na dwie minuty. Pewnego dnia miałam szczególną radość. Przyniósł mi Nowy Testament z okładką z drewna piórowego i podarował mi go ze słowami: "Siostro, gdzie jest napisane: Nie zapominajcie o dobroczynności i wzajemnej pomocy?"
Cesarzowa stopniowo czuła się lepiej i wkrótce mogłam po raz pierwszy wieczorem zaprowadzić ją do córeczki, aby pomodlić się z maleństwem. Gdy weszłyśmy do pokoju, powitał nas okrzyk radości: "O mamo, jak królewsko wyglądasz!" Cesarzowa została serdecznie uściskana przez uszczęśliwione dziecko, a dla mnie był to wzruszający, niezapomniany moment, gdy następnie matka i dziecko odmówiły wieczorną modlitwę.
Zbliżało się ukochane święto Wielkanocy; z Plön przyjechali książęta August Wilhelm i Oskar, aby spędzić radosne dni wakacji w przytulnym domu rodzinnym i w kręgu rodzeństwa. Muszę przyznać, że czułam się bardzo swojsko w cesarskim domu. Książę Joachim powiedział kiedyś: "Siostrzyczko, to tak, jakbyś należała do rodziny." Wiele wesołych żartów było robionych. Czasami z księżniczką i księciem Joachimem robiło się tak wesoło i burzliwie, że nawet wazony z kwiatami tańczyły, chwiały się i wylewały swoją zawartość na bliższe i dalsze otoczenie. Jak gorliwie chwytaliśmy wtedy wszystkie dostępne ściereczki i we trójkę, leżąc na podłodze, tarliśmy i czyściliśmy, aż szkoda została naprawiona. Często oboje nie mogli się powstrzymać od przyniesienia mi kolacji z podgrzewacza i nakrycia dla mnie stołu. Tak, troska posunęła się tak daleko, że księżniczka chciała wkładać mi kęsy do ust, co oczywiście odbywało się przy wielu śmiechach i żartach. Wtedy cesarzowa mówiła: "Co te dzieci znowu robią z siostrą!"
W święto Wielkanocy było prawie tak, jakby to były Święta Bożego Narodzenia. Dla każdego cesarzowa miała nieoczekiwany prezent. Również książęta i księżniczka przychodzili ze swoimi darami, aby ucieszyć rodziców. Nie wszyscy mogli doczekać się tego czasu, ale zdradzali matce już wcześniej, jaka niespodzianka jest dla niej przygotowana. Książę Joachim z radości zapomniał przynieść swój prezent. - W drugi dzień świąt mogłam pójść do mojego domu macierzystego, aby tam świętować. Wróciwszy wieczorem, musiałam bardzo szczegółowo opowiedzieć cesarzowej, co przeżyłam po południu, i z radością opowiadałam o naszym wesołym świętowaniu, o szukaniu jajek w ogrodzie i innych rzeczach. Z kilku żartobliwych uwag cesarza następnego dnia wywnioskowałam, że cesarzowa bardzo szczegółowo przekazała mój opis święta w domu diakonis Paul-Gerhardt-Stift podczas wieczornej kolacji. - Po ostatnich dniach wakacji, w których mogłam jeszcze doświadczyć wielu radosnych rzeczy, nadszedł czas pożegnania dla naszych książąt. Chociaż było to trudne, ale gdy chodziło o "służbę", każdy był punktualnie na swoim stanowisku. Ściśle ćwiczono posłuszeństwo. Tak więc pewnego wieczoru, gdy byłam u cesarzowej, usłyszałam sygnał z warty zamkowej. Księżniczka zdawała się go nie słyszeć. Ale gdy cesarzowa zanuciła melodię z zamkniętymi ustami, córeczka natychmiast podskoczyła do kochanej matki: "Tak, tak, mamo, już idę, już idę!" - i serdecznie życzyła jej dobrej nocy. - Książę Adalbert był chyba ostatnim, który wyjechał. Tego samego dnia cesarzowa znowu otrzymała nowy opatrunek. Gdy książę żegnał się również ze mną, przekazał mi list, który napisał jako pożegnalny pozdrowienie dla kochanej matki, mówiąc: "Siostrzyczko, gdy już mnie nie będzie i opatrunek zostanie założony, proszę przekazać cesarzowej ten list." Gdy przekazałam go cesarzowej po bolesnym zabiegu, zobaczyłam radość matki promieniującą z jej oczu, która wyraziła się tylko w kilku słowach: "Kochany chłopiec!" - Mogłabym opowiedzieć jeszcze wiele rzeczy, których doświadczyłam w tym pięknym dla mnie czasie. Na przykład, gdy zalecono masaż ramienia i musiałam zadawać pacjentce wiele bólu, księżniczka siadała u stóp matki i mówiła: "Mamo, ściśnij mnie mocno, wtedy nie będzie cię to tak bolało!"
Nadszedł 30 kwietnia, dzień, w którym panowie przenieśli się do Nowego Pałacu. Maj przyniósł słoneczne dni, tak że cesarzowa mogła spacerować w parku. Często miałam wielką przyjemność towarzyszyć jej. Rekonwalescencja poczyniła tak dobre postępy, że moja pomoc była potrzebna tylko rano, w południe i wieczorem. 6 maja, w urodziny następcy tronu, mieliśmy wszyscy wielkie święto. Cesarzowa wezwała mnie i powiedziała, że mam świętować razem z nimi. Wszyscy urzędnicy, którzy byli na służbie od narodzin następcy tronu, również dostali urlop. Tak więc odbyliśmy przejażdżkę przez Poczdam i okolicę, oglądając wiele pięknych rzeczy. Zaraz po powrocie poszłam do cesarzowej, której musiałam szczegółowo wszystko opisać. - Następne dni szybko minęły. 13 maja przyniósł dla mnie rozstanie z pacjentką, która stała mi się tak bliska, a tym samym zakończenie czasu niezapomnianego dla całego mojego życia. Pokazał mi on bowiem bogactwo i głębię wspaniałej kobiecej duszy i pozwolił mi, jak rzadko komu z innych kręgów, zajrzeć w serce cesarzowej, prawdziwej niemieckiej kobiety i matki, matczynej nie tylko we własnym kręgu rodzinnym, ale troszczącej się i współczującej każdemu, o którego niedoli wiedziała. Matka, która pewnego dnia wiozła swoje chore dziecko przez plac zamkowy, nie miała pojęcia, że na górze cesarzowa Rzeszy Niemieckiej zawołała siostrę do okna i wyraziła jej głębokie współczucie; również stajenny i pokojówka w Cadinen nie wiedzieli nic o tym, że ich cesarzową tak poruszyła ich choroba, że opowiedziała o niej siostrze jako pierwszej, gdy ta ku swojej wielkiej radości mogła złożyć wizytę w zamku, o którą dostojna pani poprosiła ją przy pożegnaniu w swojej łaskawej, prostej manierze słowami: "Prawda, droga siostro, gdy będzie pani gdzieś w pobliżu, to proszę wstąpić."
To nie był ostatni raz, kiedy przebywałam u cesarzowej. Jeszcze wiele razy, aż do ostatnich lat, dane mi było udać się do zamku. Zawsze znowu ukochana cesarzowa serdecznie interesowała się wszystkim, co miałam do opowiedzenia, i mogłam usłyszeć z jej ust wiele radosnych przeżyć i słów troski. To ciągłe tak przyjazne nastawienie do mnie stało się niezwykle bogatym darem w odniesieniu do stosunkowo krótkiego czasu, w którym mogłam służyć dostojnej, ale tak skromnej, łaskawej pacjentce."
Wielokrotnie cesarzowa cierpiała z powodu osłabienia serca, a jej wieloletni lekarz osobisty, lekarz generalny dr Zunker, wciąż ostrzegał przed przemęczeniem, które mogłoby mieć najgorsze konsekwencje. Często cierpiała z powodu duszności i musiała coraz bardziej ograniczać dłuższe spacery. Gdy pewnego razu jechała samochodem z księciem Oskarem z Berlina do Poczdamu, w pobliżu Wannsee samochód miał poważną awarię; mogło to potrwać długo, zanim wszystko zostałoby naprawione. Cesarzowa zdecydowała się pójść pieszo do Poczdamu, ale po pół godzinie serce nie chciało już dobrze funkcjonować. Kroki stawały się coraz wolniejsze. Żadnego pojazdu w zasięgu wzroku, aż nadjechał wóz z piwem, załadowany beczkami i skrzynkami z butelkami, kierowany przez dobrze odżywionego woźnicę. Książę dał znak, woźnica zatrzymał się, a na pytanie, czy mógłby zabrać cesarzową i jego do Poczdamu, zabrzmiało: "Tak jest, Wasza Królewska Wysokość, zrobię to," bo dzielny Poczdamczyk oczywiście rozpoznał księcia. I tak matka i syn wspięli się na wysokie siedzenie woźnicy i jechali wesoło dalej, aż tuż przed Poczdamem nadjechał naprawiony w międzyczasie samochód i zabrał pasażerów, którzy hojnie obdarowali woźnicę. Uśmiechając się, cesarzowa żałowała, że nie spotkał ich cesarz, zrobiłby wielkie oczy.
Ze względu na chorobę serca cesarzowa odwiedzała również Nauheim. Pewnego razu wybrała się na dłuższą przejażdżkę samochodem, wysiadła z niego i wędrowała ze swoją damą dworu przez gęsty las. Stara wieśniaczka zbierająca liście zagadnęła ją, rozmawiała z nią bardzo przyjaźnie, pytając ją również, czy i ile ma dzieci. "Siedem sztuk," brzmiała odpowiedź. "Ach, jak pięknie," powiedziała cesarzowa, "ja też mam tyle." - "Co, pani chce mieć siedmioro dzieci?" zawołała staruszka. "Wygląda pani jeszcze tak młodo, a poza tym bogaci ludzie nie mają tylu dzieci." Ale cesarzowa powtórzyła swoje słowa i opowiedziała, ile lat mają wszyscy, ale chłopka znowu wątpiła, że tak młoda, piękna i bogata kobieta może mieć siedmioro dzieci. Wtedy przyszło dwoje dzieci kobiety z małym wózkiem, aby załadować liście, a chłopka wskazała na to słowami: "Tak, to jest mój zaprzęg," ponieważ widziała samochód. Cesarzowa poprosiła o pieniądze, które rozdała matce i dzieciom. Gdy cesarzowa poszła dalej, jedna z dam dworu, która została nieco z tyłu, powiedziała: "Czy wie pani, z kim pani rozmawiała?" – "Ej, po prostu z kuracjuszką z Nauheim, i musi być też bogata, bo nie musi nawet sama otwierać portfela." Po tym, jak dowiedziała się, że to była cesarzowa, załamała ręce i nie chciała w to uwierzyć. Zawołała do dzieci, żeby pobiegły za nią, żeby jeszcze raz zobaczyć cesarzową i jeszcze raz jej podziękować.
Jakże słuszność miał przewodniczący Niemieckiego Czerwonego Krzyża, gdy pisał, że wrażenie, jakie wywierała cesarzowa, było zawsze takie samo - prostej, dobrej, matczynej, pobożnej niemieckiej kobiety, która nie chciała robić z siebie więcej, niż była, i której całe życie pochłaniało wypełnianie obowiązków. Tak, była naprawdę wzorem niemieckiej kobiety, która nie chciała błyszczeć, lecz pomagać, która nie chciała rządzić, lecz służyć, służyć aż do wyczerpania swoich sił i z ostatnim uderzeniem swojego serca. Była godna szacunku w swojej skromnej godności, której majestat nie miał jednak nic przytłaczającego. Przy każdym słowie, które się z nią wymieniało, miało się poczucie ciepłego ludzkiego zainteresowania. Unikała wszelkich frazesów, a pytania, które zadawała, nie były rutynowe, zawsze pokazywały dążenie do zrozumienia danej sytuacji.
Jej serce zawsze było otwarte na współczucie. Gdy rolnik, który śmiertelnie przejechał swoje dziecko, miał odbyć karę więzienia za nieumyślne spowodowanie śmierci, zwrócił się w swojej podwójnej rozpaczy do cesarzowej. Ta poprosiła o ułaskawienie, a ponieważ prawdopodobnie trzeba było jeszcze przeprowadzić dochodzenie i zajęło to trochę czasu, poprosiła - było to w połowie października - o darowanie kary jako prezent na jej urodziny. Gdy tylko ułaskawienie zostało udzielone, natychmiast telegraficznie poinformowała o tym zaniepokojonego rolnika.
Wybuch wojny bałkańskiej w 1912 roku skłonił cesarzową do wysłania lekarzy, pielęgniarzy i sióstr do Bułgarii, Serbii i Grecji; osobiście ich żegnała, wielokrotnie prosiła o wiadomości, przyjmowała powracających i dokładnie dowiadywała się o ich przeżyciach i doświadczeniach. Nikt nie miał pojęcia, że dwa lata później będziemy mogli ich tak dobrze wykorzystać!
Na świętej i historycznej ziemi
Cesarz i jego małżonka byli przepełnieni głęboką religijnością, nigdy jednak nie popadając w pietystyczną pobożność. Gdy zbliżał się moment poświęcenia nowej budowli kościelnej, rozpoczętej w 1893 roku na miejscu starego Maria latina major, budynku joannitów na Muristanie w Jerozolimie, para cesarska postanowiła uczestniczyć w tej uroczystości jesienią 1898 roku. Za panowania króla Fryderyka Wilhelma IV powstał Niemiecko-Ewangelicki Kościół w Ziemi Świętej, który zyskał znacznie na znaczeniu dzięki różnorodnym osiedlom i napływowi z kolonii templariuszy. Jego wspólnoty w Jafie, Jerozolimie, Betlejem, Hajfie, Nazarecie, Bejrucie, Smyrnie i Konstantynopolu były wspierane z Prus i zaopatrywane w duchownych przez Stowarzyszenie Jerozolimskie. Cesarz chciał poprzez swoją obecność wyrazić, że nie tylko osobiście, ale w imieniu całego świata chrześcijańskiego, bierze nową placówkę kościelną pod swój protektorat.
Podróż do Ziemi Świętej została przygotowana z najwyższą starannością; miała ona pokazać gościnnemu Orientowi potęgę niemieckiego cesarstwa i siłę narodu niemieckiego, inaczej jednak niż czynili to niegdyś wcześniejsi niemieccy cesarze i książęta. Ich wyprawy prowadziły przez krew nieustannych wojen, wzburzonych namiętności i walk partyjnych; zniszczenia, klęski i rozczarowania były ich znakami rozpoznawczymi i nie okrywały chwałą reputacji Zachodu. Obecna wyprawa cesarska odbywała się pod znakiem pokoju i pojednania; to, co Zachód otrzymał od Orientu - miłość zwyciężającą świat - miał teraz niemiecki duch wdzięcznie tam z powrotem oddać i tym samym pokazać, jak inaczej teraz na poświęconej ziemi ukształtowało się pokojowe niemieckie działanie pod znakiem miłości i miłosierdzia.
12 października para cesarska wraz z najbliższym otoczeniem wyruszyła w podróż pociągiem dworskim. Każdy miał swój salon lub pokój, gdzie mógł pracować, czytać, przyjmować gości i spać. Cesarz często słuchał wykładów, spożywał posiłki wraz z cesarzową i otoczeniem we wspólnym wagonie restauracyjnym. Wieczorami panowie długo gromadzili się wokół cesarza przy cygarach, gdzie czytano gazety lub inspirujące książki, często przez samego cesarza, co prowadziło do ożywionej dyskusji.
Przez Wiedeń dotarli do Wenecji, nad którą po burzy i ciężkich opadach deszczu rozpostarło się głębokie, bezchmurne niebo, i gdzie włoska para królewska zgotowała cesarzowi i jego małżonce wspaniałe przyjęcie. "Hohenzollern", otoczony gondolami i łodziami, stał naprzeciwko Pałacu Dożów; po pożegnaniu się na pokładzie z włoską parą królewską, dumny statek powoli ruszył, witany na otwartym morzu hukiem dział nowego krążownika "Hertha" i małego, zwinnego okrętu "Hela", które towarzyszyły jachtowi cesarskiemu w podróży. Życie na pokładzie cesarskiego statku było przyjemne i swobodne, ale nie brakowało też pracy, ponieważ w miejscach postojów napływały liczne depesze z ojczyzny, które musiały być załatwione, a obecność sekretarza stanu spraw zagranicznych hrabiego Bülowa świadczyła o tym, że podróż nie była całkowicie pozbawiona charakteru politycznego. Przy wspaniałej pogodzie równie wspaniały był wjazd w Dardanele, stopniowo coraz wyraźniej wyłaniał się cudowny obraz Konstantynopola, ze smukłymi, ciemnymi cyprysami muzułmańskich cmentarzy, spiczastymi minaretami, pałacami starego Seraju omywanymi przez fale, marmurowo migoczącymi pałacami sułtańskimi Dolmabahçe i Çırağan, jakby jedno nie mogło istnieć bez drugiego i jakby największy artysta świata zaprojektował plany i nastroje do tego niezrównanego obrazu. Sułtan przygotował cesarskiej parze najbardziej wystawne powitanie i podczas wielodniowego pobytu nie szczędził coraz to nowych uprzejmości i atencji.
Właśnie tutaj, 22 października, obchodzono urodziny cesarzowej; sułtan odbył jeszcze wczesnym rankiem bardzo szczegółowe rozmowy ze swoim głównym ogrodnikiem, potem w nocy wszyscy ogrodnicy zostali postawieni na nogi, a rankiem sale, korytarze i schody prowadzące do apartamentów cesarskiej pary olśniewały najwspanialszą dekoracją kwiatową.
Przedpołudnie cesarzowa spędziła u boku męża w idyllicznej letniej rezydencji Gommerfige niemieckiej ambasady w Tarabii (Therapia), i była to miła niespodzianka ze strony cesarza, że nagle tutaj, na obczyźnie, spośród zieleni południowej roślinności rozległy się niemieckie pieśni: „Lobet den Herren” i „Du mein herzliebes Mütterl, ich lieb' dich so sehr”, odśpiewane przez chór uczniów Niemieckiej Szkoły.
Tego samego popołudnia nastąpił wyjazd, wśród huku dział, a to jedyne w swoim rodzaju miasto jeszcze raz wywarło swój niezrównany czar. Rankiem 25 października w oddali ponad błękitnym, migoczącym morzem wyłoniły się góry Palestyny, i wkrótce wpłynięto do półkolistej zatoki Hajfy. Wielki rozwój miasta zawdzięczano przede wszystkim niemieckiej inteligencji, ponieważ spośród 700 Europejczyków mieszkających tam ponad 500 było Niemcami, częściowo templariuszami, z własnym kościołem i szkołą. Zalesiony Karmel tworzył tło miasta, z którego oddzielna część blisko brzegu stanowiła niemiecką osadę templariuszy, z czystymi ulicami i ładnymi domami, pachnącymi ogrodami i starannie uprawianymi polami, wspaniałymi gajami oliwnymi i pomarańczowymi. Wielu naszych rodaków znalazło tu nową ojczyznę i czuło się, ożywione niemieckim duchem i napędzane niemiecką pracowitością, bardzo dobrze na obcej ziemi. Po raz pierwszy od 670 lat niemiecki cesarz stąpał po Ziemi Świętej, i można sobie wyobrazić, jak wielka była radość i wiwaty, gdy około czwartej po południu para cesarska zeszła na ląd, udając się na wycieczkę na Karmel, aby cieszyć się oszałamiającym widokiem przy żarzącym się słońcu zapadającym w morze. Właściwe powitanie w Hajfie odbyło się następnego dnia; zarówno ewangeliccy, jak i katoliccy mieszkańcy uczestniczyli w nim z równym entuzjazmem; cesarz odpowiedział na powitalne przemówienie przełożonego gminy wirtemberskiej, jak bardzo on i cesarzowa cieszą się, że wkraczają do Ziemi Świętej właśnie pośród niemieckiego osiedla. Widział, że zachowała się tu niemiecka natura i niemieckie przywiązanie do wspólnej ojczyzny i że są one pielęgnowane, i z dumą patrzył, jak niemiecka pracowitość wprowadza kulturę na jałową ziemię. A wobec katolickiego duchownego podkreślił, jak chętnie korzysta z okazji, aby raz na zawsze oświadczyć, że katoliccy poddani, gdziekolwiek i kiedykolwiek by tego potrzebowali, zawsze mogą być pewni jego cesarskiej ochrony.
Z Hajfy rozpoczęto podróż lądową, wśród dźwięczących pożegnalnych pozdrowień okrętów wojennych, które pozostały tutaj. Był to długi orszak, rozpoczęty przez oddział jeźdźców na siwkach z pułku Ertuğrul wysłanego przez sułtana i ułanów; następował powóz pary cesarskiej, którego właściciel, prosty, szczery, znający kraj Wirtemberczyk z Hajfy, był szczęśliwy, że może sam wieźć swoją parę cesarską do Ziemi Obiecanej. Następnie dołączyło 35 do 40 powozów ze świtą, eskortowanych przez żandarmów cesarskich w szarych mundurach, za nimi znowu oddział kawalerii. Po raz pierwszy miano — podążamy tu częściowo za opisami barona von Mirbacha — pełne wrażenie, że znajduje się w innym świecie. Po obu stronach drogi stali mieszkańcy miasta i tubylcy, którzy przybyli z daleka z okolicy, głównie Arabowie w swoich kolorowych strojach, w dostojnym, dumnym dystansie; biedni w podartych, ciemnych płaszczach, zamożni w szatach i płaszczach wszelkich możliwych kolorów, owinięci w wełnę i jedwab. Wiele kobiet i dzieci, w białych, czarnych i kolorowych sukniach, chrześcijanki bez zasłon, większość stojąc i radośnie machając, muzułmanki zasłonięte aż po czarne oczy, większość kucając i zwykle tylko wtedy skromnie odwzajemniając pozdrowienia, gdy zostały najpierw pozdrowione; ale wszystkie równie przyjazne, równie szczęśliwe i zdumione tym niemal niewiarygodnym dla nich, co tu widziały i przeżywały. Wzdłuż długiego orszaku, otoczonego chmurami kurzu na wysuszonych, twardych polach, galopowało około 150 Arabów na koniach, raz w niebieskich, raz w białych płaszczach, z siodłami ozdobionymi kwiatami. Niejeden zabrał ze sobą na konia jedno lub dwoje dzieci, albo swoją żonę. Pomiędzy nimi widać było pojedynczych jeźdźców na osłach i mułach, prawie każdy stanowił charakterystyczny obraz.
W pobliżu Cezarei, ulubionego miejsca pobytu jej budowniczego, Heroda Wielkiego, który starał się tu rywalizować z Rzymianami w splendorze i bogactwie i który przemienił okolice miasta w raj, zatrzymano się na noc. Gdzie kiedyś wznosiły się świątynie, pałace, teatry i kolumnady, gdzie żyło 200 000 ludzi, dziś rozciąga się pusty stos ruin, żywo symbolizujący potęgę czasu i zmienność wszystkiego, co ziemskie. W pobliżu zielonej arabskiej wioski rozbito dwa przyjazne duże obozy namiotowe z płonącymi ogniskami i dymiącymi kotłami, jeden dla towarzyszących tureckich oddziałów, drugi dla pary cesarskiej i jej otoczenia. W pierwszym rzędzie stały cztery namioty cesarza i cesarzowej, namioty dam i niektórych panów. Każdy miał własny; wnętrze było obwieszone kolorowymi egipskimi kocami, podłoga wyłożona tureckimi dywanami; duże, czyste, wygodne angielskie łóżko z moskitierą, stół z przyborami do mycia i dwoma świecami, dwa krzesła, urządzenia do wieszania ubrań stanowiły wyposażenie. Już krótko po piątej rano następnego dnia kawaleria zadęła sygnały, potem odbyło się wspólne śniadanie, a przed siódmą wyruszono. Mijając biedne i zamożne wioski, w straszliwym upale, w końcu na wzgórzu pojawiło się miasteczko wyglądające na wskroś niemieckie, ozdobione flagami i chorągiewkami, niemieccy mieszkańcy, niemieckie dzieci szkolne, niemieckie panny honorowe, niemieckie bramy powitalne przyjmowały parę cesarską z radosnym, świeżym entuzjazmem z ojczyzny. Dotarto do wirtemberskiej kolonii templariuszy Sarona, najpiękniejszej niemieckiej osady, jaką można sobie wyobrazić, z szeroko rozrzuconymi gospodarstwami, każde okazałe, domki z czerwonymi dachówkami, obok nich stajnie, kurniki, ule, zbiorniki wodne i studnie, wszędzie ogrody z cudownymi różami i wieloma innymi kwiatami, altany zacienione eukaliptusami i morwami, nie brakowało nawet pojedynczych wysokich palm. Para cesarska również nie mogła oprzeć się przyjaznemu wrażeniu; po toaście czystym, perlistym winem z Sarony, cesarz wyraził to serdecznymi słowami, podkreślając swoje zadowolenie, że z pewnością ta podróż przyczyni się do tego, że niemiecka pracowitość, niemiecka praca i niemiecka kultura będą nadal czynić postępy w tym kraju. Przez dłuższy czas cesarz i cesarzowa rozmawiali z mieszkańcami kolonii, dzieci szczególnie otaczały cesarzową i z radością wyciągały do niej ręce i kwiaty.
Po pół godzinie dotarto do Jafy, gdzie zatrzymano się na noc w niemieckim hotelu Park-Hotel. "To jest jak w raju," powiedziała cesarzowa, wchodząc do ogrodu hotelu. I okrzyk był uzasadniony. Jak piękny widok z wysokich, przestronnych, czystych pokoi, w dół do ogrodu z jego wspaniałymi palmami feniks, wachlarzowymi i daktylowymi, krzewami obficie kwitnącymi, białymi i czerwonymi oleandrami i geraniami, krzewami hibiskusa obsypanymi czerwonymi kwiatami, ciemnym listowiem drzew laurowych i gumowych, krwawymi plamami krzewów granatu, żywopłotami z bambusa i aloesu! Wspaniałe białe i wielobarwne papugi kołysały się pośród tego czaru kwiatów, a kilka małp figlowało w wesołych skokach, w potężnych koronach indyjskich figowców i akacji świergotało i gruchało setki małych opierzonych śpiewaków. A potem oczy sunęły ponad tym falującym morzem liści i kwiatów do przylegających do ogrodu gajów pomarańczowych i palmowych, a za nimi do budującej się białej arabskiej miejscowości i szerokiego, błękitnego morza, którego fale pieniste toczyły się po szarych skałach na żółtą plażę, a jego szum był wyraźnie słyszalny.
Następny poranek zapowiadał już wielki upał; o siódmej godzinie nastąpił wymarsz. Cesarz i cesarzowa dosiedli swoich koni wierzchowych, ponownie turecka kawaleria otwierała pochód, następnie para cesarska i panowie ze świty, za nimi żandarmi przyboczni cesarza i dwóch żołnierzy syryjskiej straży przybocznej sułtana, którzy nie opuszczali cesarza ani na chwilę, dalej długi szereg powozów i znowu tureccy jeźdźcy. Dopiero po południu wsiadano do powozów, aż o zmierzchu zatrzymano się w obozie namiotowym rozbitym na równinie Bab-el-Vadi. Następnego dnia miano dotrzeć do Jerozolimy; znowu wyruszono o siódmej, kurz i upał były przytłaczające. W górę i w dół jechano przez doliny i liczne serpentyny, wszystko beznadziejne i opustoszałe, aż w końcu pojawiła się Jerozolima, początkowo dla wszystkich, bez wyjątku, wielkie rozczarowanie, ponieważ każdy wkracza na świętą ziemię z wysokimi oczekiwaniami. Tak malowniczo jak miasto wygląda z zewnątrz, od strony Góry Oliwnej, z potężnymi murami, wieżami i bramami, z uświęconymi miejscami, takimi jak Góra Oliwna i Getsemani, tak wielkie rozczarowanie odczuwa się w jego wnętrzu. Kto nie potrafi tu patrzeć oczami duszy, szybko odejdzie niezadowolony. Tu umysł musi z wiarą podążać za podniosłymi wspomnieniami, które oferują się nam w wielkiej liczbie, najgłębiej i najbardziej bezpośrednio w wąskiej, krętej Drodze Krzyżowej, gdzie zalewa nas fala wzruszających i wzniosłych wyobrażeń.
Cesarz i cesarzowa, jadąc na siwych koniach w białych płaszczach przeciwsłonecznych, przybyli przed święty Syjon, między nieregularnie zbudowanymi z białego wapienia pojedynczymi domami w skalnym i kamiennym rumowisku; ludzie pozdrawiali, machając rękami i kłaniając się; w niektórych miejscach rozbrzmiewały niemieckie okrzyki "hoch" i "hurra", turecki batalion był ustawiony w paradzie. Przed miastem rozbito obóz, na placu należącym do Fundacji Jerozolimskiej, między wysokimi murami, domami i płotami. Ale był tu tylko krótki postój, potem nastąpił uroczysty wjazd do samego miasta, który był równie imponujący, co wspaniały. O trzeciej godzinie cesarski pochód ruszył, daleko z przodu czterech beduińskich szejków jadących z długimi lancami, za nimi na wspaniałych białych koniach turecka kawaleria, oddział osmańskich żandarmów i kawasowie (tradycyjni strażnicy i ochroniarze, którzy pełnili rolę eskorty dyplomatycznej -przyp. Tłumacza) niemieckiego konsula. W otwartym, czterokonnym powozie sułtana jechała cesarzowa ze swoimi damami, potem następował cesarz na swoim wspaniałym siwym koniu "Kurfürst" („Elektor”) w mundurze tropikalnym, otoczony przez swoich generałów i adiutantów, wszyscy w białych płaszczach i z welonem na hełmie, za nimi lśniąca złotem świta tureckich generałów i oficerów.
Wielkie powitanie przy pierwszej bramie triumfalnej, za którą ciągnęły się maszty z liśćmi palmowymi i długie girlandy z gałęzi sosnowych po bokach. Radość wszędzie, gęste tłumy ludzi wszystkich narodowości i strojów, dachy wszędzie zajęte, w każdym kącie na każdym murze kucają kobiety i dzieci, radość staje się coraz głośniejsza, wojska i policja tworzą tylko cienki kordon, mimo to porządek jest godny podziwu. Przy potężnej Bramie Jafskiej wybucha prawdziwa burza radosnych manifestacji; są to pozostali niemieccy goście, którzy odbyli podróż na specjalnych statkach i zebrali się teraz tutaj, aby uczestniczyć w wjeździe. Z boku bramy, która była zbyt wąska, nastąpiło wejście do miasta; na małym placu za cytadelą opuszczono pojazdy i konie, para cesarska zeszła ulicą Dawida, wysypaną kwiatami i zielonymi gałązkami, w kierunku Bazyliki Grobu Świętego i weszła do świątyni, której wnętrze jaśniało wspaniałym blaskiem świateł. Do Grobu Świętego para cesarska weszła sama; głęboka cisza panowała w tej chwili wśród licznej, towarzyszącej świty. Z kościoła, którego dzwony głucho biły, udano się do pobliskiego Muristanu (nazwa historycznego obszaru w Starym Mieście Jerozolimy – przyp. tłumacza), pokonując pieszo krótki odcinek, witani przez niezliczonych Niemców, którzy przybyli z daleka i bliska, przez dzieci ze szkoły niemieckiej i diakonisy z Kaiserswerth (miejscowość w Niemczech, która jest znana m. in. z działalności diakonis – przyp. Tłumacza) przed nowym kościołem Zbawiciela.
Mowę powitalną wygłosił minister kultury dr Bosse, kończąc entuzjastycznie przyjętym toastem, na co cesarz odpowiedział serdecznymi słowami. Następnie odbyło się zwiedzanie kościoła, po czym wyruszono w drogę powrotną do obozu. Następnego dnia odwiedzono Betlejem i Górę Oliwną, głęboko poruszające było pierwsze nabożeństwo wieczorne odprawione na Górze Oliwnej przez D. Dryandra. Po nabożeństwie para cesarska powitała niemal wszystkich obecnych niemiecko-ewangelickich duchownych z Palestyny, Azji Mniejszej i Egiptu. Cesarz wygłosił poważne przemówienie, w którym wezwał ich do jedności i pokoju wyznaniowego, wskazując, jak niemiecki duch, niemiecka wierność i pracowitość mogą pomóc biednemu, opuszczonemu ludowi, który widział podczas swojej podróży: "Możemy działać tylko poprzez przykład, poprzez wzór i dowód, że Ewangelia jest Ewangelią miłości, we wszystkich kierunkach świata, i że przynosi ona inne owoce."
31 października był poświęcony konsekracji Kościoła Odkupiciela, a dzwony Jerozolimy, bez względu na to, do którego z wielu często skłóconych ze sobą kościołów należały, ogłaszały wielkie święto, tak jak w ojczyźnie. Wkrótce po godzinie dziewiątej z obozu wyruszył błyszczący orszak świąteczny, cesarzowa w powozie galowym, cesarz w mundurze Garde du Corps ze złocistym hełmem i kirysem, z długim białym jedwabnym płaszczem zarzuconym na ramiona dla ochrony przed żarem słońca. Przed kościołem odbyło się uroczyste powitanie; przy potężnym chorale "Córko Syjonu, raduj się!", granym przez orkiestrę marynarki wojennej, wkroczono do wypełnionego po brzegi wnętrza. Kazanie konsekracyjne wygłosił generalny superintendent D. Dryander, kończąc głęboko odczuwaną modlitwą, podczas której cesarz i cesarzowa oraz cała kongregacja uklękli. Po pierwszym nabożeństwie dla zgromadzonych i błogosławieństwie stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Cesarz wstąpił po stopniach do ołtarza, stanął przed nim i powoli i uroczyście, z głęboką powagą odczytał swoje wyznanie wiary pełne żarliwej chrześcijańskiej treści i niezachwianej wiary.
Po południu, po drugiej stronie murów niegdyś tak dumnej twierdzy Dawida i pobliskich murów miejskich, cesarz dokonał uroczystego przejęcia i przekazania terenu, tzw. Dormition, który sułtan odstąpił cesarzowi, aby wznieść tu miejsce kultu i inne budynki dla niemieckich katolików. Już od dawna Kościół katolicki bezskutecznie starał się o nabycie tego miejsca, uświęconego przez tradycję jako miejsce wniebowzięcia Marii, teraz wreszcie to gorące pragnienie zostało spełnione dzięki temu, że cesarz podarował Dormition niemieckim katolikom.
Trzy kolejne dni były poświęcone zwiedzaniu Jerozolimy i jej najbliższych okolic, a cesarzowa również tutaj szczegółowo odwiedziła hospicja i szpitale; dalsze wycieczki, takie jak do Nazaretu i Jeziora Tyberiadzkiego, nie mogły być podjęte, ponieważ były zbyt męczące dla dam. Tak więc wyruszono bezpośrednio z Jerozolimy do Bejrutu, a stamtąd do Damaszku, gdzie przybyli 7 listopada i pozostali do 9. Pobyt był bogaty w najbardziej fascynujące i barwne wrażenia, a powitanie także tutaj zawsze było radosne. Wszędzie cesarzowi towarzyszyły wspomnienia o jego ojcu, który o tej samej porze roku 1869 odbył tę samą podróż, choć w innych warunkach. 11 listopada wieczorem ponownie dotarli do Bejrutu; miasto było wspaniale oświetlone, a serdeczne pożegnania niemieckiej kolonii i sióstr z Kaiserswerth, które zebrały się na brzegu, były wzruszające. 12 listopada o świcie "Hohenzollern" podniósł kotwicę i o szóstej rano odpłynął przy salutach tureckich oddziałów stojących na brzegu i molach oraz okrętów wojennych stojących poza portem, kierując się z powrotem do ojczyzny. Z Pula, po przetrwaniu jeszcze gwałtownych burz, z których jedna zalała kajutę pary cesarskiej, tak że mieszkańcy musieli ją pośpiesznie opuścić, 23 listopada wyruszono w dalszą podróż przez Monachium, Stuttgart i Baden-Baden do Poczdamu. 1 grudnia para cesarska przybyła z powrotem do Berlina, powitana przed Bramą Brandenburską przez przedstawicieli miasta, na czele z nadburmistrzem Kirschnerem. W odpowiedzi na jego ciepłe słowa cesarz wspomniał, jak piękne i potężne wrażenia on i jego małżonka zdobyli podczas podróży i jak chętnie wraca do Berlina, swojego ukochanego rodzinnego miasta, aby podjąć na nowo swoją pracę: "Jedno mogę powiedzieć, że wszędzie we wszystkich krajach i miastach znalazłem niemieckie imię szanowane i poważane jak nigdy dotąd. Mam nadzieję, że tak pozostanie i że moja podróż przyczyniła się do otwarcia nowych rynków zbytu dla niemieckiej energii i niemieckiej aktywności."
Jeśli podróż do Ziemi Świętej była spełnieniem długo pielęgnowanego życzenia serca pary cesarskiej, połączonego z najbardziej wyczerpującymi obowiązkami reprezentacyjnymi, to pobyt na historycznej ziemi miał inny charakter: miał przynieść cesarzowi i jego towarzyszce życia odpoczynek i odświeżenie po nieustającej pracy i oddanej działalności. Kilka lat po tej podróży do Jerozolimy cesarz podczas rejsu po Morzu Śródziemnym złożył wizytę królowi Grecji Jerzemu (później zamordowanemu w Salonikach) na Korfu i odbył z nim różne wycieczki powozem po bajecznie pięknej wyspie. Podczas jednej z nich zwiedzono także Achilleion, które od śmierci cesarzowej Elżbiety stało nieużywane i puste; cesarz był całkowicie oczarowany czarem klasycznej starożytności, który unosił się nad całością, jak i wspaniałą panoramą, która się stąd przed nim otwierała. Król Jerzy zaproponował cesarzowi nabycie posiadłości i stworzenie z niej miejsca odpoczynku na wiosnę po wyczerpującej zimie dla niego i cesarzowej. Pałac od dawna był wystawiony na sprzedaż, ale nikt się jeszcze nie zgłosił, poza pewnym bankierem i spółką, która chciała zrobić z niego hotel wraz z kasynem, ale to raz na zawsze zabronił; on i jego kraj byliby szczęśliwi, mogąc udzielić cesarzowi gościny w starym, sprawdzonym greckim stylu, podobnie jak jego rząd. Po wielu perturbacjach Achilleion stało się własnością cesarza, który podczas pobytu w 1907 roku w Bad Homburg vor der Höhe pewnego wieczoru poinformował o tym swoją całkowicie zaskoczoną małżonkę, przedstawiając album z doskonale pięknymi zdjęciami pomieszczeń i ogrodów, przesłany z Wiednia.
Ta baśniowa kreacja na wzgórzach Gasturi, godzinę jazdy powozem od miasta, zawdzięczała swoje powstanie cesarzowej Elżbiecie Austriackiej. Ona, która z cichym entuzjazmem zagłębiała się w świat grecki, ona, która ze zmęczoną duszą, a jednak ze świętym ogniem rozmyślała nad nieśmiertelnymi pytaniami i starała się je zgłębić, chciała tu odpocząć od zgiełku wielkiego świata, z którego nigdy nic sobie nie robiła, chciała żyć całkowicie dla siebie i swoich wzniosłych uczuć. Czy znalazła tu spokój, ona, która niestrudzenie przemierzała świat, tego nie wiemy. Ale piętno swojego szlachetnego człowieczeństwa i głębokiego życia emocjonalnego odcisnęła na tym swoim cudownym dziele, któremu nadała także nazwę, podczas gdy jako artystyczne ucieleśnienie tego samego kazała ustawić marmurową rzeźbę umierającego Achillesa na tarasie pałacu pod południowymi drzewami. Z jej słów, które poświęciła trojańskiemu bohaterowi, wyłania się tak wiele z jej własnego nastroju i uczuć: "Kocham go, ponieważ był tak silny i nieugięty, gardził wszystkimi królami i tradycjami, a masy ludzkie uważał za nic, dobre tylko do tego, by być skoszonymi przez śmierć jak źdźbła trawy. Uświęcał tylko swoją własną wolę i żył tylko swoimi marzeniami. A jego smutek był dla niego cenniejszy niż całe życie."
Po tym, jak zgodnie z dokładnymi instrukcjami cesarza wnętrze zamku i park przeszły różne upiększenia, ponieważ posiadłość długo była niezamieszkana, a szczególnie ogród był zaniedbany, wiosną 1908 roku cesarz zabrał cesarzową na klasyczną wyspę, witając ją po raz pierwszy jako panią Achilleion w perystylu zamku. Następnie wraz z towarzyszkami i towarzyszami weszli po wielkich schodach aż na drugie piętro, gdzie otworzyły się szklane drzwi; teraz pozwólmy opowiedzieć samemu cesarzowi, który opublikował fascynującą książkę bogatą w treści poświęconą pamięci swojej małżonki "Wspomnienia z Korfu", do której zainspirowała go cesarzowa:
"Przed nami rozciąga się wspaniały górny ogród, otoczony z dwóch stron otwartymi kolumnadami i ozdobiony białymi marmurowymi posągami i hermami filozofów. Ciemna zieleń jego cyprysów, zmieszana z jaśniejszą zielenią palm, tworzy piękny kontrast z bielą otaczającej architektury i marmurowych rzeźb. Do tego lśniący parter wielobarwnych cynerarii, a pośrodku nich pluskająca fontanna! Rozlegają się okrzyki zdumienia, klasyczne cytaty, a jasny, radosny entuzjazm świeci we wszystkich spojrzeniach na widok tego raju z jego ciszą i symfonią kolorów. To jest Grecja! To jest klasyczne piękno! Tutaj potężny duch wiecznej młodości, nigdy nieprześcignionej szlachetnej starożytności kroczy bezpośrednio obok nas! — Idziemy dalej pod moim przewodnictwem przez środkowy taras. Białe marmurowe schody pokryte jasnofioletowymi glicyniami prowadzą w dół na duży taras Achillesa. Tutaj zdumioną grupę otacza głęboka ciemność gęsto porośniętego gaju potężnych palm daktylowych, który z obu stron otoczony jest wysokimi, dającymi ochronę przed wiatrem i pogodą pergolami. Z nich spływają w dzikim, kolorowym chaosie glicynie i kwiaty róż, roztaczając swoje barwy i zapach. Przez gaj wije się ścieżka między obwódkami z pierwiosnków i kluczyków, na przemian obsadzonymi tulipanami i cynerariami. W końcu wychodzi się na dużą, półokrągłą platformę tarasu przed umierającym Achillesem na otwartą przestrzeń. Co za widok! Panorama rozciągająca się na ponad dwanaście niemieckich mil wokół! Wyspa Korfu, miasto, morze, góry Epiru, piętrząc się jak kulisy jedna nad drugą, od gór Akrokeraunijskich aż po pokryte śniegiem pasma górskie koło Janiny! Pod nimi wszędzie indygo-niebieskie, wspaniałe morze, a nad nim lśniący błękit południowego nieba. — Okrzyki zdumienia ucichły, głęboka cisza ogarnęła wszystkich. Pogrążeni w zachwycie, Niemcy uciekli z zaśnieżonego, hałaśliwego, narzekającego Berlina, aby cieszyć się tym wspaniałym dziełem stworzenia, które kieruje serce ku Stwórcy. Cesarzowa odwróciła się do mnie w milczeniu i cicho uścisnęła mi dłoń. Stojący obok mnie pan szepnął mi cicho: "Tutaj brakuje słów, tutaj można tylko wielbić, tutaj Bóg jest blisko." Długo, długo staliśmy z naszymi wiernymi w niemym podziwie przed wielkim dziełem Boga, przed Jego potężną naturą. Potem wszyscy cicho wrócili przez czarodziejskie ogrody do swoich kwater, zbyt poruszeni tym doświadczeniem, by rozmawiać, ale zajęci rozmyślaniem nad tym, co zobaczyli, które kulminowało w myśli: "Światłość to szata, którą masz na sobie, Panie, jak wielkie i liczne są Twoje dzieła. Wszystkie mądrze uporządkowałeś, ziemia jest pełna Twoich dóbr." — Ten nastrój utrzymywał się również wieczorem podczas pierwszego spotkania przy kolacji i po niej. Byłem przepełniony najgłębszą radością. Achilleion wywarło swój efekt, udowodniło swój czar, uszlachetniło i podniosło na duchu, daleko ponad nadzieję szczęśliwego właściciela. Stojąc na dużym balkonie przed swoim mieszkaniem, widział zachodzące słońce zanurzające się w złotych płomieniach i góry oblane czerwonawym blaskiem, i wzniósł cichą modlitwę dziękczynną do Stwórcy, który dał mu ten wspaniały kawałek ziemi i taki dzień, i ślubował zachować poświęcenie Achilleion, we wdzięcznej pamięci o wysokiej, nieszczęśliwej kobiecie, której duchowi ten raj na ziemi zawdzięczał swoje powstanie: Cesarzowej Elżbiecie! Gdybyś kiedykolwiek została zapomniana przez świat i swój lud, w Achilleion żyjesz dalej! Tam twoja pamięć jest cicho i wiernie pielęgnowana. Tam nigdy nie zostaniesz zapomniana!"
Również w inny sposób nowy cesarski właściciel uczcił pamięć nieszczęśliwej książęcej kobiety; na dolnej granicy parku kazał ustawić w okrągłej, greckiej marmurowej świątyni, gęsto otoczonej pachnącymi kwiatami, marmurowy posąg cesarzowej Elżbiety, smukłą postać wyprostowaną wysoko, z delikatną twarzą o przyjaznym, szczęśliwym wyrazie zwróconym w stronę morza, które kochała ponad wszystko. Również mała, położona wyżej kaplica przypominała o niej, w której kiedyś się modliła: nad małym ołtarzem wisiał obraz Matki Boskiej, który Elżbieta ofiarowała w podziękowaniu po niebezpiecznym, burzliwym lądowaniu.
Cesarzowa czuła się bardzo szczęśliwa w tym wspaniałym zamku nad morzem, goszcząc wraz z mężem wielu gości; bo przybywały nie tylko dzieci i inni bliscy krewni, nie tylko grecka para królewska, ale także przyjaciele ze wszystkich części świata, uczeni, artyści, mężowie stanu, wysocy oficerowie, i wszyscy oni niechętnie opuszczali zamek i wyspę.
Także tutaj, w tej idylli, praca nie była przerywana, kilka razy w tygodniu przybywał kurier z Berlina z depeszami i innymi dokumentami; cesarz przyjmował raporty i odbywał narady: "Praca płynąca w nieprzerwanym wykonywaniu obowiązków władcy była przyjemnością. Wiele spraw, którym w domu przypisywano zbyt wielką wagę, wydawało się w tej wielkiej naturze naprawdę małe i nieistotne." Popołudniami odbywano wspólne spacery lub wycieczki do bardziej odległych miejsc; często zdarzało się, że kobiety lub dziewczęta, a także grupy dzieci ofiarowywały małe bukieciki kwiatów, w podziękowaniu otrzymywały filigranowe guziki lub broszkę, kolczyki lub łańcuszek, ale nigdy pieniądze, aby nie przyzwyczajać ich do żebrania. Przed i w okresie wielkanocnym Korfijczycy otrzymywali inny, bardzo potrzebny i użyteczny dar. Jak humorystycznie opowiada cesarz, bogini prania i czystości nie jest przez nich bardzo czczona. Szczególnie dzieci były czasami brudne; słońce, wielki zabójca bakterii, musiało dbać o wszystko. Aby ułatwić słońcu pracę i zachęcić Korfijczyków do współpracy, cesarz przywiózł z Berlina kilka tysięcy drewnianych pisanek, które zawierały jajka z mydła. Towarzyszący mu panowie musieli je umieścić we wszystkich dostępnych kieszeniach, tworząc w ten sposób transport mydła, którego ładunek zwykle był zużywany podczas spacerów. Zdziwienie obdarowanych było zawsze bardzo duże, gdy pokazywano i wyjaśniano im zawartość; w końcu kobiety wykrzykiwały: "Sapuni." (po grecku znaczy „mydło” – przyp. tłumacza) To jest mydło! Następnie wykonywały pantomimę mycia twarzy. Kiedy cesarz próbował im wytłumaczyć z pomocą towarzyszącego greckiego oficera żandarmerii jako tłumacza, że mydło jest przeznaczone nie tylko do twarzy, ale także do reszty ciała, i próbował to również wyjaśnić pantomimicznie, dobre mieszkanki Korfu wybuchły głośnym śmiechem, energicznie potrząsając głowami.
Często odwiedzano stary klasztor, położony na stromej skale bezpośrednio nad szumiącym morzem, i pito herbatę na tarasie, lub odpoczywano w gaju oliwnym na zielonych matach, podczas gdy fale morza śpiewały swoją nieustanną pieśń, pieśń, z której można było usłyszeć głosy wielkiej przeszłości. W drodze powrotnej drogi ożywiały się, ludność wiejska, głównie kobiety, wracała z pracy w polu. Tam, gdzie kobiety i mężczyźni wracali razem, oczywiście mężczyzna siedział na ośle, paląc papierosa, podczas gdy jego żona mogła iść pieszo za nim lub obok, na dodatek z wiązką chrustu na głowie. Pewnego razu cesarzowa z grecką księżną koronną Zofią, siostrą cesarza, spotkały taką parę, co wywołało oburzenie niemieckich kobiet na niesprawiedliwe traktowanie im podobnych. Korfijczyk miał zostać pouczony o swoich rycerskich obowiązkach; księżna koronna przekazała treść życzenia cesarzowej. Efekt był zaskakujący; jeździec głośno się roześmiał i pozostał na górze; jego żona wyjaśniła: Tak już jest i zawsze było, poza tym nie widziała w tym nic złego.
Nie brakowało też okazjonalnie różnego rodzaju rozrywek. Załogi "Hohenzollerna" i statków eskortujących organizowały różne festiwale sportowe, na których pojawiała się para cesarska, a o drastyczny humor było zadbane - zdrowy, szorstki, ale nieszkodliwy humor marynarski, który tkwił w samych występach, ale był też żywo i wesoło podchwytywany przez ludzi i prowadzony dalej z radością. Cesarz opowiada o jednym, choć niezamierzenie zabawnym, wyczynie angielskich kadetów marynarki. Blisko Przylądka Kanone, małego cypla, którego nazwa pochodzi od dużego, starego weneckiego działa, które wciąż tam leży, pośrodku płaskiej zatoki, na skałach wznosi się klasztor dla starszych kobiet i zakonnic, które chcą spędzić tam spokojnie jesień życia. Wstęp dla mężczyzn jest surowo zabroniony. Młodzi, weseli kadeci marynarki, należący do zakotwiczonej w porcie angielskiej floty flagowej, uznali za zbyt uciążliwe wędrowanie wokół całej zatoki do miasta Korfu, zwłaszcza w upale, pokonując odległość około półtorej godziny. Krótko mówiąc, wzięli za wzór antyczne posągi i w "przebraniu Apoksyomenosa", lub jak mawiał cesarz Fryderyk w takich przypadkach, ubrani jedynie w klimat, z rzeczami na głowach, rzucili się w fale i popłynęli w kierunku budynku leżącego przed nimi, którego przeznaczenia oczywiście nie znali. Wylądowali tam, przeszli przez bramę i wesoło przemaszerowali przez dziedziniec klasztoru! Na widok chłopców przebranych na "starogrecki sposób", którzy tak niespodziewanie wtargnęli do spokojnego sanktuarium starszych kobiet, rozległ się tak straszliwy lament i płacz oraz rozpoczęło się tak dzikie bieganie tam i z powrotem, że kilka osób znajdujących się na przylądku Kanone usłyszało to zamieszanie. Zaniepokojeni, spojrzeli w dół, sądząc, że stare damy postradały zmysły. Dopiero gdy zobaczyli młodą grupę adamowych chłopców pędzących w maratońskim biegu przez pomost, zagadka wyjaśniła się ku ogólnej wesołości. Rozbawiona grupa była bardzo dumna ze swojego pływackiego wyczynu i twierdziła, że najmłodsza z zaskoczonych córek Ewy musiała mieć ponad sto lat!
Cesarz, a także cesarzowa, poświęcali duże i rosnące zainteresowanie wykopaliskom na wyspie, które przyniosły wyjątkowe rezultaty, głównie dzięki temu zainteresowaniu. Przypadkowo rolnik z Garitzy, przedmieścia Korfu, kopiąc dziurę na swoim polu, znalazł duży kamień, który okazał się reliefem. Greckie towarzystwo archeologiczne zorganizowało wykopaliska w pobliżu miejsca znaleziska, właśnie gdy para cesarska przebywała na Korfu, aby poszukać kolejnych fragmentów. Gdy podczas tych prac odkryto drugi relief, cesarza poinformowano o znalezisku, a on zainteresował się sprawą tak bardzo, że prawie codziennie udawał się na miejsce wykopalisk i wkrótce przejął kierownictwo nad pracami. Dokonywano nowych odkryć; cesarz był tak podekscytowany, że wielokrotnie nie przychodził na obiad; cesarzowa wysyłała kosze z jedzeniem i piciem na miejsce wykopalisk. Kolejne dni przynosiły coraz to nowe ważne rezultaty; cesarz telegraficznie wezwał profesora Wilhelma Dörpfelda, który już wcześniej kierował niemieckimi wykopaliskami w Olimpii, później w Troi, Pergamonie i Itace, a który był najpierw sekretarzem, a potem dyrektorem Niemieckiego Instytutu Archeologicznego w Atenach. Dörpfeld przybył natychmiast i wprowadził wykopaliska w odpowiedni system. Znaleziono także ogromne ciało posągu Gorgony, opasane dwoma wężami, a także wiele innych fragmentów, które zostały przeniesione do pobliskiego nowego muzeum i tam złożone. Chodziło o fronton świątyni o wyrazistym kształcie, znalezisko o wielkim znaczeniu dla historii sztuki, ponieważ ten fronton świątyni jest jedyną zachowaną grupą tympanonu z hellenistycznej starożytności, której układ został bezspornie ustalony, podczas gdy w przypadku prawie wszystkich starogreckich frontów świątyń archeolodzy spierają się o układ poszczególnych figur. Stopniowo odsłonięto cały kompleks świątynny, z uderzająco dobrze zachowanym ołtarzem, a przypuszczenie cesarza, że chodzi o świątynię Gorgony, znalazło potwierdzenie, podobnie jak to, że Gorgona lub Meduza sztuki greckiej wyrosła z południowo-arabskiej bogini słońca Sams. Później król Jerzy z Grecji zezwolił, aby cesarz i Dörpfeld mogli prowadzić wykopaliska również w parku jego willi Monrepos, i tam odkryto na nowo urokliwą małą świątynię Kardaki; pojawiły się też inne cenne ruiny starożytności.
Oddajmy teraz głos poecie, a mianowicie Richardowi Voßowi, który spędził wspaniałe wiosenne dni na Korfu i był obecny, gdy nowe "dziwne owoce" były wydobywane z ziemi, która ukrywała je przez ponad dwa tysiąclecia: "Często przyglądałem się wykopaliskom antycznych budowli: grobowców, teatrów, portyków, ale nic nie poruszało mnie tak głęboko, jak moment, gdy rzeźba, posąg wyłaniały się znowu z macierzyńskiego łona ziemi. Czułem wtedy, jakby coś, co kiedyś było żywe, budziło się z długiego snu śmierci. Porusza się, unosi. Strząsa z siebie ciężkie bryły ziemi, wyciąga ramiona, głowę, otwiera oczy. Wstaje - żyje!" Po opisaniu takiego "zmartwychwstania" na Korfu, kontynuuje: "Stałem i patrzyłem, oczekując przebudzenia, zmartwychwstania tych bogów i stworzeń. W gęstych szeregach tłum Korfijczyków otaczał wąską scenę, podobnie jak ja, cicho czekając w niemal uroczystym milczeniu, jakby czuł się owiewany duchem: duchem minionych, wielkich czasów swojej fanatycznie ukochanej wyspy, którą łaskawi bogowie uczynili rajem. Nagle szmer zgromadzonego tłumu: "Cesarz nadchodzi!" I znowu: "Cesarz! ... Cesarz!" Stojący wokół ludzie szeptali do siebie: cesarz przychodził każdego dnia, zostawał godzinami, patrzył, czekał. Radośnie przekazywali sobie tę informację: z radosnym podnieceniem oczekiwali przybycia niemieckiego cesarza. Było tak, jakby przybywał nie obcy monarcha, lecz znany i kochany przez wszystkich władca, który należał także do nich, do dobrego i wiernego ludu Korfijczyków. Są to przecież potomkowie tego pradawnego plemienia, u którego gościnność stała wysoko i była święta jak u żadnego innego ludu wyspiarskiego; na Scherii nawet wydano o tym prawa i zapisano je na spiżowych tablicach. U dzisiejszych mieszkańców Korfu taki nakaz nie jest konieczny: noszą oni pismo, jak należy czcić gościa, zachowane w sercu. Niemiecki cesarz przybył, pozostał godzinami, czekał godzinami. A Korfijczycy cieszyli się z jego obecności."
Wiosną 1914 roku cesarz ze swoją małżonką po raz ostatni przebywał na ukochanej wyspie, żegnając się z nią w pierwsze dni maja. Długo jeszcze stali Korfijczycy, machając chusteczkami w porcie, długo patrzyli za biało lśniącym "Hohenzollernem", niejeden z nich zapewne wspominając korfijską pieśń pożegnalną:
"Przy odjeździe jeszcze pozdrawiam
Po raz ostatni
Wszystkie ziemie Korfu
Z górami i dolinami! -
Więc odjedź teraz
I wróć,
I często wspominaj
Czasy pełne szczęścia!"
Dwa ostatnie wersy miały się spełnić, ale nie poprzedzające je! Podczas gdy cesarz na Korfu badał Gorgony, doryckie kolumny i Homera oraz dyskutował o tym z archeologami, na Kaukazie w Rosji już mobilizowano się przeciwko Niemcom. A car na początku roku na pytanie o swoje plany podróży odpowiedział: "W tym roku zostanę w domu, bo będziemy mieli wojnę!" -
Ulotny bieg długich lat
"Nie zawsze łatwo jest być królową" - powiedziała mi kiedyś królowa Rumunii Elżbieta - Carmen Sylva - "Jak często trzeba wypełniać najbardziej wyczerpujące obowiązki, kiedy każdy inny śmiertelnik może i musi odpocząć, bo to przekracza jego siły. Jak często podczas wielkich przyjęć trzeba prowadzić rozmowy z setkami ludzi, których w ogóle się nie zna, o treści, której wcześniej się nie zna i które są zazwyczaj strasznie obojętne. Jak często trzeba się spieszyć, by przebrać się między dwiema następującymi po sobie uroczystościami. A przy tym, jak również wieczorem, gdy śmiertelnie zmęczona pozwala się pomagać przy rozbieraniu i rozpuszczaniu włosów, trzeba jeszcze rozmawiać z damami dworu, oczywiście o błahostkach, bo jeśli jest się milczącym, zaraz szepczą: co się dzieje z królową, czy miała jakieś zmartwienia, jest taka cicha, czy coś się stało, i co?"
"Niełatwo być królową" - a co dopiero cesarzową, niemiecką cesarzową! Często cesarzowa Augusta Wiktoria mogła to sobie mówić z cichym westchnieniem, bo z każdym rokiem powiększało się pole jej działalności, z każdym rokiem przybywało obowiązków, którym poświęcała się z właściwą sobie sumiennością. Gdy porównuje się dworską kronikę tamtych lat, jest się zdumionym, ile wszystkiego gromadziło się w ciągu kilku miesięcy: wspólne podróże z cesarzem, wizyty składane w kraju i za granicą, odwzajemnianie ich przez niemieckie i obce osobistości książęce, uroczyste wydarzenia dworu. Cudzoziemcy chętnie przyznawali, że niemiecki dwór cesarski był najbardziej imponujący ze wszystkich europejskich dworów i że reprezentacja była tu wzorowo sprawowana. Zrozumienie cesarza dla sztuki i jej gałęzi pobocznych, jego zainteresowanie malowniczymi obrazami i historycznymi tradycjami minionych stuleci sprawiło, że po jego wstąpieniu na tron także uroczystości dworskie nabrały pod wieloma względami innego charakteru, którego blask i oryginalność przyniosły cesarskiemu dworowi reputację najcieplejszej gościnności i wybornego przepychu.
Zimowy łańcuch uroczystości rozpoczynał się zazwyczaj noworoczną defiladą i obchodami święta koronacji i orderów 18 stycznia, a kończył balem karnawałowym pod koniec lutego, na początku marca; pomiędzy nimi leżały uroczystości z okazji urodzin cesarza, kilka większych balów i mniejszych przyjęć, a często te i inne szczególne okazje przynosiły także świąteczne echo, które wyrażało się w obiadach, kołach i dworach, teatralnych i muzycznych imprezach itp. Wiele pomieszczeń zamku, przede wszystkim Biała Sala, przeszło istotną transformację; oferowały one wspaniały widok w blasku niezliczonych elektrycznych świec. Tylko podczas defilady otwierało swoje podwoje nie mniej niż osiemnaście reprezentacyjnych pomieszczeń, aby przyjąć przybyłych tego wieczoru, których liczba często przekraczała tysiąc, a jeszcze więcej zaproszeń wysyłano na wielkie bale dworskie, które przy całej swej dystynkcji i oryginalności były jednak przepełnione tak harmonijną i miłą atmosferą, że z blaskiem wrażeń łączyło się dobre samopoczucie każdego z osobna i każdy miał poczucie radośnie udzielanej gościnności ze strony pary cesarskiej. Krótko wspomnijmy jeszcze tylko, że każde z tych świąt wpuszczało bogaty złoty strumień w różne kanały życia gospodarczego stolicy Rzeszy, a ponadto, że niewykorzystane duże zapasy, które zostały przygotowane na te uroczystości, trafiały następnego dnia do szpitali i przytułków.
Często znaczące wydarzenia następowały jedno po drugim. 5 grudnia 1894 roku odbyło się uroczyste położenie kamienia węgielnego pod nowy budynek Reichstagu, w którym uczestniczyła para cesarska wraz z obecnymi w Berlinie członkami domu królewskiego. Było to błyskotliwe zgromadzenie, które zgromadziło wyraziste osobowości z otoczenia zmarłego sędziwego i młodego cesarza. Można było tam zobaczyć hrabiów Perponchera, Lehndorffa i księcia Radziwiłła, którzy tak często przeżywali poważne i świąteczne dni z cesarzem Wilhelmem I; blisko nich feldmarszałek hrabia Blumenthal i nowy kanclerz Rzeszy książę Hohenlohe, a także prezes Sądu Rzeszy Simson. Ten ostatni kiedyś w imieniu parlamentu frankfurckiego ofiarował Fryderykowi Wilhelmowi IV koronę cesarską Niemiec, a później, wiele później, 18 grudnia 1870 roku w Wersalu, wręczył zwycięskiemu bratu "romantyka na tronie" oficjalną petycję, w której proszono króla Wilhelma o przyjęcie godności cesarza niemieckiego. W grupie artystów zauważono twórcę potężnej nowej budowli, radcę budowlanego Wallota, następnie małego mistrza Adolfa Menzla, Ludwiga Knausa, Antona von Wernera, wszystkich tych rzeźbiarzy, którzy ozdobili budynek wybraną dekoracją rzeźbiarską. W sali kopułowej ustawiono baldachim tronowy, pod którym zajęła miejsce para cesarska, uczestnicząc w położeniu kamienia węgielnego. Cesarz wziął kielnię z rąk bawarskiego pełnomocnika Rady Związkowej, hrabiego von Lerchenfeld-Kösering, podczas gdy młotek wręczył mu prezydent Reichstagu von Levetzow, z krótkim przemówieniem, w którym wspomniał o powstaniu monumentalnej budowli: "Jego fundamenty są mocne, jego sale szerokie, jego wieże wysokie, a mocne w wierności, dalekowzroczne w przewidywaniu, wysokie w myślach niech będzie zawsze to, co kiedykolwiek będzie w tym domu omawiane i uchwalane! Wielkiemu czasowi, który przyniósł nam to, o czym pokolenia marzyły i tęskniły, zawdzięczamy plan i środki - i niech nowy ratusz Rzeszy spogląda przez wieki tylko na dobre, błogosławione, pokojowe czasy, na silną Rzeszę, energiczne i sprawiedliwe rządy, wierny, wolny, zdolny do obrony, zadowolony naród, reprezentowany przez patriotycznych, mądrych i umiarkowanych mężczyzn, prawdziwy symbol niemieckiej jedności! Niech Bóg łaskawie nad tym czuwa!" Cesarz podszedł do kamienia i mocno uderzył w niego trzy razy, wypowiadając głośno i dobitnie słowa: "Pro gloria et patria!" (łacińska fraza, którą tłumaczy się na język polski jako: "Dla chwały i ojczyzny!" - przyp. tłumacza) A potem cesarzowa wykonała trzy uderzenia młotkiem.
Kilka miesięcy później, 18 sierpnia 1895 roku, nastąpiło położenie kamienia węgielnego pod Pomnik Narodowy Cesarza Wilhelma I. Także tutaj kanclerz Rzeszy książę Hohenlohe przekazał cesarzowi dokument, który miał być umieszczony w kamieniu węgielnym, a który cesarz odczytał. Jego mocne słowa rozbrzmiewały daleko po placu, każda sylaba była słyszalna, każde zdanie znajdowało ciepłe echo w sercach obecnych, którzy ze zrozumieniem słuchali wysokiego uznania dla zmarłego władcy, jego wielkich doradców i dowódców wojskowych oraz narodu pod bronią: "Niestrudzenie do ostatniego tchnienia troszczący się o dobro Rzeszy, kochany i szanowany przez swoich sojuszników i przez wdzięczny naród, który bezgranicznie ufał jego przywództwu, widocznie błogosławiony w swoim bezinteresownym pragnieniu i dokonaniach, tak żyje wielki cesarz w pamięci współczesnych, świetlany obraz ojca ojczyzny, i tak, jesteśmy tego pewni, będzie żył w pamięci przyszłych pokoleń. Aby dać świadectwo niewygasłej wdzięczności, którą książęta i narody Niemiec mu składają, jego posąg ma się wznieść tutaj w kamieniu i brązie. Niech będzie symbolem miłości do ojczyzny, która w wielkich czasach poświęcała dobra i krew dla chwały Rzeszy, symbolem wierności, która w czasach cesarza Wilhelma umocniła więź łączącą niemieckie plemiona w nierozerwalną. Oby pomnik zawsze spoglądał na szczęśliwy i zadowolony naród, niech Bóg nad tym czuwa!"
Dwa tygodnie później, w piękny niedzielny poranek 22 marca, para cesarska mogła dokonać poświęcenia Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma w Berlinie. Było to prawdziwe i właściwe niedzielne święto! Złote słońce i błękitne niebo, śmiejąca się zieleń i błyszczący blask, głębokie uniesienie i serdeczne współodczuwanie uroczyście podniosłych godzin - wszystko to stworzyło nastrojowo-harmonijną i uroczystą całość. W potężnym pięknie wznosił się nowy budynek, w formie łacińskiego krzyża w majestatycznym stylu późnoromańskim, portale ozdobione wspaniałymi pracami kamieniarskimi i rzeźbiarskimi. W szerokim półkolu kościół był otoczony masztami flagowymi z dekoracjami herbowymi, po kilku stronach znajdowały się udekorowane girlandami trybuny, przeznaczone głównie dla młodego Berlina; około tysiąca młodych dam znalazło miejsce na największej trybunie, znajdującej się dokładnie naprzeciwko głównego portalu, przedstawiając w jasnych strojach uroczy widok. W długich rzędach można było zobaczyć stowarzyszenia kombatantów, w ich sąsiedztwie kompanię chorągwi ze sławnymi, świeżą zielenią pokrytymi sztandarami, których ciężkie złote i srebrne hafty migotały w jasnym słońcu. Odległe okrzyki "hurra", które szybko się zbliżają, oznajmiają przybycie pary cesarskiej; pojawiają się hełmy z orłami Gwardii Przybocznej i chorągiewki ich lanc, a teraz na komendę jeźdźcy powstrzymują swoje rumaki i zbliżają się uroczystym krokiem, równie powoli podjeżdża otwarty powóz zaprzężony w sześć karych koni, wiozący parę cesarską i młodych książąt. Cesarz patrzy poważnie, przyjazny uśmiech upiększa rysy cesarzowej, w jej twarzy i całej postawie nic nie wskazuje na przebytą chorobę; sprężystym krokiem, podczas gdy jej małżonek troskliwie zajmuje się przybyłą w drugim powozie wielką księżną Badenii Luizą, której zdolność widzenia wydaje się jeszcze nie być w pełni przywrócona, zbliża się do kilku generałów, wyciągając do nich przyjaźnie dłoń, i równie łaskawie wita panny honorowe, trzy ładne blondynki, które wręczają książęcym damom pachnące bukiety róż. Przy huczących dźwiękach organów i grzmiącym biciu wszystkich dzwonów nastąpiło wejście do świątyni, a po uroczystości kościelnej - wyjście. Zakończenie było właściwie punktem kulminacyjnym; na zewnątrz przed portalem w jasno płynącym słońcu stała para cesarska ze sędziwą wielką księżną Badenii, córką cesarza Wilhelma I, książętami i osobistościami, generałami i wielkimi dygnitarzami, żarliwie rozbrzmiewały z kapel wojskowych melodie "Straży nad Renem", a wszystkie te tysiące chłopców i dziewcząt oraz widzów dołączyły do refrenu pieśni „Ruf wie Donnerhall” ("wołania jak grzmot pioruna"), które naprawdę zabrzmiało jak uderzenie pioruna.
Szczególnie malownicza uroczystość, ściśle związana ze "stuleciem urodzin cesarza Wilhelma I", odbyła się 27 lutego 1897 roku w sędziwym zamku Hohenzollernów w Berlinie. Zgodnie z życzeniem pary cesarskiej, miała ona jak najwierniej odtworzyć obraz dworskiego święta z roku, w którym urodził się wielki cesarz. Zaangażowano najbardziej znanych doradców artystycznych, aby wspierać uczestników uroczystości w ich dążeniu do pojawienia się w historycznie wiernych strojach. Sama para cesarska również zajmowała się szczegółami, aby to wspaniałe wydarzenie odbyło się w odpowiedniej oprawie. Powszechny entuzjazm został nagrodzony tym, że każda z około 500 uczestniczek i uczestników doskonale wpasowała się w ogólny obraz, który wieczorem uroczystości był tak zaskakująco fascynujący i tak wyjątkowo czarujący kolorami, tak zadziwiająco autentyczny zarówno w ogólnym zarysie, jak i w szczegółach, że człowiek czuł się przeniesiony o sto lat wstecz i niemal całkowicie zapominał o rzeczywistości z jej wyczerpującym pośpiechem i napięciem, nerwowym pędem i dążeniem, nieustannym gonieniem i nieustającym zdobywaniem.
Centralnym punktem uroczystości była Biała Sala; ze swoimi lśniącymi ścianami z błyszczącego marmuru, w których niszach ustawiono posągi książąt i królów z rodu Hohenzollernów; z gęstymi grupami południowych roślin i morzem promiennego światła, doskonale pasowała do kolorowego kręgu gości w najróżniejszych, urokliwych strojach, który się tu zebrał. Krótko po dziewiątej zbliżył się dwór, na czele z cesarzową, której smukła sylwetka była okryta długą, ciągnącą się suknią z złocisto-żółtego jedwabiu, do której doskonale harmonizowała spodnia suknia z najdelikatniejszego białego indyjskiego materiału, haftowana matowo zielonymi kwiatowymi girlandami. Żółty jedwabny żakiecik był wycięty w kształcie serca, a wokół szyi owijał się błyszczący brylantowy naszyjnik. Przez piękne blond włosy był przewiązany haftowany czerwony jedwabny szal, a z różowej rozetki wystawało wysokie białe strusie pióro. W orszaku znajdowali się książęta i księżniczki rodziny oraz inni zaproszeni arystokraci.
Po tym, jak cesarzowa zajęła miejsce pod purpurowym aksamitnym baldachimem tronowym znajdującym się pośrodku ściany okiennej, z pobliskich sal dobiegł stary marsz grany przez bębniarzy i piszczałki, a ciężkim krokiem wkroczyła do sali Kompania Gwardii Zamkowej w swoich fryderykowskich mundurach z wysokimi srebrnymi grenadierskimi czapkami i ciężkimi karabinami. Po lewej stronie pierwszego szeregu można było dostrzec cesarza, który miał na sobie mundur pułkownika Pierwszego Batalionu Gwardii, w prawej ręce trzymając laskę oficerską ze złotą gałką, białą perukę z małym warkoczem owiniętym czarną wstążką. Przed cesarzową zatrzymano się. "Baczność - prezentuj broń!" - tak zakomenderował cesarz, i przy dźwięku bębnów prezentowano muszkiety, podczas gdy oficerowie zdejmowali trójkątne kapelusze i salutowali spontonami (rodzaj półpiki lub krótkiej włóczni, która była używana przez oficerów piechoty w XVII i XVIII wieku – przyp. tłumacza). Cesarz zbliżył się do swojej małżonki z ukłonem i po jej prawej stronie przeszedł wzdłuż frontu przy dźwiękach marsza - obraz o najbardziej wyjątkowym i fascynującym uroku, jakiego ta sala prawdopodobnie nigdy wcześniej nie widziała. Następnie cesarz odprowadził swoją małżonkę z powrotem do tronu i opuścił salę na czele oddziałów, aby zaraz potem powrócić i wraz z cesarzową rozpocząć trzykrotny obchód, do którego muzyka zagrała stare melodie z końca osiemnastego wieku.
Kilka tygodni później, a Rzesza przeżyła te pełne głębokiego patriotycznego uczucia obchody setnej rocznicy urodzin cesarza Wilhelma I, które przekształciły się w prawdziwe święto narodowe, pozwalające zapomnieć o kurzu i troskach codziennego życia. Centralnym punktem była ponownie stolica Rzeszy; tutaj czekał potężny pomnik narodowy na swoje odsłonięcie, tutaj pośpieszyli prawie wszyscy niemieccy książęta, stąd ze wszystkich regionów ojczyzny i z obcych krajów przybyły tysiące i dziesiątki tysięcy ludzi. Radośnie ogromne miasto przybrało odświętną szatę, flagi i sztandary, herby i napisy, girlandy i wieńce, dekoracje i transparenty, gdziekolwiek spojrzeć. Nawet w najbiedniejszych dzielnicach powiewało i falowało z dachów i okien, widać było popiersia cesarza Wilhelma ozdobione prostą zielenią i girlandami chabrów, czytało się wzruszające wyznania prawdziwej miłości do ojczyzny i silnej wspólnoty z domem cesarskim. Jak zawsze, również tym razem aleja Unter den Linden była główną ulicą uroczystości, która otrzymała wspaniałą dekorację. Przed sędziwym budynkiem Akademii wznosiła się urocza postać królowej Luizy, stworzona mistrzowską ręką, trzymająca w ramionach małego księcia Wilhelma. Tutaj też rankiem 21 marca przejeżdżały wielkie galowe karety z woźnicami i służącymi w błyszczących srebrnych liberiach, aby przewieźć parę cesarską i innych książęcych gości do Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma, gdzie odbywało się uroczyste nabożeństwo.
Następny dzień, 22 marca, przyniósł odsłonięcie pomnika narodowego, naprzeciwko dawnego głównego portalu zamku królewskiego. Przed portalem rozstawiono duży namiot, w którym krótko przed jedenastą pojawiły się cesarzowa, cesarzowa Fryderyka, inne książęce damy i panowie. Wkrótce rozległy się okrzyki radości i wiwaty, na trybunach machano chusteczkami i kapeluszami, cesarz, dosiadający ognistego kasztana, pojawił się na czele kompanii chorągwianej Pierwszego Pułku Gwardii Pieszej, zatrzymując swego wierzchowca przed cesarskim namiotem. Bębny wezwały do modlitwy, trębacze zagrali stary niderlandzki chorał: "Stajemy do modlitwy przed Bogiem sprawiedliwym", po czym z wielkiej grupy zgromadzonych przed pomnikiem duchownych ewangelickich i katolickich wystąpił superintendent generalny Faber, odmawiając głęboko odczuwaną modlitwę, aby Najwyższy chronił i strzegł wielkiego cesarza, "aby stał się uwieńczonym zwycięstwem wybawcą ojczyzny, chwalebnym rozszerzającym Rzeszę i potężnym nosicielem niemieckiej jedności i honoru, i abyś dał mu siłę nasienia wdzięcznego i pokornego serca, delikatnej dobroci i bezinteresownej miłości do ludzi, aby czynił szlachetne dzieła pokoju, osuszał łzy, pomagał uciśnionym, mądrze pielęgnował wysokie dobra swoich poddanych i nosił ich najwyższe, wieczne dobro na modlącej się i troszczącej się duszy jako prawdziwy ojciec ojczyzny!"
Po tej modlitwie pełnej głębokiego wewnętrznego wrażenia cesarz dał znak do uroczystego hymnu granego przez bębniarzy i trębaczy, a następnie zakomenderował donośnym głosem: "Baczność! Na ramię broń!" I zaraz potem: "Opuść! - Uwaga! - Prezentuj broń!" Powoli, przy dźwiękach "Heil dir im Siegerkranz", biciu dzwonów kościelnych i huku armat, podczas gdy wojska prezentowały broń, a sztandary się pochylały, opadała zasłona, coraz bardziej odsłaniając wspaniały pomnik wielkiego i dobrego cesarza, na który jego cesarski wnuk spoglądał z widocznym wzruszeniem - była to jedna z tych znaczących chwil, których przeżycie pozostaje niezapomnianym skarbem każdego człowieka.
Dni następują po sobie, ale nie są takie same, a po radosnych świętach nadchodziły ponure dni żałoby. Cesarzowa darzyła swoją matkę najgłębszą miłością i wdzięcznością, zawsze znajdowała dla niej czas, nawet gdy miała najważniejsze obowiązki. Nie zapominała o żadnym dniu pamięci, zawsze wysyłała do Drezna pełne miłości listy, często z pięknymi bukietami kwiatów lub innymi uprzejmościami. Gdy księżna Adelajda poważnie zachorowała w Dreźnie pod koniec grudnia 1899 roku, cesarzowa natychmiast tam pojechała, mimo że lekarz zabronił jej podróży i sama powinna była leżeć w łóżku. Cesarzowa opiekowała się i pilnowała matki, która żegnała ją z błogosławieństwami, "moja Dona jest złotem" - były to słowa chorej po pożegnaniu. Cesarzowa wróciła uspokojona do Berlina, wiedząc, że jej najmłodsza siostra, księżniczka Feo, która wyróżniła się także jako poetka, czuwała nad chorą. 25 stycznia 1900 roku, w dniu urodzin jej drugiej córki, księżnej Karoliny Matyldy, księżna cicho i spokojnie zasnęła w swoim domu w Dreźnie; jej łagodne rysy nie zdradzały już cierpień ostatnich miesięcy. Pogrzeb odbył się 28 stycznia w Przemkowie w obecności pary cesarskiej i wielu książęcych krewnych, a duchowny poświęcił ciepłe słowa zmarłej, która "za życia doświadczyła ostrych burz, ale nawet w najtrudniejszym okresie próby zachowała swoją nieskończoną ufność w Boga, kochającą duszę i wzniosłą czystość." Księżna Adelajda znalazła ostatnie miejsce spoczynku u boku swego męża, w grobowcu oplecionym bluszczem, który cesarzowa odwiedzała wielokrotnie w następnych dniach, z trudem rozstając się z tym świętym miejscem.
W następnym roku znów zabrzmiały dzwony żałobne; tym razem była to matka cesarza, cesarzowa Fryderyka, którą 5 sierpnia 1901 roku łagodna śmierć uwolniła od długiego cierpienia. Cesarz i cesarzowa czuwali przy łożu boleści i śmierci w zamku Friedrichshof, skąd nastąpiło przeniesienie do Poczdamu na pogrzeb, który odbył się w mauzoleum Kościoła Pokoju, gdzie już od wielu lat spoczywał cesarz Fryderyk. Cesarzowa Fryderyka przeżyła swojego męża o czternaście lat, by potem umrzeć na tę samą bolesną chorobę, która go zabrała. I wiedziała, że jej życie ma wyznaczony cel, jak opowiada nam jej marszałek dworu, baron von Reischach. Podczas spaceru przez park Friedrichshof w 1899 roku ze swoim marszałkiem dworu nagle powiedziała: "Mam dla pana bardzo ważną wiadomość. Ale najpierw musi mi pan dać słowo, że nie będzie pan z nikim rozmawiał o jej treści." - "To niemożliwe, Wasza Wysokość, nie mogę przecież z góry wiedzieć, do czego się tym zobowiązuję." Cesarzowa była bardzo nieszczęśliwa z tego powodu, powiedziała: "Tacy jesteście wy, Niemcy, zawsze ze swoją dokładnością. Muszę panu coś powiedzieć, nie ma innego wyjścia, ale nie może to dotrzeć do opinii publicznej." Kiedy otrzymała obietnicę, cesarzowa wyjawiła swojemu towarzyszowi, że cierpi na raka, a zauważając wstrząs, jaki wywołała ta wiadomość, kontynuowała: "Nie ma powodu do niepokoju, tak wytrenowałam swoje życie, że będę w stanie wytrzymać tę chorobę co najmniej jeszcze dziesięć lat, bo moje ciało jest ze stali. Dożyłabym wtedy siedemdziesiątki, a w wieku siedemdziesięciu lat każdy człowiek właściwie żył już wystarczająco długo. Wtedy będę mogła jeszcze długo cieszyć się moimi dziećmi i wnukami i, dzięki pańskiemu szczęśliwemu sposobowi gospodarowania dla mnie, zaoszczędzić dla nich piękny majątek, jeśli będzie nadal tak rósł." - Gdy pan von Reischach zapytał, czy cesarz i jej pozostałe dzieci wiedzą o chorobie, i na "Nie" odparł, że cesarz powinien jednak zostać o tym poinformowany, odpowiedź brzmiała: "Nie, nigdy, nie chcę współczucia, powiedziałam to panu tylko z praktycznych powodów, żeby w przyszłości nie wymagał pan ode mnie prowadzenia tak reprezentacyjnego życia jak dotychczas. Nie mogę już tego robić, teraz muszę żyć całkowicie dla swojego zdrowia, także podczas podróży zawsze być w towarzystwie lekarza, do czego mój stary lekarz przyboczny jest za stary. Trzeba więc zatrudnić jeszcze drugiego lekarza." - Na polecenie marszałka dworu w następnych dniach przybył profesor Renvers z Berlina, po tym jak cesarzowa powiedziała jeszcze wcześniej: "O operacji, tak samo jak w przypadku cesarza Fryderyka, oczywiście nie może być mowy." Było godne podziwu, jak cesarzowa mówiła o tych wszystkich rzeczach, z zimną krwią i odwagą, bez żadnego strachu przed śmiercią, czego można by życzyć niejednemu mężczyźnie. Renvers zbadał cesarzową; stwierdził, że choroba to rak, ale na operację jest już za późno. Gdyby powiedziała o tym pół roku wcześniej, można by ją było uratować bardzo małą operacją. Gdy cesarz przybył kilka tygodni później do Friedrichshof, matka poinformowała syna o sytuacji, zobowiązując go do nierozmawiania o tym. Nadzieja cesarzowej na przeżycie jeszcze dziesięciu lat nie spełniła się, złowroga choroba zakończyła jej życie dokładnie po takim samym okresie, jaki przepowiedział profesor Renvers. Ostatnie dni były pełne bólu; cesarz siedział głównie przy łóżku matki, aprobował wszystkie szczegółowe ustalenia, które poczyniła odnośnie swojego pogrzebu.
Wraz z cesarzową Fryderyką odeszła kobieta o wielkim umyśle i rzadkiej sile woli, choć często mogła ciężko znosić polityczną bezczynność i pozostawanie w cieniu, podczas gdy zaznała tylko krótkiego, a jednocześnie niezwykle trudnego snu cesarskich rządów. Jej los był ostatecznie tragiczny, nigdy nie mogła przezwyciężyć przytłaczającego bólu serca, który został na nią nałożony. Mimo nienawiści i łaski stronnictw, jej pamięć będzie żyć dalej w ideach i instytucjach czasu, którym poświęciła się z pełnym zapałem, dając bogate impulsy dla sztuki i rzemiosła artystycznego, które znalazły w niej tak gorliwą promotorkę.
Dla swojej siostry Teodory, która miała prawdopodobnie niełatwy charakter, cesarzowa stała się drugą matką, zawsze pełna względów, stale troskliwa, łagodnie wybaczająca wiele rzeczy. Aby mieć siostrę blisko siebie, namówiła cesarza, by oddał jej majątek koronny Bornstedt jako miejsce zamieszkania, co też się stało. Wszystko zostało urządzone zgodnie z życzeniami księżniczki, która spędziła tam osiem lat. W okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku Teodora zawsze przebywała ze swoją damą dworu w Nowym Pałacu, aby służba w Bornstedt, która nie miała zmienników, też miała wolny czas świąteczny - ponownie pokazało to, jak bardzo cesarzowa była uważna na wszystko. Po wiadomości o śmierci księżniczki Teodory, która zmarła w domu przyjaciółki w Schwarzwaldzie, cesarzowa natychmiast wyruszyła i podróżowała całą noc, aby jeszcze zobaczyć siostrę na łożu śmierci. Rozsypała przyniesione białe róże na łożu i wyraziła przyjaciółce wdzięczność za to, że już udekorowała je mnóstwem kolorowych dzwonków, które zmarła szczególnie lubiła. Gdy wieczorem, gdy dzwony pobliskiego kościółka uroczyście biły, przyjaciółka ponownie weszła do pokoju, zobaczyła cesarzową klęczącą przy łóżku w cichej modlitwie. Później przebywała z nią w szybko przygotowanym dla niej pokoju, w którym przygotowano skromną kolację składającą się tylko z herbaty i sucharków. Przyjaciółka była jeszcze głęboko poruszona, ledwo była w stanie poprawnie odpowiedzieć na serdeczne i ciche pytania cesarzowej o ostatnie dni zmarłej. W końcu powiedziała ze swojego głębokiego smutku: "Ciągle myślę o Sokratesie, jak odpowiedział swoim przyjaciołom, gdy zapytali go: 'Jak mamy cię pochować?' On powiedział: 'Pochowajcie mnie, jak chcecie, to i tak nie będę ja, będę wtedy daleko stąd, spacerując po szczęśliwych polach błogosławionych duchów.'" Ze łzami w oczach cesarzowa odpowiedziała po głębokim namyśle współczującym tonem: "Ale dlaczego nie myśli pani raczej o tym, co Jezus powiedział do łotra: 'Dziś będziesz ze mną w raju.'" Dla przyjaciółki było to słowo wyzwalające i pocieszające, wypowiedziane kochającym, macierzyńskim i podnoszącym na duchu tonem.
Także w rodzinie cesarskiej, jak w każdej innej rodzinie, przeplatały się radość i smutek. Nadeszły lata, w których głośno rozbrzmiewały dzwony weselne. Najstarsi synowie pary cesarskiej dorośli i wprowadzali do domu swoje małżonki. Jako pierwszy książę koronny Wilhelm, który 4 września 1904 roku zaręczył się w Gelbensande z księżną Meklemburgii Cecylią i 3 czerwca następnego roku przyprowadził uroczą narzeczoną do rodziców na ceremonię zaślubin, która ponownie odbyła się w pełnym wspomnień zamku nad Szprewą i w majestatycznej kaplicy zamkowej z największą pompą. Również tym razem cała ludność brała najserdeczniejszy udział, ze względu na żywe sympatie, jakie od lat okazywano synowi cesarza, a które teraz przeniesiono także na jego uroczą narzeczoną. Potwierdziło się stare doświadczenie, że im mniej następca tronu pojawia się publicznie, tym jest bardziej lubiany. Świeży, młodzieńczy, przyjazny wygląd księcia, jego miła osobowość, skromne zachowanie, zamiłowania wojskowe i sportowe, to wszystko podobało się również szerokiej publiczności i prowokowało do ciepłych, szczerych powitań, gdziekolwiek pojawiał się książę koronny. Również z wyborem jego życiowej partnerki całkowicie się zgadzano. "Meklemburgia jest dobra," mówiono, "energiczny, zdrowy, rdzennie niemiecki szczep, tam jest rasa!" Tak więc młoda para spotkała się z najserdeczniejszym powitaniem, gdy w uroczystym dniu książę koronny, idąc za przykładem swojego ojca, rankiem 3 czerwca poprowadził swoją Drugą Kompanię Pierwszego Regimentu Gwardii Pieszej do służby honorowej na zamku, a następnie ruszył aleją Unter den Linden historyczny powóz galowy ciągnięty przez sześć koni, w którym obok cesarzowej siedziała urocza panna młoda. Ponownie stara ulica zwycięstw i wjazdów została przekształcona w Via Triumphalis pod hasłem: "Berlin obsypuje różami pannę młodą księcia koronnego!" Aleja Unter den Linden przypominała więc ogromny ogród różany, jasnoczerwone róże i pachnąca żywicą zieleń jodłowa, gdziekolwiek spojrzało oko, mnóstwo róż w złotych koszach na obeliskach okalających Plac Paryski, bukiety róż wysoko na potężnych masztach flagowych, z których zwisały chorągwie w kolorach pruskich, niemieckich i meklemburskich, niezliczone róże w girlandach, które wiły się wzdłuż środkowej promenady Unter den Linden i rozciągały się nad nią, a także w zielonych wieńcach, które okalały chodniki i przebiegały stąd do budynków, róże na zewnętrznych stronach trybun i w wieńcach otaczających elektryczne klosze. Wiele fasad domów całkowicie znikało pod zielenią jodłową i girlandami róż; wykusze i balkony prywatnych budynków, jak również altany i rampy pałaców, ministerstw i ambasad zostały przekształcone w delikatne ogrody kwiatowe. W czarującym wiosennym stroju Berlin powitał pannę młodą swojego księcia koronnego:
"Teraz, Niemcy, przygotujcie się do świętowania,
Różami przystrójcie ołtarz,
I wpleć światłem przesycone welony
W swoje blond włosy koloru kłosów.
A ty w swoich słonecznych dniach,
Ty, młody orle, możesz wspaniałomyślnie
Do wiernego serca matki przynieść
Swoje szczęście, swoją żonę, swoje królewskie dziecko!"
To książęce dziecko znalazło najbardziej kochające przyjęcie ze strony pary cesarskiej i pozostałych członków rodziny, a życzenia najszerszych kręgów były gorące, aby z tego związku wyrosło nowe i bogate błogosławieństwo. Słusznie zwracały uwagę gazety różnych kierunków, że udział w tej uroczystości, w której uczestniczyły wszystkie narody i domy panujące Europy poprzez swoich wysłanników, a nawet Japonia wysłała parę książęcą bardzo bliską tamtejszemu domowi cesarskiemu, świadczył o poważaniu, jakim cieszą się Niemcy w świecie, i zaufaniu, jakie wszystkie państwa pokładają w ich pokojowych zamiarach. Czy nie brzmi to jak przeczucie, gdy ówczesna gazeta "National-Zeitung" pisała: "Tak szybko i potężnie rosnąca potęga jak Niemcy musi wszędzie budzić zazdrość i rywalizację, w epoce, która stoi pod znakiem interesów handlowych i ekspansji przemysłu, tym bardziej, gdy gospodarczy wzrost narodu idzie w parze z politycznym. Nic dziwnego zatem, że przypisuje się nam najbardziej fantastyczne plany podboju we wszystkich częściach świata. A młodość cesarza, gdy obejmował rządy, nadawała tym bajkom pewien pozór prawdopodobieństwa: młodego księcia mogła kusić władza, którą posiadał, do bezgranicznych ambicji. Jest dowodem nie tylko jego politycznej dalekowzroczności, ale także umiarkowania i sprawiedliwości, że cesarz Wilhelm II pozostał z dala od takich chimerycznych pomysłów, jakkolwiek kuszące mogły one być. Starannie unikał wszystkiego, co mogłoby choćby wzbudzić podejrzenie jakiegokolwiek narodu, że Niemcy chcą naruszyć jego prawa lub sfery wpływów; przy każdej okazji podnosił swój głos na rzecz pokoju. Tak więc świat stopniowo, mimo wszystkich przeciwnych twierdzeń, oskarżeń i podejrzeń, zdobył przekonanie o pokojowości i poczuciu sprawiedliwości niemieckiego cesarza i niemieckiego narodu. Z tego przekonania ślub księcia koronnego, przy ogromnym napięciu światowej polityki, mimowolnie zyskuje także polityczne znaczenie. Młodemu synowi książęcemu, którego małżeństwo zostało uświetnione przez tak liczne i wyborne zgromadzenie, może to rzadkie zjednoczenie służyć jako lekcja na przyszłość, jakimi środkami zdobywa się i utrzymuje poważanie i godność państw. Jakże wielkie i ciężkie obowiązki na nim spoczywają, aby pozycję, którą zajmuje jako książę koronny Rzeszy Niemieckiej w świecie, utrzymać także poprzez osobiste zasługi."
O tych pięknych, przesyconych różami letnich dniach książę koronny napisał później w swoich wspomnieniach: "Gdy moja młoda, piękna żona podała mi rękę na całe życie w promienny czerwcowy dzień, wkroczyła jak po różach w nowe życie w Berlinie, witana okrzykami radości przez wiele tysięcy, niesiona miłością i sympatią całego narodu. Gdy tego dnia maszerowałem z moją 2. kompanią w dół Unter den Linden do zamku, aby wystawić kompanię honorową, głęboko poruszyło mnie serdeczne zainteresowanie wszystkich tych wielu ludzi. Do tego miasto z radosnymi twarzami, wieloma ładnymi dziewczętami i wszędzie różami oferowało niezapomniane, piękne widowisko. Moi grenadierzy czuli się oczywiście całkowicie jako część rodziny i maszerowali dumnie i sztywno. Łaskawy los sprawił, że mój wybór, wolny od ograniczających względów politycznych czy dynastycznych, mógł paść na kobietę, której byłem oddany z całego serca i która również chętnie podała mi rękę. Znaleźliśmy się w prawdziwym i szczerym uczuciu do siebie. Mojej żonie mogę tylko z głębi serca podziękować za to, że stała przy mnie jako najlepsza i najwierniejsza towarzyszka."
Kilka miesięcy później, 11 października, cesarzowa uczestniczyła w kolejnej uroczystości zaślubin na rodzinnej ziemi, w otoczonym wodą zamku Glücksburg, a mianowicie młodego księcia Saksonii-Coburga-Gotha Karola Edwarda z jej siostrzenicą, księżniczką Wiktorią Adelajdą, córką jej drugiej siostry. W miejsce swojego zmarłego wuja, księcia Alfreda, młody książę został powołany do następstwa tronu w pięknym kraju Coburga, spędzając większość swojej młodości do osiągnięcia pełnoletności w rodzinie cesarskiej, kochany przez cesarza i cesarzową, która chętnie określała go jako swojego siódmego syna. Swoje dzieciństwo spędził jako syn księcia Albany w Anglii, potem szybko odnalazł się w niemieckich warunkach i stał się sumiennym, gorliwym oficerem, o wielu zainteresowaniach wykraczających poza jego wojskowy zakres działania. A jak wielka była radość cesarzowej z jego wyboru, którego dokonał najszczęśliwiej: prowadząc blond, piękną, młodzieńczą towarzyszkę życia z północnej książęcej siedziby do tego równie uprzywilejowanego przez naturę i historię kraju Turyngii, gdzie młoda para znalazła najradośniejsze przyjęcie i różnorodny zakres działania.
Także w następnym roku dzwoniły dzwony weselne, i to ze szczególnie radosnym dźwiękiem, ogłaszały bowiem podwójne święto, srebrne gody pary cesarskiej i zielone ich drugiego syna, księcia Eitela Fryderyka z księżniczką Oldenburga Zofią Charlottą, wnuczką "Czerwonego Księcia", śmiałego dowódcy kawalerii Fryderyka Karola Pruskiego. Jeśli głos ludu już przy ślubie księcia koronnego szybko ułożył rymowankę: "Księżna Cecylia należy teraz do rodziny", to teraz powtarzano stare oldenburskie przysłowie: "Żeń się z sąsiadką, to wiesz, co znajdziesz". Także ta młoda para spotkała się z najserdeczniejszym powitaniem podczas uroczystego wjazdu po południu 26 lutego, a stolica Rzeszy ponownie przybrała świąteczną szatę, a jej ludność znowu wzięła serdeczny udział w podwójnym święcie.
Niedziela poprzedzająca dzień wjazdu, poniedziałek, była głównie poświęcona obchodom srebrnych godów, które rozpoczęły się nabożeństwem w katedrze. Nadworny kaznodzieja D. Dryander oparł swoje pełne treści kazanie na fragmencie z Listu do Kolosan: "A ponad to wszystko przyobleczcie się w miłość, która jest więzią doskonałości". Porównał czas uroczystości ślubnej sprzed ćwierćwiecza z obecnym, który przyniósł innych ludzi, inne zadania, inne walki i problemy. Wszystko się zmieniło, tylko trzy klejnoty chrześcijańskiego niemieckiego domu lśnią starym, nigdy nie blednącym blaskiem: wiara, nadzieja i miłość - a największa z nich to miłość! W naszych czasach pełnych bratobójczych waśni potrzebny jest dobry przykład, a duchowny wskazał następnie bardziej szczegółowo, jaki przykład dała para cesarska, moralnie uszlachetniający wzór szczęśliwego, chrześcijańskiego życia małżeńskiego, którego największym skarbem, jak w każdym domu, są dzieci, dobrze wychowane dzieci.
Na zamku nastąpiły potem niezliczone gratulacje, zarówno od strony krajowej, jak i zagranicznej. W ciepłych słowach wspominano zawsze o przykładzie już podkreślonym przez D. Dryandra, a szczególnie wskazywano na błogosławione życie rodzinne i nie mniej błogosławioną działalność cesarzowej. To wybrzmiało również z przemówienia księcia von Bülowa, który pojawił się na czele królewskiej rady ministrów: "Jeśli dynastia, która rządzi wielkim narodem, ma być naprawdę popularna, musi posiadać te cechy, które są typowe dla kierowanego przez nią narodu. Niemiec zawsze poważnie traktował zmysł rodzinny i życie rodzinne od początków naszej historii", a następnie chwalił prawdziwie niemieckie życie rodzinne i szczęście rodzinne na tronie cesarskim. W swojej odpowiedzi cesarz podkreślił, że również rada ministrów w trakcie swoich prac wielokrotnie miała przyjemność ustępować wpływom cesarzowej i je realizować, i wyraził nadzieję, że także w dalszej przyszłości panowie będą wykonywać swoje prace wspólnie z nim i zawsze będą mieć na uwadze i nie zapomną, że pierwsza dama Niemiec, królowa Prus, jak wszystkie niemieckie kobiety, powinna moderować i kierować, a także wpływać na ich myśli.
To, co w niezliczonych przemówieniach i gratulacjach wciąż na nowo wyrażano parze cesarskiej, znalazło swoje echo w artykułach opublikowanych z okazji święta w gazetach codziennych, które, z bardzo nielicznymi wyjątkami, były zgodne w szczerym uznaniu przykładu, jaki dała para cesarska. I wciąż na nowo wskazywano, jak znaczący udział miała w tym cesarzowa. To, co cesarzowa zrobiła i robi w swojej trosce o wszystkie dążenia dla dobra chorych i potrzebujących, dzieci i kobiet, jak gorliwie angażuje się w rozwój wyższej edukacji młodzieży żeńskiej, jak bezstronnie spotykała się na Międzynarodowym Kongresie Kobiet nawet z najbardziej postępowymi feministkami, zostało na nowo przywołane w pamięci.
Nie mniej liczne budynki szpitali i domów wypoczynkowych, kościołów i kaplic przypominają o jej skutecznej inspiracji, wsparciu i współpracy. To, co nieustająca gorliwość Cesarzowej Augusty dokonała w dziedzinie opieki nad chorymi, było dla jej wnuczki stałym bodźcem do ulepszania i rozszerzania tego, co już istniało, tworzenia nowych rzeczy i angażowania coraz szerszych kręgów w tę działalność charytatywną. Gdy w 1890 roku w Glücksburgu cesarz określił swoją małżonkę mianem "pierwszej kobiety Niemiec", doceniając jak pozwala mu ona z radością wypełniać ciężkie obowiązki jego powołania, nie były to puste słowa - był to wyraz jego najgłębszych uczuć, które pozostały wierne i niezmienne przez długie lata. Nawet władcy potrzebują uciekać od ciężkich, ekscytujących walk dnia codziennego w cichy spokój rodziny, aby znaleźć tu siłę i odpoczynek do nowej pracy. A cesarzowa nie była tylko cesarzową - była żoną i matką, która nie zaniedbywała obowiązków domowych pomimo obowiązków najwyższego urzędu. Z wyczuciem dla tych spraw uznawały to masy ludu i okazywały to, gdy tylko nadarzyła się okazja, w najbardziej serdeczny sposób.
Bardzo lewicowa gazeta, która dziś najprawdopodobniej nie chce już uznawać swoich wywodów, pisała wtedy: "Kto pozwala, by jego polityczne stanowisko zaćmiło mu bezstronny wzrok na ludzkie cnoty i osłabiło ciepłe współodczuwanie ludzkiego szczęścia i nieszczęścia, nie jest godny pozazdroszczenia; tak samo można tylko żałować tego, kto w dzisiejszym dniu radości rodziny Hohenzollernów stoi na uboczu bez wewnętrznego udziału, tylko dlatego, że to książęca para obchodzi piękną uroczystość Srebrnych Godów i jednocześnie widzi, jak drugi syn zawiera związek na całe życie. Kto potrafi docenić choćby faktyczne znaczenie, jakie monarchia wciąż ma dla niemieckiego i pruskiego narodu, mimo upływu czasu i zmian ustrojowych, ten nie pozwoli, by ten dzień przeminął obojętnie. A u przeważającej większości naszego narodu są to znacznie cieplejsze i głębsze uczucia, których dotyka to święto i które ono wyraża. Wciąż czuje się on związany z domem panującym w dobrych i złych chwilach ścisłą więzią wzajemnej wierności. To uczucie jest dalekie od bizantyjskiego służalstwa, które zakorzenione jest tylko w pewnych kręgach, i jest wynikiem długiego rozwoju historycznego, któremu powinien okazać szacunek także ten, kto odrzuca je dla swojej osoby lub partii." A w innym miejscu brzmiało: "Uroczo łączy się srebrne wesele rodziców z zielonym weselem syna. Jak w zeszłym roku meklemburską, tak teraz stolica wita oldenburską księżniczkę jako nową obywatelkę. Oby znalazła u nas drugą ojczyznę i rozkwitło jej trwałe szczęście. W dniu ślubu, czy to księżniczce czy zwykłej dziewczynie z ludu, składa się te same życzenia. Tym razem jednak życzenie i spełnienie, przynajmniej wzorcowo, zbiegają się. W swoich rodzicach młoda para widzi piękne spełnienie wszystkiego, co obiecują im życzenia i nadzieja. Stoi przed nimi związek małżeński, któremu muszą tylko dorównać, aby stać się uczestnikami prawdziwego szczęścia i serdecznego zadowolenia."
Dwa lata później, 22 października, można było znowu obchodzić podwójną uroczystość w domu cesarskim. Pięćdziesiąte urodziny cesarzowej i ślub trzeciego syna, księcia Augusta Wilhelma z Alexandrą Wiktorią ze Szlezwiku-Holsztynu, siostrzenicą cesarzowej. Z życzeniami ślubnymi mieszały się życzenia urodzinowe, i tym razem również nie wkradły się w nie partyjno-polityczne spory, także tym razem z radością uznawano, jak bardzo cesarzowa starała się wypełniać swoje wysokie, ciężkie, wszechstronne zadania, jak umiała nosić nie tylko z godnością koronę władczyni, ale także z wdziękiem honorową koronę niemieckiej kobiety i ze szlachetnością świętą dla każdego koronę troszczącej się matki.
Stopniowo zrobiło się ciszej wokół pary cesarskiej; najmłodsi synowie byli w szkole kadetów w Plön, tylko córeczka, księżniczka Wiktoria Luiza, pozostawała w domu rodzicielskim. Była całym słońcem, reprezentowała młodość i radość, i często także wygładzała zatroskaną twarz ojca. Od matki księżniczka odziedziczyła radość z cichego czynienia dobra; jeden mały epizod może mówić za wiele. Pewnego razu pokojówka cesarzowej zgubiła sto marek z powierzonych jej pieniędzy, a jej smutek zwrócił uwagę księżniczki. Po pewnym czasie weszła ona do jej pokoju i powiedziała: "Proszę spojrzeć przez chwilę przez okno," a zaraz potem, znikając za drzwiami: "Teraz może się pani odwrócić." Na stole leżała koperta z napisem: "Od mamy i ode mnie," a gdy pokojówka ją otworzyła, wypadło dwieście marek.
Cesarz niezwykle rozpieszczał swoją córeczkę, a cesarzowa musiała nieraz interweniować, aby nie spełniano każdej jej zachcianki. Jak wcześniej u synów, tak i tutaj nadzorowała wszystko, co było związane z wykształceniem i nauką; nie tylko otrzymywała cotygodniowy raport o osiągnięciach córeczki, ale także często była obecna w pokoju szkolnym. Przez pewien czas każdy dzień był poświęcony wprowadzaniu księżniczki w obowiązki gospodarstwa domowego. Była wychowywana bardzo skromnie, otrzymując także dobrą szkołę w trudnej sztuce oszczędności. Bardzo ładnie opowiada o jej naturze znany portrecista Philipp Laszlo, któremu cesarz jak i cesarzowa wielokrotnie pozowali i który także kilkakrotnie malował księżniczkę. Jako gość pary cesarskiej, przebywając wielokrotnie w Poczdamie i Wilhelmshöhe, miał okazję uzyskać bliższy wgląd w życie rodzinne. "Naprawdę wierzę, że największą radością księżniczki było sprawianie miłych niespodzianek i przyjemności wszystkim ludziom w jej otoczeniu. Pod tym względem zawsze była prawdziwą księżniczką z bajki. Nie szczędziła ani trudu, ani czasu, aby zapewnić sukces swoim małym planom, a pierwotna wesołość i naturalność jej charakteru zawsze pozostały jej właściwe. W swojej porywającej zdolności do entuzjazmu i spontanicznej dobroci jest jedną z najbardziej naturalnych dziewcząt, jakie kiedykolwiek spotkałem. Ze wszystkich członków rodziny cesarskiej najbardziej przypomina mi ojca. Wierzę też, że często jest do niego bardzo podobna w wyrazie twarzy. Czujne, żywe i badawcze spojrzenie jej jasnych niebieskich oczu zawsze przypominało mi cesarza; to był także jego wyraz twarzy, gdy coś wzbudzało jego zainteresowanie. Gdy pewnego razu przebywałem w Poczdamie, aby namalować portret cesarzowej i zrobić szkice do obrazu cesarza, księżniczka nagle zatrzymała się przed szkicem przedstawiającym jej ojca i zawołała wyrazistym głosem: "Wreszcie tata, a nie cesarz!" - Gdy artysta wyjeżdżał, zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, a księżniczka chciała mu jeszcze podarować na święta coś "szczególnego", co na pewno sprawiłoby mu radość. I przez mały podstęp osiągnęła swój cel. Nalegała, że musi zobaczyć świąteczne wystawy w sklepach, które są tak piękne, i w towarzystwie damy dworu rzeczywiście podjął tę wędrówkę. Przy tym szczególnie spodobała mu się monachijska lalka ubrana "à la Pompadour". Wieczorem, bezpośrednio przed jego wyjazdem, nagle dostarczono do jego pokoju duży karton "z wieloma świątecznymi pozdrowieniami od księżniczki". Była to lalka, która została natychmiast kupiona na polecenie księżniczki.
Gdy w następnym roku Laszlo miał namalować w Wilhelmshöhe portret państwowy: cesarza stojącego obok swojego ulubionego konia, stajenny miał trudności z uspokojeniem zwierzęcia, ponieważ było bardzo gorąco i było dużo much. Mała księżniczka przybiegła z impetem; twierdziła, że zna "konie papy" lepiej niż ktokolwiek inny i potrafi się nimi najlepiej zajmować. I tak stała godzinami w palącym sierpniowym słońcu na dziedzińcu zamku Wilhelmshöhe, trzymając łeb konia, podczas gdy artysta pracował, a stajenny odganiał muchy. Część miłości, którą zawsze żywiła do swojego "kochanego papy", znajdowała również wyraz w podziwie, jaki okazywała swoim braciom. W tamtych dniach jej brat z marynarki, książę Adalbert, był obiektem szczególnego uczucia i ciągle opowiadała artyście z zachwytem o doskonałości ukochanego brata. Kiedy wreszcie wrócił na urlop, chwyciła go za rękę i zaciągnęła zakłopotanego młodego księcia do pracowni artysty: "Proszę!" zawołała triumfalnie, "czy nie jest dokładnie tak wspaniały, jak zawsze panu opowiadałam?" Następnie Laszlo zobaczył księżniczkę ponownie na wielkim balu dworskim w Pałacu Buckingham, który został zorganizowany podczas ostatniej podróży pary cesarskiej do Anglii. Księżniczka kroczyła w królewskim orszaku pod rękę z księciem Arturem z Connaught, a gdy rozpoznała malarza w tłumie, uśmiechnęła się do niego, zatrzymała się i szepnęła z entuzjazmem: "Nigdy w całym moim życiu nie bawiłam się tak wspaniale, nigdy w całym moim życiu taniec nie był tak cudowny!" I powiedziała to, ponieważ chciała, by także Laszlo uczestniczył w jej przyjemności i radości. Wówczas inny uczestnik uroczystości napisał: "Córka pary cesarskiej zdobyła serca londyńczyków szturmem, wszędzie znajdowała uznanie dzięki swojemu ujmującemu uśmiechowi i była obiektem zainteresowania każdego, z kim się zetknęła. Piękna, niebieskooka, ponadprzeciętnego wzrostu, o wdzięczno-smukłej, a przy tym gibko-wspaniałej sylwetce, szybka w ruchach i sposobie mówienia, i z wyrazem twarzy, gdy z kimś rozmawiała, jakby właśnie prowadziła konwersację z najważniejszą osobą na świecie."
Również bracia bardzo rozpieszczali małą księżniczkę; jej życzenie było dla nich prawem, jak mała królowa sprawowała władzę nad dużo starszymi. Burzliwa była jej radość, gdy najmłodsi książęta mieli wakacje i gdy można je było spędzić wspólnie w Poczdamie lub w Wilhelmshöhe koło Kassel. Urodziny rodziców i Święta Bożego Narodzenia znów jednoczyły wszystkich razem; wtedy w takie dni w domu był ich świat, którego zwykle tak hałaśliwe zawirowania i zamieszania ucichły.
Ale te zawirowania i zamieszania sprawiały, że także w domu cesarskim nie zawsze świeciło słońce; było dość niespokojnych, ponurych i godzin pełnych zadumy. Cesarza nie omijały gorzkie rozczarowania, zarówno osobiste jak i polityczne, a wraz z nim cierpiała cesarzowa, która przy tym zawsze starała się zachować na zewnątrz swoją łaskawą równowagę ducha i trzymać z dala wszystko, co mogłoby wnieść niepokój i niezgodę do domu. Przyjaznym wyrazem twarzy i łagodnymi słowami potrafiła wiele załagodzić.
Cesarz chętnie wykorzystywał każdą okazję, aby publicznie oznajmić, kim jest cesarzowa dla niego i jego rodziny, jak i dla całego narodu. Tak więc w sierpniu 1911 roku w Altonie, podczas uczty dla prowincji Szlezwik-Holsztyn: "Gdy przed siedmioma laty byliśmy tu z podobnej okazji, mogłem wam oznajmić o zaręczynach mojego najstarszego syna z uroczą księżniczką z kraju meklemburskiego. Niebo bogato pobłogosławiło małżeństwo moich dzieci, a w międzyczasie błogosławieństwo małżeństwa zostało dane także dwóm kolejnym moim synom. Wejście uroczej córki z domu Glücksburga do mojego domu związało świeże więzi między Szlezwikiem-Holsztynem a mną, do tych, które już istniały poprzez mój związek z cesarzową. Dostojną panią, która jako królowa Prus i niemiecka cesarzowa jest pierwszą w naszym kraju, będzie, jestem przekonany, z dumą postrzegana przez każdego mieszkańca Szlezwika-Holsztynu jako jego rodaczka, kobieta zawsze gotowa pomagać, gdzie trzeba łagodzić niedolę, wzmacniać życie rodzinne, wypełniać zadania kobiecości i nadawać im nowe cele. Cesarzowa zapewniła domowi Hohenzollernów życie rodzinne, jak być może tylko królowa Luiza przed nią, i stała się wzorem dla niemieckiej matki, wychowując sześciu synów na poważnych, energicznych mężczyzn, którzy nie są skłonni wykorzystywać wygodnych stron swoich tytułów i stanowisk i, jak wielu młodych ludzi obecnych czasów, żyć dla przyjemności, lecz w ciężkim, surowym wypełnianiu obowiązków poświęcać swoje siły ojczyźnie i, gdyby miało dojść do poważnej sytuacji, są radośnie gotowi złożyć swoje życie w ofierze na ołtarzu ojczyzny. Dlatego chętnie korzystam z okazji, aby wyrazić wdzięczność cesarzowej za błogosławieństwo, które przyniosła mojemu domowi."
"Gdzie jest cesarzowa?" To było zawsze pierwsze pytanie, gdy cesarz, czy to z podróży, inspekcji czy wizyt, wracał do swojego domu. Pokazywało to, jak ścisły był ten związek, jak jedno należało do drugiego. Troska o małżonka była przede wszystkim treścią całego życia cesarzowej, wokół niego kręciło się wszystko, a wszystko inne musiało ustąpić. Chciała stać przy jego boku pod każdym względem, pomagać mu, gdzie tylko mogła; wszystkie jej myśli i dążenia były skierowane tylko ku niemu. Dopóki nie została poinformowana o nadchodzącym rozkładzie dnia cesarza, nie było dla niej żadnego planu dnia, a służbowy adiutant skrzydłowy musiał co wieczór przekazywać hrabinie Brockdorff harmonogram na następny dzień cesarza; według tego ustalano następnie szczegóły rozkładu dnia cesarzowej. Zawsze była obecna przy pierwszym śniadaniu, nawet jeśli było ono wyznaczone już na trzecią lub czwartą godzinę rano, gdy cesarz brał udział w ćwiczeniach wojskowych. Często towarzyszyła małżonkowi konno, wsiadając do siodła już o 6.30; wtedy jechali z Nowego Pałacu przez teren ćwiczebny Bornstedter, gdzie cesarz często przyglądał się ćwiczeniom wojsk, i z powrotem przez park Sanssouci. Zawsze dbała o to, by cesarz, gdy przedpołudniowe audiencje się przedłużały, otrzymał na czas drugie śniadanie - przygotowane kanapki i jabłko - które było mu wtedy przynoszone. Latem cesarz i cesarzowa podejmowali po herbacie dalsze spacery; zimą cesarzowa przebywała przy małżonku, zajęta robótką ręczną, podczas gdy cesarz pisał, lub, jeśli nie było nic pilnego do załatwienia, małżonka czytała mu, szczególnie dzieła historyczne. Wieczorem gromadził się krąg rodzinny; tu również często czytano, co często przejmował cesarz, podczas gdy cesarzowa robiła na drutach dla dzieci w Rominten i Cadinen lub dla innych instytucji dobroczynnych. Cesarzową można było uważać za jedyną powiernicę jej męża. Nigdy, nawet wobec wypróbowanych przez długie lata przyjaciółek, nie wypowiedziała słowa o bliższych rozmowach ze swoim mężem; także wobec dzieci, jakkolwiek wyrozumiała była zwykle, dbała o to, by widziały w ojcu również cesarza, przełożonego. Ona jednak pozostała dla nich "mamą", dobrotliwą, wszystko rozumiejącą, o wszystkich troszczącą się matką, do której synowie, nawet gdy dorośli, przychodzili z najgłębszym zaufaniem, którą dopuszczali do udziału we wszystkim, w radości i smutku. Musiała nawet oglądać żołnierzy, którymi dowodzili książęta, a gdy kompania wracała zakurzona ze służby polowej i przechodziła obok Nowego Pałacu, cesarzowa musiała tam być i dzielić radość swoich dzieci z dobrej postawy żołnierzy. Wieczorem w koszarach była herbata, czekolada lub piwo, które ofiarowała cesarzowa.
Szybciej niż rodzice myśleli i planowali, księżniczka Wiktoria Luiza opuściła dom rodzinny, podążając za mężczyzną swojego wyboru. Książę Cumberland Ernest August przybył z wizytą na dwór cesarski, aby w imieniu swojego podeszłego w latach ojca podziękować za ciepłe wyrazy współczucia po śmiertelnym wypadku samochodowym jego najstarszego brata. Tutaj zakochał się głęboko w uroczej córce cesarza. Ku zaskoczeniu wszystkich, 10 lutego 1913 roku w Karlsruhe, dokąd udała się para cesarska, cesarz ogłosił zaręczyny księżniczki z młodym księciem. Był to związek z miłości, jak opowiadała to rozpromieniona narzeczona niektórym przyjaciółkom po powrocie do Berlina. Wysłały one swoje najserdeczniejsze życzenia i kilka dni później otrzymały zaproszenie na podwieczorek do zamku. Rozpromieniona narzeczona wyszła im tam naprzeciw, opowiadając wszystko, co zwykle opowiada się w takiej błogiej, narzeczeńskiej atmosferze. I brzmiało to tak: "Pokochałam go od razu, gdy pierwszy raz do nas przyszedł, a on później wyznał mi to samo, co zresztą już wcześniej zauważyłam. Myślałam tylko o jednym: żeby tylko głupia polityka nie stanęła na przeszkodzie! Ale na szczęście tak się nie stało i nasze najgłębsze pragnienia znalazły najwspanialsze spełnienie!"
Podobnie jak niegdyś małżeństwo z cesarzową oznaczało rozwiązanie konfliktu, tak i ten związek przypieczętował pokój z dworem Welfów, który od wydarzeń 1866 roku całkowicie stronił od Berlina i domu cesarskiego. I oto para Cumberland przybyła do stolicy Rzeszy na uroczystości ślubne wyznaczone na 24 maja, a wraz z nią wielu innych książąt, na czele z carem Rosji i królem Anglii. Stolica cesarska, podobnie jak i dom cesarski, rozbłysła najpiękniejszym blaskiem - było to jedno z najbardziej wystawnych świąt, jakie kiedykolwiek przeżył pełen wspomnień zamek nad Szprewą. Ponownie w kaplicy zamkowej nadworny kaznodzieja D. Dryander wygłosił mowę ślubną, podkreślając, że para cesarska z radością powierza uroczą jedyną córkę nowo pozyskanemu synowi. A gdy nad szczęściem swoich dzieci rodzice, a w nich dwa pradawne rody książęce, splecione w chwalebnej historii cesarstwa niemieckiego, serdecznie podają sobie ręce, otacza ich radość całej ojczyzny, która widzi w tym dar od Boga jako rękojmię dobrobytu i jedności Rzeszy.
Po wspomnieniu o przypadającej tego samego dnia srebrnej rocznicy ślubu księcia Henryka z jego małżonką oraz obecności dwóch potężnych władców zaprzyjaźnionych państw, przypomniał, jak drzewo genealogiczne pary młodej zbiega się w szlachetnej osobie, która niegdyś była królową Hanoweru, a Prusom dała księżną sprawdzoną w najgłębszym cierpieniu: "Jeśli ktokolwiek z nas może zaświadczyć, że wszystko, nawet to najtrudniejsze, służy dobru, to jest to królowa Luiza. Słowo to ma jednak pewną granicę i warunek: tym, którzy kochają Boga, wszystko służy ku dobremu. Ciemne cienie nie omijają nikogo. Nie stają się mniejsze, gdy obowiązki się rozszerzają, a odpowiedzialność książęcych rządów spoczywa na barkach. Bądźcie pewni: obietnica nigdy nie zawodzi, jeśli dotrzymacie ślubowania, z którym jest związana. Idźcie więc, błogosławieni darami duchowymi i ziemskimi.
Jeden dla drugiego podporą
I miłym ciężarem zarazem,
Wspólny odpoczynek i wędrówka
A celem Królestwo Niebieskie!"
Po ślubie nastąpił w Białej Sali ceremoniał defilady, który oferował barwne obrazy o malarskim uroku i dworskim przepychu. Następnie odbyła się uroczysta kolacja, podczas której cesarz siedział między księżną Thyrą Cumberland a królową Anglii, car Rosji obok nadzwyczaj krzepkiej mimo swoich 75 lat wielkiej księżnej Luizy Badeńskiej, a król Anglii obok cesarzowej. Cesarz wzniósł toast pełen serdecznych słów: "Moja droga córko! W dniu dzisiejszym, gdy opuszczasz nasz dom, dziękuję ci z całego serca za radość, którą zawsze sprawiałaś mnie i twojej matce, za długi czas promiennego światła słonecznego, którym byłaś dla mojego domu. Oddałaś swoją rękę i serce mężczyźnie ze szlachetnego niemieckiego rodu książęcego, ze starego niemieckiego rodu. - Dane ci było, jak niewielu, podążyć swobodnie za głosem serca i otrzymać mężczyznę, którego wybrałaś." A zwracając się do młodego zięcia: "Mój drogi synu! Powierzam ci teraz nasze dziecko. Oboje mamy do ciebie pełne zaufanie, że będziesz ją chronił i pielęgnował, i że to słońce zaświeci teraz w twoim domu. Obyś prowadził swoje gospodarstwo według sprawdzonych wzorów swoich przodków, w prawdziwie starym, prostym niemieckim stylu, i pokładał ufność w Bogu Panu, i, jak głosi wasze motto, przyjmował wszystko z Jego ręki, dobro i zło, gotów nieść ciężary i przyjmować piękne dni szczęścia i radości z wdzięcznym sercem. Przede wszystkim jednak, mimo waszej młodości, prawdopodobnie wkrótce będzie wam dane służyć innym i troszczyć się o innych. Niech to zadanie, najpiękniejsze, wypełni całą waszą krainę, i niech miłość do innych ludzi rozgrzewa wasze serca. Obyście oboje, a ty przede wszystkim, moja droga córko, byli wiernymi dziećmi w nowym domu."
Cesarz wskazał już tym samym na obowiązki, które wkrótce miały przypaść młodej parze. Bo po kilku miesiącach służby oficerskiej młodego małżonka u husarów w Rathenow, 1 listopada mógł on objąć rządy w Księstwie Brunszwiku. Radosne powitanie zgotowano młodej parze przy jej wjeździe do starego, przytulnego miasta, które od tej pory stało się ich słonecznym domem:
"Piękna kraina, do której zmierzacie:
Od lasów Harzu aż po wrzosowiska,
Aż po dolinę Wezery –
Wiosną i w zimowej szacie.
A gdziekolwiek będziecie, dokądkolwiek spojrzycie,
Wkrótce powita was znajomo:
Ma stać się domem,
Najdroższym miejscem na ziemi!"
Drugi miesiąc tego roku przyniósł obchodzone w całych Niemczech stulecie rozpoczęcia wojen wyzwoleńczych. Nie świętowano go głośno; pogrążono się poważnie w rozważaniach nad przeszłością, nad tym, jakich wymagała ofiar i jakie przyniosła korzyści. Nigdzie nie śpiewano hymnów radości, we wszystkich przemówieniach podkreślano raczej historyczne znaczenie tego powstania ludowego, wspominano mężów, którzy wówczas byli wielkimi przywódcami narodu. Również w Berlinie 9 lutego w nowej auli uniwersytetu odbyła się taka uroczystość, w której uczestniczyła para cesarska, dwór, najwyżsi urzędnicy i wojskowi. Szczególnie wnikliwy opis zawdzięczamy wybitnemu lipskiemu historykowi, profesorowi Karlowi Lamprechtowi, którego starannie dobrane słowa przytaczamy: Obok języka rozumu, który zwykle jako pierwszy rozlega się w murach uniwersytetu, do głosu doszły uczucia i nastrój, wszystkie poruszenia ludzkiego serca. Aula stanowiła dla tego wszystkiego godne miejsce. W swoich barokowych formach, rozświetlona ukrytym elektrycznym oświetleniem gzymsów na tle lśniących półkopuł, tak że promienie żółtego światła zdawały się rozjaśniać całość, wypełniona znaczącą, bezwarunkowo zaangażowaną publicznością, wydawała się odpowiednim miejscem do pielęgnowania pamięci o trudnych czasach pośród przygnębiających wydarzeń teraźniejszości. Co dokładnie śpiewano i mówiono, nie jest tutaj istotne; wystarczy, że już muzyczna część uroczystości, wznosząc się od pełnych niepokoju początków modlitwy przed bitwą, prowadziła do obszarów wielkiego uniesienia, które szczególnie wyzwolił wspólny śpiew pieśni "Bóg, który stworzył żelazo, nie chciał, byśmy byli niewolnikami".
W momencie, gdy osiągnięto ten punkt kulminacyjny, cesarz, nieoczekiwanie nawet dla samego siebie, silnie poruszony wspomnieniami z niedawnych uroczystości w Królewcu, wszedł na mównicę. Jego krępa sylwetka wypełniła szerokość małego podwyższenia, którego użył jako punktu oparcia dla swojej całkowicie swobodnej przemowy. Można było zauważyć, jak pod wpływem powolnego rozpoczęcia mowy zastanawiał się: nie był wolny od szczególnej nieśmiałości, która charakteryzuje ton pierwszych zdań nawet wybitnych mówców. Jednak po kilku zdaniach swoboda została osiągnięta. Pełny, dźwięczny głos rozchodził się szeroko po ogromnej przestrzeni, a wkrótce pojawiła się coraz żywsza mimika twarzy i narastająca gestykulacja. Cesarz stał się mówcą od stóp do głów, a z jego ust płynęły coraz bardziej porywające zdania, aż zakończył mocno zaakcentowanym "Hurra". Co zawierała treść? Cesarz przemawiał przede wszystkim z przekonaniem i dlatego przekonywał, nie musząc nikogo namawiać: pierwsze wrażenie nie dotyczyło właściwie sprawy, lecz prawdziwego, a przez to otwartego i dobrego człowieka.
Mowa cesarza, która nawiązując do trudnych doświadczeń wojen wyzwoleńczych, zachęcała do surowego idealizmu teraźniejszości, całkowicie zawładnęła zgromadzeniem; osiągnęłaby ten sam efekt, nawet gdyby cesarz przemawiał jako osoba prywatna. Siła retoryczna starszych uczestników uroczystości oraz młodzieńcza pasja przedstawiciela społeczności studenckiej nie mogły dorównać świadomej siły szerokiej męskości; spontanicznie, po jego zakończeniu, "Heil dir im Siegerkranz" zagrzmiało pod wysokim sklepieniem.
Profesor Lamprecht zajął się później w fascynujący sposób próbą charakterystyki cesarza, w której wspomina także o ojcu rodziny: W szerokim kręgu relacji, które cesarz utrzymuje między ludźmi, nie trzeba mówić o życiu rodzinnym. Jest ono wzorcowe i odnosi się do niego coś podobnego jak do tolerancji wyznaniowej cesarza - działa nieświadomie, a jego dumą pozostaje, podobnie jak życie rzymskiej matrony, płynąć w spokoju tego, co w szczegółach nieznane. Kto jednak poznaje intymne szczegóły z lepszego źródła, nie będzie miał wątpliwości co do stosunkowo silnego, nawet publicznego wpływu tego życia w czasie moralnego rozkładu właśnie w dziedzinie rodziny i małżeństwa.
A potem Lamprecht mówi o niemieckości cesarza: O wiele bardziej niż u jego dziadka i nawet u jego ojca, u cesarza wybija się niemiecka nuta; jest pierwszym władcą nowej Rzeszy, który w swoim ogólnym odczuciu całkowicie stoi na jej podstawach, podobnie jak dotyczy to dopiero pokolenia książęcego, które z nim dorastało; jest całkowicie zrozumiałe, jak nawet książęcy współzałożyciele Rzeszy, jeśli byli już starsi w czasie jej powstawania, z niewieloma wyjątkami nie mogli całkowicie utracić poczucia dawnych stanów. W przeciwieństwie do tej starszyzny cesarz od zawsze i z pełnym powodzeniem był niemiecki w najszerszym znaczeniu i chętnie oraz wcześnie nawiązywał do współczesnej literatury, która, niesiona myślą o rasie, zakorzeniła się w silnej wierze w szczególne powołanie i uzdolnienie narodu niemieckiego w historii świata. "Zgodnie z charakterem Germanów, ograniczamy się na zewnątrz, aby być nieograniczonymi wewnątrz; daleko sięgają kręgi naszego języka, także za morza, daleko płynie strumień naszej nauki i badań, nie ma dzieła w dziedzinie nowszych badań, które nie byłoby napisane w naszym języku, i nie ma myśli pochodzącej z nauki, która nie byłaby przez nas najpierw wykorzystana, aby później zostać przyjętą przez inne narody. I to jest imperium światowe, do którego dąży duch germański."
Obok wszystkiego innego cesarz zawsze był świadomy, że jest Najwyższym Wodzem i w pierwszej kolejności uważał się za odpowiedzialnego za wszystko, co wiązało się z armią i marynarką. Jego udział w bieżących wydarzeniach wojskowych był niestrudzony, także podczas wojny rosyjsko-japońskiej i podczas wojny bałkańskiej. W przedpokojach cesarskich gabinetów w Berlinie i Poczdamie wisiały mapy z chorągiewkami, nad którymi stale pracowano wojskowo, co prowadziło do wielogodzinnych dyskusji. Oprócz armii szczególnie leżała mu na sercu marynarka wojenna, słusznie mógł ją uważać za swoje dzieło, jak już na przełomie wieków obiecał w swoim orędziu do marynarki: "Jak mój dziadek dla swojej armii lądowej, tak ja również dla mojej marynarki będę niezachwianie w ten sam sposób przeprowadzał dzieło reorganizacji, kontynuował i realizował, aby również ona mogła stać jako równoprawna u boku moich sił lądowych i aby przez nią Rzesza Niemiecka była w stanie także za granicą zdobyć jeszcze nieosiągnięte miejsce." A później podkreślił w przemówieniu do posłów Reichstagu: "Rzesza Niemiecka stała się imperium światowym; wszędzie w dalekich częściach świata mieszkają tysiące naszych rodaków. Niemieckie towary, niemiecka wiedza i niemiecka przedsiębiorczość przekraczają ocean. W tysiącach milionów liczą się wartości, które Niemcy muszą przewozić morzem. Na was, moi panowie, spada poważny obowiązek pomocy mi w mocnym związaniu tej Rzeszy Niemieckiej z naszą ojczyzną."
Rok 1913 przyniósł nowe święta. Ponownie powiewały flagi we wszystkich miastach i miejscowościach Rzeszy Niemieckiej, dzwony biły swoją spiżową pieśń, serca były otwarte - chodziło o uroczyste świętowanie dwudziestopięciolecia panowania Cesarza, przypadające na 15 czerwca. Berlin znów był centrum wydarzeń, a dekoracja miasta była tym razem szczególnie bogata i przesiąknięta artystycznym duchem. Niedaremnie magistrat zwrócił się do berlińskich obywateli z odezwą, która zaczynała się: "Naród niemiecki przygotowuje się do uczczenia dnia 25. rocznicy wstąpienia na tron swojego Cesarza. Jeśli historia zalicza taki dzień do rzadkich wydarzeń, to dla nas Niemców ma on podwójną wartość, ponieważ oznacza ćwierćwiecze pokoju. Właśnie to, czego doświadczyliśmy w ostatnich miesiącach i nadal doświadczamy niemal codziennie w południowo-wschodniej Europie, uświadamia nam dobitnie wartość błogosławieństw pokoju, i wszyscy wiemy, że wielokrotnie w ciągu ostatnich dekad zabezpieczenie tego wielkiego dobra narodów było osobistym dziełem naszego Cesarza."
Naród niemiecki miał tysiące powodów, by świętować ten dzień w radości i wdzięczności jako szczególny dzień pamięci. To, co w życiu każdej jednostki jest powodem do świętowania, naród również nie pozwoli minąć bez echa. I rzeczywiście nie pozwolił! Wszędzie, nawet poza granicami Niemiec, za wysokimi górami i szumiącymi morzami, pamiętano o tym wyjątkowym dniu, w którym nie brzmiały spory i niezgoda. Ciepło i podniośle odczuwano wspólnotę, ścisłą przynależność wszystkich niemieckich szczepów, na północy i południu, wschodzie i zachodzie naszej ojczyzny. W Cesarzu widziano urzeczywistnienie tej narodowej jedności, ucieleśnienie potęgi i siły Rzeszy.
Potężnie rozwinęła się ta Rzesza w ćwierćwieczu 1888-1913, osiągając poziom, którego wcześniej nie śmiano się spodziewać. Utworzenie Rzeszy po krwawych walkach, zabezpieczenie naszej narodowej jedności i pozycji światowej obudziło mnóstwo ukrytych i drzemiących sił w narodzie, rozpaliło ducha przedsiębiorczości we wszystkich dziedzinach, wyznaczyło praktycznej działalności i technicznym umiejętnościom nadzwyczajne cele i zadania. Zostały one rozwiązane w sposób wszechstronny, doprowadzając do niezwykłego gospodarczego rozkwitu Niemiec. Z każdym rokiem rozwój ten się umacniał i w końcu objął cały świat.
Cesarz ślubował sobie i swojemu narodowi szukać chwały nie w wojennych przygodach, lecz w dziełach pokoju, i dotrzymał słowa. Niemieckiemu narodowi bardzo dalekie były życzenia podboju świata; obok wolności, jedności i honoru najwyższym dobrem był dla niego pokój. To życzenie i nadzieja, że pokój zostanie zachowany, znajdowały żywy wyraz obok podziękowań we wszystkich przemówieniach i życzeniach tamtych dni. Nie mniejsze było uznanie i docenienie długoletniej działalności Cesarza. Poświęcono mu i jego pokojowej pracy obszerne dzieła o bogatej treści literackiej, naukowej i artystycznej, przy czym zawsze serdecznie wspominano również Cesarzową.
Ale jeszcze większą radość niż to powszechne uznanie mogły sprawiać parze cesarskiej niezliczone fundacje, które z okazji jubileuszu zostały utworzone przez miasta, gminy i korporacje, jak również przez pojedyncze osoby. Osiągnęły one pokaźną sumę ponad 70 milionów marek, przeznaczonych na ulżenie niedoli chorych, biednych i potrzebujących. Do tego odniósł się również Cesarz w swoim dekrecie dziękczynnym: "Gdy radość świętowania jest odczuwana sercem, przynagla do działania poprzez ofiary dziękczynne. Prowincje, powiaty, miasta, gminy i stowarzyszenia, mimo wysokich wymagań, czuły się przynaglone do utworzenia licznych fundacji związanych z moim imieniem, przeznaczonych na łagodzenie niedoli potrzebujących, chorych i nędzarzy oraz wspieranie różnorodnych dążeń dobra publicznego."
Cesarz podkreślił: "Dziękuję Bogu, że mogę z satysfakcją spojrzeć wstecz na minione 25 lat poważnej pracy, na wielkie osiągnięcia, które przyniosły ojczyźnie we wszystkich dziedzinach życia duchowego, społecznego i gospodarczego, na bezprecedensowy wzrost siły narodu i majątku narodowego. Niemiecki dom wzniesiony na fundamencie jedności niemieckich szczepów i ich książąt przez Cesarza Wilhelma Wielkiego został dalej rozbudowany wewnątrz i na zewnątrz w chronione i przyjazne miejsce pobytu dla swoich mieszkańców. To, że stało się to pod ożywczymi promieniami słońca pokoju, którego siła zwycięsko rozproszyła każdą chmurę pojawiającą się na horyzoncie, czyni mnie szczególnie szczęśliwym, spełniło się tym samym życzenie mojego serca."
Tak, gdyby to zależało od Cesarza i naszego narodu, nigdy nie zostałaby zapalona płonąca pochodnia wojny! Ale: "Nawet najlepszy nie może żyć w pokoju, jeśli złemu sąsiadowi się to nie podoba!" Nieco ponad rok później nadciągnęły groźne chmury, które szybko przerodziły się w niepokojącą duchotę i następnie wyładowały się w najstraszliwszej wojnie, jakiej świat kiedykolwiek doświadczył!
Burza się rozpętuje!
28 czerwca 1914 w Berlinie. Piękna letnia niedziela, która wywabiła niezliczone tysiące ludzi z dusznego miasta na świeże powietrze. Gdy wycieczkowicze wracali wieczorem, dobiegały ich głośne głosy sprzedawców gazet: "Zamordowanie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego małżonki". Jeszcze ciepłe gazety były pospiesznie kupowane i czytane. Ludzie dowiedzieli się z nich o tchórzliwym skrytobójstwie następcy tronu austriackiego i jego żony; powszechne współczucie kierowało się ku sędziwemu cesarzowi Franciszkowi Józefowi, który już tyle ciężkich chwil przeżył i którego ten nowy cios losu musiał dotknąć najboleśniej. Jeszcze tego samego wieczoru usłyszano, że zbrodnia ta wiązała się z szeroko rozgałęzionym wielko-serbskim spiskiem, że schwytano mordercę i jego wspólników, oraz że w Wiedniu doszło do burzliwych demonstracji wywołanych powszechnym oburzeniem. O poważnych politycznych konsekwencjach czynu, które mogłyby doprowadzić do wojny, początkowo nikt u nas nie myślał.
Popołudnie 5 lipca. Na ukwieconym placyku ogrodowym za Nowym Pałacem w Poczdamie przechadza się para cesarska. Nie rozmawia się o polityce, wymienia się plany podróży na letnie tygodnie i omawia potrzebne przygotowania. Cesarzowi melduje się kanclerz Rzeszy von Bethmann Hollweg i podsekretarz stanu Zimmermann, zastępujący sekretarza stanu von Jagowa, których cesarz przywitał, wysłuchując ich doniesień. Cesarz spokojnie i jasno przedstawił swoje poglądy; Serbia zasługuje na nauczkę, ale to wyłącznie austriacka sprawa, w którą nie powinniśmy się mieszać, w żadnym razie nie może powstać większy konflikt, który by nas wciągnął. Oczywiście stoimy wiernie u boku Austro-Węgier, których nienaruszalne zachowanie jest naszym własnym żywotnym interesem. - Panowie wrócili do Berlina i wysłano depeszę do wiedeńskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, relacjonującą treść rozmowy, której uspokajającego działania zdecydowanie oczekiwano. Następnego dnia cesarz wyruszył w podróż na północ; szef Sztabu Generalnego przebywał na urlopie w Karlsbadzie, szef marynarki w Schwarzwaldzie; cesarzowa udała się do Wilhelmshöhe.
W Wiedniu szczegółowe śledztwo w sprawie pochodzenia czynu wykazało, że ważne ślady prowadziły do Serbii, której rząd już od dawna tolerował, jeśli nie wręcz wspierał, szeroko zakrojoną agitację i prowokację wobec sąsiedniego państwa austro-węgierskiego. 23 lipca austriacko-węgierski poseł w Belgradzie, baron von Giesel, wręczył rządowi serbskiemu notę z ultimatum żądającą zadośćuczynienia. Nota ta zresztą dotarła do Berlina tak późno, że rząd niemiecki nie mógł już interweniować.
25 lipca w Ischl. Godzina siódma wieczorem. W willi zamieszkałej przez sędziwego cesarza austriackiego melduje się jego adiutant generalny. Właśnie otrzymał przez telefon z Wiednia wiadomość, że austriacki poseł w Belgradzie uznał serbską notę odpowiedzi za nie do przyjęcia i opuścił Belgrad ze swoim personelem. Cesarz przyjął papier zawierający wiadomość, odwrócił się zmęczony, chwiejnym krokiem do biurka, ciężko opadł w fotel i drżącymi rękami sięgnął po okulary, które ledwo mógł założyć. Przeczytał dwukrotnie kilka linijek, w końcu mówiąc jakby do siebie: "No cóż, zerwanie stosunków dyplomatycznych nie oznacza jeszcze konfliktu." Następnego dnia cesarz wrócił do Wiednia i rozkazał, że ponieważ Serbia jeszcze przed złożeniem swojej odpowiedzi zmobilizowała całą armię, część sił zbrojnych austro-węgierskich ma zostać zmobilizowana.
Rząd niemiecki nieustannie starał się ograniczyć militarną konfrontację Austrii z Serbią do tych dwóch krajów. Wszystko zależało od postawy Rosji, a nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych starało się doprowadzić do bezpośredniego porozumienia między Petersburgiem a Wiedniem. Cesarz, który przerwał swoją letnią podróż - również cesarzowa wróciła tego samego dnia z Wilhelmshöhe do Poczdamu - wielokrotnie zwracał się do cara Mikołaja i króla Jerzego Anglii w przyjacielskich depeszach, nawołując do pokoju, którego zachowanie było jego i niemieckiego narodu najgorętszym życzeniem. Daremnie! Rosja chciała wojny, i chciała jej, ponieważ była pewna wsparcia ze strony Francji i Anglii, jak również neutralności Włoch. Rankiem 31 lipca można było przeczytać na rogach ulic Sankt Petersburga cesarskie rozporządzenie nakazujące powszechną mobilizację rosyjskich sił zbrojnych na lądzie i morzu. Jeszcze raz cesarz Wilhelm, któremu bardzo zależało na uniknięciu militarnych komplikacji, błagał cara o cofnięcie mobilizacji, kończąc depeszę słowami: "Pokój Europy może być jeszcze teraz przez Ciebie zachowany, jeśli Rosja zdecyduje się wstrzymać środki wojskowe, które zagrażają Niemcom i Austro-Węgrom." Także na próżno! Długo przygotowywana wojna przeciwko pokojowo nastawionej Rzeszy Niemieckiej miała zostać rozpętana; lawina ruszyła i nie można jej było już powstrzymać!
Dopiero po otrzymaniu w Berlinie najbardziej pewnej wiadomości o rosyjskiej mobilizacji ogólnej nastąpiło ogłoszenie "powszechnego zagrożenia wojennego", a po tym jak nasze ultimatum żądające wstrzymania mobilizacji nie otrzymało odpowiedzi od Rosji, po południu 1 sierpnia ogłoszono powszechną mobilizację całej armii.
Ten 1 sierpnia w Berlinie. Od południa aleja Unter den Linden wypełniona tłumem ludzi; żadnych głośnych rozmów, żadnych gróźb, żadnego przechwalania się. Słupy ogłoszeniowe są oblężone, nigdzie nie widać munduru; słychać, że godzinę temu oficer na czele warty przy pomniku Starego Fryca i w kilku innych miejscach odczytał przy werblach bębnów ogłoszenie: Stan wojenny! W oddali widać zamek królewski. Wysoko na jego blankach powiewa purpurowa flaga. Również plac przed zamkiem (Lustgarten) jest całkowicie wypełniony gęstym tłumem ludzi. Nie ma żadnych barierek odgradzających ludzi. I teraz niesie się przez szeroki plac: "Deutschland, Deutschland über alles!" Tysiące śpiewają, tysiące odkrywają głowy, wszyscy ogarnięci świętym, uroczystym nastrojem.
Pośród tłumu. Tam, jeden woła, teraz dziesiątki, potem setki: "Cesarz! Cesarz!" Rozbrzmiewają grzmiące okrzyki "Niech żyje!" i "hurra", powiewają chusteczki, czapki, kapelusze. Cesarz, w mundurze generalskim, stoi na wąskim balkonie; jego ogorzała twarz jest głęboko poważna, kilkakrotnie skłania głowę w pozdrowieniu. Teraz pojawia się także cesarzowa, w towarzystwie kilku swoich synów. Cesarz lekko unosi prawą rękę: "Spokój, spokój, cesarz chce mówić! Spokój! Spokój!" Szum głosów i okrzyków cichnie. Cesarz przemawia, krótko, urywanie, pojedyncze zdania brzmią dobitnie: "Ciężka godzina nastała dziś dla Niemiec. Nasi wrogowie ze wszystkich stron zmuszają nas do podjęcia słusznej obrony. Mam nadzieję, że jeśli nie uda się w ostatniej godzinie moim staraniom skłonić przeciwników do opamiętania i zachowania pokoju, poprowadzimy miecz z Bożą pomocą tak, że będziemy mogli z honorem włożyć go z powrotem do pochwy. Wojna wymagałaby od narodu niemieckiego ogromnych ofiar w dobrach i krwi, ale przeciwnikom pokażemy, co znaczy zaatakować Niemcy. A teraz polecam was Bogu. Teraz idźcie do kościoła, uklęknijcie przed Bogiem i proście go o pomoc dla naszej dzielnej armii."
Cesarz skończył, pozdrawia, i znów wybuchają grzmiące hurra, wciąż na nowo, wciąż na nowo, teraz przerywane, potem zagłuszane i pochłaniane przez "Wartę nad Renem".
Godzinę później w pałacu Bellevue odbył się ślub wojenny piątego syna cesarskiego, księcia Oskara, z hrabiną Iną Marią von Bassewitz, w najskromniejszy sposób, stanowiąc wzór dla niezliczonych innych ślubów wojennych, które nastąpiły w najbliższym czasie. W jeden z następnych dni odbył się ślub księcia Adalberta. Wieczór tego niezapomnianego 1 sierpnia para cesarska spędziła w wąskim ogrodzie położonym od strony Szprewy, bezpośrednio przy najstarszej części zamku. Tam też przebywał cesarz, najczęściej w towarzystwie małżonki, przez wiele godzin wcześniej, oczekując odpowiedzi rządu rosyjskiego na przekazaną przez niemieckiego ambasadora w Petersburgu informację, że również Niemcy będą musiały zmobilizować się, jeśli Rosja nie wstrzyma swoich przygotowań wojennych i nie złoży w tej sprawie jednoznacznego oświadczenia. Także synowie pary cesarskiej zjawiali się tam, meldując się, podobnie jak kanclerz Rzeszy na ważne rozmowy. Po południu tego dnia, w gabinecie adiutanta w zamku, cesarz podpisał rozkaz mobilizacji niemieckiej armii i marynarki wojennej.
W Białej Sali cesarskiego pałacu 4 sierpnia. W brzemienny w skutki moment, przy wybuchu jednej z najcięższych i najbardziej niepewnych wojen, cesarz zaprosił do siebie przedstawicieli narodu niemieckiego, posłów Reichstagu, aby osobiście otworzyć krótkie, ale tym bardziej brzemienne w skutki posiedzenie. W górnej loży przebywała cesarzowa, u jej boku księżna następczyni tronu, której mąż już udał się na front. Cesarz miał już na sobie szary mundur polowy, ostro i dobitnie odczytał przemowę, każde słowo padało z mocą, niektóre jakby wykute młotem. Częste, często burzliwe okrzyki aprobaty przerywały mu, zwłaszcza gdy mówił o ochronie starej wspólnoty kulturowej obu sprzymierzonych mocarstw, o rezultacie długiej niechęci wobec potęgi i rozkwitu Niemiec, o miejscu, na którym postawił nas Bóg, następnie: że chwyciliśmy za miecz z czystym sumieniem i czystymi rękami. Po tym jak cesarz położył teczkę zawierającą przemowę na tronie, zwrócił się do zgromadzonych w swobodnym przemówieniu. Jego słowa były przepełnione wewnętrznym wzruszeniem i całym ogromem tej chwili: Nie ma już żadnych partii, są tylko Niemcy! Chcemy trzymać się razem w szczęściu i nieszczęściu, w biedzie i śmierci, w cierpieniu i niebezpieczeństwie - na tę przysięgę chcemy podać sobie ręce. Nastała uroczysta chwila, gdy przywódcy partii podeszli do cesarza i połączyli się uściskiem dłoni.
Następnego dnia para cesarska odwiedziła katedrę, która była tak przepełniona, że w Lustgarten w pobliżu pomnika króla Fryderyka Wilhelma III odbyło się specjalne nabożeństwo, które, podobnie jak pierwsze nabożeństwo, przebiegło bardzo wzruszająco. Pewien Włoch przebywający wówczas w Berlinie napisał do rzymskiej gazety: "Kiedy w dzień modlitwy i pokuty cesarz wraz z całą rodziną i dowódcami wojskowymi kroczyli do katedry, gdy cały naród napływał do kościołów, starzy i młodzi, mężczyźni, kobiety i dzieci, aby w ciszy i skupieniu modlić się za zagrożoną ojczyznę, zrozumiałem, że ogromna materialna siła, z jaką ten naród wyrusza w pole przeciwko trzem najpotężniejszym narodom świata, ma swoje korzenie w sile moralnej."
Tego dnia dzwony kościelne, uroczyście wzywające do modlitwy, miały szczególnie podniosłe brzmienie. Berlin wsłuchiwał się jakby w głosy z góry, ustała wszelka praca, rozproszone dotąd myśli zebrały się w jedność, a przez miliony serc przepływała fala pobożnego drżenia i żarliwych modlitw o wszystko, co najcenniejsze i niezastąpione, co oddano w ofierze ojczyźnie. Domy Boże były już o dziewiątej godzinie przepełnione, gęste tłumy stały przed bramami wejściowymi, które przeważnie pozostawały otwarte; łagodne melodie organów rozbrzmiewały na zewnątrz, a stojący na zewnątrz w bolesnym wzruszeniu śpiewali: "Z głębokiej niedoli wołam do Ciebie, Panie Boże, wysłuchaj mego błagania!" Niejedne oko wypełniło się łzami, niejeden głośny i stłumiony szloch wyrwał się z udręczonego wnętrza, ale również niejedna ręka uniosła się jak do świętej przysięgi: tylko zwyciężyć i tylko zwyciężyć!
Musimy zwyciężyć! Tak, to było uczucie wszystkich tych, którzy wyruszali, wszystkich tych, którzy pozostali w domu. Bogaty strumień miłości, oddania, braterstwa, poświęcenia przepływał przez całą ludność, wszyscy czuli się związani ze sobą jakby mocną więzią równości. Berlin, miasto rozrywki, oduczył się śmiechu, stał się poważnym miastem. W przepełnionych wagonach tramwajów, metra i kolei miejskiej mówiono tylko przyciszonym głosem. Każdy obawiał się głośnym słowem zakłócić uczucia innych. Przy tym, gdy nadarzyła się okazja, entuzjazm sięgał zenitu, miłość do ojczyzny pokazywała się w najpiękniejszym świetle. Nigdzie skarg i lamentów nad ofiarami, które pochłonie wojna, nigdzie małodusznych czy rezygnujących trosk o jej wynik. Odwaga i determinacja świeciły w oczach powołanych, spokojna pewność emanowała z postawy oficerów i żołnierzy.
A potem grzmiące "hura" wieczorem tego niezapomnianego sierpniowego dnia, które radośnie wypełniały starą, pełną wspomnień berlińską aleję triumfalną. Pierwsze zwycięstwo! Huczało i falowało w górę i w dół alei Unter den Linden! "Francuzi pobici, cały francuski korpus armii odrzucony, posuwamy się w kierunku Belfort!" Tak kotłowało się i wirowało przez tłum, jeden przekazywał drugiemu, setki podchwytywały wieść, i rozbrzmiewały szumiące, grzmiące hurra, z entuzjazmem intonowano "Wartę nad Renem". Potem, pośród upojenia zwycięstwem, pojawiły się wątpliwości. Zbyt wiele fałszywych wiadomości rozpowszechniano w ostatnich dniach, obok różnych innych pogłosek, także o ciężkich stratach na wschodzie i zachodzie. "Nie, to prawda," rozchodziło się przez ściśnięte szeregi, "oficer sztabu generalnego jechał otwartym autem do cesarza, przed chwilą przy Friedrichstrasse, gdzie musiał się zatrzymać, zawołał to do nas." "Także policjanci to potwierdzili," zawołał ktoś inny, "sam to słyszałem!" Około dziewiątej godziny auto pędzi przez ulice, na obie strony wyrzucane są małe paczki białego papieru, pierwsze dodatki nadzwyczajne! Ludzie rzucają się na nie, nie zważając na inne pojazdy, nie dbając o niebezpieczeństwo dostania się pod koła, woźnice powstrzymują konie, kierowcy hamują, ruch się zatrzymuje. Rozwijają kartki, rozdają je, czytają - "Przeczytać głośno, przeczytać głośno!" Tu ktoś wspiął się na latarnię, tam młodego chłopaka podniesiono na gzyms okienny domu. "Cisza! Cisza!" I z błyszczącymi oczami i bijącym sercem słucha się radosnej wieści o zwycięstwie, chce się ją słyszeć wciąż na nowo, wciąż na nowo czytać! Wszyscy, wszyscy tutaj czują się jak ściśle zjednoczeni bracia i siostry, czują się dumni, wyniesieni: Boże, dziękujemy ci, pierwsze zwycięstwo! Nasi dzielni żołnierze! Droga ojczyzno, możesz być spokojna!
W tę entuzjastyczną atmosferę wplatają się wojskowe dźwięki, to melodie starej pruskiej pieśni królewskiej: "Chwała ci w wieńcu zwycięzcy". Jak elektryczny prąd przechodzi to przez wzburzonych i poruszonych, członki się prostują, ramiona unoszą się w górę, grzmiące hurra otaczają gwardzistów, którzy maszerują przez Bramę Brandenburską na jeden z dworców, by zostać przewiezionymi do kraju wroga. Żołnierze maszerują prosto i radośnie, z hełmów pokrytych szarym materiałem i z błyszczących luf karabinów pozdrawia świeża zieleń, pozdrawiają kolorowe kwiaty, zdobią one także pas od szabli. Jakieś szczęśliwe światło spoczywa na opalonych, młodzieńczych twarzach, silna fala odwagi i pewności emanuje od tych radośnie idących do walki męskich synów niemieckiej ziemi. Kobiety i dziewczęta idą w krok za nimi, oczywiście także młody Berlin. Niejedna żołnierska i kobieca dłoń trzymają się mocno splecione, niejedno czułe słowo jest wymieniane poufnie w hałaśliwym tłumie, niejedno czułe spojrzenie spoczywa w spojrzeniu, żegnające i ufające. Pojedynczy chłopcy nałożyli hełmy, inni niosą karabin, śpiewają razem, teraz "Wartę nad Renem", którą zaintonowała orkiestra, i dźwięk tej wyrazistej pieśni bojowej dudni wzdłuż alei Unter den Linden, śpiewany z porywającym rozmachem.
9 sierpnia cesarz pożegnał się w Poczdamie z Pierwszym Pułkiem Gwardii, którego dowódcą został mianowany książę Eitel Friedrich, i z Pierwszym Rezerwowym Pułkiem Gwardii; cesarzowa towarzyszyła mu i ozdobiła oficerów różami - dla większości miały to być ostatnie kwiaty, jakie otrzymali. Po przemarszu pułków para cesarska udała się do mauzoleum przy Kościele Pokoju na grób cesarza Fryderyka, a dwa dni później do Charlottenburga, aby tam w cichej modlitwie przebywać przy sarkofagach cesarza Wilhelma I i cesarzowej Augusty. 14 sierpnia nadworny kaznodzieja Dryander udzielił parze cesarskiej komunii w berlińskim zamku przed małym przygotowanym ołtarzem, całkiem samotnie. "Byliśmy wszyscy trzej tak wzruszeni, że to, co czuliśmy, na końcu nie mogło znaleźć wyrazu w słowach, lecz tylko w niemym, mocnym uścisku dłoni," zanotował duchowny w swoim dzienniku. Dwa dni później cesarz wyruszył na front; wczesnym rankiem pojechał, tylko w towarzystwie cesarzowej, na dworzec w Poczdamie, i to nie aleją Unter den Linden, gdyż wyjazd miał pozostać tajemnicą. Ale przyjazd innych powozów przyciągnął jednak większy tłum ludzi na dworzec, który żywo pozdrawiał cesarza.
Cesarzowa, która z trudem tłumiła głębokie wzruszenie, powróciła do zamku. Jej mąż i synowie byli daleko, narażeni na wszystkie przypadki złowrogiej wojny - teraz jej zadaniem było dawać silny przykład niemieckim kobietom, ponad własnymi troskami o dobro i los najbliższych mając na uwadze tylko czynną pomoc dla ofiar wojny, dla rannych, dla pozostałych.
Matka kraju podczas wojny
"Uważam za mój najważniejszy obowiązek, w miarę moich możliwości, pomagać w dźwiganiu ciężarów wojny, pocieszać strapionych i nieść im pomoc wspólnie z niestrudzenie działającymi stowarzyszeniami opieki wojennej" - tak napisała Cesarzowa do pruskiego ministerstwa; te słowa były jej przewodnikiem przez długie i zmienne lata wojny. To, co przygotowała w czasie pokoju, teraz wydało owoce i przyniosło najbardziej dobroczynne rezultaty. Wiele, wiele tysięcy pracowitych rąk poruszało się od rana do nocy, tysiące kobiet pracowało w lazaretach, sanatoriach, przytułkach, wszędzie jasno płonęły ognie miłości, aby mogli się przy nich ogrzać i odpocząć ci, którzy walczyli i cierpieli za ojczyznę, jak również troszczono się w miarę ludzkich możliwości o wdowy i sieroty po bohaterach.
Cesarzowa przewodziła wszystkim swoim przykładem, nie jako cesarzowa, nie jako księżna, nie jako osoba wyższego stanu, ale zawsze jako matka, siostra, przyjaciółka, wiernie rozumiejąca. Tam dawała z siebie - ona, często uważana za powściągliwą (co było raczej pewną nieśmiałością) - siebie samą, jej ciepłe serce biło gorąco wraz ze wszystkimi nieszczęśliwymi. Cierpienie rannych było jej cierpieniem, ich troski jej troskami. Praktycznie uzdolniona, często znajdowała rozwiązania w trudnych sytuacjach, usuwała przeszkody, dawała ważne wskazówki i nadzorowała ich wykonanie. Dla wszystkiego miała pełne miłości zrozumienie, wszystkim okazywała najgłębszą miłość do bliźniego.
Dwa dni po mobilizacji, 3 sierpnia, Cesarzowa uczestniczyła w pierwszym wojennym posiedzeniu Komitetu Centralnego Niemieckiego Czerwonego Krzyża, wraz z nią Księżna Koronna, i ku jej radości dowiedziała się, że już podjęto rozważne przygotowania do pierwszej pomocy. Cesarzowa mogła pod koniec posiedzenia poinformować, że Cesarz udostępnił zamki w Wiesbaden, Królewcu, Koblencji i Schwedt nad Odrą oraz pałac cesarski w Strasburgu na cele lazaretów, do których wkrótce dołączyła Oranżeria w Sanssouci. Tego samego dnia wspomniany Komitet Centralny powołał do życia "Centralny Punkt Meldunkowy i Informacyjny Czerwonego Krzyża" z zadaniem regulowania ofert pomocy dla ogólnej wojennej opieki społecznej. W ciągu kilku dni zgłosiło się 70 000 ludzi ze wszystkich warstw społecznych i zawodów, oferując swoje bezpłatne usługi Czerwonemu Krzyżowi. Kilka dni później, po tym jak Cesarzowa dała do tego impuls na posiedzeniu Dobrowolnej Opieki nad Chorymi, w Berlinie mogło się rozpocząć sto kursów szkoleniowych z 30-40 słuchaczkami każdy pod kierownictwem lekarskim, aby poprzez siostry pomocnicze i pomocnice wspierać zawodowo wykształcone pielęgniarki lub zastępować je, gdy musiały odpocząć.
6 sierpnia Cesarz wydał swoje wezwanie do narodu niemieckiego i do armii i marynarki, a tego samego dnia Cesarzowa wydała swoje do niemieckich kobiet: "Odpowiadając na wezwanie swojego Cesarza, nasz naród szykuje się do walki bez precedensu, której nie wywołał i którą prowadzi tylko w swojej obronie. Kto może nosić broń, będzie radośnie śpieszył do sztandarów, aby swoją krwią bronić ojczyzny. Walka jednak będzie ogromna, a rany, które trzeba będzie opatrzyć, niezliczone. Dlatego wzywam was, niemieckie kobiety i dziewczęta, i wszystkich, którym nie dane jest walczyć za ukochaną ojczyznę, do pomocy. Niech każdy przyczyni się według swoich sił do ułatwienia walki naszym mężom, synom i braciom. Wiem, że we wszystkich kręgach naszego narodu bez wyjątku istnieje wola wypełnienia tego wielkiego obowiązku. Niech Pan Bóg wzmocni nas w tym świętym dziele miłości, które wzywa także nas, kobiety, do poświęcenia całej naszej siły ojczyźnie w jej decydującej walce."
Jak często Cesarzowa musiała życzyć sobie, aby od teraz każdy dzień miał podwójnie i potrójnie więcej godzin, aby mogła spełnić wszystkie wymagania, które stawiała sobie samej. Szczegółowo troszczyła się o liczne prace Patriotycznego Stowarzyszenia Kobiet, jak również podobnych organizacji, do których należał także Katolicki Związek Kobiet Niemieckich i inne katolickie zakony żeńskie, które działały częściowo we współpracy z Czerwonym Krzyżem, Patriotycznym Stowarzyszeniem Kobiet i Narodową Służbą Kobiet, częściowo samodzielnie. I jakaż wielka pilność była tam rozwijana, z jakim oddaniem, z jaką nigdy nie ustającą troskliwością. Musimy powstrzymać się od bardziej szczegółowego omawiania tego i odsyłamy do wyczerpującego dzieła Dr. Bogdana Kriegera: "Cesarzowa Augusta Wiktoria jako Matka Kraju podczas wojny", które z wykorzystaniem najbogatszych materiałów opisuje błogosławioną działalność tych stowarzyszeń obok wszystkiego innego, co zostało osiągnięte.
Już krótko po wybuchu wojny Cesarzowa podjęła swoje pierwsze, później tak często powtarzające się podróże do odwiedzania lazaretów. Najpierw udała się do Homburga, a stamtąd do Nassau, gdzie sędziwy zamek baronów von Stein, w którym także "kamień węgielny Rzeszy Niemieckiej", wielki reformator państwa pruskiego, Karl baron von und zum Stein, ujrzał światło dzienne, był urządzony jako lazaret. Tutaj także pożegnała się z Cesarzem, zanim udał się on na terytorium wroga, wpinając mu w mundur ostatnią różę, którą zachowała z tych rozdanych rannym, i wciąż na nowo machając mu na pożegnanie, gdy odjeżdżał. W następnym miesiącu udała się na wschód, zatrzymując się na kilka dni w Gdańsku i odwiedzając rannych żołnierzy jak i uchodźców z Prus Wschodnich. Tam dotarł do niej wraz z wiadomością o upadku twierdzy Maubeuge telegram od Cesarza: "Pozdrów ode mnie dzielnych wschodniopruskich rannych, Bóg znów widocznie pomógł." W lazaretach przekazywała pozdrowienia bezpośrednio i przyjmowała pozdrowienia zwrotne, które wysyłała do kwatery głównej. Podczas swoich przejazdów do pobliskich lazaretów często spotykała wagony z uchodźcami z Prus Wschodnich; zawsze natychmiast musiał zatrzymywać się jej samochód, wysiadała i dowiadywała się o los i zakwaterowanie uchodźców, podając wszystkim rękę i pocieszając płaczących przyjaznymi słowami. Gdy dowiedziała się w Gdańsku, że jej najmłodszy syn Joachim leży ranny w Olsztynie z przestrzałem uda, koniecznie chciała pojechać tam swoim samochodem, mimo że odległość w linii prostej wynosiła 140 km, a Prusy Wschodnie były wtedy jeszcze nękane przez wojska rosyjskie, szczególnie przez Kozaków. Jej otoczenie próbowało wyjaśnić jej trudności, wręcz niemożliwość tej podróży, ale ona odpowiadała tylko: "Mój chłopiec leży ranny, muszę do niego, wszystko inne jest nieistotne!" I byłaby obstawała przy swojej woli, gdyby nie nadszedł telegram, że księcia już przewieziono pociągiem lazaretowym na zachód. W następnym miesiącu przebywała na Śląsku, w Poznaniu i Prusach Wschodnich, wszędzie odwiedzając lazarety, wszędzie pilnując porządku, wszędzie pocieszając i niosąc pomoc.
W Poznaniu w Domu Diakonis wręczyła młodemu, postrzelonemu i okaleczonemu chorążemu Żelazny Krzyż z uwagą, że jest to pierwszy, którym dekoruje wojownika, a gdy usłyszała, że o dziesiątej wieczorem przez Poznań przejeżdża transport rannych i przewidziany jest dwugodzinny postój na dworcu, pojechała tam. Niespodziewanie pojawiła się w punkcie opatrunkowym, tak, że lekarze i siostry początkowo nie zauważyli jej obecności; rozmawiała z opatrywanymi, pocieszała ich, pytała o ich życzenia. Gdy jeden odpowiedział "mam tylko jedno życzenie, chciałbym wrócić do mojego wagonu", zadbała o to, by natychmiast delegaci Czerwonego Krzyża wzięli mężczyznę pod ręce i zaprowadzili go do jego przedziału, podczas gdy ona szła obok nich i nadzorowała transport. Następnie rozmawiała z wieloma żołnierzami leżącymi w pociągu, zadbała o orzeźwienie i rozdała kilka tysięcy cygar, które często były bardziej mile widziane niż jedzenie i picie. Mimo że następnego dnia była mocno przeziębiona i lekarz zabronił jej opuszczać mieszkanie, pojawiła się jednak nagle w kuchni do wekowania mieszczącej się na górnym piętrze zamku i dokładnie wypytała o wykonaną pracę, podobnie jak odwiedziła punkt przyjmowania darów i wydała tam różne zarządzenia.
W Prusach Wschodnich cesarzowa udała się do zniszczonych miejscowości, gdzie już energicznie pracowano nad odbudową zniszczonych domów. Także tutaj dokładnie zapoznawała się ze wszystkim i tam, gdzie było to konieczne, chętnie oferowała pomoc. W Lochstedt przebywała w ośrodkach leczniczych dla dzieci, brała niektóre maluchy na ręce i całowała je, była obecna podczas ich wieczornego posiłku i obserwowała, jak są układane do snu. Przeszła przez wszystkie pokoje mieszkalne i sypialnie, obejrzała kuchnię i łazienki, interesowała się najmniejszymi szczegółami. Jednemu z dzieci wakacyjnych z Essen podczas nalotu lotniczego zostało zmiażdżone ramię; rozmawiała z tym chłopcem szczególnie serdecznie, podarowała mu fotografię cesarza, a następnego dnia otrzymał on duże pudełko z ołowianymi żołnierzykami.
Po tej podróży, po jednodniowym pobycie w Berlinie, pojechała do Metz, gdzie spotkała się również z cesarzem, następnie po świętach Bożego Narodzenia udała się do Wilhelmshaven. Później odwiedziła Brunszwik, Hanower, Kassel i Homburg, a stamtąd Frankfurt nad Menem, Wiesbaden, Nauheim i inne miejscowości w Taunus. W Hannöversch-Münden przekonała się o dobrym wyposażeniu domu wypoczynkowego Związku Niemieckich Maszynistów Kolejowych, który również został przekształcony w lazaret, następnie przyszła kolej na wiele miast Śląska, Szlezwika-Holsztynu oraz Nadrenii i Westfalii. W szpitalu św. Klemensa w Münster cesarzowa powitała rannych jeńców wojennych, dokładnie wypytując o ich przeżycia, o leczenie i opiekę w niewoli oraz o podróż powrotną. Niewidomą dziewczynkę, córkę mistrza szewskiego, która wraz z innymi dziećmi czekała na cesarzową przy wyjściu ze szpitala, wzięła czule za rękę i obiecała jej lalkę, którą otrzymała następnego dnia - lalkę tak piękną, że musiała najpierw odbyć wędrówkę po całym szpitalu, zanim została przekazana dziecku. Ciężko rannemu żołnierzowi z lazaretu, o którym słyszała, że szczególnie cieszył się na jej przybycie, wysłała tym samym posłańcem duży obraz: "Chrystus w Ogrójcu" z własnoręczną dedykacją i podpisem.
Wszędzie chciała sprawiać radość, i udawało jej się to, ponieważ z jej słów przebijał język, który jest zrozumiały dla wszystkich i który wszyscy jednakowo głęboko odczuwają: język serca. Jak bardzo cieszyło ją, gdy ktoś chciał sprawić radość także jej. Gdy opuszczała w Münster lazaret Czerwonego Krzyża, podeszła do niej córeczka jednego z mieszkańców, wręczając w kopercie sumę pieniędzy zebraną podczas pierwszej komunii z prośbą o przeznaczenie tej kwoty dla ociemniałych żołnierzy. Jak promieniała wtedy twarz cesarzowej i jak serdecznie przytuliła małą. Dla niewidomych miała największe współczucie. W zamku Bellevue, który zamieszkiwała prawie przez cały pierwszy rok wojny, odbywały się popołudniowe spotkania rozrywkowe dla ociemniałych żołnierzy. Oferowano wykłady i występy muzyczne, cesarzowa osobiście zajmowała się poszczególnymi żołnierzami i spacerowała z nimi po parku, prowadząc ich pod rękę.
Cesarzowa nie lubiła, gdy podczas odwiedzin w szpitalach towarzyszyła jej większa świta. Był przy niej tylko lekarz, przełożona lub główna pielęgniarka; latem zawsze przynosiła kosz kwiatów, zimą kosz z gałązkami laurowymi do rozdania. Zawsze pytała rannych, czy mają jakieś życzenia, które można by spełnić; albo sami je zapisywali, albo cesarzowa kazała je zapisać. Próśb tych były setki; jeden, który czuł zbliżającą się śmierć, chciał jeszcze raz zobaczyć swoją matkę, inny martwił się, czy po wyzdrowieniu znów otrzyma posadę w swojej dawnej fabryce, trzeci chciał wysłać żonie mały prezent na zbliżające się urodziny, czwarty tęsknił za ulubionym daniem, piąty prosił o przesłanie zdjęć swoich dzieci, i tak bez końca. I wszystkie te życzenia zostały spełnione. Od pewnego Alzatczyka cesarzowa dowiedziała się, że ma on urodziny w tym samym dniu co cesarz. Wysłała mu na ten dzień portret cesarza z własną dedykacją, skrzynkę cygar i wałek do spania z kilkoma zmywalnymi poszewkami. Jak bardzo świadczy zwłaszcza ten ostatni prezent o tym, że u cesarzowej nie chodziło o bezmyślne dawanie, lecz że starała się zawsze znaleźć coś odpowiedniego do konkretnego celu i przez to szczególnie ucieszyć. Gdy w dniu urodzin księcia Eitela Fryderyka cesarzowa odwiedziła lazaret, również ranni mieli mieć urodzinową radość: każdy otrzymał portfel, który zawierał starannie owinięty w jedwabny papier talar, aby ranni mogli sobie zrobić "dobry dzień". Jej pytania i dociekania nigdy nie były rutynowe, każde było przepełnione ciepłym tonem serca. Ranni natychmiast to wyczuwali; od razu nabierali zaufania, nie byli zakłopotani i odpowiadali szczerze. Pewien Polak z Niemiec, którego cesarzowa odwiedziła w lazarecie w Jeleniej Górze, wyraził w swojej łamanej niemczyźnie opinię niezliczonych: "Nie wiedziałem, że można rozmawiać z cesarzową jak z matką." Bo jak matka wypytywała o stosunki rodzinne, o żonę i dzieci, o wcześniejszą pracę i warunki mieszkaniowe, o plany na przyszłość i o to, jak zadbano o pozostających w domu. Chętnie opowiadała o własnych dzieciach, wiedząc, że to najszybciej stworzy więź. Gdy pewien żołnierz landwery z Fryzji Wschodniej opowiadał jej z radosnym uśmiechem o swoich dzieciach, życzyła mu, aby miał z nich tyle samo radości, ile ona miała ze swoich. Pewnemu berlińskiemu gwardziście-fizylierowi choremu na żółtaczkę opowiedziała: "Jeden z moich synów też kiedyś miał tę chorobę, i to w Boże Narodzenie. Zjadł za dużo, szczególnie słodyczy. Później jedna z moich pracownic domowych dostała tę samą chorobę i mój chłopiec triumfalnie zawołał: 'Widzisz, ona też za dużo jadła!'"
Często pytała rannych, czy widzieli na froncie cesarza lub któregoś z jej synów, czy należeli do ich pułków, a jeśli istniały jakiekolwiek osobiste powiązania, były one szczegółowo omawiane, a cesarzowa obiecywała, że opowie o tym swojemu mężowi i synom. Gdy dowiadywała się o ojczyznę rannych, opowiadała o swoich wizytach w tych miejscach, podając szczegóły - Nadreńczykowi o Nadrenii, Wschodnioprusakowi o jego prowincji i o tym, jak tam jest, Turyngczykowi o swoim pokrewieństwie z turyngskimi rodzinami książęcymi. Pewnemu mieszkańcowi Badenii powiedziała, że niedawno była z sędziwą wielką księżną Luizą, która jest zdrowa, ale dzień i noc martwi się o swoich rannych poddanych. Gdy następnie wypytywała Badeńczyka o żonę i dzieci, usłyszała w jego słowach, jak bardzo tęskni za odwiedzinami żony, ale to byłoby niemożliwe, kosztowałoby za dużo pieniędzy. Jakaż to była niezmierzona radość, gdy kilka dni później jego żona stała przy jego łóżku i mogła się przekonać, że jego stan się poprawił. Mieszkańcom Szlezwika-Holsztynu mówiła "Jesteśmy przecież rodakami" i przekazywała pozdrowienia dla krewnych od "krajanki". Gdy w lazaretach spotykała krewnych rannych, wciągała ich w bliższe rozmowy w tak przyjacielski i współczujący sposób, że wszelka nieśmiałość znikała. "Jej życzliwa, prosta natura sprawiła, że całkowicie zapomnieliśmy, że rozmawiamy z najwyższą damą w kraju. Mówiła o swoich troskach tak prosto, jak właśnie jedna kobieta mówi do drugiej, która w tym czasie ma te same myśli i troski" - tak kończył się list żony lekarza wojskowego, która czuwała przy łóżku swojego rannego syna. Jest nabożeństwo w przepełnionym kościele. Ranny kuśtyka na jednej nodze o kulach, nie znajdując miejsca. Natychmiast cesarzowa wstaje i zaprasza go na swoje miejsce. Gdy ktoś chce poszukać dla niej krzesła, kręci głową, nie chce przeszkadzać i stoi do końca nabożeństwa.
Cesarzowa wszędzie inicjowała działania mające na celu zapewnienie rozrywki rannym - organizowała różnego rodzaju gry towarzyskie oraz zachęcała do wykonywania prac ręcznych. Wykonane przedmioty mogły później służyć jako praktyczne i świąteczne prezenty, a ich twórcy mogli dodatkowo zarobić na ich sprzedaży. Kupowała je ze szczególną radością, przekazywała je na różne kiermasze bożonarodzeniowe i wielkanocne stowarzyszeń kobiecych oraz rozdawała żołnierzom i sierotom w żłobkach i świetlicach. Tygodnie przed Bożym Narodzeniem przygotowywano skrzynie i pudła, aby wysłać je na czas do lazaretów i do oddziałów przebywających na froncie. W Boże Narodzenie cesarzowa odwiedzała rannych w lazarecie Orangerie w Poczdamie i osobiście ich obdarowywała; tam też świętowano jej urodziny poprzez gry, strzelanie do tarczy, rzucanie kostką i loterie; spędzała godziny w kręgu wojowników. Organizowała podobne spotkania także w innych miejscach, jak w zamku Wilhelmshöhe, w Homburgu, w Berlinie. Nie dbała o siebie, choć jak już wcześniej wspomniano, jej zdrowie było słabe i często podczas wielogodzinnych wizyt musiała odpoczywać przez kilka minut - po prostu brakowało jej sił! Jednak potem zbierała wszystkie siły i kontynuowała wędrówki przez pokoje i sale. Jeśli nie starczało czasu, by zobaczyć wszystkich rannych, wracała następnego dnia. Gdy pod koniec marca 1917 roku odwiedziła lazaret rezerwowy w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Charlottenburgu, gdzie umieszczono około 350 rannych i chorych, dama dworu, znając wtedy bardzo osłabiony stan zdrowia cesarzowej, chciała skrócić wizytę. Miała nadzieję, że lżej chorzy zebrani w ogrodzie, około stu osób, zostaną powitani przez cesarzową razem; ale nie, rozmawiała z każdym z osobna. Nawet mały podstęp nie poskutkował. Lekarz prowadzący miał zwrócić cesarzowej uwagę, że jest już dość chłodno, a żołnierze są ubrani tylko w stroje szpitalne. Cesarzowa z uśmiechem odpowiedziała na tę uwagę: "Wiem już, panie starszy lekarzu sztabowy, co oznacza to cienkie ubranie" i opuściła ogród dopiero po rozmowie z ostatnim człowiekiem.
Doświadczenia, które cesarzowa zdobyła podczas tych wizyt, wykorzystywała w ojczyźnie do dalszej opieki, aby pomagać i łagodzić cierpienia także z daleka. Wraz z nadejściem zimy z jej inicjatywy powstał komitet wojenny ds. ciepłej bielizny, z mottem: "Myślcie także o profilaktyce zdrowotnej, nie tylko o opiece nad chorymi." Wydany apel odniósł największy sukces; już 1 października 1914 roku mogły wyruszyć trzy pociągi z kocami i wełnianą odzieżą na różne fronty wojny, zawierały one ponad 16 000 jednolitych paczek, które kryły ciepłe rzeczy dla odbiorców. Te zbiórki były skutecznie kontynuowane, także poprzez zainicjowany przez cesarzową Tydzień Wełny Rzeszy, który przyniósł pół miliona koców i setki tysięcy spodni, kurtek i kamizelek. Do tych praktycznych darów dołączyły się literackie, poprzez niezliczone wysyłki książek i czasopism, które były szczególnie mile widziane. Do "punktu zbiórki książek biblioteki królewskiej dla bibliotek lazaretowych i polowych" utworzonego przez królewskiego bibliotekarza w Berlinie wpłynęły w pierwszym kwartale od niemieckich księgarzy książki o wartości 180 000 marek, a najlepsze wyniki miały zbiórki książek w wyższych szkołach męskich i żeńskich Wielkiego Berlina, jak również różne tygodnie książki Rzeszy i dni ofiarności na biblioteki polowe.
Nie mniejszy sukces, w inny sposób, osiągnęła zbiórka przetworów owocowych i soków owocowych zorganizowana przez Patriotyczne Stowarzyszenie Kobiet z okazji urodzin cesarzowej. Frida Schanz zachęciła do tego uroczym wierszem. Prośba nie przebrzmiała na próżno; dary napływały zewsząd do Patriotycznego Stowarzyszenia Kobiet w Berlinie i zostały najpierw połączone w wystawę, która cieszyła się żywym zainteresowaniem i została również odwiedzona przez cesarzową. Wiele przesyłek było opatrzonych humorystycznymi wierszami, przemyślanymi przysłowiami i wszelkiego rodzaju przyjaznymi listami. W sumie zebrano 1 050 000 kg marmolady, 3 110 000 l soków owocowych, a dodatkowo jeszcze 289 000 kg różnych artykułów spożywczych - wielka była radość urodzinowa cesarzowej z tego powodu.
Wojna trwała coraz dłużej, czasy stawały się coraz trudniejsze także w domu, wyżywienie coraz bardziej skąpe. Już na początku wojny cesarzowa przekazała Czerwonemu Krzyżowi istotne środki na utworzenie stołówek; organizacja była coraz bardziej rozszerzana, im bardziej niepokojące stawało się zaopatrzenie ludności w żywność, głównie w dużych miastach. Ponownie nasze kobiety gorliwie się angażowały; działały najaktywniej w różnych stowarzyszeniach, takich jak Berlińskie Kuchnie Ludowe i stowarzyszenia Patriotycznego Związku Kobiet, Narodowej Służby Kobiet itp. Cesarzowa często odwiedzała te placówki żywieniowe w Berlinie, Poczdamie, Charlottenburgu, jak również w różnych częściach kraju, przekonywała się o jakości posiłków i dbała o uzupełnianie zapasów. W Poczdamie jej damy dworu musiały zwiększyć liczbę pomocnic, która nie była już wystarczająca, ona sama często stała, ubrana w biały fartuch, przy punkcie wydawania i rozdawała kobietom jedzenie z przyjaznymi, zachęcającymi i, gdzie było to stosowne, pocieszającymi słowami. Jej stanowisko było zawsze najbardziej oblężone, ponieważ szybko rozeszło się, że u cesarzowej dostaje się "więcej" niż u pozostałych pań. W swoich skromnych chwilach wolnych cesarzowa robiła na drutach i zachęcała do tego także swoje damy dworu. Już wcześniej osiągnęła wielką biegłość w haftowaniu wzorów kwiatowych na kocach, zasłonach, bieliźnie i tkaninach. Teraz oczywiście robiono swetry, ocieplacze na nadgarstki, rękawiczki, koce itp., i kilkakrotnie narzekała, że wełna jest tak droga, że wydatki na te prezenty dla rannych i chorych coraz bardziej rosły. Jak charakterystyczna była ówczesna wypowiedź cesarzowej: "Kiedy mam przed sobą dwie drogi, zawsze idę tą, która jest dla mnie trudniejsza. Wiem wtedy przynajmniej, że nie poszłam nią dla siebie samej."
Cesarzowa była wielką miłośniczką kwiatów, które sama chętnie pielęgnowała i hodowała oraz układała w wazony, aby zdobić nimi pokoje. Kiedy na początku wojny mówiono o ograniczeniach, powiedziała, że mogłaby zrezygnować z wielu rzeczy, ale byłoby jej bardzo trudno być bez kwiatów. Jednak wkrótce na jej szczególne polecenie życie w cesarskim gospodarstwie domowym zostało bardzo uproszczone; nie było żadnych wyjątków, żywność była racjonowana, ciasta nie były pieczone, masło i cukier były przydzielane tylko w ustawowo określonych ilościach. A wiosną 1917 roku oddała ze swojego prywatnego majątku klejnoty o wysokiej wartości w celu sprzedaży w krajach neutralnych dla poprawy kursu waluty.
Troska cesarzowej nie ograniczała się jedynie do zapewnienia ludziom odpowiedniego wyżywienia. Duża liczba pracownic konfekcji i chałupniczek pozostała bez pracy z powodu wojny; utworzono niezliczone pracownie krawieckie, które zapewniały pracę, a tym samym utrzymanie tysiącom kobiet i dziewcząt. Cesarzowa często pojawiała się niezapowiedziana w tych pracowniach, dbała o obszerne rozdawanie prezentów bożonarodzeniowych i dawała też hojne środki materialne. Jak ją ucieszyło, gdy pewnego razu podeszła do niej robotnica i poprosiła: "Wasza Wysokość, proszę napisać to swojemu mężowi, że wszystkie będziemy nadal wiernie wytrwałe." Jesienią 1918 roku zarząd główny związku zawodowego wysłał z posiedzenia wojennego depeszę z pozdrowieniami do cesarzowej: "W niezachwianej wierności pozdrawiają chrześcijańsko-narodowe pracownice chałupnicze w czasie najbardziej gorzkiej potrzeby swoją ukochaną cesarzową. Tak jak były i są gotowe dalej z niezłomną odwagą znosić niedole wojny, jeśli nasza oferta pokojowa zostanie odrzucona, tak ślubują, że w nadchodzących ciężkich czasach będą chciały zaciekle i niezłomnie współpracować nad tym, aby Niemcy mimo wszystko miały kiedyś świetlaną przyszłość. Niech Bóg będzie z naszą ojczyzną i naszym domem cesarskim." A telegraficzna odpowiedź brzmiała: "Pozdrowienia chrześcijańsko-narodowych pracownic chałupniczych radują moje serce. Dziękuję wam wszystkim za tę przysięgę wierności złożoną w najcięższym czasie, z której przemawia siła, ufność i zaufanie do Boga. Niemiecka kobieta, która tak się oświadcza, jest najlepszym oparciem dla naszych dzielnych wojowników. Bóg będzie dalej pomagał! Augusta Wiktoria."
Im bardziej pogłębiał się kryzys, tym silniejsze stawały się siły cesarzowej. Tysiące kobiet zatrudnionych były w gospodarce wojennej, a cesarzowa musiała wprowadzić dla nich niezbędne środki pomocy społecznej i zrealizować je zgodnie ze swoją wizją. Odwiedzała więc duże zakłady przemysłowe produkujące na potrzeby wojska i przekonywała się, czy dostatecznie zadbano o kwestie ekonomiczne, społeczne i higieniczne zatrudnionych tam kobiet. Na jej polecenie w niektórych fabrykach umożliwiono robotnicom otrzymywanie dwutygodniowego urlopu płatnego, aby mogły odpocząć i zająć się sprawami domowymi. Gdy opuszczała laboratorium pirotechniczne w Spandau po wzięciu udziału w rozdzielaniu posiłków w kuchni robotniczej, robotnice otoczyły jej powóz, obrzucając go kwiatami, które szybko zakupiły w pobliskich kwiaciarniach. Odwiedzała też fabryki w prowincji, szerząc radość i słońce nawet w hałaśliwych halach produkcyjnych. Pięknie opisany jest jej przyjazd do zakładu Karl-Werks w Kolonii-Mülheim: "Z przejmującym zainteresowaniem patrzy cesarzowa na zręczne dłonie dziewcząt, które tak pewnie i zręcznie obchodzą się z tak twardym, szorstkim materiałem. Staje blisko, łokieć przy łokciu, przy młodej, pracowitej kobiecie w męskim ubraniu roboczym, kładzie rękę na jej ramieniu, przykrytym brudnym roboczym fartuchem, a jej wzrok, uśmiech, pochylona głowa mówią więcej niż łagodny głos: "Opowiedz mi o sobie. Pozwól mi wiedzieć, co czujesz, o czym myślisz.'" To urocza scena obserwować, jak szybko znika pierwsze zażenowanie. Oczy rozświetlają się otwarcie i szczerze, usta swobodnie trajkoczą - a gdy dobra pani idzie dalej, na wcześniej może zmęczonej twarzy maluje się pół marzycielskie, pół dumne zdumienie, zdumienie, które powoli powraca do rzeczywistości. "Tak miło z nią rozmawiała," mówi mi młoda robotnica, wciąż zdyszana z radosnego podniecenia, "widać, że ma serce i szacunek dla zwykłych ludzi." Młoda robotnica zauważyła, że cesarzowa miała "serce i szacunek" dla prostych ludzi. To uchwycenie przez nią tej głębokiej życzliwości i troski cesarzowej nadawało jej wizytom w takich zakładach pracy wysokie walory wychowawcze i moralne. Każdy, kto choć raz spojrzał w łagodną twarz cesarzowej, mógł wyczuć jej serdeczność. A ten pełen miłości szacunek, z jakim cesarzowa odnosiła się do ciężko pracujących kobiet, był silnym pomostem łączącym ją z kobietami z ludu. Po tym moście wzajemnego zaufania i miłości mogły iść razem.
27 lipca 1917 r. cesarzowa napisała do szefa Urzędu Wojennego, generała Grönera, list, w którym, dziękując za ofiarną działalność kobiet i dziewcząt w przedsiębiorstwach wojenno-gospodarczych, zwracała uwagę, że należy w pełni wspierać wysiłki zmierzające do uniknięcia wszelkich zbędnych obciążeń dla pracujących kobiet również na tych obszarach.
Nie sposób wymienić wszystkiego, co cesarzowa uczyniła w burzliwych latach wojny na rzecz najszerszych kręgów ludności. Tak na przykład zajęła się opieką nad niemowlętami, ciesząc się niezmiernie, gdy cesarz z "Funduszu Cesarzowej Augusty Wiktorii" przekazał 50 000 marek na budowę Domu Doskonalenia i Kształcenia dla nauki o dzieciach w Auguste-Viktoria-Haus. Podobny dom utworzono również w Poczdamie, przy znaczącym wsparciu cesarzowej. Następnie została utworzona "Wycieczka wiejska dla dzieci miejskich", której cesarzowa objęła protektorat, mówiąc: "Skoro wychowywało się samemu tak wiele dzieci i ma się tylu wnuków, to się to tak chętnie robi", a słowom tym towarzyszyła znaczna dotacja. Nie mniej angażowała się w pomoc uchodźcom z zagranicy, których należało ulokować, wyżywić i zatrudnić. Z najgłębszą troską cesarzowa starała się złagodzić los naszych jeńców wojennych i wielokrotnie osobiście przyglądała się działalności berlińskiego Centralnego Biura Informacyjnego, które gromadziło wiadomości o zaginionych żołnierzach niemieckich, udzielało pisemnych i ustnych informacji, publikowało niemieckie listy strat i prowadziło ewidencję niemieckich jeńców wojennych w Niemczech. Roztropnie administrowała dwunastomilionowym Funduszem Jenieckim, zainicjowała pierwsze transporty wymiany oraz wysyłała kolejno kilka sióstr do Rosji, aby odwiedzić niemieckie obozy jenieckie i poprawić los tam przetrzymywanych. Ona, tak zazwyczaj dobra i wyrozumiała, porzuciła swą powściągliwość, gdy dowiedziała się, że w różnych miejscach nasi jeńcy traktowani są nieludzko; usiłowała przeciwdziałać bierności kanclerza rzeszy Bethmanna Hollwega i nakłonić cesarza do wprowadzenia środków odwetowych.
Gdy w słoneczny wiosenny dzień 1916 r. cesarzowa była w Sassnitz, aby oczekiwać na pierwszy statek wymienny ze Szwecji, który miał przywieźć 180 jeńców z Rosji, a teraz ci niegdyś tacy silni i okazali mężczyźni, bladzi, nędzni, okaleczeni, w podartych, brudnych łachmanach, opuszczali statek, cesarzowa stała oniemiała i głęboko wstrząśnięta wśród tłoczących się kobiet; nie mogła już dłużej ukrywać swojego wzruszenia, a łzy napływały jej do oczu. "O, te liczne ofiary, te liczne ofiary!", były to jedyne słowa, które mogła z siebie wydobyć.
Ach, miało przyjść jeszcze więcej łez! 22 października 1918 r. obchodziła u boku cesarza swoje ostatnie urodziny w ojczyźnie, bo "świętować" nie można było powiedzieć. To "świętowanie" polegało na nabożeństwie domowym w komnacie śmierci cesarza Fryderyka. "Po nabożeństwie," opowiada duchowny, "widziałem, jak płakała; zapewne dostrzegła cienie ciężkiej przyszłości nad swym małżonkiem i ojczyzną."
Droga dobiegła końca.
"O wy niżsi stanem, jak szczęśliwie spoczywacie!
Ciężko spoczywa głowa, która nosi koronę!"
Jakże bardzo cesarzowa miała doświadczyć prawdy tych słów! Nastąpił upadek, nadeszły złowrogie listopadowe dni. W Berlinie ogłoszono republikę, wszędzie panował niepokój. Wieści o smutnych wydarzeniach w stolicy Rzeszy i innych miejscach były przekazywane dalej w znacznie wyolbrzymionej formie. Poproszono cesarzową, by opuściła Nowy Pałac i Berlin, póki jeszcze jest czas. Nie, odpowiedziała stanowczo: "Nie opuszczę tego domu. Byłoby tchórzostwem teraz opuścić dom mojego męża!" Cesarz był daleko; wieści od niego nie docierały, gdyż buntownicy przecięli przewody telegraficzne; czuła się jego zastępczynią, po raz pierwszy od ich ślubu. Na jej prośbę stawili się najbliżsi członkowie rodziny - trzech synów, trzy synowe, ośmioro wnucząt. Cesarzowa dokładnie wypytywała, czy i jakie środki obronne należy podjąć, wciąż była jeszcze straż pałacowa i okazała się godna zaufania; cesarzowa zdecydowała: "Wytrwamy tutaj!" Po południu dowiedziała się o abdykacji cesarza, co jak wiadomo nie było prawdą, ale co kanclerz Rzeszy, książę Max von Baden, kazał ogłosić publicznie jako fakt dokonany. Cóż to była za straszna i pełna niepokoju noc dla cesarzowej, której stan zdrowia był i tak niestabilny! Ale zanim próbowała znaleźć odpoczynek, wysłała telegram do cesarza, przekazując mu najserdeczniejsze pozdrowienia i informując, że ona i rodzina są zdrowi i pełni dobrej nadziei. To miało być również pocieszeniem dla niego w tych feralnych dniach.
Następny dzień, 10 listopada, był niedzielą. Wcześnie rano cesarzowa zgromadziła wokół siebie cały personel i zwolniła ze służby każdego, kto nie chciał pozostać. Jednak nikt z tego nie skorzystał. Nadworny kaznodzieja Dryander miał odprawić nabożeństwo w Nowym Pałacu; przybył wprawdzie, ale uroczystość została odwołana, ponieważ stan zdrowia cesarzowej nakazywał unikać wszelkiego wysiłku. Duchowny długo jednak siedział obok wstrząśniętej kobiety, próbując ją pocieszyć, co było bardzo trudne, tym bardziej że wciąż nie nadchodziły żadne wiadomości od cesarza. Dopiero wieczorem dotarła wiadomość, że cesarz wyjechał do Holandii i znalazł schronienie w zamku Amerongen u hrabiego Bentincka. To przywróciło jej wiele wewnętrznego spokoju; od tej pory zachowywała pełną, godną postawę, dając innym przykład, by nie tracić ducha i otwarcie patrzeć w przyszłość, jakkolwiek niepewna by ona była. "To nie chodzi o pozycję, którą tracę, chodzi tylko o to, że nie mogę już nikomu pomóc" - powiedziała, głęboko zasmucona tym, że nagle została odcięta od wszystkich swoich charytatywnych dzieł, którym oddawała się z takim poświęceniem.
Szczególnie martwiło ją to, że musi teraz zrezygnować z protektoratu nad wieloma instytucjami dobroczynnymi i związkami, w tym nad szczególnie jej bliskim "Patriotycznym Związkiem Kobiet". Gdy wyjaśniono, że istniejące statuty, które były bardzo osobiste w swojej treści, nie pozwalają już na to, odpowiedziała: "W takim razie trzeba zmienić statuty, należy usunąć wszystko, co odnosi się do mojej osoby, chciałabym tylko zachować protektorat." Plan opuszczenia Poczdamu i pełnego niebezpieczeństw Berlina był szczegółowo omawiany, ale nie mógł zostać zrealizowany, ponieważ zbuntowani żołnierze ukradli wszystkie samochody. Pobyt w Nowym Pałacu nie był już możliwy; pomijając krążące wokół bandy rabusiów, brakowało żywności i opału. Tak więc cesarzowa przeniosła się do willi Ingenheim, rezydencji księcia Eitela Friedricha. Tu pewnego dnia pojawiło się dwóch wysłanników Rady Wykonawczej z Berlina, którzy oświadczyli, że mają polecenie skonfiskowania listów cesarza do cesarzowej i książąt: "chodzi o ustalenie winnych wybuchu wojny; jako jeden z głównych winowajców został już zidentyfikowany wysoki rangą generał, osobista współwina cesarza jest według ich dotychczasowych badań prawie pewna, ostateczny dowód prawdopodobnie przyniosą listy znajdujące się w willi Ingenheim." Podpułkownik, który najpierw przyjął tych wysłanników, wyjaśnił im, że ich starania byłyby daremne, ponieważ ani cesarzowa, ani książęta nie mieli nic wspólnego z polityką, dlatego nie mogą się tam znajdować żadne listy o treści politycznej. Wysłannicy nie zadowolili się tym; zażądali rozmowy, jeśli nie z cesarzową, to przynajmniej osobiście z księciem Eitelem Friedrichem. Książę się pojawił; potwierdził informacje, że on, który od początku uczestniczył w kampanii na froncie i nie miał nic wspólnego z polityką, nie posiada żadnych poszukiwanych listów, podobnie jak jego matka i rodzeństwo. Ponieważ jego wyjaśnienia wydawały się nie wystarczać, powiedział: "Jeśli nie chcecie mi wierzyć, poproszę Jej Wysokość, aby sama potwierdziła wam sytuację." Wkrótce weszła cesarzowa wsparta na ramieniu syna, wyprostowana; jeden z berlińskich panów, były oficer marynarki, który prawdopodobnie już wtedy nie panował nad swoimi siłami umysłowymi i wkrótce potem został przewieziony do zakładu dla obłąkanych, poprosił ją, by usiadła. Cesarzowa pozostała stojąc przed nim i odparła: "W moim domu to ja jestem przyzwyczajona do oferowania miejsc." Następnie dodała: "Słyszałam o żądaniu, które mi przedstawiliście, nie mam żadnych listów politycznych, tylko prywatne, i te chyba zostawi mi się jak każdej innej niemieckiej kobiecie." Na odpowiedź, że chodzi o konfiskatę w najbardziej własnym interesie rodziny, że listy mają być chronione przed zabraniem przez osoby nieuprawnione, cesarzowa odpowiedziała: "Jakiej ochrony można się spodziewać z waszej strony, pokazują wydarzenia w berlińskim zamku. Lepiej zadbajcie o to, by tam położyć kres plądrowaniu - jak słyszę, straciły tam życie również istnienia ludzkie." W teatralnej pozie mówca wtrącił: "Jaką rolę odgrywają te ludzkie życia w porównaniu z piramidą czaszek, którą wzniósł imperializm?" Wtedy cesarzowa zawołała: "O ile wiem, to nie byli rabusie, ale bohaterowie, którzy polegli za swoją ojczyznę!" Rzecznik wzruszył ramionami i powiedział: "Tak, to co wcześniej rozumiano pod pojęciem ojczyzny; można mieć bardzo różne poglądy na ten temat," na co cesarzowa odpowiedziała bardzo stanowczym tonem: "To właśnie jest najgorsze, że dziś tak wielu nie wie już, czym jest ich ojczyzna!" I opuściła pokój wsparta na ramieniu syna. Ponownie wchodzący książę powiedział do pozostałych: "Stałem z moimi grenadierami 50 miesięcy na froncie, aby chronić ojczyznę. Bohaterowie, którzy teraz spoczywają na wschodzie i zachodzie, dokładnie wiedzieli, czym była ich ojczyzna!" Obaj odpowiedzieli cicho, że nie mieli zamiaru urazić cesarzowej; następnie opuścili willę i pojechali do Nowego Pałacu, przeszukali gabinet cesarza i zdobyli z kosza na śmieci jako jedyne "znalezisko" kopertę od cesarza do jego dwunastoletniego wnuka.
Podobnie jak zachowała swoją godność i spokój wobec tych wysłanników, tak też było w następnych dniach, kiedy było wiele niepokojów i obaw, ale gdzie ponownie, jak w minionych spokojnych latach, była szanowanym i kochanym centrum rodziny. Dniem i nocą martwiła się o męża, coraz silniejsze było jej postanowienie, by go odnaleźć, a gdy proszono ją, by zrezygnowała z tej podróży w nieznane, powiedziała: "Przecież zrozumiecie, że moim obowiązkiem jest podążać za cesarzem; dla mnie zawsze pozostanie on cesarzem. Jak dzieliłam z nim wszystkie radości, tak teraz podzielę wszystkie cierpienia." Rząd zgodził się zapewnić jej pociąg do granicy holenderskiej i bezpieczną eskortę.
24 listopada odbyło się pożegnalne nabożeństwo przed wspólnotą domową w pokoju śmierci cesarza Fryderyka w Nowym Pałacu. Po pieśni nadworny kaznodzieja Dryander, wspominając dawne bolesne czasy, mówił o słowach, które król Fryderyk Wilhelm IV kazał umieścić w mauzoleum w Charlottenburgu w niszy nad głową swojej przemienionej matki: "My jednak nie należymy do tych, którzy się cofają, lecz do tych, którzy wierzą i ratują duszę." Jego słowa: "Nie porzucajcie waszej ufności" nie były skierowane do cesarzowej, ale bardziej te: "Królestwa mogą upaść i koronowane głowy mogą runąć; istnieje jednak niewidzialna korona, której nikt nie może odebrać jej nosicielowi!" Cesarzowa pożegnała się z każdym z obecnych pojedynczo, najpierw z damami swojego otoczenia, hrabiną Brockdorff, hrabiną Keller i panną von Gersdorff, które wiernie służyły jej przez 34 lata od czasu przybycia młodej księżniczki jako panny młodej do Berlina, jak również ze służbą, z której większość również należała do gospodarstwa przez długie lata i głęboko czciła cesarzową. Była to gorzka godzina i wiele łez cisnęło się do oczu. Minęły jeszcze trzy dni nowych niepokojów i bolesnego oczekiwania, zanim wieczorem 27 listopada cesarzowa mogła wyruszyć w podróż. Jedne z jej ostatnich słów brzmiały: "Opuszczam moje dzieci i mój dom, aby podążyć za moim mężem, ale najtrudniejsze jest dla mnie to, że nie mogę już być matką kraju." Nie zabrała ze sobą kosztowności, biżuterii, pieniędzy, tylko małą skrzynię, którą starannie strzegła. Gdy przedstawiciel komisarzy ludowych, przekonany, że owa tajemnicza skrzyneczka na pewno kryje wielkie skarby, poprosił o jej otwarcie, okazało się, że zawierała pierwsze dziecięce rzeczy siedmiorga dzieci cesarzowej, które częściowo sama wykonała i opatrzyła inicjałami!
Po męczącej, dwunastogodzinnej podróży cesarzowa wyczerpana dotarła do granicy. Tam na powitanie zgłosiły się holenderskie damy i panowie, aby złożyć jej pierwsze słowa powitania i przyjąć ją z honorami. Jej otoczenie chciało uniemożliwić to przyjęcie ze względu na jej wielkie zmęczenie, ale ona wyprostowała się: "Przyjmę ich i powitam, chcę im podziękować." I wyszła naprzeciw przybyłym, wymieniając z nimi proste, przyjazne słowa i przyjmując to tak miłe, ale też bolesne powitanie. Gdy oni odeszli, zbladła i głęboko wstrząśnięta opadła na najbliższe krzesło, łzy za łzami spływały po jej policzkach.
Po południu 28 listopada cesarzowa przybyła do Amerongen, gdzie przed zamkiem powitał ją sam cesarz w głębokim wzruszeniu. "Nigdy nie zapomnę," relacjonuje naoczny świadek, "jak wtedy weszła, ze łzami w oczach, głęboko wzruszona, a jednak opanowana, mimowolnie przypominając mi to, co słyszeliśmy o królowej Luizie. Jej pierwszym gestem było wtedy przekazanie panom ze świty pozdrowień od ich żon i dzieci — nigdy nie zapominała o innych, myśląc o sobie." Cesarzowa musiała przez kilka dni pozostać w pokoju i w łóżku, a także długo potem nie pojawiała się na wspólnych posiłkach. W tym czasie wrogowie, jak wiadomo, wystosowali żądanie wydania im cesarza, księcia koronnego i wielu generałów oraz oficerów. To niezmiernie wzburzyło cesarzową; przy najlżejszym hałasie zrywała się, nawet w środku snu: "Idą po niego, idą po niego!" Bardzo trudno było uwolnić ją od tej dręczącej wyobraźni, zawsze kończyło się to długimi wybuchami płaczu.
W takim nastroju napisała w grudniu następujący wstrząsający list, który daje najbardziej przejmujące świadectwo jej duchowego cierpienia i decyzji, o której nie chce się nawet myśleć: "Moje dzieci! Jeśli z woli Bożej Papa i ja nie mielibyśmy was już zobaczyć, niech ten list przekaże wam nasze ostatnie pozdrowienia i błogosławieństwo. To są niewypowiedzianie ciężkie dni, ale wiara w Boga, który jeszcze może pomóc, podtrzymuje nas. Dla Papy jest najtrudniej, być tak bezsilnym i musieć znosić wszystko. Wciąż mamy nadzieję, że kiedy Wilson przybędzie, może nastąpi jakaś ulga; ale nie pozwolimy się wydać; myślę, że Mathilde K. dostarczy te słowa, w przeciwnym razie ktoś z naszych ludzi. Wiem, że wy, moje drogie dzieci i wasze małżonki, z pomocą Bożą dzielnie przez to przejdziecie, oby kiedyś znów zaświeciło nad wami słońce, byście mogli jeszcze coś uczynić dla naszej obecnie zdezorientowanej ojczyzny. Wilhelm siedzi na wyspie. Niech Bóg da mu później wolność. Pożegnanie jest bardzo bolesne, wysyłam ci moje rzeczy oraz pamiątki dla rodzeństwa, dla czterech dam i dla Beaulieu. Pozostanę z Papą do końca, jeśli mi na to pozwolą, wtedy będzie łatwiej to znieść. Nasza wzajemna gorąca miłość i nasza wiara w Boga sięga poza grób. Pozdrówcie ojczyznę, która jest teraz tak oszołomiona. Kiedyś otworzą jej się oczy na to, co traci w osobie Papy, wtedy będzie już za późno. — Jeszcze raz serdeczny pocałunek dla Was Wszystkich — Dziękuję Wam, że byliście dla nas tak kochającymi dziećmi. Także pozdrowienia dla wnuków. Proszę o odpis tego listu dla rodzeństwa, także dla Sissi*), która jest tak daleko, ma swojego męża i dzieci i ojczyznę swojego męża, choć bardzo tęskni za starą ojczyzną. A teraz, niech Bóg Was chroni, do zobaczenia u Boga. Wasza głęboko zasmucona, ale wdzięcznie zjednoczona z Papą matka."
A inny list z tamtych dni kończy się: "Bóg zsyła ciężkie próby, ale też przynosi ulgę. Dzięki Bogu mój Cesarz mimo wszystkich cierpień jest silny i zdrowy. Wasza przygięta, lecz niezłamana Wiktoria." Jej myśli stale zajmowały się ojczyzną, w zamyśleniu i nocnych snach przebywała tam, żywo interesowała się wszystkim, co donoszono jej z niemieckich ziem. Tak pisze 20 lutego 1919: "Jakże zmienioną znajdujecie teraz ojczyznę! Bóg zesłał ciężkie próby, tylko On wie, kiedy nas od nich uwolni. Pod względem fizycznym czujemy się już znacznie lepiej, jednak połowa serca pozostała w ojczyźnie."
*) Jej córka, księżna Wiktoria Luiza z Brunszwiku.
Początkowo pobyt cesarza w Amerongen miał trwać cztery dni; zrobiło się z tego jednak półtora roku. Hrabia Bentinck sprawował najłaskawszą i najprzyjaźniejszą gościnność, cała jego osoba i całe jego jestestwo wywierały łagodzący wpływ na cesarza i cesarzową, która ze smutkiem odczuwała, że tylko jedno z ich dzieci mogło przebywać w Amerongen, już choćby dlatego, że pomieszczenia starego, wodą otoczonego zamku były bardzo ograniczone. Pokoje zajmowane przez parę cesarską znajdowały się od strony Renu, a każdy powoli przepływający statek zdawał się przynosić pozdrowienia z ojczyzny. Godzinami cesarzowa spędzała czas obok małżonka, prowadząc poważne rozmowy i inspirując go do pogłębionych rozważań. Cesarz rozpoczął spisywanie wspomnień, wspierany niezwykłą pamięcią. Opisywał całą swoją kadencję rządów - swoje zamierzenia i działania, spotkania z wybitnymi mężczyznami, podróże podejmowane dla dobra kraju i pokoju, wojenne przeżycia i wrażenia. Nie znajdował żadnej winy we krwawym zmaganiu narodów, za to tym więcej dowodów przeciwnych. Początkowo prawie nie myślał o książce, nie o usprawiedliwieniu, którego nie potrzebował, miało to być bardziej polityczne przesłanie dla jego dzieci. Cesarzowa zaproponowała publikację, wyjaśniając, że poprzez jasne i niepodważalne przedstawienie wydarzeń można przekonać świat o niewinności Niemiec. Cesarz chętnie przyjął tę ideę i tak powstało jego dzieło „Wydarzenia i postacie 1878-1918" oraz towarzyszące mu „Porównawcze tabele historyczne 1878-1918", które przedstawiały wyłącznie fakty i dane. Obie publikacje, poświęcone pamięci cesarzowej, miały zachować trwałe znaczenie.
Dwa Boże Narodzenia obchodzono w Amerongen; o ostatnim donosi list cesarzowej z 10 stycznia 1920 roku: „Serdeczne podziękowania za miły list z 27. Jak się cieszę, że moje słowa dotarły akurat na Boże Narodzenie. Spędziliśmy ciche święta tutaj w obczyźnie, ale wielką radością było dla mnie mieć tutaj najstarszego syna i potem drugiego, którego nie widziałam od 13 miesięcy. Zaraz po świętach. Byliśmy wdzięczni za to spotkanie i za to, że Bóg zachował go w dobrym zdrowiu. Z pewnością byłby pan wzruszony, gdyby widział pan, jak pod choinką (którą nam podarowano) czytał historię Bożego Narodzenia z pięknego wydania Pisma Świętego, które pan podarował mi przed laty - tego z dużą czcionką. Czytał ją dla naszej małej niemieckiej społeczności domowej, a później wygłosił piękne, poważne przemówienie. A przecież to ten sam człowiek, który tyle wycierpiał i został przez tak wielu znieważony. Ale Pan patrzy na serce. — Po Bożym Narodzeniu przyszedł do nas mój trzeci syn, było tak pięknie. —
Moje dziecko w Austrii*) dzięki Bogu spędziło święta w gronie swojej zdrowej gromadki dzieci. Żegnaj, módl się także za mnie i za niego, możemy tego naprawdę potrzebować, także w tym nadchodzącym roku. Twoja serdecznie oddana Viktoria."
Następny rok miał przynieść parze cesarskiej własny dom na holenderskiej ziemi. Generał von Gontard, najbardziej wierny z wiernych, który towarzyszył cesarzowi w podróży z Wielkiej Kwatery Głównej w Spaa do Amerongen i pozostał u jego boku jako niezmordowany pomocnik i doradca, przypadkiem odkrył odpowiednią posiadłość, która, jak tego wymagali przerażeni wrogowie, „nie mogła leżeć zbyt blisko wybrzeża morskiego, zbyt blisko granicy niemieckiej, zbyt blisko holenderskiego miasta wielkiego"!
*) Księżna Viktoria Luise, mieszkająca w Gmunden.
Był to dom w Doorn, szybko nabyty i po wielu niezbędnych przekształceniach, zamieszkany wiosną 1920 roku — siedziba w starym stylu, całkiem odpowiednia dla rodziny żyjącej w odosobnieniu, ale jednak tak ścieśniona, że nawet najbliższe otoczenie nowych właścicieli nie mogło w niej znaleźć schronienia, niedogodność, której zaradzono przez specjalne budowle. Różne pamiątkowe przedmioty, meble i dzieła sztuki z majątku cesarskiej rodziny stopniowo uzupełniały wyposażenie wnętrz, które cechuje szlachetna przytulność, pozbawiona jakiegokolwiek luksusu. Bardzo piękny jest 40-morgowy park, zapraszający do długich spacerów.
Na poświęcenie ukończonego domu zaproszono w maju 1920 roku nadwornego kaznodzieję D. Dryandera, który z radością odpowiedział na to wezwanie. Zastał cesarza wyraźnie postarzałego, ale w postawie i zachowaniu nadal wyprostowanego i elastycznego jak dawniej, znoszącego swój ciężki los z wielką godnością, niezłomnie i bez zgorzknienia. Krótko po przybyciu duchowny mógł porozmawiać z cesarzową w uroczej altanie z boku domu, patrząc na łąki i drzewa, podczas gdy ona siedziała przy pracy. Jakże wiele wydarzyło się od pożegnania w Nowym Pałacu i jak wiele ciężkich doświadczeń jej od tego czasu przypadło w udziale! Wózek inwalidzki przywiózł ją pod schody domu, na które sama się wspięła, gdyż komnaty pary cesarskiej znajdowały się na pierwszym piętrze. Cesarzowa miała wreszcie upragnione zajęcie - mogła znów organizować i troszczyć się o małżonka i domowników, czyniąc to z całkowitym poświęceniem, na ile pozwalały jej siły. Brała żywy udział we wszystkim, co przynosił dzień, nie mniej w wiadomościach z ojczyzny, szczególnie interesując się zajęciami cesarza, który oprócz innych prac pisał tutaj swoje „Wspomnienia z Korfu", które po późniejszej publikacji zadedykował pamięci małżonki, z której inspiracji powstało to dzieło. W tym czasie często odwiedzała gabinet cesarza w wieży, z wielkim zainteresowaniem śledząc jego gorliwą pracę, mobilizując się także fizycznie: „Cesarz nie może zauważyć, że ma chorą żonę" - powiedziała do jednego z gości. Innym razem stwierdziła: „Teraz na wygnaniu ciągle myślę o dniach mojej młodości. Mojemu ojcu nie oszczędzono żadnego smutku. Często opowiadał mi o niewdzięczności ludzi".
Chętnie spędzała wieczorne godziny w mniejszym gronie domowników w pomieszczeniu po prawej stronie przedsionka. Prowadzono tam rozmowy o najnowszych wydarzeniach przyniesionych przez przybyłego gościa, o kwestiach dnia, problemach światowych, sprawach przeszłości i przyszłości. Wymieniano listy, listy! Ostatnie wiadomości od dzieci, ukochanych wnuków z daleka - jej serce drżało z bólu i tęsknoty. Rozdzieleni na zawsze - a jednak głos nie zadrżał. Jakże często niepostrzeżenie stawała przed pastelowymi portretami dzieci rozwieszonymi wokół wizerunku małżonka nad jej biurkiem w sypialni! Tam witał ją także błogosławiący Chrystus, kopia wspaniałego dzieła sztuki z Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma, które Związek Kobiet przesłał cesarzowej z pełnymi pociechy słowami. W małym gabinecie obok poprzednio wspomnianego, w którym cesarzowa lubiła szczególnie przebywać, umieściła kilka małych, bardziej osobistych obrazów królowej Luizy, które należały do jej ulubionych. Silna sympatia i głęboka duchowa wspólnota łączyła Augustę Viktorię z poprzedniczką na pruskim tronie.
Była niezmordowanie troskliwa wobec małżonka. Cesarz musiał poddać się operacji; godzinami czytała mu cesarzowa. Gdy wreszcie zasnął, całą noc siedziała cicho i samotnie przy jego łożu. Następnego ranka poprosiła sługę, aby przyniósł jej krzesło, które nie będzie skrzypieć, gdy się oprze. Podczas nocnego czuwania siedziała wyprostowana, nie opierając się, tylko po to, aby nie zakłócić skrzypieniem krzesła delikatnego snu chorego. Równie czule pielęgnował ją cesarz, gdy jej organiczna choroba serca wyraźnie się pogorszyła, a lekarz domowy, profesor z Utrechtu, zalecił absolutną oszczędność i spokój. Sama starała się uspokoić najbliższych co do swojego stanu i napisała do jednego z synów, aby go nie martwić, że jest tylko przejściowo chora i wkrótce będzie lepiej; żałowała tylko, że nie mogła powitać następcy tronu, który przybył na jej urodziny, tak jak by chciała.
A następca tronu zanotował w swoim dzienniku o tym krótkim spotkaniu: „Do niej, zawsze pełnej zrozumienia i dobrotliwej, a zarazem w swej skromnej prostocie tak mądrej i dalekowzrocznej kobiety, mogłem zawsze przychodzić w minionych latach, gdy moje myśli i serce w chaosie potrzebowały dobrej, porządkującej i uspokajającej ręki macierzyńskiej. Tak było, gdy byłem jeszcze dzieckiem i chłopcem, tak było, gdy nosiłem mundur porucznika i później pełniłem służbę na odpowiedzialnych stanowiskach, i tak pozostało, co potwierdziło się znów w tych krótkich chwilach, gdy po pierwszym wstrząsie ponownie znaleźliśmy wewnętrzną równowagę. Rzadko kiedy przedtem tak głęboko czułem, jak bardzo jej istota i krew żyją w mojej istocie i krwi. Była dla mnie i mojego rodzeństwa ośrodkiem od najwcześniejszego dzieciństwa i pozostała nim aż do dnia dzisiejszego. Ona, w najlepszym znaczeniu tego słowa, niemiecka kobieta, której życie rozdzielało się między niezmordowanym poświęceniem i troską o małżonka, o dzieci i wszystkich potrzebujących i cierpiących w całym narodzie. Jest dla mnie potrzebą serca postawić jej tutaj mały pomnik wdzięczności. Tej głębokiej wdzięczności, którą my, jej dzieci, będziemy żywić do niej do końca naszych dni. Była zawsze magnesem, który nawet później, gdy różne życiowe stanowiska dawno już nas wywiodły z domu rodzinnego, zawsze nas z powrotem przyciągał całą siłą troskliwej miłości. Jako najstarszy syn miałem szczególnie wiele okazji, aby czuć i myśleć razem z moją matką. Nigdy nie było myśli w moim sercu, której matka by nie znała. Do dnia dzisiejszego tak pozostało, a to, że moja matka zawsze mnie we wszystkim rozumiała i otwierała swe serce na moje nadzieje i troski, jest dla mnie powodem do dumy. Poważna i prosta, jak niegdyś w szczęściu, stoi teraz w nieszczęściu jako najwcześniejsza towarzyszka u boku mojego ciężko doświadczonego ojca; jako jego najlepszy przyjaciel, niezrównana w swej nigdy nie gasnącej miłości i dobroci; ogromne cierpienie, które na nią spadło, wstrząsnęło nią, ale nie zdołało jej złamać. Cesarzowa w niej umarła, lecz żona i matka żyje, silniejsza i bardziej świadoma niż kiedykolwiek".
Cesarzowa została głęboko wstrząśnięta nagłą śmiercią swojego najmłodszego syna Joachima, który krótko przed swoją śmiercią wyjaśnił, dlaczego dobrowolnie odebrał sobie życie: "Potrafię znieść osobiste zniewagi, ale nie móc odpowiedzieć, gdy obraża się rodziców, zwłaszcza matkę, właśnie tę matkę - to ponad moje siły." Próbowano zataić przed nią nagłą śmierć tego ukochanego dziecka; nie było to możliwe, odgadła to, co przed nią ukrywano. Pełna najgłębszego bólu napisała do zaufanej osoby: "To był straszliwy cios i czasami myślę, że to nie może być prawda, i że będę mogła odnaleźć mojego syna w Poczdamie. To, że nie mogłam być przy nim w jego ostatnich godzinach, jest dla mnie prawie nie do zniesienia. Był tak pobożnym chłopcem i wiem, jak bardzo był do mnie przywiązany. Nie można pytać, dlaczego tak obiecujący syn musiał szczęśliwie przejść przez całą wojnę, by potem tak skończyć. Przez prawie dwa lata go nie widziałam, a w końcu przyjechał na kilka dni. Ostatnie, co mi powiedział, to: 'Matko, gdybym mógł ci przyprowadzić mojego chłopca, jest taki śliczny.' Teraz miałam tu to słodkie dziecko, ale - bez ojca! Bóg dał mi siłę, by przeżyć także ten smutek, wzmocnił moją słabą siłę. Jaką niewypowiedzianą tęsknotę odczuwam często w myślach, by pojechać do Poczdamu do małej kaplicy w Kościele Pokoju, ale niestety nie mogę. Od zawsze był dzieckiem wielu modlitw, bo jak trudno było z nim w dzieciństwie. Wtedy nie myślałam, że fizycznie i psychicznie tyle wytrzyma, ale on też wiedział, jak bliski był mojemu sercu! Módlcie się czasem za mnie, żebym zachowała siłę!" Za wszelką cenę chciała odwiedzić grób drogiego dziecka, choć wszystkim było jasne, że jej stan nie pozwalał na tę podróż, nie mówiąc już o innych powodach. Na jawie i we śnie myślała o niemieckiej ojczyźnie, często mówiła o Poczdamie, który tak bardzo kochała i gdzie przeżyła tak nieskończenie szczęśliwe chwile.
Do ogrodu, w którym spędzała, gdy tylko było to możliwe, kilka godzin dziennie w fotelu, kazała sprowadzać rośliny, krzewy i kwiaty z ojczyzny. "Być może," jak relacjonuje pewien gość z Doorn, "największą radością wśród łez, jaka spotkała ją w czasie pobytu w Doorn, było przysłanie holsztyńskich krzewów róż, które kazała zasadzić przed oknem swojego pokoju. Wspaniałe krzewy, które ku jej szczególnej pociesze ostatniej jesieni, choć już było chłodno, akurat w dniu jej urodzin jeszcze raz rozwinęły pełnię kwiatów i pozdrawiały ją przez okno. Można powiedzieć, że cesarzowa była chora z tęsknoty za ojczyzną. Wszystko, co pochodziło z ojczyzny, było dla niej nieskończenie cenne. W przedostatnim roku kazała sobie odczytać wszystkie tysiące listów i telegramów, które napłynęły na jej urodziny; a jeszcze w ostatnim roku, gdy jej siły już na to nie pozwalały, wciąż na nowo w godzinach lepszego samopoczucia kazała przynosić te listy i czytać je sobie." Patriotyzm niemiecki był fundamentalną cechą jej charakteru. Kiedy plebiscyt w Prusach Zachodnich zakończył się zwycięstwem strony niemieckiej, następnego dnia stół udekorowano wstążkami w barwach narodowych - czarnych, białych i czerwonych. Gdy zaskoczony cesarz spytał, kto o tym zadecydował, dowiedział się, że to cesarzowa, mimo choroby przykuwającej ją do łóżka, wydała takie polecenie. Podobną reakcję wywołała wiadomość o pomyślnym wyniku głosowania na Górnym Śląsku, którą przekazał jej jeden z obecnych przy niej synów. Tak ją to poruszyło, że czuła się znacznie lepiej niż w poprzednich dniach. Kiedy dotarła do niej wiadomość, że księżna koronna Cecylia wraz z dziećmi przyjęła w Oleśnicy przejeżdżających Górnoślązaków, z radością skomentowała: 'Cecylia, ze swoim taktem i uprzejmością, na pewno znalazła odpowiednie słowa!' Ze łzami w oczach dodała: 'Gdybym tylko mogła być w domu, może jeszcze mogłabym się na coś przydać. Czuję, że nie zrobiłam wystarczająco dużo dla mojego kraju!' To głębokie wyznanie wiele mówi o duchowości cesarzowej, która mimo postępującej choroby żywo interesowała się sprawami ojczyzny, a także życiem swoich dzieci i wnuków, dopytując szczegółowo o ich postępy w nauce i rozwój. Nie mogąc odwiedzić grobu swojego najmłodszego syna, po ostatecznej rezygnacji z tej podróży, wyznała: 'Pragnę przynajmniej spocząć w ojczystej ziemi!'
Gdy w listopadzie 1920 roku na telegraficzną prośbę przyjaciel duchowy pary cesarskiej, D. Dryander, został wezwany do Doorn, początkowo nie mógł zobaczyć się z cesarzową. Męki i bóle były wielkie, noce ciężkie. Nie tylko dla znawcy, ale także dla laika musiało być oczywiste, że choroba zmierza ku końcowi. Nadchodziły godziny najwyższego zagrożenia życia i tylko dzięki umiejętnościom obecnego lekarza i szybko udzielonej pomocy udało się jeszcze raz pobudzić słabe serce i zatrzymany oddech. Opiekę nad matką sprawowali książęta Adalbert i Oskar oraz księżna Brunszwiku, którym pomagała pokojówka. Książęta na zmianę czuwali przy matce, każdy przez pół nocy. Dryander zastał cesarzową ciężko oddychającą w fotelu w sypialni, twarz stała się jeszcze drobniejsza i miała wzruszający wyraz. Podczas gdy cesarz stał obok, a książę Adalbert podtrzymywał matkę od tyłu, podała duchownemu rękę i patrzyła na niego nieustannie, sama nic nie mówiąc. W poprzednich dniach zapisał dla niej wersety z Pisma i pieśni na każdy dzień, które były jej odczytywane w odpowiednich momentach i sprawiały jej radość. Wśród nich znajdowała się też pieśń bałtyckich kobiet, która co wieczór rozbrzmiewała z więzień w Rydze podczas czasów bolszewickich; szczególnie pokrzepiła chorą swoją prostotą i pobożnością:
"Choć drogi nie znam, Ty znasz ją dobrze,
To czyni duszę spokojną i pełną pokoju.
Próżno się troszczę i martwię,
Że serce bije niespokojnie, czy późno, czy wcześnie.
Ty znasz przecież drogę, Ty znasz czas,
Twój plan jest już gotowy i przygotowany.
Chwalę Cię za straż Twojej miłości,
Sławię łaskę, która przyniosła mi zbawienie.
Ty wiesz, skąd wiatr tak burzliwie wieje,
I Ty mu rozkazujesz, nigdy nie przychodzisz za późno.
Dlatego czekam cicho, Twoje słowo jest bez kłamstwa,
Ty znasz drogę dla mnie, to wystarczy!"
Cesarzowa postrzegała swoją własną opiekę jako świętą szkołę miłości i wspólnoty dla swoich bliskich: "Nie mogę umrzeć ze względu na was" - mówiła. Jej córka niestrudzenie się nią opiekowała, często przychodził najstarszy syn, którego łączył z gorąco ukochaną matką wyjątkowy stosunek zaufania i który całkowicie otwierał przed nią swoją duszę.
O jednej z tych ostatnich wizyt donosi następca tronu: „Ciche, smutne to były dni w Doorn, bo nikt, kto kocha moją matkę, nie może nie zauważyć, jak jej siły słabną, trawiąc się w całym tym cierpieniu. Śmierć mojego brata Joachima nie została przezwyciężona w matczynym sercu, które zawsze nosiło tyle troski właśnie o niego, jako najsłabszego z nas braci. — Mogłem tylko siedzieć przy jej łóżku, trzymać w swojej dłoni jej szczupłą dłoń i mówić do niej. Opowiedziałem jej mnóstwo drobnych, niewinnych wesołości z mojego wyspiarskiego gospodarstwa i byłem tak szczęśliwy, gdy widziałem, jak jej dobrotliwa twarz znowu się delikatnie uśmiecha. Ale to przychodzi jak promień słońca — i znowu przemija. A nawet gdy wstaje, chodzi po pokojach i zmęczonymi oczami spogląda na wszystkie stare meble i pamiątki z minionych czasów w Berlinie i Poczdamie, głaszcze je, to wszystko jest jak ciche żegnanie się. — Pod koniec lutego byłem znowu w Doorn; dwudziestego siódmego moi rodzice obchodzili 40. rocznicę ślubu. Świętowanie? Nie — to nie było świętowanie. Wszystko było ponure i przygnębione w tym pięknym i zadbanym domu. Matka musiała leżeć, a słabość pozwalała jej tylko na godziny zmęczonego czuwania. Przeczucie, że tego dnia ostatni raz trzymałem ją w ramionach i pocałowałem, nie opuściło mnie od tamtej pory."
I to przeczucie miało się spełnić w najboleśniejszy sposób. Biedna cierpiąca nie mogła już opuszczać górnych pomieszczeń w domu Doorn, w swojej sypialni i pokoju chorej, dużym narożnym pokoju z dwoma oknami, z widokiem na różany klomb, którego krzewy przysłały jej kobiety ze Szlezwika-Holsztynu jako pozdrowienie z ojczyzny, na gładkie trawniki i o szerokich koronach szumiące drzewa, odpoczywała, najtroskliwiej pielęgnowana przez męża, każdorazowo jednego z synów, przez dawne otoczenie. Ci ostatni byli przywiązani do cesarzowej w wzruszający sposób; nigdy przez wszystkie te długie lata służby wierni nie usłyszeli niecierpliwego, nieprzyjaznego czy napominającego słowa, lecz zawsze tylko przyjazne prośby i serdeczne zainteresowanie prywatnymi sprawami poszczególnych osób. Także na łożu choroby okazywała wszelkie możliwe względy swoim opiekunkom i dbała, aby się nie przemęczały i miały potrzebny odpoczynek. Częściej niż zwykle jej myśli przebywały w ojczyźnie, przy dzieciach i wnukach, szczera radość rozjaśniała jej blade rysy, gdy przychodziły listy i małe podarunki, które napisały i wykonały rączki wnuków, i wciąż na nowo dowiadywała się, czy jej podarunki w rewanżu, które składały się z kakao i czekolady, były bezpiecznie zapakowane i wysłane do dzieci. Wydawała się dokładnie wiedzieć o swoim stanie, boleśnie powiedziała pewnego razu: „Urodziłam się na wygnaniu i umrę także na wygnaniu!"
Na początku kwietnia, gdy pierwsze pąki się otwierały i mali skrzydlaci śpiewacy w zacisznym parku w Doorn głośno intonowali swoje wiosenne pieśni, prawie nie było już nadziei. Drugiego dnia miesiąca opublikowano następujący raport lekarski: „Fizyczny upadek postępuje powoli i z wahaniami, ale widocznie naprzód. W ostatnich dniach samopoczucie było znowu gorsze. Tylko kochająca i fachowa opieka członków rodziny i pielęgniarek utrzymywały dotąd cesarzową przy życiu."
W ostatnich dniach cesarz i książę Adalbert — synowie zmieniali się co trzy tygodnie — nie odstępowali od jej łoża; podawali jej lekarstwa i posiłki, dbali o rozrywkę, przynosili jej listy i bukiety kwiatów z ojczyzny. Wtedy jej usta szeptały cicho: „Dlaczego nie mogę znowu zobaczyć mojej ojczyzny?" A do cesarza, którego dłoń trzymała w swojej: „Nie mogę umrzeć, nie mogę zostawić cię samego! Co się z tobą stanie?" — I prosiła go, żeby nie zostawał sam, gdy jej już przy nim nie będzie. — — Wyniszczające bóle wywołane skurczami serca przeplatały się ze spokojniejszymi godzinami, ale nawet najcichsza nadzieja nie miała już podstaw; dzieci zostały powiadomione, że muszą być przygotowane na najgorsze. Tak nadeszła ostatnia niedziela. Na zewnątrz radosne kiełkowanie wiosny, wewnątrz trwożne obawy. Zapadła ponura i przytłaczająca noc, tylko cesarz i książę Adalbert czuwali przy łożu boleści, coraz ciężej i ciężej oddychała ukochana żona i matka; w poniedziałek rano, krótko po szóstej, 11 kwietnia, śmierć cicho i łagodnie podeszła do łoża cierpiącej i uwolniła ją od wszelkich ziemskich cierpień.
Bicie dzwonów, poważnie rozbrzmiewające przez wiosenny poranek, oznajmiło w Doorn śmierć cesarzowej, i wkrótce zostało oficjalnie zgłoszone w tamtejszym urzędzie stanu cywilnego, „że w poniedziałek, 11 kwietnia, o godz. 6.15 rano zmarła cesarzowa Augusta Wiktoria, księżniczka Szlezwiku, małżonka cesarza i króla Wilhelma II."
Zmarła cesarzowa została wystawiona w swoim salonie, w tym pokoju, w którym wszystko tak wymownie o niej mówiło, chociaż drogie usta były na zawsze zamknięte. I bardzo szybko pojawiły się niezliczone pachnące pozdrowienia kwiatowe, które zamieniły pokój w prawdziwą wiosenną halę i otaczały także skromną trumnę jakby w miłej opiece. Jak wzruszające było to wrażenie, opisuje w delikatnie odczutych słowach pewna Holenderka swojej niemieckiej przyjaciółce: „Przyniosłam kwiaty i wprowadzono mnie do pokoju, w którym stała już zamknięta trumna. Ten pokój miał w sobie coś prawie radosnego, ponieważ był całkowicie wypełniony kwitnącymi kwiatami, i miało się wrażenie, że słyszy się bardzo delikatną muzykę sfer. Dzień później siedziałam w kącie wielkiej sali, w której odbywała się ceremonia żałobna. Przybyło czterech synów cesarza, ale widziałam tylko tego jednego, który przybył ze swojej samotnej wyspy, Waszego następcę tronu, i byłam zdumiona jego widokiem. Było to, jakby postać z niemieckiej przeszłości obudziła się do nowego życia, postać Waszego Fryderyka Wielkiego. Wielce oczerniany niemiecki następca tronu musiał mi przypominać Waszego najbardziej idealnego króla. Ze swoimi trzema braćmi stał przy trumnie zmarłej matki, nieruchomo, z opuszczoną szpadą stali tam; wszyscy czterej wysocy, młodzi i odważni! Mój Boże, możesz mi wierzyć, że dopiero gdy zobaczyłam tych czterech cesarskich synów stojących tam, zrozumiałam w pełni doniosłość pytania o los Niemiec. Wasz stary nadworny kaznodzieja Dryander przybył i wierzę, że żaden człowiek na całym świecie nie pasowałby lepiej do ramy tego obrazu niż on. Cesarz stał, wsparty na ramieniu córki, naprzeciw trumny. Jego twarz była całkiem nieprzenikniona, a jednak miało się pewne uczucie, że nie mógłby stać o własnych siłach, lecz potrzebował podpory. Duchowny nie mówił głośno, a jednak jego głos wypełniał całą przestrzeń. Nie jest trudno w takim przypadku wzruszyć serca ludzi, ale właśnie tego wydawał się chcieć uniknąć. Mówił prawie rzeczowo o życiu i cierpieniu cesarzowej, mówił o wojnie, mówił o niezgodzie, która przyszła na świat, jakby mówił o odległych czasach, a jednak trafiał każdym słowem prosto w serca swoich słuchaczy. Słychać było szlochanie, oddech ludzi stał się ciężki, tak jak to bywa, gdy mężczyzna siłą chce zapanować nad swoim wzruszeniem. — Gdy nadeszło błogosławieństwo, książęta się pochylili; cesarz podszedł kilkoma krokami do trumny, pocałował ją, upadł na kolana i z jego ust wydobył się jakiś nieartykułowany dźwięk, który brzmiał jak krzyk śmiertelnie rannego." —
Przed tym ostatnim pożegnaniem w domu Doorn 13 kwietnia, w wąskim gronie, przy trumnie zmarłej, odbyło się ciche nabożeństwo prowadzone przez D. Dryandera, w którym uczestniczyli tylko cesarz i obecni książęta Wilhelm, Adalbert, Oskar ze swoimi małżonkami oraz para książęca Brunszwiku. „Leżała tam jeszcze raz przed nami," opisuje duchowny, „szczupła, blada twarz z siwymi włosami, cicho i poddańczo złożone ręce, pokorna pochylona głowa; oszałamiająca woń kwiatów wypełniała pomieszczenie, wieńce, które wyrażały zarówno hołd królewskich dam, jak i miłość zwykłego człowieka, zdobiły sarkofag. Ale to wszystko nie mogło zasłonić prawdy śmierci. To, co zabrała, odeszło. Przyjazny uśmiech, dobrotliwy wyraz, który nawet w cierpieniu rozjaśniał twarz zmarłej, zniknął bezpowrotnie. Czytaliśmy fragmenty Pisma, którego wzniosła moc nadziei nigdy wcześniej nie była przeze mnie tak odczuwana, i wspólnie się modliliśmy. Następnie każdy złożył swoje własne modlitwy i wyznania przy trumnie tej wzniosłej osoby.”
Tej nocy, która nastąpiła po tym pożegnaniu, następca tronu wyraził swój ból i to, co odczuwał podczas cichego czuwania przy trumnie matki, w sposób najgłębszy, na jaki tylko syn może poświęcić się ukochanej matce: „Dom Doorn pogrążony jest w głębokim śnie. Tej nocy czuwam przy ukochanej matce. Trumna, przykryta sztandarem królowej, otoczona morzem kwiatów, stoi w sypialni, gdzie przeszła do świata, w którym nie ma smutku, nienawiści ani cierpienia. Ile tu przeżyłem, odczułem i współcierpiałem w tym okropnym półroczu ciężkiej choroby matki. Chwile, gdy wewnętrznie radowałem się, gdy jej stan się poprawiał, gdy znów żywo interesowała się życiem i losami nas wszystkich, gdy znów mocno ściskała mi rękę i spoglądała tym niezrównanym uśmiechem, i znów chwile, gdy toczyła się nieopisana walka między umierającym ciałem a jej nieskończoną energią. „Nie mogę umrzeć, nie mogę go przecież zostawić samego". Te słowa wciąż na nowo wstrząsająco brzmią mi w uszach. A jej nieskończona miłość i dobroć wciąż na nowo objawiały się nam, dzieciom, w tym pokoju cierpienia. Tak słaba, że ledwie mogła mówić, za każdą, nawet najdrobniejszą pomoc lub dowód miłości – „Dziękuję, mój dobry chłopcze", a potem delikatne pogłaskanie ręki; trzeba było zacisnąć zęby, aby nie wybuchnąć głośnym płaczem. A potem nadszedł czas, gdy nadzieja zanikła, gdy można było już tylko w duchu błagać: „Panie, skróć to cierpienie". W Wielkanoc mogłem jeszcze przeżyć dobry dzień, gdy czuła się znośnie; jasno mówiła o różnych sprawach i cieszyła się, słysząc o wnukach. Był to ostatni raz, gdy mogłem pocałować żyjącą matkę. Teraz spoczywa, nasza matka, wielki magnes miłości, który zawsze na nowo przyciągał nas, dzieci, do domu rodzinnego, ona, która znała i dzieliła wszystkie nasze najskrytsze pragnienia, nadzieje i troski, w cichej trumnie. — Ostatnia cesarzowa Niemiec, wierna, całkowicie oddana towarzyszka życia ojca, nasza uwielbiana matka już nie żyje.
Niedługo przed śmiercią poprosiła swoją wierną pokojówkę o papier i ołówek. Nie mogła już jednak pisać, a na pytanie: „Co Wasza Wysokość chciałaby napisać?", odpowiedziała słabym głosem: Niech nie robi różnic, niech wszystkich kocha jednakowo. Miała na myśli dzieci.
I tak oto trzymam wartę przy zmarłej.
A moje myśli cofają się przez trzy dekady i wciąż widzę moją matkę.
Jako młodą, kwitnącą kobietę w wspaniałym Pałacu Marmurowym, gdy bawiliśmy się z dziećmi w ogrodzie, a wieczorami siedziała przy łóżeczkach, aby wysłuchać wieczornej modlitwy, ja zaś zawsze żądałem wcześniej usłyszenia bajki.
Jej radość, gdy w wieku dziesięciu lat zameldowałem się u niej jako porucznik, a defilada przebiegła dobrze mimo moich tak krótkich nóg, które i tak miały trudności, aby nadążyć za długimi nogami grenadierów.
Widzę wyraz jej twarzy, gdy pierwszy raz wzięła moją narzeczoną w ramiona i powiedziała do mnie: „Dobrze wybrałeś." I od tego dnia aż do końca między nimi rozkwitła wielka miłość. Widzę ją siedzącą przy ciężkich łożach chorych braci Fritza i Joachima, całymi nocami – nie można sobie było wyobrazić lepszej pielęgniarki. W takich chwilach nie znała snu ani pożywienia.
Widzę ją w pełnym blasku korony podczas dworskich świąt, z jej cudownym wyglądem, przedwcześnie siwiejącymi włosami, tworzącymi piękny kontrast z wciąż młodzieńczo świeżą twarzą, oczarowującą wszystkich swoją gracją i urokiem. Widzę ją, jak walczy z największą słabością fizyczną, dręczona najokropniejszymi bólami głowy, z gorączkowo zaróżowionymi policzkami, ledwie zdolną utrzymać się prosto, z nadludzką energią pokonującą samą siebie, aby wypełnić swoje obowiązki cesarzowej. Ten obraz wciąż powraca. I widzę, jak się troszczy. Zawsze troszczyła się o swoją ojczyznę, męża, dzieci. Była kobietą troski na tronie.
Siedzi w swoim gabinecie w Nowym Pałacu, a ja, przejeżdżając między poranną a popołudniową służbą, chodzę przed nią tam i z powrotem. Rozmawiamy o wspólnych wielkich troskach dotyczących ojczyzny. Nasze poglądy w takich kwestiach zawsze były zgodne. Była wielką znawczynią ludzkiej natury.
Widzę ją podczas spaceru w Poczdamie, jak podnosi małe płaczące dziecko z ulicy i tuli je, i uspokaja, dopóki małe nie odchodzi, śmiejąc się.
Widzę ją w czasie wojny - matką jeszcze większej troski. Podczas urlopu w Berlinie pewnego dnia wysyła mi swój samochód, aby umożliwić rozmowę ze ślepym żołnierzem, który walczył w mojej armii. Widzę, jak prowadzi biednego, młodego wojownika za rękę do mnie i mówi: „Oto on, jest z twojej armii i bardzo chciał cię poznać." A potem jeszcze się troszczy, aby był dobrze nakarmiony i bezpiecznie przewieziony z powrotem.
Widzę ją w Spaa w 1917 roku, ja zaś, jej najstarszy syn, jako dowódca grupy armijnej, nasze troski były znów takie same.
Widzę ją w Amersfoort w maju 1919 roku w ogrodzie hrabiego Wrangla na holenderskiej ziemi, jak bez słów, szlochając, wisi mi na szyi. To pierwsze spotkanie po 9 listopada było nie do opisania ciężkie.
Widzę ją w domu Doorn, jak ogląda drogie, stare przedmioty, delikatną, wąską ręką przesuwając po nich, z szeroko otwartymi oczami, spoglądającymi w przeszłość. Jej dusza prowadziła skrytą rozmowę z cichymi świadkami szczęśliwej przeszłości w ukochanej ojczyźnie.
Widzę ją w ogrodzie domu Doorn. Siedzi w małym powoziku konnym. Trzymam jej rękę i idę obok. Mój chłopcze, tutaj jest pięknie, ale mój Poczdam, Nowy Pałac, mój mały różany ogród, nasz dom rodzinny, to nie to samo. Gdybyś wiedział, jak często tęsknota do ojczyzny mnie wewnętrznie niszczy, och, nigdy już nie zobaczę ojczyzny." I jak dobrze mogłem ją zrozumieć, przybywając ze swojej samotnej wyspy i myśląc tak samo jak ona.
Koło się zamyka.
Wkrótce wyniosą cię stąd, matko, i odprowadzą do domu, tam, gdzie nieustannie przebywały twoje myśli. Słońce rodzinnego domu zgasło, ale my, twoje dzieci, będziemy odwiedzać twój grób i nie tylko ozdabiać go więdnącymi kwiatami, lecz chcemy ci zwrócić promienie miłości, którymi twoje wielkie serce obdarzyło nas, dzieci, i wciąż na nowo wysyłać je do twojego cichego grobu, aby uczynić go jasnym i ciepłym. Siałaś miłość, dokądkolwiek prowadziła cię życiowa ścieżka, i tę miłość zbierzesz w tysiąckroć, będzie ci towarzyszyć nawet po śmierci. Dla nas stałaś się świętą.
Kiedyś ponownie się spotkamy!" — —
W ojczyźnie wiadomość o żałobie wywołała najgłębszy ból i najszczersze współczucie. W miastach i wsiach biły dzwony pogrzebowe, kościoły zapełniały się pobożnym tłumem, teraz dopiero niezliczeni uświadomili sobie, co stracili, teraz dopiero niezliczeni wiedzieli, czym dla nich i dla ich uczuć była cesarzowa, która z godnością i pokorą nosiła cierniową koronę wygnania. Jej obraz jawił się czysty i bez skazy, obraz prawdziwie szlachetnej Niemki, która chciała tylko dobra, której wyrządzono wiele krzywd, ale sama nigdy nikogo nie skrzywdziła. Jak bardzo niemiecka ojczyzna czciła zmarłą cesarzową, dowodzą tysiące depesz, które w owe dni nadeszły do Doorn, dowodzi tego mnogość kwiatowych darów przysłanych z wszelkich kręgów, ze wszystkich stanów, kosztownych i skromnych, oplecionych miłością, wdzięcznością, czcią.
Jakby sama natura również pogrążyła się w żałobie, po pierwszym wiosennym rozkwicie nastąpiła surowa i burzliwa pogoda. Po wspomnianej ostatniej modlitwie nastąpiło przeniesienie trumny na dworzec. Za karawanem podążyły pojazdy, w pierwszym cesarz i następca tronu, potem książęta i księżniczki z duchownymi. W głębokiej ciszy trumnę wkładają do udekorowanego jodłowymi gałązkami wagonu kolejowego. Cesarz wchodzi do niego sam z następcą tronu, aby odmówić ostatnią modlitwę. Później dołączyli pozostali krewni, a po ich pożegnaniu książę Oskar pozostał, aby objąć pierwszą wartę przy zmarłej. Cesarz i jego najstarszy syn wracają do opuszczonego pałacu, nie mogli towarzyszyć zmarłej w jej ostatniej drodze przez niemieckie ziemie do tak kiedyś szczęśliwego dla niej parku w Sanssouci, dokąd tak często tęskniła i gdzie teraz, po wypełnieniu kielicha cierpień, wierna niemiecka matka narodu miała znaleźć ostatni spoczynek w niemieckiej ziemi.
Ostatnia droga do domu
Zmarła Cesarzowa wraca do domu!
Przez holenderskie równiny podąża żałobny pochód w kierunku granicy. Na granicznej stacji Elten ma miejsce pierwszy postój. Niemal cała społeczność zgromadzona jest w głębokiej ciszy, burmistrz wręcza wielki wieniec laurowy, którego wstęga nosi napis: „Poświęcony przez mieszkańców Elten, pierwszej niemieckiej gminy", a przewodniczący delegacji prosi księcia Adalberta, aby zechciał przekazać cesarzowi, że został upoważniony do odebrania doczesnych szczątków Cesarzowej, wiernej matki narodu, przy przekraczaniu prusko-niemieckiego terytorium na świętej ziemi ojczyzny: „Czynię to w imieniu milionów niemieckich kobiet i mężczyzn oraz ich dzieci, z niezachwianą pewnością i nadzieją, która jednocześnie ma być naszym ślubowaniem. Działalność naszej drogiej Matki Narodu nie może być daremna dla naszej ojczyzny; niech będzie świetlanym przykładem dla, daj Boże, lepszej przyszłości i odrodzenia naszej ojczyzny i narodu, który, podobnie jak Uwielbiona, powinien znaleźć i przywrócić swoje oparcie w słowach 90-tego Psalmu: Panie Boże, Ty byłeś naszą ucieczką przez pokolenia; zanim góry się zrodziły i zanim powstała ziemia i świat, od wieków po wieki Ty jesteś, Boże. Niech tak się stanie!". Wspaniałe róże zostały złożone przy trumnie z ramienia Ojczyźnianego Związku Kobiet, podczas gdy chór śpiewał pieśń „Jezus, moja nadzieja", a następnie pochód powoli ruszył, a setki głosów dołączyły do wzniosłych dźwięków starej pieśni ludowej: „Już w Bożym planie jest postanowione, że z tym, co najukochańsze, trzeba się rozstać".
Takie samo powitanie przygotowali mieszkańcy Emmerich; również tutaj wręczono wieniec laurowy, w którego centrum wpleciono wieniec cierniowy, przykryty żałobną tkaniną — przejmujący symbol drogi życiowej odchodzącej Cesarzowej. Następnie pochód przejechał przez rozległe tereny przemysłowe, przez hałaśliwe obszary, z wysokimi kominami i ciemnymi hałdami węgla. Wydaje się jednak, jakby nagle ucichł szum maszyn, terkot wozów wydobywczych, odgłosy kotłów i uderzenia młotów parowych, gdy ciemny pociąg specjalny przejeżdża obok. W Oberhausen dworzec nie może pomieścić tłumu; dziewczynka przepycha się, niosąc bukiet kwiatów. „Pozdrowienie od młodzieży Niemiec dla naszej ukochanej Cesarzowej" — chce powiedzieć dziecko, lecz z powodu łkania nie może dokończyć słów. Księżna Adalbert zauważa dziewczynkę, bierze ją za rękę i prowadzi do trumny: „No, złóż je sama u stóp twojej ukochanej Cesarzowej", co dziewczynka czyni, płacząc. Gdy postój dobiegł końca, bliscy zaczynają śpiewać: „Gdy kiedyś przyjdzie mi odejść, nie odchodź ode mnie", coraz więcej osób dołącza, aż setki śpiewają tę jedyną pieśń, z odkrytymi głowami, owładnięte żałobą. I wszędzie na kolejnych stacjach ta sama poruszona masa ludzi, tak w Essen, jak i w Hamm; tutaj podchodzi dojrzała nauczycielka do trumny: „Widzę tylko ukochane barwy, czarno-biało-czerwone, pod którymi w prostym, ostatnim łożu Matka Narodu spoczywa wolna od ziemskich cierpień. U jej stóp leży bukiet róż, stoję cicho z boku, sekundy, godziny? Nie wiem. Jakby przez zasłonę migoczą czarno-biało-czerwone barwy: Cierpienie-Czystość-Serce, trzygłos jej życia. Chciałabym przyprowadzić wszystkich Niemców w to miejsce: „Cóż złego wam uczyniła, że pozwoliliście jej tak umrzeć? Kobietom, pannom chcę pokazać jej obraz: Naśladujcie ją!" Do młodzieży niemieckiej wznoszę mój głos: „Wasza matka leży martwa, umarła z bólu, podczas gdy wy beztrosko trwonicie chwile w próżnych uciechach!”
Przez wiosenne, radosne, westfalskie ziemie jedzie pochód. Zaskakujący widok na dworcu w Bielefeld. Poprzedniego dnia odbyło się tam wielkie zgromadzenie pobliskich stowarzyszeń kombatanckich; gdy usłyszeli, że następnego dnia przejdzie żałobny pochód, postanowili: „Zostaniemy tu, aby złożyć ostatnie pozdrowienie naszej Cesarzowej". Ponad dwadzieścia stowarzyszeń kombatanckich stanęło z żałobnymi flagami, byli to dawni żołnierze i oficerowie w swoich starych mundurach. Wręczane są wieńce i bukiety kwiatów, następnie flagi się obniżają, wszyscy salutują na ostatnie pożegnanie, jeden głos woła donośnie: „Panie, przywróć nam to, co straciliśmy!". Podobne powitania w Bückeburg, w Hanowerze, w Magdeburgu; wszędzie kościelne dzwony witają powracającą, również tutaj w gęstym tłumie, starzy i młodzi, bogaci i biedni zjednoczeni, obok delegacji różnych partii narodowych, ojczyźnianych związków kobiecych, Czerwonego Krzyża, szkół dla chłopców i dziewcząt. Pobożne głosy rozpoczynają śpiew, setki, potem tysiące dołączają: „Jezu, prowadź przodem, na drodze życia!" — Pociąg bezgłośnie znika w nocy.
Tuż przed jedenastą następuje przyjazd na nastrojowo udekorowaną stację Wildpark koło Poczdamu. Jak często wcześniej Cesarzowa wyruszała z tego dworca, czy to z Cesarzem, czy sama, w podróże na radosne święta, różne wizyty, w najpilniejszej pracy miłosierdzia w miejscach cierpienia i troski. Jak często tęskniła za Poczdamem, parkiem Sanssouci, Nowym Pałacem, wszystkimi miejscami tak ściśle związanymi z jej szczęściem. Jak często była tu witana radośnie przez bliskich po powrocie, wesoło prowadzona do pobliskiego domu, który zawsze niechętnie opuszczała i do którego zawsze chętnie wracała. Tym razem zupełnie inaczej: zasłonięte żałobną tkaniną zielone gałęzie jodły zakrywają ściany sali książęcej, ciemne zasłony otulają elektryczne płomienie, ze łzami w oczach pozostali członkowie rodziny powoli podchodzą do trumny, przy której towarzyszący kapelan rodzinny odprawia krótką modlitwę, aby ich w tak gorzkiej żałobie tego ponurego powitania pokrzepić przy żywym źródle zwycięskiego pocieszenia, słowie Bożym. A następnie pojawiają się oficerowie byłych pułków Cesarzowej, ułani z Pasewalku i Fizylierzy nr 86, aby pełnić wartę przy ich martwej Cesarzowej.
Stolica Rzeszy również była w żałobie; niezliczone flagi powiewały do połowy masztów, w wielu wystawach sklepowych czarno obramowane zdjęcia i popiersia Cesarzowej, naprawdę, nie zapomniano o tej, która odeszła; dziękowano jej i pamiętano z miłością; chwiejny grunt opinii publicznej na powrót stał się bardziej stały i wierny, a złudzenia stopniowo się rozpraszały.
Dnia 19 kwietnia słońce świeciło złotym blaskiem wiosny, Berlin obudził się jeszcze wcześniej niż zwykle, długie strumienie ludzi zmierzały w kierunku dworców prowadzących do Poczdamu. Czy powróciły czasy, o których tak często i tak gorąco pamiętamy? Prawie tak się zdaje, gdy wchodzimy na dworzec poczdamski przez szeroko otwarte drzwi dawnych apartamentów książęcych i dostajemy się na peron, gdzie czeka pociąg specjalny. Lśnią mundury, migoczą ordery, powiewają końskie czapraki; pojawiają się wysocy oficerowie i generałowie, wielu z nich, których nazwiska zostały wypisane żelaznymi literami na tablicach naszej historii wojennej, widać sztandary sławnych pułków przypominające potężne czyny naszego narodu, byli, niegdyś często wymieniani ministrowie i dostojnicy tworzą mniejsze grupki, damy w głębokiej żałobie się pojawiają, wszystko odbywa się w najwyższym spokoju i porządku.
Bez hałasu o ósmej godzinie pociąg specjalny opuszcza rozległą halę i zmierza ku swemu celowi, stacji Wildpark, gdzie zatrzymuje się przed dawnym cesarskim budynkiem recepcyjnym. Wokoło kwitną kwiaty, całe słodkie cuda niemieckiej wiosny, donośny śpiew zięb i kosów, a w kontraście do tego ludzie stoją w uroczystym milczeniu, ciągnąc się od dworca po obu stronach aż do czerwono świecącego budynku Nowego Pałacu, na którym wysoko powiewają trzy kobiece postacie z pruską koroną królewską, otoczone migoczącymi promieniami słońca. Potężny, długi podjazd przed pałacem również szczelnie wypełniony tysiącami osób, które otrzymały bilety, na dole długi szpaler stowarzyszeń, oficerów wszystkich rodzajów broni, delegacji pułków, związków zawodowych, studentów, wielobarwne flagi i sztandary owiane żałobą.
To, co niegdyś można było powiedzieć z uzasadnioną dumą przy odejściu starego cesarza Wilhelma, że widziano wtedy cały naród w żałobie, tu znalazło swoje powtórzenie. Wszystkie niezliczone tysiące — ich liczba została później oszacowana na ponad 200 000 — które się tutaj zebrały, nie przywiodła próżna ciekawość, lecz głęboka potrzeba serca, aby jeszcze raz oddać ostatni hołd księżnej, która zmarła za granicą, tej drogiej, ukochanej kobiecie, która stała w centrum najwyższego współczucia, jej, zawsze skromnej i powściągliwej, wzorowej żonie i matce, prawdziwej Niemce, która, jak stało się to tak bardzo widoczne w tej chwili, zgromadziła w sercach wszystkich ogromną miłość i szacunek. A wielu, wielu myślało o cesarzu i stracie, która go tak okrutnie dotknęła — jak jego myśli będą tutaj krążyć, tutaj, gdzie spędził tyle beztroskich, pięknych godzin i dni u boku tej, która już odeszła, w gronie swoich dzieci, nie przeczuwając nieszczęścia, które ich i nas miało spotkać!
To tutaj, w tym zamku otoczonym czarującą przyrodą, Wilhelm przywiódł swoją jasnowłosą, ukochaną towarzyszkę życia, gdy objął władzę, i tutaj wspólnie stworzyli dom pełen osobistych wspomnień, z pięknymi widokami z mieszkalnych komnat na pachnący kwieciem ogród i szumiące drzewa parku, z których niektóre pamiętały jeszcze szacowną postać Fryderyka Wielkiego.
Jakiż ponury kontrast dzisiaj wobec tamtego przyjaznego i słonecznego niegdyś! Powoli zbliża się uroczysty pochód żałobny, przed którym z szacunkiem pochylają się sztandary i odkrywają głowy. Najgłębsza cisza wśród tysięcy i dziesiątek tysięcy, tylko od czasu do czasu słyszalne ciche jęki, w wielu oczach lśnią łzy. Poważny, milczący mija nas ten pochód pod zielonym baldachimem liści; na ciągniętym przez cztery czarne konie wozie pogrzebowym spoczywa trumna okryta wspaniałą, fioletową aksamitną narzutą, za wozem cudowny wieniec róż Marszałka Niela, ostatnie pożegnanie cesarza i następcy tronu, potem dzieci i wnuki ukochanej matki, najbliżsi krewni i przybyli niemieccy książęta, potężne postacie naszych wielkich dowódców wojskowych, na czele Hindenburg, Mackensen, Ludendorff, i w nieskończonym pochodzie setki delegacji z wieńcami i kwiatami. Stopniowo, jak cień, znika ciemny pochód pod rozłożystymi koronami drzew i wśród obsypanych kwieciem krzewów, ten pochód, z którego przemawia do nas chwała przeszłości i wszystko to, co utraciliśmy.
Świątynia Antyczna była mrocznym celem, który miał utworzyć ostatnie miejsce spoczynku zmarłej cesarzowej.. Fryderyk Wielki wzniósł budowlę; początkowo pomyślał o niej jako o swoim miejscu spoczynku i powiedział o niej: „Gdy tam będę, będę miał spokój!". Później wielki król umieścił tam różne ze swoich skrzętnie zgromadzonych skarbów sztuki, które następnie trafiły do berlińskich muzeów. Cesarzowa kazała urządzić świątynię jako miejsce kultu religijnego, bardzo chciała mieć tu kaplicę domową i w jeden słoneczny lipcowy dzień zobaczyła ku swej największej radości pierwszą mszę przy prostym domowym ołtarzu, z zjednoczoną rodziną, podczas gdy cesarz przebywał na froncie.
Całe miejsce tchnie powagą, wiekowy budynek opleciony jest starym bluszczem, tworzącym gęstą, wiecznie zieloną sieć. Blisko tej świątyni ustawiło się grupami 8000 oficerów starej armii, przed nią w otwartym czworoboku przedstawiciele pułków z Poczdamu, przy samym wejściu widać było sztandary obu pomorskich i szlezwickich pułków cesarskiej armii. Stłumione światło rozlewa się wewnątrz nad zasłaniającymi ściany świerkami i żywotnikami oraz nad niezliczonymi wieńcami, z których zwisają ciężkie czarne szarfy, podobnie jak girlandy wijące się wokół wnętrza hali. Na małym, czarnym ołtarzu srebrzyście błyszczy krucyfiks, a z centrum zielono oplątanych drzwi dobudówki patrzy Zbawiciel w koronie cierniowej na trumnę, która, przykryta sztandarem cesarskim, jest powoli wnoszona. Za nią następczyni tronu, w towarzystwie swych czterech najstarszych synów - książąt Eitela Fryderyka, Adalberta, Augusta Wilhelma i Oskara, którzy dobywają mieczy i pełnią ostatnią wartę honorową przy trumnie zmarłej matki. Po początkowej pieśni chóru katedralnego „Wiem, że mój Odkupiciel żyje" i chóralnym sopranowym hymnie „Chrystus jest moim życiem" mała grupa zebranych zaśpiewała „Jezus, moja nadzieja", a następnie wystąpił sędziwy duchowny i przyjaciel domu cesarskiego, D. Dryander, który towarzyszył cesarzowej z Doorn aż dotąd, stanął przed trumną, składając ręce do modlitwy i wybierając jako zakończenie krótkiej kazania psalm 126: „Ci, którzy z płaczem sieją, z radością żąć będą. Odchodzą i płaczą, niosąc szlachetne ziarno, i powracają z radością, niosąc swoje snopy". I wskazał, że ten psalm ma szczególne miejsce w historii Prus. Był to ulubiony psalm królowej Luizy, „Alleluja we łzach", jak się wyrażała. Przy nim podtrzymywała się na duchu w najcięższych czasach Prus i często rozmawiała o tym ze swoim zaufanym duchownym: „Dziś czasy są jeszcze cięższe. Nasza ojczyzna leży w gruzach, rozszarpana, zhańbiona, zniszczona - jej chwała pogrążona jest u naszych stóp. Znowu chcielibyśmy, jak sto lat temu, zapytać za Maksem von Schenkendorffem:
Różo, piękna królewska różo,
Czy również ciebie dotknęła burza?
Czy już nie ma modlitwy, ni nadziei
Wobec straszliwego losu?"
Niemniej jednak wciąż trwamy, wierzymy i błagamy, aby obietnica Psalmu pozostała nam niewzruszenie pewna: ci, którzy sieją ze łzami, będą żąć z radością!" Mówca czule wspomi-nał samotnego cesarskiego małżonka w oddali, który nie może już oddać ostatniej posługi swej małżonce ani stanąć przy jej trumnie; wspominał synów, którzy na przemian opiekowali się gorąco umiłowaną matką, córkę, która z wzruszającym poświęceniem, wiernością i tro-ską strzegła życia matki aż do ostatniego oddechu — oni „siali ze łzami!"
I kontynuował: „To słowo o życiu jako wezwaniu do siewu przewija się przez całe życie tej, która już odeszła. Od młodych lat, w bukowych alejach nad morzem, na szczytach owianego legendami Wartburga, gdzie jeszcze tliły się marzenia umierającej, w jej sercu nieustannie rozbrzmiewa Alleluja radości. Rozbrzmiewa dalej, gdy młoda księżniczka po raz pierwszy witała stolicę Rzeszy, wkraczając do starego zamku przodków. Tam, gdzie pojawiały się łzy, w oku odbijał się tylko bogaty blask siedmiu kolorów tęczy. A to Alleluja rosło za każdym razem, gdy dom się powiększał, gdy przybywało dziecko. „Szósty maja, dzień urodzin pierworodnego syna" - pisała mi kiedyś - „jawi mi się w pamięci jak mój najpiękniejszy dzień życia, tak bardzo jest napełniony szczęściem, radością i wiosną". Gdy rodziły się kolejne dzieci, serce stawało się większe, miłość bogatsza, a poczucie odpowiedzialności za przyszłość głębsze."
Następnie, po krótkim wspomnieniu objęcia korony cesarskiej, duchowny podkreślił: „Nasza cesarzowa nie była kobietą polityki. Nigdy nie pragnęła odgrywać roli w rozgrywkach politycznych. Jej zadanie polityczne było inne, o którym mówi Pismo: „Serce jej męża może na niej polegać." Ocierała pot z jego zatroskanego czoła, otwierała przed nim błogosławieństwo czystego, bogatego, pokrzepiającego życia domowego, nie raz zachowywała jasny osąd w rozwoju sytuacji dzięki intelektowi i finezji kobiety, wskazując na mocne osobowości. Lecz były to strome schody, po których się wznosiła. Sianie nie było pozbawione łez. Nie ma cięższego zawodu niż rządzenie, biada temu, kto chciałby go wykonywać, nie sprawując uprzednio innych obowiązków ofiarności i posłuszeństwa. Dlatego drogi królów są pełne łez. Również jej droga taka była."
Po krótkim wywodzie, że cesarzowa zawsze stała u boku swego męża, jako prawdziwa córka rodu Hohenzollernów, wierna przekazom pruskiego królewskiego rodu, który uważał królów za pierwsze sługi państwa, za „urzędników prawa" i że szukała honoru w służbie i dawaniu prawa, Dryander opowiedział nieznane dotąd wydarzenie z życia zmarłej: „Było to w 1898 roku na tarasie do zakładu diakonis w Betlejem. Wtedy dostojną panią oblegały małe, brudne dzieci arabskie, a ona je brała, głaskała i przyciskała do serca. Zdziwione brązowe matki Beduinów patrzyły na wysoką, białą postać, nie wiedząc, że w tym momencie usuwa ona przegrodę między dwoma światopoglądami: chrześcijaństwem a islamem. Ale nie tylko między nimi. Próbowała usuwać przegrody między biednym a bogatym, wysokim a niskim, szczęśliwym a nieszczęśliwym. Jako matka stała przy matkach i biedujących dzieciach, jako siostra — przy siostrach. Jako pocieszycielka przystępowała do łóżek cierpiących. Gdy I Pułk Gwardii w Poczdamie, z którego znała wielu osobiście, wyruszał na front, wypowiedziała słowa: „Dziś po raz pierwszy w całej głębi doświadczyłam, co znaczy być matką narodu." Być może się myliła, już wcześniej to wiedziała, ale na pewno, że dzięki temu rozumiejącemu dobru, tej bezpośredniej ofiarności i życzliwości, w którą wkładała kawałek własnego „ja" we wszystkie swoje dzieła, rozsiewała siew, który miał przynieść owoc. Siała, choć ze łzami."
I zakończył swe głęboko odczuwane słowa ku pamięci tej szlachetnej niemieckiej kobiety, którą on sam przez wszystkie te długie lata mógł obserwować w jej pełnym miłości, kobiecym działaniu: „Składamy nasze ręce w przysiędze nieprzemijającej wierności wobec tej, która odeszła, w mocnej sile wiary, która nie zawodzi, i w przekonaniu:
Duszo, jesteś u Pana;
Tobie świeci gwiazda poranna.
Was, członkowie, niech otula łagodnym spokojem
Miłości chłodny cień. — —
Tak, cesarzowo Augusto Wiktorio, ty siałaś miłość i żąłaś miłość. To, czym byłaś dla Niemiec przez długie lata, pokazała głęboka i szczera żałoba po twoim odejściu. Twój obraz nigdy nie zaginie i będzie świecić przykładem dla wielu, wielu następnych pokoleń. Pomocna, szlachetna i dobra — oto było zawołanie twego życia. Ty sama doświadczyłaś zmienności ziemskiego istnienia, ale zawsze pozostałaś wierna sobie i swemu ludzkiemu odczuwaniu. Wiele gorzkiego cierpienia zniosłaś, ale znosiłaś je z wielkością duszy, a po twoim odejściu podążają za tobą łzy ludu!
Jakież piękniejsze zakończenie moglibyśmy znaleźć niż wersety, które twój najstarszy syn poświęcił ci w najczulszej synowskiej miłości, gdy żegnałaś się po raz ostatni z domem w Doorn i wracałaś do owianej spokojem kwatery w cichym poczdamskim parku, który tak bardzo pokochałaś i za którym tak bardzo tęskniłaś na obczyźnie:
W starym zamkowym parku Sanssouci,
Tam szumią wierzchołki całkiem cicho,
Skarżą się smutną melodią
O powrocie cesarzowej.
Widzieliśmy twe szczęście, widzieliśmy twoją boleść,
Chętnie dawaliśmy ci cień,
Twój najmłodszy już spoczywa w naszej bliskości,
Teraz ty też powracasz z oddali.
Twe biedne serce, pozwól mu spocząć spokojnie,
W cieniu prastarych drzew,
Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, I życzymy ci niebiańskich snów.
Będziemy ci wiernie odprawiać wartę śmierci,
Aż nadejdzie czas,
Gdy Prusy powstaną do nowej straży,
A ty usłyszysz wezwanie.
Twój duch niech nam świeci naprzód na nowej drodze,
Szumią stare sztandary,
Wypełniliśmy już nasz obowiązek,
Czekając na panią zamku.