Berta Hahn
F. Hugin
Rozdział I.
Jest wilgotne, rześkie powietrze, które pachnie ziemią. Przez sosnowy las przechodzi ciche, falujące napięcie. Śnieg i deszcz spulchniły grunt, a miękka mgła muska go, błądząc po powierzchni. Nieśmiało i pojedynczo wyciągają się ku niej z głębi zielone palce. Ale ona to wie i wiedzą to inni – sosny, krzaczki jagód i drżące gałązki brzóz: w głębi jest życie. W tajemnych, prastarych głębiach rosną cuda, napierają i wznoszą się, by wkrótce – wkrótce przebić się na światło.
Z każdym oddechem ludzie wciągają w duszę to napierające stawanie się. Na brązowym polu pod lasem dwoje ludzi przerywa pracę i bierze głęboki oddech. — Nawet chuda, piaszczysta gleba wygląda dziś na sytą i ciemną, jakby w jej głębi drzemała tajemna obietnica. Mężczyzna o silnie uformowanych, żylastych dłoniach prowadzi pług. Jest większy i potężniej zbudowany, niż zazwyczaj bywają ludzie w tych stronach, a cienka koszula opina się na silnych mięśniach o kanciastych kształtach.
Na krótkim karku osadzona jest głowa o mocnych szczękach i głęboko osadzonych oczach. Za nim, niosąc worek, idzie wyrośnięta dziewczyna o jasnych, żółtobrązowych oczach. Kiedy słońce tu i ówdzie łagodnie przebija się przez szare powietrze, w jej oczach rozbłyska blask, jakby w ich głębi leżało jasne złoto. Wtedy przyjazne promienie słońca wędrują dalej po grzbiecie czerwonobrązowej krowy i po szyi starego konia, by zatrzymać się na chwilę tam, na jasnym polu obsianym zbożem, z błogim zadowoleniem.
A mgła znów nadpływa i wygasza kolory, a pod szarą zasłoną pulsujące wiosenne życie napiera tajemniczo — bezgłośnie. — A te cztery istoty na ciemnym polu mają swój udział w dziele tworzenia. Brązowe zwierzęta posłusznie wyciągają członki przed pługiem, a chałupnik i jego dziecko spoglądają z zadowoleniem na pęczniejącą skibę. —
Dziewczyna czuje się cudownie lekko na duchu. Czuje wiosnę w swoich młodych członkach jak śmiejącą się radość. Również w niej to wesołe życie chce wydostać się na powierzchnię, i paple o tym i o tamtym, i nuci piosenkę, i znów pyta ojca, i gada dalej bez odpowiedzi. Ojciec śmieje się i pozwala jej mówić, aż sam zostaje w to wciągnięty i przy nawracaniu zatrzymuje się, by dokończyć zdanie i spojrzeć przy tym na córkę. A potem znów przypomina sobie o pracy i fuka na dziewczynę:
– Dziewucho, będziesz w końcu cicho siedzieć i robić swą robotę?
I wtedy przez kawałek drogi idą w milczeniu. Głęboko schylona wyciąga korzenie z ziemi i wrzuca je do worka, prostuje się, przeciąga i znów zbiera dalej. —
Promienie słońca pojawiają się coraz rzadziej, a mgła gęstnieje coraz bardziej, aż cicho wkrada się tajemniczy, szary zmierzch. — Pole leży teraz w jednolitej ciemności, jedna brązowa skiba przy drugiej. Praca jest skończona. I z zadowoleniem ta czwórka zwraca się w stronę zagrody. —
Spod strzechy wyzierało w ciemność przyjazne świetliste oko. Mrugało, kiwało i przeglądało się w kałużach wiejskiej drogi. Teraz także w stajni ożył taki blask światła. Tańczy tam i z powrotem, a potem gaśnie. — — Oporządzono bydło, a ojciec z córką weszli do izby. Żona chałupnika krzątała się przy piecu. Prawie nie obejrzała się na tę dwójkę. Postawa pochylona do przodu stała się jej drugą naturą. Coś zgnębionego, lękliwego unosiło się nad całą tą kobietą. Jej chude, kościste ramiona drżały pod ciężarem dużej misy. Ale dziewczyna siedziała już przy stole, naprzeciwko ojca. Nie patrzyła na drżące ręce i wraz z ojcem dzielnie sięgała po ziemniaki.
— A matka chodziła tam i z powrotem, usługując im. A gdy wreszcie usiadła do nich, to bokiem, na rąbku krzesła, jakby wcale nie miała do tego prawa. —
– Gdzie też podziewa się ten August? – zapytał w końcu ojciec mrukowato. – Miał przecież dzisiaj, w sobotę, przyjść? —
– No, droga jest przecież daleka i zła – powiedziała kobieta.
Jedli dalej w milczeniu, a w małym piecu trzaskał chrust.
Wtedy przed oknem rozległy się kroki.
Drzwi wejściowe skrzypnęły i do izby wszedł dorastający chłopak. On też szedł pochylony do przodu, a jego oczy rzadko podnosiły się znad podłogi. Ale to było tak, jakby łagodna dłoń pogładziła zatroskaną twarz matki. —
– Czemu przychodzisz tak późno? – zapytała siostra. —
– Było dużo roboty – odpowiedział krótko. —
– No, czemu jeden nigdy nie może zostać przy robocie, do której należy – warknął chałupnik.
Znów tylko jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu był odgłos dobiegający z pieca. Rodzina chałupnika żuła z niechęcią swoje ziemniaki. Nikt nie zauważył, że wiosenne siły snuły się wokół chałupy i swymi palcami dotykały okiennic.
Gdy ojciec zapalił fajkę, August wyciągnął książkę i zaczął czytać. Chałupnik spojrzał na niego z ukosa i potrząsnął głową. Lampa kopciła i słychać było tylko brzęk naczyń. Córka pomogła jeszcze trochę przy sprzątaniu, potem przeciągnęła się i powiedziała dobranoc.
– Dobranoc Berta – powiedział ojciec, po czym poszła spać, a schody skrzypiały pod jej mocnymi krokami.
Było to osobliwie nierówne rodzeństwo. Już jako dzieci każde z nich szło własną drogą. Kiedy Berta ganiała jak dzika po łące, August siedział gdzieś na uboczu sam i bawił się kamykami lub drewienkami. A gdy wśród wiejskiej młodzieży szykowało się jakieś duże przedsięwzięcie, ona była przywódczynią, a on maruderem. W szkole było podobnie. — Przy czym chłopak nie był głupi. Ale co właściwie w nim tkwiło, tego nie wiedział tak naprawdę nikt, najwyżej matka — ale ona o tym nie mówiła. — Po szkole oddano go do gospodarza. — Pracę w domu ojciec mógł z łatwością wykonać sam z pomocą dziewczyny. August miał coś zarobić i jednocześnie gruntownie poznać pracę w polu. — Ale w tym roku chłopak stał się jeszcze cichszy. W jego istocie pojawiło się coś, co przypominało matkę, a ojciec często patrzył na niego nieufnie z ukosa. Wtedy nadszedł dzień, w którym stanął przed ojcem i szeroko otworzył oczy. I mówił z taką stanowczością, że Berta ze zdziwieniem się za nim obejrzała. Chałupy nie przejmie nigdy w życiu oświadczył. Chce stąd odejść i zostać stolarzem. — Przez cały ten czas patrzył ojcu prosto w oczy. A Berta dziwiła się jeszcze bardziej; stała drżąc oparta o ścianę. Bała się, że ojciec w swej wściekłości powali brata; ale ojciec zaklął tylko parę razy pod nosem, a potem warknął: „Niech ci będzie!”.
I tak August trafił na razie na naukę do kościelnej wsi. —
Rozdział II.
Na zewnątrz słońce migotało nad młodą oziminą. Wilgotne pnie sosen lśniły jak miedź, a na igłach wisiały błyszczące diamentowe krople. August włożył swój garnitur do konfirmacji i sięgnął po czarną czapkę. W niedzielnym ubraniu wyglądał jeszcze bladziej i bardziej niepozornie.
– Berto, czy ty też idziesz? – zapytał i spojrzał z zakłopotaniem przez okno.
– Do kościoła? – Spojrzała na cicho falujący las, w górę na nasłonecznione, miękkie chmury, a potem rozejrzała się po izbie. – Ja muszę pomóc matce – powiedziała szybko.
Chałupnik zaśmiał się głośno: – Tak jest dobrze, zostaw głupca, on już i tak za długo siedzi w domu.
Na bladej twarzy pojawiło się mroczne, uparte spojrzenie, po czym chłopiec wyszedł sam.
Dziewczyna pobiegła do obory, nasypała paszy, wzięła ciężkie wiadra, pobiegła do pompy, wróciła i pomogła matce, śpiewając przy tym:
– „Idźże, idźże” – powiedziała w końcu chałupniczka. – „Wiem ja już, gdzie ty chcesz iść. Ale dziewczyno” – stara odwróciła się gwałtownie i złapała ją za spódnicę. – „Obiecaj mi tylko jedno, cokolwiek by się nie działo, że moje dziecko pozostanie przyzwoite – przyzwoite, dziewczyno – bo uwierz mi, jak człowiek ma pracę i jest zdrowy, to jest szczęśliwy; niczego więcej nie potrzebuje, dziewczyno, nic a nic więcej.”
Berta spojrzała na matkę z otwartymi ustami. Tak długo ta nie mówiła nigdy. – „Ależ matulu, co w ciebie wstąpiło? Co ty gadasz – przecież ja o niczym nie wiem!”
– „Niczego nie mam na myśli, zgoła nic – idź już, idź!” – Kobieta znów zapadła się w sobie i zacisnęła usta.
Przez chwilę Berta patrzyła jeszcze ze zdziwieniem na matkę, po czym wybiegła przez drzwi domu i rzuciła się głośno się śmiejąc w stronę zamku.
Najpierw spojrzała na swój kawałek pola pod ziemniaki, a potem na świeżo zaoraną rolę, w którą wkrótce miało zostać rzucone ziarno. Ale wciąż było tam dość pracy. Perz został wyciągnięty. Ale kamienie! – Tu i ówdzie podnosiła jeden i rzucała go na bok. Ta ziemia miała być kiedyś jej własnością – jej wyłączną własnością. Ojciec to powiedział. Brat przecież tego nie chciał! Będzie musiała stopniowo wypłacić mu pewną sumę. To będzie trudne. Ale ona to zrobi! Weźmie sobie porządnego męża i razem wszystko wyciągną na prostą. Dzieci chciała mieć, całą gromadkę, wszystkie miały wyrosnąć na silne i dzielne, tak jak ona i jej ojciec, i pomagać. – Jak to możliwe, że ojciec miał takiego syna? Biedny August! – Czy on kiedykolwiek czuł taką szczerą radość serca i cieszył się swoją krzepą? Czy czuł tę moc w każdym członku i chciało mu się krzyczeć ze szczęścia tylko dlatego, że był młody, silny i żył, a cały świat stał przed nim otworem?
– Ojciec był już stary – nie, właściwie stary to on jeszcze nie był – ale młody też już nie – i wciąż potrafił być radosny i cieszyć się swoją siłą. Byle tylko czasem nie był tak twardy – wobec obcych, a także wobec matki. – Ale poza tym byli bardzo podobni, ona i jej ojciec. Oboje kochali swój kawałek ziemi i swoją chatę ponad wszystko – a potem las, jego też kochał.
Weszła na wzgórze i stała teraz między wysokimi, czerwonymi pniami. Gałęzie cicho ocierały się o siebie, a przez igły przechodził szepczący szum. Objęła ramieniem pień i przytuliła do niego policzek. Jakże go kochała! Czy inni ludzie też czuli to tak w sercu, gdy wiatr szedł górą przez korony drzew – tę dziką radość? I tę chęć, by wbiec głęboko w zielony mrok i myśleć, że samemu jest się sarną albo lisem?
Cóż za dziwaczka była z niej – takich głupich myśli nie miał przecież nikt. – Chciała iść do innych dziewcząt. Gdyby one wiedziały, co ona sobie tak myśli! – Ta „głupia Berta”, nazywano by ją, albo „Berta Hahnów jest zwariowana”.
Emma Menzel była jedną z wielu przyjaciółek Berty. Jej ojciec, obok pracy chałupniczej, otworzył małą gospodę. Dom stał tuż przy lesie. Z jednej strony ogród graniczył z niskim młodnikiem, z drugiej srebrzyście lśniły pnie białych brzóz. Dziś delikatne gałązki brzóz mieniły się czerwonawym blaskiem i drżały, jakby wzbierające w nich wiosenne soki nie dawały im chwili wytchnienia.
– Rozciągały swoją delikatną sieć na tle ciągnących białych chmur, a igrające światła słoneczne prześwitywały przez nie, rzucając rozedrgane plamy na słomianą strzechę i na rozgadane postacie przed drzwiami domu.
Emma Menzel opierała się o framugę drzwi. Była szerokookostna i blondwłosa. Między pełnymi, czerwonymi wargami lśniły mocne, białe zęby, a nad całą dziewczyną unosiła się tryskająca radość życia. – Śmiała się głośno z zaczepek młodych chłopaków i szturchnęła Martę Pohl łokciem.
– „Ty Emma” – powiedziała trzecia dziewczyna – „tam idzie Berta Hahn”.
Powitał ją głośny, rozgadany zgiełk, gdy pchnęła furtkę do ogrodu, i od razu znalazła się w samym jego środku, będąc jedną z najbardziej żywiołowych dziewczyn.
– „Ty Emma, kto to jest ten nowy tam?” – szepnęła.
– „To syn wdowy Stilke. Jest parobkiem w Heidersdorfie na majątku. Matka jest chora, dlatego tu przyjechał żeby ją doglądać". Walter Stilke zachowywał się wesoło.
Oczy Berty spotkały się z oczami tego nowego. Były jak błękitne, migoczące płomienie. Tkwił w nich nieustanny śmiech. Wyglądał na dużego, silnego i wesołego. Musiała znowu na niego spojrzeć. Jak to się działo, że było w nim coś tak promiennego? Miał przecież ciemny garnitur i ciemne włosy – to musiały być te jasne, wesołe oczy.
I znów napotkała jego wzrok, a teraz on podszedł i stanął obok niej.
– „Pewnie mnie już nie poznajesz, Berto?”
– „Byliśmy przecież razem w szkole przez pierwsze lata.”
– „Ach racja, teraz już też wiem, byłeś takim urwisem i przywiązałeś mi warkocze do ławki szkolnej. Ale wspinać się to ty potrafiłeś, oj, oj, to jeszcze pamiętam.”
On też wszystko jeszcze pamiętał. I przyszło mu do głowy, jak kradł z nią i paroma innymi spady z ogrodu nauczyciela, i jak nadszedł nauczyciel, a ona musiała zostać, bo było przy niej dwoje małych dzieci, które nie mogły przeskoczyć przez płot. A ty uciekłeś – dodała – tak, to też jeszcze pamiętała.
Potem nadeszła wkrótce pora obiadowa i każdy poszedł do swojego domu. Walter odprowadził Bertę aż pod same drzwi. – „Przyjdź no wkrótce znowu” – powiedziała na pożegnanie.
Gdy weszła w drzwi domu, przypomniały jej się słowa matki: „Kiedy człowiek ma pracę i jest zdrowy, to jest szczęśliwy. Niczego więcej nie potrzebuje.”
Dobry Boże, nie, ona chciała więcej – o wiele więcej. Była młoda i silna, a życie leżało przed nią. Ono miało dopiero nadejść!
Rozdział III.
W tej dziewczynie było coś dzikiego. Choć matka rzadko podnosiła lękliwe, małe oczy, to wewnętrznie widziała te silne, porywcze ruchy i czuła w sobie coś na kształt strachu, gdy dziecko pracowało obok niej. To była właśnie natura ojca. Jego przemożny pęd do życia utorował sobie drogę we wszystkich kierunkach i przetoczył się nad małą, lękliwą kobietą niczym burzliwa noc. O tym, co wycierpiała od tego silnego mężczyzny, nie mówiła; jej strach był na to zbyt wielki. — Ale gdy on, z lemieszem pługa na plecach, ciężkimi krokami schodził wiejską drogą, sąsiadki stawały razem przy płocie, wskazywały na chałupniczkę, a potem w górę na las, i szeptały między sobą, a słowo Leśniczy Halbe brzmiało przy tym wyraźnie. Potem załamywały ręce, kręciły głowami i z ważnymi minami wracały do swojej pracy. —
Ale Berta niczego z tego nie zauważała. Patrzyła tylko w górę na silnego ojca i śmiała się.
I choćby rozmowa innych dziewcząt o chałupniku Hahnie toczyła się w najlepsze — gdy rozbrzmiewał krótki, mocny krok Berty Hahn przy ogrodowym płocie, wszystko cichło; bano się jej bowiem. Dlatego dziewczyna pozostawała w głębi duszy samotna. Berty Hahn nie mogło zabraknąć przy żadnej zabawie, a rozmowa kleiła się o wiele lepiej, gdy ona w niej uczestniczyła. Ale miała w sobie coś tak silnego, niemal twardego, co czyniło ją dla nich obcą. Nigdzie jednak nie dopuszczano jej do siebie całkowicie, do tego najcieplejszego, najprzytulniejszego kąta serca. Wyczuwała to instynktownie i szukała pocieszenia u ojca albo na dzikim pustkowiu. —
Był to najpiękniejszy czas w roku, kiedy wiosenna praca została wykonana i nadchodził czas oczekiwania, gdy owoc rośnie i dojrzewa na polu, pod ziemią i tam w lesie. Cichy czas nasłuchiwania, gdy powietrze ciężkie jest od rodzącej się obfitości. W tym czasie, gdy sadzenie ziemniaków minęło, szła zbierać jagody. Wszystko stało w bezruchu, igły sosen i błyszczące, sztywne listki czarnych jagód, i okrągłe granatowe owoce. Wszystko wstrzymywało oddech i wciągało w siebie słońce, by oddać je z powrotem ciepłą błogością zapachu. Kiedy wpatrywała się w drobiny kurzu tańczące w złotym promieniu, widząc, jak światło drży czerwonawym blaskiem na pniach i ściele się na leśnym runie niczym rozlane złoto; gdy jakby we śnie dobiegało ją odległe stukanie dzięcioła – tuk, tuk – wówczas zuchwały błysk znikał z jej złotych oczu, a na świeżych, czerwonych ustach gościła łagodność. Wtedy rzucała się pod sosnę i wyciągała ramiona na ciepłym leśnym mchu. I było to tak błogie uczucie jedności z pulsującym, cicho szumiącym w głębi życiem i wokół niej, że pośpiech i napór w niej zdawały się zapadać w sen i nie pozostawało nic poza sennym marzeniem i wyczekiwaniem. —
W takim właśnie czasie zdarzyło się, że Walter Stilcke wracał leśną ścieżką do swojej rodzinnej wsi. Powietrze stało nieruchomo między sosnami, a promienie słońca paliły. Kurtkę i czapkę powiesił na kiju i niósł je przez ramię. Jego koszula błyszczała bielą spomiędzy pni, a na czole perlił się pot. Nagle zatrzymał się i wysunął głowę daleko do przodu, badając wzrokiem otoczenie. Coś czerwonego świeciło tam z tyłu. To była kobieca spódnica. Ostrożnie podszedł bliżej. Pod sosną leżała dziewczyna, z twarzą skierowaną w dół, brązowe ramiona rozłożone na leśnym mchu. Czerwona spódnica tylko częściowo zakrywała mocne, bose nogi i stopy, a nad wszystkim migotało letnie słońce. Tylko przez chwilę migoczące niebieskie oczy spoczęły pożądliwie na tej postaci. Wtedy ona zerwała się gwałtownie. Było w niej coś z instynktu leśnego zwierzęcia. To, co miękkie i rozmarzone, zostało jakby zmazane. Zrobiła kilka kroków w jego stronę.
„No, co tak stoisz i się gapisz?” zapytała zła.
„Ale Berto, co to ma znaczyć — przecież zwykle taka nie jesteś!” powiedział on, a śmiejące się spojrzenie znów przeniknęło w jej oczy. Było coś tak radosnego, przyjaznego w całym tym człowieku, że nie potrafiła utrzymać swojego szorstkiego tonu. Stała niezdecydowana.
„Mogę się przysiąść na chwilkę?” zapytał. —
„Zabronić ci tego przecie nie mogę” powiedziała, ale w jej głosie brzmiało to już jak śmiech. —
Siedzieli więc obok siebie. Małe żuki spieszyły się po leśnej ściółce, sarny spoglądały z daleka, a leśne gołębie cicho gruchały. A on patrzył na nią z boku i chętnie objąłby ją ramieniem, gdyby nie coś tak wrogiego, co błyskało w jej oczach. Ale podczas gdy rozmawiali o tym i owym, ona również spoglądała na niego z boku i znów pomyślała, że jej się podoba. Ale co w nim było takiego, co wydawało się tak zupełnie inne niż u ojca? Kiedy patrzyła na ojca, myślała czasem: Mógłby mnie teraz podnieść i rzucić byle gdzie, a ja nic bym nie zrobiła – taką ma krzepę”. A ten tutaj — on też pewnie był silny — ale inaczej; czuło się tylko, że jest wesoły. Ale gdzieś czegoś brakowało, a jednak coś ciągnęło ją do niego i było jej tak dobrze i spokojnie obok niego w cichym, letnim lesie.
A Walter poczuł badawcze spojrzenie i spróbował przysunąć się bliżej i objąć ją ramieniem. Ale ona odsunęła się.
„Nie, nie, tak to nie” powiedziała znów szorstko. A gdy spróbował jeszcze raz, wstała, wzięła kosz jagód i poszła do domu.
Rozdział IV.
Chałupnik Hahn miał kawałek łąki z tyłu pod Heidersdorf. Łąka leżała w leśnym zakątku i tego ranka cienie drzew kładły się błękitem na trawie. Na każdym źdźble wisiała rosa i leżała w każdym kielichu kwiatu, a gdzie chałupnik i jego córka stąpali, tam trawy kładły się, jakby były zmęczone. Cały świat był jeszcze wilgotny i spowity w błękitną mgłę, ale tam, gdzie trafiały skośne promienie słońca, lśniło jak zielone złoto:
Świst, świst, świst – szła kosa, a perły rosy iskrzyły się. Grabie zagarniały źdźbła i rozrzucały umierające rośliny. Tylko skromne życie zostało tu złamane. Ziemia dała z siebie to, co najlepsze. Ale ta leśna łąka nie mogła rozpostrzeć niczego bujnego ku słońcu, zwłaszcza w tym suchym roku. —
Świst-świst – szła kosa, a pod białą chustką stała Berta, z czołem pełnym perlistego potu. Szczaw, jaskry i niebieska lobelia oraz zielona — zielona trawa. — I coraz bardziej złociście świeciło słońce. Świst, świst. Teraz chałupnik zatrzymał się, odwrócił kosę i ostrzył ją z namysłem. Wydawała śpiewny ton. —
„Już jest za ciepło — To już nie idzie dobrze. Ale ten kawałek musi jeszcze zniknąć, żebyśmy potem mogli zacząć po drugiej stronie.”
Poranek stawał się coraz gorętszy, ale równomiernie, jak stalowe narzędzie, ramiona kołysały się tam i z powrotem. Świst, świst i w szerokim rozkroku postępował naprzód — powoli — miarowo, nie oglądając się — i w końcu było zrobione. — Wtedy przeszli, by zacząć po drugiej stronie. —
Ciepły zapach siana otaczał ich, gdy usiedli przy stercie na drugie śniadanie. Powietrze drżało od słońca, a dal była gęsta od mgły. — Słomiane chaty leżały jak leniwe zwierzęta pośród zakurzonych pól, a dookoła, jak ciężkie, groźne monstrum, las trzymał swoje ramiona rozpostarte. —
„Całe szczęście, że zerwał się wiatr!” powiedziała Berta, a chałupnik przytaknął.
„On tylko przegania burzę,” powiedział kręcąc głową. „No, jak wytrzyma, póki siano jest w środku, to będzie dobrze. Ale potem musi lunąć. — Spójrz tylko na zboże.”
„Tak, marnie to wygląda” – przytaknęła.
Chałupnik potarł zapałką o nogę i zapalił fajkę. „Dziś trzeba uważać z ogniem,” powiedział i zgasił zapałkę starannie, zanim ją odrzucił. — Berta nasunęła chustkę głęboko na czoło i trzymała oczy pod nią na wpół przymknięte. Wiatr wzmógł się i gładził ją przyjemnie po gorących policzkach; ale był to gorący, niesamowity wiatr, a gdy przechodził przez sosny, brzmiało to jak jęk. — „Już czas,” powiedział chałupnik i wrócili do pracy. —
Gdy Berta trzymała w silnych ramionach ogromną wiązkę siana i właśnie chciała ją ułożyć na stercie — ostre źdźbła stały jej aż do twarzy i ocierały się o jej ciemnoczerwone policzki: wtedy zatrzymała się nagle, a jej jasne oczy patrzyły sztywno na wprost.
„Słuchaj no, tato!”
„No co tam? — Niech to szlag, — trąbią!”
„A słuchaj no, dzwony biją, gdzieś musi być wielki ogień.”
„Tak, tak... a nie, nie. Patrz no tam... nie, nie, bardziej w prawo — tam jest aż czerwono od dymu!”
Zeskoczyła ze sterty siana, chwyciła go za ramię i spojrzała w kierunku, w którym wskazywał, a jej oczy rozszerzyły się. „Ach, na miłość Boską, tato, stamtąd wieje wiatr.”
Drżenie przeszło przez mężczyznę — „Dziś może spłonąć cały las. — „No, chodźże, dziewczyno, chodź, rzuć wszystko, musimy pomóc gasić.” —
Weszli do wsi. — Tam był już posłaniec, a większa część mężczyzn była w drodze do pożaru.
„Ale nie pod wiatr,” krzyknął posłaniec. „Pędzi bardzo szybko, od strony z której wieje, powinniście się pospieszyć.”
Ale gdzie była strona ognia? Widzieli tylko wielką chmurę dymu nad całym lasem. — Kilku mężczyzn, którzy nie mogli od razu podążyć za posłańcem, stało radząc. Walter Stilke był wśród nich. Poszli w górę leśnym duktem.
Wiatr zmienił się w wichurę, — wyjąc wyginał sosny. —
„Ludzie, tu przecież idzie wiatr, tu idziemy prosto w ogień,” powiedział chałupnik Hahn. Zawrócili i poszli jeszcze raz przez wieś, by podejść z boku.
Blisko skraju lasu leżało gospodarstwo.
„Ach, na miłość Boską! Ludzie, pomóżcie mi wyprowadzić trochę bydła, chałupnika tu nie ma!” lamentowała stara kobieta.
Mężczyźni pobiegli do stajni, a Berta z nimi. Było tak, jakby wyciągała cielaka siłą, gdy poczuła nagle parzący gorący wiatr. W tej samej chwili powietrze przeszył huk przypominający potężne organy i świszczący szum. Całkiem oszołomiona spojrzała w górę. Wtedy nadeszło to pędząc przez wierzchołki sosen niczym trzaskający koniec świata – czarne, z migoczącymi czerwonymi jęzorami.
„O Boże Wielki — o Boże Wielki — dziecko mojej córki!” krzyczała staruszka.
„Gdzie ono jest,” odkrzyknęła Berta.
„W komorze w środku.”
Już iskry padały jak deszcz na słomiany dach. Ona sama nie wiedziała, jak dostała się do komory i przycisnęła małe, ciepłe ciało dziecka do piersi.
„Mamuś, światełko” – powiedziało, sięgając w stronę blasku.
Rzuciła się pędem przez izbę, szukając po omacku drzwi, silne ramię chwyciło ją w pasie i pociągnęło ze sobą. To był Stilke, który na drugim ramieniu niósł pełno rzeczy. Gdy wyszła z drzwi, zobaczyła ojca znikającego w dymie na wiejskiej drodze. Jedną ręką ciągnął za sobą krowę, drugą popychał lamentującą kobietę.
Berta chciała biec za nim.
„Więcej już nic nie zrobimy” – powiedział Walter – „tamte dwa kolejne domki też już zajęły się ogniem”.
Przedostali się aż do środka pola ziemniaczanego za domem. Tam rzucili się na ziemię. Na stojąco nie było już powietrza do oddychania. Płasko na ziemi było lepiej.
Dziecko położyła obok siebie i strącała ręką iskry, które na nie spadały. To była głucha groza nad nią. Dookoła huczało i syczało, a czerwony żar i czarny dym zdawały się wypełniać cały świat. — Ach, tylko powietrza — tylko jeden oddech świeżego, czystego powietrza. — Ale tylko nowe chmury dymu, czarne i brudnożółte, przewalały się nad nimi. I to przerażające trzaskanie i wycie nie chciało ustąpić ani na chwilę. Czy to był koniec świata? Co robili brat i matka? Ale myśleć nie mogła, tylko strącać iskry i walczyć o oddech. Co jakiś czas dotykało jej jakieś „coś”. To był Walter Stilke, który gasił iskry na jej sukni. Ten to był więc w jej pobliżu. — Jak długo to potrwa?
„Ciociu, ja nie mogę oddychać,” powiedziało dziecko.
„Zaraz będzie lepiej, czekaj no,” i próbowała się rozejrzeć. Ale wciąż świat był w tym straszliwie trzaskającym dymie, z którego wyłaniały się pędzące czerwone języki. Ona nie wiedziała: czy leżała tam tylko chwilę strącając iskry na ziemi, czy całą wieczność? Widziała brązową, bulwiastą ziemię i kilka kamyków — wciąż na nowo widziała te kamyczki i jeszcze po tygodniach wiedziała, jak wyglądały. — I wtedy oddychanie stało się nieco mniej kurczowe. Odważyła się rozejrzeć i usłyszała, jak Walter Stilke od czasu do czasu dodaje jej otuchy. — I zaczęła myśleć o innych, ojcu, matce i bracie, jak im się wiodło! —
I nagle, jak światło w ciemności, usłyszała głos ojca i zerwała się na nogi. Stał tam doprawdy. Chwyciła go za ramię. „Ach nie, nie, tato, że ty żyjesz.” —
On na to pozwolił. „Dziewczyno, bardzo cię szukałem. — Zrobiło się trochę jaśniej, wiatr wywiał stąd dym. Chodź no ze mną, tam na górce jest lepiej. A ty, Stilke, weź te rzeczy a ty Berta nie zapomnij tego dziecka.” —
Ale ona miała je już w ramionach.
Po drugiej stronie wsi było wzniesienie na wolnym polu. Gdy podeszli bliżej, rozróżnili tam ciemne masy. „Tam przeklina cała wieś,” powiedział chałupnik. Krowy i świnie, i wózki dziecięce, i pomiędzy tym rudawe i białawe sterty pościeli, i co jeszcze zdołali uratować. Niektóre kobiety kucały płacząc i lamentując z dziećmi na ziemi; inne załamywały ręce i opowiadały, jak to u nich było. Kilku chałupników klęło i złorzeczyło na utracone bydło i krzyczało głośno, jak wszystko powinno było zacząć się inaczej. Pomiędzy nimi stały ponuro wpatrzone przed siebie postacie, których ukochane stare gospodarstwo leżało w popiołach i które nie chciały wierzyć w żadne odszkodowanie. Był to bezładny chaos, w który weszła Berta. Pociemniałe niebo rzucało na to niepewne, upiorne światło. Do tej pory była jak odrętwiała z grozy; teraz obudziła się do czucia. Czy ci ludzie wszyscy teraz stali się żebrakami — tak za jednym zamachem?
„Tak, ogień pędzi bardzo mocno, aż do Flennen” usłyszała jak mówi jeden mężczyzna. „Uważaj, chałupniku Hahn — Fuchsgraben też spłonie!”
Co, Fuchsgraben? Nie, nie, to nie mogło być! Tak zmiażdżeni i zniszczeni jak ci ludzie, mieliby być silni chałupnicy Hahn? To nie było możliwe!
Słuchaj! Klekot wozów i trąbienie.
W te stłoczone gromady uciekinierów wstępuje mrowiące poruszenie, jak gdyby były to mrówki.
„To leśnicy — leśnicy”.
Tak, tam jest wóz straży pożarnej, który przedarł się do odciętej wsi.
Przybyli wozami, by ich zabrać! Powinna nadejść pomoc! Jakieś westchnienie ulgi przechodzi przez tłum. Ale wszyscy silni mężczyźni, którzy tam są, mają najpierw iść do gaszenia.
Chałupnik Hahn jest jednym z pierwszych, który jest na wozie strażackim.
„Możesz jechać z nami, Berta.” Zaraz zostaje też wciśnięta na w pełni zapakowany wóz.
Przez szparę, ponad czyimś ramieniem, widzi pędzone konie. Rozlega się turkot, szczęk i dudnienie, gdy te pędzą w dół drogą. Z prawej i lewej strony sterczą czarne, tlące się drzewa i teraz droga wiedzie przez korzenie i wzdłuż spalonych pni, coraz głębiej w opary, naprzód — naprzód. Tam płomień liże jeszcze ziemię. Tam pełza językami przez czarny, zesztywniały młodnik. Po lewej jest jeszcze bujne zielone życie. I tam — tam jest trzaskający płomień tuż przed nimi. —
Kilka twarzy blednie jeszcze bardziej, a dwóch lub trzech mężczyzn zsuwa się z wozu. Z głębokich oczu chałupnika Hahna błyska pogarda. Chwyta swojego sąsiada za ramię i potrząsa nim.
„Też chcesz zwiać, ty psie? Myślisz tylko o tej swojej nędznej skórze*, a o lesie to nie?”
„Chałupniku Hahn, przecież oni wiozą nas za blisko!”
„Ech, prosto w ogień powinni was zawieźć — wy!”
Są tam też inne oddziały gaśnicze. Są ludzie z Heidersdorf i Fuchsgraben. — Między drzewami stoi wóz z napojami i żywnością. Berta zostaje tam przydzielona i musi pomagać przy rozdawaniu. Stąpanie jest prawie nie do zniesienia. Rozżarzona ziemia przypieka bose stopy. Ale ona niesie swój dzban tuż pod sam ogień, gdzie pracują ci na przedzie. Tam widzi też Stilkego. Hej, jakże on wywija swoim toporem! Wióry lecą! Potrafi się szybko ruszać. — A mężczyźni piją jak umierający z pragnienia. Ona biegnie z powrotem i znowu tam; jak często, tego już nie wie. —
Z trzaskiem przewracają drzewa na ziemię.
— Tam — tam nadchodzi stado zwierzyny — przodem przez trzeszczące gałęzie, z królewskim porożem odchylonym daleko do tyłu, w dzikiej ucieczce potężny jeleń, za nim cztery, pięć, osiem sztuk i więcej. Oczy wychodzą im z orbit — sierść i nogi są poparzone, — nie, ona nie może na to patrzeć i zamyka oczy.
„Przeszły,” krzyczy mężczyzna obok niej. —
„Ponad ludzkimi głowami”. —
„Patrz no na chałupnika Hahna, jak łypie”. —
„No, ten to pracuje jak głupi, on się jeszcze zaharuje na amen”.
„Jo, jo, leśniczy już go dwa razy pochwalił”. —
„No tak, pasuje mu dobrze żyć z leśniczym”.
„No, jemu naprawdę bardzo zależy na lesie, nikt tego nie wytrzyma, jak on to robi — popatrz tylko”. —
Ojciec? Był tam, tuż przy żarze!
Wyglądał już zupełnie czarno po tej krótkiej godzinie! — Widziała go w blasku pożogi, bo światło dnia prawie już całkiem zniknęło. Czy ojciec się zaharowywał? — Ach nie, był przecież taki silny. —
„Wy ludzie,” zapytała, „słyszeliście, jak tam sprawy się mają w Fuchsgraben?”
„Spłonęło, a palą się jeszcze dwie albo trzy wsie!” krzyknął mężczyzna przez ramię.
Przycisnęła dzban do piersi i stała nieruchomo; nie, to nie była prawda, to nie mogło być prawdą. Ona tego nie chciała. — Patrzyła tępo prosto przed siebie. Tam w dole ogień biegł jak wściekłe, żarzące się węże przez wrzosowisko. A w górze toczyło się to dalej z trzaskiem, potężnym walcem czarnego dymu nad wszystkim. A gdzie to monstrum pędziło, tam migotało światło nad ludźmi w ciemnej nocy, która teraz zaczęła zapadać. Cóż ona chciała zrobić przeciwko temu czemuś strasznemu? —
A jednak — a jednak! Czy nie mogła tam pójść i sprawdzić, jak wygląda sprawa z ich domkiem i matką? — Płomienie szalały pomiędzy. — Więc dalej do pracy! I zmusiła myśli do powrotu do duszy i chwyciła za robotę, gdzie potrzebna była pomoc. Ściągnęła brwi tak, że wyglądały jak czarna kreska, a oczy patrzyły spod nich prawie czarno. Tylko nie myśleć — to nie mogło się zdarzyć — naprzód i nie myśleć! A kiedyś to musiało mieć przecież swój koniec. —
I w końcu nadszedł koniec. — Powoli straszliwy wiatr zaczął cichnąć, jakby Matka Natura zaczęła w ślepym bólu wściekać się przeciwko samej sobie, a teraz paszcze szalejącego bólu wyczerpały się i jęcząc zapadły w trupi sen. Cicho rosiły zmęczone łzy nad obrazem zniszczenia. A zmaltretowani, rozpaleni gorącem ludzie wzdrygali się w swoich mokrych koszulach, gdy cichy, chłodny deszcz zaczął kapać. Powoli opuszczali ramiona. — Rozstawiono warty, a pozostałe oddziały wycofano. —
Drżąc ze zmęczenia i zimna, Berta szukała wozów, które jechały do Fuchsgraben. — Tam opierał się już o drzewo ojciec obok jednego z wozów. — Wyglądał czarno i niesamowicie, a oczy miał takie błędne. — Wsiadł na wóz, a zdawał się wcale nie zauważać, co robił. — Czyż jej wcale nie widział? —
Znowu terkotały wozy po korzeniach, a kopyta końskie i grzechotanie kół brzmiało głucho na leśnej ziemi. — Panie Boże, jak wolno jechali — zaszczute zwierzęta nie mogły już więcej. Mozolnie — mozolnie szło to przez noc, a nędzny zapach spalenizny gryzł w oczy i gardło, a dookoła nie do poznania, czarne, żarzące się, dymiące masy. Cicho i zmęczeni ludzie wisieli i opierali się na wozie. Co zastaną w domu? Jedni mówili, że wieś spalona, inni, że nienaruszona. — Wrażenia dnia były zbyt potężne; byli zbyt zmęczeni, by zmieniające się wiadomości mogły ich wstrząsnąć. —
„To były rewiry Fuchsgraben,” powiedział woźnica. To czarne, dymiące martwe coś? Więc wokół Fuchsgraben las był martwy. — Hahnhäusler gapił się tam i nie powiedział ani słowa. —
Ale tu i tam — tam były jeszcze zdrowe drzewa — w świetle latarni widziało się to wyraźnie, i tam stał jeszcze nienaruszony młodnik, a co to było?
— Światła — światła z chat w Fuchsgraben. — Wtedy ożyli.
„Patrz no, Pohl! Patrz no, mój domek musi jeszcze stać!” —
„Ach Boże, ach Boże, nie nie, Menzel! Tam żona chyba jeszcze pali światło u nas!”
„Patrz no, Berto Hahn, na polach też się nic nie stało!” —
Chwytali się nawzajem i potrząsali, klepali się po kolanach, śmiali się i płakali. Teraz dopiero poczuli, jak wielki był strach. — Tylko chałupnik Hahn pozostał niemy i sztywny, i nikt nie ważył się do niego odezwać. Jego dziecku łzy ciekły po policzkach. Zobaczyła zboże na swoim polu w świetle latarni. Spod jej słomianego dachu mrugało światło. I musiała komuś podziękować — komu tylko — dobremu Bogu? On był tak daleko: I tak chwyciła rękę żony Menzla i Pohla, i śmiała się przy tym, i znowu płakała, i patrzyła tam, i nie mogła się napatrzeć na to małe, żółte światełko.
A potem wybiegły im naprzeciw ciemne postacie i wołały: „Czy jest tu Pohl?”
„Macie Menzla ze sobą i tego Rekzeh?”
„Jest tam chałupnik Hahn i Berta?”
To był głos Augusta i Berta zrobiła sobie łokciami miejsce, zeskoczyła z wozu, rzuciła się bratu na szyję, prawie go dusząc, i popędziła dalej do chaty, i krzyczała całą drogę i aż w izbie:
„Mamuś — Mateczko, my wszyscy znowu tu jesteśmy, ja i tato, i wszyscy nasi ludzie.” I gdy mała kobieta ją puściła, zobaczyła dopiero, jak wynędzniale wyglądała. —
„Powiedzieli nam przecież, żeście się spalili, Berta, ty i tato — ach Boże, nie, nie — ach Boże nie, nie.”
„A i Fuchsgraben wkrótce by nie ostało,” powiedział August.
„No tak — no tak, opowiadajże, August, jak było.” A oczy Augusta stały się wielkie, gdy mówił. — Został właśnie wysłany przez mistrza do pewnej pracy w stronę Fuchsgraben, gdy zaczął się alarm pożarowy. Wtedy poszedł od razu naokoło, żeby zajrzeć do matki. —
„To ty nie pojechałeś gasić?” wtrąciła Berta.
„Matka była sama.” „Tak, tak, bardzośmy się bały,” powiedziała Matka, „i kto miał pomóc ratować bydło, gdyby tu przyszło?”
Widziały, jak czerwony blask i straszliwa chmura dymu rozpościerały się dalej i dalej po niebie. Coraz bliżej i bliżej to podchodziło. — Wtedy zaczęły głośno się modlić. Ale ogień wyrósł wysoko. — Wtedy August wziął Biblię, zamknął oczy i otworzył na pewnym fragmencie. — Oczy Augusta były szerokie i ciemne. „I słuchajcie no, co to było: Gdy pójdziesz przez wody, nie zatopią cię, a gdy pójdziesz przez ogień, nie spali cię on. Tak dziewczyno, wtedy wiedzieliśmy już, że to nie przyjdzie. I jak wyjrzałem przed drzwi — to wiatr się odwrócił i nie pali się już na nas.”
Berta w swoim wzburzeniu słyszała tylko połowę; chciała wiedzieć jeszcze więcej, ale wtedy ojciec wszedł do izby, podał im wszystkim rękę, usiadł przy stole i położył na nim wielką pięść. I gapił się teraz na blat stołu tak, jak gapił się przed siebie w lesie, a w świetle lampy wyglądał przerażająco. —
„Wielki Boże, co jest z ojcem,” szepnęła chałupniczka.
„Szkoda mu bardzo lasu,” odpowiedziała Berta. I wtedy stała się znów cichsza i po raz pierwszy jasna myśl dotarła do jej świadomości: „Mój Boże, jak to jutro będzie u nas wyglądać?” Ale potem zmęczenie przyszło znów z gigantyczną siłą i oczy prawie jej się zamykały. Nie mogła prawie nic zjeść, tak była wygłodniała, i ledwie jej ciężka głowa dotknęła szorstkiej poduszki, zapadła w sen, ciężki jak ołów.
Dziwna to rzecz z człowiekiem. Dziś może szerokimi oczami gapić się w sam środek bezdennych czeluści, gdzie w nocnej grozie śmierć i życie zmagają się ze sobą. Może odczuwać swoją żałosną maleńkość jak unicestwienie i może z tęsknie rozpostartymi ramionami macać w niezgłębiony świat Wieczności, którą przeczuwa. — Następnego ranka wstaje nowe słońce — to wiecznie stare. I przed jego łóżkiem na stołku leży stary garnitur z wczoraj i przedwczoraj — a na zewnątrz gdacze kura, jabłoń stoi na starym miejscu i jabłka zaczynają łapać rumieńce. Cichy wiatr porusza zbożem, a praca czeka. Wtedy przeciera on oczy i otrząsa się. Do południa chwyta go to jeszcze czasami, jak zimna ręka na karku, a pod wieczór, gdy zapada zmierzch, jest mu tak, jakby musiał złożyć ręce i odmówić Ojcze Nasz. Ale gdy lampa stoi na stole i jego bliscy siedzą wokół niego, wtedy dobrze jest opowiadać o grozie wczorajszego dnia. I zanim człowiek się obejrzy, stało się to historią, którą czyta się w książce. Siedzi w spiżarni pamięci, dobrze schowana w swojej szufladzie. Ale nie ma w tym nic żywego, co by tworzyło, płodziło i nowe iskry krzesało z duszy. —
Tak powiodło się większości w Fuchsgraben. I także ludzie od Hahna wrócili na swoje stare, utarte tory. W zachowanie Berty wstąpiło jeszcze więcej gwałtowności i rzadko siedziała choćby chwilę spokojnie; ale śmiała się i paplała jak dawniej.
Tylko chałupnik Hahn był odmieniony. Nie mówił prawie żadnego słowa, a jego oczy nie chciały stracić tego błędnego spojrzenia. Także nie było mu tak lekko, jakby dźwigał cetnarowy ciężar na plecach, i gdy się obracał, było to wolniejsze niż zazwyczaj. —
„Ty, Berta,” powiedział August, — „popatrz no na ojca, on nie może przeboleć lasu.” A pod ciężkimi brwiami patrzył na ojca współczująco.
Ale Berta warknęła na niego: „Co mam niby widzieć? Tato jest trochę zmęczony, daj mu spokój.” — Nie chciała widzieć. Ale niepokój rósł.
Rozdział V.
— Berciu, te grabie i widły, co nam spłonęły, musimy znowu mieć. — W Heidersdorf mają taki skład rzeczy dla pogorzelców. Mogłabyś tam skoczyć i coś przynieść. —
— Tak, tato. —
— Poczekaj lepiej, aż August będzie mógł iść z tobą, Berto. W tym spalonym lesie jest tak nieswojo. — Matka powiedziała to pospiesznie i chwyciła córkę za ramię. —
Gospodarz odwrócił się. — Tak, dziecko, matka ma rację, możesz tyle poczekać. —
— I co też wam przyszło do głowy. Cóż mi las może zrobić — i zaśmiała się.
Ojciec spojrzał na nią badawczo. — Nie boisz się ani trochę? — Nie? — No to niech idzie, matko. —
Po południowym posiłku wyruszyła. Tuż przy pasku opinała się fałda podwiązanej spódnicy, a spod niej widać było przy każdym kroku ruch sprężystych bioder. Stawiała stopy pewnie, jakby ziemia, po której stąpała, należała do niej. Spod białej chusty na głowie jej oczy patrzyły śmiało w dal, niemal ciekawie na nadchodzące życie. W policzkach tętniła młoda krew, czysta i świeża jak wczesny jesienny poranek, a usta były na wpół otwarte, jakby od niewyśpiewanych pieśni. To straszne, co przeżyła, zostało głęboko zepchnięte i zasnęło w jej duszy. Cieszyła się wolnością i daleką wędrówką, nieprzygnieciona żadnym ciężarem. —
Teraz minęła ostatnie zielone drzewa, — po raz pierwszy od nocy grozy wkroczyła do martwego lasu. — Coś jak zimna dłoń przesunęło się po jej pełnych życia policzkach. — Powietrze nieco się ochłodziło, ale wciąż było duszne, a niebo jednostajnie szare. — I bezgłośnie, nieruchomo w tę szarość wyciągały się czarne gałęzie, czarne igły, wysokie czarne pnie. A daleko i bez ruchu na ziemi rozpostarta czarna — nieskończenie czarna płachta. — Ani szelestu, ani ruchu, nigdzie ptasiego zawołania ani cichego trzasku gałązek pod krokiem zwierzyny — czarny spokój — spokój śmierci.
Zatrzymała się i przycisnęła pięści do piersi. Gdzieś przecież musiało być coś żywego, coś zielonego albo mały żuk — pająk. Rozglądała się — nic. Pochyliła się nisko i szukała ręką — nie, nic — zupełnie nic — tylko daleka czarna cisza. — Wtedy ściągnęła brwi, zacisnęła zęby i ruszyła naprzód. Szła szybko, wbijając wzrok w ziemię.
Nagle doszła do młodnika i mimowolnie spojrzała w górę. Aż nią wstrząsnęło. Czyżby drzewa były spowite żałobnymi welonami? Od góry do dołu zwisały straszne sploty, i w bezlitosnej jednostajności, jedno przy drugim, stały te czarne warty po prawej i lewej stronie drogi i dalej, i dalej, czarno przystrojone i ciche, jedno za drugim, coraz dalej, i żadna dal nie wydobywała kolorów — dalej i dalej nieskończona czerń i małe ostre czarne trupy — tysiące i tysiące. — Znowu spojrzała na ziemię i stawiała stopy pewnie i szybko. —
Jak długo mogła iść? Godzinę? Musiała się zatrzymać. Co to było? Oddech nie chciał wyjść z jej piersi. Ścisnęło ją tam coś, jak żelazna obręcz. — Znowu stała pośród strzelistych, czarnych umarłych. — Ach Boże — to było przecież straszne! Cóż to było? Czy była na cmentarzu z samymi nieprzykrytymi trumnami? Przecież to tylko drzewa — drzewa — rośliny, a tu i ówdzie martwe zwierzęta. Żadnych ludzkich zwłok. Czy nie mogła tego pojąć? — Tak, ale były martwe — zupełnie martwe. — Żadnego tętniącego, pęczniejącego, wybuchającego kolorami życia. — Żadnego tajemnego dawania i brania z ciemnej, mszystej ziemi w górę ku falującym wierzchołkom. Żadnego rozprzestrzeniającego się bytu aż po błękitne, ukryte, tajemniczo szepczące głębie. Tylko w niej — w niej samej było to dzikie falowanie i ruch, to pożądliwe gorące życie. Tutaj zostało przerwane — nagle, nieodwołalnie. I było to jak wyrzut, że w niej wciąż pulsowało, oddychało i przędło — a tutaj wokół milczało, — bezgłośnie milczało. — O, ta cisza!
Ogarnęła ją straszna groza i tęsknota aż do łez za zieloną gałązką, — ach, choćby za jedną jedyną żywą zieloną gałązką. Ale żadnej nie było. I znowu się zebrała w sobie, zacisnęła pięści i popędziła naprzód. — I doprawdy — musiała biec szybko, bo oto był już ostatni zakręt przed Heidersdorfem. Droga zwykle trwała dwie godziny, ona musiała ją przebyć w półtorej. Tam w oddali widziała ludzi pracujących między spowitymi dymem domami, mogłaby krzyczeć z radości — głośno wołać i biec do nich z wyciągniętymi ramionami; ale wstydziła się. — Teraz przechodziła przez kawałek ziemi, który był ich łąką. Nagle przypomniały jej się małe żółte jaskry i poczuła ból gdzieś głęboko w sobie. —
Ludziom rzuciły się w oczy wielkie, przerażone oczy dziewczyny, gdy odbierała grabie i widły. Pokazywali jej czarne mury i zwęglone bydło. Ale ona prawie nic na to nie mówiła. Potem pokazali jej jeszcze małe drzewko owocowe, które zaczęło wypuszczać nowe pąki liści. Nie dało się pokonać potężnemu olbrzymowi zniszczenia. W nim wiecznie młode życie obudziło się na nowo i nie szczędziło czasu, by działać i rosnąć. — O, jakże wstydziła się przed ludźmi, wielkie łzy spływały jej po policzkach, gdy patrzyła na to małe drzewko. — Ach, zostać tutaj przy tym drzewie i przy ludziach, i nie musieć wracać do tego strasznego lasu! Ale nie chciała się poddać. — Zarzuciła sprzęt na ramię i poszła. —
I było tak, jakby przywykła do otaczającej ją grozy. Nic już jej tak bardzo nie uderzało, wiedziała już przecież wszystko, co zobaczy, gdy podniesie wzrok z ziemi. Tylko dziwne, głuche, martwe uczucie otaczało ją i przenikało do samego serca. I w tym oszołomieniu krążyły myśli, nad którymi nie panowała. Słyszała własny krok: Tapp — Tapp — i zawsze Tapp — Tapp. I nie wiedziała dokładnie, czy idzie tu nadal ze swoich lat szkolnych, wciąż Tapp — Tapp? — Szkoła była w Heidersdorfie i przemierzała tę drogę dwa razy dziennie, zawsze Tapp — Tapp. — I po co stawiała tyle kroków, dokąd to właściwie prowadziło, patrząc z perspektywy czasu, gdy w małych pantoflach z pajdą chleba w tornistrze pokonywała tę drogę, aż do teraz przez martwy las? I czy będzie tak szła dalej — Tapp — Tapp — aż też stanie się tak cicha i martwa jak on. Ale dokąd właściwie tęskniła? Na co się cieszyła? Kiedy myślała o odpuście, wszystko było szare, a kiedy chciała wyobrazić sobie dobre żniwa, słyszała tylko obmierzły jednostajny dźwięk swoich wędrujących stóp. — Czy całe jej dotychczasowe życie było takim głuchym wędrowaniem? Gdzieś przecież musiało to dokądś prowadzić! Do ojca! — To było znowu jak jego głos w godzinie grozy, światło w ciemności. Nikt nie był tak silny i radosny jak on. I dojście do niego oznaczało bezpieczeństwo i odpoczynek. Wtedy znowu mogłaby się śmiać.
Ale ojciec też już się nie śmiał od czasu pożaru. — „Urobił się na śmierć”, powiedzieliby inni. Zacisnęła pięści na tę myśl; ale nie mogła się jej pozbyć jak dawniej. — Wciąż powracało: jeśli ojciec umrze, — co wtedy? Tapp — Tapp — co wtedy? — Martwy — martwy — jak las, i byłaby sama, bez ojca, i cały świat byłby jak ten las — nie dawał odpowiedzi — dziwił się szalonej Bercie — nie rozumiał, jak się czuje — świat byłby wtedy jak las — martwy — martwy, — Tapp — Tapp. — Ach, to było przecież okropne — Czy nie było tam czegoś? Czegoś, co mogłoby pomóc, uratować? — Bóg? — Do którego August szedł do kościoła w każdą niedzielę — do którego modlili się w swoim śmiertelnym strachu, on i matka, kiedy ogień nie dotarł jeszcze do Fuchsgraben? — Zobaczyła nagle brązowe ławy kościelne i cały szereg słomkowych kapeluszy z kolorowymi kwiatami na nich, a przed nimi widziała dwa czarne wielkie rękawy kołyszące się w górę i w dół, i słyszała głuchy głos, który brzmiał głośno i zupełnie inaczej niż zwykle mówią ludzie — Czy mieszkał tam dobry Bóg? I czy mógłby rzeczywiście szybko przyjść i pomóc — teraz — zaraz — tutaj? Do matki przyszedł, ona była taka mała i lękliwa, nad nią każdy musiał mieć litość. Ale tak godną litości i nędzną ona właśnie nie chciała być. Jeszcze raz zdrowa krew utorowała sobie drogę i przepłynęła jasno przez podrażnione zmysły. — Berta Hahn musiała przejść przez to sama, nie mogła „udawać” i żebrać. Wyprostowała się i spojrzała przed siebie. — Wtedy jej wzrok znowu spoczął pośrodku tej czarnej czeluści. — A jeśli On teraz chciał, żeby człowiek lękał się przed Nim, ten Bóg, który zesłał ogień? Może był na nią akurat zły? — Cóż takiego zrobiła, żeby On był dla niej dobry? Zawsze robiła tylko to, co jej pasowało, zawsze tak po prostu przed siebie szła: Tup — tup. — Teraz był zły, — i teraz umierał ojciec — i teraz była zupełnie sama — i te liczne, liczne, liczne niskie czarne drzewa przysuwały się coraz bliżej i bliżej, wciąż bez ruchu — coraz bliżej. I na jej głowę spadał raz za razem młot, którego nikt nie widział, Tup — tup, i nie mogła iść naprzód; bo jej stopy zaplątały się w tę wielką, szeroką czarną płachtę, która wyglądała jak rękawy pastora. A jednak musiała biec, szybciej, szybciej przed tym przerażeniem za nią. I ta płachta spuchła jej aż do bioder i aż do szyi, i teraz była już całkiem w tej czerni, a młot stukał Tup — tup. —
Wpadła tak na środek izby. —
— Boże Wszechmogący, nie, nie, co się dzieje z tą dziewczyną? —
Matka odwróciła się od kuchni i chwyciła ją za obie ręce. Berta rozglądała się z dzikim wzrokiem, a jej usta formowały niezrozumiałe słowa. Ramię ojca nadeszło w samą porę, by ją pochwycić, i w głębokim omdleniu położono ją na łóżku. —
Leżała kilka dni w gorączce i nikogo nie poznawała, a w lękach, które ją dręczyły, wciąż wołała ojca. Gospodarz siedział na brzegu łóżka, nie ruszając się, i trzymał jej gorączkową dłoń w swojej ciężkiej, wielkiej pięści. Gdy matka wchodziła i dawała mu znak, prosząc, by zszedł na dół i zjadł coś, — on chciał zostać, wtedy kręcił głową i na jego zahartowanej twarzy nie drgnął żaden mięsień. —
Ale silna natura dziewczyny wkrótce zwyciężyła. Nie minął nawet tydzień od tej strasznej drogi, a ona siedziała już jak dawniej przy stole — nieco szczuplejsza i blada, i nieco cichsza niż zwykle, i nieco mniej gwałtowna w swoich ruchach, ale poza tym stara Berta Hahn, jak zawsze.
I wkrótce popadła znowu w swoje stare przyzwyczajenia i przejęła pracę jak dawniej, a sąsiedzi nie stali już przy drzwiach domów, gdy przechodziła, i nie pytali więcej: „No, Berto Hahn, jak tam u was?”. I matka nie mówiła już do niej przy jedzeniu i nie przecierała też oczu fartuchem, gdy patrzyła na dziewczynę.
Ale Berta Hahn nie była już przecież taka sama jak dawniej. Czas, w którym wzrastała jak młoda roślina, chłonąc słońce i siłę ziemi bez pytania, minął. Zaczęła myśleć i zaczęła tęsknić. Czekała na coś, co nadchodziło, co wyznaczało stały cel temu niespokojnemu wędrowaniu, którego nasłuchiwała na drodze grozy. Myśli te nie krążyły w niej świadomie; było to tylko pragnienie czegoś, czego w niej nie było, lecz gdzieś w zamglonej niebieskiej dali ponad sosnami. I na razie miała potrzebę znalezienia ochrony i oparcia, i była bardziej niż kiedykolwiek przy ojcu.
Czasami w wieczór po pracy siedzieli na ławce za domem. Słońce zaszło; ale niebo było złotem prześwitujące i rozległe.
Sosny rozpościerały ciemną, tajemniczą gęstwinę na tle nieba, a przez igliwie płynął łagodny, uroczysty szum. Jeśli August był w domu, pytała go o te liczne niezrozumiałe rzeczy i czytała z nim w jego książkach. I często siedzieli długo, cicho szepcząc.
Gospodarz siedział jednak cicho obok ze swoją fajką i patrzył w swoją gazetę. Chciała teraz wiedzieć wszystko, co August słyszał o dobrym Bogu i o tym cichym człowieku, który wisiał tam na krzyżu w kościele, i o czym słyszał w szkole. I August chętnie o tym opowiadał; ale mówił bardzo cicho, żeby ojciec nie słyszał. Tak wyjawiał przed nią swoją wiedzę, barwne i nieuporządkowane, chrześcijaństwo i zabobony pomieszane ze sobą. I jego mowa była po części mową starych ojców, a po części szorstką mową jego roli. A odblask wieczornego nieba przemykał po jego kościstej twarzy i lśnił w jego oczach. Matka wsłuchiwała się w jego słowa, a gdy pojawiał się znajomy fragment, jej usta poruszały się wraz z nim.
I często pozwalała robótce opaść i składała ręce.
Ale czasami gospodarz tylko na niby patrzył w swoją gazetę i wszystko słyszał; bo miał wyostrzone uszy. Niespodziewanie uderzył płaską dłonią w ławkę i naskoczył na Augusta, że powinien przestać z tymi bzdurami i nie mącić dziewczynie w głowie. To wszystko nieprawda, wiadomo to od dawna, a czy w ogóle w niebie siedzi jakiś Bóg, wcale nie jest pewne. Tu każdy ma porządnie rękami ruszać, to jedyne, co się liczy i kropka. — Wtedy August patrzył na ojca spod swoich gęstych brwi wyzywająco, a gospodarz patrzył w bok i milczał. Pośród sosen rozlegało się jednak tajemnicze brzęczenie i szeptanie, a zmierzch rozpościerał długie, miękkie, szare skrzydła nad krajem. Gospodarz składał gazetę, wytrzepywał fajkę i rodzina Hahnów szła spać.
Ale Berta nie zawsze mogła od razu zasnąć. Również od czasu grozy w martwym lesie zdarzało się jej czasami, że budziła się w nocy z krzykiem i przez chwilę leżała rozbudzona. Wtedy patrzyła przez okienko dachowe w górę na ciche, żółte gwiazdy i było w niej wielkie zdumienie. Cokolwiek ojciec mógł powiedzieć, było jej tak, jakby stamtąd z góry ktoś na nią patrzył; ale to nie był ten Bóg, przed którym się lękała i który mieszkał w domu, gdzie siedziały te liczne słomkowe kapelusze; to był inny: ten miał długą białą brodę i przyjazne, kochane oczy, które lśniły jak gwiazdy. I ten przyjazny Bóg Ojciec i te liczne, liczne jasne gwiazdy roztaczały wokół niej taką ciszę, że układała się jak małe dziecko i znowu zasypiała.
Ale czasami zrywała się w łóżku i nasłuchiwała z wyciągniętą głową. — Wiedziała przecież, że wszyscy pogrążeni są w głębokim śnie? A jednak słyszała, jak drzwi domu otwierają się i słyszała przytłumione kroki? I czasami zdawało jej się, jakby słyszała płacz i lament matki, a potem głęboki głos ojca — krótki i szorstki. —
Wtedy obrazy i wspomnienia gnały w nieokreślonym lęku przez jej półprzytomny umysł: Jak to było? To były wieczory, kiedy ojciec odsyłał ją z pola z narzędziami do domu.
On szedł jeszcze do gospody, mówił wtedy pewnie. I potem, gdy zasiedziała się w drodze powrotnej, wydawało jej się, jakby widziała wielką postać ojca skradającą się przez zmierzch w stronę lasu.
Ale czy teraz mógł to być ojciec? — Przecież ojciec poszedł spać? — Nienazwany lęk uderzał jej gorącem do czoła. — Leżała potem długo w lękliwym rozmyślaniu — aż stary Bóg Ojciec otulił ją swoim gwiezdnym płaszczem; i tak otulona znajdowała w końcu swój mocny, młody sen. —
Rozdział VI.
Coraz bardziej zamglona stawała się niebieska dal i ponad głowami ludzi niebo było ciemnoniebieskie i nieruchome. W migoczącym, drżącym świetle słonecznym stały syte źdźbła i opierały o siebie ciężkie kłosy. Drzewo w ogrodzie dostało solidne drewniane podpory, bo rumiane jabłka ciągnęły gałęzie w dół i tęskniły do błękitno-zielonej trawy. —
Gospodarz Hahn zdjął kosę ze ściany i zawołał drwali, którzy zostali wynajęci do pomocy przy żniwach. Nawet matka zawiązała białą chustkę na głowie i wyszła z Bertą do wiązania snopów. —
Potrzebowali tym razem więcej czasu, zanim małe pole zostało skoszone. Gospodarzowi praca nie szła od ręki, jak zwykle. Ale wciąż radosnym widokiem było, gdy wywijał kosą. W każdym rysie jego mrocznej twarzy tkwiła napięta siła. I spokój tej siły był w każdym jego ruchu. Złocistobiałe opadały kłosy i nad ułożonymi rzędami lśniło i migotało słońce. Za chałupnikiem zaś silna dziewczyna zginała i prostowała swe gibkie ciało, chwytając snopy szybkim, pewnym chwytem.Za chałupnikiem zaś silna dziewczyna zginała i prostowała swe gibkie ciało, chwytając snopy szybkim, pewnym chwytem. Ale od czasu do czasu z lękliwych oczu pochylonej, pracowitej chałupniczki przemykało nieśmiałe spojrzenie. Muskało ono tę dwójkę, która do niej należała, niczym płochliwa duma i pełna nadziei troska. — A kiedy po ciężkiej, gorącej pracy chałupnicy wracali do domu, Berta nie pragnęła ani książek, ani innej nauki, a myśli już nie przychodziły i nie stały jak szare lub jasne postacie wokół jej posłania. Powrócił dawny twardy sen i przez pewien czas nie była niczym więcej, jak tylko silną Bertą Hahn, bezdyskusyjną, młodą rośliną na samotnym wrzosowisku.
Zboże trafiło do stodoły, a nad rżyskiem brzmiał dziki, smutny krzyk kulika. Na niebie ciągnęły szare, powiewające pasma chmur, a na kalenicach dachów gromadziły się jaskółki. — Z trzech stron, gdzie wieś Fuchsgraben była wciąż otoczona falującymi błękitnymi masami żywych lasów sosnowych, słychać było wieczorami w oddali głębokie porykiwanie jeleni. Pełnia księżyca walczyła z chmurami. A nad chałupnikiem Hahnem w ostatnich dniach zawisł dziwny niepokój. Z chałupniczką nie dało się już nic począć. Prawie nie odpowiadała, gdy ktoś zadawał pytanie, i chodziła zgarbiona, jakby cały dzień dźwigała ciężar. —
Była sobota i August przyszedł do nich. Berta zgarniała obierki ziemniaków ze stołu. Matka stała przy piecu, a August oparł oba łokcie o stół. — Wtedy chałupnik Hahn wstał z ławy i przeciągnął kości.
„Pójdę jeszcze na chwilę do karczmy” — powiedział.
August powoli podniósł oczy, nie ruszając się. „Zostań no, ojcze — tu jest... tu jest... tu jest ładniej!” Wyszło to chropowato i niepewnie, a matka podeszła do niego od tyłu i skurczonymi, kościstymi palcami kurczowo chwyciła oparcie jego krzesła. —
Oczy Berty rozszerzyły się: — Matka drżała na całym ciele. Na czole ojca nabrzmiały żyły, — uderzył z hukiem w stół: „Zamknij gębę, co cię to obchodzi, albo czy ty też chcesz —”. Nie dokończył zdania; znów wyzywające oczy chłopaka zmusiły go do milczenia. Ale krótkim, gwałtownym ruchem sięgnął po czapkę. — Potem wyszedł w noc. — Zegar tykał kilka razy głośno w izdebce, zanim ktokolwiek się odezwał. Berta spoglądała to na matkę, to na brata. — Nie, nie mogła już dłużej wytrzymać.
„Jezusie, no powiedzcież wreszcie, co się dzieje?” — Pochyliła górną część ciała nad stołem i spojrzała im w twarze. —
„Nic nie jest, dziewczyno, zupełnie nic, wierz mi tylko”, i matka pogładziła fartuch pośpiesznymi, drobnymi ruchami. August uderzył raz pięścią w stół; ale nie zadudniło tak, jak u ojca. Potem wstał i poszedł spać, nie mówiąc ani słowa.
Tej nocy Berta znów nie zaznała spokoju; myśli goniły ją przez głowę, a gdy w końcu zasnęła, był to niespokojny, rwany sen. Mogła być czwarta rano, gdy obudziło ją skrzypnięcie drzwi do jej komory. — „Mój Boże, co się stało?” — wykrzyknęła i obiema nogami wyskoczyła z łóżka.
„Cicho, dziewczyno — nie krzycz tak na miły Bóg!” — Ochrypły szept dobiegł od matki, a Berta usiadła zupełnie roztrzęsiona na krawędzi łóżka i czekała na to, co ma nadejść. —
„Dziewczyno, — dziewczyno — to przez ojca, wciąż nie ma go w domu, a ja się tak boję, tak strasznie się boję!”
W ciemności Berta usłyszała osobliwy dźwięk — świszczący, chrapliwy odgłos — matka szlochała. Nigdy wcześniej tego nie słyszała. Co ta marna kobiecina musiała dźwigać — niosła to sama przez te wszystkie długie lata. Już choćby ze strachu nigdy nie oparła się o silną córkę ojca. I ten nowy dźwięk poruszył córkę głęboko w sercu i ścisnął ją w gardle, tak że zerwała się i splotła duże, silne ramiona wokół drobnej kobiety i przyciągnęła ją do siebie na krawędź łóżka.
„Mamo, teraz powiedz mi wszystko, powiedz mi, jak mam inaczej iść szukać ojca?” — „Nie, nie, nie idź nigdzie, dziewczyno!” — i kurczowo chwyciła Bertę za kolano.
„Jeśli mi teraz zaraz wszystkiego nie powiesz, gdzie jest ojciec, to przebiegnę od chałupy do chałupy i będę go szukać!”
„Ach dziewczyno, nie, nie —” i drżała w ramionach młodej jak brzozowa gałązka na wietrze, a potem szepnęła jeszcze ciszej: „Ojciec jest w lesie”. —
Ramiona dziewczyny stały się sztywne i twarde jak drewno, podczas gdy straszne przeczucie w niej rosło i rosło. — „A co ojciec robi w lesie w nocy?” — Milczenie, — i przygniatająca ciemność zaległa nad izdebką. —
Przyłożyła usta blisko ucha drżącej staruszki i potrząsnęła nią: „Muszę wiedzieć, co on robi!” Myślała, że to wykrzyczała, a jednak był to tylko ochrypły szept. — Nie wydobył się żaden dźwięk — „Czy on... czy on kłusuje?”
Odpowiedź przyszła zaledwie tchnieniem: „Tak”. —
Wtedy odepchnęła od siebie kobiecinę, rzuciła się na poduszki i przycisnęła obie pięści do głowy — „Nieuczciwy — ojciec — ojciec — dziecko złodzieja — złodziej, och Jezusie, och — ojciec — ojciec”. —
Łzy chałupniczki zastygły i cicho, bez słowa gładziła ją po potarganych włosach i plecach, gdzie tylko jej ręka sięgnęła w ciemności. — Jej wielka, silna dziewczyna — tak, ona była uczciwa, jak bardzo podobna była do ojca, była czystsza niż potok — ale przecież tak strasznie porywcza, co się teraz stanie? Czy ona też się zatraci — och Boże — och Boże — albo czy znów dostanie gorączki? A August leżał na dole i nie chciał nic mówić ani słyszeć, i zachowywał się, jakby był na wszystkich zły; a ona nie mogła przecież nic zrobić, biedna, słaba kobiecina — och Boże, nie. —
To milczące działanie, ta bezgłośna bliskość zdawały się jednak wpływać na młodą dziewczynę. Gdy matka najmniej się tego spodziewała, Berta nagle wstała i powiedziała zupełnie spokojnie: „Gdzie są zapałki? Chcę zapalić światło”.
W blasku świecy staruszka wbiła w nią wzrok — Jezusie, jak ona wyglądała! Ale nie odważyła się nic powiedzieć i tylko z podziwem śledziła jej ruchy. Berta ubierała się pospiesznie i jakby nieobecna duchem. — „Co chcesz robić, dziewczyno?” — wykrztusiła w końcu matka.
„Idę szukać ojca” — i zabrzmiało to tak rozkazująco, że mała staruszka wzdrygnęła się w sobie i z początku nie odważyła się sprzeciwić.
„Słuchaj no, dziewczyno”, wykrztusiła w końcu lękliwie: „To nie jest tak, jak dawniej. Odkąd las się spalił, nie ucieknie się tak łatwo, a on już nie chce tak jak dawniej, a leśnicy są na jego tropie tej jesieni. Dlatego mi tak ciężko, bo on nie chce przestać”.
Czy dziewczyna w ogóle słyszała, co ona mówi?
„Słuchaj no, Berta — leśnicy są na jego tropie i jeśli cię spotkają, to jeszcze i na ciebie spadnie — Berta — dziewczyno”. — Ale ona już wyszła z izdebki i zbiegła po skrzypiących schodach. Matka pośpieszyła za nią — „Berta, dziecko” — i w przeciągu świeca zamigotała. —
Na wschodzie ponad sosnami pojawił się nikły blask dnia — tu i ówdzie, gdzie padał na szare chmury, połyskiwał lekko czerwonawa. Poza tym czarne masy stały wokół na tle bladego szarości w bezdechu, czekającej ciszy. —
Berta doszła tylko do ostatniego domu we wsi, gdy przez senną, pustą szarówkę usłyszała tupot męskich kroków. Musiało ich być kilku i zatrzymała się. — Tak, — teraz rozróżniła: trzech mężczyzn. — Musiała oprzeć się o ścianę domu, nagle zakręciło jej się w głowie. — Coraz bliżej dochodziły tupoczące stopy — teraz — nie, jednak nie, — a jednak teraz mogła ich rozpoznać.
Z przodu szedł leśniczy Halbe z fuzją w obu dłoniach — kurek musiał być napięty. Potem — tak, tak było — potem szedł ojciec z rękami na plecach — były związane. — A potem szedł pomocnik leśny i tak samo niósł fuzję. —
Dołączyła do nich bez słowa. Leśniczy spojrzał na nią nieufnie.
„Czy ty nie jesteś Berta Hahn?”
„Tak” — powiedziała głośno. I tak szli dalej. Cóż to była za wieczna droga w dół wiejskiej ulicy, zwłaszcza gdy człowiek nic nie czuł i o niczym nie mógł myśleć, tak jak teraz Berta. Tylko wciąż, jakby coś wewnątrz śmiało się szyderczo: „to więc jest ojciec!”
Tak weszli do izby, w której chałupniczka zdążyła już zapalić lampę. Krzyknęła głośno i zarzuciła fartuch na głowę. August siedział w kącie przy piecu i nie poruszył się.
Wtedy leśniczy zaczął mówić, tak prosto w środek izby. Żaden z nich nie był wart, by zwracać się do niego bezpośrednio. — A jego głos brzmiał twardo, jak uderzenia młotów. Słyszeli go, a jednak nie rozumieli. — Chałupnik Hahn uciekał — silny Hahn wyrwał się — ścigany — otoczony. — Co on mówił? W uszach dudniło im bicie własnych serc, a między tym słyszeli słowa. — Ale teraz padło uderzenie młota, które przeniknęło do ich świadomości, które sięgnęło głębiej. Z dreszczem przeszyło im serca: — Chałupnik strzelił — do leśniczego. — I padło jeszcze jedno słowo: „Ciężkie więzienie” (Zuchthaus). Wtedy leśniczy odwrócił się. Mogli się pożegnać. — A on bębnił palcami po parapecie okna. Pomocnik leśny stał przy drzwiach i przestępował z nogi na nogę. Gapił się bezczelnie w twarze domowników. — Pierwszą, która coś zrobiła, była chałupniczka. Przestała kołysać się w przód i w tył na stołku i zdjęła fartuch z twarzy. Nieśmiało podeszła do chałupnika i pogładziła go po rękawie.
„A po co to — a po co to” — mruczała bez przerwy. — Sztywny, znieruchomiały mężczyzna w ogóle tego nie czuł. Ale ciemna postać, która do tej pory opierała się o ścianę, zobaczyła to i chwyciła chałupniczkę za ramię.
„Nie powinnaś — nie powinnaś — przecież nie masz udziału w morderstwie. Jesteś uczciwą kobietą — powinnaś go zostawić”.
Wtedy na chałupnika Hahna przyszło jakby przebudzenie i powoli odwrócił się w stronę głosu. Usta miał na wpół otwarte, jakby wciąż dyszał, a oczy patrzyły jak u osaczonego dzikiego zwierzęcia. Niewypowiedziane zdumienie odmalowało się na jego rysach, wyglądał blado i trupio. — Oczy ojca i córki spotkały się. — Ta dwójka nie potrzebowała słów. Gdy drapieżny ptak patrzy na wroga lub gdy lis stawia czoła psu, jasne oczy potrafią słać białe błyskawice. Taka błyskawica trafiła chałupnika głęboko wewnątrz, tam, gdzie ludzie mówią — prosto w serce. —
Słychać było leśniczego bębniącego o parapet, a potem szuranie w kącie, gdzie siedział August. Wstał i ujął dłoń ojca w obie swoje — „To nie było w porządku ze strony Berty, ojcze. Dla mnie zawsze będziesz ojcem i jeśli chcesz, pójdę z tobą teraz przed sąd”. — Chałupnik potrząsnął głową i wyciągnął rękę, — potem podał ją żonie, która trzymała ją, głośno szlochając. — Także tam ją wyrwał i powiedział do leśniczego: „Jestem gotowy”.
— Mechanicznie skinął głową żonie i synowi i bez słowa ani spojrzenia przeszedł obok córki. —
Dopóki drzwi wejściowe nie zatrzasnęły się, stała tak przy ścianie, potem rzuciła się na ławę i z ramionami wyciągniętymi nad stołem przycisnęła czoło do blatu.
Rozdział VII.
Wiatr pędził przez nagie pola i szukał czegoś, co zaginęło. A powiewające chmury pędziły tu i tam, nie znając swego celu. W szarym powietrzu unosiło się jałowe pytanie o słowo, którego już nie było, a ciemne sosny potrząsały głowami i szeptały o przebrzmiałych dźwiękach. — Tylko w wilgotnych, ciemnych skibach ziemi leżało to jak cicho oddychająca tajemnica. Ale pole Hahna było puste i szare. Nikt go nie uprawił. —
August radził, by sprzedać chałupę i ziemię; ale Berta szorstko odmówiła. Na matkę nie można było już liczyć; widocznie podupadła od tamtej nocy grozy i nie odważała się już wychodzić przed próg. — Berta chodziła w pełnym świetle dnia swoim krótkim, pewnym krokiem wzdłuż wiejskiej ulicy. A gdy przechodziła, Menzel Emma i inni wślizgiwali się do domów i spoglądali za nią zza doniczek na parapecie. Wcale na to nie zważała, — a jeśli to widziała, tylko pogardliwie wykrzywiała usta. W niej samej szalały i kłębiły się otchłanie, które zagłuszały to małe, odrażające brzęczenie codzienności. —
Kto spojrzał w jej wielkie, dzikie oczy, gdy nieobecna duchem szła w stronę lasu, ten musiał widzieć, że oto dusza walczy o życie. — W to młode istnienie wdarł się splątany nieład, bez oparcia i ładu. — Straszna chwila w bycie człowieka, gdy czuje się sam w nieskończoności i wyciąga ręce po jakikolwiek ratunek, a oto — nie ma żadnego. —
Nie wiedziała, co się w niej dzieje. Czuła tylko głupi, twardy śmiech, gdy myślała o sobie lub o ojcu. To, co wydawało jej się stałe i nienaruszalne, co uważała za najsilniejsze i najlepsze wśród ludzi, on zlekceważył. — Siła, w którą wierzyła, stała się słabością. Ojciec zniszczył jej honor i przyszłość, co było jej obojętne — ale on okradł ją z niej samej — jej oparcie — cały świat, w którym oddychała, i tego nie mogła mu wybaczyć; dlatego niemal go nienawidziła. — Był w niej głód oparcia, przy którym znalazłaby spokój przed tym dzikim szumem w swej duszy.
Pragnęła przymusu, który gnałby ją do pracy. Bo wszystko, czego teraz próbowała się dotknąć, było dla niej nienawistne i stało się szyderstwem, ponieważ dzieliła to z ojcem. — I w tej ucieczce przed pracą i tęsknocie za nią powróciło słowo, które kuśtykało za nią niczym groźny starzec.
„Gdy ma się robotę i jest się zdrowym, to ma się dość, więcej człowiek nigdy nie potrzebuje”. — Tak mówiła matka. —
Czy to był koniec wszystkiego? To tępe „tylko-nie-myśleć”? — Spojrzała na bezkresne, jesienno-szare fale płaskiego kraju i na szare kłębowisko jednostajnych chmur. I przyszła na nią bezimienna pustka. Teraz nienawidziła też całej krainy i lasu — przede wszystkim lasu. —
I odwróciła się do domu, i ujrzała przez zapadający zmierzch malutkie światło lśniące w ich chałupie, a przy jego blasku z chaosu jej duszy jasno wytrysnęło uczucie.
„Chałupy nie sprzedamy ani ziemi, — August może sobie gadać, aż zgłupieje, chałupa zostaje nasza”. —
Wewnątrz, przy lampie, matka siedziała przed Biblią. Przesuwała palcem wzdłuż wersetów i poruszała cicho wargami. Nad wszystkimi zmarszczkami i nad całą pomarszczoną twarzą unosiło się coś uroczystego. I któregoś wieczoru poprosiła: „Poczytaj mi trochę, dziewczyno, już nie dowidzę na oczy”.
Wtedy młoda przysunęła stołek do stołu, podparła czoło dłonią i zaczęła czytać twardym, miarowym głosem tam, gdzie matka skończyła. Ale powoli sama zaczęła słuchać tego, co czytała. Zaczęło to nabierać kształtów przed jej wewnętrznym okiem. Pochodziła z ludu, którego barwna wyobraźnia pozwala ożyć obrazom z pisanego słowa, obrazom, które pomagają zasłonić nędzę. I słowa, które czytała, uderzały z huczącą, budzącą mocą w jej ogłuszony byt.
„Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy ciemność zmieniają w światło, a światło w ciemność, którzy gorycz zmieniają w słodycz, a słodycz w gorycz”. — Czytała i kiwała głową, a jej usta były twarde i zacięte. — I łzy napływały jej do gardła, gdy czytała: „On zniszczy śmierć na wieki, a Pan otrze łzy z każdego oblicza i zdejmie hańbę swego ludu na całej ziemi; bo Pan tak powiedział”. I zawahała się nad słowami, i wzbierały w niej pytania: „I żaden mieszkaniec nie powie: jestem słaby; bo lud, który tam mieszka, dostąpi odpuszczenia grzechów”. — Byli to prorocy-poeci Starego Przymierza, do których przyciągnęło tę biedną kobiecinę.
A córka czytała dalej i dalej. Jakby nasłuchiwała w mglistą dal, piła dźwięki jasnej wody, a kraina pokoju budowała się coraz wyraźniej przed zdumionymi oczami dziewczyny; stawała się coraz żarliwsza i sama domagała się czytania, gdy wieczorami siedziały razem. — Łaknęła słońca, a tutaj było ono obiecane. I wszystko, co obiecywało, gnało ją ku temu Mężowi, o którym uczyła się w szkole, ale o którym dawno zapomniała. — I w końcu nie chciała już czekać, i sama zdjęła starą Biblię z półki. Na górze w komorze, przy świecy, siadała na brzegu łóżka i czytała o czasie, który się wypełnił, i o tym, że przybliżyło się królestwo niebieskie. — I widziała tego Męża przed sobą, jak chodził i uzdrawiał chorych swoimi spokojnymi dłońmi, i jak stał tak silny na przodzie łodzi i groził wiatrowi, aż ten ucichł. I słyszała Jego głos, jak przywoływał do siebie biednych ludzi. Wtedy widziała też Jego oczy, tak ciche, poważne i przyjazne. — O, gdybyż On wciąż tu był, gdyby mogła pobiec do Niego i zapytać: „Co mam robić?”. I czytała dalej, a tam stało: „Oto ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. A więc obiecał to, ten Dobry, Przyjazny, i na pewno nie kłamał, chciał być przy niej, gdzieś w powietrzu — i rozglądała się po izdebce i patrzyła przez okienko w nocne niebo, gdzie chmury pędziły obok żółtych gwiazd. — I gdy teraz kładła się do spoczynku, przy jej boku, jak niegdyś stary człowiek z białą brodą, stał teraz Ten o cichych oczach i litował się nad Bertą Hahn, i obiecywał jej, że czekają ją jeszcze lepsze dni, zachowane gdzieś tam w górze, za żółtymi gwiazdami.
Tak spłynął spokój na Bertę Hahn. Niczym ciężki kamień leżał smutek na dnie jej bytu; ale nad nim zaczęło rozlewać się to niczym głęboka, ciemna woda. Usta trzymała mocno zaciśnięte; ale oczy znów spoglądały na świat. I gdziekolwiek spojrzała, zawsze najpierw zatrzymywały się na nieuprawionym, szarym kawale ziemi. Zaczęła poważnie zastanawiać się, kogo powinna wynająć do orki. — August niedawno został czeladnikiem i miał mnóstwo pracy. Wzbraniał się też przed przychodzeniem do wsi bez pilnej potrzeby. Na niego nie mogła więc liczyć. Ale teraz, gdy praca stała w miejscu i brakowało im tej jednej, silnej dłoni, musieli bardzo liczyć się z pieniędzmi. A robotnik kosztowałby dużo.
W takich myślach wracała o zmierzchu ze swojego pola do domu. Była niedziela, krótko przed Adwentem, a u Menzlów w karczmie odbywała się zabawa taneczna. W izbie gościnnej paliło się już światło, a gdy Berta przechodziła obok, widziała wewnątrz Emmę, Annę Pohl i innych w barwnym, wesołym ruchu. Mocny, głośny śmiech dobiegał do niej na zewnątrz, gdzie opierała się o płot w zimnym zmierzchu. Tak dobrze szło im bez niej. Nikt już nie pytał o córkę więźnia. —
Wtedy ktoś położył rękę na jej ramieniu: „Dobry wieczór, Berto Hahn, nie wejdziesz do środka?”. To był Walter Stilke.
Szarpnęła ramieniem w bok i mruknęła coś odmownie. Nie chciała, by ludzie z nią rozmawiali; dlatego zmarszczyła czoło i odwróciła wzrok w drugą stronę. —
Ale Walter Stilke nie należał do tych, których łatwo zrazić. — „A skądże to idziesz tak po ciemku?”
„Z naszego pola” — i ruszyła przed siebie.
Stilke dołączył do niej. „To sama tam pracujesz?”
„Nie”. —
„No, a kto to robi?”
„Nic nie jest robione”. —
„No, a dlaczego nie?”
„Bo nie mamy nikogo do orki”.
Wyrzucała z siebie odpowiedzi gburowato, jakby wypowiadanie słów sprawiało jej ból.
Teraz nastąpiła przerwa. Szli w milczeniu obok siebie. — Nagle Walter zaśmiał się, jakby wpadł na jakiś pomysł.
„No, przecież to całkiem proste — ja już skończyłem orać i nie gniewam się na robotę! Byłbym głupcem, może mógłbym wieczorem po młocce skoczyć do was, a w niedzielę mógłbym przyjść na cały dzień. Tak to zrobimy”. I znów się zaśmiał, jakby wszystko było już w porządku.
Berta zatrzymała się na chwilę. „Walter, co ty sobie myślisz, powiedz no. U nas nie ma nic do ugrania — jesteśmy teraz biednymi ludźmi, a do tego nieuczciwą hołotą. Pieniędzy moglibyśmy ci dać bardzo mało. Ale możesz mieć z tego tylko wstyd, że harujesz na naszym polu”. I pchnęła furtkę do ogrodu, chcąc zamknąć ją Walterowi przed nosem.
Ale on stał już obok niej w ogrodzie: „Ach, nie gadaj głupot (Quork), Berto, chcę o tym jeszcze porozmawiać z matką Hahn”.
Wzruszyła ramionami i poszła przodem w milczeniu.
Skulona w sobie i pomarszczona jak stare jabłuszko, matka Hahn siedziała przy stole. Między jej kościstymi palcami stukały druty do robótek, a przed nią leżała otwarta Biblia. Gdy obcy mężczyzna wszedł w blask lampy — drgnęła przestraszona, a jej lękliwe oczy broniły się błagalnie. —
„Dobry wieczór, matko Hahn”, powiedział Stilke i usiadł wygodnie na ławie. „No, co tam u was słychać?”
„Ach Boże, jakże może być u ludzi takich jak my? Nie najlepiej, nie — nie —”. Westchnęła i przesunęła dłonią po oczach. — Potem spojrzała nieufnie na mężczyznę. „No, a wy kimże jesteście, co?” —
„Przecież jestem Walter od matki Stilkowej, ten, co to jeszcze z Bertą do szkoły chodził”. —
„Ach Boże, nie, nie, Walter, no faktycznie — faktycznie. Aleś wyrósł, ho ho. I my nie jesteśmy dla ciebie za gorsi, żebyś jeszcze do takiej starej matki zaglądał?”
„Tak, matko, nie przyszedłem tak całkiem bez powodu, — z powodu pola tu jestem”.
„Z powodu pola —? Ach Boże, Berta mówi, że nie chce go sprzedać, nie, nie!” —
„Do kupowania to i ja nie mam pieniędzy, matko Hahn. Tylko powiedziałem Bercie, że chcę jej pomóc orać w niedziele i kiedy będę miał czas. Przecież jestem starym szkolnym kolegą i lubię tę dziewczynę, ona tylko tak na mnie krzyczy i jest taka gburowata”. —
Spojrzał za lampę w stronę ciemnego kąta, gdzie Berta krzątała się przy piecu, tłukąc łyżkami i patelniami. — Ale ona udawała, że nic nie słyszy i hałasowała dalej. — Wtedy on powiedział nieco głośniej: „Wiem dobrze, że ona nie jest taka zła, jak się zachowuje, i chciałbym jej pomóc, bo bardzo mi jej żal”. Wtedy patelnia wyleciała na podłogę.
„Możesz mi powiedzieć, skąd to niby wiesz, skoro ja nic nie mówię, co myślę. I nie potrzebuję twojej litości”.
Walter Stilke uśmiechnął się pod nosem, ale matka Hahn odwróciła się do połowy.
„Berto, kto to widział być taką gburowatą. — Przecież to bardzo ładnie ze strony Waltera. Walterze, bardzo ci dziękuję, że chcesz pomóc takim biednym ludziom jak my. Niech ci Bóg zapłaci”.
„No właśnie, matko Hahn, to ustalimy to bez Berty. W tygodniu nie będę mógł się wyrwać, ale w przyszłą niedzielę około szóstej zabiorę Bertę i ten cały sprzęt, o ile nie będzie mrozu. I zapłaty żadnej nie chcę. — Może będziecie mogli mi się kiedyś odwdzięczyć, jak wam się polepszy”. —
Matka Hahn spojrzała lękliwie na Bertę: „No, Berto, co ty na to?”
Ale Berta szorowała patelnię i nie dała żadnej odpowiedzi.
„Ach, zostawcie Bertę, matko Hahn. To my dwaj uradzimy”. —
Wstał, a jego duża, silna postać zdawała się wypełniać całą izdebkę, tak że matka Hahn z zadowoleniem spoglądała na niego w górę. Uścisnął jej dłoń. „A więc umowa stoi”, powiedział znów.
„No tak, tak, niech ci Bóg zapłaci”, powiedziała już pewniejszym głosem. Potem zaśmiał się w stronę kąta, gdzie pracowała Berta, nasunął czapkę jeszcze głębiej na twarz i z łoskotem wyszedł za drzwi.
Rozdział VIII.
Ciemność wciąż zalegała nad lasami. Cicho zrazu, z oddali, potem coraz bliżej i mocniej, poranny wiatr ciągnął przez sosny. Malejący księżyc wisiał milczący między bladymi gwiazdami. Wielkie przeczucie nadchodzącego światła drżało w całym świecie. —
Była niedziela rano, a chaty leżały jeszcze jakby zatopione w wielkiej ciszy. — Tylko u Hahnów zaczęło migotać światło. Z wnętrza dobiegały też odgłosy krzątaniny. — Ze ściągniętymi brwiami i szybkimi, niechętnymi ruchami Berta przygotowywała narzędzia pracy i zaprzęgała zwierzęta. Ale w głębi serca było jej lżej niż od dawna, dawna. — Nawet gdy przyszedł Stilke, zachowała swój gburowaty sposób bycia. — Czuła się wręcz upokorzona tym, że musi przyjąć dobroczynność.
Lecz gdy brązowe skiby zaczęły wykwitać spod pługa, zaczęła zapominać o Walterze Stilke i o wszystkim innym, prócz tego starego, brązowego przyjaciela, któremu wyrządziła taką krzywdę. Jasne krople potu wkrótce wystąpiły jej na czoło, gdy tak gorliwie zbierała kamienie do kosza, a potem perz do worka, schylała się i zbierała, prostowała, brała oddech i znów zbierała, nie czując i nie myśląc już o niczym innym, jak tylko o tej jednostajnej czynności. A gdy Walter zawracał pług i przechodził obok niej, śmiał się w duchu, bo znów wyglądała inaczej, prawie jak dawna Berta. I przy każdej przerwie na posiłek, którą robili w tę niedzielę, mrukliwa i wyzywająca natura coraz bardziej się od niej oddalała, a ona zaczynała przyjaźnie spoglądać na Stilkego i odpowiadać mu, śmiało i wesoło, jak dawniej. — Mężczyzna zaś z zadowoleniem patrzył na jej mocne, silne kształty i na policzki poczerwieniałe od pracy, a gdy podawała mu jedzenie, gładził ją po dłoni i chciał ją przytrzymać; ona jednak za każdym razem ją cofała, a w jej oczach znów pojawiał się ten wyzywający, gniewny blask. Wtedy on śmiał się i patrzył w bok. Lecz następnym razem próbował znowu i chwytał tylko mocniej, a jej niechęć nigdy nie trwała długo. Przy pracy zaraz znów o nim zapominała, a gdy zaczerpnęła tchu i rozejrzała się wokół, jej oczy zatrzymywały się na silnej, dużej męskiej postaci i uczucie radości oraz spokojnego zadowolenia gnieździło się w jej duszy, czego tak długo jej brakowało. —
I tak się stało, że Walter pomógł obrobić nie tylko to jedno pole, ale całą ziemię należącą do chałupnika Hahna. Była łagodna, wilgotna późna jesień i zaniedbaną pracę można było nadrobić.
Lecz gdy ozimina zaczęła rozpościerać pierwszy delikatny, zielony welon nad brązową ziemią, coraz rzadziej zdarzało się, by Berta Hahn odpychała ramię Stilkego, gdy ten ją obejmował. Raz jednak, gdy chciał ją gorąco przyciągnąć do siebie, wybuchła i zapytała, czy teraz jest już dla niego dość dobra, skoro ojciec siedzi w więzieniu. Najpierw chciał ją uspokoić; ale tym razem mu się to nie udało i nie dopuszczała go już do siebie. Wtedy szybko powiedział jej, że chce się z nią ożenić. Spojrzała na niego najpierw ze zdumieniem, a potem z gniewem i pobiegła do domu. Matka zastała ją głośno płaczącą na brzegu łóżka ale nie chciała powiedzieć, co się stało. —
Stilke ze złością kopał dalej swoje buraki. Nie rozumiał, co dręczy dziewczynę. Czuł wyraźnie, że i ją do niego ciągnie, i było to całkiem bez sensu, by go od siebie odpychała. Było w nim coś, co za nią tęskniło, nie tylko w nagłym porywie namiętności, ale jak niejasno odczuwany głód czegoś ukrytego głęboko w jej naturze, czegoś, przy czym można by odpocząć. Jak to się stało, nie potrafił powiedzieć, ale czuł, jakby od zawsze pragnął właśnie tej Berty. Walter nie zaprzątał sobie głowy rozmyślaniami o tym, jak ułoży się przyszłość i życie z żoną przy jego biedzie. Gdy był głodny, sięgał po jedzenie i jadł, a ziemia była tak jasna i słoneczna i zawsze dawała Walterowi Stilkemu dość chleba. Teraz jednak był w nim głód miłości tej silnej, młodej kobiety. Wbił motykę w ziemię, przesunął czapkę z czoła i ruszył za Bertą do chałupy Hahnów. —
Wewnątrz zajrzał do izby; gdy jednak zobaczył tylko matkę Hahn, potupał po schodach na górę do komory Berty. Chciał pchnąć drzwi, ale rygiel był zasunięty. „Berto, otwórz (mach uff)” — prosił kilka razy, ale z wnętrza nie dobiegł żaden dźwięk. —
Wrócił więc na dół do izby, usiadł prosto przy stole i przywołał matkę Hahn. Kilkoma krótkimi, ciężkimi słowami powiedział jej, czego chce, a matka Hahn załamała ręce, pogładziła fartuch i zaczęła wycierać oczy, i nie mogła wydusić odpowiedzi, dopóki nie zniecierpliwił się i nie krzyknął na nią, że chce wreszcie wiedzieć, co im obu dolega. Wtedy wyszło to z niej kawałek po kawałku, że to wręcz nie do uwierzenia — jak on w ogóle wpada na to, by taką dziewczynę, która żyje w nędzy i na którą sąsiedzi wytykają palcami, chcieć uczynić swoją żoną. Ach Boże, nie, nie, czy on tak naprawdę mówi poważnie, czy to tylko takie gadanie. Wtedy on naprawdę się zezłościł i zaklął na gadanie sąsiadów i na wiele innych rzeczy. — Że jest mu to całkiem obojętne co inni ludzie chcą, on będzie robił to, co sprawia mu radość. Teraz niech matka Hahn natychmiast idzie na górę i sprowadzi tę głupią dziewczynę na dół.
I staruszka pośpieszyła się, i zastała dziewczynę na górze wciąż z zapłakanymi oczami, siedzącą na brzegu łóżka. Nawet gdy matka już dłuższą chwilę przekonywała ją, że Walter Stilke myśli poważnie, ona wciąż kręciła głową.
„Ach mamo, on tylko tak robi, żebym mu uległa, a potem będzie tego żałował” — powtarzała w kółko. —
Ale matka była przekonana i w końcu jej wiara udzieliła się młodej. Niechętnie i nieśmiało zeszła na dół i stanęła milcząca, oparta o ścianę. — Gdy jednak Walter zobaczył ją tak stojącą w jej młodej świeżości, z policzkami zaczerwienionymi od płaczu, z piersią unoszącą się od szybkich oddechów, i nową miękkością rozlaną nad całą dziewczyną, zapomniał o swoim gniewie na rzecz pragnienia, by to silne, świeże życie nazwać swoim własnym. I mówił z zapałem, i przysięgał, że już w przyszłą niedzielę każe dać na zapowiedzi. — Wtedy ona musiała się roześmiać i upominała go, by najpierw przemyśleli, czy mają dość na...
...ożenek i jak chcą zacząć wspólne życie. On zaś był całkiem szczęśliwy, że widzi ją śmiejącą się, podszedł do niej i niezdarnie chwycił ją za rękę, a ona spoglądała zmieszana przez okno, pozwoliła mu na to, a potem spojrzała na niego jasnymi, szczęśliwymi oczami. I gdy Walter Stilke wychodził z chałupy, było już postanowione, że on i Berta Hahn wezmą ślub. —
W następną sobotę był u nich August. Gdy siedzieli w czerwonawym blasku małej lampy, Berta napotkała jego wzrok, zaczerwieniła się i chciała coś powiedzieć, ale znów to przełknęła. Potem znów zaczęła i wreszcie wyrzuciła to z siebie jednym tchem — wielką wiadomość, że wyjdzie za Waltera Stilkego. August właśnie strugał kołek. Przerwał na chwilę, a potem strugał dalej. — „Za Waltera Stilkego?” — zapytał jakby pod nosem.
Matka spojrzała na niego lękliwie: „Wiesz o nim coś złego?” —
„Coś złego? No nie, ale ktoś inny byłby mi milszy”.
Berta chciała wybuchnąć. Żółte oczy sypały iskry, ale coś ją powstrzymało. Wstała gwałtownie i wyszła, zatrzaskując drzwi z łoskotem. Na górze w swojej komorze patrzyła przez okienko jeszcze przez chwilę w górę, w stronę gwiazd. I z ciszy wezbrało w niej gorące uczucie, w którym gniewne myśli o bracie rozmyły się i utonęły. To był dom, którego szukała — silne, ciepłe ramiona tego mężczyzny, którego kochała, tak że aż kręciło jej się w głowie. Tam nic nie powinno móc jej zaszkodzić, a ona chciała mu odpłacić za to, że ze względu na nią nie bał się ludzkiego gadania i wyciągnął ją z jej nieszczęścia ku swojej silnej piersi. I wtuliła głowę w poduszki, i trwała tak chwilę w radosnym uczuciu, bez myślenia czy śnienia.
I mimowolnie stało się to rozmową z tym cichym Mężem, który wszystko co dobre trzymał w swoich spokojnych dłoniach i który obiecywał jej lepsze dni w jej nędzy. I dziękowała Mu, jak nigdy nikomu nie dziękowała, i biegła za Nim, i trzymała Go za rąbek szaty, i prosiła, by mogła coś dla Niego zrobić. A On odwrócił się do niej przyjaźnie i skinął głową, a ona wciąż trzymała Go mocno i prosiła, i pytała, co to ma być.
Późno w nocy obudziła się z powodu bólu pleców. Zasnęła w pozycji półsiedzącej.
Ale następnego ranka August siedział za stołem z uroczystą miną i zaczął wypytywać o przyszłość. Dopóki ojciec żył, gospodarstwo lub pieniądze ze sprzedaży należały do niego. Gdyby teraz Stilke porzucił swoją posadę, by tutaj gospodarować, mógłby nadejść czas, gdy ona i on, być może z dziećmi, zostaliby wyrzuceni na bruk. Bo nikt nie mógł wiedzieć, w jakim nastroju będzie ojciec, gdy kiedyś wróci do domu. Radził jej znowu, by sprzedali ziemię i chałupę oraz inwentarz. Pieniądze ulokowaliby dla ojca, a odsetkami chcieliby się ona i on podzielić. A matka? Ta mogłaby sobie wybrać, u kogo z nich dwojga zostanie. —
Berta o tym wszystkim już myślała i wisiało to nad nią jak ciężka chmura. Gdy wysłuchała spokojnego głosu brata, konieczność stała się dla niej jaśniejsza.
„No tak, tak, Berto, on nie żyje (er is taut)” – powiedziała matka Menzel z zewnątrz. Pohl i Scharnke oraz inni wyciągali szyje do stodoły, a blask światła migotał niesamowicie na ich twarzach.
„No, to teraz widzicie, co stary miał na myśli”, rozległ się skrzeczący głos starego Scharnkego. Berta opierała się o ścianę, zwróciła ku leśniczemu twardą, bladą twarz i poruszyła wargami, jakby zadając pytanie. Leśniczy gładził torbę myśliwską.
„No, w sumie nie ma potrzeby, żeby ona się o tym dowiadywała”, rzekł nieco zmieszany.
„Co było?” – wykrztusiła ochryple Berta. Leśniczy przez chwilę jeszcze manipulował przy torbie myśliwskiej.
„Ty byłaś winna”, powiedział czyjś głos z ciemności.
„Tak, tak”, powiedziała matka Menzel, „tak powiedział, ty jesteś winna jego śmierci”.
„I potem zaraz umarł”, pisnął stary Scharnke.
Leśniczy zsunął pas fuzji. „No to bywajcie”, powiedział szybko. —
Wtedy Walter spojrzał w górę i zobaczył, jak dziewczyna opiera się o ścianę, i jak brakowało jej tchu, tak jak staremu Hahnowi, a jej oczy były czarne i niesamowite. Wtedy chwycił ją gniewnym, silnym uściskiem i odepchnął gapiów na bok, i zatrzasnął drzwi stodoły z hukiem. Potem pociągnął ją w dół na wiązkę słomy i gładził ją po twarzy, jak małe dziecko.
Słońce leżało szerokim blaskiem w izbie. Połyskiwało nad wesołymi doniczkami w oknie i wywabiało wszystkie jasne kolory ze skrzyń i garnków na półce. Złote drobinki tańczyły w jego blasku. Sięgało aż do kąta za piecem, gdzie zmarznięta siedziała stara, skulona kobieta. Szybkim spojrzeniem Berta ogarnęła to wszystko. Skinęła głową bratu, dając znać, że ma rację; potem wyszła i poszła do stajni.
Zarzuciła ramiona wokół szyi łaciatej krowy i przycisnęła twarz do jej szorstkiej, czarnej sierści. — „Liesel, Liesel, ty musisz stąd iść i gniady też, i chałupa, i ziemia – a ja przecież nie mogę – ja przecież nie mogę!” — Liesel próbowała się obejrzeć i gdy to się nie udało, stała całkiem cicho, dopóki dziewczyna się nie wypłakała. A dwie pozostałe krowy spoglądały mądrymi oczami i ryczały cicho i z pełnym zrozumieniem. Choć gniademu na tyle się udało, wyciągnął szyję w jej stronę i tarł nos o jej ramię.
Rozdział IX.
Niedługo było do Bożego Narodzenia. Cały świat był jakby zsuwany w miękkie, przytulne sąsiedztwo. W białą miękkość zaokrągliła się każda kanciasta forma, a biaława mgła zasłaniała dal. Kroki ludzi brzmiały stłumione w głębokim śniegu, a tam, gdzie z chat padał blask światła w białawy zmierzch, migotał on obiecująco, niczym przytulna tajemnica.
Również ze stodoły Hahna drżał żółtawy blask nad śniegiem przed klepiskiem. A głuchy, miły dźwięk unosił się wraz z tym blaskiem wzdłuż wiejskiej ulicy. — Tap-pe Tap-pe Tump-bum Tap-pe. — Niczym pokojowy chód olbrzyma. Jak we śnie ramiona unosiły się w górę, machały cepem i pozwalały mu opadać, i znów chwytały w górę, a jednostajny dźwięk tak opanował tych dwoje ludzi, że nie mogli o niczym myśleć, gdy to Tap-pe Tump-bum siedziało we wszystkich ich członkach z jednostajnym rytmem. — Ale przyjemne uczucie przenikało istotę Berty, podczas gdy jej siła zlewała się niejako z siłą mężczyzny obok niej w jednostajnym współbrzmieniu. — Cały pokój zimowej magii nieświadomie ją oplótł. Odsunęła od siebie myśli, że wkrótce nie będzie już dla niej pracy w chałupie i stajni. Ze świętym zdumieniem czuła, że znów budzi się do życia i przeczuwała, że i ona może znów należeć do kręgu szanowanych ludzi. Na razie odrzucała szorstko i zuchwale zbliżenia dawnych przyjaciółek. Ale przecież dobrze jej robiło to, że ludzie już nie uciekali przed nią, jakby była zadżumiona. Przeczucie nadchodzącego czasu, nadzieja na coś lepszego po czarnej beznadziei przenikały ją z pączkującym stawaniem się, że wyższe szczęście jest czymś więcej niż posiadanie. To dawało całej jej istocie coś wolnego, zwycięsko młodego, a jej oczom głęboki blask z wnętrza. — Dobrze jej robiło, że mogła się poruszać i pozwalać cepowi opadać w zwycięskim poczuciu kipiącej siły.
— A gdy unosiła oczy, błyszczały z głębokiego mroku przed drzwiami stodoły wielkie białe masy drzemiącego lasu ku niej i wplatały ją jeszcze mocniej w baśniowy sen zimowej nocy. —
Na zewnątrz zaś, na wiejskiej ulicy, w bladym blasku śnieżnej nocy, stali ciemno obok siebie ludzie.
„No słuchaj no, słuchaj no!” mówił Pohlhäusler i podnosił zdumiony ręce, a stary głuchy Scharnke rozdziawiał usta, by uchwycić każdy dźwięk. Zebrało się już siedmiu czy ośmiu ludzi z Fuchsgraben. Pohl i Emma Menzel właśnie przywołali innych. Pośrodku stał leśniczy Halbe i opowiadał od niechcenia, a jednak z dumą i satysfakcją.
„No, biedna ta Berta!” powiedziała Emma Menzel.
„No, o wiele lepsza niż jej ojciec to ona też nie będzie!” zakrakał stary Scharnke.
„No nie wiem, a taka śmierć to przecież zawsze śmierć”, uważał Pohl.
„Nie ma czego żałować”, wtrącił leśniczy.
„A to dlaczego nie?” zapytała matka Menzel, a stary Scharnke odchrząknął, piszcząc:
„Zostawcie leśniczego Halbego, niech mówi!”
„No, akurat nie wyrażał się z miłością o starym Hahnie”.
„Co on właściwie powiedział? Co tam było?” zapytało od razu kilku.
„No, pozwolił mi się wygadać, dobrzy ludzie, tak? Bo inaczej powiem to zaraz!”
„Oczywiście, oczywiście”, i podeszli jeszcze bliżej.
„Cicho”, uciszyła matka Menzel, ale stary Scharnke znów tylko odchrząknął.
„No, on już tam leżał, jak do niego przyszedłem, cały zielony i niebieski na twarzy i nie mógł złapać tchu. No, ze mną już nie pociągnął długo i mówi: 'Czy mam pozdrowić matkę?' – mówię do niego. Na to on tylko pokręcił głową. 'No to Augusta?' Stary Hahn znów kręci głową. 'A Bertę?' – zapytałem. Wtedy rzuca głową i staje się całkiem niebieski na twarzy i mówi, tak bez oczu i krótko: 'Berta — ona jest winna — winna mojej śmierci'”.
„I zaraz potem rzucił się na pościel i rzęził w płucach, i potem był koniec ze starym Hahnem!” —
Leśniczy przesunął fuzję na drugie ramię.
„Niezłe kłopoty nam robił, ten stary Hahn, ale na swoim rzemiośle się znał. Sam poszedłbym z nim na cmentarz”.
I nie słuchając dalej gadaniny ludzi, leśniczy Halbe ruszył przez śnieg ze swoją urzędową miną w stronę stodoły Hahna.
Blask latarni migotał nad lśniącą słomą i tańczył upiornie między belkami. Berta mocno trzymała cep i z mrukliwą, zaciętą twarzą patrzyła w stronę leśniczego. Walter czuł się nieswojo i zajął się słomą.
„Tak, od tygodnia był chory, ten stary Hahn”, powiedział właśnie leśniczy, a dłonie Berty zacisnęły się na cepie tak mocno, że kłykcie zbielały.
„No i wczoraj, gdy chciałem go zobaczyć, właśnie zmarł”.
Rozdział X.
W roku, w którym spłonęła choinka w domostwie Hahnów, w „Hahnhäusel” nie zapłonęło żadne bożonarodzeniowe drzewko. Matka Hahn stała się obłożnie chora. Cierpiała na dolegliwości w piersiach oraz ogólne osłabienie, które nie pozwalało jej wstać z łóżka.
Berta cicho krzątała się wokół niej. Wielka, nowa miłość złagodziła w niej dziką rozpacz. Jednak nikt już nie słyszał, by śpiewała, a i jej głos słyszano rzadko. Coś w dziewczynie umarło. Stało się to stopniowo, jedno po drugim, i wewnętrznie „zabiło” dawną Bertę Hahn. Ale tak jak ziarno z własnej śmierci wydaje nowe, bogate życie, tak dzieje się również w bólu ludzkiej duszy. Inna rośnie z własnej śmierci, na swój sposób, ale jednak nowa.
Stilke Walter jednak nie dostrzegał tego cichego wzrostu. Berta stała się dla niego zbyt cicha. Robił, co mógł, by ją rozweselić. Było mu żal jej pogodnej, rezolutnej natury. Kiedy jednak mu się to nie udawało, pocieszał się myślą, że w małżeństwie będzie lepiej, a tymczasem rzadziej bywał w Fuchskraben i zostawał tam, gdzie było weselej.
Berta natomiast siedziała teraz często przy łóżku chorej staruszki i czytała jej. Czasami były to małe, proste opowiadania; czasami staruszka prosiła drżącym głosem o Biblię z półki. Berta zdejmowała ją i czytała. Wtedy czasem niespodziewanie przerywała czytanie, podpierała głowę na dłoni i dumała, dumała, a chora kobieta czekała cierpliwie, aż będzie czytać dalej. Tak mijały posępne, ciche zimowe dni, jednostajnie, jak spadające krople.
Czasami, gdy Stilke Walter siedział w izdebce, wpadał niczym promienny promień słońca w monotonię dni Berty. Przychodziło to na nią jak wstyd z powodu własnej, wybuchającej radości, bo przecież cierpienie wisiało nad nią jak wielka chmura; jednak to, co było dla niej obce, to, co chwytała – chwytała z całych sił, nawet szczęście. A w rzadkich, lecz silnie chwyconych momentach słonecznych, w jej duszy, z nieśmiałymi palcami, wyrastał młody kłos.
Nie było już mowy o tym, że domostwo ma zostać sprzedane. Okazało się, że Hahnhäusler jeszcze kilka lat wcześniej, gdy August szedł na naukę, ustalił z wójtem wszystko, co dotyczyło gospodarstwa. Po jego śmierci miało ono przypaść córce, a określoną sumę należało spłacać synowi w ratach.
Z dniem 1 kwietnia Stilke zakończył swoją pracę w Heidersdorfie. Wkrótce potem odbył się ślub. Cicho płacząc, leżała matka Hahn w swoim łóżku. Trzymała swoje zniekształcone dłonie złożone na piersi i mruczała pod nosem dziękczynne modlitwy oraz wersy pieśni. Mogła teraz umrzeć w swoim starym domostwie i wszystko pozostało tak, jak dawniej.
Zdawało się, że Stilke miał rację. Gdy rozpoczęły się ciężkie prace wiosenne i Berta stała z mężem od rana do nocy na polach, świeże barwy powróciły na jej policzki, a w jej oczy – stały, szczery blask. Była silną pracownicą i niestrudzoną gospodynią. Wnosiła wokół siebie świeżość i porządek. Ale Berta z dawnych lat już nią nie była. Za tym pogodnym blaskiem kryła się w jej oczach surowa powaga.
Jej dawne przyjaciółki znów przychodziły do płotu, jak dawniej, plotkowały i śmiały się, jakby Hahnhäusler nie wywodził się z tak rzadko widzianych rąk. Berta nie miała dla nich zbyt wielu słów i wolała, gdy była sama ze swoim mężem. Nawet gdy sprowadzał on tego czy innego ze swoich przyjaciół, nie widziała tego chętnie. Przede wszystkim wstrętna była jej pewna osoba – źle wyrośnięty człowiek, pełen historii i powiedzonek. Gdy wchodził do izby żując i witał ją pospolitym dowcipem, ona zazwyczaj wychodziła do stajni lub stodoły i zajmowała się czymś, dopóki nie poszedł. Walter jednak cieszył się z tego wesołego towarzysza. Ten trzymał fajkę między zębami i mrużył jedno oko. Ale jego oczy były duże i miały bystre spojrzenie. Słowa wylatywały z kącika jego ust, a to, co opowiadał, pachniało tytoniem; ale było to tak zabawne, że Stilke często zapominał o pracy, słuchając go.
To, że Berta nie uczestniczyła w tym, drażniło Stilke; ale nie dawał jej tego odczuć, gdyż czuł coś w rodzaju respektu przed jej naturą. A kiedy był z nią sam i czuł jej ciepłą bliskość, i widział jej jasne oczy – tak radosne i oddane tuż przed swoją twarzą – wtedy ogarniało go gorące uczucie szczęścia, że to silne, młode życie należy do niego i tylko do niego. A Berta zapominała o całym cierpieniu i wszystkich troskach w owej dumnej błogości, mogąc się oddać i z bezgranicznym oddaniem spłacać dług wdzięczności, jaki wobec niego czuła.
Rozdział XI.
Pod koniec żniw głos matki Hahn stawał się coraz bardziej drżący i słabszy.
– Och Boże, nie, nie, chętnie bym was jeszcze pokołysała – mawiała często, po czym regularnie dodawała: – Ale ja jestem już bardzo zmęczona i w niebie znajdzie się też miejsce dla matki Hahn.
August odwiedzał ją często i siedział potem długo, trzymając jej małą, wysuszoną, krzywą dłoń w swojej. Długi letni zmierzch leżał niebieskawo i ciężko nad lasem. Blado i drżąc, wisiały pierwsze gwiazdy na czerwonawym niebie. Z łóżka stara kobieta mogła patrzeć przez gałęzie jabłoni na migoczące niebo. Przez chwilę wpatrywała się w górę, a jej usta poruszały się niespokojnie.
– August, nigdy nie opuszczaj siostry – powiedziała nagle.
– Nigdy jej nie opuszczę, matko.
– Widzisz, August, teraz jest wprawdzie w porządku, a Stilke jest bardzo dobry, ale to jest zawsze tak... ja sama nie wiem... jest tak... taka jak ojciec – i nie miała szczęścia, ne, ne – moje biedne dziewczę – nie miała szczęścia – i znów wpatrywała się w gwiazdy, a August siedział w milczeniu, dopóki Berta nie przyszła ze światłem i nie przygotowała staruszki do nocy.
W jej sposobie bycia z matką pojawiła się nowa łagodność. Cała jej istota zyskała cichą, niemal marzycielską cechę. Na jej czole rysowało się coś z powagi. Ciężka praca przy żniwach stała się dla niej po raz pierwszy w życiu trudna; a jednak robiła wszystko z podwójną ochotą. Jeszcze bardziej niż zwykle zbierała i układała z troską płody pola i dbała o wszystko, co słabe, w stajni i na podwórku, z delikatnością, która wcześniej nie była jej własna. Czasami przerywała pracę w pół słowa, zamyślając się, i miała wrażenie, jakby zstąpiło na nią wielkie, święte namaszczenie. Ledwo zdawała sobie sprawę z tego uczucia, ale gdy inne kobiety zagadywały ją z natarczywą ciekawością o jej stan, wpadała nagle w złość i odnosiła się do nich szorstko. Od dawna nie była już lubiana przez kobiety we wsi.
Menzel Emma próbowała raz po raz rubasznym żartem i dobrodusznym wyzwiskiem dojść do porozumienia z Bertą, a Walter cieszył się, gdy ta świeża, czerwona twarz zaglądała w okna. Berta nie odtrąciła jej, ale też nie zachęcała do dalszych odwiedzin, a okrągła twarz Menzel Emmy pojawiała się coraz rzadziej. Ponadto wstąpiła ona teraz do gospody w małym miasteczku powiatowym i tak oto w dawnym Hahnhäusel nie pojawiała się już żadna z kobiet.
Berta nie miała czasu, by na to zważać. Od rana do wieczora rozmyślała nad tym, jak może wypracować pieniądze dla brata, i trudziła się tak bardzo, że krople potu występowały jej na czole. Walter wciąż nie był przyzwyczajony do prowadzenia całego gospodarstwa i tak jak u ojca, praca nie szła mu gładko. Teraz też widać było, co znaczyło ciche działanie matki. We wszystkich kątach brakowało jej krzywych, starych dłoni. A Berta postanowiła mocno, że jako pomoc przychodzić będą tylko dwóch robotników leśnych tak jak dawniej.
Walter martwił się, że Berta bierze na siebie zbyt wiele pracy, ale skoro ona na tym nalegała, był zadowolony. Zbiory nie były złe, jednak kwestią sporną pozostawało, czy uda im się uzbierać potrzebną sumę przed Nowym Rokiem. Stilke Walter jednak nie martwił się tym. Nie lubił mroku, a jego pogodne usposobienie pomagało również jego żonie przetrwać trudności i czyniło jej pracę lżejszą, tak że mogła w cichych, szczęśliwych marzeniach oczekiwać tego, co nadchodziło, co wzrastało tam jak tajemniczy cud.
Gdy twarda, szara ręka jesieni przesunęła się nad pustymi polami, a sosny jęczały na wietrze, drżący głos matki Hahn w izdebce przestał być w ogóle słyszalny. Zamiast tego, coraz częściej słychać było w izbie jej uciążliwy kaszel i boleśnie głośny oddech. Było to po deszczowym, burzowym dniu. Chmury rozstąpiły się przed zachodem słońca i blady pas błękitu, prześwitujący złotem, pozdrowił ich przez małe szyby. August znów trzymał jej dłoń, a Berta usiadła na brzegu łóżka, by odpocząć choć przez chwilę. Gładziła cicho jej wychudzone ramiona i patrzyła przy tym na jasny pas nieba. Oczy matki Hahn wędrowały od jednego dziecka do drugiego, po czym z miłością zatrzymały się na córce. W sąsiednim pokoju tykał zegar. Wtedy oboje dzieci odwróciło głowy, ponieważ matka odetchnęła tak głośno i głęboko. Wyglądała jednak tak przyjaźnie i pogodnie; tylko głowa opadła na bok. Matka Hahn odeszła, by sprawdzić, czy w niebie znajdzie się dla niej miejsce.
Urodził się chłopiec, którego wydała na świat Stilke Berta. Patrzyła wielkimi, pełnymi zdumienia oczami na tę małą istotę w swoich ramionach. Przenikał ją tajemniczy dreszcz na myśl, że to młode życie jest jej największą własnością. Gorące, nienazwane uczucie współczucia dla tej powierzonej jej bezradności wypełniło jej oczy wilgocią. A kiedy leżała sama z dzieckiem w ramionach, wtedy w błogich marzeniach unosiła się jego przyszłość w jasnych obrazach, a gdy jakiś mroczny myśl chciał groźnie wkraść się do jej głowy, nachylała się nad synem, jakby chciała go na wieczność osłonić swoim ciałem przed wszelkim bólem.
Walter siedział przy łóżku, kołysał syna w ramionach, śmiał się do siebie i mrugał swoimi wesołymi oczami do żony. A ona przyciągała jego dłoń do siebie i przytulała do niej policzek, i było w nich takie szczęście, jakby wokół nich promieniały widzialne, złote nici światła.
Rozdział XII.
Mała wiśnia w ogrodzie była obsypana białymi kwiatami. Wyglądała niemal wstydliwie pośród swego przepychu. Jeszcze niedawno burze goniły szare chmury po niebie. Wszystko ledwo śmiało poruszyć się w swoich brązowych pąkach. Teraz drzewo obudziło się w ciepły, słoneczny poranek w niepowstrzymanej radości.
Nieodparcie płynęły słońce twórcze siły na ziemię. Wilgoć zimowa unosiła się w niebieskawych oparach, naprzeciw złotym promieniom. Ciepły zapach igieł sosnowych i wilgotnego mchu unosił się nad wioską. Tam jednak, gdzie promienie słońca najzłociściej igrały na pobielanej ścianie, siedziała Berta na ławce z dzieckiem przy piersi. Kos przeleciał nad dachem i usiadł na kwitnącym drzewie. Złote promienie drżały wśród kwiatów na świeżej, młodej zieleni i pierwszych niebieskich fiołkach. Wraz z zapachem i złotym światłem w powietrzu unosił się śpiew kosa.
Menzel Mutter wyszła ze swojego domostwa. Miękki wiosenny wiatr wydął jej fartuch. Powoli wyszła w ciepłym słońcu na płot i patrzyła na drogę w górę i w dół.
– Gdzie jest mąż? – zapytała.
– Z cielakiem na targ do miasta powiatowego – odpowiedziała Berta.
– Ojej, ojej, no wy macie dobrze! – i kiwając głową nad wiejską drogą dodała: – To nieszczęście z tą Pohl... od wiosny jest tak zupełnie sparaliżowana.
– Ach, no nie, – odrzekła Berta z przejęciem – i te wszystkie małe dzieciaki!
– Tak, tak, i nikt nie wie, co tutaj u nas pomoże. Jak człowiek sam sobie nie może już pomóc, to już po wszystkim, no nie! – i kręcąc głową wróciła do domu.
Berta patrzyła zamyślona w słońce. Czy naprawdę nie było żadnej pomocy dla biednej wdowy? Odkąd nowe życie zaczęło kiełkować w Stilke Bercie, zyskała oczy i uszy na nędzę wokół siebie. W tym ciepłym blasku, który spoczywał na jej życiu, wzmacniało się coś pełnego miłości i delikatności w jej duszy. Kiedyś mogło to stać się siłą do niesienia pomocy i wsparcia, jeśli tylko nie zostałoby zasypane i uduszone przez nową, mroczną biedę. Teraz była pełna bogactwa i radości, nie chciała znać nikogo, kto siedział w mroku.
Przez chwilę patrzyła jeszcze zamyślona w promienie słońca. Kos odleciał, ale powietrze było przesiąknięte świergotem małych ptaków, niczym językiem słonecznego migotania. Głębokie, pełne skargi muczenie rozległo się w międzyczasie i wezwało Bertę do pracy. Zaniosła dziecko do izby i przeszła przez podwórze. Wszystkie sprzęty stały dziś tak cicho w ciepłym, młodym słońcu. Dała zwierzętom karmę i poszła do skarżącej się Liesel, pocieszając ją głaskaniem po jej silnym cielaku, którego jej dziś zabrano. W chlewie i wśród podekscytowanego ptactwa wszędzie była praca. A potem z wnętrza domu znów rozległ się władczy głos w głośnym krzyku. Noworodek domagał się burzliwie swoich praw.
Tak mijał jej słoneczny wiosenny dzień. A kiedy cienie sosen zaczęły wędrować długie i niebieskawe przez wzgórze... wróciły. Daleko za lasem rozbrzmiały wieczorne dzwony. Potem pracowała jeszcze przez chwilę gorliwie.
Kolacja była już dawno gotowa, a pierwsze gwiazdy ukazały się niespodziewanie w żółtawo-niebieskich przestworzach. Wreszcie usłyszała dobrze znany klekoczący hałas. Wyszła w drzwi. Dziś był to straszny stukot, z jakim stary wóz pędził po wyboistej drodze. Walter musiał chyba bardzo poganiać biednego konia.
Zatrzymał się. Rozpoznała dwóch mężczyzn. Schmarlenz wyskoczył pierwszy, głośno się śmiejąc, z wozu. Stilke przytrzymał się go, kiedy schodził. Stojąc, sięgnął jeszcze raz po swoje ramię – ale sięgnął w powietrze.
– Przynoszę wam zabawnego mężczyznę – krzyknął do Berty i zniknął w ciemności. Z rozpostartymi ramionami, Stilke zatoczył się w stronę żony z głupawym śmiechem. Chwyciła go za ramię i wprowadziła do domu, a między jej brwiami pojawiła się zła zmarszczka. Potem wyszła i wyprzęgła konia. Włożyła w to całą swoją siłę i całą swoją złość, by wytrzeć zwierzę. Kiedy skończyła, jej złość minęła. Ale zmarszczka na czole pozostała.
Walter siedział przy stole i trzymał głowę w obu dłoniach. Zdjęła mu ręce z twarzy i zapytała o pieniądze za cielaka. Mówiła głośno, akcentując każde słowo. On jednak patrzył na nią mętnym wzrokiem, nie rozumiejąc. Wtedy krzyknęła na niego gniewnie i zaczęła przeszukiwać jego kieszenie. Znalazła portfel, a w nim kilka fenigów. Stało się dla niej jasne, że wszystko przepadło. Wzięła wtedy dziecko i poszła z nim na górę, do swojej starej izdebki.
Następnego ranka mąż był cichy i przygnębiony, a dopóki nie poszli w pole, często chodził za nią do stajni lub do kuchni i próbował tam coś robić. Ale na jej czole wciąż rysowała się ta zła zmarszczka i żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Dopiero gdy zgaszono światło i położyli się spać, wziął ją w ramiona, prosił i pocieszał, aż dała się namówić na opowieść o tym, co się stało. Żałował tak gorzko, że w upojeniu alkoholowym pozwolił sobie odebrać pieniądze, i tłumaczył jej tak jasno, jak to konieczne, że wesołe towarzystwo – gra i trunek – to jedyne chwile radości, jakich pragnie mężczyzna po ciężkim dniu pracy, że aż zmiękła. Pocieszył ją też, że to się więcej nie powtórzy. A gdy przemawiał do niej w swój dobry sposób, jej gniew i opór zniknęły, aż uwierzyła mu, że to się nigdy więcej nie stanie i że ich czworo silnych rąk odpracuje stracone pieniądze.
Walter jednak nie mógł zamknąć oczu swojej żony na rzeczywistość. W zeszłym roku musieli sprzedać kilka świń, aby zdobyć pieniądze dla brata, ale jak miało być w tym roku – nie potrafiła sobie wyobrazić. Widziała, że część pracy zostaje nieodrobiona, ponieważ jej ręce nie mogły zrobić wszystkiego, więc zgodziła się, by Walter zatrudnił chłopca do pomocy. Był to silny, rumiany czternastolatek, którego głośne, wesołe gwizdanie wkrótce rozbrzmiewało w stodole i domu.
Stilke miał radość z chłopca i chwalił go. Kiedy przychodził Schmarlenz i inni jego przyjaciele, często wołał go do środka i dawał mu łyk piwa lub wódki. Wtedy jednak regularnie widział głęboką zmarszczkę na czole swojej żony.
Rozdział XIII.
Lud, który musi wydzierać swoje potrzeby życiowe z jałowej, piaszczystej ziemi, dzień po dniu idzie w jarzmie. Nie ma tu wytchnienia i zadowolenia, jak wtedy, gdy dolnoniemiecki chłop słyszy szum i trzask swojego pola pszenicy na wietrze. Jego rodzice mogli najeść się do syta pożywnym mięsem, a przed nimi ich dziadkowie. Dlatego jego ród stał się silny i szeroki. Jest on nieustraszonym i sytym człowiekiem. Dlatego nie potrzebuje ochrony ani pocieszenia. Chce być takim, jakim jest, i nie dać się trzeć ani uginać. Wśród wysokich drzew i samotnych pól siedzi w swoim domu i słucha z zadowoleniem ryku swojego bydła, spoglądając na swoje błyszczące pola. A jeśli troska i bieda jednak do niego zapukają, bierze je na swoje silne barki i dźwiga – sam.
Ten jednak, kto idzie w jarzmie od dawnych czasów, staje się krzywy i musi się podpierać. Nie ufa zbyt mocno swoim słabym nogom; bo jego ciało musiało rosnąć z pokolenia na pokolenie na skąpym pożywieniu. Dlatego szuka oparcia i pocieszenia u swojego bliźniego, przesuwa się blisko ze swoją chatynką i podpiera się o niego. W tej wspólnocie rozgrzewa się i staje się weselszy. I po długich, ciężkich dniach udręki i harówki pozwala sobie od czasu do czasu, by bliźni wspólnik przez godziny i dni zdejmował mu z ramion szarpiący, miażdżący ciężar. Łapią się za ręce, cieszą i krzyczą, aż zagłuszą wołania o pomoc wokół siebie i wewnątrz siebie, a ze swoim barwnym dziecięcym umysłem budują krainę marzeń, która trwa dzień lub dwa, mieniąca się i jasna jak bańka mydlana – a potem znika. Tak w tych nędznych wioskach leśnych rozbrzmiewają radości i święta, tak samo jak troski, biadolenie i lamenty. A wśród samotnych sosen, głośnych uczt i gorzkiej biedy trudno wyrosnąć ludowi o dobrych obyczajach i cichym porządku – lecz raczej takiemu, który władzy sprawia kłopoty swoją dzikością i złą naturą. Jednak między sobą są jednością i z pokolenia na pokolenie zmuszają się nawzajem do tej samej formy.
Kiedy jednak Matka Natura ze swoimi osobliwymi pomysłami rozsiewa między nimi ziarno, w którym kiełkuje i rośnie inna istota, wtedy nie dzieje się jej dobrze. Kiedy w młodym drzewie krążą silne soki i chce się ono rozprzestrzenić i wznieść ponad ścisk, wtedy otaczają je bezlitosną, twardą ciasnotą i zaczyna się krwawa walka. Młoda latorośl musi dowieść swojej siły, czy jest silniejsza, czy to mrowisko.
Hahn Berta wywodziła się z dzikiego, nieokiełznanego rodu. Ale cząstka siły pierwotnej natury zachowała się w niej w biedzie i nędzy. Matka wniosła inną krew. Pochodziła z jednej z dużych wsi na równinie przed lasem. W niej był cichy, uczciwy rozsądek jej rzemieślniczego rodu. Silny, dziki mąż od razu ją onieśmielił; ale pod jej małomówną, lękliwą powierzchownością zachowała w głębi duszy swoją odrębność i przekazała dzieciom znaczną część swojego jestestwa. Dlatego w Bercie obok uczciwego rozsądku tkwiła dzika, kiełkująca siła, która we wszystkich okolicznościach dążyła do przebicia się własnymi ścieżkami.
W ten oto sposób Matka Natura ukształtowała tę latorośl pośród wielkiego lasu. I w głębi duszy Stilke był dumny z tego, że jego żona była inna niż reszta. Również on wyróżniał się spośród nich swoją radosną siłą, która śmiała się tam, gdzie inni narzekali, i zabierał się do pracy tam, gdzie oni bezradnie składali zwiędłe ręce na kolanach. Ta pełna mocy praca była także jego dumą wobec żony. A jej gorąca, a jednak tak cierpka natura rozpalała jego miłość i namiętność na nowo. Tylko jedno było wbrew jego naturze: to zamykanie się przed wspólnotą, to samotne, poważne działanie bez wytchnienia. Kiedy była sama z nim i dzieckiem, wtedy często jeszcze potrafiła w niej odżyć dawna, tryskająca pełnia życia w roześmianym pogodnym nastroju. Ale gdy przychodziło do wystrojenia się na święto w gospodzie lub choćby tylko pójścia do sąsiadów z pracą po zmroku, wtedy odmawiała. W pierwszym okresie często zostawał z nią w domu; ale teraz wychodził często bez niej. A złośliwości, które musiał znosić z powodu swojej dumnej żony, dręczyły go w głębi serca. Żywił też do niej skryty żal za to niestrudzone działanie. Od czasu, gdy dziecko było na świecie, nie chciała sobie pozwolić na niemal żaden wieczór ani niedzielę wolnego. Nie wzywała go do pracy – nie pojawiała się nawet ta głęboka zmarszczka na jej czole, gdy zostawiała go samego przy pracy. Ale kiedy widział, jak jej ręce fruwały i nie patrzyła wokół siebie, jakby w głębokim zamyśleniu, wtedy wszędzie na niej wypisane było jedno słowo: „Bieda”. Stoi przed drzwiami i czeka na wpuszczenie, i nie ma na nią sposobu w dzień ani w nocy. On po prostu nie mógł tego znieść. I popychało go to, by ukryć się przed nią w zapomnieniu lub w oszałamiającym zgiełku, aby nie słyszeć jej napominającego pukania.
Gdy to uczucie i naglenie budziło się w nim, wtedy chwytał też znowu potężnie za pracę i zapominał na pewien czas o sobie. Nie chciał ulec temu powabowi w swoim wnętrzu, wtedy napinały się jego mięśnie, a żyły na czole stawały się grube. Wytrzymywał dzień, tydzień, a nawet dwa. – Wtedy poruszał się w jego duszy radosny rezonans, że musi wyjść z szarości dnia pracy, tak jak nurkujący wyłania się na światło. Jeśli jednak praca była za nim i spojrzał na swoje życie, na żonę przy swoim boku, na żniwa, na swój trud, to wtedy, w rzadkich chwilach, kiedy w jego radosnym umyśle pojawiała się troska, aż do ostatniego włókna jego istoty wypełniało go to aż do bólu. Tak stał się bardziej przygnębiony. Częściej niż kiedyś, gdy, spocony krwią, wracał do domu, był zupełnie odmieniony. A im częściej wracał do domu z pustymi rękami, tym dłużej trwała głęboka zmarszczka na czole Berty i tym rzadziej bił z niej radosny żar. Ale mimo to, w głębi duszy, tliło się w niej radosne pragnienie. Kto raz zanurzył się głęboko w złote promienie słońca, ten potrafił w nich jeszcze głęboko wewnątrz widzieć migotanie; bo Berta musiała głęboko w sercu nosić wiele rzeczy, których nigdy nie mogła wypowiedzieć; bo oczy Berty o dawnej świetności musiały to dźwigać, bo Berta musiała wtedy w milczeniu chować wszystko, co sprawiało jej ból, co rozrywało jej duszę; bo Berta musiała dźwigać to wszystko, co w jej duszy nie było już nigdy więcej...
A jednak obrona, jedna z tych, które płyną z głębi serca, tak jak to jest z macierzyństwem, które się tam kładzie. A kiedy jesienne dni zaczęły się złocić, kiedy oczy jej znów zaczęły się mienić, bo znów zaczęła wierzyć, by zadbać o coś nowego. Teraz jednak trzeba było pracować aż do żniw; bo żniwa musiały nadejść. I w tym roku niebo nawet nie miało litości dla trosk Berty Stilke. Najpierw ziemia wyschła i cierpiała, a blady, słaby, marny plon stał nisko i szeleścił w suchym powietrzu. Kiedy jednak już skosili, ciepły, wilgotny wiatr przygnał znad zachodu słońca niekończące się ławice chmur. Ludzie Stilke szli wzdłuż polnej drogi i wpatrywali się w zboże, jak leżało brązowe i ciężkie w kępach, a z dnia na dzień przybywało czarnych kłosów. W Walterze rósł niepokój. Umówili się, że brązowego konia trzeba będzie sprzedać. I od tego czasu utrzymywał, że musi wykorzystać czas oczekiwania, by w mieście powiatowym poszukać okazji do kupna. Berta wiedziała, że to był pretekst; ale nie mogła go powstrzymać. – Znów nie było go długo; ale wrócił do domu trzeźwy; wydawało się też, że nie przegrał żadnych pieniędzy. Jednak od tego dnia w jego naturze pojawił się niepokój, który już nie ustąpił. – Ciągnęło go szybko z powrotem do karczmy. Ale za każdym razem po swoich szaleństwach ciągnęło go z powrotem do Berty. Tym razem był wyjątkowo łagodny i starał się przy niej być prawie jak dziecko. W jej miłości do męża pomieszało się coś z litości, przez co nie potrafiła długo się na niego gniewać. Ale jednocześnie z tym uczuciem w jej wnętrzu narastało poczucie braku i smutku. Podświadomie w jej duszy żył ciągły wyrzut, że mąż nie był dla niej silnym oparciem, którego potrzebowała. – Żadne słowo ani spojrzenie nie zdradzało mu wyrzutu; bo to uczucie było przed nią samą ukryte; ale mimo to mąż je odczuwał i gryzło go to. I ten ostatni raz doszło między nimi do gwałtownej kłótni, że ona go ciągnie, że jej ponura natura pcha go do karczmy i przez nią staje się pośmiewiskiem ludzi. – Dopiero w ciszy nocy obiecała mu jednak, że tym razem nie pójdzie na święto plonów sama.
Rozdział XIV.
Wreszcie zebrali ostatni snop. Były to żałośnie marne zbiory.
Berta budziła się czasem w nocy z duszącym uczuciem strachu. We śnie wydawało jej się, że 1 stycznia stoi już u drzwi. Zamiast tego zbliżało się wielkie święto plonów i miała się wystroić. Walter tego chciał. Kupił jej jasne rzeczy, takie, jakie ludzie noszą na święta. To, co miała ze starych czasów, nie wydawało mu się wystarczająco dobre. Nie pomyślał nawet o słabych zbiorach, tak konieczny wydawał mu się ten wystrój.
Najpierw nakarmili zwierzęta i zjedli kolację. Teraz nie było już powodu do zwlekania. Tak więc stała teraz, wahając się, przed drzwiami karczmy. Luźna kurtka i krótka spódnica, które tak chętnie układały się wokół jej kształtnej figury, zniknęły. Zamiast tego była wciśnięta w jasną, miejską odzież, z której jej członki wyglądały bezradnie i niezgrabnie. Rudy, brązowy włos, który w swoich zbuntowanych kędziorach zazwyczaj lśnił jasnym blaskiem wokół jej głowy, był wygładzony i przyklejony. Nie chciała modnej fryzury, jak inne. I teraz trzeba było wejść. Przez drzwi nie przechodziła, odkąd ojciec został wyprowadzony ze wsi w niesławie. Wiedziała, że spośród tych, którzy tam byli wewnątrz, wielu nie było lepszych od niego; ale nikt nie był tak władczy aż do swojego upadku i nikt nie robił tego tak publicznie, jak silny Hahnhäusler. Dlatego też radośnie na niego napadli. – „No, chodźże wreszcie” – popędził ją Walter. – Wtedy przybrała kamienną twarz i przekroczyła próg.
W karczmie paliło się światło, ale było gęsto od dymu tytoniowego. Tłok był tak wielki, że nikt nie zwracał uwagi na wchodzących. Ale Walter zrobił sobie łokciami miejsce i pociągnął żonę do przodu. Gdy stanęła teraz między pierwszymi, okazała, mimo swojego niezdarnego stroju i niewzruszonej, niemal złej twarzy, to uderzenie łokciem i mruganie oczami zaczęło się od razu, i w najdalszym kącie wiedziano już, że córka „starego Hahna”, Stilke Berta, też przyszła. – W tłumie panował ruch, bo każdy chciał zobaczyć, jak też ona dzisiaj wygląda. – Ci, którzy stali najbliżej, cofnęli się nieco, żeby móc lepiej jej się przyjrzeć, przez co wokół niej zrobiło się trochę miejsca, tak że była poniekąd sama. Odczuwała to z płonącym zażenowaniem i rozejrzała się za Walterem; ale on już poszedł do sąsiedniej izby, do pijących i grających mężczyzn. – Czy to jej surowe, odpychające spojrzenie, czy też jej dumna postawa – nikt nie odważył się do niej podejść. A uczucie wstydu stawało się nie do zniesienia. Nie mogła dostrzec żadnej ze swoich dawnych przyjaciółek; gęsty, niebieski dym przysłaniał nawet dalsze kąty. Na maleńkim skrawku wolnego miejsca tłoczyły się tańczące pary, a muzyka huczała jej w uszach. Wtedy ktoś utorował sobie drogę łokciem i przycisnął się do niej. To był Schmarlenz. – „Chodź no, mam tu wolne krzesło.” – Było w nim coś wyzywającego; ale poszła za nim, by uciec przed tym strasznym osamotnieniem. Usiadł przy stole i podał jej pić, a oszołomiona, jaką była, posłusznie wypiła kilka łyków. Kiedy jednak nalegał coraz bardziej, potrząsnęła milcząco głową. – „No, teraz już musimy” – powiedział i chciał ją skłonić do tańca. Ale ona za każdym razem odmawiała. Pozostała na swoim krześle i tak długo, jak tam siedziała, Schmarlenz stał obok niej. Umiarkował swój zuchwały sposób bycia, mówił do niej przyjaźnie, tak jak ona to lubiła, i pochylał się nad nią, namawiając ją ciągle do tańca. A im bardziej mijało to, co niezwykłe, i zażenowanie, tym bardziej rytm tańca przenikał wszystkie jej włókna, tak że ledwo potrafiła utrzymać stopy w bezruchu. Budziła się w niej dzika radość i chciała swojego prawa. Ciemne, bystre oczy Schmarlenza obserwowały ją uważnie i zanim minęło pół godziny, miał już swoje ramiona wokół niej i kołysał się wraz z nią pośród tańczących. Wtedy podeszli też inni i zaczęła rozmawiać z wieloma dawnymi znajomymi, nawet żartowała, zaczynając zapominać o wszystkim. Lecz znów Schmarlenz stał przy niej, a ponieważ mało chciała tańczyć, zrobił jej za stołem miejsce i usiadł obok, opowiadając tak, że musiała go słuchać z uwagą; to, co mówił, miało bowiem barwę i rozmach. Sporo świata zwiedził, obijał się po miastach i fabrykach. Co go tu właściwie sprowadziło z powrotem do rodzinnej wsi jako robotnika leśnego, nie było do końca jasne. Twierdził, że ze względu na zdrowie; potrzebował bowiem świeżego powietrza dla swoich słabych płuc, a praca w lesie była lżejsza.
I stopniowo, w miarę upływu godzin, dołączali do nich inni. — I mowa stawała się coraz bardziej rubaszna, a obyczaje coraz swobodniejsze. Berta była jak w transie i nie zdawała sobie z tego wszystkiego sprawy. Śmiała się głośno z innymi, jak za dawnych, minionych lat. A Schmarlenz wciąż namawiał ją do tańca. Powietrze w izbie było rozpalone do czerwoności i gęste, aż można je było kroić. I przyciskał ją do siebie coraz mocniej. To, co dzikie i kipiące, pozbawiało ją zmysłów. — Wtedy, gdy znów usiadł obok niej, spojrzała w górę i zobaczyła swojego męża opartego o drzwi. W tej samej chwili jednak Schmarlenz pochylił się i chciał ją pocałować. — To było tak, jakby rozdarła się zasłona i zobaczyła nieosłoniętym okiem ohydny obraz — obraz niewysłowienie wstrętny, w którym sama stała, ona ze swą nienaruszoną, śniącą nadzieją i troską oraz swą wielką, poważną niedolą. — Całą krzepką siłą wiejskiej dziewczyny odepchnęła Schmarlenza i zerwała się. — Walter patrzył na nią. Nie był pijany, ale wypił dość, by zawrzało mu w głowie. Widział, jak Schmarlenz się do niej nachyla. Wtedy już, nie zważając na nic więcej, przewrócił najbliższe krzesła i stanął przed nimi. Kilka grubiańskich, oskarżycielskich słów rzucił Bercie w twarz i chwycił Schmarlenza z przodu za pierś. —
„Nu, puść no mnie” — krzyknął tamten — „dlaczego ona też nie miałaby sobie kogoś sprawić, tak samo jak...” — ale dalej nie dotarł; musiał bronić się przed silniejszym mężczyzną, inni też się włączyli i wywiązała się sroga bijatyka. — Z łomotem przewracały się stoły, a szklanki pękały w drobny mak. Mężczyźni krzyczeli i ryczeli, a pisk kobiet ich zagłuszał.
Berta zaś, blada jak kreda, opierała się o ścianę. I nagle naszła ją myśl, że tam na zewnątrz, wokół tego dymu i hałasu, panuje milcząca, chłodna jesienna noc, a żółte gwiazdy błyskają i lśnią w wiecznej czystości, tak jak w jej panieńskim pokoju. I wielkie łzy napłynęły jej do oczu, sama nie wiedziała dlaczego.
Następnego dnia Walter na wpół zapomniał o tym zajściu. Był jeszcze posępny, ale chciał się pogodzić. Chodziło mu tylko o to, by Berta i dzisiaj poszła z nim na tańce, jak to było we wsi w zwyczaju. Berta krzątała się po domu ze zmęczonymi oczyma, a gdy usłyszała, dokąd on chce wyjść, odwróciła się gwałtownie i powiedziała, że nigdy więcej z nim nie pójdzie. Niech to sobie zapamięta, przez całe życie już z nim nie pójdzie. Doszło do przykrej sceny, Walter użył gniewnych słów, które bolały, po czym poszedł sam i wrócił do domu pijany. —
Rozdział XV.
Gniadosz został sprzedany i jedna krowa też musiała odejść. Ryknęła głośno, gdy wyprowadzano ją z podwórza, a Berta odprowadziła ją jeszcze kawałek drogi. — To trochę zboża zostało wkrótce wymłócone i nastały ciche zimowe dni. — Dawniej siadywali razem przez długie godziny, podczas gdy na zewnątrz miękkie, bezgłośne płatki przesuwały się bez pośpiechu i spoczynku za oknem. Ona cerowała lub stukała drutami, a on naprawiał, pukał młotkiem, piłował lub wręcz rzeźbił. Walter miał zręczne palce i oko do ładnych form. A Berta nie przestawała go podziwiać. — Ale tej zimy nic nie wyszło z przytulnego siedzenia przy własnym kominku. Stilke musiał starać się zarobić więcej pieniędzy dla siebie, swoich bliskich i na spłatę szwagra. — Dlatego też, gdy ostatnie liście siedziały jeszcze na drzewach, zgłosił się do leśniczego i poprosił o pracę w „lesie”.
Teraz Berta codziennie podkasywała spódnicę i szła z garnkiem jedzenia pod pachą przez ciemne, stargane wichrem i skrzypiące sosny lub przez święty, biały, zaśnieżony las. A z oddali unosił się błękitny dym między białymi wierzchołkami. Podchodząc bliżej, widziała w czerwonym blasku mężczyzn siedzących na klocach i pniach wokół ogniska, a nad wszystkim unosił się silny, korzenny zapach żywicy. — Schmarlenz siedział między nimi, a jego ciemne oczy śledziły każdy jej ruch. Ale ona mało na niego zważała. —
Teraz, gdy praca była dla niego nowością, Waltera nęciło to zajęcie w licznym gronie i było to jednostajne, spokojne życie z dnia na dzień w te zimowe dni. W domu tymczasem czternastoletni Paul rządził jak król w izbie i stajni. Był jednym z ośmiorga dzieci robotnika leśnego. Było tam ciasno i biednie. Ale wesoło się działo i siedzieli razem w cieple. — Tutaj było mu zbyt cicho, ale umiał się pocieszyć. — Biegł do izdebki, kołysał małego synka gospodarzy i opowiadał mu bajki. A gdy dziecko budziło się ze snu przez gwałtowne uderzenia wiatru i żałośnie płakało, cieszył się, że otrzymał odpowiedź. Potem biegał też do świń, siadał na deskach przy korycie i zaczynał mówić. A gdy leniwa maciora zachowywała wzgardliwe milczenie, potrącał ją nogą, aż kwicząc i chrząkając dawała odpowiedź. I na krótko przed powrotem gospodyni z lasu, przechodził przez podwórze tak, jak to podpatrzył u Stilke i wykonywał swoją robotę. I jakakolwiek by ona była, jemu pasowała. Ale kobieta wybaczała mu jego pobieżność i sprzątała po nim niejedną pracę, bo był przywiązany do dziecka. Na jego rękach Hans Stilke stawiał pierwsze kroki. Ostrożnie i z mozołem trzymał dziecko pod pachami i na wpół samodzielnie, na wpół wleczone, odbywało swoją pierwszą podróż do stajni i stodoły. Jego niestrudzony potok słów wywabiał też z dziecka pierwsze półzrozumiałe słowa. — A kobieta odłożyła szczególnie dobrą koszulę na wigilijny stół dla parobka. —
Sama chciała jechać do miasta powiatowego na jarmark bożonarodzeniowy, ale Walter sprzeciwiał się z taką gorliwością, że w końcu uległa. Pojechał sam i przywiózł do domu wszystko, co było zamówione. Kilka dni później znów był wobec niej przygaszony, ale potem i jemu udzielił się nastrój świąteczny. I znów w Hahnhäusel zapanował pokój. — August przyjechał na święta. A jego przyjazna, rozumna mowa na jakiś czas odpędziła z serca Berty męczarnie i troski o brakujące pieniądze.
W niskiej izdebce na stole stało drzewko, a w skromnej ciemnej zieleni lśniły i migotały światełka. Pełnym głosem Berta zaintonowała kolędę, a parobek dołączył głośno i czysto. Obaj mężczyźni zawtórowali swoimi szorstkimi głosami i Berta po raz pierwszy trzymała swoje dziecko pod choinką, a ono oburącz chwytało światło. Lecz przez okno świece migotały w noc, a ich żółty blask mrugał w górę do jasnych gwiazd i Bercie zdawało się, że jej poważny przyjaciel o spokojnych oczach stoi przed oknem, kiwa do niej i pociesza: „Pokój na ziemi, a ludziom dobre upodobanie”.
Gdy potem siedzieli spokojnie razem i zjedli już kluski z makiem, August opowiadał powoli o swojej pracy. Na samym końcu wspomniał, że został teraz mistrzem. Z czasem pewnie osiedli się samodzielnie w którejś z większych wsi. Wtedy Berta złożyła ręce na podołku i patrzyła nieruchomo przed siebie. August dostrzegł to spojrzenie i skinął jej głową: „Zostaw to, Berto, ja nie mam żony, a z oszczędności też mi jeszcze coś zostało”. — A zapach choinki mieszał się z dymem z fajki. W kominie śpiewał wiatr, a zegar tykał. Hans Stilke zasnął na kolanach matki i jak dawniej Walter objął ramieniem swoją żonę. —
Rozdział XVI.
Był pierwszy stycznia. Na zewnątrz słońce błyszczało nad oszronioną ziemią i białymi od szronu gałęziami. Krótko przed obiadem Walter wszedł do domu. Na progu otrzepał śnieg z butów; potem usiadł ponury za stołem, nie zdejmując czapki z głowy.
– Przekleństwo – powiedział.
Berta obejrzała się: – No, co cię ugryzło?
– August chce się żenić; a ludzie gadają, że nie może tylko dlatego, że ja mu nie oddaję jego pieniędzy! – Uderzył pięścią w stół.
Berta usiadła na krześle: – Od kogo to słyszałeś, co?
– Stary Menzel i Pohl, czyż oni wiecznie nie przesiadują w karczmie, podpuszczając jeden drugiego, a na koniec matka Menzla, ona mi to wszystko wygadała. To musi być prawda, możesz wierzyć, a jak nie, to jeszcze dopytaj!
Berta patrzyła tępo przed siebie: – Jeśli to prawda, Walterze, to on musi dostać swoje pieniądze wypłacone co do grosza, słyszysz?
– No tak, tak, ja też nie chcę, żeby ludzie o nas gadali, ale skąd, u licha, mam to wziąć, co? – Poprawił czapkę i odwrócił się gwałtownie do niej.
– Ten kawałek ziemi przy polu Menzla, który on zawsze tak bardzo chciał mieć, ten musimy sprzedać.
– Akurat tę dobrą ziemię! I mamy mieć coraz więcej gąb do wykarmienia, a wywar ma być jeszcze rzadszy? O nie! – I znów się odwrócił. – Dzisiaj jest akurat pierwszy, możesz się od razu z Menzlem dogadać.
Ona wciąż patrzyła przed siebie.
– Jeśli to prawda – jeśli to naprawdę prawda. – W prezencie niczego nie chcę brać. Jeśli on chce się żenić i potrzebuje swoich pieniędzy... Nie, nie – prezentów nie będziemy brać, Walterze!
– Przekleństwo – powiedział jeszcze raz.
Na obiad przyszedł August. Wtedy ona stopniowo wyciągnęła z niego wszystko. Na samym początku, gdy ledwo co został czeladnikiem, zaczął chodzić z pewną ładną, porządną, drobną dziewczyną. Była córką małorolnego chłopa, a rodzice łajali ją i grozili jej; bo chcieli czegoś lepszego dla dziecka.
Ale ona trzymała się mocno tego cichego, osobliwego chłopaka. Potem, po roku czy dwóch, przyszedł syn bogatego gospodarza, jeden z tych z bogatszych wsi na dole, i chciał ją za żonę. Ale choć była mała i delikatna, potrafiła być nieustępliwa. Mocno zaciskała wargi i całe gadanie rodziców było na nic. A że nie dawali jej spokoju i nie przestawali grozić, pewnego dnia wstała, odeszła z domu i najęła się do służby.
Teraz rodzice narobili o to wielkiego rabanu. A gdy August stał już przed egzaminem mistrzowskim, a mimo to wciąż nie mówił o ślubie, udawali, jakby chłopak poza wszystkim innym chciał jeszcze dziewczynę zostawić na lodzie. Tak więc plotki rozniosły się aż poza Fuchsgraben. I przeklinając oraz złorzecząc, Walter musiał ustąpić. Widział wprawdzie, że nic nie da się zmienić, ale robił to niechętnie. I gdy wiosną widział, jak Menzel uprawia ten dobry kawałek ziemi, niechętnie brał się do własnej pracy.
August urządził swój warsztat i ślub miał się wkrótce odbyć. Ta świadomość dawała Bercie spokój i starała się podwójną pracą nadrobić zaniedbania męża. Ale tej wiosny szczególnie ciężko przychodziło jej pielenie perzu i zbieranie kamieni. A gdy urodziło się dziecko, musiała tym razem dłużej pauzować w pracy. Ziarno było już w ziemi, gdy znów stanęła na polu. I gdy wiatr przemykał nad zielonymi falami zboża, tu i ówdzie sąsiad przechodził obok pola, śmiejąc się:
– No, na Jessa! Stilke zostanie jeszcze królem perzu!
Chłopak, Paul, przyniósł jej te słowa i szyderstwo wypaliło jej duszę. Zmarszczka znów pojawiła się na jej czole, a Walter Stilke szukał pocieszenia i zapomnienia na swój sposób.
To było złe lato dla Berty Stilke. Dwoje małych dzieci sprawiało wiele kłopotu i prawie cały ciężar gospodarstwa spoczywał na niej. Walter niby pracował, ale nieregularnie i w swoim stylu. Zdarzało się, że gwiżdżąc przemierzał stajnie i wygłupiał się z parobkiem, jakby na świecie nie było żadnej czarnej biedy; potem znów bywał mrukliwy i zamknięty w sobie, i warczał na każdego, kto czegoś od niego chciał.
Berta zaś pracowała jak zwierzę pociągowe. Stała się człowiekiem bez odpoczynku wieczorami i bez niedzielnych radości. Wraz z utratą szacunku do męża straciła zdolność czerpania otuchy z jego dawnej wesołości. Ale ona nawet tego nie zauważała; bo dni mijały jej, jak ziarna prześlizgujące się przez palce. Było to coś mrocznego, co szło za nią i popędzało ją do przodu. O tym, co to było, nie miała czasu rozmyślać. Nie patrzyła już w stronę lasu i nie widziała już drżących świateł nocy. Nie wsłuchiwała się w siebie, a na jej twarzy wyrył się wyraz wiecznego utrudzenia. Tylko gdy nocą nachylała się nad posłaniem dzieci, w jej oczach pojawiał się wyraz tęsknego patrzenia w dal – wtedy uświadamiała sobie, że czegoś jej brakuje. To młode, kiełkujące życie przytulała wtedy do piersi i tulała swoje dzieci, aż zapominała o mrocznej tęsknocie w duszy i znów wracała do pracy, niespokojna i z zaciętą linią wokół ust – udręczona kobieta, jakich wiele we wsi.
Gdy August zaglądał do starego domku (Hahnhäusel), często siedział długo w milczeniu, wodząc oczami za siostrą. Spojrzenie jego było wielkie i smutne, jak u wiernego psa. Ale nie przychodziło mu do głowy, jak mógłby jej pomóc.
I słońce nie grało już przez liście jabłoni. Zboże było w stodołach, a u Stilków niewiele zebrano. Rok nie był dobry; ale niejeden potrafił jednak wypełnić parę dobrych wozów żniwnych. Bo wtedy z całą siłą dbano o własne pole.
Rozdział XVII.
A dni toczyły się dalej i dalej niczym kapiące ziarna. U Stilków raz po raz coś sprzedawano: to sztukę bydła, to znów kawałek ziemi. Teraz to Stilke żądał pieniędzy i nalegał na sprzedaż. I surowy wyraz wokół ust Berty tylko się pogłębiał, a oczy patrzyły wielkie i mroczne. Milczała, bo nie wiedziała już, jak sobie pomóc; ale do męża nie odzywała się już prawie wcale. —
I nastały białe zimowe dni z ciężką pracą w lesie – a w domu panował nastrój przytłaczającego ciężaru, i Stilke wybuchał dzikim śmiechem: „Ona mnie przecież wygania”. Często, gdy wchodził do izdebki, ciepły prąd przebiegał mu przez członki aż do serca. Tęsknił i tęsknił za tym, by położyć głowę na kolanach żony i wypłakać się jak dziecko. Czuł się tak nędznie i brudno, i chciał ją o wszystko przebłagać. — Gdyby mu wybaczyła, wtedy wszystko znów byłoby dobrze i mógłby zacząć od nowa – tak sobie myślał. —
Wtedy wchodził i widział poważną, milczącą kobietę z wyrazem cierpienia wokół ust i nie znajdował już do niej drogi. Brał wprawdzie dziecko na ręce i bawił się z nim przez chwilę, a dziecko lubiło wesołego ojca. — Ale Berta była tak pochłonięta swoją pracą, że w ogóle na nich nie zważała. I po chwili sadzał dziecko szorstko na ziemi i odchodził w swoją stronę. Wiedział przecież, gdzie znajdzie pocieszenie. —
I gdy rok znów minął, nie mieli pieniędzy dla żniwiarzy i ledwo starczało na zapłatę dla parobka. — Berta nie potrafiła powiedzieć, gdzie podziały się pieniądze ze sprzedaży. Wiedziała tylko, że on nie zostawił jej ani grosza. Zboże szumiało przed drzwiami, a dzieci w domu głodowały, i Bertę ogarnął gniew bez granic, gdy patrzyła na ich dwie jasne główki. — Wtedy obiecał zdobyć pieniądze i rzeczywiście przyniósł ich następnego dnia wystarczająco dużo. Na Bertę padł niewysłowiony strach i chciała wiedzieć, skąd je ma. Wtedy skłamał, że pożyczyli mu sąsiedzi. Ona jednak wiedziała nagle, że żaden z tych sprytnych wieśniaków nie rzuciłby swoich oszczędności w pewną zgubę. Z przerażającą jasnością ujrzała przed sobą małego, uprzejmego Leviego z miasta powiatowego, który zawsze nosił ten sam czarny surdut i zawsze śmiał się na końcu zdania. — Widziała go w Heidersdorfie na wielkiej aukcji i u biednego, zmarłego Pohla. — Ale nic nie dało się już zmienić — zupełnie nic. Gdziekolwiek w swym lęku nie pomyślała, nie widziała wyjścia. — Wtedy zacisnęła mocno wargi i wzięła się do pracy, lecz praca straciła swój sens. —
I już w zimie do tego doszło. — Mały, uprzejmy Levi z przyjaznymi brązowymi oczami, które potrafiły tak szybko i błyskawicznie rozglądać się wokół, parę razy zawitał do dawnego Hahnhäusel. — Pod wiosnę stało napisane w gazecie: Hahnhäusel zostanie zlicytowane pod przymusem, a pod koniec marca odbędzie się aukcja inwentarza i sprzętów domowych. — — Wieczorem przy fajce czytali to Pohlowie i Menzlowie, i jak oni wszyscy się nazywali. I kręcili głowami mówiąc, że ta chatka od zawsze należała do ludzi z rodu Hahn. Ojciec im już o tym opowiadał, a ojcu jego ojciec. Hahnowie zawsze byli źli, ale pracowici, o tak, bardzo pracowici. I znów kręcili głowami, wypuszczając w izbie gęste, niebieskie chmury tytoniu. — Kobiety zaś przerywały pracę i urządzały o tym wielkie plotkowanie: że Bercie Stilke dobrze się stało za tę jej pychę, twierdziły. Teraz musieli na górze, w domu pod lasem, wynająć dwie małe izdebki od pierwszego kwietnia. Tak to Berta Hahn upadła, oj tak, tak. Ale żal mogło być człowiekowi tej kobiety mimo wszystko. I trzecie było w drodze.
Wiosna przyszła wcześnie tego roku. — Dalej w lesie, tam gdzie były wilgotne miejsca i gdzie jodły nosiły ciemne, powłóczyste szaty aż po czerwone stopy, tam świeciło się i lśniło jak w bajce. Przy czarnych, cichych oczkach wodnych i nad brzegami bezgłośnych rowów torfowych, pośród czerwonych korzeni jodeł kwitły w słońcu tysiącami niebieskie przylaszczki. — I tu i ówdzie kruszyna wyciągała swe zielone palce nad strumieniem. A jej delikatne, drobno wygięte gałązki splotły się niczym woale przed ciemnością. Na polach błyszczało i falowało jak zielone fale. W długich tonach śpiewały kosy o nadchodzącym szczęściu, a białe chmury płynęły przez błękit ku dalekim, słonecznym celom. — Przez lukę wpadał do komory złocisty blask. Tańczył wesoło z lekkimi pyłkami i leżał szerokim kwadratem na podłodze. Potem wędrował dalej przez krawędź łóżka i pozostał przez chwilę na pochylonym karku i lśniących włosach kobiety. Leżała ona bez ruchu przed łóżkiem na kolanach. Głowę ukryła głęboko w poduszce. Chciała schować się przed tym, co tam na dole kroczyło przez dom — przed hańbą. Czarna i wielka jak góra leżała ona na jej duszy, gdziekolwiek się nie zwróciła. — Cierpienie — cierpienie. Jej głośno śmiejąca się, kwitnąca kolorami młodość, kawałek po kawałku, miała zostać oderwana od niej wraz z tym domem i jego dobytkiem.
Wszystkie wspomnienia, całe to napawające dumą z pracy posiadanie, wszystkie młode nadzieje na przyszłe złote żniwa — wszystko to minęło jak poranny sen, wyśniony w krzewach jagód. — Gdzie była podpora, oparcie, które jej się należało w tej gorzkiej potrzebie, gdzie był mąż? — To nie był wcale mąż, ten chwiejny, pozbawiony oparcia śmieszek. Była samotna, zupełnie samotna w swej najwyższej niedoli. — I wszystkie te mroczne postacie z przeszłości, ponure wspomnienie, gorzki żal i tęskny niedostatek, rosły w tej samotnej kobiecie aż do krzyczącej męki. Wtedy wydało jej się, jakby z pośrodku ciemności patrzyła na nią para oczu, głęboka i smutna, i pełna nieskończenie głębokiego współczucia. — „Dlatego — dlatego umarłem na krzyżu i mimo to żyję, i jestem tu przy Tobie — tuż przy Tobie, Berto Stilke, głęboko wewnątrz Twojej duszy. Nie czułaś mnie, a przecież byłem przy Tobie, i gdy ustajesz w swym pośpiechu — oto stoję tutaj. Daj się rozbić i podnieś się, dumna i mężna, i wzrastaj na nowo”. — I zafalowało to przez jej duszę jak wielkie wody, gdy tam klęczała i słuchała, bez tchu i pełna zdumienia. To było objawienie Bożego ducha, a jej dusza drżała i uginała się w modlitewnym dotknięciu. — I ze zdumieniem myślała o tym, co w niej rosło i stawało się, jako o czymś cennym i niepojęcie wiecznym. Z tego nieskończenie falującego źródła, którego przeczucie miała, a którego nie pojmowała, rozkwitło to niczym żywy cud. — I myślała o ojcu w jego samotnej nędzy. W swych myślach widziała go wyraźnie na dole w opróżnionej izdebce. Nie cierpiała sama, chciała do niego iść, a w jej spojrzeniu pojawił się szary blask, jakby od łez. — Wtedy się wyprostowała. — Ludzie byli na zewnątrz. W izdebce siedział Walter, skulony w sobie, w kącie przy piecu. Ze zdumieniem rozejrzał się wokół, gdy poczuła rękę na swym ramieniu, a wielkie, milczące zdziwienie odmalowało się na jego twarzy, gdy spojrzał w jej oczy. I tak, jak tam przed nią siedział, zarzucił ręce wokół niej, ukrył głowę przy jej biodrze i płakał jak dziecko. I gdy tak trzymał swą żonę, zakiełkowała w nim nadzieja na nadchodzące lepsze życie, w którym w jego duszy znów stanie się czysto, a Berta, ta radosna i młoda, stałaby u jego boku. — Lecz ta śmiejąca się dziewczyna umarła. Ta, którą trzymał w objęciach, była Matką. —
Rozdział XVIII.
Stilke mieszkali w izbach w Leśnej Chatce (Waldhäusel). Byli robotnikami. Dwaj mali chłopcy musieli radzić sobie sami; bo oboje rodzice przez cały dzień chodzili do lasu. — Hans Stilke brał swego brata Karla za rękę i tak wspólnie odkrywali świat. Odkryli, że wielkie koleiny na drodze to nieprzyjazne rzeczy, które więżą nogi, sprawiając, że człowiek się przewraca i drapie sobie twarz. Przekonali się, że wielu ludzi, którzy wyglądają jak matka, przebiega obok i nie podnosi cię, gdy siedzisz na drodze i ryczysz. Zauważyli też, że kot domowy jest o wiele mądrzejszy niż Hans i Karl; potrafił bowiem z łatwością wdrapać się na dach; Hans i Karl zaś z trudem wdrapywali się na ławkę. Dlatego kot w ogóle się nimi nie przejmował i pomagał im równie mało, jak te spieszące się kobiety. Wkrótce pojęli, że trzeba samemu o siebie zadbać. To znaczy, Hans troszczył się o nich obu. Nosił już spodnie i był zatem gotów, by podjąć walkę ze światem. Często prowadził swego brata do ich starej chatki i zaglądali przez szparę w drzwiach do obory lub próbowali wejść do chlewni. Gdy jednak z drzwi wyjrzał ten wielki, głośny mężczyzna o czerwonej twarzy, który teraz tu mieszkał, uciekali czym prędzej. Tak wcześnie poznali anioła przed utraconym rajem. — Istniała jednak jeszcze inna kraina czarów, do której dostęp był bardzo uciążliwy. Szło się tam tak stromo pod górę, że na miękkim piasku ślizgało się niezliczoną ilość razy i staczało się z powrotem na sam dół. I wtedy znów siedziało się na dole i płakało. Jeśli jednak było się bardzo odważnym i silnym, docierało się do zielonego ziela, którego można było się trzymać. Drapało ono okrutnie i było przerażająco wysokie i trudne do pokonania. Wtedy Karla zawsze ogarniał lęk przed srogością swego losu z taką mocą, że tylko głośno wyjąc pracował nogami za Hansem; bo tutaj Hansowi regularnie kończyła się cierpliwość i wspinał się daleko, — beznadziejnie daleko przed siebie. Ale w końcu było po wszystkim; wtedy nagle byli na górze. Obok siebie siedziały dwie jasne główki w jagodzisku. Wokół nich słońce leżało na lśniących, czystych liściach. Ciepły zapach ziemi i mocny, żywiczny oddech otulały ich jak ramiona matki. Nad ich głowami cicho szumiały sosny, tak że spoglądali w górę wielkimi, okrągłymi, pytającymi oczyma. Przelatywały jasne, żółte motyle, a oni przewracali się w wrzosowisku, próbując je złapać. Kiedy zaś leżeli na ziemi, tam na dole też było niesamowicie piękne zdziwienie. Tam śpieszyły się grube, czarne chrząszcze, a mrówki biegały i bardzo się ich bały. — Tak błękitna leśna bajka snuła swe nici wokół dzieci Berty i śpiewała im ukradkową pieśń o matczynej miłości, jak drży ona w sercu starej ziemi. — A gdy Berta wieczorem wracała do domu, znajdowała oboje całych i zdrowych. To była błoga chwila, gdy w końcu — w końcu długo wyczekiwane ramiona wyciągały się ku nim. Leżeli tak miękko ułożeni na jej piersi i ogarniało ją zmęczenie po wiekuistym długim dniu, a całe nieszczęście, które on przyniósł, wyłaniało się wraz z tym zmęczeniem, teraz gdy osiągnięto bezpieczną przystań. Hans próbował jeszcze opowiadać; ale gaworzenie i płacz stawały się coraz cichsze i cichsze, i kołysane przez wierne ramiona, radość i smutek wkrótce utonęły w cichym zadowoleniu i błogim śnie. —
Berta zaś siedziała jeszcze przez chwilę i rozmyślała, a jej oczy patrzyły daleko ponad śpiącymi dziećmi na jej łonie, przez okno w błękitnawo zamazane, bezkresne leśne oddale. W nowym życiu jeszcze nie mogła się odnaleźć. Najchętniej wychodziła z mężem na korowanie drzew. Tam mogła spokojnie pracować przy swoim pniu, a wokół niej unosił się ciepły zapach, prześwietlony słońcem i żywiczny. Jednak wokół wolnego miejsca uroczyście szumiały drzewa, tak że niemal zapominało się o rąbaniu i skrobaniu mężczyzn i słyszało się tylko wielką ciszę samotnego lasu. Tam jednak nie zawsze była dla niej praca. Najczęściej musiała iść z innymi kobietami do sadzenia. Tam była teraz wciśnięta we wspólnotę z tym wszystkim nowym, co powstało, z tym skrycie świętym ogniem, który w niej żył i cicho płonął. A ponieważ nie mogła się już od nich wycofać, w kobietach zaczęło świtać przeczucie siły, w której można by znaleźć oparcie, a instynkt słabszego gnał wiele z tych wielce udręczonych niewiast z ich radościami i smutkami ku niej. Tu i ówdzie musiała już przychodzić z pomocą, pomagać w chorobie i radzić, rozstrzygać kłótnie lub przejmować inną pracę. Ale przy gadatliwym ludu nie obywało się bez tego, że sama wciągana była w kłótnie i plotki. I ktoś dawał ku temu powód, by płynący strumień paplaniny nie spływał po niej bez śladu. Teraz, gdy nie mogła już budować wokół siebie murów, Schmarlenz znów ją nachodził. Na drodze do domu przyłączał się do niej. Jeśli pracowała przy mężczyznach, zawsze był najbliżej jej pni, a gdy tylko Waltera nie było, kręcił się wokół Leśnej Chatki i musiał tak urządzić, by jakoś do niej przemówić. Odprawienie go szorstkością było trudne; był bowiem sprytny i nie dawał żadnego uchwytnego powodu. Była też tak wewnętrznie zmęczona tym wszystkim nowym i ciężką pracą, że przez pewien czas pozwalała sprawom biec swoim torem.
Mąż był teraz pilny w pracy, rzadziej też chodził do gospody. Uciekał do żony, gdy tylko pokusa chciała się obudzić. Coraz bardziej stawał się od niej zależny; a jednak czuła, że jeszcze jakieś „coś” ich od siebie dzieli. Był w nim jeszcze niepokój, którego nie rozumiała i który napawał ją smutkiem. — Ale gdy wielki, przygniatający ciężar trosk wraz z uśpioną dumą z posiadania ześlizgnął się z nich, znaleźli ciche zadowolenie we wspólnej pracy. Szum igliwia sosnowego dźwięczał przez ich dni, a one mijały jednostajnie, jeden po drugim, w zielonym lesie.
Gdy pierwsze liście brzozy zabarwiły się na żółto, Stilkom urodziła się dziewczynka. — Ze zdumieniem stali obaj mali bracia przed tym nowym doświadczeniem w ich życiu. Ale najbardziej zadziwiające w całej sprawie było to, że matka zostawała w domu i zdawało się, że jednak nie do końca może się troszczyć o Hansa i Karla. Ta nowa mała siostra musiała być czymś bardzo ważnym. Ale trwało to krótko, i matka znów była przy pracy. Noworodkiem zajmowała się sąsiadka, ale był on wywożony na zewnątrz w wózku dziecięcym. Jednak niecodzienna praca, jako że nie odzyskała jeszcze pełni sił, osłabiała Bertę tak, że jej ciężar życia często zaczynał ją przygniatać. W miarę upływu miesięcy jej relacja ze Schmarlenzem przerodziła się w zaciekłą walkę. Stało się to dla niej nie do zniesienia, a paplanina innych kobiet kłuła jak ostre igły. Padały też słowa o jej mężu, których nie potrafiła sobie wytłumaczyć. Raz po raz uciekała, szukając oparcia, do niego, i zmęczona wracała do swego wnętrza. Walter wraz z gospodarstwem utracił poczucie własnej wartości. Wraz z niepokojem wzrosła w nim niepewność, tak że teraz pokusom swego męstwa wolał schodzić z drogi z głupim śmiechem. Kiedy jednak chciało się w niej podnieść coś na kształt wyrzutu, czuła, jak on się od niej odsuwa. Musiała toczyć swą walkę sama i musiała pozostać dla niego oparciem, jeśli nie chciała go stracić.
I Berta Stilke była zmęczona. — Gdy podparła głowę dłońmi, było to jak bezkresne, pustynno-szare pole przed jej zamkniętymi oczami. I nie mogła znaleźć siły, by wstać i wędrować w głąb — daleko, daleko w głąb. Zdarzyło się jednak pewnego razu pod wieczór, gdy siedziała tak otępiała przy stole, że na szarym polu wyszła jej naprzeciw jakaś postać. I miała na sobie zwykły płaszcz, a ona znała jego oczy, które wyglądały jak bezgraniczne cierpienie i bezgraniczny spokój. Wyciągnął do niej rękę i powiedział: „Chodź, pójdę z Tobą”. I ogarnęło ją to jak radosne przerażenie. —
„Mateńko, czy śpisz?” – zapytał Karl i puknął ją palcem wskazującym w policzek. Wtedy wyprostowała się i poszła do pracy, ale zapomniała, że była tak zmęczona. Od tego dnia znów było coś w jej sposobie bycia, co sprawiało, że Walter z zadowoleniem siadał przy stole, wyciągał nogi, śmiał się i gadał jak za dawnych dni.
Rozdział XIX.
U Schmarlenza choroba piersi pogorszyła się. Nie mógł już chodzić do pracy. Tak więc Berta miała od niego przeważnie spokój. Tylko gdy wychodziła do pracy, stał w drzwiach swojego domu i patrzył za nią swymi wielkimi, palącymi oczami. Ale ona nie zważała na niego; miała bowiem inne rzeczy na głowie. Znów nastały dla Stilków spokojne tygodnie pracy. Berta sama nie wiedziała dokładnie, jak do tego doszło. Ale zaczęła znów oddychać i cicho — cicho mieć nadzieję, że dawny pokój i dawne wspólne życie mogą jeszcze raz powstać. Podczas długich zimowych wieczorów, gdy chrust trzaskał w małym piecu, siedziała i pozwalała drutom stukać, a mała dziewczynka spała obok niej w wózku. Walter zaś raczkował na czworakach po izbie, a jego najstarszy jeździł mu na plecach.
„Wio, tatku — jesteś moim siwym koniem, a ja jestem pół-leśniczym! — Wio, tatku!”
„Tak, tak, chłopcze, ty też powinieneś kiedyś zostać leśniczym” – śmiał się ojciec, zdjął chłopca z pleców i postawił go na stole. — „Popatrz no, Berto, czy ty też nie wierzysz, że z chłopca wyrośnie mądry i silny gość? Na leśnika akurat się nada, mój syn, a jeśli będziemy ciężko harować, na koniec poślemy go jeszcze do porządnej szkoły i coś z chłopca wyrośnie. — Tak, tak, chłopcze — jeszcze wszystko przed tobą, prawda? — Nie uważasz też tak, Berto?”
I oczy Berty promieniały. „Mogłoby tak być, Walterze, gdybyśmy trzymali się mocno razem”.
Chłopiec miał żółte oczy matki i patrzyła na ojca dziarsko. „Ale tatku, musisz zobaczyć mojego siwka!”
„No, no, Hans, teraz kolej na Karla”.
I wtedy Karl jeździł przez pokój. — I nie trwało to długo, gdy matka kładła ich do łóżka, a czerwonolice główki leżały obok siebie na poduszce, a ojciec i matka pochylali się nad nimi, jak w dawnych, dawno minionych dniach, gdy Hans nie potrafił jeszcze powiedzieć słowa „tatuś” czy „mama”. — Niespodziewanie jednak Walter westchnął głęboko, a Berta nie mogła domyślić się dlaczego.
Złe słowa innych kobiet przychodziły jej czasem na myśl. Ale gdy taka myśl chciała się odezwać, wzbierał w niej gniew na samą siebie. I zawsze udawało jej się strząsnąć to z siebie niczym mętną wodę.
Rozdział XX.
Leśną drogą szła młoda kobieta; zimowe powietrze tak zaróżowiło jej policzki, że aż płonęły. To sprawiało, że jej niebieskie oczy lśniły jeszcze mocniej. Cała jej postać wyglądała, jakby życie tętniło w niej z ogromną siłą. — Na ręku niosła dziecko, krzepką, czerwonolicą dziewczynkę w wieku około dwóch lub trzech lat. Mała była zmęczona i ciężko opierała głowę na ramieniu matki. A w miarę jak kobieta niosła silne dziecko coraz dalej leśną drogą, ciężar zaczął jej doskwierać i zmarszczyła brwi.
Wtem usłyszała kroki zbliżające się z naprzeciwka. Z niebieskich leśnych głębin wyłonił się wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Siekierę niósł przewieszoną przez ramię i pogwizdywał jakąś melodię. Kobieta drgnęła i zatrzymała się na środku drogi. W jej oczach pojawił się wojowniczy błysk. Mężczyzna podniósł wzrok. Stanął tuż przed nią i aż się wzdrygnął. — „O panie Jezu, Emma, co ty tu robisz?” — wyrwało mu się.
Wtedy postawiła dziecko na pniu drzewa.
„Co ja bym tu robić miała — ha? — Tego ty pewnie wcale nie chcesz wiedzieć, nie, nie! Ciebie to przecież nic nie obchodzi, nie, nie, nie. Ja mogę głodować z tym małym dziewczątkiem — ciebie to nigdy nie obejdzie — co? — Jak długo to już będzie, żeś ty nic o sobie nie dał słyszeć? Ha?!”
„No uspokój się — uspokój się, Emma, ja już zobaczę, czy mi coś zostanie — ja bym ci coś posłał — czekaj no, ja już zobaczę!”
„Mój Boże, tylko sobie nie myśl, że ja do domu przyszłam, żeby ciebie o coś prosić. Możesz sobie te swoje nędzne drzewa sam zatrzymać. Sprzedaj je sobie — jeśli ci się zdaje, że ja ci z tym dzieckiem ciężarem jestem — to zatrzymaj swoje pieniądze. — Dawniej, ha — dawniej to było inaczej — dawniej to Emma była najważniejsza. — Pocieszać mnie chciałeś i bzdury gadałeś, i Bóg wie co jeszcze — a teraz — a teraz” — gniewne łzy napłynęły jej do oczu, a ponieważ głos jej odmówił posłuszeństwa i wstydziła się łez, tupnęła nogą.
„No nie rób tak, Emma — to przecież nie tak miało być” — powiedział zmieszany i próbował ująć jej dłoń. Ale odwróciła się gwałtownie.
„To jest takie podłe” — mówiła przez łzy. „Masz dosyć mnie i tego biednego, niewinnego dziecka!” — Znów nastało to głupie szlochanie. Stilke podszedł jeszcze bliżej.
„No słuchaj no, Emma. Żona [Berta] miała przecież tak ciężko, a ja mam troje w domu. Tam trzeba pracować i trzymać się razem — i w ogóle — ona jest teraz dla mnie zupełnie inna i bardzo się stara. — No, i w ogóle — to byłby przecież wielki grzech i nie mógłbym jej tego więcej zrobić, i —”
„Ha — jej nie mógłbyś już tego zrobić, co? — Ale mi tak! I grzechem to jest — No dlaczego to ci wcześniej nie przyszło do głowy — ha? — Kto tu zawodził i jęczał, że już nie może wytrzymać w domu z tą kamienną babą i lodowatą wodą, i że niby ja mu trochę miłości do życia wniosę. — I tak dalej, i dalej, aż było za późno. — Tacy są mężczyźni, jak dziewczyna siedzi w nieszczęściu, to nagle sobie przypominają, że to grzech — ale dopiero — jak już mają dziewczyny dosyć!”
Stała przed nim w kipiącej świeżości pożądanego, tryskającego życia. Jej pierś falowała od tłumionego szlochania, a po czerwonych policzkach płynęły łzy. — Wtedy wziął ją w ramiona i pocieszał, jak tylko umiał. A potem podniósł małą dziewczynkę i niósł ją jeszcze kawał drogi w stronę wsi; bo chciała na chwilę pójść do swoich rodziców do Fuchsgraben. — Gdy zniknęła w lesie, usiadł powoli na pniu, na którym wcześniej siedziało dziecko. Głowę oparł o pień jodły i tak trwał przez chwilę w zupełnej ciszy. Było w nim tępe przeczucie, jakby się zgubił — jakby tam gdzieś przed nim leżał jasny, czysty ogród, w którym stała kobieta o wiernych oczach, które teraz często spoczywały na nim w ciepłym, matczynym blasku. A wokół niej kręciły się trzy małe istotki, które nazywały go ojcem i wyciągały do niego ramiona. Ale on nie mógł tam podejść; tamta druga stała przed nim i nie pozwalała mu przejść. I ta druga, i jego własna żona, wszyscy mówili tylko jedno: „Twoja wina”.
Rozdział XXI.
Berta stała przed wielką balią do prania. Spódnicę miała wysoko podwiniętą, a przy jej szybkich ruchach uwidaczniały się silne, kształtne formy. Na gołych ramionach grały mięśnie, a policzki były zaczerwienione od schylania się. Było w niej coś, co przypominało dawną, silną Bertę Hahn. Potem jednak w jej oczach znów pojawił się ten zamyślony, niemal surowy wyraz, który ją zmieniał. — Oparła obie dłonie o brzeg balii i patrzyła przed siebie, a w izdebce było tak cicho, że zdawało się, iż słychać oddech śpiącego dziecka w wózku. — W jej myślach płynął jakiś podziemny nurt, który nie dawał jej spokoju. Czy świętowała, czy pracowała, jego wody zawsze niespodziewanie w niej wypływały, właśnie wtedy, gdy myślała, że najskuteczniej go opanowała. Niczym niewytłumaczalne przerażenie wstępowało to gorąco do jej duszy i niczym dręczące pytanie. Ponieważ w tych ostatnich miesiącach znów zbliżyła się do męża, zrodziło się w niej pewne odczucie, że jego niepokój stawał się dla niej coraz wyraźniej uświadomiony. Wiedziała, że coś na nim leży, niczym ciężki ciężar, pod którym on miota się to tu, to tam. Gdy chciała się nad tym zastanowić, coś czarnego kryło się gdzieś na końcu jej myśli, a tego czarnego nie chciała widzieć. Miała już dosyć nieszczęścia. Berta Stilke stała się niechętna cierpieniu. — I znów sięgnęła do balii, odpychając myśli i żyjąc chwilą oraz jej spokojem. — Był słoneczny dzień w lutym, zima na krótką chwilę odpuściła w swym srogim uścisku i ziemia oddychała. — Berta wieszała na sznurze małe koszulki i krótkie, szerokie, niezliczoną ilość razy cerowane spodenki. Lekki wiatr je nadymał, a kolorowe barwy wesoło przeskakiwały między sobą. — Spojrzała w niebo, na płynące białe chmury, a potem poszła, z gołymi ramionami skrzyżowanymi pod piersią, kawałek wzdłuż łąki, gdzie bawiło się jej dwóch chłopców. Karl wybiegł jej naprzeciw i z radosnym okrzykiem wtulił głowę i ręce w jej spódnicę. Podniosła go i uściskała; potem pogłaskała Hansa ręką po głowie; ale on był tak gorliwie zajęty zabawą, że ledwo to zauważył. — Gdy znów ruszyła w stronę domu, w trawie siedziała mała dziewczynka i skubała suche źdźbła. Mogła mieć dwa lub trzy lata. Miała śmiejące się, niebieskie oczy. Berta nigdy wcześniej tego dziecka nie widziała. A jednak to niebieskookie dziecko wydało jej się przedziwnie znajome. Na tym słonecznym rogu łąki nie było nikogo poza Bertą i tym obcym dzieckiem, a gdy tak stała i patrzyła na nie z góry, ten zamyślony, surowy wyraz znów pojawił się w jej oczach. Mała dziewczynka spojrzała na nią pytająco. Berta Stilke nie bała się żadnego dziecka. — Ale w oczy kobiety wstąpiła taka powaga, że dziecko nagle lękliwie odwróciło wzrok. — „Mamuś!” — zawołało. Wtedy Berta szybko przesunęła dłonią po czole i oczach i poszła do domu. Wciąż spychało ją to „czarne” z powrotem w otchłań. Ale teraz zawsze cieszyła się, gdy była sama; obecność Waltera stała się dla niej przytłaczająca, a on to czuł.
Hans Stilke był duży i silny. Pod względem siły przewyższał wielu chłopców w swoim wieku. Gdy ten malec stał na wiejskiej drodze z rękami w kieszeniach spodni – tak, jak podpatrzył to u ojca – a jego jasne oczy patrzyły ponad innymi dziećmi, w tej dziecięcej twarzy było coś tak hardego i dumnego, że sąsiadki szturchały się nawzajem.
„Cała Berta Hahn” – mówiły. — A Walter uśmiechał się pod nosem, widząc go w takim stanie. Mrugał do niego porozumiewawczo, a syn mu odmrugiwał — poważnie, jakby się świetnie rozumieli — i szedł z ojcem wiejską drogą. Stawiał długie kroki i trzymał ręce w kieszeniach spodni. Czasem obaj siadali razem na ławce przed domem i rozmawiali poważnie. Kiedy zaś to „czarne” w duszy Berty wycofywało się odpowiednio daleko, stawała ona czasem cicho przy oknie i z uśmiechem nadsłuchiwała. —
„No, a jak ona będzie zła, to co ty wtedy zrobisz?” – zapytał raz Walter.
„To ja zrobię tak” – i pogłaskał rękę ojca – „aż jej przejdzie”. —
„No, synku, czy to i mi by pomogło, ha — gdyby ona tak raz na mnie była zła — tak bardzo zła”. — Ale Berta już więcej nie słyszała. Pod tym żartobliwym tonem krył się taki wydźwięk, że zatkała uszy dłońmi i pobiegła do izdebki, by nic więcej nie słyszeć. I do okna też już nie podchodziła, gdy ci dwaj siedzieli na ławce. —
Lecz tamtego dnia Walter pozostał jeszcze długo siedząc w słońcu. Hans biegał wokół domu w stronę łąki i jego jasny głos dobiegał co jakiś czas z oddali. Były tam też inne bawiące się dzieci, ale ich głosy nie miały tego radosnego brzmienia, podobnego do radosnych dzwonków. Za każdym razem, gdy ten dźwięk płynął przez słoneczne powietrze, Walter nadsłuchiwał. Wtedy w jego duszy pojawiały się obrazy. Śliwa nauczyciela stała na tle błękitnego nieba i widział małą Bertę Hahn obok siebie z jej jasnymi oczami. I włożył jej śliwkę między jej świeże, czerwone usta i oboje śmiali się głośno i radośnie. —
Potem wydawało mu się, jakby leżał na skraju rowu w wysokiej zielonej trawie, a żółte kaczeńce odbijały się w błękitnej wodzie. Wokół niego rozbrzmiewało skubanie i chrupanie trawy. To były jego krowy, które pasł. One były jego, i ta zielona trawa, w którą sięgał obiema rękami, była jego, a nad tym wszystkim błękitne niebo z płynącymi białymi chmurami, wszystko było jego. Dlaczego to wszystko jest teraz tak dalekie i obce? —
I znów głos Hansa zabrzmiał radośnie. I widział Walter przedwiosenne słońce drżące na niebieskich przylaszczkach, a delikatne listki kruszyny muskały strumień. Pomiędzy niebieskimi kwiatami poruszała się Berta, tam i z powrotem, w krótkiej spódnicy z koszykiem na ramieniu. Miała coś przynieść z Heidersdorfu, ale kwiaty obudziły się przez noc — nie mogła więc odejść. Prześcigał się z nią w schylaniu, a gdy udało mu się chwycić jej rękę pośród kwiatów, trzymał ją mocno — sam nie wiedział, dlaczego było mu przy tym tak błogo. A gdy przeskakiwali przez szeroki, ciemny strumień, wtedy pociągnął ją za ramię do siebie i przez chwilę mocno trzymał to silne, ciepłe ramię swoimi dłońmi i śmiał się przy tym zmieszany, choć sam nie wiedział dlaczego. — Potem nie widzieli się już aż do tamtego roku, kiedy nieszczęście spadło na rodzinę Hahnów. — Ale nawet gdy rozmyślał o tym, co wydarzyło się pomiędzy, w gruncie rzeczy to zawsze była Berta. — I coraz jaśniej robiło się w jego duszy. Czas znów powracał do momentu, gdy ta silna, słoneczna Berta Hahn stała się jego własnością. Patrzył głęboko w jej złote oczy i widział pełne czerwone usta. Czul ten długi, gorący pocałunek — to wszystko było jego — jego? — Gdzie to się podziało? Płynące białe chmury były daleko, wiosna już go nie obchodziła. Nic w nim nie odpowiadało, gdy słońce uśmiechało się nad kwiatami. Wszystko było w nim takie głupie i martwe. A to, co pozostało jego własnością, Berta — gdzie ona była? To nie była już ta słoneczna dziewczyna z dawnych lat. — Tak, wiedział to od dawna — od dawna, on sam powoli pomagał ją zabić. Hańby — wstydu nie mogła znieść, a on wciąż spiętrzał na nią nową hańbę.
Położył rękę na oczach, by zamknąć wrota przed jasnym blaskiem słońca. — A jeśli dowie się o tym ostatnim? — Dlaczego zaszło to z nim tak daleko, czy ona nie mogła mu pomóc? Dlaczego nie powstrzymała go, by nie stał się hańbą dla niej i swoich dzieci? Czy nie byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby po cichu odszedł z tego jasnego słońca, którego i tak już nie mógł znieść? —
Wtem z wnętrza dobiegł jego uszu płacz małej dziewczynki, a potem matczyne, ciepłe gruchanie półśpiewnego ukojenia Berty. — Tak, ona była jeszcze dobra, ona była jeszcze silna — ona miała jeszcze miłość w sercu. I wszystko w nim wyciągało ramiona — „Pomóż mi jeszcze raz”.
Berta jednak kołysała swoje dziecko, a jej dusza nie mogła oderwać wzroku od tej ciemności, która w niej rosła i przybierała kształt. — Tych wyciągniętych ramion jednak nie widziała. —
A bezczelne gadanie kobiet kłuło bardziej niż kiedykolwiek. Schmarlenz wciąż był chory. Ale czy on tam był, czy nie, czy kobiety o nim mówiły, czy nie, było jej już teraz zupełnie obojętne. To było tylko to drugie — to drugie. —
Natura Waltera zmieniła się jeszcze bardziej. Trzymał głowę nieco pochyloną do przodu, jakby czegoś szukał na ziemi. Czasem jednak otrząsał się w przypływie dzikiej wesołości, a czasem wzdrygał się, jakby ze strachu. Jego żona jednak schodziła mu z drogi, gdzie tylko mogła. A gdy ją widział, jego oczy często śledziły jej ruchy i gościł w nich głód. —
Rozdział XXII.
Ciepły blask słońca znów zniknął. W powietrzu unosił się nadchodzący śnieg, a zimny zmierzch wisiał złowieszczo nad lasem. — Berta pracowała tam przy uprzątaniu drogi, a jej mąż był z drwalami. Szła teraz samotnie swoją drogą, niosąc motykę i grabie na ramieniu. Ciemność czaiła się skulona w głębiach między drzewami, a las był jak martwy w tej zimnej, niesamowitej ciszy. Słyszała tupot własnych kroków i miała głuche wrażenie, że to już się kiedyś wydarzyło w jakiejś sennej dali. To „tup-tup” brzmiało już kiedyś tak upiornie samotnie w jej uszach w dawno — dawno minionym czasie. — I znów powróciły stare myśli i wynurzyły się w niej te, z którymi Berta Hahn — ta silna dziewczyna — się zmagała, gdy ogarniał ją lęk przed jednostajnością jej wędrujących stóp w martwym lesie. Wyłaniały się przed nią jak starzy znajomi z grobowych czeluści, a ona uśmiechała się boleśnie do siebie, myśląc o tamtej Bercie z przeszłości i o jej nadziejach i lękach. — Ojciec! — gdzież on może teraz być? Gdzie podziała się ta cała nieustępliwa siła i ta dzika natura, to przecież musiało gdzieś zostać, to przecież nie mogło się tak po prostu ulotnić — rozwiać na wietrze? — Gdy w lesie płonęły klocki drewna, unosiły się jako dym w powietrze. A gdy woda na łące parowała, unosiła się jako mgła w chmury i powracała jako rosa. Wszystko pewnie wracało i nie przemijało. Jakże ta silna ludzka dusza miałaby przestać istnieć! — Ale czy miał on spokój? Spokój u Tego, w którego nie wierzył? — Czy też jego dusza błąkała się błądząc, przywiązana do tego, co kochał, do swojego lasu? Zadrżała, a na jej sercu położył się ciężki smutek, niczym brzemię. —
Wtedy tęskniła za czymś poza nią, za czymś odległym. Czy to przyszło? Kiedy przyszła miłość, sądziła pewnie, że ją ma i utrzyma, to odległe cudowne coś. A teraz? — Patrzyła przed siebie i w jej spojrzeniu malowała się głębia mrocznego cierpienia. — I teraz? Czy ona w ogóle jeszcze kocha Waltera? Czy on dotrzymał czegokolwiek, czego od niego oczekiwała? —
I wtedy nadeszły czarne dni troski i rozpaczliwego trudu, i przesuwały się obok niej niczym czarny orszak żałobny, aż nadeszła trumna, w której złożyła swoją dumę, swoją młodzieńczą radość, swoją chatkę – swój dom. —
Ale to wciąż nie było wszystko – tam z tyłu, za czarnym orszakiem, czaiło się jeszcze coś czarnego. To było gorsze od wszystkiego; groziło i nęciło niczym otwarty grób. — „Tylko tego nie, kochany Boże, to mi oszczędź – tylko tego nie”. —
Ale przecież tego strasznego wcale tu nie było. Może wszyscy wyrządzali mu krzywdę. Chciała spróbować znów go kochać. Zdawało jej się to wcale nie takie trudne. —
Z żelaznym postanowieniem stawiała stopy, a jej kroki brzmiały pewnie i ostro. — Nie była już daleko od domu, a ciemność zalegała ciężko między pniami. Szła szeroką drogą jezdną, a kawałek przed nią wpadała w nią inna ścieżka. Spojrzała w górę i rozpoznała ciemną postać, która skręciła na drogę i kroczyła przed nią w stronę Fuchsgraben.
Wypatrywała bystro. Odziedziczyła wzrok ojca, który pod względem ostrości niewiele ustępował zwierzynie. Tak, to był Walter. Rozpoznała go po wysuniętej do przodu głowie. Przyspieszyła kroku, by go dogonić. Chciała go zawołać, ale po tym, co zaszło między nimi w ostatnich tygodniach, powstrzymała ją jakaś nieśmiałość. —
Pnie drzew zaczęły rzednieć i w oddali zamigotały światła wioski. — Wtedy z mroku między czarnymi pniami wyłoniła się druga postać. — To była kobieta. — I gdy oczy Berty spoczywały na niej w tępym wypatrywaniu, tamta przylgnęła gwałtownym gestem do idącego mężczyzny. —
Wtedy Berta zakryła dłońmi twarz i w mroźną zimową noc osunęła się na pniu drzewa.
Walter i Berta dotarli do drzwi domu niemal w tym samym czasie. Wzdrygnął się, gdy stanęła obok niego. W półmroku wypatrywał jej twarzy. — Potem stali milcząco w ciemnej izdebce.
„Berta — Berta, muszę — muszę z tobą pogadać”.
Głos mu drżał. —
Ale Berta zatkała rękami uszy.
„Cisza — cisza — ani słowa więcej o tym. Z miłością już dawno koniec”. —
Rozdział XXIII.
Hans nie wiedział do końca, co o tym myśleć. Nie odkrył jeszcze właściwie, po co właściwie jest ta mała siostrzyczka. — Nie miał dla niej żadnego zastosowania. A jednak ojciec często siedział teraz, gdy matki nie było jeszcze w domu lub już wyszła do pracy, i trzymał tę malutką, głupiutką, małą siostrę w ramionach — zupełnie cicho i patrzył przed siebie — ciągle w jeden punkt. A gdy podnosił wzrok i patrzył w jasne, pytające oczy Hansa, wtedy chwytał go drugą ręką i przyciągał do siebie, i skinieniem przywoływał też Karla, i tak stali przez chwilę zupełnie blisko siebie. — Ale wszyscy byli zupełnie cicho. — Hans nie wiedział dokładnie dlaczego. Ale było w tym coś tak osobliwego, że musiał ciągle przełykać ślinę, bo czuł się tak, jakby musiał zapłakać.
Zazwyczaj, gdy czegoś nie rozumiał, pytał matkę, bo matka wiedziała wszystko. — Ale to była tajemnica — między ojcem a nim. I nie można było właściwie rozmawiać z matką o ojcu; bo oni przecież też ze sobą nie rozmawiali.
I oczy Hansa stały się wielkie. Było w nich coś na kształt pytania. Tylko raz słyszał, jak ojciec znów powiedział coś do matki. — Gdy postawiła misę na stole, ojciec chwycił ją za rękę.
„To było tak, jakbyś nie chciała już o mnie nic wiedzieć, a ja już nie mogłem wytrzymać”. — I ojciec spojrzał na matkę tak, jak robił to Hans, gdy była zła. Ale ona zabrała rękę i wyszła. I na zewnątrz było zimno i zupełnie ciemno. I matka nie jadła tego wieczoru kolacji. —
Ale gdy leżał w łóżku i Karl już spał, Hans znów wypełzł, złożył dłonie, bardzo ostrożnie — matka nauczyła go modlić się. —
I wtedy powiedział półgłosem: „Proszę, kochany Boże, spraw, żeby tata znów był grzeczny i spraw, żeby mama znów była dobra dla taty”. Ale kochany Bóg jeszcze go nie wysłuchał. —
Potem jednak, gdy Hans i Karl szukali już przebiśniegów, wydarzyło się coś osobliwego. Zima jeszcze raz powróciła. Cały świat był cichy i biały. I dzięki bałwanowi oraz wielkiej bitwie na śnieżki Hans Stilke zapomniał o swym pierwszym wielkim zdziwieniu w życiu i o swym sporze z kochanym Bogiem. —
Wokół ust Berty malował się twardy rys, gdy tak stała przy pracy w cichym zimowym lesie. Układała polana jedno na drugim i rozlegał się twardy dźwięk, gdy je rzucała. — Życie było twarde — nieubłaganie twarde, praca była twarda i trzeba było harować aż do pęknięcia — aż do zapomnienia. I rzucała polana. — Jak długo jeszcze potrwa to życie bez światła i spokoju? — Kiedy skończą się te bezkresne męki i będzie wolno się położyć i zasnąć? — Jeszcze nie — jeszcze potrzebują ich dzieci. — I jakże trzaskały polana. —
Wtem na zaśnieżonej leśnej drodze dobiegł jej uszu dźwięk biegnących stóp. Wyprostowała się i rozejrzała. Przez białawy blask nadchodził mężczyzna. To był Schmarlenz i wyglądał na przejętego.
Sapał, jego oddech był niemal rzężący. —
„Stilke, chodźcie no szybko. — Chodźcie do Waltera”. —
Berta chwyciła się ręką za serce. „Co — co się stało z Walterem?”
„Drzewo — drzewo, chodźcie no szybko”. —
Białe drzewa zdawały się chwytać za ręce i tańczyć w kole wokół niej, gdy biegła obok niego.
„Co się stało z drzewem?”
Ale Schmarlenz tak strasznie sapał, że nie mógł już wydobyć z siebie głosu. Wiedziała, gdzie pracują mężczyźni i wkrótce go prześcignęła.
Tylko naprzód — choćby droga falowała w górę i w dół — choćby ledwo mogła unieść stopy w głębokim śniegu — tylko naprzód! —
Tam dymiły ogniska — tam rzedniał las — tam był wyrąb. —
I tam, na skraju lasu, była czarna gromada mężczyzn. Rozsunęła ich. — Pomiędzy nimi leżał ktoś długi na plecach, bez ruchu na ziemi.
„To było tak, jakby drzewo zaczęło się chwiać”, zaczął cicho Pohl.
A Menzel wtrącił śmielej: „On nie odskoczył dość szybko, tak jak my”. —
„Nie, nie” — powiedział inny gorliwie — „on podbiegł jeszcze bliżej, jakby chciał czegoś szukać, i wtedy go dopadło”. —
„Właśnie w tej chwili, gdy drzewo...” — ale Menzel nie dokończył, Schmarlenz położył mu rękę na ustach. —
Lecz na kamiennej twarzy Berty nie drgnął żaden mięsień. — „Idźcie po nosze, wy ludzie, a ty, Pohl, biegnij po lekarza i — i —” — Rozejrzała się błędnym wzrokiem.
„A wy chodźcie ze mną” — powiedział krótko Schmarlenz. Niechętnie poszli wszyscy. — Krew pulsowała jej w uszach. Rozejrzała się. — Została sama z milczącym mężczyzną, a płatki śniegu zaczęły cicho opadać. Wtedy upadła na kolana, nagle, jakby odmówiły jej posłuszeństwa. Zaczęła go dotykać — drżącymi, pośpiesznymi dłońmi. Znalazła tylko lekką ranę tłuczoną na głowie. — Wtedy przyłożyła ucho do jego serca i dreszcz ją przeszył. I wtedy, jakby działo się to bezwiednie, oplotła ramionami jego ciało i mocniej przytuliła głowę do jego piersi.
O Boże — jakże nadsłuchiwała — ale nie wydobył się ani jeden dźwięk. A zimne płatki opadały bezszelestnie, i to, co trzymała w objęciach, było równie ciche, zimne i bezlitosne. Dreszcz wstrząsnął nią całą, a w jej wnętrzu poczuła coś jak ziejącą, straszliwie palącą ranę. — Co jej się stało? — Białe płatki padały, i wszystko było zupełnie ciche, i pozostało tak upiornie, straszliwie ciche — a to, co trzymała w ramionach, stawało się coraz zimniejsze. —
Gdyby tylko mogła sobie uświadomić, co się właściwie stało! Posłała mężczyzn po nosze — ich nie było długo, bardzo długo. — Kto miał na nich spocząć? Jej Walter? — Jej silny, wesoły Walter? I nagle stanął przed nią, tak jak wtedy w Hahnhäusel, kiedy poprosił ją o rękę. — Chciała wyciągnąć do niego ramiona. Ale trzymała coś, czego nie mogła puścić. — A on patrzył na nią tak smutno, jej wesoły Walter. — Czy mu coś zrobiła? Tak — ale co? — I ojciec stał za nim i patrzył na nią tak samo, z cichym wyrzutem, jakiego nigdy za życia u niego nie widziała. I pod spojrzeniem tych czterech oczu miotała się, a jednak nie mogła sobie uświadomić, co zrobiła. I wciąż, i wciąż to nadsłuchiwanie dźwięku, który nie nadchodził, i straszliwe zimno wokół niej, i twarda, nieubłagana sztywność pod jej dłońmi. Ale oczy — te cztery oczy były najgorsze. To było nie do zniesienia. Chciała się opamiętać i myśleć. I zagryzła wargę aż do krwi w swej kurczowej walce przeciwko temu tępemu, przerażającemu uczuciu. — Co było z ojcem — czy zrobiła mu coś? „Ty byłaś winna — jego śmierci tyś winna!” — szydziło coś skądś z mrocznych głębin.
Ale nie, nie, jej Walter przecież tego nie powiedział — to drzewo go zabiło, drzewo. „To było tak, jakby —” — Jak to było? Czego on chciał? „To było tak, jakbyś nie chciała o mnie nic wiedzieć, a ja nie mogłem już tak wytrzymać!” Nie mógł wytrzymać bez miłości. A ona mu jej nie dała. Dlaczego? — Wstydziła się tego słabego, bezradnego mężczyzny, ona, silna Berta Hahn.
Wtedy pojawiła się ta straszna myśl; jakże gorzki był jej smak! Ona była winna — winna wszystkiemu. — Tępo i na wpół zrozumiale krążyły w niej te myśli, niczym ciężkie, dławiące bóle, które chciały ją udusić. „Boże — Boże, zabierz to, zabierz to!” —
Lecz wokół wszystko pozostawało ciche i nieme, a białe płatki ślizgały się bezszelestnie w dół. —
Wtedy rozejrzała się błędnie i lękliwie. I ze strachem spojrzała zmarłemu w twarz. — I zobaczyła, że w jego twarzy gościł cichy spokój. Dziecięca ufność malowała się na nieruchomych rysach. Wpatrywała się w nie tępo. Jak to się stało, że on teraz tak wyglądał, jak dawny Walter. Gdzie on teraz był? Czy nie znalazł kogoś, u kogo mógł szukać oparcia, kto niósł jego słabość i zdjął z niego winę? — I nagle On [Chrystus/Zmiłowanie] stanął za nią. Wysoki, z wyciągniętą ręką. Czuła go wyraźnie — tego o spokojnych oczach. I słyszała tylko jedno słowo: „Zmiłowanie”.
Gdy mężczyźni z noszami kroczyli przez cichy las, wyszedł im naprzeciw lekarz. Postawili swój ciężar na śniegu, a cicha, blada kobieta stała milcząco obok. Gdy lekarz podniósł wzrok i spojrzał na nią poważnie, skinęła tylko głową: „Ja już wiem!”. Nie dało się już nic zrobić. I mężczyźni znów chwycili za drążki, i powoli orszak ruszył dalej, ku rodzinnej wsi. Cicho szeptali między sobą, ale ta, która milcząc podążała za noszami w łagodnie padającym śniegu, słyszała ich równie mało, jak wyciągnięty na noszach mężczyzna, który nie miał już czasu na gadanie.
Rozdział XXIV.
Roztop nastał z wielką siłą. Wyjąca burza pędziła przez sosny i rzucała wilgotne masy śniegu z plaskającym łoskotem o ziemię. Ukośnie przed wiatrem przemykały szare strugi deszczu nad krajem. A wzburzone, ciemne drzewa ginały się, jęcząc. —
Ścieżką ku leśniczówce kroczyła Berta Stilke. Szła wyprostowana i stawiała stopy pewnie, jakby przy każdym kroku musiała deptać coś pod sobą, co stawiało opór. —
Najgorsze było przezwyciężone i nie potrafiłaby dzisiaj powiedzieć, jak tego dokonała. Zgłoszenie zgonu i sprowadzenie zwłok do domu — pytania i paplanina sąsiadów oraz pogrzeb. — Łzy miała jakby zamarznięte, ale wieczorem, gdy wszystko już minęło, siedziała samotnie w zmierzchu. Wtedy mała dziewczynka zaczęła płakać, a ona kołysała ją w ramionach. I gdy to bezojcowskie stworzenie, ułożone miękko na jej piersi, zapadło w sen, wtedy w końcu runęło to na nią, jasno i wyraźnie, że jej Walter odszedł — odszedł na zawsze. — To umęczone rozmyślanie o winie i te mętne, straszne myśli były martwe. Ale obudziły się niedostatek i straszna pustka. Wtedy załamała się, jęcząc, chowając twarz w poduszkach dziecka. I tak w końcu nadeszły łzy.
Hans to widział i pobiegł do niej. Splótł ramiona wokół jej szyi i potarł głową o jej policzek. A Karl przyszedł i wtulił się w jej kolana. I tak znów ogrzała się ku człowieczeństwu i z tym głębokim spokojem, który wyrósł dla niej ze śmierci, poczuła w sobie odwagę, by wziąć swe życie na barki i działać. —
Deszcz smagał ją, a wokół rozbrzmiewał jęk i skrzypienie drzew. Tak jej właśnie pasowało, by wywalczyć sobie drogę pod wiatr. Wtedy nie czuła tak bardzo tego żrącego bólu w duszy. Biało prześwitywała leśniczówka przez drzewa. —
Leśniczy Halbe wyszedł właśnie przed drzwi. Strzelba wisiała mu przez ramię. — Spojrzał badawczo kobiecie w twarz, gdy przedstawiła swą prośbę. Spojrzenie nie było przyjazne; ród bowiem, z którego pochodziła, był mu nienawistny. Ale ona zawsze była dzielną pracownicą, a gdy teraz patrzyła na niego tak pewnie tymi wielkimi oczami, w których płonął smutek, jego wzrok stał się mniej surowy.
„Nie, nie, Stilke, przykro mi,” powiedział przyjaźnie, „ale tak to nie możemy tego zrobić. To nie uchodzi.”
„Tak, ale, panie leśniczy, może mi pan wierzyć, jestem silniejsza niż wielu z pańskich robotników leśnych. Wypróbujcie mnie państwo, dajcie mi korowanie na akord, tak jak mojemu mężowi. Obiecuję panu, że nic nie zostanie zaniedbane i wyrobię więcej metrów sześciennych niż wielu mężczyzn.” Żółte oczy błagały i prosiły. —
„Kobiety po prostu nie są zatrudniane na tych samych warunkach co mężczyźni. Nie mogę tu zrobić żadnego wyjątku, Stilke.” —
„Mówi się, że pracowałybyśmy nieregularnie i że nie byłoby korzyści z pracy kobiet, ja już wiem, panie leśniczy. Ale obiecuję panu uroczyście i święcie, że to się u mnie nie zdarzy. Zna pan przecież moją pracę, panie leśniczy, i może pan przecież sprawdzić. Gdyby gdzieś czegoś brakowało, może mi pan to odjąć od zapłaty.”
„Stilke, dałbym pani pracę, tak samo jak innym kobietom, a tam, gdzie bym mógł, wolałbym panią, bo nie ma pani lekko i jest pani porządną robotnicą. Niech pani idzie sadzić z innymi.”
„Panie leśniczy, o tych innych kobietach z Fuchsgraben nic nie chcę wiedzieć, mam troje dzieci do wykarmienia sama. Panie leśniczy, mam troje dzieci w domu.” —
„Kobieto, dajże mi teraz spokój. Przecież nie mogę dla was zmieniać praw. Tak jest w całych Niemczech. Idźcie, gdzie chcecie — choćby do rządu — do ministrów — Bóg wie gdzie — ale dajcie mi święty spokój i róbcie tę pracę, którą wam daję.” —
Wtedy odwróciła się powoli i odeszła. Tą samą drogą z powrotem. Najpierw było to jak zmęczenie aż do pęknięcia i gniew. Potem zaczęła myśleć o mężczyznach — to musieli być sami mężczyźni, ci w rządzie, o których mówił leśniczy. Nie mogli więc naprawdę wiedzieć, co czuje taka wdowa z trójką dzieci. Ale przecież mieli żony – czy one im tego nie mówiły? Ale one pewnie też nie wiedziały, jak ciężko było za te parę groszy, które zarabiało się przy sadzeniu, nasycić i ubrać czworo ludzi. I znów zmęczenie chciało na nią spaść. — Ale nie — w niej była siła. — W niej był Ten, który był tak silny jak burza, który dawał taką moc, jaka rosła i rozprzestrzeniała się w sosnach. Ona nie ulegnie. Chciała mimo wszystko podjąć walkę. I znów kroczyła wyprostowana i stąpała pewnie.
Gdy weszła do swojej izdebki, August siedział przy stole, a naprzeciwko siedziała jego żona i trzymała małą dziewczynkę na ręku. — August w tym złym czasie prawie nie odstępował jej na krok; ale ona była tak skamieniała w bólu, że ledwie go zauważała. — Teraz jednak w jej oczach pojawił się jakby błysk, gdy go zobaczyła. — „Chciałem usłyszeć, co powie leśniczy, dlatego znów tu zajrzeliśmy” — powiedział niemal przepraszająco.
„Dziękuję ci bardzo, Auguście” — i zmęczona opadła na krzesło obok niego. „To na nic. Kobietom nie wolno dostawać tego samego, co mężczyznom. Sama nie wiem dlaczego, ale pan leśniczy mówi, że nic nie może na to poradzić. — No i widzisz, Auguście, tam się nic nie zmieni, a ja będę musiała patrzeć, jak sama temu zaradzę”. —
Mówiła to jednostajnie przed siebie i patrzyła ciągle prosto. Mała pani Hahn patrzyła ze zdumieniem i niemal ze strachem na dużą, silną szwagierkę, która doświadczała tak strasznych rzeczy, a mimo to nie załamała się i nawet nie płakała, ani nie narzekała.
Przez chwilę August patrzył na siostrę w milczeniu. Potem wymienił spojrzenie ze swoją żoną. —
„Berto, pomyśleliśmy sobie, Anna i ja, że weźmiemy ciebie i dzieci do siebie, i zamieszkacie z nami. Wtedy zaoszczędzisz na czynszu, a z jedzeniem jakoś sobie poradzimy. Dasz po prostu to, co zdołasz odłożyć i nic więcej. Ja mam niezłe dochody, a Anna potrafi dobrze gospodarować”.
„— No i w ogóle, nie będziesz już wtedy taka opuszczona, co nie?”
Wielkie łzy stanęły teraz w oczach Berty, a dla małej Anny Hahn były one pociechą. I łzy potoczyły się po policzkach, zanim zdołała wydobyć z siebie odpowiedź. — Ujęła dłoń Augusta.
„Jesteś bardzo dobrym człowiekiem, bracie, i niech ci Bóg wynagrodzi”. A potem rozejrzała się po izdebce — swojej własnej izdebce. I zobaczyła swoich dwóch chłopców stojących przy stole i małą dziewczynkę na ręku szwagierki, i jej oczy znów powróciły do brata. —
„Sami macie już dwoje, Auguście — gdzie wy chcecie jeszcze z obcymi ludźmi, i przecież lepiej jest, gdy człowiek zostaje przy swoim — możesz mi wierzyć!” —
„Ach co ty, Berto! Najpierw to przemyśl. I matce świętej pamięci musiałem obiecać do ręki, że cię nigdy nie opuszczę. Chodź no z nami!”
„Tak, chodź no z nami, Berto” — powiedziała też mała pani Hahn. —
„Nie, nie, ludzie, to nie dla mnie. Ja muszę gospodarować z dziećmi tak, jak mi pasuje" — i urwała — „byłoby mi też bardzo strasznie musieć odejść z Fuchsgraben i z lasu. — Ale waszą miłością pomogliście mi bardziej niż czymkolwiek innym. — Mówię to jeszcze raz, Bóg zapłać wam”. —
Wtedy oboje zostawili ją przy jej woli. A w drodze do domu mała pani Hahn powiedziała do męża: — „Ty, August — może to jednak lepiej, że Berta do nas nie przyjdzie. Ona jest przecież taka inna niż my”. —
„No, dlaczego?” — zapytał August.
„No, sama nie wiem, ale do kościoła nie chodzi, a na tańce też nie — i ona ma w sobie to coś — sama nie wiem co”. —
„Tak, tak” — powiedział August smutno — „matka miała jednak rację. To jest natura po ojcu, a ona nie ma szczęścia — nie, nie”. —
Rozdział XXV.
Brzozy wypuściły swoją pierwszą, drżącą wiosenną zieleń i stały na skraju lasu w miękkim, niebieskim wiosennym powietrzu niczym płochliwe panny. A ciemne sosny nałożyły świeże, zielone pąki, a między nimi stały modrzewie, jak zaczarowane, oblane czerwonawymi pąkami. Nawet tam, gdzie czarne zniszczenie wypłoszyło całe życie, teraz niezliczone małe sosny podnosiły swe główki, jedna obok drugiej, tak że wyglądało to jak bezkresne zielone morze. I każde z drzewek rozpościerało się i dążyło ku górze w wiosenne powietrze. A ludzie, którzy stali tam na zewnątrz z ugiętymi plecami od rana do wieczora, zapominali, że życie było ciężkim brzemieniem, i czuli tylko krzepką rozkosz w mechanicznym poruszaniu rąk, i wracali do domu przez łagodny wiosenny wieczór, oddychając z zadowoleniem i zapominając o troskach.
I liście stawały się duże, a zboże znów zaczynało falować. Upał drżał znów między sosnami, a jagody lśniły w poszyciu. Czy jednak szli zbierając jagody przez las, czy stali przed dojrzewającym polem, było tak, jakby milczące letnie ciepło kładło się wokół nich, by przystanęli i nadsłuchiwali. I kto miał czujne ucho, ten słyszał coś z letniego tkania wokół siebie.
A potem przyszła jesień i rozsiała swe kolory nad światem, bogata i pełna radości życia. I od rana do późna praca trzymała ludzi w ryzach. Ale w tym przymusie było ich błogosławieństwo; odrywało bowiem troskę od ich zmęczonych dzieci, tak że nocą przy ich posłaniu nie stał nikt jako niemrawe upodobanie. —
Z ponurymi, pustymi dniami i skarżącym się wiatrem powróciła jednak znów ta niespokojna troska — i ludzie patrzyli lękliwymi oczyma i modlili się o łagodną zimę. A gdy potem wraz z mrozem i lękliwą ciemnością nadeszła bieda, a nawet choroba — wtedy słabi wyciągali ręce i szukali tych, którzy jeszcze stali na nogach, i czepiali się ich jak zagubione dzieci. —
Wdowa Pohl leżała już od wielu lat złożona artretyzmem. Starszy syn pracował tam w hucie żelaza. Ale wrócił do domu, bo działo się tu tak źle. W domu było ich jeszcze czworo, oprócz dwóch starszych, którzy chodzili do pracy. A teraz jeszcze najmłodsza siostra leżała w łóżku z wypiekami na twarzy i mówiła od rzeczy. Ale dwunastolatka nie wiedziała już, jak sobie radzić z niedołężną matką i gorączkującą siostrą. —
Wielki chłop stał przed posłaniem matki i patrzył na jej sparaliżowane kończyny, a kąciki ust opadały mu bezwładnie; nie wiedział co robić i bliski był płaczu. —
„Słuchaj no, Paul” — powiedział drżący głos. „Skocz no raz do Stilke. Sama nie wiem, ale ona zawsze ma jakąś radę i pomaga, i nie robi przy tym zbędnego gadania”.
W izdebce Stilke lampa rzucała swój skąpy blask na barwny nieład. W kącie mocowało się dwóch chłopców z głośnym wrzaskiem. Mała Hedwig Stilke raczkowała po podłodze i od czasu do czasu chwytała za głowę obce dziecko, które z poważną miną siedziało na ziemi.
Przy stole siedziała Berta. Wielki stos szarej robótki piętrzył się przed nią, a jej palce z drutami śmigały zwinnie. Na kolanach leżało jej obce, śpiące dziecko, a inne opierało się o jej kolano i patrzyło ze zdumieniem na śmigające igły.
Starszy chłopak Pohlów wszedł i przedstawił swoją prośbę. Strach malował mu się w oczach, a Berta pozwoliła robótce opaść i zamyśliła się.
„Co ja mam zrobić z dziećmi?” — powiedziała półgłosem. — „Powiem ci coś, Paul. Skocz no tam do Hanke, może mogliby odebrać dziecko trochę wcześniej. Starsza pewnie je zabierze, ona i tak tam ciągle biega. Ale co z małą Scharnke? Scharnke nie będzie jeszcze w domu, co ja mam z nią począć!”
To uroczyste stworzenie na podłodze też nie znało rady.
Wtedy Hans odsunął od siebie brata i stanął przed matką.
„Ja będę uważał, matko”. Jego jasne oczy patrzyły prosto w jej oczy. W tym dziecku było coś z męskiej niezawodności.
„Będziesz uważał, żeby żadne nie podeszło do pieca i żadne nie dotykało lampy?”
„Tak, tak, matko”. Spojrzała mu jeszcze raz w oczy; potem pogłaskała go po głowie.
Gdy wychodziła, dwoje dzieci z krzykiem uczepiło się jej spódnicy. Ale Hans wziął jedno na ręce, a drugie głaskał, aż się uspokoiło. Berta rzuciła jeszcze okiem na swojego dużego chłopca; potem poszła do chorego dziecka. —
„Tak – tak, Stilke, jak tylko tu jesteś – to zaraz mam więcej otuchy” – powiedział kwilący głos z łóżka. I Berta podparła dyszące dziecko i pogłaskała je po dłoniach rozpalonych gorączką. Skinęła głową sparaliżowanej matce, a w jej oczach pojawił się nowy blask. —
Musiała zgasić małą, dymiącą lampę.
Teraz światło księżyca drżało nad łóżkiem dziecka. Mała rzucała się niespokojnie, a z kąta od łóżka matki Pohl dobiegało od czasu do czasu sapanie i wzdychanie. Poza tym wokół nich panowała cisza nocy. —
Czasami na jej czole pojawiała się stara, głęboka zmarszczka i zaciskała mocno wargi, jakby kosztowało to wielki wysiłek.
Berta Hahn patrzyła prosto przed siebie. — Nie chciała zerkać na boki i lękać się biedy. Raz po raz czarna bieda czaiła się na drodze. Ale swoimi obiema silnymi pięściami stała się jej panią. Dla swoich bliskich chciała stworzyć przestrzeń do oddychania. Jej dzieci nie miały zostać ujarzmione przez czarną biedę. Chciała bronić się i w przyszłości. Chciała walczyć rękami i zębami; pokazała to w ostatnim roku. Często było to wleczenie się dalej aż do kresu wytrzymałości, a cierpienie i tęsknota leżały na niej jak ogromny ciężar.
Ale nie została złamana; i w tym była radość.
Mimo ciężkiej pracy w lesie jeszcze robiła na drutach i szyła dla innych ludzi oraz pilnowała obcych dzieci. Lecz przy całym tym dręczeniu i cierpieniu znów ożyło w niej coś z tej silnej, radosnej Berty Hahn, która nadsłuchiwała szumu sosen i kochała radosne promienie słońca.
Tylko wszystko stało się cichsze. —
A potem było jeszcze coś nowego: tak bardzo pokochała to, co słabe.
Zaczęło się wtedy, gdy pielęgnowała Schmarlenza aż do jego śmierci. Dzieci we wsi zauważyły to pierwsze. Teraz wszyscy przychodzili do Berty Hahn, gdy gubili się w nędzy, także dorośli, a Berta Hahn rozumiała ich język. —
Berta oparła brodę na dłoniach. — To było jednak dziwne, nie była samotna mimo całej swej biedy. —
Wczoraj, gdy stała przy układaniu drewna w lesie, pozdrowił ją znajomy głos, a gdy wyprostowała się z polanem, spojrzała w twarz Emmie Menzel. Wyglądała na zaniedbaną i nieszczęśliwą:
„No, Stilke, to przecież nędzne życie, nieprawdaż?” – powiedziała.
„Tak, tak, nie zawsze jest całkiem lekko — ale gdy ma się pracę i jest się zdrowym, więcej nic nie trzeba”. —
Powiedziała to tak szybko. Czy stała się taka jak jej matka, tak przytłoczona cierpieniem? Czy była jedną z tych „dobrotliwych naiwnych”, którzy po prostu godzą się ze wszystkim bo nie da się inaczej? – Nie, było w tym coś innego, ale sama nie potrafiła powiedzieć co. —
Dała choremu dziecku pić i pogłaskała je po włosach. Potem usiadła i oparła głowę o ścianę. Światło księżyca padało na jej twarz. Było na niej teraz wiele twardych zmarszczek. I smutek wyżłobił w niej również ostre linie. Ale na czole i w oczach gościło jeszcze inne światło niż blask księżyca.